My, Polacy i Żydzi

W moim rodzinnym mieście, Sokołowie Podlaskim, blisko połowa mieszkańców była narodowości żydowskiej. Żyliśmy zgodnie, bez konfliktów. Do czasów mojego dzieciństwa, do 1939 roku, liczyło ono 14-15 tysięcy mieszkańców, w tym sześć tysięcy Żydów. Ich potomkowie mieszkali tu od wielu wieków. Król Kazimierz przyjął ich, kiedy byli pozbawieni prawa pobytu na terenach niemieckich. Innych także, m.in. z Hiszpanii i Belgii. Tu, w Polsce, budowali swoje domostwa i różne warsztaty pracy.

Na naszej ulicy Lipowej mieszkały dwie rodziny Rozensztajnów, braci. Jednego imię pamiętam – Haim. Miałem kolegów pochodzenia żydowskiego w szkole podstawowej, w pierwszej klasie w 1938-1939 siedziałem w jednej ławce z Arbuzem. Był otoczony koleżankami niemal zawsze w czasie przerw, darzyły go dziecięcą sympatią. Był ładnym chłopcem.
Pożyczymy ci, zarobisz
Mój tata miał różne handlowe interesy: krowy, konie. Gdy miał kłopot finansowy, słyszałem słowa pana Haima: Janek, co ty się martwisz, pożyczymy ci, zarobisz, to nam oddasz z procentem. Tata spłacał długi żydowskim sąsiadom. Wśród nich było wielu kupców. Byli dzierżawcami sklepów w sukiennicach, których właścicielem był znany bogacz, ziemianin p. Malewicz.
W innych miasteczkach powiatu sokołowskiego, np. w Kosowie Lackim, znaczny procent ich mieszkańców było także narodowości żydowskiej. Nie pamiętam i nie widziałem większych konfliktów oraz złych relacji żydowsko-polskich.
Może i były, ale miały one jednostkowy zakres. Nie było oznak antysemityzmu i nienawiści do Żydów, jak próbują światu i nam udowadniać niektórzy politycy. Właściwie słowo antysemityzm, pojęcie nienawiść do Żydów nie były w obiegu publicznym, w relacjach naszych mieszkańców. Byłem w takim wieku dziecięcym, w którym komputery biologiczne już rejestrują informacje oraz różne zdarzenia, które się widziało i obserwowało.
Chodziłem z mamą i tatą do żydowskich sklepów. Byli konkurencyjni wobec sklepów, których właścicielami byli Polacy. Niższe ceny towarów, można też było się potargować i kupować na tzw. zeszyt. Słyszałem wielokrotnie słowa: pani Paulino, będzie pani miała pieniądze, to mi pani odda. Ubrania nasze też szył krawiec Żyd, bo był tańszy. Można było nawet zapłacić za usługi krawieckie w ratach.
Rodziny polsko-żydowskie znały się od kilkudziesięciu lat. Byli czasami mieszkańcami jednego domu lub sąsiadami ich posesji. Nikt w moim mieście nie mówił: nasze kamienice, wasze ulice. Takiego zjawiska nie było w małych miasteczkach całego powiatu.
Nasza sokołowska rzeczywistość oraz relacje polsko-żydowskie uległy zmianie w czasach dramatyzmu ludności żydowskiej po wkroczeniu okupanta niemieckiego. Zlikwidowano szkoły średnie. Jeśli ktoś miał radio, musiał je oddać już w pierwszych dniach okupacji władzom niemieckim pod groźbą kary.
Szkoła w baraku
Siedziby szkół i budynki murowane zajęte zostały przez administrację okupanta i wojsko. Gestapo i żandarmeria wojskowa rozpoczęły aktywną działalność przeciw Polakom i Żydom. Okupant pozwolił tylko na utworzenie jednej szkoły podstawowej w barakach, w których uczyło się około 800 uczniów, w tym niżej podpisany. Naszym współmieszkańcom w ogóle nie pozwolono się uczyć, nawet czytać i pisać.
Nie było ani jednego Żyda wśród nas, uczniów, dzieci wojny. To było w planach panów, przedstawicieli rasy germańskiej. Przeto był ostry zakaz uczenia dzieci żydowskich, no bo byli i tak skazani na zagładę przez rasistowskich ideologów. Polacy natomiast mogli się tylko uczyć pisać i czytać oraz przysposabiać do pracy w firmach niemieckich. Była to odpowiednio zaprogramowana polityka oświatowa, która miała zniszczyć polską inteligencję, ludzi wykształconych.
Mając osiem lat, trudno było zrozumieć, dlaczego moi koledzy narodowości żydowskiej nie mogli się uczyć, chodzić do szkoły. Rodzice próbowali mi wyjaśnić, dlaczego kolega, wyższy nieco ode mnie, nie przychodził do szkoły. A był to dopiero pierwszy etap tego najgorszego, zaplanowanego dzieła niemieckiego.
Młodzi Żydzi z pałkami
Wstęp do całkowitej zagłady narodu żydowskiego. Niejako etapami zaostrzali represje wobec Żydów po to, by było ich łatwiej unicestwić i przesiedlić do zamkniętego obszaru getta.
Było to jakże antyhumanitarne, nieludzkie. Przesiedlono nie tylko mieszkańców naszego miasta, lecz także tych z pobliskich miejscowości, wiosek. Do jednego mieszkania, w którym dotychczas mieszkała jedna rodzina, wprowadzono kilka rodzin, w tym starców i dzieci. Polskie rodziny, które dotychczas mieszkały na terenie getta, wysiedlono do domów poza jego terenem.
Strażnikami wejścia i bramy wjazdowej byli młodzi Żydzi z pałkami i opaskami na rękawach. Policji granatowej nie widziałem. Robili z tych pałek czasem użytek, okładając swoich braci po plecach.
Co się działo za tymi drutami kolczastymi? To było coś strasznego, zwłaszcza dla oczu nas, niepełnoletnich dzieci. Wiedzieliśmy o warunkach życia mieszkańców tego jakże nieludzkiego osiedla. Głód, choroby, zgony, błagania o kawałek chleba czy kartofle. Istniał zakaz kupowania żywności, nawet ziemniaków. Słyszałem co mówili znajomi Żydzi, którym późnym wieczorem udało się przyjść do naszego mieszkania. Nasz dom był oddalony o kilkaset metrów od getta.
Rzuciła się na jadło
Wielu mieszkańców mojego miasta udzielało pomocy, dzieląc się tym, co mieli. Ziemniakami, kaszą, chlebem, kawałkiem słoniny. Mówili mi o tym moi koledzy na spotkaniach podwórkowych. Przychodzili do nich ich znajomi zaprzyjaźnieni z rodzinami żydowskimi. Mówiliśmy o naszych kolegach po cichu, by nikt nie słyszał, bo już wiedzieliśmy, co grozi za udzielanie pomocy Żydom.
Nigdy nie zapomnę wieczoru wiosną 1943 roku. Miałem wówczas dwanaście lat. Siedzieliśmy całą ośmioosobową rodziną przy dużym stole jedząc fasolę z mlekiem. Tak się kiedyś jadło, ale i kartofle z wodą, nieodlewane, posolone szarą solą. Nagle otwierają się drzwi z tzw. sieni. Wchodzi kobieta.
Jak ona wyglądała? Niemal strach na ptaki. Była otulona zniszczoną odzieżą, wzbudzając litość. Na kuchni jak zwykle gotowały się obierki z kartofli dla świń i kur. Rzuciła się na to jadło dla zwierząt. Jadła gorące, połykając jak zwierzęta. Co to był dla nas za widok? Wszyscy byliśmy w stanie zamroczenia tym, co widzieliśmy. Nasza mama pierwsza zareagowała, odciągając ją od tego gorącego świńskiego jadła. Wzięła miskę, nałożyła fasoli i wlała mleka, a ojciec postawił taboret stojący pod ścianą. Siadła, Nie patrzyła na nas, lecz łapczywie połykała jadło, jakie było w misce.
Za drutami
To było coś przerażającego dla całej naszej rodziny. Gdy już zjadła, spojrzała na nas. Mama miała zwyczaj gotować w dużych naczyniach i jeszcze trochę tego naszego jadła było. Dołożyła jej do miski. Gdy już skończyła jeść, powiedziała kilka słów o tym, co się dzieje tam za drutami getta. Członkowie jej rodziny i inni umierali z głodu.
Ona od kilku dni nic nie miała w ustach. To, co mieli dali dzieciom. Wszystko, co było w jej domu sprzedała za żywność. Dzieci płaczą, proszą o kawałek chleba, którego nie ma. Nasz tata wstał i poszedł na strych. W worku przyniósł trochę mąki i kaszy. Prosiła o ziemniaki.
W kuchni była piwnica, w której właśnie je przechowywano. Ojciec ziemniaków nie żałował, bo było ich dużo. Uprawialiśmy je. Mąka, którą dał, była z własnego mielenia w młynku ręcznym. Były one niemal w każdej rodzinie, podobnie jak karbidowe lampy do oświetlania mieszkań. Dziękowała, chwytając za ręce tatę i całując je. Tata odciągnął ją od siebie.
Kto pomaga – będzie rozstrzelany
Na drugi dzień po tej wzruszającej wizycie naszej znajomej Żydówki najstarszy brat Józek przerzucił jej w umówione miejsce trochę jadła, jak to często robił, nie wiem, chociaż nie wolno było nam o tym wiedzieć z uwagi na bezpieczeństwo całej rodziny. Przypomnę, że obwieszczenia komunikowały, że kto pomaga Żydom, będzie rozstrzelany z całą rodziną. Nie byliśmy wyjątkiem w zakresie udzielania pomocy umierającym z głodu naszym współmieszkańcom.
Nagle stało się to najgorsze, czyli likwidacja sokołowskiego getta latem w 1943 roku. Parę dni przed jego likwidacją dotarła do gminy żydowskiej ta wiadomość, podobno od Ukraińca z batalionu pomocniczego garnizonu niemieckiego. Wielu Żydów uciekło do lasu oddalonego około pięciu kilometrów od miasta. Niemcy zorganizowali akcję propagandową, otaczając las i wzywając przez rozgłośnie do powrotu, gdyż miało to być nieprawdą, że mają być wywiezieni do obozu, i że jest to tylko propaganda bolszewików i polskich komunistów. Wracali.
Transport do zagłady
Tylko niektórzy pozostali w lasach sokołowskich. Władze gminy żydowskiej zebrały oszczędności i udały się do starosty Ernsta Gramssa. Oczywiście biżuterię przyjął, zapewniając, że nic im nie grozi, to tylko propaganda bolszewików. Ale już na drugi dzień rozkazał zlikwidować getto i transportować Żydów do obozu zagłady, w którym krematoria były przygotowane do masowego uśmiercania wszystkich Żydów. Na dworcu kolejowym czekały na nich transporty.
Nad ranem, była chyba piąta, usłyszeliśmy marsz żołnierzy niemieckich chodnikiem po obu stronach ulicy Lipowej. Szli w ciszy. Mama i tata stali w oknach. Cała nasza rodzina wybudziła się ze snu. – To już ich koniec, wszyscy zginą w Treblince niedaleko Sokołowa – powiedział tata.
Do tego niemieckiego obozu przywożono nie tylko Żydów z całej Polski, lecz też z innych państw, w tym sojuszników Niemiec – Rumunii, Węgier, Bułgarii i Francji, w której zarządzał z woli Niemiec rząd Vichy kolaborujący z Niemcami w przekazywaniu własnych obywateli narodowości żydowskiej, wiedząc, że będą oni wywiezieni do obozów zagłady. Widziałem łzy na twarzy mamy.
Ucieczki do ogrodów
Rodzice zakazali nam wychodzić z domu. Po krótkim czasie słychać było odgłosy strzałów i wybuchy granatów. Pojawiły się na naszej ulicy pierwsze kolumny zwarte otoczone żołdakami z bronią w rękach. Padły pierwsze strzały do tych, którzy próbowali ucieczki do ogrodów przylegających do domów. Szły cienie ludzkie, dzieci, niemowlęta na rękach matek, starcy prowadzeni przez młodszych.
Po obu stronach tego marszu śmierci szli ci, którzy mieli ich transportować do pieców krematoryjnych. W tym ludobójstwie brali także udział Ukraińcy, co potwierdzają wspomnienia wielu osób, a m.in. pana Pietrzaka, autora wielu książek wspomnieniowych o zagładzie sokołowskich Żydów. Ci Ukraińcy byli na służbie w batalionie pomocniczym wojsk niemieckich. Byli to żołnierze Armii Czerwonej, armii gen. Własowa, która po napaści Niemiec 22 czerwca 1941 roku zaniechała walki i wspierała wojska hitlerowskich Niemiec. Te kolumny szły na śmierć naszą ulicą przez kilka godzin na dworzec kolejowy, gdzie czekały na nich składy pociągów towarowych z okienkami z drutu kolczastego. Moja mama odważyła się wyjść przed dom, który był ogrodzony drewnianym płotem.
Padały strzały
Ja cichaczem stanąłem w pewnej odległości za nią. Słyszałem pożegnalne słowa naszych znajomych: pani Rozbicka, do widzenia, już się nie zobaczymy. Czyli już wiedzieli, jaki jest ich los. To moje oczy widziały, a uszy słyszały. To było już piekło dla tych ludzi tu na ziemi tylko dlatego, że urodzili się Żydami.
Padały strzały, byli ranni, zabici na naszej ulicy. Nie mogę tego zapomnieć, tak mocno tkwi to w mojej pamięci – młodej Żydówki wiszącej na płocie sąsiada po przeciwnej stronie ulicy, której ucieczka się nie powiodła. Seria pocisków niemieckiego żołdaka pozbawiła ją życia. Tata odciągnął mnie od tego dramatycznego wydarzenia, którego podstawą był zbrodniczy rozkaz Hitlera o ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej.
Miliony Niemców gorliwie wykonywało tę wolę swego wodza. Taka jest prawda. Te polowania na Żydów prowadzone były z dużą determinacją niemal do końca wojny. Gdy Niemiec spotkał Żyda na swojej drodze, likwidował go, mimo że był tylko sam, bez kolegów i przełożonych. W moim mieście wiele rodzin polskich poległo za przechowywanie i udzielanie pomocy Żydom. Zaświadczały o tym kikuty spalonych domów i wymordowanie całych polskich rodzin i przechowywanych Żydów.
Strych nad obórką
Do naszego domu po likwidacji getta, nocą zapukał młody Żyd, krawiec, który szył nam ubrania. Był w przerażającym stanie. Błagał, by go ukryć. Był cieniem człowieka. Tata zastanawiał się chwilę, gdyż wiedział, jak to niebezpieczne dla całej naszej rodziny. Po krótkiej rozmowie i nakarmieniu go wyszedł z nim.
Później dowiedziałem się, że ukrywa się w naszej małej obórce na strychu, gdzie było składowane siano. Tam przynoszono mu posiłki przez wiele tygodni. Kilka razy rodzice posyłali mnie z wiadrem niby z karmą dla świń. Wchodziłem do obórki i na widłach przez ukryty otwór podawałem mu jedzenie. Jak pamiętam, przebywał tam kilka tygodni. Dzień przed opuszczeniem tej kryjówki wyznał mi, że musi uciekać w nocy do lasu. Powiedział, że wie, co Niemcy robią z rodzinami, które ukrywają Żydów.
– Ja nie mogę tu przebywać – mówił – obok jest siedziba starosty niemieckiego Ernsta Gramssa oraz żandarmerii. Wasz dom w pobliżu tych instytucji może być szczególnie obserwowany. Nie mogę was narażać na to, co by się stało z wami, gdyby mnie tu odkryli.
Realna groźba
Po tej rozmowie na drugi dzień opuścił swoją kryjówkę. Moja rodzina nie była wyjątkiem w udzielaniu pomocy i schronienia Żydom. Było wiele takich rodzin nie tylko na naszej ulicy. A wiele całych rodzin utraciło życie. Takich miast jak moje było wiele w okupowanym kraju, miast i wsi. Ratowano życie naszych współmieszkańców i ginęli Polacy razem z nimi, gdy Niemcy odkryli ich kryjówki.
Po latach pytałem rodziców, czy mieli świadomość, co czynili, jaki los mógł spotkać całą naszą rodzinę za przechowywanie Żyda lub udzielenie pomocy żywnościowej? Przecież była realna groźba, że mogą odkryć, że przechowują Żyda. Zginęłaby cała nasza rodzina. Polska była jedynym krajem, w którym karano rozstrzelaniem za udzielenie pomocy mordowanym przez Niemców Żydom. Polowanie na nich trwało niemal do końca wojny. Armia Czerwona zbliżała się do naszego miasta, słychać było ostrzał artylerii na przedpolach miasta. Jeszcze w tym czasie ginęli Żydzi i Polacy, którzy dali im schronienie przed mordercami. Nasza pomoc była taka, jaka była możliwa w warunkach totalnego terroru oraz ludobójstwa Żydów i Polaków.
System uśmiercania
Procentowo Polska poniosła największe straty, bo aż 6 milionów jej obywateli, w tym trzy miliony Polaków. Niemcy stworzyli system zagłady całych narodów i mniejszości narodowych. Żydzi mieli być pierwszymi ofiarami, później w kolejce mieli być Polacy i inne narody słowiańskie. To właśnie Armia Czerwona i jej sojusznicy położyli kres dalszym zbrodniom na masową skalę. Na polskiej ziemi w walkach z ludobójczym faszyzmem niemieckim zginęło 600 tysięcy czerwonoarmistów, młodych ludzi wielu narodów. Tylko we Wrocławiu spoczywa ich 6 tysięcy na dwóch cmentarzach.
Niemieckie obozy zagłady narodu żydowskiego to nie tylko dzieło władz Trzeciej Rzeszy, to dzieło całego niemal narodu niemieckiego. Stworzyli oni system dobrze zorganizowanej zbrodni, największej w historii świata. Ginął niemal cały naród żydowski, w wielu państwach Europy, nie tylko w tych okupowanych przez Niemców, lecz także ich sojuszników, Włoch, Bułgarii, Hiszpanii, Rumunii, Słowacji. Francja też przekazywała tysiące swoich obywateli, wiedząc, co ich czeka w obozach.
Prawda historyczna
I jeszcze kilka uwag na zakończenie moich wspomnień napisanych nie na podstawie opowiadań innych, ale z mojej autopsji. Do ich napisania zainspirował mnie wywiad w telewizji Polsat, w grudniu ubiegłego roku, pana prof. Szewacha Waisa, byłego przewodniczącego Knesetu i ambasadora Izraela w Polsce, Kawalera Orderu Orła Białego. Niestrudzenie powtarza on, jakie były relacje polsko-żydowskie w czasie wojny i przed jej wybuchem.
Mówi obiektywną prawdę o naszej wspólnej historii i współżyciu na polskiej ziemi. Broni prawdy historycznej o niemieckiej okupacji Polski. Mówi, kto był katem, a kto ofiarą, o tym, że Polacy uratowali najwięcej Żydów od zagłady. To Niemcy byli ludobójcami i zamordowali miliony jego rodaków. Szmalcownicy to były jednostkowe przypadki. Obozy zagłady Żydów to dzieło Niemców, nie tylko Hitlera.

Auschwitz i Holokaust jako tło targów politycznych

Andrzej Duda narzeka, że nie dano mu przemówić na wielkim zjeździe głów państw, jakiego Izrael nigdy jeszcze w swej historii nie widział. Jeśli to mogłoby go pocieszyć, to organizatorzy nie przewidzieli też udziału ocalonych z Holokaustu, byłych więźniów Auschwitz i innych hitlerowskich obozów. „To nie jest wydarzenie publiczne, lecz dyplomatyczne” – argumentowali organizatorzy. Po prostu ów światowy szczyt służy raczej załatwianiu spraw bieżących.

Kiedy kilka miesięcy temu wyszło na jaw, że ocaleni będą mogli obejrzeć uroczystości w Jad Waszem najwyżej w telewizji, podniósł się w Izraelu krzyk. Trójka oficjalnych organizatorów szczytu – kancelaria izraelskiego prezydenta Reuvena Rivlina, jerozolimskie Jad Waszem i prywatna Fundacja Światowego Forum Holokaustu rosyjsko-izraelskiego miliardera Mosze Kantora – przyznała w końcu owym ocalonym 30 miejsc. Krzyk nie minął, bo 30 miejsc na 800 wydawało się zbyt symboliczne („to tylko ozdóbka!”), ale protesty i petycje nic nie pomogły. W zamian obiecano, że wszystkie przemówienia będą zaczynać się od witania ocalonych (co nie zostało jednak całkiem dotrzymane).
Gdybyśmy szukali innego pocieszenia, to zawsze możemy powiedzieć, że jednak polski prezydent przemówił na uroczystości: mianowicie w krótkim klipie otwierającym szczyt pokazano m.in. przemawiającego Aleksandra Kwaśniewskiego, jak krytykuje antysemityzm. Cóż, Kwaśniewski niedługo przed zakończeniem swej prezydencji uhonorował Mosze Kantora Orderem Zasługi RP, a potem został mianowany przez Kantora na czele jego Europejskiej Rady na rzecz Tolerancji i Pojednania, która ma walczyć z antysemityzmem (w 2015 r. Kwaśniewskiego zmienił Tony Blair, jednak Mosze Kantor pozostaje właścicielem).
Mosze Kantor należy (według Jerusalem Post) do ścisłej czołówki najbardziej wpływowych Żydów na świecie. Nie trzeba zresztą prasy, by to zauważyć: to m.in. szef Rady Politycznej Światowego Kongresu Żydów, szef Europejskiego Kongresu Żydów, szef Europejskiej Fundacji Żydów i szef Fundacji Światowego Forum Holokaustu, która należy do organizatorów dzisiejszych uroczystości. To również przekonany syjonista oraz dobry znajomy m.in. premiera Benjamina Netanjahu i prezydenta Władimira Putina. Kantor został rosyjskim miliarderem w czasach jelcynowskiego chaosu, kiedy wielu rzutkich i bezwzględnych ludzi błyskawicznie uwłaszczało się na poradzieckiej gospodarce.
Przytaknijmy PO-PiSowi!
W Polsce uważa się, że okazja do milczenia, którą organizatorzy szczytu koronowanych głów, prezydentów i premierów dawali Andrzejowi Dudzie, to spisek Putina. Prawda jest jednak taka, że nikt na świecie nie pragnął go tej okazji pozbawiać, nikt nie protestował. Zatrzymajmy się na oficjalnym wyjaśnieniu, dlaczego Duda ma siedzieć cicho: bo oprócz przywódców izraelskich i prezydenta niemieckiego, przemówią jedynie ci, którzy pokonali hitlerowskie Niemcy – alianci.
W odbiorze międzynarodowym Polska od wielu lat stawia się w rzędzie przegranych, a nie zwycięzców wojny. Jeśli cokolwiek zostało u nas wyzwolone, to najwyżej obóz Auschwitz, a i to – według Schetyny – wyzwolili go jacyś Ukraińcy. Według naszej polityki historycznej, byliśmy przegrani, gdyż po wojnie dalej byliśmy w niewoli. Do tego doszło polskie czczenie kolaborantów Hitlera, jak Brygada Świętokrzyska oraz niszczenie miejsc pamięci żołnierzy radzieckich, którzy zginęli walcząc z hitlerowcami. Tu trzeba powiedzieć, że pomysł, który Kantor podsunął Putinowi, był na swój sposób genialny. Pamiętajmy, że w Rosji krytykowano władze za milczące tolerowanie polskich wyskoków, jakby cokolwiek pijanych.
Pomysł więc, by w końcu przytaknąć naszemu PO-PiSowi: „tak, jesteście przegrani, jak Hitler i nazizm” nie miał problemu z zadziałaniem. Reakcja Putina nie była przecież pierwsza. Zimą zeszłego roku, przy okazji ustawy „pamięciowej” PiSu już premier Netanjahu oskarżał Polaków o kolaborację z hitlerowskimi Niemcami, a minister Katz powtarzał bon-mot o Polakach, którzy wyssali antysemityzm z matczynym mlekiem. Putin dorzucił, że już nasze dawne władze, te przedwojenne, przyklaskiwały Hitlerowi w kwestii żydowskiej. Kilka dni temu prezydent Rivlin przestrzegał „kraje Europy środkowo-wschodniej” przed chwaleniem hitlerowskich kolaborantów i chodziło mu m.in. o zdobycze umysłowe Morawieckiego i spółki. Dla innych podobnie: Polska sama, przez swą niepojętą politykę historyczną wypisała się z grupy aliantów i jeśli przegrała, to „tak, słusznie!”. Niech więc milczy.
Oczywiście nikt się przegranej Polski nie czepiał na jerozolimskich uroczystościach. Ze światowego punktu widzenia polskie kompleksy są nieistotne. Izraelowi bardzo zależy na przyjaźni Putina, bo jego wojsko jest po sąsiedzku, w Syrii. Izrael jest więc niejako w sytuacji Polski, lecz działa inaczej: nie ma np. problemu z postawieniem u siebie pomnika obrońcom Leningradu, który Putin z Netanjahu odsłaniali bezpośrednio przed uroczystością w Jad Waszem. Zresztą stawką szczytu są zupełnie inne sprawy.
Dyplomacja Izraela
Na dwa dni przed szczytem, który obfituje w wielostronne rozmowy bilateralne izraelskiej dyplomacji, Netanjahu ogłosił, że jego kraj anektuje całość żydowskich kolonii na palestyńskich terytoriach okupowanych. Doskonale wiedział, że nikt z zaproszonych nawet nie zapiszczy z jakimś protestem, kiedy jest mowa o Holokauście. Chodzi tu o walkę wyborczą: jego wyborczy rywal gen. Gantz obiecuje jedynie aneksję doliny Jordanu, więc Netanjahu poszedł z licytacją na całość, całość Zachodniego Brzegu Jordanu. Cóż, walczy o zwycięstwo wyborcze, bo inaczej pójdzie do więzienia: ciążą na nim oskarżenia prokuratury generalnej o różne przestępstwa finansowo-polityczne, więc musi ubiegać się o immunitet.
O tych planach się nie mówi. Natomiast Netanjahu z Rivlinem i Katzem rozmawiają seryjnie z delegacjami mocarstw o Iranie, który ich zdaniem należałoby jednak zaatakować. Innym tematem rozmów jest „skandal” związany z Międzynarodowym Trybunałem Karnym (MTK), który zastanawia się, czy nie wszcząć oficjalnego śledztwa przeciw Izraelowi o zbrodnie wojenne. Wtedy Netanjahu nie byłby oskarżony tylko o złodziejstwo i oszustwa, lecz również o masowe zbrodnie, tak samo zresztą jak Gantz i inni izraelscy politycy. Co prawda oskarżona o antysemityzm prokurator, która to prowadzi w MTK, tydzień temu grzecznie ogłosiła, że póki co „zawiesza” procedurę, ale Izraelczycy chcą się upewnić, że z niczym takim już nie wyskoczy.
W związku z nowymi planowanymi aneksjami, o których na razie wszyscy grzecznie milczą, Izrael i organizacje syjonistyczne na świecie ubiegają się o trwałe włączenie antysyjonizmu do definicji antysemityzmu. To był refren dzisiejszych uroczystości. Zdaniem Izraela, krytyka polityki izraelskiej powinna być zakazana i w zasadzie światowi przywódcy są w stanie się z tym zgodzić, w imię tzw. realpolitik. W końcu zależy na tym również Stanom Zjednoczonym. Uznały one w zeszłym roku, że w sumie żydowska kolonizacja terytoriów okupowanych „nie jest niezgodna” z prawem międzynarodowym. Na razie inne państwa zachodnie oficjalnie nie podzielają tego poglądu, ale to raczej kwestia czasu: mogą przełknąć też aneksje.
Izrael i Hitler
Bodaj największą ciekawostką bieżącego szczytu jest zgoda Izraela na inną politykę historyczną w kwestii antysemityzmu. Tuż przed szczytem amerykańscy republikanie podjęli rezolucję na temat jak najszerszego nauczania o Holokauście w USA i przyjęli tam punkt widzenia b. prezydenta Obamy, który 10 lat temu w tzw. przemówieniu kairskim powiązał utworzenie kolonialnego państwa żydowskiego z Holokaustem, co zostało zakwalifikowane jako antysemityzm. Mówienie, że państwo narodu żydowskiego powstało w ostatecznym rozrachunku jako konsekwencja Holokaustu, a więc morderczych myśli i czynów Adolfa Hitlera, było bardzo tępione. Oficjalnie to po prostu determinacja syjonistów doprowadziła do zgody świata na pojawienie się Izraela w Palestynie.
Rozumowanie republikanów zostało jednak bez problemu zaakceptowane, w przeciwieństwie do słów Obamy, gdyż wiąże się z podejściem do tego problemu izraelskiego dobroczyńcy Donalda Trumpa. Trump przekonuje, że czas rozwiązać problem palestyńsko-izraelski, jak to eufemistycznie ujmuje, poprzez ostateczne uznanie, że Palestyńczycy przegrali i już. Owszem, Holokaust wpłynął na powstanie Izraela, a zapłacić za to europejskie wydarzenie muszą Palestyńczycy. Mają stracić swoją ziemię i marzenie o swoim kraju, gdyż są przegranymi.
Ma się rozumieć, żaden Palestyńczyk, jako winny antysemityzmu, nie został zaproszony na dzisiejsze uroczystości. W czasie ich trwania armia izraelskiego reżimu apartheidu rutynowo zabiła kilku następnych w Strefie Gazy. Tak to pojęcie antysemityzmu przekształca się na naszych oczach wraz z polityką bliskowschodnią imperium amerykańskiego. Dzisiejszy zjazd w Jerozolimie jest wzruszającym wstępem do aneksji i wojny.

Antysemityzm w Polsce: prawdy i mity

Obchodzona w tym miesiącu siedemdziesiąta piąta rocznica wyzwolenia hitlerowskiego obozu Auschwitz-Birkenau zbiega się niefortunnie z zaognieniem historycznego sporu o stosunek społeczeństwa i państwa polskiego do Żydów.

Postawione przez prezydenta Putina zarzuty – nie tylko wobec przedwojennego ambasadora RP w Berlinie Lipskiego, ale pośrednio wobec ówczesnego państwa polskiego – wywołały zrozumiałe protesty strony polskiej, w tym specjalną uchwałę Sejmu przyjętą ponad politycznymi podziałami. Taka reakcja jest zrozumiała i politycznie zasadna, ale nie powinna prowadzić do zamykania oczu na to, co stanowi ciemną stronę polskiej historii.
Prawdziwe intencje
Dojrzałe narody mają dość siły i mądrości, by otwarcie i zdecydowanie mówić o tym, co w ich historii wymaga potępienia. Tylko w taki sposób można skutecznie przeciwstawiać się próbom obciążania całego narodu (a także państwa) odpowiedzialnością za ciemne strony historii. Republika Federalna Niemiec wielokrotnie, ustami swych najwyższych przedstawicieli, jednoznacznie potępiła zbrodnie hitleryzmu, co leży u podstaw pojednaniu z wczorajszymi ofiarami nazistowskiej polityki. W Polsce dzisiejszej pod tym względem jest inaczej. Losy niefortunnej (i wycofanej pod naciskiem zagranicy) ustawy penalizującej obciążanie Polaków ( wszak nie wszystkich, ale i nie tak nielicznych, jak chcieliby propagandyści obozu rządzącego) współodpowiedzialnością za zbrodnie nazistowskie popełnione na Żydach dobitnie pokazują, jakie są w tej sprawie prawdziwe intencje Prawa i Sprawiedliwości.
Rekonkwista
Spór dotyczy historii – zarówno odległej, jak i najnowszej. W odwoływaniu się do tej pierwszej słusznie podkreśla się, że w średniowieczu Polska stanowiła dla bardzo licznych Żydów europejskich azyl, do którego migrowali uchodząc przed prześladowaniami ogarniającymi zachodnią Europę pod koniec XI wieku, w bezpośrednim związku z klimatem religijnego fanatyzmu towarzyszącego zwłaszcza pierwszej krucjacie.
Hiszpańska Rekonkwista w XV wieku pociągnęła za sobą masowe wypędzenia Żydów, dla których panowanie arabskie oznaczało znacznie większą dozę tolerancji. To, że w średniowiecznej Polsce uformowała się liczna (procentowo największa w Europie) społeczność żydowska, jest oczywistym dowodem świadczącym o wyraźnej różnicy między ówczesną Polską a większością krajów Europy zachodniej. Dotyczy to także okresu Reformacji, która (między innymi na ziemiach niemieckich, ale nie w Polsce) wiązała się z kolejną falą wystąpień antyżydowskich. Tego nie może przesłonić, skąd inąd haniebna, kampania fanatyków katolickich oskarżających Żydów o śmierć Chrystusa, czy okazjonalnie zdarzające się zamieszki antyżydowskie.
Pierwsza fala
Antysemityzm jako zjawisko polityczne pojawił się w polityce polskiej dopiero pod koniec XIX i na początku XX wieku jako konsekwencja trzech procesów.
Pierwszym był wzrost w Europie fali rasistowsko (a nie religijnie) zorientowanej wrogości wobec Żydów, czego najbardziej znanym przejawem była sprawa Dreyfusa we Francji. Powodzenie darwinizmu społecznego z jego apoteozą walki o byt i odwołaniem do biologicznych uzasadnień konfliktu społecznego nadawało wrogości wobec Żydów nowy, rasistowski, charakter.
Drugim były konsekwencje rosyjskiej polityki wyznaczania żydowskich „stref osiedlenia” na ziemiach wcielonych do państwa rosyjskiego w wyniku rozbiorów. Pierwszy dekret w tej sprawie wydała Katarzyna Druga 23 grudnia 1791 roku. W latach następnych granice tej strefy były rozszerzane, by pod koniec XIX wieku objąć także dawne Królestwo Polskie, co skutkowało napływem Żydów wschodnich (nazywanych „Litwakami”), postrzeganych jako żywioł obcy.
Obóz nowoczesnego Polaka
Trzecim wreszcie było uformowanie się nowoczesnego programu nacjonalistycznego, którego najważniejszym dokumentem, były „Myśli nowoczesnego Polaka” Romana Dmowskiego (1903). W odróżnieniu od dawnej idei patriotycznej walki „o wolność naszą i waszą” Dmowski postulował politykę „egoizmu narodowego” w imię zbudowania „ katolickiego państwa narodu polskiego”. W państwie tym mniejszości słowiańskie miały być poddane asymilacji, a Żydzi – jako nie nadający si e do asymilacji – mieli być traktowani jako „goście” w polskim domu. Z czasem – już w Niepodległej Rzeczypospolitej – program nacjonalistyczny (Obozu Wieliek Polski, a później Obozu Narodowo-Radykalnego) przybrał wyraźnie rasistowski charakter i uległ zaostrzeniu, aż po bojkot ekonomiczny i getto ławkowe na uniwersytetach, co negatywnie wyróżniało Polskę na tle innych państw europejskich (oczywiście poza nazistowskimi Niemcami).
Żydowskimi głosami
Antysemityzm ówczesny to nie tylko subtelne rozważania teoretyczne Romana Dmowskiego, lecz także pogromy: w tym przez lata osłaniany przemilczaniem pogrom we Lwowie 21-23 listopada 1918 roku (bezpośrednio po wyparciu z tego miasta wojsk ukraińskich) a także w Wilnie i w Pińsku. W grudniu 1922 roku zamordowanie prezydenta Narutowicza poprzedzone było wielką kampania narodowców protestujących przeciw wyborowi głowy państwa „żydowskimi głosami”, a po procesie i egzekucji mordercy (Eligiusza Niewiadomskiego) środowiska te szerzyły kult mordercy, nie bez udziału wielu duchownych katolickich. O obliczu ówczesnego obozu nacjonalistycznego świadczy wydana w 1939 roku książka wybitnego prawnika, a zarazem działacza prawicy nacjonalistycznej Zygmunta Cybichowskiego (1879-1946) „Na szlakach nacjonalizmu”, w której otwarcie stawiał Polakom za wzór do naśladowania Adolfa Hitlera (s.89).
Jest to jednak tylko jedna strona obrazu. Druga to konsekwentna walka przeciw antysemityzmowi prowadzona przez lewicę i postępowe środowiska inteligenckie, których symbolem może być odważna postawa Tadeusza Kotarbińskiego solidaryzującego się z żydowskimi studentami w warunkach narzucanego getta ławkowego.
Potrzeby i interesy
Postawę socjalistów polskich wobec antysemityzmu najbardziej konsekwentnie przedstawił Kazimierz Kelles-Krauz (1972-1905) autor opublikowanej niedługo przed śmiercią rozprawy „W kwestii narodowości żydowskiej”, w której pisał on, że Żydzi osiadłszy w Polsce od tylu stuleci, wykonawszy w tym kraju tyle pracy rozmaitej, przecierpiawszy tyle cierpień, mając tu swe groby i kolebki od szeregu pokoleń, są w nim tak samo dobrze u siebie jak i Polacy, i …mają prawo żądać od Polaków tych samych względów na swoje potrzeby i interesy, jakich Polacy mają prawo żądać od nich”.
Czy przedwojenne państwo polskie prowadziło politykę antysemicką? Odpowiedź na to pytanie nie jest oczywista. Prawdą jest, że w Polsce nie było ustaw antysemickich, ale była – zwłaszcza po śmierci marszałka Piłsudskiego – tolerancja dla antysemityzmu. Premier generał Felicjan Sławoj Składkowski publicznie pochwalał bojkot sklepów żydowskich (podobnie, jak zrobił to w 1936 roku prymas Polski kardynał August Hlond). Kolejni ministrowie odpowiedzialni za szkolnictwo wyższe milczeli w sprawie getta ławkowego ustalanego przez czołowe polskie uczelnie pod presją radykalnych organizacji nacjonalistycznych. W tym sensie mamy prawo obciążać ówczesne władze państwowe odpowiedzialnością za co najmniej tolerowanie antysemityzmu skrajnej prawicy narodowej.
Polskie doświadczenie
Szczególnie bolesne jest w tym kontekście polskie doświadczenie Holokaustu. Mamy prawo być dumni z postawy tysięcy Polaków, którzy z narażeniem życia ( nie tylko własnego, lecz także całych rodzin) angażowali się w ratowanie Żydów. Mamy prawo przypominać, że władze Polski Podziemnej na skalę swych możliwości udzielały pomocy Żydom, w tym szczególnie piękną rolę odegrała powołana w 1942 roku dla tego celu podziemna Rada Pomocy Żydom „Żegota”. Ale słusznie szczycąc się bohaterstwem tych, którzy stali po stronie ofiar, mamy moralny obowiązek otwarcie i bez zahamowania potępiać postawę tych Polaków, którzy wzięli udział w hitlerowskiej polityce zagłady. Niestety nie byli oni tak nieliczni, jak to usiłują nam wmawiać historycy z obozu „dobrej zmiany”. Warto przypomnieć, z jaką zajadłością prawicowa publicystyka rzuciła się na Jana Tomasza Grossa za jego książkę o zbrodni w Jedwabnem. W 2001 roku byłem w grupie posłów, którzy pojechali do Jedwabnego na zorganizowane przez prezydenta Kwaśniewskiego obchody sześćdziesiątej rocznicy tej zbrodni. Rzucało się w oczy, że w tym gronie nie było posłów prawicy, stanowiącej wówczas większość sejmową.
Przemilczanie
Od tego czasu nasza wiedza na temat udziału Polaków w hitlerowskiej polityce zagłady bardzo się zwiększyła, zwłaszcza dzięki pracom Barbary Engelking i kierowanego przez nią Centrum Badań nad Zagładą Żydów; w tym znakomitej pracy (pod redakcją Barbary Engelking i Jana Grabowskiego „Dalej jest noc: losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski” (2018). Prowadzona przez obecne władze „polityka historyczna” polega na przemilczaniu i dyskredytowaniu tego typu prac badawczych. To nie służy dobremu imieniu Polski w świecie.
Jest także sprawa okresu Polski Ludowej. W pierwszych latach powojennych miały miejsce pogromy antyżydowskie, w tym najgłośniejszy kielecki w 1946 roku. Niektóre formacje antykomunistycznej partyzantki, zwłaszcza oddział „Ognia” na Podhalu, dopuszczały się mordowania Żydów. O tym dzisiejsza „polityka historyczna” woli milczeć. Z drugiej zaś strony lewicę obciąża kampania antyżydowska 1967 i 1968 roku, którą dopiero Socjaldemokracja RP publicznie i jednoznacznie potępiła w specjalnej uchwale w marcu 1990 roku. Kampania ta była częścią frakcyjnej walki o władzę w kierowniczych kręgach PZPR, ale kampanii tej nie byłoby, gdyby jej autorzy nie liczyli na uzyskanie tą droga poparcia przynajmniej części społeczeństwa.
Trzydzieści lat temu kładąc podwaliny pod gmach polskiej demokracji byliśmy przekonani, że te upiory przeszłości zostały na zawsze złożone do grobu. Pamiętam jednak odbytą wiosną 1990 roku w Tel-Awiwie rozmowę z Szymonem Peresem, który deklarując poparcie Międzynarodówki Socjalistycznej dla nowopowstałej polskiej socjaldemokracji podkreślał swoje i innych socjalistów obawy o możliwość odradzania się w Polsce antysemickiej prawicy. Dziś lepiej niż wówczas widzę, jak bardzo miał rację.
Wzrost postaw
Społeczeństwo polskie nie jest antysemickie. Badania socjologiczne (zwłaszcza profesora Ireneusza Krzemińskiego) wskazują na wyraźny spadek postaw antysemickich i, co szczególnie ważne, wzrost postaw skierowanych przeciw antysemityzmowi. Trzeba o tym mówić bardzo wyraźnie, ale trzeba też mówić o utrzymywaniu się, a nawet radykalizowaniu się postaw i zachowań antysemickich a zwłaszcza o tolerancyjnym stosunku do nich ze strony aparatu państwowego.
Trzeba patrzeć prawdzie w oczy. Historia wprawdzie nigdy dosłownie się nie powtarza, ale historycznie uwarunkowane tendencje polityczne mają znaczną zdolność długiego trwania. Nie wolno tego lekceważyć, a tym bardziej usprawiedliwiać. Idzie tu bowiem nie tylko o dobre imię Polski w świecie, ale także o to, w jakim państwie chcemy i będziemy żyli. Propagandzie płynącej z niechętnych dzisiejszej Polsce ośrodków zagranicznych skutecznie możemy się przeciwstawić prawdą. Całą prawdą.

IPN szarga pamięć ofiar

Instytut Pamięci Narodowej zablokował ustawienie w Krakowie kamieni Stoplerstein, które tworzą sieć pamięci o ofiarach Holocaustu. Jeszcze kilka takich ekscesów, a zbliżymy się do negacjonistycznego obłędu.

Kamienie Stolperstein tworzą sieć pamięci po ofiarach Holocaustu. Zaczęła powstawać w latach 90. XX wieku, akcję wszczął niemiecki artysta Guenter Demnig. Na każdym znajduje się niewielka kwadratowa tabliczka, która informuje o konkretnej osobie, która zginęła podczas II wojny światowej. Z reguły kamienie pojawiają się tam, gdzie ostatnio dana osoba mieszkała.
Na świecie artefaktów tych jest ponad 70 tysięcy. M. in. w RFN, Austrii, Holandii, Norwegii, Grecji, na Węgrzech, Litwie, w Macedonii Płn., ale też w Argentynie, Hiszpanii czy Szwajcarii. W Polsce takie kamienie zostały ustawione we Wrocławiu, Łomży, Mińsku Mazowieckim czy Oświęcimiu. Kilka miesięcy temu pięć kamieni pojawiło się też w Zamościu dla upamiętnienia rodziny Wolwenfeldów, którzy byli właścicielami kamienicy przy ul. Zamenhofa.
Jak informuje na swojej stronie internetowej radio TOKfm kamienie te miały pojawić się również w Krakowie. Walczy o to Nora Lerner, na stałe zamieszkała w Jerozolimie. Jej przodkowie byli przez lata związani z Krakowem; wszyscy zginęli w czasie wojny. Lerner chciała na początek upamiętnić Stolpersteinami siedmioro swoich krewnych. Na drodze jej inicjatywy stanął jednak krakowski oddział IPN.
– Ciotka i wujek mojego ojca, Markus i Roza Gross wybudowali dom na Miodowej 34. Z kolei dr Roman Kolber, mój wujek, był bardzo znanym i poważanym pediatrą. Rozdawał lekarstwa i zabawki biednym dzieciom. Niestety, na kamienie pamięci nie dostałam zgody – powiedziała Lerner w rozmowie z Anną Gmiterek-Zabłocką, dziennikarką TOKfm.
IPN uważa jej inicjatywę za „idiotyczną”.
„Z jednej strony odróżniamy tych, którzy przeżyli koszmar wojny, od niewinnie pomordowanych ofiar, z których – na skutek celowych zabiegów okupantów – wielu nie ma żadnego miejsca upamiętnień. Musimy każdorazowo brać pod uwagę skalę zjawiska i różnorodności cierpień różnych grup ludności” – napisał Maciej Korkuć, naczelnik Oddziałowego Biura Upamiętniania Walk i Męczeństwa Instytutu Pamięci Narodowej w Krakowie.
W korespondencji tej przeczytać również można, że koncepcję związaną z kamieniami IPN uznaje za „wysoce kontrowersyjną i generalnie sprzeczną z przyjętą w Polsce kulturą pamięci”. „Płyty chodnikowe każdego dnia są deptane i narażone na zanieczyszczenie w różnej postaci. Musi budzić wątpliwość, czy tego rodzaju upamiętnienie będzie jednoznacznym wyrazem hołdu dla ofiar niemieckiego terroru” – głosi pismo z IPN.
Polski IPN wie o tym jak należy upamiętniać ofiary żydowskiej zagłady lepiej od Żydów, lepiej od potomków pomordowanych i w ogóle lepiej niż wszyscy. Trudno ocenić odpowiedź polskiej policji historycznej inaczej niż jako bezczelną i skandaliczną. W dokumencie znalazło się też stwierdzenie, że o wydarzenia performerskie „nie zawsze muszą iść w parze z szacunkiem dla ofiar oraz ich równym traktowaniem”.
– Zadaję sobie pytanie, czy urzędnicy w ogóle wiedzą czym są stolpersteiny i jaką funkcję pełnią w upamiętnianiu Holocaustu? Tu nie chodzi o kamień sam w sobie i wmurowanie go w trotuar, w miejscu, gdzie mieszkała konkretna żydowska rodzina. Tu chodzi o to, że to jest początek pewnej drogi – dzięki kamieniom, tworzy się sieć pamięci, nawiązuje się kontakt z potomkami tych ludzi, wywołuje się dyskusję na ten temat. To nie jest jednorazowa akcja. To jest społeczne funkcjonowanie pamięci i upamiętniania Holocaustu – skomentował postępowanie krakowskiego IPN-u prof. Robert Traba, historyk, pracownik Instytutu Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk. Jego opinię także przeczytać można na stronie internetowej radia TOKfm.
Naukowiec odniósł się również sformułowania jakoby Stoplersteiny to była „niegodna forma upamiętnienia”.
– To niegodna odpowiedź urzędnika, który nie wie, o czym mówi. To najkrócej. Na tym postawię kropkę. To jest tak poza moją wyobraźnią, że nic więcej nie jestem w stanie powiedzieć – kwtiuje Traba.

Przeprosiny po latach

Premier Kanady Justin Trudeau wygłosił w środę w Izbie Gmin oficjalne przeprosiny za odmówienie schronienia 907 niemieckim Żydom przybyłym w czerwcu 1939 roku na pokładzie statku „St. Louis”. Do przeprosin dołączyli się przedstawiciele wszystkich partii parlamentarnych.

 

Statek „St. Louis” przybił do wybrzeży Nowej Szkocji 7 czerwca 1939 roku, po odmowie znajdującym się na pokładzie uchodźcom wstępu do Kuby i Stanów Zjednoczonych. Statek zawrócił do Europy, gdzie schronienia Żydom udzieliły Wielka Brytania, Belgia, Francja i Holandia. Ostatecznie 254 osoby spośród pasażerów statku zginęły w obozach koncentracyjnych. „Chylimy głowy przed wszystkimi, którzy stali się ofiarami straszliwego Holokaustu” – powiedział szef kanadyjskiego rządu.

Trudeau przeprosił potomków uchodźców żydowskich za prowadzoną wtedy antysemicką politykę imigracyjną realizowaną pod hasłem „żaden to już za dużo”. Przeprosił też Żydów niesłusznie uwięzionych w czasie II wojny światowej oraz członków żydowskiej społeczności w Kanadzie, których apele o pomoc były ignorowane. – Poprzez te przeprosiny, mam szczerą nadzieję, że uda nam się naświetlić ten bolesny rozdział naszej historii i sprawić, żeby lekcja ta nigdy nie była zapomniana – powiedział premier w oficjalnym komunikacie. – Antysemityzm, ksenofobia i nienawiść nie mają miejsca w tym kraju, ani nigdzie na świecie – dodał.

Zarówno Trudeau, jak i przedstawiciele partii opozycyjnych w swoich wystąpieniach przywołali też niedawny atak na synagogę w Pittsburghu, w którym zginęło 11 osób. – Niedawne ataki na społeczność żydowską pokazują, ile jeszcze przed nami pracy – stwierdził premier. Jak podkreślił, 17 procent przestępstw motywowanych nienawiścią w Kanadzie wymierzonych jest w Żydów, co czyni z nich najczęściej atakowaną grupę w kraju.

Ze względu na restrykcyjną politykę imigracyjną, w okresie od 1933 do 1945 roku Kanada przyjęła tylko około pięć tysięcy uchodźców żydowskich. Po zakończeniu wojny w Kanadzie osiedliło się około 40 tysięcy ocalałych z Holokaustu Żydów. „Prawdziwym wstydem byłoby zapomnienie” Również lider głównej partii opozycyjnej, konserwatysta Andrew Scheer, wyraził żal z powodu incydentu sprzed wybuchu II wojny światowej. Jak powiedział, „umiejętność wyraźnego spojrzenia na historię i zobaczenia zarówno jej jasnych jak i ciemnych stron jest oznaką zdrowego społeczeństwa (…). Jako państwo, nie jest wstydem przyznanie się do haniebnych czynów z naszej przeszłości. Prawdziwym wstydem byłoby ich zapomnienie”.

Jeden z sześciu milionów

Trauma po tamtych doświadczeniach nie przemija nigdy.

 

Lato. Dzień słoneczny. Koniec lipca 1943 roku. Pogodne dni, jakże dramatyczne na polskiej ziemi, dla ludzi prześladowanych, ściganych, zabijanych jak zwierzęta. Czasy okrutne, zanik człowieczeństwa, pełny jego deficyt. Dominacja tych, którzy mieli unicestwiać ludzi rasy niegermańskiej, a szczególnie Żydów, na których wydano największy w historii świata wyrok ludobójstwa. Wszyscy Żydzi mieli być unicestwieni. Taką decyzję mogli podjąć tylko ludzie, którzy byli pozbawieni minimum zwykłego człowieczeństwa. Te watahy morderców, o zgrozo, miały czelność odwoływać się do Boga.

W tej szczególnej scenerii, konsekwentnie realizowanej strategii mordowania ludzi, Tadeusz i Mietek wybrali się na małą wycieczkę po obrzeżach Sokołowa Podlaskiego. Obaj ukończyli trzecią klasę szkoły podstawowej. Mieli trochę szczęścia. Większość ich rówieśników w ogóle nie chodziło do szkół. W mieście liczącym czternaście tysięcy mieszkańców była tylko jedna szkoła mieszcząca się w barakach. Teraz budynki szkolne były siedzibą władz okupacyjnych.

Ten ich spacer za miasto odbywał się parę dni po likwidacji getta. Sześć tysięcy mieszkańców, Żydów, zagazowano, a następnie spalono w piecach krematoryjnych w pobliskim niemieckim obozie zagłady w Treblince. Chłopcy przyglądali się jak strzelano do uciekających osób. Ten pochód, marsz śmierci na dworzec kolejowy trwał cały dzień. Tam stały już składy pociągów towarowych. Ten szczególny pochód odbywał się ulicą Lipową i Węgrowską, teraz Wolności. Czy tych ulic nie należałoby nazwać ulicami Męczenników Żydowskich?

Idąc na ten swój letni spacer, wciąż myśleli o tym, co widzieli, a szczególnie o ich znajomych rówieśnikach, z którymi jeszcze nie tak dawno kopali piłkę i grali w różne gry, a m.in. w palanta i w klipę. Rozmyślali o makabrycznych scenach zabójstwa uciekających osób. Niektórzy z nich umierali dopiero po paru godzinach. Idąc, wspominali swoich żydowskich kolegów. Jeszcze wówczas łudzili się, że może kiedyś ich spotkają.

Tak doszli do ścieżki, którą można było skręcić na drogę wiodącą w kierunku lasu zwanego potocznie „Pod Zieloną”, odległego o kilka kilometrów od miasta. Weszli w dość wysoką trawę na pastwisku bydła. W pobliżu było kilka drewnianych domów i zabudowań gospodarczych krytych słomą i gontem. Małe domki zamieszkałe przez rodziny zajmujące się różnymi zawodami, a szczególnie małym handlem niemal wszystkim, co było w tym czasie w obiegu. Pasło się tam kilka krów. Pastuchów nie było. Miały one na szyjach łańcuchy przymocowane do drewnianych palików. Słońce, będąc jeszcze wysoko, sprzyjało licznym owadom, które atakowały pasące się krowy.

Przy jednej z krów przebywał starszy mężczyzna. Był kulawy, utykał na prawą nogę. Jego zabudowania były ostatnie na tym skromnym osiedlu. Wokół domów były niewielkie ogrody z drzewami owocowymi. Mieszkańcy miasta, idąc latem na grzyby i jagody zawsze przechodzili przez to osiedle. Tędy było najbliżej do lasu. Spokój. Cisza. Położyli się więc na trawie wśród polnych kwiatów przeróżnych kolorów.

W pewnym momencie usłyszeli krzyk w języku niemieckim, który stał się przyczyną ich trwogi. Kilkukrotne „Halt! Halt!” wywołało u nich dreszcze. Nieco się podnosząc, ujrzeli Niemca. Był w mundurze, trzymał w ręku pistolet. Nie ruszali się z miejsca. Bali się. Mocno przytulili się do ziemi. Wysoka trawa pomogła im z ukrycia obserwować uciekającego człowieka i biegnącego za nim Niemca. Młody mężczyzna był bardzo wycieńczony, więc biegł w kierunku upragnionego lasu oddalonego o kilkadziesiąt metrów coraz wolniej. Wydawało się im, że zaraz padnie na ziemię.

Na drodze uciekającego stał właściciel krowy. Uciekający musiał biec w kierunku, gdzie stał starszy człowiek. Niemiec po dwóch strzałach polecił mu zatrzymać go. Słysząc groźbę Niemca, pozorował zatrzymanie Żyda. Chłopcy patrzyli, jak morderca znęcał się nad Polakiem za to, że nie zschwytał uciekającego. Kolejne dwa strzały, które przeszyły ciało uciekającego, jeszcze nie pozbawiły go życia. Strzelił więc jeszcze raz w klatkę piersiową, ale już w leżącego.

Chłopcy byli ogromnie wystraszeni, przyglądając się, jak na ich oczach morduje się niewinnego człowieka, tylko nieco starszego od nich. Niemiecki morderca polecił Polakowi zakopać zabitego. Powiedział, że przyjdzie sprawdzić, jak wykonał to zadanie, a następnie odszedł.

Gdy był już niewidoczny, chłopcy wstali. Tadeusz pierwszy podszedł do leżącego. Właściciel krowy poszedł po odpowiednie narzędzie do wykopania mogiły. I znów śmiertelna cisza wokół ofiary. Dwaj młodzieńcy chcieli uciec z tego miejsca, jednak patrząc na martwego człowieka, który miał być zakopany do dołu, uznali, że to takie niekatolickie.

Z inicjatywy Mietka odstąpili jednak od zamiaru odejścia, by ewentualnie pomóc przy tym pochówku. Widzieli już wielu zabitych Żydów w marszu z ul. Lipowej i Węgrowskiej na skrzyżowanie z Sadową koło kościoła do miejsca zagłady. A jednak ten widok wstrząsnął ich do głębi. Byli załamani, mocno przeżywali to makabryczne wydarzenie. Dlaczego Niemiec zabił młodego człowieka? Nie byli w stanie zrozumieć, skąd w ludziach jest tyle nienawiści. Co on im takiego uczynił, że musiał być pozbawiony życia. Takie myśli im się kołatały w głowach.

Przyszedł starszy człowiek ze sztychówką do kopania. Leżący nie dawał znaku życia. Oczy miał zamknięte. Patrzyli na jego twarz. Była biała jak śnieg. Miał na sobie mocno zniszczoną koszulę i spodnie. Przyszedł główny „grabarz”.

Leżący jednak tymczasem zaczął otwierać oczy, odzyskując chyba przytomność. Nieco się poruszył. Starszy człowiek kopał mogiłę. Umierający znów stracił przytomność. Chyba się domyślił, co go czeka. Przestraszył się ogromnie. Było to widoczne na jego twarzy. Kopano mu miejsce spoczynku na łące, w wysokiej trawie, wśród dziko rosnących polnych kwiatów. Kopanie grobu zakończono. Był niezbyt głęboki, nie taki, w jakich się chowa zmarłych na cmentarzach. Umierający człowiek przez chwilę się wpatrywał, co się dzieje. Chyba dostrzegał stojące przy nim osoby. I znów stracił przytomność.

Chłopcy przyglądali się konającemu. Było to coś przerażającego. Tadeusz i Mietek też przez parę minut kopali mogiłę, gdyż ich przypadkowy znajomy był zmęczony, miał już bowiem swoje lata.

Mogiła była gotowa, ale ciała jeszcze nie włożyli do grobu. Czekali, nie spieszyli się. Zastanawiali się, czy jeszcze żyje. Nikt z tej trójki nie odważył się sprawdzić, czy już zakończył swe młode życie. Nie poruszał się i nie oddychał. Czekali.

Położyli go w grobie. Przyglądali się, sprawdzając, że może jeszcze żyje. Sypali ziemię na nogi. Gdy sypali już ziemię na pierś, na moment odzyskał przytomność. Rękami zgarniał ziemię ze swojego ciała.

Ogarnęło ich przerażenie i strach. Ten człowiek jeszcze żył! Co robić? Uciekać z tego strasznego miejsca, czy zaczekać jeszcze z zasypywaniem? To były potworne przeżycia dla młodych uczestników tego makabrycznego pogrzebu. Jeżeli zgarniał sypaną ziemię, to przecież musiał mieć przebłyski świadomości, że jest zakopywany w grobie. Chłopcy chcieli jak najdalej uciec z tego miejsca, ale główny grabarz pozostał.

Niemiec wiedział, gdzie mieszka jego rodzina. Groził. Dwaj chłopcy niemal krzyczeli, że jeszcze żyje, więc nie można sypać na niego ziemi. Jednocześnie bali się, co będzie z nimi, gdy wróci Niemiec. Słońce już kryło się za domami i drzewami. Nie odchodzili, postanowili poczekać.

„Niech pan już idzie do domu” – proponowali, widząc, jak czuje się główny uczestnik tego pogrzebu. „My usypiemy grób, gdy zakończy swój żywot” – powiedział Mietek. Odmówił. Nie odszedł. Bał się konsekwencji, że nie wykonał zadania. Był do końca pogrzebowej ceremonii nieznanego człowieka, choć chwiał się na nogach. „To niech pan siądzie” – zaproponowali. Siadł, ciężko oddychając i patrząc na nich wzrokiem człowieka moralnie załamanego. Dał się jednak przekonać.

Odszedł bardzo wolno, nogi nie chciały go nieść. Czuł się zdruzgotany moralnie. A może tak bolały go myśli, że był sprawcą zatrzymania człowieka uciekającego przed mordercą. Nigdy już z nim nie rozmawiali o tym wydarzeniu. Tuż po zakończeniu wojny zmarł, a do końca życia zamknął się w sobie, z nikim nie rozmawiając na temat tego wydarzenia. Unikał sąsiadów, gdyż dotarła do nich wiadomość, że pomagał Niemcowi zabić Żyda. Niektórzy nawet mówili, że pomieszało mu się w głowie.

Minęła może godzina od czasu, kiedy konający Żyd próbował zrzucać sypaną na niego ziemię. Ściemniało się. Tadeusz i Mietek spoglądali na twarz leżącego w dole człowieka. Nie dostrzegli żadnych objawów życia, jednak wciąż stali przy nim. Zerwali trochę polnych kwiatów i wysokiej trawy, kładąc je na głowę i szyję. „Czy już nie żyje” – spytał Tadeusz Mietka. W pobliżu nikogo nie było, by móc się poradzić, czy można już zasypać ciało. Musieli sami zdecydować o tym. Powoli zaczęli sypać ziemię na nogi.

Nie spieszyli się. A może odzyska przytomność? – myśleli. Grób zasypywali niejako etapami. Łudzili się, że może jeszcze żyje. Gdy był już zasypany po szyję, przerwali tę wymuszoną czynność. Tylko głowa nie była jeszcze zasypana. Był to widok przerażający. Będzie bardzo długo tkwił w ich pamięci.

Zasypywanie grobu trwało długo. Zasypali szyję, następnie jedną łopatę ziemi wysypali na głowę. Krótka przerwa i kolejne łopaty. Gdy skończyli swoją powinność było już całkiem ciemno. Położyli na usypanym grobie trochę zerwanych wcześniej kwiatów.

Musiał umrzeć, bo był Żydem, a na swojej drodze spotkał człowieka lepszej rasy. To był jeden z sześciu milionów Żydów zamordowanych przez Niemców, w tym trzech milionów w Polsce.

 

To krótkie wspomnienie napisałem na podstawie relacji Mieczysława, traktując je jako ilustrację większego opracowania pt. „Okupanci”, które było publikowane w dwóch częściach w dzienniku „Trybuna”. Polska proporcjonalnie poniosła największe straty ludnościowe w czasie okupacji niemieckiej w latach 1939-1945. Ten młody Żyd pochowany, a raczej zakopany – bo co to był za pogrzeb – to jeden spośród sześciu milionów zamordowanych przez zdziczałych i nieludzkich Niemców. Musiał zginąć, bo na drodze swej ucieczki do lasu spotkał mordercę, człowieka upadłego, pozbawionego człowieczeństwa. Musiał zginąć tylko dlatego, że był żydowskiej narodowości. Teraz, już dziesiątki lat po wojnie, hitlerowscy oprawcy oskarżani o zbrodnie wojenne tłumaczą się, że tylko wykonywali rozkazy. Ten zabójca, gdyby miał w sobie chociaż trochę ludzkiego sumienia, mógł uciekającego nie zauważyć. Był jednak porażony rasistowską teorią ras ludzkich, więc musiał zabić. Ten młody człowiek mógł przecież żyć jeszcze długie lata, tak jak wielu Żydów ukrywanych przez polskie rodziny, mimo że tylko w Polsce za pomoc Żydom karano śmiercią.

O tej wielkiej zbrodni zagłady niemal całego narodu trzeba pamiętać i mówić kolejnym pokoleniom ludzi na całym świecie. Nie wolno nam tego zapominać, trzeba o tym nieustannie mówić i pisać. Szczególnie tym społecznościom, w których wciąż daje o sobie znać antyludzkie zjawisko antysemityzmu, nienawiści do naszych braci. Ten wspaniały naród, tak brutalnie potraktowany przez historię, wciąż musi się bronić przed atakami nienawiści.