Dyktando

Jak sięgnę pamięcią do lat szkolnych, to wraca mi niechęć do matematyki i do dyktand uwielbianych przez niektórych nauczycieli, jako niezawodny sprawdzian opanowania ortografii. Dyktowane teksty były czasem bezsensowne, ale za to nasycone trudnymi wyrazami, zmuszającymi uczniów do pospiesznego decydowania, czy napisać „ż” czy „rz”, „u” czy „o kreskowane”, „ą” czy „on”?

Przypomniałem sobie te dyktanda po wysłuchaniu wyjaśnień dotyczących nerwowego palca znanej posłanki i po obejrzeniu w telewizorze niektórych scen i wypowiedzi na i po pierwszej wyborczej konwencji Prezydenta A. Dudy, ubiegającego się o ponowny wybór.
Dyktowanie poglądów
Skąd te skojarzenia? Stąd, że już od kilku lat podziwiam sprawność PISu w doprowadzaniu do sytuacji, w której wszyscy działacze, na wszystkich szczeblach, używają czasem innych słów, ale merytorycznie mówią to samo. Mówią to, co powiedział szef, czyli Najważniejszy Zwykły Poseł Jarosław Kaczyński. Jeśli w jakiejś sprawie nie zabrał głosu, wówczas powtarzają to, co usłyszeli z ust kogoś z Jego najbliższego otoczenia.
Zastanawiałem się, jakie zastosowano rozwiązanie organizacyjne, zapewniające tak sprawny przekaz bezwzględnie słusznych poglądów Najważniejszego Posła. Przy mojej nieudolności dostrzegam tylko dwie metody. Pierwsza, biurokratyczna, wymagałaby krótkiego streszczania wypowiedzi szefa i elektronicznego przekazywania tych streszczeń „drogą służbową” – od Nowogrodzkiej, przez rząd i tych wojewodów, lub ich zastępców, którzy są członkami lub wielbicielami partii. – Potem dalej – aż do wójtów i burmistrzów. To metoda historycznie sprawdzona, ale niewygodna i dająca pole do krytyki ze strony opozycji.
Telewizja zwana publiczną
Alternatywna metoda wymaga bardziej optymistycznej oceny poziomu intelektualnego tych członków partii, którym powierzono odpowiedzialne stanowiska. Mamy przecież, sowicie podtrzymywaną finansowo telewizję, zwaną publiczną. Jest znana z tego, że transmituje i powtarza wszystkie imprezy, na których Najważniejszy Poseł ocenia, co jest czarne, a co białe, i wskazuje suwerenowi właściwą drogę. Wobec tego partyjne i rządowe „kadry” powinny oglądać dzienniki i dyskusje prowadzone w tej telewizji, przyswajać zalecenia Posła i przekazywać je dalej. Ta metoda jest może mniej dokładna, daje zbyt dużo możliwości samodzielnego komentowania poglądów szefa, ale jest tańsza i mniej narażona na krytykę. I sądzę, że właśnie ona jest wykorzystywana. A mnie kojarzy się z dyktandem, świadomie lub podświadomie adaptowanym przez partyjno – rządowy aktyw.
Niezdrowy nadmiar fantazji
Przy bardziej wnikliwej analizie stwierdziłem jednak, że także przy zastosowaniu tej metody ujednolicania promieniujących z Nowogrodzkiej poglądów, mogą występować kłopotliwe trudności, zmniejszające skuteczność rozszerzania poparcia suwerena. Wśród zaprzyjaźnionych wielbicieli rządzącego ugrupowania, widzę ostatnio narastające zdenerwowanie, przy odbiorze serwowanych nam informacji, o kolejnych sukcesach gospodarczych i politycznych. Opowieści o nieustannych sukcesach zaczęły się po zdobyciu władzy przez PIS i ich skala ciągle narasta. Trzeba mieć głęboką wiarę w nieomylność Najważniejszego Posła, aby wysupłać te sukcesy z zagmatwanej rzeczywistości i sprzedać je z przekonaniem nawet własnemu elektoratowi. Przekonywanie elektoratu konkurencji i milczącej większości jest jeszcze trudniejsze. Ma z tym kłopoty nawet sam Najważniejszy Poseł i jego pilny uczeń, wielozawodowiec i podróżnik w czasie, czyli obecny Prezes Rady Ministrów. Fantazje naszego Premiera dotyczące teraźniejszości i przyszłości, są dla mnie źródłem podziwu i radości. Przyjdzie czas, że ośmielę się poświęcić im odrębne wypracowanie.
Fantazje gospodarcze i polityczne nie są jednak skuteczne w neutralizowaniu personalnego problemu, jakim jest Pan Prezydent. Wprawdzie Najważniejszy Zwykły Poseł powiedział ostatnio, że jest to „prezydent marzeń”, któremu członkowie i sympatycy PIS powinni w majowych wyborach zapewnić drugą kadencję, – ale wiewiórki donoszą, że zadowolenie z pierwszej kadencji nie jest pełne. Wydaje się bowiem, że Pan Prezydent uwierzył w nieomylność opatrzności, która powierzyła mu formalnie najważniejsze stanowisko w państwie. Zrobiła to rękami narodu nie korzystając z pośredników. A jeśli tak – to tym samym upoważniła go do lansowania własnych poglądów i werbalnej ich prezentacji. Wprawdzie stara się być lojalny i poglądy w wielu sprawach ma identyczne jak partia, która go wspierała i wspiera. Ale są też takie, w których ma znacznie ostrzejszy (częściej) lub łagodniejszy (rzadziej) pogląd.
Irytujący sędziowie
W końcowym roku pierwszej kadencji najbardziej irytują Pana Prezydenta sędziowie i inni prawnicy, łącznie z krakowskimi profesorami. Nawet profesor, który był jego promotorem w czasie przygotowywania pracy doktorskiej. W środowisku akademickim to rzadki przypadek. Zwyczajowa norma jest zupełnie odwrotna. Nawet, jeśli nie uwielbia się swego promotora, to wypada go publicznie chwalić i wzmacniać jego naukowy autorytet.
Odnoszę wrażenie, że Pan Prezydent sam „nakręca” swoją niechęć do sędziów, ze specjalnym uwzględnieniem Sądu Najwyższego i jego kierownictwa – zwłaszcza Pierwszej Prezes. To nawet można zrozumieć. Ma tu – zapewne – znaczenie zawiedziona nadzieja, że Panią Prezes uda się „zdjąć” ze stanowiska, przed upływem kadencji. Może nawet zapewniano o tym Najważniejszego, Zwykłego Posła? Może komuś obiecywano to stanowisko? Ale się nie udało. Agresywny opór zjednoczonych sił opozycji, ulicy i zagranicy nie pozwolił na przeprowadzenie tej „dobrej zmiany”.
Odnoszę też wrażenie, że zestaw przyczyn niechęci Pana Prezydenta do sędziów wszystkich szczebli jest ciągle taki sam i nie jest przekonywujący. Wieje nudą. Z należytą atencją słucham wystąpień Pana Prezydenta i na ich podstawie potrafię wymienić tylko trzy, jego zdaniem śmiertelne, grzechy tego środowiska.
Nieco zaawansowanym
Po pierwsze – część sędziów w wieku nieco zaawansowanym dostała nominacje sędziowskie w czasach PRLu od kolektywnego prezydenta, jakim była Rada Państwa. I co z tego – Panie Prezydencie? Czy była inna możliwość? Czy gorzej prowadzili rozprawy? Jeśli niektórzy z nich wydawali niesprawiedliwe wyroki, to trzeba ich o to oskarżyć i ukarać, nie grożąc odpowiedzialnością zbiorową. Nominacje profesorskie też wręczał przewodniczący lub wiceprzewodniczący tej Rady. Wielu z tych profesorów nadal działa. Wielu doktorów prawa – złośliwie dodam, że także także w Krakowie – zdawało u nich egzaminy magisterskie i z ich pomocą przygotowywało doktoraty. Czy mamy uznać, że są one nieważne?
Po drugie – mam wrażenie, że Pan Prezydent z coraz większym trudem znosi ciągłe upominanie się przez sędziów o „niezawisłość i niezależność”. W państwie rządzonym autokratycznie – a do takiego coraz wyraźniej dążymy – sędzia powinien być niezależny w ferowaniu wyroków i nie ulegać naciskom wielkich firm i urzędników administracji państwowej i terenowej. Ale powinien zdawać sobie sprawę, że dobro narodu wymaga, aby pomagał realizować wielkie projekty tej władzy, która powołała go na stanowisko. Powinien więc wsłuchiwać się w wytyczne formułowane na ulicy Nowogrodzkiej i postępować w sposób przyczyniający się do ich realizacji. Dobry sędzia, to dobry obywatel, który powinien zdawać sobie sprawę, że jest niewielkim trybikiem wielkiej maszyny, wprowadzającej w Polsce niepowtarzalny pakiet dobrych zmian.
Organizować wymiar
Trzeci zarzut trafiający w sędziów, to rykoszety wystrzałów Pana Prezydenta w kierunku Komisji UE, która nie powinna podpowiadać nam w obcych językach, jak mamy organizować i prowadzić nasz wymiar sprawiedliwości. Tłumaczenie jest uciążliwe. Wystarczy, że z uwagi na niski poziom intelektualny opozycji musimy tłumaczyć nasze zamiary z polskiego na polski.
Zestaw tych trzech zarzutów wystarcza partii pod dumną nazwą „Prawo i Sprawiedliwość” i jej rządowi do stwarzania atmosfery oblężenia. Ale Pan Prezydent tak bardzo przestał lubić sędziów, tak go denerwuje ich nieposłuszeństwo, że czasem wychodzi przed szereg. Na Nowogrodzkiej woleliby stopniowe osłabianie sędziowskiej „kasty” z zachowaniem pozorów legalizmu i ograniczaniem rozdrażnienia organów UE. A Pan Prezydent porusza temat przy każdej okazji, coraz ostrzej ocenia zachowanie sędziów, podnieca się, krzyczy i zapomina, że miał być prezydentem wszystkich Polaków – z sędziami włącznie.
To błąd – zwłaszcza w okresie kampanii wyborczej. Jako samozwańczy i bezpłatny doradca sugeruję, aby przynajmniej w tym okresie Pan Prezydent nie występował w roli zagończyka, tylko sapera, starającego się rozbrajać miny rozłożone na przedpolu naszego styku z Unią.

Zdążyć przed podwyżkami

Pan prezes Kaczyński znowu „zagrał ostro”. Teraz wykreował konflikt z sędziami. Cynicznie, bo każdy wie, że w Polsce sądów nie lubi się, a zwłaszcza wykreowanej przez PiS – propagandę „nadzwyczajnej kasty sędziowskiej”. Jak każdej, innej elity. To też taka polska tradycja.

Pan prezes zagrał i pewnie cieszy się z licznych, ulicznych demonstracji opozycji. Im więcej ich będzie, tym większe będzie miał szanse na obudzenie i zmobilizowanie swego narodowo-katolickiego elektoratu. Uśpionego serią ostatnich zwycięstw. No i bliskością do przysłowiowego „koryta”.
Pan prezes tak zagrał, bo wie, że nic tak nie wzmacnia jego partii jak kolejna wojna polsko – polska. Prezentowana jako kolejna obrona Polski i polskości przed wściekłym atakiem zdegenerowanej, laickiej, lewacko liberalnej Brukseli wspomaganej przez antynarodową Targowicę. Czyli opozycję demokratyczną. Prezes wie, że w szeregach jego elektoratu, „demokracja” to synonim oszustwa liberalnych elit wspomaganych przez wrażą Polsce „żydokrację”. I dlatego znów pan prezes, niczym Hektor Kamieniecki, pan Wołodyjowski, stanie na narodowych szańcach, aby znowu bronić polskiej tradycji przed nadciągającą nawałą obcej nam „demokracji” i ideologii LGBT.
Pan prezes kazał „zagrać ostro”, bo wyborczą kampanię prezydencką czas zacząć. Na front ruszać, wchodzić w rozpisane role. W przygotowany scenariusz.
Najpierw prezes da się wykazać młodym, „poselskim jastrzębiom”. To oni rozpalą emocje swymi „poselskimi projektami”.Potem wesprze ich pan prezydent Duda. W tej kampanii obsadzony w roli twardziela. Konflikt z sędziami i twardy kurs wobec demokratycznej opozycji wywoła konflikt z Unią Europejską. Ten ułatwi przeciągnięcie wyborców Konfederacji na stronę utwardzonego kandydata Dudy.
Po zimowej wojnie z „nadzwyczajna kastą sędziowską” i innymi „POstkomunistami” przyjdzie czas na eskalację wojen światopoglądowych. Z mitycznym genderem i LBGT. Zapewne też z prawem do adopcji dzieci przez pary homoseksualne. W każdej chwili pisowskie jastrzębie mogą przedłożyć poselski projekt ustawy o zakazie takiej adopcji. I wtedy media narodowo-katolickie wezwą demokratyczną opozycję do deklaracji w tej sprawie.
Pan prezes Kaczyński wie, że reelekcja pana prezydenta Dudy, zwłaszcza w drugiej turze, zależy od poparcia go przez wyborców Konfederacji. Niestety. A takie może zagwarantować ostry, anty brukselski kurs rządzącej formacji. Reelekcja pana prezydenta Dudy zależy też od podziałów w demokratycznej opozycji. A ją najłatwiej skłócić można wszczynając kolejną wojnę światopoglądową. Tu ideowa ortodoksja lewicowa lub konserwatywna sprzyjać będzie planom pana prezesa.
Dlatego teraz propagandziści PiS będą robić wszystko aby pozyskać głosy konfederackie. Bo bardzo potrzebują poparcia tych „ruskich onuc”, jak do tej pory media narodowo-katolickie konfederatów pogardliwie nazywały.
Będą też radykalizować wojny światopoglądowe w Polsce aby skłócić opozycyjnych lewicowców i liberałów obyczajowych z opozycyjnymi konserwatystami. Aby wspólnie nie zagłosowali w drugiej turze wyborów prezydenckich na wspólnego, czyli centrowego kandydata opozycji demokratycznej. Elity PiS też wszczynać takie wojny aby przykryć nimi w mediach pogarszającą się sytuację gospodarczą w naszym kraju.
A zwłaszcza nieuchronne, lecz konsekwentnie odsuwane na czas powyborczy podwyżki cen energii elektrycznej, wywozu śmieci i wszystkie inne na jakie jeszcze rząd ma wpływ. Pan prezes Kaczyński chce zdążyć z wyborem swojego prezydenta jeszcze przed tąpnięciem gospodarczym. Póki jeszcze pustki nie widać w portfelach wyborców.
Jeśli zdąży, to przedłuży nieudolne rządy swej partii o trzy następne lata. Choć bez wyborcze, to jednak dla też skłóconych elit PiS już schyłkowe, dekadenckie. Ceną za odejście PiS – u od władzy będzie wyhamowanie wzrostu gospodarczego w Polsce. Skok inflacji, wzrosty cen, niezadowolenie społeczne.
Im dłużej PiS pozostanie przy władzy, tym koszty jego rządzenia dla Polski i Polaków wyższe będą.