Bez Rosji sukces jest niepełny

Nasza lekkoatletyczna reprezentacja po raz pierwszy w historii wygrała Drużynowe Mistrzostwa Europy. W miniony weekend w Bydgoszczy Polacy zgromadzili 345 punktów. Drugą lokatę zajęli Niemcy (317,5 pkt), a trzecią Francja (316,5 pkt). Zwycięstwo biało-czerwonych miałoby jednak większą wartość, gdyby pokonali też Rosję.

Ekipa Rosji do niedawna była jedną z największych potęg „królowej sportu”. W wyniku wieloletniej już dyskwalifikacji ekipa rosyjskich lekkoatletów wypadła z europejskiej Superligi, a jeśli banicja potrwa dłużej, spadną w hierarchii na samo dno. W ośmiu wcześniejszych edycjach drużynowych mistrzostw Europy Rosjanie dzielili się zwycięstwami z reprezentacją Niemiec. Pod ich nieobecność rolę najgroźniejszego konkurenta niemieckiej drużyny przejęła Polska i na swoim terenie, w Bydgoszczy, w miniony weekend wygrała DME na poziomie Superligi. Rosyjska reprezentacja powinna w tym czasie walczyć o poprawienie podupadłych w wyniku dyskwalifikacji za dopingowy proceder rankingowych notowań w mistrzostwach lekkoatletycznej pierwszej ligi w norweskim Sandnes. Rosjanie byli gotowi wystartować w tych zawodach, ale IAAF wciąż odmawia im prawa do rywalizacji w pod własną flagą. Dwa lata temu nie mogli uczestniczyć w DME Superligi i zostali zdegradowani do pierwszej ligi, teraz spadną do drugiej ligi. Następne drużynowe mistrzostwa odbędą się za dwa lata, więc jeśli do tego czasu rosyjska federacja nie zostanie przywrócona w prawach członka IAAF, to Rosjanie znajdą się w gronie europejskich outsiderów w tym sporcie.

Czy ta sytuacja może ulec zmianie? Nie będzie to łatwe. Powołana przez IAAF izba nadzoru nad dopingową czystością w lekkiej atletyce (The Athletics Integrity Unit) na swoich listach lekkoatletów aktualnie wykluczonych za doping ma wpisanych 94 reprezentantów Rosji, w tym także trenerów. Inne nacje równie uwikłane w dopingowy proceder nie są tak licznie reprezentowane – Kenijczyków na listach AIU jest 43, Chińczyków 31, po kilkunastu mają Etiopczycy i Jamajczycy. Wzmożona kontrola działa na korzyść krajów, które trzymają dopingowiczów w ryzach, takich jak choćby Polska, która w spisach AIU ma tylko jedną osobę, biegaczkę maratońską Wiolettę Kryzę, przyłapaną jednak już dawno, bo w 2012 roku.

Wracając do Rosjan, to ich uporczywe starania o przywrócenie w prawach członka IAAF wciąż są niweczone przez kolejne wpadki. Brytyjskie media niedawno ujawniły, jak działacze rosyjskiej federacji lekkoatletycznej pomagali wicemistrzowi świata w skoku wzwyż z 2017 roku Daniłowi Łysenko w znalezieniu alibi, gdy nie stawił się na kontrolę antydopingową. Tego typu przypadki są świetnym pretekstem dla władz IAAF, żeby trzymać rosyjskich lekkoatletów poza nawiasem tego sportu. W czerwcu br. już po raz jedenasty propozycja zniesienia kary dla Rosjan została w głosowaniu odrzucona. Następne głosowanie w tej sprawie ma się odbyć 23 września, cztery dni przed lekkoatletycznymi mistrzostwami świata w Katarze.

Rosja nie jest jedynym krajem, któremu IAAF przestał pobłażać w sprawach niedozwolonego dopingu, ale bez wątpienia została potraktowano najbardziej surowo ze wszystkich. A to przecież światowa lekkoatletyczna potęga, która z każdych igrzysk, licząc od pierwszego startu pod flagą Rosji w 1996 roku, przywoziła średnio pięć złotych medali i zawsze plasowała się w pierwszej piątce klasyfikacji medalowej. Dopóki Rosja nie wróci do sportowej rodziny, sukcesy innych reprezentacji, czyli także naszej, zawsze będą kwestionowane.

 

Semenya znowu na aucie

Trwa prawna wojna między lekkoatletką z RPA Caster Semenyą, a Międzynarodowym Stowarzyszeniem Federacji Lekkoatletycznych (IAAF). W jej kolejnej odsłonie przed szwajcarskim sądem górą jest światowa federacja, której udało się uchylić wcześniejszy werdykt zawieszający nakaz ograniczenia przez tę zawodniczkę poziomu testosteronu w organizmie. W tej sytuacji Semenya ogłosiła, że nie wystartuje w tegorocznych mistrzostwach świata w Dausze.

Międzynarodowe Stowarzyszenie Federacji Lekkoatletycznych 8 maja 2018 roku wprowadziła przepis nakazujący farmakologiczne obniżenie poziomu testosteronu u zawodniczek z hiperandrogenizmem albo inaczej syndromem zaburzeniami rozwoju płci DSD (Disorders of Sexual Development), startujących na dystansach od 400 m do jednej mili (1609 m). IAAF w uzasadnieniu podała, że według badań biegaczki z DSD mają wyższy poziom testosteronu niż wynosi średnia dla kobiet, co skutkuje większą masą mięśniową oraz wyższym poziomem hemoglobiny i przez to daje wyraźną przewagę.

Testosteronu nigdy za wiele

Głównym argumentem był fakt, że ponad 99 procent kobiet ma poziom testosteronu w granicach od 0,12 do 1,79 nanomola na litr krwi, podczas gdy osoby hiperandrogeniczne w przedziale 7,7–29,4 nmol/na litr. Semenya nie jest jedyną biegaczką ze światowej czołówki z DSD, ale ponieważ dominuje na bieżni, budzi największe emocje. Wysoki poziom testosteronu, wedle wielu ocen naukowych, zapewnia znaczne sportowe korzyści, daje większą moc i siłę. W biegach średnich tę przewagę wyliczono na 3 procent wobec rywalek mających standardowe poziomy hormonów. Działacze lekkoatletyczni postulowali zatem, by kobiety z DSD co najmniej przez pół roku przed startem na stałe obniżyły poziom męskiego hormonu poniżej 5 nanomoli na litr.

Szef departamentu zdrowia i nauki IAAF dr Stéphane Bermon zapewniał, że skoro testosteron jest najważniejszym czynnikiem różnicującym płeć i spór dotyczy prawa startu kobiet mających tyle tego hormonu co mężczyźni, często powyżej 25 nanomoli na litr, to uczciwe jest zmniejszenie tego wskaźnika. Przepisy miały wejść w życie w listopadzie 2018 roku, ale po apelacji złożonej przez Semenyę, którą wsparła federacja lekkoatletyczna RPA, wstrzymano ich wdrożenie.

Profesor Ross Tucker, ekspert powołany przez Semenyę, poddał w wątpliwość znaczną część badań naukowców pracujących na rzecz IAAF, twierdząc, że w ich raporcie mogło być nawet 30 procent błędnych danych. Zwrócił też uwagę na fakt, że ograniczenia wprowadzono tylko wobec biegaczek na kilku wybranych dystansach, a nie, na przykład, w konkurencjach rzutowych, w których wpływ testosteronu jest znacznie większy (poprawia wyniki nawet o 12 procent). Tucker wyliczył, że spełnienie wymagań federacji oznaczałoby pogorszenie wyników Semenyi w biegach na 800 m od 5 do 7 sekund, co zmieniłoby ją w przeciętną biegaczkę, ale jednocześnie twierdził, iż z przyczyn biologicznych nadmiar testosteronu nie jest przez organizm zawodniczki w pełni wykorzystywany.

Kampania kwietniowa

W kwietniu 2018 IAAF wprowadził jednak nowe, jeszcze ostrzejsze zasady przy określaniu dopuszczalnego poziomu testosteronu w biegach na dystansach, na których rywalizowała Semenya. Południowoafrykańska biegaczka z miejsca wszczęła nową batalię prawną. Jej adwokaci założyli sprawę w Trybunale Arbitrażowym ds. Sportu (CAS) w Lozannie. „Chcę tylko normalnie biegać, tak jak się urodziłam. To niesprawiedliwe, jak mi mówią, że muszę się zmienić. Jestem kobietą” – żaliła się w mediach. W maju 2018 roku CAS ogłosił jednak werdykt niekorzystny dla Semenyi, ale sportsmenka natychmiast złożyła odwołanie do szwajcarskiego sądu federalnego, który ku jej radości tymczasowo zawiesił nowe zasady wprowadzone przez IAAF, ale tylko w jej sprawie. IAAF odpowiedział jednak odwołaniem, które poskutkowało i sąd odwołał zawieszenie, co oznacza w praktyce, że Semenya nie będzie mogła wystąpić na mistrzostwach świata, które na przełomie września i października odbędą się w Dausze. „Jestem bardzo zawiedziona, ale to nie zniechęci mnie do kontynuowania walki o prawa wszystkich zawodniczek, których to dotyczy” – stwierdziła reprezentantka RPA.

Dekada walki z IAAF

Problem zaczął się wraz z pojawieniem się Semenyi w poważnej lekkoatletycznej rywalizacji. W mistrzostwach świata w Berlinie w 2009 roku 18-letnia wówczas południowoafrykańska biegaczka wywalczyła złoty medal na 800 metrów rewelacyjnym wynikiem 1.55,45. Druga na mecie zawodniczka straciła do niej prawie dwie sekundy. To przepaść na tym poziomie rywalizacji. Od razu pojawiły się wątpliwości dotyczące „męskiej budowy ciała” Semenyi. Działacze IAAF też mieli wątpliwości, dlatego zlecili testy mające odpowiedzieć na zasadnicze pytanie – czy Semenya jest kobietą? Wyniki nigdy nie zostały podane do publicznej wiadomości. W 2010 roku mogła ponownie startować w oficjalnych zawodach IAAF, ale już rok później światowa federacja zdecydowała jednak, że górny poziom testosteronu dla lekkoatletek nie może przekraczać 10 nanomoli na litr krwi. Nie wiadomo, czy Semenya przeszła terapię, ale zdobyła kolejne złoto na mistrzostwach świata z wynikiem o niemal sekundę gorszym niż wcześniej – 1.56,35. Na igrzyskach w Londynie była druga, ale 2016 roku w Rio de Janeiro ponownie wygrała z ogromną przewagą nad rywalkami, chociaż trzy kolejne na mecie też miały DSD. I chyba z tego powodu IAAF jest taka nieustępliwa.

 

IAAF nadal sekuje Rosjan

W minioną sobotę już po raz 11. IAAF przedłużyła zawieszenie rosyjskiej federacji lekkoatletycznej (WFLA), które potrwa co najmniej do następnego posiedzenia, zaplanowanego w Dausze przed rozpoczynającymi się tam 27 września mistrzostwami świata.

IAAF jest ostatnią z ważnych organizacji sportowych, która wciąż utrzymuje sankcje wobec Rosji, chociaż zniosły je m.in. Międzynarodowy Komitet Olimpijski (MKOL) i Światowa Agencja Antydopingowa (WADA). Niewykluczone, że ma to jakiś związek z tym, że na czele Międzynarodowego Stowarzyszenia Federacji Lekkoatletycznych od 31 sierpnia 2015 roku stoi Brytyjczyk Sebastian Coe, a Wielka Brytania jak wiadomo znajduje się w ostrym dyplomatycznym konflikcie z Rosją.
Dla rosyjskich lekkoatletów przedłużające się wykluczenie poza nawias międzynarodowej społeczności staje się coraz większym problemem, ale nie wszyscy widzą przyczynę tego stanu rzeczy jedynie w podsycanym przez polityków uporze działaczy IAAF.

Na przykład dwukrotna mistrzyni świata w skoku wzwyż Maria Lasickiene na Instagramie bez ogródek za winnych przedłużenia sankcji wskazała przede wszystkim rosyjskie władze sportowe. „Przez trzy ostatnie lata słyszałam z dwieście razy, że wszystko co należało zostało już zrobione i lada chwila zostaniemy przywróceni do rodziny lekkoatletycznej. Ale to były i są tylko piękne słówka. Czy ci ludzie myślą, że sportowcy niczego nie widzą, niczego nie rozumieją? Zapomnieli, że bez nas sportowców istnienie federacji sportowej traci sens. Mam nadzieję, że osoby zaangażowani w ten niekończący się wstyd odejdą. Nie tylko kierownictwo, ale wszyscy aktywni trenerzy, którzy nadal są przekonani, że bez dopingu nie można wygrać” – napisała rosyjska lekkoatletka.

 

ONZ po stronie Semenyi

Budząca od lat mnóstwo kontrowersji biegaczka z RPA Caster Semenya od lat wojuje z IAAF. Ostatnio po stronie lekkoatletki opowiedziały się Organizacja Narodów Zjednoczonych.

Semenya, mistrzyni olimpijska na 800 m z Rio de Janeiro, a także trzykrotna mistrzyni świata na tym dystansie, od dawna podważa zasady, które zamierza wprowadzić Międzynarodowe Stowarzyszenie Federacji Lekkoatletycznych (IAAF), mające na celu ograniczenie poziomu testosteronu u biegaczek. Nieoczekiwanie w tym sporze po stronie południowoafrykańskiej zawodniczki stanęła Organizacja Narodów Zjednoczonych.

W komunikacie ONZ podkreślono, że pomysł klasyfikowania zawodników według płci na podstawie kryterium poziomu testosteronu „narusza prawa człowieka” i nazwano te plany „niepotrzebnymi, upokarzającymi i szkodliwymi”.
IAAF zamierza wprowadzić zasadę, że zawodniczki z naturalnie wysokim poziomem testosteronu musiałyby ścigać się z mężczyznami, chyba że przyjmowałyby leki zmniejszające ten poziom. Przepisy będą miały zastosowanie dla kobiet w biegach od 400 m do jednej mili i wymagają, aby sportowcy utrzymywali poziom testosteronu poniżej określonej ilości co najmniej przez pół roku przed zawodami.

Ta właśnie kwestia była omawiana na 40. sesji Rady Praw Człowieka ONZ w marcu br. W jej trakcie sformułowano wnioski dla IAAF. Rada stwierdziła, że chce, aby organy zarządzające jakąkolwiek zbiorową aktywnością „powstrzymywały się od egzekwowania praktyk wymuszających na zawodniczkach przechodzenie niepotrzebnych, upokarzających i szkodliwych procedur medycznych jako warunku uczestniczenia w kobiecym sporcie wyczynowym”.

 

IAAF nadal sekuje Rosję

Rosyjska Federacja Lekkoatletyczna nie została odwieszona w prawach członka Międzynarodowego Stowarzyszenia Federacji Lekkoatletycznych (IAAF).

IAAF nie ustaliła ram czasowych przywrócenia członkostwa Rosyjskiej Federacji Lekkoatletycznej. „Wciąż oczekujemy szybszego przekazywania kolejnych, żądanych przez Światową Agencję Antydopingową (WADA) wyników badań sportowców rosyjskich przez laboratorium w Moskwie. Odwieszenie może nastąpić przed mistrzostwami świata w Katarze (28 września – 6 października), ale w razie niespełnienia oczekiwań również po nich” – zapowiedział szef komisji rozpatrującej tę sprawę Norweg Rune Andersen.

W grudniu ub. roku Komitet Wykonawczy IAAF, który obradował w Monte Carlo pod przewodnictwem szefa lekkoatletycznej organizacji Sebastiana Coe’a, postanowił przedłużyć trwający od listopada 2015, a spowodowany masowymi wykroczeniami dopingowymi w Rosji, stan zawieszenia. Powodem dalszego utrzymywania Rosjan poza strukturami IAAF jest przede wszystkim to, że niezależnemu organowi IAAF (Athletics Integrity Unit) wciąż nie udostępnia się próbek z laboratorium w Moskwie z okresu 2011-2015.

Zawieszenie Rosyjskiej Federacji Lekkoatletycznej nastąpiło po wykryciu istniejącego w Rosji państwowego systemu dopingowania sportowców. Skutkiem izolacji Rosjan było dopuszczenie ich do udziału w igrzyskach olimpijskich w Rio de Janeiro tylko pod neutralną flagą. Na tych samych warunkach pozwolono im też startować w mistrzostwach świata w 2017 roku w Londynie i w mistrzostwach Europy 2018 w Berlinie oraz w niedawno zakończonych halowych mistrzostwach Europy w Glasgow.

Rosjanie skarżą się na IAAF w CAS

Rosyjska Federacja Lekkoatletyczna złożyła do Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu (CAS) w Lozannie odwołanie od decyzji IAAF o przedłużeniu zawieszenia.

 

Gwoli przypomnienia: po aferze wywołanej raportem WADA Rosja została zawieszona przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Federacji Lekkoatletycznych (IAAF) i wykluczona z udziału m.in. w igrzyskach w Rio de Janeiro w 2016 roku, lekkoatletycznych mistrzostw świata w Londynie i zimowych igrzysk olimpijskich i paraolimpijskich w Pjongczangu. Rosyjscy sportowcy mogli w tych imprezach startować tylko pod neutralną flagą.

Po decyzji Światowej Agencji Antydopingowej (WADA) z 20 września tego roku,w wyniku której zniesiona została kara dyskwalifikacji nałożona na Rosję, akredytację odzyskała też Rosyjska Agencja Antydopingowa (RUSADA) oraz jej moskiewskie laboratorium.

Mimo to IAAF, chociaż potwierdziła znaczną poprawę sytuacji w Rosji, odłożyła decyzję o zniesieniu kary zawieszenia dla rosyjskich lekkoatletów do grudnia, bo w tym miesiącu ma się odbyć kolejne posiedzenie Rady IAAF.

Rzeczniczka prasowa rosyjskiej federacji lekkoatletycznej Natalia Juczarewa nie kryła oburzenia decyzją władz IAAF. „Jesteśmy zaskoczeni przedłużeniem naszego zawieszenia, tym bardziej, że podczas lipcowego posiedzenia Rady IAAF stwierdzono, że w Rosji zostały poczynione znaczące postępy w walce z dopingiem. Rosjanie liczą, że CAS wyda korzystne dla nich orzeczenie, które zobliguje światową federację do cofnięcia kary zawieszenia.

Te oczekiwania są jak najbardziej zasadne, skoro Międzynarodowy Komitet Olimpijski (MKOl) przywrócił Rosyjski Komitet Olimpijski w prawach członkowskich niedługo po zakończeniu zimowych igrzysk w Pjongczangu.

 

IAAF akceptuje powrót Rosji

Nie milkną echa decyzji Światowej Agencji Antydopingowej (WADA) o odwieszeniu Rosyjskiej Agencji Antydopingowej (RUSADA). Głos w tej sprawie zabrał też szef światowej federacji lekkoatletycznej (IAAF) Sebastian Coe.

 

RUSADA została zawieszona w prawach członka WADA niespełna trzy lata temu, gdy na jaw wyszło, że państwo nie tylko wiedziało o stosowaniu dopingu przez rosyjskich sportowców, ale też wspierało ten zakrojony na szeroką skalę proceder. Banicja rosyjskiej agencji dobiegła końca w czwartek. Za przywróceniem RUSADA w poczet członków było dziewięciu z dwunastu członków Komitetu.

Sebastian Coe oświadczył, że IAAF akceptuje tę decyzję, ale przypomniał, że federacja ma też własny system dopuszczania do zawodów sportowców uwikłanych w doping, zaś w tym przypadku będzie ponadto oczekiwał, że przed głos w sprawie zabiorą sami lekkoatleci. „Sportowcy muszą mieć zaufanie do sportu, któremu poświęcają swoje życie. W ostatnich dniach byłem trochę zakłopotany, czytając, oglądając i słuchając komentarzy o decyzji WADA. Czasem zastanawiam się, czy żyję w równoległym świecie. Powszechnie twierdzono, że dzięki przywróceniu RUSADA w poczet członków WADA rosyjscy sportowy wrócą do międzynarodowej rywalizacji. A to jest przecież nieprawda, bo rosyjscy sportowcy nigdy nie przestali startować w zawodach, choć robili to pod neutralną flagą. Uczynienie z tego nadrzędnej kwestii jest nonsensem, przez co pomijane są najważniejsze konsekwencje podjętej w czwartek decyzji: przywrócenie RUSADA w poczet członków WADA oznacza, że Rosjanie znów będą badać sportowców. Czy świat sportu zaufa systemowi, który był tak mocno manipulowany? To pytania, na które WADA i RUSADA muszą odpowiedzieć” – stwierdził Sebastian Coe na łamach „London Evening Standard”.

 

WADA odpuściła Rosji

Światowa Agencja Antydopingowa (WADA) poinformowała o zniesieniu kary zawieszenia nałożonej na Rosję w 2015 roku po ujawnieniu kulis „państwowego systemu dopingowego”, funkcjonującego w tym kraju w latach 2011-2015.

 

Ta decyzja oznacza, że akredytację odzyska też Rosyjska Agencja Antydopingowa (RUSADA) oraz jej laboratorium w Moskwie. Niezależna komisja, badająca postępy Rosjan w walce z dopingiem, zarekomendowała Komitetowi Wykonawczemu WADA przywrócenie akredytacji RUSADA. Decyzję ma potwierdzić Komitet Wykonawczy WADA na swoim posiedzeniu 20 września.
RUSADA została zawieszona w listopadzie 2015 roku po skandalu, jaki wywołało opublikowanie raportu Światowej Agencji Antydopingowej ujawniającego kulisy „państwowego systemu dopingowego”, funkcjonującego w latach 2011-2015 za przyzwoleniem wysoko postawionych rosyjskich urzędników państwowych i przy pomocy służb specjalnych. W czerwcu 2017 roku WADA zezwoliła Rosji na stworzenie od podstaw swego systemu antydopingowego pod nadzorem zagranicznych ekspertów. Władze sportowe Rosji oceniły to wówczas jako „znaczący krok w kierunku całkowitej rehabilitacji RUSADA”.

Po głośnej aferze wywołanej raportem WADA Rosja została zawieszona przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Federacji Lekkoatletycznych (IAAF) i wykluczona z udziału w ważnych wydarzeniach sportowych, w tym igrzyskach olimpijskich w Rio de Janeiro w 2016 roku, lekkoatletycznych mistrzostwach świata w Londynie i zimowych igrzyskach olimpijskich i paraolimpijskich w Pjongczangu, gdzie rosyjscy sportowcy mogli startować tylko pod neutralną flagą. 28 lutego MKOl przywrócił Rosyjski Komitet Olimpijski w prawach członkowskich.

 

IAAF nadal nie chce Rosjan

Międzynarodowe Stowarzyszenie Federacji Lekkoatletycznych (IAAF) podtrzymało decyzję o zawieszeniu rosyjskiej federacji, podjętą w listopadzie 2015 roku po ujawnieniu zorganizowanego systemu dopingowego w tym kraju. Lekkoatleci z Rosji w mistrzostwach Europy w Berlinie wystąpią pod neutralną flagą.

 

Dla przypomnienia – po zimowych igrzyskach w Soczi wyszło na jaw, że władze państwowe sponsorowały system dopingowy na masową skalę. Międzynarodowy Komitet Olimpijski decyzje w sprawie dopuszczenia rosyjskich sportowców do rywalizacji scedował na światowe federacje. Wśród nich nadzwyczajną gorliwością wykazała się IAAF, która w listopadzie 2015 roku zawiesiła rosyjską federację lekkoatletyczną i konsekwentnie odmawiała odwołania tej decyzji. Przez to z rosyjskich lekkoatletów na igrzyskach w Rio de Janeiro wystąpiła pod neutralną flagą jedynie skoczkini w dal Daria Kliszyna, ponieważ udowodniła, że w ostatnich latach mieszkała w USA i przechodziła tam regularnie testy dopingowe. Po serii odwołań do CAS w zeszłorocznych mistrzostwach świata w Londynie wystartowało już 19 sportowców z Rosji, którzy udowodnili, że nie brali udziału w państwowym systemie dopingowym. Oni jednak także musieli startować pod neutralną flagą.

Rosjanie liczyli, że przed mistrzostwami Europy w Berlinie IAAF w końcu złagodzi swoje stanowisko. Mieli podstawy tak sądzić, bo oficjele z Międzynarodowej Federacji Lekkoatletycznej zaczęli publicznie przyznawać, że dostrzegają duże postępy w działaniach rosyjskiej federacji. Mniej lub bardziej oficjalnie wskazywali jednak, że Rosjanie muszą spełnić trzy warunki, żeby ich lekkoatleci znów mogli startować pod narodową flagą. Po pierwsze, rosyjska federacja musi pokryć koszty poniesione przez IAAF w następstwie dopingowego skandalu. Po drugie, RUSADA (Rosyjska Agencja Antydopingowa) musi odzyskać akredytację Światowej Agencji Antydopingowej (WADA). I po trzecie – władze lekkoatletyczne w Rosji muszą udostępnić wyniki badań antydopingowych z lat 2011-15. Rosjanie nie są jednak skłonni płacić IAAF, bo nie mają żadnej gwarancji, że światowa federacja cofnie zawieszenie. Zwłaszcza że uzależnia to od dobrej woli WADA w procesie przywracania akredytacji RUSADA, a ta wola zależy od politycznych zawirowań. Do porozumienia droga zatem daleka.

IAAF zapowiedziała, że w berlińskim czempionacie będą mogli wystartować tylko ci, których specjalną komórka antydopingowa uzna za wolnych od dopingowych podejrzeń. Obecnie na tej liście znajduje się 72 zawodniczek i zawodników z Rosji, ale w Berlinie zobaczymy tylko połowę z nich. IAAF podtrzymując podjętą w listopadzie 2015 roku decyzję o zawieszeniu rosyjskiej federacji lekkoatletycznej mocno wkurzyła Rosjan. Niewykluczone, że na berlińskim Stadionie Olimpijskim będziemy świadkami czegoś w rodzaju festiwalu rosyjskiej flagi. Wiadomo, że każda akcja powoduje reakcję, a nadgorliwość IAAF wręcz prosi się o ciętą ripostę.