Gorzka opowieść persko-francuska Recenzja

Nie jestem drzewem i nie mam korzeni – to dla mnie najważniejsze i najbardziej dobitne oraz buntownicze zdanie z powieści (a raczej osobistej, autobiograficznej opowieści, bo nie ma tu typowej fikcyjnej akcji) Maryam Madjidi, zatytułowanej „Lalka i Marks”, a jednocześnie zdanie, które, choć wypowiedziane w odruchu irytacji przez narratorkę-bohaterkę, pozostaje w radykalnej sprzeczności z jej rzeczywistym doświadczeniem. Bowiem urodzona w Teheranie (rocznik 1980) Iranka, przez lata zamieszkała, a zatem w znacznym stopniu uformowana kulturowo w Paryżu, dramatycznie boryka się z syndromem zakorzenienia w kulturze irańskiej (perskiej), który nie pozwala jej stać się bez reszty Francuzką. Urodzona w Teheranie, we wczesnym dzieciństwie, w wieku sześciu lat, emigruje z rodzicami komunistami (stąd Marks w tytule) do Francji, do Paryża, po latach wraca do Iranu, potem ponownie przenosi się do Paryża – jej życie to miotanie się między ojczyzną a emigracją. Bohaterka ma nawet problemy z jedzeniem croissantów, których nienawidzi jako synonimu obcości i tęskni za irańskimi potrawami z ryżu. Ma problemy z uwewnętrznieniem i zaakceptowaniem francuskiego modusu życia. Z Iranu ucieka jako z piekła społeczno-politycznego (lakoniczne, ale sugestywne obrazy okrutnych represji w wydaniu tamtejszego reżimu), z Paryża – bo to kwintesencja cywilizacji z gruntu jej obcej, bo „Iran z jego językiem jest w niej”. Chciałaby do Paryża, ale z „swoimi zmarłymi”, by strawestować tytuł eseju Marii Janion, podejmującymi przecież kwestię strukturalnie pokrewną, nie pozbawioną pewnych analogii, choć z innego, polskiego punktu widzenia. Powieść Madjidi kończy się niejednoznacznie, nie ma tu żadnego happy endu. W końcowej scenie wiozący ją teherański taksówkarz, dowiedziawszy się, że pasażerka dorastała we Francji, mówi: „Życie w Iranie to piekło. Lepiej być na wygnaniu niż gnić tutaj. Lepiej cierpieć we Francji niż w Iranie. Niech mi pani wierzy”. Jednak bohaterka jest zachwycona, upojona tym, że taksówkarz cytuje jej wiersz perskiego poety Hafeza. I wtedy, uwięziona w ogromnym korku, owiana smrodem spalin, doznaje uczucia irracjonalnego szczęścia. W planie realistycznym, w planie doświadczenia bohaterki, w planie bezpośrednich wniosków wypływających z tej lektury, reaguję, jako czytelnik, nie bez irytacji na ten syndrom „rozdartej sosny”. Pachnie mi to niezrównoważeniem emocjonalnym, przewrażliwieniem, histerią, a uwaga teherańskiego taksówkarza wydaje mi się z tej sytuacji głosem praktycznego rozsądku. Tak, wiem, rozumiem marzenie bohaterki o ojczyźnie wolnej i demokratycznej, nie o piekle na ziemi, marzenie o tym, by mogła jeść potrawy z ryżu, pić herbatę i czytać irańską poezję pod niebem kraju nie rządzonego przez fanatycznych i okrutnych ajatollahów, rozumiem jej kłopoty z tożsamością, ale jest, jak jest: trzeba się zdecydować, skoro ma się – przecież nie wszystkim Irańczykom dostępny – luksus możliwości wyboru. Tak, to prawda, że także we Francji doświadcza bohaterka lekceważenia i akcentów pogardy, choćby ze strony paryskiego barmana pogardliwie sarkającego na deklarowaną przez bohaterkę „francuskość”. To inne lekceważenie i pogarda niż to, doświadczanie w ojczyźnie z tego tylko powodu, że jest kobietą i ma waginę. Ta frustracja paryska, choć boli wrażliwą kobietę, jest jednak w kategorii „light”, podczas gdy w Iranie ma do czynienia z opresją hardcorową, groźną, prawdziwie niebezpieczną, ani trochę nie na żarty. Dlatego lekturze „Lalki i Marksa”, w planie bezpośredniego odbioru jej przesłania, towarzyszyło mi nie tyle współczucie, ile zaciekawienie i irytacja. Jednak poza planem ludzkim jest w tej opowieści jest także plan czysto literacki. „Lalka i Marks” została nagrodzona prestiżową Nagrodą Goncourtów w 2017 roku w kategorii „Pierwsza powieść”. W jej kulturowym tle są „Listy perskie” Monteskiusza, jeden z wyrazów historycznej francuskiej fascynacji perskim w tym przypadku Orientem. To także opowieść o tęsknocie i nostalgii, o zmaganiu się w sercu i umyśle bohaterki dwóch języków, perskiego i francuskiego i o poszukiwaniu przez nią języka własnego, który byłby nie do końca tylko francuskim i nie do końca tylko irańskim. Może poszukuje języka francuskiego w brzmieniu, a perskiego w duchu, czyli swojego własnego, indywidualnego języka? Ale czy taki język w ogóle jest możliwy? Póki co, czytelnik otrzymuje kunsztownie napisaną – jednak w języku francuskim! – i naprawdę zajmującą, mającą w sobie przy tym coś z poematu prozą, opowieść o rozdarciu między kulturami, między językami, między własnym piekłem a cudzym rajem, każdym na swój sposób dobrym i na swój sposób niedobrym. Jeśli jednak odnieść się do dylematów i „mąk dusznych” pisarki z zastosowaniem czysto literackiego kryterium, to można by skonkludować, że ostatecznie zwycięża niej Francja, a co najmniej jest to remis ze wskazaniem. Bo przecież „Lalka i Marks” nie przejdzie do historii literatury perskiej, lecz francuskiej. A nagrodzona autorka będzie następczynią Balzaca i Flauberta, a nie Hafeza.

 

Maryam Madjidi – „Lalka i Marks”, przekł. Magdalena Pluta, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2018, str. 220, ISBN 978-83-06-03512-4.

Ludzkość jako dryfujący statek kosmiczny Recenzja

„Widmo krąży po krajach Zachodu, rewolucja przeciwko otwartemu społeczeństwu” – tym zdaniem, parafrazą pierwszego zdania „Manifestu Komunistycznego” Karola Marksa rozpoczyna swoją książkę Ralf Fücks, jeden z liderów niemieckich Zielonych.

 

„W obronie wolności. Jak wygrać walkę o otwarte społeczeństwo” jest próbą zarysowania syntetycznego obrazu tego, co dzieje się w Europie i świecie, ze szczególnym natężeniem od dwóch-trzech lat, ale przecież generalnie już co najmniej od dekady. Jeszcze kilka lat wcześniej mogło się wydawać, że klasyczna od dziesięcioleci praca „Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie” Karla Poppera należy już tylko do archiwum historii ludzkości. Archiwum pamięci tego, co było złe, lecz minęło. Dziś dzieło Poppera powinno być ponownie wydawane jako rzecz, która nabrała nowej, intensywnej, dla wielu niespodziewanej aktualności. Autor „W obronie wolności” ukazuje przyczyny i mechanizmy działania antyliberalnego frontu, nowy „Radical Chic”, Nową Prawicę, zwarcie między nowoczesnością i antynowoczesnością, ucieczkę w tradycyjne wspólnoty. Opowiada też o głównych ideologach tej fali, w tym o Rosjaninie Aleksandrze Duginie, jednym z głównych liderów krucjaty przeciwko nowoczesności. Autor pokazuje, że demokracja pozbawiona bezpieczników mogła działać do czasu, gdy zaczęły słabnąć dwa jej podstawowe zworniki: liberalizm i lewica. Wyraźnie też wskazuje, że bardzo istotnym bodźcem, który wzmocnił falę, o której mowa, była wielka fala imigracyjna z Afryki i Azji w ciągu ostatnich kilku lat, kierująca się głównie do Europy i USA, a także kolosalna aktywizacja islamu na terenie tychże. Innym istotnym czynnikiem w tym procesie była aktywna rola Rosji i ją też Fücks w swojej pracy naświetla. „Nie jest łatwo być optymistą w dzisiejszych czasach. Krótkie dziesięciolecie demokratycznego przebudzenia kończy się. Kto jeszcze wierzy, że świat będzie od jutra lepszy, będzie miał opinię pozbawionego rozumu lub niepoprawnego optymisty. Niepewność stała się nowym uczuciem paneuropejskim. Nie jest to żaden przejaw starzejącego się społeczeństwa. Żyjemy w czasie przełomu i trudno powiedzieć, jak zachodnie demokracje poradzą sobie z wyzwaniami, na które napotykają” – pisze autor we wstępie.

 

Carl Schmitt – prorok demokracji fasadowej

Autor odniósł się do protoplastów tego, co się dzieje, w tym do Carla Schmitta. Odnosząc się do jego „teologii politycznej” przypomina też, że manipulacje przy systemie demokratycznym w wykonaniu takich ludzi jak Trump, Erdogan, Orbán czy Kaczyński, to bynajmniej nie nowinka w praktyce politycznej. Już za Republiki Weimarskiej wspomniany Schmitt zdefiniował demokrację tak, jak ją dziś widzą i praktykują wspomniani politycy, uznając ją nie za formę państwa, lecz za „mistyczną jedność między rządem a narodem. „Dyktatura jest demokracją: coś takiego nazywa się argumentacyjnym salto mortale. Staje się intrygujące, kiedy Viktor Orbán uwzględnia dziś nowy punkt widzenia ideału „antyliberalnej demokracji”, w Rosji mowa jest o „sterowanej demokracji”, w Turcji Erdogan zaprowadza demokrację wodzowską. Demokracja stała się pojęciem zombi – zwykłą fasadą, za którą chowa się autorytarna dyktatura” – konkluduje ten wątek Fücks. Analizuje też wszystkie najważniejsze czynniki status quo ante, takie jak historyczne dziedzictwo demokracji, pojawienie się w jej ramach liberalizmu, lewicy i prawicy, a także marksistowski punkt widzenia, jak również pojawienie się globalizacji oraz ruchu ekologicznego. Uwzględnia też pojawienie się w Europie nowego czynnika wpływającego dziś na charakter demokracji: islamu, owocu imigracji, i w analizie tego fenomenu wspomaga się wydźwiękiem głośnej powieści Michela Houellebecqa „Uległość”.

 

Tako rzecze Sloterdijk

Szukając praprzyczyn tego, co się w Europie stało, odwołuje się najpierw Fücks do motywu Frankensteina, a właściwie potwora Frankensteina, bohatera powieści Mary Shelley i głośnych filmów powstałych na jej motywach. „Człowiek jest istotą, która wciąż przekracza nowe granice, a przy tym dręczony jest przez koszmary.” – powiada Fücks. To właśnie trauma, strach jako wyniknął z przekroczenia tych koszmarów wywołały próbę ucieczki od nich, ucieczki w „tradycyjne wartości”, „wspólnotę”, ucieczkę od „dyskomfortu nowoczesności”. Ten dyskomfort przeczuł już w „Fauście” Goethe, do którego Fücks też się odwołuje. Znajduje w nim „prawie wszystkie motywy współczesnej krytyki kapitalizmu: ciągły niepokój i permanentne przyspieszenie życia ku radości diabła, nadzwyczajne pomnażanie kapitału przez wydawanie banknotów alchemicznym w zasadzie hokuspokus. Wojna, handel i piractwo są notorycznymi towarzyszami kapitalizmu, „są w trójcy, nigdy osobno”. Ekspansja produkcji przemysłowej wymaga splądrowania bogactw naturalnych”. To wszystko znajduje Fücks w proroczym „Fauście”. I w chwilę po tym odwołuje się do recept Malthusa (granice wzrostu) i Marksa (krytyka kapitalizmu). Jednak najciekawsze, a też i najświeższe diagnozy stanu rzeczy i przewidywania co do przyszłości znajduje w myśli Petera Sloterdijka, którego nazywa „niekoronowanym niemieckim królem filozofii”. „W dyscyplinie filozoficznego podnoszenia ciężarów przed szeroką publicznością byłby mu z pewnością przyznany medal – pisze o myślicielu Fucks – Jak mało kto posiada on dar medium ducha czasu. Jego teoria nowoczesności odzwierciedla kulturowo pesymistyczną cechę charakterystyczną, która w osiągnięciach nowoczesności diagnozuje zarodek upadku”. Sloterdijk diagnozuje, że „gdy otwarte społeczeństwo ze swoimi obietnicami swobodnego rozwoju produkuje permanentną nadwyżkę oczekiwań, nadziei, postulatów, trzeba przede wszystkim wzmocnić instytucje, obiecać stabilność i zdolność do działania. Stąd też rehabilitacja granic jako odpowiedź na tendencję do permanentnego odgradzania się”. W swojej pracy „Te straszne dzieci nowych czasów” (2014) niemiecki filozof zauważa, że „podczas gdy największa część ludzkiej historii rozwoju stała pod prymatem zachowania tradycyjnego porządku, nowoczesność odznacza się poprzez ucieczkę od tradycji, zburzenie kontynuacji pokoleniowej i kult nowości – nowe jest lepsze, stare staje się zacofane. Partia postępu triumfuje nad partią regresu, aktywizm nad konserwatyzmem”. Dominująca w cywilizacji „indywidualizacja oznacza wyzwolenie się z tradycyjnych konwencji i (…) ze zobowiązania wobec minionych i nadchodzących pokoleń”. „Oderwaliśmy się od naszego pochodzenia, przyszłość jest za chmurami nadciągających konfliktów, długów publicznych i zmian klimatu – referuje Fücks diagnozy niemieckiego myśliciela – Ufność w postęp nowoczesności ustępuje odczuwaniu fin-de-siécle. Aż po elity rządzące panuje oczekiwanie, że zachodnio-kapitalistyczna cywilizacja przeskoczyła swój zenit; w przyszłości będzie to szło już tylko w jednym kierunku: w dół. Sloterdijk jest prorokiem tej atmosfery”. Z takiego postawienia sprawy wynika nieuchronnie następujący wniosek: współczesna antydemokratyczna reakcja, powrót do Carla Schmitta, ideologia Aleksandra Dugina, praktyka polityczna Trumpa, Erdogana, Orbána czy Kaczyńskiego to desperacka próba odwrócenia tego kierunku, choć wiele na to wskazuje, że lekarstwo może się okazać gorsze od choroby. Kulturowy konserwatysta, ale jednocześnie prawdziwy wolnościowiec Sloterdijk musi patrzeć na to z intelektualną rozpaczą: kierunek w jakim zmierza świat bardzo mu się nie podoba, ale przecież schmittyzm, duginizm, trumpizm, erdoganizm, Orbánizm czy kaczyzm też nie mogą mu się podobać, bo są wypędzaniem dżumy cholerą. „W oparciu o Marksa, ale bez jego filozoficzno-politycznej wiary, że z kryzysów i przeciwieństw wyłania się wyższy porządek, Sloterdijk opisuje kapitalistyczną nowoczesność jako proces „destabilizacji wszystkich stosunków materialnych jak i symbolicznych” – pisze Fücks. Sloterdijk nie ma też wiary swojego rodaka Hegla, że z tej walki przeciwieństw wyłoni się nowy, racjonalny Zeitgeist.

 

Dryfujący statek kosmiczny

W jego książce uderzająca jest dysproporcja między diagnozą stanu rzeczy a wskazywanymi sposobami wyjścia z kryzysu. Ta pierwsza jest frapująca, obfitująca w kapitalne spostrzeżenia, pogłębiona intelektualnie, erudycyjna. Jednak tam, gdzie Fücks próbuje wskazywać remedia i lekarstwa na przezwyciężenie zagrożeń, wypada to blado i nieprzekonywująco. Finalny rozdział-instrukcję „Co każda i każdy może zrobić” czyta się doskonale znaną jako deklarację szlachetnej, ale jak dotąd bezsilnej woli. Co więcej, jego książka, z jej rozedrganą, nieco chaotyczną, acz interesującą narracją, jest świadectwem tego, że samo tylko ujęcie w jakiś spoisty wzór sprzeczności targających współczesnym światem jest zadaniem niemal niewykonalnym. Dlatego dobrą puentą jego studium jest odwołanie się do metafory Sloterdijka, który porównuje naszą cywilizację do dryfującego poza kontrolą statku kosmicznego ( jakiegoś błądzącego w strasznych przestworzach „Prometeusza” – dodałbym od siebie). „Jesteśmy pasażerami mega-maszyny, która od dawna nie jest przez nas kierowana” – parafrazuje Fücks myśl niemieckiego filozofa. Wiemy jak jest, ale nie wiemy co z tym zrobić. Arcymądry Niemiec Sloterdijk także nie wie. Różnica między czasami, w których Karl Popper pisał swoje dzieło o „społeczeństwie otwartym i jego wrogach” a naszymi czasami polega bowiem i na tym, że my jesteśmy bardziej zmęczeni, bardziej pozbawieni wiary i bardziej wyzbyci sił do walki z wrogami wolności niż nasi poprzednicy.

 

Ralf Fücks – „W obronie wolności. Jak wygrać walkę o otwarte społeczeństwo”, przekł. Wojciech Wojciechowski, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2018, str. 241, ISBN 978-83-65304-74-2.

Proste jak drut

Istnieją rzeczy tak genialnie proste, że aż dziwne, że nikt na nie wcześniej nie wpadł.

 

Trudno, na przykład zrozumieć geniusz Dymitra Mendelejewa bo przecież wziął i zestawił rzeczy dostępne dla wszystkich. Geniusz, który czasem nawiedza intelektualistów ma to do siebie, ze pozwala dodać dwa do dwu i uświadomić sobie że jest to cztery, chociaż nikt na to wcześniej nie wpadł.

Dosłownie z sytuacją dodania dwu do dwu i uzyskania wyniku cztery mamy do czynienia w krótkiej rozprawce Petera Frase Cztery przyszłości. Wizje świata po kapitalizmie, przyswojonej polszczyźnie przez Macieja Szlindera a wydanej bieżącym 2018 roku przez Państwowe Wydawnictwo Naukowe.

Książka ma to do siebie, że uświadamia rzecz pozornie oczywistą, że warunkiem odkryć jest wolność słowa i myśli. W krainie POPiS-owskiego zamordyzmu i świętobliwej ciemnoty gdzie obowiązuje ewangelia dwu totalitaryzmów i zakaz ich propagowania książka Petera Frase’a sprawia wrażenie bluźnierstwa i plucia w twarz umęczonego Polskiego Narodu. Osoby o słabych nerwach nie powinny, jak sądzę, czytać nawet recenzji, nie mówiąc już o zbrodniczym tekście, pisanym jak gdyby nigdy nie ukazał się żaden numer „Gazety Wyborczej” a Jarosław Kaczyński nigdy nie nawrócił się na katolicyzm.

Żyjący na innym kontynencie Frase rozpoczyna od dodania do siebie dwu oczywistości.

Pierwszą jest nadciągający kryzys ekologiczny. Globalne antpogeniczne ocieplenie klimatu. Proces o którym można powiedzieć jedno, z pewnością jest on nie do rozwiązaniu w ramach obecnego ustroju kapitalistycznego. Żeby się uratować przed katastrofą trzeba wyjść poza wolny rynek a więc i kapitalizm. Jeżeli katastrofa nadejdzie, to jeżeli nie zlikwiduje ludzkości, to, to co z niej zostanie też wyprowadzi tych co przeżyją poza kapitalizm. Tak więc kapitalizm nie ma przyszłości perspektywie procesów nadciągającej katastrofy klimatycznej.

Drugą oczywistością jest nadciągająca wielkimi krokami rewolucja technologiczna związana z rozwojem sztucznej inteligencji. Autor nawiązuje tutaj do wydanej w Polsce w 2016 roku niezwykłej książki Martina Forda Świt robotów. Czy sztuczna inteligencja pozbawi nas pracy (tłum. Katarzyna Łuniewska, wyd. cdp.pl misja: rozrywka ???). Chociaż może się wydawać przesadą recenzja w recenzji to należy zauważyć że książka Forda stanowi niezwykłe dokonanie zrywające w sposób najbardziej radykalnie z rozpowszechnionym mitem głoszącym, że roboty eliminują proste prace fizyczne, pracownicy wykonujący prace umysłowe wymagające wysokich kwalifikacji nie mają się czego obawiać.

Ford pokazując, że komputery piszą już artykuły do gazet, diagnozują pacjentów, wygrywają teleturnieje typu Milionerzy itd.. Ukazuje, że jest przeciwnie niż sądzimy i już niedługo lekarzy, pielęgniarzy, prawników, dziennikarzy, kierowców i inne podobne profesje opanują nowi pracownicy, kompetentni i profesjonalni a przy tym pozbawieni arogancji, chamstwa, cwaniactwa i temu podobnych przypadłości właściwych dla kadr obecnie wykonujących te zawody.

Poza nadzieją, że już niedługo można będzie iść do ginekologa nie obawiając się gwałtu, proces rozwoju zastosowań sztucznej inteligencji budzi również pewne obawy. Biorą się one stąd, że ludzie zaczną po prostu być zbędni w procesie produkcji. Najbardziej oczywistą konsekwencją stanie się to, że przestaną zarabiać. Co wtedy? Najbardziej oczywistym pomysłem staje się coraz bardziej popularna formuła płacy obywatelskiej a więc wynagrodzenie za sam fakt przynależności do danej wspólnoty. (Autor tłumaczenia pracy Frase’go Maciej Szlinder jest autorem monografii Bezwarunkowy dochód podstawowy. Rewolucyjna reforma społeczeństwa w XXI wieku, PWN 2018 – niestety, w kategorii, już kupione, jeszcze nie przeczytane – A.C.).
Z perspektywy Frase’go co byśmy nie powiedzieli o pochodzie sztucznej inteligencji jedno jest pewne. Czyni on kapitalizm ustrojem głęboko bezsensownym. Jaki sens ma kapitalizm w sytuacji gdy ludzka praca robocza przestaje być towarem ze względu na brak zapotrzebowania a produktywność gwałtownie wzrasta?

Problemem zaczynają być sami ludzie.

Z perspektywy organizowania przyszłości mamy więc możliwości albo dobrobyt gdy uda się zahamować katastrofę klimatyczną albo niedobór gdy trzeba się będzie zmagać z jej skutkami.

W tym momencie pojawia się kolejna alternatywa albo ustrój przyszłości będzie uwzględniał potrzeby wszystkich a więc będzie realizował idee egalitarną albo będzie miał hierarchiczny, elitarny charakter.

Gdy dodajemy dwa do dwu otrzymujemy cztery modele organizacji społecznej :
a) komunizm – równość i dostatek,
b) rentyzm – nierówność i dostatek,
c) socjalizm – równość i niedobór,
d) eksterminizm – hierarchia i niedobór.

Proste jak konstrukcja cepa i jak on nieodparte.

Kapitalizm rzeczywiście się kończy szybko i nieładnie. Skutki nadciągającej katastrofy klimatycznej są już wyraźnie odczuwalne i to nie tylko we wzrastającej słodyczy coraz wcześniej dojrzewających winogron. Sztuczna inteligencja niewątpliwie podniesie się po porażce jaką stał się śmiertelny wypadek, który wywołało gwałtowne wtargnięcie kobiety na tor samosterującego się pojazdu. To o czym mówimy nie będzie trwało setki lat. Co najwyżej dziesięciolecia.

Gołym okiem widoczne są już kiełki przyszłych możliwych ustrojów. Szczególnie eksterminizm zdaje się dojrzewać w tempie hiszpańskich winogron. Ale już Róża Luksemburg przypomniana przez autora recenzowanej pracy sformułowała w swoim czasie alternatywę „socjalizm albo barbarzyństwo”. Z socjalizmem, dzięki Bogu, żeśmy sobie poradzili a więc nie ma się co dziwić, że mamy to co mamy.

Pytanie w jakim kierunku pójdziemy jest jeszcze otwarte. Zasługą Frase’go jest wpisanie swojego schematu w realia naszych czasów. Pokazanie że tak naprawdę już zaczynamy życie „po kapitalizmie” i jak Molierowski Pan Jurdain „mówimy prozą” jest czymś co stanowi o niezwykłej wartości książki. Bonusem jest niewątpliwie ukazanie się jej w dwusetną rocznicę urodzin Karola Marksa.

Ćwiczenie z logiki rozwoju społecznego, które zaproponował Frase zasługuje na poważne przemyślenie chociaż w Polsce jest jak lektura Woltera w czasach miłościwie panującego Augusta III Sasa.
Należy podkreślić, ze gdy chodzi o samą publikację to mamy do czynienia nie tyle z czasami saskimi, co z okresem rządów miłościwie panującego imperatora Aleksandra III. Zgodnie z zasadą rosyjskiej polityki wewnętrznej tego okresu cenzurowano jedynie gazety, książki bowiem były tak drogie, ze nie widziano potrzeby kontrowania tak elitarnych dóbr. Opisywana książka – 127 stron w miękkiej oprawie kosztuje bowiem 49 złotych. Ale jak wiadomo nie ma róży bez kolców, a za przyjemności trzeba płacić.

Zabić ten kapitalizm

Transformacja ustrojowa i III RP nie miały i nie będą mieć dobrej prasy wśród większości polskiego społeczeństwa. Poza klasą kapitalistyczną i tymi, którzy w sposób efektywny wykorzystali panujący (wciąż) neoliberalizm grono miłośników III RP pozostaje skromne.

 

Przymusowi emigranci i ich rodziny, ludzie wychowani w rzeczywistości wysokiego bezrobocia, pracownicy godzący się na życie na śmieciówce, upłynnieni ludzie niskich płac i zniszczonych marzeń o poczuciu bezpieczeństwa… Oni wszyscy nie cenią sobie porządku, który przyniósł Polsce turbokapitalizm na półperyferyjnych i krwiożerczych warunkach. Polski kapitalizm to dla ludzi pracy synonim trudu, klęsk i pustych obietnic podawanych w religijnym sosie. Poza zniszczeniami na poziomie czysto ludzkim potransformacyjny porządek zrujnował także polską narodową samoocenę. Kraj wyprzedaży, królestwo prywaty i „teoretyczne państwo” wytworzyły atmosferę porażki, upodlenia i głębokiego, narodowego wręcz wstydu. Wstydu za upokorzenia przeżywane przez ludzi pracy i wstydu za demoralizację miłościwie panującej klasy kapitalistycznej.

Dla przeciętnego polskiego pracownika drzwi do awansu społecznego i bramy ku wolności nie zamknął zresztą wcale PiS, lecz zrobił to już dawno temu Leszek Balcerowicz. Warstwy uprzywilejowane „Polski kapitalistycznego sukcesu” rodem z TVN-u, Forbesa i Gazety Wyborczej nie są też wcale uniwersalną, polską inteligencją, lecz stanowią bardzo konkretną grupę, która skutecznie i na całe dekady przywłaszczyła sobie środki kulturowej i społecznej reprodukcji, okupując się na najwyższym poziomie życia i z pogardą patrząc na innych, którym cały czas wmawia się, że III RP to kraj konsumentów luksusowych towarów i szczęśliwców, którzy wygrali los na loterii.

Tego wstydu nie czują oczywiście beneficjenci tych zmian oraz towarzystwo celebrytów – czuje go natomiast cała, wielka „Polska B”, która bynajmniej nie jest jedynie domeną „Wschodu” i małych miejscowości, gdzie panuje biedniejsza wersja kapitalizmu. Czują go wszyscy Ci, których nowa kaprzeczywistość ustawiła gdzieś pomiędzy żałośnie niską pensją minimalną, niedostatkiem i życiem bez perspektyw na zarobienie na własne mieszkanie.

Ten wstyd jest dziś jednym z podstawowych czynników stymulujących tęsknotę za „wielką Polską”, czyli za naprawdę silnym państwem, za dumą narodową i wiarą w narodową i państwową wspólnotę, która byłaby skuteczna i pomogła wydostać się z pułapki śmieciowej egzystencji. To inaczej zwane przywiązanie do państwa socjalnego i opiekuńczego, które wywodzi się jeszcze z czasów Polski Ludowej gra dziś jednak na korzyść rządzących, którzy przekuwają je w zupełnie nową narrację i tworzą nowy język pseudokonfliktu społecznego.

PiS-owskim, wyimaginowanym konfliktem, w który obecna władza pragnie wciągnąć wszystkich pozostałych aktorów jest konflikt na linii „lud” kontra „elita”. W konflikt ten z powodzeniem i w sposób naturalny daje się też wciągnąć praktycznie cała „opozycja”, która czy to z głupoty, czy też z uwagi na kryzys ideowy, weszła w buty oprawców i złodziei z III RP.

Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do tego PiS-owskiego substytutu walki klas dla upokorzonych. Mówienie o „ludzie” i o „elitach” w XXI wieku przystoi jedynie nacjonalistom, miłośnikom faszyzmu lub fetyszystom epoki feudalnej. We współczesnym kapitalizmie mamy do czynienia z klasą pracującą, klasą kapitalistyczną, a także przedstawicielami określonych warstw i grup społecznych. Totalizacja i tworzenie dwóch rzekomo przeciwstawnych sobie obozów (pseudo)klas kulturowych jest zarówno całkowicie błędne, jak i skrajnie szkodliwe. Rzeczywistym wyróżnikiem, który PiS stara się nam narzucić jest ślepy, religijny nacjonalizm, który bynajmniej nie zagraża kapitalizmowi, lecz wręcz umacnia go i orientuje wokół interesów narodowej burżuazji.

Rzeczywistym przeciwnikiem ludzi pracy są beneficjenci porządku opartego na wyzysku, czyli właściciele kapitału oraz podpięta pod jego interesy partyjna biurokracja. Wrogiem jest kapitalizm. A elitami w kapitalizmie są konkretnie: utrzymujący obecny system właściciele.

Wyśnione i obarczane winą za upadek demokracji i PiS-owski autorytaryzm „masy ludowe” to w istocie całkiem rozumny – oraz reagujący zgodnie z prawami politycznego rynku – proletariat, który w swej skromnej części głosuje na PiS przede wszystkim z uwagi na świadomość własnych i całkowicie obiektywnych interesów. Te interesy są odrębne od interesów polskich właścicieli i od interesów ludzi korzystających z rajów podatkowych, których reprezentują dziś w zasadzie wszystkie partie skupione w polskim parlamencie. Cała ta zagadkowa „wyjątkowość” obecnej władzy polega wyłącznie na tym, że partia ta jako pierwsza została obiektywnie zmuszona (przez nacisk żądań samego świata pracy) do pewnych minimalnych ustępstw względem najtwardszej linii polityki neoliberalnej i najlepiej też posługuje się językiem nacjonalizmu i IPN-owskich narracji, którym „światli” liberałowie rodem z Unii Wolności przez cały dekady karmili polską młodzież. I jak widać: nie bezkarnie.

PiS nie jest więc przedstawicielem wyklętego/otumanionego ludu tej ziemi, lecz klasyczną, konserwatywną prawicą, która chwilowo stała się sojusznikiem dla części polskiego świata pracy. To nie jest szokujący konflikt kulturowy, w którym banda kiboli znęca się nad mówiącymi po francusku. To nie walka oświeceniowego rozumu z nacjonalistyczną ciemnotą. To nie konflikt pomiędzy salonami i stadionami. To walka o trochę wyższe stawki, o sprawniej działające państwo, o godność szeregowego człowieka pracy, który w systemie demokracji parlamentarnej ma jeszcze czasami tę możliwość, że jest w stanie przegłosować te kilkanaście procent najbogatszych + ich bogatych krewnych i fruwających po świecie znajomych z telewizji śniadaniowych.

Rzeczywiste podziały nie przebiegają więc wcale wzdłuż pokoleń ani nie dotyczą stopnia wykształcenia. Podziały są klasowe i dotyczą wysokości płac, czasu pracy, czy bezpieczeństwa socjalnego i poziomu życia. Prawdziwe sprzeczności występujące na poziomie klas kulturowych dotyczą zaś przede wszystkim różnic ideologicznych, ponieważ faktem jest, że neoliberalny sen o Polsce dla większości społeczeństwa okazał się kłamstwem. Konflikt pomiędzy PiS-em i PO nie jest jednak wcale konfliktem prostactwa z wykształciuchami. To konflikt dwóch obozów prawicowego neoliberalizmu, przy czym ten bardziej liberalny obyczajowo ma też to do siebie, że pozostaje zupełnie ślepy na wady, klęski i katastrofy, które przyniósł nam (ich wspólny) barbarzyński kapitalizm.

Idąc tropem Marksa nie pokładam żadnej wiary w zdolność do autorefleksji beneficjentów kapitalistycznego wyzysku. Nie zmienia to jednak faktu, że cała polska lewica stoi w tym momencie przed możliwie największym zagrożeniem. Budowanie opozycji na zasadzie „naród kontra zdrajcy” i „prawdziwy lud kontra elita” to klasycznie faszystowskie klisze służące przede wszystkim kreowaniu języka politycznego na poziomie regresywnego nacjonalizmu. (…) Różnica między nacjonalistyczną „ludowością”, a ruchem proletariackim polega też na tym, że ta pierwsza pozostaje pod bezpośrednią kontrolą prawicowych i kapitalistycznych elit. To „ludowość”, która zakazuje samokształcenia i odcina się od edukacji i postępu, na której czele stoi bogaty kler w parze z prawicowymi elitami partyjno-biurokratycznymi i czerpiącym z tego największe profity światem biznesu. Wulgarny naturalizm, promowanie złego gustu i myślenia w kategoriach Polak/Wróg nie jest więc wcale „oddolnym, ludowym wynalazkiem”, tylko konstruktem służącym na rzecz uprzywilejowanych i bogatych.

Bez krytyki klasy kapitalistycznej i nietykalnych jak dotąd przedsiębiorców każda „krytyka” skazana będzie na pogoń za mitycznymi, czyhającymi na „prostego człowieka” i kradnącymi „elitami” – w obrębie których z równym powodzeniem umieścić można dziś biednych doktorantów i nauczycieli, jak i właścicieli dużych firm i spadkobierców kulczykowych fortun. Tego właśnie chce PiS, którego pomysł na „polski lud” i „Polaka” jest bardzo wyraźny: to polujący na sodomitów Polak-tylko-katolik, który walczy ze wszystkimi sąsiadami, przeciwko wszystkim postępowym ideom i na rzecz utrwalania nacjonalistycznego ciemnogrodu, którego istnienie jest zresztą po prostu skrytym życzeniem samego kapitału, który w ten właśnie sposób pozbywa się odpowiedzialności za politykę i zwala swe winy na barki złych ludzi z partii rządzącej. Tak otumaniona klasa pracująca staje się zresztą całkowicie bezwolna, bierna i bezradna w obliczu ataków ze strony samego kapitału.

Nie istnieje więc żaden „lud” do którego trzeba się zniżać i na którego poparcie przepis posiada rzekomo wyłącznie PiS. Prawie wszyscy żyjemy już w kręgu tej samej socjalizacji i w coraz bardziej jednorodnej kulturze.

Uniwersalna, przemysłowa kultura generowana przez współczesny kapitalizm wytwarza możliwości raczej łatwego nawiązywania wspólnego języka ze wszystkimi. Żyjemy w erze wielkiej uniformizacji. Oglądamy, czytamy i pozostajemy w kręgu podobnych treści. Powoli są to już zresztą treści przede wszystkim o pochodzeniu zagranicznym, czego kwintesencją jest m. in „Netflix”, będący zinstytucjonalizowaną i zintegrowaną siecią produkcji kulturowej rodem prosto z prognoz Theodora Adorno. Dlatego właśnie budowanie tożsamości młodych pokoleń na Żołnierzach Wyklętych nigdy w pełni się nie powiedzie. PiS-owi po prostu zabraknie do tego miejsca na Youtubie, filmów w kinach, wyświetleń na instagramie i filmików na snapchacie. Prawicowa repolonizacja kultury nie jest już możliwa. To przedpotopowa bajka dla oderwanych i naiwnych.

Cała współczesna narodowa hucpa jest zresztą tylko mało popularną stylówą, która opiera się na sentymencie do podziałów rodem z czasów Powstania Warszawskiego. Trudno już nie traktować tego z przymrużeniem oka. Podobnie społeczeństwo traktuje też w gruncie rzeczy cały blichtr PiS-owskich darów. Już za 10 lat ostatni żywi świadkowie Wojny przejdą do historii, a PiS-owska estetyka, której główną siłą jest wieczne pragnienie zemsty na Niemcach i Rosjanach ostatecznie przejdzie już do lamusa.

W tej sytuacji wystarczy wiedzieć jak odpowiednio się zachować. Kluczem do politycznego sukcesu pozostaje kwestia stosowania odpowiedniego języka, bycia zrozumiałym i czytelnym, a także bliskim wyobraźni świata pracy – a nie świata biznesu. Spajająca siła nacjonalizmu z przyczyn obiektywnych – głównie z uwagi na słabość polskiej gospodarki i ze względu na rzeczywiste warunki życia w naszym kraju – zawsze będzie płytka i prymitywna.

Nowe problemy: katastrofa klimatyczna, kwestia migracji, miejsce pracownika i jego prawa w turbokapitalistycznym świecie chwilówek-śmieciówek… będą kształtowały zupełnie nowego i odpornego na kapitalistyczną propagandę sukcesu człowieka.

I o tych ludzi trzeba walczyć.

W Polsce, czyli nigdzie. Tymczasem w Europie

Pod naciskiem pisowskich fanatyków i nieuków z Zamościa, usunięto (lub zamierza się usunąć z fasady jednej z kamienic tego miasta – trudno nadążyć za skalą i tempem ich głupoty), na mocy tzw. ustawy dekomunizacyjnej, tablicę upamiętniającą miejsce urodzin Róży Luksemburg. Ta wybitna polska socjaldemokratka (SdKPiL) żydowskiego pochodzenia jest postacią, która ma poczesne miejsce we wszystkich europejskich, szkolnych podręcznikach historii nie tylko lewicy, ale także historii powszechnej. Tylko nie w polskich. Z kolei na naukową konferencję o Karolu Marksie w nadbałtyckim Pobierowie nasłano niedawno policję.

 

Podczas berlińskiej tzw. rewolucji Spartakusa w 1919 roku Luksemburg została zamordowana (wraz z Karlem Liebknechtem), w parku Tiergarten przez grupę reakcyjnych niemieckich oficerów, którzy wrzucili jej ciało do pobliskiego Landwehrkanal (śródmiejski kanał wodny). Właśnie dokładnie w tym miejscu, tuż obok Lichtensteinbrücke (mostu Lichtenstein), metalowe litery jej z jej imieniem i nazwiskiem posadowione zostały na metalowym cokole. Jednak, jako się rzekło, podczas gdy Niemcy i Europa pamiętają o wielkiej Róży, honorują jej miejsce w historii i mają dla niej co najmniej szacunek, dla pisowskich aparatczyków polsko-niemiecka komunistka żydowskiego pochodzenia, która podawała w wątpliwość celowość obudowywania państw narodowych, w tym Polski (tzw. luksemburgizm) jest postacią nienawistną. Na dźwięk jej imienia i nazwiska zawołali więc „A kysz!”

Z kolei niedaleko od słynnego Aleksanderplatz z monumentalną wieżą telewizyjną, będącą jednym z emblematów Berlina, można zobaczyć dubeltowy, figuralny pomnik Karola Marksa i Fryderyka Engelsa. To właśnie nazwisko pierwszego z nich zmobilizowało polską policję, kierowaną przez pisowski rząd, by zamiast ścigać przestępców, zajęła się represjonowaniem spokojnych filozofów z Uniwersytetu Szczecińskiego i ich gości. To samo zapewne spotkałoby historyków, gdyby zorganizowali konferencję poświęconą Róży Luksemburg lub Julianowi Marchlewskiemu, innemu wybitnemu działaczowi polskiej, niemieckiej i europejskiej lewicy, który jest patronem jednej z ulic we wschodniej części Berlina (Marchlewskistrasse).

Jak zatem widać, Polska pod rządami PiS pogrąża się w odmętach klerykalno-nacjonalistycznego błocka i coraz bardziej rozmija się z czuciem, myśleniem i ideami cywilizowanej Europy. Polsce bliżej już raczej do klimatu mentalnego rodem z innej berlińskiej historii, z roku 1906, tym razem groteskowej, w której główną rolę odegrał tzw. kapitan z Köpenick. Ten przebrany za oficera bezrobotny szewc nazwiskiem Voigt aresztował burmistrza naówczas podberlińskiego miasteczka, (dziś wschodniej dzielnicy miasta), wykorzystując ślepy pruski szacunek dla munduru. Kto wie czego mógłby dziś dokonać w Polsce ktoś, kto pragnąc podstępem wymusić jakąś administracyjną decyzję, podałby się fałszywie za pisowskiego aparatczyka…

Lekcja Pobierowa

Pisanie w afekcie, nigdy nie jest dobrym doradcą. Dzisiaj już przyblakło głębokie rozżalenie informacją o wizycie policji na organizowanej w Pobierowie przez Uniwersytet Szczeciński Konferencji poświęconej Karolowi Marksowi z okazji dwustulecia jego urodzin.

W końcu trzy tygodnie wcześniej uczestniczyłem analogicznej konferencji w Turawie organizowana przez Uniwersytet Opolski i Centrum im. Ignacego Daszyńskiego a w połowie czerwca ma odbyć się w Warszawie konferencja organizowana przez Uniwersytet Warszawski. Jako osoba, która uczestniczyła w jednej z tych konferencji a wysłała zgłoszenie na drugą, czułem się oszukany przez los, który pozbawił mnie największej atrakcji sezonu.
Jeżeli jednak przyjrzeć się samemu wydarzeniu sine ira et studio sprawa jest niestety znacznie poważniejsza.
Na polecenie prokuratury policja weszła na Uniwersytet żeby sprawdzić, jak wynika z doniesień prasowych, czy przypadkiem uczestnicy konferencji naukowej w ramach swojej działalności nie „propagują publicznie treści totalitarnych”?
Jak głosi cytat z oświadczenia prokuratury:
„Z uwagi na złożenie do prokuratury pisma, w którym osoba zawiadamiająca wskazała, iż istnieje podejrzenie, że podczas organizowanej konferencji pt. „Karl Marx 1818-2018, urodziny Karola Marksa”, może dojść do publicznego propagowania treści totalitarnych, prokurator bez wszczynania śledztwa zlecił właściwej miejscowo jednostce policji, jedynie poczynienie ustaleń w zakresie kwestii będących przedmiotem zawiadomienia, w celu jego zweryfikowania, niezbędnych do podjęcia decyzji merytorycznej – wyjaśnia prokurator….”.
Jak wynika z owego cytatu w Polsce uczelnie wyższe znajdują się pod nadzorem prokuratury w zakresie nauczanych przez siebie treści. Co więcej to prokuratorzy, ni mniej ni więcej, tylko oceniają merytorycznie to co się na uczelniach dzieje. Skoro to prokuratorzy ocenia merytorycznie to nasuwa się oczywiste pytanie dlaczego sami nie uczą? Może im się nie chce, ale dlaczego nie zatwierdzają programów nauczania to już jest pytanie znacznie poważniejsze. Bo przecież powinni. Ktoś kto chce zorganizować konferencję naukową powinien zgłaszać się do prokuratury z programem do zatwierdzenia. Żeby uniknąć kłopotów należałoby się chyba zwracać do prokuratury o wysyłanie policyjnych obserwatorów na konferencje naukowe. Jest jeszcze jeden problem. Konferencja w Pobierowie odbywała się w budynku należącym do uniwersytetu. A gdyby odbywała się w jakimś hotelu czy ośrodku konferencyjnym pozbawionym tego statusu, to co wtedy?
Wszystkie te problemy nie są niczym szczególnym. Są one normą w państwach autorytarnych czy tez tzw., „totalitarnych”. To, że Korei Północnej, Chińskiej Republice Ludowej, istnieją takie mechanizmy, a w Arabii Saudyjskiej chyba nie istnieje nawet nauka jest oczywiste i nie budzi wątpliwości ani zdziwienia. Zdziwienie budzi to, że w Polsce obowiązują reguły Arabii Saudyjskiej a nie jakiejś tzw. demokracji Zachodu.
Coraz bardziej otwarcie, i coraz więcej osób mówi, że w Polsce mamy dyktaturę, i zgadzam się z nimi w stu procentach. Można by więc powiedzieć że skoro mamy dyktaturę to legitymowanie jakichś tam „wykształciuchów” jest czymś oczywistym. Problem polega na tym, że organizatorzy tych działań działają we własnym przekonaniu, w oparciu o konstytucję z 1997 roku i ustawy i prawa z niej się wywodzące. Ziobroratura jest tutaj tylko bardziej konsekwentna od prokuratur ją poprzedzających w rozwoju historycznym. Warto więc się temu przyjrzeć.
Niewyczerpanym źródłem, wszelkiego rodzaju zakazów i nakazów mających zbliżać nas do Republiki Islamskiej jest ponoć artykuł !3. naszej ustawy zasadniczej, który przypomnijmy in extenso:
„Art. 13. Zakazane jest istnienie partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu, a także tych, których program lub działalność zakłada lub dopuszcza nienawiść rasową i narodowościową, stosowanie przemocy w celu zdobycia władzy lub wpływu na politykę państwa albo przewiduje utajnienie struktur lub członkostwa.”
Otóż, gdy się czyta ten dokument, trudno nie zauważyć, że artykuł ten dotyczy organizacji politycznych i praktyki politycznej. Mówi się o „metodach i praktykach”, „programach i działaniach”. Można zasadnie domniemywać, że skoro ustawodawca mówi o „metodach i praktykach” to odróżnia je od „teorii i symboli” bo inaczej poco by to robił. Co więcej można domniemywać, że skoro zakazuje „metod i praktyk” to nie odnosi tego „teorii i symboli” dokładnie na takiej zasadzie jak zakaz publicznego uprawiania stosunków seksualnych zakłada swobodę ich uprawiania prywatnie.
Jest, jak sądzę, rzeczą oczywistą, że z taka samą sytuacją mamy do czynienia w przypadku „nazizmu, faszyzmu i komunizmu”. Imiennie zakazane zostały „metody i praktyki” żeby nie zakazywać „teorii i symboli”. Swój sąd o tym, że ustawodawca unikał zakazania „teorii i symboli” opieram na znajomości elementarnych zasad ustroju demokratycznego.
Demokracja jest ustrojem, w którym władza najwyższa należy do ludu czyli ogółu mającego prawa obywatelskie i wyborcze i podejmującego decyzje w głosowaniach. Jeżeli przyjmuje się taki ustrój jako sensowny to tylko wtedy gdy uznaje się obywateli za wystarczająco inteligentnych bu podejmować sensowne decyzje. Oczywiście dotyczy to zawsze zdecydowanej większości, która przeważa nad mniejszością do tego niezdolną (bo oczywiście, istnienia w społeczeństwie mniejszości ludzi niepełnosprawnych intelektualnie, czy też „sprawnych inaczej” nie można wykluczyć).
Ci należący do większości, zdaniem demokratów, z założenia maja zdolność czytania ze zrozumieniem i refleksji nad własnymi przeżyciami a więc w związku z tym powinni mieć prawo nieograniczonego dostępu do informacji niezbędnych dla samodzielnego podejmowania decyzji. Prowadzi to do tego, że elementarną przesłanką demokracji jest nieograniczony dostęp do informacji i swoboda wypowiedzi. Zakazywanie czegokolwiek w tej sferze jest ograniczaniem demokracji i otwieraniem drogi do manipulacji informacją, zakazywania, ograniczania itd.. Uniemożliwiania sytuacji kiedy przez manipulację np. edukacją szkolną rządzący mogą wychowywać sobie przyszłych wyborców. Gwarancje wolności słowa, swobody informacji i obiektywności treści kształcenia to „fundamentalne fundamenty” demokracji.
Dlatego autorzy polskiej Konstytucji z 1997 roku napisali to co napisali. Pisząc o „metodach i praktykach” zwracali za to uwagę na niebezpieczeństwo mechanizmów wywierania presji, zastraszania, szykanowania, szczucia itd., które okazały się odgrywać rolę w zdobywaniu i sprawowaniu władzy przez „nazizm, faszyzm i komunizm” chociaż niestety nie stanowią ich monopolu.
Twórcy polskiej Konstytucji 1977 usiłowali ją pisać dla państwa demokratycznego niestety wyszło jak zwykle.
Chociaż może się to wydać wydumanym paradoksem losy Konstytucji z 1997 roku zadecydowały się już na początku lat dziewięćdziesiątych. Rozczarowanie do rządów elit solidarnościowych, które doprowadziło do powrotu lewicy na scenę polityczną: prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego i rządów Józefa Oleksego Włodzimierza Cimoszewicza, Leszka Millera i Marka Belki wywołało w nich głęboki uraz. Każdy kij na lewicę wydawał się dobry. Prawne ekscesy takie jak „nieprzedawnialne zbrodnie komunistyczne” obejmujące zwykłe przestępstwa a nawet wykroczenia, powołanie Instytutu Pamięci Narodowej, akcje niszczenia pomników i miejsc pamięci, tworzenie zideologizowanyh historycznych pseudo-muzeów, zakazywanie symboli „totalitarnych”, oficjalny kult „żołnierzy wyklętych” to działania nie mające żadnego umocowania w prawnym ładzie konstytucyjnym państwa, a najczęściej stanowiące ostentacyjną kpinę z pryncypiów ustrojowych „demokratycznego państwa prawa”.
Gdyby tylko do kpiny rzecz całą sprowadzić byłoby pół biedy rzecz jednak polega na tym że walcząc „teoriami i symbolami” reaktywowano z cala mocą „totalitarne metody i praktyki”, o których mówiła Konstytucja z 1997.
Wspólnym wysiłkiem PO-PISu ponad wszelkimi podziałami wskrzeszono grzebanie w życiorysach, zastraszanie, zbiorową odpowiedzialność, polowania na czarownice, mityczną bezczasowość, w której nic nie przestaje być aktualne i trwa nieustanny sabat czarownic. Permanentna polska „Noc Muzeów” wskrzesza, zapomniane strofy Heinricha Heinego o „… ojczyźnie fałszywej gdzie tylko niedola i hańba są żywe, gdzie każdy kwiat wcześnie zerwany schnie marnie, gdzie robak zgnilizną i próchnem się karmi”. Nic dodać nic ująć.
Ład polityczny, w którym działalność uniwersytetów znalazła się pod ideologiczną kuratelą Prokuratury, realizowanej przez Policję nie jest niestety efektem działań Zbigniewa Ziobro ani dyktatora Jarosława Kaczyńskiego. Jest on wspólnym wytworem całego gremium, w którym obok nich poczesne miejsce należy się Donaldowi Tuskowi, Grzegorzowi Schetynie, Adamowi Michnikowi, Sławomirowi Sierakowskiemu i całym reprezentowanym przez nich środowiskom Platformy Obywatelskiej (ze szczególnym uwzględnieniem klubu poselskiego), Gazety Wyborczej i Krytyki Politycznej. Oczywiście nie chcę generalizować. W tej Sodomie jaką stała się polska „demokracja” byli z pewnością jacyś sprawiedliwi, ale nie wystarczyło ich aby Jehowa powstrzymał karzącą dłoń.
Zainaugurowana jeszcze w latach siedemdziesiątych polityka opozycji naonczas „demokratycznej” wspólnego frontu pod hasłem „nie ma wroga na prawicy” przyniosła dzisiaj zatrute owoce „dając drogę brunatnym batalionom”. Być może Jarosław Kaczyński przegra już najbliższe wybory, ale destrukcji instytucji polskiej demokracji i unicestwiania demokratycznej kultury politycznej to nie powstrzyma. Dając przyzwolenie na antykomunistyczną histerię elity polityczne III RP wpuściły w krwioobieg polskiej polityki mówiąc słowami „zdekomunizowanego” Leona Kruczkowskiego „zatruty jad czasów pogardy” i to pozostanie na długo. Młodzi narodowcy, „patrioci”, Wszechpolacy, ONRowcy, kibole, antysemici, itd., itp. będą nam towarzyszyli jeszcze długo, jeżeli kiedyś nie przejmą sterów. W końcu są młodzi i to nich należy przyszłość.

Łupienie wolności

Czym jest wolność? To krótkie słowo oddaje tysiące znaczeń i bez wątpienia o tej jednej z podstawowych cnót pisać można mnóstwo.

Wiele już też napisano o walce o nią. Jeden aspekt jest jednak wciąż nieuchwytny – to jak ją tracimy. Zawsze dzieje się to powoli. Niespiesznie władza odbiera nam nasze prawa. Jedno po drugim. Na początku nie reagujemy, zadowalamy się tym, że to dla naszego bezpieczeństwa, dla wyższego dobra, w imię ojczyzny, wiary, honoru, aż w końcu budzimy się całkowicie ograbieni z wolności, nawet tej osobistej.
W Polsce wciąż wielu obywateli myśli, że im to nie grozi ale prawda jest taka, że do jej grabieży dochodzi na każdym kroku. To podkradanie ma nie tylko twarz głośnych i oprotestowanych ustaw odbierających prawo o decydowaniu o samym sobie czy czyhających na niezawisłość sądów. Łupienie praw nabytych przejawia się też w działaniach, które mało kto zauważa np. takich jak policyjna interwencja na konferencji naukowej o Karolu Marksie.
Pobierowo. Mała miejscowość w województwie zachodniopomorskim. Szerzej znana jako nadmorski ośrodek wypoczynkowy w ostatnim czasie znalazła się pod lupą władzy. Wszystko przez konferencję naukową, co do której rządzący mieli wątpliwości czy jest propolska. Teraz bowiem za działalność antynarodową rozumie się mówienie o myślach, idach i poglądach innych niż te wyznaczone przez Jarosława Kaczyńskiego.
Tych w Pobierowie była cała masa, prelegenci mówi o myśli pedagogicznej Paula Freirego, Antonio Gramsciego i Marthy Nussbaum, a także politycznej twórczości Zygmunta Baumana. Takie krzewienie „niepoprawnych” myśli skłoniło do wysłania patrolu policyjnego kontrolującego polskich naukowców.
Chora władza PiSu staje się coraz bardziej arogancka i niebezpieczna. Historia z Pobierowa pokazuje jak zatrute staje się obywatelskie powietrze wolności i jak szybko trzeba przewietrzyć sejmowe korytarze aby wolność nie stała się jedynie wspomnieniem!