Proces senegalskich aferzystów z IAAF

W miniony poniedziałek w Paryżu rozpoczął się proces oskarżonych o korupcję byłych działaczy międzynarodowej federacji lekkoatletycznej (IAAF) – Senegalczyków Lamine Diacka i jego syna Papy Massata Diacka. Diack-senior to pierwszy i jedynym jak dotąd szef IAAF spoza Europy. Kierował światową federacją lekkoatletyczną w latach 1999-2015. Teraz grozi mu kara do 10 lat więzienia.

Przesłuchania mają trwać sześć dni. Proces miał ruszyć 13 stycznia, ale został przesunięty z przyczyn proceduralnych na czerwiec. 87-letni Diack pojawił się w paryskim sądzie, ale jego syn, były dyrektor marketingowy IAAF, nie przybył do stolicy Francji i ukrywa się w Senegalu, który odmówił jego ekstradycji. Francuska prokuratura stawia mu zarzuty prania brudnych pieniędzy, korupcję i naruszenie zaufania, natomiast Diack senior jest oskarżany o czerpanie korzyści przy wyborze gospodarzy igrzysk olimpijskich 2016 w Rio de Janeiro i 2020 roku w Tokio oraz lekkoatletycznych mistrzostw świata w 2015 w Pekinie oraz i 2019 roku w Katarze.
Wielowątkowy proces obejmuje zarówno kwestię korupcji w IAAF, jak i MKOl. Lamine Diack został aresztowany w listopadzie 2015 we Francji i otrzymał zakaz opuszczania tego kraju. Podczas dochodzenia nie oszacowano wielkości strat spowodowanych działalnością Diacków, ale międzynarodowa federacja lekkoatletyczna, będąca w procesie oskarżycielem posiłkowym oraz Międzynarodowy Komitet Olimpijski i Światowa Agencja Antydopingowa (WADA) żądają od pozwanych odszkodowania w wysokości 24,6 mln euro, natomiast poniesione straty wszystkie te instytucje szacują na łączną kwotę 41 mln euro. Na ławie oskarżonych zasiądą także, pod zarzutem biernego przekupstwa, były francuski doradca Diacka, prawnik Habib Cisse oraz były szef służby antydopingowej IAAF Gabriel Dolle.
W procesie główną postacią jest jednak Papa Massata Diack, który od lat skutecznie wymyka się francuskiemu wymiarowi sprawiedliwości, pomimo kilku międzynarodowych nakazów aresztowania. W paryskim procesie jest oskarżany o to, że wykorzystał swoje wpływy oraz wpływy ojca, dla osiągnięcia korzyści majątkowej w łącznej wysokości 10 milionów dolarów. W jego przypadku francuska prokuratura do jednego worka wrzuciła wszystko, co miała przeciwko obu Senegalczykom, czyli oskarżenie o korupcję przy wyborze gospodarzy igrzysk 2016 i 2020 oraz lekkoatletycznych mistrzostw świata w Pekinie w 2015 i katarskiej Dosze w 2919, ale także przyjmowanie łapówek za rzekome tuszowanie dopingu w Rosji. Obaj Diackowie rzecz jasna nie przyznają się do winy.
Dowody przeciwko nim są jednak dośc mocne. Śledczy odkryli m.in. dwa przelewy datowane na 30 lipca i 28 października 2013 roku, z japońskiego konta pod nazwą „Tokio 2020 – Oferty olimpijskie”. Daty są istotne, ponieważ Tokio uzyskało prawo organizacji igrzysk w głosowaniu MKOl 7 września tego samego roku, w Buenos Aires. Pieniądze, w sumie 1,8 mln euro, trafiły na konto firmy Black Tidings w Singapurze powiązanej kapitałowo z firmami Papy Massaty Diacka. Oskarżony pod koniec 2018 roku za aktywną korupcję szef komisji przetargowej Tokio 2020 Japończyk Tsunekazu Takeda musiał zrezygnować z funkcji przewodniczącego Japońskiego Komitetu Olimpijskiego.
Pod lupą francuskich śledczych znalazły się także dwa przelewy opiewające na dwa miliony dolarów, które trafiły na konta firmy Diacka-juniora 29 września 2009 roku, trzy dni przed głosowaniem MKOl w sprawie gospodarza igrzysk olimpijskich w 2016 roku. Pieniądze pochodziły od firmy Matlock Capital, za którą stoi brazylijski przedsiębiorca Arthur Soares, zaufany człowiek byłego gubernatora Rio Sergio Cabrala, który obecnie odbywa w swoim kraju karę więzieniu za korupcję. Śledczy uważają, że przelewy te zostały wykonane na wniosek szefa komisji przetargowej Rio 2016 Carlosa Nuzmana. Ten ostatni został aresztowany w Rio we wrześniu 2017 roku, lecz szybko zwolniony warunkowo.
Kolejnym ogniwem korupcyjnego łańcucha jest płatność na łączną kwotę 3,5 mln dolarów przelana w październiku 2011 roku na rzecz firmy zajmującej się marketingiem sportowym, Oryx Qatar Sports Investment, prowadzonej przez Papę Massatę Diacka, ale założoną przez Khalida Al-Khelaifiego.
Lamine Diack w tym procesie jest też oskarżany o Diack jest wymuszenie 3,5 mln euro łapówek od rosyjskich sportowców podejrzanych przez IAAF o doping, w zamian za opóźnienie sankcji aby mogli wystartować w igrzyskach w Rio de Janeiro. Ponieważ wysokość łapówek, ponoć od 400 do 600 tys. euro od osoby, jest trochę absurdalna, to śledczy do zarzutów dorzucili też Diackowi pośrednictwo w transferze 1,5 mln dolarów z Rosji na finansowanie kampanii w wyborach prezydenckich i ustawodawczych w Senegalu w 2012 roku, co też miało być rzekomo rewanżem za blokowanie przez Diacka oskarżeń Rosjan o tuszowanie tzw. państwowego dopingu.
Przesłuchania stron w tym procesie mają potrwać do końca tego tygodnia, ale werdykt chyba już można przewidzieć.

Rekordowy biznes Duplantisa

Szwedzki tyczkarz Armand Duplantis w obecnym sezonie halowym pobił już dwukrotnie rekord świata (w Toruniu 6,17 i Glasgow 6,18 m), 20-letni lekkoatleta nieźle też zarobił. W toruńskim Copernicus Cup dostał za swój wyczyn premię 6 tys. euro, a tydzień później w Glasgow już 27,5 tys. euro.

To nie jedyne profity jakie utalentowany szwedzki tyczkarz zyskał na biciu rekordów. World Athletics (pod taką nazwą kryje się teraz dawna IAAF) każdemu rekordziście świata wypłaca z własnej puli nagrodę w wysokości 50 tysięcy euro. Łatwo policzyć, że Duplantis w lutym zgarnął już 100 tys. euro plus 33,5 tys. euro od organizatorów mityngów w Toruniu i Glasgow. Ten dorobek mógł powiększyć o kolejne 100 tysięcy euro w minioną środę na zawodach we francuskim Lievin. Jean-Pierre Watelle, dyrektor tego mityngu, obiecał publicznie, że jeśli szwedzki tyczkarz znów poprawi rekord świata, zapłaci mu za ten wyczyn 50 tys. euro (drugie tyle Szwed dostałby od World Athletics).
W Lievin Duplantisowi nie udało się jednak ustanowić nowego rekordu. Konkurs skoku o tyczce wygrał w cuglach znakomitym wynikiem 6,07 m (drugie miejsce zajął dwukrotny mistrz świata Amerykanin Sam Kendricks wynikiem 5,90 m), ale jego trzy próby na 6,19 m zakończyły się niepowodzeniem.
Eksperci są jednak zgodni, że szwedzki tyczkarz ma taki potencjał, że może wyśrubować światowy rekord do poziomu 6,25 m, a niektórzy nawet uważają, że jako pierwszy przekroczy barierę 6,30 m. A to oznacza, że Duplantis może, jak kiedyś robili to Sergiej Bubka i Jelena Isinbajewa, poprawiający wyniki po centymetrze, uczynić z bicia rekordów całkiem zyskowny biznes.
Urodzony w Stanach Zjednoczonych szwedzki lekkoatleta ma wielką szansę osiągnąć pod względem finansowym taki sam gwiazdorski status, jaki w ostatnich latach był udziałem choćby jamajskiego sprintera Usaina Bolta. Po ustanowieniu rekordów w Toruniu i Glasgow agent Duplantisa Daniel Wessfeldt pochwalił się, że jego klient dostaje teraz wiele intratnych propozycji reklamowych i sponsorskich, a organizatorzy mityngów, którzy wcześniej oferowali mu za start 10 tys. euro, gwałtownie podnieśli stawki (niektórzy nawet pięciokrotnie), żeby tylko zgodził się u nich wystartować.
Duplantis miał już wcześniej zawartą indywidualną umowę sponsorską z firmą Puma, ale nie przewiduje ona specjalnych bonusów za rekordy świata, lecz jak twierdzą szwedzkie media, i bez tego jest na tyle korzystna, że zabezpiecza tyczkarza do końca życia. Ponadto ma też umowy z Red Bullem i Omegą, a jego agent właśnie finalizuje kontrakt sponsorski z Volvo. Mimo to Armand w podróżach na zawody wciąż korzysta z tanich linii lotniczych. Pewnie wkrótce to się zmieni, ale na razie Szwed budzi powszechną sympatię także za unikanie gwiazdorskich zachowań.

Spór licealistek o DSD

Trzy uprawiające lekkoatletykę amerykańskie uczennice z liceum w Connecticut złożyły pozew przeciwko transpłciowym zawodniczkom, z którymi nie mają równych szans w rywalizacji z powodu ich fizycznej przewagi.

Pozew złożyły Selina Soule, Chelsea Mitchell oraz Alanna Smith z liceum w Connecticut. Zdaniem młodych sportsmenek osoby transpłciowe, które mogą konkurować z nimi podczas zawodów lekkoatletycznych, mają niesprawiedliwą przewagę „psychiczną i fizyczną, bo wynik konfrontacji z nimi znamy jeszcze przed startem. Ta niesprawiedliwość nie zanika tylko dlatego, że ktoś wierzy w inną tożsamość płciową. Wszystkie dziewczyny zasługują na szansę konkurowania na równych zasadach, bo wszystkie marzymy o zdobyciu sportowych stypendiów” – tłumaczą powody złożenia pozwu trzy młode Amerykanki.
W pozwie Soule, Mitchell i Smith pojawiają się konkretne nazwiska – chodzi o ich rówieśniczki Andrayię Yearwood i Terry Miller, dwie transseksualistki, które w sumie zdobyły już 15 tytułów na różnego rodzaju zawodach. „Zmuszanie dziewcząt do rywalizacji z chłopcami jest nie fair. Niszczy ich marzenia oraz zasadę równości w sporcie” – powiedziała adwokat składających pozew licealistek Christiana Holcomb. Wywołane do tablicy Yearwood i Miller wydały z kolei oświadczenie, w którym zapowiedziały, że będą bronić swoich praw do występów w zawodach kobiecych.
Wypada przypomnieć, że Międzynarodowe Stowarzyszenie Federacji Lekkoatletycznych (IAAF) od dawna próbuje rozwiązać ten problem. Wprowadzone przepisy nakazujące farmakologiczne obniżenie poziomu testosteronu u zawodniczek z zaburzeniami rozwoju płci (DSD), startujących na dystansach od 400 m do jednej mili (1609 m), zostały jednak oprotestowane, m.in. przez najbardziej utytułowaną lekkoatletkę z DSD Caster Semenyę (RPA). A według badań przedstawionych przez IAAF zawodniczki z DSD mają wyższy poziom hormonu niż wynosi średnia dla kobiet, co skutkuje większą masą mięśniową i wyższym poziomem hemoglobiny.

Strach przed koronawirusem

Epidemia koronawirusa wybuchła przed Nowym Rokiem w Wuhan, stolicy prowincji Hubei w środkowych Chinach. Mimo ogromnych starań chińskich władz żeby ją zwalczyć, liczba ofiar i zakażonych rośnie, co powoduje rosnącą panikę na świecie. Także w środowisku sportowym. IAAF odwołał już zaplanowane w lutym w Nankinie halowe mistrzostwa świata.

Nowy koronawirus wywołuje zapalenie płuc, które może być śmiertelne. W Chinach kontynentalnych zakażenie potwierdzono już u ponad 17 tys. osób, a blisko czterysta osób już zmarło. Przypadki zakażeń wykryto także w innych krajach, w tym w Niemczech, Rosji, Francji i Włoszech. Według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) nowy wirus stanowi zagrożenie zdrowia publicznego o zasięgu międzynarodowym.
Organizatorzy sportowych zawodów w Chinach mogli tylko ze zgrozą obserwować, jak narasta lawina odwołań. Zaczął FIS rezygnując z przeprowadzenia w lutym zawodów Pucharu Świata w narciarstwie alpejskim w Yanqing. Potem taką samą decyzję podjęli działacze IAAF, którzy postanowili przenieść zaplanowane na marzec lekkoatletyczne halowe mistrzostwa świata w Nankinie na 2021 rok, a przy majowych mityngach Diamentowej Ligi w Shenzen i Szanghaju postawiono znaki zapytania. Jeszcze w styczniu dołączyła do nich Światowa Federacja Tenisowa (ITF) odwołując na razie tylko do końca kwietnia wszystkie turnieje organizowane w Chinach pod jej szyldem.
Rozwojowi sytuacji w Chinach przyglądają się też szefowie Międzynarodowej Federacji Samochodowej (FIA). „W związku z epidemią koronawirusa, która wybuchła w Chinach na początku roku, FIA ściśle monitoruje sytuację z odpowiednimi władzami i federacjami krajowymi. Jeśli będzie to konieczne, to FIA podejmie wszelkie działania w celu ochrony globalnej społeczności sportów motorowych i publiczności” – napisano w oświadczeniu przesłanym przez FIA do mediów. To oznacza, że federacja bierze pod uwagę odwołanie wyścigu o Grand Prix Chin w Szanghaju zaplanowanego w dniach 17-19 kwietnia.
A co z letnimi igrzyskami olimpijskimi w Tokio, których otwarcie ma się odbyć przecież 24 lipca? Niemiecka agencja DPA poinformowała, że działacze MKOl zwrócili się do Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) z prośbą o opinię, czy rozwój epidemii wirusa może zagrozić igrzyskom. „To prawda, skontaktowaliśmy się z WHO w sprawie koronawirusa. Będziemy też współpracować z wszystkimi organizacjami, które monitorują występowanie chorób zakaźnych i próbują się im przeciwstawić. Bezpieczeństwo wszystkich olimpijczyków jest dla nas priorytetem” – potwierdzili przedstawiciele Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Reakcja japońskich władz była natychmiastowa. „Nasze przygotowania do igrzysk przyspieszyły. Musimy zmierzyć się z koronawirusem, aby go zatrzymać. Zrobimy wszystko, aby rozwiązać ten problem” – zapewnił gubernator Tokio Yuriko Koike na łamach brytyjskiego dziennika „The Guardian”.
Niepewność jednak rośnie, bo dzisiaj nikt nie jest jeszcze w stanie powiedzieć, kiedy wirus wyhamuje. To stanowi problem m.in. dla piłkarskich działaczy w Chinach. Liga w tym kraju miała rozpocząć rozgrywki 22 lutego, ale inaugurację odwołano bez podania nowego terminu. „Decyzja o odroczeniu krajowych zawodów piłkarskich w sezonie 2020 ma pomóc w zapobieganiu i kontroli epidemii zapalenia płuc wywołanego przez zakażenie koronawirusem. Naszym celem jest ochronić zdrowie kibiców, dziennikarzy, zawodników, trenerów i wszystkich pracowników klubu” – poinformowali w oświadczeniu działacze Chińskiego Związku Piłki Nożnej.
W chińskiej ekstraklasie występuje tylko jeden polski piłkarz – były reprezentant naszego kraju Adrian Mierzejewski, który w tej chwili jest związany rocznym kontraktem z klubem Chongqing Lifan. Należy do licznego grona cudzoziemskich graczy, także przybyłych tu z mocnych europejskich lig i markowych klubów, jak Brazylijczyk Paulinho (FC Barcelona), Hulk (Zenit Petersburg, FC Porto) czy Mousa Dembele (kiedyś Tottenham). Mierzejewski na razie czeka na rozwój wydarzeń i nie ulega panice, ale nie wszyscy obcokrajowcy wykazują się taką postawą.
Brazylijska piłkarka nożna Millene Fernandes, która podpisała kontrakt z piłkarskim klubem Wuhan Xinjiyuan, zamknęła się w swoim domu i zaczęła słać apele o pomoc. „Jestem bardzo zaniepokojona. Nie wychodzę ze swojego mieszkania. Chcę opuścić Chiny i mam nadzieję, że brazylijski rząd mi pomoże bo linie lotnicze zrezygnowały z lotów do Wuhan do odwołania” – skarży się Fernandes w przekazie wideo, który wysłała do agencji AFP.

48 godzin sport

Świątek i Kubot nie dali rady
Iga Świątek i Łukasz Kubot (na zdjęciu) zakończyli swój udział w Australian Open na ćwierćfinale. Polska para przegrała z reprezentantami gospodarzy Astrą Sharmą i Johnem-Patrickiem Smithem 6:3, 7:6, 3-10. Kubot i Świątek najdłużej z reprezentantów Polski utrzymali się w turnieju w rywalizacji seniorów. Hubert Hurkacz, Mada Linette i Alicja Rosolska odpadli na początku imprezy. Na kortach Melbourne Park walczy natomiast jeszcze dwójka naszych juniorów. 17-letnia Weronika Baszak awansowała do półfinału, pokonując w 1/4 finału rozstawioną z numerem 16. zawodniczkę z Hongkongu Hong Yi Cody. Do półfinału gry podwójnej juniorów doszedł też Mikołaj Lorens grając w parze z Łotyszem Karlisem Ozolinsem. Ich przeciwnikami w walce o awans do finału będą Brytyjczycy Arthur Fery i Felix Gill.

Piątek chce uciec z Mediolanu, a Grosicki z Hull City
Niemiecki „Bild” podał, że niechciany już w AC Milan polski napastnik Krzyszof Piątek w czwartek przeszedł w Berlinie testy medyczne. Transfer reprezentanta Polski do Herthy Berlin, któej trenerem jest Juergen Klinsmann, wydaje się zatem przesądzony, zwłaszcza że mediolański klub ostatecznie przystał na proponowaną przez niemiecki klub zapłatę w wysokości 22 mln euro plus bonusy. Piątek także zaakceptował warunki indywidualnego 4,5-rocznego kontraktu. Do zmiany klubu w kończącym się 31 stycznia zimowym oknie transferowym szykuje się też inny reprezentant Polski, Kamil Grosicki. Grający obecnie w Hull City skrzydłowy ma przejść za dwa miliony funtów do również występującego w angielskiej drugiej lidze West Bromwich Albion, ale ma też ofertę z Celticu Glasgow.

Indykpol AZS Olsztyn zmienił trenera
Były szkoleniowiec siatkarskiej reprezentacji Polski Daniel Castellani został nowym trenerem Indykpolu AZS – poinformował w środę olsztyński klub. Argentyńczyk zastąpił Włocha Paolo Montagnaniego, który zrezygnował z funkcji po serii porażek w ekstraklasie. 58-letni Castellani w latach 2009-10 prowadził reprezentację biało-czerwonych, zdobywając z nią pierwszy w historii polskiej siatkówki złoty medal mistrzostw Europy. W PlusLidze był trenerem PGE Skry Bełchatów (2006-2009), z którą trzykrotnie zdobył mistrzostwo Polski, a także Zaksy Kędzierzy-Koźle (2012-2013). Od 2017 r. do lutego 2019 r. był szkoleniowcem brazylijskiego klubu Funvic Taubate. Poprzedni trener olsztynian Włoch Paolo Montagnani przed blisko tygodniem zrezygnował z funkcji, po tym jak jego podopieczni ponieśli siedem porażek z rzędu, wliczając w to przegraną z PGE Skrą Bełchatów w ćwierćfinale Pucharu Polski. Po jego odejściu zespół przegrał kolejny mecz w ekstraklasie siatkarzy, tym razem z GKS Katowice 2:3. Indykpol AZS z 20 punktami (7 zwycięstw, 9 porażek) zajmuje obecnie ósme miejsce. W czwartek szkoleniowca zmieniono też w zespole Asseco Resovii Rzeszów. Obowiązki zdymisjonowanego Piotra Gruszki przejął jego asystent Wojciech Serafin.

Koronowirus burzy kalendarz sportowych imprez
Międzynarodowe Stowarzyszenie Federacji Lekkoatletycznych (IAAF) podało, że zaplanowane na marzec w Nankinie lekkoatletyczne halowe mistrzostwa świata z powodu rozprzestrzeniającego się w Chinach groźnego koronawirusa zostały przełożone na 2021 rok. Epidemia zapalenia płuc wywoływanego przez nowy rodzaj wirusa wybuchła w grudniu w Wuhan w środkowych Chinach. Według oficjalnych danych w Chinach kontynentalnych potwierdzono dotychczas prawie 6 tys. przypadków zakażenia i 132 zgony spowodowane wirusem. Chińskie władze praktycznie odcięły od świata liczący 11 mln mieszkańców Wuhan i wprowadziły ograniczenia w przemieszczaniu się w szeregu okolicznych miast. Wirus przedostał się jednak poza granice Chin i jego pojawienie się potwierdzono już w kilkunastu innych krajach, w tym także europejskich. Działacze IAAF rozważali przeniesienie imprezy do innego kraju, ale ponieważ jego zasięg staje się coraz bardziej ogólnoświatowy, zrezygnowano z tego pomysłu. „Wiemy, że władze Chin robią wszystko, by wirus się nie rozszerzał, ale musimy chronić naszych sportowców, członków federacji i partnerów” – napisano na oficjalnej stronie światowej federacji.

Remanent po Katarze

W ostatnim dniu mistrzostw świata polska ekipa poprawiła swój medalowy dorobek o dwa krążki: srebro wywalczyła kobieca sztafeta 4×400 m, a brąz Marcin Lewandowski na 1500 m. W sumie biało-czerwoni przywieźli z Kataru sześć medali – jeden złoty, dwa srebrne i trzy brązowe. Nie był to jednak ich najlepszy występ w światowym czempionacie.

Najwięcej medali nasi reprezentanci królowej sportu wywalczyli w mistrzostwach świata rozegranych w 2009 roku w Berlinie. Ze stolicy Niemiec biało-czerwoni przywieźli dziewięć krążków – dwa złote, cztery srebrne i trzy brązowe. Lepszy urobek niż w Dosze mieli też w poprzednich światowych czempionatach – w 2015 roku w Pekinie zdobyli w sumie osiem medali – trzy złote, jeden srebrny i cztery brązowe, natomiast w 2017 roku w Londynie dwa złote, dwa srebrne i cztery brązowe, czyli w sumie również osiem. W liczbie samych złotych krążków lepszy wynik niż w tym roku uzyskali też w 1983 roku w Helsinkach, 2001 roku w Edmonton i 2013 roku w Moskwie – w tych światowych czempionatach zdobywali po dwa medale z najcenniejszego kruszcu.

Bywało lepiej, bywało i gorzej

Tak więc trudno uznać występ naszej ekipy w Dosze za sukces, bo sześć krążków to jednak regres na tle dwóch poprzednich imprez, zwłaszcza jeśli uwzględnimy fakt, że od czterech lat Polski Związek Lekkiej Atletyki jest jak nigdy wcześniej szczodrze finansowany z państwowego budżetu, o co dbał wywodzący się z lekkoatletycznej rodziny minister sportu Witold Bańka. Inna sprawa, że medalowy dorobek w Katarze byłby bardziej okazały, gdyby w mistrzostwach wystartowała Anita Włodarczyk. Nasza mistrzyni w rzucie młotem musiał jednak przejść zabieg artroskopii kolana, a byłaby w Dosze murowaną kandydatką do złota – wcześniej zdobywała mistrzostwo świata aż cztery razy.

Jej osiągnięcie wyrównał w tegorocznym czempionacie Paweł Fajdek, zdobywca jedynego krążka z najcenniejszego kruszcu. W przyszłorocznych igrzyskach olimpijskich Włodarczyk i Fajdek, o ile będą zdrowi i w najlepszej formie, dają niemal gwarancję zdobycia dwóch złotych medali, a srebro lub brąz gwarantują też inni nasi specjaliści w tej konkurencji – Joanna Fiodorow i Wojciech Nowicki. W konkurencjach rzutowych, poza młotem, już potęgą nie jesteśmy i w miotaniu kulą, dyskiem oraz oszczepem na medalowe zdobycze nie mamy raczej co liczyć. Dowodzą tego nieskrywana bezradność Konrada Bukowieckiego po finałowym konkursie w pchnięciu kulą, w którym zwycięska trójka była od niego lepsza o półtora metra, czy też szczera ocena swojego występu przez dyskobola Piotra Małachowskiego („Szkoda na mnie pieniędzy podatników”).

Niezawodni mistrzowie młota

Nie zmienia to jednak dominującej roli konkurencji rzutowych w naszej ekipie. W Dosze połowę medali, w tym ten jedyny złoty, zdobyli specjaliści w rzucie młotem, dwa krążki (w tym srebro kobiecej sztafety 4×400 m) przedstawiciele konkurencji biegowych, a tylko jeden, i to brązowy, reprezentujący konkurencje techniczne tyczkarz Piotr Lisek.

Medale to nie tylko splendor, ale dla ich zdobywców to także konkretna finansowa korzyść. Nasi lekkoatleci zarobili w Dosze w przeliczeniu ponad 900 tys. złotych. Najwięcej, 60 tys. dolarów, czyli ok. 235 tys. złotych, wpłynie na konto złotego medalisty w rzucie młotem Pawła Fajdka. Najbardziej zapracowana w polskiej ekipie, Justyna Święty-Ersetic, która w ciągu ośmiu dni musiała sześć razy przebiec dystans 400 m (w dwóch sztafetach 4×400 m, mieszanej i kobiecej, oraz w rywalizacji indywidualnej, w której wraz z Igą Baumgart-Witan dotarła aż do finału). Największy sukces odniosła z koleżankami, zdobywając srebro w sztafecie, a za medal z tego kruszcu nagroda wynosi 40 tys. dolarów. To jest jednak kwota do podziału na wszystkie zawodniczki, a w eliminacjach biegł inny skład niż w finale. Za siódme miejsce w finale 400 m Święty-Ersetic otrzymała pięć tysięcy dolarów, czyli około 40 tysięcy złotych.

Wady systemu wynagradzania
Widać na przykładzie drugiej ze srebrnych medalistek w naszej ekipie, młociarki Joanny Fiodorow, która w zgarnęła cała premię za srebro, 40 tys. dolarów (ok 120 tys. zł). Brązowi medaliści, czyli Piotr Lisek i Marcin Lewandowski, otrzymali po 20 tys. dolarów (ok. 80 tys. złotych). W przypadku młociarza Wojciecha Nowickiego, który brązowy medal dostał po proteście i na najniższym stopniu podium stanął ex aequo z Węgrem Bencem Halaszem, zasada podziału sumy nagród została zmodyfikowana – najpierw zsumowano kwoty nagród za trzecie i czwarte miejsce, a potem podzielono ja na dwie równe części. To oznacza, że do kieszeni Nowickiego powinno trafić ok. 70 tys. złotych. Premie finansowe jakimi IAAF nagradza zdobywców miejsc 1-8 od dziesięciu lat utrzymują się na tym samym poziomie.

W Katarze polska ekipa w klasyfikacji medalowej zajęła ostatecznie 11. miejsce. Wygrała ją z gigantyczną przewagą na konkurentami reprezentacja USA, która zdobyła 29 medali – 14 złotych, 11 srebrnych i cztery brązowe. Reprezentację Polski wyprzedziły jeszcze ekipy Kenii (11 medali: 5 złotych – 2 srebrne – 4 brązowe), Jamajki (11: 3–5–3), Chin (9: 3–3–3), Etiopii (8: 2–5–1), Wielkiej Brytanii (6: 2–3–1), Niemiec (6: 2–0–4), Japonii (3: 2–0–1), Holandii (2:2–0–0) i Ugandy (2: 2–0–0).

Impreza w Katarze, chociaż była ostro krytykowana, to mimo wszystkich wad jednak pod względem sportowym się obroniła. W wielu konkurencjach specyficzne warunki panujące na klimatyzowanym stadionie w Dosze wyniosły rywalizację na kosmiczny wręcz poziom. Padły trzy rekordy świata (Dalilah Muhammad na 400 m ppł, dwa razy Amerykanów w sztafecie mieszanej), poprawiono sześć rekordów mistrzostw, dwadzieścia jeden kontynentalnych i osiemdziesiąt siedem krajowych.
Władze IAAF już jednak wiedzą, że w przyszłości muszą rozważniej wybierać organizatorów. Za dwa lata imprezę zorganizują Amerykanie, a odbędzie się ona w Eugene.

 

W Katarze już jest bardzo gorąco

W piątek 27 września w Dausze rozpoczną się lekkoatletyczne mistrzostwa świata. Impreza, która potrwa do 6 października, od dawna wzbudza mnóstwo kontrowersji. Głównie ze względu na nietypowy termin, najpóźniejszy w historii światowych czempionatów, ale też na dopingową histerię. W Katarze wystąpi 44 reprezentantów Polski.

Pierwsi w Katarze zjawili się lekkoatletyczni działacze, by w Dosze w luksusowych warunkach odbębnić kongresowe obowiązki i wybrać szefa federacji. Pracy przy tym wiele nie było, bo jedynym kandydatem był obecny sternik IAAF Brytyjczyk Sebastian Coe. Delegaci nie przemęczyli się też rozważając kwestię przywrócenia Rosji do lekkoatletycznej rodziny. Akurat WADA po raz kolejny zgłosiła zastrzeżenia do wiarygodności informacji antydopingowych przekazywanych przez RUSADA i dali tym samym argument do podtrzymania zawieszenia rosyjskiej federacji lekkoatletycznej. Tak więc w rozpoczynających się piątek mistrzostwach świata reprezentanci tego kraju znów będą startować pod neutralną flagą.

Nie jest to decyzja sprawiedliwa, bo w zorganizowany doping umoczone jest znacznie więcej federacji, a najbardziej kenijska. O dziwo, Kenii jakoś władze IAAF zawieszać nie chcą, chociaż światowe media co rusz dostarczają dowodów, że w tym afrykańskim kraju proceder zorganizowanego dopingu wręcz kwitnie, bo są tam ku temu wręcz wymarzone warunki do szprycowania się – rzadkie kontrole, możliwość zatuszowania wpadki i tabuny ofiarnych działaczy gotowych kłamać i mataczyć w obronie swoich sportowców i dobrego imienia ojczyzny.

Reporterzy niemieckiej telewizji ARD nagrali ukrytą kamerą, jak dwoje reprezentantów na mistrzostwa w Katarze wstrzykuje sobie EPO. Jeden z lekarzy specjalizujących się w dopingu opowiedział niemieckiej ekipie, że w kenijskiej kadrze ma ośmiu klientów. ARD nagrała też byłego pracownika kenijskiej komisji antydopingowej, który opowiedział, jak menedżerowie lekkoatletów płacą kenijskiej federacji za tuszowanie wpadek.

Te zarzuty dotyczą przecież jednej z największych potęg w światowej lekkoatletyce. Od 2007 roku Kenia tylko raz znalazła się poza podium klasyfikacji medalowej mistrzostw świata (w 2013 w Moskwie), a wygrała ją w Pekinie w 2015, zaś w 2013 i 2017 roku przegrała tylko ze Stanami Zjednoczonymi. I co ciekawe, jeszcze do niedawna nie miał nawet swojej agencji antydopingowej.

Ale w przeciwieństwie do Rosjan, Kenijczycy będą jednak mogli startować w mistrzostwach świata w Katarze pod własną flagą. Owszem, będą pod specjalnym nadzorem, bo Kenia znalazła się, obok Rosji, Ukrainy, Białorusi i Etiopii, na liście krajów pod specjalnym nadzorem IAAF. Przed katarskimi mistrzostwami pobrano od uczestników aż 700 próbek krwi, podczas zaczynającej się w piątek rywalizacji ma być zrobionych kolejnych 500 testów. To dobre informacje dla wolnych od dopingu sportowców. Ale gdy zobaczymy podczas mistrzostw Rosjanina bez własnej flagi i Kenijczyka z flagą to trudno się będzie oprzeć wrażeniu, że coś tu chyba jednak nie gra.

Atmosfera w Dosze jest zatem gorąca nie tylko ze względu na piekielne upały. Nie wszystkie ekipy są zachwycone warunkami, jakie zapewniają organizatorzy. Skandal wywołała na przykład ekipa Norwegii, która nie przyjęła proponowanych jej kwater i za ponad 100 tys. euro wynajęła luksusowy hotel. Ale jej kierownictwo zapowiedziało, że zażąda od Katarczyków zwrotu tych pieniędzy.

 

IAAF nie chce Rosji

Międzynarodowe Stowarzyszenie Federacji Lekkoatletycznych (IAAF) tuż przed mistrzostwami świata utrzymała decyzję o dyskwalifikacji Rosji. Sportowcy z tego kraju w Dausze będą musieli startować pod neutralną flagą.

Skandal dopingowy w rosyjskim sporcie został rozpętany w 2014 roku przez jedną z niemieckich stacji telewizyjnych, która wyemitowała film dokumentalny o stosowaniu zorganizowanego dopingu, którego animatorów chroniły służby państwowe. Głównym celem było zdobycie jak największej liczby medali podczas zimowych igrzysk w Soczi. W efekcie rosyjska agencja antydopingowa straciła akredytacje WADA (Światowa Agencja Antydopingowa), a MKOl zabronił sportowcom tego kraju startu pod rosyjską flagą podczas letnich igrzysk w Rio de Janeiro w 2016 roku. Z czasem te restrykcje cofnięto, a jedyną światową federacją sportową, która nie zniosła stanu zawieszenie w jaki w 2015 roku postawiła rosyjską federację lekkoatletyczną, była kierowana przez Brytyjczyka Sebastiana Coe’a IAAF.

Rosjanie nie mogli zatem wystąpić pod swoją flagą także w mistrzostwach świata w 2017 roku, ale przed tegorocznym światowym czempionatem IAAF nie miała już zbyt wielu argumentów, żeby podtrzymać dyskwalifikację Rosji. Działaczom IAAF w sukurs znów przyszła WADA, która ponownie na podstawie medialnych doniesień niemieckich mediów zarzuciła Rosyjskiej Agencji Antydopingowej (RUSADA) manipulowanie danymi. Ten pretekst wystarczył, żeby podtrzymano dyskwalifikację rosyjskiej federacji lekkoatletycznej, co oznacza, że rosyjscy sportowcy także w Dosze wystąpią pod neutralną flagą. Do 30 zawodniczek i zawodników WADA i IAAF nie mają żadnych zastrzeżeń i oni będą mogli powalczyć o medale, o ile władze Rosji wyrażą na to zgodę.

 

Bez Rosji sukces jest niepełny

Nasza lekkoatletyczna reprezentacja po raz pierwszy w historii wygrała Drużynowe Mistrzostwa Europy. W miniony weekend w Bydgoszczy Polacy zgromadzili 345 punktów. Drugą lokatę zajęli Niemcy (317,5 pkt), a trzecią Francja (316,5 pkt). Zwycięstwo biało-czerwonych miałoby jednak większą wartość, gdyby pokonali też Rosję.

Ekipa Rosji do niedawna była jedną z największych potęg „królowej sportu”. W wyniku wieloletniej już dyskwalifikacji ekipa rosyjskich lekkoatletów wypadła z europejskiej Superligi, a jeśli banicja potrwa dłużej, spadną w hierarchii na samo dno. W ośmiu wcześniejszych edycjach drużynowych mistrzostw Europy Rosjanie dzielili się zwycięstwami z reprezentacją Niemiec. Pod ich nieobecność rolę najgroźniejszego konkurenta niemieckiej drużyny przejęła Polska i na swoim terenie, w Bydgoszczy, w miniony weekend wygrała DME na poziomie Superligi. Rosyjska reprezentacja powinna w tym czasie walczyć o poprawienie podupadłych w wyniku dyskwalifikacji za dopingowy proceder rankingowych notowań w mistrzostwach lekkoatletycznej pierwszej ligi w norweskim Sandnes. Rosjanie byli gotowi wystartować w tych zawodach, ale IAAF wciąż odmawia im prawa do rywalizacji w pod własną flagą. Dwa lata temu nie mogli uczestniczyć w DME Superligi i zostali zdegradowani do pierwszej ligi, teraz spadną do drugiej ligi. Następne drużynowe mistrzostwa odbędą się za dwa lata, więc jeśli do tego czasu rosyjska federacja nie zostanie przywrócona w prawach członka IAAF, to Rosjanie znajdą się w gronie europejskich outsiderów w tym sporcie.

Czy ta sytuacja może ulec zmianie? Nie będzie to łatwe. Powołana przez IAAF izba nadzoru nad dopingową czystością w lekkiej atletyce (The Athletics Integrity Unit) na swoich listach lekkoatletów aktualnie wykluczonych za doping ma wpisanych 94 reprezentantów Rosji, w tym także trenerów. Inne nacje równie uwikłane w dopingowy proceder nie są tak licznie reprezentowane – Kenijczyków na listach AIU jest 43, Chińczyków 31, po kilkunastu mają Etiopczycy i Jamajczycy. Wzmożona kontrola działa na korzyść krajów, które trzymają dopingowiczów w ryzach, takich jak choćby Polska, która w spisach AIU ma tylko jedną osobę, biegaczkę maratońską Wiolettę Kryzę, przyłapaną jednak już dawno, bo w 2012 roku.

Wracając do Rosjan, to ich uporczywe starania o przywrócenie w prawach członka IAAF wciąż są niweczone przez kolejne wpadki. Brytyjskie media niedawno ujawniły, jak działacze rosyjskiej federacji lekkoatletycznej pomagali wicemistrzowi świata w skoku wzwyż z 2017 roku Daniłowi Łysenko w znalezieniu alibi, gdy nie stawił się na kontrolę antydopingową. Tego typu przypadki są świetnym pretekstem dla władz IAAF, żeby trzymać rosyjskich lekkoatletów poza nawiasem tego sportu. W czerwcu br. już po raz jedenasty propozycja zniesienia kary dla Rosjan została w głosowaniu odrzucona. Następne głosowanie w tej sprawie ma się odbyć 23 września, cztery dni przed lekkoatletycznymi mistrzostwami świata w Katarze.

Rosja nie jest jedynym krajem, któremu IAAF przestał pobłażać w sprawach niedozwolonego dopingu, ale bez wątpienia została potraktowano najbardziej surowo ze wszystkich. A to przecież światowa lekkoatletyczna potęga, która z każdych igrzysk, licząc od pierwszego startu pod flagą Rosji w 1996 roku, przywoziła średnio pięć złotych medali i zawsze plasowała się w pierwszej piątce klasyfikacji medalowej. Dopóki Rosja nie wróci do sportowej rodziny, sukcesy innych reprezentacji, czyli także naszej, zawsze będą kwestionowane.

 

Semenya znowu na aucie

Trwa prawna wojna między lekkoatletką z RPA Caster Semenyą, a Międzynarodowym Stowarzyszeniem Federacji Lekkoatletycznych (IAAF). W jej kolejnej odsłonie przed szwajcarskim sądem górą jest światowa federacja, której udało się uchylić wcześniejszy werdykt zawieszający nakaz ograniczenia przez tę zawodniczkę poziomu testosteronu w organizmie. W tej sytuacji Semenya ogłosiła, że nie wystartuje w tegorocznych mistrzostwach świata w Dausze.

Międzynarodowe Stowarzyszenie Federacji Lekkoatletycznych 8 maja 2018 roku wprowadziła przepis nakazujący farmakologiczne obniżenie poziomu testosteronu u zawodniczek z hiperandrogenizmem albo inaczej syndromem zaburzeniami rozwoju płci DSD (Disorders of Sexual Development), startujących na dystansach od 400 m do jednej mili (1609 m). IAAF w uzasadnieniu podała, że według badań biegaczki z DSD mają wyższy poziom testosteronu niż wynosi średnia dla kobiet, co skutkuje większą masą mięśniową oraz wyższym poziomem hemoglobiny i przez to daje wyraźną przewagę.

Testosteronu nigdy za wiele

Głównym argumentem był fakt, że ponad 99 procent kobiet ma poziom testosteronu w granicach od 0,12 do 1,79 nanomola na litr krwi, podczas gdy osoby hiperandrogeniczne w przedziale 7,7–29,4 nmol/na litr. Semenya nie jest jedyną biegaczką ze światowej czołówki z DSD, ale ponieważ dominuje na bieżni, budzi największe emocje. Wysoki poziom testosteronu, wedle wielu ocen naukowych, zapewnia znaczne sportowe korzyści, daje większą moc i siłę. W biegach średnich tę przewagę wyliczono na 3 procent wobec rywalek mających standardowe poziomy hormonów. Działacze lekkoatletyczni postulowali zatem, by kobiety z DSD co najmniej przez pół roku przed startem na stałe obniżyły poziom męskiego hormonu poniżej 5 nanomoli na litr.

Szef departamentu zdrowia i nauki IAAF dr Stéphane Bermon zapewniał, że skoro testosteron jest najważniejszym czynnikiem różnicującym płeć i spór dotyczy prawa startu kobiet mających tyle tego hormonu co mężczyźni, często powyżej 25 nanomoli na litr, to uczciwe jest zmniejszenie tego wskaźnika. Przepisy miały wejść w życie w listopadzie 2018 roku, ale po apelacji złożonej przez Semenyę, którą wsparła federacja lekkoatletyczna RPA, wstrzymano ich wdrożenie.

Profesor Ross Tucker, ekspert powołany przez Semenyę, poddał w wątpliwość znaczną część badań naukowców pracujących na rzecz IAAF, twierdząc, że w ich raporcie mogło być nawet 30 procent błędnych danych. Zwrócił też uwagę na fakt, że ograniczenia wprowadzono tylko wobec biegaczek na kilku wybranych dystansach, a nie, na przykład, w konkurencjach rzutowych, w których wpływ testosteronu jest znacznie większy (poprawia wyniki nawet o 12 procent). Tucker wyliczył, że spełnienie wymagań federacji oznaczałoby pogorszenie wyników Semenyi w biegach na 800 m od 5 do 7 sekund, co zmieniłoby ją w przeciętną biegaczkę, ale jednocześnie twierdził, iż z przyczyn biologicznych nadmiar testosteronu nie jest przez organizm zawodniczki w pełni wykorzystywany.

Kampania kwietniowa

W kwietniu 2018 IAAF wprowadził jednak nowe, jeszcze ostrzejsze zasady przy określaniu dopuszczalnego poziomu testosteronu w biegach na dystansach, na których rywalizowała Semenya. Południowoafrykańska biegaczka z miejsca wszczęła nową batalię prawną. Jej adwokaci założyli sprawę w Trybunale Arbitrażowym ds. Sportu (CAS) w Lozannie. „Chcę tylko normalnie biegać, tak jak się urodziłam. To niesprawiedliwe, jak mi mówią, że muszę się zmienić. Jestem kobietą” – żaliła się w mediach. W maju 2018 roku CAS ogłosił jednak werdykt niekorzystny dla Semenyi, ale sportsmenka natychmiast złożyła odwołanie do szwajcarskiego sądu federalnego, który ku jej radości tymczasowo zawiesił nowe zasady wprowadzone przez IAAF, ale tylko w jej sprawie. IAAF odpowiedział jednak odwołaniem, które poskutkowało i sąd odwołał zawieszenie, co oznacza w praktyce, że Semenya nie będzie mogła wystąpić na mistrzostwach świata, które na przełomie września i października odbędą się w Dausze. „Jestem bardzo zawiedziona, ale to nie zniechęci mnie do kontynuowania walki o prawa wszystkich zawodniczek, których to dotyczy” – stwierdziła reprezentantka RPA.

Dekada walki z IAAF

Problem zaczął się wraz z pojawieniem się Semenyi w poważnej lekkoatletycznej rywalizacji. W mistrzostwach świata w Berlinie w 2009 roku 18-letnia wówczas południowoafrykańska biegaczka wywalczyła złoty medal na 800 metrów rewelacyjnym wynikiem 1.55,45. Druga na mecie zawodniczka straciła do niej prawie dwie sekundy. To przepaść na tym poziomie rywalizacji. Od razu pojawiły się wątpliwości dotyczące „męskiej budowy ciała” Semenyi. Działacze IAAF też mieli wątpliwości, dlatego zlecili testy mające odpowiedzieć na zasadnicze pytanie – czy Semenya jest kobietą? Wyniki nigdy nie zostały podane do publicznej wiadomości. W 2010 roku mogła ponownie startować w oficjalnych zawodach IAAF, ale już rok później światowa federacja zdecydowała jednak, że górny poziom testosteronu dla lekkoatletek nie może przekraczać 10 nanomoli na litr krwi. Nie wiadomo, czy Semenya przeszła terapię, ale zdobyła kolejne złoto na mistrzostwach świata z wynikiem o niemal sekundę gorszym niż wcześniej – 1.56,35. Na igrzyskach w Londynie była druga, ale 2016 roku w Rio de Janeiro ponownie wygrała z ogromną przewagą nad rywalkami, chociaż trzy kolejne na mecie też miały DSD. I chyba z tego powodu IAAF jest taka nieustępliwa.