Przygody Andrzeja Czechowicza

Przygody! łatwo napisać.

A przecież kapitan, dziś pułkownik Andrzej Czechowicz zapewne niejeden raz w swojej działalności stawiał własne życie na szali. Dziś nie jest postacią powszechnie znaną, można by nawet zaryzykować opinię, że na ogół zapomnianą. Jednak większość tych, którzy pamiętają marzec roku 1971 i choć trochę wtedy interesowali się tym, co pokazywała ówczesna telewizja, co nadawało radio i co publikowała prasa, na pewno zapamiętali dzień, gdy władze PRL ujawniły działalność Czechowicza. „Kapitan Andrzej Czechowicz wykonał zadanie” – krzyczały PRL-owskie media, a telewizja i radio nadały relację z publicznej konferencji prasowej z udziałem oficera wywiadu PRL, który przez siedem lat, zakamuflowany jako pracownik, infiltrował rozgłośnię polską Radia Wolna Europa w Monachium. Dla mnie, wtedy 14-latka była to ekscytująca sensacja w telewizji, od której w jej paśmie publicystyczno-propagandowej na ogół wiało drętwotą i nudą. Pamiętam też, że telewizja nadała wtedy także rozmowę, którą z Czechowiczem przeprowadził Jan Kolczyński z KC. Kapitan odbył szereg podróży po kraju spotykając się z różnymi środowiskami. W szybkim tempie, w MON-owskiej serii „Ideologia-Polityka-Obronność”, pod tytułem „Kapitan Czechowicz wykonał zadanie”, ukazał się wtedy zbiór jego relacji dla prasy, radia i telewizji PRL. Nieco później ukazała się jego książka „Siedem trudnych lat”.
Jednak dopiero niedawno, 47 lat po swoim sławnym coming out z RWE, opublikował dwa tomy swoich pamiętników zatytułowanych „Straceniec, czyli przypadki urodzonego w niewłaściwym czasie”, obejmujących bez mała całe jego życie, dziś już prawie 82-letnie, niezwykle burzliwe, trudne, ale i barwne. Obejmują one jego przebogaty życiorys, którym mógłby obdzielić co najmniej kilku doświadczonych rówieśników. Co ciekawe, choć Czechowicz został oficerem wywiadu PRL, jego genealogia bynajmniej nie była „komunistyczna”. Wywodził się z kresowej, wileńskiej szlachty o tradycjach patriotycznych (Lachowicze-Czechowicze herbu Ostoja), a jeden z jego pradziadków był powstańcem styczniowym. Ani nie jestem w stanie, ani nie zamierzam streszczać tu bogactwa treści tych blisko 800 stron, które składają się na te wspomnienia. Nie opowiada się bowiem „kryminałów”, nie opowiada się takich pasjonujących opowieści, bo byłaby to nielojalność w stosunku do przyszłych czytelników. W kolejnych rozdziałach opowiada Czechowicz o swoim wojennym i syberyjskim dzieciństwie, o swoim powrocie z rodziną do Polski na zachód od linii Bugu, tej części Polski, która była dla niego, de facto, nieznaną krainą. Mogę jednak uspokoić przyszłych czytelników, którzy mogą się obawiać lektury w typie niezliczonych, nudnych, rodowych wspomnień kresowych, rozplenionych w piśmiennictwie od dziesięcioleci, a podobnych do siebie jak dwie krople wody. Już we wspomnianiach obejmujących dzieciństwo i młodość na Górnym Śląsku, gdzie powojenny los rzucił go z rodziną i studencką w PRL, odzywa się w autorze żyłka „łotrzykowska”, a niektóre wspomnienia z lat liceum w Grójcu i studiów na Uniwersytecie Warszawskim (germanistyka) jako żywo przywodzą na myśl dzikie brewerie studentów z „Lalki” Bolesława Prusa. Szybko też pojawiają się charakterystyczne dla tych wspomnień wątki licznych i intensywnych, okresami nadmiernie, doświadczeń erotycznych Andrzeja Czechowicza, objawia się jego nieprzeciętna wrażliwość na wdzięki kobiece, fascynacja kobietami i kobiecością, z uwzględnieniem nawet takiego aspektu jak odpowiadający mu kobiecy „typ”, fizyczny i psychiczny. Bardzo szybko pojawia się też inny walor tych wspomnień: trafne, obrazowe, soczyście, w niektórych przypadkach nieco „plotkarsko” ujmowane personalia, w tym także personalia i mini-portrety poznanych przez Czechowicza postaci, później znanych w istotnych dokonań, jak n.p. Janusz Rolicki, Ewa Wipszycka, Izabela Małowist, czy znani później aktorzy Jan Kociniak i Andrzej Szajewski, jak również przyszły wybitny historyk Tomasz Szarota, z którymi Czechowicz służył w Studium Wojskowym. Dalsze losy autora to decyzja o emigracji, opuszczenie kraju, uzyskanie azylu w NRF i pierwsze, dojmujące rozczarowanie Zachodem, kapitalizmem, z jego zimnem i bezdusznością oraz skomercjalizowaniem relacji międzyludzkich, połączone z falą trudnej do zniesienia nostalgii za krajem, nostalgii, która sprawiała, że szara gomułkowska Polska w jego wyobraźni nabrała niemal cech idylli. Otrzymanie pracy w rozgłośni polskiej RWE w Monachium pozwoliło Czechowiczowi poznać ten sławny zespół dziennikarski, którego głosom i audycjom przez kilka dziesięcioleci dawały ucha przy odbiornikach radiowych liczne setki tysięcy, może nawet miliony Polaków w kraju. Nie jest to obraz pochlebny. Środowisko polskich dziennikarzy RWE, z dyrektorem Janem Nowakiem-Jeziorańskim okazało się prawdziwym „kłębowiskiem żmij”, pełnym wzajemnych intryg i wrogości, a także podziałów ideologicznych. Opisał je Czechowicz barwnie, sugestywnie, obrazowo, z prawdziwym talentem narracyjnym i spostrzegawczością psychologiczną. Podjęcie współpracy z Centralą Wywiadu MSW PRL, która zaczęła się już po podjęciu pracy w Monachium stanowiło najistotniejszą cezurę w życiu Czechowicza.
Od tej pory nie był już tylko emigrantem, stał się utajonym „człowiekiem systemu” w innym, wrogim systemie. O podjęciu tej działalności zadecydował zapewne m.in. ryzykancki, pchający go do życiowego hazardu rys jego osobowości. Nowa rola Czechowicza nie zmieniła prywatnego aspektu jego życia, więc opisom jego działań o charakterze operacyjnym i obszernym komentarzom do sytuacji politycznej w kraju i na emigracji towarzyszą opisy kolejnych romansów, zazwyczaj z Niemkami, niektóre nie bez akcentów humorystycznych, jak przypadek Gerdy, która histerycznymi „scenami” zepsuła obojgu „romantyczną” wyprawę turystyczną do Hiszpanii i Portugalii. Takimi epizodami obyczajowymi wspomnienia te są naszpikowane, pozwalając czytelnikowi co jakiś czas odprężyć się po uważnym śledzeniu działalności wywiadowczej narratora. Jeden z najważniejszych i najobszerniej opisanych wątków tych wspomnień dotyczy szefa Czechowicza, dyrektora rozgłośni polskiej RWE Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Tej czczonej w Polsce niczym bohater narodowy postaci, Czechowicz, zresztą nie tylko on, wystawia jak najgorsze świadectwo. I bynajmniej nie tylko z powodu jego osobistych przywar, despotyzmu, intryganctwa, gwałtowności, bezceremonialności, chamstwa, itd. Także z powodu udowodnionej Nowakowi, i pośrednio potwierdzonej także przez niemiecki sąd niechlubnej działalności Nowaka (właściwe imię: Zdzisław) jako zarządcy, komisarza przejętego przez Niemców majątku żydowskiego w Radzyminie, czyli, mówiąc bez ogródek – kolaboranta.
W ujęciu Czechowicza fakt, że także przez ostatnie lata życia spędzone w Polsce przez byłego dyrektora, sprawa ta nie wyszła na szersze wody był wynikiem jego kolosalnych wpływów i starannie podtrzymywanego mitu bohaterskiego „kuriera z Warszawy”. Nawiasem mówiąc nawet teraz, gdy na ekrany wszedł poświęcony Nowakowi-Jeziorańskiemu hagiograficzny film „Kurier” Władysława Pasikowskiego, sprawa ta nie została podjęta. Niejaka czasowa zbieżność ukazania się wspomnień Czechowicza i premiery filmu nadaje całej sytuacji dodatkowej „pikanterii”. Obszerną cześć tekstu poświęcił Czechowicz swoim losom zarówno po powrocie do PRL, jak i w III RP, po 1989 roku. Według jego świadectwa, władze PRL, po początkowym propagandowym wykorzystaniu jego misji, potraktowały go raczej po macoszemu, natomiast wiele lat po 1989 roku upłynęło mu na walce, także przed sądami, o dobre imię, a także na próbach dotarcia do szerszej publiczności ze sprawą kolaboracji Nowaka-Jeziorańskiego. Nie podjął jej oczywiście także IPN. Przy tej okazji niepochlebnie jawi się z jego punktu widzenia obraz środowiska „Tygodnika Powszechnego”, owianego idealistyczną legendą szlachetności i czystości moralnej, a także wysokich standardów w działaniu. Czechowicz demaskuje ten obraz jako fałszywy, za którym kryła się nielojalność, małość, poczucie wyższości, a nawet skłonność do pogardy w stosunku do „profanów” rozmaitego autoramentu. Kończąc tę z konieczności niewielką – wobec ogromu tematów, kwestii, zdarzeń, personaliów – porcję uwag i wrażeń z lektury tych pasjonujących pamiętników, nie sposób raz jeszcze nie podkreślić jej czytelniczych, narracyjnych walorów, dobrej, klarownej polszczyzny, dynamiki opisu, dużej erudycji humanistycznej i politycznej. Ze swojego życia człowieka „urodzonego w niewłaściwym czasie” uczynił jednak Andrzej Czechowicz pasjonującą, przebogatą przygodę, która, gdyby urodził się w jakimś hipotetycznym innym czasie, „czasie właściwym”, być może nigdy by się nie wydarzyła.

Andrzej Czechowicz – „Straceniec, czyli przypadki urodzonego w niewłaściwym czasie”, wyd. Andrzej Czechowicz, Warszawa 2018, tom I (str. 486, ISBN 978-83-941652-0-8), tom II (str. 341, ISBN 978-83-941652-1-5).

Powtórka z Rolickiego, klasyka polskiego reportażu Recenzja

Decyzja Wydawnictwa Poznańskiego, by wydać archiwalne reportaże Janusza Rolickiego sprzed kilkudziesięciu lat była ze wszechmiar słuszna. Nie tylko dlatego, że Rolicki należy do klasyków polskiego reportażu, w jednym szeregu z Ryszardem Kapuścińskim, Hanną Krall, Jerzym Lovellem, Józefem Kuśmierkiem, Krzysztofem Kąkolewskim czy Kazimierzem Dziewanowskim, ale przede wszystkim dlatego, że te reportaże nadal, mimo upływu czasu i zmiany realiów, doskonale się czyta. Rolicki był bowiem w tych reportażach nie tylko ofiarnym reporterem i dociekliwym obserwatorem rzeczywistości PRL, ale także świetnym piórem, łączącym rzeczowość i prostotę narracji z finezją prawdziwie literacką, z soczystą mięsistością opisu, a także wyrafinowaną ironią, ukrytą pod warstwą bardzo oszczędnego stylu. W 23 reportażach, publikowanych na łamach tygodników „Polityka” i „Kultura” (jeden został zatrzymany przez cenzurę), Rolicki, najpierw bardzo młody, a potem dość młody człowiek, ukazał kawałki siermiężnego życia PRL w okresie od roku 1960 do pierwszej połowy lat siedemdziesiątych, czyli PRL czasów Gomułki i Gierka.
Gdzie ten reporter Rolicki nie wsadzał swojego reporterskiego nosa! Debiutując jako 22-latek wykonał tzw. reportaż wcieleniowy i wszedłszy w rolę młodego robotnika wszedł w krąg budowy i budowlańców („Janek, podaj wapno”). Penetrował przepojone patologią życie PRL: życie i pracę Państwowych Gospodarstw Rolnych, polskich rybaków kutrowych, najął się też na świniopasa, aby poznać i ten aspekt życia gospodarczego PRL. Zajmował się procederem prywatnych fuch w państwowych zakładach pracy, patologią w spółdzielniach mieszkaniowych i administracjach domów mieszkalnych, grą pozorów towarzyszącą chałturowym fuchom literatów, czyli spotkaniami autorskimi, „naszymi w Wiedniu”, salonem automobilowym na Dzikiej, czyli dzikim handlem autami w czasach drastycznego niedoboru tego towaru w Polsce, systemem „waletowania” w domach studenckich, gwałcicielami, cieciami, dziwnym losem „Westerplatczyków” w PRL, polskim „buszem” pijackim czyli polską Apokalipsą tamtych czasów (silne skojarzenia z klimatem prozy Marka Hłaski), a nawet technologią pracy wróżek i tworzenia popularnego telewizyjnego programu „Turniej miast”. Jest też przejmujący, zwłaszcza dla pasażerów lotniczych, reportaż o dramatycznym, mrożącym krew w żyłach przez swój szczególnie drastyczny i krwawy przebieg, porwaniu samolotu PLL „Lot” w 1971 roku. Doskonałym pomysłem było opatrzenie każdego reportażu słowem objaśniającym od autora. Bez tego część czytelników, głównie z generacji nie pamiętających PRL lub pamiętających ją z perspektywy wczesnego dzieciństwa, mogłaby mieć trudności ze zrozumieniem części realiów oraz kontekstu społeczno-polityczno-obyczajowego tych reportaży. Także jednak dla czytelników dobrze pamiętających PRL, jak choćby piszący te słowa, te objaśnienia są bardzo przydatne, bo wiedzy nigdy za wiele, a choć żyliśmy w PRL, to nie do każdego kąta zaglądaliśmy. W słowie wstępnym do tego zbioru, reporter tygodnika „Polityka” młodszy od Rolickiego o pokolenie, Cezary Łazarewicz, słusznie napisał o nim jako o „klasyku polskiej szkoły reportażu” i trafnie porównał do klasyka niemieckiego reportażu wcieleniowego, Gűntera Walraffa i amerykańskiego – Howarda Griffina. Co do mnie, to mam dla reporterów, nie tylko wcieleniowych, nabożny podziw, bo moja wygodnicka natura wzdragałaby się przed podjęciem tak niewygodnych, pracochłonnych, męczących, nieraz odrażających a czasem nawet niebezpiecznych zadań. Cytowany już Łazarewicz napisał, że Polska z reportaży Rolickiego to „Polska sauté, bez pudru i ideologicznych upiększeń”. To prawda. Jeśli jednak nawiązać do znanej, popularnej kiedyś frazy o „absurdach życia PRL”, to mój wniosek z lektury reportaży Rolickiego jest pesymistyczny. Gdyby bowiem Janusz Rolicki odmłodniał o pięćdziesiąt lat i wrócił do swej dawnej roli reportera w naszej, dzisiejszej polskiej rzeczywistości, to miałby roboty nie mniej niż wtedy. Owszem, absurdy dzisiejsze są – na ogół – inne niż naówczas, ale obawiam się, że ich liczba stanowi constans. Słowem – absurdy polskie są te same, choć nie takie same.

 

Janusz Rolicki – „Lepsi od Pana Boga. Reportaże z Polski Ludowej”, Wydawnictwo Poznańskie 2018, str. 357, ISBN 978-83-79-76-051-0.