Bonapartyzm jako refren historii

„18 brumaire’a Ludwika Bonaparte”,  to pamflet polityczny napisany przez Karola Marksa między grudniem 1851 i marcem 1852. Po raz pierwszy ukazał się w niemieckojęzycznym periodyku „Rewolucja” wydawanym w Nowym Jorku w 1869 roku. Tekst jest analizą dokonanego we Francji przez Ludwika Napoleona Bonapartego zamachu stanu 2 grudnia 1851.

Marks zastosował swoje pracy w pracy opracowaną przez siebie metodologię materializmu historycznego. Porównuje zamach stanu do przejęcia władzy przez Napoleona Bonapartego w 1799.
W przedmowie Marks stwierdził, iż celem pracy było udowodnienie, jak przebieg walki klasowej we Francji stworzył takie stosunki i okoliczności, które pozwoliły postaci groteskowo przeciętnej odegrać rolę bohatera. W dziele tym Marks przeanalizował analizował również rolę jednostek i sytuacji ekonomicznej w kreowaniu historii. Wielu późniejszych badaczy autorytaryzmu i faszyzmu interesowało się przedstawioną w pracy marksistowską koncepcją historiograficzną. Do dzisiaj pamflet ten jest uważany przez marksistów za jedną z kluczowych analiz Marksa. W Polsce ukazał się m.in. po wojnie w cyklu dzieł klasyków marksizmu-leninizmu nakładem wydawnictwa książka i wiedza. „18 brumaire’a Ludwika Bonaparte” Karola Marksa” ukazał się też nakładem, Krytyki Politycznej, z obszerną przedmową-esejem Marka Beylina, zatytułowanym „Marks patrzy na populizm”.
Opowiadając o okolicznościach dojścia do władzy Ludwika Bonapartego Marks, a wcześniej w przedmowie Beylin, opowiadają o narodzinach politycznych mechanizmów, z którymi mamy do czynienia do dziś, rzecz jasna w kształcie wyraźnie z oczywistych względów zmodyfikowanym.
Co za tym idzie, mamy do czynienia podobnymi, jak się okazuje trwałymi mechanizmami władzy politycznej. Przypomnijmy bowiem, że Ludwik Bonaparte był pierwszym władcą w dziejach nowożytnego świata (demokracja ateńska to osobny i zamierzchły rozdział), który doszedł do władzy jako prezydent Republiki Francuskiej w wyniku co prawda cenzusowych, ale jednak demokratycznych wyborów, w których wzięło udział kilka milionów obywateli, w tym chłopów.
I który dwa lata później, 2 grudnia 1851 roku obalił ową reglamentowaną demokrację parlamentarną ogłaszając się cesarzem Francuzów jako Napoleon III. Beylin zwraca uwagę, że stała aktualność pamfletu Marksa polega na tym, iż po latach okazało się, iż losy i mechanizmy władzy Ludwika Bonaparte, to „laboratorium nowoczesnych technik dominacji nad społeczeństwem. To zjawisko w wersji skrajnej, gdy przybierało postać totalitaryzmu, doczekało się późniejszych, mistrzowskich analiz, choćby Orwella i Klemperera, zaś w wersjach umiarkowanych, jako autokratyczny populizm, jest wciąż częścią naszego politycznego otoczenia”.
Bonapartyzm, który jest tematem pamfletu Marksa okazał się trwałym składnikiem techniki walki politycznej lub władzy, zwłaszcza, choć nie tylko, na prawicy, bo i lewica bywa nim dotknięta, a jak się okazuje bywa nim dotknięte także „liberalne centrum”.
Nikt zatem nie jest bez grzechu. Ta „mieszanina autorytaryzmu i uznania ludu za suwerena, antyparlamentaryzmu i demagogii socjalnej, kultu wodza i wielkości Francji, nacjonalizmu i populizmu z powodzeniem zagnieździła się w demokratycznej republice”. I mimo, że zrodził się w wieku XIX, jest bardzo blisko nas, w rzeczywistości przetworzonej przez nowe technologii i globalizację.
Wszystko to jednak dokonuje się podczas kalejdoskopowej zmienności form życia. Dlatego, paradoksalnie, „18 brumaire,a…” jest także esejem o zmienności form życia i „farsie przekonań o stałości i farsie przekonań o stałości świata”.
Oto istota heglowsko-marksowskiej dialektyki. Czy to pocieszenie? Nie jestem pewien.
Karol Marks – „18 brumaire’a Ludwika Bonaparte”, Wyd. Krytyki Politycznej, Warszawa 2011, str. 300, ISBN 9788362467358 .

Marks miał rację! I co dalej?

Koszmarne deja vu – z takim uczuciem coraz częściej oddaję do publikacji wiadomości ze świata. Proces 108 działaczy Ludowej Partii Demokratycznej w Turcji przypomina niegdysiejsze zbiorowe procesy socjalistów, a jeszcze wcześniej – bojowników z caratem (i z kapitalizmem równocześnie).

Porównywanie wyzysku w Amazonie do pracy w XIX-wiecznej fabryce narzuca się nie tylko mnie, ale nawet niektórym dziennikarzom dalekim od lewicy. Historia ruchu robotniczego materializuje się także gdzie indziej: siłowe rozpędzanie demonstrantów i strzelanie do nich tak, by zrobić krzywdę, widzieliśmy w ostatnich latach nawet na ulicach „wzorowo demokratycznej” Francji.
Strzela się zresztą już wszędzie: ostatnio w Kolumbii, wcześniej w Chile czy na Bliskim Wschodzie. A gdy demonstranci zostaną rozproszeni, elity rządzą, tak, jak rządziły do tej pory. Znowu deja vu: są ci, którzy mają rządzić, ci, którzy mają wieść wygodne życie i ci, którzy mają na to pracować.
Wypadła parę dni temu rocznica urodzin człowieka, który ten mechanizm opisał. Lewicowcy wszystkich krajów wspominają dziś Karola Marksa, z satysfakcją dodając: miał rację.
Wyłożył, czym jest wartość dodatkowa i wyzysk, otworzył nam oczy na podział klasowy i jego konsekwencje. Wyjaśnił, dlaczego kapitalizm, póki istnieje, będzie przechodził cyklicznie kryzysy, których ciężar rządzący będą za każdym razem spychać na ludzi pracy.
Zasugerował nam – co prawda oględnie – wizję innego społeczeństwa. Zasugerował, nie obiecał: wbrew temu, co implikują mu liberalni krytycy, nie przesądził, że socjalizm powstać musi.
Powinien, jeśli nie chcemy wyniszczyć siebie i planety, ale przecież nikt nam nie zabroni dokonać samozagłady. (Pesymista dodałby: mamy ku temu wręcz inklinacje).
Najwięcej wniosków z Marksa wyciągają dziś jego wrogowie. Rządzący – nie tylko polscy – wyspecjalizowali się wręcz w przekierowywaniu społecznych debat i napięć z dala od kwestii klasowych. Kapitalizm naszych czasów, ten z Amazonem i monopolem Facebooka (o monopolach Marks też pisał!), jak nigdy maskuje swoją obrzydliwą twarz. Woli sprzedawać opowieść o wytrwałości i wczesnym wstawaniu, zamiast, jak 150 lat temu, walić prosto z mostu: życie robotnika jest nic nie warte.
Umie być tęczowy, otwarty, mówić o wolności i wyrażaniu samego siebie, sprzedając przy okazje rozmaite gadżety. Umie transferować najbardziej odrażający wyzysk, najbardziej prymitywną akumulację do krajów trzeciego (czwartego, piątego…) świata, żeby na bogatej Północy zachować przez większość czasu trochę ładniejszą twarz.
Żeby łudzić ludzi: nie jest tak źle, jeśli tylko będę ciężej pracował, może nawet być dobrze. (Oczywiście kiedy zaczyna być źle i ludzie się buntują, ładniejsza twarz znika – znowu patrz Francja i żółte kamizelki).
Pisanie, że Marks miał rację, nic nam nie da. Osiągnięcia socjalne ludzi, którzy jako pierwsze pokolenia inspirowali się jego myślą, właśnie są demontowane. W różnym tempie, ale jednak. Lepiej nie będzie, żaden kryzys nie sprawi, że rządzący przejrzą na oczy i zrewidują działanie systemu.
Ten, który przeżywamy obecnie, też nie: Europejski Fundusz Odbudowy i jego polska wersja są pakietami rozwiązań liberalnych, kapitalistycznych, a nie propozycjami, jak budować lepszy świat dla wszystkich. Poza Europą w czasie kryzysu również wygrywa filozofia: niech biedni zapłacą! (Albo umrą z głodu).
Stawiajmy pytania Marksowi, o Marksa. Jak możemy przemówić antykapitalistycznym językiem do rozproszonych pracowników, którzy od niczego nie są dalsi, niż od świadomości klasowej w dawnym rozumieniu?
Którzy, wyalienowani i wyizolowani, nie mają wręcz obiektywnych warunków, by tę świadomość zdobyć?
Jak pomagać zrozumieć – sobie i innym – gdzie leży najgłębsze źródło nierówności, dyskryminacji, nakręcania nagonek na tle narodowym czy tożsamościowym?
Jak pójść krok dalej, poza masowe, ale niezorganizowane demonstracje, które wykrzykują swoje najsłuszniejsze postulaty i bolączki, po tym, rozpędzane lub ignorowane, rozchodzą się, zostawiając ludzi z bólem, frustracją i nierozwiązanymi, ale przecież prawdziwymi problemami?
Czy wielkie partie, które niegdyś wygrywały rewolucje i przełomowe reformy, mogą jeszcze zaistnieć?
Czy mamy w ogóle szanse – jako pracująca większość – wygrać, skoro tyle już przegraliśmy?
Poszukujmy odpowiedzi, spierajmy się, dyskutujmy i walczmy, jeśli Marks i jego obietnica coś dla nas znaczą. Bez tego wstawianie zdjęć brodatego filozofa na Instagrama czy na koszulkę nie ma większego sensu.
Chyba że dla kapitalistów – bo ruch wygenerowany przez nasze posty i te koszulki to też towar, na którym można zarobić.

150 rocznia utworzenia Komuny Paryskiej „Szturmem chcieli zdobyć niebo…”

Komuna Paryska – pierwszy w dziejach rewolucyjny rząd proletariatu – działała od 18 marca do 28 maja 1871 r. 72 dni jej istnienia były poprzedzone wrzeniem rewolucyjnym nie tylko w stolicy Francji, ale w całym tym kraju.

Wrzenie to zapoczątkował w 1869 r. – obejmujący prawie cały Basen Loary – strajk górników, walczących o 8-godzinny dzień pracy. Splot następujących po tym wydarzeń (zwłaszcza wojna francusko-pruska) doprowadził do wybuchu 4 września 1870 r. w Paryżu rewolucji. W jej efekcie, zdetronizowano Napoleona III (tym samym nastąpił formalny kres II Cesarstwa) i proklamowano III Republikę z reprezentującym interesy burżuazji Rządem Obrony Narodowej na czele.

5 września 1870 r. – dzień po proklamowaniu Republiki – ludzie awangardy rewolucyjnej, „pragnąc – jak to skonstatował Lissagaray (autor monumentalnego dzieła Historia Komuny Paryskiej 1871) – scentralizować siły partii* czynu do obrony i zachowania Republiki zaproponowali na zebraniach publicznych, aby każdy okręg Paryża naznaczył swój komitet czujności, który by kontrolował merów i przyjmował reklamację. Każdy komitet miał mianować czterech delegatów; razem stanowiliby oni Komitet Centralny dwudziestu okręgów. Ten nie dość sprecyzowany – pisze dalej Lissagaray – system wyborów dał komitet, który składał się z robotników, urzędników, pisarzy znanych z udziału w ruchach rewolucyjnych i zebraniach ostatnich lat”. Komitet Centralny był ciałem wybranym z gwardii narodowej. Ukonstytuowany 24 lutego 1871 r., miał za zadanie czuwać nad bezpieczeństwem Paryża i dawać odpór tym intrygom monarchicznym, które występowały w łonie rządu i mogły w danym razie zburzyć republikę przez lud paryski 4 września ogłoszoną.
15 września Komitet Centralny ogłosił manifest z żądaniem: „wyborów do władz miejskich, przejęcia przez te władze policji, wybieralności i odpowiedzialności wszystkich urzędników, całkowitej wolności prasy, zebrań i stowarzyszeń, konfiskaty wszystkich artykułów pierwszej potrzeby i ich racjonowania, uzbrojenia wszystkich obywateli, rozesłania komisarzy, którzy by postawili prowincję na nogi”. Według Lissagaraya, „w żądaniach tych nie było nic niezgodnego z prawem”.

Żądania te zaczęto realizować w pełni dopiero pół roku później po utworzeniu i ukonstytuowaniu się Komuny Paryskiej. Należy przy tym zważyć fakt, że obie rewolucje tj. jedna z 4 września 1870 r., a druga rozpoczęta 18 marca 1871 r., naznaczone były piętnem wojny; a prawa wojny często są odmienne od praw pokoju.

W tym miejscu zrodziła się we mnie refleksja, dotycząca osób, które z zasady krytycznie odnoszą się do rewolucji, zwłaszcza dokonywanych pod czerwonym sztandarem. Osoby te dość często używają argumentu, że nikt nie ma prawa narzucać swej woli innym ludziom, jeżeli jest to sprzeczne z ich wolą. Teoretycznie całkowicie mają rację. Jakże, jednak wiele z tych, tak pięknie myślących osób używa w kontaktach międzyludzkich – nie zauważając tego – przemocy nawet ponad miarę. „Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz? (Mt. 7,3)
Oceniając działania ludzi w przeszłości warto zastanowić się czy, gdybyśmy się znaleźli w podobnie dramatycznych okolicznościach jak oni, potrafilibyśmy postąpić inaczej. Sytuację przed, w trakcie i po upadku Komuny Paryskiej 1871 roku, warto przeanalizować nie tylko w aspekcie walki pomiędzy antagonistycznymi ugrupowaniami ludzkimi, ale jeszcze bardziej wewnętrznej walki jaką poszczególni bohaterowie tego dramatu prowadzili sami ze sobą.

W poprzednim odcinku niniejszego cyklu pozwoliłem sobie na porównanie prosperity za rządów Napoleona III we Francji z dynamicznym wzrostem gospodarczym za tzw. gierkowskich czasów w Polsce. Zarówno w jednym jak i drugim przypadku sytuacja nie była idealna, ale po dramatycznych wydarzeniach kończących te w miarę spokojne okresy egzystencji narodu francuskiego i polskiego, doszło do gwałtownego wzrostu antagonizmów społecznych. Nie w sposób, nie zauważyć, że po zwycięstwie ruchu Solidarność w roku 1981, a jeszcze bardziej po wyborach w 1989 r., paradoksalnie zniknęła dotychczasowa solidarność w naszym narodzie. Dobrze, że powstał system wielopartyjny, bardzo źle, że od wielu lat wśród Polaków wzrasta poziom wzajemnych nienawiści (wg mojej oceny w okresie PRL-u zjawisko to występowało bardzo rzadko i natychmiast w wyniku reakcji nie tylko władz ale jeszcze bardziej sił społecznych było likwidowane w zarodku). Na szczęście żyjemy w czasie pokojowym i w sposób pokojowy udaje się nam rozwiązywać pojawiające się konflikty, nie tylko po to, aby się nie powtórzyła, ale jeszcze bardziej, by na wyciągniętych z niej naukach budować lepszą przyszłość.

Zanim powrócę do głównego wątku mojej narracji, pozwolę sobie na jeszcze jedną dygresję: otóż 46 lat po upadku Komuny Paryskiej doszło poniekąd do powtórki scenariusza wydarzeń; tylko, że nie we Francji, lecz w Rosji. Tak jak Rewolucja 4 września 1870 w Paryżu poprzedziła Komunę Paryską 1871 roku, tak następstwem Rewolucji Lutowej 1917 roku w Piotrogrodzie, była w tym samym roku i tym samym mieście Rewolucja Październikowa. Ta ostania była wygrana, między innymi dzięki temu, że jej twórcy z Włodzimierzem Leninem wyciągnęli wnioski z błędów i doświadczeń rewolucjonistów francuskich sprzed blisko półwieku i kierowali się wskazaniami, Marksa, który zawczasu z ubolewaniem przewidział klęskę „dyktatury proletariatu” w wydaniu Komuny Paryskiej.

Aczkolwiek Karol Marks był duszą I Międzynarodówki i jej głównym teoretykiem, to organizacja ta pozostała luźną do końca swego istnienia. Praktycznie miała bardzo znikomy wpływ decyzyjny na działania rewolucjonistów francuskich. Powstały we wrześniu 1870 roku Komitet Centralny dwudziestu okręgów Paryża, chociaż korzystał z sali Międzynarodówki i Federacji Izb Robotniczych, nie był organem tych organizacji. Izby zawiesiły swe prace, wojna bowiem i służba w gwardii narodowej oderwała je od dotychczasowych prac. Natomiast część działaczy zawodowych i członków Międzynarodówki weszła do komitetów czujności i Komitetu Centralnego. Trzeba zaznaczyć, że francuskie sekcje I Międzynarodówki w większości były opanowane przez osoby mające często odmienne zdanie niż Marks. Dominowali wśród nich zwolennicy Louisa Auguste Blanqui (blankiści), Pierre Josepha Proudhona (proudhoniści), Michała Bakunina (anarchiści).

Bakunin – rosyjski rewolucjonista wstąpił do Międzynarodówki pod koniec 1868 roku, mając nadzieję, że przy jej pomocy wznieci ogólnoświatową rewolucję. W niedługi czas po tym założył własną organizację. Alians Demokracji Socjalistycznej. Natarczywie przy tym domagał się od Rady Generalnej przyjęcia Aliansu do Międzynarodówki w charakterze samodzielnej organizacji. Rada Generalna nie zgodziła się na to i zażądała rozwiązania Aliansu. Bakunin pozornie podporządkował się tej decyzji, potajemnie jednak zachował swą organizację, choć aliansiści stali się członkami Międzynarodówki.

Jak tylko doszła go wieść o kapitulacji Napoleona III pod Sedanem (2 września 1870 r.) napisał obszerny list do sekcji Aliansu w Lyonie, wzywając do energicznego działania i ofiarowując swe usługi. Po zebraniu odpowiedniej sumy pieniędzy, wyruszył w podróż. 15 września był już w Lyonie. Dwa dni później został tu założony, według jego myśli, Komitet Ocalenia Francji, złożony z aliansistów. „W głowie mi się mąci – pisał Bakunin w liście do jednego ze swych rosyjskich przyjaciół, tak dużo tu roboty. Tu prawdziwej rewolucji jeszcze nie ma, lecz będzie i wszystko przygotowuje się i robi dla rzeczywistej rewolucji. Stawiam na kartę wszystko. Spodziewam się tryumfu”.

26 września na tłumnym wiecu w Lyonie postanowiono założyć Federację Rewolucyjną Gmin Rzeczypospolitej Francuskiej. Wywieszono plakaty z ułożoną przez Bakunina proklamacją: „Stan opłakany, w jakim znajduje się kraj, niemoc władz urzędowych i indyferentyzm klas uprzywilejowanych zaprowadziły naród francuski na kraniec zguby (…)
Jeżeli lud rewolucyjnie zorganizowany, nie pośpieszy z czynem, to przyszłość jego zginęła, wszystko zginęło. Zważywszy rozmiary niebezpieczeństwa i biorąc pod uwagę, że nie można odkładać ani na chwilę rozpaczliwego wystąpienia ludu, delegaci sfederowanych Komitetów Ocalenia Francji, łącznie z Komitetem Centralnym, proponują przyjęcie następującej uchwały:                                                                                                 I. Machina administracyjna i rządowa państwa, które stało się bezsilne, kasuje się. Naród francuski powraca do pełni swych praw”.

W dalszych punktach proklamacji oznajmiano, że „zawieszeniu ulegają sądy karne i cywilne, kasuje się płatność podatków i hipotek(…)”, że „wszystkie organizacje samorządowe zastąpione zostają przez komitety ocalenia publicznego ocalenia, które znajdować się będą pod bezpośrednią kontrolą ludu.” Proklamacja kończyła się wezwaniem ludu „do broni!” i szeregiem podpisów łącznie z podpisem Bakunina.

Można się domyśleć, że pod wpływem liońskich towarzyszy tekst odezwy był mimo wszystko został stonowany. Nawet najradykalniejsi spośród nich, nie mogli się zgodzić na głoszoną przez Bakunina teorię rozpętania wszystkich złych instynktów i namiętności wśród ludu i wywołania chwilowej anarchii jako najskuteczniejszego środka rewolucyjnego. Od wielu lat przewidywał, że „świat podzieli się niechybnie na dwa obozy, obóz nowego życia i obóz dawnych przywilejów i że między tymi dwoma przeciwnymi obozami, utworzonymi, jak w czasie wojen religijnych, nie przez wieź narodową, lecz przez wspólność interesów, będzie musiała wybuchnąć wojna mordercza, bez pardonu i wytchnienia”.

Do Lyonu przyjechał z dwoma młodymi zagorzałymi zwolennikami swoich teorii, Rosjaninem Ozierowem i Polakiem Lenkiewiczem. Gdy jeden z nich zaczął głosić pogląd, że „tylko podpalenie, trucizna i sztylet mogą coś zdziałać” liońscy towarzysze potraktowali to oświadczenie z chłodem.
Bakunin starał się przekonać swych liońskich adeptów, że do rewolucyjnego zrywu można doprowadzić chłopów i robotników poprzez rozbudzanie w nich nienawiści do wyzyskiwaczy. Posługiwał się między innymi taką argumentacją: „Żebyście umieli przemówić do tych ukrytych pasji, które są ujarzmione przez żandarmów, przez prawo i armię i tchórzostwo; zadajcie pierwszy cios; nie tylko odważcie się, ale również nie wyzbądźcie się upartej nienawiści a zobaczycie, jak rewolucja wybuchnie nie tylko na wsi, ale i w miastach”.

Metod ani poglądów Bakunina nie akceptowała większość członków Międzynarodówki. W 1872 r. po ostrym konflikcie z Marksem został z niej usunięty. Stałoby się to wcześniej, gdyby nie wybuch wojny francusko-pruskiej w roku 1870. Odroczono wtedy kongres Międzynarodówki z powodu niemożności przybycia nań delegatów francuskich i niemieckich.
Ani rewolucja ani dyktatura proletariatu nie były dla Marksa celem samym w sobie, tylko jednym z środków do tego – jak pisał razem z Engelsem w Manifeście Komunistycznym – by „miejsce dawnego społeczeństwa burżuazyjnego z jego klasami i przeciwieństwami klasowymi zaj[ęło] zrzeszenie, w którym swobodny rozwój każdego jest warunkiem swobodnego rozwoju wszystkich”.

Rada Generalna Międzynarodówki – której Marks był duszą i ciałem – 9 września 1870 (pięć dni po wybuchu rewolucji w Paryżu) wydała odezwę antywojenną, z apelem do robotników niemieckich i innych krajów, by przeciwstawili się aneksji Alzacji i Lotaryngii przez Prusy, równocześnie ostrzegała władców tego państwa, że jeżeli będą dążyć do „zagrabienia części terytorium francuskiego”, to doprowadzą do wybuchu wojny ogólnoeuropejskiej.

Rada Generalna domagając się od Prus uznania republiki francuskiej i zawarcia z nią pokoju na godziwych warunkach, przestrzegała francuskich rewolucjonistów przed podejmowaniem pochopnych działań przeciwko swojemu rządowi: „Wszelka próba obalenia nowego rządu – głosiła odezwa Rady Generalnej – w okresie obecnego kryzysu, gdy wróg już prawie dobija się do bram Paryża byłaby rozpaczliwym szaleństwem”. Odezwa doradzała robotnikom, by w walce o sprawiedliwość społeczną korzystali z nowych doświadczeń, by starali się „nie powracać do przeszłości, lecz budować przyszłość”.

Cała zaś działalność Bakunina wszystkie przygotowania jego, organizacyjne i programowe koncentrowały się na upartym dążeniu do sprowokowania wybuchu rewolucji w jednym kraju a następnie na szybkim jej rozszerzeniu się na całą Europę.

Dla tego „podpalacza Europy” – jak nazwano Bakunina – najważniejszy był aspekt niszczycielski. Z lubością niejednokrotnie powtarzał przez siebie stworzony aforyzm: „Radość niszczenia jest zarazem radością tworzenia”. Często też głosił pogląd, że rewolucjoniści powinni postępować energiczniej i mieć więcej diabła w ciele. Aż włos się jeży, gdy się czyta jego zredagowany wspólnie z Nieczajewem (istnieje pogląd, że wyłącznym autorem tego dokumentu był Bakunin, a Nieczajew go tylko rozpowszechniał) Katechizm rewolucjonisty. Oto jego fragmenty:
„Rewolucjonista zrywa wszelki związek ze światem cywilizowanym, jeśli obcuje z nim, to tylko dlatego, by go zniszczyć(…). Rewolucjonista gardzi opinią publiczną, gardzi obecną moralnością społeczną, nienawidzi jej we wszystkich przejawach. Moralne dla rewolucjonisty powinno być to, co współdziała z rewolucją, niemoralne i przestępcze to, co jej zawadza. Wszelkie roztkliwiające człowieka uczucia: pokrewieństwa, przyjaźni, miłości, wdzięczności, a nawet uczciwości powinny ustąpić. Jedynym marzeniem rewolucjonisty jest niszczenie bez miłosierdzia i litości”.

28 września 1870 r. wybuchła rewolucja w Lyonie. Jej przebieg, według opisu historyka Jana Kucharzewskiego wyglądał następująco:
„Od ranka 28 września rozpoczęto agitację w warsztatach narodowych. Tłum parotysięczny (na którego czele), z czerwonymi sztandarami przybył na plac przez Radą Miejską. Jednocześnie rozesłano agitatorów do oddziałów Gwardii Narodowej, aby ją przeciągnąć na stronę rewolucji socjalnej. Część manifestantów, a w ich liczbie Bakunin, przedostała się do wnętrza Rady Miejskiej. Saigenes wygłosił z balkonu przemówienie rewolucyjne do tłumu i ogłosił generała Cluseret głównodowodzącym sfederowanych armii rewolucyjnych Francji południowej. Tymczasem do ratusza przybył mer Lyonu Hénon i, zobaczywszy ogromną postać Bakunina, perorującego w wielkiej sali, kazał go aresztować. (…) Wtem tłum z placu wtargnął do ratusza i zawładnął gmachem, Cluseret i Bakunin byli wolni (…) Komitet Ocalenia Francji był na chwilę panem położenia. Lecz wkrótce stan rzeczy uległ zmianie, wśród insurgentów nie było ani jedności, ani planu działania, tłumy bynajmniej nie były skłonne do krwawych i stanowczych czynów, jakich domagała się odezwa bakuninowska. Złe namiętności, do których radzi apelować Bakunin, nie zostały rozkiełzane, tłum nie wiedział dobrze, co ma robić. Wznoszono okrzyki: Niech żyje rzeczypospolita! Wojna z Prusakami! Tymczasem na placu przed ratuszem zaczęły gromadzić się coraz liczniejsze oddziały Gwardii Narodowej. Tłum bez walki ustępował z placu; członkowie Komitetu Ocalenia pod wieczór zaczęli nieznacznie opuszczać gmach ratusza. Bakunin stwierdził, że Francuzi liońscy nie mają diabła w ciele. Na drugi dzień umknął z Lyonu do Marsylii. cdn.

*Z dalszego ciągu relacji Lissagaraya wynika, że sformułowania „siły partii”, użył mając na myśli członków Międzynarodówki i działaczy Federacji Izb Robotniczych.

Komuch, czyli kozioł ofiarny

16 grudnia 2016 roku w Sali Kolumnowej w sławnym już dzisiaj nocnym głosowaniu uchwalono ustawę „dezubekizacyjną”. Partia Rządząca znalazła kolejnego kozła ofiarnego, którego można było wystawić na widok publiczny i napiętnować: oto ubek, komuch i oto ten ubek został ukarany.

Ukształtowany w ZSRR w latach 30 XX wieku stalinizm, w Polsce zbierał swe okrutne żniwa prześladowań w okresie powojennym. Do śmierci Stalina w 1953 roku prześladowania w ZSRR jak i na terenach państw objętych reżimem pochłonęły miliony ofiar. Oznaczało to przemoc, aresztowania i tortury dla tych Polaków i Polek, którzy nie godzili się na rząd konstruowany przez władze ZSRR, oraz politykę gospodarczego i ekonomicznego zawłaszczania Polski. To również czasy wewnętrznej wojny pomiędzy tymi obywatelami i obywatelkami, którzy zgadzali się na dyktat sowiecki i tym którzy chcieli z nim walczyć. To również czasy bardzo silnego wsparcia ze strony ZSRR nowych władz Polski. W tych czasach działał też Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, który zasłynął ze szczególnego okrucieństwa wobec aresztowanych za działalność „wywrotową” i „na szkodę” ludowej ojczyzny. Innymi słowy opozycjoniści i krytycy rodzącego się wówczas ustroju byli wyłapywani i nierzadko mordowani po przesłuchaniach pełnych tortur i w zasadzie z góry przesądzonym procesie.

Po śmierci Stalina w całym bloku państw komunistycznych następuje odwilż. UB zostaje rozwiązane, w jego miejsce zostaje założona Służba Bezpieczeństwa PRL. W sumie działanie SB obejmują okres od 1956 do 1990 roku. Nadal tropiono, inwigilowano a nawet prześladowano „wrogów ludowej ojczyzny”, ale po terrorze stalinowskim i następującej po nim odwilży nie dochodziło do wynaturzeń na masową skalę. Ciągle ludzie w bloku państw komunistycznych nie mieli wolności obywatelskich, inaczej jednak wyglądała przemoc systemowa. W czasach stalinowskich ludzie po prostu znikali i nikt nie mógł się dowiedzieć co się tak naprawdę stało. O torturach i przemocy milczano. Po odwilży przemoc systemowa państwa została ubrana w bardziej „cywilizowane” i znormalizowane zasady.

Zweryfikowani

W maju 1990 roku SB zostało rozwiązane, a jego funkcjonariusze zostali poddani weryfikacji. Zweryfikowani funkcjonariusze SB zaczęli pracę w nowo powstałym Urzędzie Ochrony Państwa i policji. Na 14 038 funkcjonariuszy weryfikację przeszło pozytywnie 10 439 osób. Uchwała nr 69 Rady Ministrów z dnia 21 maja 1990 r mówiła, że zweryfikowany może zostać pozytywnie, a tym samym dopuszczony do pracy w UOP czy Policji pracownik SB, który podczas pełnienia swojej służby nie łamał praw człowieka i nie naruszał dóbr osobistych obywateli i obywatelek. Weryfikacja tym samym miała wycofać ze służby na rzecz obywateli i państwa osoby, które pracując dokonywały zbrodni.

Dla wielu pracowników oznaczało to początek nowej pracy. W zasadzie niektórzy po weryfikacji byli degradowani i musieli zaczynać od początku swoją służbę, tak jak Jacek, który przeszedł weryfikację pozytywnie mimo to ze stanowiska inspektora został przeniesiony na stanowisko wywiadowcy. Po 15 latach służby dla III RP, ze względu na stan zdrowia przeszedł na emeryturę. Do 16 grudnia 2016 roku mógł się cieszyć szacunkiem człowieka, który pracował dla społeczeństwa. Ustawa kolumnowa to wszystko jednak przekreśliła, Jacek został pozbawiony nie tylko części emerytury ale również godności. Władza sprawowana przez określoną ekipę od 2015 r. mogła z satysfakcją stwierdzić mediach: komuniści zostali pozbawieni przywilejów.

Kogo zatem dotyczy ustawa z dnia 16 grudnia 2016 roku?

Osób, które zaczynały swoją służbę w czasach PRL, najczęściej w latach 80, i później pracowały po weryfikacji w UOP czy policji naszego kraju. Ustawa z 16 grudnia bardzo często dotyczy ludzi, którzy zaledwie parę lat służyli w PRL, a po weryfikacji przez 17, 20 lat pracowali dla III RP. Tak jak Jola, która przepracowała całą wysługę lat w policji po 1989 roku, awansując i przechodząc na emeryturę po odbyciu pełnej służby. Jedyną przewiną Basi jest to, że urodziła się za wcześnie i zaczęła swoją służbę przed 1989 rokiem. Ustawa „dezubekizacyjna” obejmuje jednak i ją, ponieważ dwa lata służyła wrogiemu systemowi PRL.

W położeniu Joli znalazło się bardzo wielu pracowników i pracowniczek policji. Tak jak Basia, która z kolei pracowała od 1982, przeszła weryfikację w latach 90 i pracowała dalej 22 lata w kryminalistyce. Ludzi, którzy nie mieli nic wspólnego z prześladowaniem opozycjonistów, czy systemem stalinowskiego terroru, ale też i wdowy otrzymujące uposażenie po zmarłym (zweryfikowanym) mężu, czy dorosłe już dzieci z niepełnosprawnością otrzymujące rentę po zmarłym, ale pracującym w niewłaściwym miejscu rodzicu.

Pojawia się zatem zasadne pytanie: czemu miała służyć ta ustawa? Do czego ma prowadzić? Co przynosić? Zbrodniarze czasu stalinowskiego już dawno albo nie żyją, albo zostali skazani za swoją działalność. Osoby popełniające zbrodnie podczas stanu wojennego nawet jeżeli nie zostały rozliczone w pełnym wymiarze zostały poddane lustracji. Ustawa „dezubekizacyjna” tylko w nazwie ma likwidowanie UB. UB zostało zlikwidowane znacznie wcześniej, bo w 1956, a SB i jego pracownicy zostali zlustrowani i zweryfikowani w latach 90. Tak naprawdę zatem nie chodzi o przywrócenie sprawiedliwości, czy wyrównanie krzywd społecznych. W tej ustawie jak i w całym działaniu PiS mamy do czynienia z metodycznym poszukiwaniem wroga.

Ustawa z dnia 16 grudnia to wskazanie kozła ofiarnego. To pokazanie społeczeństwu „Złego”, który jest winny i którego należy tępić. To wykazanie się przed społeczeństwem z walki o prawo i sprawiedliwość.

Systemowe straszenie

Rządy PiS opierają swoją politykę jak i kampanie (nie tylko te przedwyborcze, ale również prowadzące do zwiększenia poparcia społecznego) na nieustannym polaryzowaniu społeczeństwa, wyszukiwaniu tych, którzy są winni, czy to afer ekonomicznych, czy to nadużyć politycznych, czy to kulturowego zagrożenia, czy społecznych nadużyć. Po uchodźcach, którymi straszono w 2015 roku, w 2016 przyszedł czas na komuchów, obecnie to „ideologia” gender i LGBT. W ten sposób PiS zyskał dość bogaty zbiór wrogów, których może niemalże bez końca, stosownie do okoliczności, eksponować i którymi może epatować swoich wyborców. Jest w tym jednak coś więcej, jest w tym polityka systemowa nienawiści i podsycania w społeczeństwie niepokoju, że wszyscy tak naprawdę jesteśmy zagrożeni.

Powołanie nabożnego kultu Żołnierzy Wyklętych, ustawa z dnia 1 kwietnia 2016 roku o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego przez nazwy budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej, czy rozszerzenie w artykule 265 kodeksu karnego zapisu zabraniającego promowanie ustroju totalitarnego w tym nie tylko faszyzmu ale i komunizmu – te działania pokazują pewną obsesję połączoną z systemowym działaniem. PiS niejako przywraca do życia figurę „komucha”, który czyha na Polskę i wolność naszego narodu. Równocześnie partii rządzącej nie przeszkadzają faszystowskie symbole i zachowania skrajnej prawicy i razem z narodowcami w zeszłym roku organizowała marsz niepodległości w Warszawie. W ten sposób Rząd Polski otwierał 11 listopada 2018 roku pochód, w którym pojawiły się symbole i hasła rasistowskie i nazistowskie. To jednak komuch okazał się tym złym. Jest to systemowa strategia wskazywania z jednej strony niebezpiecznej części społeczeństwa – o złym rodowodzie i dziedzictwie PRL, oraz komunistycznych poglądach. Jest to swoista gra historią. Z drugiej strony, jest to budowanie figury kozła ofiarnego, dzięki której można zacząć tłumaczyć, że to, co się nam nie udaje dzisiaj zostało zawinione w przeszłości przez „komucha”. W ten sposób PiS dostarcza społeczeństwu grupę społeczną, której należy się bać, można ją nienawidzić i równocześnie jej przeszłymi działaniami obarczać nasze dzisiejsze niepowodzenia.

To właśnie artykuł 265 kodeksu karnego posłużył za podstawę donosu i wysłanie przez Szczecińską prokuraturę policji na konferencję naukową organizowaną przez Uniwersytet Szczeciński. Konferencja ma charakter cykliczny, jest poświęcona filozofii Karola Marksa. Policja „zabezpieczyła dowody”, a więc robiła zdjęcia programu naukowego, wydanym przez Nową Krytykę książką naukowym, spisywała też uczestników. To działanie jest tak samo absurdalne, jak odbieranie w ramach ustawy z 16 grudnia 2016 roku emerytur osobom, które pracowały dla „ustroju totalitarnego”. Biorąc pod uwagę fakt, że większość osób objętych tą ustawą zaczynało pracę w latach 80, czy została pozytywnie zweryfikowana w latach 90 – mamy tutaj absurd poszukiwania wroga. PiS potrzebuje znaleźć winnego, nie ważne jakiej zbrodni, byle by była to osoba winna, byleby stała się kozłem ofiarnym na którego można skierować frustrację i złość panującą w społeczeństwie.

Chleba i igrzysk, to rzymska zasada, która pozwalała na socjotechnikę kształtowania społeczeństwa. PiS w ramach akcji 500+ i uprawiania rozdawnictwa stosuję pierwszą rzymską zasadę: dać ludziom chleba. Igrzyska zaś dostarczane są pod postacią ustawy „dezubekizacyjnej”. Oto wyłoniony jest wróg, dawny okupant, okrutny i bezlitosny, zabierający wolność. Igrzyska czas zacząć, lud domaga się rozliczeń. Gruba kreska zaproponowana przez Mazowieckiego nie cieszyła się uznaniem społecznym. Oznaczała pojednanie i zaniechanie wendety. A przecież tak miło obarczyć kogoś winą, tak dobrze można się poczuć, kiedy wskaże się złego człowieka i powie: to on jest winny, a my jesteśmy tacy dobrzy.

Hipokryzja

Zasada kozła ofiarnego, chleba i igrzysk pozwala też ukryć swoją własną przeszłość. Przeszłość w PZPR i formułowanie oskarżenia pod adresem działacza opozycyjnego Antoniego Pikula czy awanse polityczne w PRL Stanisława Piotrowicza nie stanowią żadnego problemu dla PiS. Piotrowicz jest bardzo dobrze zakorzeniony i w tej partii i w jej polityce, dlatego obecnie doczekał się głosów swoich kolegów partyjnych powołujących go na stanowisko sędziego Trybunału Konstytucyjnego. Opinii o Piotrowiczu nie psuje nic, nawet fakt, że w 2001 roku umorzył postępowanie przeciwko molestującego dzieci w Tylawie księdza. Andrzej Kryże, podobnie jak Piotrowicz działający w PRL, wydawał wyroki na działaczy opozycji w czasach stanu wojennego, w partii PiS znalazł i swoje miejsce i stanowisko – w poprzednim rządzie był wiceministrem sprawiedliwości.

Wieloletni skarbnik PiS to Stanisław Kostrzewski, który do rozwiązania należał do PZPR. Do tego można wymienić całą grupę członków PiS która była w PZPR a w czasach czy to stanu wojennego czy późniejszych zmieniła swe poglądy i weszła w struktury Solidarności. Okazuje się jednak, że wedle PiS są równi i równiejsi. „Dezubekizacja” tak naprawdę obejmuje nie tych, którzy działali w SB, ale tych, którzy nie są z PiSem. Jednym jak się bowiem okazuje można wybaczyć „incydent” bycia w PZPR czy SB a innym nie. Wszystko zależy od tego, jak zachowują się dzisiaj i po jakiej politycznej stronie stoją. W ten sposób właśnie PiS bardzo mocno spolaryzowało społeczeństwo. Po hasłem rozliczenia krzywd tak naprawdę z jednej strony manipulują historią, a z drugiej budują coraz boleśniejsze i coraz bardziej niebezpieczne podziały społeczne.

Stosowana przez PiS zasada wskazania kozła ofiarnego, regularne dostarczanie chleba i igrzysk pozwala również ukryć to co robi partia rządząca. Stwarzając tematy zastępcze PiS może przekierować uwagę społeczną na „komuchów”, konieczność „dezubekizacji”, „wymierzenia sprawiedliwości” przy równoczesnym destruowaniu prawa i łamaniu konstytucji. Wygodniej jest mówić o tym, co inni w przeszłości, robili źle, niż podjąć temat ustaw i działania powodującego całkowitą destrukcję systemu prawnego czy społecznego. Trybunał Konstytucyjny stracił dzisiaj nie tylko prestiż ale i możliwości działania – przez całkowite uzależnienie od polityki. Izba Dyscyplinarna w Sądzie Najwyższym stała się narzędziem do usuwania sędziów sprzeciwiających się partii rządzącej i orzekających niezgodnie z oczekiwaniami partyjnymi. Upolitycznienie sądów jest jednym z elementów totalnej układanki jaką stara się wprowadzić z Polskie realia Jarosław Kaczyński. Upolitycznienie telewizji publicznej, reforma oświaty czy szkolnictwa wyższego, wraz z upolitycznionymi sądami staje się nie tyle destrukcją co pierwszym krokiem w stronę totalitaryzmu. Bez wolnych sądów, bez niezależnych mediów, bez wykształconego i krytycznie myślącego, świeckiego społeczeństwa, rządzić można długo i szczęśliwie. Złoty sen Kaczyńskiego. A ustawa z 16 grudnia to dwa w jednym i zasłona dymna, ludzie mają o czym mówić, i wskazanie wroga – ludzie mają kogo nienawidzić.

Katalońska niepodległość…

a Marks i sprawa polska

Powoli dobiega końca przed hiszpańskim Sądem Najwyższym proces 12 przywódców katalońskich oskarżonych o bunt oraz defraudację publicznych pieniędzy na niepodległościowe referendum. Części z nich grozi kara nawet do 25 lat pozbawienia wolności. Wielu innych separatystycznych polityków i przedstawicieli administracji sądzi Wysoki Trybunał Sprawiedliwości Katalonii i hiszpański Trybunał Narodowy. Sprawa katalońskiego referendum i deklaracji niepodległości z 2017 roku stała się niewątpliwie jednym z największych kryzysów politycznych w Europie ostatniej dekady. Główne lewicowe media traktują ją jednak bardzo pobieżnie, zazwyczaj o niej nie wspominając lub uciekając od jednoznacznych deklaracji.
Wielu ludziom o lewicowych poglądach ciężko się zdecydować, jakie stanowisko zająć w tym sporze. Dużą nieufność budzą w nich hasła narodowe i separatystyczne niesione na sztandarach Katalończyków. Są to jednak obawy niesłuszne, w zasadzie wynikające z niewiedzy – kataloński ruch niepodległościowy nie ma bowiem w sobie nic z prawicowego nacjonalizmu czy faszystowskiej ksenofobii. Od swoich początków w II połowie XIX wieku był on i jest wyraźnie republikański, antymonarchistyczny, prospołeczny i nieodłącznie związany z silnym w regionie ruchem robotniczym. Katalończycy swoją walkę o wolność polityczną łączą z walką o sprawiedliwość społeczną, a na ich transparentach hasło wolności widnieje zawsze razem z równością i braterstwem. Właśnie dlatego dzisiaj walka o wolną Republikę Katalonii może być dla europejskiej lewicy dużą szansą i odegrać rolę taką, jaką w XIX wieku Karol Marks widział dla polskiego ruchu
niepodległościowego.
Filozof z Trewiru w licznych pismach i przemówieniach podkreślał swoje poparcie dla odrodzenia Polski. Widząc ogromną popularność ideałów rewolucyjnych wśród Polaków i ich zaangażowanie na wszystkich frontach Europy wyrażał przekonanie, że polska walka o oswobodzenie spod jarzma zaborców idzie w parze nieodłącznie ze sprawą klasy robotniczej. Tak pisał o zrywie z 1846 roku: Rewolucja krakowska dała całej Europie piękny przykład, utożsamiając sprawę narodową ze sprawą demokracji i z wyzwoleniem klasy uciśnionej (..) nie jest to już Polska feudalna, lecz Polska demokratyczna i od tej chwili wyzwolenie jej staje się kwestią honoru dla wszystkich demokratów europejskich.
Autor ,,Kapitału” z podziwem mówił o narodzie, który walczył i walczy nadal jako kosmopolityczny żołnierz rewolucji. Zdawał sobie jednak sprawę, że Polacy będą mogli zaangażować się w pełni w walkę klasy robotniczej dopiero wtedy, kiedy odzyskają własne państwo i nie będą musieli walczyć o przetrwanie. Dlatego mimo swojej internacjonalistycznej natury ruch socjalistyczny powinien wesprzeć polską walkę o niepodległość. Nie jest ona bowiem wyrazem reakcyjności, ale wstępem do pełnego wyzwolenia polskiego ludu.
Tak mówił podczas uroczystość ku czci powstania polskiego 22 stycznia 1863 r: Nie ma bynajmniej sprzeczności w tym, że międzynarodowa partia robotnicza dąży do odbudowania narodu polskiego. Przeciwnie: dopiero kiedy Polska znowu zdobędzie swą niepodległość, dopiero kiedy znowu będzie mogła sama o sobie stanowić jako naród niezawisły, dopiero wtedy może się znowu zacząć jej rozwój wewnętrzny i Polska będzie mogła samodzielnie uczestniczyć w dziele społecznej przebudowy Europy. Dopóki zdolny do życia naród znajduje się pod jarzmem obcego zaborcy, dopóty musi on kierować wszystkie swe siły, wszystkie swe dążenia, całą swą energię przeciwko wrogowi zewnętrznemu; dopóki zatem jego życie wewnętrzne jest sparaliżowane, dopóty nie jest on zdolny do walki o wyzwolenie społeczne.
Podobieństwa Katalończyków do ówczesnych polskich bojowników o wolność widać gołym okiem. Ruch robotniczy szybko zdobył sobie popularność w Katalonii, będącej jednym pierwszych zindustrializowanych regionów w Europie. Na jego czele stały zrzeszające milionowe masy pracownicze centrale związków zawodowych – anarchistyczna CNT i socjalistyczna UGT. Rodzący się w końcu XIX wieku kataloński ruch odrodzenia narodowego od początku znajdował się pod ich znaczącym wpływem, a większość organizacji niepodległościowych miała charakter wyraźnie lewicowy.
Ludność Katalonii nieraz dała świadectwo swojego przywiązania do ideałów rewolucyjnych i wolnościowych, nawet za cenę ofiary życia. Tak było m.in. podczas Tragicznego Tygodnia w Barcelonie w 1909 roku i w odpowiedzi na pucz wojskowy gen. Franco w 1936 roku. Spiskowcy, posiadający wtedy w mieście garnizon liczący aż 12 tys. żołnierzy, byli pewni zdobycia miasta. Nie przewidzieli jednak determinacji związków robotniczych. Oddolnie zorganizowane oddziały milicji przejęły magazyny z bronią, obroniły miasto przed wojskami puczystów i wzięły szturmem koszary, likwidując zagrożenie dla Barcelony.
Tak pisał o stolicy Katalonii George Orwell po przybyciu tam w grudniu 1936 roku: wygląd Barcelony był nieco wstrząsający i przytłaczający. Po raz pierwszy w życiu znalazłem się w mieście, gdzie klasa robotnicza znajdowała się u steru. Praktycznie każdy budynek, niezależnie od rozmiarów, został przejęty przez robotników i przyozdobiony czerwonymi flagami lub czerwono-czarną flagą anarchistów; na każdej ścianie został namazany sierp i młot oraz inicjały rewolucyjnych stronnictw. (…) Każdy sklep i kawiarnia posiadały napis, mówiący, że zostały skolektywizowane; nawet miejsca pracy pucybutów zostały skolektywizowane, a ich skrzynki pomalowane na czerwono-czarno. (…) Przede wszystkim, istniała wiara w rewolucję i przyszłość, uczucie nagłego wyłonienia się ery równości i wolności. Ludzkie istoty próbowały się zachowywać jak ludzkie istoty, a nie jak trybiki w kapitalistycznej maszynie.
Do legendy przeszła postać bohaterskiego prezydenta Generalitatu Lluísa Companysa, rozstrzelanego przez frankistów w 1940 roku.
Porażka republikanów w wojnie domowej nie oznaczała dla Katalończyków końca walki – kontynuowały ją zbrojnie organizacje terrorystyczne takie jak Front Wyzwolenia Katalonii czy Armia Czerwona Katalońsko – Wyzwoleńcza. Powstało także wiele tajnych stowarzyszeń edukacyjnych biorących za cel zachowanie katalońskiej kultury i języka, rugowanych ze szkół i życia publicznego przez reżim gen. Franco. Od czasu demokratycznych przemian w Hiszpanii i przywrócenia autonomii Katalonii w 1978 roku Katalończycy demokratycznie walczą o prawo do referendum, które miałoby zadecydować o przyszłości ich kraju. Pragną niepodległości lub przynajmniej przekształcenia Hiszpanii w dobrowolną federację suwerennych podmiotów, by rząd w Madrycie nie mógł gwałcić ich wolności i narzucać im niczego siłą, jak to było m.in.: w 2017 roku. Wtedy to hiszpańska policja brutalnie spacyfikowała pokojowych demonstrantów (rannych zostało ok. 800 osób), a madryckie Kortezy na wniosek prawicowego rządu Mariano Rajoya przegłosowały zawieszenie autonomii regionu i rozwiązanie lokalnego parlamentu.
W lokalnym życiu politycznym Katalonii wyraźną przewagę mają partie lewicowe, którym w prawie wszystkich wyborach przypadała większość mandatów w lokalnym parlamencie. Najważniejsze z nich to Republikańska Lewica Katalonii, Partia Socjalistów Katalonii i Candidatura d’Unitat Popular (CUP). Poważną rolę w regionie odgrywają także związki zawodowe oraz ruchy ekologiczne i lokatorskie, jak choćby Animalistyczna Partia Przeciwko Złemu Traktowaniu Zwierząt, Arran czy Barcelona en Comú. Tej ostatniej udało się mu w 2015 roku zdobyć największą liczbę miejsc w radzie miejskiej Barcelony, a jej przewodnicząca Ada Colau została burmistrzem miasta (pełniła tę funkcję do ostatnich wyborów samorządowych w Hiszpanii). W niedawnych wyborach do Parlamentu Europejskiego w Katalonii na ugrupowania lewicowe oddanych zostało ponad
70 proc. głosów.
W żadnym kraju europejskim poglądy społeczeństwa i scena polityczna nie są w takim stopniu zdominowane przez lewicę, a ruch narodowowyzwoleńczy tak sprzężony z walką o sprawiedliwość społeczną. Sama ludność Katalonii nieraz pokazała zdolność do ogromnej mobilizacji w walce o swoje prawa, jak choćby we wrześniu 2018 roku, kiedy w barcelońskim marszu na rzecz uwolnienia więźniów politycznych wzięło udział ponad milion osób (na 7,5 mln ludności regionu).
Wyobraźmy sobie teraz, że Katalonia uzyskuje suwerenność i z wszystkich opisanych wyżej organizacji, ruchów i zwykłych zaangażowanych obywateli zostaje zdjęte jarzmo walki o wolność zewnętrzną. Nietrudno zobaczyć, jak wielkie prospołeczne siły zostałyby dzięki temu uwolnione i mogłyby skierować swoją energię na rzecz dzieła społecznej przebudowy Europy, o którym pisał Karol Marks. Wolna Republika Katalonii z bezsprzecznie dominującym żywiołem lewicowym miałaby ogromną szansę stanąć w awangardzie walki o lepszy i bardziej sprawiedliwy świat. W czasie, gdy w dużej części krajów Europy prawdziwa lewica znajduje się w odwrocie, taki bastion byłby dla niej dużym wsparciem. Zaś tak liczne katalońskie ruchy społeczne i środowiskowe, bez kłód rzucanych im pod nogi przez instytucje królewskiej Hiszpanii i ze wsparciem niezależnego rządu, będą mogły z jeszcze większą skutecznością (i nie tylko w samej Katalonii) walczyć o prawa pracowników, lokatorów czy ludzi zepchniętych na margines.
Może się okazać, że dla dużej części z tych organizacji (tych, które popierają katalońskie prawo do niepodległości) suwerenność Katalonii będzie jedyną szansą na przetrwanie. Bowiem skrajnie prawicowa partia VOX, zyskująca w Hiszpanii na popularności (w ostatnich wyborach zdobyła 11 proc. głosów) jako jeden ze swoich głównych postulatów głosi delegalizację wszystkich organizacji separatystycznych i zniesienia autonomii regionów. Plany takie zyskują niestety również coraz więcej zwolenników w najsilniejszej partii prawicy – Partii Ludowej. W dobie powszechnego kryzysu demokracji katalońskie referendum byłoby dla Europie promykiem nadziei, że władza rzeczywiście należy do obywateli, a narody mogą same decydować o swojej przyszłości.
Europejska lewica powinna udzielić wyraźnego poparcia katalońskiemu ruchowi narodowowyzwoleńczemu i planom referendum, na wzór wsparcia I Międzynarodówki dla polskiej niepodległości. Nikt inny bowiem nie wesprze Katalonii. W czasie kiedy zachodnie rządy i unijne instytucje są ślepe na łamanie tam praw człowieka i prześladowania polityczne, prawdziwie oddaje sytuację parafraza słów Marksa wypowiedzianych w kontekście Polski: Katalonia jednego tylko sprzymierzeńca w Europie posiada i posiadać może – klasę robotniczą. Niech żyje Katalonia!

Walka o władzę robotniczą

Magda Ostrowska
1978-2017

19 czerwca mija druga rocznica przedwczesnej śmierci Magdy Ostrowskiej, publicystki „Dziennika Trybuna”, a wcześniej „Trybuny”, „Rewolucji”, „Lewą nogą” i innych tytułów. Magda pojmowała swoją pracę dziennikarską jako misję, formę aktywizmu politycznego i społecznego. Takich tematów dotyczyły przede wszystkim jej teksty ukazujące się w naszej gazecie. Ale pasjonowały ją także kwestie teoretyczne i historyczne – związane z ruchem robotniczym i rewolucyjnym. Przygotowywała rozprawę doktorską poświęconą kryzysowi współczesnej demokracji. Przypominamy jej tekst należący właśnie do tej kategorii. Jest to skrót jej opracowania na temat rad robotniczych i innych form samoorganizacji politycznej klasy pracującej, który ukazał się pod tym samym tytułem w 4. numerze półrocznika „Rewolucja” w 2006 roku. Pełną jego wersję można znaleźć na stronie internetowej Instytutu Wydawniczego Książka i Prasa: www.iwkip.org.

Karol Marks, analizując wydarzenia 1848 r., doszedł do ogromnie ważnego wniosku teoretycznego i programowego – stwierdził, że w przypadku rewolucji proletariat nie może jedynie przejąć w swoje ręce biurokratycznego (zarówno cywilnego, jak i policyjno-wojskowego) aparatu państwowego stworzonego przez burżuazję, lecz musi go rozbić i na jego gruzach zbudować nowy aparat, oparty na zupełnie innych zasadach.

Taki nowy ustrój nie mógł być opracowany przez kilku panów z elity, zapisany przez nich w konstytucji i podarowany ludowi, aby teraz lud „rządził się sam”. Mógł się wyłonić i ukształtować tylko w walce z uciskiem i wyzyskiem, na podstawie praktycznego doświadczenia samych mas, jako uwieńczenie wielokrotnych prób tworzenia nowych, oddolnych organów demokracji robotniczej, walki klasowej i walki o władzę robotniczą, „które miały się pojawiać w każdej prawdziwej rewolucji na przestrzeni XIX i XX stulecia. Za każdym razem, gdy do tego dochodziło, powstawały one jako spontaniczne organa ludu, nie tylko poza wszystkimi partiami rewolucyjnymi, ale zgoła nieoczekiwanie dla nich i dla ich przywódców”, pisze Hannah Arendt. Nagłe powstawanie i szerzenie się takich nowych organów stanowi prawidłowość wszelkich oddolnych rewolucji proletariackich, a zarazem „rzeczywiście ludowych”. Arendt tylko częściowo ma rację twierdząc, że co prawda Marks i Lenin doskonale zdawali sobie sprawę z rewolucyjnej roli komun i rad, ale nigdy nie myśleli o tych organach „jako o ewentualnych zalążkach nowego ustroju, lecz uważali je wyłącznie za narzędzia, które okażą się zbędne, gdy rewolucja dobiegnie końca. Teraz natomiast stanęli w obliczu organów ludowych – komun, rad, Räte, sowietów – które najwyraźniej zamierzały przetrwać rewolucję”. Przecież z doświadczenia Komuny Paryskiej Marks od razu wyciągnął niezmiernie ważne wnioski – ustalił na jego podstawie pewne zasady ustrojowe państwa robotniczego, a gdy po wybuchu Rewolucji Lutowej rady delegatów robotniczych po raz drugi powstały w Rosji, Lenin dostrzegł w nich podstawowe organy przyszłego państwa robotniczego. Natomiast jest faktem, że Lenin nie dostrzegł takich organów w komitetach fabrycznych, o których niżej będzie tu mowa, i w tej sprawie popełnił błąd.
„Nie wdając się w żadne utopie, Marks oczekiwał od doświadczenia ruchu masowego odpowiedzi na pytanie, jakie konkretne formy zacznie przybierać ta organizacja proletariatu jako klasy panującej, w jaki mianowicie sposób organizacja ta zostanie połączona z najpełniejszym i najbardziej konsekwentnym «wywalczeniem demokracji».” W oczach Marksa takim doświadczeniem przynoszącym pierwsze odpowiedzi na pytania, na które nie mógł on dać odpowiedzi jako teoretyk, stała się Komuna Paryska. Marks dostrzegł w niej, mówiąc słowami Lenina, olbrzymiej wagi doświadczenie dziejowe, pewien krok praktyczny, o wiele ważniejszy niż setki programów i rozważań teoretycznych: pierwszy w historii wyraźny przejaw dążenia proletariatu do demokracji robotniczej i samorządnej władzy robotniczej, jednym słowem pierwszą dyktaturę proletariatu.
Od 1917 r. Lenin wskazywał właśnie na Komunę Paryską jako na pierwowzór rad delegatów robotniczych, które powstały podczas rewolucji 1905 r. i odrodziły się po Rewolucji Lutowej 1917 r., czyli zupełnie nowy typ władzy, którą robotnicy mieli wprowadzić oddolnie po rewolucyjnym zburzeniu biurokratycznego aparatu państwa burżuazyjnego. W marcu 1917 r. pisał, iż „instynkt klasowy robotników pozwolił im zrozumieć, że w czasach rewolucyjnych jest im potrzebna zupełnie inna, nie tylko zwykła organizacja; słusznie wkroczyli oni na drogę wskazaną przez doświadczenie naszej rewolucji 1905 r. oraz Komuny Paryskiej 1871 r.; stworzyli Radę Delegatów Robotniczych, zaczęli ją rozwijać, rozszerzać i wzmacniać.” Stwierdzał, że „krocząc drogą wskazaną przez doświadczenie Komuny Paryskiej 1981 r. i rewolucji rosyjskiej 1905 r., proletariat powinien zorganizować i uzbroić wszystkie najuboższe, wyzyskiwane części ludności, aby one same bezpośrednio wzięły w swe ręce organy władzy państwowej, same stały się instytucjami tej władzy”. Znaczenie rad delegatów nie polegało więc na tym, że oto robotnicy wywalczyli sobie w ten sposób jedynie możliwość zabierania głosu czy decydowania za pośrednictwem swoich wybranych demokratycznie przedstawicieli, lecz na tym, że wprowadzona przez nich demokracja rad miała zastąpić demokrację parlamentarną. Choć historia uczy, że niczego nas nie nauczyła, ma ona walor uniwersalny, bowiem w ciągu następnych stu lat – tak jest, do dzisiaj – robotnicy wielokrotnie, w różnych okresach i w wielu różnych krajach tworzyli takie same lub podobne organy i mechanizmy, jakie w praktyce wypracowali robotnicy rosyjscy w 1905 r. i wcześniej paryscy komunardzi. Z całą pewnością będziemy świadkami ich tworzenia w skali masowej również w bieżącym stuleciu, gdyż jest to zjawisko charakterystyczne dla przełomowych momentów w walkach klasowych, dla sytuacji przedrewolucyjnych i bezpośrednio rewolucyjnych. Na ogół robotnicy tworzą je nieświadomi innych politycznych doświadczeń, bez programu politycznego czy planu, nie pod wpływem propagandy i agitacji partii politycznych – choć taka propaganda i agitacja jest nieoceniona – lecz powodowani swoimi własnymi doświadczeniami, interesami i dążeniami. Arendt bardzo słusznie zauważyła, że „to właśnie brak ciągłości, tradycji i zorganizowanego wpływu czyni identyczność tego zjawiska tak bardzo uderzającą. Najważniejszą spośród cech wspólnych wszystkim radom jest oczywiście spontaniczność ich pojawiania się.” Innymi słowy, stanowią one naturalny twór klasy robotniczej, ilekroć natura tej klasy przejawia się w niezależnej działalności politycznej i materializuje się w samoorganizacji.
Rady delegatów robotniczych nie są jedynymi takimi klasycznymi organami.
Komitety fabryczne – od kontroli nad produkcją do samorządności robotniczej
W latach pierwszej wojny światowej i w pierwszych latach powojennych, w toku walk klasowych pojawiły się również inne organy walki. Po wybuchu wojny, zapoczątkował je w 1914 r. antywojenny ruch „rewolucyjnych mężów zaufania” (delegatów oddziałowych ) w fabrykach Berlina oraz w 1915 r. ruch delegatów oddziałowych, którzy utworzyli miejski Komitet Robotniczy, w fabrykach Glasgow. To właśnie na gruncie instytucji delegatów oddziałowych, w Rosji zaraz po Rewolucji Lutowej powstały komitety fabryczne i zakładowe, które działały obok rad delegatów robotniczych. W Niemczech w kwietniu 1917 r., a więc niemal jednocześnie, powstały takie same organy, które tam nazywały się radami zakładowymi. W 1919 r. identyczne organy, zwane radami fabrycznymi, powstały we włoskim mieście Turynie. Wszędzie inicjatywa ich tworzenia wychodziła od robotników przemysłu metalowego i mechanicznego, w którym najmocniej się zakorzeniły. W innych krajach w owych latach lub w czasach późniejszych nazywały się również komitetami i radami robotniczymi (pracowniczymi). W odróżnieniu od rad delegatów robotniczych, które mają charakter terytorialny, te organy działają w przedsiębiorstwach. Albo tworzą je obieralni delegaci oddziałowi, albo są wybierane jako takie na walnych zgromadzeniach załóg czy w specjalnie przeprowadzanych w tym celu wyborach większościowych, w których głosuje się na poszczególnych kandydatów, względnie wyborach proporcjonalnych, w których głosuje się na listy kandydatów wystawiane przez organizacje związkowe, partie polityczne i inne (formalne i nieformalne, trwałe i tworzące się ad hoc) ugrupowania. Właśnie głosowanie na listy było sposobem powoływania komitetów fabrycznych w Rosji w 1917 r., gdy ustabilizowały się zasady ich obierania i działania. Z reguły organy te mają oparcie w walnych zgromadzeniach (oddziałowych lub zakładowych) załóg. Ich naturalną tendencją jest walka o kontrolę robotniczą nad procesami pracy i procesami produkcji oraz nad działalnością przedsiębiorstw, przerastająca w walkę o samorządność robotniczą – władzę robotniczą – na tym szczeblu.
Niezwykle znamiennym faktem historycznym jest to, że już 13 marca 1917 r., zaledwie w trzy tygodnie po wybuchu rewolucji, przedstawiciele komitetów fabrycznych jednego z najbardziej skoncentrowanych, klasowo świadomych i rewolucyjnych sektorów proletariatu piotrogrodzkiego – dziesięciu zakładów przemysłu metalowego podległych rządowemu wydziałowi artylerii i zatrudniających 53 tysiące robotników – określili zarówno cel, który stawiały sobie te komitety, jak i pierwsze kroki, które do niego miały prowadzić. „Określili cel nowego ładu fabrycznego jako «samorządność robotniczą na możliwie jak najszerszą skalę», a funkcje komitetów sprecyzowali jako «obronę interesów robotników przed administracją fabryczną i kontrolę nad jej działalnością».” W ciągu tygodni poprzedzających Rewolucję Październikową coraz liczniejsze komitety fabryczne przechodziły już od kontroli robotniczej do walki o samorządność robotniczą.
Najwybitniejsza dotychczas praca historyczna poświęcona komitetom fabrycznym i sprawowanej przez nie kontroli robotniczej nad produkcją, a mianowicie praca Steve’a A. Smitha, Czerwony Piotrogród: Rewolucja w fabrykach 1917-1918, rzuca zupełnie nowe światło na rolę tych komitetów. Smith dowiódł niezbicie, że w rewolucji 1917 r. piotrogrodzkie komitety fabryczne nie tylko odegrały dużo większą rolę, niż zwykło się im przypisywać, ale że odegrały większą rolę niż rady delegatów robotniczych. To komitety fabryczne były głównymi organami, w których materializował się rozwój świadomości klasowej i rewolucyjnej proletariatu, to one stały się głównymi złączami proletariatu i partii bolszewickiej, najsolidniejszymi punktami oparcia tej partii w łonie proletariatu, to one kilka miesięcy przed radami delegatów stały się potencjalnymi organami powstania zbrojnego. Socjaliści-rewolucjoniści i mienszewicy sprzeciwiali się kontroli robotniczej i głosili, że tylko scentralizowana, planowa regulacja gospodarki może ją uratować przez niszczycielskimi i rozkładowymi skutkami wojny.
Spośród wszystkich organów ruchu robotniczego (oczywiście poza partią bolszewicką, a ściślej nurtem w tej partii kierowanym przez Lenina i Trockiego) to komitety fabryczne były najpotężniejszym motorem rewolucji permanentnej – wywłaszczenia kapitalistów i nacjonalizacji podstawowych środków produkcji, a więc przerośnięcia rewolucji burżuazyjno-demokratycznej w socjalistyczną.. To one wreszcie w praktyce postawiły kwestię władzy robotniczej w przedsiębiorstwach jako podstawy władzy robotniczej w państwie oraz kwestię przeobrażeń procesów pracy i produkcji ukształtowanych przez kapitalizm i kluczowego znaczenia samodzielnej działalności klasy robotniczej w przeobrażeniach w tej dziedzinie. Tak, jak Lenin i Trocki zrozumieli ustrojowe znaczenie rad delegatów robotniczych dla państwa robotniczego dopiero podczas rewolucji 1917 r., a nie podczas rewolucji 1905 r., gdy rady te powstały po raz pierwszy, tak też, jak wykazuje Smith, podczas rewolucji 1917 r. przywódcy bolszewiccy nie zrozumieli ustrojowego znaczenia komitetów fabrycznych. To niezrozumienie w połączeniu z katastrofalną sytuacją, w której znajdowała się gospodarka rosyjska, a zwłaszcza przemysł, w chwili wybuchu Rewolucji Październikowej i w rezultacie koniecznością ratowania śmiertelnie zagrożonych sił wytwórczych przed zapaścią, rozkładem i rozpadem poprzez wprowadzenie daleko idącej centralizacji władzy ekonomicznej w rękach aparatu państwowego, miało fatalne skutki. Sprawiło, że komitety fabryczne, zamiast stać się organami oddolnej, samorządnej władzy robotniczej w państwie robotniczym, zostały wcielone do organizacji związkowych i obumarły.
W oczach Lenina przeobrażenie kapitalistycznych stosunków produkcji można było osiągnąć na centralnym szczeblu państwowym, a nie na szczeblu przedsiębiorstw. Postęp w kierunku socjalizmu zapewniał charakter państwa i osiągało się go poprzez politykę prowadzoną przez państwo na szczeblu centralnym, a nie poprzez określony stopień władzy sprawowanej przez robotników na szczeblu zakładowym. Gdy galopujący chaos zalewał gospodarkę, autonomia robotnicza znikała jako wątek dyskursu Lenina i coraz większy nacisk kładł on na potrzebę ścisłej dyscypliny i centralizmu. Od marca 1918 r. zaczął apelować o restaurację jednoosobowego kierownictwa w fabrykach.”
Rady na świecie
Podczas pierwszej fali rewolucji niemieckiej, od listopada 1918 do stycznia 1919 r., obok rad zakładowych powstały rady delegatów robotniczych, ale nie przeżyły tej pierwszej fali. O ówczesnej klęsce rewolucji proletariackiej w Niemczech przesądziło jednak coś innego: to, że młoda, słabo zakorzeniona w klasie robotniczej partia komunistyczna nie potrafiła oprzeć się na ruchu „rewolucyjnych mężów zaufania”, a więc na stojących za nimi radach zakładowych. Innymi słowy, przesądziło to, że dla spartakusowców rady zakładowe nie stały się takim samym złączem z proletariatem, jakim dla bolszewików stały się komitety fabryczne. Przez prawie pięć następnych lat rady zakładowe pozostawały potencjalnymi organami proletariackiego powstania zbrojnego.
W Niemczech, wskazywał Trocki, tylko rady zakładowe, a nie rady delegatów mogły naturalnie podprowadzić masy do powstania zbrojnego. Tak samo było we Włoszech, gdzie rady delegatów w ogóle nie powstały, podczas gdy rady fabryczne stanowiły kluczowy, najbardziej dynamiczny organ ogromnego zrywu robotniczego – okupacji fabryk przez ponad półmilionową rzeszę metalowców we wrześniu 1920 r. Węgierska Republika Rad, która powstała w wyniku pokojowego przejęcia władzy przez komunistów wespół z socjalistami, wbrew swojej nazwie, praktycznie nie opierała się na radach, które na Węgrzech nie rozwinęły się na większą skalę – głównie stanowiły pasy transmisyjne socjaldemokracji i biurokracji związkowej. Podobnie było w Austrii, gdzie w styczniu 1918 r. socjaldemokracja wyhamowała rozpoczynającą się rewolucję. Rady zakładowe, niemal całkowicie opanowane przez nią i związki zawodowe, którymi kierowała, stały się tam organami ruchu robotniczego ustawowo wyposażonymi w stosunkowo szerokie – z zarazem ogromnie ograniczone przez utrzymanie tajemnicy handlowej – uprawnienia w sferze kontroli robotniczej w przedsiębiorstwach, ale nie odegrały żadnej roli rewolucyjnej.
Rad nie stworzyła rewolucja chińska, choć w latach 1928-1934 w „rejonach radzieckich” utworzonych przez Chińską Robotniczo-Chłopską Armię Czerwoną komuniści proklamowali Republikę Rad. Faktycznymi organami władzy, w istocie sprawowanej przez aparat partyjny, a często zamiast niego przez aparat wojskowy, były tylko prezydia biur komitetów wykonawczych rad delegatów robotniczych, chłopskich i żołnierskich, które na ogół istniały jedynie na papierze. Wynikało to nie tylko z tego, że Komunistyczna Partia Chin podlegała biurokratyzacji stymulowanej przez import praktyk stalinowskich, ale również z tego, że „rejony radzieckie” leżały na głęboko niedorozwiniętych obszarach, na których klasa robotnicza była bardzo nieliczna,
W rewolucji hiszpańskiej 1936-1937 r. organami władzy robotniczej nie były rady, które się nie ukształtowały, lecz rozmaite komitety związkowe, międzyzwiązkowe i inne, na ogół nie pochodzące z wyboru, oraz milicje, w tym Komitet Centralny Milicji Antyfaszystowskich Katalonii.
W latach drugiej wojny światowej, podczas wojny narodowo-wyzwoleńczej i rewolucji socjalistycznej w Jugosławii, charakter rad miała przynajmniej część terenowych komitetów wyzwolenia narodowego na rozległych obszarach opanowanych przez Armię Ludowo-Wyzwoleńczą i Oddziały Partyzanckie. Podobnie było na wielu obszarach Grecji wyzwolonych przez partyzantów z Ludowej Armii Wyzwolenia Narodowego. Nazajutrz po powstaniu sierpniowym 1944 r. w Paryżu, paryskie komitety fabryczne przejęły zarządzanie wieloma fabrykami.
Podczas rewolucji sierpniowej 1945 r. zalążkowe rady ustanowiły na wielką skalę kontrolę nad środkami produkcji, aby zapewnić ich przejście z rąk okupantów japońskich w ręce Indonezji, która właśnie proklamowała niepodległość. Dokładnie w tym samym czasie to samo uczyniły zalążki rad w zagłębiu węglowym w północnym Wietnamie. Zaraz po wojnie rady zakładowe jako niezależne, oddolne organy robotnicze pojawiły się w Polsce, Niemczech Wschodnich, a także innych krajach tworzącego się wówczas bloku radzieckiego.
Po zerwaniu ze Stalinem, od 1950 r. w Jugosławii ukształtował się na 40 lat odmienny od państw bloku radzieckiego, oryginalny ustrój „socjalizmu samorządowego”, który kojarzył odgórną władzę biurokratyczną ze znacznym zakresem realnej oddolnej władzy rad robotniczych w przedsiębiorstwach. W innych biurokratycznie zdeformowanych państwach robotniczych, przypływy fali rewolucji antybiurokratycznych praktycznie za każdym razem i wszędzie cechowało tworzenie zakładowych rad robotniczych (pracowniczych): W 1956 r. ruch rad robotniczych stanowił największą zdobycz październikową polskiej klasy robotniczej, umocowaną w (bezprecedensowej poza Jugosławią) ustawie, która stanowiła, że „rada robotnicza zarządza w imieniu załogi przedsiębiorstwem będącym własnością ogólnonarodową”. Tę zdobycz stopniowo demontowano w następnych latach, w procesie „normalizacji” reżimu biurokratycznego. W tym samym czasie, podczas powstania węgierskiego, rady robotnicze wraz z Centralną Radę Robotniczą Wielkiego Budapesztu i podobnymi centralnymi radami w innych ośrodkach przemysłowych zaczęły ustanawiać władzę robotniczą, a następnie, gdy Kreml przystąpił do zgniecenia powstania, stały się organami oporu węgierskiej klasy robotniczej wobec radzieckiej interwencji wojskowej i restauracji władzy biurokratycznej. W Czechosłowacji – głównie w Czechach – rady pracownicze, zainicjowane przez załogi zakładów wielkoprzemysłowych, rozkwitły już za okupacji wojskowej państw Układu Warszawskiego, podczas Praskiej Wiosny robotniczej, która przypadła na jesień 1968 r., i wiosną 1969 r. rozdeptała je „normalizacja”. Jak to było już w zwyczaju rządzących biurokracji w Polsce i na Węgrzech, również tam oskarżono rady o to, że stanowią „anarchosyndykalistyczną formę przejścia do likwidacji własności ogólnospołecznej” – że rzekomo dążą do zastąpienia jej własnością załogową (grupową) jako formą własności prywatnej. W Chinach podczas tzw. „rewolucji kulturalnej” na stosunkowo dużą skalę rozwinęły się, a nawet sprawowały w terenie władzę rozmaite organy antybiurokratycznych ruchów robotniczych i masowych, które powoływały się na opisane przez Marksa zasady Komuny Paryskiej jako na wzór ustroju socjalistycznego. W 1981 r. w Polsce walka o samorządność pracowniczą, prowadzona przez rady pracownicze, które powstały w około 20 proc. przedsiębiorstw – głównie w największych zakładach przemysłowych – przy wsparciu nurtów samorządowych NSZZ „Solidarność”, stała się najbardziej zapalnym punktem spornym między „Solidarnością” a władzą biurokratyczną, a zarazem silnym czynnikiem polaryzacji w łonie samego niezależnego ruchu związkowego. I Krajowy Zjazd Delegatów „Solidarności” uznał przedsiębiorstwo społeczne zarządzane przez radę pracowniczą za podstawową formę własności, a samorządność pracowniczą za podstawę ustrojową Samorządnej Rzeczypospolitej.
Rady robotnicze i podobne organy ruchu robotniczego były również ważnymi aktorami sytuacji przedrewolucyjnych i kryzysów rewolucyjnych w różnych krajach słabo rozwiniętych na kolonialnych i zależnych peryferiach światowego systemu kapitalistycznego. W sytuacji dwuwładztwa, która powstała po rewolucji 1952 r. w Boliwii, Boliwijska Centrala Robotnicza (COB) samookreśliła się jako „scentralizowany system rad rewolucyjnych”, wzorowany na Komunie Paryskiej, lecz było to bardziej ideologicznym wyznaniem wiary niż faktem. Podobnie jak to było w Hiszpanii, w ślad za wiodącymi w tej rewolucji górnikami masy uczyniły swoimi organami władzy organizacje związkowe i milicje, ale w przeciwieństwie do rewolucji hiszpańskiej, w rewolucji boliwijskiej były one zintegrowane w jednej potężnej centrali robotniczej, która jako całość stanowiła organ dwuwładztwa. Po wojnie wyzwoleńczej narodu algierskiego, w latach 1963-1965, rady robotnicze odegrały ważną rolę w zarządzaniu przedsiębiorstwami rolnymi i przemysłowymi „socjalistycznego sektora” gospodarki niepodległej Algierii. Za rządów Jedności Ludowej w Chile, w latach 1972-1973, organami walki o władzę robotniczą stały się sieci ludowego zaopatrzenia bezpośredniego, organizacje związkowe „kordonów przemysłowych” i gminne komitety pracujących, które stanowiły zalążki terenowych rad delegatów. Rola rad robotniczych, zwłaszcza w strajku robotników przemysłu naftowego, który w ogromnej mierze przyczynił się do obalenia szacha i podczas którego rady te przejęły kontrolę nad produkcją, rafinacją i dystrybucją ropy, to jeden z niemal nieznanych, choć najważniejszych aspektów rewolucji 1979 r. w Iranie.
Fala antykapitalistycznych ruchów masowych, która od końca lat sześćdziesiątych przeszła przez Europę Zachodnią, przyniosła we Włoszech rozległy, dynamiczny ruch delegatów oddziałowych i rad fabrycznych. Tak, jak w 1919 r., zapoczątkowała go załoga Fiata w Turynie i rozwijał się przez 11 lat, aż do zakończonego wielką klęską strajku załóg Fiata we wrześniu 1980 r. Był to, jak dotychczas, ostatni wielki ruch rad w wysoko rozwiniętych krajach kapitalistycznych.
W ostatnich latach w Argentynie i innych krajach latynoamerykańskich ruchy załóg „odzyskanych fabryk”, tzn. bankrutujących, a przejmowanych i zarządzanych przez załogi zakładów przemysłowych, takich, jak jedne z największych a Ameryce Łacińskiej zakładów ceramicznych Zanón w Neuquén czy jak zakłady włókiennicze Brukmana w Buenos Aires, oraz, w łonie „rewolucji boliwariańskiej” w Wenezueli, ruchy na rzecz „rewolucyjnego współzarządzania” robotniczego w przedsiębiorstwach sektora państwowego zwiastują nowe pola walk klasowych, na których zapewne odrodzą się komitety fabryczne i rady delegatów robotniczych.
Prędzej czy później, wszędzie na porządku dziennym stanie stare hasło: „Cała władza w ręce rad!”

Gorzka opowieść persko-francuska Recenzja

Nie jestem drzewem i nie mam korzeni – to dla mnie najważniejsze i najbardziej dobitne oraz buntownicze zdanie z powieści (a raczej osobistej, autobiograficznej opowieści, bo nie ma tu typowej fikcyjnej akcji) Maryam Madjidi, zatytułowanej „Lalka i Marks”, a jednocześnie zdanie, które, choć wypowiedziane w odruchu irytacji przez narratorkę-bohaterkę, pozostaje w radykalnej sprzeczności z jej rzeczywistym doświadczeniem. Bowiem urodzona w Teheranie (rocznik 1980) Iranka, przez lata zamieszkała, a zatem w znacznym stopniu uformowana kulturowo w Paryżu, dramatycznie boryka się z syndromem zakorzenienia w kulturze irańskiej (perskiej), który nie pozwala jej stać się bez reszty Francuzką. Urodzona w Teheranie, we wczesnym dzieciństwie, w wieku sześciu lat, emigruje z rodzicami komunistami (stąd Marks w tytule) do Francji, do Paryża, po latach wraca do Iranu, potem ponownie przenosi się do Paryża – jej życie to miotanie się między ojczyzną a emigracją. Bohaterka ma nawet problemy z jedzeniem croissantów, których nienawidzi jako synonimu obcości i tęskni za irańskimi potrawami z ryżu. Ma problemy z uwewnętrznieniem i zaakceptowaniem francuskiego modusu życia. Z Iranu ucieka jako z piekła społeczno-politycznego (lakoniczne, ale sugestywne obrazy okrutnych represji w wydaniu tamtejszego reżimu), z Paryża – bo to kwintesencja cywilizacji z gruntu jej obcej, bo „Iran z jego językiem jest w niej”. Chciałaby do Paryża, ale z „swoimi zmarłymi”, by strawestować tytuł eseju Marii Janion, podejmującymi przecież kwestię strukturalnie pokrewną, nie pozbawioną pewnych analogii, choć z innego, polskiego punktu widzenia. Powieść Madjidi kończy się niejednoznacznie, nie ma tu żadnego happy endu. W końcowej scenie wiozący ją teherański taksówkarz, dowiedziawszy się, że pasażerka dorastała we Francji, mówi: „Życie w Iranie to piekło. Lepiej być na wygnaniu niż gnić tutaj. Lepiej cierpieć we Francji niż w Iranie. Niech mi pani wierzy”. Jednak bohaterka jest zachwycona, upojona tym, że taksówkarz cytuje jej wiersz perskiego poety Hafeza. I wtedy, uwięziona w ogromnym korku, owiana smrodem spalin, doznaje uczucia irracjonalnego szczęścia. W planie realistycznym, w planie doświadczenia bohaterki, w planie bezpośrednich wniosków wypływających z tej lektury, reaguję, jako czytelnik, nie bez irytacji na ten syndrom „rozdartej sosny”. Pachnie mi to niezrównoważeniem emocjonalnym, przewrażliwieniem, histerią, a uwaga teherańskiego taksówkarza wydaje mi się z tej sytuacji głosem praktycznego rozsądku. Tak, wiem, rozumiem marzenie bohaterki o ojczyźnie wolnej i demokratycznej, nie o piekle na ziemi, marzenie o tym, by mogła jeść potrawy z ryżu, pić herbatę i czytać irańską poezję pod niebem kraju nie rządzonego przez fanatycznych i okrutnych ajatollahów, rozumiem jej kłopoty z tożsamością, ale jest, jak jest: trzeba się zdecydować, skoro ma się – przecież nie wszystkim Irańczykom dostępny – luksus możliwości wyboru. Tak, to prawda, że także we Francji doświadcza bohaterka lekceważenia i akcentów pogardy, choćby ze strony paryskiego barmana pogardliwie sarkającego na deklarowaną przez bohaterkę „francuskość”. To inne lekceważenie i pogarda niż to, doświadczanie w ojczyźnie z tego tylko powodu, że jest kobietą i ma waginę. Ta frustracja paryska, choć boli wrażliwą kobietę, jest jednak w kategorii „light”, podczas gdy w Iranie ma do czynienia z opresją hardcorową, groźną, prawdziwie niebezpieczną, ani trochę nie na żarty. Dlatego lekturze „Lalki i Marksa”, w planie bezpośredniego odbioru jej przesłania, towarzyszyło mi nie tyle współczucie, ile zaciekawienie i irytacja. Jednak poza planem ludzkim jest w tej opowieści jest także plan czysto literacki. „Lalka i Marks” została nagrodzona prestiżową Nagrodą Goncourtów w 2017 roku w kategorii „Pierwsza powieść”. W jej kulturowym tle są „Listy perskie” Monteskiusza, jeden z wyrazów historycznej francuskiej fascynacji perskim w tym przypadku Orientem. To także opowieść o tęsknocie i nostalgii, o zmaganiu się w sercu i umyśle bohaterki dwóch języków, perskiego i francuskiego i o poszukiwaniu przez nią języka własnego, który byłby nie do końca tylko francuskim i nie do końca tylko irańskim. Może poszukuje języka francuskiego w brzmieniu, a perskiego w duchu, czyli swojego własnego, indywidualnego języka? Ale czy taki język w ogóle jest możliwy? Póki co, czytelnik otrzymuje kunsztownie napisaną – jednak w języku francuskim! – i naprawdę zajmującą, mającą w sobie przy tym coś z poematu prozą, opowieść o rozdarciu między kulturami, między językami, między własnym piekłem a cudzym rajem, każdym na swój sposób dobrym i na swój sposób niedobrym. Jeśli jednak odnieść się do dylematów i „mąk dusznych” pisarki z zastosowaniem czysto literackiego kryterium, to można by skonkludować, że ostatecznie zwycięża niej Francja, a co najmniej jest to remis ze wskazaniem. Bo przecież „Lalka i Marks” nie przejdzie do historii literatury perskiej, lecz francuskiej. A nagrodzona autorka będzie następczynią Balzaca i Flauberta, a nie Hafeza.

 

Maryam Madjidi – „Lalka i Marks”, przekł. Magdalena Pluta, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2018, str. 220, ISBN 978-83-06-03512-4.

Ludzkość jako dryfujący statek kosmiczny Recenzja

„Widmo krąży po krajach Zachodu, rewolucja przeciwko otwartemu społeczeństwu” – tym zdaniem, parafrazą pierwszego zdania „Manifestu Komunistycznego” Karola Marksa rozpoczyna swoją książkę Ralf Fücks, jeden z liderów niemieckich Zielonych.

 

„W obronie wolności. Jak wygrać walkę o otwarte społeczeństwo” jest próbą zarysowania syntetycznego obrazu tego, co dzieje się w Europie i świecie, ze szczególnym natężeniem od dwóch-trzech lat, ale przecież generalnie już co najmniej od dekady. Jeszcze kilka lat wcześniej mogło się wydawać, że klasyczna od dziesięcioleci praca „Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie” Karla Poppera należy już tylko do archiwum historii ludzkości. Archiwum pamięci tego, co było złe, lecz minęło. Dziś dzieło Poppera powinno być ponownie wydawane jako rzecz, która nabrała nowej, intensywnej, dla wielu niespodziewanej aktualności. Autor „W obronie wolności” ukazuje przyczyny i mechanizmy działania antyliberalnego frontu, nowy „Radical Chic”, Nową Prawicę, zwarcie między nowoczesnością i antynowoczesnością, ucieczkę w tradycyjne wspólnoty. Opowiada też o głównych ideologach tej fali, w tym o Rosjaninie Aleksandrze Duginie, jednym z głównych liderów krucjaty przeciwko nowoczesności. Autor pokazuje, że demokracja pozbawiona bezpieczników mogła działać do czasu, gdy zaczęły słabnąć dwa jej podstawowe zworniki: liberalizm i lewica. Wyraźnie też wskazuje, że bardzo istotnym bodźcem, który wzmocnił falę, o której mowa, była wielka fala imigracyjna z Afryki i Azji w ciągu ostatnich kilku lat, kierująca się głównie do Europy i USA, a także kolosalna aktywizacja islamu na terenie tychże. Innym istotnym czynnikiem w tym procesie była aktywna rola Rosji i ją też Fücks w swojej pracy naświetla. „Nie jest łatwo być optymistą w dzisiejszych czasach. Krótkie dziesięciolecie demokratycznego przebudzenia kończy się. Kto jeszcze wierzy, że świat będzie od jutra lepszy, będzie miał opinię pozbawionego rozumu lub niepoprawnego optymisty. Niepewność stała się nowym uczuciem paneuropejskim. Nie jest to żaden przejaw starzejącego się społeczeństwa. Żyjemy w czasie przełomu i trudno powiedzieć, jak zachodnie demokracje poradzą sobie z wyzwaniami, na które napotykają” – pisze autor we wstępie.

 

Carl Schmitt – prorok demokracji fasadowej

Autor odniósł się do protoplastów tego, co się dzieje, w tym do Carla Schmitta. Odnosząc się do jego „teologii politycznej” przypomina też, że manipulacje przy systemie demokratycznym w wykonaniu takich ludzi jak Trump, Erdogan, Orbán czy Kaczyński, to bynajmniej nie nowinka w praktyce politycznej. Już za Republiki Weimarskiej wspomniany Schmitt zdefiniował demokrację tak, jak ją dziś widzą i praktykują wspomniani politycy, uznając ją nie za formę państwa, lecz za „mistyczną jedność między rządem a narodem. „Dyktatura jest demokracją: coś takiego nazywa się argumentacyjnym salto mortale. Staje się intrygujące, kiedy Viktor Orbán uwzględnia dziś nowy punkt widzenia ideału „antyliberalnej demokracji”, w Rosji mowa jest o „sterowanej demokracji”, w Turcji Erdogan zaprowadza demokrację wodzowską. Demokracja stała się pojęciem zombi – zwykłą fasadą, za którą chowa się autorytarna dyktatura” – konkluduje ten wątek Fücks. Analizuje też wszystkie najważniejsze czynniki status quo ante, takie jak historyczne dziedzictwo demokracji, pojawienie się w jej ramach liberalizmu, lewicy i prawicy, a także marksistowski punkt widzenia, jak również pojawienie się globalizacji oraz ruchu ekologicznego. Uwzględnia też pojawienie się w Europie nowego czynnika wpływającego dziś na charakter demokracji: islamu, owocu imigracji, i w analizie tego fenomenu wspomaga się wydźwiękiem głośnej powieści Michela Houellebecqa „Uległość”.

 

Tako rzecze Sloterdijk

Szukając praprzyczyn tego, co się w Europie stało, odwołuje się najpierw Fücks do motywu Frankensteina, a właściwie potwora Frankensteina, bohatera powieści Mary Shelley i głośnych filmów powstałych na jej motywach. „Człowiek jest istotą, która wciąż przekracza nowe granice, a przy tym dręczony jest przez koszmary.” – powiada Fücks. To właśnie trauma, strach jako wyniknął z przekroczenia tych koszmarów wywołały próbę ucieczki od nich, ucieczki w „tradycyjne wartości”, „wspólnotę”, ucieczkę od „dyskomfortu nowoczesności”. Ten dyskomfort przeczuł już w „Fauście” Goethe, do którego Fücks też się odwołuje. Znajduje w nim „prawie wszystkie motywy współczesnej krytyki kapitalizmu: ciągły niepokój i permanentne przyspieszenie życia ku radości diabła, nadzwyczajne pomnażanie kapitału przez wydawanie banknotów alchemicznym w zasadzie hokuspokus. Wojna, handel i piractwo są notorycznymi towarzyszami kapitalizmu, „są w trójcy, nigdy osobno”. Ekspansja produkcji przemysłowej wymaga splądrowania bogactw naturalnych”. To wszystko znajduje Fücks w proroczym „Fauście”. I w chwilę po tym odwołuje się do recept Malthusa (granice wzrostu) i Marksa (krytyka kapitalizmu). Jednak najciekawsze, a też i najświeższe diagnozy stanu rzeczy i przewidywania co do przyszłości znajduje w myśli Petera Sloterdijka, którego nazywa „niekoronowanym niemieckim królem filozofii”. „W dyscyplinie filozoficznego podnoszenia ciężarów przed szeroką publicznością byłby mu z pewnością przyznany medal – pisze o myślicielu Fucks – Jak mało kto posiada on dar medium ducha czasu. Jego teoria nowoczesności odzwierciedla kulturowo pesymistyczną cechę charakterystyczną, która w osiągnięciach nowoczesności diagnozuje zarodek upadku”. Sloterdijk diagnozuje, że „gdy otwarte społeczeństwo ze swoimi obietnicami swobodnego rozwoju produkuje permanentną nadwyżkę oczekiwań, nadziei, postulatów, trzeba przede wszystkim wzmocnić instytucje, obiecać stabilność i zdolność do działania. Stąd też rehabilitacja granic jako odpowiedź na tendencję do permanentnego odgradzania się”. W swojej pracy „Te straszne dzieci nowych czasów” (2014) niemiecki filozof zauważa, że „podczas gdy największa część ludzkiej historii rozwoju stała pod prymatem zachowania tradycyjnego porządku, nowoczesność odznacza się poprzez ucieczkę od tradycji, zburzenie kontynuacji pokoleniowej i kult nowości – nowe jest lepsze, stare staje się zacofane. Partia postępu triumfuje nad partią regresu, aktywizm nad konserwatyzmem”. Dominująca w cywilizacji „indywidualizacja oznacza wyzwolenie się z tradycyjnych konwencji i (…) ze zobowiązania wobec minionych i nadchodzących pokoleń”. „Oderwaliśmy się od naszego pochodzenia, przyszłość jest za chmurami nadciągających konfliktów, długów publicznych i zmian klimatu – referuje Fücks diagnozy niemieckiego myśliciela – Ufność w postęp nowoczesności ustępuje odczuwaniu fin-de-siécle. Aż po elity rządzące panuje oczekiwanie, że zachodnio-kapitalistyczna cywilizacja przeskoczyła swój zenit; w przyszłości będzie to szło już tylko w jednym kierunku: w dół. Sloterdijk jest prorokiem tej atmosfery”. Z takiego postawienia sprawy wynika nieuchronnie następujący wniosek: współczesna antydemokratyczna reakcja, powrót do Carla Schmitta, ideologia Aleksandra Dugina, praktyka polityczna Trumpa, Erdogana, Orbána czy Kaczyńskiego to desperacka próba odwrócenia tego kierunku, choć wiele na to wskazuje, że lekarstwo może się okazać gorsze od choroby. Kulturowy konserwatysta, ale jednocześnie prawdziwy wolnościowiec Sloterdijk musi patrzeć na to z intelektualną rozpaczą: kierunek w jakim zmierza świat bardzo mu się nie podoba, ale przecież schmittyzm, duginizm, trumpizm, erdoganizm, Orbánizm czy kaczyzm też nie mogą mu się podobać, bo są wypędzaniem dżumy cholerą. „W oparciu o Marksa, ale bez jego filozoficzno-politycznej wiary, że z kryzysów i przeciwieństw wyłania się wyższy porządek, Sloterdijk opisuje kapitalistyczną nowoczesność jako proces „destabilizacji wszystkich stosunków materialnych jak i symbolicznych” – pisze Fücks. Sloterdijk nie ma też wiary swojego rodaka Hegla, że z tej walki przeciwieństw wyłoni się nowy, racjonalny Zeitgeist.

 

Dryfujący statek kosmiczny

W jego książce uderzająca jest dysproporcja między diagnozą stanu rzeczy a wskazywanymi sposobami wyjścia z kryzysu. Ta pierwsza jest frapująca, obfitująca w kapitalne spostrzeżenia, pogłębiona intelektualnie, erudycyjna. Jednak tam, gdzie Fücks próbuje wskazywać remedia i lekarstwa na przezwyciężenie zagrożeń, wypada to blado i nieprzekonywująco. Finalny rozdział-instrukcję „Co każda i każdy może zrobić” czyta się doskonale znaną jako deklarację szlachetnej, ale jak dotąd bezsilnej woli. Co więcej, jego książka, z jej rozedrganą, nieco chaotyczną, acz interesującą narracją, jest świadectwem tego, że samo tylko ujęcie w jakiś spoisty wzór sprzeczności targających współczesnym światem jest zadaniem niemal niewykonalnym. Dlatego dobrą puentą jego studium jest odwołanie się do metafory Sloterdijka, który porównuje naszą cywilizację do dryfującego poza kontrolą statku kosmicznego ( jakiegoś błądzącego w strasznych przestworzach „Prometeusza” – dodałbym od siebie). „Jesteśmy pasażerami mega-maszyny, która od dawna nie jest przez nas kierowana” – parafrazuje Fücks myśl niemieckiego filozofa. Wiemy jak jest, ale nie wiemy co z tym zrobić. Arcymądry Niemiec Sloterdijk także nie wie. Różnica między czasami, w których Karl Popper pisał swoje dzieło o „społeczeństwie otwartym i jego wrogach” a naszymi czasami polega bowiem i na tym, że my jesteśmy bardziej zmęczeni, bardziej pozbawieni wiary i bardziej wyzbyci sił do walki z wrogami wolności niż nasi poprzednicy.

 

Ralf Fücks – „W obronie wolności. Jak wygrać walkę o otwarte społeczeństwo”, przekł. Wojciech Wojciechowski, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2018, str. 241, ISBN 978-83-65304-74-2.

Proste jak drut

Istnieją rzeczy tak genialnie proste, że aż dziwne, że nikt na nie wcześniej nie wpadł.

 

Trudno, na przykład zrozumieć geniusz Dymitra Mendelejewa bo przecież wziął i zestawił rzeczy dostępne dla wszystkich. Geniusz, który czasem nawiedza intelektualistów ma to do siebie, ze pozwala dodać dwa do dwu i uświadomić sobie że jest to cztery, chociaż nikt na to wcześniej nie wpadł.

Dosłownie z sytuacją dodania dwu do dwu i uzyskania wyniku cztery mamy do czynienia w krótkiej rozprawce Petera Frase Cztery przyszłości. Wizje świata po kapitalizmie, przyswojonej polszczyźnie przez Macieja Szlindera a wydanej bieżącym 2018 roku przez Państwowe Wydawnictwo Naukowe.

Książka ma to do siebie, że uświadamia rzecz pozornie oczywistą, że warunkiem odkryć jest wolność słowa i myśli. W krainie POPiS-owskiego zamordyzmu i świętobliwej ciemnoty gdzie obowiązuje ewangelia dwu totalitaryzmów i zakaz ich propagowania książka Petera Frase’a sprawia wrażenie bluźnierstwa i plucia w twarz umęczonego Polskiego Narodu. Osoby o słabych nerwach nie powinny, jak sądzę, czytać nawet recenzji, nie mówiąc już o zbrodniczym tekście, pisanym jak gdyby nigdy nie ukazał się żaden numer „Gazety Wyborczej” a Jarosław Kaczyński nigdy nie nawrócił się na katolicyzm.

Żyjący na innym kontynencie Frase rozpoczyna od dodania do siebie dwu oczywistości.

Pierwszą jest nadciągający kryzys ekologiczny. Globalne antpogeniczne ocieplenie klimatu. Proces o którym można powiedzieć jedno, z pewnością jest on nie do rozwiązaniu w ramach obecnego ustroju kapitalistycznego. Żeby się uratować przed katastrofą trzeba wyjść poza wolny rynek a więc i kapitalizm. Jeżeli katastrofa nadejdzie, to jeżeli nie zlikwiduje ludzkości, to, to co z niej zostanie też wyprowadzi tych co przeżyją poza kapitalizm. Tak więc kapitalizm nie ma przyszłości perspektywie procesów nadciągającej katastrofy klimatycznej.

Drugą oczywistością jest nadciągająca wielkimi krokami rewolucja technologiczna związana z rozwojem sztucznej inteligencji. Autor nawiązuje tutaj do wydanej w Polsce w 2016 roku niezwykłej książki Martina Forda Świt robotów. Czy sztuczna inteligencja pozbawi nas pracy (tłum. Katarzyna Łuniewska, wyd. cdp.pl misja: rozrywka ???). Chociaż może się wydawać przesadą recenzja w recenzji to należy zauważyć że książka Forda stanowi niezwykłe dokonanie zrywające w sposób najbardziej radykalnie z rozpowszechnionym mitem głoszącym, że roboty eliminują proste prace fizyczne, pracownicy wykonujący prace umysłowe wymagające wysokich kwalifikacji nie mają się czego obawiać.

Ford pokazując, że komputery piszą już artykuły do gazet, diagnozują pacjentów, wygrywają teleturnieje typu Milionerzy itd.. Ukazuje, że jest przeciwnie niż sądzimy i już niedługo lekarzy, pielęgniarzy, prawników, dziennikarzy, kierowców i inne podobne profesje opanują nowi pracownicy, kompetentni i profesjonalni a przy tym pozbawieni arogancji, chamstwa, cwaniactwa i temu podobnych przypadłości właściwych dla kadr obecnie wykonujących te zawody.

Poza nadzieją, że już niedługo można będzie iść do ginekologa nie obawiając się gwałtu, proces rozwoju zastosowań sztucznej inteligencji budzi również pewne obawy. Biorą się one stąd, że ludzie zaczną po prostu być zbędni w procesie produkcji. Najbardziej oczywistą konsekwencją stanie się to, że przestaną zarabiać. Co wtedy? Najbardziej oczywistym pomysłem staje się coraz bardziej popularna formuła płacy obywatelskiej a więc wynagrodzenie za sam fakt przynależności do danej wspólnoty. (Autor tłumaczenia pracy Frase’go Maciej Szlinder jest autorem monografii Bezwarunkowy dochód podstawowy. Rewolucyjna reforma społeczeństwa w XXI wieku, PWN 2018 – niestety, w kategorii, już kupione, jeszcze nie przeczytane – A.C.).
Z perspektywy Frase’go co byśmy nie powiedzieli o pochodzie sztucznej inteligencji jedno jest pewne. Czyni on kapitalizm ustrojem głęboko bezsensownym. Jaki sens ma kapitalizm w sytuacji gdy ludzka praca robocza przestaje być towarem ze względu na brak zapotrzebowania a produktywność gwałtownie wzrasta?

Problemem zaczynają być sami ludzie.

Z perspektywy organizowania przyszłości mamy więc możliwości albo dobrobyt gdy uda się zahamować katastrofę klimatyczną albo niedobór gdy trzeba się będzie zmagać z jej skutkami.

W tym momencie pojawia się kolejna alternatywa albo ustrój przyszłości będzie uwzględniał potrzeby wszystkich a więc będzie realizował idee egalitarną albo będzie miał hierarchiczny, elitarny charakter.

Gdy dodajemy dwa do dwu otrzymujemy cztery modele organizacji społecznej :
a) komunizm – równość i dostatek,
b) rentyzm – nierówność i dostatek,
c) socjalizm – równość i niedobór,
d) eksterminizm – hierarchia i niedobór.

Proste jak konstrukcja cepa i jak on nieodparte.

Kapitalizm rzeczywiście się kończy szybko i nieładnie. Skutki nadciągającej katastrofy klimatycznej są już wyraźnie odczuwalne i to nie tylko we wzrastającej słodyczy coraz wcześniej dojrzewających winogron. Sztuczna inteligencja niewątpliwie podniesie się po porażce jaką stał się śmiertelny wypadek, który wywołało gwałtowne wtargnięcie kobiety na tor samosterującego się pojazdu. To o czym mówimy nie będzie trwało setki lat. Co najwyżej dziesięciolecia.

Gołym okiem widoczne są już kiełki przyszłych możliwych ustrojów. Szczególnie eksterminizm zdaje się dojrzewać w tempie hiszpańskich winogron. Ale już Róża Luksemburg przypomniana przez autora recenzowanej pracy sformułowała w swoim czasie alternatywę „socjalizm albo barbarzyństwo”. Z socjalizmem, dzięki Bogu, żeśmy sobie poradzili a więc nie ma się co dziwić, że mamy to co mamy.

Pytanie w jakim kierunku pójdziemy jest jeszcze otwarte. Zasługą Frase’go jest wpisanie swojego schematu w realia naszych czasów. Pokazanie że tak naprawdę już zaczynamy życie „po kapitalizmie” i jak Molierowski Pan Jurdain „mówimy prozą” jest czymś co stanowi o niezwykłej wartości książki. Bonusem jest niewątpliwie ukazanie się jej w dwusetną rocznicę urodzin Karola Marksa.

Ćwiczenie z logiki rozwoju społecznego, które zaproponował Frase zasługuje na poważne przemyślenie chociaż w Polsce jest jak lektura Woltera w czasach miłościwie panującego Augusta III Sasa.
Należy podkreślić, ze gdy chodzi o samą publikację to mamy do czynienia nie tyle z czasami saskimi, co z okresem rządów miłościwie panującego imperatora Aleksandra III. Zgodnie z zasadą rosyjskiej polityki wewnętrznej tego okresu cenzurowano jedynie gazety, książki bowiem były tak drogie, ze nie widziano potrzeby kontrowania tak elitarnych dóbr. Opisywana książka – 127 stron w miękkiej oprawie kosztuje bowiem 49 złotych. Ale jak wiadomo nie ma róży bez kolców, a za przyjemności trzeba płacić.

Zabić ten kapitalizm

Transformacja ustrojowa i III RP nie miały i nie będą mieć dobrej prasy wśród większości polskiego społeczeństwa. Poza klasą kapitalistyczną i tymi, którzy w sposób efektywny wykorzystali panujący (wciąż) neoliberalizm grono miłośników III RP pozostaje skromne.

 

Przymusowi emigranci i ich rodziny, ludzie wychowani w rzeczywistości wysokiego bezrobocia, pracownicy godzący się na życie na śmieciówce, upłynnieni ludzie niskich płac i zniszczonych marzeń o poczuciu bezpieczeństwa… Oni wszyscy nie cenią sobie porządku, który przyniósł Polsce turbokapitalizm na półperyferyjnych i krwiożerczych warunkach. Polski kapitalizm to dla ludzi pracy synonim trudu, klęsk i pustych obietnic podawanych w religijnym sosie. Poza zniszczeniami na poziomie czysto ludzkim potransformacyjny porządek zrujnował także polską narodową samoocenę. Kraj wyprzedaży, królestwo prywaty i „teoretyczne państwo” wytworzyły atmosferę porażki, upodlenia i głębokiego, narodowego wręcz wstydu. Wstydu za upokorzenia przeżywane przez ludzi pracy i wstydu za demoralizację miłościwie panującej klasy kapitalistycznej.

Dla przeciętnego polskiego pracownika drzwi do awansu społecznego i bramy ku wolności nie zamknął zresztą wcale PiS, lecz zrobił to już dawno temu Leszek Balcerowicz. Warstwy uprzywilejowane „Polski kapitalistycznego sukcesu” rodem z TVN-u, Forbesa i Gazety Wyborczej nie są też wcale uniwersalną, polską inteligencją, lecz stanowią bardzo konkretną grupę, która skutecznie i na całe dekady przywłaszczyła sobie środki kulturowej i społecznej reprodukcji, okupując się na najwyższym poziomie życia i z pogardą patrząc na innych, którym cały czas wmawia się, że III RP to kraj konsumentów luksusowych towarów i szczęśliwców, którzy wygrali los na loterii.

Tego wstydu nie czują oczywiście beneficjenci tych zmian oraz towarzystwo celebrytów – czuje go natomiast cała, wielka „Polska B”, która bynajmniej nie jest jedynie domeną „Wschodu” i małych miejscowości, gdzie panuje biedniejsza wersja kapitalizmu. Czują go wszyscy Ci, których nowa kaprzeczywistość ustawiła gdzieś pomiędzy żałośnie niską pensją minimalną, niedostatkiem i życiem bez perspektyw na zarobienie na własne mieszkanie.

Ten wstyd jest dziś jednym z podstawowych czynników stymulujących tęsknotę za „wielką Polską”, czyli za naprawdę silnym państwem, za dumą narodową i wiarą w narodową i państwową wspólnotę, która byłaby skuteczna i pomogła wydostać się z pułapki śmieciowej egzystencji. To inaczej zwane przywiązanie do państwa socjalnego i opiekuńczego, które wywodzi się jeszcze z czasów Polski Ludowej gra dziś jednak na korzyść rządzących, którzy przekuwają je w zupełnie nową narrację i tworzą nowy język pseudokonfliktu społecznego.

PiS-owskim, wyimaginowanym konfliktem, w który obecna władza pragnie wciągnąć wszystkich pozostałych aktorów jest konflikt na linii „lud” kontra „elita”. W konflikt ten z powodzeniem i w sposób naturalny daje się też wciągnąć praktycznie cała „opozycja”, która czy to z głupoty, czy też z uwagi na kryzys ideowy, weszła w buty oprawców i złodziei z III RP.

Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do tego PiS-owskiego substytutu walki klas dla upokorzonych. Mówienie o „ludzie” i o „elitach” w XXI wieku przystoi jedynie nacjonalistom, miłośnikom faszyzmu lub fetyszystom epoki feudalnej. We współczesnym kapitalizmie mamy do czynienia z klasą pracującą, klasą kapitalistyczną, a także przedstawicielami określonych warstw i grup społecznych. Totalizacja i tworzenie dwóch rzekomo przeciwstawnych sobie obozów (pseudo)klas kulturowych jest zarówno całkowicie błędne, jak i skrajnie szkodliwe. Rzeczywistym wyróżnikiem, który PiS stara się nam narzucić jest ślepy, religijny nacjonalizm, który bynajmniej nie zagraża kapitalizmowi, lecz wręcz umacnia go i orientuje wokół interesów narodowej burżuazji.

Rzeczywistym przeciwnikiem ludzi pracy są beneficjenci porządku opartego na wyzysku, czyli właściciele kapitału oraz podpięta pod jego interesy partyjna biurokracja. Wrogiem jest kapitalizm. A elitami w kapitalizmie są konkretnie: utrzymujący obecny system właściciele.

Wyśnione i obarczane winą za upadek demokracji i PiS-owski autorytaryzm „masy ludowe” to w istocie całkiem rozumny – oraz reagujący zgodnie z prawami politycznego rynku – proletariat, który w swej skromnej części głosuje na PiS przede wszystkim z uwagi na świadomość własnych i całkowicie obiektywnych interesów. Te interesy są odrębne od interesów polskich właścicieli i od interesów ludzi korzystających z rajów podatkowych, których reprezentują dziś w zasadzie wszystkie partie skupione w polskim parlamencie. Cała ta zagadkowa „wyjątkowość” obecnej władzy polega wyłącznie na tym, że partia ta jako pierwsza została obiektywnie zmuszona (przez nacisk żądań samego świata pracy) do pewnych minimalnych ustępstw względem najtwardszej linii polityki neoliberalnej i najlepiej też posługuje się językiem nacjonalizmu i IPN-owskich narracji, którym „światli” liberałowie rodem z Unii Wolności przez cały dekady karmili polską młodzież. I jak widać: nie bezkarnie.

PiS nie jest więc przedstawicielem wyklętego/otumanionego ludu tej ziemi, lecz klasyczną, konserwatywną prawicą, która chwilowo stała się sojusznikiem dla części polskiego świata pracy. To nie jest szokujący konflikt kulturowy, w którym banda kiboli znęca się nad mówiącymi po francusku. To nie walka oświeceniowego rozumu z nacjonalistyczną ciemnotą. To nie konflikt pomiędzy salonami i stadionami. To walka o trochę wyższe stawki, o sprawniej działające państwo, o godność szeregowego człowieka pracy, który w systemie demokracji parlamentarnej ma jeszcze czasami tę możliwość, że jest w stanie przegłosować te kilkanaście procent najbogatszych + ich bogatych krewnych i fruwających po świecie znajomych z telewizji śniadaniowych.

Rzeczywiste podziały nie przebiegają więc wcale wzdłuż pokoleń ani nie dotyczą stopnia wykształcenia. Podziały są klasowe i dotyczą wysokości płac, czasu pracy, czy bezpieczeństwa socjalnego i poziomu życia. Prawdziwe sprzeczności występujące na poziomie klas kulturowych dotyczą zaś przede wszystkim różnic ideologicznych, ponieważ faktem jest, że neoliberalny sen o Polsce dla większości społeczeństwa okazał się kłamstwem. Konflikt pomiędzy PiS-em i PO nie jest jednak wcale konfliktem prostactwa z wykształciuchami. To konflikt dwóch obozów prawicowego neoliberalizmu, przy czym ten bardziej liberalny obyczajowo ma też to do siebie, że pozostaje zupełnie ślepy na wady, klęski i katastrofy, które przyniósł nam (ich wspólny) barbarzyński kapitalizm.

Idąc tropem Marksa nie pokładam żadnej wiary w zdolność do autorefleksji beneficjentów kapitalistycznego wyzysku. Nie zmienia to jednak faktu, że cała polska lewica stoi w tym momencie przed możliwie największym zagrożeniem. Budowanie opozycji na zasadzie „naród kontra zdrajcy” i „prawdziwy lud kontra elita” to klasycznie faszystowskie klisze służące przede wszystkim kreowaniu języka politycznego na poziomie regresywnego nacjonalizmu. (…) Różnica między nacjonalistyczną „ludowością”, a ruchem proletariackim polega też na tym, że ta pierwsza pozostaje pod bezpośrednią kontrolą prawicowych i kapitalistycznych elit. To „ludowość”, która zakazuje samokształcenia i odcina się od edukacji i postępu, na której czele stoi bogaty kler w parze z prawicowymi elitami partyjno-biurokratycznymi i czerpiącym z tego największe profity światem biznesu. Wulgarny naturalizm, promowanie złego gustu i myślenia w kategoriach Polak/Wróg nie jest więc wcale „oddolnym, ludowym wynalazkiem”, tylko konstruktem służącym na rzecz uprzywilejowanych i bogatych.

Bez krytyki klasy kapitalistycznej i nietykalnych jak dotąd przedsiębiorców każda „krytyka” skazana będzie na pogoń za mitycznymi, czyhającymi na „prostego człowieka” i kradnącymi „elitami” – w obrębie których z równym powodzeniem umieścić można dziś biednych doktorantów i nauczycieli, jak i właścicieli dużych firm i spadkobierców kulczykowych fortun. Tego właśnie chce PiS, którego pomysł na „polski lud” i „Polaka” jest bardzo wyraźny: to polujący na sodomitów Polak-tylko-katolik, który walczy ze wszystkimi sąsiadami, przeciwko wszystkim postępowym ideom i na rzecz utrwalania nacjonalistycznego ciemnogrodu, którego istnienie jest zresztą po prostu skrytym życzeniem samego kapitału, który w ten właśnie sposób pozbywa się odpowiedzialności za politykę i zwala swe winy na barki złych ludzi z partii rządzącej. Tak otumaniona klasa pracująca staje się zresztą całkowicie bezwolna, bierna i bezradna w obliczu ataków ze strony samego kapitału.

Nie istnieje więc żaden „lud” do którego trzeba się zniżać i na którego poparcie przepis posiada rzekomo wyłącznie PiS. Prawie wszyscy żyjemy już w kręgu tej samej socjalizacji i w coraz bardziej jednorodnej kulturze.

Uniwersalna, przemysłowa kultura generowana przez współczesny kapitalizm wytwarza możliwości raczej łatwego nawiązywania wspólnego języka ze wszystkimi. Żyjemy w erze wielkiej uniformizacji. Oglądamy, czytamy i pozostajemy w kręgu podobnych treści. Powoli są to już zresztą treści przede wszystkim o pochodzeniu zagranicznym, czego kwintesencją jest m. in „Netflix”, będący zinstytucjonalizowaną i zintegrowaną siecią produkcji kulturowej rodem prosto z prognoz Theodora Adorno. Dlatego właśnie budowanie tożsamości młodych pokoleń na Żołnierzach Wyklętych nigdy w pełni się nie powiedzie. PiS-owi po prostu zabraknie do tego miejsca na Youtubie, filmów w kinach, wyświetleń na instagramie i filmików na snapchacie. Prawicowa repolonizacja kultury nie jest już możliwa. To przedpotopowa bajka dla oderwanych i naiwnych.

Cała współczesna narodowa hucpa jest zresztą tylko mało popularną stylówą, która opiera się na sentymencie do podziałów rodem z czasów Powstania Warszawskiego. Trudno już nie traktować tego z przymrużeniem oka. Podobnie społeczeństwo traktuje też w gruncie rzeczy cały blichtr PiS-owskich darów. Już za 10 lat ostatni żywi świadkowie Wojny przejdą do historii, a PiS-owska estetyka, której główną siłą jest wieczne pragnienie zemsty na Niemcach i Rosjanach ostatecznie przejdzie już do lamusa.

W tej sytuacji wystarczy wiedzieć jak odpowiednio się zachować. Kluczem do politycznego sukcesu pozostaje kwestia stosowania odpowiedniego języka, bycia zrozumiałym i czytelnym, a także bliskim wyobraźni świata pracy – a nie świata biznesu. Spajająca siła nacjonalizmu z przyczyn obiektywnych – głównie z uwagi na słabość polskiej gospodarki i ze względu na rzeczywiste warunki życia w naszym kraju – zawsze będzie płytka i prymitywna.

Nowe problemy: katastrofa klimatyczna, kwestia migracji, miejsce pracownika i jego prawa w turbokapitalistycznym świecie chwilówek-śmieciówek… będą kształtowały zupełnie nowego i odpornego na kapitalistyczną propagandę sukcesu człowieka.

I o tych ludzi trzeba walczyć.