Serie A liczy straty

Włoska piłkarska ekstraklasa poniosła w sezonie 2019/2020 rekordowe straty z powodu pandemii koronawirusa. Jak oszacowała „La Gazzetta dello Sport” na podstawie oficjalnych analiz, deficyt osiągnął 770 mln euro.

Do tej pory najgorszy dla klubów Serie A był sezon 2002/03, podczas którego ich straty wyniosły 536 mln euro. W zakończonych dopiero latem rozgrywkach 2019/2020 największe spadek przychodów odnotowały AC Milan (200 mln euro), AS Roma (195 mln euro) i Inter Mediolan (100 mln euro). Zdobywca mistrzowskiego tytułu Juventus Turyn informował, że jego deficyt wyniósł 89,7 mln euro.
Według oceny „La Gazzetta dello Sport” obecny sezon Serie A może zakończyć się jeszcze gorszymi wynikami finansowymi. Druga fala pandemii wymusiła rozgrywanie meczów przy pustych trybunach, w wcześniej, na przełomie września i października, na widowniach mogło zasiadać maksymalnie tysiąc osób. W raporcie gazety stwierdzono, że pandemia koronawirusa mocno pogorszyła i tak już nie najlepszą kondycję finansową włoskich klubów, które licząc od sezonu 2018/2019 poniosły już starty na ponad miliard euro.

Sevilla zgarnęła puchar

FC Sevilla wygrała Ligę Europy pokonując w finale Inter Mediolan 3:2. W zwycięskiej drużynie chyba najbardziej zadowolony z sukcesu był jej trener, Julen Lopetegui, którego dwa lata temu najpierw zwolniono z posady selekcjonera reprezentacji Hiszpanii, a kilka miesięcy później wyrzucono też z Realu Madryt. W czerwcu ubiegłego roku przejął zespół z Sewilli i dzisiaj jest bohaterem, bo Real Madryt, FC Barcelona i Atletico Madryt poniosły klęski w Lidze Mistrzów, więc triumf w Lidze Europy zyskał na znaczeniu.

Piłkarze zespołu FC Sevilla w drodze po szósty w historii tego klubu triumf w Lidze Europy rozegrali 12 meczów, z których przegrali tylko jeden – na wyjeździe z APOEL Nikozja w ostatnim spotkaniu fazy grupowej (0:1). W pozostałych pewnie wygrywali: z Karabachem Agdam 2:0 i 3:0, z F91 Dudelange 3:0 i 5:2, a z APOEL-em u siebie 1:0. Jedynym przeciwnikiem, którego nie zdołali pokonać, był rumuński CFR Cluj, z którym zmierzyli się w 1/16 finału. Obie potyczki zakończyły się wynikami remisowymi (0:0 u siebie i 1:1 na wyjeździe), zaś o awansie ekipy Julena Lopetegui przesądził gol zdobyty na boisku rywali.
W 1/8 finału FC Sevilla trafiła na AS Roma i nie zdążyła zagrać z rzymskim zespołem przed zawieszeniem rozgrywek z powodu wybuchu pandemii koronawirusa. UEFA postanowiła dokończyć rozgrywki w sierpniu w formule turniejowej na neutralnych boiskach, dlatego FC Sevilla i AS Roma o awans do kolejnej rundy zagrały 6 sierpnia w Duisburgu.
Hiszpański zespół okazał sie lepszy i wygrał 2:0 po golach Sergio Reguilna i Youssefa En-Nesyriego. W ćwierćfinale FC Sevilla, także w Duisburgu, pokonała Wolverhampton Wanderers 1:0 (bramka Lucasa Ocamposa), zaś w półfinale wyeliminowała Manchester United wygrywając z nim 2:1 po golach Suso i Luuka de Jonga.
W rozegranym w miniony piątek w Kolonii finale przeciwnikiem ekipy trenera Lopeteguiego był Inter Mediolan, który w drodze na szczyt pokonał kolejno Getafe 2:0, Bayer Leverkusen 2:1 i w półfinale Szachtara Donieck 5:0.
Faworytem decydującej potyczki był włoski zespół, który już w 5. minucie objął prowadzenie po golu Romelu Lukaku z rzutu karnego. Ale siedem minut później hiszpański zespół doprowadził do wyrównania po trafieniu Luuki de Jonga, zaś w 33 . minucie wyszli na prowadzenie po bramce zdobytej przez de Jonga. Nie cieszyli się jednak zbyt długo z prowadzenia, bo trzy minuty później na 2:2 wyrównał Diego Godin. Na przerwy kolejne gole już) nie padły, a na rozstrzygające o zwycięstwie trafienie trzeba było czekać do 74. minuty. Wtedy to stoper FC Sevilla Diego Carlos oddał strzał z tzw. przewrotki i piłka wpadła do siatki.
Po meczu UEFA ogłosiła jednak, że piłka po uderzeniu Carlosa jeszcze po drodze odbiła się od Romelu Lukaku, zatem to piłkarzowi Interu zaliczono samobójczego gola. Nic dziwnego, że po meczu 27-letni belgijski napastnik, który w spotkaniu z FC Sevilla strzelił Lidze Europy gola w 11. meczu z rzędu – z których pięć zaliczył w barwach angielskiego Evertonu, a kolejne sześć w barwach Interu.
To pierwszy taki wyczyn w historii tych rozgrywek, nic więc dziwnego, że Lukaku, który tak bardzo przeżył fakt, że samobójczym golem przyczynił się do porażki swojego zespołu, że po końcowym gwizdku od razu pobiegł do szatni i nie wyszedł na ceremonię dekoracji oraz nie odebrał pamiątkowego medalu za udział w finale.
Hiszpańskie media rzecz jasna były zachwycone zwycięstwem i w meczowych relacjach przypominały, że był to szósty w ostatnich 15 lat występ piłkarzy FC Sevilla w finale Ligi Europy, a zdobywając puchar podopieczni trenera Lopeteguiego w najlepszy możliwy sposób uczcili jubileusz 130-lecia założenia klubu.
Doceniono też wkład szkoleniowca podkreślając jego duże zdolności analityczne oraz posłuch, jaki ma wśród swoich piłkarzy. „Lopetegui miał w tym sezonie ze swoją ekipa zarówno wzloty, jak i upadki. Twierdził jednak, że sezon jest długi i wszystko może się w nim wydarzyć. Ostatecznie jego plan okazał się skuteczny” – pisano w komentarzach, podkreślając przy tym, że szkoleniowiec ten wcześniej nie miał dobrej passy, bo musiał w kontrowersyjnych okolicznościach odejść z reprezentacji Hiszpanii, a potem miał wybitnie nieudany epizod w Realu Madryt.
„Dzisiaj Lopetegui pokazał, że jest fachowcem z najwyższej trenerskiej półki i odzyskał miejsce w elicie tego zawodu” – zauważył dziennik „El Mundo”, który pochwalił też zwycięski zespół. „FC Sevilla nie przebacza w finałach i nie marnuje okazji do zdobycia kolejnych trofeów”.
FC Sevilla po raz szósty w historii wygrała Ligę Europy i pod względem liczby triumfów w tych rozgrywkach nie ma sobie równych.

Messi chce zwiać z Barcelony

Klęska zespołu Barcelony z Bayernem Monachium (2:8) wywołała w katalońskim klubie potężny kryzys. W pierwszej kolejności posadę stracił trener Quique Setien, ale jak donoszą hiszpańskie media, większym problemem jest to, że najlepszy od ponad dekady piłkarz „Dumy Katalonii”, Leo Messi, postanowił odejść.

Piątkowy wieczór to bez wątpienia był jeden z najgorszych momentów w bogatej w sukcesy karierze argentyńskiego gwiazdora, sześciokrotnego zdobywcy „Złotej Piłki”. Było w jego zachowaniu na boisku i w szatni aż nadto widoczne, że jest nie tylko zdruzgotany słabą grą zespołu Barcelony w meczu z mistrzem Niemiec, ale też zwyczajnie wściekły. W pierwszej kolejności na trenera Setiena, do którego pracy zresztą miał już wcześniej wiele zastrzeżeń. Teraz nie musiał już nawet nic mówić, bo niemal tuż po ostatnim gwizdku sędziego los szkoleniowca był przesądzony. Oficjalna decyzja zapadła jednak dopiero w poniedziałek, trzy dni po klęsce w Lizbonie. Tego dnia służby prasowe katalońskiego klubu potwierdziły medialne spekulacje komunikując, że Quique Setien nie jest już trenerem zespołu, który przejął 13 stycznia i zdążył poprowadzić w 25 meczach – 19 w Primera Division, trzech w Pucharze Hiszpanii i trzech w Lidze Mistrzów. Szesnaście z tych spotkań wygrał, cztery zremisował, a w pięciu doznał porażek. Ale do stylu gry jaki ekipa Barcelony prezentowała pod jego komendą było mnóstwo zastrzeżeń, także ze strony zawodników, a najbardziej Messiego, który mimo zdobycia dziewięciu mistrzostw Hiszpanii i czterech triumfów w Lidze Mistrzów, wciąż chce zdobywać kolejne trofea. Ale Argentyńczyk ma już 33 lata i chociaż nadal imponuje piłkarskim geniuszem, wytrzymałości, szybkości i kondycji jakie miał jeszcze pięć lat temu, teraz już nie ma. Ale po staremu wszystko na boisku kręci się wokół niego i wszyscy pozostali gracze „Blugrany” nie wychylają się poza role jego pomagierów. I to właśnie jest prawdopodobnie główną przyczyną trwającego od mniej więcej pięciu lat spadku znaczenia ekipy „Dumy Katalonii” na europejskiej arenie, którego apogeum nastąpiło w tym sezonie – Messi i spółka przegrali z Realem Madryt walkę o mistrzostwo ligi, nie zdobyli krajowego pucharu, a teraz jeszcze w kompromitującym stylu odpadli z Ligi Mistrzów w ćwierćfinale. Setien niewątpliwie przyłożył do tego rękę, ale trudno tylko jego obwiniać za wszystkie grzechy.
Messi od dłuższego czasu znajdował się też w ostrym konflikcie z prezydentem klubu Josepem Marią Bartomeu, od którego bezskutecznie domagał się transferów klasowych graczy. O to samo darł również koty z dyrektorem sportowym klubu Erikiem Abidalem. Argentyński gwiazdor miał powody do pretensji. W ostatnich pięciu latach Barcelona wydała na transfery nowych graczy blisko miliard euro, a w drugą stronę oddała zawodników za mniej więcej połowę tej kwoty. Wśród tych, którzy odeszli, największą stratą był bez wątpienia Brazylijczyk Neymar, na miejsce którego nie sprowadzono zawodnika o choćby zbliżonych umiejętnościach. Kupiony z Borussii Dortmund za 100 mln euro Ousmane Dembele okazał się transferowym niewypałem, pokładanych nadziei nie spełnił też Brazylijczyk Philippe Coutinho, którego wypożyczono w tym sezonie do Bayernu Monachium. Jego dwie bramki i asysta w meczu przeciwko Barcelonie to kolejny policzek dla Bartomeu i Abidala.
Według gazety „Mundo Deportivo” prezydent Bartomeu nie zamierza ustępować ze stanowiska i zapowiedział, że tego lata przeprowadzi rewolucję w kadrze Barcelony. Z obecnych graczy „nietykalni” jest według niego tylko czterech -– niemiecki bramkarz Marc-Andre ter Stegen, francuski obrońca Clement Lenglet, holenderski rozgrywający Frenkie De Jong oraz rzecz jasna Leo Messi. Reszta ma zostać wystawiona na listę transferową. Sęk w tym, że najbardziej korzystna oferta pojawiła się akurat dla gracza w Barcelonie najważniejszego, czyli Messiego.
Według włoskiego dziennikarza Francesco Porzio, Messi podjął już decyzję, że jeszcze tego lata zmieni barwy klubowe i nawet poinformował o tym zarząd „Dumy Katalonii”. Do walki o argentyńskiego asa wystartowały dwie uznane futbolowe firmy – Inter Mediolan i Manchester City. Większe szanse na transfer, o ile rzecz jasna naprawdę do niego dojdzie, bo nie można wykluczyć zmiany decyzji przez Messiego, ma włoski klub, pod warunkiem jednak, że w rozliczeniu zgodzi się oddać Barcelonie Lautaro Martineza. Problem w tym, że ten 22-letni rodak Messiego robi w ostatnim czasie furorę nie tylko na włoskich boiskach – ostatnio w meczu 1/2 finału Ligi Europy z Szachtarem strzelił dwa gole.

FC Sevilla i Inter Mediolan w finale

Inter Mediolan w półfinale Ligi Europy pokonał Szachtar Donieck 5:0. Było to najwyższe zwycięstwo w historii tych rozgrywek odniesione w 1/2 finału. Włoska drużyna w finale zagra z zespołem FC Sevilla, pięciokrotnym triumfatorem Ligi Europy, który w drugim półfinałowym spotkaniu pokonał Manchester United 2:1. Piłkarze FC Sevilla w „gorszym z europejskich pucharów” mają szansę uratować honor hiszpańskiej Primiera Division, a Inter włoskiej Serie A.

Inter gromiąc Szachtar 5:0 odniósł najwyższe zwycięstwo w meczu półfinałowym w 49-letniej historii tych rozgrywek (licząc z Pucharem UEFA). Mediolański zespół do przerwy prowadził tylko 1:0, po bramce Lautaro Martineza, ale po zmianie stron kolejne gole strzelili Danilo D’Ambrosio, ponownie Martinez, a na koniec dwa trafienia dołożył Romelu Lukaku. W finale Inter zmierzy się z Sevillą, która wywalczyła awans po zwycięstwie nad Manchesterem United 2:1. Zespół z Sewilli dzierży rekord w liczbie triumfów w Lidze Europy – w latach 2006-2016 wygrywał te rozgrywki pięciokrotnie. Inter natomiast ma na koncie trzy zwycięstwa, ale ostatnie wywalczył w 1998 roku. Finał Ligi Europy 2020 zostanie rozegrany w piątek 21 sierpnia w Kolonii.

Zwycięstwa faworytów w 1/4 finału

W poniedziałek na czterech niemieckich stadionach, w Duisburgu, Duesseldorfie, Gelsenkirchen oraz Kolonii, rozpoczął się finałowy turniej Ligi Europy. W dwóch pierwszych spotkaniach ćwierćfinałowych Inter Mediolan pokonał Bayer Leverkusen 2:1, a Manchester United po dogrywce wygrał 1:0 z FC Kopenhaga.

Podobnie jak w przypadku Ligi Mistrzów, także w Lidze Europy UEFA postanowiła dokończyć przerwane przez pandemię koronawirusa rozgrywki w formie turnieju. Mecze odbywają się bez udziału publiczności na stadionach w Duisburgu, Duesseldorfie, Gelsenkirchen oraz Kolonii, która też będzie gospodarzem zaplanowanego na 21 sierpnia finału.
Pierwsze dwa spotkania nie rozczarowały kibiców. Inter Mediolan po restarcie sezonu gra bardzo dobrze. Z 15 rozegranych meczów przegrał tylko, a w Serie A wywalczył tytuł wicemistrzowski i w przeciwieństwie do zespołu Bayeru Leverkusen zapewnił sobie awans do Ligi Mistrzów w nowej edycji tych rozgrywek. Ale piłkarze Interu chcą zakończyć miniony sezon triumfem w Lidze Europy i dlatego w starciu z „Aptekarzami” dali z siebie wszystko. Spotkanie zakończyło się wygrana włoskiego zespołu 2:1, a wszystkie trzy gole padły przed przerwą: na 1:0 w 15. minucie trafił Nicolo Barella, na 2:0 podwyższył Romelu Lukaku w 21. minucie, a kontaktowa bramkę dla Bayeru trzy minuty później uzyskał Kai Havertz. I na tym strzelanie goli gracze obu drużyn zakończyli. W półfinale (17 sierpnia) rywalem Interu bedzie zwycięzca wtorkowego meczu Szachtara Donieck z FC Basel (zakończył się po zamknięciu wydania).
W drugim poniedziałkowym spotkaniu zmierzyły się zespoły Manchesteru United i FC Kopenhaga. Faworytem była angielska drużyna, bo duński zespół nigdy wcześniej nie dotarł w europejskich pucharach do fazy ćwierćfinałowej. Ale 14 lat temu (w listopadzie 2006 roku) oba kluby stoczyły walkę w Lidze Mistrzów i wtedy nieoczekiwanie wygrał zespół FC Kopenhaga 1:0. Trenerem tamtej drużyny był obecny jej szkoleniowiec Staale Solbakken, a piłkarzem „Czerwonych Diabłów” był wtedy dzisiejszy trener United Ole Gunnar Solskjaer. Obaj Norwegowie znają się dobrze, a Solskjaer przed meczem nie krył obaw o wynik starcia z kopenhaskim zespołem. „Znam dobrze Staale Solbakkena, to mój dobry przyjaciel. Jego zespoły są zawsze dobrze zorganizowane i gra się przeciwko nim bardzo trudno. A on ma teraz do dyspozycji wielu młodych i utalentowanych piłkarzy” – ocenił trener „Czerwonych Diabłów”. Jego obawy okazały się uzasadnione, bo gracze FC Kopenhaga nie dali sobie strzelić gola przez 90 minut regulaminowego czasu gry, nawet z rzutu karnego. Dopiero druga „jedenastka” podyktowana przeciwko nim w dogrywce przesądziła o zwycięstwie podopiecznych Solskjaera 1:0. W półfinale Manchester United trafi na zwycięzcę wtorkowej potyczki Wolverhampton Wanderers z FC Sevilla, która zakończyła się po zamknięciu wydania. Mecz zaplanowano na niedzielę 16 sierpnia.

UEFA przegrywa z koronawirusem

Z powodu rozszerzającej się epidemii koronawirusa, władze FIFA przełożyły na wrzesień kongres tej organizacji, który pierwotnie miał się odbyć w 5 czerwca w Etiopii. Tymczasem UEFA wciąż odrzuca sugestie, żeby przenieść na inny termin mające rozpocząć się 12 czerwca mistrzostwa Europy.

Liczba zarażonych wirusem Covid-19 systematycznie rośnie, podobnie jak liczba śmiertelnych ofiar pandemii. Skutki epidemii dotykają także futbolu. Rozgrywki włoskiej Serie A, jednej z najsilniejszych lig europejskich, zostały zawieszone do kwietnia, a w innych krajach, w tym w Polsce, spotkania odbywają się bez udziału publiczności. Także niektóre mecze w Lidze Mistrzów rozegrano przy pustych trybunach, a dwa czwartkowe spotkania w Lidze Europy, FC Sevilla – AS Roma i Inter Mediolan – Getafe CF w ogóle się nie odbyły, ponieważ Hiszpania zamknęła ruch lotniczy z Włochami.
To nie jedyne problemy, z jakimi musi uporać się UEFA. Pod koniec marca zaplanowane zostały mecze barażowe o ostatnie cztery miejsca w gronie 24 finalistów Euro 2020. W tej chwili nie ma zagrożenia, że się nie odbędą, chociaż spotkanie w Bratysławie Słowacji z Irlandią ma zostać rozegrane przy pustych trybunach. Organizatorzy meczu Bośni i Hercegowiny z Irlandią Północną wstrzymali sprzedaż biletów.
Problem w tym, że nie tylko we Włoszech rozgrywki ligowe zostały zawieszone do kwietnia, także w Szwajcarii i Austrii. Znalezienie wolnych terminów na ich dokończenie przed Euro 2020 wydaje się niemożliwe, ale władze UEFA nie chcą nawet słyszeć o przesunięciu terminu rozpoczęcia mistrzostwa Europy. „Turniej Euro 2020 rozpocznie się w Rzymie 12 czerwca 2020 roku. UEFA jest w kontakcie z odpowiednimi władzami międzynarodowymi i lokalnymi w sprawie koronawirusa i rozwoju choroby. W tej chwili nie ma potrzeby zmiany zaplanowanego harmonogramu imprezy” – oświadczył prezydent UEFA Aleksander Ceferin w wypowiedzi udzielonej Niemieckiej Agencji Prasowej (DPA). Zważywszy na coraz bardziej wstrząsające wieści docierające z Włoch, upór działaczy europejskiej federacji zaczyna powoli rodzić irytację.
Zagrożenie rośnie z dnia na dzień
Warto przypomnieć, że z 51 meczów mistrzostw Europy w okresie od 12 czerwca do 12 lipca trzy mecze fazy grupowej i jedno ćwierćfinałowe mają się odbyć w Rzymie, tyle samo w Monachium. Inne lokalizacje to Amsterdam, Kopenhaga, Bilbao, Petersburg, Bukareszt, Budapeszt, Baku, Glasgow, Dublin i Londyn, gdzie zostaną rozegrane oba półfinały i finał. Jak donosi agencja AP, UEFA chce przeprowadzić mistrzostwa Europy w ustalonym terminie mimo wybuchu epidemii koronawirusa, bo „wierzą, iż miasta-gospodarze mistrzostw mają wystarczająca infrastrukturę medyczną do leczenia pacjentów z COVID-19, a jednocześnie są w stanie zapewnić bezpieczeństwo dla tysięcy przemieszczających się na mecze fanów futbolu”.
Na szczęście coraz mniej ludzi uważa, że turniej Euro 2020 koniecznie musi zostać rozegrany w ustalonym dawno temu terminie, gdy nie istniało jeszcze zagrożenie pandemią. Z rozważanych ostatnio w futbolowych kręgach scenariuszy najmniej sensowny wydaje się wariant z rozegraniem turnieju bez udziału kibiców. Także radykalne skrócenie do minimum okresu przygotowawczego dla uczestniczących w impresie drużyn rodzi mnóstwo wątpliwości związanych z wytrzymałością zawodników.
Najbardziej racjonalne wydaje się zatem przeniesienie europejskiego czempionatu na przyszły rok, chociaż takie rozwiązanie generuje masę problemów z wygospodarowaniem terminu. Ale przełożenie Euro o rok dałoby krajowym ligom czas na dokończenie rozgrywek nawet przy uwzględnieniu okresów zawieszenia, jak ma to teraz miejsce już w kilku krajach, a także na sprawiedliwe rozstrzygnięcie rywalizacji w Lidze Mistrzów i Lidze Europy.
Ponieważ sytuacja jest wyjątkowa, UEFA musiałaby znaleźć nowe terminy dla przeprowadzenia w 2021 roku mistrzostw Europy U-21 oraz dla Final Four Ligi Narodów, a ponadto przekonać FIFA, by zrezygnowała z organizacji pierwszych w historii klubowych mistrzostw świata w nowej formule z udziałem 24 zespołów. Nie są to przeszkody niemożliwe do przeskoczenia. Działacze UEFA nie mają zresztą zbyt wielkiego pola manewru, bo w obliczu zagrożenia rządy w poszczególnych krajach coraz mniej przejmują się opinią europejskiej federacji i zmuszają swoje krajowe związki sportowe, czyli także piłkarskie, do respektowania wprowadzanych w życie restrykcyjnych zakazów organizowania imprez masowych.
Desperacka decyzja Interu
A przykłady karności w tym względzie dają nawet najpotężniejsze ligi na świecie, jak choćby ostatnio koszykarska NBA, która po pozytywnym wyniku badań na obecność koronawirusa u gracza Utah Jazz Rudy’ego Goberta zawiesiła do odwołania całe rozgrywki. Gwałtowny wzrost zachorowań na Covid-19 w Hiszpanii skłonił szefów Primera Division do zawieszenia rozgrywek, czyli powtórki rozwiązania zastosowanego m.in. przez włoska Serie A. W tym kraju koronawirus zbiera jednak największe żniwo, nie dziwi zatem radykalna decyzja, jaka podjęli szefowie Interu Mediolan, którzy wycofali wszystkie swoje zespoły z rozgrywek i ogłosili dla nich definitywny koniec sezonu. To oznacza, że Inter wycofał się z gry w Serie A (rozgrywki zawieszone przynajmniej do 3 kwietnia), Ligi Europy (w czwartek miał rozegrał mecz z Getafe, ale ten i tak nie doszedłby do skutku, gdyż Hiszpanie odmówili przylotu do Mediolanu) oraz z Pucharu Włoch (czekało ich rewanżowe starcie z Napoli w półfinale rozgrywek). Inter zawiesił także treningi, a piłkarzy odesłał na kwarantannę.
Kwarantannie została też poddana kadra Juventusu, bo u jednego z graczy tego klubu wykryto koronawirusa. To oznacza, że mecz juve z Olympique Lyon w Lidze Mistrzów, który miał się odbyć w przyszłym tygodniu, zostanie prawdopodobnie odwołany. Nie uda się go też rozegrać szybko po okresie kwarantanny, bo zespół musi przecież wrócić do pełni treningów, żeby powalczyć o ćwierćfinał Ligi Mistrzów. Terminarz nie pozwoli na rozegranie tego spotkania, chyba że zostanie całkowicie zmodyfikowany. I tak wracamy do punktu wyjścia, czyli decyzji UEFA dotyczącej Euro 2020, Ligi Mistrzów i Ligi Europy.

Zaczynają się kwasy w Serie A

Władze włoskiej ekstraklasy piłkarskiej próbują dokończyć zagrożone epidemia koronawirusa rozgrywki w ustalonym terminie, ale przekładając kolejne mecze doprowadzają do bałaganu i coraz ostrzejszych napięć między walczącymi o mistrzowski tytuł klubami. Dyrektor sportowy Interu Mediolan Beppe Marotta rzucił nawet publicznie oskarżenie, że liga została „ustawiona”. Zaczyna brakować już terminów na przekładane spotkania, a kluby nie chcą grać przy pustych trybunach.

Koronawirus szaleje w północnych Włoszech i paraliżuje rozgrywki piłkarskiej Serie A. W przedostatniej 25. kolejce przełożone zostały spotkania: Inter Mediolan – Sampdoria Genua (graczami tej drużyny są Polacy Karol Linetty, Bartosz Bereszyński), Hellas Werona (Mariusz Stępiński) – Cagliari Calcio (Sebastian Walukiewicz), Atalanta Bergamo – Sassuolo i AC Torino – AC Parma. Z kolei w ostatniej kolejce nie doszło do meczów: Sampdorii z Hellas Wroną, Parmy ze SPAL 2013 (Arkadiusz Reca, Thiago Cionek, Bartosz Salamon), AC Milan z Genoą, Sassuolo z Brescia, Udinese (Łukasz Teodorczyk) z Fiorentiną (Bartłomiej Drągowski) i Juventusu (Wojciech Szczęsny) z Interem. Polskich piłkarzy mają jeszcze Bologna (Łukasz Skorupski) i SSC Napoli (Arkadiusz Milik i Piotr Zieliński).
Nie wiadomo, co wydarzy się w najbliższy weekend, bo epidemia w Włoszech nie wygasa, tylko wręcz przeciwnie – rozszerza się coraz bardziej. A to może skłonić stosowne czynniki do odwołanie kolejnych spotkań ligowych.
Szefowie Serie A próbują znaleźć dodatkowe terminy na rozegranie zaległych meczów. Spotkania z 25. kolejki (Torino – Parma i Hellas Werona – Cagliari) odbędą się 11 marca. Tego dnia nie mogą jednak zostać rozegrane mecze Interu z Sampdorią (Inter dzień później gra z Getafe w 1/8 finału Ligi Europy) oraz Atalanta z Sassuolo (Atalanta dzień wcześniej walczy w 1/8 finału Ligi Mistrzów z Valencią). Natomiast wszystkie sześć spotkań z 26. kolejki przełożono na 13 maja.
Epidemia szerzy się głównie na północy Włoch, dlatego problem dotyczy spotkań, które miały się odbyć w tej części kraju. Jednym z najbardziej poszkodowanych zespołów jest Inter Mediolan, który walczy z Lazio i Juventusem o mistrzostwo Włoch. W tym momencie na prowadzeniu w tabeli jest rzymski klub, który ma dwa punkty przewagi nad „Starą Damą” i osiem nad Interem. Lazio rozegrało jednak wszystkie 26 spotkań, Juventus jedno mniej, a Inter ma już dwa mecze zaległe.
Decyzje o przekładaniu spotkań zapadają w ostatniej chwili, co nie wpływa korzystnie na zawodników i rozwala treningowe plany szkoleniowcom. Nie wszyscy akceptują takie rozwiązania. Dyrektor Interu Beppe Marotta na łamach „La Gazzetta dello Sport” bez ogródek stwierdził, że władze ligi krzywdzą jego zespół. „Liga jest ustawiona. Dlaczego termin naszego meczu z Juventusem ustalono wcześniej niż spotkania z Sampdorią? Inter został skrzywdzony” – grzmi Marotta.
Mimo zagrożenia epidemią kluby Serie A nie potrafią wypracować wspólnej strategii przetrwania tego kryzysu, tylko każdy z nich dba wyłącznie o własny interes. Dodatkowy problem jest taki, że w Italii nikt nie chce grać przy pustych trybunach, problem jednak w tym, że nie ma już wolnych terminów na przekładanie spotkań. Rozgrywki Serie A jak co roku ruszyła najpóźniej ze wszystkich czołowych lig europejskich, bo dopiero 26 sierpnia. Sezon ma się zakończyć 24 maja ze względu na mistrzostwa Europy, które rozpoczynają się już 12 czerwca. A sytuację komplikuje jeszcze to, że włoskie kluby grają ponadto w Pucharze Włoch i europejskich pucharach. Za chwilę czołowe zespoły będą musiały do końca sezonu grać praktycznie co trzy dni. Serie A ma jeszcze do rozegrania 12 ligowych kolejek, a już ma 10 zaległych spotkań. Podobne problemy dotykają też na Półwyspie Apenińskim organizatorów ligowych rozgrywek w innych grach zespołowych.
Nie wszędzie jednak tak się przejmują interesami sportowych klubów. Dla przykładu – w sąsiadującej z Włochami Szwajcarii, gdzie wedle informacji władz liczba zachorowań na koronawirusa zbliża się do 30, a liczba osób poddanych kwarantannie przekroczyła setkę, tamtejszy związek piłkarski zawiesił rozgrywki do 23 marca. W ubiegłym tygodniu szwajcarski rząd zakazał organizowania publicznych wydarzeń z udziałem ponad tysiąca osób. Zawieszenie ligi może zostać przedłużone o kolejne dni, w zależności od rozwoju epidemii.
Nie patyczkują się też w Azji. Właśnie z tego kontynentu dotarła wieść, że organizatorzy piłkarskiego turnieju International Champions Cup, rozgrywanej tam latem i przynoszącej krociowe zyski towarzyskiej imprezy z udziałem znanych europejskich zespołów, m.in. Realu Madryt, Barcelony, Juventusu Turyn i Bayernu Monachium, odwołali ją z powodu epidemii koronawirusa. A miała się odbyć dopiero latem, w okresie przygotowawczym do nowego sezonu.

Znów bez polskich drużyn

UEFA dokonała losowania fazy grupowej europejskich pucharów. Finał Ligi Mistrzów zostanie rozegrany 30 maja w Stambule, natomiast finał Ligi Europy odbędzie się 27 maja w Gdańsku. W kwalifikacjach wzięły udział cztery polskie zespoły (Piast, Cracovia, Lechia i Legia), ale wszystkie odpadły.

Już trzeci sezon z rzędu nie ma polskiej drużyny w fazie grupowej europejskich pucharów. W obecnej edycji oprócz Polski swoich zespołów nie zobaczą też kibice w Albanii, Andorze, Armenii, Białorusi, Bośni i Hercegowinie, Czarnogórze, Estonii, Finlandii, Gibraltarze, Gruzji, Irlandii, Irlandii Północnej, Islandii, Izraela, Kosowa, Liechtensteinu, Litwy, Łotwy, Macedonii Północnej, Malty, Mołdawii, San Marino, Walii i Wysp Owczych. Polska ekstraklasa w rankingu UEFA znajduje się obecnie na 25. miejscu w rankingu UEFA.

Liga Mistrzów 2019/2020

Grupa A: Paris Saint-Germain (Marcin Bułka), Real Madryt, Club Brugge, Galatasaray Stambuł. Grupa B: Bayern Monachium (Robert Lewandowski), Tottenham Hotspur, Olympiakos Pireus, Crvena Zvezda Belgrad. Grupa C: Manchester City, Szachtar Donieck, Dinamo Zagrzeb (Damian Kądzior), Atalanta Bergamo. Grupa D: Juventus Turyn (Wojciech Szczęsny), Atletico Madryt, Bayer Leverkusen (Adrian Stanilewicz), Lokomotiw Moskwa (Grzegorz Krychowiak, Maciej Rybus). Grupa E: FC Liverpool, SSC Napoli (Piotr Zieliński, Arkadiusz Milik), FC Salzburg, KRC Genk (Jakub Piotrowski). Grupa F: FC Barcelona, Borussia Dortmund (Łukasz Piszczek), Inter Mediolan, Slavia Praga. Grupa G: Zenit Petersburg, Benfica Lizbona, Olympique Lyon, RB Lipsk. Grupa H: Chelsea Londyn, Ajax Amsterdam, Valencia CF, OSC Lille.

Liga Europy 2019/2020

Grupa A: FC Sevilla, APOEL Nikozja, Karabach Agdam, Football 1991 Dudelange. Grupa B: Dynamo Kijów (Tomasz Kędziora), FC Kopenhaga, Malmoe FF, FC Lugano. Grupa C: FC Basel, FK Krasnodar, Getafe, Trabzonspor. Grupa D: Sporting Lizbona, PSV Eindhoven, Rosenborg Trondheim, LASK Linz. Grupa E: Lazio Rzym, Celtic Glasgow, Stade Rennes, CFR Cluj. Grupa F: Arsenal Londyn, Eintracht Frankfurt, Standard Liege, Vitoria Guimaraes. Grupa G: FC Porto, Young Boys Berno, Feyenoord Rotterdam, Glasgow Rangers. Grupa H: CSKA Moskwa, Łudogorec Razgrad (Jacek Góralski, Jakub Świerczok), Espanyol Barcelona, Ferencvaros Budapeszt. Grupa I: VfL Wolfsburg, KAA Gent, Saint-Etienne, FK Ołeksandria. Grupa J: AS Roma, Borussia M’gladbach, Basaksehir Stambuł, Wolfsberger AC. Grupa K: Besiktas Stambuł, SC Braga, Wolverhampton, Slovan Bratysława. Grupa L: Manchester United, FK Astana, Partizan Belgrad, AZ Alkmaar.

 

Liga Mistrzów w komplecie

W minionym tygodniu zakończyły się kwalifikacje do Ligii Mistrzów i stawka 32 zespołów została skompletowana. Wśród ekip z 16 krajów znów zabrakło mistrza Polski, bo Piast Gliwice odpadł już w pierwszej rundzie. Szanse na udział w fazie grupowej ma natomiast dziesięciu polskich piłkarzy.

W ostatnich potyczkach kwalifikacji Ligi Mistrzów wygrali faworyci. Półfinalista poprzedniej edycji tych rozgrywek, Ajax Amsterdam, wyeliminował cypryjski APOEL Nikozja (0:0, 2:0), belgijski Club Brugge okazał się lepszy od austriackiego LASK Linz (1:0, 2:1), Slavia Praga wygrała z rumuńskim CFR Cluj (1:0, 1:0), chorwackie Dinamo Zagrzeb z norweskim Rosenborgiem Trondheim (2:0, 1:1), grecki Olympiakos Pireus z rosyjskim FK Krasnodar (4:0, 2:1), a serbska Crvena Zvezda Belgrad szwajcarski Young Boys Berno (2:2, 1:1) – te sześć zespołów uzupełniły stawkę 32 drużyn, które będą w tym sezonie rywalizować w fazie grupowej Ligi Mistrzów UEFA.

32 zespoły z 16 krajów

Obrońca trofeum Liverpool FC, triumfator Ligi Europy Chelsea FC, a także sześciu mistrzów najsilniejszych lig według rankingu UEFA, FC Barcelona, Manchester City, Bayern Monachium, Juventus Turyn, Paris Saint-Germain i Zenit Petersburg, miały przywilej rozstawienia w losowaniu, które odbyło się w miniony czwartek w Monako (zakończyła się po zamknięciu wydania). Po czterech przedstawicieli w fazie grupowej mają Anglia, Hiszpania, Niemcy i Włochy. W Champions League wystąpią ponadto trzy zespoły z Francji, dwa z Rosji i Belgii oraz po jednym z Portugalii, Ukrainy, Turcji, Austrii, Serbii, Chorwacji, Grecji, Czech i Holandii. W sumie w tegorocznej edycji zagrają zespoły z 16 krajów: Anglii (Chelsea, Liverpool, Manchester City, Tottenham), Hiszpanii (Atletico, Real Madryt, FC Barcelona, Valencia), Niemiec (Bayer Leverkusen, Bayern Monachium, Borussia Dortmund, RB Lipsk), Włoch (Atalanta, Inter, Juventus, SSC Napoli), Francji (Lille, Olympique Lyon, Paris Saint-Germain), Rosji (Lokomotiw Moskwa, Zenit Petersburg), Belgii (KRC Genk, Club Brugge), Portugalii (Benfica), Ukrainy (Szachtar), Turcji (Galatasaray), Austrii (Red Bull Salzburg), Serbii (Crvena Zvezda), Chorwacji (Dinamo Zagrzeb), Grecji (Olympiakos), Czech (Slavia Praga) i Holandii (Ajax Amsterdam).

Dzieląc kluby na tzw. koszyki, UEFA musiała podczas czwartkowego losowania respektować zasadę, żeby w fazie grupowej nie trafiły do jednej grupy zespoły z tego samego kraju.

Skromna reprezentacja Polaków
Podział na koszyki wyglądał następująco: 1. koszyk: FC Liverpool (zwycięzca Ligi Mistrzów), Chelsea Londyn (zwycięzca Ligi Europy), FC Barcelona, Manchester City, Juventus Turyn (Wojciech Szczęsny), Bayern Monachium (Robert Lewandowski), Paris Saint-Germain (Marcin Bułka), Zenit Petersburg; 2. koszyk: Real Madryt, Atletico Madryt, Borussia Dortmund (Łukasz Piszczek), SSC Napoli (Arkadiusz Milik, Piotr Zieliński), Szachtar Donieck, Tottenham Hotspur, Ajax Amsterdam, Benfica Lizbona; 3. koszyk: Olympique Lyon, Bayer Leverkusen, RB Salzburg, Olympiakos Pireus, Club Brugge, CF Valencia, Inter Mediolan, Dinamo Zagrzeb (Damian Kądzior); 4. koszyk: Lokomotiw Moskwa (Grzegorz Krychowiak, Maciej Rybus), KRC Genk (Jakub Piotrowski), Galatasaray Stambuł, RB Lipsk, Slavia Praga, Crvena Zvezda Belgrad, Atalanta Bergamo, OSC Lille.

Którzy z polskich piłkarzy znajdujący się w kadrach zespołów zakwalifikowanych do Ligi Mistrzów może liczyć na sukces? Największe szanse mają na to Lewandowski z Bayernem, Szczęsny z Juventusem i Piszczek z Borussia Dortmund, a także, chociaż w mniejszym stopniu, jeszcze Krychowiak i Rybus z Lokomotiwem i Milik (jeśli zostanie) z Zielińskim w Napoli.
Faza grupowa rozpocznie się 17-18 września, a ostatnia, szósta kolejka zostanie rozegrana 10-11 grudnia. Spotkania 1/8 finału odbędą się 18-26 lutego oraz 10-18 marca 2020 roku. Ćwierćfinały zaplanowano na 7-8 kwietnia i 14-15 kwietnia, półfinały zaś na 28-29 kwietnia i 5-6 maja. Finał odbędzie się 30 maja W Stambule na stadionie Galatasaray.

 

 

Bale na chińskim szlaku

Trener Realu Madryt Zinedine Zidane nie chce w swojej drużynie Garetha Bale’a. Walijczyk długo miał to w nosie i odmawiał odejścia z „Królewskich”. Ostatnio ponoć jednak zmienił zdanie i zgodził się na transfer. Hiszpańskie media donoszą z nieskrywaną radością, że Bale przyjął lukratywną ofertę z chińskiego klubu Jiangsu Suning.

Walijski skrzydłowy zarabia w Realu Madryt netto ponad 15 milionów euro rocznie, ma w Hiszpanii piękny dom i jest zadowolony z życia w tym kraju. Tak przynajmniej twierdził jego agent Jonathan Barnett tłumacząc, dlaczego Bale nie chce opuszczać madryckiego klubu. Piłkarza nie chciał jednak trener Zinedine Zidane, który wrócił do „Królewskich” pod koniec poprzedniego, nieudanego dla Realu sezonu i tego lata zaczął gruntowną przebudowę zespołu. Walijczyk w trakcie przerwy wakacyjnej lekceważył francuskiego szkoleniowca i irytował go wypowiedziami dla mediów, w których raz zapewniał, że nie ruszy się z Realu nawet gdyby miał do końca kontraktu grzać ławę, a innym razem podpowiadał swoim pracodawcom, że jeśli chcą się żeby odszedł, muszą mu zapłacić wszystkie pieniądze zapisane w kontrakcie.

W obu przypadkach nawet dla „Królewskich” było to kosztowne rozwiązanie, bo Bale ma umowę ważną jeszcze do końca czerwca 2022 roku, co oznacza, że pozbycie się go na jego warunkach kosztowałoby co najmniej 45 mln euro plus należne podatki, co w Hiszpanii oznacza niemal podwojenie tej kwoty.

Wojna z trenerem

Zidane nie zamierzał jednak odpuszczać i na letnie tournee po Stanach Zjednoczonych Walijczyka nie zabrał. Pytany o Bale’a przed towarzyskim meczem z Bayernem Monachium powiedział: „Nie ma go z nami, bo chciałbym, żeby jak najszybciej znalazł sobie inny klub. Im zrobi to szybciej, tym będzie dla niego lepiej”. Piłkarz nie zareagował, ale za niego zrobił to Barnett. „Zachowanie Zidane’a to hańba. Nie okazuje szacunku dla zawodnika, który tak dużo zrobił dla Realu Madryt” – grzmiał menedżer w wypowiedzi dla AFP. Francuski szkoleniowiec poczuł się dotknięty tym stwierdzeniem. „Po pierwsze, nigdy nikogo nie lekceważyłem, szczególnie piłkarzy. Zawsze mówię to samo. Piłkarze są najważniejsi w klubie. Po drugie, mówiłem, że klub próbuje znaleźć wyjście dla Garetha. Po trzecie, ale to jest najważniejsze, Bale nie zagrał z Bayernem, ponieważ nie chciał. Wciąż jest jednak piłkarzem Realu, trenuje z nami normalnie i zobaczymy, co się wydarzy” – powiedział Zidane.

Bale ma jednak prawo czuć się krzywdzony. Ten 30-letni obecnie zawodnik trafił do madryckiego klubu w 2013 roku z Tottenhamu Hotspur za 105 mln euro, co wtedy było światowym rekordem transferowym. Przez sześć sezonów rozegrał w barwach „Królewskich” we wszystkich rozgrywkach 231 meczów, strzelił 102 gole i zaliczył 65 asyst, co bez dwóch zdań jest osiągnięciem wybitnym. Czterokrotnie świętował z Realem zwycięstwo w Lidze Mistrzów, tyle samo triumfów w Klubowych Mistrzostwach Świata, trzy w Superpucharze Europy, raz mistrzostwo Hiszpanii i raz zdobycie Pucharu Króla. W ostatnim sezonie zaliczył 29 występów w Primera Division, siedem w Lidze Mistrzów, trzy w Pucharze Króla, dwa w Klubowych Mistrzostwach Świata oraz zagrał w Superpucharze. W sumie dało to 42 mecze we wszystkich rozgrywkach, więc nie da się powiedzieć, że był nieprzydatny.

Piłkarz ciągle bardzo drogi

Ostatecznie walijski skrzydłowy uległ presji i zamiast iść na wojnę z szefami Realu, zgodził się na transfer. Pojawił się jednak istotny problem, bo chociaż madrycki klub mocno obniżył wysokość kwoty transferowej, to piłkarz nie miał najmniejszego zamiaru godzić się na niższe zarobki w innym klubie. Chciał, żeby nowy pracodawca zagwarantował mu zarobki na takim samym poziomie, jaki miał w Realu. W Europie nikt jednak nie chciał go zatrudnić na takich warunkach. Nawet jego ukochany Tottenham.

Patową sytuację przełamała nieoczekiwanie oferta z Chin. Brytyjskie i hiszpańskie media podają, że do Realu Madryt wpłynęła oferta z chińskiego klubu Jiangsu Suning, piątego zespołu tamtejszej ekstraklasy w poprzednim sezonie. W obecnych rozgrywkach po 11 kolejkach zespół ten zajmuje szóstą lokatę. Okno transferowe w Chinach jest otwarte do 31 lipca i do tego czasu cała transakcje musi zostać sfinalizowana. Nie powinno być z tym problemu, bo ponoć Bale wyraził zgodę na transfer. Co go skłoniło do zmiany decyzji? Ponoć tylko pieniądze. W medialnych spekulacjach pojawiły się niewiarygodne wręcz kwoty, jakie rzekomo zaoferował mu chiński klub. Angielskie tabloidy zapewniają, że Jiangsu Suning będzie płacić Bale’owi milion funtów tygodniowo.

To byłoby szokująco wysokie wynagrodzenie, więc raczej trudno te rewelacje traktować poważnie, bo chociaż właścicielem i prezesem chińskiego klubu jest miliarder Zhang Jindong, to w Chinach już jakiś czas temu, nie bez nacisków rządzącej partii komunistycznej, ograniczono szastanie pieniędzmi przy zatrudnianiu piłkarskich gwiazd. Także dlatego, że najwyżej opłacani zawodnicy często prezentowali się tam przeciętnie.

Bale niekoniecznie musi wylądować w chińskiej lidze. Wspomniany Jiangsu Suning jest także większościowym udziałowcem Interu Mediolan, a zatem w niewykluczone, że walijski skrzydłowy ostatecznie trafi do Serie A.