Targu dobito

Wiadomo, kto będzie przewodniczył Komisji Europejskiej, Radzie Europejskiej, kto poprowadzi unijną dyplomację, kto będzie przewodniczącym i wiceprzewodniczącymi Parlamentu Europejskiego, kto będzie szefową Europejskiego Banku Centralnego. W Polsce otrąbiono zwycięstwo. Ale czy jest się z czego cieszyć? Czy też czym przejmować?

Szefować KE będzie dotychczasowa niemiecka minister obrony, chadeczka Ursula von der Leyen. Pierwszym wiceprzewodniczącym pozostanie Holender, socjaldemokrata Frans Timmermans, w zablokowanie kandydatury którego na następcę Jean-Claude’a Junckera Polska włożyła tyle wysiłku, stanowisko drugiego wiceprzewodniczącego przypadnie Dunce – Margrethe Vestager – dotychczas unijnej komisarz ds. konkurencji. Na stanowisku szefa unijnej dyplomacji włoską socjalistkę Federikę Mogherini zastąpi socjalista hiszpański – Josep Borell – dotychczas minister spraw zagranicznych swojego kraju. Następcą Donalda Tuska jako przewodniczącego Rady Europejskiej będzie Belg – Charles Michel – dotąd tymczasowy premier Belgii. Europejski Bank Centralny dostanie w swoje ręce Christine Lagarde – bez wątpienia kompetentna w swojej branży i konsekwentna zwolenniczka polityki oszczędności i wspierania instytucji finansowych kosztem społeczeństw, Francuzka Christine Lagarde, od 2011 roku kierująca Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Jej druga, pięcioletnia kończyłaby się za dwa lata.
Na swojego przewodniczącego Parlament Europejski – znając już wyniki tej układanki poczynionej przez brukselski szczyt – wybrał włoskiego socjalistę Davida Sassolego. Polsce „na osłodę” pozostał wybór Ewy Kopacz na wiceprzewodniczącą PE. Jeśli by zatem patrzeć na obsadę kluczowych stanowisk w Unii Europejskiej, ogłoszone w polskich rządowych mediach wielkie zwycięstwo Grupy Wyszehradzkiej, a Polski w szczególności, od którego należałoby zacząć liczyć kalendarz, wypada dość mizernie. Starczy przejrzeć powyżej wyliczone nazwiska, żeby stwierdzić, że reprezentanta środkowo – i wschodnioeuropejskich państw UE nie ma tam żadnego. Wszystkie kluczowe funkcje „zagospodarowała” między sobą zachodnia część bloku. Nawet jeśli udało się zablokować kandydaturę znienawidzonego Timmermansa, przeciwko któremu gardłowała nie tylko Grupa Wyszehradzka, ale również – na planie podziałów partyjnych, a nie państw członkowskich – frakcja chadecka, nie mogąca pogodzić się z oddaniem tego stanowiska socjaliście, podczas gdy oni wygrali wybory do Europarlamentu, a ich „wiodący kandydat” został wyoutowany już w przedbiegach, to i to osiągnięcie nie powala, bo Timmermans nadal będzie w KE osobą numer 2 i polskiemu rządowi da się jeszcze z pewnością we znaki.
A więc znów klęska?
Nie da się ukryć, że Grupa Wyszehradzka została przez Zachód Europy ukarana za mieszanie się w nie swoje sprawy. Francja i Niemcy pokazały jej, kto tu rządzi i rozdaje karty, a jak ktoś to utrudnia i zapomina, że jego rolą jest siedzieć cicho i klaskać, to trzeba mu przypomnieć, gdzie jest jego miejsce. Jeśli patrzy się na to wszystko tylko z właściwej PiS perspektywy postrzegającej Unię przede wszystkim jako organizację suwerennych państw narodowych, tak by to musiało wyglądać. A to nie jest jedyny sposób patrzenia na UE. Bo Bruksela i szczyty unijnej administracji żyją własnym życiem, na poziomie takim, na którym narodowość funkcjonariuszy nie ma aż tak dominującego znaczenia. Bo niezależnie od narodowości ktokolwiek obejmuje mniej lub bardziej znaczącą funkcję w unijnej biurokracji – podobnie jak jest to również w organizacjach Systemu Narodów Zjednoczonych – staje się funkcjonariuszem tej struktury. Prymitywny punkt widzenia, że jak kogoś się wprowadzi w takiej strukturze na to czy inne stanowisko, to on/ona będzie „załatwiać coś” dla swojego kraju nie działa. Tego nie tylko funkcjonariuszowi unijnemu nie wypada. Tego mu nie wolno. Podejrzenie, że ktoś taki uprawia prywatę i forsuje interesy swojego kraju jest jednym z najcięższych zarzutów (poza może korupcyjnymi), jakie mogą dotknąć europejskiego urzędnika. Z tego powodu pracujący w tego rodzaju strukturach urzędnicy, wszystko jedno, jakiego szczebla, od swoich delegacji narodowych starają się trzymać na dystans. Na duży dystans. Dlatego też rozmiarów poniesionej przez wschodnią część UE klęski nie ma też powodu przeceniać.
Analityki i oceny, którymi jesteśmy raczeni przez polityków śmieszą cokolwiek, bo zależnie od okoliczności sprzedaje się nam taką czy inną wykładnię. Jeśli zatem Donald Tusk twierdzi, że wybór Ewy Kopacz na jedną z czternastu wiceprzewodniczących PE (przypomnijmy, że państw członkowskich w UE jest 28, a wkrótce będzie 27, liczba „wice” w PE przypomina cokolwiek autobus z niegdysiejszych dowcipów o Wąchocku, który jest szerszy niż dłuższy, bo wszyscy chcą siedzieć przy kierowcy) to jakiś wielki sukces Polski, to znaczy to tylko tyle, że należy ona do jego frakcji i dlatego jej wybór opakowuje w nimb osiągnięcia, z którego dla Polski miałoby wiele wyniknąć. I tak samo jak on nic dla Polski ze wspomnianych wyżej powodów nie „załatwiał”, bo nie po to tam był, tak i nie będzie pani Kopacz. A jeśli spróbuje – bardzo szybko zostanie przywołana do porządku.
Pewnie dostaniemy także jakieś stanowiska komisarskie – jedno, może dwa – ale tych także jest wiele. Właśnie po to, żeby państwa członkowskie mogły się dobrze poczuć, że niby to „kogoś mają” w Brukseli.
Bez euforii
Jeśli coś może w tym wszystkim martwić, to coś zupełnie innego. Mianowicie to, że na głębsze zmiany w funkcjonowaniu UE i jej biurokratycznej maszynerii nie ma co liczyć. Tak, jak to już uciera się od dawna, europejscy przywódcy preferują bowiem obsadzać kluczowe stanowiska w Unii figurami „bezpiecznymi”, przewidywalnymi, takimi, co do których można mieć pewność, że nie będą wierzgać, nie będą mieć wizji, nie zrobią rewolucji (wszystko jedno pod jaką flagą), nie wstrząsną tą strukturą. Bo takich europejscy przywódcy się po prostu boją. I był właśnie też jeden z powodów, dla którego szefem KE nie został Timmermans – polityk odważny i wyrazisty.
Unia ma być taka jaka jest i nie spędzać im snu z powiek. Jak ciepłe kakao przed snem. I to martwi, bo opcja „więcej tego samego” dla Francji czy Niemiec – które pozostaną „rozdającymi karty”, niezależnie od tego, kto kim będzie osobiście w KE – jest z pewnością wygodna, pozwalająca utrzymać im inicjatywę, co do tego, czy wprowadzać w tym systemie zmiany, jakie i kiedy, jeżeli już, nie wydaje się tym, czego Europa potrzebuje.
Od Traktatu Lizbońskiego upłynęło ponad 12 lat, a świat – tak w obrębie UE, jak i może jeszcze bardziej w jej globalnym otoczeniu – tymczasem poważnie się zmienił. Unia za,oamst reagować na to, zaczyna zaś kostnieć, zaczyna coraz wyraźniej tracić swoją dynamikę, zaczyna kręcić się jak pies za własnym ogonem. W stosunku do zewnętrznych partnerów (mówiąc eufemistycznie; mówiąc konkretnie – rywali) takich jak Stany Zjednoczone, Chiny czy Rosja, nie jest w stanie wypracować koherentnej polityki. Własnych wewnętrznych spraw nie potrafi skutecznie rozwiązywać. I naprawdę potrzebuje kolejnego wstrząsu, jeśli nie ma czekać jej uwiąd. Inaczej grozić jej będzie, że podzieli los wielu różnych inicjatyw i bloków, które w swoim czasie powstawały, ale których czas minął – o czym w wywiadzie dla „DT” przypominał niedawno Włodzimierz Cimoszewicz. Byłaby to dla nas perspektywa bardzo niedobra. I trzeba powiedzieć, że ekipa, która Unię poprowadzi przez najbliższe lata nie robi wrażenia rokującej na przejście UE na kolejny poziom integracji (jak w grze komputerowej, kiedy albo w pewnym momencie z poziomu – powiedzmy – „4” – albo przeskakuje się na poziom „5”, albo gra się kończy), nawet jeśli weźmie się pod uwagę, że pani von der Leyen ma opinię zdecydowanej federalistki. Może decydujący o tym, uznali, że czas na zmianę jeszcze nie przyszedł, ale oby nie skończyło się to zaspaniem gruszek w popiele.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *