Czas na zbiorowe nieposłuszeństwo

…i Kongres Wolności. Z JANUSZEM ROLICKIM rozmawia Krzysztof Lubczyński.

W internecie pojawił się artykuł Janusza Rolickiego, znanego publicysty, w latach siedemdziesiątych reportera tygodników „Kultura” i „Polityka”, współtwórcy tzw. polskiej szkoły reportażu oraz świetności publicystyki kulturalnej Telewizji Polskiej w latach 1974-1980, byłego redaktora naczelnego „Trybuny” (1996 – 2001). Artykuł ma formę dramatycznego listu otwartego skierowanego do wszystkich, którym leży na sercu zatrzymanie PiS i ocalenie polskiej demokracji. Brzmi on tym bardziej alarmistycznie, że Janusz Rolicki znany jest od dziesięcioleci ze spokojnego i dialogowego podejścia do spraw publicznych.

KRZYSZTOF LUBCZYŃSKI: W tonie alarmistycznym wzywa Pan do obywatelskiego nieposłuszeństwa w stosunku do rządzących oraz do pilnego zwołania Kongresu Wolności…
JANUSZ ROLICKI: Uważam – powtórzę niektóre tezy, które zawarłem w moim tekście – że Polsce grozi ucieczka od wolności. Przypomnę, że to zjawisko zdefiniował austriacki psycholog Erich Fromm. Jednym z jego przejawów było dobrowolne, w trybie demokratycznym, oddanie władzy przez społeczeństwo niemieckie Hitlerowi. Skutki podobnej ucieczki od wolności będą dla Polski straszliwe i że będzie ona zmorą tylko dla nas, Polaków, a Europa i świat będą się temu biernie przyglądać, bo ich to szczęśliwie nie dotknie. Uważam że, po pierwsze, trzeba pójść śladem Władysława Frasyniuka i zacząć wykorzystywać prawo do obywatelskiego nieposłuszeństwa. To był akt jednostkowy, a teraz potrzeba dokonania zbiorowego aktu obywatelskiego nieposłuszeństwa. Nie czynnego oporu, ale właśnie obywatelskiego nieposłuszeństwa, dokuczliwego dla władzy. Bo skoro Jarosławowi Kaczyńskiego zaczęły śnić się niebieskie migdały i sięga po dyktaturę, zwykła, rutynowa działalność opozycyjna przestała wystarczać. Co do Kongresu Wolności, to on powinien być zwołany jak najszybciej i powinny wziąć w nim udział wszystkie wolnościowe organizacje i stowarzyszenia oraz partie polityczne, które, mam nadzieję, zawieszą na ten czas swoje partyjne ego. Platforma ideowa tego kongresu powinna być możliwie najszersza. Trzeba wykorzystać to, że partia Kaczyńskiego nie jest monolitem. Dyktatura jest na razie jeszcze możliwa do przełamania, jeszcze nie jest na tyle zasiedziała, by już nie oddać władzy, by już całkowicie wziąć społeczeństwo za twarz.

Sugeruje Pan też, że zagrożone są przyszłe wolne wybory…
Nikt nie może dać dziś gwarancji że za niespełna dwa lata takie wolne wybory się odbędą. Nawet profesor Rafał Matyja, politolog o prawicowych poglądach, dziś krytyczny wobec PiS, nie ma takiej pewności. Przecież PiS już stworzył instytucjonalne warunki, by te wybory, w przypadku niekorzystnego lub niewystarczająco dla siebie korzystnego wyniku wyborczego.

Zwłaszcza, że w ostatnim czasie pojawiły się już dwa kolejne sondaże różnych pracowni badania opinii publicznej wskazujące na pewien spadek notowań PiS. Porównał Pan Jarosława Kaczyńskiego do króla Ubu ze sztuki Alfreda Jarry…
Bo przecież ten człowiek w ciągu dwóch lat przemienił Polskę, w sposób uzurpatorski, z kraju jednak, przy wszystkich niedostatkach, z kraju podziwianego w świecie, w prawdziwą krainę groteskowego króla Ubu. Kaczyński mając usta pełne frazesów o umiłowaniu ojczyzny i troski o Polskę i Polaków jednocześnie strącił Polskę z europejskiego Parnasu. Ideologia rządzącej partii sięgnęła bruku. Do tego obserwujemy chronione przez policję przemarsze osiłków z ONR, którzy z flagami w rękach ryczą na ulicach polskich miast haniebne hasła rasistowskie, antysemickie, antywolnościowe, które są przy tum często tolerowane przez prokuraturę. Przyzwoitych ludzi zalewa z tego powodu fala wstydu. Czas z tym skończyć, zanim będzie za późno.

Po wydarzeniach z 16 grudnia 2016 roku władza określiła działania protestujących demonstrantów i posłów opozycji jako „pucz” i z uporem to powtarza, Pan tymczasem mówi o władzy, że to właśnie ona dokonuje puczu…
Tak, bo czym innym jest zmienianie ustroju państwa bez uprawnień konstytucyjnych, jak nie jawnym, pełzającym puczem?

Dziękuję za rozmowę.

Fragmenty artykułu-listu otwartego Janusza Rolickiego

„Od dwóch lat jako społeczeństwo tolerujemy w Polsce łamanie konstytucji przez rząd i parlament.
Dlaczego – pytam – nie wykorzystaliśmy dotychczas prawa do zbiorowego nieposłuszeństwa wobec rządzących, godząc się na upokarzający status życia w państwie z wolna dostającym się pod wewnętrzną okupację jednej partii? Wobec tego, czy to, co obserwujemy, jest już polską wersją ucieczki od wolności? (…)
Społeczeństwo skonsternowane brutalnością ekipy Kaczyńskiego nie wiedziało, jak reagować na zniewolenie Trybunału Konstytucyjnego, przejęcie przez PiS mediów publicznych z pogwałceniem konstytucyjnych uprawnień Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, zawłaszczenie prokuratury, zglajchszaltowanie sądownictwa, drastyczną i kuriozalną zmianę ordynacji wyborczej, ograniczenie praw do organizowania protestów obywatelskich, zastraszanie i karanie mediów prywatnych, a ostatnio i pojedynczych dziennikarzy.
Dziś te cyniczne i niekonstytucyjne zmiany w większości mamy za sobą i stąd ponad wszelką wątpliwość wiemy, że PiS-owi chodzi o trwałe zdobycie władzy, a także większości konstytucyjnej. (…) Stworzone (…) zostały ponad wszelką wątpliwość warunki do łatwego sfałszowania wyników zbliżających się elekcji…(…) Wobec tego pytam: czy nie nadszedł już czas na zbiorowe wypowiedzenie przez społeczeństwo posłuszeństwa ekipie rządzącej Polską? Jak długo, korzystając z naszej bierności, parlamentarzyści, ministrowie, prezydent i premier z nominacji Kaczyńskiego będą łamać prawo konstytucyjne w Polsce? Czy nie czas wykrzyczeć zbiorowe „nie”? (…) Stało się tak między innymi z powodu histerii antyuchodźczej, jak również obchodów w Polsce rocznicy urodzin Hitlera. To nie jest margines marginesów – jak nas zapewniają. To wykwit hołubionych nastrojów i preferencji obecnie rządzących. Taka impreza jak obchody urodzin Hitlera mogła się publicznie wydarzyć tylko w Polsce pisowskiej (…) W tej sytuacji uratować nasz kraj może jedynie podjęcie decyzji o zbiorowym obywatelskim nieposłuszeństwie. Ta odmowa może być skuteczną odpowiedzią na samowolę władz. PiS bowiem, bimbając sobie z ustawy zasadniczej, de facto postawił się w roli uzurpatora. Dlatego z punktu widzenia porządku prawnego nasza jak najbardziej masowa odmowa posłuszeństwa nie może być uznana za sprzeczną z prawem (…) Warto w tym miejscu przypomnieć, że za udział w demonstracjach antyrządowych w ostatnich dwóch latach do sądu wezwano blisko tysiąc osób, a dwieście zostało skazanych, na razie na grzywny. Policja, na co zwróciły uwagę – jeszcze nie do końca zależne – sądy, nadużywała przy tym wielokrotnie prawa, interpretując je w sposób stronniczy wobec demonstrujących. W świetle jupiterów rozpoczęła się więc akcja brania za twarz społeczeństwa (…) Najlepiej by było, aby deklaracje o nielegalności aktualnej władzy złożyły na specjalnym Kongresie Wolności, który powinien być maksymalnie szybko zorganizowany i mocno rozreklamowany w świecie, istniejące już stowarzyszenia i organizacje obywatelskie (…) Im więcej będzie sygnatariuszy chcących walczyć o wolność, tym lepiej. Kaczyński rozumie tylko siłę. I tylko siłą możemy go pozbawić dyktatury. Powiedzmy głosem milionów, jeszcze przed latem: nie dyktaturze, ograniczaniu praworządności i perfidnemu łamaniu konstytucji. Pamiętajmy, że z dyktaturą jeszcze niezasiedziałą, a więc taką jak Kaczyńskiego, jest łatwiej walczyć niż z dyktaturą obrosłą w pełne instrumentarium przemocy. PiS jeszcze nie ma sprawnego i masowego ZOMO, jeszcze ludzie aparatu ucisku w pełni nie zarazili się chorobą nadużywania przemocy. Jeszcze się wstydzą. A dopóty, dopóki na ulicach nie strzelają i nie wysyłają przeciwko demonstrantom czołgów, są realne szanse na skuteczne zahamowanie wzbierającego puczu Kaczyńskiego. Bo puczem jest niewątpliwie zmienianie ustroju bez konstytucyjnych do tego uprawnień (…)
A więc śpieszmy się, dopóki siły antywolnościowe nie są jeszcze gotowe do bezwzględnej walki o dyktaturę. A jeśli powstaną nas miliony, to z pewnością zwyciężymy. Nieodpowiedzialnością byłoby namawianie społeczeństwa do czynnego oporu. Ale pamiętajmy, że obok powtórek z Majdanu (jako ostateczności) powinniśmy myśleć o jak najzręczniejszym a dokuczliwym dla władz powszechnym protestowaniu indywidualnym. Zaczynajmy od koszulek z hasłami, wieców i protestów ulicznych, a
także strajków. O jednym wszakże pamiętajmy: musimy świadomie zawsze i wszędzie podkreślać nielegalność obecnej władzy, która sama pozbawiła się de facto prawa do rządzenia Polską i Polakami. Łamiąc przewrotnie konstytucję, swe mandaty stracili już bezpowrotnie tak prezydent Duda, jak i premier Morawiecki, nie mówiąc już o członkach jego gabinetu. Stale wytykajmy Kaczyńskiemu i jego partii, że wprowadza w Polsce dyktaturę. Potwierdzajmy obawy, że z powodu narzuconego przez PiS prawodawstwa nie możemy być dziś pewni rzetelnych wyborów, tak samorządowych, jak i parlamentarnych. Przypominajmy, że jako obywatele Unii – jest to zresztą zaznaczone na okładkach naszych paszportów – mamy prawo, a nawet obowiązek nie tylko przypominać Europie o niegodziwości rządzących, ale także skarżyć się wprost na rząd i krajowych urzędników. Zerwijmy ze szkodliwym szantażem o praniu brudów jedynie pomiędzy Bugiem i Odrą. Jeśli wspólnie sięgniemy do zakreślonego tu instrumentarium politycznego, zwyciężymy i przepędzimy precz zmorę zniewolenia, jaką wyszykował nam Kaczyński ze swoimi cienkoszyjnymi wodzami. (…)”

Przygody Andrzeja Czechowicza

Przygody! łatwo napisać.

A przecież kapitan, dziś pułkownik Andrzej Czechowicz zapewne niejeden raz w swojej działalności stawiał własne życie na szali. Dziś nie jest postacią powszechnie znaną, można by nawet zaryzykować opinię, że na ogół zapomnianą. Jednak większość tych, którzy pamiętają marzec roku 1971 i choć trochę wtedy interesowali się tym, co pokazywała ówczesna telewizja, co nadawało radio i co publikowała prasa, na pewno zapamiętali dzień, gdy władze PRL ujawniły działalność Czechowicza. „Kapitan Andrzej Czechowicz wykonał zadanie” – krzyczały PRL-owskie media, a telewizja i radio nadały relację z publicznej konferencji prasowej z udziałem oficera wywiadu PRL, który przez siedem lat, zakamuflowany jako pracownik, infiltrował rozgłośnię polską Radia Wolna Europa w Monachium. Dla mnie, wtedy 14-latka była to ekscytująca sensacja w telewizji, od której w jej paśmie publicystyczno-propagandowej na ogół wiało drętwotą i nudą. Pamiętam też, że telewizja nadała wtedy także rozmowę, którą z Czechowiczem przeprowadził Jan Kolczyński z KC. Kapitan odbył szereg podróży po kraju spotykając się z różnymi środowiskami. W szybkim tempie, w MON-owskiej serii „Ideologia-Polityka-Obronność”, pod tytułem „Kapitan Czechowicz wykonał zadanie”, ukazał się wtedy zbiór jego relacji dla prasy, radia i telewizji PRL. Nieco później ukazała się jego książka „Siedem trudnych lat”.
Jednak dopiero niedawno, 47 lat po swoim sławnym coming out z RWE, opublikował dwa tomy swoich pamiętników zatytułowanych „Straceniec, czyli przypadki urodzonego w niewłaściwym czasie”, obejmujących bez mała całe jego życie, dziś już prawie 82-letnie, niezwykle burzliwe, trudne, ale i barwne. Obejmują one jego przebogaty życiorys, którym mógłby obdzielić co najmniej kilku doświadczonych rówieśników. Co ciekawe, choć Czechowicz został oficerem wywiadu PRL, jego genealogia bynajmniej nie była „komunistyczna”. Wywodził się z kresowej, wileńskiej szlachty o tradycjach patriotycznych (Lachowicze-Czechowicze herbu Ostoja), a jeden z jego pradziadków był powstańcem styczniowym. Ani nie jestem w stanie, ani nie zamierzam streszczać tu bogactwa treści tych blisko 800 stron, które składają się na te wspomnienia. Nie opowiada się bowiem „kryminałów”, nie opowiada się takich pasjonujących opowieści, bo byłaby to nielojalność w stosunku do przyszłych czytelników. W kolejnych rozdziałach opowiada Czechowicz o swoim wojennym i syberyjskim dzieciństwie, o swoim powrocie z rodziną do Polski na zachód od linii Bugu, tej części Polski, która była dla niego, de facto, nieznaną krainą. Mogę jednak uspokoić przyszłych czytelników, którzy mogą się obawiać lektury w typie niezliczonych, nudnych, rodowych wspomnień kresowych, rozplenionych w piśmiennictwie od dziesięcioleci, a podobnych do siebie jak dwie krople wody. Już we wspomnianiach obejmujących dzieciństwo i młodość na Górnym Śląsku, gdzie powojenny los rzucił go z rodziną i studencką w PRL, odzywa się w autorze żyłka „łotrzykowska”, a niektóre wspomnienia z lat liceum w Grójcu i studiów na Uniwersytecie Warszawskim (germanistyka) jako żywo przywodzą na myśl dzikie brewerie studentów z „Lalki” Bolesława Prusa. Szybko też pojawiają się charakterystyczne dla tych wspomnień wątki licznych i intensywnych, okresami nadmiernie, doświadczeń erotycznych Andrzeja Czechowicza, objawia się jego nieprzeciętna wrażliwość na wdzięki kobiece, fascynacja kobietami i kobiecością, z uwzględnieniem nawet takiego aspektu jak odpowiadający mu kobiecy „typ”, fizyczny i psychiczny. Bardzo szybko pojawia się też inny walor tych wspomnień: trafne, obrazowe, soczyście, w niektórych przypadkach nieco „plotkarsko” ujmowane personalia, w tym także personalia i mini-portrety poznanych przez Czechowicza postaci, później znanych w istotnych dokonań, jak n.p. Janusz Rolicki, Ewa Wipszycka, Izabela Małowist, czy znani później aktorzy Jan Kociniak i Andrzej Szajewski, jak również przyszły wybitny historyk Tomasz Szarota, z którymi Czechowicz służył w Studium Wojskowym. Dalsze losy autora to decyzja o emigracji, opuszczenie kraju, uzyskanie azylu w NRF i pierwsze, dojmujące rozczarowanie Zachodem, kapitalizmem, z jego zimnem i bezdusznością oraz skomercjalizowaniem relacji międzyludzkich, połączone z falą trudnej do zniesienia nostalgii za krajem, nostalgii, która sprawiała, że szara gomułkowska Polska w jego wyobraźni nabrała niemal cech idylli. Otrzymanie pracy w rozgłośni polskiej RWE w Monachium pozwoliło Czechowiczowi poznać ten sławny zespół dziennikarski, którego głosom i audycjom przez kilka dziesięcioleci dawały ucha przy odbiornikach radiowych liczne setki tysięcy, może nawet miliony Polaków w kraju. Nie jest to obraz pochlebny. Środowisko polskich dziennikarzy RWE, z dyrektorem Janem Nowakiem-Jeziorańskim okazało się prawdziwym „kłębowiskiem żmij”, pełnym wzajemnych intryg i wrogości, a także podziałów ideologicznych. Opisał je Czechowicz barwnie, sugestywnie, obrazowo, z prawdziwym talentem narracyjnym i spostrzegawczością psychologiczną. Podjęcie współpracy z Centralą Wywiadu MSW PRL, która zaczęła się już po podjęciu pracy w Monachium stanowiło najistotniejszą cezurę w życiu Czechowicza.
Od tej pory nie był już tylko emigrantem, stał się utajonym „człowiekiem systemu” w innym, wrogim systemie. O podjęciu tej działalności zadecydował zapewne m.in. ryzykancki, pchający go do życiowego hazardu rys jego osobowości. Nowa rola Czechowicza nie zmieniła prywatnego aspektu jego życia, więc opisom jego działań o charakterze operacyjnym i obszernym komentarzom do sytuacji politycznej w kraju i na emigracji towarzyszą opisy kolejnych romansów, zazwyczaj z Niemkami, niektóre nie bez akcentów humorystycznych, jak przypadek Gerdy, która histerycznymi „scenami” zepsuła obojgu „romantyczną” wyprawę turystyczną do Hiszpanii i Portugalii. Takimi epizodami obyczajowymi wspomnienia te są naszpikowane, pozwalając czytelnikowi co jakiś czas odprężyć się po uważnym śledzeniu działalności wywiadowczej narratora. Jeden z najważniejszych i najobszerniej opisanych wątków tych wspomnień dotyczy szefa Czechowicza, dyrektora rozgłośni polskiej RWE Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Tej czczonej w Polsce niczym bohater narodowy postaci, Czechowicz, zresztą nie tylko on, wystawia jak najgorsze świadectwo. I bynajmniej nie tylko z powodu jego osobistych przywar, despotyzmu, intryganctwa, gwałtowności, bezceremonialności, chamstwa, itd. Także z powodu udowodnionej Nowakowi, i pośrednio potwierdzonej także przez niemiecki sąd niechlubnej działalności Nowaka (właściwe imię: Zdzisław) jako zarządcy, komisarza przejętego przez Niemców majątku żydowskiego w Radzyminie, czyli, mówiąc bez ogródek – kolaboranta.
W ujęciu Czechowicza fakt, że także przez ostatnie lata życia spędzone w Polsce przez byłego dyrektora, sprawa ta nie wyszła na szersze wody był wynikiem jego kolosalnych wpływów i starannie podtrzymywanego mitu bohaterskiego „kuriera z Warszawy”. Nawiasem mówiąc nawet teraz, gdy na ekrany wszedł poświęcony Nowakowi-Jeziorańskiemu hagiograficzny film „Kurier” Władysława Pasikowskiego, sprawa ta nie została podjęta. Niejaka czasowa zbieżność ukazania się wspomnień Czechowicza i premiery filmu nadaje całej sytuacji dodatkowej „pikanterii”. Obszerną cześć tekstu poświęcił Czechowicz swoim losom zarówno po powrocie do PRL, jak i w III RP, po 1989 roku. Według jego świadectwa, władze PRL, po początkowym propagandowym wykorzystaniu jego misji, potraktowały go raczej po macoszemu, natomiast wiele lat po 1989 roku upłynęło mu na walce, także przed sądami, o dobre imię, a także na próbach dotarcia do szerszej publiczności ze sprawą kolaboracji Nowaka-Jeziorańskiego. Nie podjął jej oczywiście także IPN. Przy tej okazji niepochlebnie jawi się z jego punktu widzenia obraz środowiska „Tygodnika Powszechnego”, owianego idealistyczną legendą szlachetności i czystości moralnej, a także wysokich standardów w działaniu. Czechowicz demaskuje ten obraz jako fałszywy, za którym kryła się nielojalność, małość, poczucie wyższości, a nawet skłonność do pogardy w stosunku do „profanów” rozmaitego autoramentu. Kończąc tę z konieczności niewielką – wobec ogromu tematów, kwestii, zdarzeń, personaliów – porcję uwag i wrażeń z lektury tych pasjonujących pamiętników, nie sposób raz jeszcze nie podkreślić jej czytelniczych, narracyjnych walorów, dobrej, klarownej polszczyzny, dynamiki opisu, dużej erudycji humanistycznej i politycznej. Ze swojego życia człowieka „urodzonego w niewłaściwym czasie” uczynił jednak Andrzej Czechowicz pasjonującą, przebogatą przygodę, która, gdyby urodził się w jakimś hipotetycznym innym czasie, „czasie właściwym”, być może nigdy by się nie wydarzyła.

Andrzej Czechowicz – „Straceniec, czyli przypadki urodzonego w niewłaściwym czasie”, wyd. Andrzej Czechowicz, Warszawa 2018, tom I (str. 486, ISBN 978-83-941652-0-8), tom II (str. 341, ISBN 978-83-941652-1-5).

Powtórka z Rolickiego, klasyka polskiego reportażu Recenzja

Decyzja Wydawnictwa Poznańskiego, by wydać archiwalne reportaże Janusza Rolickiego sprzed kilkudziesięciu lat była ze wszechmiar słuszna. Nie tylko dlatego, że Rolicki należy do klasyków polskiego reportażu, w jednym szeregu z Ryszardem Kapuścińskim, Hanną Krall, Jerzym Lovellem, Józefem Kuśmierkiem, Krzysztofem Kąkolewskim czy Kazimierzem Dziewanowskim, ale przede wszystkim dlatego, że te reportaże nadal, mimo upływu czasu i zmiany realiów, doskonale się czyta. Rolicki był bowiem w tych reportażach nie tylko ofiarnym reporterem i dociekliwym obserwatorem rzeczywistości PRL, ale także świetnym piórem, łączącym rzeczowość i prostotę narracji z finezją prawdziwie literacką, z soczystą mięsistością opisu, a także wyrafinowaną ironią, ukrytą pod warstwą bardzo oszczędnego stylu. W 23 reportażach, publikowanych na łamach tygodników „Polityka” i „Kultura” (jeden został zatrzymany przez cenzurę), Rolicki, najpierw bardzo młody, a potem dość młody człowiek, ukazał kawałki siermiężnego życia PRL w okresie od roku 1960 do pierwszej połowy lat siedemdziesiątych, czyli PRL czasów Gomułki i Gierka.
Gdzie ten reporter Rolicki nie wsadzał swojego reporterskiego nosa! Debiutując jako 22-latek wykonał tzw. reportaż wcieleniowy i wszedłszy w rolę młodego robotnika wszedł w krąg budowy i budowlańców („Janek, podaj wapno”). Penetrował przepojone patologią życie PRL: życie i pracę Państwowych Gospodarstw Rolnych, polskich rybaków kutrowych, najął się też na świniopasa, aby poznać i ten aspekt życia gospodarczego PRL. Zajmował się procederem prywatnych fuch w państwowych zakładach pracy, patologią w spółdzielniach mieszkaniowych i administracjach domów mieszkalnych, grą pozorów towarzyszącą chałturowym fuchom literatów, czyli spotkaniami autorskimi, „naszymi w Wiedniu”, salonem automobilowym na Dzikiej, czyli dzikim handlem autami w czasach drastycznego niedoboru tego towaru w Polsce, systemem „waletowania” w domach studenckich, gwałcicielami, cieciami, dziwnym losem „Westerplatczyków” w PRL, polskim „buszem” pijackim czyli polską Apokalipsą tamtych czasów (silne skojarzenia z klimatem prozy Marka Hłaski), a nawet technologią pracy wróżek i tworzenia popularnego telewizyjnego programu „Turniej miast”. Jest też przejmujący, zwłaszcza dla pasażerów lotniczych, reportaż o dramatycznym, mrożącym krew w żyłach przez swój szczególnie drastyczny i krwawy przebieg, porwaniu samolotu PLL „Lot” w 1971 roku. Doskonałym pomysłem było opatrzenie każdego reportażu słowem objaśniającym od autora. Bez tego część czytelników, głównie z generacji nie pamiętających PRL lub pamiętających ją z perspektywy wczesnego dzieciństwa, mogłaby mieć trudności ze zrozumieniem części realiów oraz kontekstu społeczno-polityczno-obyczajowego tych reportaży. Także jednak dla czytelników dobrze pamiętających PRL, jak choćby piszący te słowa, te objaśnienia są bardzo przydatne, bo wiedzy nigdy za wiele, a choć żyliśmy w PRL, to nie do każdego kąta zaglądaliśmy. W słowie wstępnym do tego zbioru, reporter tygodnika „Polityka” młodszy od Rolickiego o pokolenie, Cezary Łazarewicz, słusznie napisał o nim jako o „klasyku polskiej szkoły reportażu” i trafnie porównał do klasyka niemieckiego reportażu wcieleniowego, Gűntera Walraffa i amerykańskiego – Howarda Griffina. Co do mnie, to mam dla reporterów, nie tylko wcieleniowych, nabożny podziw, bo moja wygodnicka natura wzdragałaby się przed podjęciem tak niewygodnych, pracochłonnych, męczących, nieraz odrażających a czasem nawet niebezpiecznych zadań. Cytowany już Łazarewicz napisał, że Polska z reportaży Rolickiego to „Polska sauté, bez pudru i ideologicznych upiększeń”. To prawda. Jeśli jednak nawiązać do znanej, popularnej kiedyś frazy o „absurdach życia PRL”, to mój wniosek z lektury reportaży Rolickiego jest pesymistyczny. Gdyby bowiem Janusz Rolicki odmłodniał o pięćdziesiąt lat i wrócił do swej dawnej roli reportera w naszej, dzisiejszej polskiej rzeczywistości, to miałby roboty nie mniej niż wtedy. Owszem, absurdy dzisiejsze są – na ogół – inne niż naówczas, ale obawiam się, że ich liczba stanowi constans. Słowem – absurdy polskie są te same, choć nie takie same.

 

Janusz Rolicki – „Lepsi od Pana Boga. Reportaże z Polski Ludowej”, Wydawnictwo Poznańskie 2018, str. 357, ISBN 978-83-79-76-051-0.