Katalońska niepodległość…

a Marks i sprawa polska

Powoli dobiega końca przed hiszpańskim Sądem Najwyższym proces 12 przywódców katalońskich oskarżonych o bunt oraz defraudację publicznych pieniędzy na niepodległościowe referendum. Części z nich grozi kara nawet do 25 lat pozbawienia wolności. Wielu innych separatystycznych polityków i przedstawicieli administracji sądzi Wysoki Trybunał Sprawiedliwości Katalonii i hiszpański Trybunał Narodowy. Sprawa katalońskiego referendum i deklaracji niepodległości z 2017 roku stała się niewątpliwie jednym z największych kryzysów politycznych w Europie ostatniej dekady. Główne lewicowe media traktują ją jednak bardzo pobieżnie, zazwyczaj o niej nie wspominając lub uciekając od jednoznacznych deklaracji.
Wielu ludziom o lewicowych poglądach ciężko się zdecydować, jakie stanowisko zająć w tym sporze. Dużą nieufność budzą w nich hasła narodowe i separatystyczne niesione na sztandarach Katalończyków. Są to jednak obawy niesłuszne, w zasadzie wynikające z niewiedzy – kataloński ruch niepodległościowy nie ma bowiem w sobie nic z prawicowego nacjonalizmu czy faszystowskiej ksenofobii. Od swoich początków w II połowie XIX wieku był on i jest wyraźnie republikański, antymonarchistyczny, prospołeczny i nieodłącznie związany z silnym w regionie ruchem robotniczym. Katalończycy swoją walkę o wolność polityczną łączą z walką o sprawiedliwość społeczną, a na ich transparentach hasło wolności widnieje zawsze razem z równością i braterstwem. Właśnie dlatego dzisiaj walka o wolną Republikę Katalonii może być dla europejskiej lewicy dużą szansą i odegrać rolę taką, jaką w XIX wieku Karol Marks widział dla polskiego ruchu
niepodległościowego.
Filozof z Trewiru w licznych pismach i przemówieniach podkreślał swoje poparcie dla odrodzenia Polski. Widząc ogromną popularność ideałów rewolucyjnych wśród Polaków i ich zaangażowanie na wszystkich frontach Europy wyrażał przekonanie, że polska walka o oswobodzenie spod jarzma zaborców idzie w parze nieodłącznie ze sprawą klasy robotniczej. Tak pisał o zrywie z 1846 roku: Rewolucja krakowska dała całej Europie piękny przykład, utożsamiając sprawę narodową ze sprawą demokracji i z wyzwoleniem klasy uciśnionej (..) nie jest to już Polska feudalna, lecz Polska demokratyczna i od tej chwili wyzwolenie jej staje się kwestią honoru dla wszystkich demokratów europejskich.
Autor ,,Kapitału” z podziwem mówił o narodzie, który walczył i walczy nadal jako kosmopolityczny żołnierz rewolucji. Zdawał sobie jednak sprawę, że Polacy będą mogli zaangażować się w pełni w walkę klasy robotniczej dopiero wtedy, kiedy odzyskają własne państwo i nie będą musieli walczyć o przetrwanie. Dlatego mimo swojej internacjonalistycznej natury ruch socjalistyczny powinien wesprzeć polską walkę o niepodległość. Nie jest ona bowiem wyrazem reakcyjności, ale wstępem do pełnego wyzwolenia polskiego ludu.
Tak mówił podczas uroczystość ku czci powstania polskiego 22 stycznia 1863 r: Nie ma bynajmniej sprzeczności w tym, że międzynarodowa partia robotnicza dąży do odbudowania narodu polskiego. Przeciwnie: dopiero kiedy Polska znowu zdobędzie swą niepodległość, dopiero kiedy znowu będzie mogła sama o sobie stanowić jako naród niezawisły, dopiero wtedy może się znowu zacząć jej rozwój wewnętrzny i Polska będzie mogła samodzielnie uczestniczyć w dziele społecznej przebudowy Europy. Dopóki zdolny do życia naród znajduje się pod jarzmem obcego zaborcy, dopóty musi on kierować wszystkie swe siły, wszystkie swe dążenia, całą swą energię przeciwko wrogowi zewnętrznemu; dopóki zatem jego życie wewnętrzne jest sparaliżowane, dopóty nie jest on zdolny do walki o wyzwolenie społeczne.
Podobieństwa Katalończyków do ówczesnych polskich bojowników o wolność widać gołym okiem. Ruch robotniczy szybko zdobył sobie popularność w Katalonii, będącej jednym pierwszych zindustrializowanych regionów w Europie. Na jego czele stały zrzeszające milionowe masy pracownicze centrale związków zawodowych – anarchistyczna CNT i socjalistyczna UGT. Rodzący się w końcu XIX wieku kataloński ruch odrodzenia narodowego od początku znajdował się pod ich znaczącym wpływem, a większość organizacji niepodległościowych miała charakter wyraźnie lewicowy.
Ludność Katalonii nieraz dała świadectwo swojego przywiązania do ideałów rewolucyjnych i wolnościowych, nawet za cenę ofiary życia. Tak było m.in. podczas Tragicznego Tygodnia w Barcelonie w 1909 roku i w odpowiedzi na pucz wojskowy gen. Franco w 1936 roku. Spiskowcy, posiadający wtedy w mieście garnizon liczący aż 12 tys. żołnierzy, byli pewni zdobycia miasta. Nie przewidzieli jednak determinacji związków robotniczych. Oddolnie zorganizowane oddziały milicji przejęły magazyny z bronią, obroniły miasto przed wojskami puczystów i wzięły szturmem koszary, likwidując zagrożenie dla Barcelony.
Tak pisał o stolicy Katalonii George Orwell po przybyciu tam w grudniu 1936 roku: wygląd Barcelony był nieco wstrząsający i przytłaczający. Po raz pierwszy w życiu znalazłem się w mieście, gdzie klasa robotnicza znajdowała się u steru. Praktycznie każdy budynek, niezależnie od rozmiarów, został przejęty przez robotników i przyozdobiony czerwonymi flagami lub czerwono-czarną flagą anarchistów; na każdej ścianie został namazany sierp i młot oraz inicjały rewolucyjnych stronnictw. (…) Każdy sklep i kawiarnia posiadały napis, mówiący, że zostały skolektywizowane; nawet miejsca pracy pucybutów zostały skolektywizowane, a ich skrzynki pomalowane na czerwono-czarno. (…) Przede wszystkim, istniała wiara w rewolucję i przyszłość, uczucie nagłego wyłonienia się ery równości i wolności. Ludzkie istoty próbowały się zachowywać jak ludzkie istoty, a nie jak trybiki w kapitalistycznej maszynie.
Do legendy przeszła postać bohaterskiego prezydenta Generalitatu Lluísa Companysa, rozstrzelanego przez frankistów w 1940 roku.
Porażka republikanów w wojnie domowej nie oznaczała dla Katalończyków końca walki – kontynuowały ją zbrojnie organizacje terrorystyczne takie jak Front Wyzwolenia Katalonii czy Armia Czerwona Katalońsko – Wyzwoleńcza. Powstało także wiele tajnych stowarzyszeń edukacyjnych biorących za cel zachowanie katalońskiej kultury i języka, rugowanych ze szkół i życia publicznego przez reżim gen. Franco. Od czasu demokratycznych przemian w Hiszpanii i przywrócenia autonomii Katalonii w 1978 roku Katalończycy demokratycznie walczą o prawo do referendum, które miałoby zadecydować o przyszłości ich kraju. Pragną niepodległości lub przynajmniej przekształcenia Hiszpanii w dobrowolną federację suwerennych podmiotów, by rząd w Madrycie nie mógł gwałcić ich wolności i narzucać im niczego siłą, jak to było m.in.: w 2017 roku. Wtedy to hiszpańska policja brutalnie spacyfikowała pokojowych demonstrantów (rannych zostało ok. 800 osób), a madryckie Kortezy na wniosek prawicowego rządu Mariano Rajoya przegłosowały zawieszenie autonomii regionu i rozwiązanie lokalnego parlamentu.
W lokalnym życiu politycznym Katalonii wyraźną przewagę mają partie lewicowe, którym w prawie wszystkich wyborach przypadała większość mandatów w lokalnym parlamencie. Najważniejsze z nich to Republikańska Lewica Katalonii, Partia Socjalistów Katalonii i Candidatura d’Unitat Popular (CUP). Poważną rolę w regionie odgrywają także związki zawodowe oraz ruchy ekologiczne i lokatorskie, jak choćby Animalistyczna Partia Przeciwko Złemu Traktowaniu Zwierząt, Arran czy Barcelona en Comú. Tej ostatniej udało się mu w 2015 roku zdobyć największą liczbę miejsc w radzie miejskiej Barcelony, a jej przewodnicząca Ada Colau została burmistrzem miasta (pełniła tę funkcję do ostatnich wyborów samorządowych w Hiszpanii). W niedawnych wyborach do Parlamentu Europejskiego w Katalonii na ugrupowania lewicowe oddanych zostało ponad
70 proc. głosów.
W żadnym kraju europejskim poglądy społeczeństwa i scena polityczna nie są w takim stopniu zdominowane przez lewicę, a ruch narodowowyzwoleńczy tak sprzężony z walką o sprawiedliwość społeczną. Sama ludność Katalonii nieraz pokazała zdolność do ogromnej mobilizacji w walce o swoje prawa, jak choćby we wrześniu 2018 roku, kiedy w barcelońskim marszu na rzecz uwolnienia więźniów politycznych wzięło udział ponad milion osób (na 7,5 mln ludności regionu).
Wyobraźmy sobie teraz, że Katalonia uzyskuje suwerenność i z wszystkich opisanych wyżej organizacji, ruchów i zwykłych zaangażowanych obywateli zostaje zdjęte jarzmo walki o wolność zewnętrzną. Nietrudno zobaczyć, jak wielkie prospołeczne siły zostałyby dzięki temu uwolnione i mogłyby skierować swoją energię na rzecz dzieła społecznej przebudowy Europy, o którym pisał Karol Marks. Wolna Republika Katalonii z bezsprzecznie dominującym żywiołem lewicowym miałaby ogromną szansę stanąć w awangardzie walki o lepszy i bardziej sprawiedliwy świat. W czasie, gdy w dużej części krajów Europy prawdziwa lewica znajduje się w odwrocie, taki bastion byłby dla niej dużym wsparciem. Zaś tak liczne katalońskie ruchy społeczne i środowiskowe, bez kłód rzucanych im pod nogi przez instytucje królewskiej Hiszpanii i ze wsparciem niezależnego rządu, będą mogły z jeszcze większą skutecznością (i nie tylko w samej Katalonii) walczyć o prawa pracowników, lokatorów czy ludzi zepchniętych na margines.
Może się okazać, że dla dużej części z tych organizacji (tych, które popierają katalońskie prawo do niepodległości) suwerenność Katalonii będzie jedyną szansą na przetrwanie. Bowiem skrajnie prawicowa partia VOX, zyskująca w Hiszpanii na popularności (w ostatnich wyborach zdobyła 11 proc. głosów) jako jeden ze swoich głównych postulatów głosi delegalizację wszystkich organizacji separatystycznych i zniesienia autonomii regionów. Plany takie zyskują niestety również coraz więcej zwolenników w najsilniejszej partii prawicy – Partii Ludowej. W dobie powszechnego kryzysu demokracji katalońskie referendum byłoby dla Europie promykiem nadziei, że władza rzeczywiście należy do obywateli, a narody mogą same decydować o swojej przyszłości.
Europejska lewica powinna udzielić wyraźnego poparcia katalońskiemu ruchowi narodowowyzwoleńczemu i planom referendum, na wzór wsparcia I Międzynarodówki dla polskiej niepodległości. Nikt inny bowiem nie wesprze Katalonii. W czasie kiedy zachodnie rządy i unijne instytucje są ślepe na łamanie tam praw człowieka i prześladowania polityczne, prawdziwie oddaje sytuację parafraza słów Marksa wypowiedzianych w kontekście Polski: Katalonia jednego tylko sprzymierzeńca w Europie posiada i posiadać może – klasę robotniczą. Niech żyje Katalonia!

Walka o władzę robotniczą

Magda Ostrowska
1978-2017

19 czerwca mija druga rocznica przedwczesnej śmierci Magdy Ostrowskiej, publicystki „Dziennika Trybuna”, a wcześniej „Trybuny”, „Rewolucji”, „Lewą nogą” i innych tytułów. Magda pojmowała swoją pracę dziennikarską jako misję, formę aktywizmu politycznego i społecznego. Takich tematów dotyczyły przede wszystkim jej teksty ukazujące się w naszej gazecie. Ale pasjonowały ją także kwestie teoretyczne i historyczne – związane z ruchem robotniczym i rewolucyjnym. Przygotowywała rozprawę doktorską poświęconą kryzysowi współczesnej demokracji. Przypominamy jej tekst należący właśnie do tej kategorii. Jest to skrót jej opracowania na temat rad robotniczych i innych form samoorganizacji politycznej klasy pracującej, który ukazał się pod tym samym tytułem w 4. numerze półrocznika „Rewolucja” w 2006 roku. Pełną jego wersję można znaleźć na stronie internetowej Instytutu Wydawniczego Książka i Prasa: www.iwkip.org.

Karol Marks, analizując wydarzenia 1848 r., doszedł do ogromnie ważnego wniosku teoretycznego i programowego – stwierdził, że w przypadku rewolucji proletariat nie może jedynie przejąć w swoje ręce biurokratycznego (zarówno cywilnego, jak i policyjno-wojskowego) aparatu państwowego stworzonego przez burżuazję, lecz musi go rozbić i na jego gruzach zbudować nowy aparat, oparty na zupełnie innych zasadach.

Taki nowy ustrój nie mógł być opracowany przez kilku panów z elity, zapisany przez nich w konstytucji i podarowany ludowi, aby teraz lud „rządził się sam”. Mógł się wyłonić i ukształtować tylko w walce z uciskiem i wyzyskiem, na podstawie praktycznego doświadczenia samych mas, jako uwieńczenie wielokrotnych prób tworzenia nowych, oddolnych organów demokracji robotniczej, walki klasowej i walki o władzę robotniczą, „które miały się pojawiać w każdej prawdziwej rewolucji na przestrzeni XIX i XX stulecia. Za każdym razem, gdy do tego dochodziło, powstawały one jako spontaniczne organa ludu, nie tylko poza wszystkimi partiami rewolucyjnymi, ale zgoła nieoczekiwanie dla nich i dla ich przywódców”, pisze Hannah Arendt. Nagłe powstawanie i szerzenie się takich nowych organów stanowi prawidłowość wszelkich oddolnych rewolucji proletariackich, a zarazem „rzeczywiście ludowych”. Arendt tylko częściowo ma rację twierdząc, że co prawda Marks i Lenin doskonale zdawali sobie sprawę z rewolucyjnej roli komun i rad, ale nigdy nie myśleli o tych organach „jako o ewentualnych zalążkach nowego ustroju, lecz uważali je wyłącznie za narzędzia, które okażą się zbędne, gdy rewolucja dobiegnie końca. Teraz natomiast stanęli w obliczu organów ludowych – komun, rad, Räte, sowietów – które najwyraźniej zamierzały przetrwać rewolucję”. Przecież z doświadczenia Komuny Paryskiej Marks od razu wyciągnął niezmiernie ważne wnioski – ustalił na jego podstawie pewne zasady ustrojowe państwa robotniczego, a gdy po wybuchu Rewolucji Lutowej rady delegatów robotniczych po raz drugi powstały w Rosji, Lenin dostrzegł w nich podstawowe organy przyszłego państwa robotniczego. Natomiast jest faktem, że Lenin nie dostrzegł takich organów w komitetach fabrycznych, o których niżej będzie tu mowa, i w tej sprawie popełnił błąd.
„Nie wdając się w żadne utopie, Marks oczekiwał od doświadczenia ruchu masowego odpowiedzi na pytanie, jakie konkretne formy zacznie przybierać ta organizacja proletariatu jako klasy panującej, w jaki mianowicie sposób organizacja ta zostanie połączona z najpełniejszym i najbardziej konsekwentnym «wywalczeniem demokracji».” W oczach Marksa takim doświadczeniem przynoszącym pierwsze odpowiedzi na pytania, na które nie mógł on dać odpowiedzi jako teoretyk, stała się Komuna Paryska. Marks dostrzegł w niej, mówiąc słowami Lenina, olbrzymiej wagi doświadczenie dziejowe, pewien krok praktyczny, o wiele ważniejszy niż setki programów i rozważań teoretycznych: pierwszy w historii wyraźny przejaw dążenia proletariatu do demokracji robotniczej i samorządnej władzy robotniczej, jednym słowem pierwszą dyktaturę proletariatu.
Od 1917 r. Lenin wskazywał właśnie na Komunę Paryską jako na pierwowzór rad delegatów robotniczych, które powstały podczas rewolucji 1905 r. i odrodziły się po Rewolucji Lutowej 1917 r., czyli zupełnie nowy typ władzy, którą robotnicy mieli wprowadzić oddolnie po rewolucyjnym zburzeniu biurokratycznego aparatu państwa burżuazyjnego. W marcu 1917 r. pisał, iż „instynkt klasowy robotników pozwolił im zrozumieć, że w czasach rewolucyjnych jest im potrzebna zupełnie inna, nie tylko zwykła organizacja; słusznie wkroczyli oni na drogę wskazaną przez doświadczenie naszej rewolucji 1905 r. oraz Komuny Paryskiej 1871 r.; stworzyli Radę Delegatów Robotniczych, zaczęli ją rozwijać, rozszerzać i wzmacniać.” Stwierdzał, że „krocząc drogą wskazaną przez doświadczenie Komuny Paryskiej 1981 r. i rewolucji rosyjskiej 1905 r., proletariat powinien zorganizować i uzbroić wszystkie najuboższe, wyzyskiwane części ludności, aby one same bezpośrednio wzięły w swe ręce organy władzy państwowej, same stały się instytucjami tej władzy”. Znaczenie rad delegatów nie polegało więc na tym, że oto robotnicy wywalczyli sobie w ten sposób jedynie możliwość zabierania głosu czy decydowania za pośrednictwem swoich wybranych demokratycznie przedstawicieli, lecz na tym, że wprowadzona przez nich demokracja rad miała zastąpić demokrację parlamentarną. Choć historia uczy, że niczego nas nie nauczyła, ma ona walor uniwersalny, bowiem w ciągu następnych stu lat – tak jest, do dzisiaj – robotnicy wielokrotnie, w różnych okresach i w wielu różnych krajach tworzyli takie same lub podobne organy i mechanizmy, jakie w praktyce wypracowali robotnicy rosyjscy w 1905 r. i wcześniej paryscy komunardzi. Z całą pewnością będziemy świadkami ich tworzenia w skali masowej również w bieżącym stuleciu, gdyż jest to zjawisko charakterystyczne dla przełomowych momentów w walkach klasowych, dla sytuacji przedrewolucyjnych i bezpośrednio rewolucyjnych. Na ogół robotnicy tworzą je nieświadomi innych politycznych doświadczeń, bez programu politycznego czy planu, nie pod wpływem propagandy i agitacji partii politycznych – choć taka propaganda i agitacja jest nieoceniona – lecz powodowani swoimi własnymi doświadczeniami, interesami i dążeniami. Arendt bardzo słusznie zauważyła, że „to właśnie brak ciągłości, tradycji i zorganizowanego wpływu czyni identyczność tego zjawiska tak bardzo uderzającą. Najważniejszą spośród cech wspólnych wszystkim radom jest oczywiście spontaniczność ich pojawiania się.” Innymi słowy, stanowią one naturalny twór klasy robotniczej, ilekroć natura tej klasy przejawia się w niezależnej działalności politycznej i materializuje się w samoorganizacji.
Rady delegatów robotniczych nie są jedynymi takimi klasycznymi organami.
Komitety fabryczne – od kontroli nad produkcją do samorządności robotniczej
W latach pierwszej wojny światowej i w pierwszych latach powojennych, w toku walk klasowych pojawiły się również inne organy walki. Po wybuchu wojny, zapoczątkował je w 1914 r. antywojenny ruch „rewolucyjnych mężów zaufania” (delegatów oddziałowych ) w fabrykach Berlina oraz w 1915 r. ruch delegatów oddziałowych, którzy utworzyli miejski Komitet Robotniczy, w fabrykach Glasgow. To właśnie na gruncie instytucji delegatów oddziałowych, w Rosji zaraz po Rewolucji Lutowej powstały komitety fabryczne i zakładowe, które działały obok rad delegatów robotniczych. W Niemczech w kwietniu 1917 r., a więc niemal jednocześnie, powstały takie same organy, które tam nazywały się radami zakładowymi. W 1919 r. identyczne organy, zwane radami fabrycznymi, powstały we włoskim mieście Turynie. Wszędzie inicjatywa ich tworzenia wychodziła od robotników przemysłu metalowego i mechanicznego, w którym najmocniej się zakorzeniły. W innych krajach w owych latach lub w czasach późniejszych nazywały się również komitetami i radami robotniczymi (pracowniczymi). W odróżnieniu od rad delegatów robotniczych, które mają charakter terytorialny, te organy działają w przedsiębiorstwach. Albo tworzą je obieralni delegaci oddziałowi, albo są wybierane jako takie na walnych zgromadzeniach załóg czy w specjalnie przeprowadzanych w tym celu wyborach większościowych, w których głosuje się na poszczególnych kandydatów, względnie wyborach proporcjonalnych, w których głosuje się na listy kandydatów wystawiane przez organizacje związkowe, partie polityczne i inne (formalne i nieformalne, trwałe i tworzące się ad hoc) ugrupowania. Właśnie głosowanie na listy było sposobem powoływania komitetów fabrycznych w Rosji w 1917 r., gdy ustabilizowały się zasady ich obierania i działania. Z reguły organy te mają oparcie w walnych zgromadzeniach (oddziałowych lub zakładowych) załóg. Ich naturalną tendencją jest walka o kontrolę robotniczą nad procesami pracy i procesami produkcji oraz nad działalnością przedsiębiorstw, przerastająca w walkę o samorządność robotniczą – władzę robotniczą – na tym szczeblu.
Niezwykle znamiennym faktem historycznym jest to, że już 13 marca 1917 r., zaledwie w trzy tygodnie po wybuchu rewolucji, przedstawiciele komitetów fabrycznych jednego z najbardziej skoncentrowanych, klasowo świadomych i rewolucyjnych sektorów proletariatu piotrogrodzkiego – dziesięciu zakładów przemysłu metalowego podległych rządowemu wydziałowi artylerii i zatrudniających 53 tysiące robotników – określili zarówno cel, który stawiały sobie te komitety, jak i pierwsze kroki, które do niego miały prowadzić. „Określili cel nowego ładu fabrycznego jako «samorządność robotniczą na możliwie jak najszerszą skalę», a funkcje komitetów sprecyzowali jako «obronę interesów robotników przed administracją fabryczną i kontrolę nad jej działalnością».” W ciągu tygodni poprzedzających Rewolucję Październikową coraz liczniejsze komitety fabryczne przechodziły już od kontroli robotniczej do walki o samorządność robotniczą.
Najwybitniejsza dotychczas praca historyczna poświęcona komitetom fabrycznym i sprawowanej przez nie kontroli robotniczej nad produkcją, a mianowicie praca Steve’a A. Smitha, Czerwony Piotrogród: Rewolucja w fabrykach 1917-1918, rzuca zupełnie nowe światło na rolę tych komitetów. Smith dowiódł niezbicie, że w rewolucji 1917 r. piotrogrodzkie komitety fabryczne nie tylko odegrały dużo większą rolę, niż zwykło się im przypisywać, ale że odegrały większą rolę niż rady delegatów robotniczych. To komitety fabryczne były głównymi organami, w których materializował się rozwój świadomości klasowej i rewolucyjnej proletariatu, to one stały się głównymi złączami proletariatu i partii bolszewickiej, najsolidniejszymi punktami oparcia tej partii w łonie proletariatu, to one kilka miesięcy przed radami delegatów stały się potencjalnymi organami powstania zbrojnego. Socjaliści-rewolucjoniści i mienszewicy sprzeciwiali się kontroli robotniczej i głosili, że tylko scentralizowana, planowa regulacja gospodarki może ją uratować przez niszczycielskimi i rozkładowymi skutkami wojny.
Spośród wszystkich organów ruchu robotniczego (oczywiście poza partią bolszewicką, a ściślej nurtem w tej partii kierowanym przez Lenina i Trockiego) to komitety fabryczne były najpotężniejszym motorem rewolucji permanentnej – wywłaszczenia kapitalistów i nacjonalizacji podstawowych środków produkcji, a więc przerośnięcia rewolucji burżuazyjno-demokratycznej w socjalistyczną.. To one wreszcie w praktyce postawiły kwestię władzy robotniczej w przedsiębiorstwach jako podstawy władzy robotniczej w państwie oraz kwestię przeobrażeń procesów pracy i produkcji ukształtowanych przez kapitalizm i kluczowego znaczenia samodzielnej działalności klasy robotniczej w przeobrażeniach w tej dziedzinie. Tak, jak Lenin i Trocki zrozumieli ustrojowe znaczenie rad delegatów robotniczych dla państwa robotniczego dopiero podczas rewolucji 1917 r., a nie podczas rewolucji 1905 r., gdy rady te powstały po raz pierwszy, tak też, jak wykazuje Smith, podczas rewolucji 1917 r. przywódcy bolszewiccy nie zrozumieli ustrojowego znaczenia komitetów fabrycznych. To niezrozumienie w połączeniu z katastrofalną sytuacją, w której znajdowała się gospodarka rosyjska, a zwłaszcza przemysł, w chwili wybuchu Rewolucji Październikowej i w rezultacie koniecznością ratowania śmiertelnie zagrożonych sił wytwórczych przed zapaścią, rozkładem i rozpadem poprzez wprowadzenie daleko idącej centralizacji władzy ekonomicznej w rękach aparatu państwowego, miało fatalne skutki. Sprawiło, że komitety fabryczne, zamiast stać się organami oddolnej, samorządnej władzy robotniczej w państwie robotniczym, zostały wcielone do organizacji związkowych i obumarły.
W oczach Lenina przeobrażenie kapitalistycznych stosunków produkcji można było osiągnąć na centralnym szczeblu państwowym, a nie na szczeblu przedsiębiorstw. Postęp w kierunku socjalizmu zapewniał charakter państwa i osiągało się go poprzez politykę prowadzoną przez państwo na szczeblu centralnym, a nie poprzez określony stopień władzy sprawowanej przez robotników na szczeblu zakładowym. Gdy galopujący chaos zalewał gospodarkę, autonomia robotnicza znikała jako wątek dyskursu Lenina i coraz większy nacisk kładł on na potrzebę ścisłej dyscypliny i centralizmu. Od marca 1918 r. zaczął apelować o restaurację jednoosobowego kierownictwa w fabrykach.”
Rady na świecie
Podczas pierwszej fali rewolucji niemieckiej, od listopada 1918 do stycznia 1919 r., obok rad zakładowych powstały rady delegatów robotniczych, ale nie przeżyły tej pierwszej fali. O ówczesnej klęsce rewolucji proletariackiej w Niemczech przesądziło jednak coś innego: to, że młoda, słabo zakorzeniona w klasie robotniczej partia komunistyczna nie potrafiła oprzeć się na ruchu „rewolucyjnych mężów zaufania”, a więc na stojących za nimi radach zakładowych. Innymi słowy, przesądziło to, że dla spartakusowców rady zakładowe nie stały się takim samym złączem z proletariatem, jakim dla bolszewików stały się komitety fabryczne. Przez prawie pięć następnych lat rady zakładowe pozostawały potencjalnymi organami proletariackiego powstania zbrojnego.
W Niemczech, wskazywał Trocki, tylko rady zakładowe, a nie rady delegatów mogły naturalnie podprowadzić masy do powstania zbrojnego. Tak samo było we Włoszech, gdzie rady delegatów w ogóle nie powstały, podczas gdy rady fabryczne stanowiły kluczowy, najbardziej dynamiczny organ ogromnego zrywu robotniczego – okupacji fabryk przez ponad półmilionową rzeszę metalowców we wrześniu 1920 r. Węgierska Republika Rad, która powstała w wyniku pokojowego przejęcia władzy przez komunistów wespół z socjalistami, wbrew swojej nazwie, praktycznie nie opierała się na radach, które na Węgrzech nie rozwinęły się na większą skalę – głównie stanowiły pasy transmisyjne socjaldemokracji i biurokracji związkowej. Podobnie było w Austrii, gdzie w styczniu 1918 r. socjaldemokracja wyhamowała rozpoczynającą się rewolucję. Rady zakładowe, niemal całkowicie opanowane przez nią i związki zawodowe, którymi kierowała, stały się tam organami ruchu robotniczego ustawowo wyposażonymi w stosunkowo szerokie – z zarazem ogromnie ograniczone przez utrzymanie tajemnicy handlowej – uprawnienia w sferze kontroli robotniczej w przedsiębiorstwach, ale nie odegrały żadnej roli rewolucyjnej.
Rad nie stworzyła rewolucja chińska, choć w latach 1928-1934 w „rejonach radzieckich” utworzonych przez Chińską Robotniczo-Chłopską Armię Czerwoną komuniści proklamowali Republikę Rad. Faktycznymi organami władzy, w istocie sprawowanej przez aparat partyjny, a często zamiast niego przez aparat wojskowy, były tylko prezydia biur komitetów wykonawczych rad delegatów robotniczych, chłopskich i żołnierskich, które na ogół istniały jedynie na papierze. Wynikało to nie tylko z tego, że Komunistyczna Partia Chin podlegała biurokratyzacji stymulowanej przez import praktyk stalinowskich, ale również z tego, że „rejony radzieckie” leżały na głęboko niedorozwiniętych obszarach, na których klasa robotnicza była bardzo nieliczna,
W rewolucji hiszpańskiej 1936-1937 r. organami władzy robotniczej nie były rady, które się nie ukształtowały, lecz rozmaite komitety związkowe, międzyzwiązkowe i inne, na ogół nie pochodzące z wyboru, oraz milicje, w tym Komitet Centralny Milicji Antyfaszystowskich Katalonii.
W latach drugiej wojny światowej, podczas wojny narodowo-wyzwoleńczej i rewolucji socjalistycznej w Jugosławii, charakter rad miała przynajmniej część terenowych komitetów wyzwolenia narodowego na rozległych obszarach opanowanych przez Armię Ludowo-Wyzwoleńczą i Oddziały Partyzanckie. Podobnie było na wielu obszarach Grecji wyzwolonych przez partyzantów z Ludowej Armii Wyzwolenia Narodowego. Nazajutrz po powstaniu sierpniowym 1944 r. w Paryżu, paryskie komitety fabryczne przejęły zarządzanie wieloma fabrykami.
Podczas rewolucji sierpniowej 1945 r. zalążkowe rady ustanowiły na wielką skalę kontrolę nad środkami produkcji, aby zapewnić ich przejście z rąk okupantów japońskich w ręce Indonezji, która właśnie proklamowała niepodległość. Dokładnie w tym samym czasie to samo uczyniły zalążki rad w zagłębiu węglowym w północnym Wietnamie. Zaraz po wojnie rady zakładowe jako niezależne, oddolne organy robotnicze pojawiły się w Polsce, Niemczech Wschodnich, a także innych krajach tworzącego się wówczas bloku radzieckiego.
Po zerwaniu ze Stalinem, od 1950 r. w Jugosławii ukształtował się na 40 lat odmienny od państw bloku radzieckiego, oryginalny ustrój „socjalizmu samorządowego”, który kojarzył odgórną władzę biurokratyczną ze znacznym zakresem realnej oddolnej władzy rad robotniczych w przedsiębiorstwach. W innych biurokratycznie zdeformowanych państwach robotniczych, przypływy fali rewolucji antybiurokratycznych praktycznie za każdym razem i wszędzie cechowało tworzenie zakładowych rad robotniczych (pracowniczych): W 1956 r. ruch rad robotniczych stanowił największą zdobycz październikową polskiej klasy robotniczej, umocowaną w (bezprecedensowej poza Jugosławią) ustawie, która stanowiła, że „rada robotnicza zarządza w imieniu załogi przedsiębiorstwem będącym własnością ogólnonarodową”. Tę zdobycz stopniowo demontowano w następnych latach, w procesie „normalizacji” reżimu biurokratycznego. W tym samym czasie, podczas powstania węgierskiego, rady robotnicze wraz z Centralną Radę Robotniczą Wielkiego Budapesztu i podobnymi centralnymi radami w innych ośrodkach przemysłowych zaczęły ustanawiać władzę robotniczą, a następnie, gdy Kreml przystąpił do zgniecenia powstania, stały się organami oporu węgierskiej klasy robotniczej wobec radzieckiej interwencji wojskowej i restauracji władzy biurokratycznej. W Czechosłowacji – głównie w Czechach – rady pracownicze, zainicjowane przez załogi zakładów wielkoprzemysłowych, rozkwitły już za okupacji wojskowej państw Układu Warszawskiego, podczas Praskiej Wiosny robotniczej, która przypadła na jesień 1968 r., i wiosną 1969 r. rozdeptała je „normalizacja”. Jak to było już w zwyczaju rządzących biurokracji w Polsce i na Węgrzech, również tam oskarżono rady o to, że stanowią „anarchosyndykalistyczną formę przejścia do likwidacji własności ogólnospołecznej” – że rzekomo dążą do zastąpienia jej własnością załogową (grupową) jako formą własności prywatnej. W Chinach podczas tzw. „rewolucji kulturalnej” na stosunkowo dużą skalę rozwinęły się, a nawet sprawowały w terenie władzę rozmaite organy antybiurokratycznych ruchów robotniczych i masowych, które powoływały się na opisane przez Marksa zasady Komuny Paryskiej jako na wzór ustroju socjalistycznego. W 1981 r. w Polsce walka o samorządność pracowniczą, prowadzona przez rady pracownicze, które powstały w około 20 proc. przedsiębiorstw – głównie w największych zakładach przemysłowych – przy wsparciu nurtów samorządowych NSZZ „Solidarność”, stała się najbardziej zapalnym punktem spornym między „Solidarnością” a władzą biurokratyczną, a zarazem silnym czynnikiem polaryzacji w łonie samego niezależnego ruchu związkowego. I Krajowy Zjazd Delegatów „Solidarności” uznał przedsiębiorstwo społeczne zarządzane przez radę pracowniczą za podstawową formę własności, a samorządność pracowniczą za podstawę ustrojową Samorządnej Rzeczypospolitej.
Rady robotnicze i podobne organy ruchu robotniczego były również ważnymi aktorami sytuacji przedrewolucyjnych i kryzysów rewolucyjnych w różnych krajach słabo rozwiniętych na kolonialnych i zależnych peryferiach światowego systemu kapitalistycznego. W sytuacji dwuwładztwa, która powstała po rewolucji 1952 r. w Boliwii, Boliwijska Centrala Robotnicza (COB) samookreśliła się jako „scentralizowany system rad rewolucyjnych”, wzorowany na Komunie Paryskiej, lecz było to bardziej ideologicznym wyznaniem wiary niż faktem. Podobnie jak to było w Hiszpanii, w ślad za wiodącymi w tej rewolucji górnikami masy uczyniły swoimi organami władzy organizacje związkowe i milicje, ale w przeciwieństwie do rewolucji hiszpańskiej, w rewolucji boliwijskiej były one zintegrowane w jednej potężnej centrali robotniczej, która jako całość stanowiła organ dwuwładztwa. Po wojnie wyzwoleńczej narodu algierskiego, w latach 1963-1965, rady robotnicze odegrały ważną rolę w zarządzaniu przedsiębiorstwami rolnymi i przemysłowymi „socjalistycznego sektora” gospodarki niepodległej Algierii. Za rządów Jedności Ludowej w Chile, w latach 1972-1973, organami walki o władzę robotniczą stały się sieci ludowego zaopatrzenia bezpośredniego, organizacje związkowe „kordonów przemysłowych” i gminne komitety pracujących, które stanowiły zalążki terenowych rad delegatów. Rola rad robotniczych, zwłaszcza w strajku robotników przemysłu naftowego, który w ogromnej mierze przyczynił się do obalenia szacha i podczas którego rady te przejęły kontrolę nad produkcją, rafinacją i dystrybucją ropy, to jeden z niemal nieznanych, choć najważniejszych aspektów rewolucji 1979 r. w Iranie.
Fala antykapitalistycznych ruchów masowych, która od końca lat sześćdziesiątych przeszła przez Europę Zachodnią, przyniosła we Włoszech rozległy, dynamiczny ruch delegatów oddziałowych i rad fabrycznych. Tak, jak w 1919 r., zapoczątkowała go załoga Fiata w Turynie i rozwijał się przez 11 lat, aż do zakończonego wielką klęską strajku załóg Fiata we wrześniu 1980 r. Był to, jak dotychczas, ostatni wielki ruch rad w wysoko rozwiniętych krajach kapitalistycznych.
W ostatnich latach w Argentynie i innych krajach latynoamerykańskich ruchy załóg „odzyskanych fabryk”, tzn. bankrutujących, a przejmowanych i zarządzanych przez załogi zakładów przemysłowych, takich, jak jedne z największych a Ameryce Łacińskiej zakładów ceramicznych Zanón w Neuquén czy jak zakłady włókiennicze Brukmana w Buenos Aires, oraz, w łonie „rewolucji boliwariańskiej” w Wenezueli, ruchy na rzecz „rewolucyjnego współzarządzania” robotniczego w przedsiębiorstwach sektora państwowego zwiastują nowe pola walk klasowych, na których zapewne odrodzą się komitety fabryczne i rady delegatów robotniczych.
Prędzej czy później, wszędzie na porządku dziennym stanie stare hasło: „Cała władza w ręce rad!”

Gorzka opowieść persko-francuska Recenzja

Nie jestem drzewem i nie mam korzeni – to dla mnie najważniejsze i najbardziej dobitne oraz buntownicze zdanie z powieści (a raczej osobistej, autobiograficznej opowieści, bo nie ma tu typowej fikcyjnej akcji) Maryam Madjidi, zatytułowanej „Lalka i Marks”, a jednocześnie zdanie, które, choć wypowiedziane w odruchu irytacji przez narratorkę-bohaterkę, pozostaje w radykalnej sprzeczności z jej rzeczywistym doświadczeniem. Bowiem urodzona w Teheranie (rocznik 1980) Iranka, przez lata zamieszkała, a zatem w znacznym stopniu uformowana kulturowo w Paryżu, dramatycznie boryka się z syndromem zakorzenienia w kulturze irańskiej (perskiej), który nie pozwala jej stać się bez reszty Francuzką. Urodzona w Teheranie, we wczesnym dzieciństwie, w wieku sześciu lat, emigruje z rodzicami komunistami (stąd Marks w tytule) do Francji, do Paryża, po latach wraca do Iranu, potem ponownie przenosi się do Paryża – jej życie to miotanie się między ojczyzną a emigracją. Bohaterka ma nawet problemy z jedzeniem croissantów, których nienawidzi jako synonimu obcości i tęskni za irańskimi potrawami z ryżu. Ma problemy z uwewnętrznieniem i zaakceptowaniem francuskiego modusu życia. Z Iranu ucieka jako z piekła społeczno-politycznego (lakoniczne, ale sugestywne obrazy okrutnych represji w wydaniu tamtejszego reżimu), z Paryża – bo to kwintesencja cywilizacji z gruntu jej obcej, bo „Iran z jego językiem jest w niej”. Chciałaby do Paryża, ale z „swoimi zmarłymi”, by strawestować tytuł eseju Marii Janion, podejmującymi przecież kwestię strukturalnie pokrewną, nie pozbawioną pewnych analogii, choć z innego, polskiego punktu widzenia. Powieść Madjidi kończy się niejednoznacznie, nie ma tu żadnego happy endu. W końcowej scenie wiozący ją teherański taksówkarz, dowiedziawszy się, że pasażerka dorastała we Francji, mówi: „Życie w Iranie to piekło. Lepiej być na wygnaniu niż gnić tutaj. Lepiej cierpieć we Francji niż w Iranie. Niech mi pani wierzy”. Jednak bohaterka jest zachwycona, upojona tym, że taksówkarz cytuje jej wiersz perskiego poety Hafeza. I wtedy, uwięziona w ogromnym korku, owiana smrodem spalin, doznaje uczucia irracjonalnego szczęścia. W planie realistycznym, w planie doświadczenia bohaterki, w planie bezpośrednich wniosków wypływających z tej lektury, reaguję, jako czytelnik, nie bez irytacji na ten syndrom „rozdartej sosny”. Pachnie mi to niezrównoważeniem emocjonalnym, przewrażliwieniem, histerią, a uwaga teherańskiego taksówkarza wydaje mi się z tej sytuacji głosem praktycznego rozsądku. Tak, wiem, rozumiem marzenie bohaterki o ojczyźnie wolnej i demokratycznej, nie o piekle na ziemi, marzenie o tym, by mogła jeść potrawy z ryżu, pić herbatę i czytać irańską poezję pod niebem kraju nie rządzonego przez fanatycznych i okrutnych ajatollahów, rozumiem jej kłopoty z tożsamością, ale jest, jak jest: trzeba się zdecydować, skoro ma się – przecież nie wszystkim Irańczykom dostępny – luksus możliwości wyboru. Tak, to prawda, że także we Francji doświadcza bohaterka lekceważenia i akcentów pogardy, choćby ze strony paryskiego barmana pogardliwie sarkającego na deklarowaną przez bohaterkę „francuskość”. To inne lekceważenie i pogarda niż to, doświadczanie w ojczyźnie z tego tylko powodu, że jest kobietą i ma waginę. Ta frustracja paryska, choć boli wrażliwą kobietę, jest jednak w kategorii „light”, podczas gdy w Iranie ma do czynienia z opresją hardcorową, groźną, prawdziwie niebezpieczną, ani trochę nie na żarty. Dlatego lekturze „Lalki i Marksa”, w planie bezpośredniego odbioru jej przesłania, towarzyszyło mi nie tyle współczucie, ile zaciekawienie i irytacja. Jednak poza planem ludzkim jest w tej opowieści jest także plan czysto literacki. „Lalka i Marks” została nagrodzona prestiżową Nagrodą Goncourtów w 2017 roku w kategorii „Pierwsza powieść”. W jej kulturowym tle są „Listy perskie” Monteskiusza, jeden z wyrazów historycznej francuskiej fascynacji perskim w tym przypadku Orientem. To także opowieść o tęsknocie i nostalgii, o zmaganiu się w sercu i umyśle bohaterki dwóch języków, perskiego i francuskiego i o poszukiwaniu przez nią języka własnego, który byłby nie do końca tylko francuskim i nie do końca tylko irańskim. Może poszukuje języka francuskiego w brzmieniu, a perskiego w duchu, czyli swojego własnego, indywidualnego języka? Ale czy taki język w ogóle jest możliwy? Póki co, czytelnik otrzymuje kunsztownie napisaną – jednak w języku francuskim! – i naprawdę zajmującą, mającą w sobie przy tym coś z poematu prozą, opowieść o rozdarciu między kulturami, między językami, między własnym piekłem a cudzym rajem, każdym na swój sposób dobrym i na swój sposób niedobrym. Jeśli jednak odnieść się do dylematów i „mąk dusznych” pisarki z zastosowaniem czysto literackiego kryterium, to można by skonkludować, że ostatecznie zwycięża niej Francja, a co najmniej jest to remis ze wskazaniem. Bo przecież „Lalka i Marks” nie przejdzie do historii literatury perskiej, lecz francuskiej. A nagrodzona autorka będzie następczynią Balzaca i Flauberta, a nie Hafeza.

 

Maryam Madjidi – „Lalka i Marks”, przekł. Magdalena Pluta, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2018, str. 220, ISBN 978-83-06-03512-4.

Ludzkość jako dryfujący statek kosmiczny Recenzja

„Widmo krąży po krajach Zachodu, rewolucja przeciwko otwartemu społeczeństwu” – tym zdaniem, parafrazą pierwszego zdania „Manifestu Komunistycznego” Karola Marksa rozpoczyna swoją książkę Ralf Fücks, jeden z liderów niemieckich Zielonych.

 

„W obronie wolności. Jak wygrać walkę o otwarte społeczeństwo” jest próbą zarysowania syntetycznego obrazu tego, co dzieje się w Europie i świecie, ze szczególnym natężeniem od dwóch-trzech lat, ale przecież generalnie już co najmniej od dekady. Jeszcze kilka lat wcześniej mogło się wydawać, że klasyczna od dziesięcioleci praca „Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie” Karla Poppera należy już tylko do archiwum historii ludzkości. Archiwum pamięci tego, co było złe, lecz minęło. Dziś dzieło Poppera powinno być ponownie wydawane jako rzecz, która nabrała nowej, intensywnej, dla wielu niespodziewanej aktualności. Autor „W obronie wolności” ukazuje przyczyny i mechanizmy działania antyliberalnego frontu, nowy „Radical Chic”, Nową Prawicę, zwarcie między nowoczesnością i antynowoczesnością, ucieczkę w tradycyjne wspólnoty. Opowiada też o głównych ideologach tej fali, w tym o Rosjaninie Aleksandrze Duginie, jednym z głównych liderów krucjaty przeciwko nowoczesności. Autor pokazuje, że demokracja pozbawiona bezpieczników mogła działać do czasu, gdy zaczęły słabnąć dwa jej podstawowe zworniki: liberalizm i lewica. Wyraźnie też wskazuje, że bardzo istotnym bodźcem, który wzmocnił falę, o której mowa, była wielka fala imigracyjna z Afryki i Azji w ciągu ostatnich kilku lat, kierująca się głównie do Europy i USA, a także kolosalna aktywizacja islamu na terenie tychże. Innym istotnym czynnikiem w tym procesie była aktywna rola Rosji i ją też Fücks w swojej pracy naświetla. „Nie jest łatwo być optymistą w dzisiejszych czasach. Krótkie dziesięciolecie demokratycznego przebudzenia kończy się. Kto jeszcze wierzy, że świat będzie od jutra lepszy, będzie miał opinię pozbawionego rozumu lub niepoprawnego optymisty. Niepewność stała się nowym uczuciem paneuropejskim. Nie jest to żaden przejaw starzejącego się społeczeństwa. Żyjemy w czasie przełomu i trudno powiedzieć, jak zachodnie demokracje poradzą sobie z wyzwaniami, na które napotykają” – pisze autor we wstępie.

 

Carl Schmitt – prorok demokracji fasadowej

Autor odniósł się do protoplastów tego, co się dzieje, w tym do Carla Schmitta. Odnosząc się do jego „teologii politycznej” przypomina też, że manipulacje przy systemie demokratycznym w wykonaniu takich ludzi jak Trump, Erdogan, Orbán czy Kaczyński, to bynajmniej nie nowinka w praktyce politycznej. Już za Republiki Weimarskiej wspomniany Schmitt zdefiniował demokrację tak, jak ją dziś widzą i praktykują wspomniani politycy, uznając ją nie za formę państwa, lecz za „mistyczną jedność między rządem a narodem. „Dyktatura jest demokracją: coś takiego nazywa się argumentacyjnym salto mortale. Staje się intrygujące, kiedy Viktor Orbán uwzględnia dziś nowy punkt widzenia ideału „antyliberalnej demokracji”, w Rosji mowa jest o „sterowanej demokracji”, w Turcji Erdogan zaprowadza demokrację wodzowską. Demokracja stała się pojęciem zombi – zwykłą fasadą, za którą chowa się autorytarna dyktatura” – konkluduje ten wątek Fücks. Analizuje też wszystkie najważniejsze czynniki status quo ante, takie jak historyczne dziedzictwo demokracji, pojawienie się w jej ramach liberalizmu, lewicy i prawicy, a także marksistowski punkt widzenia, jak również pojawienie się globalizacji oraz ruchu ekologicznego. Uwzględnia też pojawienie się w Europie nowego czynnika wpływającego dziś na charakter demokracji: islamu, owocu imigracji, i w analizie tego fenomenu wspomaga się wydźwiękiem głośnej powieści Michela Houellebecqa „Uległość”.

 

Tako rzecze Sloterdijk

Szukając praprzyczyn tego, co się w Europie stało, odwołuje się najpierw Fücks do motywu Frankensteina, a właściwie potwora Frankensteina, bohatera powieści Mary Shelley i głośnych filmów powstałych na jej motywach. „Człowiek jest istotą, która wciąż przekracza nowe granice, a przy tym dręczony jest przez koszmary.” – powiada Fücks. To właśnie trauma, strach jako wyniknął z przekroczenia tych koszmarów wywołały próbę ucieczki od nich, ucieczki w „tradycyjne wartości”, „wspólnotę”, ucieczkę od „dyskomfortu nowoczesności”. Ten dyskomfort przeczuł już w „Fauście” Goethe, do którego Fücks też się odwołuje. Znajduje w nim „prawie wszystkie motywy współczesnej krytyki kapitalizmu: ciągły niepokój i permanentne przyspieszenie życia ku radości diabła, nadzwyczajne pomnażanie kapitału przez wydawanie banknotów alchemicznym w zasadzie hokuspokus. Wojna, handel i piractwo są notorycznymi towarzyszami kapitalizmu, „są w trójcy, nigdy osobno”. Ekspansja produkcji przemysłowej wymaga splądrowania bogactw naturalnych”. To wszystko znajduje Fücks w proroczym „Fauście”. I w chwilę po tym odwołuje się do recept Malthusa (granice wzrostu) i Marksa (krytyka kapitalizmu). Jednak najciekawsze, a też i najświeższe diagnozy stanu rzeczy i przewidywania co do przyszłości znajduje w myśli Petera Sloterdijka, którego nazywa „niekoronowanym niemieckim królem filozofii”. „W dyscyplinie filozoficznego podnoszenia ciężarów przed szeroką publicznością byłby mu z pewnością przyznany medal – pisze o myślicielu Fucks – Jak mało kto posiada on dar medium ducha czasu. Jego teoria nowoczesności odzwierciedla kulturowo pesymistyczną cechę charakterystyczną, która w osiągnięciach nowoczesności diagnozuje zarodek upadku”. Sloterdijk diagnozuje, że „gdy otwarte społeczeństwo ze swoimi obietnicami swobodnego rozwoju produkuje permanentną nadwyżkę oczekiwań, nadziei, postulatów, trzeba przede wszystkim wzmocnić instytucje, obiecać stabilność i zdolność do działania. Stąd też rehabilitacja granic jako odpowiedź na tendencję do permanentnego odgradzania się”. W swojej pracy „Te straszne dzieci nowych czasów” (2014) niemiecki filozof zauważa, że „podczas gdy największa część ludzkiej historii rozwoju stała pod prymatem zachowania tradycyjnego porządku, nowoczesność odznacza się poprzez ucieczkę od tradycji, zburzenie kontynuacji pokoleniowej i kult nowości – nowe jest lepsze, stare staje się zacofane. Partia postępu triumfuje nad partią regresu, aktywizm nad konserwatyzmem”. Dominująca w cywilizacji „indywidualizacja oznacza wyzwolenie się z tradycyjnych konwencji i (…) ze zobowiązania wobec minionych i nadchodzących pokoleń”. „Oderwaliśmy się od naszego pochodzenia, przyszłość jest za chmurami nadciągających konfliktów, długów publicznych i zmian klimatu – referuje Fücks diagnozy niemieckiego myśliciela – Ufność w postęp nowoczesności ustępuje odczuwaniu fin-de-siécle. Aż po elity rządzące panuje oczekiwanie, że zachodnio-kapitalistyczna cywilizacja przeskoczyła swój zenit; w przyszłości będzie to szło już tylko w jednym kierunku: w dół. Sloterdijk jest prorokiem tej atmosfery”. Z takiego postawienia sprawy wynika nieuchronnie następujący wniosek: współczesna antydemokratyczna reakcja, powrót do Carla Schmitta, ideologia Aleksandra Dugina, praktyka polityczna Trumpa, Erdogana, Orbána czy Kaczyńskiego to desperacka próba odwrócenia tego kierunku, choć wiele na to wskazuje, że lekarstwo może się okazać gorsze od choroby. Kulturowy konserwatysta, ale jednocześnie prawdziwy wolnościowiec Sloterdijk musi patrzeć na to z intelektualną rozpaczą: kierunek w jakim zmierza świat bardzo mu się nie podoba, ale przecież schmittyzm, duginizm, trumpizm, erdoganizm, Orbánizm czy kaczyzm też nie mogą mu się podobać, bo są wypędzaniem dżumy cholerą. „W oparciu o Marksa, ale bez jego filozoficzno-politycznej wiary, że z kryzysów i przeciwieństw wyłania się wyższy porządek, Sloterdijk opisuje kapitalistyczną nowoczesność jako proces „destabilizacji wszystkich stosunków materialnych jak i symbolicznych” – pisze Fücks. Sloterdijk nie ma też wiary swojego rodaka Hegla, że z tej walki przeciwieństw wyłoni się nowy, racjonalny Zeitgeist.

 

Dryfujący statek kosmiczny

W jego książce uderzająca jest dysproporcja między diagnozą stanu rzeczy a wskazywanymi sposobami wyjścia z kryzysu. Ta pierwsza jest frapująca, obfitująca w kapitalne spostrzeżenia, pogłębiona intelektualnie, erudycyjna. Jednak tam, gdzie Fücks próbuje wskazywać remedia i lekarstwa na przezwyciężenie zagrożeń, wypada to blado i nieprzekonywująco. Finalny rozdział-instrukcję „Co każda i każdy może zrobić” czyta się doskonale znaną jako deklarację szlachetnej, ale jak dotąd bezsilnej woli. Co więcej, jego książka, z jej rozedrganą, nieco chaotyczną, acz interesującą narracją, jest świadectwem tego, że samo tylko ujęcie w jakiś spoisty wzór sprzeczności targających współczesnym światem jest zadaniem niemal niewykonalnym. Dlatego dobrą puentą jego studium jest odwołanie się do metafory Sloterdijka, który porównuje naszą cywilizację do dryfującego poza kontrolą statku kosmicznego ( jakiegoś błądzącego w strasznych przestworzach „Prometeusza” – dodałbym od siebie). „Jesteśmy pasażerami mega-maszyny, która od dawna nie jest przez nas kierowana” – parafrazuje Fücks myśl niemieckiego filozofa. Wiemy jak jest, ale nie wiemy co z tym zrobić. Arcymądry Niemiec Sloterdijk także nie wie. Różnica między czasami, w których Karl Popper pisał swoje dzieło o „społeczeństwie otwartym i jego wrogach” a naszymi czasami polega bowiem i na tym, że my jesteśmy bardziej zmęczeni, bardziej pozbawieni wiary i bardziej wyzbyci sił do walki z wrogami wolności niż nasi poprzednicy.

 

Ralf Fücks – „W obronie wolności. Jak wygrać walkę o otwarte społeczeństwo”, przekł. Wojciech Wojciechowski, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2018, str. 241, ISBN 978-83-65304-74-2.

Proste jak drut

Istnieją rzeczy tak genialnie proste, że aż dziwne, że nikt na nie wcześniej nie wpadł.

 

Trudno, na przykład zrozumieć geniusz Dymitra Mendelejewa bo przecież wziął i zestawił rzeczy dostępne dla wszystkich. Geniusz, który czasem nawiedza intelektualistów ma to do siebie, ze pozwala dodać dwa do dwu i uświadomić sobie że jest to cztery, chociaż nikt na to wcześniej nie wpadł.

Dosłownie z sytuacją dodania dwu do dwu i uzyskania wyniku cztery mamy do czynienia w krótkiej rozprawce Petera Frase Cztery przyszłości. Wizje świata po kapitalizmie, przyswojonej polszczyźnie przez Macieja Szlindera a wydanej bieżącym 2018 roku przez Państwowe Wydawnictwo Naukowe.

Książka ma to do siebie, że uświadamia rzecz pozornie oczywistą, że warunkiem odkryć jest wolność słowa i myśli. W krainie POPiS-owskiego zamordyzmu i świętobliwej ciemnoty gdzie obowiązuje ewangelia dwu totalitaryzmów i zakaz ich propagowania książka Petera Frase’a sprawia wrażenie bluźnierstwa i plucia w twarz umęczonego Polskiego Narodu. Osoby o słabych nerwach nie powinny, jak sądzę, czytać nawet recenzji, nie mówiąc już o zbrodniczym tekście, pisanym jak gdyby nigdy nie ukazał się żaden numer „Gazety Wyborczej” a Jarosław Kaczyński nigdy nie nawrócił się na katolicyzm.

Żyjący na innym kontynencie Frase rozpoczyna od dodania do siebie dwu oczywistości.

Pierwszą jest nadciągający kryzys ekologiczny. Globalne antpogeniczne ocieplenie klimatu. Proces o którym można powiedzieć jedno, z pewnością jest on nie do rozwiązaniu w ramach obecnego ustroju kapitalistycznego. Żeby się uratować przed katastrofą trzeba wyjść poza wolny rynek a więc i kapitalizm. Jeżeli katastrofa nadejdzie, to jeżeli nie zlikwiduje ludzkości, to, to co z niej zostanie też wyprowadzi tych co przeżyją poza kapitalizm. Tak więc kapitalizm nie ma przyszłości perspektywie procesów nadciągającej katastrofy klimatycznej.

Drugą oczywistością jest nadciągająca wielkimi krokami rewolucja technologiczna związana z rozwojem sztucznej inteligencji. Autor nawiązuje tutaj do wydanej w Polsce w 2016 roku niezwykłej książki Martina Forda Świt robotów. Czy sztuczna inteligencja pozbawi nas pracy (tłum. Katarzyna Łuniewska, wyd. cdp.pl misja: rozrywka ???). Chociaż może się wydawać przesadą recenzja w recenzji to należy zauważyć że książka Forda stanowi niezwykłe dokonanie zrywające w sposób najbardziej radykalnie z rozpowszechnionym mitem głoszącym, że roboty eliminują proste prace fizyczne, pracownicy wykonujący prace umysłowe wymagające wysokich kwalifikacji nie mają się czego obawiać.

Ford pokazując, że komputery piszą już artykuły do gazet, diagnozują pacjentów, wygrywają teleturnieje typu Milionerzy itd.. Ukazuje, że jest przeciwnie niż sądzimy i już niedługo lekarzy, pielęgniarzy, prawników, dziennikarzy, kierowców i inne podobne profesje opanują nowi pracownicy, kompetentni i profesjonalni a przy tym pozbawieni arogancji, chamstwa, cwaniactwa i temu podobnych przypadłości właściwych dla kadr obecnie wykonujących te zawody.

Poza nadzieją, że już niedługo można będzie iść do ginekologa nie obawiając się gwałtu, proces rozwoju zastosowań sztucznej inteligencji budzi również pewne obawy. Biorą się one stąd, że ludzie zaczną po prostu być zbędni w procesie produkcji. Najbardziej oczywistą konsekwencją stanie się to, że przestaną zarabiać. Co wtedy? Najbardziej oczywistym pomysłem staje się coraz bardziej popularna formuła płacy obywatelskiej a więc wynagrodzenie za sam fakt przynależności do danej wspólnoty. (Autor tłumaczenia pracy Frase’go Maciej Szlinder jest autorem monografii Bezwarunkowy dochód podstawowy. Rewolucyjna reforma społeczeństwa w XXI wieku, PWN 2018 – niestety, w kategorii, już kupione, jeszcze nie przeczytane – A.C.).
Z perspektywy Frase’go co byśmy nie powiedzieli o pochodzie sztucznej inteligencji jedno jest pewne. Czyni on kapitalizm ustrojem głęboko bezsensownym. Jaki sens ma kapitalizm w sytuacji gdy ludzka praca robocza przestaje być towarem ze względu na brak zapotrzebowania a produktywność gwałtownie wzrasta?

Problemem zaczynają być sami ludzie.

Z perspektywy organizowania przyszłości mamy więc możliwości albo dobrobyt gdy uda się zahamować katastrofę klimatyczną albo niedobór gdy trzeba się będzie zmagać z jej skutkami.

W tym momencie pojawia się kolejna alternatywa albo ustrój przyszłości będzie uwzględniał potrzeby wszystkich a więc będzie realizował idee egalitarną albo będzie miał hierarchiczny, elitarny charakter.

Gdy dodajemy dwa do dwu otrzymujemy cztery modele organizacji społecznej :
a) komunizm – równość i dostatek,
b) rentyzm – nierówność i dostatek,
c) socjalizm – równość i niedobór,
d) eksterminizm – hierarchia i niedobór.

Proste jak konstrukcja cepa i jak on nieodparte.

Kapitalizm rzeczywiście się kończy szybko i nieładnie. Skutki nadciągającej katastrofy klimatycznej są już wyraźnie odczuwalne i to nie tylko we wzrastającej słodyczy coraz wcześniej dojrzewających winogron. Sztuczna inteligencja niewątpliwie podniesie się po porażce jaką stał się śmiertelny wypadek, który wywołało gwałtowne wtargnięcie kobiety na tor samosterującego się pojazdu. To o czym mówimy nie będzie trwało setki lat. Co najwyżej dziesięciolecia.

Gołym okiem widoczne są już kiełki przyszłych możliwych ustrojów. Szczególnie eksterminizm zdaje się dojrzewać w tempie hiszpańskich winogron. Ale już Róża Luksemburg przypomniana przez autora recenzowanej pracy sformułowała w swoim czasie alternatywę „socjalizm albo barbarzyństwo”. Z socjalizmem, dzięki Bogu, żeśmy sobie poradzili a więc nie ma się co dziwić, że mamy to co mamy.

Pytanie w jakim kierunku pójdziemy jest jeszcze otwarte. Zasługą Frase’go jest wpisanie swojego schematu w realia naszych czasów. Pokazanie że tak naprawdę już zaczynamy życie „po kapitalizmie” i jak Molierowski Pan Jurdain „mówimy prozą” jest czymś co stanowi o niezwykłej wartości książki. Bonusem jest niewątpliwie ukazanie się jej w dwusetną rocznicę urodzin Karola Marksa.

Ćwiczenie z logiki rozwoju społecznego, które zaproponował Frase zasługuje na poważne przemyślenie chociaż w Polsce jest jak lektura Woltera w czasach miłościwie panującego Augusta III Sasa.
Należy podkreślić, ze gdy chodzi o samą publikację to mamy do czynienia nie tyle z czasami saskimi, co z okresem rządów miłościwie panującego imperatora Aleksandra III. Zgodnie z zasadą rosyjskiej polityki wewnętrznej tego okresu cenzurowano jedynie gazety, książki bowiem były tak drogie, ze nie widziano potrzeby kontrowania tak elitarnych dóbr. Opisywana książka – 127 stron w miękkiej oprawie kosztuje bowiem 49 złotych. Ale jak wiadomo nie ma róży bez kolców, a za przyjemności trzeba płacić.

Zabić ten kapitalizm

Transformacja ustrojowa i III RP nie miały i nie będą mieć dobrej prasy wśród większości polskiego społeczeństwa. Poza klasą kapitalistyczną i tymi, którzy w sposób efektywny wykorzystali panujący (wciąż) neoliberalizm grono miłośników III RP pozostaje skromne.

 

Przymusowi emigranci i ich rodziny, ludzie wychowani w rzeczywistości wysokiego bezrobocia, pracownicy godzący się na życie na śmieciówce, upłynnieni ludzie niskich płac i zniszczonych marzeń o poczuciu bezpieczeństwa… Oni wszyscy nie cenią sobie porządku, który przyniósł Polsce turbokapitalizm na półperyferyjnych i krwiożerczych warunkach. Polski kapitalizm to dla ludzi pracy synonim trudu, klęsk i pustych obietnic podawanych w religijnym sosie. Poza zniszczeniami na poziomie czysto ludzkim potransformacyjny porządek zrujnował także polską narodową samoocenę. Kraj wyprzedaży, królestwo prywaty i „teoretyczne państwo” wytworzyły atmosferę porażki, upodlenia i głębokiego, narodowego wręcz wstydu. Wstydu za upokorzenia przeżywane przez ludzi pracy i wstydu za demoralizację miłościwie panującej klasy kapitalistycznej.

Dla przeciętnego polskiego pracownika drzwi do awansu społecznego i bramy ku wolności nie zamknął zresztą wcale PiS, lecz zrobił to już dawno temu Leszek Balcerowicz. Warstwy uprzywilejowane „Polski kapitalistycznego sukcesu” rodem z TVN-u, Forbesa i Gazety Wyborczej nie są też wcale uniwersalną, polską inteligencją, lecz stanowią bardzo konkretną grupę, która skutecznie i na całe dekady przywłaszczyła sobie środki kulturowej i społecznej reprodukcji, okupując się na najwyższym poziomie życia i z pogardą patrząc na innych, którym cały czas wmawia się, że III RP to kraj konsumentów luksusowych towarów i szczęśliwców, którzy wygrali los na loterii.

Tego wstydu nie czują oczywiście beneficjenci tych zmian oraz towarzystwo celebrytów – czuje go natomiast cała, wielka „Polska B”, która bynajmniej nie jest jedynie domeną „Wschodu” i małych miejscowości, gdzie panuje biedniejsza wersja kapitalizmu. Czują go wszyscy Ci, których nowa kaprzeczywistość ustawiła gdzieś pomiędzy żałośnie niską pensją minimalną, niedostatkiem i życiem bez perspektyw na zarobienie na własne mieszkanie.

Ten wstyd jest dziś jednym z podstawowych czynników stymulujących tęsknotę za „wielką Polską”, czyli za naprawdę silnym państwem, za dumą narodową i wiarą w narodową i państwową wspólnotę, która byłaby skuteczna i pomogła wydostać się z pułapki śmieciowej egzystencji. To inaczej zwane przywiązanie do państwa socjalnego i opiekuńczego, które wywodzi się jeszcze z czasów Polski Ludowej gra dziś jednak na korzyść rządzących, którzy przekuwają je w zupełnie nową narrację i tworzą nowy język pseudokonfliktu społecznego.

PiS-owskim, wyimaginowanym konfliktem, w który obecna władza pragnie wciągnąć wszystkich pozostałych aktorów jest konflikt na linii „lud” kontra „elita”. W konflikt ten z powodzeniem i w sposób naturalny daje się też wciągnąć praktycznie cała „opozycja”, która czy to z głupoty, czy też z uwagi na kryzys ideowy, weszła w buty oprawców i złodziei z III RP.

Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do tego PiS-owskiego substytutu walki klas dla upokorzonych. Mówienie o „ludzie” i o „elitach” w XXI wieku przystoi jedynie nacjonalistom, miłośnikom faszyzmu lub fetyszystom epoki feudalnej. We współczesnym kapitalizmie mamy do czynienia z klasą pracującą, klasą kapitalistyczną, a także przedstawicielami określonych warstw i grup społecznych. Totalizacja i tworzenie dwóch rzekomo przeciwstawnych sobie obozów (pseudo)klas kulturowych jest zarówno całkowicie błędne, jak i skrajnie szkodliwe. Rzeczywistym wyróżnikiem, który PiS stara się nam narzucić jest ślepy, religijny nacjonalizm, który bynajmniej nie zagraża kapitalizmowi, lecz wręcz umacnia go i orientuje wokół interesów narodowej burżuazji.

Rzeczywistym przeciwnikiem ludzi pracy są beneficjenci porządku opartego na wyzysku, czyli właściciele kapitału oraz podpięta pod jego interesy partyjna biurokracja. Wrogiem jest kapitalizm. A elitami w kapitalizmie są konkretnie: utrzymujący obecny system właściciele.

Wyśnione i obarczane winą za upadek demokracji i PiS-owski autorytaryzm „masy ludowe” to w istocie całkiem rozumny – oraz reagujący zgodnie z prawami politycznego rynku – proletariat, który w swej skromnej części głosuje na PiS przede wszystkim z uwagi na świadomość własnych i całkowicie obiektywnych interesów. Te interesy są odrębne od interesów polskich właścicieli i od interesów ludzi korzystających z rajów podatkowych, których reprezentują dziś w zasadzie wszystkie partie skupione w polskim parlamencie. Cała ta zagadkowa „wyjątkowość” obecnej władzy polega wyłącznie na tym, że partia ta jako pierwsza została obiektywnie zmuszona (przez nacisk żądań samego świata pracy) do pewnych minimalnych ustępstw względem najtwardszej linii polityki neoliberalnej i najlepiej też posługuje się językiem nacjonalizmu i IPN-owskich narracji, którym „światli” liberałowie rodem z Unii Wolności przez cały dekady karmili polską młodzież. I jak widać: nie bezkarnie.

PiS nie jest więc przedstawicielem wyklętego/otumanionego ludu tej ziemi, lecz klasyczną, konserwatywną prawicą, która chwilowo stała się sojusznikiem dla części polskiego świata pracy. To nie jest szokujący konflikt kulturowy, w którym banda kiboli znęca się nad mówiącymi po francusku. To nie walka oświeceniowego rozumu z nacjonalistyczną ciemnotą. To nie konflikt pomiędzy salonami i stadionami. To walka o trochę wyższe stawki, o sprawniej działające państwo, o godność szeregowego człowieka pracy, który w systemie demokracji parlamentarnej ma jeszcze czasami tę możliwość, że jest w stanie przegłosować te kilkanaście procent najbogatszych + ich bogatych krewnych i fruwających po świecie znajomych z telewizji śniadaniowych.

Rzeczywiste podziały nie przebiegają więc wcale wzdłuż pokoleń ani nie dotyczą stopnia wykształcenia. Podziały są klasowe i dotyczą wysokości płac, czasu pracy, czy bezpieczeństwa socjalnego i poziomu życia. Prawdziwe sprzeczności występujące na poziomie klas kulturowych dotyczą zaś przede wszystkim różnic ideologicznych, ponieważ faktem jest, że neoliberalny sen o Polsce dla większości społeczeństwa okazał się kłamstwem. Konflikt pomiędzy PiS-em i PO nie jest jednak wcale konfliktem prostactwa z wykształciuchami. To konflikt dwóch obozów prawicowego neoliberalizmu, przy czym ten bardziej liberalny obyczajowo ma też to do siebie, że pozostaje zupełnie ślepy na wady, klęski i katastrofy, które przyniósł nam (ich wspólny) barbarzyński kapitalizm.

Idąc tropem Marksa nie pokładam żadnej wiary w zdolność do autorefleksji beneficjentów kapitalistycznego wyzysku. Nie zmienia to jednak faktu, że cała polska lewica stoi w tym momencie przed możliwie największym zagrożeniem. Budowanie opozycji na zasadzie „naród kontra zdrajcy” i „prawdziwy lud kontra elita” to klasycznie faszystowskie klisze służące przede wszystkim kreowaniu języka politycznego na poziomie regresywnego nacjonalizmu. (…) Różnica między nacjonalistyczną „ludowością”, a ruchem proletariackim polega też na tym, że ta pierwsza pozostaje pod bezpośrednią kontrolą prawicowych i kapitalistycznych elit. To „ludowość”, która zakazuje samokształcenia i odcina się od edukacji i postępu, na której czele stoi bogaty kler w parze z prawicowymi elitami partyjno-biurokratycznymi i czerpiącym z tego największe profity światem biznesu. Wulgarny naturalizm, promowanie złego gustu i myślenia w kategoriach Polak/Wróg nie jest więc wcale „oddolnym, ludowym wynalazkiem”, tylko konstruktem służącym na rzecz uprzywilejowanych i bogatych.

Bez krytyki klasy kapitalistycznej i nietykalnych jak dotąd przedsiębiorców każda „krytyka” skazana będzie na pogoń za mitycznymi, czyhającymi na „prostego człowieka” i kradnącymi „elitami” – w obrębie których z równym powodzeniem umieścić można dziś biednych doktorantów i nauczycieli, jak i właścicieli dużych firm i spadkobierców kulczykowych fortun. Tego właśnie chce PiS, którego pomysł na „polski lud” i „Polaka” jest bardzo wyraźny: to polujący na sodomitów Polak-tylko-katolik, który walczy ze wszystkimi sąsiadami, przeciwko wszystkim postępowym ideom i na rzecz utrwalania nacjonalistycznego ciemnogrodu, którego istnienie jest zresztą po prostu skrytym życzeniem samego kapitału, który w ten właśnie sposób pozbywa się odpowiedzialności za politykę i zwala swe winy na barki złych ludzi z partii rządzącej. Tak otumaniona klasa pracująca staje się zresztą całkowicie bezwolna, bierna i bezradna w obliczu ataków ze strony samego kapitału.

Nie istnieje więc żaden „lud” do którego trzeba się zniżać i na którego poparcie przepis posiada rzekomo wyłącznie PiS. Prawie wszyscy żyjemy już w kręgu tej samej socjalizacji i w coraz bardziej jednorodnej kulturze.

Uniwersalna, przemysłowa kultura generowana przez współczesny kapitalizm wytwarza możliwości raczej łatwego nawiązywania wspólnego języka ze wszystkimi. Żyjemy w erze wielkiej uniformizacji. Oglądamy, czytamy i pozostajemy w kręgu podobnych treści. Powoli są to już zresztą treści przede wszystkim o pochodzeniu zagranicznym, czego kwintesencją jest m. in „Netflix”, będący zinstytucjonalizowaną i zintegrowaną siecią produkcji kulturowej rodem prosto z prognoz Theodora Adorno. Dlatego właśnie budowanie tożsamości młodych pokoleń na Żołnierzach Wyklętych nigdy w pełni się nie powiedzie. PiS-owi po prostu zabraknie do tego miejsca na Youtubie, filmów w kinach, wyświetleń na instagramie i filmików na snapchacie. Prawicowa repolonizacja kultury nie jest już możliwa. To przedpotopowa bajka dla oderwanych i naiwnych.

Cała współczesna narodowa hucpa jest zresztą tylko mało popularną stylówą, która opiera się na sentymencie do podziałów rodem z czasów Powstania Warszawskiego. Trudno już nie traktować tego z przymrużeniem oka. Podobnie społeczeństwo traktuje też w gruncie rzeczy cały blichtr PiS-owskich darów. Już za 10 lat ostatni żywi świadkowie Wojny przejdą do historii, a PiS-owska estetyka, której główną siłą jest wieczne pragnienie zemsty na Niemcach i Rosjanach ostatecznie przejdzie już do lamusa.

W tej sytuacji wystarczy wiedzieć jak odpowiednio się zachować. Kluczem do politycznego sukcesu pozostaje kwestia stosowania odpowiedniego języka, bycia zrozumiałym i czytelnym, a także bliskim wyobraźni świata pracy – a nie świata biznesu. Spajająca siła nacjonalizmu z przyczyn obiektywnych – głównie z uwagi na słabość polskiej gospodarki i ze względu na rzeczywiste warunki życia w naszym kraju – zawsze będzie płytka i prymitywna.

Nowe problemy: katastrofa klimatyczna, kwestia migracji, miejsce pracownika i jego prawa w turbokapitalistycznym świecie chwilówek-śmieciówek… będą kształtowały zupełnie nowego i odpornego na kapitalistyczną propagandę sukcesu człowieka.

I o tych ludzi trzeba walczyć.

W Polsce, czyli nigdzie. Tymczasem w Europie

Pod naciskiem pisowskich fanatyków i nieuków z Zamościa, usunięto (lub zamierza się usunąć z fasady jednej z kamienic tego miasta – trudno nadążyć za skalą i tempem ich głupoty), na mocy tzw. ustawy dekomunizacyjnej, tablicę upamiętniającą miejsce urodzin Róży Luksemburg. Ta wybitna polska socjaldemokratka (SdKPiL) żydowskiego pochodzenia jest postacią, która ma poczesne miejsce we wszystkich europejskich, szkolnych podręcznikach historii nie tylko lewicy, ale także historii powszechnej. Tylko nie w polskich. Z kolei na naukową konferencję o Karolu Marksie w nadbałtyckim Pobierowie nasłano niedawno policję.

 

Podczas berlińskiej tzw. rewolucji Spartakusa w 1919 roku Luksemburg została zamordowana (wraz z Karlem Liebknechtem), w parku Tiergarten przez grupę reakcyjnych niemieckich oficerów, którzy wrzucili jej ciało do pobliskiego Landwehrkanal (śródmiejski kanał wodny). Właśnie dokładnie w tym miejscu, tuż obok Lichtensteinbrücke (mostu Lichtenstein), metalowe litery jej z jej imieniem i nazwiskiem posadowione zostały na metalowym cokole. Jednak, jako się rzekło, podczas gdy Niemcy i Europa pamiętają o wielkiej Róży, honorują jej miejsce w historii i mają dla niej co najmniej szacunek, dla pisowskich aparatczyków polsko-niemiecka komunistka żydowskiego pochodzenia, która podawała w wątpliwość celowość obudowywania państw narodowych, w tym Polski (tzw. luksemburgizm) jest postacią nienawistną. Na dźwięk jej imienia i nazwiska zawołali więc „A kysz!”

Z kolei niedaleko od słynnego Aleksanderplatz z monumentalną wieżą telewizyjną, będącą jednym z emblematów Berlina, można zobaczyć dubeltowy, figuralny pomnik Karola Marksa i Fryderyka Engelsa. To właśnie nazwisko pierwszego z nich zmobilizowało polską policję, kierowaną przez pisowski rząd, by zamiast ścigać przestępców, zajęła się represjonowaniem spokojnych filozofów z Uniwersytetu Szczecińskiego i ich gości. To samo zapewne spotkałoby historyków, gdyby zorganizowali konferencję poświęconą Róży Luksemburg lub Julianowi Marchlewskiemu, innemu wybitnemu działaczowi polskiej, niemieckiej i europejskiej lewicy, który jest patronem jednej z ulic we wschodniej części Berlina (Marchlewskistrasse).

Jak zatem widać, Polska pod rządami PiS pogrąża się w odmętach klerykalno-nacjonalistycznego błocka i coraz bardziej rozmija się z czuciem, myśleniem i ideami cywilizowanej Europy. Polsce bliżej już raczej do klimatu mentalnego rodem z innej berlińskiej historii, z roku 1906, tym razem groteskowej, w której główną rolę odegrał tzw. kapitan z Köpenick. Ten przebrany za oficera bezrobotny szewc nazwiskiem Voigt aresztował burmistrza naówczas podberlińskiego miasteczka, (dziś wschodniej dzielnicy miasta), wykorzystując ślepy pruski szacunek dla munduru. Kto wie czego mógłby dziś dokonać w Polsce ktoś, kto pragnąc podstępem wymusić jakąś administracyjną decyzję, podałby się fałszywie za pisowskiego aparatczyka…

Lekcja Pobierowa

Pisanie w afekcie, nigdy nie jest dobrym doradcą. Dzisiaj już przyblakło głębokie rozżalenie informacją o wizycie policji na organizowanej w Pobierowie przez Uniwersytet Szczeciński Konferencji poświęconej Karolowi Marksowi z okazji dwustulecia jego urodzin.

W końcu trzy tygodnie wcześniej uczestniczyłem analogicznej konferencji w Turawie organizowana przez Uniwersytet Opolski i Centrum im. Ignacego Daszyńskiego a w połowie czerwca ma odbyć się w Warszawie konferencja organizowana przez Uniwersytet Warszawski. Jako osoba, która uczestniczyła w jednej z tych konferencji a wysłała zgłoszenie na drugą, czułem się oszukany przez los, który pozbawił mnie największej atrakcji sezonu.
Jeżeli jednak przyjrzeć się samemu wydarzeniu sine ira et studio sprawa jest niestety znacznie poważniejsza.
Na polecenie prokuratury policja weszła na Uniwersytet żeby sprawdzić, jak wynika z doniesień prasowych, czy przypadkiem uczestnicy konferencji naukowej w ramach swojej działalności nie „propagują publicznie treści totalitarnych”?
Jak głosi cytat z oświadczenia prokuratury:
„Z uwagi na złożenie do prokuratury pisma, w którym osoba zawiadamiająca wskazała, iż istnieje podejrzenie, że podczas organizowanej konferencji pt. „Karl Marx 1818-2018, urodziny Karola Marksa”, może dojść do publicznego propagowania treści totalitarnych, prokurator bez wszczynania śledztwa zlecił właściwej miejscowo jednostce policji, jedynie poczynienie ustaleń w zakresie kwestii będących przedmiotem zawiadomienia, w celu jego zweryfikowania, niezbędnych do podjęcia decyzji merytorycznej – wyjaśnia prokurator….”.
Jak wynika z owego cytatu w Polsce uczelnie wyższe znajdują się pod nadzorem prokuratury w zakresie nauczanych przez siebie treści. Co więcej to prokuratorzy, ni mniej ni więcej, tylko oceniają merytorycznie to co się na uczelniach dzieje. Skoro to prokuratorzy ocenia merytorycznie to nasuwa się oczywiste pytanie dlaczego sami nie uczą? Może im się nie chce, ale dlaczego nie zatwierdzają programów nauczania to już jest pytanie znacznie poważniejsze. Bo przecież powinni. Ktoś kto chce zorganizować konferencję naukową powinien zgłaszać się do prokuratury z programem do zatwierdzenia. Żeby uniknąć kłopotów należałoby się chyba zwracać do prokuratury o wysyłanie policyjnych obserwatorów na konferencje naukowe. Jest jeszcze jeden problem. Konferencja w Pobierowie odbywała się w budynku należącym do uniwersytetu. A gdyby odbywała się w jakimś hotelu czy ośrodku konferencyjnym pozbawionym tego statusu, to co wtedy?
Wszystkie te problemy nie są niczym szczególnym. Są one normą w państwach autorytarnych czy tez tzw., „totalitarnych”. To, że Korei Północnej, Chińskiej Republice Ludowej, istnieją takie mechanizmy, a w Arabii Saudyjskiej chyba nie istnieje nawet nauka jest oczywiste i nie budzi wątpliwości ani zdziwienia. Zdziwienie budzi to, że w Polsce obowiązują reguły Arabii Saudyjskiej a nie jakiejś tzw. demokracji Zachodu.
Coraz bardziej otwarcie, i coraz więcej osób mówi, że w Polsce mamy dyktaturę, i zgadzam się z nimi w stu procentach. Można by więc powiedzieć że skoro mamy dyktaturę to legitymowanie jakichś tam „wykształciuchów” jest czymś oczywistym. Problem polega na tym, że organizatorzy tych działań działają we własnym przekonaniu, w oparciu o konstytucję z 1997 roku i ustawy i prawa z niej się wywodzące. Ziobroratura jest tutaj tylko bardziej konsekwentna od prokuratur ją poprzedzających w rozwoju historycznym. Warto więc się temu przyjrzeć.
Niewyczerpanym źródłem, wszelkiego rodzaju zakazów i nakazów mających zbliżać nas do Republiki Islamskiej jest ponoć artykuł !3. naszej ustawy zasadniczej, który przypomnijmy in extenso:
„Art. 13. Zakazane jest istnienie partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu, a także tych, których program lub działalność zakłada lub dopuszcza nienawiść rasową i narodowościową, stosowanie przemocy w celu zdobycia władzy lub wpływu na politykę państwa albo przewiduje utajnienie struktur lub członkostwa.”
Otóż, gdy się czyta ten dokument, trudno nie zauważyć, że artykuł ten dotyczy organizacji politycznych i praktyki politycznej. Mówi się o „metodach i praktykach”, „programach i działaniach”. Można zasadnie domniemywać, że skoro ustawodawca mówi o „metodach i praktykach” to odróżnia je od „teorii i symboli” bo inaczej poco by to robił. Co więcej można domniemywać, że skoro zakazuje „metod i praktyk” to nie odnosi tego „teorii i symboli” dokładnie na takiej zasadzie jak zakaz publicznego uprawiania stosunków seksualnych zakłada swobodę ich uprawiania prywatnie.
Jest, jak sądzę, rzeczą oczywistą, że z taka samą sytuacją mamy do czynienia w przypadku „nazizmu, faszyzmu i komunizmu”. Imiennie zakazane zostały „metody i praktyki” żeby nie zakazywać „teorii i symboli”. Swój sąd o tym, że ustawodawca unikał zakazania „teorii i symboli” opieram na znajomości elementarnych zasad ustroju demokratycznego.
Demokracja jest ustrojem, w którym władza najwyższa należy do ludu czyli ogółu mającego prawa obywatelskie i wyborcze i podejmującego decyzje w głosowaniach. Jeżeli przyjmuje się taki ustrój jako sensowny to tylko wtedy gdy uznaje się obywateli za wystarczająco inteligentnych bu podejmować sensowne decyzje. Oczywiście dotyczy to zawsze zdecydowanej większości, która przeważa nad mniejszością do tego niezdolną (bo oczywiście, istnienia w społeczeństwie mniejszości ludzi niepełnosprawnych intelektualnie, czy też „sprawnych inaczej” nie można wykluczyć).
Ci należący do większości, zdaniem demokratów, z założenia maja zdolność czytania ze zrozumieniem i refleksji nad własnymi przeżyciami a więc w związku z tym powinni mieć prawo nieograniczonego dostępu do informacji niezbędnych dla samodzielnego podejmowania decyzji. Prowadzi to do tego, że elementarną przesłanką demokracji jest nieograniczony dostęp do informacji i swoboda wypowiedzi. Zakazywanie czegokolwiek w tej sferze jest ograniczaniem demokracji i otwieraniem drogi do manipulacji informacją, zakazywania, ograniczania itd.. Uniemożliwiania sytuacji kiedy przez manipulację np. edukacją szkolną rządzący mogą wychowywać sobie przyszłych wyborców. Gwarancje wolności słowa, swobody informacji i obiektywności treści kształcenia to „fundamentalne fundamenty” demokracji.
Dlatego autorzy polskiej Konstytucji z 1997 roku napisali to co napisali. Pisząc o „metodach i praktykach” zwracali za to uwagę na niebezpieczeństwo mechanizmów wywierania presji, zastraszania, szykanowania, szczucia itd., które okazały się odgrywać rolę w zdobywaniu i sprawowaniu władzy przez „nazizm, faszyzm i komunizm” chociaż niestety nie stanowią ich monopolu.
Twórcy polskiej Konstytucji 1977 usiłowali ją pisać dla państwa demokratycznego niestety wyszło jak zwykle.
Chociaż może się to wydać wydumanym paradoksem losy Konstytucji z 1997 roku zadecydowały się już na początku lat dziewięćdziesiątych. Rozczarowanie do rządów elit solidarnościowych, które doprowadziło do powrotu lewicy na scenę polityczną: prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego i rządów Józefa Oleksego Włodzimierza Cimoszewicza, Leszka Millera i Marka Belki wywołało w nich głęboki uraz. Każdy kij na lewicę wydawał się dobry. Prawne ekscesy takie jak „nieprzedawnialne zbrodnie komunistyczne” obejmujące zwykłe przestępstwa a nawet wykroczenia, powołanie Instytutu Pamięci Narodowej, akcje niszczenia pomników i miejsc pamięci, tworzenie zideologizowanyh historycznych pseudo-muzeów, zakazywanie symboli „totalitarnych”, oficjalny kult „żołnierzy wyklętych” to działania nie mające żadnego umocowania w prawnym ładzie konstytucyjnym państwa, a najczęściej stanowiące ostentacyjną kpinę z pryncypiów ustrojowych „demokratycznego państwa prawa”.
Gdyby tylko do kpiny rzecz całą sprowadzić byłoby pół biedy rzecz jednak polega na tym że walcząc „teoriami i symbolami” reaktywowano z cala mocą „totalitarne metody i praktyki”, o których mówiła Konstytucja z 1997.
Wspólnym wysiłkiem PO-PISu ponad wszelkimi podziałami wskrzeszono grzebanie w życiorysach, zastraszanie, zbiorową odpowiedzialność, polowania na czarownice, mityczną bezczasowość, w której nic nie przestaje być aktualne i trwa nieustanny sabat czarownic. Permanentna polska „Noc Muzeów” wskrzesza, zapomniane strofy Heinricha Heinego o „… ojczyźnie fałszywej gdzie tylko niedola i hańba są żywe, gdzie każdy kwiat wcześnie zerwany schnie marnie, gdzie robak zgnilizną i próchnem się karmi”. Nic dodać nic ująć.
Ład polityczny, w którym działalność uniwersytetów znalazła się pod ideologiczną kuratelą Prokuratury, realizowanej przez Policję nie jest niestety efektem działań Zbigniewa Ziobro ani dyktatora Jarosława Kaczyńskiego. Jest on wspólnym wytworem całego gremium, w którym obok nich poczesne miejsce należy się Donaldowi Tuskowi, Grzegorzowi Schetynie, Adamowi Michnikowi, Sławomirowi Sierakowskiemu i całym reprezentowanym przez nich środowiskom Platformy Obywatelskiej (ze szczególnym uwzględnieniem klubu poselskiego), Gazety Wyborczej i Krytyki Politycznej. Oczywiście nie chcę generalizować. W tej Sodomie jaką stała się polska „demokracja” byli z pewnością jacyś sprawiedliwi, ale nie wystarczyło ich aby Jehowa powstrzymał karzącą dłoń.
Zainaugurowana jeszcze w latach siedemdziesiątych polityka opozycji naonczas „demokratycznej” wspólnego frontu pod hasłem „nie ma wroga na prawicy” przyniosła dzisiaj zatrute owoce „dając drogę brunatnym batalionom”. Być może Jarosław Kaczyński przegra już najbliższe wybory, ale destrukcji instytucji polskiej demokracji i unicestwiania demokratycznej kultury politycznej to nie powstrzyma. Dając przyzwolenie na antykomunistyczną histerię elity polityczne III RP wpuściły w krwioobieg polskiej polityki mówiąc słowami „zdekomunizowanego” Leona Kruczkowskiego „zatruty jad czasów pogardy” i to pozostanie na długo. Młodzi narodowcy, „patrioci”, Wszechpolacy, ONRowcy, kibole, antysemici, itd., itp. będą nam towarzyszyli jeszcze długo, jeżeli kiedyś nie przejmą sterów. W końcu są młodzi i to nich należy przyszłość.

Łupienie wolności

Czym jest wolność? To krótkie słowo oddaje tysiące znaczeń i bez wątpienia o tej jednej z podstawowych cnót pisać można mnóstwo.

Wiele już też napisano o walce o nią. Jeden aspekt jest jednak wciąż nieuchwytny – to jak ją tracimy. Zawsze dzieje się to powoli. Niespiesznie władza odbiera nam nasze prawa. Jedno po drugim. Na początku nie reagujemy, zadowalamy się tym, że to dla naszego bezpieczeństwa, dla wyższego dobra, w imię ojczyzny, wiary, honoru, aż w końcu budzimy się całkowicie ograbieni z wolności, nawet tej osobistej.
W Polsce wciąż wielu obywateli myśli, że im to nie grozi ale prawda jest taka, że do jej grabieży dochodzi na każdym kroku. To podkradanie ma nie tylko twarz głośnych i oprotestowanych ustaw odbierających prawo o decydowaniu o samym sobie czy czyhających na niezawisłość sądów. Łupienie praw nabytych przejawia się też w działaniach, które mało kto zauważa np. takich jak policyjna interwencja na konferencji naukowej o Karolu Marksie.
Pobierowo. Mała miejscowość w województwie zachodniopomorskim. Szerzej znana jako nadmorski ośrodek wypoczynkowy w ostatnim czasie znalazła się pod lupą władzy. Wszystko przez konferencję naukową, co do której rządzący mieli wątpliwości czy jest propolska. Teraz bowiem za działalność antynarodową rozumie się mówienie o myślach, idach i poglądach innych niż te wyznaczone przez Jarosława Kaczyńskiego.
Tych w Pobierowie była cała masa, prelegenci mówi o myśli pedagogicznej Paula Freirego, Antonio Gramsciego i Marthy Nussbaum, a także politycznej twórczości Zygmunta Baumana. Takie krzewienie „niepoprawnych” myśli skłoniło do wysłania patrolu policyjnego kontrolującego polskich naukowców.
Chora władza PiSu staje się coraz bardziej arogancka i niebezpieczna. Historia z Pobierowa pokazuje jak zatrute staje się obywatelskie powietrze wolności i jak szybko trzeba przewietrzyć sejmowe korytarze aby wolność nie stała się jedynie wspomnieniem!