Trzy razy o historii

Profesorowi Andrzejowi Romanowskiemu w 70. rocznicę urodzin.

Książki, o których piszę, czytałem w tej właśnie kolejności: najpierw Witolda Kalińskiego Opowieść o ludziach w dolinie Popradu, potem Wacława Zbyszewskiego Ludzie, których znałem, wreszcie Andrzeja Romanowskiego Pamięć gromadzi prochy. Przypadek sprawił, że czytałem jedną po drugiej oraz, że jest między nimi pewna łączność. Może to kwestia etapu moich lektur, sięgam obecnie rzadziej po beletrystykę, a częściej po literaturę faktu, chcąc poznać spojrzenie autorów na przeszłość, na dawne a ważne nadal zdarzenia, na ocenę ludzi, z którymi zetknęli się. Z lektur takich dowiaduję się także więcej o samych autorach, o ich poglądach, o ich stosunku do naszej historii, do ważnych postaci.
Zawsze lubiłem książki ciekawe i starannie wydane, z czasem zacząłem od nich oczekiwać jednak nieco więcej. Muszą wyróżniać się czymś jeszcze, muszą mnie uwieść, oczarować, zachwycić. I takie są te trzy książki. Jest też coś, co łączy ich autorów, to ich galicyjskość. Każdy z nich w jakimś stopniu został dobrym galicyjskim genem dotknięty i natchniony.
Z autorem pierwszej – Witoldem Kalińskim, poznanym już na Sądecczyźnie kilka lat temu, łączy mnie sporo: wieloletnia warszawska aktywność zawodowa, wiążąca się z umiłowaniem książek; mniej lub bardziej silne więzi rodzinne z Sądecczyzną; wreszcie osobista fascynacja tym regionem, co zaowocowało porzuceniem zarówno przez Kalińskiego jak i przeze mnie Warszawy na rzecz Sądecczyzny. Opowieść o ludziach w dolinie Popradu jest gawędą historyczną wywołaną naturalną ciekawością okolicy, w której mieszka autor, jej historii – tej dalszej i bliższej – oraz dziejów współczesnych. A jest to gawęda pozbawiona maniery natrętnej dydaktyki, opatrzona licznymi anegdotami i komentarzami odautorskimi przepełnionymi autoironią, nieraz kpiną, celną obserwacją zdarzeń zaprzeszłych, jakże pasujących do naszej codzienności.
Autor pomieszcza w książce wiele cytatów. To oczywiste, autor cytuje, gdyż czyta. Miłym zaskoczeniem są cytaty z dzieł bliskich mi osób: mojej Babci Zofii Skąpskiej i mego kuzyna, profesora UJ Piotra Kaczanowskiego. Cytaty te, wszystkie, nie tylko przed chwilką wymienione, to dowód na to, ile książek przeczytać trzeba, by móc jedną napisać. Chwała więc autorowi, nie tylko za to, że czyta innych, że czerpie z nich, ale że nie ukrywa tego i sumiennie na źródła wskazuje. To sygnał dla nas, po co winniśmy sięgnąć, jeśli danego tytułu jeszcze nie znamy.
Lubię książki, które pobudzają skojarzenia, wywołują odniesienia do innych lektur, narzucają chęć poprowadzenia drugiej równoległej relacji. Tak stało się, gdy natknąłem się na fragment o Kieżmarku i urodzonym w nim w 1536 roku późniejszym senatorze Olbrachcie Łaskim. Natychmiast przypomniała mi się czytana w zeszłym miesiącu książka Anny Król Kamienny sufit, znakomicie udokumentowana opowieść o pierwszych polskich taterniczkach. Jako prekursorkę górskich wspinaczek (wspinaczek w ogóle, nie tylko kobiecych) wymienia autorka Beatę Kościelecką, primo voto księżną Ostrogską. Łaski był jej drugim mężem, młodszym od niej o, uwaga, 21 lat. Pierwsza polska wyprawa w Tatry miała miejsce w 1565 roku. Tak, to nie błąd, powtórzę, chodzi o rok 1565. Polskim królem był wówczas Zygmunt II August, Rosją rządził twardą ręką car Iwan IV Groźny, w Anglii panowała ostatnia z Tudorów, Elżbieta I. Beata Łaska zaś w tym czasie wędrowała po okolicach Stawu Kieżmarskiego. Historia Beaty, jej małżeństwa z awanturnikiem Łaskim, a także relacji jej matki z dworem królewskim to temat na odrębną barwną i zaskakującą opowieść.
Wracajmy jednak do Witolda Kalińskiego. Ma on lekkie pióro, opowieść jest więc wartka, wciągająca. Znamy z grubsza historię naszego kraju i regionu, jesteśmy więc ciekawi nie tyle faktów, ile ich doboru, a nade wszystko komentarzy autora. W Opowieści o ludziach w dolinie Popradu jest tych komentarzy sporo, mówią one wiele o ich autorze, ale też o nas, o naszych przywarach i śmiesznostkach, umacniając w przekonaniu, że jednak historia lubi się powtarzać. Nie mogę oprzeć się, by kilku z nich nie przytoczyć.
Pisze autor, za Władysławem Konopczyńskim, o bitwie pod Mątwami i dodaje: „Gdyby zabitych położyć przy drodze, głowa do nogi, musiałaby ona liczyć ponad 6 kilometrów. I pomyśleć, że jedna z najbardziej krwawych bitew rozegrała się pomiędzy Polakami a… Polakami. Zaprawdę, trwamy i dziś w wieku XVII.”
Za Frankiem Kmietowiczem zaś, pisząc o czarownicach i o ówczesnym ich traktowaniu, zauważa: „… podstawowe dzieło o tym, jak postępować z czarownicami, przełożono na język polski dopiero w roku Pańskim 1614, stosowali je katolicy, zaś u prawosławnych nie było w użytkowaniu (mieli swoje sposoby). Gdy w Europie procesy o czary zanikły, w Polsce ich liczba rosła. Do dziś pozostaje owo opóźnienie.”
Cytuje też Kaliński opis jednej z wojenek domowych z początku XVIII wieku pióra Pawła Jasienicy. Uzupełnia go swoim spostrzeżeniem: „Mieszczanie nie mają się gdzie ukryć, wielu chłopów traci cały dobytek, a nieraz życie (także w dobrach klasztornych), zaś w wyniku epidemii dżumy przy życiu została w Starym Sączu znikoma część ludności (podobno 16 osób). Co prawda sam król, August II Mocny, miał spłodzić (z wieloma kobietami) kilkaset dzieci, ale trudno było tą drogą uzupełnić ubytek.”
Niektóre z komentarzy zasługują na miano aforyzmów, jak choćby ten: „Źle ulokowana ambicja jest tym, co wpędza nas w tarapaty.” Rzecz dotyczy wojen o Inflanty. Czy tylko?
Na koniec znów pro domo sua. Wspomina Kaliński mego pradziada, tak mocno, w swym studwuletnim życiu, związanego z Sądecczyzną. Pisząc o powstaniu chochołowskim i jednym z jego przywódców ks. Józefie Kmietowiczu, nadmienia: „Inny uczestnik tego powstania gościł u Antoniego Skąpskiego (też więźnia z 1846r.)” Dodam, bo książka Kalińskiego nie o tym i miejsca na wszystko by mu zabrakło, że tym innym uczestnikiem powstania w Chochołowie był Jan Kanty Andrusikiewicz, nad którym pradziad roztoczył opiekę, zatrudniając go w dobrach kamienickich, którymi zarządzał. A sam stał się politycznym więźniem austriackim, gdyż wiosną 1846 roku podczas suto zakrapianej kolacji, ustalono, iż trzeba szykować się do powstania, a pradziada okrzyknięto jego dowódcą. Nie zdołał wszakże podjąć żadnych działań, usłużny powiadomił kogo trzeba i kilka dni później zaprowadzono mego przodka do sądeckiego aresztu. Nieco później, w sądzie, już we Lwowie, usłyszał wyrok śmierci, szczęśliwie zamieniony na 10 lat twierdzy, z której oswobodziła go Wiosna Ludów.
I jeszcze jedno nazwisko wymienione przez autora chcę opatrzyć maleńkim komentarzem. Chodzi o Antoniego Jurczaka, legendarnego burmistrza Muszyny przez 26 lat. Kończąc prace nad wydaniem drugiego tomu wspomnień mojej Babci Zofii Skąpskiej, odnalazłem z nim koligację. Odległą, ale jednak. Prawnuczka siostry mojej prababki – warszawska lekarka Joanna „Jona” Łypaczewska wyszła za mąż za Stanisława Gajewskiego, był on wnukiem burmistrza Jurczaka. Oboje Gajewscy spoczęli w jego grobie na cmentarzu w Muszynie.
*
Autora drugiej książki, Wacława Zbyszewskiego, poznać nie miałem okazji, ale wiedziałem o nim, chyba z Dzienników Dąbrowskiej, a poprzez Dąbrowską od Stempowskiego. Więcej dowiedziałem się, gdy w Czytelniku ukazały się jego Gawędy o ludziach i czasach przedwojennych. Być może myliłem go wcześniej z jego bratem Karolem. Ludzie, których znałem Wacława Zbyszewskiego to zbiór wspomnieniowych felietonów drukowanych w prasie emigracyjnej zarówno za życia autora, jak i kilkanaście lat po śmierci. Trudu doboru tekstów i ich redakcji podjęli się profesor Rafał Habielski i redaktor Paweł Kądziela. W nocie edytorskiej cytują oni Józefa Łobodowskiego, który o Zbyszewskim pisał w 1971 roku w londyńskich Wiadomościach: „przerabia historię, geografię, politykę, według własnego widzimisię”. Wydaje się, że podzielają oni ten pogląd, wynika to z treści wstępu autorstwa R. Habielskiego. Co dla mnie ważne powołuje się on miedzy innymi na opinię o Zbyszewskim Stefanii Kossowskiej, współpracownicy, a od 1974 następczyni Grydzewskiego w Wiadomościach. Ważne, bo przez małżeństwo z Adamem Kossowskim jest to daleka moja powinowata. Adam to prawnuk brata mego pradziada Antoniego Skąpskiego. Mimo iż urodził się czterdzieści pięć lat przede mną, należał do tego samego co ja pokolenia. Jego bratankiem jest słynny piosenkarz Maciej Kossowski, pamiętany do dziś z przebojów „Dwudziestolatki”, „Wakacje z blondynką” czy „Agatko pocałuj”.
Wracajmy do Zbyszewskiego, bo warto poznać jego opinię o ważnych postaciach przedwojennej Polski i powojennej emigracji, nawet jeśli wiemy z góry, że są to opinie bardzo osobiste, naznaczone subiektywna oceną i sympatią, lub jej brakiem. Warto przywołać refleksję wspomnianej Stefanii Kossowskiej o zapiskach Zbyszewskiego: „Czytając go, można było się irytować, gorszyć, oburzać, ale nie można było nigdy nie przeczytać jego artykułu do końca”. Czytałem i ja wspomnienia Zbyszewskiego do końca, choćby dlatego, że część osób przywołanych przez autora (czy to jako bohaterowie poszczególnych tekstów czy tylko marginalnie w nich wspomniani) do pewnego czasu, poza ogólnikami, było mało mi znanych. Moją wiedzę o pozostałych łapczywie uzupełniałem o pełne soczystych określeń opisy Zbyszewskiego. Książka ta dając wiedzę o wielu wybitnych postaciach Polski przedwojennej, potwierdza istnienie silnych politycznych podziałów i później na emigracji, licznych koterii, grup wpływu, mówi wiele o sympatiach i niechęciach autora, jego stosunku do opisywanych postaci. W większości są to wspomnienia pośmiertne, próżno jednak szukać w nich zasady, iż o zmarłych tylko dobrze. Może dlatego właśnie lektura wciąga, autor bywa wyrazisty, ostry, często bezlitosny. Oto próbki: „…kałmucki Ksawer Pruszyński o ptasim móżdżku”; lub o Walerym Sławku: „Był to porządny człowiek, szlachetny nawet jeśli ktoś chce, ale naiwny, ale nudny, ale niewykształcony, ale słaby, ale ograniczony, właściwie co tu dużo gadać, człowiek po prostu głupi.”; czy o Sławoju-Składkowskim: „… nie najgorszy pisarz, ale nieopisany skandal jako premier”; albo: „Od Hallera pachniało głęboką, najgłębszą prowincją”.
Rafał Habielski cytuje opinię Stanisława Mackiewicza o Zbyszewskim: „nie lubi mówić rzeczy przyjemnych, natomiast lubi mówić rzeczy przykre” oraz Grydzewskiego: „pisząc o kimś, potrafi zmyślić jakieś szczegóły, jeżeli mu się to komponuje”.
Trafność obserwacji przez Zbyszewskiego środowiska politycznego oddają zdania: „Pełno u nas zawsze było takich Napoleonów międzyministerialnych, w cywilnych ubrankach, w mundurach i nawet w spódnicach, co to w głowie mieli i (mają) groch z kapustą, ale za to niechybny instynkt, jak lawirować między Rydzem a Beckiem i Mościckim, z kim utrzymywać kontakt, kogo unikać, jak do kogo trafić, jak się nie narazić.” „Jesteśmy narodem politycznie infantylnym. Nasza opinia publiczna nie znosi ludzi politycznie myślących, kocha się we frazesach, nienawidzi przywódców politycznych o jakimkolwiek formacie, i darzy swym zaufaniem safandułów, niedołęgów, pół-inteligentów i demagogów.” Słowa pisane 60 lat temu, a jakby wczoraj.
Zbyszewski zapewnia wielokrotnie czytelników, iż jest konserwatystą, ale rozdając cenzurki pisarzom i publicystom, jako tych których ceni wymienia jedynie Boya-Żeleńskiego i Dąbrowską. Kolejny dowód na złożoność poglądów Zbyszewskiego.
Boleje Zbyszewski nad tym, że Henryk Łubieński nie urodził się wcześniej, bo wstąpiłby do Legionów i miał całkiem inną karierę. Nie lubię rozważań co by było gdyby, alternatywnych historii pomijających prawdziwy bieg zdarzeń, lub pisanych na przekór znanym dziejowym wypadkom. Jednak myśl Zbyszewskiego nie jest nachalna, nie rysuje on wyimaginowanych scenariuszy, wyraża jedynie opinię o zależności losów Łubieńskiego, ale i każdego z nas, w zależności od wielu przypadków, wśród których jest dzień naszego przyjścia na świat. A przy okazji trudno nie powtórzyć za wspomnieniami mojej Babki, że był Łubieński ochotnikiem w 1920 roku. Wśród kolegów swego pierworodnego, a mego stryja Antoniego, wymienia ona poza Łubieńskim, Aleksandra Dzieduszyckiego, Mariana Nowińskiego, Alfreda Mehoffera i Jana Dąbrowskiego. Dowódcą owych dwudziestolatków (w 8. Pułku Ułanów Księcia Poniatowskiego) był słynny, z małżeństwa z Kossakówną, pułkownik Władysław Janota-Bzowski. 11 lipca wyruszyli oni z koszar na Rakowicach, by już 31 lipca wziąć udział w bitwie pod Komarowem. Łubieński, po odniesieniu ran, powrócił z frontu.
Wspomnienia Zbyszewskiego mają ten walor, iż losy bohaterów poszczególnych rozdziałów (a są to głównie szkice pośmiertne) stanowią pretekst, by pisać o kimś lub o czymś więcej niż o życiu i poglądach tytułowego bohatera. Tak jest i z Łubieńskim, więcej tu o Januszu Radziwille i środowisku konserwatystów.
Wśród rękopisów mojej Matki, przedwojennej absolwentki prawa UJ, odnajduję wspomnienie o profesorze Rafale Taubenschlagu pełne zachwytów nad jego intelektem. Tak mocno i dobrze zapadł w Jej pamięci (zapewne nie tylko za wystawione pięć z plusem – co ponoć należało u niego do rzadkości), że otrzymałem imię nie tylko po bohaterze Popiołów. Jakże miło czytać i u Zbyszewskiego dobre słowa pod adresem profesora.
Z dużą ciekawością czytałem o stosunku Zbyszewskiego do Mikołajczyka. Do tej pory znałem jego sylwetkę z pracy Andrzeja Paczkowskiego. Swego czasu poszukiwałem wiedzy o nim, gdy opisywałem, jak w 1944 roku trzej kuzyni mego Ojca wywieźli Witosa z Wierzchosławic i przez ponad miesiąc ukrywali go w Krakowie. Zleceniodawcą całej tej akcji, która miała zakończyć się lotem Witosa do Londynu był właśnie premier Mikołajczyk. Jakże inny to Mikołajczyk, ten u Paczkowskiego i u Zbyszewskiego. Ale zapewne prawdziwszym jest złożony dopiero z tych dwóch punktów obserwacji i oceny.
*
Nazwisko profesora Andrzeja Romanowskiego najpierw znałem jako współautora PIW-owskich Skrzydlatych słów, potem naczelnego Polskiego Słownika Biograficznego. Gdy objąłem ster w Państwowym Instytucie Wydawniczym, znalazłem jego nazwisko na ogromnie długiej „liście wstydu” – liście znakomitych autorów, tłumaczy i redaktorów, z którymi moi poprzednicy nie rozliczyli się z należnych im honorariów. Te nazwiska to najwyższa półka z kręgu polskiej literatury i nauki. Gdy po kilku latach pracochłonnych działań naprawczych, uzyskałem pewną stabilizację i możliwość spłacania długów, natychmiast uczyniłem to wobec autorów Skrzydlatych słów. Zapoczątkowało to naszą znajomość, moją dla profesora atencję i podziw dla jego rozległych horyzontów myśli, dla nonkonformizmu poglądów, obiektywizmu i braku koniunktury. Romanowski szkice swoje zaczyna od wydawałoby się oczywistej konstatacji, iż życie każdego z nas wypełnia siódmą część ponad tysiącletniej historii państwa i narodu. Uświadamiać prawdy oczywiste, to zadanie pozornie tylko łatwe. Autor dzieli się z nami swymi spostrzeżeniami na wybrane fakty z naszej historii. Można przestawić jedną literkę, a fakty wybrane staną się faktami wybornymi i tak jest rzeczywiście, choć niektóre z wybornych bolą. Gdyby lekturę omawianych trzech książek przyrównać do obiadowego menu, te dwie pierwsze stanowiłyby smakowite najwyższej jakości przystawki, zaś książka Romanowskiego byłaby znakomitym daniem głównym, a nawet całym zestawem tych dań.
Tytuł Pamięć gromadzi prochy wywołał natychmiast skojarzenie z książką Józefa Kisielewskiego Ziemia gromadzi prochy, (pierwodruk w 1938). Tematyka książek inna; pierwsza mówi o tuż przedwojennych relacjach polsko-niemieckich, o rozwoju nazizmu, o zagrożeniu dla Polski ze strony hitlerowców. Wedle wspomnień Zofii Skąpskiej (Dziwne jest serce kobiece, tom 2) za jej posiadanie groziły ze strony okupanta surowe represje. Nie myślę o jakichkolwiek porównaniach, ale na pewno książka Romanowskiego nie będzie w smak obecnej władzy. Zapewne profesor Romanowski chciał coś przez podobieństwo tytułów przekazać czytelnikom, gdyż przekonany jestem, że o książce Kisielewskiego nie tylko słyszał, a na pewno zna jej treść. Jeden ze szkiców Romanowskiego nosi tytuł Ziemia wydaje prochy to dodatkowe skojarzenie z książką Kisielewskiego, tym bardziej, że mowa w nim o zbrodni katyńskiej, skutku totalitaryzmu, zestawianego z tym, o którym pisał Kisielewski.
Książka Romanowskiego to zbiór artykułów już publikowanych na przestrzeni wielu lat, w różnych tytułach prasowych. Zebranie szkiców w jednym tomie daje niesamowity efekt. Otrzymujemy dawkę informacji i refleksji o niezwykłej wartości. Już tytuły rozdziałów zapowiadają ucztę intelektualną, ukazują przestrzeń tematów i zainteresowań Autora. Szkice zamierzchłe, środkowoeuropejskie, komunistyczne, niemiłe, o mistrzach, wreszcie Szkice rodzinne… A każdy z nich ciekawy, zaskakujący, poszerzający wiedzę czytelnika i jego horyzonty. Ileż w każdym z tych esejów ładunku świadczącego o emocji autora, ale i wywołującego owe emocje u czytających. Znałem niektóre z tych artykułów, lecz ich obecny kontekst powoduje, że stają się ponadczasowe, zasługują więc na lekturę i za jakiś czas przez nowego czytelnika. Na pewno polecę je moim dzieciom a nawet i wnukom. Kiedyś Mikołaj Kozakiewicz wydał zbiór swoich rozważań pod tytułem Objaśnianie świecy. Kto z młodszych wie, kim był autor, kto wie, czym jest objaśnianie świecy? Dlaczego mam skojarzenie objaśniania świec z wymową książki Romanowskiego? Po to się objaśnia świecę, by świeciła jaśniej, by mocniejszym płomieniem rozświetlała mrok. Po to trzeba przeczytać książkę Andrzeja Romanowskiego, by łatwiej dojrzeć prawdę o nas, o naszej historii, o tym, że nic nie jest tylko czarne i nic nie jest tylko białe.
Wśród swoich mistrzów wymienia Romanowski, między innymi, Eugeniusza Kwiatkowskiego, Jerzego Giedroycia i Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Nie byłem wychowywany w kulcie dla emigracji, a więc też dla tych dwóch ostatnich z wymienionych. O pierwszym słyszałem w domu zawsze pochlebne dobre opinie. Zapewne miał z nim dobre relacje mój dziadek, ojciec Mamy, jeden z ważniejszych przedwojennych przemysłowców. Dwóch ostatnich postrzegałem – młody, dorastający człowiek – jako przeciwników, wrogów mojej Polski, mojego PRL-u. Warto więc będzie kiedyś opisać, z jakimi emocjami, z jakim niespodziewanym wzruszeniem, przeżywałem wiele lat później bezpośrednie rozmowy w cztery oczy z Giedroyciem i Jeziorańskim.
Każdy szkic profesora Romanowskiego wart jest przeczytania, wart popularyzacji i omawiania. Uwypuklę jedynie te, które wywarły na mnie największe wrażenie, wskażę myśli, z którymi najsilniej się zgadzam i te poglądy, których tak brakuje w publicznej rozmowie o przeszłości. Był profesor mocno związany z opozycją lat 70. i 80. Nie aprobował więc ówczesnego ustroju, ówczesnej Polski, ówczesnego podporządkowania radzieckiej władzy. A jednak nie odnajdzie czytelnik w tekstach profesora pogardy, zacietrzewienia, lekceważenia, połajanek, ocen z wyższości czy wzgardy wobec czasów i ludzi PRL. Nie ma też zachwytów, żeby była jasność. Jest obiektywizm, relatywizm, rzetelna ocena z punktu widzenia surowego obserwatora sceny politycznej tej przeszłej i tej obecnej. Wielokrotnie w swej publicystyce Romanowski oddaje rację poglądom i przestrogom Jerzego Giedroycia. Wydaje się, że jest jego myśli kontynuatorem, że w ślad za nim dokonuje wyważonych ocen tego, co w Polsce wydarzyło się w czasie ostatnich czterech dekad. Szczególnie ostatnich dwóch, których książę redaktor nie mógł już obserwować. Sądzę jednak, że postrzegałby i oceniał Giedroyc polskie sprawy podobnie jak czyni to odważnie i rozważnie Andrzej Romanowski. Warto dla zobrazowania obiektywizmu Profesora przytoczyć poniższe fragmenty.

Pisząc o Polsce Ludowej, Andrzej Romanowski przypomina najpierw konstatację Stanisława Stommy: „W Polsce w roku 1945 władzę musiało objąć takie ugrupowanie, któremu Stalin ufał. I tylko temu ugrupowaniu mógł on przekazać Ziemie Zachodnie. Gdyby władzę przejął na przykład Mikołajczyk, to byśmy tych ziem nie dostali. A wtedy do dziś żylibyśmy w nowym Księstwie Warszawskim.” Po czym dopowiada: „Gdy więc obecnie Andrzej Duda deklamuje, że Polska jest dużym europejskim państwem i ma zajmować takie miejsce, jakie się jej należy, to zapomina już dodać, kto to państwo stworzył”. A dalej: „Istnienie Polski odrębnej, poszerzonej o ziemie poniemieckie, a więc poszerzającej sowiecki stan posiadania, było sowiecką racją stanu. A przed Polakami stanęło po raz pierwszy pytanie zasadnicze, obowiązujące odtąd przez dziesięciolecia: co właściwie jest ważniejsze – Polska czy antykomunizm?”. Protestuje też Romanowski wobec nadużywania w obiegu publicznym, wobec PRL, pojęć totalitaryzm i komunizm. Pisze: „Ewentualnie można widzieć w Polsce totalitaryzm przez jeden jedyny rok: od aresztowania prymasa Wyszyńskiego we wrześniu 1953 do początku audycji radiowych Józefa Światły we wrześniu 1954”. Odnotowuje dalej: „Zniknął też analfabetyzm. Mimo namolnego w czasach stalinowskich lansowania socrealizmu i literatury radzieckiej, dbano też o polską tradycję i w masowych nakładach wydawano większość kanonu polskiej literatury”. Słynne „poznańskie”, przemówienie Józefa Cyrankiewicza interpretuje jako trzymanie się władzy kursu na demokratyzację, nie zaś, jak jest to powszechne, zapowiedź „przykręcenia śruby”. Z taką oceną słów o odrąbywaniu rąk dotąd nie spotkałem się. Nota bene, podczas jednej z kilku rozmów, które na przełomie lat 1985-86 miałem okazję prowadzić z premierem Cyrankiewiczem, powiedział, iż jedyna rzecz, której żałuje z okresu swej politycznej aktywności, jest właśnie to sformułowanie z czerwca 1956 roku.
Na koniec tych ocen warto przytoczyć takie stwierdzenie: „A jednak ani gospodarka, ani nachalna propaganda, ani codzienne kłamstwa, ani nuda, szarość i beznadzieja, ba! nawet nieprawe pochodzenie systemu, wszystko to nie powinno przysłaniać dwóch faktów fundamentalnych: samego istnienia państwa, co w czasie II wojny nie było przesądzone, oraz reform społecznych, których bilans, mimo wszelkich słabości okazał się per saldo pozytywny.” „…dziedzictwo PRL, choć pozostające w niezgodzie z wielowiekowym doświadczeniem polskości, okazało się dla narodu korzystne. Oszczędziło nam konfliktów z sąsiadami, a w dobie czystek etnicznych także (kto wie?) porachunków obywateli między sobą. Bilans PRL nie jest wyłącznie negatywny”.
Retoryka PiS próbuje mnie, i wielu o podobnych do mojej biografii, przesunąć do tak zwanej drugiej kategorii obywateli. Profesor Romanowski umacnia mnie w przekonaniu o wartości mojej działalności w Zrzeszeniu Studentów Polskich i w administracji państwowej w latach 70. i 80. Podtrzymuje też moją wiarę w słuszność decyzji mego Ojca, który w maju 1945 roku, wraz z grupą innych małopolskich „bezetów”, wyruszył na Ziemie Zachodnie, by wprowadzać tam polską administrację rolną. Niedługo potem wstąpił do PPS, by następnie siłą rozpędu, czy inercji, a z biegiem lat chyba jednak z przekonaniem, znaleźć się w PZPR. Nie zmienia to szacunku dla innego całkiem wyboru bliskiego Ojcu kuzyna, Władysława Skąpskiego, tego od Witosa. Był on zastępcą szefa II oddziału (wywiad/kontrwywiad) okręgu krakowskiego AK, po wojnie działał w Zrzeszeniu Wolność i Niepodległość jako szef struktur krakowskich. Został aresztowany w grudniu 1946.
Tak Andrzej Romanowski pisze o generale Wojciechu Jaruzelskim: „Służył Polsce wasalnej, bo innej realnie nie było”, a wprowadzając stan wojenny: „według wszelkiego prawdopodobieństwa zapobiegł przelewowi krwi na niewyobrażalną skalę, że być może uchronił Polskę przed strefami okupacyjnymi, mogącymi przekreślić szanse narodowej emancypacji w przyszłości.” „…polska odmienność była dla Moskwy zawsze niepokojąca, a w roku 1981 wyrosła na realne dla niej zagrożenie. Ocalała, jak się wydaje, dlatego, że Jaruzelski miał w garści argument podstawowy: polski problem rozwiązał – choćby nawet połowicznie – ale sam, własnymi siłami. […] Jeszcze istotniejsze było zaś ocalenie polskiej odmienności, zrodzonej jeszcze w gomułkowskim Październiku: prywatnego rolnictwa, niezależnego Kościoła, szczątkowego politycznego pluralizmu…” „Bez Jaruzelskiego, bez jego lojalnego współdziałania, Mazowiecki z Balcerowiczem nie dokonaliby w Polsce zmiany systemu. Ba! Bez Jaruzelskiego nie byłoby europejskiej Jesieni Ludów: to przecież on wskazał Bratnim Przywódcom drogę wyjścia z sytuacji bez wyjścia”.
O stanie wojennym zaś pisze: „… zabiegł drogę najgorszym scenariuszom […] stan wojenny był koniecznością – jego alternatywą mogła być tylko bezpośrednia interwencja […] uratował polską podmiotowość i terytorialną integralność […] polską kulturową odmienność”. „Zamach stanu Jaruzelskiego w 1981 roku (9 ofiar w kopalni Wujek) był o wiele mniej krwawy niż przewrót majowy Piłsudskiego w 1926 roku (co najmniej 379 ofiar). A cierpienia internowanych w stanie wojennym nie dorównywały katuszom, jakie wobec uwięzionych byłych posłów stosowano w 1930 w Brześciu.” W innym miejscu dodaje: „… jeśli odejmiemy okres stalinowski – Polska Ludowa pod względem liczby ofiar ustępowała – i to znacznie – tak dziś sławionej II Rzeczypospolitej.” Pisząc o okresie stanu wojennego, odczuwanym przez siebie jako koszmar, o ofiarach, potrafi przywołać, pomijane w wykazach IPN, nazwisko sierżanta Zdzisława Karosa. Zauważa dalej, iż nasz, polski stan wojenny był najbardziej liberalnym stanem wyjątkowym w historii świata. Na dowód zestawia go z restrykcjami („machina śmierci”) doświadczającymi Węgrów wiele lat jeszcze po październiku 1956, czy Chilijczyków i Argentyńczyków („morza krwi”) w wyniku działań zwycięskich prawicowych junt.
Działalność IPN nazywa Romanowski demolowaniem pamięci zbiorowej. „Naszą narrację o przeszłości tworzą IPN i stabloidyzowane media. I jest to narracja, dla której nie ma alternatywy: istnieje w niej dobro i zło, światłość i ciemność – biada, gdy te porządki zostają wymieszane. […] Niezdolność historyków IPN-owskich do odróżniania rzeczy istotnych od błahych jest aż zabawna w swej jaskrawości.” Niech ilustracją będzie opinia Ryszarda Terleckiego, niegdyś szefa krakowskiego IPN, o stanie wojennym. Uważa on, że władza chciała „utopić własny naród we krwi”. Jakże to inne spojrzenie. Ale pan Terlecki na większość spraw ma inne spojrzenie.
Myliłby się ten, kto na podstawie przytoczonych zdań profesora Romanowskiego wysnułby wniosek, że potrafi on łagodnie i z wyrozumiałością odnosić się do wszystkich aspektów naszej przeszłości. Tam, gdzie trzeba, tam, gdzie tak uważa, wypowiada się jednoznacznie i ostro, boleśnie nazywając zdarzenia po imieniu. Widzi braki i błędy II RP. Oburza się słusznie na przedwojenne relacje polsko-żydowskie. Nawiązując do pogromów, choćby lwowskiego i kieleckiego z 1918, czy częstochowskiego z 1919, pyta: „czyżbyśmy wyprzedzili hitlerowców?” Jakże przejmujące to pytanie, jak już po nim nie na miejscu są dywagacje o sprawstwie w Jedwabnem. Prawda jest bolesna. Ale jak pisze Romanowski: „Musimy przypomnieć o tym fakcie samym sobie i odkryć prawdę o sobie. Nie bać się ukazać tej prawdy światu. Stanąć nagimi wobec świata, z głową posypaną popiołem. Powiedzieć potomkom pomordowanych: wybaczcie. To jest polski narodowy obowiązek.” Jednoznacznie i bez ogródek nazywa aresztowanie, proces i zgładzenie generała Emila Fieldorfa – „Nila”. To „morderstwo sądowe i niespotykana zbrodnia”. Ale jednocześnie przypomina nam, że w 1972 roku, ówczesny minister obrony narodowej, Wojciech Jaruzelski wydał dyspozycję wystawienia symbolicznego nagrobka generałowi Fieldorfowi. Protestuje przy okazji, by tym samym określeniem „zbrodni komunistycznej” nie obejmować różnego rodzaju, nagannych i karalnych, naruszeń cielesnych manifestantów przez ZOMO-wców w latach 80. Pisząc z bólem, niemal przez łzy, o Katyniu, Ostaszkowie, Miednoje, Piatichatkach próbuje jednak odnaleźć szansę na wybaczenie, na nowe otwarcie, na ułożenie dobrych relacji. „Zagłada polskich oficerów miała być karą za >niesłuszną< narodowość. Pozostała świadectwem działania bezdusznej, dialektycznej maszynerii. Ten symbol losu ludzi w naszej części Europy – czy stanie się znakiem pojednania?” Nie chciałem pisać panegiryku, ale nie sposób mi w innym duchu ocenić książek Romanowskiego, Zbyszewskiego i Kalińskiego oraz zawartych w nich myśli i przesłań. Przedstawione książki są – mam tego świadomość – różnej wagi. Na pewno jedna myśl jest w nich wspólna – historia się powtarza, a my zbyt rzadko wyciągamy z niej wnioski, o ile wyciągamy jakiekolwiek. Na koniec jeszcze jedno przesłanie z Romanowskiego. Starajmy się je wypełnić. „W czasach, gdy uprawiana na co dzień historia stała się służką polityki, a słowo >komunista< funkcjonuje jako obelga […] oddanie sprawiedliwości minionemu światu – zwłaszcza takiemu światu, co minął bezpowrotnie – jest bowiem ludzką powinnością. I niezmiennym obowiązkiem intelektualisty.”

Irytuj się z IPN

Pranie przez Instytut Pamięci Narodowej mózgów dzieci wynika z braku wiedzy policjantów historycznych, czy z cynizmu?

Dorobek IPN polega na wykazywaniu, że od 1945 do 1989 r w Polsce rządził totalitarny terror, abo nic się nie działo. Oraz to, że od zawsze Polska miała jednego wroga – Rosję. Nie licząc drobnego w sumie epizodu hitlerowskiego. I nie ma co pisać o lustracji, o wykopywaniu zwłok sprzed dziesięcioleci, wystawiania świadectw moralności byłym agentom SB, którzy stoją po stronie PiS. A nawet o tym, że prokuratorzy z IPN wciąż piszą akty oskarżające Goeringa, czy Himmlera. To wszystko jeszcze nic. Bo IPN to prawdziwe imperium od wydawania puzzli oraz gier planszowych. I to nawet z wersjami internetowymi.
Na coś takiego nie wpadli nawet propagandyści PRL. Nie robili gier o „zaplutych karłach”, nie kazali rzucać kostką ku chwale Armii Czerwonej. Ani dobierać kart, aby skutecznie sforsować Odrę, czy przełamać Wał Pomorski. Nic z tych rzeczy. „Za komuny” rządziła gra w Chińczyka, ze znaną wszystkim maksymą „Człowieku nie irytuj się”.
Nikt nie wie dlaczego IPN wybrał akurat taki sposób wtłaczania swojej narracji historycznej. Dla Instytutu widać nieważne, że „planszówki” dziś to nisza, dla wąskiej grupki fanów. Nieistotne jest też, że w większości wydawane przez nich gry są po prostu nudne. Niuansem jest i to, że ojcem większości gier jest etatowy IPN-owiec, magister teologii po KUL Karol Madaj, którego praca magisterska dotyczyła interpretacji liczby 153 w Ewangelii św. Jana.
O wiele ciekawiej jest spojrzeć na produkty, mieniące się edukacyjnymi, z punktu widzenia nauczyciela historii. I dojdzie się do wniosku, że wyłaniający się z IPN-owskich „planszówek” obraz powojennego 45 lecia, to kartki, bieda i głupota. Nawet jak robią grę o sporcie, to kończą na 1945 roku. Bo nie daj Bóg okazałoby się, że przedwojenne i dzisiejsze sukcesy lekko i ciężkoatletów, nie mogą się z czasami sukcesów Szewińskiej, Sidły, czy Kuleja równać?
Tak puzzle jak i gry IPN, w wielu przypadkach nie trafiają nawet do sklepów, ale bezpośrednio do szkół i – a co! – przedszkoli. Bo każdy młody Polak ma wiedzieć że myśmy są cacy, a Ruskie, czasem Niemcy, no i przede wszystkim komuniści, są źli.
Debiut IPN w roli wydawcy gier z 2009 r. nazywał się „Awans – Zostań marszałkiem Polski”. Jak się w to zagra, to zdobędzie się nader cenną historycznie wiedzę o tym, jakie stopnie wojskowe obowiązywały w Wojsku Polskim w 1939 roku. Fani „planszówek” znęcali się nad produktem, recenzując, że „proste zasady i szybkość rozgrywki czyniłyby z produkcji IPN świetną grę imprezową, gdyby nie fakt, że jest ona przeznaczona tylko dla dwóch osób”. No i na to, że po paru minutach rozgrywki się usypia.
Chwilę później IPN wydał jeszcze bardziej nasenną produkcję. „Pamięć ’39” się nazywała i dobijała graczy 24 archiwalnymi pokolorowanymi fotkami z kampanii wrześniowej. Bo zdaniem twórców, czarno-białe zdjęcie nic młodemu człowiekowi nie powie. A ponieważ całą rozgrywkę robi się w ciągu 10 minut, to choćby ośmiolatkowie na fotach mieli niewiadomo co, to i tak nie zrozumieliby o co chodzi. Oczywiście z wyjątkiem ruskiego sołdata.
Ponieważ rok 2010 nie był dla polskiego lotnictwa wojskowego najlepszy, IPN postanowił pokazać, że drzewiej bywało inaczej. No to rzuca się kostkami i lata nad Londynem. I jak się jest Luftwaffe to trzeba bombardować, a jak naszym, czy Anglikiem, to zestrzeliwać. I nie wiadomo co by się robiło, to zawsze Niemiec przegrywa. Skądinąd słusznie.
A jakby komuś było mało, to może sobie poukładać historycznie 100 elementowe puzzle. Też zresztą pod nazwą „303”.
Musiał minąć kolejny rok, aby doszło do tego, czym IPN będzie się mógł chwalić po wsze czasy. Wydano grę „Kolejka”. Taką, która sprzedała się w 100 tys egzemplarzy. A chodziło w niej o to, że jest komuna i trzeba pięcioosobową rodzinę wysłać na zakupy.
No i gracze ustawiają swoje pionki w kolejkach, nie wiedząc nawet do którego sklepu zostanie rzucony towar. A jak rzucą, to dostaną go tylko ci, co mają kartki z napisami „Matka z dzieckiem na ręku”, „Pan tu nie stał” czy „Towar spod lady”. Poza tym grozi im „Remanent”, „Pomyłka w dostawie” . No i spekulanci .
Nabywać zaś można buty „Relaks”, wodę toaletową „Przemysławka”, czy herbatę „Popularną”. A jak nie, to jest bazar.
Ponieważ gra chwyciła, IPN szybko wydał dodatek do niej o nazwie „Ogonek”. Teraz gracze wzbogacają się o karty Trybuny Ludu i 8 kart wódki. Dzięki czemu mogą dokonywać handlu wymiennego. A ponieważ do gry w „Ogonek” niezbędne było posiadanie „Kolejki”, to biznes IPN kwitł.
Po kolejnych 3 latach, do sklepów z grami trafiła „Reglamentacja”. Czyli też kolejki, kartki i kombinowanie. Tym razem w zestawie są kartki na 7 towarów, 6 drewnianych figurek, 5 drewnianych domków, a nawet drewniany bączek do odmierzania czasu gry. Fabuła też ciekawsza, bo taka choćby karta „zjazd rodzinny” sprawia, że symbole kieliszków oraz talerzy są punktowane podwójnie.
Ale przecież IPN nie chodzi o rozrywkę, ale o misję. „Gra, tak jak wszystkie wcześniejsze publikacje IPN, ma także zadania edukacyjne – przypomina o jednym z najbardziej wymownych symboli upadku peerelowskiej gospodarki. Do gry dołączone jest bogato ilustrowane opracowanie historyczne dr. Andrzeja Zawistowskiego, przybliżające dzieje reglamentacji kartkowej” – reklamują zatem swoją produkcję urzędnicy Instytutu.
Jest jednak coś , co powoduje, że gra „Reglamentacja”, to kłamstwo. Rozgrywka trwa bowiem 30 minut. A za PRL, półgodzinn stanie w ogonku nie było uważane za kolejkę.
W 2012 roku rusza ipeenowska seria gier. Jej wyróżnikiem jest „Znajznak”. Najpierw było „ZnajZnak – Historia Polski opowiedziana symbolami”, która 133 wzmiankowanymi symbolami miała opowiadać historię Polski od 1918 do 1989 roku. Gracz musiał jak najszybciej znaleźć wspólny symbol na dwóch leżących na stole kartach i podać jego nazwę. Jeżeli mu się udało, swoją kartę oddawał przeciwnikowi. Jeżeli jednak nie znał nazwy znaku, odwracał kartę, odczytywał definicję symbolu, a na stół wykładał nową kartę i gra toczyła się dalej. Wygrywa ten, kto pierwszy pozbędzie się wszystkich kart z ręki. Prawda, że pasjonujące?
W „ZnajZnak – Monte Cassino”, tak samo. I też 133 znaki na 63 kartach. Bo zdaniem IPN „W trakcie rozgrywki gracze uczą się rozpoznawać między innymi wybranych żołnierzy, oznaki jednostek biorących udział w bitwie, uzbrojenie oraz najważniejsze daty”. I to wszystko w ciągu 15 minut, bo tyle trwa gra.
Innowacyjnością wykazali się twórcy „ZnajZnak – Pamięć”, ale tylko dlatego, że kart jest ledwie 32. Ale już w „ZnajZnak – Sport” znów było ich 63. Co stanowi i tak zadziwiającą ilość, biorąc pod uwagę, że symbole dotyczą sukcesów polskiego sportu w latach 1918-45.
Kogo, poza politykami PiS, może zainteresować planszówka reklamowana jako pierwsza gra polsko-węgierska – „ZnajZnak — Felismered?”
Grę o tym, że na „wzajemną przyjaźń i wsparcie Polacy i Węgrzy mogli liczyć także w obliczu zagrożenia ze strony największych totalitaryzmów tamtych czasów – nazizmu i komunizmu”. Ale o ile poznański Czerwiec i węgierski październik’56 r. jeszcze daczą się jakoś połączyć, to co zrobić z sojusznikiem Hitlera admirałem Horthym? IPN staje jednak na wysokości zadania, w związku z czym sprawę Węgier po stronie państw Osi rozwiązuje kostka Rubika i autobus marki Ikarus.
Najnowsza produkcja z tego cyklu jest sprzed miesiąca i nosi tytuł „ZnajZnak – Kresy. Kolejny raz udowadnia, że dla IPN nie ma rzeczy niemożliwych. Wszystko jak poprzednio, ale… Do gry dołączona jest ilustrowana broszurka, „która łączy obecne w grze znaki w jedną opowieść rozpoczynającą się w średniowieczu a kończącą na związkach Kresów z „Solidarnością””.
Od października 2015 r. ZnajZnak można bezpłatnie pobrać na tablety i smartfony. Ale ponieważ nie jest to na razie obowiązkowe, to liczby pobrań – żeby nie pogrążać jej twórców – nie podamy.
Gra „111. Alarm dla Warszawy” to prawie „303”. Prawie, bo tytułowa liczba to numer eskadry myśliwskiej, która broniła Warszawy w 1939 roku. A ponieważ gracze mają do dyspozycji planszę wzorowaną na polskiej mapie sztabowej, żetony z samolotami, artylerią przeciwlotniczą i nawet żetony maskujące. A poza tym „kości strzału”, wskaźnik zużycia paliwa i znaczniki strzału, to polska eskadra może pokonać Luftwaffe. Co świadczy o tym, że według IPN, historia wcale nie musi mieć czegoś wspólnego z faktami.
Ale za to w grze „Polak Mały”, nikt z nikim nie walczy. Bo IPN, dzięki puzzlom i obrazkom, produkuje pełnowartościowego patriotę już w wieku przedszkolnym.
W roku 2016 IPN postanowił wykorzystać swoją własną serię komiksową o ciemiężonym przez najeźdźców Antku Srebrnym i zrobić z tego grę planszową. I zrobiono. Wsadzono do pakietu 2 komiksy o walce Srebrnego z Sowietami i dla równowagi, dwa gdzie strzela do Niemców. Dodano grę planszową, gdzie trzeba uciec z łagru, przepłynąć do Palestyny, a potem Włoch. Do tego dołożono dwustronne puzzle, naklejki na ubrania takie jak na mundurach wojska Andersa i replikę orzełka spod Tobruku i Monte Cassino. Wystawiono też cenę – 112 zł.
Jednak to dopiero poprzedni, jubileuszowy 2018 rok ujawnił, czym gry planszowe są dla IPN. A muszą być czymś nader istotnym, skoro wydał ich w ciągu 12 miesięcy aż 5. No i niedostępne w sklepie internetowym IPN 600-elementowe puzzle z portretem marszałka Józefa Piłsudskiego też wydał.
Sztandarową ubiegłoroczną produkcją jest gra „Niepodległa”. Bo jak się w niej przegra czy to na frontach I Wojny Światowej, czy podczas Konferencji Wersalskiej, albo w wojnie polsko-bolszewickiej, to Polski nie będzie.
Gdy w czasie korzystania z produktu IPN o nazwie „Twórcy Niepodległości” ktoś się pomyli, to dostanie jedynkę. Gra polega na tym, że odsłania się karty po dwie. Tak, żeby znaleźć parę postać–wydarzenie. I jak się znajdzie, to trzeba powiedzieć co łączyło gen. Tadeusza Rozwadowskiego z Bitwą Warszawską. „Pała” zaś grozi dlatego, że gra nie powędrowała do sklepów, tylko do szkół, żeby dzieci miały się na czym uczyć historii.
Tak samo jak „Polskie drogi do niepodległości 1914-1918”. Czyli planszówka – pomoc naukowa do szkół. I to taka, w której grają sześcioosobowe grupy, akurat w czasie jednej lekcji.
Za pieniądze można za to sobie pograć w trzymającą w napięciu grę „W obronie Lwowa”. Trzeba tak manewrować 7. Eskadrą Myśliwską, żeby wybić bolszewicką 1. Armię Konną, usiłującą najechać Lwów. Co jest proste gdy ma się do dyspozycji 10 żetonów bolszewickiej kawalerii, 3 żetony polskich samolotów, 1 kość strzału, 1 drewniany wskaźnik upływu czasu i 1 żeton sowieckiego komisarza. A jak się komuś wydaje, że zasady są takie same jak w grach „303” abo „111”, to oczywiście ma rację, bo po co IPN ma wydawać kasę, jak można splagować własne pomysły.
Zdziwi kogoś, że większa część gry „Miś Wojtek” toczy się w Związku Radzieckim? Bo się toczy. Wszak „we wrześniu 1939 r., kiedy Polskę zaatakowały Niemcy i Związek Sowiecki. Z ziem okupowanych przez ZSRS tysiące polskich rodzin wywieziono wówczas pociągami w głąb Rosji”. I trzeba było stamtąd wyjść z Andersem. I misiem Wojtkiem.
Dlatego instrukcja gry mówi:
„Przygotujcie świeże owoce dla misiów. Możecie się poczęstować.
1.Rozłóżcie na stole planszę do gry tak, by wszyscy gracze mieli do niej łatwy dostęp.
2.Połóżcie na wyznaczonym miejscu planszy stos 6 kart miast.
3.Przetasujcie talię kart misia. Wylosujcie z niej 7 kart i rozłóżcie je odkryte (awersem do góry) na planszy, na siedmiu kolorowych polach.
4.Stos z pozostałymi kartami misia połóżcie zakryty (rewersem do góry) na wyznaczonym miejscu.
5.Przetasujcie talię kart podróżowania i rozdajcie każdemu z graczy po 5 kart.
6.Stos z pozostałymi kartami podróżowania połóżcie zakryty (rewersem do góry) na wyznaczonym miejscu obok pola Polska.
7.Zbudźcie misie. Każdy gracz wybiera sobie misia w ulubionym kolorze i ustawia go na polu Polska.
8.Misie, które nie znalazły opiekunów, idą spać do pudełka.
9.Rozpoczyna gracz, który niedawno tulił misia”.
Każdą grę IPN opatruje stwierdzeniem, że jak się zaczyna grać, to nic nie trzeba wiedzieć.
Czyli dokładnie tak jak wtedy, gdy się jakąś „planszówkę” w IPN zaczyna wymyślać.

Bigos tygodniowy

Takiej ofensywy najczarniejszej reakcji na wszystko, co kojarzy się z demokracją, z prawami i wolnościami obywatelskimi, w historii Polski chyba jeszcze nie odnotowano. Trudno oprzeć się wrażeniu, że zostały skumulowane wszystkie siły i środki, te współczesne i te czerpane z – pożal się boże – historycznej tradycji. Ohydne to dziedzictwo odnosi dziś największe triumfy w swoich dziejach. Na te dzieje składa się m.in. tradycja kaźni zadanej u schyłku XVI wieku Kazimierzowi Łyszczyńskiemu za jego deklarację ateizmu, tradycja XVIII-wiecznej „Gazety Warszawskiej” księdza Stefana Łuskiny, tradycja konfederacji targowickiej, tradycja antysemityzmu, tradycje wojującego klerykalizmu XIX-wiecznego spod znaku Ministerstwa Ociemnienia Publicznego i cenzora Józefa Kalasantego Szaniawskiego czy – w okresie późniejszym – takich pism jak n.p. „Rola”, tradycje polskiego faszyzmu spod znaku ONR, tradycja „piekła kobiet” w II RP – to tylko czubek góry lodowej tradycji polskiej najczarniejszej reakcji, bo tworzą ją setki, jeśli nie tysiące wątków, zjawisk, personaliów. To wszystko pod rządami PiS jakby się skumulowało, osiągnęło efekt ponurej synergii, wydając zatrute owoce, wzmacniane współczesnymi środkami przekazu. Historia czarnej reakcji polskiej, która osiąga dziś szczyty swoich triumfów, to temat na kilkutomowe dzieło naukowe zakrojone na kilka tysięcy stron. Tylko skąd wziąć „benedyktyna”, który podjąłby się takiego katorżniczego dzieła?


Atak PiS na wolność mediów poprzez zamiar nałożenia haraczu na dochody z reklam. Sprawa jest tak bardzo głośna, że nie ma potrzeby jej tu szczegółowo omawiać. Już od dawna wyobraźnia nie limituje mi tego, czego jeszcze można spodziewać się ze strony PiS. Niebawem możemy się spodziewać skierowania do Trybunału Przyłębskiej wniosku, który spowoduje w konsekwencji delegalizację przerywania ciąży będącej wynikiem przestępstwa, czyli n.p. gwałtu czy pedofilii. Już zadba o to Ordo Iuris, które stało się kuźnią inicjatyw zmierzających do likwidacji kolejnych praw i wolności obywatelskich i z którego „dobrych usług” PiS skwapliwie, coraz skwapliwiej korzysta. Już wiadomo, że Ordo Iuris mówi o potrzebie ograniczenia prawa do rozwodów. Zatem, rozwódźcie się, póki jeszcze można. Śpieszcie się kochać rozwody, bo mogą szybko odejść w siną dal. Nie zdziwiłbym się też, gdyby w jakimś momencie wychynął projekt ustawy ograniczającej dostęp do środków antykoncepcyjnych.


Coraz częściej dochodzą informacje, że prokuraturę interesują szpitale ginekologiczne, karty szpitalne ciężarnych pacjentek, że następuje wzmożenie aktywności w tej dziedzinie. Coraz intensywniej węszą za aborcjami i wyraźnie zależy im na rozpętaniu fali represji w tej sferze. Wskazuje to na próbę stworzenia nieformalnej policji ginekologicznej.


Pisarz Zygmunt Miłoszewski powiedział w jednym z publicystycznych programów telewizyjnych, że – referuję niedokładnie z pamięci, ale oddaję sens jego słów – wraz z orzeczeniem pseudo-Trybunału Konstytucyjnego Przyłębskiej klęskę poniósł oświeceniowy projekt dla Polski i domknął się system państwa nacjonalistycznego i wyznaniowego.


Ciekawą interpretację reakcji obozu pisowskiego na zamieszki na Kapitolu przedstawił publicysta Stanisław Skarżyński. Otóż brak potępienia z jego strony szturmu z dnia 6 stycznia i zachowania Trumpa, interpretuje on jako psychologiczne przygotowanie PiS do pójścia w ślady waszyngtońskich rebeliantów i do nieuznania ewentualnej wyborczej porażki.


Poza atakiem na wolność mediów, odnotować należy pierwsze przymiarki do represyjnej akcji w stosunku do Marty Lempart, której Ziobrowi prokuratorzy postawili zarzuty od Sasa do Lasa, „wszystkie zbrodnie świata”, od organizacji protestów związanych z zakazem aborcji w pandemicznym czasie po pochwalanie niszczenia kościołów. Jeśli Marta Lempart zasiądzie na ławie oskarżonych, to na przyszłość trzeba sobie życzyć, by na ławie oskarżonych zasiedli jej prześladowcy. Zesłana karnie na prowincję prokurator Katarzyna Kwiatkowska taki los wieszczy w przyszłości Święczkowskiemu Bogdanowi, ksywa „Godzilla”.


Ziobro złożył kasację do Sądu Najwyższego odnośnie wyroku w sprawie zdjęcia krzyża w pokoju nauczycielskim, w szkole w Krapkowicach. Nauczycielka, Grażyna Juszczyk, która krzyż zdjęła, wygrała sprawę przeciw niej we wszystkich instancjach sądowych. Działanie Ziobry to kolejny dowód reakcyjnej ofensywy, która nie odpuści nikomu.


Tomasz Greniuch z ONR jako szef IPN we Wrocławiu to kolejny dowód na to, że PiS w szybkim tempie zbacza z pola – relatywnie – umiarkowanej prawicy, na którym niektórzy ją sytuowali i idzie w kierunku najgorszym z możliwych. Flirt z neonazizmem jest już zupełnie bezwstydny i niczym nieskrywany. Wiele mówiąca jest także zapowiedź powrotu czarnosecinnego programu Cejrowskiego do TVP.


Z głowy nie wychodzi mi obowiązujący od 27 stycznia 2021 nakaz rodzenia trupów lub półtrupów. Głowa puchnie mi od interpretacji. Jedna z nich sprowadza się do tego, że to uprzywilejowanie trupów jeszcze zanim przyszły na świat wynika stąd, że to trupy polskie. Trupa polskiego nie można zabijać także przed narodzeniem.


Biały Dom już nie jest przyjacielem PiS. Z Białego Domu dochodzą takie krytyczne głosy jak głos rzecznika departamentu stanu USA Neda Price, piętnujący próby kneblowania mediów przez władzę i występujący w obronie Marty Lempart, przeciw której władza PiS szykuje rozmaite szykany i zarzuty karne, mając wielką ochotę na uwięzienie jej. No cóż, był sojusznik, nie ma sojusznika.


Czarnek Przemysław dokonał myku dowartościowując piśmiennictwo klerykalno-nacjonalistyczne. Podwyższył punktowanie za tandetne piśmiennictwo tej proweniencji, czym ułatwi kariery naukowe towarzyszom ideologicznym. Tak się tworzy „nową elitę nauki”.


W Zakopanem hordy pijanych rozpasańców robiły burdy i rozsiewały pandemię. Policja nikomu jednak nie złamała ręki ani nie biła pałką teleskopową.

Niezorganizowani głosu nie mają

Czego się nie robi, żeby pozyskać kilka procent wyborców skrajnej prawicy?

Rafał Trzaskowski zdążył w tym celu zapowiedzieć weto dla podnoszenia podatków (niestety polskiego systemu podatkowego, który służy bogatym, nikt i tak nie chciał ruszać) oraz zadeklarować się jako przeciwnik jednego z postulatów środowisk LGBT, które przecież głośno go popierają. Mateusz Morawiecki spróbował go przelicytować w bardzo typowy dla swojej formacji sposób: obiecał żywą gotówkę. Z nowego Funduszu Patriotycznego, obiecał w niedzielę, popłyną pieniądze do grup rekonstrukcyjnych, stowarzyszeń zajmujących się historią i badaczy, „którzy będą szerzyli myśl patriotyczną”. Wiadomo, w patriotycznej Polsce zadaniem badacza nie może być samo tylko badanie i wyciąganie wniosków, potrzeba jeszcze odpowiedniej, bogoojczyźnianej interpretacji.
Co jak co, ale wydawanie kasy na utrwalanie jedynego słusznego podejścia do przeszłości w Polsce kwitnie. Mamy IPN, bijący kolejne rekordy budżetowe, fabrykujący masowo niskich lotów antykomunistyczną, antylewicową produkcję, a dodatkowo ruszył w tym roku Instytut Myśli Narodowej (ten z Janem Żarynem na czele). Mamy Ministerstwo Kultury z jego kierownictwem, które nawet nie ukrywa, że chętniej wesprze wszelkiego sortu inicjatywy narodowe i katolickie niż cokolwiek innego. Mamy co roku na początku marca ogólnopolski festiwal wystaw, spotkań, mszy świętych i biegów „pamięci niezłomnych”. Tytułem kontrastu: uniwersyteckie wydziały historii, podobnie zresztą jak inne wydziały, narzekają na finansowy niedostatek. No, ale tam badacze – ciągle jeszcze w większej, a przynajmniej dużej części – zajmują się badaniem, a nie bieganiem tropem wilczym.
Po co więc obiecywać akurat zwiększenie budżetu na historię? To działacze organizacji nacjonalistycznych w całym kraju, animatorzy rozmaitych Narodowych Hajnówek czy Katowickich Patriotów mają usłyszeć, że władza uruchamia dla nich oficjalny kanał wsparcia. To zachwycający się NSZ-em wyborcy Bosaka mają dojść do wniosku, że popłyną do nich pieniądze. Będą jak krewni i znajomi powrzucani do spółek Skarbu Państwa, czy dobrze opłacani pracownicy telewizji publicznej. Mają tylko sobie przypomnieć, że przy żadnej władzy w Polsce nacjonaliści nie działali tak swobodnie i z takim poparciem… i 12 lipca się władzy odwdzięczyć.
Żeby zawalczyć o wdzięczność tych kilku procent, Morawiecki bez mrugnięcia okiem pluje w twarz pracownikom służby zdrowia, którym obiecał w pierwszej tarczy antykryzysowej zwiększenie wydatków na ten sektor i którzy dostają teraz żałośnie niskie wynagrodzenia za ratowanie życia chorych na Covid-19 współobywateli. Splunięcie dostaje się zresztą wszystkim pracownikom bez wyjątku, bo przecież jednym z głównych środków ratowania gospodarki przed skutkami pandemii jest cięcie wynagrodzeń. Po raz kolejny zlekceważono polskie szkoły – i nauczycieli, i uczniów, i rodziców – bo żaden ekstrafundusz na zorganizowanie z głową zdalnego nauczania podczas pandemii nawet nie przyśnił się naszym rządzącym.
Nie wspomnę już o inwestycjach w infrastrukturę, które gdzieś tam mignęły w pierwszej tarczy, czy o wiszących w powietrzu zwolnieniach w administracji publicznej, które uzasadniano absolutną koniecznością oszczędzania. A ostatnio było jeszcze odrzucenie senackiej poprawki podnoszącej dodatek solidarnościowy o 100 zł, jakby sam dodatek nie był obwarowany dodatkowymi warunkami.
Owszem, może być tak, że dodatkowe pieniądze na patriotów to taki sam przedwyborczy miraż, jak ów nieszczęsny dodatek solidarnościowy, który w pierwszej wersji miał być nie przypominającym jałmużnę uzupełnieniem zasiłku dla bezrobotnych, ale niezależnym świadczeniem, i to takim, które dawałoby setkom tysięcy ludzi jakiś grunt pod nogami w niepewnych czasach. Trochę nawet za tym przemawia: z jednej strony prawica nie zwykła ograniczać się w propagandzie, ale z drugiej – w zapowiedziach powstania funduszu nie padła żadna sugestia, kto będzie pieniądze dzielił ani żadna kwota, a przecież Mateusz Morawiecki uwielbia żonglować tysiącami i milionami. Przekonaliśmy się za to, kogo PiS uważa za grupę, której warto czymś dodatkowym pomachać przed nosem – i nie są to pracownicy, nawet jeśli na Dudę głosowali masowo.
PiS wierzy, że będą głosować dalej, bo na samo wspomnienie realiów rynku pracy za rządów PO czują złość, i jest to ciągle emocja mocniejsza niż te związane z obniżaniem wynagrodzeń podczas pandemii. PiS jest przekonany, że dalej będzie uchodzić za obrońcę prostych ludzi i żadne patologie władzy tego nie zepsują, bo poprzednie rządy wyjątkowo nisko ustawiły poprzeczkę dla uzyskania takiego statusu. PiS wie zresztą, że mamy taką przestrzeń medialną, że miliony Polek i Polaków w ogóle się o patologiach nie dowiedzą, podobnie jak o tym, że aspiracje do reprezentowania ich zgłaszają socjaldemokraci, z niezłym, napisanym dla pracujących obywateli programem.
Gdyby lewica zajmowała się – i mam tu na myśli dłuższą perspektywę, niż tylko ostatnią kampanię – w Polsce tym, co stanowi sens jej istnienia, czyli twardym reprezentowaniem klasy pracującej, narodowo-konserwatywna prawica nie mogłaby przyjmować takich założeń. A już na pewno w momentach kryzysu musiałaby rywalizować innymi hasłami, niż zapowiedź ekstra wydatków na propagandę. Lewica wolała jednak swojego czasu sama się poddać, a i potem, gdy teoretycznie odcięła się od najbardziej kompromitujących praktyk, nie zdobyła się na taką odwagę, dzięki której kiedyś, w historii, nie tylko zdobywała poparcie, ale i zmieniała świat.
PiS walczy więc nie o głosy zepchniętych do narożnika robotników, ale o poparcie tej grupy, która – w odróżnieniu od socjaldemokratów – nie zastanawia się, czy nie łagodzić języka i mitygować żądań, czy nie zastanowić się sto razy przed wyciągnięciem potencjalnie kontrowersyjnych symboli, czy warto rozpychać się w przestrzeni medialnej. Warto wyciągnąć z tego wnioski, zanim ostatnia polska pracownica uzna, że zgadza się na władzę konserwatywnej prawicy z całym jej nienawistnym inwentarzem, bo i tak nie dostanie niczego lepszego.

W obronie pomnika Bohaterom czerwonych sztandarów. Dąbrowiakom. Twórcom dziejów

Szanowny Panie Prezydencie!

Zarząd Główny Stowarzyszenia Spadkobierców Polskich Kombatantów II Wojny Światowej zwraca się do Pana Prezydenta w sprawie antynarodowego i nieprzejednanego stanowiska państwowej instytucji, jaką jest Instytut Pamięci Narodowej, w sprawie likwidacji pomnika „Bohaterom czerwonych sztandarów. Dąbrowiakom. Twórcom dziejów walk o narodowe i społeczne wyzwolenie” w Dąbrowie Górniczej.
Sprawa jest już szeroko znana i wywołuje coraz bardziej negatywne opinie szerokich kręgów społeczeństwa polskiego. Stanowisko IPN przeczy faktom historycznym i jest wręcz prowokacyjne. Negowanie opinii mieszkańców Miasta Dąbrowy Górniczej i regionu Zagłębia Dąbrowskiego jest działaniem antynarodowym. Odrzucanie decyzji władz Miasta na czele z decyzją Prezydenta Miasta Dąbrowy Górniczej jest gwałceniem praw Władzy Samorządowej Rzeczypospolitej Polskiej. Lekceważenie decyzji Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach urąga demokratycznym zasadom niezależności Władzy Sądowniczej Rzeczypospolitej Polskiej.

Stwarzanie takiej sytuacji pogłębia atmosferę wrogości wobec centralnych organów Państwa Polskiego, a czyni się tak w szczególnie trudnym okresie walki z pandemią i w okresie nadchodzących wyborów Prezydenckich w Państwie.

Stowarzyszenie Spadkobierców Polskich Kombatantów II Wojny Światowej wyraża zdecydowany protest przeciw takim działaniom.

Wzywamy Pana Prezydenta Rzeczypospolitej do wyrażenia jednoznacznego stanowiska w przedstawionej sprawie i podjęcia zdecydowanych działań zmierzających do przecięcia poczynań IPN i uszanowania decyzji Władz Miasta Dąbrowy Górniczej i Władzy Sądowniczej RP.

Przypominamy, że kolejny już raz na przestrzeni dotychczasowego piastowania przez Pana najwyższego w Państwie urzędu Prezydenta RP, zwracamy się do Prezydenta RP z podobnymi, bolesnymi problemami, jakich doświadczają Polacy. Jednakże dotychczas ani razu Pan lub Pański urząd nie zareagował.

Niechaj więc zastanowi się Pan, czy także obecnie nie podejmując działań ukrócających samowolę IPN, świadomie warto Panu zrezygnować z kilku choćby głosów poparcia w nadchodzących wyborach prezydenckich?…

W słowie końcowym Stowarzyszenie Spadkobierców Polskich Kombatantów II Wojny Światowej wyraża głęboki szacunek i jednoznaczne poparcie – dla Władz Miasta Dąbrowy Górniczej na czele z Prezydentem Panem Marcinem Bazylakiem, dla Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego oraz wszystkich Rodaków z Miasta, z całego Regionu Zagłębia Dąbrowskiego i z Województwa Śląskiego – za postawę godną Naszej Ojczyzny.

Prezes Zarządu Głównego – Roland Dubowski
Prezes Honorowy ZG – Małgorzata Kitlińska-Kowalczyk
Członek Prezydium ZG – Wojciech Samborski
Do wiadomości:
Prezydent Miasta Dąbrowy Górniczej Pan Marcin Bazylak
Prezes Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego
Media

Pomnik Bohaterom Czerwonych Sztandarów, zaprojektowany przez Augusta Dyrdę, został odsłonięty na Placu Wolności w Dąbrowie Górniczej 8 listopada 1970 r. Właśnie ta data jest najważniejszym „argumentem” IPN na rzecz wyburzenia monumentu – rzekomo nie ma dla niego miejsca w Polsce, bo figurę odsłonięto dla w ramach rocznicy Rewolucji Październikowej.

Władze Dąbrowy Górniczej przekonują, że przesłanie monumentu jest związane z niepodległościowymi dążeniami ruchu socjalistycznego w Dąbrowie Górniczej z roku 1905 oraz lat 1916 – 1918. Bohaterowie czerwonych sztandarów to bojowcy i aktywiści Polskiej Partii Socjalistycznej, robotnicy zrzeszeni w organizacji walczącej o niepodległą Polskę, która byłaby zarazem państwem realizującym zasady sprawiedliwości społecznej.

Mieszkańcy miasta już kilkakrotnie stawali w obronie pomnika. Uniemożliwili jego zniszczenie w 1990 r. Gdy IPN w 2018 r. wydał swoją opinię domagającą się „dekomunizacji” monumentu, ponownie gromadzili się przed nim, żądając zostawienia go w spokoju.

Jak się mnożą „Wyklęci”

Przez ostatnie kilkanaście lat, antykomunistyczne, powojenne podziemie rozrosło się 15 – krotnie. I nic nie wskazuje, żeby na tym poprzestało.

Ministerstwo Edukacji Narodowej wydało okólnik. Taki, żeby wszystkie „szkoły i placówki oświatowe” włączyły się w obchody Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Pan minister Piontkowski chciałby „ aby uczniowie wspólnie z nauczycielami zorganizowali w pierwszym tygodniu marca wydarzenia edukacyjne poświęcone bohaterom podziemia antykomunistycznego. Mogą to być spotkania ze świadkami historii, wizyty w lokalnych miejscach pamięci, lekcje o „Żołnierzach Wyklętych” czy apele pamięci”.
Żeby jednak żadnemu belfrowi nic się nie pokićkało
i nie zrobił lekcji pokazującej, jak Kuraś „Ogień” wysyła do nieba Żydów, „Bury” – Białorusinów, a ludzie Łupaszki kogo popadnie, to okólnik zawiera tegoroczne doprecyzowanie co należy świętować i uwypuklać. Znaczy szkoły dostały wykładnię aktualnej polityki historycznej.
I mają uczyć, że „Powojenna konspiracja niepodległościowa była najliczniejszą formą zorganizowanego oporu polskiego społeczeństwa wobec reżimu komunistycznego”. Z cokołu spadła „Solidarność” z jej 10 mln członków, bo widać była albo niezorganizowana, albo nie walczyła z komuną, a poza tym miała w swoich szeregach Wałęsę i Frasyniuka, więc się w walce z reżimem nie liczy. Prof. Antoni Dudek zadałby przy tej okazji MEN pytanie o mikołajczykowski PSL, który miał jakiś milion członków – czy ta formacja była niezorganizowana, czy też nie antykomunistyczna?
MEN przytacza zatem dowody na najlicznieszość Wyklętych. „W zbrojnym podziemiu działało nawet 200 tys. osób zgrupowanych w oddziałach o różnej orientacji. Kolejnych 20 tys. walczyło w partyzantce” – pisze ministerstwo. Nie tłumacząc czym różni się partyzantka od oddziału zbrojnego i dlaczego jest jej nie tyle samo, tylko dziesięciokrotnie mniej.
Ale to i tak nic,
bo „Kilkaset tysięcy osób zapewniało łączność, aprowizację, wywiad i schronienie”.
Jakby nie patrzeć, wychodzi zatem, że z komunistami po wojnie regularnie napieprzał się jakiś milion Polaków. Zwłaszcza, że „Przeciwko władzy występowali także uczniowie zrzeszeni w podziemnych organizacji młodzieżowych – łącznie ok. 20 tys. młodych ludzi”.
Patriotyczny i bohaterski charakter Wyklętych przejawiał się zaś w tym, że „Oddziały zbrojne o antykomunistycznym charakterze walczyły z Urzędem Bezpieczeństwa, Korpusem Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Milicją Obywatelską”.
O tym, że leśni
napieprzali się też z 2 milionami czerwonoarmistów nie wspomniano. Ani o rozstrzeliwaniu zdrajców, którzy przyjęli ziemię z reformy rolnej.
Oczywiście nie ma w okólniku słowa o tym, że wiosną 1945 r. PPR miała 300 tys. członków, a w 1948 r. już 900 tys. Podanie tego mogłoby nieco zaciemnić młodzieży postrzeganie czasów, które mają mieć przekaz jasny, sprowadzający się do stwierdzenia, że naród polski w znakomitej większości walczył ze garstka zdrajców przyprowadzonych do nas przez Sowietów.
Informacje o liczebności PPR podali w 2007 r. w przedmowie do „Atlasu Polskiego Podziemia Niepodległościowego 1944 – 1956” prof. Rafał Wnuk z KUL i dr Sławomir Poleszak z IPN. Dokładnie w tym samym tekście sprzed 13 lat zawarli wszystko, co polscy historycy byli w stanie wygrzebać w archiwach o liczebności powojennego podziemia.
Czyli informację, że już w 1945 roku przed komisjami amnestyjnymi stanęło 30 217 osób, które zdały 2 tys. sztuk broni. Historycy dołożyli i fakt, że w wyniku ogłoszonej 22 lutego 1947 r. amnestii z podziemia wyszło 53 517 osób, działalność swą ujawniło też 23 257 osób przetrzymywanych w więzieniach i aresztach. I wyszło im, że łącznie ta „amnestia objęła 76 574 osoby – członków organizacji podziemnych i oddziałów partyzanckich oraz dezerterów z WP, MO, KBW i UB”.
Wnuka i Poleszka środowisko historyków sobie ceni. I dlatego nikt nie kwestionuje liczb, które podają, a z nich wynika, że w 1945 r. w lesie przebywało 13-17 tys. osób, w 1946 r. 6600-8600, zaś po amnestii, w latach 1947-1950 przez oddziały przewinęło się do 1800 partyzantów.
Różnica między niecałymi 2 tysiącami, a 20 tysiącami Wyklętych, którymi posługuje się MEN jest zasadnicza, bo 10-krotna. I kłamliwa.
Żaden szanujący się badacz
nie pisze o kilkuset tysiącach osób czynnie wspomagających powojenne podziemie. Bo to bzdura jakaś jest i w dodatku zaprzeczająca narracji o krwawym terrorze i wszechobecnym donosicielstwie wprowadzonym przez UB. Ale dla MEN wciśnięcie takiego kitu uczniom, nie jest problemem.
Tak samo jak wymyślenie 20 tysięcy antykomunistycznie zorganizowanych uczniów. Poleszek i Wnuk, zjedli na tym zęby i – znając ich – też chcieliby taką liczbę wydmuchać. Ale niestety przeliczyli wszystko co się dało i doszli do wniosku, iż „do 1956 r. w Polsce powstało niemal tysiąc podziemnych grup młodzieżowych, przez które przewinęło się ponad 10 tys. osób.
Organizacje te można podzielić na kilka kategorii. Najliczniejsze nawiązywały do konspiracji wojennej i powojennej, co wyrażało się m.in. w przybieraniu takich nazw, jak AK, WiN czy NSZ . Dużą grupę stanowiły podziemne drużyny harcerskie”. Ponad 10 tys. to jednak nie MEN-owskie 20 tysięcy.
Podawana przez MEN,
idąca w dziesiątki tysięcy, liczebność Wyklętych, to nie jest ostatnie słowo obecnych władz IPN. Dlatego kierujący pracami Biura Badań Historycznych IPN w Warszawie dr Tomasz Łabuszewski uważa, że „Liczba ok. 300 tys. osób wydaje się racjonalna. Jeżeli przyjmiemy, że w okresie największego rozwoju konspiracji antykomunistycznej w jej szeregach było ok. 200 tysięcy ludzi, to wydaje się, że w okresie tych kilku kolejnych lat możemy dodać 100 tys. osób, zwłaszcza, że ta konspiracja nie zaczyna się w roku 1945, ale moim zdaniem w końcu roku 1943”.
Pewien, że Wyklętych będzie z roku na rok coraz więcej, jest prof. Antoni Dudek. I z jednej strony go to śmieszy, a z drugiej każe przypomnieć jak to jeszcze 40 lat tremu, z komunistycznych kanap takich jak SDKPiL, ówczesna propaganda usiłowała uczynić organizacje masowe. Mechanizm i chęci się nie zmieniły. Tamtym chodziło o rozdmuchanie swojego mitu założycielskiego, tym o dokładnie to samo. A że wybrali sobie nie Solidarność i AK, to będą nadymać balonik z Wyklętymi do granic przyzwoitości.
I tylko szkolnej dziatwy żal…

Narodowcy z IPN są bezkarni

Na początku grudnia ubiegłego roku Wojciech Muszyński, historyk i pracownik IPN, publicznie żałował, że członków partii Razem nie można zamordować tak, jak lewicowców w Chile Pinocheta. Poseł Lewicy Maciej Konieczny napisał w tej sprawie list do szefa Instytutu dra Jarosława Szarka. Kilka dni temu dostał odpowiedź.

Swoje wynurzenia Muszyński zawarł w komentarzach na Facebooku, pod wywiadem, jakiego Konieczny udzielił „Rzeczypospolitej”. Obok ludzi, którzy zwracali mu uwagę, że w Chile Pinocheta na szczęście nie żyjemy, znalazł grono myślących podobnie.

Nie było natomiast żadnej reakcji – ani natychmiast, ani w następnych dniach – ze strony kierownictwa IPN. Poseł Konieczny postanowił je zaalarmować. I…

– Trochę opadła mi szczęka – tymi słowami Konieczny podsumowuje swoją reakcję na doręczone mu pismo dra Jarosława Szarka, kierownika instytucji kreującej polską pamięć historyczną na prawicowe zamówienie.

Na urlopie można sobie pisać

Jak bowiem Szarek odniósł się do sytuacji, w której jego podwładny marzy o mordowaniu przeciwników politycznych? Główne przesłanie listu polega na tym, że poseł Lewicy nie powinien się przejmować, bo Muszyński pisał komentarze, nie będąc w pracy. Nie są to więc poważne deklaracje całej instytucji.

– Prezes IPN pisze, że komentarze Wojciecha Muszyńskiego miały charakter prywatny, a w czasie ich publikacji Muszyński przebywał na urlopie bezpłatnym (jakby to miało jakiekolwiek znaczenie). Jednocześnie szef IPN zapewnia, że te komentarze nie są wyrazem oficjalnego stanowiska Instytutu w przedmiotowej sprawie – ujawnił Maciej Konieczny na Facebooku.

– Bardzo mnie to cieszy, gdyby się okazało, że IPN popiera mordowanie polskich parlamentarzystów sytuacja byłaby, delikatnie mówiąc, niezręczna – dodał.

Konieczny nie bez racji zauważył również, że gdyby historyk zatrudniony w IPN pozwolił sobie, nawet na urlopie bezpłatnym, na urąganie w podobny sposób weteranom Armii Krajowej czy atakowanie członków PiS, to jego kariera w instytucie błyskawicznie by się skończyła.

Piewca narodowców

Wojciech Muszyński w swojej działalności naukowej zajmuje się przede wszystkim polskimi nacjonalistami: przedwojennymi, Narodowymi Siłami Zbrojnymi, „żołnierzami wyklętymi” o przekonaniach narodowych. Jest redaktorem naczelnym pisma historycznego Glaukopis, które służy raczej wybielaniu i gloryfikowaniu nacjonalistów czy frankistowskiej Hiszpanii, niż rzetelnym badaniom. Pracuje wreszcie jako główny specjalista w Oddziałowym Biurze Badań Historycznych IPN w Warszawie, chociaż swojego czasu jego posada wisiała na włosku, gdyż udostępnił na swoim facebookowym profilu obrazek z powieszonym Barackiem Obamą.

Nie jest jedynym w IPN miłośnikiem polskich nacjonalistów oraz prawicowych dyktatur. Karierę w IPN robi Tomasz Greniuch, współtwórca struktur Obozu Narodowo-Radykalnego w Opolu. Z kolei pracownik Komitetu Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa przy IPN, dr Rafał Dobrowolski, został niedawno zdemaskowany jako autor internetowych komentarzy, w których wysyłał „lewackich degeneratów, lgbtowców, podludzi” do obory, kanału lub na wysypisko śmieci. Dobrowolski regularnie występuje w mediach prawicowych, był też kandydatem w wyborach samorządowych z ramienia Ruchu Narodowego.

PiS znowu inwestuje w propagandę

1,5 miliona złotych ze środków ministerstwa kultury zostanie przeznaczonych na nowy twór propagandy historycznej obozu władzy. Wicepremier i szef resortu Piotr Gliński ogłosił powstanie Instytutu Dziedzictwa Myśli Narodowej.

Instytucja ma mieć charakter „edukacyjny, naukowy i popularyzatorski”. Oczywiście w duchu nacjonalizmu i antykomunizmu.

Instytut, któremu będą patronować Roman Dmowski i Ignacy Paderewski zostanie powołany w trybie ekspresowym. Jeszcze w tym miesiącu ma rozpocząć działanie. Posadę prezesa otrzyma jeden z najbardziej radykalnych nacjonalistów w obozie „dobrej zmiany” – prof. Jan Żaryn. Kaczyński w ten sposób chce utrzymać w swoim kręgu człowieka, który jeszcze niedawno był senatorem z ramienia PiS. Wybory jednak przegrał, a ostatnio mówiło się o jego możliwym akcesie do Konfederacji.

Żaryn nie wzbraniał się w przeszłości przed chwaleniem polskich faszystów. W swoich wypowiedziach bronił m.in. tradycji Obozu Narodowo-Radykalnego. „To dorobek potwornie zafałszowany (…) Może z niego wyrastać przyszła wspaniała Polska w nowych pokoleniach” – mówił na konferencji razem z Glińskim.

Żaryn w samych superlatywach wypowiadał się też o faszystowskim dyktatorze Hiszpanii – generalne Francisco Franco. Jego miłośnikiem jest również dr hab. Piotr Skibiński, który w nowym instytucie ma dbać o jakość badań naukowych.

„Moim zdaniem ta jednostronna krytyka jest w dużej mierze niesprawiedliwa. Można mieć różne zdania o gen. Franco, ale pamiętajmy, że okres jego rządów był czasem prężnego rozwoju Hiszpanii. W latach 70. XX w. hiszpańska gospodarka była drugą po japońskiej gospodarką świata pod względem tempa wzrostu” – powiedział Jan Żaryn.

Minister Gliński przyznał, że półtora miliona z pieniędzy podatników to dopiero początek. Mówiąc o instytucji wspomniał o „perspektywach rozwojowych”. I nie ustępował Żarynowi w zachwytach nad myślą polskich narodowców, antysemitów i fascynatów Hitlera.

„To jest ten fragment polskiego dziedzictwa intelektualnego, politycznego, społecznego, który w naszym poczuciu wymagana zaopiekowania ze strony państwa polskiego” – tłumaczył Gliński.

W sprawie instytutu interpelację złożył poseł Lewicy – Adrian Zandberg.
„Dlaczego myśl polityczna endecji została przez ministerstwo potraktowana wyjątkowo? Dlaczego inne stronnictwa, takie jak Polska Partia Socjalistyczna czy Bund, nie zasłużyły na podobne placówki badawczo-edukacyjne? Czy ministerstwo powoła do życia instytuty zajmujące się historią innych ruchów politycznych? Biorąc pod uwagę rolę PPS w odzyskaniu niepodległości i ukształtowaniu niepodległego państwa, uderza brak muzeum poświęconego historii demokratycznego socjalizmu i związanych z nim ruchów społecznych. Kiedy ministerstwo planuje powołać do życia takie muzeum?” – napisał parlamentarzysta z partii Razem.

„Historyk” marzy o zabijaniu

– W Chile w 1973 r. członkowie partii Razem zostaliby helikopterami przewiezieni nad ocean i tam puszczeni wolno (30 mil od brzegu) – tak Wojciech Muszyński, doktor historii i pracownik IPN, skomentował wywiad z posłem Lewicy Maciejem Koniecznym.

Wojciech Muszyński w swojej działalności naukowej zajmuje się przede wszystkim polskimi nacjonalistami: przedwojennymi, Narodowymi Siłami Zbrojnymi, Narodowym Zjednoczeniem Wojskowym – czyli „żołnierzami wyklętymi” walczącymi o Polskę tylko dla etnicznych Polaków, antysemitów i szowinistów. Jest redaktorem naczelnym pisma historycznego „Glaukopis”, które służy raczej wybielaniu i gloryfikowaniu nacjonalistów czy frankistowskiej Hiszpanii, niż rzetelnym badaniom. Pracuje wreszcie jako główny specjalista w Oddziałowym Biurze Badań Historycznych IPN w Warszawie, chociaż swojego czasu niewiele brakowało, by stracił tam zajęcie. Nie za wychwalanie polskich skrajnych formacji, bo to w Instytucie jest raczej zaletą. Muszyński poczuł się na tyle bezkarny, by udostępnić na swoim profilu na Facebooku Muszyński udostępnił obrazek z powieszonym Barackiem Obamą. gdy dostał za to reprymendę, zamknął profil dla osób postronnych. Obecnie ci, którzy nie mają Muszyńskiego w znajomych, moga zobaczyć tylko kilka zdjęć. Ale jakie! Na jednym z nich Romuald Rajs „Bury”, na innym gen. Franco.

Jednoznaczne były również komentarze Muszyńskiego pod wywiadem z Maciejem Koniecznym, politykiem Lewicy Razem, dla Plus Minus, w której Konieczny opisuje swoją drogę do lewicowych poglądów i uświadamia, że program jego partii to nie żaden ekstremizm, a europejska socjaldemokracja. Ipeenowski „specjalista” w komentarzu przypomniał, jaki los spotykał lewicowców po zamachu stanu Augusto Pinocheta.

– W Chile w 1973 r. członkowie partii Razem zostaliby helikopterami przewiezieni nad ocean i tam puszczeni wolno (30 mil od brzegu) – skonstatował Muszyński.Gdy jedna z komentujących zauważa, że nie jesteśmy w Chile, historyk odpowiada: „szkoda”. Inny dyskutant koryguje: to argentyńska dyktatura gen. Videli „dialogowała z lewactwem”, zrzucając swoich przeciwników do oceanu. Muszyński: „Tak to był skrót myślowy. W Chile używano jakiegoś wulkanu. Ale kim jestem żeby oceniać? To było dobre, choć zdecydowanie za mało”.

Lewica Razem nagłośniła na razie sprawę w mediach społecznościowych, gratulując znakomitego towarzystwa prezydentowi Dudzie, którego Wojciech Muszyński jest doradcą Za „dobrej zmiany” specjalista od narodowców otrzymał również wysokie państwowe odznaczenia.

Wydaje się, że teraz wypowiedziami „historyka” powinna zainteresować też organy ścigania.

Historyczna bezczelność

Budżet może się walić, nie domykać, zawisnąć na jednej kontrowersyjnej reformie… ale kasa na pranie mózgu i realizowanie historycznych obsesji znaleźć się musi.

W lewicowej i lewicującej bańce mediów społecznościowych furorę zrobił w czwartek wykres obrazujący wzrost wydatków na Instytut Pamięci Narodowej. Wiadomość nie jest tak naprawdę nowa; to, że budowniczowie jedynej słusznej historii żądają zwiększenia swojej puli pieniędzy o prawie 1/4 było wiadomo już pod koniec sierpnia. Jednak wtedy, gdy wszyscy ekscytowali się nadchodzącymi wyborami, zapowiedź przeszła bez echa. Co innego dziś, kiedy PiS zdążył wybory wygrać, zapomnieć o swojej opiekuńczo-socjalnej retoryce z kampanii i nonszalancko przerzucić na inny cel część środków z funduszu solidarnościowego przeznaczonego dla niepełnosprawnych. Teraz priorytety prawicy widać jak na talerzu.

PiS zbudował już tyle koślawego państwa niby-opiekuńczego, ile chciał i był w stanie. Dalej nie pójdzie: nie pozwolą ani wolnorynkowe fantazmaty, które siedzą w prawicowych głowach, ani realne wpływy międzynarodowego kapitału, który, gdyby naprawdę poczuł się zagrożony, tupnąłby nogą dziesięć razy mocniej niż Unia Europejska w swoich wezwaniach do respektowania praworządności (i PiS o tym wie). Jeśli można się więc spodziewać po tej władzy jakichś nowych inwestycji, to w propagandę właśnie. Telewizyjną o teraźniejszości i historyczną o przeszłości, a do tego postępująco prymitywną.

Bo gdy spojrzymy na mijający rok i na sposób wydatkowania przez IPN tych marnych 342 mln, jakimi dysponował przez ostatnie 12 miesięcy, musi przejąć nas trwoga – nawet jeśli pamiętamy, jaki był pożytek z tej instytucji w latach poprzednich i nie oczekujemy wiele. Instytut przekroczył w 2019 r. granice, które jeszcze kilka lat wcześniej kwitowaliśmy wzruszeniem ramion i słowami „nie odważą się”.

Głównym bohaterem polskiego ruchu oporu w czasie II wojny światowej została Brygada Świętokrzyska, która więcej kolaborowała z nazistami i wycofywała się, niż z kimkolwiek walczyła. Dowiedzieliśmy się również w tym roku, że bezkarnie zabijać można nie tylko komunistów – to wpajają nam prawicowi historycy od dawna – ale też przedstawicieli mniejszości wyznaniowych i narodowych. Mają oni przyjąć do wiadomości, że „Bury” bohaterem jest, a to, że spalił pięć wsi pod Hajnówką i Bielskiem to nic, bo mógł spalić więcej, natomiast bohater „Łupaszka” nie odpowiada za zabójstwa dokonane przez swoich podkomendnych, skoro bezpośrednio na miejscu tych zabójstw go nie było. Wnioski najlepiej opłacanych historyków w Polsce ich koledzy pracujący „tylko” na uniwersytetach niejednokrotnie komentowali w różnych mediach, nie kryjąc zażenowania.

Lekcję od IPN dostali również mieszkańcy Żyrardowa, którzy na własne nieszczęście zbyt dosłownie rozumieli pojęcie „samorząd lokalny” i chcieli w nazwie ulic upamiętnić lokalną właśnie historię, która – nieszczęście podwójne – związana była z rozwojem przemysłu, fabrykami i robotnikami. robotników i fabryk. Nie wolno! Robotnik znaczy czerwony, a Red is bad!

Zgoła co innego dostają natomiast od IPN nacjonaliści: w roku 2019 r. kolejni działacze i sympatycy ONR zasilali szeregi kreatorów pamięci zbiorowej. Tylko czekać, jakie jeszcze granice w manipulowaniu przeszłością zostaną przekroczone. Przypomnijmy, że Tomasz Greniuch, bohater ostatniego głośnego transferu z brunatnych szeregów do instytutu ma na koncie udział w obchodach rocznicy antysemickiego „najazdu na Myślenice”, usprawiedliwiał też publiczne hejlowanie.

Chciałoby się na koniec napisać, że pozytyw z tego przekraczania granic jest przynajmniej taki, że znaleźli się ludzie na lewicy i nie tylko, którzy, nasłuchawszy się tych prawicowych baśni, w końcu powiedzieli stanowcze „nie”. Fanatycy, topiący swoje miliony w tropieniu figur partyzantów z niewłaściwym, bo radzieckim uzbrojeniem (m.in. na takiej podstawie zamierzano wyrzucić na śmietnik pomnik w Kraśniku), nagle przekonali się, że są miejsca w Polsce, gdzie mieszkańcy chcą o tych partyzantach nadal pamiętać i wcale nie marzą o tym, by żyć przy kolejnej ulicy „Łupaszki”.
Ipeenowcy tak wojowali z lewicowymi bojownikami, że lewica w końcu zaczęła swoich bohaterów głośno bronić.

Czy to przypominając, jak powstańcy warszawscy marzyli o powojennej Polsce egalitarnej, ludowej, bardziej sprawiedliwej, czy to ostatnio odważnie i bez przepraszania oświadczając, że w 1945 r. miało miejsce wyzwolenie, ba, ocalenie narodu przed biologiczną zagładą. Propaganda, dochodząc do ściany, napotyka coraz poważniejszy opór.

Ale tych wydanych milionów dalej szkoda. Tyle jest lepszych celów, na które mogły się przydać!