Flaczki Tygodnia

Po ciszy wyborczej nadszedł czas oczekiwania na wynik. Kiedy oddawaliśmy do druku to wydanie „Trybuny”, głosowanie jeszcze trwało. Z napływających informacji mogliśmy się jednego spodziewać – wysokiej frekwencji wyborczej.

Nie znamy jeszcze zwycięscy tego wyścigu. Ale już dzisiaj widzimy patologiczny charakter minionej kampanii wyborczej. Wyborów na prezydenta RP w czasie których kandydaci rzadko i skąpo mówili o swej rzeczywistej prezydenturze. O swoje wizji wykonywania konstytucyjnych uprawnień i obowiązków prezydenta RP.

W czasie kampanii wyborczej kandydaci na prezydenta RP przede wszystkim składali liczne i obfite obietnice, które formalnie mógłby zrealizować jedynie premier RP. Nie prezydent RP, bo nie mieściły się one w jego konstytucyjnych kompetencjach i zwyczajach sprawowania władzy.

Wielokrotnie też kandydaci na prezydenta RP prezentowali się jako liderzy partii lub ruchu politycznego. Jak przywódcy plemienni, odwołujący się do tej lepszej większości obywateli naszego kraju.
A przecież wedle nadal obowiązującej Konstytucji, i dobrych praktyk z czasów prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego, polski prezydent nie jest liderem partyjnym, tylko „ Pierwszym Obywatelem”. Zdeklarowanym, i zwykle starający się nim być, „Prezydentem wszystkich Polaków.

Patrząc na miniona kampanię można wywnioskować, że nowo wybrany prezydent będzie prezydentem jedynie głosującej na niego większości. Niewiele mniejsza, przegrana mniejszość może go za prezydenta nie uznawać, bojkotować nawet.
Jeżeli nowy prezydent będzie jednak chciał być tym „Pierwszym Obywatelem” i „Prezydentem Wszystkich Polaków”, to czeka go niezwykle trudne zadanie. Zaczynające się symbolicznym, demonstracyjnym wręcz, odcięciem pępowiny łączącej go z Matką- Partią.

Ta nie merytoryczna, fałszywa kampania wyborcza to efekt panujące w Polsce „mediokracji”, czyli patologicznej demokracji. To media, a ściślej ich dysponenci polityczni, narzucały tematy i problemy do dyskusji. Media kreowały wizerunki kandydatów, wzmacniały sympatie do nich. Media zamawiały sondaże poparcia dla kandydatów windując nimi swych faworytów i osłabiając konkurentów.

Tegoroczna kampania prezydencka dowiodła, że w czasach kampanii wyborczych nie ma w Polsce rzetelnych i bezstronnych mediów. Ani „publicznych”, bo te są tubą propagandową PiS, ani komercyjnych, bo te grają na prawicową opozycję i rządzące elity PiS.

Zapewne słabszy od spodziewanego wynik lewicowych kandydatów to efekt braku silnych lewicowych mediów. Lewica nie posiada ich, bo w przeciwieństwie do prawicy, nie dostrzegała i nie ostrzega, sensu ich posiadania. Efekty tego minimalizmu intelektualnego i organizacyjnego poznamy po wynikach dwóch lewicowych kandydatów. Brak silnych mediów lewicowych utrudnia też rozwój myśli politycznej i ideowej, tworzenia lewicowej tożsamości. No i „polityki historycznej”.

Polityka historyczna staje się dziś polityczną religią kultywowaną przez elity rządzące państwami. Postępująca laicyzacja doprowadziła do rozdziału instytucji państwa od kościołów. W republikach rządy nie pochodziły od woli boga, lecz ludu głosującego. Ideały demokracji zastąpiły wolę boga. Dziś obok zachodnioeuropejskich demokracji parlamentarnych istnieją autokratyczne „demokracje suwerenne”. W obu władza pochodzi z powszechnych wyborów, ale nie zawsze są one w pełni demokratyczne. Czasem ważniejsze jest kto liczy głosy niż na kogo zostały oddane. I właśnie kiedy władza pochodzi z nieortodoksyjnie demokratycznych wyborów, to szuka dodatkowych argumentów potwierdzających jej prawo do rządzenia.
Najczęściej są to dawne sukcesy dowodzące władczych kompetencji obecnych elit. Odwołanie się do plemiennej, narodowej wspólnoty. To naród teraz jest bogiem, który wybiera elity godne zarządzania jego państwem. Wtedy „polityka historyczną” staje się religią takiej narodowej wspólnoty.

W magazynie amerykańskich neokonserwatystów ” National Interest”, wydawany przez związanego z Kremlem lobbystę Dimitra Simisa vel Simesa, ukazał się niedawno artykuł prezydenta Władimira Putina. Ten długi tekst jawi się Katechizmem obecnej polityki historycznej Rosji. Firmowanym przez najwyższego kapłana nowej religii.
Jeszcze w średniowieczu filozof, matematyk, logik, a także święty kościoła kat. Jan Duns Szkot głosił, że w historii ważne są tylko wydarzenia zapisane, nie to co się wydarzyło naprawdę. Bo tylko zapisane fakty i ich interpretacje przechodzą „do historii”. Na tej prawdzie bazuje „polityka historyczna”.

Prezydent Putin pisze swą historię aby zaprzeczyć rezolucji Parlamentu Europejskiego z września 2019 roku, która obarczyła winą za wybuch II wojny światowej także stalinowską ZSRR. Tamta wojna wybuchła w efekcie kolaboracji Hitlera i Stalina, ukoronowanej paktem Ribbentrop – Mołotow. To przykre stwierdzenie dla władzy budującej swą legitymizację na historycznym zwycięstwie nad faszystowskimi Niemcami w 1945 roku.

Dlatego prezydent Putin cofa się do I wojny światowej i Traktatu Wersalskiego. Prawdziwie przypomina, że Traktat nie doprowadził do pokoju w Europie. Świat powersalski był tylko rozejmem między dwoma wojnami światowymi. Przypomina też haniebny rozbiór Czechosłowacji w 1938 roku. Dokonany przy zgodzie Anglii, Francji, Włoch. I współudziale Polski.

To właśnie rozbiór Czechosłowacji był początkiem II wojny w putinowskiej historii. A sanacyjną Polska współwinną jej wybuchu. Bo była wtedy sojusznikiem Niemiec. Popierała antysemicką politykę Hitlera. Odmówiła pomocy Czechosłowacji. Uczestniczyła w jej rozbiorze. I właśnie dlatego ZSRR musiał kolaborować z hitlerowskimi Niemcami w 1939 roku. I dokonać rozbioru antysemickiej, profaszystowskiej Polski.

To prawda, że rządy sanacji popierały hitlerowski antysemityzm, ale czyniły to w latach trzydziestych, kiedy hitlerowcy chcieli Żydów wyrzucić z Niemiec, a nie wymordować ich w obozach śmierci. To prawda, że Polska współuczestniczyła w haniebnym rozbiorze Czechosłowacji w 1938 roku. Ale w rozbiorze tym uczestniczyły też Węgry. Dwukrotnie zagarniały czeskie i słowackie ziemie. W 1938 i w 1939 roku. Węgry do końca II wojny były też sojusznikiem hitlerowskich Niemiec. O historycznej roli Węgier prezydent Putin ani słowem nie wspomniał, bo premier Orban jest najlepszym sojusznikiem prezydenta Putina w Unii Europejskiej i w NATO. Podobnie nie wspomina o radzieckiej agresji na Finlandię w 1940 roku, o „anschlussie” Litwy, Łotwy i Estonii przez stalinowskie ZSRR w 1940 roku oraz rumuńskiej Mołdawii. To wszystko działo się w czasach dwuletniej kooperacji niemiecko- radzieckiej.

Prezydent Putin pisze historię jak polityk historyczny. Maluje galerię obrazów, ikon nawet. Ale prawdziwa historia nie jest galerią statycznych obrazów. To ciąg wydarzeń wynikających z poprzednich, tworzących nowe fakty, radykalnie zmieniające świat. Zmieniają się rządy, powstają nowe sojusze. Imperia upadają, dawne kolonie zostają centrami świata. Dzięki agresji Niemiec na ZSRR w 1941 roku, dzięki wielkiemu wysiłkowi oraz wielkim ofiarom narodów ZSRR, koalicja antyhitlerowska wojnę wygrała. W 1945 roku ZSRR został mocarstwem. Współdecydował o losach globu.

Dziś prezydent Putina marzy o nowym „koncercie mocarstw”. Pisze; „
Naszym obowiązkiem – wobec wszystkich, którzy przyjmują odpowiedzialność polityczną, przede wszystkim przedstawicieli zwycięskich mocarstw w czasie II wojny światowej, jest zagwarantowanie, że system ten zostanie zachowany i ulepszony. Dzisiaj, podobnie jak w 1945 roku, ważne jest, aby pokazać wolę polityczną i wspólnie dyskutować o przyszłości. Nasi partnerzy – panowie Xi Jinping, Macron, Trump, Johnson – poparli rosyjską inicjatywę zaproponowaną na spotkaniu przywódców pięciu państw nuklearnych – stałych członków Rady Bezpieczeństwa. Dziękujemy im za to i oczekujemy, że takie spotkanie będzie mogło odbyć się przy najbliższej okazji”.
Proponuję szczyt Rosji, Chin, Francji, Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, który pozwoli wyjść Rosji z roli obecnego, drugorzędnego mocarstwowa. Postuluje „wspólne przywiązanie do ducha sojuszu, wysokich humanistycznych ideałów i wartości, o które ojcowie i dziadkowie walczyli ramię w ramię./…/ Będzie to stanowić solidną podstawę do udanych negocjacji i wspólnych działań w celu wzmocnienia stabilności i bezpieczeństwa na planecie i osiągnięcia dobrobytu wszystkich państw.”

Czy pozostali światowi przywódcy uwierzą w tego wywoływanego przez prezydenta Putina „Ducha Sojuszu”?

Dudzie spadnie? Przełożą wybory

– Dużo większa część niż wcześniej myśleliśmy, kampanii wyborczej będzie wirtualna, co jest poważną zmianą tego, co zaplanowały sztaby – mówi prof. Marek Migalski, politolog z Uniwersytetu Śląskiego, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

Justyna Koć: Mamy kampanię wyborczą w czasach zarazy. Co to oznacza?

Marek Migalski: to rzeczywiście unikalna sytuacja. Jestem w stanie zaryzykować nawet stwierdzenie, że to będzie pierwsza wirtualna kampania XXI wieku. Z taką sytuacją nie mieliśmy nigdy do czynienia, były np. powodzie na części terytorium w 1997 roku czy lokalne zawirowania, ale nie mieliśmy nigdy do czynienia z sytuacją, że kraj przestaje normalnie funkcjonować, a jednocześnie toczy się kampania wyborcza. To także unikalne zdarzenie w skali świata.

Prezydent Duda jest na lepszej pozycji? Nie mówię tylko o 2 mld na media, ale też o możliwości wygłoszenia orędzia.

Ten scenariusz by się sprawdził, gdyby rzeczywiście w ciągu dwóch miesięcy ludzie by widzieli, że wszystko działa sprawnie i nic im nie grozi. Tyle tylko, że wiemy, że tak nie będzie.

W najbliższych sondażach zaobserwujemy gromadzenie się ludzi wokół władzy, niczym oddanie się we władanie rządzących ze szczególnym uwzględnieniem Andrzeja Dudy. Tylko że w dłuższym terminie efekt będzie odwrotny. Nie trzeba być wirusologiem, aby wiedzieć, że jesteśmy na początku epidemii. To oznacza, że w najbliższych dniach, po tym jak zostaną zamknięte szkoły, uczelnie, kina, muzea i teatry, liczba chorych gwałtownie będzie wzrastać.

To znaczy, że w świadomości ludzi utrwali się obraz władzy nieskutecznej. Skoro zamknęła państwo na klucz i zachęca, aby zostawać w domach, a mimo tego liczba zachorowań wzrasta i nie daj bóg pojawią się pierwsze zgony, to będzie to dowód na to, że Andrzej Fuda, obóz rządzący, premier Morawiecki przedsięwzięli działania, które nie zapobiegły epidemii.
Po drugie, to zacznie też być uciążliwie. Na razie wszyscy będą traktować to jako coś nowego i ciekawego, ale za 2-3 tygodnie miliony rodzin będą musiały dalej kombinować, z kim zostawić dzieci w domach, nie będzie można pójść do kina, na basen, być może sklepy będą zamykane, zacznie się jeszcze większa panika i to zacznie działać przeciw obozowi władzy.
Po trzecie, poprzez przeniesienie kampanii wyborczej do internetu i mediów społecznościowych przewaga dużych, bogatych graczy, czyli Kidawy-Błońskiej i Dudy, będzie się spłaszczać, bo tylko oni mieli możliwość organizowania dużych eventów “na bogato”. Teraz szanse się wyrównują, a pieniądze inwestowane w internecie nie od razu przekładają się na głosy. Tam liczy się pomysł, zaskoczenie, viralność, zaangażowanie zwolenników i jeśli mam rację, to jest to duża szansa dla Bosaka, którego zwolennicy są raczej młodsi, aby zmniejszyć dystans do Dudy na prawej stronie.
Zwiększa się również szansa po stronie opozycyjnej na zmniejszenie dystansu między Hołownią i Biedroniem a Kidawą-Błońską. To od pomysłowości sztabów i tego, jak szybko przełożą swoje myślenie z kampanii tradycyjnej na internetową, będzie wiele zależało.

Czy zmiana terminu wyborów to realny scenariusz?

W marcu Andrzej Duda zaliczy zwyżkę w sondażach, ale jeśli w kwietniu sondaże spadną, to sądzę, że władza może zagrać w odsunięcie wyborów, gdyby okazało się, że Duda ma większe prawdopodobieństwo na przegraną. Nie mam wątpliwości, że nie zawahają się użyć wszelkich sposobów, aby nie przegrać wyborów.

Wybory nigdy jeszcze nie odbywały się w takich warunkach, co oznacza, że są nieprzewidywalne, to z kolei oznacza, że jeden gest, jedna wypowiedź, działanie może poważnie wywrócić dotychczasową dynamikę kampanii wyborczej.

Opozycja poparła specustawę, ale jednocześnie Małgorzata Kidawa-Błońska wprost krytykuje rządzących i oskarża, że ich działania są spóźnione, że nie zabezpieczyli nas przed epidemią póki był na to czas. To dobry pomysł?

Najlepszy z możliwych. Z jednej strony są deklaracje współpracy i to jest oczywiste. Gdyby opozycja nagle stanęła i zapowiedziała, że nie współpracuje z rządem, to byłby to gwóźdź do ich trumny. Z drugiej strony punktuje rząd, ale jeśli jest tak, że wykrytych mamy niecałe 30 przypadków, a w podobnej liczbowo Hiszpanii jest 1700, to oznacza, że zarażeni są jeszcze niewykryci. Jeżeli w krajach zachodnich przebadano dziesiątki tysięcy ludzi, a u nas 2000, to musi oznaczać, że wielu jeszcze nie wykryto, a jeśli tak jest, to znaczy, że te osoby dalej zarażają następne. To z kolei oznacza, że w najbliższych dniach dojdzie do gwałtownego wzrostu zarażonych, co pokaże, że rząd pewne rzeczy zaniedbał.

Rolą opozycji jest oczywiście współpraca z rządem w kryzysowych sytuacjach, ale jednocześnie punktowanie i rozliczanie rządu z tego, na ile działania podjęte przez władzę zmniejszyły lub nie liczbę zachorowań.

Pewne jest, że czeka nas test, jak funkcjonuje nasze państwo. Czy to będzie scenariusz włoski czy niemiecki?

Gdybym miał przed epidemią powiedzieć, które państwo bardziej przypomina Polskę w sposobie i mentalności rządzących, mentalności ludzi, sprawności instytucji, to oczywiście powiedziałbym, że to są raczej Włochy, niż bardzo dobrze zorganizowane i zdyscyplinowane Niemcy. To zły prognostyk.

Konflikt prezydent-prezes TVP z 2 mld w tle to dowód na to, że Jarosław Kaczyński coraz mniej panuje nad walkami buldogów pod dywanem?

Uważam, że wręcz odwrotnie. Duda postawił żądanie, Kaczyński musiał się na to zgodzić, bo zależało mu na tej ustawie – zresztą uważam, że Kaczyński błędnie założył, że telewizja Jacka Kurskiego była narzędziem do wygrania wyborów.

Bardzo szybko okazało się, że wiele musiało się zmienić, żeby wszystko zostało po staremu. Jacka Kurskiego, dzień po tym, jak przestał być prezesem, zobaczyliśmy uśmiechniętego w roli doradcy zarządu TVP, a Marzena Paczuska, która była człowiekiem dudy w zarządzie, została zawieszona. Tę wojenkę z Kaczyńskim Duda ewidentnie przegrał, a to oznacza, że Kaczyński nie stracił panowania nad swoimi buldogami, tylko musiał na chwilę się wycofać, żeby potem ośmieszyć tych, którzy stanęli mu na drodze.

Dla mnie wnioskiem najważniejszym z tego starcia jest to, że potwierdzają się moje opinie sprzed roku, kiedy twierdziłem, że Jarosław Kaczyński nie chce dudy na prezydenta, ponieważ uważa go za zbyt samodzielnego. Moim błędem było to, że uważałem, że go nie wystawi. Dzisiaj Kaczyński przyjął koncepcję sprytniejszą – wystawił Dudę, ale robi wiele, aby nie wygrał. Ten konflikt, który się zarysował, jest konfliktem absolutnie realnym, a emocje między politykami są szczerze bardzo złe. Duda Kaczyńskiego nienawidzi, Kaczyński Dudą gardzi.

Nawet jeśli Andrzej Duda zostanie wybrany, to relacje między politykami będą bardzo kiepskie, a ponieważ Duda nie będzie mógł być tak szantażowany przez PiS, jak przez ostatnie 5 lat, to możemy oczekiwać, że wojna wybuchnie na nowo. Wtedy teza, że Kaczyński stracił panowanie nad buldogami, będzie prawdziwa. Zresztą jak Duda przegra, to wojna też zostanie wywołana, tylko oczywiście nie przez niego.

Kampania prezydencka 1995 r. co się wtedy zdarzyło?

Nie jest łatwo wrócić po 25 latach do tej kampanii, która rozegrała się w Polsce jesienią 1995 r. Polska była wtedy inna, ba – świat był inny, bez komórek i internetu. Aktorzy tamtych wydarzeń nabrali politycznej patyny, część z nich nie uczestniczy dziś w czynnej polityce, a niektórzy z nich już nie żyją (np. Jacek Kuroń, Tadeusz Zieliński).

Pierwsze lata transformacji były dla naszej formacji trudne. Powoli, mozolnie budowaliśmy socjaldemokrację, od nowa po kilkudziesięciu latach przerwy. 
Zgarnialiśmy za historię
Nasze środowisko stawiało pierwsze polityczne kroki w kapitalizmie – ustroju nam z autopsji nieznanym. Nowy przewodniczący nowej partii bardzo szybko ujawnił zdolności przywódcze, energię i determinację w walce o stworzenie nam perspektyw działania w nowych warunkach ustrojowych. Myślę, że dzięki temu przetrwaliśmy najgorsze, a nie wszyscy umieli wytrzymać klimat wrogiego napięcia tamtych dni, wszechobecnego wokół SdRP. „Zgarnialiśmy” za historię dawną i tą najnowszą. Demokraci najświeższej próby, którzy bardzo często okazywali się pogrobowcami różnych odłamów przedwojennej prawicy, lub powojennego stalinizmu rozpoczęli „dekomunizację”, podważając nieustannie rolę i ustalenia okrągłego stołu. Ratował się, kto mógł, a my byliśmy świadomi tego, że naszą sytuację mogą tylko zmienić demokratyczne wybory: albo lud nas z kretesem odrzuci, albo nas zaakceptuje i wesprze. 
Pierwszy nasz sukces wyborczy miał umiarkowany charakter: w 1991 r. byliśmy drugim w Sejmie co do wielkości klubem parlamentarnym, w 1993 r. odnieśliśmy już zwycięstwo spektakularne – uzyskaliśmy najlepszy wynik, było to olbrzymią zasługą A. Kwaśniewskiego, który – jak to się wtedy mówiło – niczym biblijny Mojżesz przeprowadził nas przez Morze Czerwone, w dramatycznej ucieczce przed atakującymi prześladowcami. Miał w tym dziele jedną, jak się później okazało, niezwykle cenną cechę: wiedział, że w warunkach pluralizmu polityka to gra zespołowa, że skutecznej polityki nie prowadzi się w pojedynkę. Umiał wykreować szeroką, towarzyszącą mu ekipę. Dał przez to wielu szansę samodzielnego zaistnienia, stworzenia siebie według posiadanej wiedzy, solidności i temperamentu politycznego. Myślę, że był to niezwykle ważny czynnik demokratyzacji życia wewnątrzpartyjnego.
Klimat egoizmu i wodzostwa
Wielu z nas miało w swych życiorysach znaczący staż w organizacjach młodzieżowych. Wcześniejsza przynależność organizacyjna stanowiła o zbiorowym doświadczeniu naszej wspólnoty, ponieważ nie ulega wątpliwości, że kolejną ważną cechą ludzi SLD było wówczas społecznikostwo, nie było w żadnym razie sprzyjającego klimatu dla egoizmu i wodzostwa (wówczas). Cecha ta miała znakomity wpływ na podejście do zadań, związanych z kampanią wyborczą 1995.
Niezależnie od tych okoliczności władze partii uznały, że jedynym naszym kandydatem w wyborach prezydenckich 1995 może być tylko Kwaśniewski. W książce „Zapiski sztabowe Danuty Waniek” wspominam ten moment następująco:
„13 maja 1995 r. SdRP odbywała drugą część konwencji wyborczej; mieliśmy w tajnym głosowaniu wybrać swojego kandydata na urząd prezydenta. Sala A na Rozbracie pełna ludzi, premier Oleksy zgłasza kandydaturę Olka. Sala popiera, bije brawo, jakieś wystąpienia indywidualne, w ogóle jakoś tak uroczyście. Komisja skrutacyjna roznosi kartki do głosowania. Podają wyniki – okazuje się, że na 300 głosujących Aleksander w tajnych wyborach otrzymał 296 głosów za, 4 przeciw. Wynik znakomity, znaczący również w kategoriach moralno – politycznych. To się nazywa mieć poparcie własnej partii/../Wynik ten to jednak nie tylko osobisty sukces Olka, lecz także – jak sądzę – stanowisko wypowiedziane bardzo wyraźnie przez Radę Naczelną SdRP: czas, aby wreszcie wspomóc naszego przewodniczącego w ubieganiu się o najwyższy urząd w państwie.”
Zdobywaliśmy góry
Tuż przed tym ważnym głosowaniem Aleksander poprosił mnie o chwilę rozmowy, w czasie której zaproponował – ku mojemu zaskoczeniu – poprowadzenie kampanii wyborczej w roli szefa sztabu wyborczego. Pamiętam, że zastanawiałam się tylko przez kilka sekund, bo za chwilę Kandydat chciał tę decyzję ogłosić Radzie Naczelnej. Nie dał specjalnie wyboru. Już po fakcie zadawałam sobie pytanie, na co się właściwie porwałam, przecież takie kampanie prowadzone są przez doświadczonych specjalistów ( dziś o nich się mówi: spin doctorzy), a ja nie byłam do tego przygotowana jedynie teoretycznie. Jedynym moim kapitałem była wiedza politologiczna, zdobywana również na zachodnich stypendiach, doświadczenie organizacyjne, jak u większości z nas oraz niezwykła motywacja po temu, aby pokazać przeciwnikowi, że z PRL wynieśliśmy więcej umiejętności, niż by oni chcieli w nas widzieć. Byliśmy już pokoleniem przyzwoicie wykształconym, które jednakże w PZPR niewiele miało do powiedzenia, wszak w 1989r władzę w Polsce oddawali żołnierze frontowi – uczestnicy II wojny światowej. Po raz pierwszy w historii „zdobywaliśmy góry” na własny rachunek.
Oczywiście, nurtowały mnie najrozmaitsze pytania, np. jak zorganizować pracę sztabu, aby uniknąć straty czasu, którego za dużo już nie mieliśmy ? Co powinno być cechą przewodnią tej kampanii? Jak komponować materiały propagandowe (plakaty, ulotki itp.)? Jak zareaguje na tę kampanię teren? Nie byłam „człowiekiem aparatu”, a więc nie znałam „od środka” struktur partyjnych, poza kontaktami poselskimi. Tych obaw było mnóstwo, m.in. dlatego, że nie dysponowaliśmy takimi finansami, które pozwoliły by nam na rozrzutne zaplanowanie pomysłów wyborczych. Nie ulegało jednak wątpliwości, że wyzwanie było jednorazowe i należało złapać byka za rogi. Poza tym, przeważała determinacja sprawdzenia własnych możliwości w realizacji niezwykłego wyzwania. Intuicyjnie czułam więc, że za chwilę, latem 1995 spadnie na nas, nieznana dotąd w formie i treści, odpowiedzialna praca, pełna sytuacji nieprzewidywalnych, którym trzeba będzie sprostać.
Kandydat i potencjał
Mieliśmy jednakże dwa potężne atuty: najlepszego kandydata i własny potencjał do samodzielnego przeprowadzenia tej operacji. Trzecim ważnym elementem było doświadczenie z prezydenturą L.Wałęsy, bardzo konfliktotwórczą, pełną groźnych sytuacji dla państwa („obiad drawski”).
Atutem A. Kwaśniewskiego było wsparcie formacji, która szybciej, niż ktokolwiek sądził, „socjaldemokratyzowała” się, a jej czołowi działacze wykazywali wówczas zadziwiającą zdolność do demokratycznego myślenia i działania. Bez wahania podjęliśmy otwartą walkę wyborczą według demokratycznych reguł gry. Po latach skłonna jestem stwierdzić, że byliśmy wówczas bardziej pojętni w stosowaniu reguł demokracji niż działacze „Solidarności”, o czym mieliśmy się przekonać w trakcie tej kampanii wyborczej i tuż po niej. Nasi przeciwnicy od początku byli przekonani, że im było wolno więcej, wszakże byli „panami sytuacji”. My, w większości, zwracaliśmy uwagę na literę prawa, wszak – po latach tkwienia w oparach wyświechtanych haseł ideologicznych – zasada demokratycznego państwa prawa była dla nas atrakcją samą w sobie. 
A. Kwaśniewski miał jeszcze jeden osobisty atut – młodość. W momencie inauguracji kampanii wyborczej liczył sobie niespełna 41 lat. To było ważne, ponieważ wkrótce okazało się, że wyznaczyliśmy mu morderczą marszrutę wyborczą, której pokonanie wymagało niezłej kondycji fizycznej.
A kampania wyborcza nie mogła być łatwa, przewidywaliśmy to my, pisał o tym na łamach „Trybuny” Mieczysław Rakowski:
„Kandydat lewicy musi się liczyć z tym, że będzie przez wszystkie ugrupowania i orientacje prawicowe, a więc także przez biskupów, przedstawiany jako odpowiedzialny za dziesięciolecia PRL i wszystko, co się w niej zdarzyło. I nic mu nie pomoże, że urodził się w 1954 r.”. 
Koncepcja „z marszu”
Przewidywania te potwierdziły się w całej rozciągłości. Marek Siwiec po latach wspomina, że „przeciwko Kwaśniewskiemu będzie występował kościół rzymskokatolicki, laureat nagrody Nobla (Wałęsa), cała Solidarność. Należało zatem przekonać ludzi, że to oni zadecydują, a nie większe, czy mniejsze autorytety, które w tych wyborach będą się wypowiadać”. 
W końcu maja 1995 r. musieliśmy „z marszu” przygotować organizacyjną i merytoryczną koncepcję kampanii, na deliberacje czasu nie było. 
Na czym, po krótkich dyskusjach, oparłam koncepcję kampanii? Na trzech podstawowych elementach:
– na permanentnej pracy sztabu wyborczego w Warszawie;
– na 49 strukturach wojewódzkich SLD i SdRP; w każdym ówczesnym województwie spontanicznie powstały lokalne sztaby wyborcze i komitety wyborcze. Wg. K.Janika objęły one w skali kraju ok. 500 osób.
– na organizacji wielkiej podróży wyborczej, co stało się główną cechą tej kampanii (Wałęsa np. nie jeździł). Był to jedyny sposób dotarcia do wyborców jak kraj długi i szeroki, ponieważ SLD utrudniano dostęp do mediów elektronicznych, a własnych nie mieliśmy. Spotkania w terenie gwarantowały bezpośrednie dotarcie do adresatów tej kampanii, czyli do wszystkich. Pierwsza podróż wyborcza miała miejsce 2 czerwca 1995 r., pojechaliśmy wówczas do Kielc.(dziś, o zgrozo, w tym mieście „nowe elity” składają hołdy Brygadzie Świętokrzyskiej i Żołnierzom Wyklętym).
Z perspektywy czasu oceniam tę koncepcję jako jedyną z możliwych. Poza tym zdawałam sobie sprawę z tego, że każdy, nawet najlepszy pomysł na kampanię można popsuć np. brakiem intuicji politycznej, doświadczenia i zaangażowania. Mówiąc szczerze – była to największa niewiadoma w punkcie startu tej kampanii, a braliśmy na siebie zadanie pierwszorzędnej wagi państwowej.
Nikt dziś nie uwierzy, że sztab wyborczy pracował przy ul. Rozbrat w bardzo wąskim składzie ( na stałe 12 osób). Wszyscy byliśmy spin doctorami (choć wtedy nie wiedzieliśmy, że tak to się nazywa), a więc: Zbigniew Siemiątkowski – rzecznik sztabu, z nieodłączną pomocnicą Alfą Hermańską; Krzysztof Janik – odpowiedzialny za przygotowanie wszystkich niezbędnych tekstów i dokumentów, w tym Deklaracji Programowej „Wybierzmy przyszłość”, wspomagał go już wtedy Lech Nikolski, a w miarę potrzeby – Edward Szymański, który w czasiękampanii zajmował się koordynacją obowiązków parlamentarnych Aleksandra z zajęciami wyborczymi. Pion organizacyjny podróży został powierzony Maciejowi Porębie, był odpowiedzialny również za to, aby wszystkie wyprodukowane przez nas materiały propagandowe znalazły się na pokładzie „Kwaka”, bo taką nazwę otrzymał w naszym języku nasz autobus. 
Czterech rosłych mężczyzn
Za bezpieczeństwo kandydata odpowiedzialny był antyterrorysta major Jerzy Dziewulski (poseł SLD), który dobrał sobie do pomocy czterech młodych, rosłych mężczyzn. Szefowali im na zmianę z ppłk Markiem Kamińskim, również zawodowym antyterrorystą. Obaj instruowali nas, jak się zachowywać w momentach niebezpiecznych dla kandydata. Było to szczególnie ważne po doświadczeniu w Jastrzębiu Zdroju, 27 czerwca 1995 r., gdzie pod Domem Zdrojowym poleciały na nas nie tylko jajka, ale plastikowe worki z miałem węglowym. Napaść zorganizowana została przez miejscową „Solidarność”. W każdym razie niektórych z uczestników tej burdy oglądałam potem w telewizyjnych relacjach ze spotkań związkowców z rządem. Nagranie magnetofonowe z tego zajścia odtworzyłam w „Zapiskach sztabowych”. 
Dla bezpieczeństwa Kwaśniewskiego Jerzy Dziewulski robił więcej, niż nam się wówczas wydawało. Wspomina swoje zadanie następująco: 
„Byłem wówczas szefem ochrony A. Kwaśniewskiego. Spotkania, na które tłumnie przychodzili wyborcy starano się zakłócać różnymi ekscesami. Jedne mniej, inne były bardziej groźne. Nikt z nas, nie próbował nigdy wcześniej „eliminować” ze spotkań ewentualnych zadymiarzy. Nikt nie „ustawiał” spotkań. Ludzie przychodzili spontanicznie, bez specjalnych zaproszeń, bez sprawdzania, kto i z czym wchodzi na salę. Kwaśniewski chciał rozmawiać z każdym, także z przeciwnikiem politycznym. Rzucano w nas jajkami, pomidorami. Rozpylano gaz łzawiący (Przemyśl), wywracano krzesła, zaczepiano ordynarnie i popychano ludzi. Prowokowano nas, nasyłając zorganizowane bojówki. Liczyli zapewne na to, że moi ludzie , kiedyś przywykli do walki, użyją siły, co nadszarpnie reputację Kwaśniewskiego jako człowieka dialogu. Nic z tych rzeczy. Mimo tak niezwykłej agresji, nigdy A. Kwaśniewski nie był ubrudzony rzuconym jajkiem, czy pomidorem. Takich incydentów było tyle, ile spotkań, czyli setki. Jeżeli nawet używaliśmy siły, to przeciwnik leżał, ale nikt nie wiedział, jak to się stało. Dochodziło do prowokacji niezwykle groźnych. Oto ktoś usiłuje nakłonić A. Kwaśniewskiego do złożenia kwiatów pod pewnym pomnikiem w Katowicach. Prowadzę rozpoznanie i uzyskuję informację, że czeka tam na nas bojówka, gotowa podjąć walkę wręcz. W tych czasach nie używano jeszcze kijów bejsbolowych, więc chętni do rozprawy z Kwaśniewskim przy sobie mieli styliska od kilofów. Takie to były czasy”.
Towarzyszyła nam zawsze nasza własna ekipa telewizyjna, czyli znany redaktor telewizyjny Grzegorz Woźniak i Krzysztof Nowak, dzięki nim mieliśmy własną dokumentację filmową z przebiegu kampanii. Powoli dołączał do nas znany fotograf prasowy (wcześniej w PAP) , nieżyjący już Damazy Kwiatkowski, aż w końcu „zasiedlił się” na dobre w naszym gronie. W sztabie pojawiał się, jak meteor Marek Siwiec, uważaliśmy go za znawcę reklamy telewizyjnej. Odegrał jeszcze inną rolę w tej kampanii, ale o tym za chwilę. Za jakość druków, przygotowanie i dostarczenie ich na czas odpowiedzialny był zmarły niedawno Tadeusz Piwowar, to on mnie namawiał najgoręcej na „wpuszczenie” w kampanię własnego utworu w stylu zaczynającego się wówczas stylu disco polo, czyli standardu muzycznego, którego szczerze nie cierpię. Pamiętam, że odtwarzano mi nagranie na tak kiepskim, przenośnym magnetofonie, że ledwo rozpoznawałam słowa, ale melodia … spodobała mi się i potem piosneczka „Ole, Ole Olek…” znalazła się na szczycie listy przebojów.
Spływające listy
Finansami, a raczej ich zbieraniem, a potem rozliczeniem zajmował się Edward Kuczera, skarbnik SdRP. W czasie podróży, przed każdą odwiedzaną miejscowością do KWAKA dosiadał się przewodniczący miejscowej SdRP i zapoznawał go na bieżąco z lokalnymi problemami.
Pełnomocnikiem sztabu do kontaktów z Państwową Komisją Wyborczą została Małgorzata Winiarczyk – Kossakowska. Zgłaszała kandydaturę A. Kwaśniewskiego do Państwowej Komisji Wyborczej, zaopatrzoną w 451 431 podpisów, które zgromadziły wojewódzkie sztaby wyborcze w całej Polsce.
Do sztabu napływała każdego dnia olbrzymia korespondencja, prowadził ją najsolidniejszy i najskrupulatniejszy, nieżyjący już Hieronim Góralski. Nie miał łatwego zadania, ponieważ przyjęliśmy zasadę, że odpowiadamy na każdy list, na prośby o interwencję w codziennych, ludzkich sprawach. Incydentalnie pojawiali się w sztabie Sławomir Wiatr i Robert Kwiatkowski.
Na parterze budynku przy Rozbrat pracowało nasze Centrum Prasowe, dyżurujące codziennie w czasie zbierania podpisów pod kandydaturą, tam też odbywały się nasze krótkie konferencje prasowe.
Niczym Clinton
Jak nie trudno zauważyć, nie było wśród nas fachowca od public relations. Na pytania dziennikarzy o tę kwestię odpowiadałam, że nie ma takiej potrzeby. Z wystąpieniami publicznymi nasz kandydat świetnie dawał sobie radę, był rzutki i spontaniczny, a zmian w swoim wyglądzie dokonał sam: w czasie krótkich wakacji latem schudł. I tyle. Nieprawdą jest, że wkładał specjalne szkła kontaktowe, które nadawały jego oczom niebieską poświatę.
Pomysł odbywania podróży wyborczych autobusem zrodził się już w 1993 r, wówczas odnieśliśmy pierwszy sukces w wyborach parlamentarnych. O ile pamiętam, odbyliśmy wówczas dwie podróże autobusem i doszliśmy do wniosku, że następną kampanię zrobimy już tym środkiem lokomocji. Podglądaliśmy również nowinki na świecie i zauważyliśmy, że w czasie swojej kampanii wyborczej autobusem jeździł Bill Clinton. W każdym razie pierwsza zwycięska tura kampanii wyborczej była naszym własnym planem i tyle.
Problemem dla mnie było włączenie w kampanię „ludzi z zewnątrz” Mam tu na myśli pojawienie się we wrześniu Jacquesa Segueli, czyli już po tym, jak kampania ruszyła na całego, a strategiczne decyzje były już dawno podjęte. Nikt też w sztabie wyborczym nie zgłaszał potrzeby wspierania się wynajętymi specjalistami, zresztą nie znaliśmy ich. Dowiedziałam się, że inspiratorem tego pomysłu był Marek Siwiec. Podzielił się tym z Aleksandrem. Sam dziś tak to opisuje:
„Musiałem namówić Jacquesa Séguéla, aby nam pomógł. Na początku nie był entuzjastycznie nastawiony, ale spodobała mu się skala trudności. W końcu zdecydował się przyjechać do Warszawy, aby poznać kandydata. Powiedział, że po rozmowie oceni jego szanse. Spotkanie widać wyszło nieźle, bo uwierzył, że Kwaśniewski sam jest w stanie zarządzać swoją kampanią. I rzeczywiście zarządzał”. Dodajmy, że przy pomocy sprawnego sztabu. 

Uczestniczyłam w dwóch spotkaniach z Sequelą, później z nich zrezygnowałam, ponieważ do mojej pracy sztabowej nie wnosiły one nic nowego. Kampania była bardzo autentyczna, niektórzy określali ją mianem „ludyczna”. Dawaliśmy sobie świetnie radę, partia pracowała jak dobrze naoliwiony silnik i właściwie nie było przed nami takich problemów, z którymi nie umielibyśmy się zmierzyć. Poza tym brałam pod uwagę jeszcze jedną kwestię, która była nie do przeskoczenia dla „ludzi z zewnątrz”: to my ponosiliśmy odpowiedzialność polityczną za wszystko, co się w tej kampanii zdarzyło.
Odloty i przyloty
Sam Sequela we wrześniu 1995 robił na mnie wrażenie człowieka zdystansowanego, bez uśmiechu pytał o różne pomysły wyborcze, kiwał głową, oglądał sondaże i ….wracał po trzech godzinach pobytu do Paryża (odlatywał chyba tym samym samolotem, którym przyleciał do Warszawy). Wśród nas chodziły słuchy, że tak naprawdę jest zainteresowany zbliżającą się kampanią B.Jelcyna – ówczesnego prezydenta Federacji Rosyjskiej. Ożywił się –i dobrze – dopiero w drugiej turze, pracował już indywidualnie z Aleksandrem – zwycięzcą pierwszej tury. 
W drugiej turze (śmiertelnie zmęczeni) odbyliśmy już tylko cztery podróże do wybranych miast wojewódzkich ( m.in.Katowice, Szczecin), ale odbyły się również spotkania lewicowych środowisk kobiecych (DUK, LPK, Pro Femina) z przyszłą pierwszą damą-Jolantą Kwaśniewską oraz z organizacjami młodzieżowymi, za które był odpowiedzialny Witold Firak. Oba się udały.
 5 listopada wieczorem, już po ogłoszeniu wygranej A. Kwaśniewskiego w pierwszej turze, nasz kandydat zaproponował Lechowi Wałęsie wspólne, publiczne debaty. Prezydent Wałęsa zgodził się na tę propozycję, ponieważ – jak się wyraził – chciał pokazać „bezsens” filozofii Kwaśniewskiego. Sztaby uzgodniły ze sobą warunki przeprowadzenia debat (12 i 14 listopada 1995 r.), których gospodarzem został Wiesław Walendziak, ówczesny szef TVP, zadeklarowany zwolennik L.Wałęsy (wieczorem, po drugiej turze, Walendziak zatrzymał na dwie godziny informację o wygranej Kwaśniewskiego. Liczył zapewne na odwrócenie się wyników na korzyść L.Wałęsy). Ponadto w debaty zostali włączeni po stronie Lecha Wałęsy – Jan Nowak Jeziorański, Tomasz Wołek, Jerzy Marek Nowakowski, a po stronie Aleksandra Kwaśniewskiego znani dziennikarze telewizyjni – Andrzej Kwiatkowski i Sławomir Zieliński. 
Taktyka psychologiczna
Przed debatami stało się dla nas bardzo ważne, aby Aleksander był do nich dobrze przygotowany od strony psychicznej i taktycznej. My takiego doświadczenia w Polsce nie mieliśmy, wydarzenie wyborcze w rodzaju debaty dwóch konkurentów, transmitowane przez TVP, (wówczas jedyną stację o zasięgu ogólnokrajowym), miały miejsce po raz pierwszy. I nawet, gdyby naszemu kandydatowi wystarczyło wiedzy, roztropności, „wyborczej kultury i elegancji”, żeby samodzielnie podołać takiemu wyzwaniu, to warto było w tym momencie szukać potwierdzenia tych przymiotów u kogoś, kto ma większe doświadczenie w kreowaniu metodologii debat „prezydenckich” jeden na jeden. Tym właśnie zajął się J. Sequela, który Kwaśniewskiemu przekazał zapewne szereg uwag, dotyczących specyfiki debat wyborczych, ponieważ to one stały się hitem drugiej tury wyborów prezydenckich 1995. 
 Obecność J. Sequeli wykorzystywana była później w kłamliwy sposób przez prawicę, ponieważ pozwalała publicystom zlekceważyć wysiłek i zasługi ludzi SLD oraz talenty samego A. Kwaśniewskiego. Nawet ci, którzy dziś piszą, że byliśmy wtedy „wysypem talentów” i „najsprawniejszą drużyną w polskiej polityce, chętnie przypisują sukces Aleksandra „sztuczkom” pijarowca z zagranicy. Jestem przekonana, że gdyby Kwaśniewski nie wygrał już w I turze wyborczej, Sequela najprawdopodobniej w ogóle by nie przyznał się, że był w Warszawie. Włączył się w tę kampanię po stronie zwycięzcy I tury, a to już była dla niego zupełnie inna sytuacja. 
Bez radzieckich czołgów
Innym powodem, dla którego prawicowi dziennikarze wyjaśniają w ten sposób zwycięstwo Kwaśniewskiego, w gruncie rzeczy umniejszając je, jest brak uczciwej odpowiedzi na pytanie, dlaczego najpierw w 4 lata, a potem w 6 lat po przełomowych wyborach z 1989 r, formacja totalnie izolowana w strukturach władzy, w mediach, atakowana nieustannie z ambon – bez „radzieckich czołgów”, bez politycznego wsparcia z zagranicy wygrywa w wolnych, demokratycznych wyborach…? Pogodzenie się ze zmianą poparcia społecznego na niekorzyść nowych elit nie było więc łatwe do wytłumaczenia, stąd chętnie sięgano po uproszczone wyjaśnienia przyczyn kolejnego zwycięstwa po stronie „postkomunistycznej” lewicy, której przedstawicieli na gruncie parlamentarnym pozwolono dotąd traktować co najwyżej „jako pariasów”. „Antykomunistyczny duch” nowych elit, którym próbowano nasączać przebieg kampanii wyborczej, próby zastraszania (niektórzy dziennikarze „niechcący” przypominali losy krótkiej prezydentury Gabriela Narutowicza), wręcz bojówkarskie napaści na spotkania przedwyborcze (patrz: zorganizowane, celowe działania Ligi Republikańskiej pod przewodnictwem Mariusza Kamińskiego – dzisiaj czołowego polityka PiS, inicjatywa ¾ przeciwko ¼ Jana Rokity, wspieranego przez prof. Jana Śpiewaka, antysemityzm i niechęć wylewająca się z krucht kościelnych), kruszył się pod wpływem zmiany nastrojów społecznych. 
 Jestem przekonana, że w tamtych okolicznościach mobilizacja struktur partyjnych nie byłaby tak skuteczna i tak wszechobecna, gdyby nie atmosfera, trwająca od początku wewnątrz SLD. To był niezwykle ważny czynnik. Demokratyzacja życia wewnątrzpartyjnego, uznawane powszechnie przywództwo A. Kwaśniewskiego, znakomity klimat i widoczna aktywność Klubu Parlamentarnego SLD działały, jak ozdrowieńczy podmuch energii .
Konfitury

Iza Sierakowska –ówczesna , legendarna wiceprzewodnicząca SdRP tamten czas wspomina następująco: 
„Ten sukces był konsekwencją umiejętności Ola. On stwarzał w partii taką atmosferę, że chciało się dla niego pracować: każdy był ważny, każdy miał swoje zadania, rozmawialiśmy, dyskutowaliśmy. On był jednym z nas. W sytuacjach trudnych radził sobie wyjątkowo dobrze, widać było doskonałą znajomość ludzkiej psychologii, która bardzo się przydawała, kiedy trzeba było nas do czegoś przekonać. I dlatego cieszył się wśród nas niezwykłym szacunkiem, potrafił nie tylko przekonywać do swych racji, ale słuchać i – kiedy trzeba – polemizować, ale nie z pozycji wodzowskich, tylko człowieka świadomego swego autorytetu w swoim środowisku.
Wybory prezydenckie z 1995 r. to pierwsza taka pełna mobilizacja SdRP i koalicji SLD. Tak, właśnie koalicji, tych kilkudziesięciu podmiotów, z którymi się rozmawiało, negocjowało, poznawało nawzajem. Nie SLD – partia wodzowska, ale koalicja SLD. To wszystko sprawiało, że choć partia pracowała w niezwykle skromnych warunkach, na spotkania przychodziły setki ludzi. Olek miał doskonałą pamięć do twarzy, dawał wyraz temu, że pamięta. A przychodzili na te spotkania również ludzie biznesu, którzy chcieli poznać jego punkt widzenia na problemy natury gospodarczej.
Czy wtedy ktoś pomyślał o konfiturach z działalności politycznej ?! Liczył się cel. Poza tym, Olek umiał współpracować z kobietami, traktował je po partnersku. To prawda, że potrafimy bezinteresownie angażować się w sprawy, co do których nie miałyśmy wątpliwości, że są uczciwe, przyzwoite. Tak było i wtedy. Wielki to był dla mnie zaszczyt móc pracować z Aleksandrem jako wiceprzewodnicząca partii, dużo się wtedy nauczyłam, dojrzałam. A potem byłam zwyczajnie dumna z tego, że pokonał Wałęsę.”
Kampanii próbowaliśmy nadać również charakter edukacyjny. Atutem w debatach merytorycznych było przewodnictwo A. Kwaśniewskiego, sprawowane w Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego. To był wielki kapitał jego kampanii, ponieważ postęp w pracach komisji pozwolił mu na publiczne przedstawianie koncepcji państwa i konstytucyjnego kształtu praw i swobód obywatelskich. Było to o tyle ważne, że Wałęsa reprezentował zupełnie inny pomysł na państwo – opowiadał się za systemem prezydenckim, władza, jaką posiadał na mocy „małej konstytucji” i tak wydawała mu się zbyt mała.
Seminarzyści
W dniach wolnych od podróży wyborczych (posiedzenia Sejmu) odbywały się na Rozbracie seminaria kierunkowe, w których kandydat i politycy SLD mogli się wypowiedzieć na ważne kwestie polityczne (np. sprawa przystąpienia do NATO, ekonomiczne koszty transformacji i perspektywy rozwoju gospodarczego, świecki model państwa i.t.p.). np. w czasie seminarium, poświęconemu bezpieczeństwu i obronności Polski zabrał głos Jerzy Milewski, wcześniej współpracownik Wałęsy, co zostało potraktowane jako wyraz poparcia, udzielonego A. Kwaśniewskiemu. O problemach gospodarczych oraz sytuacji ekonomicznej dyskutował z chętnymi prof. Zygmunt Bosiakowski.
Swoistym novum w tej kampanii było odwołanie się do nowej formy reklamy wyborczej, jakim były billboardy. Sztab wyborczy zdecydował się na przygotowanie po jednym w każdej turze wyborczej. Pierwszemu towarzyszyło hasło „Wybierzmy przyszłość”, drugiemu – „Wspólna Polska”. Sztab przygotował też we własnym zakresie kilkuminutowy telewizyjny film reklamowy. Ze względu na wysokie koszty emisji w TVP, planowaliśmy skorzystać z tej formy reklamy wyborczej tylko w przypadku, gdyby okazało się, że odwołuje się do takiej formy również Lech Wałęsa. Z zaprezentowania „filmiku” wyborczego ostatecznie zrezygnowaliśmy. 
 W trakcie kampanii –poza sygnatariuszami SLD – poparcia A. Kwaśniewskiemu udzieliła Unia Chrześcijańsko-Społeczna, na czele z nie żyjącym już Kazimierzem Dzierżykraj-Morawskim, Partia Zielonych, Młodzieżowy Komitet na Rzecz Wyboru A. Kwaśniewskiego oraz Sojusz Kobiet na Rzecz Wyboru A. Kwaśniewskiego. Spotkanie wyborcze z ugrupowaniami politycznymi, związkami zawodowymi i organizacjami społecznymi, tworzącymi SLD odbyło się 12 września 1995. Prowadził je Włodzimierz Cimoszewicz. Zaprezentowano wówczas program wyborczy Kandydata, na który składały się m.in. następujące postulaty: umacnianie demokracji w Polsce, utrzymanie wzrostu gospodarczego, rozwiązanie najtrudniejszych problemów społecznych, budowanie społeczeństwa obywatelskiego oraz umocnienie miejsca Polski w Europie. Nie ulega wątpliwości, że w toku kampanii wyborczej zaznaczało się poparcie młodzieży ( to ona była w szczególności zaangażowana w zwycięskie dla A. Kwaśniewskiego prawybory we Wrześni, które odbyły sie 15 września 1995 r. Podobna mobilizacja była w przypadku kobiet i emerytów.
„Goniec Wyborczy”
Warto słów kilka poświęcić Komitetowi Wyborczemu Aleksandra Kwaśniewskiego, na czele którego stanął poseł SLD – Włodzimierz Cimoszewicz. Komitet ukonstytuował się 26 września 1995 r., jego wiceprzewodniczącymi zostali Danuta Waniek i Jerzy Szmajdziński, a pełnomocnikiem Komitetu – Małgorzata Winiarczyk-Kossakowska. W skład Komitetu weszli: Zygmunt Bosiakowski, Mariusz Chwedczuk, Stanisław Gebethner, Zofia Grzebisz –Nowicka, Tadeusz Iwiński, Henryk Jasiorowski, Józef Kaleta, Aleksander Krawczuk, Piotr Kuncewicz, Józef Kuropieska, Krystyna Łybacka, Jan Mulak, Longin Pastusiak, Janusz Reykowski, Franciszek Ryszka, Adam Schaff, Izabela Sierakowska, Ewa Spychalska, Krzysztof Teodor Toeplitz, Jerzy Wiatr, Xymena Zaniewska.
Na końcowym etapie kampanii Aleksandra wsparli: Barbara Labuda, Andrzej Drawicz i adwokat Marek Gromelski. Również spotkanie A. Kwaśniewskiego z prof. Tadeuszem Zielińskim – jednym z kandydatów w tych wyborach, wieczorem w dzień pierwszej tury wyborczej, należało przyjąć jako rodzaj poparcia.
Przed każdą turą Komitet Wyborczy wydawał pismo – ulotkę „Goniec Wyborczy”, ilustrujący dotychczasowy przebieg kampanii. W przerwie między pierwszą a druga turą powstała książka „Zapiski sztabowe Danuty Waniek”, która miała odegrać rolę poszerzonego sprawozdania z przebiegu I tury wyborczej. Należy dodać, że od początku kampanii wyborczej A. Kwaśniewski zajmował niezmiennie pierwsze miejsce w sondażach, w I turze wygrał w 33 województwach, Lech Wałęsa w 16-tu.
Kwaśniewski wygrał z Wałęsą różnicą 646 260 głosów: Lech Wałęsa uzyskał 9 058 176 głosów, czyli 48,28 proc. głosujących, Aleksander Kwaśniewski – 9 704 439 głosów, czyli 51,72 proc. głosujących. Frekwencja w II turze wyniosła 68,23 proc. A. Kwaśniewski wygrał na wsi (51,4 proc. ) i w małych miastach (52,8 proc.). Lech Wałęsa wygrywał w dużych miastach. 
21 listopada wieczorem (czasu polskiego) do Aleksandra Kwaśniewskiego z gratulacjami zadzwonił prezydent USA – Bill Clinton. Przy tej rozmowie w siedzibie SLD przy ul. Rozbrat, uczestniczył późniejszy ambasador USA w Polsce – Stephen Mull, byłam również i ja (ambasadorem USA w Polsce był wówczas Nicolas Rey). Historia pukała do naszych drzwi.
Byliśmy świadkami i uczestnikami wydarzeń, które były dla nas wielce pouczające. W szczególności doświadczyliśmy jednego: „demokratyczna” opozycja nie umiała godnie przegrać. Trzeba było oswoić się z prawdą, że „autorytety” z opozycji wygłaszały zasady na ogół dla bliźnich. Sami, jak trzeba było, w obronie swej władzy chętnie sięgali po pomoc tajnych służb, walczyli metodami poza konstytucyjnymi, narażającymi Polskę na śmieszność i szwank. 
Ale daliśmy im radę!
23 grudnia 1995 r. A. Kwaśniewski złożył przysięgę, obejmując oficjalnie urząd Prezydenta RP.
Z perspektywy czasu Krzysztof Janik tamtą kampanię opisał w sposób następujący: 
jak mi się wydaje, przyczyny zwycięstwa Aleksandra Kwaśniewskiego w wyborach prezydenckich w 1995 roku podzielić można na dwie grupy: obiektywne (niezależne od osobowości kandydata i jego otoczenia) oraz subiektywne. Trzeba o nich pisać i przypominać, bo nawet uczestnicy tamtych wydarzeń nie wszystko pamiętają (ja też). Natomiast od kilku lat mamy do czynienia z pomniejszaniem wagi tego zwycięstwa. Niedawno w „Rzeczpospolitej” przeczytałem, że wygrał „sztuczkami”, które mu wymyślił wynajęty za „grube pieniądze” cudzoziemski specjalista. Studenci piszący prace dyplomowe o tym sukcesie, pod wpływem obecnej na rynku literatury, piszą głównie o niebieskich koszulach i dobranych do nich szkłach kontaktowych, ewentualnie o słabościach Wałęsy. Dlatego, tak jak pamiętam, wskazałbym na przyczyny tego zwycięstwa, dzieląc je – jak wspomniałem – na dwie grupy: niezależne od kandydata oraz będących Jego dziełem i sztabu współpracowników.
Przyczyny
Do pierwszych zaliczyłbym:

Rzecz znaną i wielokrotnie opisywaną – sprzyjające „postkomunistycznej” lewicy nastroje społeczne. Po szokowej transformacji Balcerowicza, w społeczeństwie – świeżo pamiętającym PRL – obudziła się tęsknota za bezpieczeństwem socjalnym, pełnym zatrudnieniem, poczuciem ładu i porządku. Tak naprawdę to głosowanie pokazało rzeczywisty rozkład ocen dotyczących PRL-u. To widać w ocenie Wojciecha Jaruzelskiego, stanu wojennego itd. Można powiedzieć, że 33 proc. Kwaśniewski miał „na wejściu”.

Rozczarowanie elitami „Solidarności”, które uznawano za „nieudaczników”. Rzecz się wyostrzyła, kiedy na czele ruchu otwarcie zwalczającego Kwaśniewskiego (Inicjatywa ¾) stanął czołowy eksponent tego nieudacznictwa – Jan Rokita. Rola tej inicjatywy w sukcesięAleksandra Kwaśniewskiego jest niedoceniana – przyniosła Mu kolejne 5 proc.

Dołożył się do tego kościół. Postrzegany – w odróżnieniu od społeczeństwa – jako beneficjent i poplecznik nowego ustroju nie umiał zdystansować się od kampanii wyborczej. Zaangażował się od początku przeciwko Aleksandrowi (nie miał chyba na początku zdecydowanego, własnego faworyta), a potem nie miał wyboru – musiał brnąć w Wałęsę, narażając własną reputację i czyniąc to dość prostymi (żeby nie powiedzieć prymitywnymi) metodami.

Niezdecydowanie elit intelektualnych, postsolidarnościowych. Nie lubiły one Lecha Wałęsy, a rozpętana akcja antysemicka przeraziła je, co do dalszego kierunku rozwoju sytuacji. Powiedziałbym, że wykonywały one „rytualne tańce” antykwaśniewskie, ale czyniły to bez przekonania, „bez ognia”, a kilku wybitnych przedstawicieli tych elit demonstracyjnie nie zaistniało w tej kampanii (zwłaszcza w drugiej turze).
Przesłanki
Gdybym miała podsumować te uwagi, to powiedziałbym, że te przesłanki przyniosły Aleksandrowi Kwaśniewskiemu łącznie 40 proc. poparcia. Te decydujące 11 proc. zależały jednak od samego kandydata i jego sztabowców. Złożyły się na nie następujące czynniki:

1. Przyjęta i konsekwentnie realizowana koncepcja kampanii wyborczej. Kandydat – w odróżnieniu od konkurencji – prawie dzień w dzień jeździł po Polsce uczestnicząc w spotkaniach otwartych, coraz bardziej licznych. Przesłanie było jasne: nie boi się ludzi, nie ma regionów i środowisk ważnych i mniej ważnych, umie z ludźmi rozmawiać. Co ważne: umie rozmawiać z przeciwnikami, nie boi się ich, wie kiedy potraktować ich poważnie (Jastrzębie), a kiedy obśmiać (Bochnia). Prymitywizm tych przeciwników też przynosił Mu profity: bezwzględne ataki sprzyjają raczej atakowanemu, a nie atakującym. Dodatkowym plusem była świetna organizacja kampanii – KWAK, planowanie, zabezpieczenie w materiały informacyjne, znajomość środowisk, które kandydat odwiedzał.

2. Poważne zaplecze polityczno-organizacyjne. SLD w toku tej kampanii okrzepł i pokazał potencjał polityczny i organizacyjny jako formacja polityczna. Z jednej strony zaangażował się bezgranicznie w kampanię, z drugiej aktyw terenowy czuł, że to niepowtarzalna okazja, aby wyleczyć się z kompleksów, pokazać swoją społeczną użyteczność, wywalczyć stabilne miejsce na scenie politycznej. Żaden z kandydatów, ani wtedy, ani w 2000 roku nie miał takiego zaplecza, tak zmotywowanego i tak kompetentnego.

3. Poważne potraktowanie rozmaitych grup społecznych. Mało kto dziś pamięta, że sztab przygotował materiały programowe do prawie wszystkich grup społecznych. Były listy kandydata do rolników, rzemieślników, nauczycieli, pracowników służby zdrowia, samorządowców, urzędników administracji publicznej, pracowników b. PGR-ów itd., itp. Nie przywiązywałbym zbyt wielkiej uwagi do treści tych listów, ważne było wrażenie, że nikt z Polaków nie jest wykluczony z zainteresowania kandydata, że „nie opuści” żadnej grupy społecznej.

4. W tym duchu były też hasła kampanii wyborczej. Nie miejsce tu na ich szczegółową analizę, ale zarówno „Wybierzmy przyszłość”, jak i „Wspólna Polska” nie dzieliły, wręcz przeciwnie wskazywały na wspólnotowe intencje kandydata, podkreślały pozapolityczny, ponadpartyjny charakter Jego kandydatury.

5. Wreszcie same przymioty kandydata. W kampanii Aleksander Kwaśniewski połączył dwa sprzeczne – wydawałoby się – wizerunki. Z jednej strony „swój chłop”, co to „zatańczy i zaśpiewa”, z drugiej światowiec: mówi po angielsku i – co b. ważne – po polsku, zna celebrytów politycznych i artystycznych, czuje się wśród nich swobodnie.
Krzysztof Janik ma nadzieję – zostało MU do dzisiaj.


Prezydentura A. Kwaśniewskiego trwała 10 lat. I rzecz dziwna – publicyści prawicowi nawet w publikacjach pisanych już z perspektywy bez mała 25 lat dają wyraz temu, że z tamtą wygraną nie pogodzili się do dziś. I skoro nie da się jej wymazać z najnowszej historii Polski, to przynajmniej należy pomniejszyć jej znaczenie, a gdzie jest to możliwe – przemilczeć. 
No cóż, Ludwik Jerzy Kern poświęcił tej przypadłości takie, pisane wierszem spostrzeżenie:
„Konik nóżką grzebie,
Płacze dziewczę hoże,
Polak do Polaka
Z pyskiem albo z nożem.
Rzadko Polakowi
Polak dobrze zrobi
To już takie nasze
Narodowe hobby
A tak by się chciało
Wstawić do czytanki,
że Polak i Polak
To są dwa bratanki”.

Kampania Dudy bez pomysłu

– Włączenie do strategii wyborczej kwestii koronawirusa może okazać się pułapką. Jeśli za 4-5 tygodni to zagrożenie zostanie opanowane, wtedy z czym zostaną politycy? Jeśli natomiast rozwinie się ono w niespotykaną w swoich konsekwencjach epidemię, to rząd zmuszony będzie przyznać się do niemożności ochrony obywateli, ale też i opozycja zmuszona będzie do wspierania działań rządu – mówi dr Robert Sobiech, dyrektor Instytutu Polityk Publicznych Collegium Civitas, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Jeszcze w piątek premier Morawiecki i minister zdrowia zapewniali, że wszystko jest gotowe na wypadek zarażenia koronawirusem. Tymczasem w niedzielę późnym wieczorem do Sejmu trafił projekt specustawy dotyczącej koronawirusa. Co się nagle stało?

ROBERT SOBIECH: Sądzę, że mamy tu do czynienia z dwoma scenariuszami, które się wzajemnie nie wykluczają. Pierwszy to rutynowa reakcja rządu na nowe zagrożenie, podobna do reakcji rządów w innych państwach. Do tego nie jest potrzebne nagłe posiedzenie parlamentu. Nie słyszałem, żeby rządy innych państw w trybie nagłym uchwalały nowe regulacje prawne. Działają one zapewne w ramach przyjętych rozwiązań reagowania na podobne zagrożenia. Czy tylko w Polsce odkryto dziury w procedurach zarządzania kryzysowego? Znam jedynie omówienia projektu ustawy, z których wynika, że część nowych przepisów odnosi się wyłącznie do koronawirusa. Czy zatem w przypadku kolejnego wirusa potrzebne będą kolejne ustawy? Stąd też prawdopodobny jest drugi scenariusz.

Mamy zaledwie 10 tygodni do wyborów prezydenckich i silną pokusę wykorzystania rzeczywistego zagrożenia do zwiększenia społecznego poparcia. Posiedzenie sejmu zwołano na żądanie prezydenta Dudy. Czy tylko dlatego, że stratedzy prezydenta chcieli pokazać go jako przywódcą, który chroni Polaków przed poważnymi konsekwencjami wirusa? W takim scenariuszu nie wystarcza zwykła relacja rządu z podejmowanych działań. Okazuje się, że niezbędna jest nowa ustawa. Ale kto mieczem wojuje… Właśnie obejrzałem poniedziałkowe wydanie „Wiadomości” TVP. Rozpoczęła je obszerna relacja z Sejmu pokazująca, jak premier i ministrowie przeciwdziałają epidemii. O prezydencie jako inicjatorze tego nadzwyczajnego posiedzenia było tylko kilka zdań na koniec materiału.

Jak koronawirus może wpłynąć na kampanię wyborczą?

Na pewno ma znaczenie, bo to są sprawy, które wiążą się z odpowiedzialnością polityków. Między innymi po to wybieramy rząd, aby chronić nas przed takimi zagrożeniami. Ale koronawirus to problem globalny, zagrożenie, z którym nie potrafią poradzić sobie rządy znacznie silniejszych państw niż Polska. Stąd też nie będzie wiarygodna ani strategia rządu twierdzącego, że uchroni Polaków przed zagrożeniami, ani strategia opozycji oparta na przypisywaniu odpowiedzialności za kryzys rządzącym.

Światowe doświadczenia pokazują, że w wypadkach kryzysu ludzie grupują się przy władzy. Czy tak to zagrożenie zadziała u nas?

Odwołuje się pani do pewnej prawidłowości, która od dawna jest opisywana w naukach społecznych. Mamy wiele przykładów potwierdzających, że rządzący wykorzystują (a nie niekiedy sami kreują) zagrożenia w celu umocnienia swojej władzy. Przekaz: „tylko my możemy ochronić obywateli” często prowadzi do zwiększenia społecznego poparcia.
Z drugiej strony przykłady wielu kryzysów pokazują, że prowadzą one do wycofania poparcia dla rządzących. Przykładem jest tu światowy kryzys ekonomiczny z 2008 roku. To nie rządy wielu państw europejskich były odpowiedzialne, ale konsekwencje ponosili rządzący zmuszeni do prowadzenia polityki wyrzeczeń i oszczędności. Trudno więc powiedzieć, jak zareaguje większość Polaków.

Wiadomo, że żaden kraj sam nie sprosta zagrożeniu. W Europie wirus rozprzestrzenia się we Włoszech, Francji, jest już ponad 100 przypadków w Niemczech. Dlaczego Polska ma być wyjątkiem?

Opozycja podejrzewa, że rząd nie informuje w pełni o wirusie, z kolei władza zarzuca opozycji, że ta gra koronawirusem. Jak pan na to patrzy?

Wolałbym, aby w tej sprawie wypowiadali się eksperci od przeciwdziałania epidemii, a nie politycy, którzy są w środku kampanii wyborczej. Nie jest tak, że mamy taki supersilny i sprawny rząd, który poradzi sobie z wirusem lepiej, niż reszta świata, ani nie jest zapewne tak, jak chciałaby mówić opozycja, że jesteśmy zupełnie bezbronni.

Włączenie do strategii wyborczej kwestii koronawirusa może okazać się pułapką. Jeśli za 4-5 tygodni to zagrożenie zostanie opanowane, wtedy z czym zostaną politycy? Jeśli natomiast rozwinie się ono w niespotykaną w swoich konsekwencjach epidemię, to rząd zmuszony będzie przyznać się do niemożności ochrony obywateli, ale też i opozycja zmuszona będzie do wspierania działań rządu.

Proszę zwrócić uwagę, że na konwencji Małgorzaty Kidawy-Błońskiej o koronawirusie nie było ani słowa. Nie dlatego, że stratedzy opozycji uważają, że dziś nie jest to ważny i nośny temat.

Jak ocenia pan konwencję Małgorzaty Kidawy-Błońskiej?

Na pewno zobaczyliśmy inną Małgorzatę Kidawę-Błońską, niż jeszcze parę miesięcy temu. To było spójne, dobrze przemyślane wystąpienie kandydatki, która pokazała, że może być energicznym, silnym politykiem, trafnie odczytującym ludzkie problemy, że może bardzo trafnie punktować rząd, a przede wszystkim prezydenta. Była to też dobra próba „odbrązowienia”, pokazania Małgorzaty Kidawy-Błońskiej nie w kontekście genów przodków predestynujących ją do bycia prezydentem, ale pokazania (opowieścią jej męża), że doświadczała ono takich samych problemów jak większość Polaków.

To była dobra konwencja, ale jej efekty nie zależą tylko od pomysłów strategów. Konwencja trwa kilka godzin, a media wyciągają z niej i eksponują jedynie wybrane fragmenty, wybrane przekazy. Jedynie one mają szansę stać się elementem świadomości społecznej.

Do takich przekazów należeć zapewne będą słowa kierowcy z Oświęcimia, który opowiadając o kolejnych zmianach prokuratorów w banalnej niby sprawie kolizji drogowej powiedział, że zderzył się nie z autem Beaty Szydło, ale „zderzył się z władzą”. Takie stwierdzenia na długo zapadają w pamięć i pokazują w praktyce, na czym może polegać arogancja władzy, ale też polityczna kontrola wymiaru sprawiedliwości.

Co się stało z kampanią Andrzeja Dudy?

Nie jest jasne, na czym ma ona polegać. Z jednej strony finał konwencji wyborczej Andrzeja Dudy pokazywał go jako silnego, samodzielnego polityka. Tymczasem już kilka dni później pojawiło się zdjęcie z narady PiS-u, gdzie prezydent przedstawiany jest jako jeden z wielu liderów rządzącej partii. W poniedziałek w Sejmie mielibyśmy zapewne być świadkami kolejnego etapu kampanii, kiedy to rząd na polecenie silnego, niezależnego prezydenta miał informować, jak chroni obywateli przed wirusem. Wspomniana wcześniej poniedziałkowa relacja w „Wiadomościach” TVP sugeruje, że nawet rządowa telewizja nie zrealizowała takiego planu. To z jednej strony efekt wewnętrznych tarć, ale przede wszystkim efekt braku jasnej koncepcji kampanii prezydenckiej.

Wskazuje to na swoiste wypalenie całego rządu po pierwszej kadencji. Tak jak cały rząd nie ma planu pójścia do przodu, jak jeszcze pokazywał nam 4 lata temu, tak i Andrzej Duda nie ma takiego planu. Hasło, że będziemy robić wszystko, żeby Polacy byli coraz bardziej bogaci, nie wystarcza.

Przypomina „ciepłą wodę w kranie” Tuska?

Trochę tak, ale poczekajmy na sondaże, które do tej pory w zasadzie nie ulegały większym zmianom, wskazując na ponad 40-proc. poparcie dla Andrzeja Dudy.Czy przekazy z konwencji Kidawy-Błońskiej, Kosiniaka-Kamysza czy Biedronia spowodują zmianę notowań? Jeżeli pojawiłby się spadek notowań obecnego prezydenta, to tylko w części byłby on efektem kampanii kandydatów opozycji. W dużym stopniu byłby konsekwencją mającego miejsce od dłuższego czasu spadku nastrojów społecznych.
Proszę zwrócić uwagę, że właściwie od wyborów parlamentarnych oceny sytuacji kraju, własnej sytuacji finansowej, ale także notowania rządu czy premiera, nastroje społeczne systematycznie spadają. To w dużej mierze efekt obaw związanych ze wzrostem cen i kosztów utrzymania. Jeżeli prezydent Duda miałby stracić poparcie części z ponad 8 mln wyborców popierających go w sondażach, to przede wszystkim ze względu na bagatelizowanie tych obaw. Wypowiedź o tym, że „w ogromnym stopniu potaniał olej” ma już miliony odsłon w sieci i może mieć większą siłę oddziaływania, niż najlepiej przygotowane konwencje.

Jaką rolę pełni pierwsza dama? Od konwencji głośno o tym, a oliwy do ognia dolał rzecznik prezydenta, który stwierdził, że pierwsza dama powinna milczeć.

Czasami lepiej, jak milczy rzecznik. Myślę, że duża część społecznego poparcia dla wszystkich polskich prezydentów wynikała z obecności ich żon w sferze publicznej. Dla wielu Polaków to jest trudne do zrozumienia, dlaczego żona obecnego prezydenta pozostaje osobą prywatną. Bardziej istotnym pytaniem jest, czy większość wyborców jest skłonna po raz pierwszy głosować na prezydenta kobietę. Jeśli prezydentem może zostać „kobieta z Ursusa”, to społeczna rola „pierwszej damy” przybierze zupełnie inny wymiar, w tym konieczność poszerzenia języka polskiego o nowe słowo.

Feralny Piątek prezydenta

Nic tak nie ożywia w Polsce narodowo-katolickiej kampanii wyborczej jak agitacja na grobach.
Pech prześladuje pana prezydenta Dudę od początku jego kampanii wyborczej. Zaczęło się od wyciągniętego w Sejmie palucha pani posłanki Lichockiej. Niby miał jej pomóc ufryzować rzęsę, ale szybko wyrósł na wielki, falliczny symbol pogardy dla wszystkich Polek i Polaków. Nowe logo spasionych już władzą elit ”Prawa i Sprawiedliwości”.
Zaraz potem ujawniła się jego nowa sztabs szefowa pani mecenas Jolanta Turczynowicz – Kieryłło. Miała dodać przysłowiowego zęba kampanii wyborczej robionej przez „tłuste koty” z Kancelarii Prezydenta. Miała być tym narwalem broniącym przyszłość Polski przed hordami obcych. Ale okazała się być kobietą z przeszłością i po licznych politycznych przejściach. Cóż z tego, że potrafi się odgryźć, skoro gryzie niezwykle groteskowo. Powagi swą szczęką prezydenckiej kampanii nie dodaje.
Niestety to dopiero początek rysującej się na horyzoncie przyszłej katastrofy wizerunkowej. Nieuchronnie zbliża się bowiem 10 kwietnia 2020 roku. Okrągła, dziesiąta rocznica katastrofy prezydenckiego samolotu w Smoleńsku. I osiemdziesiąta rocznica mordu katyńskiego.
Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że to wspaniały, kalendarzowy prezent dla sztabu wyborczego narodowo-katolickiego kandydata, czyli pana prezydenta Dudy też. Bo przecież można by wykorzystać te rocznice narodowych tragedii do zademonstrowania i wzmocnienia narodowo- patriotyczno- katolickiego profilu kandydata.
Urządzić okolicznościowe obchody, odprawić uroczystą mszę w najgodniejszej oprawie, a potem jeszcze może marszo- procesję z pochodniami. Nic tak w Polsce nie ożywia narodowo-katolickiej kampanii wyborczej jak agitacja na grobach bohaterów.
Bez kiełbasy
Niestety w tym roku 10 kwietnia wypada w Wielki Piątek. W katolickiej tradycji to dzień zadumy nad Męką Chrystusa. Jak każdy wie, zaduma nie przystoi kampanii wyborczej. W Polsce wręcz obraża ją. Zatem w piątek dziesiątego kwietnia albo będzie zaduma, albo kampania. Ponieważ prezydencka kampania wyborcza wypada co pięć lat, a Wielki Piątek co rok, nietrudno zgadnąć co sztab wyborczy pana prezydenta wybierze. Niestety to nie jest pierwsza mina czyhająca tego feralnego dnia na pana prezydenta. Jak niektórzy polscy katolicy pamiętają w Wielki Piątek obowiązuje post ścisły. To oznacza, że wtedy każdy, nawet najcieńszy, plasterek kiełbasy, nawet wyborczej, łyknięty przez narodowo- katolickiego Polaka, grozi mu bezwzględnym, wiecznym smażeniem się w piekle. Wiem, bo wychowałem się w świętym mieście Częstochowie.
I tu pani mecenas Jolanta Turczynowicz- Kieryłło ma przysłowiowy orzech do zgryzienia. Jak przeprowadzić kampanię wyborczą w czasie ścisłego postu? Czy ma jakiś sens kampania wyborcza bez kiełbasy wyborczej?
Ale to jeszcze nie koniec zgryzot pani mecenas. W Wielki Piątek kościół katolicki, czyli polski też, nie sprawuje liturgii eucharystycznej, czyli nie odprawia mszy świętych. No i jak wtedy pan prezydent Duda ma prowadzić kampanię wyborczą bez udziału we mszy?
Przecież w czasie jego kampanii dzień bez mszy, to dzień stracony dla wyborczej kampanii.
Dzień na wychodźstwie
Oczywiście dla potrzeb kampanijnych można by te religijne rygory obejść. Nie takie zakazy już obchodzono w polskich kampaniach wyborczych.
Warto przypomnieć, że w Wielki Piątek dopuszcza się jedynie nabożeństwa Drogi Krzyżowej. Można zatem włączyć Drogę Krzyżową do liturgii kampanii wyborczej pana prezydenta i git.
Ale, co od razu zauważy każdy spin doktor i każdy pijarowiec, Droga Krzyżowa jest bardzo skromną wizualnie celebracją. Ona zupełnie nie pasuje do amerykańskiego stylu kampanii wyborczych jaki przyjął teraz sztab wyborczy pana prezydenta Dudy. Do tego full wypasu, do lansu i balansu, zaprezentowanego obficie podczas niedawnej, warszawskiej konwencji pana prezydenta Dudy.
Tradycyjna Droga Krzyżowa to też celebracja bez udziału plutonu biskupów. Bez chórów małolatów, bez pląsów grup chirliderek. Bez dźwięku dzwonków i innych instrumentów muzycznych. Bez gwizdków. Bez pieśni na wejściu. Bez wyreżyserowanych, spontanicznych „Wow”. Bez przygrywania refrenów na organach podczas planowanych przerw na kawę.
Tradycyjna Droga Krzyżowa to tylko słowa, słowa, słowa. Czasem skromna melorecytacja. No i to leżenie krzyżem przed każdym mijanym ołtarzem. Leżenie, które źle się komponuje w telewizyjnej kamerze. Kamera leżenia nie bierze, potwierdzi wam to każdy spin doktor i pijarowiec.
Dodajmy jeszcze, że w Wielki Piątek katoliccy kapłani zakładają czerwone szaty liturgiczne. Tradycyjnie symbolizujące „miłość zwyciężającą na krzyżu”. Czy wyobrażacie sobie pana prezydenta Dudę leżącego krzyżem przed czerwonym?
Żaden ze sztabowych pijarowców pana prezydenta nie pozwoli na takie poniżenie ich kandydata.
Ale nie tylko sam dzień Wielkiego Piątku rzuca cień na kampanijne celebrowanie tych okrągłych rocznic. Problemem sztabowców pana prezydenta jest też miejsce ich celebrowania. Na razie do wyboru mają Polskę, Rosję, Białoruś lub Ukrainę. Wszędzie widzę wizerunkowe miny, straty punktów wyborczego poparcia.
Dlatego trudna decyzja do podjęcia jest. Bólu zębów można od tego dostać.

Dobry początek Biedronia

Protest przeciwko zamknięciu szpitala w Nowej Rudzie, zapowiedź powołania rzecznika praw zwierząt, sprzeciw wobec podpisania ustawy kagańcowej – w pierwszych dniach swojej kampanii wyborczej kandydat Lewicy Robert Biedroń „wrzucił” do debaty publicznej więcej tematów, niż jego główni rywale razem wzięci.

A i to nie wszystko, bo europoseł Wiosny zdążył również powtórzyć hasła uwolnienia polskiej szkoły od kościelnej indoktrynacji, poprzez wyprowadzenie lekcji religii z powrotem do sal katechetycznych, a na dodatek oznajmił, że Kościół powinien płacić podatki jak każdy inny podmiot w Polsce.
Biedroń nie ma za sobą ani efektu urzędującego prezydenta, jak Andrzej Duda, ani maksymalnie zmobilizowanej puli wyborców liberalnych, którzy już wiedzą, że ich kandydatką jest Małgorzata Kidawa-Błońska. Kandydat Lewicy nie ma już nawet tego efektu świeżości i nowości, który dodawał mu tyle sondażowych punktów w ubiegłym roku – chociaż niewątpliwy talent do bezpośrednich kontaktów z wyborcami i swoboda w obejściu mu pozostały, co było widać, gdy w otoczeniu sztabowców i doradców rozpoczął zbieranie podpisów pod warszawską stacją metra Centrum. O elektorat będzie musiał walczyć zupełnie dosłownie – ale pomysł na tę walkę jest, podobnie jak mocny sztab wyborczy, do którego zaangażowano najbardziej rozpoznawalne twarze parlamentarnej lewicy.
Świeżo po pierwszej, słupskiej konwencji Biedronia Tymoteusz Kochan pisał na łamach „Dziennika Trybuna”, że kluczem do sukcesu kandydata Lewicy mogą być miasta powiatowe, Polska daleka od metropolii. Ta, na którą spadały kolejne ciosy wraz z upadkiem przemysłu, ograniczeniem liczby województw, migracją do miast. Urodzony w Krośnie, budujący swój prestiż na prezydenturze w Słupsku Biedroń jest jednym z nielicznych – jeśli nie jedynym – kandydatem, który w swoich wystąpieniach jasno odwoływał się do specyficznych doświadczeń z życia poza wielkimi ośrodkami i udowadniał, że wie, jak rozwiązywać tamtejsze problemy. Do tego sytuując je w szerszym nurcie koniecznych zmian. Biorąc udział w demonstracji w obronie szpitala w Nowej Rudzie (woj. dolnośląskie) kandydat nie tylko wyraził solidarność z mieszkańcami konkretnej miejscowości, którzy wraz z likwidacją placówki poniosą poważną stratę, ale też stwierdził, że takich Nowych Rud jest w Polsce bardzo wiele. Zapaść służby zdrowia poza głównymi ośrodkami jest faktem, z którym rząd nie mierzy się w ogóle – podobnie jak ze sprawami służby zdrowia w ogólności. Za rządów PiS zamknięto ponad 300 oddziałów szpitalnych, przypominał Biedroń w związku z wyjazdem do Nowej Rudy.
Lewicowi politycy, pytani o obszary polskiego państwa wymagające pilnej naprawy, zwykli wymieniać jednym tchem, obok służby zdrowia, także mieszkalnictwo i edukację. Z Biedroniem nie jest inaczej (i dobrze). Zapytany 6 lutego w „Sygnałach dnia” o prezydencki program, wskazał te właśnie obszary. Wskazał również, skąd mogłaby pochodzić przynajmniej część pieniędzy na ambitne programy budowy mieszkań czy modernizację polskiej edukacji. – Trzeba opodatkować Kościół sprawiedliwie – oznajmił, mocno wchodząc w problematykę, w której na tle innych kandydatów, katolickich lub mocno katolickich, jest bezkonkurencyjny. I doprecyzował: księża powinni płacić podatki i cła tak samo, jak inni obywatele, a w kościołach mogłyby pojawić się kasy fiskalne. Równie jasne jest stanowisko Lewicy, jeśli chodzi o możliwość nauki religii: tak, ale dla zainteresowanych, nie na terenie państwowej szkoły. Co znamienne, te postulaty, stare i bynajmniej nie szczególnie radykalne, wystarczyły, by część prawych mediów zaczęła histerycznie wołać o „antykościelnej furii”.
Zwróciło to po prawej stronie większą nawet uwagę, niż równie stanowcza i sprawna reakcja kandydata Lewicy na podpisanie tzw. ustawy kagańcowej: gdy tylko media zaczęły informować o tym, że prezydent Duda złożył zapowiadany podpis, Biedroń udał się pod Pałac Prezydencki i jasno wskazał, co jako głowa państwa zrobi dla przywrócenia praworządności. Jednym z pierwszych projektów, jakie zamierza złożyć, korzystając z przysługujących mu prerogatyw, ma być nowelizacja ustawy o ustroju sądów powszechnych, ustawy o Sądzie Najwyższym oraz niektórych innych ustaw, w której negatywne skutki PiS-owskiej „reformy” zostaną anulowane (jeśli oczywiście zgodzi się na to Sejm).
Wszystko razem to taktyka, którą dość skutecznie posługiwało się socjaldemokratyczne trójporozumienie przed wyborami parlamentarnymi: poruszać jak najwięcej tematów, przedstawiać pomysły na naprawę w możliwie każdym aspekcie życia w Polsce, umiejętnie równoważyć tematykę tzw. socjalną (usługi publiczne, płace) oraz sprawy światopoglądu (praw człowieka, ale i praw zwierząt, którym prezydent Biedroń przydzieliłby specjalnego rzecznika). I nieważne, że wiele tych zagadnień tylko w ograniczonym stopniu zależy od prezydenta. Polskie kampanie wyborcze od lat nie służą już debacie o tym, co akurat może realnie zrobić głowa państwa, parlament czy samorządy. Dyskutuje się w nich o bieżących bolączkach, nakręca emocje, demonstruje sprawczość i gotowość do bycia z ludźmi (albo przynajmniej skutecznego pozorowania tegoż). Podczas poprzedniej kampanii parlamentarnej Jarosław Kaczyński potrafił kilkoma mocnymi przemówieniami zmusić główne media i całą klasę polityczną do rozmów o płacy minimalnej. Robert Biedroń jest postacią na tyle wyrazistą, że też nie jest bez szans, by narzucać swoje tematy, takie, w których najbardziej merytoryczne i jasno podane propozycje płyną właśnie z lewicy. Wygrać walkę o Pałac Prezydencki będzie trudno, ale zyski na przyszłość mogą być znaczące.

Ogary poszły w las

Można powiedzieć, że kampania prezydencka ruszyła, tylko lasów jakby mniej. A i przy zbliżaniu się do nich kandydaci powinni zachować ostrożność, zwłaszcza ci, mogący uchodzić za dzika. Niestety naszym myśliwym wszystko się z dzikiem kojarzy.
Wszyscy bawią się w historię albo historia bawi się nami. Nasi Politycy starają się bardzo, by Polska jak najbardziej przypominała te sanacyjną. Co prawda Prezydenta wybierają wszyscy Polacy, to znaczy wszyscy głosujący Polacy, a nie jak przed wojną Parlament. Pardon Zgromadzenie elektorów. Taki model zresztą pierwszemu prezesowi wszystkich prezesów pewnie najbardziej by się podobał. Ale na razie Prezydenta wybierają Polacy. Jak już zauważałem wybierają ci, którzy głosują. Wybierają spośród tych, którzy kandydują.
Co prawda wszyscy pełnoletni Polacy są elektorami, ale wielu zależy, by na zdanie elektorów wpłynąć. Od telewizji publiczno-narodowej i radia począwszy. Choć w sumie radio możemy sobie darować, niedługo prawie nikt go (tego publicznego) nie będzie słuchał, przynajmniej z tych którzy mają telewizję i są w stanie wyjść z domu.
Telewizja narodowa to potęga. Ktoś powiedział, że gdyby w III Rzeszy telewizja był powszechna to Niemcy nigdy by się nie dowiedzieli że przegrali wojnę. Nasza telewizja tez w gruncie rzeczy dba bardziej o to, by telewidzowie za dużo się nie dowiedzieli.
Ciekawe wnioski można wyciągnąć np. z sondażu opinii na temat sporu dotyczącego niezależności sędziów. Okazuje się, że to jaką kto ogląda (najczęściej) telewizję, wpływa na jego opinie nie mniej niż preferencje polityczne jakie posiada.
Spośród elektoratów partii politycznych niemal wszyscy wyborcy opozycji stoją po stronie niezależności sędziów. Tylko wyborcy PiS uważają, że to rząd ma rację i to w stosunku 45% do 20%. Co ciekawe podobnie jest wśród tych, którzy twierdzą, że nie brali udziału w wyborach – 42 do 30.
Natomiast jeszcze ciekawiej się robi, gdy przyjrzymy się audytoriom programów informacyjnych głównych stacji telewizyjnych. O ile widzowie Wiadomości raczej zdecydowanie wspierają racje rządu (39 proc.), widzowie Faktów TVN i Wydarzeń Polsatu równo tylko w 16 proc. . Różnica jest jedynie w niezdecydowanych oraz popierających racje sędziów odpowiednio 32 i 51 dla widzów TVN oraz 22 i 59 dla widzów Polsatu. Co ciekawe poparcie dla racji sędziów jest istotnie większe wśród widzów Polsatu. Może dlatego, że Polsat jest najbardziej popularny wśród wyborców lewicy a ci z kolei są najbardziej ze wszystkich ugrupowań krytyczni wobec działań PiS.
A co na to Kandydaci ? Robert Biedroń przewodzi w krytyce rządu, co raczej nikogo nie zdziwi. Platforma była ostatnio zajęta sobą ale nowo wybrany lider, Borys Budka zadeklarował, że wszyscy którzy teraz łamią prawo zostaną ukarani (w domyśle politycy PiS). Jak będzie, może się przekonamy, wspomnienia w tej sprawie nie są najlepsze, ponieważ PO odpuściła w 2007 stawianie przed Trybunałem Stanu polityków PiS (z ZEROZERO Ziobrą włącznie) a ostateczny finał spraw karnych dopadł tylko Mariusza Kamińskiego i jego zastępcę w CBA Macieja Wąsika. A w zasadzie nie dopadł, bo przed prawomocnym wyrokiem spłynęła na nich łaska Prezydenta. Po ewentualnym oddaniu władzy przez PiS stanie przed specjalistami od prawa konstytucyjnego ciekawy problem – czy Prezydent może ułaskawić sam siebie, bo idę o zakład, że takie ułaskawienie Andrzej Duda, ze swoim podpisem, nosi ze sobą wszędzie razem z dowodem osobistym.
No cóż. Kandydaci nie ogłosili jeszcze swoich programów ale jeśli ktoś naprawdę chce być PiS spotkała za ich czyny zgodna z prawem sprawiedliwość powinien głosować na kandydata lewicy. Nie ma innego wyjścia.
I tylko on dopuszcza możliwość wypowiedzenia konkordatu. A bez tego nie będzie powrotu Polski do teraźniejszości.

Palą zamiast pracować

Nasi pracodawcy policzyli, że pracownicy, robiąc sobie przerwy w pracy na papierosa, uzyskują dzięki temu dodatkowo 20 dni wolnych od pracy rocznie.

Trzy miliony złotych od państwa (a ściślej od państwowego Funduszu Rozwiązywania Problemów Hazardowych) na działania propagujące niepalenie otrzymali Pracodawcy Rzeczypospolitej Polskiej. Jest to największa organizacja pracodawców w Polsce, skupiająca 19 tys firm więc pieniędzy jej nie brakuje. Rząd PiS uznał jednak, iż pracodawcy zasługują na wsparcie. Inna sprawa, że bez zastrzyku państwowych pieniędzy Pracodawcy RP nie kwapili się do podejmowania działań mających promować niepalenie i zdrowe życie.
Fundusz Rozwiązywania Problemów Hazardowych został stworzony za rządów Platformy Obywatelskiej. Prawo i Sprawiedliwość po objęciu władzy zaczęło dość szeroko traktować pojęcie hazardu – i dlatego pracodawcy mogli dostać wsparcie w związku ze szkodliwością palenia.
To trochę tak jak z Funduszem Sprawiedliwości mającym pomagać ofiarom przestępstw, z którego PiS finansuje między innymi działania różnych organizacji powiązanych z prawicą. Posłowie opozycji mówili, iż działacze PiS uznali Fundusz Sprawiedliwości po prostu za Fundusz Prawa i Sprawiedliwości.
Za otrzymane pieniądze Pracodawcy RP organizują ogólnopolską kampanię „Nie palę, bo…”. Jak informują, „celem jest edukacja pracodawców i pracowników w zakresie możliwości rzucenia nałogu palenia wyrobów tytoniowych i wyrobów powiązanych. Będzie ona realizowana poprzez akcje informacyjno-edukacyjno-profilaktyczne prowadzone w miejscach pracy”.
Kampania jest generalnie skierowana do pracodawców zachęcających swoich pracowników do rzucenia palenia i wspierających ich w walce z nałogiem. W jej ramach zorganizowano cykl konferencji, konkurs „Firma wolna od tytoniu” oraz przygotowano pakiety informacji o pożytkach z rzucania palenia.
Pracodawcy są autentycznie i żywo zainteresowani tym, by ich pracownicy nie palili. Organizacja podliczyła, że, jak wynika z przeprowadzonych przez nią badań, pracownicy robiący sobie przerwy „na papieroska”, mają w ten sposób dodatkowo wolnych 20 dni roboczych w roku (robią bowiem średnio pięć ośmiominutowych przerw w ciągu 250 dni roboczych, co daje 160 „przepalonych” godzin pracy). Jeśli zaś nie będą palić, to w tym czasie będą pracować.
Ten problem obrazuje film nakręcony w ramach kampanii, w którym pokazano, jak pracownicy gremialnie udają się na papierosa, paląc przed drzwiami firmy zamiast pracować. „A ty za to płacisz” – mówi kolega do zmartwionego tym pracodawcy. W filmie nie pokazano natomiast pracodawców, robiących sobie przerwy na papierosa.
– Palenie w pracy to obniżenie efektywności pracy, przekładające się na wymierne, dodatkowe obciążenie i straty ekonomiczne dla przedsiębiorstwa – podkreśla Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców RP.

Program Lewicy

POLITYKA KLIMATYCZNA

Koniec dominacji węgla. Zredukujemy zużycie paliw kopalnych w energetyce na rzecz czystych źródeł energii. Będziemy inwestować w sieci przesyłowe, termomodernizację budynków, panele słoneczne, elektrownie wiatrowe, pompy ciepła i domową produkcję energii. Do 2035 roku większość energii będzie pochodzić z odnawialnych źródeł. Zakażemy importu węgla i uniezależnimy się od gazu z zagranicy.
Dwa miliony nowych pieców. Dofinansujemy wymianę 2 milionów domowych pieców węglowych na nowoczesne, bezemisyjne instalacje grzewcze w ciągu 15 lat. Gdzie tylko to możliwe, będziemy rozwijać sieci ciepłownicze. W ciągu 15 lat będziemy mieć najczystsze powietrze w tej części Europy
Własna energia w każdym domu. Tak jak dzisiaj robimy zaprawy na zimę, każdy będzie mógł wyprodukować własny prąd. Nadwyżki będzie można sprzedać bez zbędnych formalności.

OCHRONA ŚRODOWISKA

Pakiet dla Lasów. Dopilnujemy, aby w Polsce co najmniej 10% lasów było wolnych od ingerencji człowieka. Powołamy Agencję Ochrony Przyrody odpowiedzialną za kontrolę podmiotów zatruwających środowisko. Przeznaczymy 20% przychodów z gospodarki leśnej na Fundusz Dzikiej Przyrody. Zajmie się on przywracaniem naturze części jej pierwotnych terenów
Polska przyjazna zwierzętom. Utworzymy urząd Rzecznika Praw Zwierząt, który będzie dbać o dobrostan zwierząt domowych, hodowlanych i dzikich. Do 2023 roku zlikwidujemy fermy futrzarskie, zabronimy wykorzystywania zwierząt w cyrkach i skończymy z chowem klatkowym. Stworzymy możliwość sterylizacji na koszt państwa zwierząt domowych za zgodą właściciela.
ROLNICTWO I ROZWÓJ WSI
Zapewnimy rolnikom powszechny system ubezpieczeń. Dodatkowe składki na ubezpieczenia na wypadek suszy, powodzi, wichury i innych podobnych zdarzeń atmosferycznych będą opłacane przez państwo. Pozwoli to na zniesienie obecnego systemu zapomóg i specjalnych odszkodowań. To rozwiązanie bardziej opłacalne i dla rolników, i dla państwa.
Prosty system zrzeszania się rolników. Zachęcimy rolników do zrzeszania się, kończąc z nadmierną biurokracją. Stworzymy uproszczony system rejestracji i prowadzenia organizacji pozarządowych działających na obszarach wiejskich. Skorzystają na tym m.in. ludowe zespoły sportowe, Ochotnicza Straż Pożarna, Koła Gospodyń Wiejskich.
Odnawialne źródła energii w rolnictwie. Wprowadzimy ulgi podatkowe i dopłaty do inwestycji, które zachęcą rolników do umieszczania paneli słonecznych i farm wiatrowych. Polska wieś już jest źródłem żywności, stanie się źródłem energii.

SPRAWNE PAŃSTWO

Odpartyjnienie spółek Skarbu Państwa. Kandydaci i kandydatki do zarządów będą przechodzić kurs i zdawać egzamin przed komisją wolną od polityków. Na każde stanowisko zostanie przeprowadzony konkurs. Wysłuchania kandydatów będą transmitowane w Internecie.
Wzmocnimy zaufanie do policji. Odtworzymy 200 posterunków Policji zlikwidowanych za rządów PO-PSL. Zmienimy zasady dotyczące kamer na mundurach policjantów – będą one nagrywały w trybie ciągłym.
Zrównoważony rozwój miast. Polska nie kończy się na rogatkach Warszawy. Co najmniej ¼ ministerstw i urzędów centralnych będzie poza Warszawą, ze szczególnym uwzględnieniem byłych miast wojewódzkich i pozostałych powyżej 50 tysięcy mieszkańców.
Koniec propagandy. Zlikwidujemy Instytut Pamięci Narodowej. Zadania naukowe zostaną przeniesione do PAN i Archiwum Państwowego, a funkcje śledcze przejmie prokuratura. Odpolitycznimy instytucje kultury. Zlikwidujemy Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Zlikwidujemy Radę Mediów Narodowych i Polską Fundację Narodową.

PAKIET DLA ROZWOJU

Zniesienie ryczałtowego ZUSu. Zniesiemy limity dla proporcjonalnej składki na ZUS. Przedsiębiorcy będą mogli dobrowolnie wybrać rozliczanie proporcjonalne do przychodu – tak jak w małym ZUS-ie – lub według starych zasad. Skorzystają na tym zwłaszcza mali przedsiębiorcy.
Firmy rozliczane przez internet. Całą działalność rozliczymy przez Internet: od e-faktur po załatwienie sprawy zza swojego biurka lub w dowolnym urzędzie. Wstępna kontrola urzędu skarbowego będzie przeprowadzana online. Dopiero w przypadku wykrycia problemów drugi etap kontroli zostanie przeprowadzony w siedzibie kontrolowanego. Interpretacje podatkowe będą jednolite dla całego kraju.
Program Kopernik. Wprowadzimy program wsparcia innowacji. Państwo będzie przejmować połowę ryzyka w inwestycjach innowacyjnych na skalę 3,5 miliarda złotych rocznie. Program skierowany będzie na wdrażanie nowatorskich rozwiązań bez zbędnych procedur. Pozwoli to przełamać bariery w innowacjach.
Więcej środków dla nauki. Przeznaczymy na badania i rozwój ponad 2% PKB. Uczelnie uzyskają większą stabilność w wydawaniu pieniędzy na badania. Położymy nacisk na wdrażanie innowacji w strategicznych obszarach dla naszego państwa, np. nowe rozwiązania wspierające osoby z niepełnosprawnościami czy innowacje w OZE. Nauka jest dla nas wszystkich – dlatego zadbamy o mechanizmy współpracy między uczelniami, samorządem i organizacjami pozarządowymi. Umożliwi to wymianę pomysłów i wspólne inwestycje. Wzmocnimy pozycję uczelni regionalnych.

GODNA PRACA

Koniec z karą za chorowanie. Wynagrodzenie za czas niezdolności do pracy ze względu na zwolnienie lekarskie i zasiłek chorobowy będą wynosić 100% płacy zasadniczej wraz z premiami i dodatkami.
Zapewnimy konstytucyjne prawa pracownicze dla wszystkich zatrudnionych, w tym prawo do ochrony zdrowia, do minimalnego wynagrodzenia, do urlopu, do bezpiecznych i higienicznych warunków pracy, do zabezpieczenia społecznego, do minimalnego wynagrodzenia, ochrony rodzicielstwa, zrzeszania się w związkach zawodowych. Każda praca zależna będzie uprawniała do korzystania z tych praw – niezależnie od tego, czy pracownik zatrudniony jest na podstawie umowy o pracę, zlecenia, o dzieło czy też prowadzi indywidualną działalność gospodarczą.
Godna płaca minimalna. Proponujemy przejrzystą, 10-letnią strategię ustalenia płacy minimalnej, konsultowaną z przedsiębiorcami i pracownikami. W przyszłym roku wyniesie ona 2700 złotych brutto. W 2030 roku osiągnie ona poziom 60% średniego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw.
Godne wynagrodzenia w sektorze publicznym. Nikt w sektorze publicznym nie będzie zarabiać mniej niż 3500 zł brutto.
Wzmocnienie bezpieczeństwa pracy. Rozszerzymy kompetencje Państwowej Inspekcji Pracy. Przyznamy jej uprawnienia do zmiany formy zatrudnienia na zgodną z prawem i stanem faktycznym. Podpisanie drugiej umowy na czas określony będzie równoznaczne w skutkach prawnych z podpisaniem umowy na czas nieokreślony. Wprowadzimy przepisy zakazujące wyzyskiwania stażystów.

INWESTUJEMY W ZDROWIE

Leki po 5 złotych. Każdy lek na receptę będzie kosztował nie więcej niż 5 złotych. Taka sama zasada będzie dotyczyć wyrobów medycznych, takich jak pompy insulinowe, aparaty słuchowe, inhalatory. Dzieci, emeryci, renciści, kobiety w ciąży i pacjenci po przeszczepach będą mieli leki za darmo.
W ciągu 4 lat zagwarantujemy, że kolejka do lekarza specjalisty nie będzie dłuższa niż 30 dni. Zwiększymy publiczne finansowanie w opiece zdrowotnej do 6,8% PKB do 2022 roku i do 7,2% PKB do 2024 roku. Wydatki przeznaczymy przede wszystkim na finansowanie większej liczby świadczeń, inwestycje w infrastrukturę, usprawnienie zarządzania i cyfryzację. Zapewnimy godne wynagrodzenia we wszystkich zawodach medycznych. Priorytetem będą dla nas onkologia, geriatria i psychiatria.
Zwiększymy liczbę lekarzy o ponad 50 tysięcy w ciągu najbliższych sześciu lat. Zwiększymy liczbę miejsc na kierunku lekarskim docelowo o 50%. Ułatwimy młodym lekarzom kształcenie w deficytowych specjalizacjach. Uprościmy podejmowanie w Polsce pracy lekarzom z zagranicy (prostsza nostryfikacja, zniesienie obowiązku odbywania stażu podyplomowego, wsparcie w nauce języka polskiego).

INNOWACYJNA EDUKACJA

Nowy sposób nauczania. Szkoła będzie odpowiadać na wyzwania współczesności. Ma uczyć współpracy, a nie rywalizacji. Rozszerzymy naukę programowania. Lekcje religii zastąpimy lekcjami angielskiego. Będziemy uczyć o zdrowym stylu życia, przeciwdziałaniu dyskryminacji, zmianach klimatycznych, rozpoznawaniu “fake newsów”, cyberbezpieczeństwie.
Edukacja o zdrowiu i seksualności. Wprowadzimy obowiązkowy, wolny od ideologicznych nacisków przedmiot, który będzie koncentrować się na przekazaniu rzetelnej wiedzy o zdrowiu i seksualności człowieka, stosownie do stopnia dojrzałości młodych ludzi.
Cyfrowe klasy. Wyrwiemy polskie szkoły z XIX wieku. W każdym powiecie stworzymy ponad 300 cyfrowych sal lekcyjnych z nowoczesnym wyposażeniem dla szkół podstawowych. Przekażemy samorządom dotację celową na realizację tego postulatu.

WSPARCIE DLA RODZIN

Bezpłatne miejsce w żłobku dla każdego dziecka. Państwo musi postawić na szczęście rodziny. Tylko kilkanaście procent dzieci ma gwarancję miejsca w żłobku. Prawo do edukacji i opieki nie zaczyna się w szkole, dlatego zapewnimy wszystkim dzieciom w Polsce miejsca w żłobku i przedszkolu. We współpracy z samorządem stworzymy 200 tysięcy nowych miejsc w żłobkach w perspektywie czterech lat.
Wsparcie dla rodziców. Wprowadzimy pełnopłatny i obowiązkowy urlop dla obojga rodziców w minimalnym wymiarze 12 tygodni. Zachowamy program Rodzina 500+ i becikowe.
Dość unikania alimentów. Alimenty będą ściągane jak podatki – po upływie roku zalegania będą traktowane z urzędu jako zaległości podatkowe. Ich egzekucją zajmie się administracja skarbowa. Zniesiemy kryterium dochodowe warunkujące prawo do świadczenia z funduszu alimentacyjnego.
In vitro. Wprowadzimy pełną refundację leczenia niepłodności metodą in vitro z budżetu państwa lub ze środków NFZ dla wszystkich kobiet.

POLITYKA MIESZKANIOWA

Tanie mieszkania na raty. Założymy publiczne przedsiębiorstwo, które w latach 2021-2031 zapewni milion mieszkań na terenach należących do Skarbu Państwa. Koszt najmu nie będzie przekraczał 20 zł za m². Państwo nie będzie sprzedawać mieszkań za więcej niż koszty budowy. Mieszkania będzie można kupić na raty z maksymalnym oprocentowaniem 3%.
Koniec reprywatyzacji. Obecny rząd nadal nie rozwiązał problemów setek tysięcy ludzi dotkniętych i zagrożonych reprywatyzacją. Wygasimy wszystkie roszczenia reprywatyzacyjne. Zakażemy eksmisji na bruk i do lokali nienadających się do zamieszkania.

BEZPIECZNY I DOSTĘPNY TRANSPORT

Kolej w każdym powiecie, autobus w każdej gminie. Zmodernizujemy istniejące i zbudujemy nowe linie kolejowe. Podróż między średnimi i mniejszymi miastami będzie się opłacać. W ciągu 6 lat stworzymy pełną siatkę połączeń lokalnych we wszystkich gminach w Polsce.
Zero ofiar śmiertelnych na drogach. Zamiast stawiać kolejne “czarne punkty”, przebudujemy miejsca, w których dziś giną ludzie. Wprowadzimy organizację ruchu wymuszającą bezpieczną jazdę przed przejściami dla pieszych i skrzyżowaniami, w tym pierwszeństwo dla pieszych przy przejściach. Zaostrzymy kary dla pijanych kierowców.

POLITYKA SPOŁECZNA

Gwarantowana emerytura minimalna. Zbudujemy nowy system emerytalny na miarę wyzwań XXI wieku. Zaczniemy od wprowadzenia gwarantowanej emerytury minimalnej. Nikt nie będzie miał emerytury niższej niż 1600 złotych na rękę. Wszystkie wyższe emerytury będą zachowane i waloryzowane. Wysokość emerytury minimalnej będzie rosła wraz z płacą minimalną. Przywrócimy uprawnienia do emerytur i rent dla funkcjonariuszy służb mundurowych, które zostały im odebrane z naruszeniem Konstytucji tzw. ustawą represyjną.
Wsparcie dla osób niesamodzielnych. W każdej gminie powstanie finansowane z budżetu państwa Centrum Wsparcia Samodzielności świadczące kompleksowe usługi asystenckie i opiekuńcze dla osób niesamodzielnych – z niepełnosprawnościami i osób starszych. Zagwarantujemy bezpłatną pomoc asystentów wspierających wykonywanie codziennych czynności. W szkole zadbamy o jak najlepsze warunki, w tym usprawnimy edukację włączającą.
Wsparcie dla opiekunek i opiekunów. Wprowadzimy coroczne tygodniowe urlopy wytchnieniowe dla opiekunów osób z niepełnosprawnościami. W tym czasie ich podopieczni będą mieli zapewnione turnusy rehabilitacyjne. Zniesiemy całkowity zakaz aktywności zawodowej dla opiekunów pobierających świadczenia związane z opieką. Będziemy ich wspierać w godzeniu tych ról. Uporządkujemy system świadczeń finansowych dla osób z niepełnosprawnościami i ich opiekunów – wprowadzimy gwarancję świadczenia minimalnego 2000 zł.

ŚWIECKIE PAŃSTWO

Wprowadzimy kasy fiskalne dla księży. Sprawiedliwie opodatkujemy Kościół. Zobowiążemy kościoły do ujawniania przychodów na takich samych zasadach, jakie dotyczą organizacji pozarządowych. Docelowo zlikwidujemy przywileje podatkowe wszystkich kościołów i związków wyznaniowych.
Likwidacja Funduszu Kościelnego. W 2018 roku udział państwa w Funduszu Kościelnym osiągnął rekordowy poziom 156 mln zł. Obecnie nie znajduje się uzasadnienia do dalszego funkcjonowania tej instytucji, w obecnym otoczeniu gospodarczym i po zakończeniu prac Komisji Majątkowej. Wykreślimy tę pozycję z budżetu.
Wycofanie religii ze szkół. Wycofamy religię ze szkół, a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze przekażemy na dodatkową naukę języka angielskiego.
Zlikwidujemy klauzulę sumienia. Zapewnimy pełną dostępność usług i produktów medycznych niezależnie od przekonań lekarzy, pielęgniarek, położnych, farmaceutów. W żadnej placówce publicznej nie będzie można ograniczać usług powołując się na klauzulę sumienia, bez względu na ich rodzaj.

PRAWA KOBIET

Bezpieczne przerywanie ciąży. Wprowadzimy uzależnione wyłącznie od decyzji kobiety prawo do przerwania ciąży do 12. tygodnia, a po 12. tygodniu ciąży – w przypadku zagrożenia życia lub zdrowia kobiety albo ciężkich wad płodu.
Nowoczesna antykoncepcja. Zapewnimy refundację nowoczesnej antykoncepcji, w tym tabletek „dzień po”.
Równa reprezentacja. Wprowadzimy parytet płci w Radzie Ministrów, zarządach powiatów, zarządach województw, zarządach dzielnic m.st. Warszawy oraz zarządach i radach nadzorczych spółek samorządowych i Skarbu Państwa.

RÓWNE PRAWA

Równe płace. Wzorem Islandii zapewnimy równe płace za tę samą pracę bez względu na płeć. Od 2023 roku każde przedsiębiorstwo będzie musiało uzyskać Certyfikat Sprawiedliwych Płac, odnawiany co dwa lata. Będzie on wydawany przez audytorów z Państwowej Inspekcji Pracy. Otrzymają go tylko te firmy, w których nie będzie nieuzasadnionych różnic w wynagrodzeniach, wynikających wyłącznie z płci pracowników. Niespełnianie tych standardów będzie się wiązać z karą grzywny oraz brakiem możliwości uczestniczenia w zamówieniach publicznych.
Wprowadzimy równość małżeńską i związki partnerskie dla wszystkich. Osoby wstępujące w związek partnerski w Urzędzie Stanu Cywilnego będą miały zagwarantowane prawo do między innymi uzyskania informacji medycznej, odwiedzin w szpitalu, dziedziczenia.

PAŃSTWO PRAWA

Winni łamania Konstytucji zostaną rozliczeni. Zagwarantujemy rządy prawa. Odpowiedzialni za naruszenie Konstytucji wreszcie staną przed Trybunałem Stanu.
Przywrócimy niezależność instytucjom państwa prawa. Trybunał Konstytucyjny, Sąd Najwyższy oraz Krajowa Rada Sądownictwa staną się niezależne od polityków.
Rozdzielimy funkcję Prokuratora Generalnego od Ministra Sprawiedliwości.
Kalendarz przywrócenia praworządności. Przedstawimy szczegółowy plan przywracania praworządności
w Polsce.

Materiał został sfinansowany przez KW Sojusz Lewicy Demokratycznej.

Profesorowie za Gadzinowskim

W tegorocznych wyborach do Sejmu muszę dokonać wyboru spośród bardzo ciekawej i wartościowej grupy kandydatów Lewicy w moim okręgu wyborczym.

Decyzja w tej sprawie nie była dla mnie łatwa, gdyż godnych poparcia kandydatów jest wielu, a mam tylko jeden głos. Oddam go na Piotra Gadzinowskiego. Uczynię tak z trzech powodów.
Po pierwsze znam kandydata od wielu lat, także z wspólnej pracy sejmowej, i bardzo wysoko cenię sobie oddanie z jakim wywiązywał się z poselskich obowiązków.
Po drugie jest to kandydat o bardzo wyrazistej postawie w szczególnie dla mnie ważnych sprawach świeckości państwa i tolerancji światopoglądowej.
Po trzecie wreszcie, bardzo wysoko cenię sobie rolę, jaką odgrywa jako redaktor naczelny „Trybuny” – gazety, której potrafił zapewnić wysoki poziom i konsekwentną linię polityczną. Mam nadzieję, że nie będzie jedynym posłem lewicy wybranym w moim okręgu.

Jerzy J. Wiatr

 

Pragnę gorąco poprzeć kandydaturę Piotra Gadzinowskiego w wyborach do Sejmu 13 X br.. Kandyduje (tradycyjnie) z ostatniego miejsca na liście SLD.

Piotr to barwna i wielowymiarowa postać. Znany dziennikarz oraz działacz kultury, dysponuje też ogromną wiedzą o mediach-zarówno tradycyjnych, jak i najnowszej generacji.
Dysponuje świetnym, ostrym piórem i jest par excellence Człowiekiem Lewicy Był już przez 3 kadencje posłem na Sejm (1997-2007), w którym wykazał się dużą aktywnością. Pamiętam Go również z pracy w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy w Strasburgu.Ma więc znaczące doświadczenie polityczne, które ponownie warte jest wykorzystania. Jako redaktor naczelny „Trybuny” w trudnych czasach dla lewicy uczynił z tej gazety znaczące forum wymiany poglądów dla wszystkich jej nurtów.
Piotr od lat interesuje się ponadto problemami krajów i społeczeństw Dalekiego Wschodu (zwłaszcza Wietnamu i Chin), które zna z autopsji. Biorąc pod uwagę zmieniający się, globalny porządek światowy to jest znaczący atut.
Stare powiedzenie głosi ,iż „ostatni będą pierwszymi”. W Warszawie warto je wcielić w życie. Głos na red. Gadzinowskiego nie tylko nie będzie stracony, lecz przyczyni się do powstania dodatkowej wartości politycznej.

Tadeusz Iwiński