Remanent po Katarze

W ostatnim dniu mistrzostw świata polska ekipa poprawiła swój medalowy dorobek o dwa krążki: srebro wywalczyła kobieca sztafeta 4×400 m, a brąz Marcin Lewandowski na 1500 m. W sumie biało-czerwoni przywieźli z Kataru sześć medali – jeden złoty, dwa srebrne i trzy brązowe. Nie był to jednak ich najlepszy występ w światowym czempionacie.

Najwięcej medali nasi reprezentanci królowej sportu wywalczyli w mistrzostwach świata rozegranych w 2009 roku w Berlinie. Ze stolicy Niemiec biało-czerwoni przywieźli dziewięć krążków – dwa złote, cztery srebrne i trzy brązowe. Lepszy urobek niż w Dosze mieli też w poprzednich światowych czempionatach – w 2015 roku w Pekinie zdobyli w sumie osiem medali – trzy złote, jeden srebrny i cztery brązowe, natomiast w 2017 roku w Londynie dwa złote, dwa srebrne i cztery brązowe, czyli w sumie również osiem. W liczbie samych złotych krążków lepszy wynik niż w tym roku uzyskali też w 1983 roku w Helsinkach, 2001 roku w Edmonton i 2013 roku w Moskwie – w tych światowych czempionatach zdobywali po dwa medale z najcenniejszego kruszcu.

Bywało lepiej, bywało i gorzej

Tak więc trudno uznać występ naszej ekipy w Dosze za sukces, bo sześć krążków to jednak regres na tle dwóch poprzednich imprez, zwłaszcza jeśli uwzględnimy fakt, że od czterech lat Polski Związek Lekkiej Atletyki jest jak nigdy wcześniej szczodrze finansowany z państwowego budżetu, o co dbał wywodzący się z lekkoatletycznej rodziny minister sportu Witold Bańka. Inna sprawa, że medalowy dorobek w Katarze byłby bardziej okazały, gdyby w mistrzostwach wystartowała Anita Włodarczyk. Nasza mistrzyni w rzucie młotem musiał jednak przejść zabieg artroskopii kolana, a byłaby w Dosze murowaną kandydatką do złota – wcześniej zdobywała mistrzostwo świata aż cztery razy.

Jej osiągnięcie wyrównał w tegorocznym czempionacie Paweł Fajdek, zdobywca jedynego krążka z najcenniejszego kruszcu. W przyszłorocznych igrzyskach olimpijskich Włodarczyk i Fajdek, o ile będą zdrowi i w najlepszej formie, dają niemal gwarancję zdobycia dwóch złotych medali, a srebro lub brąz gwarantują też inni nasi specjaliści w tej konkurencji – Joanna Fiodorow i Wojciech Nowicki. W konkurencjach rzutowych, poza młotem, już potęgą nie jesteśmy i w miotaniu kulą, dyskiem oraz oszczepem na medalowe zdobycze nie mamy raczej co liczyć. Dowodzą tego nieskrywana bezradność Konrada Bukowieckiego po finałowym konkursie w pchnięciu kulą, w którym zwycięska trójka była od niego lepsza o półtora metra, czy też szczera ocena swojego występu przez dyskobola Piotra Małachowskiego („Szkoda na mnie pieniędzy podatników”).

Niezawodni mistrzowie młota

Nie zmienia to jednak dominującej roli konkurencji rzutowych w naszej ekipie. W Dosze połowę medali, w tym ten jedyny złoty, zdobyli specjaliści w rzucie młotem, dwa krążki (w tym srebro kobiecej sztafety 4×400 m) przedstawiciele konkurencji biegowych, a tylko jeden, i to brązowy, reprezentujący konkurencje techniczne tyczkarz Piotr Lisek.

Medale to nie tylko splendor, ale dla ich zdobywców to także konkretna finansowa korzyść. Nasi lekkoatleci zarobili w Dosze w przeliczeniu ponad 900 tys. złotych. Najwięcej, 60 tys. dolarów, czyli ok. 235 tys. złotych, wpłynie na konto złotego medalisty w rzucie młotem Pawła Fajdka. Najbardziej zapracowana w polskiej ekipie, Justyna Święty-Ersetic, która w ciągu ośmiu dni musiała sześć razy przebiec dystans 400 m (w dwóch sztafetach 4×400 m, mieszanej i kobiecej, oraz w rywalizacji indywidualnej, w której wraz z Igą Baumgart-Witan dotarła aż do finału). Największy sukces odniosła z koleżankami, zdobywając srebro w sztafecie, a za medal z tego kruszcu nagroda wynosi 40 tys. dolarów. To jest jednak kwota do podziału na wszystkie zawodniczki, a w eliminacjach biegł inny skład niż w finale. Za siódme miejsce w finale 400 m Święty-Ersetic otrzymała pięć tysięcy dolarów, czyli około 40 tysięcy złotych.

Wady systemu wynagradzania
Widać na przykładzie drugiej ze srebrnych medalistek w naszej ekipie, młociarki Joanny Fiodorow, która w zgarnęła cała premię za srebro, 40 tys. dolarów (ok 120 tys. zł). Brązowi medaliści, czyli Piotr Lisek i Marcin Lewandowski, otrzymali po 20 tys. dolarów (ok. 80 tys. złotych). W przypadku młociarza Wojciecha Nowickiego, który brązowy medal dostał po proteście i na najniższym stopniu podium stanął ex aequo z Węgrem Bencem Halaszem, zasada podziału sumy nagród została zmodyfikowana – najpierw zsumowano kwoty nagród za trzecie i czwarte miejsce, a potem podzielono ja na dwie równe części. To oznacza, że do kieszeni Nowickiego powinno trafić ok. 70 tys. złotych. Premie finansowe jakimi IAAF nagradza zdobywców miejsc 1-8 od dziesięciu lat utrzymują się na tym samym poziomie.

W Katarze polska ekipa w klasyfikacji medalowej zajęła ostatecznie 11. miejsce. Wygrała ją z gigantyczną przewagą na konkurentami reprezentacja USA, która zdobyła 29 medali – 14 złotych, 11 srebrnych i cztery brązowe. Reprezentację Polski wyprzedziły jeszcze ekipy Kenii (11 medali: 5 złotych – 2 srebrne – 4 brązowe), Jamajki (11: 3–5–3), Chin (9: 3–3–3), Etiopii (8: 2–5–1), Wielkiej Brytanii (6: 2–3–1), Niemiec (6: 2–0–4), Japonii (3: 2–0–1), Holandii (2:2–0–0) i Ugandy (2: 2–0–0).

Impreza w Katarze, chociaż była ostro krytykowana, to mimo wszystkich wad jednak pod względem sportowym się obroniła. W wielu konkurencjach specyficzne warunki panujące na klimatyzowanym stadionie w Dosze wyniosły rywalizację na kosmiczny wręcz poziom. Padły trzy rekordy świata (Dalilah Muhammad na 400 m ppł, dwa razy Amerykanów w sztafecie mieszanej), poprawiono sześć rekordów mistrzostw, dwadzieścia jeden kontynentalnych i osiemdziesiąt siedem krajowych.
Władze IAAF już jednak wiedzą, że w przyszłości muszą rozważniej wybierać organizatorów. Za dwa lata imprezę zorganizują Amerykanie, a odbędzie się ona w Eugene.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *