Liberalizm kulturowy przegra

„Opozycja Nne może skupiać się na dyskursie kulturowym i antyklerykalnym. To jest i będzie politycznie nieskuteczne” – mówi prof. Rafał Chwedoruk w rozmowie z Kamilą terpiał (wiadomo.co).

KAMILA TERPIAŁ: Znamy oficjalne wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego. PiS zdobył 45 proc. poparcia i wygrał 7 punktami procentowymi z Koalicją Europejską. Dla partii rządzącej to wynik marzeń?
RAFAŁ CHWEDORUK: Nie ulega najmniejszej wątpliwości. O ile w wyborach samorządowych wynik procentowy był daleki od marzeń, natomiast wynik mandatowy przekraczał te marzenia, to w tym wypadku i jedno, i drugie je przekracza. Gdyby postarać się przełożyć ten rezultat na wynik wyborów sejmowych, to oznaczałoby pewność samodzielnej większości i to nawet z zapasem. Na dodatek stało się to w wyborach, które dla prawicy były zawsze trudniejsze. Pod uwagę trzeba wziąć też nieprzewidywalność tych wyborów. Wszyscy wiedzieli, że frekwencja będzie wysoka, a zwycięstwo PiS-u było pewne, niespodzianką jest za to dystans względem KE w liczbach bezwzględnych.

Taki wynik należy traktować jako zapowiedź wygranej PiS-u w jesiennych wyborach?
Od pierwszego dnia tej kadencji Sejmu było dla mnie jasne, że PiS będzie największą partią także w kolejnej kadencji, czyli że wygra wybory parlamentarne. Natomiast wątpliwość dotyczyła tego, czy będzie miał większość mandatów. W obecnym Sejmie układ sił był wynikiem zbiegu okoliczności. Wczorajsze wybory pokazały, że PiS może liczyć nie tylko na zbiegi okoliczności i błędy innych, ale wystarczy im własna kampania.
PiS-owi najłatwiej też przekonać wyborców niezdecydowanych, których będzie więcej przy wyższej frekwencji.

PiS przekupił wyborców i nadal będzie tak robił?
Polacy generalnie są społeczeństwem umiarkowanie egalitarnym. Ogromna część miała poczucie strukturalnej niesprawiedliwości po 1989 roku i to emanowało na kolejne pokolenia. Nadzieję lokowano w różnych okresach w różny sposób. PiS konsekwentnie przez kilkanaście lat powtarzał te same treści. Nie ulega wątpliwości, że obywatele czekają na aktywną rolę państwa oraz instytucji publicznych w polityce społecznej czy regulowaniu gospodarki, natomiast liberalizm kulturowy jest największą przegraną – większości ludzi to po prostu nie interesuje.

Czekają na kolejne 500 Plus?
Społeczeństwo konsumpcyjne, po 25 latach szkolenia w neoliberalnej ekonomii, nie interesuje się na przykład tym, jak zachowuje się miejscowy ksiądz. Można powiedzieć, że nastąpiła prywatyzacja świadomości. Nie chcemy obecności państwa w sferach, które uważamy za intymne, i w kwestiach światopoglądowych. Polacy są od lat co do tego zgodni. Oczekują od państwa aktywności w polityce społecznej i gospodarczej, np. w walce z bezrobociem. Dlatego problemem Koalicji Europejskiej nie są jej własne działania, które były dosyć ostrożne, ale to, że PiS zmobilizował ponadstandardową liczbę wyborców. KE „zawdzięcza to” swojemu zapleczu w postaci elit opiniotwórczych, aktorów, mediów i środowisku bliskiemu Donaldowi Tuskowi. Okazało się, że poprzez eskalację dyskursu kulturowego uskrajniło go. W efekcie KE przyciągnęła tylko tych, których i tak miała już po swojej stronie. Paradoks historii polega na tym, że triumfy PO z ubiegłej dekady były możliwe poprzez zanegowanie dawnej Unii Demokratycznej i Unii Wolności, poprzez brak wyrazistości w kwestiach kulturowych i światopoglądowych. Miała być partią ostrożnego, codziennego pragmatyzmu, rozliczającą rządzących.
KE stała się nagle koalicją wojującego antyklerykalizmu, chociaż większość jej członków nie powinna być traktowana w takich kategoriach.

„Zbudowaliśmy koalicję, to nie wystarczyło. Trzeba się zastanowić i trafić tam, gdzie przegraliśmy” – mówił lider PO Grzegorz Schetyna w poniedziałek rano w TVN24. Jak to zrobić?
Jeżeli opozycja chce się zbliżyć wynikiem do PiS-u i liczyć na to, że nie wystarczy im mandatów do samodzielnego rządzenia w przyszłym Sejmie, to nie może być formacją skoncentrowaną na tematyce istotnej dla mniejszości wyborców. Nie może skupiać się na dyskursie kulturowym i antyklerykalnym. Taka koalicja musi potrafić nie tyle zmobilizować dodatkowych wyborców wokół siebie, bo na to jest już po prostu za późno, ale przynajmniej próbować zneutralizować ponadstandardowo wysokie poparcie dla PiS-u. W najważniejszych sprawach, zwłaszcza zero-jedynkowych dla elektoratu, musi mieć spójny przekaz. Poza tym, jeżeli próbuje pokazać, że nie jest prostym powrotem do tego, co było przed ostatnią serią wyborów, i że jest nową jakością, to jej twarzą nie może być polityk kojarzony z rządami PO, z tym, co udane i nieudane, czyli Donald Tusk. To jest i będzie politycznie nieskuteczne, bo jeżeli dotrze, to tylko do tych, którzy są a priori przeciwko PiS-owi, a to stanowczo za mało, aby ich pokonać.
Partia rządząca przy wszystkich swoich słabościach bardzo szybko uczy się na własnych błędach i potrafi tasować nawet niewielką ilością kart, które posiada. I to jest też ważny wniosek z tych wyborów. Poza tym ma wyraźnie wskazany ośrodek kierowniczy, w postaci formalnego kierownictwa PiS-u jako partii.
Wśród opozycji za to chętnych do przewodzenia jest wielu. W takiej kakofonii nie ma szans, aby nawiązać walkę z profesjonalną partią polityczną, którą PiS z czasem się stał. Pokazał też nie po raz pierwszy, że lepiej odczytuje nastroje wyborców, którzy mogli się zawahać w swoich preferencjach.

Zjednoczonej opozycji potrzebny jest silny i wyrazisty przywódca?
Nie chodzi nawet o samą personalizację. W sytuacji, w której startuje się z pozycji słabszego, to może ona spowodować, że zalety oraz wady danego polityka staną się zaletami i wadami wszystkich. W skali ogólnopolskiej skuteczniejsze może być rozpisanie na role, zwłaszcza jeżeli próbuje się pozyskać zróżnicowany elektorat, dalece wykraczający poza samych wyborców PO. Problemem KE jest jej niekontrolowane otoczenie. W PiS-ie natomiast wszyscy grają do jednej bramki, a konflikty i spory wewnętrzne rozstrzygane są odpowiednio wcześnie. Podczas kampanii wyborczej widać było, że w KE niektóre z ośrodków grały na to, aby przejąć władzę, a rywalizacja z PiS-em była tylko instrumentem. To powinno być przedmiotem refleksji, nie tylko ze względu na sam wynik, ale przede wszystkim skalę straty do PiS-u. W liczbach bezwzględnych wynik nie jest zły. To jest zsumowanie elektoratu PO, SLD czy PSL-u. A to jest też pewna sztuka.

A może koalicja powinna zostać rozszerzona na przykład o Roberta Biedronia?
To byłoby nie do zaakceptowania dla niektórych członków koalicji, mam na myśli oczywiście PSL. Jej poszerzenie o skrajność polskiej polityki w wymiarze kulturowym byłoby dysfunkcjonalne. Ten ruch nie ma samodzielnej racji bytu i w tym momencie nie sądzę, aby był w stanie cokolwiek dyktować nawet osłabionej wyborami KE.
Na szali pomiędzy PSL-em, nawet z jego słabnącymi strukturami, a kontrowersyjnym Biedroniem zielona koniczynka jednak przeważy nad gasnącą Wiosną.

Zjednoczona opozycja w takim kształcie przetrwa?
Myślę, że będzie toczyła się o to walka. Z jednej strony obecne struktury będą się opierały dalszym zmianom. Z drugiej strony dla Donalda Tuska to jest być może ostatnia szansa na wejście jako wielki gracz do polskiej polityki. Może być przedstawiany jako swoisty metaprzywódca, który stworzy nową jakość poprzez to, że będzie miał za sobą poparcie kilku prezydentów większych miast. W naturalny sposób zderzy się z beneficjentami KE. To nastąpi zapewne w ciągu najbliższych kilku tygodni.
Prawdziwe stracie i tak dopiero przed nami…
Waga kampanii parlamentarnej jest najważniejsza. Przede wszystkim dla Koalicji Europejskiej, ale także dla PiS-u. Dla premiera Mateusza Morawieckiego to będzie być albo nie być. Na razie ma szansę grać dalej o poważne role w polskiej polityce.
Ale to odsunięta z funkcji premiera Beata Szydło „rozbiła bank” i uzyskała historyczny wynik. O czym to świadczy?
Popularna premier, kojarzona z największym sukcesami wyborczymi PiS-u i z polityką społeczną, startująca w swoim okręgu wyborczym – to musiało zadziałać. Ale wiadomo, że w PiS-ie nikt nie może rosnąć za bardzo. Myślę, że jej rola ograniczy się do Parlamentu Europejskiego. Ona będzie jedną z twarzy w wyborach do Sejmu i Senatu, ale do ważnej funkcji w polityce krajowej w kolejnej kadencji Sejmu raczej nie wróci.

Rekonstrukcja rządu będzie dla prezesa PiS-u problemem czy wręcz przeciwnie?
Raczej może dodać PiS-owi politycznej siły. W taki sposób można zaprezentować opinii publicznej twarze, które będą miały już podczas kampanii dotrzeć do określonych grup wyborczych. Stworzy to przestrzeń, aby dotrzeć do niszowych grup.
Długofalowo ważne jest to, co stanie się z Joachimem Brudzińskim. Jest to jeden z polityków, o którym można powiedzieć, że należy do ścisłego kierownictwa tej partii i jest jednym z najpoważniejszych kandydatów do przejęcia w przyszłości najważniejszej roli w tej partii.

Szykowany jest na następcę Jarosława Kaczyńskiego?
Jego kolejne awanse są formą przygotowywania. Sznyt europejski w polityce zawsze był ważny, a zawsze był piętą achillesową PiS-u. Nieprzypadkowo więc został wysłany do Parlamentu Europejskiego. Zobaczymy.

Co mogłoby powstrzymać PiS w marszu po zwycięstwo?
Pamiętajmy, że kampanie wyborcze są tylko fragmentem polityki, decydują przede wszystkim czynniki gospodarcze.
Mamy do czynienia z koniunkturą gospodarczą, działaniami strukturalnymi zmierzającymi do dystrybucji tego, co z niej wynika, przetasowaniami na arenie międzynarodowej. To są wszystko czynniki tylko częściowo zależne od polskich władz.
Dopóki któryś z tych czynników nie zacznie się zmieniać w sposób przekładający się na codzienne życie obywateli, opozycja musi sobie zdawać sprawę, że aby walczyć o przyszłe zwycięstwo, najpierw musi przetrwać jako polityczna siła. Dopiero wtedy może czekać na moment, w którym te obiektywne czynniki wyczerpią swoją moc. Na razie żadnej sensownej gwarancji zwycięstwa z PiS-em dać nie może.

SLD+

Podstawowym politycznym obowiązkiem Sojuszu Lewicy Demokratycznej
jest zdobycie mandatów do Sejmu i Senatu RP.

Aby reprezentować tam interesy swoich lewicowych Wyborców. Mieć możliwość uprawiania realnej polityki.
Aby stworzyć tam lewicowy parlamentarny klub. Który będzie pełnił rolę „lewicowego Piemontu”.

Teraz dygresja.

Ci, którzy jeszcze nie rozumieją, czym może być „lewicowy Piemont”, mogą wpisać do internetowych wyszukiwarek hasła: „Piemont XIX wiek”, „Marks – Zjednoczenie Włoch”, „Wiosna Ludów w Europie XIX wiek”. Poguglać sobie i poczytać.

Koniec dygresji.

SLD nie idzie do polskiego parlamentu aby „zdobyć stołki” dla grona swoich kandydatów. Jak to piszą w Internecie ludzie uważający się za stuprocentową, „prawdziwą lewicę”.
I w swej politycznej naiwności pełnią tam rolę „pożytecznych idiotów” pana prezesa Kaczyńskiego.
Bo przecież już teraz wzbudzają zbiorową zawiść – nienawiść do przecież nieznanych im jeszcze kandydatów na parlamentarzystów z list SLD.
Już teraz ciężko pracują, aby pro-lewicowi Wyborcy w czasie jesiennych wyborów pozostali w domu. Albo dumnie oddali głos na kandydatów z politycznych kanap, którzy nie przekroczą progu wyborczego.
W ten sposób ich głosy zwiększą potencjał polityczny PiS. Tak, jak to było w 2015 roku, kiedy brak kandydatów Zjednoczonej Lewicy w Sejmie RP, dał więcej mandatów dla klubu parlamentarnego PiS. I tym dał im pełną władzę.

Teraz druga dygresja.

Byłem posłem Sejmu RP w latach 1997 -2007. Mogę porównać tamtejsze uposażenia poselskie z obecnymi. Obciętymi w mijającej kadencji przez PiS, aby osłabić materialnie parlamentarzystów z opozycji. Bo „władza zawsze się wyżywi”, cytuję klasyka Jerzego Urbana.
Dlatego jeśli ktoś myśli, że w przyszłym Sejmie i Senacie będzie się można pieniężnie nachapać, albo i nakraść, to grubo się myli. Jeśli ktoś naiwny szuka łatwego i pieniężnego chleba, to nie tam powinien. Jest wiele lepszych pieniężnie i mniej odpowiedzialnych posad w naszym kraju.
Zwłaszcza, kiedy jest się w opozycyjnym klubie parlamentarnym.

Koniec drugiej dygresji.

Podstawowym politycznym obowiązkiem SLD jest zdobycie mandatów w Sejmie i Senacie RP. Wtedy lewica polska będzie wygraną. Nawet jeśli reprezentacja Sojuszu będzie siedziała w ławach opozycji parlamentarnej.
Po majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego wszyscy już zauważyli, że nie wolno lekceważyć PiS. Nie wolno też ufać obietnicom i deklaracjom narodowo-katolickich elit.
Przypomnijcie sobie jak jeszcze w maju stroili się oni we flagi Unii Europejskiej. Czas wyborów minął i flagi po cichutku zostały zwinięte.
Wynik jesiennych wyborów nie jest jeszcze przesądzony. Popularny PiS może znów je wygrać. Nie wolno go lekceważyć jak to uczyniło wielu wyborców Koalicji Europejskiej podczas majowych wyborów.
Ale nawet kiedy PiS znów wygra, to lewica i prodemokratyczna koalicja partii centrowych nie musi wyborów przegrać.
Prodemokratyczna koalicja, z udziałem SLD i innych lewicowych ugrupowań, musi mieć tak silną reprezentację w Sejmie i Senacie, aby PiS i jego satelici nie uzbierali tam konstytucyjnej większości. Nie podporządkowali sobie całego państwa na własność.
Dlatego Sojusz Lewicy Demokratycznej, wraz z popierającymi go ugrupowaniami lewicowymi, na przykład z Porozumieniem Socjalistów, czyli takie SLD+, powinien stworzyć wspólną listę wyborczą z prodemokratycznymi partiami centrum. Platformą Obywatelską, Nowoczesną, Zielonymi.
I razem wystartować w październikowych wyborach.
Alternatywą mogłaby być lewicowo-centrowa lista wyborcza. Czyli SLD+ i jeszcze Wiosna, Zieloni, Partia Razem, RSS.
Niestety, kiedy słyszę buńczuczne wypowiedzi liderów Wiosny i dalej zadowolonego chóru przegranych w majowych wyborach generałów lewicowych kanap i szezlongów, to trudno dostrzec polityczny sens takiego porozumienia.
Zwłaszcza, że ordynacja wyborcza, zarówno do Sejmu, jak i Senatu, przede wszystkim premiuje listy wyborcze przekraczające 25-30 procent społecznego poparcia.
Reszcie pozostawia wyborczą klęskę, osładzaną samooszukiwaniem się rzekomym „moralnym zwycięstwem”.
A przecież podstawowym politycznym obowiązkiem Sojuszu Lewicy Demokratycznej jest zdobycie mandatów do Sejmu i Senatu RP.

Polska i Unia po wyborach

Polskie wybory do Parlamentu Europejskiego w pewnym stopniu różniły się od wyborów w innych państwach Unii Europejskiej. W Polsce eurowybory to był zaledwie sparring przrd jesiennymi wyborami do Sejmu. Stąd te wziął się eksperyment pod nazwą Koalicja Europejska. Stosunkowo najlepiej na tych koalicyjnych wyborach wyszedł SLD wprowadzając do Parlamentu Europejskiego osoby w przypadku których zadziałała magia nazwiska. Przegranymi natomiast są Nowoczesna i Partia Zielonych, którym nie udało się wprowadzić ani jednego europosła. Tak więc nie tylko zieloni ale też nowocześni okazali się zieloni równie pod względem dojrzałości politycznej. Ich zwolennicy odegrali rolę zająców napędzających głosy bardziej wytrawnym graczom politycznym. Taki jednak jest los politycznych marginesów, którym przyklejanie się do silniejszych i dominujących partnerów graczy w efekcie nie przynosi oczekiwanych korzyści.

Głosowanie strachem

Oczywiście w innych krajach eurowybory były, podobnie jak w Polsce, jakimś miernikiem poparcia dla poszczególnych ugrupowań. Jednak czasowa odległość od wyborów krajowych narzucała nieco odmienną logikę wyborów a tym samym kampanii wyborczych. Na czoło tematów tym razem wybiły się kwestie uchodźców i klimatu. Dlatego też swój stan posiadania zwiększyli zarówno nacjonaliści, jak i ekolodzy. Były to różne elektoraty jako że założenia programowe obu tych nurtów są reguły są wzajemnie ze sobą sprzeczne. Wyrazistym tego przykładem jest Alternatywa dla Niemiec (AfD) optując przeciwko odnawialnym źródłom energii i samochodom o napędzie elektrycznym oraz ograniczeniom wydobycia węgla licząc zapewne na poparcie ze strony górników w Brandenburgii i Saksonii.
Udzielając poparcia konkretnym partiom wyborcy niejako głosowali nad rozwiązaniami tych problemów przez Unię Europejską. Dotyczyło to ruchów o podłożu nacjonalistycznym w których pokładano nadzieję na na zahamowanie napływu emigrantów. Podobnie zwolennicy Zielonych widzieli w nich tych, co zawalczą o świeże powietrze. Z praktycznego punktu widzenia obie te postawy wydają się być z lekka irracjonalne. Nacjonaliści, choć będzie ich w PE więcej, nie zdołają przeforsować rozwiązań niezgodnych z linią europarlamentarnej większości. Podobnie, lecz nieco inaczej, ma się sprawa w przypadku ruchu Zielonych. Co prawda w swych ekologicznych postulatach mają szanse znaleźć poparcie innych frakcji. Jednak co tego? To nie Unia Europejska decyduje o losach świata. Są jeszcze inni potężni i wpływowi gracze, którzy mają też swoje własne interesy. UE może sobie zakazywać palenia tytoniu gdzie tylko się da, jednak nie może nikogo poza Unią zmusić do tego aby wypuszczał mniej gazów do atmosfery czy też ochładzał topniejące lodowce na Antarktydzie. Jednakże serwowana przez ekologów apokaliptyczna wizja klimatycznej zagłady zrobiła swoje i Zieloni powiększyli swój stan posiadania w PE. Po raz kolejny okazało się, zarówno w przypadku straszenia emigrantami, jak i ekologiczną katastrofą ludzie, przynajmniej w Europie, chętniej kierują się negatywnymi niż pozytywnymi emocjami. Natomiast tzw. euroentuzjaści nic pozytywnego nie potrafili zaproponować międląc jedyine slogany o konieczności wzmocnienia Unii.
Tak więc, unijni wyborcy wspierając obydwa te ruchy kierowali się strachem umiejętnie podsycanym przez polityków. Konserwatywna prawica nie mówiła co prawda o zarazkach roznoszonych przez uchodźców jednak akcentowała inne niebezpieczeństwa w tym także zagrożenie dla tzw. cywilizacji chrześcijańskiej, co mogło znaleźć uznanie wśród dewotek i bigotów. Nie przypadkiem ugrupowania szowinistycznej prawicy uzyskały największe poparcie we Włoszech, do którego to kraju w pierwszej kolejności trafiają uchodźcy z Afryki. Drugim krajem będącym na pierwszej linii przyjmowania uchodźców jest Grecja, gdzie zdecydowane zwycięstwo odniosła prawicowa Nowa Demokracja, co można odczytać nie tylko jako wyraz rozczarowania dla rządów SYRIZY i sprzeciwu zawarcie kontrowersyjnego porozumienia z Macedonią, lecz także jako objaw niechęci wobec przyjmowania emigrantów. W szybkim tempie też poparcie dla AfD, choć konserwatywni Niemcy jednak bardziej preferują chadeków. Wzrost poparcia w RFN zarówno dla ksenofobów, jak i Zielonych stanowi odzwierciedlenie trendów politycznych w całej unijnej Europie. Jeżeli Polska ma być sercem Europy, to Niemcy są jej jądrem.

Konserwatywna zaściankowa Europa

Jednak to nie szowiniści i ekolodzy będą dominować w Parlamencie Europejskim, gdzie większość stanowić będą nadal siły reprezentujące umiarkowaną prawicę i socjaldemokratów. Obydwie te formacje uważają się za euroentuzjastów, co już samo w sobie może stanowić sygnał, iż nie będą one dążyć do reformowania Unii uznając, że jest ona w obecnym kształcie jeśli nie wzorem doskonałości, to przynajmniej tworem do niego mocno zbliżonym.
Euroentuzjaści nie wyciągnęli poważniejszych wniosków z brexitu ograniczając się do utyskiwania nad osłabieniem UE. Chcąc zatrzymać za wszelką cenę Wielką Brytanię w Unii przebąkują o możliwości ponownego referendum, które anulowałoby wyniki poprzedniego dzięki czemu Londyn nadal by pozostał w Brukseli. Jednak zwycięstwo w wyborach europejskich partii Brexit mocno nadwerężyło te kalkulacje.
W wyniku wyborów straty poniosła europejska konsekwentna lewica. Najbardziej lewicowa frakcja Europejska Zjednoczona Lewica/Nordycka Zielona Lewica będzie miała o kilkanaście mandatów mniej. Przyczyny mogą być tu różne. Na przykład, Komunistyczna Partia Czech i Moraw zdobyła zbliżoną w porównaniu do poprzednich eurowyborów liczbę głosów jednak w PE zamiast trzech będzie miała tylko jeden mandat. Na niekorzyść czeskich komunistów zadziałała tu wysoka frekwencja preferująca silniejsze partie. Jest to jeszcze jeden z przykładów absurdalności ordynacji wyborczych dających większe szanse silniejszym niż słabszym.

Czym można by tłumaczyć spadek poparcia dla lewicy?

Chyba nie słabością programową, gdyż jej hasła są niezmienne i znane wyborcom. Czy zadziałała wysoka, jak w czeskim przypadku, stosunkowo wysoka frekwencja oraz udział w wyborach nowych, młodych wyborców o bynajmniej nie lewicowych poglądach? Wydaje się, że nikłe poparcie dla lewicy nawet w tych krajach, jak Czechy czy Cypr, gdzie od lat jest liczącą się siłą polityczną, wynika chyba głównie z odporności Europejek i Europejczyków na jednoznacznie lewicowe treści. Większość obywateli UE zamknęła się w swoim unijnym zaścianku nie dostrzegając potrzeby reformowania Unii ani ich własnych państw w lewicowym kierunku. Słaby wynik wyborczy Lewicy Razem potwierdza, że Polska znakomicie mieści się w tych europejskich standardach.

Bigos tygodniowy

Marzy mi się, żeby PSL wystartowało samodzielnie i samodzielnie zostało pod progiem. I żeby w rezultacie diabli wzięli w końcu tę partię, tego „Chjenopiasta”, ni to ludową, ni to inną, trochę demokratyczną, a trochę klerykalną, a zawsze ideowo obrotową, jak bożek Światowid, tych Pawlaków rozmaitych. Bo po co toto istnieje, takie „ni pies ni wydra, coś na kształt świdra?

Ruchy społeczne zajmujące się ważnymi sprawami społecznymi nie mają szczęścia do samorzutnie wyłonionych liderów. Okazują się ludźmi lichymi, a co najmniej niepoważnymi. Najpierw Mateusz Kijowski swoimi przecherstwami ukatrupił powołany przez siebie w trybie ekspresowym KOD, a teraz wygląda na to, że Marek Lisiński, założyciel i były już szef Fundacji „Nie lękajcie się” walczącej z pedofilią kleru, poszedł w jego ślady. Jeśli potwierdzi się, że był szantażystą, krętaczem i wyłudzaczem, to kler i jego obrońcy zyskają potężny oręż i pretekst do podawania w wątpliwość wszelkich oskarżeń o pedofilię. Kler i tak do tej pory był w tej sprawie odporny na naciski, a co dopiero po demaskacji Lisińskiego. Teraz utwardzą swoje stanowisko, znów zhardzieją. W tej sytuacji realizacja mojego marzenia (i tak wygórowanego), by zobaczyć jakiegoś biskupa w kajdanach i czerwonym kombinezonie, bardzo się oddala.

Postulat odebrania Klepackiej prawa do olimpijskiego reprezentowania Polski jest jak najbardziej uzasadniony. Idea olimpijska wiąże się z bardzo jasnymi wartościami, które wykluczają n.p. dyskryminację kogokolwiek ze względu na rasę, wyznanie czy orientację seksualną. Sportsmenką w dowolnej dziedzinie ona może sobie być, ale nie reprezentantką olimpijską, bo do tego nie dorosła. Dorosła najwyżej do członkostwa PiS względnie Konfederacji.

Podobno – według słów Sławomira Neumanna – grubo ponad półtora (nie półtorej) wyborców Koalicji Europejskiej nie poszło 26 maja do urn. Róbta tak dalej, drodzy wyborcy.

Po Marszu Równości w Gdańsku, po którym kleroprawolstwo zagotowało się z oburzenia, bo podobno była to parodia procesji bożocielnej (lubię – nie procesje, ale parodie), z rysunkiem waginy w miejsce tzw. „Najświętszego Sakramentu” (jeszcze bardziej lubię – nie „najświętszy sakrament”, ale waginy). Niestety zabawę popsuła mi nieco prezydentka Gdańska pani Ola Dulkiewicz, która z poślizgiem wyraziła dezaprobatę dla tego, w czym uczestniczyła, wywnętrzając się ze swojej wiary. Na Rany Chrystusa, na Boga Żywego w Trójcy Świętej Jedynego – politycy, rzygać się chce na te wasze wywnętrzenia religijne. A wierzcie sobie w co chcecie, w krasnoludki, Potwora Spaghetti czy Dziewicę Niepokalaną, tylko nie zawracajcie mi tym gitary. Problemy kółka różańcowego mnie nie interesują. Tak pokrzepione kleroprawolstwo kontratakuje i próbuje uczestników marszu uderzyć osławionym artykułem 196 k.k. dotyczącym tzw. „obrazy uczuć religijnych”.

Rzeczona prezydentka Dulkiewicz próbowała w Gdańsku przywitać się z premierem MM, ale ochrona ja przyblokowała. Ochrona ma swoje obowiązki, ale MM zachował się jak buc.

Profesor Radosław Markowski zwrócił uwagę w TOK FM, że od czasu 500 plus i innych transferów pieniężnych wzrosła liczba wypadków drogowych po pijaku i liczba wczesnych zgonów.

Będzie rekonstrukcja rządu. Peda-Gog z Torunia Nalaskowski produkujący się jako kleroprawolski publicysta na MEN rekomendował ciasną dewotkę Barbarę Nowak, kuratorkę małopolską. Jednak podobno zamiast ideologicznej fanatyczki MEN obejmie nieznany szary biurokrata szkolnego terroru, Dariusz Piontkowski.

Podobno – według Cenckiewicza – ksiądz Józef Tischner był w latach 1983-1990 kontaktem operacyjnym i konsultantem IV Departamentu MSW. Jeśli okaże się to prawdą, to miło mi będzie powitać księdza Tischnera w roli budowniczego Polski Ludowej. Teraz czekam na jakieś rewelacje dotyczące znanego i cenionego poety, dramaturga i aktora rapsodycznego „Andrzeja Jawienia”…

„Dałbym sobie łeb uciąć, że średnia inteligencji wyborców PiS jest niższa od średniej inteligencji wyborców KE. Wiesz to ty i wiem to ja. I co? Może nie wolno o tym mówić?” – napisał Jan Hartman. Jego zdaniem „możliwość krytykowania wyborców PiS za to, na kogo zdecydowali się zagłosować, jest czymś koniecznym. Jeżeli nie można ich krytykować, to oznacza, że traktuje się ich jak dzieci”. Hartman przekonuje, że to on tak naprawdę okazuje szacunek zwolennikom PiS, gdy pisze o„głupim i zdemoralizowanym narodzie, przekupionym przez reżim i obojętnym na korupcję, nepotyzm i niszczenie państwa”, a nie politycy i dziennikarze opowiadający o szacunku dla drugiego człowieka. „Niemoralni wyborcy dokonali niemoralnego, lecz legalnego wyboru, który musimy uznać” – napisał Hartman. Przyznał, że nie każdy wyborca PiS musi być niemoralną, przekupną jednostką, dodał jednak, że to właśnie wśród zwolenników Prawa i Sprawiedliwości „przeważają pozbawieni i cnót politycznych, i wiedzy, i rozumu”. Jego zdaniem PiS wygrało wybory, gdyż jest partią, która odwołuje się do „niższych warstw społecznych, które odznaczają się nie tylko „niższym kapitałem kulturowym”, lecz również „niższym kapitałem moralnym”, a więc odwołuje się nie tylko do ludzi kulturalnych, lecz także do chamów i prostaków”. Hartman dodaje, że „cham i prostak” głosujący na PiS jest potomkiem chłopa pańszczyźnianego, przez co nie do końca jest winien swym odruchom. „Tylko ta prawda nie czyni z niego mniejszego chama ani mniejszego prostaka”. Jego zdaniem statystycznie „głupiec, szowinista i notoryczny egoista” częściej głosuje na PiS niż na Koalicję Europejską czy Wiosnę. Aby Polska stała się krajem nowoczesnym, musi wykształcić się nowe pokolenie, w którym „hołota” będzie stanowić mniejszość”. To wszystko bardzo, może nawet zbyt brutalnie wyrażone, ale wolę to od nagłego, koniunkturalnego polubienia ludu przez część „lemingowa” z „warszawki”. Tylko czekać, jak zaczną cytować Miłosza („Który skrzywdziłeś człowieka prostego…”).

Krzysztof Mieszkowski w dyskusji z Jolantą Wiśniewską z PiS powiedział, że nie widzi nic niestosownego w tym, że wizerunki Matki Boskiej przylepiano na tojtojach. „Tam też przychodzą ludzie z problemami”. I to
jakimi czasami!

Jest mi tak nieprzyjemnie, tak bardzo nieprzyjemnie, ale muszę wyrazić uznanie i podziękować tym, którzy przyczynili się do uratowania przed zagładą stada krów z Deszczna. Podobno walnie przyczynił się do tego Jarosław Kaczyński, który nakazał Ardanowskiemu zmienić pierwotną decyzję.

Koniec Polski liberalnej

Przegrupowania po stronie opozycyjnej, po dotkliwej porażce Koalicji Obywatelskiej, pokazują, że nikt już tam nie wierzy w zwycięstwo nad Zjednoczoną Prawicą. Oznacza to zarazem porażkę Schetyny jako lidera (który, jak to tłumaczyli przychylni mu komentatorzy, jest jaki jest, ale przynajmniej połączył środowiska) i prawdopodobnie trwały uwiąd środowisk Polski liberalnej, dziś zajmującej się głównie hejtowaniem ‘’chamów i prostaków, którzy sprzedali się za 500+’’.
Coś tam przy Schetynie się ostanie. Nastroje w Sojuszu Lewicy Demokratycznej wyrażają się uśmiechami Czarzastego, który jest bardzo zadowolony z pięciu mandatów niby dla swojej formacji, a realnie niekoniecznie, bo byli premierzy mają powiązania z partią głównie historyczne. W wyborach sejmowych trudniej mu jednak będzie uzyskać tyle dobrych miejsc na listach, ale chyba nie ma takich ambicji. Trwałe będą również inne przystawki: z Nowoczesnej, Teraz czy Inicjatywy Polskiej.
Skutecznie politycznie dozowane transfery społeczne, wykorzystanie aparatu państwa w kampanii wyborczej, bardzo dobra koniunktura gospodarcza i nieudolność programowo-wizyjna opozycji dają PiS-owi ogromną przewagę. Z chyboczącej się łajby Schetyny jako pierwsi uciekli PSL-owcy, tracący swój tradycyjny wiejski elektorat na rzecz prawicy. Według działaczy spod znaku czterolistnej koniczynki wynika to z przechyłu opozycji na (kulturowe) lewo – w kierunku zbytnich pobłażań dla kwestii aborcji, związków partnerskich i takich tam. Lud wiejski bowiem ogląda TVP, a tam ciągle pokazują koniczynę w kolorach tęczy, powiadają.
I bardzo naiwne wydają mi się przekonania części liberalnego komentariatu, który twierdzi, że jest to (z ich punktu widzenia) ruch dobry, bo opozycja musi odzyskać wyborców na wsi, żeby wygrać wybory. Bowiem nie o odzyskanie elektoratu dla Schetyny i spółki chodzi, lecz o powrót do koncepcji partii obrotowej, w razie czego przytulającej się do kulturowo bliższego PiS-u, który ma może wady, ale też więcej spółek skarbu państwa, co w przypadku działaczy PSL może być argumentem rozstrzygającym.
Od miesięcy lewicowo-liberalni publicyści twierdzą, że do pokonania PiS-u potrzebne są dwa bloki opozycyjne. Jeden miałby być konserwatywny, drugi postępowy. Różne byty się pod nie podstawia. Miłośnicy Biedronia, bo o tych publicystach mowa, twierdzili, że ten postępowy to będzie właśnie Wiosna, ale po kiepskim wyniku w ostatnich wyborach, miny im trochę zrzedły. Wyprzedzający ruch PSL-u zaś pokazał, że konserwatywnym blokiem będą ‘’chłopi’’, teraz już z Bogiem na ustach, być może z bezpartyjnymi samorządowcami i innymi miłośnikami fruktów czerpanych z władzy. W tym układzie niby-progresywni mieszczanie znajdą swoją reprezentację w bloku PO z przystawkami (SLD, Nowoczesna, Teraz itd.), do której będą musieli dołączyć biedroniści, bo inaczej mogą nie przekroczyć progu.
O ile więc rzeczywiście powstaną dwa bloki, to jeden z nich będzie potencjalnie propisowski. Nic dziwnego więc, że pojawiają się głosy o zdecentralizowaniu kraju, tak aby bogate i liberalne regiony rządziły się (i kasą) same. Poza wielkimi miastami bowiem liberałowie już nigdzie nie będą rządzić.
Wyprzedzający ruch PSL-u zaś pokazał, że konserwatywnym blokiem będą ‘’chłopi’’, teraz już z Bogiem na ustach

Teraz albo nigdy

„Jeśli PiS jesienią wygra wybory, zapewni sobie w 2023 roku większość konstytucyjną. Zmieni prawo, media, konstytucję, prawo wyborcze, prawo o partiach politycznych…” – mówi dr hab. Marek Migalski, politolog, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co). – „Albo PiS zostanie odsunięty od władzy w 2019 roku, albo nigdy”.

JUSTYNA KOĆ: Od kilku dni trwają spekulacje, kto zajmie miejsca ministrów, którzy zdobyli mandat europosła. Do Brukseli odchodzą jedni z najpopularniejszych polityków partii rządzącej. Czy to były lokomotywy, czy Jarosław Kaczyński chciał się pozbyć najpopularniejszych polityków? Wiemy, że nie lubi, jak ktoś staje się zbyt popularny – casus zamiany Beaty Szydło na Mateusza Morawieckiego.
MAREK MIGALSKI: Myślę, że jednak chodziło o to, aby popularni politycy ciągnęli listy i zdobywali głosy. Te wybory zdecydowanie zbudowały Beatę Szydło, bo pokazała w nich, że jest bardzo popularnym politykiem obozu władzy. Gdyby nie bardzo dobry wynik Patryka Jakiego, który zdobył ponad 200 tys. głosów, to prawdopodobnie Beata Szydło zdobyłaby nie ponad 500 tys., a 700 tys. głosów. Wyjazd może jej także pomóc z innego względu. Beata Szydło była ministrem ds. społecznych, który nic nie robił, i co gorsza – była odpytywana z tego nicnierobienia. W PE może zbudować sobie własne, nowe narzędzie, będzie miała do tego forum i ludzi, zatem jeśli planem Jarosława Kaczyńskiego było pozbycie się Beaty Szydło, to wysłanie jej do Brukseli było najgorszym pomysłem.

Zawsze mówi się, że wyjazd do Brukseli to zesłanie, dobra emerytura. Czy Beata Szydło, nieznająca nawet języka angielskiego, może tam cokolwiek osiągnąć?
Ja nie mam takiego wrażenia w przypadku polskich polityków, że to emerytura. Rzeczywiście tak jest w przypadku europosłów z krajów zachodnich, dla których to raczej stabilna i bezpieczna praca i tam wyjeżdża raczej drugi lub trzeci garnitur, ale w Polsce tak nie było, może poza wyborami 2004 roku. Teraz na pewno ci politycy nie znikną nam z oczu i nie zapomnimy o Joachimie Brudzińskim czy Patryku Jakim.

Czy polska delegacja do PE będzie potrafiła dobrze zabiegać o sprawy naszego kraju?
To zależy, o kim mówimy, bo są tam politycy bardzo dobrze odnajdujący się w sprawach europejskich i strukturze UE, jak Danuta Huebner, Jan Olbrycht czy Jacek Saryusz-Wolski, ale nie ma co ukrywać, że znaleźli się też tam ludzie, którzy nie mają pojęcia i umiejętności, a nawet nie mówią po angielsku, jak Beata Kempa. Dla nich to będzie po prostu drogi, w sensie zarobków, staż. Prawdą jest też, że obecność największej grupy europosłów, czyli z PiS, bo jest ich aż 27, w jakimś sensie będzie zmarnowana, bo przyłączą się do EKR lub innej grupy eurosceptyków, która będzie miała nikłe znaczenie w PE. Ze wszystkich szacunków, które teraz są, wynika, że EKR będzie piątą siłą w PE i znajdzie się na marginesie. Władzę utrzyma sojusz chadeków z socjalistami, prawdopodobnie wzmocniony przez liberałów lub Zielonych. Tak czy inaczej, w tej układance nie ma miejsca dla EKR, zatem większość polskich europosłów znajdzie się w grupie, która nie będzie miała znaczenia.
Można powiedzieć, że paradoksalnie 22 europosłów KE i 3 Wiosny może mieć większy wpływ na to, co będzie się działo w PE.

6 proc. dla Wiosny. To koniec partii Biedronia?
To zależy od jego strategii. Ten wynik jest rzeczywiście mocno rozczarowujący i te entuzjastyczne okrzyki Roberta Biedronia na wieczorze wyborczym były dobrą miną do złej gry, co zresztą podpowiada każdy podręcznik marketingu politycznego. Na pewno sam Biedroń rozumie, że taki wynik jest dla niego rozczarowujący i jeśli nic nie zrobi, to na jesieni jego partia przegra, pójdzie pod wodę, czyli poniżej 5 proc. Jeżeli będzie chciał utopić swoją partię, to zostanie w europarlamencie, wystawi jakąś listę w wyborach październikowych, przeprowadzi minimalną kampanię i otrzyma 3 proc., czyli tylko tyle, aby otrzymać subwencję wyborczą. Natomiast jeśli Biedroń się jeszcze nie zmęczył polityką, to musi wymyślić Wiosnę na nowo lub zbudować wokół niej sojusz sił progresywnych, które dadzą nowy impuls, żeby ludzie o takich poglądach poszli jesienią na wybory. Sama Wiosna nie wystarczy.

Przy frekwencji wyjątkowo wysokiej, jak na wybory do PE – 45 proc. – PiS osiągnął 45 proc. poparcia. W wyborach październikowych prawdopodobnie frekwencja będzie jeszcze wyższa. Czy PiS zrobi lepszy wynik, czy osiągnął maksimum?
Powiem żartobliwie, że jeśli PiS osiągnął przy frekwencji 45 proc. wynik 45 proc. poparcia, to przy 60-proc. frekwencji powinien osiągnąć 60 proc. To w połowie żart, ale w połowie prawda. Oczywiście PiS nie dostanie 60 proc. poparcia, ale uważam, że zwiększenie frekwencji na jesieni będzie jeszcze bardziej służyło PiS. Jeżeli zadamy sobie pytanie, kto nie poszedł na wybory 26 maja, a kto pójdzie na wybory jesienią, to są to potencjalni wyborcy PiS-u. To będą ci, którzy pójdą, aby obronić zdobycze socjalne, które dostali od PiS: 500 Plus, trzynastą emeryturę, obniżenie wieku emerytalnego i wszystkie inne rzeczy, które dla miliona Polaków oznaczają awans cywilizacyjny. Oni wiedzieli, że mogą odpuścić sobie wybory europejskie, bo w nich nie chodziło o to, czy te socjalne świadczenia będą dalej wypłacane. Ale na jesieni PiS zrobi wszystko, aby przedstawić wybory jako starcie w sprawie 500 Plus. Jeżeli przekona wyborców, że tylko kontynuacja rządów jest gwarancją wypłacania świadczeń socjalnych, wygra.
Moim zdaniem wszystko wskazuje na to, że PiS jest skazany na sukces, a Koalicja jest w dziś w takiej sytuacji, że nic nie wskazuje na to, aby mogła przedstawić spójny program i ciekawą strategię na jesień. Obawiam się, że jeżeli nic się nie zmieni, to opozycja zostanie dobita na jesieni przez PiS.

Czeka nas wtedy scenariusz węgierski?
Tak, czyli następne 4 lata, w trakcie których PiS całkowicie zmieni reguły gry i zapewni sobie w 2023 roku większość konstytucyjną. Zmieni prawo, media, konstytucję, prawo wyborcze, prawo o partiach politycznych, całkowicie wymieni warunki konkurencji gospodarczej, zoligarchizuje nasz system ekonomiczny, preferując tylko tych graczy, którzy będą się układali z władzą. Twierdzę tak od jakiegoś czasu, że albo PiS zostanie odsunięty od władzy 2019 roku, albo nigdy.

Jarosław Kaczyński zostanie premierem za Mateusza Morawieckiego?
Nie sądzę, bo Jarosław Kaczyński tak fantastycznie czuje się w roli naczelnika państwa, że nie będzie chciał psuć sobie zabawy, wypełniając ciężkie obowiązki premiera. Natomiast ta rekonstrukcja rządu jest kolejnym atutem w rekach PiS-u, bo popularnych polityków będzie można zastąpić jeszcze bardziej popularnymi.
Zaraz nastąpi wymiana, będą nowi ministrowie, spektakl będzie trwał i skupiał uwagę opinii publicznej na rządzie i odwracał uwagę od tego, co 4 czerwca powie Donald Tusk. Władza ma takie narzędzia do tego i będzie z nich korzystać, zresztą zawsze to robiła.
W ten sposób wejdziemy w okres wakacji; z nowym zrekonstruowanym rządem i pogubioną opozycją.

Ale po wakacjach zaczną się kłopoty. Protest nauczycieli, prawdopodobnie także lekarzy rezydentów, wzrosną ceny prądu. To może zaszkodzić rządzącym?
To może zaszkodzić, chociaż złamanie strajku nauczycieli pokazało, że rząd sobie radzi z takimi problemami. Wydawało się, że strajk tak pokaźnej grupy zawodowej jak nauczyciele musi negatywnie odbić się na poparciu dla rządu, a tak się nie stało. Oczywiście dla obozu władzy nigdy nie jest dobrze, jak kraj ogarnia fala strajków, ale PiS-owi udaje się bardzo sprytnie tak kierować niechęć opinii publicznej i napuszczać jedne grupy społeczne na drugie, że może się okazać, że i te protesty jesienne nie zaszkodzą PiS-owi.

Co powinna zrobić opozycja?
W moim przekonaniu PiS jest nie do pokonania, ale to nie znaczy, że opozycja jest na przegranym. Zadaniem opozycji na jesieni nie jest skonstruowanie i doklejanie do KE kolejnych bytów, żeby pokonać PiS. Opozycja powinna pójść w takiej konstrukcji, żeby uniemożliwić PiS-owi zdobycie więcej niż 231 mandatów. I to jest do zrobienia pod warunkiem, że każdy pójdzie po swój elektorat. Nawet przy systemie D’Hondta to się może udać, tak jak udało się opozycji w 2007 roku, kiedy PO dostała 42 proc. poparcia społecznego, ale to się nie przełożyło na większość bezwzględną, czyli na 231 mandatów.
To jest nadzieja opozycji; nie pokonanie PiS-u, ale obniżenie wyniku PiS-u tak, aby można było skonstruować rząd antypisowski w oparciu o kilku posłów. To oznacza idealne rozegranie meczu opozycji między sobą, aby wspólna liczba mandatów była wyższa, niż zwycięskiego PiS, i aby po wyborach mogła stworzyć rząd koalicyjny.

Tylko musiałaby wtedy też mieć Senat, gdzie – w przeciwieństwie do Sejmu – jest ordynacja większościowa.
Tak, ale to też jest do zrobienia. Tam opłaca się jednolita lista opozycyjna, gdzie w każdym ze 100 okręgów jest jeden kandydat opozycji. Wówczas jest możliwe, że opozycja zgarnie 51 mandatów. Do Sejmu idą komitety partyjne, a do Senatu w każdym z okręgów rejestruje się np. komitet „zjednoczona opozycja”.

Flaczki tygodnia

Pan prezes Jarosław Kaczyński liczne bukiety kwiatów powinien zamówić. I powysyłać je swoim „Pożytecznym Idiotom”. Licznie obecnym w eterze Radia TOK FM, na wizji TVN, na łamach „Gazety Wyborczej”, „Krytyki Politycznej” i w przeróżnych, internetowych mediach społecznościowych.

Młodszym czytelnikom Flaczki wyjaśniają, że określenie „pożyteczny idiota”, po rosyjsku „poleznyj idiot”, przypisuje się Włodzimierzowi Leninowi, choć pisanych dowodów na to nie ma. Wedle politycznych legend tak Lenin miał określać zachodnich, liberalnych dziennikarzy bezkrytycznie piszących o rewolucji radzieckiej. I także zachodnich polityków, przeciwników ZSRR, którzy w efekcie swej nieudolnej antykomunistycznej polityki, działali jednak na korzyść państwa radzieckiego.

W Polsce za „pożytecznego idiotę” uważa się oderwanego od realiów publicystę lub polityka, który swoimi bezmyślnymi działaniami pracuje na powodzenie swego przeciwnika. W skrócie nazywa się ich „PI”.

Chór takich „PI” zawył z rozpaczy w eterze Radia Tok FM i w Internecie zaraz po przegranych przez Koalicję Europejską wyborach do Parlamentu Europejskiego. Zawyli, bo wcześniej zapewnie najarali się przedwyborczymi sondażami wskazującymi na pewne zwycięstwo Koalicji Europejskiej, a nie wrogich im kaczystów.
Wyli, bo wcześniej często nie oglądali tej Polski zaczynającej się poza rogatkami Warszawy i kilku innych polskich metropolii. Bo wcześniej żyli w bańce medialnej stworzonej im przez TVN, TOK FM, „Newsweek”, „Gazetę Wyborczą”, „Krytykę Polityczną” oraz zaprzyjaźnione portale internetowe.
I kiedy nadeszły informacje o zwycięstwie PiS wpadli w panikę, jakby spadł na Polskę meteoryt wielkości połowy naszego kraju. I koniec świata miał za chwilę nastąpić.

Kiedy już lekko zachrypli od tegoż medialnego wycia, to, jak to u „PI” bywa, przystąpili do żywiołowych, bezmyślnych rozliczeń liderów Koalicji Europejskiej.
I tak Grzegorz Schetyna, jeszcze dzień przed wyborami, pod niebiosa wychwalany przez tychże „PI” jako twórca „historycznego porozumienia ponad podziałami”, już w pierwszy dzień po wyborach został wrzucony do politycznych piekieł. Wróciły stare oskarżenia o chroniczny brak „charyzmy”. Znów przewodniczącego Platformy Obywatelskiej stał się, w rozpowszechnianych środowiskowych plotkach, grubiańskim, antyintelektualnym Shrekiem.

Rozżaleni „PI” zaczęli prześcigać się w polowaniu na czarownice winne zwycięstwa PiS. Zaczęto wyznaczać pierwsze kozły ofiarne. I jak to w inteligenckich środowiskach bywa, przy okazji wybuchło szambo środowiskowych plotek, żali, zawiści, pryskające gównem medialnym na wszystkich polityków Koalicji Europejskiej.

Zapewne już wtedy pan prezes Kaczyński i jego sztabowcy mieli dodatkową, niespodziewaną, acz wielce radosną uciechę.

Zwłaszcza kiedy „PI” wzburzeni niekorzystnym dla siebie wynikiem Koalicji Europejskiej obrazili się na wyborców PiS. I masowo zaczęli ich w mediach obrażać.

Siedemnastego czerwca 1953 roku wybuchło w Niemieckiej Republice Demokratycznej powstanie robotników przeciwko władzy zwącej się „robotniczą”. Władza stłumiła je szybko przy pomocy Armii Radzieckiej. Potem rozpoczęto akcję reedukacji niemieckich robotników. Krótko potem Bertolt Brecht napisał ten wiersz:

ROZWIĄZANIE
Po powstaniu 17 czerwca
Przewodniczący Związku Pisarzy
Polecił w Alei Stalina rozrzucić ulotki
Głoszące, że naród
Utracił zaufanie władz
I może je odzyskać tylko
Przez zdwojoną pracę. Czy jednak
Nie byłoby prościej, gdyby władze
Rozwiązały naród
I wybrały nowy?

Nietrudno zauważyć, że myślenie wielu wspomnianych wyżej „PI” jak żywo przypomina umysłowość tamtego Przewodniczącego Związku Pisarzy NRD.

Zabawne jest, że wspomniani wyżej „PI” licznie i spontanicznie wyrażali medialny żal, że „jedynym wygranym w Koalicji Europejskiej” jest SLD. Bo Sojusz wprowadziło do Parlamentu Europejskiego aż pięciu kandydatów.
Ta piątka strasznie bolała owe liberalne publicystki i publicystów. Eter Radia TOK FM huczał od zarzutu, że Włodzimierz Cimoszewicz nie pracował w czasie kampanii, bo w stolicy nie było jego plakatów wyborczych na każdym płocie. W przeciwieństwie do kandydatów PiS, którzy wabili nimi swój „ciemny lud”.

Nie wpadło im do głów, że Włodzimierz Cimoszewicz całe życie pracował na swój wybór i teraz nie potrzebował takich plakatów. A drugi na liście Andrzej Halicki z PO liczne plakaty posiadał. I został wybrany do PE jak bezplakatowy Cimoszewicz. I bezplakatowa Danuta Huebner też mandat zdobyła. Poza tym Cimoszewicz nie zabraniał pozostałym kandydatom plakatować, ulotkować, wiecować, debatować.

Szczyt „pożytecznego” osiągnął redaktor Piotr Maślak z Radia TOK FM. Dlatego Flaczki jako jedynego z nazwiska go wymieniają.
W prowadzonych przez siebie porannych „Śniadaniach” redaktor Maślak nie tylko biadolił, że mandat do Parlamentu Europejskiego zdobył Leszek Miller, czyli nie ten co powinien. Kilkakrotnie oskarżył SLD o zdradę i rozłam w Koalicji Europejskiej. Bo piątka z SLD zasili w Parlamencie Europejskim frakcję socjalistów. Zamiast, jak PO i PSL, frakcję chrześcijańskich demokratów i ludowców.
To, że niedouczony redaktor Maślak nie wiedział, iż udział parlamentarzystów SLD w frakcji socjalistycznej od początku był wpisany do umowy koalicyjnej to pół biedy. To efekt „dziecinnego antykomunizmu” wielokrotnie demonstrowanego przez Maślaka. Ale żaden z wydawców programu nie skorygował tych kłamstw. Oni też nie wiedzieli?

Koalicja Europejska zdobyła 21 mandatów i ponad 38 procent poparcia. Przegrała z PiS, ale dowiodła, że może być bardzo silną opozycją. Może nawet wygrać jesienne wybory.

Wygra je, jeżeli każdy z przyszłych koalicjantów wystawi wyrazistych, popularnych w swoich elektoratach kandydatów. Bojowych, nie miziających się.
Wygra kiedy wszystkie podmioty koalicji będą traktowane równo i szanowane przez związane z Platformą Obywatelską media. Nie będzie tam podziału na „naszych” kandydatów ,czyli tych z PO, i kandydatów „gorszego sorta”, czyli tych z Nowoczesnej, PSL, SLD, Zielonych.
Wygrać może, kiedy liczni „Pożyteczni Idioci” pana prezesa Kaczyńskiego, i ci z liberalnych i ci z lewackich mediów, przestaną robić anty kampanię Koalicji.
Przestaną napuszczać w mediach kandydatów Koalicji na ich koleżanki i kolegów z tej samej listy.
Przestaną szukać dzielących ich ideowych różnic, zamiast wspólnych platform programowych.

Co dalej lewico?

Wszystko wiadomo. Suweren przemówił. Mandaty rozdane. SLD może być zadowolony z udziału w Koalicji Europejskiej. Wywalczył 5 mandatów w europarlamencie. KE przegrała, ale gdyby skupione w niej partie poszły osobno byłoby jeszcze gorzej. To było najlepsze rozwiązanie jakie antypisowska opozycja mogą wymyśleć na te wybory. Jak to bywa w koalicji były potknięcia, różne opinie, niezgranie w kampanii. Związek partii nigdy nie będzie tak sprawny w kampanii jak partia o wodzowskim charakterze, wspierana państwowym groszem i propagandą. I te wybory są właśnie tego dowodem.
Główne skrzypce w koalicji grała PO. Wtórował SLD. PSL nie potrafił się odnaleźć do końca w zespole. Nowoczesna i Zieloni jedynie podtrzymywali rytm i to cichutko.
Co dalej? PO chciałaby koalicję kontynuować w wyborach parlamentarnych. PSL stoi w rozkroku. W SLD koalicja się raczej podoba. Co z tego może wyniknąć? SLD pewnie pójdzie do wyborów parlamentarnych w koalicji z PO Nowoczesną (o ile ta partia dotrwa do wyborów) i Zielonymi, uzyska ileś tam mandatów i utworzy własny klub lub koło w Sejmie. …Będzie skromna reprezentacja, a potem się zobaczy…. To jest myślenie pragmatyczne obliczone na dzisiejszy stan sceny politycznej. Taka sytuacja będzie powoli rugować lewicę z życia. Samodzielny start SLD byłby jednak obarczony sporym ryzykiem.
Zarazem widać, że bez SLD niemożliwe jest skonstruowanie zjednoczonej lewicy. Politycy z lewicy wiedzą o tym, ale ich osobiste ambicje nie pozwalają na podjęcie rozmów. Kłótnia na lewicy trwa znacznie dłużej niż swego czasu na prawicy i wynika z tego, że polska swarliwość to aktualna cecha lewicy.
Gdyby jednak SLD, Wiosna, Zieloni, Razem i ruchy feministyczne potrafiły się dogadać i stworzyć partię, nie koalicję, byłaby to siła, która mogłaby na początek liczyć na kilkanaście procent poparcia wyborców. Po eurowyborach widać, że Wiosna, bardziej liczyła na błyskotliwy sukces niż długi marsz. Wydaje mi się, że te skromne 6 procent poparcia to wszystko, co Wiosna mogła osiągnąć. Lewica Razem poległa w ciszy. Gdyby spontaniczność i żywiołowość Wiosny połączyć z doświadczeniem SLD, pryncypializmem Razem, zieloną rewolucją Zielonych i ruchami feministycznymi mogłaby powstać ciekawa mieszanka, strawna dla szerszych kręgów lewicy. Oczywiście zaraz pojawią się utyskiwania i narzekania elektoratu, że nigdy z tymi czy tamtymi, że to nie lewica, sługusy kościoła, itp. Elektorat lewicy jest dzisiaj równie kłótliwy i podzielony jak jej politycy. Innej sensownej alternatywy dla uratowania lewicy jednak nie ma.
Jest jeszcze problem przywództwa. I tutaj jest jeszcze większy problem, ale go celowo nie rozwinę, bo moje dywagacje są czysto życzeniowe, a tak bardzo chciałbym się mylić. Politycy lewicy i prawicy zresztą też, żyją zawsze najbliższymi wyborami i pod nie tworzą zespoły wyborcze. Po wyborach obietnice i programy idą w zapomnienie. PiS te zasady trochę zmienił i dlatego odnosi sukcesy.
Zdaje sobie sprawę, że w politycznej dwubiegunowości antypisowska koalicja jest konieczna. Jednak taka koalicja spowoduje wypłukanie lewicy z polityki. Może nie ma innego wyjścia, może to mniejsze zło, może w przyszłości powstaną formacje polityczne, o których nam się dzisiaj nawet nie śni. Jedno jest jednak pewne. Lewica w koalicji, będąc w mniejszości, będzie się pozbywać własnej tożsamości. Skoro jednak wyborcy jakoś na nami nie tęsknią i nie tylko w Polsce to też trzeba jakieś z tego wyciągać wnioski.

Lekcja eurowyborów

Zacząć muszę te niewesołe refleksje od wyznania, że źle oceniłem perspektywę proeuropejskiej opozycji w tych wyborach. Nie spodziewałem się tak wysokiej frekwencji, zwłaszcza w sprzyjających Prawu i Sprawiedliwości obwodach wiejskich i we wschodniej części kraju Biję się więc w piersi i postaram się w przyszłości wyciągnąć wnioski z tego doświadczenia.

Jak wielu moich przyjaciół i znajomych jestem tymi wyborami rozczarowany. Trzeba jednak patrzeć w przyszłość. To w jesiennych wyborach do Sejmu i Senatu rozstrzygną się losy Polski na następne lata. Mamy pięć miesięcy, by się do tych wyborów przygotować. Stawka jest bardzo wysoka. Tu idzie o umocnienie lub odwrócenie procesu przekształcania polskiego systemu politycznego w kierunku nowego autorytaryzmu. Jak wielokrotnie pisałem, cechą nowego autorytaryzmu – w odróżnieniu od klasycznego – jest to, że władza pochodzi nie z nagiej przemocy, lecz z woli wyborców: opiera się nie na bagnetach, lecz na kartkach wyborczych. Oznacza to szansę, ale także wyzwanie.
Wyniki wyborów pokazują, że istnieje równowaga między Zjednoczoną Prawicą (PiS i jego mniejsi sojusznicy) i demokratyczną opozycją (Koalicja Europejska, Wiosna i Lewica Razem). Na trzy listy demokratycznej opozycji padło łacznien45.8% głosów ważnych, czyli nieznacznie więcej niż na Prawo i Sprawiedliwość (45.4%). W pewnym sensie sukces partii władzy jest powtórzeniem jej sukcesu w wyborach z 2015 roku, gdy tylko dzięki temu, że koalicyjna lista Zjednoczonej Lewicy nie przekroczyła progu wyborczego prawica zdobyła ona bezwzględną większość mandatów sejmowych.
Powtarzam więc raz jeszcze: jeśli na serio chcemy odsunąć PiS od władzy i zapewnić Polsce demokratyczną przyszłość, powinniśmy na bok odłożyć nawet najbardziej uzasadnione wzajemne anse i zbudować możliwie szeroką – szerszą niż Koalicja Europejska – koalicję sił demokratycznych. Robert Biedroń ma powody, by cieszyć się z tego, że Wiosna znalazła się na trzecim miejscu, ale powinien pamiętać, że przy ordynacji obowiązującej w wyborach sejmowych kilka procent poparcia tej partii przełożyłoby się na znacznie więcej mandatów, gdyby Wiosna weszła w skład koalicji demokratycznej.
Jeszcze bardziej oczywista jest sytuacja Lewicy Razem. Szanuje i cenię ideowość działaczy tej formacji, ale raz jeszcze przestrzegam przed marnowaniem głosów. Nic nie wskazuje na to, że za pięć miesięcy Lewica Razem będzie w stanie pokonać próg wyborczy. Głosy oddane na tę listę znowu się zmarnują. Czy nie lepiej więc odłożyć na bok urazy z przeszłości i tym razem iść rzeczywiście razem?
Sojusz Lewicy Demokratycznej ma powody, by uznać swoją decyzję o wejściu w skład Koalicji Europejskiej za trafną. Ze wspólnych list wprowadziliśmy do Parlamentu Europejskiego tylu posłów, ilu mieliśmy w poprzedniej kadencji. Przekonany jestem, że gdyby SLD szedł do wyborów osobno, takiego wyniku nie zdobyłby. Tak się składa, że dobrze znam (także ze wspólnej pracy w rządzie) i bardzo cenię wszystkich teraz wybranych SLD-owskich deputowanych, więc przekonany jestem, że Polska i Unia Europejska dobrze wyjdą na tym, że zdobyli oni mandaty.
Musimy teraz zakasać rękawy i tak pracować nad przygotowaniem następnej kampanii wyborczej, by nie skończyła się ona nową przegraną.
Oznacza to przede wszystkim przełamanie fatalnego podziału na miasta i wieś, Polskę wschodnią i zachodnią. Poważny – realistyczny a zarazem ambitny – program dla wsi i dla regionów mniej rozwiniętych to obecnie warunek sine qua non jesiennego zwycięstwa.
Musimy zrobić poważny wysiłek dla odzyskania poparcia najmłodszych wyborców. To ich przyszłość jest szczególnie zagrożona przedłużaniem się rządów PiS.
Zarazem konieczny jest poważny program uporządkowania stosunków miedzy państwem i kościołem. Koalicja sil demokratycznych nie jest i nie będzie ugrupowaniem antykościelnym. Powinna jednak bardzo wyraźnie określić swe zamiary w takich sprawach jak dalsze losy ustawy antyaborcyjnej, nauczania religii w szkołach publicznych i jej finansowanie ze środków budżetowych, a przede wszystkim zasady wynagradzania takich – dotąd wyraźnie dyskryminowanych – kategorii pracowników państwowych jak nauczyciele, służba zdrowia czy personel administracyjny sadów.
Musimy też silniej niż dotychczas wyeksponować nasze stanowisko w sprawie polityki zagranicznej. Prawo i Sprawiedliwość doprowadziło do dramatycznego osłabienia pozycji międzynarodowej naszego państwa. Awanturnicza rusofobia w połączeniu z boczeniem się na główne państwa Unii Europejskiej niszczy tę pozycję, jaką dla Polski wywalczyliśmy przez pierwsze ćwierćwiecze Trzecie Rzeczypospolitej.
Tak więc jest nad czym dyskutować i jest wiele do zrobienia, byśmy za pięć miesięcy mieli prawo do otwierania szampana. Jest to w zasięgu możliwości, ale łatwo nie przyjdzie.

Wynik Sojuszu na piątkę

W wyborach, jak w sporcie, najważniejszy jest wynik. SLD wprowadziło do Parlamentu Europejskiego pięciu swych reprezentantów.
Patrząc na rezultat liczbowy, to trzeci wynik w skali kraju.
I dlatego trzeba gromko pogratulować kierownictwu SLD takiego rezultatu.
Ten dobry, lecz jednocyfrowy, wynik pokazuje jednocześnie wielką różnicę poparcia społecznego pomiędzy wygranym PiS i trzecim SLD. Jedyną polską partią lewicową, która będzie miała swych reprezentantów w Parlamencie Europejskim.
Porównując tegorocznym wynik z uzyskanym podczas wyborów do Parlamentu Europejskiego z 2014 roku można rzec, że SLD osiągnęła nieco lepszy rezultat.
Wtedy koalicja SLD- UP zdobyła też pięć mandatów, lecz barwy SLD reprezentowała czwórka euro deputowanych, bo Adam Gierek był z Unii Pracy.
Do końca kadencji w SLD wytrwała trójka euro deputowanych: Krystyna Łybacka, Bogusław Liberadzki i Janusz Zemke. Dziękujemy im i Adamowi Gierkowi z UP.
Ten dobry wynik kandydatów SLD został osiągnięty dzięki wspólnej wyborczej liście Koalicji Europejskiej.
Decyzja o kandydowaniu na wspólnej liście z PO i PSL była żywiołowo krytykowana przez przeróżnych „patriotów SLD”. W Internecie przewodniczący Czarzasty był regularnie obrzucany najgorszymi obelgami przez domorosłych speców od wygrywania wyborów. Zarzucano mu, że „SLD straci swą tożsamość” w efekcie mariażu wyborczego z PO.
Wynik wyborczy przeczy tym obawom.
Czy teraz ci „patrioci SLD” chociaż przeproszą przewodniczącego SLD za tamte obelgi?
Ten dobry wynik został osiągnięty dzięki dobrym, wyrazistym i popularnym wśród lewicowych wyborców kandydatom wystawionym przez SLD.
To nauczka i wskazówka na jesienne wybory parlamentarne.
Warto też pamiętać, że kilku pozostałym kandydatom SLD, Januszowi Zemke, Małgorzacie Szmajdzińskiej-Sekule, Andrzejowi Szejnie do zdobycia mandatów niewiele zabrakło.
I pewnie ten dobry wynik wyborczy został też osiągnięty, bo kandydaci SLD często i wyczerpująco prezentowali swe poglądy i programy wyborcze. Wszyscy wygrani wypowiadali się też w czasie kampanii na łamach „Trybuny”.
I obiecali naszym Czytelnikom stałą obecność na naszych łamach już jako posłowie Parlamentu Europesjkiego.

Wygranym: Markowi Baltowi, Markowi Belce, Włodzimierzowi Cimoszewiczowi, Bogusławowi Liberadzkiemu i Leszkowi Millerowi serdecznie gratulujemy sukcesu wyborczego.
Dziękujemy pozostałym kandydującym. Zapewne wielu z nich wystartuje w jesiennych wyborach parlamentarnych.
Nasze łamy są dla nich otwarte.