Zwycięstwo Armii Ludowej…

…nad Lechem Kaczyńskim. Dekomunizacja w stolicy (prawie) cofnięta!

 

Naczelny Sąd Administracyjny zajmuje się skargami kasacyjnymi wniesionymi przez wojewodę Sipierę – w piątek 7 grudnia przywrócił 44 z 45 nazw dawnych ulic. Na decyzję czekają jeszcze m.in. Dąbrowszczacy.
Wymienić tabliczki na poprzednie będą musiały m.in. ulice ZWM, Modzelewskiego, Duracza, Wrońskiego, Gidzińskiego, Małego Franka, 17 Stycznia, Kulczyńskiego, Gruszczyńskiego, Rzymowskiego, Sternhela, Sobczaka, Pstrowskiego, Jędrzejowskiego, 1 Praskiego Pułku, Parola, Szałka, Balcerzaka, Kokoszków, Fondamińskiego, al. Armii Ludowej.
Ta ostatnia zmiana oznacza, że plan ekipy rządzącej, aby w stolicy jedna z większych arterii Śródmieścia nosiła nazwę Lecha Kaczyńskiego, spełznie na niczym.
NSA, jak podkreśla sędzia Roman Ciąglewicz, cytowany przez „GW”, nie badał zasadności takiej czy innej nazwy ulicy, ale fakt, czy zarządzenia zastępcze Sipiery wprowadzające dekomunizację ulic były zgodne z prawem. – Uprzedzając ewentualne pytania i kontrowersje, które mogą się pojawić, zgodnie z takim podejściem, nie można oczekiwać, że sąd mógł załatwić sprawę, bo wszyscy wiedzą, że jakaś osoba, organizacja czy data symbolizują komunizm – powiedział, dodając, że wojewoda popełnił błąd, podając zbiorcze uzasadnienie dekomunizacji poszczególnych patronów. Zwrócił przy tym uwagę na stronniczość IPN i celowe przedstawienie dekomunizowanych patronów ulic w złym świetle, a także „ubogą faktografię” w przesłanych na ich temat opiniach np. pominięcie faktu, iż Stanisław Tołwiński był Sprawiedliwym Wśród Narodów Świata za zasługi w ratowaniu Żydów podczas II wojny światowej.
Właśnie Tołwiński, a także Dąbrowszczacy – poczekają jeszcze na „swoją” rozprawę, ponieważ zapomniano powiadomić o dzisiejszym terminie stowarzyszenie MJN, które jest stroną postępowania.
Inny sędzia, Zdzisław Kostka, stwierdził, że „związki z komunizmem” a „symbolizowanie komunizmu” to dwie różne rzeczy.
Chodziło konkretnie o Armię Ludową.
– W rozpoznawanych sprawach były takie przypadki, np. Armii Ludowej, gdzie można byłoby dokonać oceny, że te nazwy w sposób oczywisty symbolizują komunizm. Ale ta opinia IPN została sporządzona w sposób taki, w jaki została sporządzona.
Ostatecznie do WSA trafiło 50 skarg stolicy na zarządzenia zastępcze wojewody o zmianach nazw ulic, czyli na wszystkie zarządzenia zastępcze dotyczące Warszawy, także ostatnie trzy podjęte w grudniu 2017 r. Sędzia, Zdzisław Kostka, stwierdził, że „związki z komunizmem” a „symbolizowanie komunizmu” to dwie różne rzeczy.

Groźna myśl komunistów

Działaczka ONR, tropicielka „powracającej fali komunizmu”, zaniepokojona „patologią, degeneracją, wojną płci”. Łódzka „Gazeta Wyborcza” przedstawiła sylwetkę pewnej pracownicy Oddziałowego Biura Upamiętniania Walk i Męczeństwa w Łodzi.

 

IPN znakomicie dobiera kadry do realizowania swojego głównego zadania – forsowania jednostronnej, prawicowej, katolicko-narodowej wizji polskiej historii. Patrycja Resel, bohaterka materiału „GW”, jeszcze w ubiegłym roku była koordynatorką działań Obozu Narodowo-Radykalnego w Piotrkowie Trybunalskim. Organizowała w mieście wydarzenia ku czci „żołnierzy wyklętych”, jej bohaterem był zwłaszcza dowódca oddziału Narodowych Sił Zbrojnych w kieleckiem Władysław Kołaciński. W propagowaniu kultu tej postaci nie przeszkadzało aktywistce ani dokonanie przez jego oddział zabójstwo dziewięciorga Żydów ocalonych z Zagłady w maju 1945 r., ani prowadzona przez ludzi Kołacińskiego walka z „niewłaściwą”, czyli lewicową partyzantką jeszcze podczas hitlerowskiej okupacji.
Obecnie świeżo upieczona absolwentka studiów historycznych w piotrkowskiej filii Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach pracuje w Oddziałowym Biurze Upamiętniania Walk i Męczeństwa w łódzkim IPN. Tego typu placówki odpowiadają za opiekę nad miejscami pamięci, opiniowanie wniosków o budowę nowych pomników martyrologicznych i wojennych, a także organizują obchody, wystawy, wydają książki. Mają ogromne „zasługi” w krzewieniu jednostronnego obrazu historii Polski w okresie II wojny światowej i po niej.
W jakie dokładnie inicjatywy zaangażowana jest Patrycja Resel, „GW” się nie dowiedziała – działaczka ONR nie chciała rozmawiać. Pozostaje poczytać teksty, które publikowała na nacjonalistycznym portalu Kierunki.info. Zaskoczenia nie ma – nacjonalistka walczyła z komuną i niepokoiła się o przyszłość społeczeństwa trawionego przez feminizm i gender. Po przyjęciu w Sejmie tzw. ustawy dezubekizacyjnej tłumaczyła, że w Polsce nadal działają komuniści, a ich myśl „jest stale wchłaniana przez społeczeństwo poprzez różnorakie frakcje, instytucje i inne twory. Wszystko jest skrzętnie kamuflowane, aby manipulacja przyniosła oczekiwane rezultaty. Tylko oddanie trzeźwego spojrzenia na otaczający nas świat jest w stanie zahamować stale rozwijający się proces. Struktury systemu komunistycznego do końca nie obumarły, a jedynie funkcjonują w pewnym uśpieniu i czekają na kluczowy moment, w którym ludzkość nie będzie w stanie obronić się przed szerzącą się zarazą”.
„Stale postępuje wymieszanie się podstawowych cech powiązanych z daną płcią. Feminizacja, metroseksualizm, transseksualizm, gender. (…) Młodzi ludzie nafaszerowani papką medialną coraz częściej gubią się podczas wyboru swojej ścieżki życiowej. Rozmyślanie na temat swojej kariery zawodowej, naukowej lub tworzenia rodziny zastępują kontemplacją na temat przynależności do jednej z płci i orientacji seksualnej” – ubolewała natomiast w maju ubiegłego roku. Na szczęście dostrzegała też nadzieję: – Nie każdy człowiek został ogłupiony serwowanym przez media wzorem człowieka, półczłowieka, czegoś niezidentyfikowanego – pisała w zakończeniu tekstu.
Asystentka prasowa IPN w Łodzi, komentując dla „GW” obecność w IPN osoby o takich poglądach stwierdziła, że nieprzyjęcie Resel do pracy z uwagi na działalność w organizacji skrajnie nacjonalistycznej byłoby aktem dyskryminacji.

Wojna o pamięć

Bitwa o pomniki i pamięć to nie wyłącznie polska specjalność. Burzliwe dyskusje o przeszłości toczą się we wszystkich współczesnych społeczeństwach, jako część tzw. debaty tożsamościowej. Tym, czym Polska wyróżnia się na ich tle, to bezwzględna dominacja jednej wizji historii.

 

Rodzimą debatę o przeszłości kreują rządzący, głównie za pośrednictwem Instytutu Pamięci Narodowej. Od początku swojego istnienia, czyli od 1999 r., IPN niepodzielnie stoi na straży właściwej interpretacji historii najnowszej. Najnowszym osiągnięciem jego pracowników jest nakaz zdjęcia tablicy w nadmorskim Dziwnowie, która upamiętniała ofiary wojny domowej w Grecji. Zdaniem instytutu, fragment „Pamięci bojowników o demokratyczną Grecję” jest „zwyczajnym kłamstwem”. Pewnie w innej rzeczywistości taka decyzja wywołałaby sprzeciw i protest ze strony historyków czy rozsądniejszych polityków. Jednak w obecnej Polsce można co najwyżej parsknąć śmiechem. Czym bowiem jest usunięcie jednej tablicy w porównaniu z niedawną „dekomunizacją” miejsc pamięci poświęconych walkom o Wał Pomorski czy usunięciem pomników upamiętniających szlak bojowy 1. Armii Wojska Polskiego?

 

Monumenty

są stawiane i obalane na całym świecie. W Stanach Zjednoczonych od kilku już lat trwa gorąca dyskusja na temat dziedzictwa Konfederacji i jej roli w kształtowaniu amerykańskiej tożsamości. W sierpniu zeszłego roku decyzja władz miasta Charlottesville w Virginii o usunięciu pomnika gen. Roberta E. Lee – głównodowodzącego wojsk Konfederacji i właściciela pokaźnej liczby niewolników – wywołała burzliwe protesty ze strony skrajnie prawicowych środowisk. Podczas jednej z demonstracji, w której nacjonaliści starli się z antyfaszystami, jedna osoba zginęła a 19 odniosło poważne rany. Spór o historię ogarnął cały kraj. Podobne starcia, choć nie tak tragiczne jak w Charlottesville, odnotowano we wszystkich południowych stanach, gdzie znajduje się większość pomników poświęconych bohaterom „przegranej sprawy”.
Dyskusja o przeszłości rozgrzewa także sąsiednią Kanadę. Od kilku miesięcy tamtejsi politycy i historycy spierają się o dziedzictwo Johna A. Macdonalda, pierwszego premiera, który nadał państwu jego współczesny kształt. Obok jednak wielu niewątpliwych osiągnięć, Macdonald przeforsował w 1876 r. tzw. Indian Act, tworzący dla rdzennej ludności specjalne rezerwaty i wprowadzający jej przymusową asymilację. Wielu Indian do tej pory określa ustawę mianem „eksterminacyjnej”. Tymczasem imię pierwszego premiera noszą szkoły w całym kraju, zaś upamiętniające go pomniki można spotkać niemal w każdym kanadyjskim mieście. W sierpniu 2018 r. władze Wiktorii zdecydowały się usunąć podobiznę Macdonalda z głównego placu miasta, wywołując tym samym ogólnokrajową debatę.
Nie od miesięcy, lecz dobrych kilku lat w Wielkiej Brytanii i całym dawnym brytyjskim imperium toczy się dyskusja nad tym czy warto wciąż upamiętniać Cecila Rhodesa. Ten urodzony w 1853 r. polityk i awanturnik odegrał kluczową rolę w budowie potęgi brytyjskiej Afryki Południowej. W podziękowaniu za wkład w rozwój imperium, od jego imienia nazwano Rodezję (obecnie Zimbabwe), zaś w metropolii i licznych koloniach postawiono mu pomniki. Dzisiaj o dziedzictwo Rhodesa upomnieli się dawni poddani brytyjskiej monarchii, podkreślając, że był on rasistą, uważającym czarnoskórych za podludzi. Najwięcej emocji budzi pomnik Rhodesa na uniwersytecie w Oksfordzie. Studiuje tu wielu Afrykanów, których zdaniem pomnik jedynie umacnia kolonialne dziedzictwo i stereotypy.

 

Podobne emocje

wywołują rozmowy o historii w Niemczech, Francji, Włoszech czy Hiszpanii. W tej ostatniej decyzja lewicowych władz o przeniesieniu zwłok gen. Franco z dotychczasowego mauzoleum rozbudziła dyskusję, której wszystkie demokratyczne rządy starały się do tej pory unikać. Nawet na Słowacji historia dała ostatnio o sobie znać. Kiedy państwowa telewizja zaczęła reklamować show poświęcone bohaterom słowackiej niepodległości podobizną ks. Tiso, część polityków uznała, że przekroczono pewną granicę. Ostatecznie z głosowania na najwybitniejszą postać wykluczono wszystkich skazanych za zdradę, a więc i katolickiego przywódcę faszystowskiej Słowacji.
Wydaje się więc, że Polska wcale nie różni się tak bardzo od pozostałych państw. Czy, aby jednak na pewno? Wszystkie powyższe przykłady łączy nie tylko wysoka temperatura sporu, ale także jego względny pluralizm. W USA i Kanadzie ostateczną decyzję o przyszłości kontrowersyjnych pomników pozostawiono władzom i społecznościom lokalnym. Chociaż zatem głos w debacie o dziedzictwie Konfederacji zabrał sam prezydent Donald Trump, to nawet on nie mógł narzucić swojej interpretacji historii. Także w Wielkiej Brytanii i Hiszpanii media i politycy dopuszczają różnorodne głosy. Jak to możliwe? W żadnym z tych państw nie funkcjonuje instytucja, która posiada niemal nieograniczoną i – co najważniejsze – prawnie umocowaną władzę decydowania o narracji historycznej.

 

Pomysłodawcy

Instytutu Pamięci Narodowej przekonywali, że będzie to instytucja naukowa, prowadząca obiektywne badania i wspierająca świadomość społeczną na temat najnowszej historii Polski. W rzeczywistości jednak od początku IPN pełnił przede wszystkim funkcje propagandowe, nie tyle inspirując debatę publiczną, co nią sterując i wyznaczając jej główne kierunki. Okres dobrej zmiany, która szybko zawitała też do IPN-u, jeszcze bardziej wynaturzył tę instytucję. Prowadzona właśnie „dekomunizacja” Ziem Zachodnich, gdzie praktycznie zlikwidowano wszelkie miejsca pamięci związane z powojenną historią, już przyniosła nieodwracalne straty dla polskiej tożsamości tych terenów. Nie mówiąc już o szkodach dla całego państwa i jego pozycji międzynarodowej, które spowodowała nowelizacja ustawy o IPN ze stycznia tego roku.

 

Zachodnie społeczeństwa

już dawno zrozumiały, że nie ma jednej pamięci narodowej. Każde bowiem państwo, także tak jednolite etnicznie jak Polska, składa się z różnorodnych grup, które mogą dzielić ogólne wyobrażenie o przeszłości, lecz zarazem różnią się w ocenie ważności pewnych wydarzeń i postaci. Mieszkańcy Kaszub czy Wielkopolski postrzegają drugą wojnę światową nie przez pryzmat powstania warszawskiego, lecz doświadczeń własnych przodków. Trudno też nakłonić społeczność Ziem Zachodnich, aby podziwiała żołnierzy wyklętych, skoro fundament jej tożsamości stanowi wspomnienie o pionierach i odbudowie powojennego państwa w nowych granicach.
Nie ma nic złego, ani tym bardziej niemoralnego, w prowadzeniu polityki historycznej. Każda władza – czy nam się to podoba, czy nie – posiada prawo do lansowania własnej narracji o przeszłości. Tak dzieje się we wszystkich wspomnianych powyżej państwach. Problem jednak rodzi się wówczas, gdy wszelkie odmienne poglądy są nie tylko marginalizowane, ale wręcz poddawane prawnym restrykcjom. W naszym podejściu do historii bardziej więc przypominamy Ukrainę i Rosję niż Zachód, do którego aspirujemy. To właśnie w tych państwach dominująca interpretacja historii podlega prawnej ochronie, zaś próby jej podważenia grożą więzieniem. Do czego to prowadzi widać chociażby na Ukrainie, gdzie nad kultem Bandery czuwa tamtejszy IPN, tak jak jego polski odpowiednik strzeże dziedzictwa żołnierzy wyklętych. Sposób kształtowania pamięci zbiorowej jest miarą respektowania zasad demokratycznych. Także w przypadku polityki historycznej oddalamy się od zachodnich standardów.

Przywrócić ulicę Stanisława Tołwińskiego!

„Wymazać tę szuję z pamięci” – krzyczał podczas swojego wystąpienia radny dzielnicy Żoliborz Ryszard Mazurkiewicz (PiS). Sytuacja miała miejsce w marcu 2018 roku. Dyskusja dotyczyła dekomunizacji lokalnych ulic. „Szują’, która według funkcjonariusza partii Kaczyńskiego nie zasługuje na szacunek i patronat, był Stanisław Tołwiński, prezydent Warszawy w latach 1945-50.

 

W 1996 roku do do Instytutu Yad Vashem zgłosił się Aleksander Dyszko-Wolski, inżynier budownictwa lądowego. 83-letni staruszek chciał przed śmiercią podzielić się historią, która sprawiła, że jego życie nie zakończyło się w latach czterdziestych. Historycy z Instytutu Pamięci Męczenników i Bohaterów Holocaustu wspominali, że opowiadał ją z łzami w oczach. Był rok 1943, a Dyszko-Wolski został rozpoznany jako Żyd przez szmalcowników na żoliborskiej ulicy Potockiej. Zginąłby niechybnie, gdyby nie mężczyzna, który znalazł się we właściwym miejscu o właściwej porze i wykupił przerażonego 30-latka z rąk szmalcowników. Za własne pieniądze. Tym mężczyzną był Stanisław Tołwiński. Podobnych świadectw spłynęło do Yad Vashem jeszcze kilkanaście. W większości były to wspomnienia zbiegów z getta, którym ówczesny dyrektor Społecznego Przedsiębiorstwa Budowlanego załatwiał pracę na budowach, co pozwoliło im przetrwać okres okupacji hitlerowskiej. Tołwiński był jednym z tych, którzy narażali własne życie, ratując tych, którzy zostali już skazani na zagładę. Aleksander Dyszko-Wolski zmarł w roku 1998. Rok przed śmiercią uczestniczył w uroczystości pośmiertnego nadania Stanisławowi Tołwińskiemu tytułu Sprawiedliwego wśród Narodów Świata.
Kiedy na początku lutego tego roku zobaczyłem, jak robotnicy z ZDM demontują tabliczki z nazwiskiem Tołwińskiego, pomyślałem sobie, że tym krajem rządzą wyjątkowej obrzydliwości moralne karły. Oburzenia nie kryli również mieszkańcy Żoliborza, w większości stateczni mieszczanie o poglądach konserwatywnych. „Swoje stanowisko prezydenta stolicy wykorzystał do odbudowy zniszczonego pożogą wojenną miasta, które kochał, dla którego pracował i żył” – wspominali swojego prezydenta w biuletynie Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, tej samej, którą Stanisław Tołwiński wraz z innymi członkami PPS zakładał w roku 1921. Kiedy żoliborska delegacja wręczała ostrą notę protestacyjną pisowskiemu wojewodzie Zdzisławowi Sipierze, ten kiwał głową ze zrozumieniem, po czym stwierdził, że jest tylko urzędnikiem wykonującym swoje obowiązki oraz polecenia IPN-u. W takich właśnie okolicznościach Stanisław Tołwiński, budowniczy Żoliborza, człowiek, który zarządzał podnoszeniem z wojennych gruzów stolicy naszej ojczyzny, oddany społecznik i człowiek wielkiej odwagi, został pozbawiony patronatu na osiedlu, które by nigdy nie powstało, gdyby nie jego zapał i pomysłowość.
Dlaczego, do cholery, komuś przeszkadza Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata? Komu zależy, by Polacy zapomnieli o wybitnym spółdzielcy? A może wyjaśnieniem nie jest wcale przynależność Tołwińskiego do PZPR czy jego udział w Rewolucji Październikowej? Dekomunizacja to zbrodnia popełniania na pamięci tych, którzy, jak Tołwiński, walczyli o Polskę równą i sprawiedliwą, ale również jaskrawo czytelna deklaracja ideologiczna obecnej władzy. Morawiecki bije pokłony przed mogiłami członków Brygady Świętokrzyskiej, która kolaborowała z III Rzeszą. Na białostockim osiedlu pojawiła się (całe szczęście na wiosnę ma zniknąć) ulica rzeźnika Litwinów i prawosławnych, niejakiego Łupaszki. W dziesiątkach polskich miast swoje miejsca kultu mają już inni bandyci przeklęci. Jestem skłonny postawić tezę, że opętani antykomunistyczną obsesją ludzie pokroju Jarosława Szarka czy wspomnianego Ryszarda Mazurkiewicza, nienawidzą Tołwińskiego właśnie dlatego, że dokonał rzeczy wielkich – dla Polski i Polaków. Zaślepione ideologicznym jadem szuje nie są w stanie przełknąć faktu, że „czerwony” nadal jest postacią cenioną i szanowaną.
Decyzja wojewody została zaskarżona do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Ten uchylił aż 47 wskazań inspektorów z IPN. Ostateczna decyzja będzie należeć do Naczelnego Sądu Administracyjnego, który ma rozpatrzyć sprawę w ciągu najbliższych tygodni. Decyzje tego organu w związku z wnioskami o przewrócenie starych patronów w innych miastach pozwalają mieć nadzieję na korzystne rozstrzygnięcie. W Poznaniu właśnie wróciła ulica 23 lutego, symbolizująca wyzwolenie miasta z rąk hitlerowskich okupantów. W Krakowie NSA nie wyraził zgody na dekomunizację ulic Józefa Marcika i Wincentego Danka. Szansa na wielki powrót Stanisława Tołwińskiego na Żoliborz jest więc całkiem realna. Mam nadzieję, że nie później jak wiosną przyszłego roku będzie miał przyjemność uczestniczyć jako ochotnik w wymianie tablic na stołecznych ulicach.
W czasach, gdy w marszu organizowanym przez faszystów maszeruje ogłupiona prawicową propagandą młodzież, postać Stanisława Tołwińskiego – antyfaszysty ratującego Żydów powinna być noszona na sztandarach i stawiana za wzór przez wszystkie organizacje postępowe.

Wyścig dezubekizacyjny

Wybory samorządowe już w najbliższą niedzielę. Sondaże wskazują, że zmiana warty w warszawskim ratuszu nie nastąpi – choć któż to wie. W każdym razie administracja prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz jeszcze przed dniem głosowania postanowiła usunąć Pomnik Wdzięczności Żołnierzom Armii Radzieckiej w warszawskim Parku Skaryszewskim. Jak widać, tak PiS, jak i PO są równie gorliwe w usuwaniu śladów historii w myśl wytycznych IPN.

 

Demontaż monumentu rozpoczął się we wtorek na zlecenie Zarządu Zieleni m.st. Warszawy. Oczywiście – demontaż pomnika jest rezultatem zmiany ustawy o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego z 1 kwietnia 2016 r., która w wersji znowelizowanej 14 grudnia ubiegłego roku objęła także pomniki i inne formy upamiętnienia minionej epoki. Zasadniczo można uznać, że władze Warszawy i tak się ociągały z rozbiórką, bo ustawa wyznaczała termin likwidacji podobnych obiektów na 31 marca 2018 r, niemniej jednak dokonanie jej w przeddzień wyborów ma znamienny charakter. Wyborcy dostają jasny sygnał – dekomunizacja to nie tylko PiS. Jej zwolennicy mogą śmiało głosować także i na PO.
Nie podjęto żadnych działań, aby monument obronić przed arbitralną dekomunizacją. Zrezygnowano też z planu przeniesienia go na cmentarz żołnierzy radzieckich na Ochocie, gdzie byłby tymczasem bezpieczny, bo cmentarzy wojennych póki co jeszcze się nie likwiduje. Za to – czy to aby akt likwidacji połączyć z dodatkową szykaną? – tablice z pomnika zostaną przekazane do IPN. Po to, aby dekomunizatorzy mogli z nich szydzić, dostawszy je w swoje ręce, czy może aby mieli satysfakcję własnoręcznego ich porozbijania?
– Demontaż pomników to nie po prostu zmiana wyglądu miast, miejscowości, to klasyczne przepisywanie historii na nowo, zmienianie jej post factum – skomentowała ten akt usankcjonowanego prawem wandalizmu rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa. – chodzi nie o pomniki jakichś wydarzeń czy działaczy politycznych, lecz o pomniki zwykłych ludzi (…), którzy oddawali swoje życie nie tyle za przekonania polityczne, ale za to, jak pojmowali swoją osobistą odpowiedzialność za los takich samych zwykłych ludzi jak oni – dodała.

Kneblowanie pamięci

Czy wolno upamiętniać poległych? Okazuje się, że nie. Pomnik, który kombatanci postawili swoim poległym na polu bitwy kolegom według IPN, kościoła oraz lokalnych działaczy prawicy jest propagowaniem totalitarnego ustroju. Tylko dlatego, że zawiera słowo „radziecki”.

 

„Żołnierzom polskim i radzieckim oraz mieszkańcom gminy Sobienie-Jeziory poległym w walce z faszyzmem o wyzwolenie narodowe i społeczne naszego kraju w XXX rocznicę powstania Ludowego Wojska Polskiego”. Taką dokładnie treść zawiera tablica, ufundowana przez ZBOWiD w 1973 roku.

Sobienie-Jeziory to gmina w powiecie otwockim, która widziała wszystkie możliwe okropieństwa wojny. Było tu nawet getto. Później okolica ta była świadkiem śmierci wielu żołnierzy I Armii Wojska Polskiego i żołnierzy radzieckich, którzy wyzwalali Sobienie w 1944 r.. Wtedy była to jeszcze wieś. Dopiero po wojnie Sobienie nabrały charakteru małego miasteczka.

W 1973 roku miejscowy ZBOWiD postawił poległym pomnik – tablicę na cokole. Jej treść nie pozostawia wątpliwości: to upamiętnienie ludzkich istnień, które masowo pochłonęła wojna. Nie ma tam ani słowa na temat ustroju komunistycznego, PRL czy Związku Radzieckiego. Poza jednym słówkiem w kontekście pochodzenia poległych. Bo miejscowi zdecydowali się nie dzielić zmarłych według narodowości. W naiwności swojej uznali, że upamiętnienie za bohaterską śmierć należy się wszystkim. Ale że tablice postawiono w 30. rocznicę powstania LWP, to dobra prawicowa zmiana znalazła powód, aby pomnika się pozbyć, choć mieszkańcy pukają się w czoła: przecież nikt tu nie sławi radzieckiej Rosji, czcimy po prostu pamięć towarzyszy broni!

Państwo dopięło swego. Dziś pomnika już nie ma. Tablica zniknęła w marcu, cokół w kwietniu. Bo w sprawie wypowiedział się lokalny IPN. Wypowiedział się jednoznacznie: pomnik wypełnia znamiona ustawy, usunąć! Wójt musiał zareagować.

Tylko że całej sprawy mogłoby nie być, gdyby z inicjatywą usunięcia pomnika nie wyrwał się pierwszy w połowie 2017 radny Mirosław Kabala, który narobił wrzasku, że „gwałtu rety, tu czci się zbrodniarzy”! Na jednym ze wspólnych posiedzeń rady gminy przedstawił wniosek o usunięcie monumentu, uzasadniony tym, że „nie ma żadnego powodu, abyśmy dalej czcili członków armii, która na bagnetach przyniosła Polsce zniewolenie i komunistyczny totalitaryzm”.

Prawie nikt z radnych go nie poparł, ale machina dekomunizacyjna ruszyła.

„Mimo sprzeciwu większości rady wniosek został przesłany do rozpatrzenia przez Instytut Pamięci Narodowej w Warszawie. Pod koniec października do urzędu gminy wpłynęła decyzja nakazująca usunięcie pomnika do końca marca 2018 r. „W opinii Instytutu Pamięci Narodowej pomnik poświęcony m.in. »bohaterskim Żołnierzom Radzieckim«, usytuowany na Dużym Rynku w Sobieniach-Jeziorach spełnia kryteria pomnika propagującego komunizm i powinien być usunięty z przestrzeni publicznej. Liczę na Państwa zrozumienie w tej sprawie i podjęcie stosownych działań.

Utrzymanie tego rodzaju obiektu w przestrzeni publicznej jest bowiem nie do pogodzenia z szacunkiem dla dorobku walki Polaków o wolność i niepodległość Państwa i Narodu Polskiego oraz dla pamięci ofiar totalitaryzmu komunistycznego” – czytamy w uzasadnieniu opinii IPN.

Mieszkańcy mają żal do radnego: nikt nie sławił bohaterskich czerwonowarmistów ani nie stawiał pomnika ustrojowi jako takiemu, to cyniczna manipulacja. Kiedy pomnik ostatecznie zniknął z głównego placu w mieście, nie mogli go odżałować: „I komu to przeszkadzało?”. Nawet ci, którzy, delikatnie mówiąc, za poprzednim ustrojem nie przepadają, dostrzegają absurd całej sytuacji:

– Nawet nie wiedziałem, że pomnik poświęcony jest żołnierzom radzieckim. Sam nie wiem, czy powinien pozostać, czy nie. Z jednej strony to armia radziecka, czyli nasz drugi okupant. Ale z drugiej ci żołnierze to byli tacy sami ludzie jak my. Niejednokrotnie byli siłą wcielani do armii. Tu walczyli i ginęli na naszej ziemi, więc chyba należy się im jakieś upamiętnienie – mówił jeden z mieszkańców lokalnej prasie.

– Odkąd pamiętam, pomnik tu stał i chyba zdążyłam się do niego przyzwyczaić. Nie przeszkadzał mi – dodawała od siebie kwiaciarka, prowadząca swój interes w pobliżu miejsca, gdzie jeszcze na wiosnę stał cokół z tablica.

Miejscowy proboszcz Andrzej Jaczewski z ambony otwarcie sugerował, że „z pomnikiem trzeba coś zrobić”. Mieszkańcy mówią, że zależy mu na tym, aby w miejscy pomnika upamiętniającego poległych stanął inny – poświęcony „wyklętym” lub fundatorowi kościoła.

W obronę pomnika od początku zaangażowana była Anna Retman, z domu Trzaskowska, córka kombatanta, który wyzwalał Sobienie. Miała 13 lat, kiedy stawiano pomnik.
To między innymi jej ojciec układał treść tablicy. Sugestie, że napis podyktowała mu partia, uważa za niesmaczny żart. Jest zdeterminowana, aby pomnik przywrócić. Pisała już do wszystkich świętych – dosłownie! – łącznie z Episkopatem i premierem (ten zaś odesłał sprawę z powrotem do IPN). Jej upór budzi wśród mieszkańców niekłamany szacunek. – Sama słyszałam, kiedy mówiono na kazaniu, że pomnikowi należy „się przyjrzeć” – mówi w rozmowie z „Trybuną”. – Żołnierze radzieccy u nas stacjonowali. Wychodzili na zwiady, część nie wracała. Zostali na naszej ziemi. Czy nie należy im si upamiętnienie? W moim piśmie do Episkopatu przywołuję przykład Armii Radzieckiej, która weszła do Oświęcimia, aby wyzwolić więźniów. Cała sprawa jest skandalem.
Anna Retman napisała w sumie w 13 miejsc. Twierdzi, że inne prywatne osoby wysłały jeszcze więcej pism. Nie traci nadziei.

– Przewodniczący Rady Gminy poproszony o pomoc w przywróceniu pomnika w pierwotnym stanie powiedział, że „musi się liczyć z parafią i księdzem, i , że jest zbyt mało znaczącą komórką aby coś z tym zrobić” – powiedziała „Trybunie” Lucyna Rutkowska, szefująca Klubowi Przyjaciół „DT” w Otwocku.

Cenzura pamięci ma się świetnie.

Wrocław – bitwa o orła

Nie, to nie jest opowieść o przedwojennym Wrocławiu i bohaterskich Polakach spod znaku Rodła.

 

Latem 2018 r. Instytut Pamięci Narodowej domaga się rozebrania pomnika polskiego orła sprzed polskiej szkoły we Wrocławiu – mówiąc ściślej sprzed SP nr 43 przy ulicy Grochowej, położonej w sercu Wrocławskich Krzyków, dzielnicy zamienionej w czasie wojny w dymiącą kupę gruzów i zbudowanej od nowa w latach 60. XX wieku.
Szkoła, typowa „tysiąclatka”, nosiła w czasach minionych imię II Armii LWP. Z tej okazji wzniesiono przed nią niewielki pomnik z orłem na postumencie, bez żadnych napisów i tablic.
„Należy uznać za zasadne usunięcie symbolu orła bez korony, który był oficjalnym godłem Polski Ludowej oraz ‘ludowego’ Wojska Polskiego.
Uwzględniając przypadającą w tym roku 100. rocznicę odzyskania niepodległości przez nasz kraj, uważamy, iż pozostały postument może posłużyć jako podstawa do upamiętnienia tej wspaniałej rocznicy.
Powstałe miejsce pamięci będzie miało niewątpliwie ważny walor edukacyjny dla uczniów i rodziców. IPN służy pomocą merytoryczną w zakresie uzgodnienia wyglądu upamiętnienia” – głosi pismo IPN skierowane do dyrekcji Szkoły Podstawowej nr 43 przy ul. Grochowej we Wrocławiu
To, że II Armia LWP jako jedyna polska jednostka uczestniczyła w walkach w okolicy Wrocławia, a jej żołnierze w znacznej liczbie osiedlili się w stolicy Dolnego Śląska nie ma dla IPN żadnego znaczenia.
Podobnie jak to, że formacja ta walcząca głównie na terenie Czech i niemieckich Łużyc nie odpowiada za żadne działania przeciwko ukochanym przez władze „żołnierzom wyklętym”.
W obronę pomnika zaangażował się jedyny radny SLD we wrocławskim ratuszu Dominik Kłosowski, sprawa nabrała rozgłosu. Nic nie wskazuje jednak na zmianę stanowiska IPN.
Szkoła nr 43 nosi obecnie imię legendarnego wrocławskiego satyryka Jana Kaczmarka, twórcy „Studia 202”. Zmarły w 2007 r. artysta przewidział czasy IV RP. Piosenka „Ballada o chorej wyobraźni” ma wszelkie cechy proroctwa:
„Wyobraźnia w takich razach zwykle leczy i pomaga, Lecz i ona – pełna klęska, odmówiła posłuszeństwa”.

Idź się utop

Refleksje z kraju topielców

 

„W tym kraju nawet nie można spokojnie się utopić” – powiedział Janusz Korwin-Mikke, zniesmaczony oburzającym czynem ratowników, którzy pomogli mu wydobyć się z Bałtyku, w którym szarpał się w szkwałach, pod czerwoną flagą, miotany prądem, który nie pozwał mu wydobyć się z bałwanów na brzeg.

Uznanie należy się tym, którzy zaalarmowali ratowników, że rozpoznali tego bałwana pośród bałwanów morskich. Co do mnie, gdybym był wtedy w tym miejscu i rozpoznałbym Korwina w szarpiącym się w szkwałach łysielcu, nikogo bym nie alarmował. Korwin jest fanatycznym zwolennikiem ideologii życiowej, zgodnie z którą każdy jest wyłącznym kowalem własnego losu. Warto zauważyć, że Korwin, choć prawol do bólu, jest religijnym sceptykiem, a może nawet ateistą. Najpewniej nie życzy sobie, by nawet sam Bóg nie wpieprzał mu się w życie.

 

Szwedzi, kiedyś w Warszawie, a dziś się dziwią

W którymś z krajów skandynawskich, bodaj w Szwecji, pisano o Polsce jako o „kraju topielców”. W Szwecji, który jest krajem tysięcy jezior, niczym nasze Mazury i Suwalszczyzna, a może jeszcze bardziej, liczba topielców jest minimalna. Tymczasem w Polsce, czy to zima, czy gorące lato, liczba ofiar utopień czyli topielców, przypomina statystykę pól bitewnych. Dla naszych topielców nawet lód nie jest przeszkodą. Kieślowski nawet nakręcił o tym film w ramach cyklu „Dekalog” („Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”). Zazwyczaj jako przyczynę tego stanu rzeczy wymienia się głupotę, lekkomyślność, brawurę i alkohol. Ale przecież Szwedzi nie należą do nacji wylewających za kołnierz i piją wódkę na sposób skandynawski czyli po polsku. Mimo to topielców tam na lekarstwo. Zatem być może to dyspozycje psychiczne, które bardzo różnią Polaków i Szwedów, są przyczyną kolosalnej różnicy w statystykach topielców. Głupota, lekkomyślność, brak wyobraźni, brawura akurat u Szwedów nie występują w stopniu tak intensywnym jak u Polaków, przynajmniej w wymiarze życia społecznego i politycznego, bo co tam Szwed robi w swoim domku, to tego nie wiemy.

 

Kto następny? Kandydaci na topielców

Skoro jednak wyżej mowa jest o topiącym się polityku, to nietrudno wyobrazić się w podobnych opałach także innych polityków polskich, także tych dużo bardziej prominentnych niż upadły Korwin. Którego z nich zatem można sobie wyobrazić jako kandydata na topielca? Jako pierwszy łacno może przyjść do głowy prezydent Andrzej Duda. Jego uparty, godny lepszej sprawy wniosek o referendum konstytucyjne aż prosi się o nieszczęście. PiS już teraz chce je utopić, a gdyby jednak tak się nie stało, to utopi je totalna absencja przy referendalnych urnach, co do tego nie ma wątpliwości. Nie pójdzie do niego elektorat opozycyjny, nie pójdzie też pisowski, w którym nurt złości na „Dudaczewskiego” jest silny, zwłaszcza w klubach „Gazety Polskiej”, czyli sakiewszczyzny. Prezes PiS nie ma nawet szans, by zbliżyć się do wody ze swoim „kolanem” (he, he), sam bez wątpienia nie umie pływać, ale za to może spełnić rolę topiciela, pchając Dudę, Mateusza Morawieckiego, Kuchcińskiego, Karczewskiego, Ziobrę i kilkoro innych, m.in. „dobrą panią” Szydło, w przyszłe objęcia Trybunału Stanu, a nawet sądów karnych za delikt łamania konstytucji. Jego samego bowiem może utopić już tylko sam Przedwieczny. Skądinąd Andrzej Duda, którego cechują wyraźne rysy niedojrzałości emocjonalnej (m.in. infantylny narcyzm) zachowuje się jak rozkapryszony bachor, który najpierw zniszczył zabawkę (konstytucję), a już za chwilę z histerycznym tupaniem i usmarkanym wrzaskiem dopomina się od mamusi i tatusia, by mu kupili drugą taką samą, a może jeszcze droższą. Kandydatem na topielca jest też Joachim Brudziński, szef MSW. Zachował co prawda resztki rozsądku po najściu policji na sympozjum filozoficzne w Pobierowie, ale chyba tylko ze wstydu, bo gospodarzem był tam jego dawny uniwersytecki profesor „Joja”. Wstyd go jednak opuścił i obecnie brnie w absurdy, już to pozwalając stawiać absurdalny (jak z Barei) zarzut (propagowanie totalitaryzmu) w stosunku do osoby, która ozdobiła napisem jedno z biur PiS, już to zapowiadając ściganie posła Szczerby, który ujawnił dane jednego ze szczególnie brutalnych policjantów spod Sejmu, do czego poseł miał najoczywistsze prawo. Utopieni są właściwie już teraz marszałkowie Sejmu i Senatu Kuchciński i Karczewski, którzy będąc formalnie drugą i trzecią osobą w państwie, dają się używać do najbrudniejszych posług. Oni w szlamie są już po pas co najmniej. Premier Morawiecki zdawał się być kandydatem na pełnowartościowego topielca po uchwaleniu osławionej styczniowej ustawy o IPN. W końcu jakoś się wybronił, ale topi się teraz jako komiczny w swojej megalomanii „wizjoner” gospodarczy i być może jako kandydat na następcę Prezesa. Jego rozhulane gigantomańskie ambicje mogą kiedyś gospodarkę jeśli nie utopić, to co najmniej podtopić. Jednym z kandydatów na jednego z najbardziej spektakularnych kandydatów na topielca jest Zbigniew Ziobro. Przed laty od utopienia (Trybunał Stanu) uratowali go nie wiedzieć czemu posłowie także z wrogiego obozu, ale skala deliktów i bezczelna dezynwoltura z jaką nadal łamie on konstytucję i liczne wynikające z niej prawa spowodują, że jego los po utracie władzy przez niego samego i jego obóz będzie tak ciężki, że nie powinno się go życzyć najgorszemu wrogowi. Ale to wszystko nieprędko. W te upalne wakacje topielcami nie będą osoby tak wysoko postawione. Nic się nie zmieni także w wakacje przyszłe. Trudno przewidzieć co będzie w wakacje 2020-2023, ale przyjdzie i taki sezon, w którym zaroi się od potężnych kiedyś, znanych i dostojnych topielców. W języku ulicy używany był kiedyś, w moim dzieciństwie i młodości (a może funkcjonuje nadal) niegrzeczny zwrot „Idź się utop” (mniej więcej odpowiadający wezwaniu: „Spierdalaj”). Jak widać w Polsce nikogo nie potrzeba do tego zachęcać.

Głos lewicy

Można było?

– Pojawiają się głosy, że skoro ustawę o IPN można było zmienić w ciągu 10 godzin to można także zmienić ustawy o sądach – mówi Bogusław Liberadzki w rozmowie z portalem Interia.pl

Gdyby doszło do rozpatrywania sprawy polskiej praworządności w Trybunale i polski rząd przegrałby, na nasz kraj mogą zostać także nałożone kary finansowe za łamanie prawa.

Konsekwencją może być także nieuznawanie orzeczeń polskich sądów. To groźne zwłaszcza w przypadku transgranicznych spraw, na styku np. Polska-Niemcy czy Polska-Czechy. Może okazać się, że instytucje europejskie będą honorować orzeczenia sądów niemieckich pomijając polskie, co ma duże znaczenie dla Polaków, ponieważ chodzi w tym przypadku także o ludzkie tragedie – podkreśla wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego.

 

Rząd musi zrozumieć

W interesie Polski, rząd zapewne to rozumie, jest jak najszybsze zakończenie „grillowania” naszego kraju – powiedział Bogusław Liberadzki na antenie Polskiego Radia 24.

– Jest dużo objawów, które nakazują się zastanowić, czy Polska nie łamie praworządności – komentował Bogusław Liberadzki. – Wielokrotnie podkreślałem jednak, że polski rząd reagował na dotychczasowe zastrzeżenia, formułowane przez Komisję Europejską. Pytanie, czy reagował wystarczająco mocno – dodawał wiceszef PE.

Zdaniem Bogusława Liberadzkiego, to dobrze, że kwestią praworządności w Polsce zajmą się teraz unijni ministrowie.

– Dobrze, że ta sprawa przeszła z Komisji Europejskiej do Rady Unii Europejskiej. To będzie ocena państwa przez inne państwa. To bardziej naturalne środowisko niż administracyjno-biurokratyczne środowisko Komisji Europejskiej – mówił polityk SLD.

 

Nie minęło tysiąc lat

– Jak te przepisy były wprowadzane to Sojusz Lewicy Demokratycznej mówił, że te przepisy będą wycofywane. Nie minęło tysiąc lat i przepisy są zmieniane. Głupie przepisy trzeba zmieniać – stwierdził Włodzimierz Czarzasty, również w Polskim Radiu 24.

Przewodniczący SLD zapytany o intencje ustawodawcy, czyli o próbę stworzenia przez rząd odpowiednich narzędzi do walki z zakłamywaniem historii np. poprzez powszechne stosowanie takich stwierdzeń jak „polskie obozy koncentracyjne” stwierdził, że tylko pogorszono sprawę.

– Dzięki tej bzdurnej ustawie, z której na szczęście częściowo polski rząd się wycofuje, takie słownictwo zostało wprowadzone w przeciągu pół roku tysiąc razy częściej niż było wprowadzane wcześniej – powiedział Czarzasty. Dodał także, że „za PiS-u nie jest robione nic w tej sprawie, bo przepisy, które wprowadzają muszą być wycofane”.

 

Nie damy się wyeliminować

Liderzy Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Polskiego Stronnictwa Ludowego oraz Unii Europejskich Demokratów sprzeciwiają się planowanym przez PiS zmianom w ordynacji wyborczej do Parlamentu Europejskiego. Podczas konferencji prasowej w Sejmie zapowiedzieli też gotowość wspólnego startu w wyborach do PE w przyszłym roku.

– Lansowana przez PiS zmiana w ordynacji wyborczej do Europarlamentu w swoich założeniach będzie promowała utworzenie w Polsce dwóch silnych bloków – ocenił Włodzimierz Czarzasty.

– Proponowana nowelizacja może wyeliminować znaczne grupy społeczne, w tym część polskiej lewicy, lewicy myślącej o Unii Europejskiej pozytywnie, tolerancyjnej, otwartej na wiele wartości, które przez PiS są codziennie łamane – podkreślił lider SLD.

– W Polsce jest 70 proc. ludzi nastawionych pozytywnie do Unii Europejskiej, a przy tej ordynacji wyborczej PiS może wprowadzić 70 proc. eurodeputowanych, którzy są w stosunku do Unii sceptyczni – stwierdził Czarzasty.

– W momencie ograniczania demokracji, próby tworzenia dwóch bloków, próby eliminowania wartości i ludzi, którzy reprezentują te wartości SLD jest w stanie wejść w każdą rozsądną, proeuropejską koalicję, byle nie wprowadzić do europarlamentu 70 proc. ludzi eurosceptycznie myślących – zapowiedział.

Tylko w Opolu wszystko gra, czyli dekoncentracja PiS

Najwyraźniej skończyły się złote dla PiS czasy, gdy nie było żadnych grupowych i branżowych protestów rozlewających się po kraju, tylko pogardzane marsze „KOD-omitów”, a władzy samo rosło jak chłopu w polu. Dziś marszów jak na lekarstwo, „Wiadomości” i TVP Info nie mają się z czego pośmiać, ale przecież na tym padole łez, jak nie kijem go, to pałką. Wróg atakuje zewsząd, protesty wyrastają ni stąd ni zowąd jak grzybki po mżawkach, a PiS-owi coraz częściej zaczyna lecieć z rąk. Jak mawiał Witkacy, parodiując frazę góralską: „Kiedyś to były inkse casy”.

„Pieczywem” po pomnik Armii Czerwonej i inne udręki

W Dąbrowie Górniczej władze miejskie, nieprzychylne dekomunizacji, pokazały plecy tutejszemu IPN-owi, który nakazał im usunąć, w oparciu o ustawę dekomunizacyjną, pomnik Armii Czerwonej przy pewnym rondzie i do tego przy wsparciu miejscowej parafii. Z braku odpowiednich papierów i obstrukcji ze strony miasta, musiał więc IPN sam wziąć się do roboty i zastosować metodę improwizacyjno-chałupniczą. Po pomnik przyjechała zatem ekspedycja w postaci załogi samochodu dostawczego z napisem „Pieczywo”, „Wyroby cukiernicze” czy coś w tym rodzaju, wyszli z niego jacyś panowie i zabrali się do demontażu. Na to pojawiła się policja uważanego za kandydata na następcę Kaczyńskiego w roli prezesa PiS i zarazem ministra spraw wewnętrznych Joachima Brudzińskiego, wylegitymowała demontażystów skrytych pod szyldem piekarniczym i nakazała im odjechać precz, bo nie mieli żadnego pozwolenia na papierze, a pokazywali policjantom jedynie coś w telefonie komórkowym. Trudno i darmo – policja PiS zablokowała dekomunizację w Dąbrowie Górniczej. Po sądzie warszawskim, który zastopował w tym względzie wojewodę mazowieckiego. W tym samym czasie, w sobotni (9.06) poranek na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie rozpoczął się protest naukowców i studentów wspierający protest warszawski na UW. Prawnicy z kolei stowarzyszyli się w Komitet Obrony Sprawiedliwości, a ujawniony przykład więziennego znęcania się fizycznego i psychicznego (w Z.K. w Rzeszowie) nad b. prezesem Sądu Apelacyjnego w Krakowie Krzysztofem S. (odmówiono mu opieki lekarskiej powodując radykalne pogorszenie stanu zdrowia) bezpośredni sprawcy i polityczni mocodawcy tych praktyk mogą w przyszłości (n.p. Zbigniew Z.) bardzo ciężko to przypłacić. Tak ciężko, że nie chciałbym być w ich skórze. Także artyści z „Ziemi Obiecanej” nie ustępują ani o krok, z Karolem Borowieckim, Maksem Baumem i Morycem Weltem na czele, a do tego władza PiS musi przełknąć żabę w postaci wysokich honorów międzynarodowych dla znienawidzonej pisarki Olgi Tokarczuk (Londyn) i reżysera Pawła Pawlikowskiego (Cannes). Wszystko to (a to nie wszystko), na tle wielkiego cienia w postaci wyczynów seksualno-ginekologicznych jurnego i lubieżnego konserwatysty Pięty w tle, czyni wrażenie wręcz apokaliptyczne.

Suflerzy kuszą Prezesa

Nic więc dziwnego, że w tej sytuacji, czołowi publicystyczni harcownicy głównych prasowych tytułów propisowskich, „W Sieci”, Do Rzeczy” i „Gazety Polskiej” (oraz ich internetowych odnóg) czarno widzą i niepokoją się, że informacja, jakoby prezes dał zielone światło dla powrotu do ustawy o dekoncentracji mediów (przez oponentów zwanej kagańcową) to tylko fake news. I że zaprzeczający tweet rzeczniczki PiS Beaty Mazurek, to tylko zasłona dymna. Bracia Karnowscy, Andrzej Potocki czy Ryszard Makowski z „Sieci”, Robert Tekieli z „Gazety Polskiej” i nie oni jedni, powiadają, że bez wprowadzenia w życie zeszłorocznych pogróżek Krystyny Pawłowicz pod adresem krytycznych mediów („po wakacjach zabierzemy się za was”) PiS przegra przybierającą na sile wojnę medialną. Ale ich kolega Marcin Fijołek studzi im rozgorączkowane głowy dając do zrozumienia, że w sytuacji, gdy coraz bardziej czarno rysują się szanse na uniknięcie przez Polskę unijnych sankcji z powodu naruszeń praworządności przez rządy PiS, rozpętywanie wojny z Amerykanami (czyli TVN) i Niemcami (Axel Springer czyli „Fakt”) byłoby szaleństwem z góry skazanym na klęskę.

Zostaje metoda „na Koreę”

W tej sytuacji PiS-wi przyjdzie pogodzić się z trudną obecnością krytycznych mediów jako lustra jego grzechów i przyjąć zasadę, że „jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma”. No i liczyć na siłę rażenia „Wiadomości” Holeckiej, Ziemca i Adamczyka, obwieszczających sukcesy PiS, rządu i Polski, jak długa i szeroka mlekiem i miodem płynącej, niemal już drugiej Szwajcarii, z ogniem zaiste godnym prezenterów północnokoreańskich dzienników telewizyjnych. I może także na „Królową Lodu” z Polsatu, jeśli da radę. No i na Opole, gdzie po zeszłorocznym blamażu, znów wszystko gra i buczy, na chwałę Partii i Rządu, jak w szwajcarskim zegarku.