Timmermans plus

Jeśli chodzi o kandydatów na przyszłych komisarzy Komisji Europejskiej wszystko jest już jasne. Nowa Przewodnicząca Komisji, Ursula von der Leyen przedstawiła polityków, którzy – po uzyskaniu akceptacji Parlamentu Europejskiego – będą tworzyli jej nowy unijny gabinet.

Polskie władze najbardziej cieszą się z kandydowania Janusza Wojciechowskiego na komisarza do spraw rolnych i z tego, że komisarzem do spraw praworządności nie będzie już Frans Timmermans. Ten drugi fakt w polskich sferach rządowych i pośród europosłów PiS jest nawet powodem do nieco większej radości niż szansa, przed jaką stanął Janusz Wojciechowski. Uważam, że w obu przypadkach radość trzeba miarkować. Panu posłowi Januszowi Wojciechowskiemu życzę powodzenia, ale powody jego kłopotów są powszechnie znane, a fakt, że zostały podniesione przez prasę światową na kilka dni przed nominacją na kandydata na unijnego komisarza rolnego może nie być tak całkiem przypadkowy.
Jeśli zaś chodzi o Fransa Timmermansa, to w roli komisarza do spraw przestrzegania praworządności w krajach Unii zastąpić go ma Czeszka, pani Věra Jourová.
Nie zapominajmy jednak, że punkt startu jest następujący: Komisja Europejska nadal prowadzi wobec Warszawy postępowanie o naruszenie prawa unijnego w ramach artykułu 7 Traktatu o Unii Europejskiej zaś przyszła pani komisarz, jak do tej pory, prezentuje w kwestii praworządności postawę wręcz ortodoksyjną.
„Musimy lepiej wykorzystać fundusze unijne dla przestrzegania zasady państwa prawa”, „Uważam, że powinniśmy rozważyć stworzenie silniejszej warunkowości między rządami prawa a funduszami spójności”, „Nie będzie skutecznej polityki regionalnej i spójności bez rządów prawa”, „Rządy prawa są nie tylko kompetencją krajów, ponieważ sądy państw członkowskich muszą przestrzegać prawa UE – oznacza to, że jeśli jeden krajowy system wymiaru sprawiedliwości jest zepsuty, to cały system UE jest zepsuty”. To są jej słowa… Nic mi nie wiadomo, żeby z któregoś z tych twierdzeń się wycofała. Co więcej przypomnieć trzeba, że to ona przygotowała regulację, że wypłata środków będzie uzależniona od uznania praworządności. Ten dokument jest przyjęty, reguła jest przyjęta, a budżet jest w trakcie przygotowywania i należy się spodziewać, że ta zasada będzie respektowana.
W tym kontekście jeszcze jedna uwaga, ale ważna – czytamy o wielkiej radości, że Trybunał Sprawiedliwości UE przyznał nam rację w sporze o rurociąg Opal i my to orzeczenie akceptujemy. Tylko, że nie można wyroków Trybunału Sprawiedliwości akceptować wybiórczo. Jeśli orzeczenie jest korzystne, to w porządku, ale jeśli nie, to takiego orzeczenia nie przyjmiemy do wiadomości… Mówię o tym nie bez przyczyny – pani Jourová pod tym względem okaże się zapewne jeszcze bardziej nieprzejednana niż Frans Timmermans, zwłaszcza, że jest to kobieta młodszego pokolenia i nie ma tych sentymentów, co on. Polscy żołnierze w przeszłości raczej Czech nie wyzwalali, tak jak Holandii…
Po swej nominacji Jourová powiedziała: „W pełni podzielam jej [U.von der Leyen – BL} zobowiązanie na rzecz ochrony naszych podstawowych wartości, w tym praworządności. Mam odpowiednie doświadczenie, aby zająć się tymi problemami i otworzyć nowy rozdział”.
Wracając do Fransa Timmermansa, to moim zdaniem fakt, że zmienia mu się portfolio z praworządności na ekologię, też nie jest żadnym powodem do tak ostentacyjnej radości, że „przeżyliśmy komisarza Timmermansa, tak jak komisarzy radzieckich”. Jest to po pierwsze mało eleganckie, a po drugie grubo przedwczesne, bo Timmermans, jako pierwszy wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej, będzie koordynować określoną grupę komisarzy. Natomiast w dziedzinie ekologii i środowiska, za co być może będzie odpowiadał, nasze relacje z Unią też nie są wzorcowe – była i Rospuda, była Puszcza Białowieska, jest węgiel i niekonsekwentne stanowisko wobec paryskiej konwencji na temat emisji dwutlenku węgla.
Może się okazać, że był Timmermans, a teraz będzie Timmermans plus. Timmermans + Věra Jourová.
Jeśli chodzi o moje osobiste zaskoczenie, jest nim Laszlo Trocsanyi. Wskazanie Węgra na komisarza do spraw przestrzegania praworządności i to twórcy zmian prawnych na Węgrzech, w rezultacie których też toczy się procedura Art. 7, jest co najmniej zaskakujące. Co prawda dotąd obowiązuje zasada, że po przekroczeniu progu Komisji Europejskiej, po mianowaniu na komisarza, polityk przestaje być politykiem krajowym, a staje się politykiem europejskim, reprezentuje wyłącznie UE i od tej chwili jej polityka, spójność, rozwój i zwartość, są jedynym drogowskazem, który obowiązuje wszystkich komisarzy. Czy jednak kandydat węgierski będzie potrafił oderwać się od własnej reformy sądownictwa i spojrzy na nią nie z orbanowskiej, ale z brukselskiej, wspólnotowej perspektywy? Pierwsze komentarze w tej sprawie są delikatnie mówiąc bardzo wstrzemięźliwe.
Na koniec chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jedną nominację – na kandydatkę na unijną komisarz do spraw partnerstwa międzynarodowego. Inaczej mówiąc na unijną minister spraw zagranicznych Otóż następczynią Włoszki Federici Mogherini miałaby być Finka Jutta Urpilainen. To doświadczona polityk Socjaldemokratycznej Partii Finlandii.
Historia stosunków fińsko-rosyjskich nie była łatwa, a jednak na centralnym placu Helsinek stoi wzniesiony w XIX wieku pomnik cara Aleksandra II, zaś dobrosąsiedzkie stosunki z wielkim sąsiadem, mimo wszelkich zaszłości są ważnym kanonem fińskiej polityki. Także teraz, gdy Finlandia jest członkiem Unii Europejskiej. Nie jestem więc całkiem pewien, czy wskazanie na panią Juttę Urpilainen nie wiąże się aby z pojawiającym się ostatnio w polityce europejskiej tonem ku polepszeniu stosunków Unii z Rosją. Na razie jest to wróżenie z fusów oczywiście, ale czas pokaże, czy uprawnione, czy całkiem nie.

Trudne decyzje wstrzemięźliwych

Prawie połowa Polaków nie chodzi na wybory i – jak dowodzą badania – raczej nie zamierza pójść także na te, które będziemy mieć w październiku.

Wprawdzie optymistyczni badacze twierdzą, że może nastąpić przełom i udział w głosowaniach weźmie prawie 70% uprawnionych, ale ja w to nie wierzę. Co nie oznacza, że komitety wyborcze nie mają szans, aby propagandą, albo szczęśliwym dla nich zbiegiem zdarzeń, uszczknąć z tej „milczącej większości” kilka, a nawet kilkanaście procent.
Gnębi mnie pytanie, – dlaczego tak wielu moich współobywateli ma wszystkie wybory w tzw. głębokim poważaniu? Nie stać mnie na prawdziwe badania motywacji ich postępowania, ale postanowiłem, w granicach kontaktów towarzysko – sklepowo – bazarowo – śmietnikowych, delikatnie się dopytać, co nimi kieruje.

Demokracja niegodna zaufania

Z tych „badań” wynika przede wszystkim, że „antywyborcy” dają się dość wyraźnie podzielić na cztery grupy. Jedna, chyba największa, składa się z „zawodowych negacjonistów”. Czyli tych, którzy zawsze i wszędzie, są do wszystkiego nastawieni krytycznie. Nie pójdą głosować, bo nie mają na kogo, nikt im się nie podoba, wszyscy są przekupni, większość wyborów i tak jest fałszowana. W tej grupie decyzja o wstrzemięźliwości wyborczej nie ma wyraźnego związku z poziomem intelektualnym i z wykształceniem. Jest efektem cech charakteru. „Negacjoniści” Istnieją zawsze i w każdym państwie, chociaż w zależności od historii i przekazów rodzinnych może ich być relatywnie mniej lub więcej w stosunku do ogólnej liczby wyborców.
Drugą grupę stanowią ci, którzy nie wierzą, że „coś to zmieni”. Jest obojętne, kto będzie rządził – i tak decyduje „przeznaczenie i przypadek”. Można rządzić nieudolnie, ale w sprzyjających warunkach i tak mieć dobre wyniki. Można rządzić dobrze, – ale mieć pecha w postaci klęsk żywiołowych, okresowej wzmożonej aktywności określonych grup społecznych, negatywnego stosunku innych państw. To po co ja mam chodzić na wybory, jeśli i tak wydarzy się to, co ma się wydarzyć?

Egocentryzm

Trzecia grupa, bardzo liczna, to ci, których wybory i „polityka” w ogóle nie interesują. Nawet nie wiedzą, kto aktualnie rządzi i na czym mogą polegać zmiany. Interesuje ich tylko własne życie, chcą mieć coś do jedzenia, mieć w co się ubrać, czasem trochę popić i móc się „rozerwać”. Wzorcowym reprezentantem tej grupy jest mój stary znajomy – nurek śmietnikowy. Bierze chyba zasiłek dla bezrobotnych, ale utrzymuje się całkiem nieźle z tego, co znajdzie w śmietnikach. Panie Tadziu – mówi do mnie – co mnie obchodzą jakieś sejmy czy rządy. Ja mam dobrze. Złom i butelki zbieram i sprzedaję. Warsztacik sobie zrobiłem. Naprawiam znalezione zabawki i proste sprzęty domowe. Pan nawet nie wie, co można znaleźć w śmietnikach! Naprawiam i tanio sprzedaję na bazarze. Nie mam szefów, zawsze mogę sobie zrobić wolne i coś wypić. To co mnie obchodzą jakieś wybory!
Jest jeszcze niewielka, ale stabilna, czwarta grupa antywyborcza, złożona z ludzi raczej mniej pracowitych, którzy traktują udział w wyborach, jako ewidentną stratę czasu. Mogą go przecież wykorzystać na bardziej przyjemne zajęcia. Ich argumentacja jest prosta. Wybory na ogół są w niedzielę. Pogoda jest dobra, od dawna planowałem, że pojadę na ryby. Albo poznałem wczoraj na imprezie panienkę, zaprosiłem ją na wycieczkę w urokliwe miejsce, gdzie jest dobra restauracja z hotelikiem. Bardzo mnie ciśnie, żeby tą znajomość dogłębnie zrealizować – to mam tracić czas, idąc na wybory??
Z tej mojej amatorskiej analizy wynika, że partie i inne komitety wyborcze mogą mieć realne szanse uzyskania poparcia tylko wśród uczestników dwóch pierwszych grup, – czyli totalnych negacjonistów i części determinalistów, wierzących w nieuchronne przeznaczenie. Reszta jest oporna i raczej nie da się zmobilizować.

Jak przekonać?

Wśród tych bardziej podatnych, nasze życie polityczne i zachowania czołowych polityków w ostatnich latach, spowodowały u niezdecydowanych nagminnie występującą chorobę rozdwojenia jaźni. Teraz nawet rozstrojenia – jeśli taka jednostka chorobowa istnieje. Godni współczucia członkowie tych grup, jeśli nawet poczuli „zew krwi” wzywający ich na wybory, to nie mogą się zdecydować, kogo mają poprzeć – PIS, Platformę z dodatkami, czy ponownie otrzepująca się z popiołów Lewicę. Nie wspominam o nagłym małżeństwie PSL i Kukiza, bo raczej nowych zwolenników im nie przybędzie.
Rodzina najczęściej namawia ich na PIS. Bo dają. Coś tam źle robią z tymi sądami, bawią się w jakieś hejty, ciągle wszystkim grożą więzieniami, mają premiera bajkopisarza i rozbrajająco nieudolnych i niesamodzielnych działaczy, – ale realnie dają niemal każdej rodzinie parę złotych, niby na utrzymanie dzieci, ale tak dokładnie, to nie wiadomo za co.
Koledzy z pracy, z uczelni czy z knajpy opowiadają się raczej za Koalicją Obywatelską, czyli za Platformą. Rządzili 8 lat, teraz na nich psy wieszają, ale przecież nie było tak źle. I szefa – Tuska – mieli poważnego i inteligentnego, bajek nie opowiadał, teraz we Europie ma powszechne poważanie. Nie udają tak religijnych jak PIS, ale z Kościołem zawsze dochodzili do porozumienia. I – co najważniejsze – przestrzegali Konstytucji i tworzyli państwo praworządne.
Młodzież i staruszkowie przypominają im jednak o przynajmniej wyborczo zjednoczonej Lewicy. Jej ramowy program im odpowiada. Większość młodzieży zawsze była przeciwna nadmiernym ograniczeniom możliwości aborcji. Uważają, że to sprawa osobista kobiety. Uważają, że Kościół za bardzo do wszystkiego się wtrąca. Nie pochwalają lekcji religii w ogóle, a zwłaszcza w szkołach. Nie widzą nic złego, jeśli ktoś interesuje się seksualnie tą samą płcią, uważają związki partnerskie za potrzebne i często stwarzające lepszą rodzinę, niż małżeństwo.

Nuta nostalgii

Staruszkowie z sentymentem wspominają czasy, kiedy rządziła Lewica i wprowadziła Polskę do Unii Europejskiej. I znany powszechnie fakt „szorstkiej przyjaźni” między prezydentem i premierem pochodzącymi z tego samego obozu politycznego, ale znacznie różniących się poglądami, świadczył o tym, że rodzi się prawdziwa demokracja. I że nie idziemy w kierunku rządów jednej partii.
Znaczna część staruszków wspomina także młodość w PRL i opowiada, że też – po 1956 roku – nie było wtedy tak zupełnie źle, jak teraz opowiadają w publicznej telewizji. Uważają, że służba zdrowia działała sprawniej, kabarety były o niebo lepsze, kręciło się dużo lepszych niż dzisiaj filmów i seriali. Niektóre, jak Misia, Alternatywy 4, Hubala, Popiół i diament, Klosa, czyli „Stawkę większą niż życie” albo „4 pancernych i psa”, „puszcza” się do dzisiaj i nadal mają wysoką oglądalność. Prywatki były „niezapomniane”, wczasy tanie. Mieszkań budowało się dużo.
Ci, którzy zostaną przekonani, że powinni jednak spełnić „obywatelski obowiązek”, mają więc trudne zadanie. Coś, czy kogoś, trzeba wybrać.
Nie jestem „pytią z delfickich trójnogów”, nie powiem im, jaki będzie wynik wyborów, ani nie ośmielę się występować w roli agitatora konkretnego ugrupowania. Mogę jednak przypomnieć, – bo o tym już pisałem – że doprowadzanie do sytuacji, w której może samodzielnie rządzić jedno ugrupowanie polityczne, zawsze w historii okazywało się błędem. Czasem tragicznym w skutkach. Ludzie nie są aniołami. Poczucie władzy absolutnej rodzi zawsze poczucie bezkarności i autokratyzm, który z reguły przekształca się powoli w dyktaturę. Może więc będzie lepiej, jeśli ich głosy nie będą pomagały w powstawaniu takiej sytuacji.

PiS przegra Senat?

Od 23 do 29 sierpnia, Polska Press Grupa we współpracy z Ośrodkiem Badawczym Dobra Opinia badały preferencje wyborcze bardzo dużej grupy 8000 osób, co pozwoliło na dość dokładne określenie tych preferencji dla każdego z województw.
W skali ogólnokrajowej badanie nie odzwierciedla, moim zdaniem, wynikającego z przeanalizowania ostatnich kilkunastu sondaży, rzeczywistego poparcia dla poszczególnych ugrupowań politycznych, bowiem nieco zawyża wynik Prawa i Sprawiedliwości (45%) oraz zaniża wynik Lewicy (11%).

W polskich realiach, zdecydowany lider sondaży prawie zawsze uzyskuje w wyborach wynik znacząco słabszy od średniej notowań sondażowych (można było to zaobserwować między innymi podczas ostatnich wyborów samorządowych, po zsumowaniu głosów oddanych na listy kandydatów do sejmików), co najprawdopodobniej oznaczałoby w przypadku PiS-u wartość w przedziale 40 – 45 procent.
Sondaże przeprowadzone na początku września, po przeliczeniu danych z ośrodków sondażowych uwzględniających osoby niezdecydowane, wskazują na wynik wyborczy Lewicy w przedziale 13 – 15 procent. Wspomniane niedokładności nie uniemożliwiają jednak wykorzystania badania w celu przeprowadzenia analizy dotyczącej wyborów do Senatu.
W ośmiu województwach (zachodniopomorskie, lubuskie, dolnośląskie, wielkopolskie, opolskie, pomorskie, kujawsko-pomorskie, warmińsko-mazurskie) suma notowań sondażowych Koalicji Obywatelskiej, Lewicy oraz Koalicji Polskiej zdecydowanie przewyższa notowania sondażowe Prawa i Sprawiedliwości, w pięciu województwach (podlaskie, świętokrzyskie, lubelskie, małopolskie, podkarpackie) jeszcze większą przewagę ma PiS, w województwach mazowieckim, łódzkim, śląskim wartości te są do siebie zbliżone.
Przyjmijmy dla uproszczenia, że w powyższych 8 województwach wszystkie mandaty senatorskie zdobędzie antypisowska opozycja, a w kolejnych 5 województwach wszystkie mandaty senatorskie zdobędzie PiS, choć oczywiście nie do końca tak będzie. Prawo i Sprawiedliwość z różnych powodów (popularny kandydat, niezsumowanie się głosów elektoratu antypisowskiej opozycji, drugi kandydat antypisowskiej opozycji) ma realne szanse zdobycia kilku mandatów senatorskich w północnej i zachodniej Polsce, z drugiej strony, na przykład w obu okręgach krakowskich niemal na pewno zwycięży antypisowska opozycja.
Przyjmijmy również, iż 4 mandaty senatorskie w Warszawie oraz 2 mandaty senatorskie w Łodzi zdobędzie antypisowska opozycja, zaś pozostałe mandaty senatorskie w województwie mazowieckim i łódzkim zdobędzie PiS. Daje to w sumie 48 senatorów antypisowskiej opozycji i 39 senatorów PiS-u.
Jeżeli mandaty senatorskie województwa śląskiego (w niecałkowicie miarodajnym badaniu 3 punkty procentowe przewagi KO+Lewica+KP nad PiS, ale 2 punkty procentowe przewagi PiS+Konfederacja+Skuteczni nad KO+Lewica+KP) podzielą się w miarę równomiernie, uzyskamy ostateczne wartości: 53 – 56 senatorów antypisowskiej opozycji, 44 – 47 senatorów PiS-u.
W wyborach do Sejmu, Koalicja Obywatelska, Lewica i Koalicja Polska najprawdopodobniej uzyskają w sumie wynik o kilka punktów procentowych lepszy od wyniku Prawa i Sprawiedliwości, ale przy istniejącym systemie przeliczania głosów wyborczych na mandaty poselskie może to oznaczać większość bezwzględną dla PiS-u (co gorsza, próg wyborczy może przekroczyć Konfederacja).
Zdecydowanie łatwiej będzie antypisowskiej opozycji zdobyć większość bezwzględną w Senacie. Istnieje spory potencjał, postarajmy się go nie zmarnować.

Bój (nie)ostatni Ważny tunajt

Ostrzegała firma wizerunkowa, żeby lidera na czas wyborów schować, bo narobi szkody, no i schowali. Podobno ostrzegała, bo lider rzecz bagatelizuje i do końca nie potwierdza, ale i oficjalnie nie zaprzecza. Choć długo się lider stawiał, miotał i wściekał, w końcu dał za wygraną. Kandydatem na premiera nie został. Tym samym, to nie on nie zostanie premierem.

No właśnie, kluczem do zmiany decyzji, a co dalej idzie, kluczem do pojęcia rozumowania lidera PO jest swoista mentalna selekcja negatywna. Nie idzie wygrać tego spotkania. Po prostu nie idzie. Niby dryblujemy, podajemy, strzelamy, mamy dobrych zawodników, niezły przegląd w środku pola, ale nie idzie. A Grzegorz Schetyna nie lubi przegrywać. A jeszcze bardziej od przegranych, nie znosi być kapitanem przegranej drużyny. Bo wiadomo wtedy, na kogo spada cała odpowiedzialność, albo bardziej-pełna odpowiedzialność, jak ongiś skrót PO rozszyfrował kardynał Henryk Gulbinowicz.

Wystawił więc lider PO na premiera lidera zastępczego, Małgorzatę Kidawę-Błońską. Zawsze uważałem tzw. model polski, zapoczątkowany za rządów AWS, kiedy to premierem nie zostaje szef zwycięskiego ugrupowania, tylko ktoś inny, za słaby, żeby nie napisać-cyniczny. A pamiętam doskonale, kiedy Donald Tusk mówił, że przewidywalność i trwałość demokratycznych procedur buduje się przede wszystkim przez wiarygodność, i że nie godzi się, żeby ludziom mącić w głowach nazwiskami. Jesteś szefem partii-bierzesz premierostwo. I w drugą stronę to też powinno działać-lider ugrupowania zapisuje porażkę na swoje konto i liczy się z jej konsekwencjami. Tymczasem, Donalda Tuska jak na razie nie ma w polskiej polityce, przynajmniej bezpośrednio. Jest za to Grzegorz Schetyna, i wygląda na to, że chce jak najdłużej być. Szefem. Najlepiej zwycięskim, ale jak się nie uda, to choćby tylko zwykłym szefem największej opozycyjnej partii. Ale, broń Boże, nie szefem partii przegranej. Sami Państwo wiecie, jak to brzmi. Przegrany. Ten, który nie dał rady. Drugi. Wiecznie drugi.

O pani przyszłej premier z PO-KO wiadomo, że ma męża filmowca, że pochodzi z rodziny z tradycjami politycznymi, że jest generalnie miłą osobą, która może rzeczywiście łączyć ludzi i łagodzić ich temperamenty. Ale niewiele wiadomo o jej poglądach na Polskę w XXI wieku; na gospodarkę; na sprawy międzynarodowe; światopoglądowe. W tej akurat kwestii pani Kidawa-Błońska doskonale nadaje się na twarz ugrupowania, któremu zamierza współprzewodzić, ponieważ równie niewiele wiadomo o tym, co Platforma i spółka chce zaproponować Polakom po wyborach. Ciężko też oprzeć się wrażeniu, że MK-B została przez Schetynę „wymyślona” dość naprędce. Nie przeszła naturalnej drogi właściwej liderom; nie dała się poznać, jako przywódczyni jednej czy drugiej frakcji w partii, wyrazista medialnie postać z mocnymi poglądami, których nie wahała się publicznie artykułować. Z tego m.in. powodu nie wróżę pani MK-B sukcesów, bo wiem, że ludzie, zwłaszcza w Polsce, nie lubią, jak im się próbuje wmówić za pięć dwunasta, że to jest właśnie dla nich najlepsze rozwiązanie, choć do tej pory nikt wcześniej nawet się o nim nie zająknął. Zapewne będzie tak, że MK-B przysporzy PO-KO głosów w Warszawie, choćby przez wzgląd na jej stołeczne korzenie. I zapewne te głosy zdobędzie kosztem list Lewicy, ale tego aż tak bardzo bym nie przeceniał. Dużo ciekawsze, moim zdaniem, będą losy Grzegorza-nie lubię przegrywać-Schetyny, który do dziś nie wie, że smutek po porażce, to uczucie, z którym ludzie dorośli potrafią sobie radzić.

Pani Kidawa-Błońska premierem nie zostanie. Grzegorz Schetyna też nie. Ale coś jednak trzeba będzie począć na kongresie PO, bo nie wszyscy zainteresowani losem mateczki partii, kupią spreparowany na okoliczność wyborczej klęski przekaz. Że właśnie dlatego trzeba trzymać na posadzie starego trenera, bo przed nami kolejne starcia, a nikt tak dobrze nie rozpracuje tego samego przeciwnika, jak On.

Scenariusz będzie taki: Grzegorz Schetyna na tyle skutecznie, sobie znanymi sposobami, zdławi wewnętrzny bunt, że bajeczka o kolejnym starciu pod wodzą doświadczonych przywódców i graczy przejdzie. Kolejna kadencja PiS-u nie będzie zapewne aż tak bardzo mlekoimiodopłynąca, więc szanse na zniwelowanie dystansu będą rosły. A jak będą rosły, to już niepotrzebny będzie chłopiec do bicia, albo i dziewczynka. Wtedy lider sam weźmie w ręce stery, bo będzie liderem zwycięskim. Sam poprowadzi do boju hufce i zawalczy z Kaczyńskim o Warszawę. I wygra. Zwycięski Grzegorz Schetyna! Słyszycie Państwo jak to brzmi?

O co walczy Czarzasty

Szef SLD punktuje Schetynę: my walczymy z PiS, nie walczymy
o przywództwo na opozycji. To nas różni od PO.

„Problem tkwi w PO” – powiedział przewodniczący SLD w programie „Graffiti” w Polsat News. Włodzimierz Czarzasty podkreślił, że ze strony Grzegorza Schetyny i spółki nie ma szczególnej woli porozumienia w sprawie paktu senackiego. Zaznaczył też, że koalicja Lewica jest obecnie jedyną siłą polityczną, której realnie zależy na pokonaniu PiS.
Czarzasty wskazał, że Koalicja Obywatelska nadal nie określiła czy chce rywalizować z innymi partiami opozycyjnymi w wyborach do Senatu, czy też respektuje warunki paktu senackiego. Zaakcentował, że problem nie dotyczy innych ugrupowań. – Nie chcę narzekać. Z Kosiniakiem-Kamyszem jest super, z samorządowcami jest super, z PO jest marnie. Już się z tym pogodziłem. Podobno w czwartek podejmowali jakieś decyzje, o których mieli poinformować. Dziś kończy się rejestracja list. Nie wiem, jak PO do tego podchodzi – powiedział szef Sojuszu.
Jeden z liderów Lewicy podkreślił, że pomysł wspólnego frontu przeciwko PiS w wyborach do wyższej izby zyskał szeroką akceptację społeczną. – Zaproponowaliśmy pakt senacki, media i ludzie to zaakceptowali. Czekamy na realizację. Ani my, ani PSL nie wiemy, co chce zrobić Platforma – skomentował.
Czarzasty zauważył, że ekipa Schetyny zajmuje się obecnie głównie atakami na inne formacje opozycji. – Ustami swoich działaczy, co chwilę informuje o tym, że oddanie głosu na Lewicę czy PSL to głos stracony, wypuszcza filmy w tej sprawie. My walczymy z PiS, nie walczymy o przywództwo na opozycji. To nas różni od PO – zaznaczył lider SLD podczas występu w Polsacie.
Mowa była również o programie Lewicy. Ta zaś w przeciwieństwie do Platformy, która chce zarazem zwiększać wydatki i obniżać źródła wpływów budżetowych, ma pomysł jak spełnić społeczne oczekiwania, jednocześnie nie rujnując budżetu. – Zawsze uważaliśmy, że bogatsi powinni płacić większe podatki – wskazał lider SLD.
Czarzasty wskazał też na niesprawiedliwą strukturę obecnego systemu podatkowego, który drenuje kieszenie ubogich i średnich, a niezwykle łagodnie traktuje krezusów. – Proszę pamiętać, że te podatki, które płacę ja, czy pan, to 11 proc. budżetu. Jest on zbudowany głównie z VAT-u i akcyzy – mówił przewodniczący Sojuszu.
Co zatem proponuje jego formacja? – Nasz program to kwintesencja lewicowości. Mamy jasność w sprawie państwa świeckiego, praw wolnościowych, sprawiedliwości społecznej – wymieniał Włodzimierz Czarzasty, dodając, że PiS ma na koncie wiele zaniedbań jeśli chodzi o fundamentalną sprawiedliwość społeczną. Wymienił m.in. śmieciówki, czy różnice w płacach pomiędzy kobietami a mężczyznami,
– Uważamy, że ludzie, bez względu na formę zatrudnienia, powinni mieć prawa do urlopu macierzyńskiego, tworzenia związków zawodowych, ZUS-u, opieki społecznej, urlopów. Teraz, na „śmieciówkach” tego nie mają. W tym temacie jest masa rzeczy do zrobienia – mówił.
Co będzie z koalicją po wejściu do Sejmu? Czarzasty powiedział, że „chciałby, aby istniał jeden klub”. – Albo Lewica będzie ze sobą współpracować bardzo blisko, albo PiS będzie rządził. Będę namawiać do tego, choć każda partia musi się określić – zaznaczył szef SLD.

Polska szkoła według Lewicy

Więcej nauki języka angielskiego zamiast religii, nowoczesna edukacja o zdrowiu i szkoła, która uczy współpracy, zamiast zachęcać do wyścigu szczurów.

W Kielcach politycy i polityczki Lewicy przypomnieli nakreśloną już na konwencji wyborczej wizję lepszej oświaty.
Fundamentalny postulat wypowiedziała Alicja Lisiak, działaczka Razem. Stwierdziła, że Lewica chce, by szkoła była równym startem dla wszystkich dzieci i młodzieży, żeby uczyła przede wszystkim współpracować, a nie rywalizować.
Paulina Piechna-Więckiewicz z Wiosny, która startuje do Sejmu w świętokrzyskiem z drugiego miejsca, zwróciła uwagę na ogrom dodatkowych problemów, jakie przyniosła polskiej oświacie całkowicie nieudana, szkodliwa „reforma” oświaty wprowadzona przez byłą już minister Annę Zalewską. Mówiła o przeciążonych szkołach i lekcjach trwających do późnego wieczora, a także wskazała, na jakich polach polska szkoła – po deformie i przed nią – nie dorastała do wyzwań współczesności. Wskazała, że pod rządami Lewicy uczniowie będą mogli m.in. w szerszym zakresie uczyć się programowania czy zagadnień bezpieczeństwa w internecie. Wątek ten kontynuowała Iwona Wielgus (czwarte miejsce na liście Lewicy). Zapowiedziała wprowadzenie do szkół nauki o zdrowiu i seksualności – przedmiotu, podczas którego uczennice i uczniowie dowiedzą się od specjalistów, m.in. lekarzy, co dzieje się z ich ciałem w okresie dojrzewania.
Powrócił również postulat świeckiej szkoły – bez lekcji religii. Alicja Lisiak podkreśliła, że już teraz łamane są zalecenia, by lekcje te organizować na początku lub na końcu dnia w szkole, biorąc pod uwagę fakt, iż nie każdy musi na nie chodzić. Lewica zastąpi obowiązkowy kurs religii dodatkowymi godzinami języka angielskiego – zapowiedziano, podkreślając, że nic nie stoi na przeszkodzie, by katechezę organizować w niedzielę w kościołach.
Przeciwko chaosowi w oświacie, jaki wywołała Anna Zalewska, Lewica protestowała również przed gmachem Ministerstwa Edukacji Narodowej. Młodzi aktywiści i aktywistki wystąpili w latarkach-czołówkach, by zaakcentować, że w „zreformowanych” szkołach nie da się organizować zajęć inaczej, niż na pierwszą i drugą zmianę.
– Na reformę edukacji wydano setki milionów złotych z budżetu państwa, jak i z budżetu samorządów. Mogliśmy te pieniądze wykorzystać na remonty budynków, obiady dla uczniów czy podwyżki dla nauczycieli, tymczasem mamy chaos i bałagan w szkołach – mówiła natomiast Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, która kandyduje do Sejmu z ostatniego miejsca na wrocławskiej liście Lewicy. Zapewniła, że jej polityczna formacja zawsze będzie po stronie uczniów i nauczycieli.

Piątka Kaczyńskiego

Wygrana PiS-u w nadchodzących wyborach parlamentarnych wcale nie jest przesądzona.

Porażka Koalicji Europejskiej w majowych wyborach europejskich wpłynęła negatywnie na nastoje w partiach opozycyjnych. Z jednej strony – siedem punktów procentowych różnicy wydawało się możliwe do odrobienia. Ale z drugiej strony – wybory do Parlamentu Europejskiego były dla opozycji, mającej najwyższe poparcie w miastach, najłatwiejsze do wygrania.
Wielu polityków opozycyjnych zaczęło oswajać się z myślą, że jesienne wybory do Sejmu i Senatu wygra Prawo i Sprawiedliwość. I czeka nas kolejna kadencja rządów Jarosława Kaczyńskiego. Zamiast myśleć o stworzeniu szerokiej formuły koalicyjnej – zdolnej do pokonania PiS-u – zaczęto zwierać partyjne szeregi. Interes szefostwa takich partii jak Platforma Obywatelska czy Polskie Stronnictwo Ludowe okazał się ważniejszy od polskiej racji stanu. Nakazującej przede wszystkim obronę polskiej demokracji.
Czy dzisiaj – na półtora miesiąca przed wyborami – kolejne cztery lata rządów Prawa i Sprawiedliwości wydają się nieuchronne? Nie! Oto pięć zdarzeń, które mogą mieć istotny wpływ na wynik wyborczy Prawa i Sprawiedliwości.

Drożyzna

Ogłoszenie w ramach „piątki Kaczyńskiego” świadczenia 500+ na pierwsze dziecko zaskoczyło nawet Teresę Czerwińską, ówczesną minister finansów. PiS chciał powtórzyć manewr z 2015 roku, kiedy to zapowiedź wypłat świadczeń dla dzieci pomogła Kaczyńskiemu w wygraniu wyborów. Wypłaty 500 złotych na pierwsze dzieci właśnie ruszyły. Czy i tym razem okażą się takim samym wehikułem wyborczym? Śmiem wątpić. Galopada cen żywności zdążyła już „zjeść” istotną część poprzedniego 500+, niepodlegającego przecież żadnej waloryzacji. Dlatego dla wielu rodzin dorzucenie kolejnych pięciuset złotych potraktowane zostanie wyłącznie jako swoisty dodatek drożyźniany. Pozwalający utrzymać dotychczasowy standard życia. A nie poprawić go.
Inflacja rok do roku znacznie wzrosła. Co prawda ogólny wskaźnik wzrostu cen towarów i usług konsumpcyjnych wynoszący 2,9 proc. nie wygląda dramatycznie. Zupełnie inaczej jest w podziale na grupy towarowe. Ceny żywności i napojów wzrosły o 6,8 proc., ceny mięsa o 10,6 proc., ceny cukru o 23,3 proc., a ceny warzyw o 27,3 proc. Dla Polek i Polaków – przyzwyczajonych w ostatnich latach raczej do deflacji – takie wzrosty cen są szczególnie szokujące.
Rodziny z dziećmi jakoś powiążą koniec z końcem. Zasypując ewentualną dziurę w rodzinnym budżecie pieniędzmi z nowej transzy 500+. Gorzej z emerytami i rencistami. Czy wystarczającą zachętą do zagłosowania na PiS będzie zapowiedź „trzynastej emerytury” w przyszłym roku? A może „dobra zmiana” zacznie się im coraz częściej kojarzyć z „droższą zmianą”?

Dwa roczniki

Ostatnio rzadko mamy okazję widzieć w telewizji roześmianą twarz byłej minister edukacji Anny Zalewskiej. Nowy minister też raczej woli pozostawać w cieniu. Ale clou tego co PiS nazwał „reformą edukacji” zbliża się nieuchronnie. Już w najbliższy poniedziałek w szkołach ponadpodstawowych pojawią się dwa roczniki uczniów i uczennic. W niektórych szkołach będzie konieczne wprowadzenie dwóch zmian, w innych pojawi się tłok i kosmiczna ilość pierwszych klas.
We Wrocławiu rekordzistą jest Liceum Ogólnokształcące nr VII przy ulicy Zaporoskiej. Powstało tam 19 klas pierwszych. Dla porównania liter w alfabecie, którymi oznacza się poszczególne klasy, jest 25. Dyrektorzy wrocławskich szkół zapewniają, że udało się tak rozplanować lekcje, by kończyły się najpóźniej o 15:30. Takiego komfortu nauki nie będą mieli na przykład uczniowie i uczennice I Liceum Ogólnokształcącego w Bochni. Portal Money.pl opublikował plan lekcji jednej z klas tamtejszego liceum. Zajęcia od poniedziałku do piątku rozpoczynają się między godziną 13 i 14. I trwają do 19:25.
Przedstawiciele kuratoriów i dyrektorzy szkół zgodnie zapewniają, że udało się pomieścić wszystkich chętnych do nauki. Lepiej powiedzieć: upchnąć. Bo ile korzyści z lekcji niemieckiego, fizyki czy chemii wyniosą licealiści z Bochni. Lekcji odbywającej się w godzinach 18:40-19:25. Niezliczona ilość kłopotów, choćby organizacyjnych, pojawi się z pewnością tam, gdzie w pierwszych klasach będzie się uczyło jednocześnie 500 lub 600 osób. A wszystko z powodu… Z powodu nieudolności rządzących. Wrzesień będzie apogeum irytacji rodziców. Również tych, którzy głosowali na PiS.

Podróże Kuchcińskiego

Samolot w polskim społeczeństwie nadal jest synonimem luksusu. Mimo że koszt przelotu tanimi liniami niejednokrotnie jest niższy niż podróżowanie autobusem lub pociągiem. Sam kiedyś musiałem tłumaczyć się dziennikarzom z 400 podróży LOT-em podczas czteroletniej kadencji w Sejmie. Mimo że nie było w tym nic zadziwiającego, raz w tygodniu trasa Wrocław – Warszawa i raz z powrotem. Ale samolot to samolot. A co dopiero, jeśli samolotem jest rządowa salonka Gulfstream G550. Kursująca niczym osobista limuzyna marszałka Kuchcińskiego.
Jeśli na jesieni PiS przegra wybory, medal będzie się należał przede wszystkim Markowi Kuchcińskiemu. Rodzinne wycieczki marszałka w bardzo istotny sposób nadszarpnęły reputację ekipy „dobrej zmiany”. Bardziej niż niezrozumiała przed część społeczeństwa afera trollingowa. Zwłaszcza że elektorat pisowski byłby pewnie gotów przymknąć oko na wszystko to co ostatnio usłyszeliśmy i zobaczyliśmy. Skoro – jak to powiedziała sławna już pani Emilia – cały hejt oczerniający sędziów służyć miał „dobru Polski”. Znacznie trudniej jest znaleźć takich, którzy powtórzą za premier Szydło, że: „rodzinie Kuchcińskiego to latanie rządowym samolotem po prostu się należało”.
Afera Kuchcińskiego bezpośrednio nie odbiła się na notowaniach PiS-u. To prawda. Ale z pewnością podmyła grunt, po którym stąpa Kaczyński. Przybliżając moment, w którym ostatecznie się osunie.

Ukradzione LGBT

Stałym elementem kampanii Prawa i Sprawiedliwości było wskazywanie potencjalnym wyborcom wroga. Przed wyborami w 2005 roku Jarosław Kaczyński mówił o wszechwładnym „układzie”. Posiłkując się obrazem stolika, przy którym siedzieli skorumpowani politycy, ludzie biznesu, przedstawiciele służb i pospolici przestępcy. Zadaniem PiS-u było ten stolik „wywrócić”. W przed wyborami w 2015 straszakiem byli imigranci. Pamiętam sejmowe wystąpienie prezesa Kaczyńskiego, w którym straszył Polki i Polaków, iż wraz z uchodźcami z Bliskiego Wschodu pojawią się w naszym kraju „różnego rodzaju pasożyty i pierwotniaki”. Plus takie choroby jak cholera i dyzenteria. I na dodatek strefy szariatu.
Tegorocznym „wrogiem” miało być środowisko LGBT. Narracja budowana była już od kilku miesięcy – pretekstem stało się podpisanie przez prezydenta Rafała Trzaskowskiego warszawskiej karty LGBT+. Do wyobraźni przemawiać miał obraz przedszkolanki uczącej swoich podopiecznych masturbacji – zresztą nie mający żadnego związku z podpisaną przez Trzaskowskiego kartą LGBT+. Jarosław Kaczyński nie przewidział, że „tęczowego wroga” ktoś mu może ukraść. Biskupi.
Hierarchowie Kościoła katolickiego od czasu projekcji filmu braci Sekielskich byli w głębokiej defensywie. Ale jak długo można się tłumaczyć. Przepraszać. Prosić o przebaczenie. Atak Kościoła na środowisko LGBT zmienił sytuację diametralnie – zgodnie z odwieczną regułą, że najlepszą obroną jest atak. Od czasu „tęczowej zarazy” arcybiskupa Jędraszewskiego temat pedofilii wśród księży medialnie przestał istnieć. Pod krakowską kurią zaczęli gromadzić się na przemian krytycy i poplecznicy arcybiskupa. Obrona przed rzekomą „ideologią LGBT” zdominowała kościelną debatę i coniedzielne kazania. Kościelną. Bo Kaczyński w tej sytuacji stał się jedynie sekundantem biskupów.

Frank po 4 zł

W 2015 roku Andrzej Duda wygrał z Bronisławem Komorowskim różnicą pół miliona głosów. Dokładnie tyle jest kredytów hipotecznych we frankach szwajcarskich. A spośród co najmniej miliona wyborców borykających się ze spłatą horrendalnie drogich rat kredytów frankowych, znaczna część zawierzyła Andrzejowi Dudzie. Podczas kampanii wyborczej spotykał się z przedstawicielami organizacji skupiających „frankowiczów”. Zdawał się rozumieć, że zaciągniętych kredytów – w głównej mierze przez młode rodziny – nie da się skwitować krótkim „widziały gały co brały”. I obiecywał znalezienie rozwiązania…
Dzisiaj kurs franka szwajcarskiego do złotówki ponownie przekroczył barierę 4 złotych. A „frankowicze” już wiedzą, że zarówno prezydent Duda jak i rząd Prawa i Sprawiedliwości pozostawił ich samych sobie. Dodatkowo wyszło na jaw, że bank BZ WBK, któremu prezesował Mateusz Morawiecki, również był zaangażowany w udzielanie kredytów we frankach. Arkadiusz Szcześniak, szef Stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu, wyliczył, że w latach 2009-2010 BZ WBK udzielił takich kredytów na kwotę 2,3 mld franków szwajcarskich.
Pomocą dla „frankowiczów” może okazać się wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE). Jego ogłoszenie oczekiwane jest już we wrześniu. I wiele wskazuje, że będzie korzystny dla zadłużonych we frankach szwajcarskich. Zaś banki może kosztować nawet 60 mld złotych. Stawiając pod znakiem zapytania stabilność polskiego systemu bankowego. Jeśli tak by się stało, wszystkie afery, od dwóch wież Kaczyńskiego począwszy, a na fabryce hejtu wiceministra Piebiaka skończywszy, byłyby jak mały pikuś. Bo w bankach trzymamy 800 mld złotych. Wierząc, że nasze pieniądze są tam bezpieczne.

Pijana zakonnica

Kiedyś Adam Michnik przekonywał, jak pewna jest wygrana Bronisława Komorowskiego w wyborach prezydenckich w 2015 roku. „Musiałby po pijanemu na pasach przejechać niepełnosprawną zakonnicę w ciąży” – mówił. Kaczyński nie musi po pijanemu. Na pasach. Przejechać zakonnicy. W ciąży. A i tak PiS może za sześć tygodni stracić władzę.

W PiS nie ma myślenia o jutrze

„W PiS-ie nie ma myślenia o jutrze. Jest tylko tu i teraz. Są oczywiście opowieści o tym, co się zrobi i wybuduje, ale po pierwsze, to się nie dzieje, a po drugie, nie ma całościowej wizji – mówi w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co) dr Anna Materska-Sosnowska, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego.

JUSTYNA KOĆ: Jarosław Kaczyński w weekend mówi o obronie tradycyjnej rodziny i dzieci przed seksualizacją i ponownie przestrzega przed straszną ideologią LGBT. O tym będzie kampania wyborcza?
ANNA MATERSKA-SOSNOWSKA: Nie tylko mówił o seksualizacji dzieci czy LGBT. W całym wystąpieniu PiS został przedstawiony jako jedyna obrona przed atakiem na Kościół, obrona wartości, korzeni. Były nawet podziękowania dla abp. Jędraszewskiego i stanięcie w jego obronie.
To są słowa wypowiadane do własnego elektoratu i mają go wzmocnić, pokazać, że tylko PiS jest obrońcą tradycyjnych wartości, ale oprócz obrony tych wartości, do czego każdy ma prawo, jest też wyraźne wskazanie wroga. W tym wypadku są to osoby LGBT czy, jak to zostało określone, „ideologia LGBT”. Ważny jest tu mechanizm jednoczenia się wokół obrony przed tym.
To ten sam mechanizm, z którym mieliśmy do czynienia w 2015 roku – wtedy byli uchodźcy. To pada niestety na bardzo podatny grunt, bo część społeczeństwa tak uważa.
Z drugiej strony politycy bardzo to wykorzystują i podsycają. Krótkofalowo to może być skuteczna broń, bo pokazuje jasny cel, daje spoiwo, ale jest to szalenie niebezpieczne, jeżeli chodzi o społeczeństwo i państwo. Długofalowo może to przynieść bardzo niebezpieczne skutki.

Partia rządząca nie przejmuje się skutkami długofalowymi, co widać chociażby po zwiększaniu deficyty w czasach dobrej koniunktury. Dlaczego teraz nagle by miała?
To pokazują także badania, że w PiS-ie nie ma myślenia o jutrze. Jest tylko tu i teraz. Są oczywiście opowieści o tym, co się zrobi i wybuduje, ale po pierwsze, to się nie dzieje, a po drugie, nie ma całościowej wizji.
Jak te słowa Jarosława Kaczyńskiego z niedzieli mają się do jego słów sprzed 3-4 tygodni dotyczących budowania i jednoczenia wspólnoty… Mają się nijak, tu znowu mamy wykluczanie, rozbijanie wspólnoty. Z opublikowanego w poniedziałek przez “Rzeczpospolitą” badania wynika, że LGBT jest ważnym tematem dla 30 proc. badanych.

To dużo czy mało?
To zależy, jak na to spojrzeć. To może pokazywać nam, w jakich bańkach funkcjonują poszczególne elektoraty. Wówczas odzwierciedlałoby to elektorat PiS-u i to oznacza sporo. Wiele zależy od tego, jak ujęto LGBT w pytaniu – czy tylko w kontekście negatywnym, czy też neutralnym/pozytywnym, bo wówczas może to być też ważny temat dla Lewicy.

W 2015 roku to straszenie zadziałało. Czy teraz też zadziała?
Obawiam się, że niestety tak, tym bardziej, że temat podkręca też kościół, który intensywnie włączył się w kampanię.
Widziałam na Twitterze zdjęcia polityków partii rządzącej przemawiających w Kościołach. Nieważne, czy to było czytanie, czy jakikolwiek inny udział – to nie powinno mieć miejsca. Kościół stał się polityczny, a głosy inne niż abp. Jędraszewskiego są głosami słabymi czy nawet karanymi. Inna sprawa, że w ten sposób Kościół przykrywa też problemy, które jego bezpośrednio dotyczą, jak np. kwestia pedofilii. To jest niebezpieczne dla samego Kościoła, bo wiemy, jak to się skończyło w innych państwach.
Wystarczy spojrzeć na kościół za czasów Franco w Hiszpanii i cenę, jaką za swoją postaw zapłacił.

Abp Gądecki, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, porównał Jędraszewskiego do ks. Popiełuszki, mówiąc o „prześladowaniach proroków”. Kościół przekroczył granicę?
Oczywiście i to nie tylko tą wypowiedzią, ale i wcześniejszymi, ten proces postępuje. Proszę pamiętać o listach odczytywanych w Kościołach przed wyborami do PE. Samemu PiS-owi nie udałoby się zmobilizować elektoratu tak silnie, zwłaszcza tego małomiasteczkowego i wiejskiego, gdyby nie cotygodniowe kazania z ambony. Oczywiście nie można uogólniać i to nie jest cały Kościół, ale jednocześnie brakuje jasnego głosu od Kościoła hierarchicznego, który odcinałby się od tego. Tym bardziej, że słowa abepe Jędraszewskiego były bardzo dobrze przemyślane i precyzyjne. To nie był przypadek.
To poskutkuje ogromnym rozwarstwieniem w społeczeństwie, jeżeli nie na tym okrążeniu to na następnym.

Dlaczego LGBT jest bardziej istotne dla nas, niż stan edukacji, służby zdrowia, PKS, które miały dojeżdżać do każdej wsi?
Dlatego, że to podział ideologiczny. Na służbie zdrowia czy edukacji trzeba się znać, żeby się wypowiadać, tu albo jesteś za, albo przeciw. Poza tym na paradach równości też dochodziło do prowokacji, a to, co jest w nas najgłębsze, czyli poczucie bezpieczeństwa wynikające z tożsamości, w jakiś sposób mogło zostać zagrożone. Dlatego to wywołuje emocje. W Stanach Zjednoczonych, gdzie nie ma referendów ogólnofederalnych, tylko stanowe, często w dniu wyborów odbywają się referenda i są w nich pytania ideologiczne: czy jesteś za aborcją, za marihuaną, związkami homoseksualnymi. To pytania, na które łatwo jest odpowiedzieć, a co za tym idzie opowiedzieć się za tym czy innym kandydatem partyjnym.
Nie słyszałam mocnych programowych przemówień Jarosława Kaczyńskiego o służbie zdrowia, a o tożsamości, LGBT, wierze bardzo często. To narzucenie łatwej dyskusji.
W przypadku edukacji czy służby zdrowia PiS musiałby się tłumaczyć np. z tego, dlaczego są zamykane kolejne oddziały, padają szpitale powiatowe, dlaczego nie ma opieki psychiatrycznej dla dzieci itd. To tematy, w których są bardzo konkretne dane, w przypadku LGBT jest emocja. Czy chcesz, żeby były narkotyki w szkołach czy przedszkolu, jak powiedział ostatnio Jarosław Kaczyński? Oczywiście, że nie. Czy chcesz zagrożenia dla swoich dzieci? Oczywiście, że nie. To tanie chwyty, tym bardziej, że dziecko jest zawsze pod szczególną ochroną społeczną.

To jest rola opozycji, aby przebić się z takimi tematami. Można by powiedzieć „państwo w ruinie”, parafrazując hasło PiS-u z ostatnich wyborów parlamentarnych. Wtedy Polacy w to uwierzyli, chociaż twarde dane pokazywały, że kraj nigdy nie był w tak dobrej kondycji. Dziś mamy podwójny rocznik w szkołach, zamykane odziały, ale wyborcy jakby tego nie widzieli.
Raczej państwo z tektury (określenie B. Sienkiewicza). Opozycja próbuje to mówić, ale prawdą jest, ze ciągle jest na etapie organizacji i ruszania z kampanią. PiS doprowadził do tego, że kampania będzie krótka, o czym mówił nawet prezydent – aby nie było sporów.
Prawdą jest, że krótka kampania służy PiS-owi także dlatego, że mamy tu różne zasoby finansowe, organizacyjne, przywódcze, w związku z czym opozycja jest w pewnym opóźnieniu względem PiS-u.

Pytanie, czy nie jest za późno.
Patrząc na kalendarz, to jest jeszcze czas na rejestrowanie list, a my jako wyborcy tak naprawdę zaczniemy się interesować kampanią po wakacjach. Na razie uformowała się Lewica, Senat wydaje się dogadany, PSL z Kukizem też. KO swój program już przedstawiła. To był czas dla opozycji na przegrupowanie i na dniach kampania powinna ruszyć. Pytanie, jak im to pójdzie i jaką będą mieli siłę przebicia.

Na ile ważne są wspólne listy do Senatu?
W moim przekonaniu to jest istotne z co najmniej dwóch względów. Po pierwsze, to czynnik psychologiczny łączenia, zwłaszcza kiedy to nie wyszło do Sejmu. Po drugie, Senat może spowolnić proces legislacyjny i utrudni niszczenie prawa PiS-owi.
To może też dać punkt wyjścia do wyborów prezydenckich. Ta jedność jest jednak przede wszystkim bardzo potrzebna psychologicznie.

To będzie przeciwdziałać atakom opozycji na siebie?
Opozycja jest w dość trudnej sytuacji, bo z jednej strony utrzymują, że powinni być wspólnie blokiem opozycyjnym i głównym zagrożeniem jest PiS, ale z drugiej strony wiadomo, że Lewica będzie odbierała głosy PO, a nie PiS-owi. PSL jest w innej sytuacji, bo jeżeli będzie odbierał głosy, to właśnie partii rządzącej. Ta bliskość ugrupowań naraża oczywiście na rywalizację, ale nawet ona może być mądra. Proszę zwrócić uwagę, że zarówno Czarzasty, jak i Biedroń nie atakują KO, czasem tylko Zandberg coś krytycznego powie. PSL też po początkowym agresywnym nastawieniu już nie atakuje. W tym duchu opozycja powinna iść, rywalizować o to, żeby zmobilizować jak największą grupę wyborców, ale niekoniecznie ich sobie odbierać.

Stalowa Wola – bastion PiS

W tym 60-tys.mieście,trzecim co do wielkości na Podkarpaciu i w ogóle największym w jakim rządzi PiS, odbył się ostatni przed wyborami piknik rodzinny tej partii.
Przy dużej frekwencji, dobrze zorganizowany-z udziałem prezesa Kaczyńskiego, szefa rządu,który wyraźnie polubił wystąpienia wiecowe,oraz byłej premier Szydło.
Mówcy chwalili dokonania minionych 4 lat,a także dziękowano metropolicie krakowskiemu,abp.Jędraszewskiemu za „obronę rodziny i Kościoła”. Potwierdza się więc ostatecznie,iż atak na rzekomą ideologię i środowiska LGBT będzie do końca trwałym elementem kampanii polskiej nacjonalistycznej prawicy.
Oznacza to,że w istocie mamy do czynienia z naruszaniem art. 32 Konstytucji RP stwierdzającym, iż „nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny”.
PiS oficjalnie akcentuje skromność,a nawet pokorę,ale z wygłoszonych wystąpień przebijał nieskrywany triumfalizm. Morawiecki mówił przecież nie tylko o perspektywie rządów w ciągu najbliższych 4 lat,ale kolejnych 8,12 itd.! Warto zatem pamiętać,iż TRIUMFALIZM pogrążył wiele partii.
Także w Polsce w ciągu minionych trzech dekad i to partii nader różnych orientacji,M.in. dlatego,że-jak pisał Johann Wolfgang Goethe:”Największe trudności znajdują się tam,gdzie ich nie szukamy” .A sama Stalowa Wola przeżywa kłopoty.
Od kilku lat zmniejsza się liczba mieszkańców,choć jeszcze dekadę temu liczono na rychłą perspektywę osiągnięcia 70 tys. Problemy mają też niektóre zakłady przemysłu ciężkiego.

Bigos tygodniowy

To, co się stało w Białymstoku, to jak dotąd najbardziej zatruty owoc prowadzonej przez PiS od wielu lat polityki obłaskawiania, zjednywania sobie i co gorsza mobilizowania kryminalnych elementów prawolsko-kibolsko-faszolskich. Teraz pisiory mogą się wypchać tą swoją wspaniałą akcją policji przeciwko białostockim agresorom i bandziorom. Pisiory przestraszyły się własnego dzieła – dlatego nakazały tak zadziałać policji. Tylko minister edukacji Piontkowski puścił farbę, pokazując co oni naprawdę myślą.
*****
Zawsze miałem Kuchcika za nielota, ale się pomyliłem. Okazało się, że nie tylko sam latał jak szatan, ale pod skrzydła brał rodzinkę, jako że grunt to rodzinka. Kuchcik, który woził (to chyba niezbyt dobre słowo w odniesieniu do aeroplanu?) swoją familię z Warszawy do Rzeszowa i z powrotem, podobno ugiął się pod presją mediów (a może przede wszystkim Kaczora) i zadeklarował, że zwróci pieniądze za nienależne loty rodzinki. Tylko, po pierwsze, dlaczego da Caritasowi, a nie zwróci Skarbowi Państwa, czyli nam, podatnikom, a to na nas przecież żerował. Gdzie tu sens i logika? Po drugie, czy naprawdę zwróci? Pisiorom nie sposób ufać. Mieli zwrócić nagrody Szydło, ale do tej pory nie ma pewności, że wszyscy je zwrócili. I jeszcze jedna kwestia na którą nikt dotąd nie zwrócił uwagi – skoro rodzina Kuchcika leciała nieformalnie, bez trybu, na doczepkę, tzn. leciała bez ubezpieczenia. A to znaczy na koszt podatników. I co z odpowiedzialnością tych, którzy ten lot zorganizowali czyli Kancelarii Sejmu? I dlaczego dowódca lotu nie zakwestionował obecności na pokładzie osób nieuprawnionych?
*****
Pisiorstwo idzie w zaparte także w innych sprawach. Nie zajmie się niewygodnym listem Falenty i mimo jednoznacznego wyroku sądu nie ujawni list poparcia dla członków neo-KRS. Według zasady: nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi?
*****
Sąd Rejonowy w Warszawie zabezpieczył nalepki dołączone do tygodnika „Gapolo” czyli gazety „Sakwy” (towarzyska ksywa Sakiewicza), zakazując ich dystrybucji. Podobno różnie było w kraju z respektowaniem sądowego nakazu, ale akurat w Iławie, gdzie dokonałem obywatelskiej inspekcji w niektórych punktach sprzedaży prasy, było w porzo – w egzemplarzach „Gapola” nie znalazłem nalepek.
*****
Manifestacja niedzielna przeciw przemocy w Białymstoku. Niestety, mimo szumnych zapowiedzi, bardzo nieliczna. Róbmy tak dalej.
*****
Jakubowska Aleksandra, ex-„lwica lewicy” w rozmowie z Anną Zawadzką z LGBT: „Ale przecież nikt w czasie marszu nie zginął”. Chodziło o Marsz Równości w Białymstoku. A mówią, że kto za młodu był socjalistą, ten na starość nie będzie świnią. A może pani Jakubowska nigdy nie była socjalistką, tylko oportunistką i karierowiczką?
*****
182 tysięcy dzieci urodziło się do połowy bieżącego roku czyli o 5,8 procenta mniej niż w zeszłym roku. W całym roku ma się urodzić 370-375 tysięcy dzieci. Oznacza to zapaść demograficzną, bo to najmniejsza liczba urodzeń od czterech i fiasko 500 plus jako impulsu do dzietności.
*****
Kaja Urszula Godek zamieściła w internecie rozpaczliwy apel o pomoc finansową, bo musi opłacić adwokata, jako że organizacje LGBT zasypują ją pozwami sądowymi za zniewagi. Było nie podskakiwać Kaczorowi i nie próbować robić mu koło pióra tymi naciskami w sprawie totalnego zakazu aborcji, to by się nadal było na posadzie w spółce Skarbu Państwa i miałoby się kasę na procesy. Cierp ciało, skoroś chciało.
*****
Krakowska młodzież szkolna nie zostanie wyposażona w elementarną wiedzę o seksualności, w tym wiedzę o „złym dotyku” i o sposobach zapobieganie niechcianej ciąży. Wojewoda krakowski wycofał to, co do szkół od najbliższego roku szkolnego wprowadził samorząd. Czy Boy-Żeleński nadal mieszka w Krakowie?
*****
Najarane czymś czy naprute bandziorki, które niecnie napadły na księdza w Szczecinie, zażądały od niego ornatu twierdząc, że chcą udzielić ślubu i odprawić mszę. Czyżby już i do menelików dotarła idea „wir sind kirche” (my jesteśmy kościołem)?
*****
Pisiory oburzają się na emblemat w postaci znaku Polski Walczącej na tle barw tęczy. Niesłusznie. Powinni przyjąć z uznaniem, że środowiska LGBT, na ogół raczej indyferentne w stosunku do rezerwuaru tzw. patriotycznych i tradycyjnych wartości, oddały szacunek tej formacji.