Lewy skompletował drugą setkę

Robert Lewandowski w meczu na szczycie Bundesligi wykorzystał błąd obrońcy Borussii Dortmund i po efektownej indywidualnej akcji zdobył bramkę. Było to jego jubileuszowe dwusetne trafienie w Bundeslidze. Przed nim tylko czterech graczy dokonało tej sztuki. Potem dorzucił jeszcze jednego gola, a Bayern wygrał z Borussia 5:0 i odzyskał pozycję lidera.

Na tego gola fani Lewandowskiego czekali już od kilku tygodni. W poprzedniej kolejce kapitan reprezentacji Polski w spotkaniu z Freiburgiem (1:1) zdobył swoją 199. bramkę w Bundeslidze i przygotował sobie grunt pod jubileuszowe dwusetne trafienie, które tak się szczęśliwie złożyło, mógł zaliczyć w kolejnym ligowym starciu akurat, które wypadło w meczu na szczycie z jego poprzednim klubem, Borussią Dortmund. W Niemczech ten mecz był oczywiście hitem 28. kolejki, bo po kilku sezonach totalnej dominacji Bayernu w Bundeslidze, w obecnych rozgrywkach Borussia Dortmund w końcu nawiązała wyrównaną walkę i przed sobotnim starciem na Allianz Arena w Monachium prowadziła w tabeli z przewagą dwóch punktów. W przypadku zwycięstwa szanse zespołu z Dortmundu na mistrzostwo wzrosłyby znacznie.

Statystyki przemawiały jednak na korzyść bawarskiego potentata. Sobotni mecz był setnym starciem tych dwóch klubów – 46 z nich wygrał Bayern, 29 zakończyło się remisem, a 25 razy zwyciężała Borussia. Bilans bramkowy 190:122 na korzyść Bayernu. Co ciekawe, w czterech ostatnich potyczkach na Allianz Arena Borussia nie zdobyła bramki, tracąc ich aż 22, z czego 10 było autorstwa Lewandowskiego. Polak w sumie w meczach ze swoim poprzednim klubem strzelił już 15 goli i jest pod tym względem rekordzistą bawarskiego klubu.

Swoją dwusetną bramkę w Bundeslidze „Lewy” strzelił w 17. minucie spotkania, przechwytując piłkę zagraną niestarannie przez przez stopera Borussii Dana-Axela Zagado. Polak błyskawicznie ruszył na bramkę rywali, sprytnie przelobował nadbiegającego bramkarza gości Romana Buerki i efektownymi „nożycami” z półobrotu wpakował piłkę do pustej bramki Borussii Dortmund.
Lepszej oprawy kapitan reprezentacji Polski dla swojego wyczynu nie mógł wymarzyć. Został piątym graczem w historii Bundesligi, który przekroczył granicę 200 strzelonych goli. Przypomnijmy, że przed nim tej sztuki dokonało tylko czterech legendarnych niemieckich graczy – Manfred Burgsmueller (212 goli), Jupp Heynckes (220), Klaus Fischer (268) i Gerd Mueller (365). „To wiele dla mnie znaczy. Nigdy nie pomyślałbym, że mogę strzelić tyle goli w Bundeslidze. A teraz jestem dumny, że znalazłem sie obok czterech takich wspaniałych piłkarzy” – powiedział Polak po meczu z Borussią.

W końcówce spotkania „Lewy” zaliczył jeszcze drugie trafienie i w klasyfikacji strzelców niemieckiej ekstraklasy prowadzi teraz z dorobkiem 21 goli i przewagą czterech bramek nad drugim w zestawieniu Luką Joviciem z Eintrachtu Frankfurt.

Klęska Borussii Dortmund w meczu na szczycie mimo wszystko jest jednak niespodzianką. Co prawda nikt nie miał złudzeń, że Bayern odpuści walkę o mistrzowski tytuł, ale ostatnio nawet szefowie bawarskiego potentata dawali do zrozumienia, że uważają ten sezon za „przejściowy”. Nie na tyle jednak, żeby po odpadnięciu zespołu z Ligi Mistrzów nie domagać się od zespołu zdobycia dubletu na krajowym podwórku, bo mają świadomość, że tylko mistrzostwo i puchar Niemiec zrekompensują kibicom rozczarowanie brakiem sukcesu na europejskiej arenie.

Lewandowski znów zebrał za swój występ wysokie noty i niemal we wszystkich mediach dostał „1”, co w Niemczech oznacza „klasę światową” (w skali 1-6 szóstka jest najgorszą oceną). „Lewy” dostał pochwały nie tylko za dwa gole i asystę, lecz także za to, że nie oszczędzał sił także w defensywie.

Po drugiej stronie Odry w opiniach większości piłkarskich ekspertów losy mistrzowskiego tytułu w Bundeslidze nie zostały jeszcze rozstrzygnięte. Bayern pokonał Borussię wprawdzie 5:0, lecz w ligowej tabeli ma nad nią tylko jeden punkt przewagi. Na ten istotny fakt zwrócił uwagę też Lewandowski w pomeczowych wypowiedziach. „Zdobędziemy mistrzostwo, jeśli wygramy wszystkie mecze jakie zostały do końca rozgrywek” – ocenił trafnie sytuacje najskuteczniejszy zawodnik Bayernu Monachium.

 

Lewy blisko drugiej setki

Robert Lewandowski zdobył bramkę w sobotnim spotkaniu z Freiburgiem i było to już jego 199. gol w niemieckiej Bundeslidze. Granicę dwustu trafień, którą przekroczyło dotąd tylko czterech graczy, będzie miał okazję osiągnąć w kolejnym meczu, z Borussią Dortmund.

W niemieckiej Bundeslidze o mistrzowski tytuł ścigają się już tylko zespoły Bayernu Monachium i Borussii Dortmund. W 27. kolejce broniąca tytułu bawarska jedenastka niespodziewanie straciła punkty w wyjazdowej potyczce z Freiburgiem (1:1), z czego skwapliwie skorzystała ekipa z Dortmundu i pokonując 2:0 VfL Wolfsburg odzyskała pozycję lidera. Ale w następnej kolejce Borussię czeka wyjazdowa potyczka w Monachium na Allianz Arena. Wynik tego meczu może przesądzić o tym, która z tych drużyn w tym sezonie sięgnie po mistrzostwo.

Może to być też wyjątkowy wieczór dla Roberta Lewandowskiego, który w spotkaniu z Freiburgiem zdobył 199. bramkę w Bundeslidze. Z tego bogatego dorobku 74 gole strzelił w barwach Borussii Dortmund, a pozostałe 125 już jako zawodnik Bayernu Monachium. W historii Bundesligi tylko czterech piłkarzy zdołało przekroczyć granicę 200 ligowych trafień. Absolutnym rekordzistą jest pod tym względem legendarny napastnik Bayernu Monachium Gerd Mueller, który w latach 1964-1979 strzelił dla bawarskiego klubu 365 goli. Drugi na liście z dorobkiem 268 trafień plasuje się inny legendarny niemiecki napastnik Klaus Fisher (bramki zdobywał w barwach czterech klubów – TSV 1860 Monachium, Schalke 04 Gelsenkirchen, FC Koeln i VfL Bochum), na trzecim miejscu znajduje się Jupp Heynckes z 220 golami (strzelał je dla Borussii Moenchengladbach i Hannoveru), a ostatni na liście „dwusetników” jest Manfred Burgsmueller, który w barwach Borussii Dortmund, FC Nuernberg i Werderu Brema zgromadzi 213 trafień. Z tego kwartetu poza zasięgiem „Lewego” jest chyba tylko Gerd Mueller.

Kapitan naszej reprezentacji w meczu z Freiburgiem zdobył efektowną bramkę, ale w starciu z Borussią Dortmund o kolejnego gola będzie mu piekielnie trudno. Jego dawni koledzy z tego zespołu z pewnością nie będą przebierać w środkach, żeby uniemożliwić mu strzelenie jubileuszowego gola. Nie chodzi tylko o kwestie ambicjonalne. Zespół z Dortmundu w tym sezonie miał już nad Bayernem przewagę dziewięciu punktów, którą jednak roztrwonił w lutym i marcu. Teraz odskoczył Bawarczykom na dwa „oczka”, ale gdyby na Allianz Arena udało się monachijczykom wygrać, ich przewaga urosłaby do pięciu punktów. W sześciu ostatnich kolejkach taka różnica byłaby możliwa do obronienia, zwłaszcza że ekipa Borussii zdaje się mieć kryzys formy za sobą. A Lewandowskiemu z laurów do zdobycia zostałaby już tylko tytuł króla strzelców.

 

Trener bez drużyny

Biało-czerwoni nie wygrali żadnego z czterech meczów rozegranych pod wodzą Jerzego Brzęczka. Nie dziwi więc, że atmosfera w kadrze i wokół niej, już przecież duszna po nieudanym mundialu w Rosji, zrobiła się fatalna.

 

Miesiąc temu w Bolonii Jerzy Brzęczek w swoim debiucie w roli selekcjonera zremisował z Włochami 1:1. W minioną niedzielę na Stadionie Śląskim przegrał 0:1, ale gdyby nie fenomenalnie usposobiony Wojciech Szczęsny, biało-czerwoni pewnie przegraliby czterema lub nawet pięcioma bramkami. Co się takiego stało przez ten miesiąc, że włoski zespół zrobił się tak przytłaczająco lepszy, a nasz taki żenująco słaby? Niefortunnie dobrana przez selekcjonera taktyka chyba nie wyjaśnia sprawy. Wygląda raczej na to, że coś się w polskiej reprezentacji skończyło, a nowe jeszcze nie zaczęło. I co gorsza nic nie zapowiada, żeby miało się zacząć.

 

Motory zostały wyeksploatowane?

Przez ostatnie pięć lat motorem napędowym naszej narodowej drużyny był Robert Lewandowski. Wystarczy rzucić okiem na jego niebotyczne statystyki. Ale oprócz niego w tym okresie swój dobry czas mieli Kamil Glik, Łukasz Piszczek, Grzegorz Krychowiak, Kamil Grosicki, Maciej Rybus, Michał Pazdan, Wojciech Szczęsny i Łukasz Fabiański, a swoje trzy grosze dołożyli też mimo trapiących ich kontuzji Jakub Błaszczykowski i Arkadiusz Milik. Z tego grona jak na razie definitywnie odpadł tylko Piszczek, który po mundialu ogłosił zakończenie reprezentacyjnej kariery, poza kadrą jest znajdujący sie w słabej formie Pazdan, a na ostatnim zgrupowaniu zabrakło kontuzjowanego Rybusa.

Wymienieni piłkarze mają za sobą wygrane eliminacje do mistrzostw Europy w 2016 roku i mistrzostw świata w 2018. No i oczywiście występy w tych prestiżowych turniejach – udany w Euro 2016 i nieudany na tegorocznym mundialu w Rosji. Pytanie o to, czy mają w sobie jeszcze dość ikry, żeby skutecznie zawalczyć o awans do kolejnego wielkiego turnieju, Euro 2020, bynajmniej nie jest bezzasadne. Ani Adam Nawałka, ani teraz Jerzy Brzęczek, nie potrafili znaleźć lepszych od nich graczy. Na rosyjskim mundialu do poziomu prezentowanego przez weteranów zbliżyli się w zasadzie tylko Dawid Kownacki i Jan Bednarek, a teraz nadzieję na to daje rewelacyjnie spisujący się w tym sezonie w Serie A Krzysztof Piątek.

 

Weteranów lepiej nie wkurzać

Na wielkie wietrzenie szatni i personalne rewolucje Brzęczek pozwolić sobie nie może, bo prezes PZPN Zbigniew Boniek postawił mu do zrealizowania jasny cel, jakim jest awans do Euro 2020, a póki co jeszcze nie było losowania grup eliminacyjnych i przyszli rywale nie są znani. Nie można jednak wykluczyć, że gdy już znani będą, a okażą się przeciwnikami do przejścia tylko w teorii, wiosną kilku weteranów może uznać, że dalsza gra w nie rokującej sukcesów reprezentacji przyniesie im więcej strat niż korzyści i podąży śladem Piszczka. A dzisiaj naprawdę trudno sobie wyobrazić naszą narodową drużynę bez Glika, Krychowiaka i Lewandowskiego, a jeśli ktoś ma taką bujną wyobraźnię i liczy, że Dźwigała, Reca, Szymański i Piątek dadzą radę, to przecież w listopadzie można ten wariant sprawdzić w spotkaniu z Portugalią.

W takiej sytuacji żaden rozsądny trener nie zadziera z elitą kadry, tak jak po meczu z Włochami zrobił to Brzęczek, gdy na konferencji prasowej zaatakował Lewandowskiego za jego krytyczną wypowiedź o złym wyborze taktyki. Po pierwsze, jako kapitan reprezentacji miał do tego prawo, a po drugie – kadra Polski nie jest niczyim prywatnym folwarkiem, ani też obozem pracy przymusowej i bezwzględny posłuch w niej nie obowiązuje, bo każdy z reprezentantów ma prawo uważać się za jej pełnoprawnego członka. Także w publicznych wypowiedziach.

 

Szacunek podstawą udanej współpracy

Tym bardziej, że większość kadrowiczów ma w swoim piłkarskim CV podległość trenerom o znacznie mocniejszych w tym fachu nazwiskach. Lewandowski pracował pod wodzą Juergena Kloppa, Pepa Guardioli i Juppa Heynckesa, Kamila Glika trenował Leonardo Jardim, Wojciech Szczęsny i Łukasz Fabiański w Arsenalu Londyn mieli za szefa Arsena Wengera, a Arkadiusz Milik i Piotr Zieliński w Neapolu mają teraz do czynienia z Carlo Ancelottim. A kto wydziera się na tych piłkarzy i publicznie kwestionuje ich zawodowe kompetencje? Były trener III-ligowego Rakowa Częstochowa, I-ligowego GKS Katowice oraz ekstraklasowych Lechii Gdańsk i Wisły Płock. Brzęczek swoimi zawodowymi dokonaniami szału w reprezentacyjnej szatni nie zrobił, a teraz jeszcze pogorszył swoje relacje w weteranami, a przynajmniej ich częścią.

Adam Nawałka na początku też miru u piłkarzy nie miał, a zaczął też słabo, bo od porażki ze Słowacją i remisu z Irlandią. Potem jednak w kolejnych 13 meczach przegrał tylko raz i tym zyskał zaufanie zawodników. Tymczasem Brzęczek w ciągu miesiąca z selekcjonera reprezentacji, który jeszcze nie przegrał meczu, stał się selekcjonerem, który jeszcze nie wygrał meczu. Najgorsze jest jednak to, że w żadnej sferze pracy z kadrą niczego w znaczący sposób nie poprawił, a w tym, co dla nas, kibiców, jest najistotniejsze, czyli w jakości gry, znacząco pogorszył. Gdyby nie Szczęsny, Włosi wygraliby w niedzielę z 5:0, choć wcale nie grali genialnie. Po prostu grali.