Wojna Wdowiaka z Cracovią

Nie podobały się nam szykany właściciela Napoli Aurelio De Laurentiisa wobec Arkadiusza Milika, tymczasem w naszej ekstraklasie mamy podobny przypadek. Napastnik Cracovii Mateusz Wdowiak także nie chciał przedłużyć umowy i za karę we wrześniu ub. roku został wyrzucony z kadry pierwszego zespołu. Teraz znalazł nowego pracodawcę, bo trzyletni kontrakt zaoferował mu Raków Częstochowa. Ale jeśli szefowie Cracovii się uprą, będzie mógł zmienić barwy dopiero od 1 lipca.

Jeszcze w połowie ubiegłego roku 24-letni Wdowiak był w Cracovii bohaterem, bo to jego gol dał „Pasom” zwycięstwo w rozegranym 24 lipca finale Pucharu Polski i zapewnił im pierwsze od 72 lat trofeum. Dwa miesiące później piłkarz, nawiasem mówiąc wychowanek Cracovii, popadł jednak w niełaskę u właściciela klubu Janusza Filipiaka, bo odmówił przedłużenia wygasającej 30 czerwca 2021 roku umowy. Za karę został przesunięty do zespołu rezerw, co dla tego utalentowanego napastnika, byłego młodzieżowego reprezentanta kraju, ze sportowego punktu widzenia było hamulcem w piłkarskim rozwoju. Prezes Filipiak tak przedstawiał wtedy powody swojej decyzji. „Moja osobista pretensja do Wdowiaka polega na tym, że z jego powodu klub znowuż został opluty. On jest kolejnym piłkarzem, któremu pieniądze przewróciły w głowie. W sierpniu (2020 roku – przyp. red.) osobiście prosiłem, żeby zaproponować Wdowiakowi dwukrotną podwyżkę kontraktu i znaczącą sumę za przedłużenie umowy. Odpowiedział, że bardzo się cieszy, ale prosił żeby w tej sprawie rozmawiać z jego menedżerem. A ten dwa dni później przysyła pismo, że jest zgoda na proponowaną podwyżkę i wysokość kwoty za podpis pod kontraktem, lecz kwota odstępnego ma być znacznie niższa. Zaczęły się negocjacje, które niczego nowego nie wnosiły i w końcu mnie to zmęczyło, więc przekazałem Wdowiakowi, że skoro tak bardzo mu źle w Cracovii i chce z niej odejść, to proponuję mu natychmiastowe rozwiązanie kontraktu za porozumieniem stron. I on się na to zgodził, ale jego menedżer zażądał pieniędzy dla siebie, swojego prawnika i na końcu także dla Wdowiaka. I to większe niż gdyby został w Cracovii do końca kontraktu. Nie mogłem się na to zgodzić, bo to była próba wyszarpania z klubu pieniędzy. A w Cracovii pieniądze mają właściciela. Nie są bezimienne, nie spadają z nieba. Nie mam zamiaru być frajerem i płacić piłkarzom i ich menedżerom wydumanych z sufitu kwot. Nie godzę się na to i to jest problem. Proszę spojrzeć na ranking polskich klubów pod względem opłat dla menedżerów. Są kluby, które mają właściciela państwowego i samorządowego, gdzie idzie kolosalna kasa dla agentów. Od nas nie idzie i to rodzi problemy. Ale nie zmieniam podejścia, bo walczę o nową jakość w naszym klubowym futbolu” – zapewniał Janusz Filipiak kilka miesięcy temu.
Interesy Wdowiaka reprezentuje agencja menedżerka BMG-Sport, której właścicielem jest Bartłomiej Bolek. Należy do liczących się na rynku transferowym, a z jej usług korzystają między innymi Piotr Zieliński, Łukasz Piszczek, Paweł Wszołek, Bartosz Białek, Kamil Grabara, Patryk Dziczek, Bartosz Kapustka, Michał Helik, Radosław Murawski czy Alan Czerwiński.
Wdowiak wedle branżowego portalu transfermarkt.pl wart jest obecnie 300 tys. euro, a jeszcze w sierpniu ubiegłego roku, czyli tuż przed banicją do rezerw Cracovii, jego transferową wartość wyceniano na pół miliona euro. Gdyby regularnie grał w pierwszej drużynie „Pasów”, pewnie te wyceny byłyby znacznie wyższe.
Krakowski klub raczej już na nim nie zarobi, bo Wdowiak właśnie podpisał trzyletni kontrakt z wiceliderem PKO Ekstraklasy Rakowem Częstochowa. Miał do tego prawo, bo w myśl przepisów na pół roku przed końcem obowiązującej umowy piłkarz może podpisać kontrakt z nowym klubem, który jednak zacznie obowiązywać dopiero po wygaśnięciu dotychczasowej umowy. Dla Wdowiaka, który ma na koncie 152 występy w ekstraklasie i 13 strzelonych goli oraz 22 asysty, rodzi to problem, bo ma w perspektywie kolejne pół roku spędzone w trzecioligowych rezerwach Cracovii.
W przypadku Arkadiusza Milika wściekły na niego De Laurentiis w końcu odpuścił i dzięki temu piłkarz po półrocznym siedzeniu na trybunach przeniósł się do Olympique Marsylia, a SSC Napoli dostało jeszcze za niego osiem milionów euro w gotówce oraz kolejne cztery ma zagwarantowane w tzw. bonusach. Raków Częstochowa też mógłby podążyć tym tropem i zaproponować Cracovii jakąś przyzwoite pieniądze za zgodę na przejście Wdowiaka już w styczniu. Menedżer piłkarza ma jednak inny pomysł na załatwienie tej sprawy. Złożył pozew przeciwko Cracovii do Sądu Piłkarskiego w PZPN, domagając się rozwiązania kontraktu z winy klubu. 18 stycznia tego roku odbyła się rozprawa w tej sprawie i teraz wszystkie zainteresowane strony czekają na werdykt.

Nowa baza Cracovii

Piłkarze Cracovii od nowego roku mogą korzystać z nowej bazy treningowej w Rącznej. Do ich dyspozycji jest m.in. siedem boisk, hala, hotel na 50 miejsc i 11 szatni. Inwestycja kosztowała blisko 50 mln złotych.

Rączna wieś na obrzeżach Krakowa. Jak twierdzi właściciel i prezes Cracovii Janusz Filipiak, teren pod budowę ośrodka (dziewięć hektarów płaskiego terenu) wypatrzyła jego żona. Pomysł budowy w tym miejscu ośrodka treningowego zrodził się w 2015 roku, a jego budowa ruszyła w maju 2019 roku. Po 586 dniach od rozpoczęcia prac w miniony wtorek (5 stycznia) piłkarze „Pasów” przeprowadzili się z dotychczasowego centrum treningowego przy Wielickiej 101 do nowej bazy. Pod względem komunikacyjnym nic nie stracili, bo z Rącznej do stadionu Cracovii przy ul. Kałuży 1 jest tylko 14 km, czyli niepełna 20 minut jazdy autokarem. Jeszcze bliżej jest stąd do lotniska w Balicach.
W skład zajmującego prawie 10 ha kompleksu w Rącznej wchodzi siedem boisk treningowych – sześć z nawierzchnią trawiastą, w tym jedno podgrzewane oraz jedno z nawierzchnią syntetyczną. Cztery z nich mają oświetlenie. Ponadto piłkarze mają do dyspozycji halę sportową z ekologiczną drewnianą konstrukcją, bazę hotelową na 50 miejsc, 11 szatni oraz zaplecze z siłownią, salą do ćwiczeń o powierzchni 150 m2 i strefa odnowy biologicznej z basenami, saunami i komorą do krioterapii. W ośrodku jest też restauracja, centrum konferencyjne i centrum badawcze, które ma działać we współpracy Cracovii z Akademią Wychowania Fizycznego w Krakowie w zakresie fizjologii sportu. Przy jednym z boisk zbudowano trybunę na 500 osób, dzięki czemu w Rącznej swoje mecze będzie mogła rozgrywać trzecioligowe rezerwy. Inwestycja kosztowała niespełna 50 mln złotych, z czego osiem milionów pozyskano z budżetu ministerstwa sportu.
Mając takie znakomite warunki krakowski klub w tym roku zrezygnował z zimowego zgrupowania za granicą. Także sparingi rozegra z rywalami z okolicy – z Puszczą Niepołomice, Bruk-Betem Nieciecza, GKS Katowice i słowackim MSK Zilina.

Czołganie Cracovii

Kolejne derby Krakowa Cracovia – Wisła, odbiła się szerokim echem w Polsce, ale bynajmniej nie za sprawą genialnej gry piłkarzy, tylko mocno kontrowersyjnego zachowania prezesa ekipy „Pasów” Janusza Filipiaka, który w niewybrednych słowach komentował decyzje sędziującego spotkanie Daniela Stefańskiego.

Piątkowe derby Krakowa zapewne przeszłyby do historii bez echa, gdyby w 61. minucie sędzia Daniel Stefański nie podyktował rzutu karnego dla zespołu Wisły. W tym momencie był remis 0:0, zatem taka decyzja miała duże znaczenie dla przebiegu rywalizacji. Nic dziwnego, że decyzja arbitra wzburzyła nie tylko graczy zespołu gospodarzy, poderwała z łąwki trenera Michała Probierza i wszystkich rezerwowych, ale doprowadziła też do furii obecnych na trybunach szefów Cracovii i zaproszonych przez nich do ich loży gości. Ponieważ jak wiadomo z powodu pandemii mecze odbywają się przy pustych trybunach, głośne okrzyki są doskonale słyszalne w telewizyjnych relacjach.
Wygląda na to, że prezes ekipy „Pasów” i zarazem właściciel klubu oraz towarzyszący mu w loży współpracownicy o tym zapomnieli i ich wyzwiska, jak to się zwykło mówić, poszły w świat. „Stefański! Jesteś ch…! – darł się Janusz Filipiak. „Stefański! Ty ch…! Obejrzyj sobie VAR” – wtórował mu wiceprezes klubu i prawa ręka właściciela Jakub Tabisz. „Ty pajacu, ty skończona mendo!” – wykrzyczał gość Filipiaka, poseł Ireneusz Raś, znany sympatyk Cracovii. „Stefański! Co ty odp…? Masz żonę z Wisły?!” – krzyczano jeszcze z loży VIP-ów.
Zrobiła się z tych okrzyków afera, bo przez media przeszła potężna fala oburzenia z powodu fatalnych manier właściciela Cracovii, który oprócz tego, że jest właścicielem wielkiej firmy i milionerem, jest także profesorem, więc powszechnie uznano, że komuś takiemu używać wulgaryzmów nie przystoi.
Szefowie Cracovii najpierw zbagatelizowali swoją wpadkę, bo jeszcze w sobotę na oficjalnej stronie internetowej klubu napisano, że „W meczu z Legią sędzia Lasyk wypaczył wynik meczu, pozbawił Cracovię ewidentnego rzutu karnego. A żona sędziego Stefańskiego (Karolina Bojar-Stefańska, również arbiter piłkarski) według wpisów w internecie jest kibicką Wisły”. Dopiero po kilku dnia prezes Filipiak trochę się zreflektował i w medialnych wypowiedziach wykrztusił słowa przeprosin. „Emocje mnie poniosły, bardzo mi przykro. Przepraszam opinię publiczną za swoje zachowanie”.
Ale już wobec sędziego Stefańskiego na taki gest zdobyć się nie potrafił. „Tutaj mam problem. Czujemy się pokrzywdzeni przez jego sędziowanie. Zobaczymy, jak zareaguje PZPN. Podaliśmy przykłady ewidentnych błędów arbitra. Raz jeszcze przepraszam za swoje zachowanie, chcę jednak przy tym zaznaczyć, że ja na meczu nie jestem profesorem czy prezesem, tylko przede wszystkim jestem wtedy kibicem Cracovii. Gdyby kibice byli na meczu, to ten mój okrzyk byłby pewnie pomnożony przez kilkanaście tysięcy gardeł. To był krzyk bezsilności. Tak ludzie reagują, kiedy są bezradni wobec ewidentnego kręcenia wyników. W takich meczach jak derby, które generują bardzo duże emocje, PZPN powinien zadbać o przejrzystą obsadę sędziowską, a nie powodować takie konteksty” – stwierdził prezes Filipiak.
Przysłowie mówi – uderz w stół, a nożyce się odezwą… W tym przypadku w roli nożyczek wystąpił prezes PZPN Zbigniew Boniek, który na łamach portalu Interia odpowiedział mniej więcej tak: „ Niestety, dochodzę do wniosku, że 80 procent energii Cracovii idzie na to, aby usprawiedliwić czasami brak sukcesów błędami sędziów. Trzeba zacząć od tego, że klub w ogóle nie powinien się wypowiadać na temat sędziów. To nie jest jego sprawa. Jako prezes PZPN nigdy nie bluzgałem na sędziów, bo wiem, że ich błędy są wkomponowane w widowisko piłkarskie. A jeśli się panu Filipiakowi to nie podoba, to ja się pytam co on robi w piłce? Jeżeli uważa, że ktoś go celowo przekręca, to niech sobie da spokój”.
Jeśli wierzyć plotkom, Komisja Ligi chce ukarać oficjeli Cracovii karą finansową w wysokości 250 tys. złotych. Portfela Janusza Filipiaka ta kwota nie zrujnuje, bo jak już zostało wspomniane, jest milionerem. Na pewno go jednak wkurzy i pchnie do działania.

Surowa kara dla Cracovii

Milion złotych grzywny oraz pięć ujemnych punktów na starcie nowego sezonu ekstraklasy – taką karę za udział w futbolowej korupcji w latach 2003-2004 nałożyła na Cracovię Komisja Dyscyplinarna PZPN. Krakowski klub sam jednak wystąpił z wnioskiem o dobrowolne poddanie się karze.

Krakowski klub sam wystąpił z wnioskiem o o dobrowolne poddanie się karze, ale długo nie zgadzał się na odjęcie punktów. Ostatecznie jednak uległ presji rzecznika dyscyplinarnego PZPN Adama Gilarskiego. Komisja Dyscyplinarna Polskiego Związku Piłki Nożnej postanowiła przychylić się do wniosku Cracovii o dobrowolne poddanie się karze za ustawianie spotkań w sezonie 2003/04. Zebrany w toku postępowania wyjaśniającego materiał dowodowy, uzupełniony otrzymanym w dniu 14 maja 2020 roku z Sądu Rejonowego dla Krakowa – Krowodrzy pisemnym uzasadnieniem wyroków z 30 stycznia 2020 roku ogłoszonych w sprawach Rafała R., byłego członka rady nadzorczej Cracovii oraz Jacka P., byłego arbitra piłkarskiego działającego na rzecz Cracovii, w opinii Rzecznika Dyscyplinarnego PZPN jednoznacznie wskazywały na współodpowiedzialność krakowskiego klubu za czyny korupcyjne sprzed ponad 15 lat. Dlatego rzecznik wnioskował o nałożenie nie tylko kary finansowej, lecz także w postaci ujemnych punktów. „To był okres, z którego ponad 600 osób zostało skazanych za korupcję w polskiej piłce. I nagle w to wdepnąłem ja, człowiek z uporządkowanego świata biznesu, w którym działamy bardzo czysto – to jest jedna z nadrzędnych zasad Comarchu. Ni z gruszki, ni z pietruszki okazało się, że w tamtym sezonie korupcja była także w Cracovii, bo dwie osoby działający w jej imieniu były częścią tej ohydy. Teraz, po 17 latach, po wykonaniu potężnej pracy, zbudowaniu zdrowej organizacji sportowej, nie powinniśmy być za to karani. Dla mnie ta kara nie jest sprawiedliwa, bo inwestuję w Cracovię bardzo dużo pieniędzy i emocji. Te emocje są nawet ważniejsze. Nie czuję się z tym w porządku, bo nie jesteśmy niczemu winni, a kara nas dotyczy – ja muszę zapłacić pieniądze, a trener i zawodnicy odrobić karę punktową. Werdykt jest więc dla nas wszystkich surowy, ale przynajmniej mamy to już wszystko z głowy i będziemy mogli iść dalej bez obciążeń z przeszłości” – przyznał w wypowiedziach dla mediów sternik ekipy „Pasów” Janusz Filipiak.
Kara dla krakowskiego klubu dotyczy ustawiania wyników spotkań w drugiej lidze w sezonie 2003/2004. Wówczas Janusz Filipiak posiadał jedynie 30 procent akcji Cracovii i formalnie nie zarządzał klubem. Dopiero po awansie zespołu do ekstraklasy stanął na czele zarządu i do dzisiaj osobiście zarządza klubem. Nie da się jednak zaprzeczyć, że awans do najwyższej klasy rozgrywkowej „Pasy” uzyskały także przy pomocy korupcyjnych praktyk, więc nawet jeśli Filipiak nic o nich nie wiedział, to jednak on także odniósł pośrednio korzyści. Kara finansowa jest więc w pełni usprawiedliwiona, ale jej wysokość może trochę zastanawiać. Ostatnim klubem, który został przez PZPN ukarany za korupcję, był GKS Bełchatów. W 2014 roku bełchatowianie musieli zapłacić pół miliona złotych grzywny, co było dotąd największą kwotą nałożoną przez organy dyscyplinarne PZPN na uwikłanych w korupcję.
Przewiny przypisywane Cracovii z pewnością nie były większe od popełnione w innych osądzonych przypadkach futbolowej korupcji, poza tym krakowski klub sam złożył wniosek o dobrowolne poddanie się karze. Być może w tej sprawie zadziałały jakieś ukryte motywy. Oficjalnie jednak swoje stanowisko PZPN sformułował tak (pisownia oryginalna): „Komisja Dyscyplinarna Polskiego Związku Piłki Nożnej po rozpoznaniu sprawy klubu MKS Cracovia S.S.A., obwinionego o przewinienie dyscyplinarne korupcji w piłce nożnej w rundzie wiosennej sezonu 2003/2004, postanowiła uwzględnić wniosek MKS Cracovia S.S.A. o dobrowolne poddanie się odpowiedzialności dyscyplinarnej i ukarać klub karą pieniężną w wysokości 1.000.000 zł oraz karą pozbawienia 5 punktów w rozgrywkach Ekstraklasy w nadchodzącym sezonie”.

Puchar dla Cracovii

W rozegranym w miniony piątek w Lublinie finale Pucharu Polski Cracovia pokonała po dogrywce 3:2 broniącą trofeum Lechię Gdańsk i po raz pierwszy w historii zdobyła ten puchar. Zwycięskiego gola dla „Pasów” strzelił w 118. minucie wychowanek klubu Mateusz Wdowiak, jeden z trzech ledwie polskich piłkarzy wystawionych do gry przez krakowski klub.

Rozegrany w piątek 24 lipca na Arenie Lublin finałowy mecz o Puchar Polski był typowym piłkarskim widowiskiem w czasie pandemii koronawirusa, które na mogącym pomieścić ponad 15 tysięcy widzów stadionie obejrzało zaledwie 3700 widzów. Czuwający nad bezpieczeństwem imprezy funkcjonariusze z pionów prewencji, ruchu drogowego i operacyjnego mieli jednak mnóstwo pracy. W akcji użyto nawet śmigłowca. „Policjanci zabezpieczyli w skontrolowanych prywatnych pojazdach karczowniki, race, petardę hukową, pojemniki z gazem pieprzowym, pistolet pneumatyczny na metalowe kulki, nóż, trzonek od kilofa. Ponadto na autostradzie zatrzymany został 26-latek, który przewoził dostawczym samochodem ponad 60 rac, ponad 70 petard, karczownik, pałkę teleskopową, megafon i pojemnik z gazem pieprzowy” – podała w komunikacie lubelska komenda policji. Mimo to w trakcie meczu Cracovii z Lechią doszło do kilku incydentów, m.in. odpalenie rac przez kibiców, w sumie jednak impreza odbyła się w bezpiecznych dla wszystkich uczestników warunkach.
W przeniesionym z powodu pandemii koronawirusa z Warszawy do Lublina finale Pucharu Polski wystąpiło w sumie 30 piłkarzy, ale w tej grupie było tylko 11 Polaków. Co ciekawe, w należącej do niemieckiego właściciela Lechii zagrało ośmiu polskich graczy, natomiast w należącej do polskiego właściciela Cracovii, Janusza Filipiaka, jedynie trzech. To dzieło trenera ekipy „Pasów” Michała Probierza. W rozgrywkach ekstraklasy ten jego projekt kompletnie się nie sprawdził i krakowski zespół zakończył sezon dopiero na siódmym miejscu. Lechia w ekstraklasie uplasowała się na czwartej pozycji zdobywając o trzy punkty więcej od Cracovii, lecz w sezonie przegrała z nią wszystkie trzy ligowe potyczki. Ale w piątek do przerwy to gracze gdańskiej drużyny rządzili na boisku Areny Lublin spychając zespół „Pasów” do rozpaczliwej momentami obrony i na przerwę schodzili w prowadzeniem 1:0 po golu Omrana Haydary’ego w 21. minucie.
Trener Probierz musiał jednak w przerwie przypomnieć swoim podopiecznym, że prezes i właściciel klubu Janusz Filipiak obiecał za zdobycie Pucharu Polski wyrównanie obciętych w czasie zawieszenia rozgrywek o połowę zarobków. Poskutkowało, bo po zmianie stron Cracovia zaczęła przeważać i w 65. minucie doprowadziła do wyrównania, a na dodatek od 79.minuty grała w przewadze po czerwonej kartce dla Mario Maloczy. Mimo to Lechia zdołała jeszcze w 85. minucie objąć prowadzenie po golu Patryka Lipskiego, lecz tego dnia było to już wszystko, co zdołali z siebie wycisnąć podopieczni trenera Piotra Stokowca. Po wyrównującej bramce zdobytej w 88. minucie przez krakowian było już jasne, że w lechiści w dogrywce będą „umierać” i jedyną szansą dla nich na zwycięstwo będą rzuty karne. Ale w 118. minucie kolejną akcję ofensywną lewego obrońcy „Pasów” 21-letniego Kamila Pestki, nawiasem mówiąc uznanego za najlepszego gracza meczu, na zwycięską bramkę zamienił wychowanek klubu 23-letni Mateusz Wdowiak.
Po meczu trener Probierz pochwalił się, że zdobycie Pucharu Polski, dla Cracovii pierwszego, ale dla niego osobiście już drugiego w karierze, zamierza uczcić szklaneczką whisky i wypaleniem drogiego cygara. Może kontemplując sukces pojmie przy okazji, że zapychanie kadry Cracovii cudzoziemcami to nie jest dobry pomysł na zbudowanie potęgi zdolnej do walki o najwyższe laury w ekstraklasie, ale przede wszystkim w europejskich pucharach.

Cracovia i Lechia powalczą w Lublinie o Puchar Polski

Lechia Gdańsk i Cracovia w piątek 24 lipca zagrają w Lublinie finałowy mecz o Puchar Polski. Gdańszczanie będą bronić zdobytego przed rokiem trofeum, natomiast dla ekipy „Pasów” to dopiero pierwszy występ w finale tych rozgrywek. Chociaż zespół Cracovii wygrał pięć ostatnich meczów z Lechią, w tym trzy w zakończonym niedawno sezonie ligowym, szanse obu zespołów na zdobycie pucharu oceniane są po równo.

Cracovia tylko dwa razy – w 1962 i 2007 roku dotarła do półfinału tych rozgrywek. Dlatego w klubie mają świadomość historycznej chwili, zwłaszcza że w Lublinie „Pasy” mogą wywalczyć pierwsze trofeum od 1948 roku, gdy po raz ostatni zostały mistrzem Polski. Zapotrzebowanie na sukces zgłasza zwłaszcza prezes krakowskiego klubu Janusz Filipiak, który jest także właścicielem Cracovii od 2003 roku i jak na razie nie zdobył z nim żadnego trofeum. Dlatego, żeby maksymalnie zmobilizować swoich piłkarzy, obiecał im, że jeśli zdobędą Puchar Polski, wyrówna im obcięte z powodu pandemii o 50 procent wynagrodzenia.
Trener Cracovii Michał Probierz ma już w dorobku jeden triumf w Pucharze Polski – w 2010 roku prowadzona przez niego Jagiellonia Białystok pokonała w finale Pogoń Szczecin 1:0. „Na takie mecze się czeka, czasem całą karierę. Mam nadzieję, że stworzymy ciekawe widowisko. Z drugiej strony nie można też się dać zwariować. Do tego spotkania przygotowujemy się jak do każdego innego” – zapewniał Probierz.
Lechia wydaję się być idealnym rywalem dla Cracovii, która wygrała cztery ostatnie spotkania ekstraklasy z ekipą Piotra Stokowca, w tym dwa rozegrane w tym sezonie w Gdańsku – 3:1 i 3:0. „Wyniki potwierdzają tezę, że Cracovia ma w starciach z nami dobrą passę. Ale nic nie trwa wiecznie, a w ligowej tabeli to my jesteśmy wyżej. Poza tym Lechia przez lata notowała słabe rezultaty w Poznaniu, aż w końcu się przełamała i w pucharowym meczu na wyjeździe jednak wyeliminowaliśmy poznański zespół. W lidze od dawna nie możemy wygrać z Zagłębiem Lubin, a w Pucharze Polski okazaliśmy się jednak lepsi. Z porażek z Cracovią też wyciągnęliśmy odpowiednie wnioski, ale czy właściwe, przekonamy się w piątek po ostatnim gwizdku arbitra” – stwierdził z kolei trener gdańskiej drużynu Piotr Stokowiec.
Zawodnicy Lechii na pewno mają w Pucharze Polski znacznie większe doświadczenie od graczy Cracovii – przed rokiem triumfowali w tych rozgrywkach, a teraz znowu dotarli do finału. Wielka szkoda, że finał nie odbędzie się na Stadionie Narodowym w Warszawie. Z powodu pandemii PZPN przeniósł mecz na nowoczesny, ale znacznie mniejszy stadion Arena w Lublinie.
Piątkowy finał sędziować będzie Paweł Raczkowski z Warszawy. Początek meczu o godz. 20:00. Triumfator zapewni sobie występy w eliminacjach Ligi Europy, a także w sierpniowym spotkaniu o Superpuchar Polski, w którym zmierzy się z mistrzem kraju – Legią Warszawa.

Piąta porażka Cracovii

Pierwsza kolejka po restarcie rozgrywek obfitowała w gole. Piłkarze strzelili ich 24, co daje niezłą średnią trzech trafień na jedno spotkanie (średnia w sezonie to 2,54). Niestety, polscy piłkarze zdobyli tylko 10 bramek. Największymi niespodziankami były porażki u siebie zespołów Cracovii, Pogoni i Wisły Płock.

Ekipa lidera, Legii Warszawa, zdobyła tylko jedną bramkę, ale pokonując Lecha w Poznaniu 1:0 zaliczyła 17 wygrane spotkanie w tym sezonie. Stołeczny zespół utrzymał osiem punktów przewagi nad drugim Piastem Gliwice i ma już pewność, że w najgorszym przypadku rundę zasadniczą zakończy na drugim miejscu, ale jeśli wygra następny mecz (na wyjeździe z Wisłą Kraków), dowiezie prowadzenie do końca. Bardzo bliski zagwarantowania sobie miejsca w grupie mistrzowskiej jest też obrońca mistrzowskiego tytułu Piast Gliwice. W miniony weekend z zespołów zajmujących miejsca 2-6, tylko gliwiczanie nie stracili dystansu do prowadzącej Legii. Definitywnie szansę na awans do czołowej ósemki utraciły natomiast trzy ostatnie drużyny w stawce, czyli ŁKS Łódź, Arka Gdynia i Korona Kielce.

Szósty hat-trick w sezonie

Pierwszy raz od 27 października w ekstraklasie odnotowano hat-tricka, ale to już szóste takie osiągnięcie w bieżącym sezonie. Jego autorem został Flavio Paixao. Dzięki temu portugalski piłkarz wyśrubował dwa należące do niego rekordy – w liczbie goli strzelonych w naszej lidze przez obcokrajowców (78) oraz goli strzelonych przez gracza Lechii Gdańsk (54). Dzięki trzem trafieniom w spotkaniu z Arką Paixao powiększył swój bramkowy dorobek w obecnych rozgrywkach do 13 i do lidera klasyfikacji strzelców, grającego w Lechu Poznań Duńczyka Christiana Gytkjaera traci już tylko dwa gole. Taka samą stratę ma hiszpański napastnik Piasta Jorge Felix, który również w ten weekend poprawił swoje konto bramkowe. Paixao jest najstarszym autorem hat-tricka (35 lat 8 miesięcy 1 dzień) w ekstraklasie od czasów Marcina Robaka, który dokonując tego wyczynu w październiku 2018 roku miał dokładnie 35 lat 10 miesięcy i 2 dni.
Naszą nadzieję na lepszą przyszłość, czyli większy wkład polskich piłkarzy w strzeleckie popisy zespołów ekstraklasy (teraz są autorami 42 procent trafień), są gole dwóch nastoletnich zawodników – występującego w Zagłębiu Lubin Bartosza Białka, który w spotkaniu z Pogonią Szczecin zaliczył swoje szóste trafienie w tym sezonie, a miał tergo dnia 18 lat 6 miesięcy i 18 dni. Napastnik „Miedziowych” jest najskuteczniejszy wśród graczy ekstraklasy urodzonych w XXI wieku. Ale w 27. kolejce trafienie zaliczył piłkarz jeszcze młodszy od niego, bo urodzony 23 lipca 2002 Dawid Kocyła z Wisły Płock.

Cracovia weryfikuje cele

Zespół „Pasów” zaczął ten rok z przytupem, wygrywając dwa pierwsze mecze (z Arką na wyjeździe 1:0 i u siebie z Lechem 2:1), nic więc dziwnego, że zespół prowadzony przez Michała Probierza zaczęto wymieniać jako kandydata do zdobycia mistrzostwa. Na ten laur kibice tego krakowskiego klubu czekają już 72 lata. W poprzednim sezonie zespół wystartował fatalnie i długo pętał się w ogonie tabeli, ale finisz miał świetny, co pozwoliło mu zająć na koniec czwartą lokatę i popróbować sił w europejskich pucharach. W obecnych rozgrywkach Cracovia najniżej w stawce była na 11. pozycji, ale rok kończyła w ścisłej czołówce i rundę wiosenna zaczęła obiecująco. Niestety, sen o potędze 22 lutego przerwał brutalnie obrońca tytułu Piast Gliwice, pokonując u siebie „Pasy” 1:0. Od tego momentu ekipa Probierza zaczęła zbierać baty. Do przerwy spowodowanej wybuchem pandemii koronawirusa przegrała trzy kolejne spotkania – na wyjeździe 1:2 z Legią, u siebie w derbach Krakowa z Wisłą 0:2 i ponownie na wyjeździe 2:3 z Górnikiem Zabrze. Trzymiesięczna przerwa w rozgrywkach niewiele zmieniła. W niedzielę Cracovia przegrała 0:1 z Jagiellonią Białystok i obsunęła się w tabeli ekstraklasy na czwartą lokatę, ale nad zajmującą ósme miejsce białostocką drużyną ma jedynie dwa punkty przewagi, tylko jeden więcej od siódmej Pogoni i szóstej Lechii, a tyle samo co piąty Lech (42).
Nic dziwnego, że trener Probierz, który lubi prężyć muskuły i zwykle nawet w przypadku porażek niechętnie przyznaje się do własnych błędów, po wpadce z Jagiellonią nie krył przygnębienia. „Patrzę tak z boku i się zastanawiam, czy ja jestem jeszcze w stanie nauczyć tych piłkarzy czegoś więcej, jeszcze ich zmotywować? Na ten temat będę rozmawiał z profesorem Januszem Filipiakiem” – zapowiedział.
Słowa Probierza zostały odebrane jako zapowiedź dymisji, więc zaraz w poniedziałek prezes klubu Janusz Filipiak musiał wkroczyć do akcji i zapewnić, że nie ma tematu zmiany trenera w Cracovii. Wstrząs jednak był i niewykluczone, że podziała na zespół mobilizująco. Na mistrzowski tytuł, który ekipa „Pasów” po raz wywalczyła w 1948 roku, szans już jednak nie ma praktycznie żadnych, ale wciąż jeszcze może powalczyć o miejsce na podium, co i tak byłoby wielkim sukcesem, bo jeszcze za rządów Filipiaka trwającymi od 2004 roku tak wysoko w tabeli rozgrywek nie kończyła. A za trenerskiej kadencji Probierza Cracovia zajmowała dziewiąte i czwarte miejsce, zatem progres wynikowy może utrzymać. Chyba, że przeszkodzi mu w tym PZPN. W miniony wtorek rzecznik dyscyplinarny związku Adam Gilarski przedstawił Cracovii zarzut korupcji dotyczący kilkunastu meczów w sezonie 2003/2004. Cracovia grozi kara w postaci ujemnych punktów oraz kara finansowa.

Burzliwe derby Trójmiasta

Najbardziej ekscytujące widowisko w 27. kolejce stworzyli piłkarze Lechii i Arki. Do przerwy nic si nie działo i do szatni zespoły schodziły przy wyniku 0:0. Kanonadę zaczął w 50. minucie Paixao trafiając z rzutu karnego dla Lechii, potem dwa gole strzelili gdynianie – Marko Vejinović z karnego i Jarosław Kubicki po strzale samobójczym, następnie na 2:2 wyrównał Paixao, lecz w 82. minucie na 3:2 ponownie z karnego podwyższył Vejinović. Końcówka meczu należała jednak do gospodarz. Na 3:3 w 87. minucie wyrównał Łukasz Zwoliński, a zwycięskiego gola na 4:3 z „jedenastki” zdobył Paixao.
Poza stadionem też było gorąco. Policja miała sporo pracy z utrzymaniem porządku w lokalach, gdzie przed telewizorami gromadzili się fani obi zespołów. Zatrzymano trzy osoby – jedną za napaść na funkcjonariuszy, a dwie za posiadanie narkotyków. Ponadto funkcjonariusze interweniowali w przypadkach odpalania środków pirotechnicznych, spożywania alkoholu w miejscach publicznych, zakłócanie porządku, nieobyczajnych zachowań czy łamania zakazów związanych z pandemią koronawirusa.
Co ciekawe, mimo porażki, która znacznie zmniejsza szanse Arki na uniknięcie degradacji, prezydent Gdyni ogłosił, że miasto znów będzie wspierać finansowo klub.

Tak bardzo chcą grać, że aż strach

Nawet właściciel Legii Warszawa w końcu wymusił na piłkarzach pierwszego zespołu ich zgodę na obniżkę wynagrodzeń. Zawodnicy stołecznego zespołu do końca czerwca będą pobierać o 30 procent mniej pieniędzy, zaś pozostałe 70 procent zostanie im wypłacone w ratach. To efekt zawieszenia rozgrywek z powodu epidemii. Na razie jednak nikt jeszcze w polskim futbolu, podobnie jak i w innych dyscyplinach sportu, nie rozważa czarnego scenariusza opartego na prognozach WHO, zakładającego iż pandemii nie da się opanować nie tylko do lipca tego roku, lecz być może nawet do końca następnego.

Dla nikogo nie ulega wątpliwości, że konieczność zmagania się z wirusem Covid-19 w takiej długiej perspektywie czasowej zrujnuje nie tylko świat sportu, ale życie nas wszystkich. Trzeba zakładać, że podczas organizowanych za pomocą wideokonferencji narad ich uczestnicy rozmawiają też o takich sprawach, bo gdyby tego nie robili, byliby skończonymi głupcami. Co prawda do tego biznesu nie pcha się kwiat „białych kołnierzyków” i przez to nawet wronie łatwo w nim wybić się na orła, lecz przecież w fundamentalnych kwestiach decydujące słowo należy do właścicieli klubów. Teoretycznie powinni oni stanowić w Ekstraklasie SA siłę zdolną do dokonania wszelkich zmian służącym ochronie ich najważniejszego interesu, jakim jest uchronienie klubów przed bankructwem bez konieczności finansowania deficytu z własnej kieszeni.

Barwny poczet właścicieli klubów

W tym tygodniu do grona właścicieli klubów PKO Ekstraklasy dołączyli Jakub Błaszczykowski, Tomasz Jażdżyński i Jarosław Królewski, którzy przejęli 90 procent akcji SSA Wisła Kraków. Błaszczykowski to 108-krotny reprezentant Polski i nadal czynny piłkarz, Jażdżyński to twórca portalu internetowego Interia, a obecnie prezes zarządu Gremi Media SA, wydawcy m.in. „Rzeczpospolitej” i „Parkietu”, zaś Królewski działa w branży informatycznej i nowatorskich technologii.
Ten tercet dołączył do mocno zróżnicowanej pod każdym względem grupy ludzi. W niej najgrubszy portfel ma chyba właściciel większościowego pakietu akcji Cracovii Janusz Filipiak, do którego należy informatyczna firma Comarch, bo jest jedynym z właścicieli klubów PKO Ekstraklasy umieszczanym w rankingach najbogatszych Polaków tworzonych przez „Forbesa” i „Wprost”. Jego majątek szacowany jest na ponad 700 mln złotych, co daje mu jednak dość odległe miejsce pod koniec pierwszej setki zestawienia. Filipiak posiada 66 procent akcji Cracovii, a z klubem związany jest od 2002 roku, najpierw jako sponsor, a potem jako współwłaściciel i od 2004 roku także jako prezes zarządu.
Weteranem pod względem stażu w naszej klubowej piłce jest też właściciel Lecha Poznań Jacek Rutkowski, który zaczynał jeszcze w latach 90. ub. wieku tworząc należący do jego fabryki sprzętu AGD klub fabryczny Amica Wronki, który w 2006 roku dokonał fuzji z zagrożonym wtedy bankructwem poznańskim klubem.
Dariusz Mioduski działa w Legii od 2004 roku. Był w radzie nadzorczej za czasów ITI (2004-2013), a potem do spółki z Bogusławem Leśnodorskim odkupił klub od Mariusza Waltera i spadkobierców Jana Wejcherta. Objął wtedy 60 procent akcji, a od marca 2017 roku jest jedynym właścicielem warszawskiego klubu. Wygrał wtedy głośną licytację z Leśnodorskim i Maciejem Wandzlem. Ale od tej pory Legia ani razu nie zakwalifikowała się do fazy grupowej europejskich pucharów, a w poprzednim sezonie straciła nawet prymat w lidze na rzecz Piasta Gliwice. 56-letni Mioduski jest doktorem nauk prawnych po Harvardzie. W latach 2007-2013 zarządzał Kulczyk Investments SA – największą grupą kapitałową w Polsce.
Prezesem i zarazem głównym udziałowcem jest też Jarosław Mroczek z Pogoni Szczecin, 65-letni inżynier, który pod koniec lat 80 założył z kolegami ze stoczni firmę EPA zajmującą się montażem sprzętu nawigacyjnego i elektroniki na statkach. Potem EPA rozszerzyła swoją działalność na energetykę wiatrową i dzisiaj należy do największych graczy na polskim rynku ekoenergii. W 2009 roku do Mroczka z prośbą o pomoc zgłosiły się władze odradzającej się Pogoni. EPA zaczęła od przejęcia 5 procent akcji, teraz ma ich 74, zaś Mroczek prezesem „Portowców” jest już od 9 lat.
Jednego właściciela ma też Raków Częstochowa. Beniaminek ekstraklasy należy do Michała Świerczewskiego, właściciela sieci sklepów ze sprzętem komputerowym. Mocno rozproszony akcjonariat ma Jagiellonia Białystok, ale najmocniejszą pozycję w tym towarzystwie ma prezes klubu Cezary Kulesza, były piłkarz „Jagi”, który po zakończeniu kariery zbił fortunę w branży muzycznej. W 1994 roku założył wytwórnię „Green Star”, która specjalizuje się do dzisiaj w muzyce dico polo. Z kolei Tomasz Salski, prezes i główny właściciel Łódzkiego Klubu Sportowego, jest potentatem w branży pogrzebowej. Należąca do jego rodziny „Klepsydra” to drugi największym dom pogrzebowy w Łodzi. Jest też właścicielem największej na świecie firmy zajmującej się międzynarodowym transportem ciał. Pod jego rządami ŁKS wrócił do ekstraklasy i chociaż teraz grozi mu spadek do I ligi, nie będzie to dramatem. Miasto kończy właśnie budowę nowego stadionu na 18 tys. widzów, więc przyszłość klubu nie wygląda źle. Dominik Midak to najmłodszy właściciel klubu w PKO Ekstraklasie, ma 24 lata i jest synem potentata w branży recyclingu, gospodarowaniu odpadami i oczyszczaniu ścieków Włodzimierza Midaka. Klan Midaków ma 75 procent akcji Arki Gdynia, których jednak pilnie chce się pozbyć.
Głównymi właścicielami pozostałych pięciu klubów ekstraklasy są gminy albo spółki Skarbu Państwa. Do pierwszej grupy należą Górnik Zabrze, Piast Gliwice, Śląsk Wrocław i Wisła Płock, a właścicielem Zagłębia Lubin jest KGHM. Natomiast Korona Kielce i Lechia Gdańsk mają niemieckich właścicieli. Właścicielem kieleckiego klubu jest rodzina Hundsdoerferów, zaś gdańskiego rodzina Wernzów. Mimo to radni obu miast sukcesywnie uchwalają wielomilionowe dotacje dla tych klubów.

Bez oligarchów, szejków i miliarderów

Jak widać, nie ma w tym gronie oligarchów wedle wschodniego wzorca, arabskich szejków czy azjatyckich inwestorów, szastających setkami milionów dolarów na transfery piłkarzy z najwyższej półki. Nawet KGHM, chociaż to światowy potentat w wydobyciu i obróbce miedzi, więc spokojnie mógłby uczynić z Zagłębia Lubin najbogatszy klub ekstraklasy, nie zdradza takich ambicji i na swój mecenat przeznacza rozsądne kwoty. Nie jest to więc dobre środowisko dla rekinów piłkarskiego biznesu, zarabiających grube pieniądze na transferach. Z polskiej ligi agenci piłkarscy rocznie drenują 35-40 mln złotych, co i tak jest skandalicznym marnotrawstwem ze strony klubów, zaś za granicę eksportują graczy po zaniżonych cenach, czego dowodzi przykład choćby Krzysztofa Piątka, którego z Cracovii do Genui przeflancowano za niewiele ponad 5 mln euro, a już pół roku później ten włoski klub opchnął go do AC Milan za 35 mln euro. Największe kwotowo transfery (Jan Bednarek, Sebastian Szymański) póki co realnie tylko zbliżyły się do granicy sześciu milionów euro. To jednak wcale nie oznacza, że poza granicami nie ma zainteresowania piłkarzami z Polski. Owszem, jest, lecz zachodnie kluby wyjmują głównie utalentowanych juniorów, za których płacą grosze w porównaniu z ich rówieśnikami z innych krajów.
Nikt nie próbuje z tym walczyć, co powinno zastanawiać, bo to przecież jest wbrew interesom polskich klubów zawodowych, czyli de facto ich właścicieli. W tej sytuacji nie można mieć do nich pretensji, że masowo importują piłkarzy zagranicznych, którzy w tej chwili stanowią blisko połowę graczy zatrudnionych przez kluby ekstraklasy. Niestety, nie są to zawodnicy wysokiej klasy i w gruncie rzeczy szkoda na nich marnować pieniądze, ale z drugiej strony niejednokrotnie są znacznie tańsi od naszych piłkarzy, bo do polskich klubów przechodzą na ogół na zasadzie wolnych transferów i nie trzeba za nich płacić milionów za transfery. A za utalentowanych, młodych polskich graczy z niższych lig już trzeba, bo nie tylko w ekstraklasie, lecz także na niższych poziomach rozgrywkowych piłkarscy menedżerowie nie myślą kooperacyjnie, tylko kupiecko – szybko zarobić i szybko wydać, a przy okazji coś tam skubnąć dla siebie. Tak właśnie funkcjonował dotąd współczesny futbol i ludzie, którzy za plecami właścicieli klubów omotali go pajęczyną skomplikowanych układów i powiązań, bardzo chcą aby po wygaśnięciu pandemii koronawirusa wszystko w nim pozostało w niezmienionej formie.

Domena futbolowej korporacji

Co może temu przeszkodzić? W pierwszej kolejności rzecz jasna masowe bankructwa klubów, do czego może nieuchronnie doprowadzić przedłużenie zakazu organizowania imprez sportowych o kolejne miesiące. To oczywiście nie oznacza końca piłki nożnej, co najwyżej koniec w jej obecnej, skrajnie skomercjalizowanej formie. Nietrudno przecież sobie wyobrazić naszą ekstraklasę oraz niższe ligi, w których rywalizują zespoły półprofesjonalne czy wręcz amatorskie, w których piłkarze znów będą grać głównie dla przyjemności, lokalnej sławy i miłych wspomnień, a nie jak teraz wyłącznie dla pieniędzy. Na utrzymanie takich drużyn starczyłyby bez problemu dotacje z samorządów, wpłaty od sponsorów oraz wpływy ze sprzedaży biletów i sprzedaży praw telewizyjnych.
Ktoś powie, że to brednie, bo nikogo taka liga by nie interesowała. Polemizować z tym zarzutem nawet nie wypada, bo zanegować go mogło tylko sprawdzenie w realnej rzeczywistości, czego przecież nikt z nas na serio by nie chciał, bo to by oznaczało, że cały dotychczasowy porządek naszego świata legł w gruzach. To byłaby zdecydowanie zbyt wysoka cena za poskromienie niepohamowanej pazerności obecnych animatorów futbolu, którzy ten ludyczny kiedyś sport zawłaszczyli i przekształcili w dążącą do nieustannego zwiększania zysków ogólnoświatową korporację. A jak wiadomo, koroporacje rządzą światem, a jak uczy historia, ci co mają władzę nigdy z niej nie rezygnują z własnej, nieprzymuszonej woli. Ktoś musi ich do tego przymusić lub wręcz ją odebrać. Jeśli chodzi o futbol, którego globalne obroty szacowane są już na ponad bilion dolarów, może to, niestety, zrobić tylko taki kataklizm, jakim powoli staje się pandemia koronawirusa.
Póki co futbolowa korporacja walczy o przetrwanie, co widzimy także w Polsce, gdzie mimo wciąż rosnącej liczby zachorowań na koronawirusa rząd zaczyna ulegać naciskom piłkarskiego lobby i przymierza się do wydania zgody na wznowienie rozgrywek pod koniec maja. Powód jest oczywisty – kluby dążą do wznowienia rozgrywek, żeby otrzymać ostatnią transzę od nadawców telewizyjnych. Do podziału na 16 klubów jest łącznie 67 mln złotych, czyli po ok. 4,2 mln „na głowę”. Czy to nie dziwne, że dla takich stosunkowo niewielkich pieniędzy stawia się na szali zdrowie wielu ludzi?
Plan zakłada, że piłkarze wrócą na boiska w środę 27 maja (tego dnia mają zostać rozegrane spotkania Pucharu Polski), a w piątek 29 maja zostać rozegrane mecze 27. kolejki PKO Ekstraklasy. Nie są to przesądzone terminy, bo nikt nie wie jak rozwinie się pandemia w naszym kraju.

UEFA chce zakończyć sezon do 3 sierpnia

Epidemia wciąż trwa, ale piłkarzy nikt nie zwalnia z obowiązków – ani kluby, ani krajowe federacje, ani też stojąca na szczycie futbolowej hierarchii FIFA. W miniony weekend prezydent UEFA Aleksander Ceferin podał, że graniczną datą zakończenia obecnego sezonu jest 3 sierpnia. Także w Polsce panuje przekonanie, że to realny termin.

Ta graniczna data zmieniała się już kilkakrotnie. Podczas pierwszej telekonferencji na szczycie europejskiej piłki, przeprowadzonej 17 marca, UEFA apelowała do władz krajowych federacji, żeby obecny sezon ligowy zakończyły do 30 czerwca, bo tego dnia kończą się kontrakty zawodnikom. Rozwój pandemii koronawirusa zmusił jednak piłkarskie władze do zmiany stanowiska i już 1 kwietnia oficjalnie podano, że rozgrywki mogą zostać przedłużone, a w klubom dano możliwość zawierania krótkoterminowych umów z tymi graczami, którym kończyły się one 30 czerwca, a byli ważnymi graczami w drużynach.
Stanowisko UEFA jak na razie zlekceważyła jedynie liga belgijska, która postanowiła zakończyć rozgrywki z uznaniem kolejności w tabeli po ostatniej rozegranej kolejce. Decyzja Belgów wywołała burzę w europejskiej federacji, a jej władze zagroziły nawet wykluczeniem belgijskich (i każdej innej ligi, która postąpi podobnie) wyrzuceniem z europejskich pucharów. Nie można było jednak przedłużać tego sezonu w nieskończoność, a już pojawiały się spekulacje, że na przykład Liga Mistrzów może skończyć się dopiero w połowie sierpnia.
Dlatego prezydent Aleksander Ceferin postanowił je przerwać i w wypowiedzi udzielonej niemieckiej stacji telewizyjnej ZDF oznajmił: „Wszystkie rozgrywki, także Liga Mistrzów i Liga Europy, muszą zostać zakończone do 3 sierpnia. Sytuacja jest nadzwyczajna, więc będzie można grać w tych samych terminach zarówno mecze ligowe, jak i w europejskich pucharach. Musimy być elastyczni”.
Piłkarze wrócą, kibice nie
Ale o ile piłkarze w czerwcu powinni wrócić do gry, to raczej na pewno przyjdzie im rywalizować bez udziału publiczności. „To oczywiste, że piłka nożna bez kibiców nie jest tym samym sportem, co z ich udziałem. Nie mamy jednak wyboru, bo w obecnej sytuacji lepiej jest grać bez kibiców na trybunach, ale mieć transmisje telewizyjne z meczów, bo dzięki temu kluby otrzymają pieniądze z tytułu praw telewizyjnych i od sponsorów” – stwierdził Ceferin.
Z najnowszych ustaleń wynika, że nasze piłkarskie ligi mają wznowić rozgrywki w połowie czerwca, o ile rzecz jasna epidemia koronawirusa zacznie do tego czasu wygasać. Taki termin najczęściej wymieniany jest w dyskusjach podczas wideokonferencji z udziałem klubów ekstraklasy i I ligi. Nie ma jednak pewności, czy uda się rozegrać wszystkie spotkania, bo zostało jeszcze sporo kolejek – w PKO Ekstraklasie 11, zaś w I lidze i II lidze po 12. Piłkarze musieliby grać praktycznie co trzy dni, a przecież pozostaje jeszcze do dokończenia rywalizacja w Pucharze Polski.
Nikt jednak w naszym futbolowym światku nie kwestionuje tych planów, wręcz przeciwnie – panuje powszechna determinacja, żeby z tego rozwalonego kompletnie przez epidemię sezonu uratować tyle pieniędzy, ile się tylko da. Straty zapowiadają się jednak potężne i w klubach już słychać dzwony alarmowe. Władze większości z nich skorzystały już z możliwości obniżenia wynagrodzeń piłkarzy w usankcjonowanej przez rozporządzenie rady nadzorczej Ekstraklasy SA maksymalnej 50-procentowej opcji. Poinformowały o tym m.in. Śląsk Wrocław, Cracovia, Pogoń Szczecin, Wisła Kraków, Lechia Gdańsk. W pozostałych jeszcze toczą się w tej sprawie negocjacje, ale zawodnicy stoją w nich na straconej pozycji.
Nawet Legia tnie zarobki
Nawet w uchodzącej za najbogatszy w PKO Ekstraklasie klub Legii Warszawa pracę straciło już 40 osób zatrudnionych w działach marketingu, sprzedaży i obsługi medialnej, a pozostałym pracownikom, w tym także trenerom z wszystkich pionów szkoleniowych, płace obcięto o 50 procent. W tej sytuacji wątpliwe jest, by piłkarze uniknęli redukcji płac o połowę. A jest z czego kroić, bo Legia ma w swojej kadrze najwięcej zawodników zarabiających ponad 100 tysięcy złotych miesięcznie, a wśród nich rekordzistów ekstraklasy pod tym względem – Artura Jędrzejczyka (250 tys. złotych miesięcznie), Chorwata Domagoja Antolicia (150 000 zł), Janusza Gola (Cracovia, 130 000 zł), Duńczyka Christiana Gytkjaera (Lech Poznań, 120 000 zł), Holendra serbskiego pochodzenia Marko Vejinović (Arka Gdynia, 120 000 zł), Filipa Starzyńskiego (Zagłębie Lubin, 115 000 zł), Czarnogórca Marko Vesovicia (Legia, 113 000 zł), Litwina Arvydasa Novikovasa (Legia, 100 000 zł), Chorwata Ivana Runje (Jagiellonia Białystok, 100 000 zł), Słowaka Dusana Kuciaka (100 000 zł). Ta lista niekoniecznie musi odzwierciedlać stan faktyczny ani pod względem podawanych kwot, ani stworzonej na ich podstawie hierarchii.
Wysokość zarobków jest we wszystkich klubach pilnie strzeżoną tajemnicą, a jeśli jakieś wiadomości w tej kwestii wyciekają do mediów, zazwyczaj są to „przecieki kontrolowane”, służące do wywołania chwilowego wzburzenia opinii publicznej i nastawienia jej przeciwko „szokująco wysoko opłacanym piłkarzom”. Właśnie teraz mamy do czynienia z taką sytuacją, bo klubowi działacze właśnie zmuszają zawodników do zgody na 50-procentowe cięcia zarobków.
Sponsorzy wypowiadają umowy
Właściciel i prezes Cracovii Janusz Filipiak z powodu epidemii utknął w Szwajcarii i z tego kraju podejmuje decyzje. W wypowiedzi dla TVP Sport przyznał: „U nas wszyscy sponsorzy wypowiedzieli umowy, bo liga nie gra, więc nie mają reklamy, za którą płacą. Piłkarze mogą mieć roszczenia, tylko co z tego, skoro pieniędzy w klubowej kasie nie ma. A banki, o czym jestem przekonany, nie będą dawać klubom kredytów na pensje piłkarzy. To jest oczywiste. Tymczasem Canal+ zapłaci ostatnia transzę za prawa medialne dopiero jak rozgrywki zostaną wznowione. To nie będą przelewy wsteczne”.
Filipiak przyznał, że jego firma, Comarch, będzie musiała zmniejszyć finansowe zaangażowanie w Cracovię. Nie planuje jednak wyjścia z klubu i twierdzi, że poradzi sobie z utrzymaniem drużyny. „Na korzyść Comarchu działa to, że sprzedajemy usługi wirtualne. Cały czas obserwujemy biznesowy barometr firmy i on nie wygląda źle. Dlatego w tej chwili nie rozpatruję wycofania się z dalszego finansowania Cracovii. Ale na pewno rozważymy stopień zaangażowania. On na skali nie będzie wynosił zero, ale też nie sięgnie 100 procent jak do tej pory. Klub utrzymamy, ale tylko przy rozsądnych kosztach” – zapewnia właściciel Cracovii.

Chwała hojnym mecenasom

Kto jest najbardziej wpływową postacią w polskim sporcie? Miesięcznik „Forbes” najwyższe miejsce na swojej liście przyznaje prezesowi PZPN Zbigniewowi Bońkowi, drugie Adamowi Małyszowi, a trzecie Robertowi Lewandowskiemu. Dopiero na czwartym miejscu znalazł miejsce dla szefa WADA Witolda Bańki. To nie jedyna bzdura w tym zestawieniu.

Ranking „Forbesa” oparto na dwóch kryteriach – opiniach 20 ekspertów, głównie z branży marketingu sportowego (70 procent wskazań w łącznej ocenie) oraz badaniach tzw. oddźwięku społecznego (pozostałe 30 procent). To trochę tłumaczy dlaczego na jednej liście najwięksi mecenasi polskiego sportu musieli konkurować m.in. z popularnymi komentatorami sportowymi oraz czynnymi sportowcami. Nie tłumaczy jednak zdumiewającego faktu, że mecenasi tę rywalizację przegrali. Dla przykładu – właściciel Polsatu Zygmunt Solorz w zestawieniu najbardziej wpływowych osób w branży sportowej wg. „Forbesa” zajął dopiero 11. miejsce, chociaż ma w ręku stację telewizyjną od lat mocno stawiającą na sport, a do tego sieć telekomunikacyjna Plus, która jest sponsorem głównym siatkarskiej ekstraklasy mężczyzn oraz reprezentacji narodowej.

Jeszcze niżej od Solorza, bo na 22. miejscu, eksperci „Forbesa” umieścili prezesa Telewizji Polskiej Jacka Kurskiego. Pomijając jego propagandowe wspieranie rządzącej prawicowej koalicji, to trzeba przyznać, że na niwie sportowej mocno się zasłużył. W okresie jego czteroletnich rządów publiczny nadawca znacznie poszerzył ofertę transmisji sportowych, a kodowany wcześniej kanał TVP Sport przeniósł do naziemnej telewizji cyfrowej. TVP pokazuje też po mecz piłkarskiej ekstraklasy oraz reprezentacji piłkarskiej, siatkarzy i siatkarek.

Na szczycie listy najbardziej wpływowych postaci nie powinno też zabraknąć szefów największych spółek skarbu państwa, jak PKN Orlen, PGNiG, PGE, Grupa Azoty, Enea, właścicieli klubów sportowych finansujących ich działalność także z własnej kieszeni, jak Dariusza Mioduskiego (właściciel i prezes aktualnego lidera piłkarskiej ekstraklasy Legii Warszawa), Janusza Filipiaka (właściciel i prezes wicelidera ekstraklasy Cracovii), Bertusa Servaasa (właściciel najlepszego polskiego zespołu piłki ręcznej PGE Vive Kielce) czy Dariusza Miłka, właściciela najlepszej polskiej zawodowej grupy kolarskiej CCC, jedynej w światowej elicie.