Bigos tygodniowy

Wasyl Hołoborodko, główny bohater ukraińskiego serialu komediowego „Sługa narodu” wygrał wybory prezydenckie i wystąpi w roli Wołodymyra Zełenskiego, prezydenta Ukrainy. Mimo dramatycznych trudności jakie przeżywa, naród ukraiński jest najdowcipniejszym narodem na świecie.

*****
Dowcipny jest także sam Zełenski, o którym prasa zachodnia, głównie anglojęzyczna, pisze dość powszechnie per „jew”. Niestety, brak treningu w serialu komediowym uniemożliwia bycie dowcipnym premierowi Mateuszowi Morawieckiemu. Jego amerykańskie wypowiedzi o polskich sędziach pozbawione są nie tylko komizmu, ale także dobrego smaku, a nade wszystko odrobiny nawet sensu i logiki.

*****
Strajk nauczycieli ciągle trwa mimo zmasowanego ataku rządowej propagandy dyfamacyjnej, różnych pęknięć i pewnego słabnięcia determinacji. Propaganda władzy uporczywie powtarza zwrot o „dzieciach” jako „zakładnikach ZNP”. „Dzieci”, wiadomo, to w Polsce to sentymentalny fetysz. Ale jakie tam znów dzieci? Niech nie wkurzają młodzieży, bo ona to nie żadne „dzieci”, jeno „uczniowie” i „młodzież” właśnie. Dzieci to są w żłobku i przedszkolu.

*****

Tymczasem na horyzoncie rysuje się ponowny strajk lekarzy, którzy po roku od podpisania z nimi porozumienia z ministrem zdrowia Szumowskim alarmują, że rząd nie dotrzymuje umowy. Pojawiły się też sygnały niepokojów wśród pracowników opieki społecznej, może jeszcze drastyczniej niedopłaconych niż nauczyciele. Takich grup zawodowych w budżetówce jest wiele, choćby szeroko rozumiani pracownicy placówek kultury, muzealnictwa, etc. Tyle że oni ani mrugną protestacyjnie.

****
Instytut Badań Pollster zapytał respondentów, „czy religia powinna być nauczana w szkole?”. 50 proc. ankietowanych odpowiedziało „nie”, 38 proc. – „tak”. Odpowiedź „nie wiem/trudno powiedzieć” wybrało 12 proc. Prof. Henryk Domański z Polskiej Akademii Nauk ocenił ten wynik jako „efekt cywilizacyjnego rozwoju i zjawisko, które występuje we wszystkich rozwiniętych demokracjach”. Jego zdaniem „Polacy coraz częściej traktują Kościół jako coś, co powinno być wyborem indywidualnym, a nie strategią narzuconą z góry przez instytucje państwowe. Po prostu nie chcą podporządkowania szkoły Kościołowi” .

*****
Z kolei Kantar Public ogłosił wynik badania, z którego wynika, że Za prawem do aborcji na życzenie jest 58 procent respondentów, przeciw jest 35 procent, bez zdania – 7 procent. Za legalizacją związków partnerskich jest 50 procent respondentów, 46 procent jest przeciw. Rzecz nie w tym jednym badaniu. Rzecz w tym, że podobne wyniki od pewnego czasu się powtarzają i zaczynają układać we wzór, który mówi: koniunktura dla władztwa Kościoła katolickiego wchodzi w fazę schyłkową, a nadzieje na katolicką kontrrewolucję są zdecydowanie płonne. A ponieważ te procesy wyraźnie przyspieszyły po „czarnym proteście” z października 2016 roku, to śmiało można wysnuć wniosek, że żadne rządy tak bardzo nie przyczyniły się do przyspieszenia sekularyzacji w Polsce, jak drugie rządy PiS. A za rządów PO-PSL, a wcześniej SLD-PSL z badań tak bardzo wyzierał konserwatyzm katolicki Polaków, że progresiści w tych formacjach rozkładali ręce w geście bezradności : nic się nie da zrobić. Kościół i konserwatywni katolicy mogliby powiedzieć: było tak dobrze, więc komu to przeszkadzało? No cóż, jedna z żelaznych zasad fizyki mówi, że bodziec o określone silnej, rodzi reakcję o sile mu odpowiadającej. Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało.
*****
ICH publicyści to zauważają. Niezmiennie boleściwy Robert Tekieli napisał w „Gapolu” : „jeśli PiS przegra, oznacza to koniec istnienia Polski, jaką znamy, bo w cztery lata upodobni się do Belgii, Francji czy Niemiec”. Boże Przedwieczny, czy to możliwe, że spełni się moje marzenie żywione od młodości? Żart – ale tylko trochę, bo ta Francja, którą zobaczyłem po raz pierwszy w życiu 38 lat temu, robiła wspaniałe wrażenie, jednak od tamtego czasu to się bardzo obsunęło, z różnych powodów. Tak czy inaczej życzmy sobie Polski w ramach dobrze pojętego, europejskiego kształtu, bez pisiorstwa u władzy i tego męczącego Kościoła wiecznie na karku.

*****
Wspomniany Tekieli wyrzeka na „pokolenie Bosackie i Winnickie za krecią robotę” i na „towarzysza Janusza Korwina Mikke”. „Uszczkną punktów PiS i to zdecyduje o przegranej” – martwi się Tekieli. Inny publicysta prawicowy alarmuje: „Narodowcy w służbie lewactwa”. Jedynie Karnowscy, ci najwierniejsi lejtnanci PiS, martwią się tylko o notowanie Koalicji Europejskiej.

*****
Chamska łupa Pawłowicz przypieprzyła się do Magdaleny Adamowicz za kandydowanie do PE i nie umie uszanować jej dramatu osobistego. Pawłowicz, zamknij się gdzieś w szafie ze swoją sałatką w opakowaniu foliowym i wchłaniaj na osobności. Może ktoś uważa, że teraz idę za ostro? A Pawłowicz to wolno? A poza tym Dostojny Jubilat Jan Kobuszewski uczył w kabarecie, że „chamstwu trzeba przeciwstawiać się siłom”. I oczywiście także „godnościom osobistom”.

*****
Są sygnały, że problem z ministerką finansów Teresą Czerwińskią wcale się nie zagoił i trwa ona uparcie w zamiarze dymisji, tyle tylko, że ją uprosili, by nie odchodziła sama, demonstracyjnie, ale w ramach ogólnej rekonstrukcji rządu. Jednak podobno, z powodu strajku nauczycieli, rekonstrukcja oddala się w czasie.

*****
Katolicy jak zwykle pilnowali nocą grobu Jezusa Chrystusa i jak zwykle im się wymknął.

*****
„Miliony dla Notre Dame, nic dla biedaków”. W wersji bardziej literackiej: „Wszystko dla Notre Dame, nic dla Nędzników”. Protest „żółtych kamizelek” z hasłami więcej niż jakobińskimi – z sankiulockimi i „wściekłymi”. Kłaniają się z zaświatów dechrystianizatorzy z czasów Wielkiej Rewolucji Francuskiej – Hebert, Chaumette i inni. Do tego nauczyciele w jednej ze strajkujących polskich szkół upozowali się na słynny obraz Delacroix „Wolność wiodąca lud na barykady”. A że przy okazji Notre Dame przywołano dzwonnika Quasimodo, więc można powiedzieć, że ożywa przywiędła od lat moda na Francję.
*****
Na koniec o elektrycznych hulajnogach, nowej pladze naszych czasów. Uważajmy, piesi, na hulajnogi, bo gdy hulajnoga nas przejedzie na chodniku, to nie dość, że odwiozą nas do szpitala (w najlepszym razie), to jeszcze zapłacimy mandat za niewłaściwe poruszanie się po chodniku.

Małgosia – lepsze oblicze polityki

Małgorzata Sekuła- Szmajdzińska będzie na trzecim miejscu listy Koalicji Europejskiej na Dolnym Śląsku i Opolszczyźnie w majowych wyborach do Europarlamentu. Małgosia była w przeszłości radną Warszawy i posłem VII kadencji Sejmu z Dolnego Śląska.

W tygodniku „Polityka” ówcześni posłowie wybrali 13 najlepszych, równorzędnych posłów tamtej kadencji. Wśród tych „primus inter pares” była posłanka Małgorzata. „Trudno zliczyć komisje i podkomisje, w których zajmowała się sprawami prawnymi, jej wystąpienia na forum komisji i na obradach plenarnych”. „Niezwykle ceniona za wiedzę i upór w dążeniu do celu, ale także zdolności do kompromisu. Posłowie i dziennikarze często uzasadniali jej kandydaturę tak: „Szkoda, że tak mało występuje publicznie, że nie jest zapraszana do telewizyjnych i radiowych debat, w których mogłaby pokazać to dobre oblicze polskiej polityki”. Nigdy nie wykorzystuje swojej pozycji „smoleńskiej wdowy…”
Małgorzata nie była zapraszana, bo nie gardłowała, nie wykłócała się, nie brała udziału w pyskówkach, a właśnie tacy, głośni, nie do końca wiedzący o co chodzi, brylują dzisiaj w mediach. Takie czasy nastały w polityce.
Małgosia może, choć w małej cząstce, te fatalne praktyki zmienić. Dlatego ona dla dolnośląskiej lewicy będzie numerem jeden na liście Koalicji Obywatelskiej w naszym regionie.

Koniec wolności w sieci

Komisja Prawna Parlamentu Europejskiego dała zielone światło dyrektywie o prawach autorskich na jednolitym rynku cyfrowym. Głosy obrońców wolności w internecie zostały zignorowane, chociaż zarzuty formułowane przez nich pod adresem nowych przepisów są wyjątkowo poważne. Jeśli dyrektywa przejdzie w głosowaniu w PE, może być to koniec internetu w obecnym kształcie.

 

Komisja Prawna (JURI) zagłosowała za przyjęciem dyrektywy, która ma dostosować unijne regulacje dotyczące internetu do realiów współczesnego cyfrowego świata. Podzieliła stanowisko jej głównego autora, niemieckiego eurodeputowanego Axela Vossa, który przekonywał, że internetowi potrzebna jest przede wszystkim ściślejsza ochrona praw autorskich i zagwarantowanie, by wydawcy zarabiali na opublikowanych przez siebie treściach, które zostały następnie udostępnione na innych platformach (np. portalach społecznościowych). Jednak jak twierdzą zgodnie obrońcy wolności w sieci, skutkiem wprowadzenia dyrektywy będzie raczej dramatyczne utrudnienie życia mniejszym wydawcom i ustanowienie cenzury prewencyjnej.

Sprzeciw budzą artykuły 11 i 13 dyrektywy. W myśl pierwszego nie będzie można opublikować na zewnętrznej platformie żadnego linku z cytatem ze wskazywanego tekstu, jeśli wcześniej dana platforma nie wykupi od wydawcy linkowanego materiału licencji. Jak wielokrotnie ostrzegała europosłanka Partii Piratów Julia Reda, animatorka kampanii informacyjnych przeciwko dyrektywie, doprowadzi on do sytuacji, w której mali wydawcy, dla których upowszechnianie swoich treści za pomocą udostępniania linków w mediach społecznościowych jest znaczącą strategią docierania do odbiorców, będą na przegranej pozycji w stosunku do najpotężniejszych graczy na rynku medialnym. Artykuł 13 wymusi z kolei na stronach, które umożliwiają użytkownikom przesyłanie treści, wmontowanie mechanizmu automatycznej cenzury prewencyjnej pod kątem praw autorskich. Jej wykonawcami zostaną algorytmy. Efektem może być zablokowanie nie tylko np. pirackich kopii filmów, ale i materiałów, które mogłyby znaleźć się w sieci w myśl przepisów o dozwolonym użytku. – Automatyczne filtry popełniają mnóstwo błędów, a ciężar ich poprawiania spadnie na użytkowników. Ale, uprzedzając pytanie: użytkownicy nie będą mogli ich poprawiać.

Czy algorytm będzie w stanie wykryć przypadki dozwolonego użytku cudzych utworów, np. puszczenie fragmentu piosenki w celach edukacyjnych podczas wykładu, z którego nagranie trafiło do sieci? Czy automat przepuści parodię w postaci przerobionego zdjęcia polityka? – pyta z kolei fundacja Panoptykon. Odpowiedzi są, niestety, raczej oczywiste.

Przed skutkami nowych przepisów ostrzega również jeden z twórców Wikipedii – Jimmy Wales. Największa internetowa encyklopedia tworzona przez internautów w razie wdrożenia dyrektywy zostałaby niemalże sparaliżowana (chociaż najnowsze zmiany w dyrektywie zdają się wychodzić jej naprzeciw). A i na tym nie koniec zagrożeń.

– Propozycja zakłada wprowadzenie obowiązkowych opłat za korzystanie z materiałów na potrzeby edukacji. Dodatkowo, propozycja umożliwia państwom członkowskim „wyłączenie” wyjątku i zastąpienie go systemem licencjonowania. Czyli kolejnych opłat i dalszych ograniczeń – podkreślają autorzy z Centrum Cyfrowego.

Nikt wreszcie nie może zagwarantować, że raz skonstruowane filtry, teoretycznie służące do ochrony praw autorskich, w przyszłości nie zostaną „ulepszone”, by pełnić również funkcję cenzorów politycznych czy obyczajowych.

Tak skonstruowana dyrektywa zyskała poparcie 14 eurodeputowanych przeciwko 9, przy dwóch głosach wstrzymujących. Ostatnią szansą na jej powstrzymanie jest głosowanie plenarne w PE.
Przeciwnicy ustawy nie składają broni – zachęcają do kontaktowania się z eurodeputowanymi z poszczególnych państw. Przekonują, że były już w historii UE złe akty prawne, które udało się powstrzymać w ostatniej chwili.