Surowa kara dla Cracovii

Milion złotych grzywny oraz pięć ujemnych punktów na starcie nowego sezonu ekstraklasy – taką karę za udział w futbolowej korupcji w latach 2003-2004 nałożyła na Cracovię Komisja Dyscyplinarna PZPN. Krakowski klub sam jednak wystąpił z wnioskiem o dobrowolne poddanie się karze.

Krakowski klub sam wystąpił z wnioskiem o o dobrowolne poddanie się karze, ale długo nie zgadzał się na odjęcie punktów. Ostatecznie jednak uległ presji rzecznika dyscyplinarnego PZPN Adama Gilarskiego. Komisja Dyscyplinarna Polskiego Związku Piłki Nożnej postanowiła przychylić się do wniosku Cracovii o dobrowolne poddanie się karze za ustawianie spotkań w sezonie 2003/04. Zebrany w toku postępowania wyjaśniającego materiał dowodowy, uzupełniony otrzymanym w dniu 14 maja 2020 roku z Sądu Rejonowego dla Krakowa – Krowodrzy pisemnym uzasadnieniem wyroków z 30 stycznia 2020 roku ogłoszonych w sprawach Rafała R., byłego członka rady nadzorczej Cracovii oraz Jacka P., byłego arbitra piłkarskiego działającego na rzecz Cracovii, w opinii Rzecznika Dyscyplinarnego PZPN jednoznacznie wskazywały na współodpowiedzialność krakowskiego klubu za czyny korupcyjne sprzed ponad 15 lat. Dlatego rzecznik wnioskował o nałożenie nie tylko kary finansowej, lecz także w postaci ujemnych punktów. „To był okres, z którego ponad 600 osób zostało skazanych za korupcję w polskiej piłce. I nagle w to wdepnąłem ja, człowiek z uporządkowanego świata biznesu, w którym działamy bardzo czysto – to jest jedna z nadrzędnych zasad Comarchu. Ni z gruszki, ni z pietruszki okazało się, że w tamtym sezonie korupcja była także w Cracovii, bo dwie osoby działający w jej imieniu były częścią tej ohydy. Teraz, po 17 latach, po wykonaniu potężnej pracy, zbudowaniu zdrowej organizacji sportowej, nie powinniśmy być za to karani. Dla mnie ta kara nie jest sprawiedliwa, bo inwestuję w Cracovię bardzo dużo pieniędzy i emocji. Te emocje są nawet ważniejsze. Nie czuję się z tym w porządku, bo nie jesteśmy niczemu winni, a kara nas dotyczy – ja muszę zapłacić pieniądze, a trener i zawodnicy odrobić karę punktową. Werdykt jest więc dla nas wszystkich surowy, ale przynajmniej mamy to już wszystko z głowy i będziemy mogli iść dalej bez obciążeń z przeszłości” – przyznał w wypowiedziach dla mediów sternik ekipy „Pasów” Janusz Filipiak.
Kara dla krakowskiego klubu dotyczy ustawiania wyników spotkań w drugiej lidze w sezonie 2003/2004. Wówczas Janusz Filipiak posiadał jedynie 30 procent akcji Cracovii i formalnie nie zarządzał klubem. Dopiero po awansie zespołu do ekstraklasy stanął na czele zarządu i do dzisiaj osobiście zarządza klubem. Nie da się jednak zaprzeczyć, że awans do najwyższej klasy rozgrywkowej „Pasy” uzyskały także przy pomocy korupcyjnych praktyk, więc nawet jeśli Filipiak nic o nich nie wiedział, to jednak on także odniósł pośrednio korzyści. Kara finansowa jest więc w pełni usprawiedliwiona, ale jej wysokość może trochę zastanawiać. Ostatnim klubem, który został przez PZPN ukarany za korupcję, był GKS Bełchatów. W 2014 roku bełchatowianie musieli zapłacić pół miliona złotych grzywny, co było dotąd największą kwotą nałożoną przez organy dyscyplinarne PZPN na uwikłanych w korupcję.
Przewiny przypisywane Cracovii z pewnością nie były większe od popełnione w innych osądzonych przypadkach futbolowej korupcji, poza tym krakowski klub sam złożył wniosek o dobrowolne poddanie się karze. Być może w tej sprawie zadziałały jakieś ukryte motywy. Oficjalnie jednak swoje stanowisko PZPN sformułował tak (pisownia oryginalna): „Komisja Dyscyplinarna Polskiego Związku Piłki Nożnej po rozpoznaniu sprawy klubu MKS Cracovia S.S.A., obwinionego o przewinienie dyscyplinarne korupcji w piłce nożnej w rundzie wiosennej sezonu 2003/2004, postanowiła uwzględnić wniosek MKS Cracovia S.S.A. o dobrowolne poddanie się odpowiedzialności dyscyplinarnej i ukarać klub karą pieniężną w wysokości 1.000.000 zł oraz karą pozbawienia 5 punktów w rozgrywkach Ekstraklasy w nadchodzącym sezonie”.

Puchar dla Cracovii

W rozegranym w miniony piątek w Lublinie finale Pucharu Polski Cracovia pokonała po dogrywce 3:2 broniącą trofeum Lechię Gdańsk i po raz pierwszy w historii zdobyła ten puchar. Zwycięskiego gola dla „Pasów” strzelił w 118. minucie wychowanek klubu Mateusz Wdowiak, jeden z trzech ledwie polskich piłkarzy wystawionych do gry przez krakowski klub.

Rozegrany w piątek 24 lipca na Arenie Lublin finałowy mecz o Puchar Polski był typowym piłkarskim widowiskiem w czasie pandemii koronawirusa, które na mogącym pomieścić ponad 15 tysięcy widzów stadionie obejrzało zaledwie 3700 widzów. Czuwający nad bezpieczeństwem imprezy funkcjonariusze z pionów prewencji, ruchu drogowego i operacyjnego mieli jednak mnóstwo pracy. W akcji użyto nawet śmigłowca. „Policjanci zabezpieczyli w skontrolowanych prywatnych pojazdach karczowniki, race, petardę hukową, pojemniki z gazem pieprzowym, pistolet pneumatyczny na metalowe kulki, nóż, trzonek od kilofa. Ponadto na autostradzie zatrzymany został 26-latek, który przewoził dostawczym samochodem ponad 60 rac, ponad 70 petard, karczownik, pałkę teleskopową, megafon i pojemnik z gazem pieprzowy” – podała w komunikacie lubelska komenda policji. Mimo to w trakcie meczu Cracovii z Lechią doszło do kilku incydentów, m.in. odpalenie rac przez kibiców, w sumie jednak impreza odbyła się w bezpiecznych dla wszystkich uczestników warunkach.
W przeniesionym z powodu pandemii koronawirusa z Warszawy do Lublina finale Pucharu Polski wystąpiło w sumie 30 piłkarzy, ale w tej grupie było tylko 11 Polaków. Co ciekawe, w należącej do niemieckiego właściciela Lechii zagrało ośmiu polskich graczy, natomiast w należącej do polskiego właściciela Cracovii, Janusza Filipiaka, jedynie trzech. To dzieło trenera ekipy „Pasów” Michała Probierza. W rozgrywkach ekstraklasy ten jego projekt kompletnie się nie sprawdził i krakowski zespół zakończył sezon dopiero na siódmym miejscu. Lechia w ekstraklasie uplasowała się na czwartej pozycji zdobywając o trzy punkty więcej od Cracovii, lecz w sezonie przegrała z nią wszystkie trzy ligowe potyczki. Ale w piątek do przerwy to gracze gdańskiej drużyny rządzili na boisku Areny Lublin spychając zespół „Pasów” do rozpaczliwej momentami obrony i na przerwę schodzili w prowadzeniem 1:0 po golu Omrana Haydary’ego w 21. minucie.
Trener Probierz musiał jednak w przerwie przypomnieć swoim podopiecznym, że prezes i właściciel klubu Janusz Filipiak obiecał za zdobycie Pucharu Polski wyrównanie obciętych w czasie zawieszenia rozgrywek o połowę zarobków. Poskutkowało, bo po zmianie stron Cracovia zaczęła przeważać i w 65. minucie doprowadziła do wyrównania, a na dodatek od 79.minuty grała w przewadze po czerwonej kartce dla Mario Maloczy. Mimo to Lechia zdołała jeszcze w 85. minucie objąć prowadzenie po golu Patryka Lipskiego, lecz tego dnia było to już wszystko, co zdołali z siebie wycisnąć podopieczni trenera Piotra Stokowca. Po wyrównującej bramce zdobytej w 88. minucie przez krakowian było już jasne, że w lechiści w dogrywce będą „umierać” i jedyną szansą dla nich na zwycięstwo będą rzuty karne. Ale w 118. minucie kolejną akcję ofensywną lewego obrońcy „Pasów” 21-letniego Kamila Pestki, nawiasem mówiąc uznanego za najlepszego gracza meczu, na zwycięską bramkę zamienił wychowanek klubu 23-letni Mateusz Wdowiak.
Po meczu trener Probierz pochwalił się, że zdobycie Pucharu Polski, dla Cracovii pierwszego, ale dla niego osobiście już drugiego w karierze, zamierza uczcić szklaneczką whisky i wypaleniem drogiego cygara. Może kontemplując sukces pojmie przy okazji, że zapychanie kadry Cracovii cudzoziemcami to nie jest dobry pomysł na zbudowanie potęgi zdolnej do walki o najwyższe laury w ekstraklasie, ale przede wszystkim w europejskich pucharach.

Cracovia i Lechia powalczą w Lublinie o Puchar Polski

Lechia Gdańsk i Cracovia w piątek 24 lipca zagrają w Lublinie finałowy mecz o Puchar Polski. Gdańszczanie będą bronić zdobytego przed rokiem trofeum, natomiast dla ekipy „Pasów” to dopiero pierwszy występ w finale tych rozgrywek. Chociaż zespół Cracovii wygrał pięć ostatnich meczów z Lechią, w tym trzy w zakończonym niedawno sezonie ligowym, szanse obu zespołów na zdobycie pucharu oceniane są po równo.

Cracovia tylko dwa razy – w 1962 i 2007 roku dotarła do półfinału tych rozgrywek. Dlatego w klubie mają świadomość historycznej chwili, zwłaszcza że w Lublinie „Pasy” mogą wywalczyć pierwsze trofeum od 1948 roku, gdy po raz ostatni zostały mistrzem Polski. Zapotrzebowanie na sukces zgłasza zwłaszcza prezes krakowskiego klubu Janusz Filipiak, który jest także właścicielem Cracovii od 2003 roku i jak na razie nie zdobył z nim żadnego trofeum. Dlatego, żeby maksymalnie zmobilizować swoich piłkarzy, obiecał im, że jeśli zdobędą Puchar Polski, wyrówna im obcięte z powodu pandemii o 50 procent wynagrodzenia.
Trener Cracovii Michał Probierz ma już w dorobku jeden triumf w Pucharze Polski – w 2010 roku prowadzona przez niego Jagiellonia Białystok pokonała w finale Pogoń Szczecin 1:0. „Na takie mecze się czeka, czasem całą karierę. Mam nadzieję, że stworzymy ciekawe widowisko. Z drugiej strony nie można też się dać zwariować. Do tego spotkania przygotowujemy się jak do każdego innego” – zapewniał Probierz.
Lechia wydaję się być idealnym rywalem dla Cracovii, która wygrała cztery ostatnie spotkania ekstraklasy z ekipą Piotra Stokowca, w tym dwa rozegrane w tym sezonie w Gdańsku – 3:1 i 3:0. „Wyniki potwierdzają tezę, że Cracovia ma w starciach z nami dobrą passę. Ale nic nie trwa wiecznie, a w ligowej tabeli to my jesteśmy wyżej. Poza tym Lechia przez lata notowała słabe rezultaty w Poznaniu, aż w końcu się przełamała i w pucharowym meczu na wyjeździe jednak wyeliminowaliśmy poznański zespół. W lidze od dawna nie możemy wygrać z Zagłębiem Lubin, a w Pucharze Polski okazaliśmy się jednak lepsi. Z porażek z Cracovią też wyciągnęliśmy odpowiednie wnioski, ale czy właściwe, przekonamy się w piątek po ostatnim gwizdku arbitra” – stwierdził z kolei trener gdańskiej drużynu Piotr Stokowiec.
Zawodnicy Lechii na pewno mają w Pucharze Polski znacznie większe doświadczenie od graczy Cracovii – przed rokiem triumfowali w tych rozgrywkach, a teraz znowu dotarli do finału. Wielka szkoda, że finał nie odbędzie się na Stadionie Narodowym w Warszawie. Z powodu pandemii PZPN przeniósł mecz na nowoczesny, ale znacznie mniejszy stadion Arena w Lublinie.
Piątkowy finał sędziować będzie Paweł Raczkowski z Warszawy. Początek meczu o godz. 20:00. Triumfator zapewni sobie występy w eliminacjach Ligi Europy, a także w sierpniowym spotkaniu o Superpuchar Polski, w którym zmierzy się z mistrzem kraju – Legią Warszawa.

Piąta porażka Cracovii

Pierwsza kolejka po restarcie rozgrywek obfitowała w gole. Piłkarze strzelili ich 24, co daje niezłą średnią trzech trafień na jedno spotkanie (średnia w sezonie to 2,54). Niestety, polscy piłkarze zdobyli tylko 10 bramek. Największymi niespodziankami były porażki u siebie zespołów Cracovii, Pogoni i Wisły Płock.

Ekipa lidera, Legii Warszawa, zdobyła tylko jedną bramkę, ale pokonując Lecha w Poznaniu 1:0 zaliczyła 17 wygrane spotkanie w tym sezonie. Stołeczny zespół utrzymał osiem punktów przewagi nad drugim Piastem Gliwice i ma już pewność, że w najgorszym przypadku rundę zasadniczą zakończy na drugim miejscu, ale jeśli wygra następny mecz (na wyjeździe z Wisłą Kraków), dowiezie prowadzenie do końca. Bardzo bliski zagwarantowania sobie miejsca w grupie mistrzowskiej jest też obrońca mistrzowskiego tytułu Piast Gliwice. W miniony weekend z zespołów zajmujących miejsca 2-6, tylko gliwiczanie nie stracili dystansu do prowadzącej Legii. Definitywnie szansę na awans do czołowej ósemki utraciły natomiast trzy ostatnie drużyny w stawce, czyli ŁKS Łódź, Arka Gdynia i Korona Kielce.

Szósty hat-trick w sezonie

Pierwszy raz od 27 października w ekstraklasie odnotowano hat-tricka, ale to już szóste takie osiągnięcie w bieżącym sezonie. Jego autorem został Flavio Paixao. Dzięki temu portugalski piłkarz wyśrubował dwa należące do niego rekordy – w liczbie goli strzelonych w naszej lidze przez obcokrajowców (78) oraz goli strzelonych przez gracza Lechii Gdańsk (54). Dzięki trzem trafieniom w spotkaniu z Arką Paixao powiększył swój bramkowy dorobek w obecnych rozgrywkach do 13 i do lidera klasyfikacji strzelców, grającego w Lechu Poznań Duńczyka Christiana Gytkjaera traci już tylko dwa gole. Taka samą stratę ma hiszpański napastnik Piasta Jorge Felix, który również w ten weekend poprawił swoje konto bramkowe. Paixao jest najstarszym autorem hat-tricka (35 lat 8 miesięcy 1 dzień) w ekstraklasie od czasów Marcina Robaka, który dokonując tego wyczynu w październiku 2018 roku miał dokładnie 35 lat 10 miesięcy i 2 dni.
Naszą nadzieję na lepszą przyszłość, czyli większy wkład polskich piłkarzy w strzeleckie popisy zespołów ekstraklasy (teraz są autorami 42 procent trafień), są gole dwóch nastoletnich zawodników – występującego w Zagłębiu Lubin Bartosza Białka, który w spotkaniu z Pogonią Szczecin zaliczył swoje szóste trafienie w tym sezonie, a miał tergo dnia 18 lat 6 miesięcy i 18 dni. Napastnik „Miedziowych” jest najskuteczniejszy wśród graczy ekstraklasy urodzonych w XXI wieku. Ale w 27. kolejce trafienie zaliczył piłkarz jeszcze młodszy od niego, bo urodzony 23 lipca 2002 Dawid Kocyła z Wisły Płock.

Cracovia weryfikuje cele

Zespół „Pasów” zaczął ten rok z przytupem, wygrywając dwa pierwsze mecze (z Arką na wyjeździe 1:0 i u siebie z Lechem 2:1), nic więc dziwnego, że zespół prowadzony przez Michała Probierza zaczęto wymieniać jako kandydata do zdobycia mistrzostwa. Na ten laur kibice tego krakowskiego klubu czekają już 72 lata. W poprzednim sezonie zespół wystartował fatalnie i długo pętał się w ogonie tabeli, ale finisz miał świetny, co pozwoliło mu zająć na koniec czwartą lokatę i popróbować sił w europejskich pucharach. W obecnych rozgrywkach Cracovia najniżej w stawce była na 11. pozycji, ale rok kończyła w ścisłej czołówce i rundę wiosenna zaczęła obiecująco. Niestety, sen o potędze 22 lutego przerwał brutalnie obrońca tytułu Piast Gliwice, pokonując u siebie „Pasy” 1:0. Od tego momentu ekipa Probierza zaczęła zbierać baty. Do przerwy spowodowanej wybuchem pandemii koronawirusa przegrała trzy kolejne spotkania – na wyjeździe 1:2 z Legią, u siebie w derbach Krakowa z Wisłą 0:2 i ponownie na wyjeździe 2:3 z Górnikiem Zabrze. Trzymiesięczna przerwa w rozgrywkach niewiele zmieniła. W niedzielę Cracovia przegrała 0:1 z Jagiellonią Białystok i obsunęła się w tabeli ekstraklasy na czwartą lokatę, ale nad zajmującą ósme miejsce białostocką drużyną ma jedynie dwa punkty przewagi, tylko jeden więcej od siódmej Pogoni i szóstej Lechii, a tyle samo co piąty Lech (42).
Nic dziwnego, że trener Probierz, który lubi prężyć muskuły i zwykle nawet w przypadku porażek niechętnie przyznaje się do własnych błędów, po wpadce z Jagiellonią nie krył przygnębienia. „Patrzę tak z boku i się zastanawiam, czy ja jestem jeszcze w stanie nauczyć tych piłkarzy czegoś więcej, jeszcze ich zmotywować? Na ten temat będę rozmawiał z profesorem Januszem Filipiakiem” – zapowiedział.
Słowa Probierza zostały odebrane jako zapowiedź dymisji, więc zaraz w poniedziałek prezes klubu Janusz Filipiak musiał wkroczyć do akcji i zapewnić, że nie ma tematu zmiany trenera w Cracovii. Wstrząs jednak był i niewykluczone, że podziała na zespół mobilizująco. Na mistrzowski tytuł, który ekipa „Pasów” po raz wywalczyła w 1948 roku, szans już jednak nie ma praktycznie żadnych, ale wciąż jeszcze może powalczyć o miejsce na podium, co i tak byłoby wielkim sukcesem, bo jeszcze za rządów Filipiaka trwającymi od 2004 roku tak wysoko w tabeli rozgrywek nie kończyła. A za trenerskiej kadencji Probierza Cracovia zajmowała dziewiąte i czwarte miejsce, zatem progres wynikowy może utrzymać. Chyba, że przeszkodzi mu w tym PZPN. W miniony wtorek rzecznik dyscyplinarny związku Adam Gilarski przedstawił Cracovii zarzut korupcji dotyczący kilkunastu meczów w sezonie 2003/2004. Cracovia grozi kara w postaci ujemnych punktów oraz kara finansowa.

Burzliwe derby Trójmiasta

Najbardziej ekscytujące widowisko w 27. kolejce stworzyli piłkarze Lechii i Arki. Do przerwy nic si nie działo i do szatni zespoły schodziły przy wyniku 0:0. Kanonadę zaczął w 50. minucie Paixao trafiając z rzutu karnego dla Lechii, potem dwa gole strzelili gdynianie – Marko Vejinović z karnego i Jarosław Kubicki po strzale samobójczym, następnie na 2:2 wyrównał Paixao, lecz w 82. minucie na 3:2 ponownie z karnego podwyższył Vejinović. Końcówka meczu należała jednak do gospodarz. Na 3:3 w 87. minucie wyrównał Łukasz Zwoliński, a zwycięskiego gola na 4:3 z „jedenastki” zdobył Paixao.
Poza stadionem też było gorąco. Policja miała sporo pracy z utrzymaniem porządku w lokalach, gdzie przed telewizorami gromadzili się fani obi zespołów. Zatrzymano trzy osoby – jedną za napaść na funkcjonariuszy, a dwie za posiadanie narkotyków. Ponadto funkcjonariusze interweniowali w przypadkach odpalania środków pirotechnicznych, spożywania alkoholu w miejscach publicznych, zakłócanie porządku, nieobyczajnych zachowań czy łamania zakazów związanych z pandemią koronawirusa.
Co ciekawe, mimo porażki, która znacznie zmniejsza szanse Arki na uniknięcie degradacji, prezydent Gdyni ogłosił, że miasto znów będzie wspierać finansowo klub.

Tak bardzo chcą grać, że aż strach

Nawet właściciel Legii Warszawa w końcu wymusił na piłkarzach pierwszego zespołu ich zgodę na obniżkę wynagrodzeń. Zawodnicy stołecznego zespołu do końca czerwca będą pobierać o 30 procent mniej pieniędzy, zaś pozostałe 70 procent zostanie im wypłacone w ratach. To efekt zawieszenia rozgrywek z powodu epidemii. Na razie jednak nikt jeszcze w polskim futbolu, podobnie jak i w innych dyscyplinach sportu, nie rozważa czarnego scenariusza opartego na prognozach WHO, zakładającego iż pandemii nie da się opanować nie tylko do lipca tego roku, lecz być może nawet do końca następnego.

Dla nikogo nie ulega wątpliwości, że konieczność zmagania się z wirusem Covid-19 w takiej długiej perspektywie czasowej zrujnuje nie tylko świat sportu, ale życie nas wszystkich. Trzeba zakładać, że podczas organizowanych za pomocą wideokonferencji narad ich uczestnicy rozmawiają też o takich sprawach, bo gdyby tego nie robili, byliby skończonymi głupcami. Co prawda do tego biznesu nie pcha się kwiat „białych kołnierzyków” i przez to nawet wronie łatwo w nim wybić się na orła, lecz przecież w fundamentalnych kwestiach decydujące słowo należy do właścicieli klubów. Teoretycznie powinni oni stanowić w Ekstraklasie SA siłę zdolną do dokonania wszelkich zmian służącym ochronie ich najważniejszego interesu, jakim jest uchronienie klubów przed bankructwem bez konieczności finansowania deficytu z własnej kieszeni.

Barwny poczet właścicieli klubów

W tym tygodniu do grona właścicieli klubów PKO Ekstraklasy dołączyli Jakub Błaszczykowski, Tomasz Jażdżyński i Jarosław Królewski, którzy przejęli 90 procent akcji SSA Wisła Kraków. Błaszczykowski to 108-krotny reprezentant Polski i nadal czynny piłkarz, Jażdżyński to twórca portalu internetowego Interia, a obecnie prezes zarządu Gremi Media SA, wydawcy m.in. „Rzeczpospolitej” i „Parkietu”, zaś Królewski działa w branży informatycznej i nowatorskich technologii.
Ten tercet dołączył do mocno zróżnicowanej pod każdym względem grupy ludzi. W niej najgrubszy portfel ma chyba właściciel większościowego pakietu akcji Cracovii Janusz Filipiak, do którego należy informatyczna firma Comarch, bo jest jedynym z właścicieli klubów PKO Ekstraklasy umieszczanym w rankingach najbogatszych Polaków tworzonych przez „Forbesa” i „Wprost”. Jego majątek szacowany jest na ponad 700 mln złotych, co daje mu jednak dość odległe miejsce pod koniec pierwszej setki zestawienia. Filipiak posiada 66 procent akcji Cracovii, a z klubem związany jest od 2002 roku, najpierw jako sponsor, a potem jako współwłaściciel i od 2004 roku także jako prezes zarządu.
Weteranem pod względem stażu w naszej klubowej piłce jest też właściciel Lecha Poznań Jacek Rutkowski, który zaczynał jeszcze w latach 90. ub. wieku tworząc należący do jego fabryki sprzętu AGD klub fabryczny Amica Wronki, który w 2006 roku dokonał fuzji z zagrożonym wtedy bankructwem poznańskim klubem.
Dariusz Mioduski działa w Legii od 2004 roku. Był w radzie nadzorczej za czasów ITI (2004-2013), a potem do spółki z Bogusławem Leśnodorskim odkupił klub od Mariusza Waltera i spadkobierców Jana Wejcherta. Objął wtedy 60 procent akcji, a od marca 2017 roku jest jedynym właścicielem warszawskiego klubu. Wygrał wtedy głośną licytację z Leśnodorskim i Maciejem Wandzlem. Ale od tej pory Legia ani razu nie zakwalifikowała się do fazy grupowej europejskich pucharów, a w poprzednim sezonie straciła nawet prymat w lidze na rzecz Piasta Gliwice. 56-letni Mioduski jest doktorem nauk prawnych po Harvardzie. W latach 2007-2013 zarządzał Kulczyk Investments SA – największą grupą kapitałową w Polsce.
Prezesem i zarazem głównym udziałowcem jest też Jarosław Mroczek z Pogoni Szczecin, 65-letni inżynier, który pod koniec lat 80 założył z kolegami ze stoczni firmę EPA zajmującą się montażem sprzętu nawigacyjnego i elektroniki na statkach. Potem EPA rozszerzyła swoją działalność na energetykę wiatrową i dzisiaj należy do największych graczy na polskim rynku ekoenergii. W 2009 roku do Mroczka z prośbą o pomoc zgłosiły się władze odradzającej się Pogoni. EPA zaczęła od przejęcia 5 procent akcji, teraz ma ich 74, zaś Mroczek prezesem „Portowców” jest już od 9 lat.
Jednego właściciela ma też Raków Częstochowa. Beniaminek ekstraklasy należy do Michała Świerczewskiego, właściciela sieci sklepów ze sprzętem komputerowym. Mocno rozproszony akcjonariat ma Jagiellonia Białystok, ale najmocniejszą pozycję w tym towarzystwie ma prezes klubu Cezary Kulesza, były piłkarz „Jagi”, który po zakończeniu kariery zbił fortunę w branży muzycznej. W 1994 roku założył wytwórnię „Green Star”, która specjalizuje się do dzisiaj w muzyce dico polo. Z kolei Tomasz Salski, prezes i główny właściciel Łódzkiego Klubu Sportowego, jest potentatem w branży pogrzebowej. Należąca do jego rodziny „Klepsydra” to drugi największym dom pogrzebowy w Łodzi. Jest też właścicielem największej na świecie firmy zajmującej się międzynarodowym transportem ciał. Pod jego rządami ŁKS wrócił do ekstraklasy i chociaż teraz grozi mu spadek do I ligi, nie będzie to dramatem. Miasto kończy właśnie budowę nowego stadionu na 18 tys. widzów, więc przyszłość klubu nie wygląda źle. Dominik Midak to najmłodszy właściciel klubu w PKO Ekstraklasie, ma 24 lata i jest synem potentata w branży recyclingu, gospodarowaniu odpadami i oczyszczaniu ścieków Włodzimierza Midaka. Klan Midaków ma 75 procent akcji Arki Gdynia, których jednak pilnie chce się pozbyć.
Głównymi właścicielami pozostałych pięciu klubów ekstraklasy są gminy albo spółki Skarbu Państwa. Do pierwszej grupy należą Górnik Zabrze, Piast Gliwice, Śląsk Wrocław i Wisła Płock, a właścicielem Zagłębia Lubin jest KGHM. Natomiast Korona Kielce i Lechia Gdańsk mają niemieckich właścicieli. Właścicielem kieleckiego klubu jest rodzina Hundsdoerferów, zaś gdańskiego rodzina Wernzów. Mimo to radni obu miast sukcesywnie uchwalają wielomilionowe dotacje dla tych klubów.

Bez oligarchów, szejków i miliarderów

Jak widać, nie ma w tym gronie oligarchów wedle wschodniego wzorca, arabskich szejków czy azjatyckich inwestorów, szastających setkami milionów dolarów na transfery piłkarzy z najwyższej półki. Nawet KGHM, chociaż to światowy potentat w wydobyciu i obróbce miedzi, więc spokojnie mógłby uczynić z Zagłębia Lubin najbogatszy klub ekstraklasy, nie zdradza takich ambicji i na swój mecenat przeznacza rozsądne kwoty. Nie jest to więc dobre środowisko dla rekinów piłkarskiego biznesu, zarabiających grube pieniądze na transferach. Z polskiej ligi agenci piłkarscy rocznie drenują 35-40 mln złotych, co i tak jest skandalicznym marnotrawstwem ze strony klubów, zaś za granicę eksportują graczy po zaniżonych cenach, czego dowodzi przykład choćby Krzysztofa Piątka, którego z Cracovii do Genui przeflancowano za niewiele ponad 5 mln euro, a już pół roku później ten włoski klub opchnął go do AC Milan za 35 mln euro. Największe kwotowo transfery (Jan Bednarek, Sebastian Szymański) póki co realnie tylko zbliżyły się do granicy sześciu milionów euro. To jednak wcale nie oznacza, że poza granicami nie ma zainteresowania piłkarzami z Polski. Owszem, jest, lecz zachodnie kluby wyjmują głównie utalentowanych juniorów, za których płacą grosze w porównaniu z ich rówieśnikami z innych krajów.
Nikt nie próbuje z tym walczyć, co powinno zastanawiać, bo to przecież jest wbrew interesom polskich klubów zawodowych, czyli de facto ich właścicieli. W tej sytuacji nie można mieć do nich pretensji, że masowo importują piłkarzy zagranicznych, którzy w tej chwili stanowią blisko połowę graczy zatrudnionych przez kluby ekstraklasy. Niestety, nie są to zawodnicy wysokiej klasy i w gruncie rzeczy szkoda na nich marnować pieniądze, ale z drugiej strony niejednokrotnie są znacznie tańsi od naszych piłkarzy, bo do polskich klubów przechodzą na ogół na zasadzie wolnych transferów i nie trzeba za nich płacić milionów za transfery. A za utalentowanych, młodych polskich graczy z niższych lig już trzeba, bo nie tylko w ekstraklasie, lecz także na niższych poziomach rozgrywkowych piłkarscy menedżerowie nie myślą kooperacyjnie, tylko kupiecko – szybko zarobić i szybko wydać, a przy okazji coś tam skubnąć dla siebie. Tak właśnie funkcjonował dotąd współczesny futbol i ludzie, którzy za plecami właścicieli klubów omotali go pajęczyną skomplikowanych układów i powiązań, bardzo chcą aby po wygaśnięciu pandemii koronawirusa wszystko w nim pozostało w niezmienionej formie.

Domena futbolowej korporacji

Co może temu przeszkodzić? W pierwszej kolejności rzecz jasna masowe bankructwa klubów, do czego może nieuchronnie doprowadzić przedłużenie zakazu organizowania imprez sportowych o kolejne miesiące. To oczywiście nie oznacza końca piłki nożnej, co najwyżej koniec w jej obecnej, skrajnie skomercjalizowanej formie. Nietrudno przecież sobie wyobrazić naszą ekstraklasę oraz niższe ligi, w których rywalizują zespoły półprofesjonalne czy wręcz amatorskie, w których piłkarze znów będą grać głównie dla przyjemności, lokalnej sławy i miłych wspomnień, a nie jak teraz wyłącznie dla pieniędzy. Na utrzymanie takich drużyn starczyłyby bez problemu dotacje z samorządów, wpłaty od sponsorów oraz wpływy ze sprzedaży biletów i sprzedaży praw telewizyjnych.
Ktoś powie, że to brednie, bo nikogo taka liga by nie interesowała. Polemizować z tym zarzutem nawet nie wypada, bo zanegować go mogło tylko sprawdzenie w realnej rzeczywistości, czego przecież nikt z nas na serio by nie chciał, bo to by oznaczało, że cały dotychczasowy porządek naszego świata legł w gruzach. To byłaby zdecydowanie zbyt wysoka cena za poskromienie niepohamowanej pazerności obecnych animatorów futbolu, którzy ten ludyczny kiedyś sport zawłaszczyli i przekształcili w dążącą do nieustannego zwiększania zysków ogólnoświatową korporację. A jak wiadomo, koroporacje rządzą światem, a jak uczy historia, ci co mają władzę nigdy z niej nie rezygnują z własnej, nieprzymuszonej woli. Ktoś musi ich do tego przymusić lub wręcz ją odebrać. Jeśli chodzi o futbol, którego globalne obroty szacowane są już na ponad bilion dolarów, może to, niestety, zrobić tylko taki kataklizm, jakim powoli staje się pandemia koronawirusa.
Póki co futbolowa korporacja walczy o przetrwanie, co widzimy także w Polsce, gdzie mimo wciąż rosnącej liczby zachorowań na koronawirusa rząd zaczyna ulegać naciskom piłkarskiego lobby i przymierza się do wydania zgody na wznowienie rozgrywek pod koniec maja. Powód jest oczywisty – kluby dążą do wznowienia rozgrywek, żeby otrzymać ostatnią transzę od nadawców telewizyjnych. Do podziału na 16 klubów jest łącznie 67 mln złotych, czyli po ok. 4,2 mln „na głowę”. Czy to nie dziwne, że dla takich stosunkowo niewielkich pieniędzy stawia się na szali zdrowie wielu ludzi?
Plan zakłada, że piłkarze wrócą na boiska w środę 27 maja (tego dnia mają zostać rozegrane spotkania Pucharu Polski), a w piątek 29 maja zostać rozegrane mecze 27. kolejki PKO Ekstraklasy. Nie są to przesądzone terminy, bo nikt nie wie jak rozwinie się pandemia w naszym kraju.

UEFA chce zakończyć sezon do 3 sierpnia

Epidemia wciąż trwa, ale piłkarzy nikt nie zwalnia z obowiązków – ani kluby, ani krajowe federacje, ani też stojąca na szczycie futbolowej hierarchii FIFA. W miniony weekend prezydent UEFA Aleksander Ceferin podał, że graniczną datą zakończenia obecnego sezonu jest 3 sierpnia. Także w Polsce panuje przekonanie, że to realny termin.

Ta graniczna data zmieniała się już kilkakrotnie. Podczas pierwszej telekonferencji na szczycie europejskiej piłki, przeprowadzonej 17 marca, UEFA apelowała do władz krajowych federacji, żeby obecny sezon ligowy zakończyły do 30 czerwca, bo tego dnia kończą się kontrakty zawodnikom. Rozwój pandemii koronawirusa zmusił jednak piłkarskie władze do zmiany stanowiska i już 1 kwietnia oficjalnie podano, że rozgrywki mogą zostać przedłużone, a w klubom dano możliwość zawierania krótkoterminowych umów z tymi graczami, którym kończyły się one 30 czerwca, a byli ważnymi graczami w drużynach.
Stanowisko UEFA jak na razie zlekceważyła jedynie liga belgijska, która postanowiła zakończyć rozgrywki z uznaniem kolejności w tabeli po ostatniej rozegranej kolejce. Decyzja Belgów wywołała burzę w europejskiej federacji, a jej władze zagroziły nawet wykluczeniem belgijskich (i każdej innej ligi, która postąpi podobnie) wyrzuceniem z europejskich pucharów. Nie można było jednak przedłużać tego sezonu w nieskończoność, a już pojawiały się spekulacje, że na przykład Liga Mistrzów może skończyć się dopiero w połowie sierpnia.
Dlatego prezydent Aleksander Ceferin postanowił je przerwać i w wypowiedzi udzielonej niemieckiej stacji telewizyjnej ZDF oznajmił: „Wszystkie rozgrywki, także Liga Mistrzów i Liga Europy, muszą zostać zakończone do 3 sierpnia. Sytuacja jest nadzwyczajna, więc będzie można grać w tych samych terminach zarówno mecze ligowe, jak i w europejskich pucharach. Musimy być elastyczni”.
Piłkarze wrócą, kibice nie
Ale o ile piłkarze w czerwcu powinni wrócić do gry, to raczej na pewno przyjdzie im rywalizować bez udziału publiczności. „To oczywiste, że piłka nożna bez kibiców nie jest tym samym sportem, co z ich udziałem. Nie mamy jednak wyboru, bo w obecnej sytuacji lepiej jest grać bez kibiców na trybunach, ale mieć transmisje telewizyjne z meczów, bo dzięki temu kluby otrzymają pieniądze z tytułu praw telewizyjnych i od sponsorów” – stwierdził Ceferin.
Z najnowszych ustaleń wynika, że nasze piłkarskie ligi mają wznowić rozgrywki w połowie czerwca, o ile rzecz jasna epidemia koronawirusa zacznie do tego czasu wygasać. Taki termin najczęściej wymieniany jest w dyskusjach podczas wideokonferencji z udziałem klubów ekstraklasy i I ligi. Nie ma jednak pewności, czy uda się rozegrać wszystkie spotkania, bo zostało jeszcze sporo kolejek – w PKO Ekstraklasie 11, zaś w I lidze i II lidze po 12. Piłkarze musieliby grać praktycznie co trzy dni, a przecież pozostaje jeszcze do dokończenia rywalizacja w Pucharze Polski.
Nikt jednak w naszym futbolowym światku nie kwestionuje tych planów, wręcz przeciwnie – panuje powszechna determinacja, żeby z tego rozwalonego kompletnie przez epidemię sezonu uratować tyle pieniędzy, ile się tylko da. Straty zapowiadają się jednak potężne i w klubach już słychać dzwony alarmowe. Władze większości z nich skorzystały już z możliwości obniżenia wynagrodzeń piłkarzy w usankcjonowanej przez rozporządzenie rady nadzorczej Ekstraklasy SA maksymalnej 50-procentowej opcji. Poinformowały o tym m.in. Śląsk Wrocław, Cracovia, Pogoń Szczecin, Wisła Kraków, Lechia Gdańsk. W pozostałych jeszcze toczą się w tej sprawie negocjacje, ale zawodnicy stoją w nich na straconej pozycji.
Nawet Legia tnie zarobki
Nawet w uchodzącej za najbogatszy w PKO Ekstraklasie klub Legii Warszawa pracę straciło już 40 osób zatrudnionych w działach marketingu, sprzedaży i obsługi medialnej, a pozostałym pracownikom, w tym także trenerom z wszystkich pionów szkoleniowych, płace obcięto o 50 procent. W tej sytuacji wątpliwe jest, by piłkarze uniknęli redukcji płac o połowę. A jest z czego kroić, bo Legia ma w swojej kadrze najwięcej zawodników zarabiających ponad 100 tysięcy złotych miesięcznie, a wśród nich rekordzistów ekstraklasy pod tym względem – Artura Jędrzejczyka (250 tys. złotych miesięcznie), Chorwata Domagoja Antolicia (150 000 zł), Janusza Gola (Cracovia, 130 000 zł), Duńczyka Christiana Gytkjaera (Lech Poznań, 120 000 zł), Holendra serbskiego pochodzenia Marko Vejinović (Arka Gdynia, 120 000 zł), Filipa Starzyńskiego (Zagłębie Lubin, 115 000 zł), Czarnogórca Marko Vesovicia (Legia, 113 000 zł), Litwina Arvydasa Novikovasa (Legia, 100 000 zł), Chorwata Ivana Runje (Jagiellonia Białystok, 100 000 zł), Słowaka Dusana Kuciaka (100 000 zł). Ta lista niekoniecznie musi odzwierciedlać stan faktyczny ani pod względem podawanych kwot, ani stworzonej na ich podstawie hierarchii.
Wysokość zarobków jest we wszystkich klubach pilnie strzeżoną tajemnicą, a jeśli jakieś wiadomości w tej kwestii wyciekają do mediów, zazwyczaj są to „przecieki kontrolowane”, służące do wywołania chwilowego wzburzenia opinii publicznej i nastawienia jej przeciwko „szokująco wysoko opłacanym piłkarzom”. Właśnie teraz mamy do czynienia z taką sytuacją, bo klubowi działacze właśnie zmuszają zawodników do zgody na 50-procentowe cięcia zarobków.
Sponsorzy wypowiadają umowy
Właściciel i prezes Cracovii Janusz Filipiak z powodu epidemii utknął w Szwajcarii i z tego kraju podejmuje decyzje. W wypowiedzi dla TVP Sport przyznał: „U nas wszyscy sponsorzy wypowiedzieli umowy, bo liga nie gra, więc nie mają reklamy, za którą płacą. Piłkarze mogą mieć roszczenia, tylko co z tego, skoro pieniędzy w klubowej kasie nie ma. A banki, o czym jestem przekonany, nie będą dawać klubom kredytów na pensje piłkarzy. To jest oczywiste. Tymczasem Canal+ zapłaci ostatnia transzę za prawa medialne dopiero jak rozgrywki zostaną wznowione. To nie będą przelewy wsteczne”.
Filipiak przyznał, że jego firma, Comarch, będzie musiała zmniejszyć finansowe zaangażowanie w Cracovię. Nie planuje jednak wyjścia z klubu i twierdzi, że poradzi sobie z utrzymaniem drużyny. „Na korzyść Comarchu działa to, że sprzedajemy usługi wirtualne. Cały czas obserwujemy biznesowy barometr firmy i on nie wygląda źle. Dlatego w tej chwili nie rozpatruję wycofania się z dalszego finansowania Cracovii. Ale na pewno rozważymy stopień zaangażowania. On na skali nie będzie wynosił zero, ale też nie sięgnie 100 procent jak do tej pory. Klub utrzymamy, ale tylko przy rozsądnych kosztach” – zapewnia właściciel Cracovii.

Chwała hojnym mecenasom

Kto jest najbardziej wpływową postacią w polskim sporcie? Miesięcznik „Forbes” najwyższe miejsce na swojej liście przyznaje prezesowi PZPN Zbigniewowi Bońkowi, drugie Adamowi Małyszowi, a trzecie Robertowi Lewandowskiemu. Dopiero na czwartym miejscu znalazł miejsce dla szefa WADA Witolda Bańki. To nie jedyna bzdura w tym zestawieniu.

Ranking „Forbesa” oparto na dwóch kryteriach – opiniach 20 ekspertów, głównie z branży marketingu sportowego (70 procent wskazań w łącznej ocenie) oraz badaniach tzw. oddźwięku społecznego (pozostałe 30 procent). To trochę tłumaczy dlaczego na jednej liście najwięksi mecenasi polskiego sportu musieli konkurować m.in. z popularnymi komentatorami sportowymi oraz czynnymi sportowcami. Nie tłumaczy jednak zdumiewającego faktu, że mecenasi tę rywalizację przegrali. Dla przykładu – właściciel Polsatu Zygmunt Solorz w zestawieniu najbardziej wpływowych osób w branży sportowej wg. „Forbesa” zajął dopiero 11. miejsce, chociaż ma w ręku stację telewizyjną od lat mocno stawiającą na sport, a do tego sieć telekomunikacyjna Plus, która jest sponsorem głównym siatkarskiej ekstraklasy mężczyzn oraz reprezentacji narodowej.

Jeszcze niżej od Solorza, bo na 22. miejscu, eksperci „Forbesa” umieścili prezesa Telewizji Polskiej Jacka Kurskiego. Pomijając jego propagandowe wspieranie rządzącej prawicowej koalicji, to trzeba przyznać, że na niwie sportowej mocno się zasłużył. W okresie jego czteroletnich rządów publiczny nadawca znacznie poszerzył ofertę transmisji sportowych, a kodowany wcześniej kanał TVP Sport przeniósł do naziemnej telewizji cyfrowej. TVP pokazuje też po mecz piłkarskiej ekstraklasy oraz reprezentacji piłkarskiej, siatkarzy i siatkarek.

Na szczycie listy najbardziej wpływowych postaci nie powinno też zabraknąć szefów największych spółek skarbu państwa, jak PKN Orlen, PGNiG, PGE, Grupa Azoty, Enea, właścicieli klubów sportowych finansujących ich działalność także z własnej kieszeni, jak Dariusza Mioduskiego (właściciel i prezes aktualnego lidera piłkarskiej ekstraklasy Legii Warszawa), Janusza Filipiaka (właściciel i prezes wicelidera ekstraklasy Cracovii), Bertusa Servaasa (właściciel najlepszego polskiego zespołu piłki ręcznej PGE Vive Kielce) czy Dariusza Miłka, właściciela najlepszej polskiej zawodowej grupy kolarskiej CCC, jedynej w światowej elicie.

 

Trudno jest rządzić w ekstraklasie

Pod względem sportowym nasza piłkarska ekstraklasa to europejska druga liga, czego najlepszym dowodem jest żenująco słaba postawa jej najlepszych drużyn w europejskich pucharach. Prezes PZPN Zbigniew Boniek mówi wprost, że winni temu są ludzie zarządzający na co dzień klubami. Ta raczej kontrowersyjna ocena.

W odróżnieniu od prezesa PZPN, który jako szef piłkarskiego związku nie wykłada na jego działalność własnych pieniędzy, większość sterników ligowych klubów w większym lub mniejszym stopniu łoży na ich utrzymanie ze swojej kieszeni. Do prezesów, którzy zarazem są też właścicielami lub co najmniej współudziałowcami klubów, zaliczają się Janusz Filipiak (Cracovia), Dariusz Mioduski (Legia), Cezary Kulesza (Jagiellonia), Jarosław Mroczek (Pogoń Szczecin) i Tomasz Salski (ŁKS Łodź). Trudno stwierdzić, za którym z nich stoją większe pieniądze, ale jeśli wierzyć informacjom o wysokości budżetów poszczególnych klubów, to na szali największe kwoty kładzie właściciel stu procent akcji stołecznej Legii.

Mioduski pojawił się w Legii już w 2004 roku, gdy klub przejął holding ITI. Został wtedy członkiem rady nadzorczej, a 10 lat później do spółki z Leśnodorskim odkupił Legię od Mariusza Waltera i spadkobierców Jana Wejcherta. Objął wtedy 60 procent akcji, a potem wykupił od współudziałowców pozostałe 40 i od 2,5 roku jest jedynym właścicielem stołecznego klubu. Przejął Legię pół roku po awansie do fazy grupowej Ligi Mistrzów, ale jak do tej pory nie zdołał powtórzyć tego osiągnięcia. W dwóch kolejnych sezonach legioniści odpadali w kwalifikacjach europejskich pucharów w żenującym stylu, a w minionym sezonie straciła nawet prymat na krajowym podwórku na rzecz Piasta Gliwice. To jednak Legia w tym sezonie jako jedyna z kwartetu naszych „pucharowiczów” dotarła do ostatniej fazy eliminacji (rewanżowy mecz z Glasgow Rangers zakończył się po zamknięciu wydania).

Filipiak z kolei jest jedynym w gronie właścicieli naszych piłkarskich klubów szefem i właścicielem spółki notowanej na Giełdzie Papierów Wartościowych. Jego Comarch jest jedną z największych polskich firm informatycznych, działa w 31 krajach. Na liście najbogatszych Polaków „Forbesa” znalazł się na 95. miejscu. Poza nim w tym zestawieniu nie ma innego właściciela polskiego klubu piłkarskiego.

Wszechwładny szef Jagiellonii Cezary Kulesza działa w branży muzycznej specjalizującej się w segmencie disco polo i finansowa przejrzystość nie jest mu potrzebna. Kulesza w Jagiellonii jako działacz pojawił się 2008 roku, zostając dyrektorem sportowym. Potem wszedł do zarządu klubu, a w styczniu 2010 roku został jego prezesem. W białostocki klub zainwestował własne pieniądze, ale dzisiaj jest jednym z dziewięciu współwłaścicieli. Takiego rozproszenia nie ma w żadnym innym klubie ekstraklasy, ale nie jest tajemnicą, że Kulesza ma w Jagiellonii decydujące zdanie. Jak wieść niesie w najbliższych wyborach władz PZPN zostanie wystawiony do walki o fotel prezesa i ma duże szanse go zdobyć.

Jarosław Mroczek tuż przed ustrojową transformacją założył z kolegami w Szczecinie firmę EPA, dzisiaj jednego z największych graczy na polskim rynku ekoenergii. W 2009 roku do Mroczka z prośbą o pomoc zgłosili się działacze odradzającej się po bankructwie Pogoni. Nie odmówił, bo jako dziecko sam grał w szczecińskim klubie. Dzisiaj EPA ma 74 procent akcji, zaś Mroczek od 2011 roku pełni z powodzeniem także funkcję prezesa Pogoni.

ŁKS-em z nie mniejszym powodzeniem rządzi natomiast Tomasz Salski, właściciel firmy „Klepsydra” zarządzającej siecią domów pogrzebowych i krematoriów na terenie Łodzi, Koluszek i Krakowa. Przy jego dużym udziale łódzki zespół powrócił do ekstraklasy po siedmiu latach przerwy. Najpierw tylko wspierał klub finansowo, ale w 2016 roku stanął na jego czele zastępując Marka Saganowskiego i Tomasza Wieszczyckiego. Pod wodzą Salskiego piłkarze ŁKS-u awansowali rok po roku z III ligi do ekstraklasy.
Trudno powiedzieć dlaczego ekstraklasa, mając w swoich szeregach takich obrotnych ludzi, nie jest w stanie w swoim gronie wypracować takie zasady współpracy, żeby jej poziom sportowy systematycznie wzrastał. Zwłaszcza, że w pozostałych 11 klubach rządzą ludzie znający się na rzeczy. Prezesami na pełny etat są Karol Klimczok w Lechu, Wojciech Cygan w Rakowie Częstochowa, Piotr Waśniewski w Śląsku Wrocław, Grzegorz Stańczuk w Arce Gdynia, Paweł Żelem w Piaście Gliwice, Piotr Obidziński w Wiśle Kraków, Mateusz Drożdż w Zagłębia Lubin, Krzysztof Zając w Koronie Kielce czy wreszcie pełniący od niedawna funkcję prezesa zarządu Lechii Gdańsk Janusz Biesiada, wcześniej znany w działalności w siatkówce.
Tymczasem jest tak, że skauci z klubów zachodniej Europy bezkarnie buszują po Polsce i wyciągają za bezcen utalentowanych graczy, a jeśli już na boiskach ekstraklasy objawi się jakiś talent, jest sprzedawany w porównaniu z europejskimi realiami za przysłowiową czapkę gruszek.

Wspomniany już Janusz Filipiak jeszcze dekadę temu stawiał w Cracovii na polskich piłkarzy, także na wychowanków. Teraz w ekipie „Pasów” są gracze z całego świata, ale największe pieniądze w ostatnich latach na transferach krakowski klub zarobił ze sprzedaży Bartosza Kapustki i Krzysztofa Piątka.

Zestaw par 7. kolejki PKO Ekstraklasy
Piątek: Arka Gdynia – Górnik Zabrze, godz. 18:00, sędziuje Jarosław Przybył;
Korona Kielce – Jagiellonia Białystok, godz. 20:30, sędziuje Szymon Marciniak.
Sobota: Wisła Płock – ŁKS Łódź, godz. 15:00, sędziuje Krzysztof Jakubik;
Piast Gliwice – Lechia Gdańsk, godz. 17:30, sędziuje Paweł Raczkowski;
Wisła Kraków – Zagłębie Lubin, godz. 20:00, sędziuje Daniel Stefański.
Niedziela: Śląsk Wrocław – Pogoń Szczecin, godz. 15:00, sędziuje Piotr Lasyk;
Lech Poznań – Cracovia, godz. 17:30, sędziuje Bartosz Frankowski;
Legia Warszawa – Raków Częstochowa, godz. 20:00, sędziuje Tomasz Musiał.

 

Odprysk z futbolowej afery korupcyjnej

Klub piłkarski, konkretnie Cracovia, próbuje bezskutecznie wyegzekwować prawomocnie zasądzone odszkodowanie za udowodnioną i ukaraną sprzedaż w 2006 roku meczu ligowego z Zagłębiem Lubin od swojego byłego piłkarza Pawła D. I nie może, bo chociaż D. nadal kręci się w piłkarskim środowisku, nie można namierzyć jego adresu.

Cracovia bezskutecznie próbuje wyegzekwować od Pawła D. 100 tys. złotych odszkodowania za naruszenie dóbr osobistych. W 2006 roku piłkarz wraz z sześcioma innymi zawodnikami „Pasów” sprzedał mecz Zagłębiu Lubin. Miało to miejsce 13 maja 2006 roku, w ostatniej kolejce sezonu piłkarskiej ekstraklasy. Cracovia zremisowała wtedy bezbramkowo z prowadzonym przez Franciszka Smudę Zagłębiem Lubin. Wynik ten zapewnił lubińskiej drużynie trzecie miejsce na koniec rozgrywek i awans do Pucharu UEFA. Rezultat meczu ustaliło między sobą siedmiu piłkarzy Cracovii i ośmiu graczy Zagłębia.

Za podłożenie się Zagłębiu zawodnicy Cracovii otrzymali do podziału łapówkę w wysokości 100 tys. złotych. Gracze Zagłębia przeznaczyli na ten cel część premii, które mieli dostać za wywalczenie awansu do rozgrywek UEFA. W czerwcu 2011 roku sześciu z siedmiu zaangażowanych w przekręt piłkarzy Cracovii dobrowolnie poddało się karze. Wyłamał się tylko wspomniany Paweł D., który jednak został za to skazany w normalnym procesie. Ponadto otrzymał też od PZPN karę dyskwalifikacji. Bulwersujące w tej historii było także to, że w ustawieniu wyniku tego meczu brało udział łącznie ośmiu byłych lub aktualnych reprezentantów Polski.

W wielkiej aferze korupcyjnej w polskim futbolu udowodniono przekręt w ponad sześciuset meczach we wszystkich niemal klasach rozgrywkowych, lecz spotkanie Cracovii z Zagłębie jest pod jednym względem wyjątkowe – krakowski klub jako pierwszy pozwał swoich piłkarzy o odszkodowanie za naruszenie dóbr osobistych.

Cracovia pozwem w koruptorów

W listopadzie 2012 roku Cracovia wystąpiła z cywilnym pozwem przeciwko Piotrowi B., Marcinowi B., Pawłowi D., Tomaszowi M., Sławomirowi O. i Mateuszowi R. W grudniu 2014 roku sąd uznał w całości powództwo Cracovii, obligując wspomnianych piłkarzy do przesłania na adres klubu własnoręcznie sygnowanych listów z przeprosinami, zapłacenia na rzecz klubu solidarnie odszkodowania w kwocie 100 tys. złotych oraz symbolicznego zadośćuczynienia w kwocie 1 zł za naruszenie dóbr osobistych.
Od ogłoszenia wyroku minęło już cztery i pół roku, a Cracovia nadal odszkodowania nie otrzymała. Tytuł wykonawczy został zasądzony solidarnie, lecz klub nie domaga się w tej chwili pieniędzy od wszystkich ukaranych zawodników, a tylko od Pawła D. Problem polega na tym, że w toku postępowania egzekucyjnego trzeba ustalić majątek, co nie jest proste, bop Paweł D. wciąż zmienia adresy i przez to są trudności w ustaleniu jego obecnego miejsca pobytu.

Co ciekawe, Paweł D., jedyny oskarżony w tej sprawie gracz Cracovii, który nie poddał się dobrowolnie karze, w zeznania innych oskarżonych jawi się jako inicjator procederu. Ponadto to on otrzymał lwią część zebranej przez piłkarzy Zagłębia kwoty, zatrzymując dla siebie 43 ze 100 tys. złotych łapówki. W kwietniu 2015 roku został za to skazany, a wyrok uprawomocnił się siedem miesięcy później. D. do końca utrzymywał, że jest niewinny.
Ten były zawodnik Pogoni Szczecin, Zagłębia Lubin, Cracovii i Łódzkiego Klubu Sportowego, ma też na koncie jeden występ w reprezentacji Polski (2002). Po zakończeniu kariery (2010) działał w Stowarzyszeniu Profesjonalnych Piłkarzy i Amatorów, którego misją miała być walka o prawa piłkarzy, teraz próbuje powołać do życia organizację konkurencyjną wobec działającego Polskiego Związku Piłkarzy, na czele którego na początku kwietnia stanął Euzebiusz Smolarek.

Sprawa bez przebaczenia

Paweł D. ukrywa swój majątek od wielu lat, jeszcze w trakcie śledztwa dotyczącego meczu z Zagłębiem dowodził, że jest na utrzymaniu rodziny i taki zapis pojawił się w aktach sprawy. Nie ma jednak szans na to, że Cracovia mu odpuści. Ta zawziętość nie wzięła się bez powodu. W kwietniu 2008 roku Paweł D. złożył zawiadomienie do prokuratury, które doprowadziło do zatrzymanie prezesa i właściciela Cracovii Janusza Filipiaka oraz dwóch wiceprezesów klubu Jakuba Tabisza i Rafała Wysokiego pod zarzutem antydatowania kontraktu D., sfałszowania jego podpisu i działania na jego szkodę przez naruszanie praw pracowniczych. D. pozostawał już wtedy w otwartym konflikcie z klubem, bo rok wcześniej jego umowa z Cracovią została rozwiązana z winy pracodawcy, ponieważ przez kilka miesięcy był poza kadrą pierwszej drużyny i nie otrzymywał wynagrodzenia. Piłkarz żądał od Cracovii 1,2 mln zł odszkodowania, ale Piłkarski Sąd Polubowny przyznał mu jedną trzecią tej kwoty.
Zatrzymanie Filipiaka było spektakularne i odbiło się szerokim echem. D. doprowadził do upokorzenia jednego z najbogatszych Polaków. Właściciel Cracovii został skuty kajdankami na lotnisku w Balicach tuż po wyjściu z samolotu i spędził w areszcie 16 godzin, a opuścił go dopiero po wpłaceniu poręczenia majątkowego w wysokości 100 tys. zł.

Dwa tygodnie później sąd orzekł, że Filipiak został zatrzymany bezpodstawnie i nielegalnie, za co osobiście przeprosił go ówczesny minister sprawiedliwości prof. Zbigniew Ćwiąkalski. Także zatrzymanie Tabisza i Wysokiego sąd uznał za bezpodstawne. Ostatecznie wszyscy zostali oczyszczeni z zarzutów, a sprawę umorzono. Tabisz i Wysocki dostali od Skarbu Państwa symboliczne zadośćuczynienie (po 2,5 tys. zł). Filipiak nie wystąpił o rekompensatę finansową. Ale Paweł D. nie ma wstępu na Cracovię i nie ma co liczyć na łaskę.

 

Rekordowy transfer Krzysztofa Piątka

Rok temu o tej porze Krzysztof Piątek zaczynał z zespołem Cracovii przygotowania do rundy wiosennej Lotto Ekstraklasy. Dzisiaj jest bohaterem rekordowego transferu w historii polskiego futbolu. W środę przeszedł z Genoi do AC Milan za 35 mln euro.

Transferowa saga Krzysztofa Piątka trwała kilka tygodni. Pozyskany latem przez Genoę z Cracovii za cztery miliony euro 23-letni napastnik przez pół roku zrobił w Serie A taką furorę, że chrapkę na jego pozyskanie miał nawet wielki Real Madryt. Ostatecznie polski piłkarz wylądował w AC Milan, też wielkie firmie o uznanej marce, chociaż w ostatnich latach mocno podupadłej. Mediolańczycy bardzo jednak chcą się z tego marazmu wyrwać i uznali, że młody polski snajper, który przez pół roku w 21 meczach rozegranych w barwach Genoi strzelił 19 goli, z czego w Serie A 13, może im w tym pomóc. Piątek w środę 23 stycznia przybył do centrum treningowego AC Milan, gdzie przeszedł pomyślnie testy medyczne, a następnie parafował kontrakt obowiązujący do końca czerwca 2023 roku.

Mediolański klub zapłacił za niego 35 mln euro plus tzw. bonusy za osiągnięcia, które mogą przynieść klubowi z Genui kolejne pięć milionów euro. W sumie zatem Piątek może kosztować nawet 40 mln euro, ale już bazowe 35 milionów jest nowym transferowym rekordem w naszym futbolu.

Lewy jest wciąż najdroższy

Oczywiście formalnym, bo de facto wciąż najdroższym polskim piłkarzem jest Robert Lewandowski. Pamiętajmy, że Bayern Monachium oferował za niego Borussii Dortmund prawie 100 mln euro, ale jak wiadomo działacze dortmundzkiego klubu nie zgodzili się na transfer i zmusili „Lewego” do wypełnienia kontraktu, w efekcie czego rok później przeszedł od do bawarskiego potentata za darmo. Jeszcze więcej gotów był zapłacić za Lewandowskiego Real Madryt, ale z kolei działaczy Bayernu nie skusiła nawet kwota 140 mln euro. Wartość rynkowa kapitana reprezentacji Polski, choć skończył niedawno 30 lat, szacowana jest obecnie na poziomie 75-85 milionów euro. Biorąc jednak pod uwagę transfery dokonane, to od środy numerem 1 pod względem kwoty jest Krzysztof Piątek, który zepchnął na druga pozycję dotychczasowego lidera, Arkadiusza Milika, za którego SSC Napoli zapłaciło Ajaksowi Amsterdam 32 mln euro.

Przejście Piątka do Milanu to najważniejsze wydarzenie w lidze włoskiej w zimowym oknie transferowym. Polak znalazł się w czołówce najdroższych piłkarzy w historii „Rossonerich”, z czego zapewne ucieszył się właściciel Cracovii Janusz Filipiak, bo do czterech milionów jakie krakowski klub zarobił latem ubiegłego roku na jego transferze do Genoi, dostanie za niego kolejne dwa miliony euro, bo w umowie transferowej miał zagwarantowane pięć procent od kolejnej transakcji. Wątpliwe by sternik „Pasów” spodziewał się tak szybkiego zastrzyku dodatkowej gotówki, za to trener tego zespołu Michał Probierz ma teraz powody do chwały, bo żegnając odchodzącego Piątka publicznie stwierdził, że następny transfer tego gracza będzie kosztował kupujących 35-40 mln euro. Jak widać przewidział trafnie, chociaż zapewne i on nie sądził, że do kolejnego transferu Piątka dojdzie tak szybko.

Nie chciał numeru 9

W zespole Geniu Piątek występował z numerem 9, jak Robert Lewandowski w Bayernie Monachium. Podpisując 4,5-letni kontrakt z AC Milan mógł zażyczyć sobie „9” na koszulkach. Ale ktoś mu to odradził i nie była to chyba zła rada. „Dziewiątkę” w mediolańskiej drużynie nosił kiedyś legendarny snajper Filippo Inzaghi. Po nim każdemu napastnikowi, który wybierał ten numer, szło jak po grudzie. Sparzyli się na nim tak wybitni przecie gracze, jak Brazylijczyk Alexandre Pato, Hiszpan Fernando Torres czy ostatnio Argentyńczyk Gonzalo Higuain. Piłkarze, którzy po Inzaghim grali z „9”, a było ich do tej pory ośmiu, strzelili łącznie w Serie A zaledwie 25 goli.
Niewykluczone, że Piątek przełamałby klątwę ciążącą na tym numerze, ale widać polski napastnik jest przesądny, bo na wszelki wypadek poprosił o przydzielenie mu numeru „19”. I z takim będzie teraz hasał po boiskach Serie A. Czy nadal tak skutecznie jak robił to w barwach Genoi?

Gotowy do wyzwań

W czwartek odbyła sie oficjalna prezentacja Piątka w nowym klubie. Na specjalnie zwołanej konferencji prasowej towarzyszyli mu Paolo Maldini i Leonardo, dwaj legendarni gracze „Rossonerich”, a dzisiaj dyrektorzy klubu. Piątek trzymał fason. „Od dziecka byłem fanem AC Milan, marzyłem żeby tu trafić, ale nigdy nie myślałem, że będę mógł w nim zagrać. To niesamowite uczucie, zwłaszcza gdy uświadamiam sobie, że obok mnie siedzi Paolo Maldini, legenda klubu. Wierzę, że stanę się ważną częścią zespołu, codziennie na to ciężko pracuję i jestem gotowy na to wyzwanie. W moim życiu pod jednym względem nic się nie zmieniło, nadal chcę strzelać gole” – powiedział Piątek. Miejmy nadzieję, że będzie to robił.