Joe Biden. Nareszcie!

To była naprawdę sympatyczna chwila, kiedy ogłoszono, że Joe Biden został 46 prezydentem Stanów Zjednoczonych. Byłem w gronie obywateli Europy i Polski, którzy odetchnęli w tym momencie z ulgą. Zwyciężyła bowiem demokracja, prawda i rzetelność, przegrały krętactwa, fobie i miłość własna. Jako człowiek, Polak i europarlamentarzysta – członek Delegacji UE-USA Parlamentu Europejskiego wyrażam zadowolenie z wygranej Joe Bidena i z przegranej Donalda Trumpa. Jego prezydentura, to był zły czas dla Europy.

Jak natomiast na stosunki USA z Unią Europejską wpłynie wybór Joe Bidena? Oczekiwania są bardzo duże i przepełnione optymizmem. Podobnie, jak nadzieja na korektę wektorów w stosunkach polsko-amerykańskich. Mówiąc obrazowo – w nawiązaniu do słynnego zdjęcia z Gabinetu Owalnego, żeby na powrót były to stosunki partnerskie, a nie w pół przyklęku.
„Będę prezydentem, który nie chce dzielić, ale chce łączyć” – powiedział Joe Biden. W Brukseli panuje wiara, że teraz może być już tylko lepiej.
Paradoksalnie jednak ta dobra wiadomość dla europejskiej wspólnoty, może oznaczać kłopoty dla nas, gdyż jak wiadomo rząd PiS całą swoją politykę zagraniczną budował na bardzo ścisłym sojuszu z USA, dość gorliwie pomagając niechętnemu Unii Europejskiej Trumpowi w jej osłabianiu. Teraz, kiedy protektor schodzi ze sceny, rząd PiS zostaje sam wobec problemów, które stworzył i z marną opinią. Jest ich niemało, ale najważniejszym i najbardziej groźnym dla nas jest ciągnąca się wiele miesięcy kwestia praworządności. Tzw. reforma sądownictwa przeprowadzona brutalnie i bezkompromisowo przez Zbigniewa Ziobrę, sprawiła, że trójpodział władzy będący podstawą każdego demokratycznego państwa prawa w Polsce praktycznie nie istnieje. Tak na marginesie, zauważył to niedawno także Joe Biden zaliczając Polskę do reżimów totalitarnych. Miał chyba skalę porównawczą, gdy porównał to, co dzieje się obecnie z naszym systemem praworządności z tym, co widział na własne oczy będąc w Warszawie jako wiceprezydent USA podczas kadencji Baracka Obamy, gdy byliśmy pod każdym względem przodującym krajem UE.
Operacyjna metoda wprowadzania nowych praw polegała na tym, żeby nie mając większości uprawniającej do zmiany Konstytucji, zmienić ją przy pomocy zwykłych ustaw. PiS twierdzi więc, że działa legalnie, bo na podstawie ustaw, choć tak naprawdę zmienił nielegalnie Konstytucję i to w kierunku sprzecznym z zasadami, na których zbudowana jest Unia. Polsce dzielnie towarzyszą Węgry, gdzie też panuje zasada, iż dobre prawo to takie, które daje pełnię władzy partii rządzącej. Oba kraje, działając wspólnie i w porozumieniu, wykorzystując traktatową zasadę, iż najważniejsze decyzje wymagają jednomyślności, skutecznie szachowały całą wspólnotę, czerpiąc pełnymi garściami korzyści z niej płynące i jednocześnie postępując na co dzień wbrew jej zasadom.
Wspólnota, przede wszystkim pod wpływem własnych społeczeństw, musiała więc zareagować, tym bardziej, że przekonanie, iż wypłata funduszy unijnych powinna być powiązana z przestrzeganiem prawa w poszczególnych krajach, jest w Europie powszechne. 70 proc. Europejczyków chce żyć w coraz bardziej zintegrowanej Unii Europejskiej i równie zdecydowana większość uważa, że Unia nie jest po prostu bankomatem, że jest również wspólnotą wartości.
Po kilku latach dobiegają końca dyskusje nad tym, jak rozumieć praworządność, by była ona pojęciem wspólnym dla wszystkich, wedle jakich, jednakowych dla wszystkich kryteriów ją oceniać, w jaki sposób ją egzekwować? Równie istotnym problemem był proces podejmowania decyzji. Uznano, że dbałość o demokratyczny ustrój Unii, prawa człowieka i wszystkie inne zasady, na których zbudowane są państwa prawa, to nie jest zmiana traktatów unijnych, ani żadna inna zmiana fundamentalnych reguł, którymi kieruje się Unia, a ich obrona. Zatem nie wymaga jednomyślności, a decyzje mogą być podejmowane kwalifikowaną większością głosów na Radzie Unii Europejskiej. Jeśli więc np. premier Morawiecki obroni w tym gronie swoje racje i uzyska uznanie dla „nowatorskich” rozwiązań reformy sądownictwa, to żadne sankcje wobec Polski, jako kraju nieprzestrzegającego unijnych zasad praworządności, stosowane nie będą.
Wielką, powiedziałbym wręcz decydującą rolę w tych rozmowach odegrał Parlament Europejski. Zdecydowana, podkreślam zdecydowana większość europarlamentarzystów domagała się, żeby zasada „pieniądze za praworządność” stała się rzeczywistym, stałym, skutecznym i jednakowo obowiązującym wszystkich elementem prawa europejskiego. Jest to już w zasadzie przesądzone. W negocjacjach między PE i niemiecką prezydencją – bo na nią przypadło finalizowanie tych rozmów – osiągnięto porozumienie. Muszą je jeszcze zatwierdzić Parlament Europejski i Rada Unii Europejskiej, ale już wiadomo, że Polska nie będzie w stanie sama zablokować tych zmian. Nawet do spółki z Węgrami. Zasada jednomyślności, o której jeszcze w lecie z taką pewnością siebie zapewniał szef Rady Ministrów, nie będzie obowiązywała. Postaraliśmy się jednak, żeby przy okazji działała jeszcze jedna zasada: za to, że rząd danego państwa nie chce przestrzegać ogólnounijnych praw nie mogą ponosić konsekwencji obywatele tych państw. Dlatego, jeśli wobec kogoś wypłaty unijne zostaną zawieszone, to i tak dane państwo będzie zobowiązane pokryć zaplanowane wydatki z własnych budżetów. Ponadto Unia nie będzie wstrzymywała pieniędzy przeznaczonych na działalność samorządów czy organizacji pozarządowych.
Oczywiście to rozstrzygnięcie bardzo nie podoba się władzom PiS: „Nie damy się terroryzować pieniędzmi, będzie weto” powiedział szef tej partii w wywiadzie prasowym. (13.X.20). Wobec tak jednoznacznej deklaracji politycznej premier nie może powiedzieć nic innego: – Na pewno skorzystamy z prawa do sprzeciwu, jeśli nie dojdziemy do porozumienia ws. „tzw. praworządności”; nie ma możliwości, aby „tylnymi drzwiami”, przez mechanizm warunkowości, KE, czy inne instytucje Unii, mogły dokonywać samodzielnej oceny (…) i na podstawie niejasnych kryteriów dokonywać np. wstrzymywania płatności z funduszy…
Z każdym wypowiedzianym przez niego słowem można dyskutować, żeby nie powiedzieć ostrzej. „Tzw. praworządność”, „wprowadzanie tylnymi drzwiami”, „samodzielne oceny na podstawie niejasnych kryteriów”… Przypominam, że „reformę” wymiaru sprawiedliwości dokonaną przez PiS oceniali najwybitniejsi prawnicy (Komisja Wenecka), swą opinię wydały liczne uniwersytety, łącznie z wydziałami prawa najbardziej renomowanych uczelni polskich i zagranicznych, najwyżsi rangą urzędnicy unijnych instytucji, wielokrotnie analizował ją i oceniał PE… Wszyscy się mylą?! Nikt nie ma racji, tylko pan premier z panem wicepremierem?
Co jeszcze mogą zrobić? Rzeczywiście mogą oprotestować projekt unijnego budżetu, który w tych tygodniach będzie zatwierdzany. Przypomnę, że jest to 1 bilion 800 miliardów euro. W tym 750 miliardów tzw. Funduszu Odbudowy przeznaczonego na likwidację skutków pandemii COVID-19. Wszystkie zapowiedzi rządowe o planach radzenia sobie z kryzysem, planach odbudowy, ratowania poszczególnych branż, o nowych inwestycjach, zmianach w energetyce, wszelkich dopłatach, dosłownie wszystko jest związane z tymi pieniędzmi. Jeśli PiS z nich zrezygnuje tylko dlatego, żeby ich nielegalna Izba Dyscyplinarna SN mogła karać „nieprawomyślnych sędziów”, to tych pieniędzy Polska nie dostanie.
Co będzie, gdy Polacy dowiedzą się, jakiej ofiary na rzecz swoich fantasmagorii wymaga od nich Prawo i Sprawiedliwość? A przecież sama Unia też nie jest bezbronna wobec takiej groźby. Można przecież stworzyć fundusz odbudowy bez Polski czy Węgier, na podstawie zwykłej umowy międzyrządowej. Wtedy pozostali będą korzystać, tylko Polska i Węgry nie. Co więcej – można stworzyć nową Unię, z pominięciem Polski i Węgier, Unię w pełni zintegrowaną. Ten pomysł już się zresztą pojawił w europejskich dyskusjach. Mało tego – taki plan zaprezentowano już w marcu 2017 roku, a znaleźć go można w tzw. Deklaracji Rzymskiej przyjętej z okazji 60-lecia powstania UE. Czytamy tam m.in:
„Uczynimy Unię Europejską silniejszą i odporniejszą dzięki jeszcze większej jedności i solidarności między nami oraz poszanowaniu wspólnych zasad. Jedność jest zarówno koniecznością, jaki naszym wolnym wyborem…
Pod słowami o „jeszcze większej jedności”, „solidarności”, poszanowaniu wspólnych zasad” i o tym, że „jedność jest zarówno koniecznością jak również naszym wolnym wyborem” znajduje się podpis pani premier polskiego rządu Beaty Szydło… Czyżby był już nieważny?
Rząd PiS ma więc nad czym myśleć. Tym bardziej, że od kilku dni nie może przecież liczyć na wsparcie zdeklarowanego przeciwnika Unii, Donalda Trumpa. W wyniku usilnych pięcioletnich starań został sam z Victorem Orbanem. Dlatego, mimo buńczucznych pohukiwań nie sądzę, żeby PiS zdecydował się na podważenie budżetu UE na lata 2021-2027, łącznie z wielosetmiliardowym Funduszem Odbudowy. Pozbawiony wsparcia zza oceanu ma tylko jeden problem – jak swoją klęskę, którą widać już na horyzoncie, przełknąć i to jeszcze z uśmiechem na ustach.

Unia Europejska z podbitym okiem

Zakończony w Brukseli szczyt zaczynał się w fasadowych uśmiechach, z humorem na temat covidowych ograniczeń, raźno i z pięknymi słowami przemówień o solidarności. Po wszystkim ogłoszono cienkim głosem „zwycięstwo” idei europejskiej, ale Unia wychodzi z tego jak kura na torach, nad którą przejechał pociąg, rozczochrana, szczerbata i z podbitym okiem. Jej stan psychiczny to „wewnętrzne podziały”, czyli schizofrenia. Co więc zostało „wygrane”?

Jeszcze raz przywódcy europejscy złożyli podpis na tej samej kartce, tzn. Unia, której niektórzy przewidują krótki żywot, jakoś ożyła, nawet „zmartwychwstała”, jak piszą niektórzy europejscy komentatorzy. Nie nastąpił wielki wybuch polityczny, który by ją finalnie pogrzebał, choć, przyznają, było blisko. Zwycięstwo polega tu na kolejnym uczuciu ulgi, że się ciągle żyje. Cóż, unijna reakcja na kontynentalny kryzys sanitarny była tak nierychliwa, nieporozumienie i wzajemne pretensje tak biły po oczach, że można było spodziewać się wszystkiego. Tymczasem w końcu znalazły się jakieś pieniądze.
Polska nie miała za wiele do powiedzenia w unijnym kółku, bo główna gra szła o strefę euro. Od pamiętnego kryzysu w 2008 r., panuje tej strefie niewypowiedziane rozdarcie między krajami północy a państwami południa. Szczyt zakończył się „zwycięstwem” tylko dlatego, że Niemcy nie wykazali zwyczajowej solidarności z Północą, a nawet wprost przeciwnie, sami przyklepali pierwotny plan solidarnościowy, w obliczu euro-nieszczęścia, choć Północ z góry go odrzucała. Był on skromny, nawet mocno skromny, jeśli porównać do podobnych planów finansowych w Chinach, czy USA, ale jednak.
Co z tego, skoro to rozdarcie tylko się pogłębiło? Po zapaści kapitalizmu w 2008 r., prasa brytyjska, a za nią kontynentalna zaczęła nazywać mianem PIGS (świnie) grupę południowych krajów, które kryzys pociągnął w dół. Nazwa ta stała się nawet półoficjalna, choć była gorsza od „Club Med”, tj. „krajów wakacyjnych”. Taka Hiszpania ściśle wypełniała kryteria z Maastricht do 2010 r., w przeciwieństwie do niektórych z Północy, ale i tak wielu wakacjuszom z tamtych stron wydawała się krajem nic nie robienia, jeśli nie brać pod uwagę kelnerów. „Farniente” jak we Włoszech, które mają nadwyżkę budżetową od 20 lat? Barowe stereotypy przekładają się jednak na pieniądze.
Aroganckie komentarze wygłaszane w Brukseli przez Marka Rutte, premiera Holandii, który przewodniczył „koalicji północnej”, jak „Oto linia podziału między tymi, którzy chcą pomocy i tymi, którzy za nią płacą”, były kopiami tytułów z duńskiej i holenderskiej prasy brukowej. Rutte wolał przypisywać sobie „cnotę ekonomiczną”, zamiast solidarności, i „wygrał”. Holandia, podobnie jak inne kraje, które odrzucały projekt, nie tylko nie będzie spłacać ze wszystkimi pożyczki na „bezzwrotną” pomoc 390 miliardów euro dla krajów Unii (poprzez obniżenie jej składki budżetowej), ale i będzie miała prawo wglądu do finansowych planów narodowych i praworządności, czyli może, wraz z innymi lub sama, w każdym momencie opóźnić lub nawet zawiesić wypłaty.
Tak się składa, że Holandia, jak i inne kraje Północy, stosuje stopy podatkowe dla zagranicznych spółek, które czynią z niej raj podatkowy, skutecznie wysysający olbrzymie pieniądze z Włoch, z Polski, i innych krajów Unii. Tę masową kradzież w biały dzień organizuje legalnie, bo to jeden z istotnych elementów oficjalnego, unijnego neoliberalizmu. Nie jest też zbyt cnotliwa wewnątrz: choć jej dług publiczny jest w normie, dług prywatny bije światowe rekordy – 220 proc. holenderskiego PKB! Ale to dla złagodzenia naburmuszenia Holendrów czy Austriaków, Unia jednym ruchem długopisu wykreśliła programy na rzecz ochrony zdrowia, naukowe i co tam jeszcze było po drodze, nawet polityka rolna dostała po palcach. Plan ocalał, zmniejszony i drogo opłacony, lecz podział w strefie euro, który ją nieustannie minuje, pozostał. Po pełnych satysfakcji słowach o „uldze” i „zmartwychwstaniu” zaczną się schody, bo plan jest zdecydowanie za mały, by poradzić na nadchodzący kryzys.

Unia wkurzona na Turcję

Na spotkaniu szefów dyplomacji krajów Unii Europejskiej tematem głównym były coraz gorsze stosunki z Turcją. Ministrowie skrytykowali jej działania na Morzu Śródziemnym i brak poszanowania praw człowieka, ale jednocześnie uznali swoją bezsilność wobec tureckiego „szantażu migracyjnego”. Unia nie chce imigrantów, więc musi Turcji płacić i nie przesadzać z pretensjami.

„Jeszcze 15-16 lat temu myślałem, że Turcja stanie się krajem europejskim, wielkim krajem muzułmańskim, który widzi przyszłość w demokracji. Tymczasem idzie to w złym kierunku” – mówił minister Jean Asselborn z Luksemburga. Inni mu przytakiwali i wyliczali jej grzechy: łamie embargo na broń dla rządu libijskiego z Trypolisu, szuka ropy pod wodami terytorialnymi Cypru, w Syrii popiera dżihadystów i zwalcza Kurdów, a u siebie wprowadza dyktatorskie prawa i jeszcze zmienia Hagia Sofię w meczet. Ale zaraz wszyscy podkreślili wagę partnerstwa z Turcją, sojusznikiem w ramach NATO.
Unia jest szczególnie zaniepokojona tureckim „szantażem migracyjnym”. Do tej pory zarządzała przepływem migrantów do Europy na granicy z Grecją, teraz, gdy zaangażowała się w wojnę w Libii, może trzymać rękę na drugim punkcie napływu imigracji do Europy i sterować nim do woli. W 2016 r. niemiecka kanclerz Merkel zgodziła się wypłacić Turcji z funduszy europejskich miliardy euro w zamian za zatrzymanie uchodźców u siebie, ale Turcy nie są zadowoleni. Chcą więcej pieniędzy i ruchu bezwizowego z Unią.
W zeszłym tygodniu do Ankary pojechał szef unijnej dyplomacji Josep Borrell, by rozmawiać o tym z Mevlütem Cavusoglu, tureckim ministrem spraw zagranicznych. Niestety, nic z tego nie wyszło. Turcy znowu zagrozili, że jeśli Unia nie przestanie ich krytykować i nie zechce płacić, pozwolą migrantom na wyjazdy do Europy. W tej sytuacji Komisja Europejska postanowiła wypłacić Turcji dodatkowe pół miliarda za powstrzymanie migracji.

Unia to nie my!

Trybunał Sprawiedliwości UE zobowiązał Polskę do natychmiastowego zawieszenia stosowania przepisów dotyczących Izby Dyscyplinarnej SN w sprawach dyscyplinarnych sędziów. Wniosek o tymczasowe zawieszenie – do czasu wydania ostatecznego wyroku przez TSUE – złożyła Komisja Europejska.

Taka decyzja TSUE jest dla normalnego kraju należącego do Unii święta. Szczególnie, że za niewykonanie jej są naliczabe wielomilionowe kary. Za każdy dzień obsuwy, i to w euro.
Polska w Unii chyba nie jest. Premier Morawiecki zamiast się podporządkować rzucił najpierw, że „Przekażemy odpowiedź w stosownym czasie”. Pogoniony przez PiS Morawiecki chwilę później się poprawił. „Reforma sprawiedliwości jest kompetencją wyłącznie Polski” – rzucił, wstając z kolan.
– Premier Mateusz Morawiecki – po dokonaniu szczegółowej analizy – skieruje do Trybunału Konstytucyjnego wniosek o rozstrzygnięcie powstałego sporu prawnego – uzupełnił wypowiedź szefa rzecznik rządu Piotr Müller.
Tyle, że w orzeczeniu TSUE stało jak byk, że klamka zapadła i skoro Polska jest członkiem UE, to żaden TK nie ma tu już nic do gadania. „Chociaż organizacja wymiaru sprawiedliwości należy do kompetencji państw członkowskich UE, to mają one obowiązek dotrzymywać zobowiązań wynikających dla nich z prawa Unii” – zaznaczył przecież TSUE.
Za premierem poszli politycy PiS. Jęli na wyprzódki opowiadać głupoty, w które wierzyć mogą tylko ignoranci lub wyznawcy partii w Polsce rządzącej.
– Zaskakujące jest, że Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej Izbę Dyscyplinarną traktuje jako tylko tę zajmującą się sprawami sędziowskimi. Nasuwa mi się taka prosta konkluzja, że Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej podobnie jak Komisja Wenecka przeistoczyły się w związek zawodowy sędziów w Europie – powiedział poseł PiS Włodzimierz Bernacki. – Dbają przede wszystkim o to, aby zabezpieczyć interesy jednej grupy zawodowej, w tym wypadku sędziów – dodał.
– Kwestia organizacji sądownictwa to wyłączna kompetencja państwa członkowskiego. Dlatego wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej ws. Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego jest absolutnie niezrozumiały i łamie unijne prawo – poszła na całość w Polskim Radiu 24 Beata Kempa, eurodeputowana PiS.
Mówiła też, że Izba Dyscyplinarna SN decyzję TSUE chce skierować do Trybunału Konstytucyjnego, bo teraz to właśnie na barkach TK będzie spoczywać rozstrzygnięcie sporu, który wyniknął w związku z orzeczeniem TSUE. I standardem pisowskim powołała się na Niemcy.
– Podobnie sytuacja wyglądała w Niemczech. To tamtejszy Trybunał Konstytucyjny orzekł jednoznacznie, że niemiecka konstytucja stoi w tym zakresie nad prawem UE – zaznaczyła Beata Kempa.
Wywód kończyła tym, że Polska nie przyjmuje do wiadomości orzeczenia TSUE jako takiego, które należy natychmiast wykonywać.
– Dlatego, że TSUE został wprowadzony w błąd lub świadomie chce wchodzić w gry polityczne.
„Postanowienie TSUE ma wymiar symboliczny. Niezależnie od brutalnego wejścia w polski porządek prawny, trudno nie dostrzec czasu wydania” – to z kolei twitterowa reakcja wiceministra sprawiedliwości Michała Wójcika.
Inny wiceminister sprawiedliwości Sebastian Kaleta też się odezwał na Twitterze i uznał, że TSUE „uzurpuje sobie kompetencje, których nikt temu trybunałowi nie przekazał”.
– Oznacza to, że mielibyśmy jako Polska słuchać się rozkazów UE w sytuacji, gdy wcześniej jako Polska nie pozwoliliśmy UE wydawać sobie takich rozkazów. To nie wygląda mi na zasadę lojalnej współpracy – mówił potem w materiale wideo Kaleta. Dodając, że „sprawa jest rozwojowa – na pewno będziemy bronili polskiej suwerenności”.
– Z koronawirusem UE nie potrafi sobie poradzić, ale żeby Polskę pogrillować oczywiście, zawsze znajdzie się czas i środki – Kaleta nie odmówił sobie niekompetentnego komentarza.
– Dobrze, że premier ogłosił, iż Trybunał Konstytucyjny będzie również zajmował się sprawą tego postanowienia. Zatem ta sprawa będzie miała swój dalszy bieg, ale raczej w tym organie, zgodnie z polskim porządkiem konstytucyjnym – zakończył swój aeuropejski wywód wiceszef polskiej sprawiedliwości.
Rzecznik rządu Piotr Müller też rzucił kolejne co nieco.
– Zgodnie z konstytucją to TK jest „sądem ostatniego słowa” w zakresie badania zgodności poszczególnych aktów prawa w ramach określonej w konstytucji hierarchii źródeł prawa i to TK powinien rozstrzygnąć powstały spór – uznał Piotr Müller i stwierdził, że oczekiwanie, że rząd „zamrozi” część Sądu Najwyższego, albo „zawiesi w czynnościach” określonych sędziów, „byłoby bardzo poważnym naruszeniem zasady niezawisłości sędziowskiej, złamaniem zasady trójpodziału władzy i naruszeniem Konstytucji”.
Niepytany przez nikogo Przemysław Czarnek, poseł Prawa i Sprawiedliwości, też popisywał się euroignorancją, uznając, że decyzja TSUE jest „fundamentalnie sprzeczna z praworządnością i kompromituje UE”.
– To jest uzurpacja kompetencji do wkraczania w wewnętrzne materie państw członkowskich. To haniebna decyzja Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, nie mająca żadnych podstaw prawnych w traktatach unijnych – gardłował Czarnek. Według niego, „wykonanie tego rodzaju decyzji TSUE, byłoby pogwałceniem polskiej konstytucji”.
Najdelikatniej obeszła się z postanowieniem następna wiceminister sprawiedliwości Anna Dalkowska. Podkreśliła ledwie, że TSUE odniósł się jedynie do funkcjonowania Izby Dyscyplinarnej SN w zakresie postępowań dyscyplinarnych sędziów.
Taki chór prominentnych polityków obozu władzy wskazywałby, że w Unii Europejskiej już nie jesteśmy. „Financial Times” znalazł jednak dowód na to, że nie tylko z powodu niebrania pod uwagę najwyższego trybunału unijnego. Brytyjska gazeta wykazała, że poza Europą stawiają nas forsowane bez kampanii wyborczej wybory prezydenckie.
„To niepotrzebne szaleństwo mówi wiele o politycznej celowości PiS i jego pogardzie dla demokratycznych norm” – stwierdził brytyjski dziennik.
„Financial Times”uznał, że tak Jarosław Kaczyński, jak i węgierski premier Viktor Orban, wykorzystują kryzys wywołany koronawirusem, by umocnić swoją pozycję w kraju. Najciekawszą jednak konstatacją „Financial Times” jest zwrócenie uwagi na brak stanowczej reakcji i krytyki któregokolwiek z krajów członkowskich Unii Europejskiej wobec działań w Polsce i na Węgrzech. Brytyjskie pismo stwierdza wprost, że kraje członkowskie UE nie mogą wzruszać ramionami, gdy podejmowane są decyzje sprzeczne z zasadami, na których opiera się zjednoczona Europa.
I chyba tu jest klucz do wszystkiego. Próby rozmów z rządem PiS w wydaniu Komisji Europejskiej i naiwna wiara w dobre intencje Morawieckiego – doprowadziły do tego co jest, czyli Polski poza Unią. Nikt w Europie nie zdobył się na to, żeby Kaczyńskiemu i Dudzie powiedzieć, że przeprowadzone bez kampanii w warunkach epidemii wybory, Europa uzna za nieważne. I żaden kraj nie zaprosi nieuznawanego za prezydenta, faceta, który w takich wyborach wygra.
Pewnie takiej deklaracji PiS by się nie przestraszył, ale Andrzejowi Dudzie byłoby głupio być z powodu niezapraszania za granicę na czteroletniej, krajowej kwarantannie.

Unia podzielona

Jednym z największych zagrożeń dla przyszłości Unii Europejskiej są olbrzymie podziały między krajami członkowskimi.

Wysoki poziom nierówności regionalnych stanowi zagrożenie dla stabilności UE i przeszkodę dla rozwoju poszczególnych krajów. Trudno też o spójną politykę unijną, skoro skala nierówności w poziomie rozwoju jest tak duża.

Nierówności nie znikają

Kilka dni temu Europejski Urząd Statystyczny przedstawił dane na temat poziomu PKB na mieszkańca w 2018 roku przy uwzględnieniu różnic w cenach. Okazuje się, że różnice wciąż są znaczne i niestety od lat utrzymują się na bardzo wysokim poziomie.

Zgodnie z nowymi danymi Eurostatu średnia dla całej Unii Europejskiej w 2018 roku wynosiła 30200 euro na osobę (już bez Wielkiej Brytanii). Największy poziom PKB w UE był w: Luksemburgu – 263 proc. średniej unijnej, Irlandii – 191 proc., Holandii – 130 proc., Danii – 129 proc., Austrii – 128 proc. i w Niemczech – 123 proc.. Najmniejszy PKB na osobę miały: Bułgaria – 51 proc., Chorwacja – 63 proc., Rumunia – 66 proc., Łotwa i Grecja – po 69 proc. oraz Węgry i Polska – po 71 proc.

Krezusi i biedacy

Najbogatszym regionem UE w 2018 roku był Luksemburg – 263 proc. średniej unijnej, irlandzki Region Południowy – 225 proc., irlandzki Eastern & Midland – 210 proc., region brukselski – 203 proc., Hamburg – 197 proc., Praga – 192 proc.. Najbiedniejszym regionem był francuski Mayotte – zaledwie 30 proc. średniej oraz bułgarskie regiony Północnozachodni – 34 proc., Północno-Centralny – 35 proc. i Południowo-Centralny – 36 proc.

Polska też nierówna

Wśród najbiedniejszych regionów znalazł się też polski makroregion wschodni (obejmujący województwa lubelskie, podkarpackie i podlaskie), którego PKB w 2018 roku stanowił zaledwie 49 proc. średniej. Po przeciwnej stronie znalazł się makroregion województwo mazowieckie – 114 proc., z czego Warszawa – aż 156 proc. średniej. Istnieją więc olbrzymie nierówności nie tylko między państwami, ale nawet w obrębie poszczególnych krajów.

Nierówności podkopują UE?

Jak wskazuje Eurostat, w 2018 roku 57 regionów UE, w których mieszkało 21 proc. mieszkańców UE, miało PKB na mieszkańca równe lub niższe niż 67 proc. średniej UE. Ich udział w unijnym PKB stanowił tylko 12 proc.. Z drugiej strony 39 regionów UE, w których mieszkało 20 proc. mieszkańców UE, miało PKB na mieszkańca równe lub wyższe niż 128 proc. średniej UE. Ich udział w PKB UE stanowił aż 32 proc.

Powyższe dane pokazują, że Unia wciąż jest bardzo zróżnicowana w poziomie rozwoju. Unii zagrażają nie tylko eurosceptycy i nacjonaliści, ale też nierówności między poszczególnymi regionami. Na ubóstwie całych regionów eurosceptycy zresztą z powodzeniem żerują, przekonując mieszkańców, że gdyby tylko opuścić wspólnotę i znowu mieć własne państwo narodowe (najlepiej bez mniejszości i z ograniczonymi prawami kobiet), to złe czasy odeszłyby do historii. Nic to, że sami eurosceptycy doskonale wiedzą, że sprawa nie jest tak banalnie prosta.

Władze największych krajów UE, w tym Polski (tak! jesteśmy wśród największych, o czym często zapominamy!), powinny pamiętać o tym, że Unii potrzeba pogłębionej integracji, a zarazem polityki opartej na solidarności i zrównoważonym rozwoju całej wspólnoty.

Miliardy na zieloną transformację

Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen przedstawiła 14 stycznia w Strasburgu wielki plan inwestycyjny, który ma przekonać Polskę do zaakceptowania celu europejskiej „neutralności węglowej” w 2050 r. Przypomnijmy, że Polska ten cel odrzuciła w czasie grudniowego szczytu Unii, ze względu na gospodarcze i społeczne koszty takiej transformacji energetycznej. Rzeczywiście, będzie ona bardzo droga.

Von der Leyen zaraz po objęciu sterów Komisji ogłosiła, że ochrona klimatu będzie jej priorytetem. W Brukseli policzono, że należałoby wydawać 260 miliardów euro rocznie w ciągu najbliższych 10 lat, by zrealizować „Zielony pakt” niemieckiej przewodniczącej, w postaci zaproponowanej w grudniu. Potem obniżono nieco poprzeczkę – tysiąc miliardów (bilion) ma wystarczyć na najbliższe dziesięciolecie, żeby ograniczyć do minimum emisję gazów cieplarnianych w Europie.

Na razie Bruksela ma rozwiązania częściowe tak gigantycznego finansowania. Sam Fundusz Sprawiedliwej Transformacji, który ma pomóc regionom mocno uzależnionym od węgla (głównie Niemcom i Polsce) to raptem 7,5 miliardów w latach 2021-27, lecz na cel główny pójdzie ok. 10 miliardów rocznie dzięki „mechanizmowi sprawiedliwej transformacji”, tj. montażowi finansowemu, na który złożą się pieniądze Unii i pożyczki Europejskiego Banku Inwestycyjnego. Do tego dojdzie finansowanie z innych budżetów (jak transportowy czy rolny) i ze źródeł prywatnych.

Teoretycznie Polska ma dostać na „zielone” inwestycje najwięcej pieniędzy, jeśli nie liczyć Niemiec. Finansowanie nowych technologii oraz pomoc regionom związanym z górnictwem węglowym, jak np. zmiana zawodu górników, kształcenie itp. ma pomóc w transformacji, która zmierza w kierunku wykorzystania energii jądrowej, co jednak jeszcze nie zostało zdecydowane.

Nowa, wspaniała umowa

„Mamy wspaniałą, nową umowę, która oddaje nam kontrolę” – napisał po zakończeniu negocjacji z UE na Twitterze brytyjski premier Boris Johnson.

Entuzjastyczne informacje premiera Johnsona potwierdził główny unijny negocjator brexitu Michel Barnier. „Osiągnęliśmy porozumienie uczciwe, rozsądne i odpowiadające naszym zasadom” – oświadczył. Porozumienie pochwalił także szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker.
Porozumienie zakłada, że Irlandia Północna formalnie będzie w obszarze celnym Wielkiej Brytanii, w praktyce jednak pozostanie w unii celnej z UE, czyli jej lądowa granica z Republiką Irlandii będzie funkcjonować tak, jak dotychczas.
Entuzjazm wokół zakończenia negocjacji może jednak okazać się przedwczesny, bo musi być ono zatwierdzone: przez szczyt UE – z czym, wobec opinii głównych unijnych negocjatorów i akceptacji na poziomie eksperckim, przypuszczalnie nie będzie problemu, podobnie jak z przyjęciem go przez Parlament Europejski, ale także przez brytyjski parlament, a tu może być dużo trudniej. Podpisawszy poprzednie porozumienie poprzedniczka premiera Johnsona Theresa May także ogłosiła sukces, a następnie przez kilka miesięcy nie zdołała przekonać brytyjskich parlamentarzystów aby je zaakceptowali, co skończyło się jej dymisją. Boris Johnson w relacjach z Izbą Gmin, choć rozgrywa sprawę w zupełnie innym, dużo brutalniejszym, niemal pokerowym – żeby nie powiedzieć bokserskim – stylu, jak dotąd nie odniósł wielkich sukcesów. Przegrał wszystkie głosowania w Izbie Gmin i na skutek odejścia grupy swoich parlamentarzystów zdołał utracić w niej większość. Jeśli do tego dodać przegraną przed Sądem Najwyższym sprawę o legalność zawieszenia parlamentu i wprowadzenie w błąd królowej, trudno to uznać za pasmo sukcesów, jakkolwiek przyznać trzeba, że jeśli przy tym wszystkim nadal utrzymuje funkcję szefa rządu i inicjatywę rozgrywającego sprawę brexitu, to duże osiągnięcie. Czy to jednak oznacza, że tym razem, pod presją czasu i straszenia „bezumownym” brexitem przekona Izbę Gmin?
Sceptycznie na nowe porozumienie patrzy irlandzka Demokratyczna Partia Unionistów – niewielki, ale ważny koalicjant torysów, którego sprzeciw miał kluczowe znaczenie dla wywrócenia negocjacji prowadzonych przez premier May w ubiegłym roku. Może dziś pozycja unionistów nie jest aż tak kluczowa, bo większość konserwatyści w Izbie Gmin i tak już utracili i wiadomo, że zbliżają się nowe wybory, niemniej jednak w głosowaniu nad porozumieniem ich głosy będą się liczyć.
Nie podziela entuzjazmu premiera Johnsona także przywódca najsilniejszej partii opozycyjnej – Partii Pracy. Jeremy Corbyn, który już wcześniej wypowiadał się o morskich kontrolach i przesunięciu granicy celnej na Morze Irlandzkie z dużą rezerwą, komentując doniesienia o zawarciu porozumienia, stwierdził że wygląda ono gorzej niż układ premier May. Jednak nie należy zapominać, że kwestia brexitu stworzyła w brytyjskiej polityce podziały przebiegające w poprzek (przynajmniej głównych) partii politycznych i ich parlamentarnych reprezentacji, więc nie można z góry zakładać, że wszyscy labourzyści zagłosują zgodnie z dyscypliną, tym bardziej, że już podczas niedawnej konwencji Partii Pracy bardzo trudno było im wypracować wspólne stanowisko i poparcie dla linii Jeremy’ego Corbyna. Z drugiej wszakże strony niepewne jest także stanowisko nastawionych na „twardy” brexit konserwatywnych hardlinerów, do tej pory popierających Johnsona.
Porozumienie trafi pod obrady Izby Gmin najprawdopodobniej podczas specjalnej sesji zaplanowanej na sobotę.

Polskie sny o Zachodzie

Czyli po co powstała Unia Europejska.

Jest to jedna z cech charakterystycznych polskiej polityki: każda opcja polityczna ma swój własny mit Zachodu, splot wyobrażeń na jego temat i jego „wiodącą ideę”, którymi straszy, uwodzi, albo jedno i drugie.
Konserwatywna, katolicko-narodowa prawica straszy płynącym stamtąd rozkładem naszej cywilizacji (łacińskiej, chrześcijańskiej). Gender, feminizm, LGBT+, „marksizm kulturowy” – te sprawy. Pomija przy tym fakt, że cywilizacja łacińska/chrześcijańska też przyszła do nas z Zachodu, nie jest żadnym naszym własnym, polskim wytworem, ba, nie wydaliśmy nawet jednego znaczącego chrześcijańskiego teologa. „Liberałowie” (w Polsce nigdy bez cudzysłowu!) wręcz przeciwnie – do Zachodu czują się przywiązani, ale pogrążeni w dziwnej neurozie raz twierdzą, że jesteśmy już jego częścią (bo „obalili komunizm” i mogą jeździć bezwizowo do Berlina, Paryża i Madrytu), a innym razem, że wciąż trzeba to udowadniać i zdawać z tej zachodniości egzamin.
Zachód „liberałów” i jego krytyki
Ponieważ to „liberałowie”, z ich klasową arogancją i odklejeniem się od rzeczywistości, ponoszą odpowiedzialność zarówno za dojście PiS do władzy, jak i za niemalejące do dzisiaj poparcie dla partii rządzącej (są problemem, którego PiS jest symptomem, a ich krytyka PiS bije kolejne rekordy żenady), lewicowi politycy i publicyści w ostatnich, przedwyborczych miesiącach, trafnie wzięli na celownik hipokryzję i wybiórczość mitu Zachodu wyznawanego i sprzedawanego przez to środowisko. „Liberałowie” postrzegają siebie jako w pełni zintegrowanych z wartościami Zachodu, a jednak nie decydują się nawet na elementarne minimum przyzwoitości w zakresie reprodukcyjnych praw kobiet czy praw mniejszości seksualnych, które na Zachodzie Europy są oczywistością.
A jednak podejście do ekonomii charakteryzuje ich równie dobrze. Polscy „liberałowie” fantazjują bowiem o nadgonieniu przez Polskę odległości, która nas dzieli od poziomu życia w zachodniej Europie, z pominięciem kluczowych czynników, które ten poziom zbudowały i jeszcze jako tako utrzymują. Nie chcą nawet słyszeć o sieci zabezpieczeń („socjalu”), uzwiązkowienia gospodarek, usług publicznych i finansującej je daleko posuniętej progresji podatkowej. Co świadczy o rozwoju ekonomicznym Europy Zachodniej i było warunkiem możliwości zapewnienia przezeń tak długo wysokiego poziomu życia, im kojarzy się tylko z „roszczeniowcami”, „komuną”, „krępowaniem przedsiębiorców”, tych świętych naszych czasów. Funkcjonują w jakiejś dziwnej czasoprzestrzeni, w której lata 90. XX wieku są wielkim dniem świstaka i ideologicznie nigdy się nie skończyły, Allan Greenspan nigdy nie złożył swojej słynnej samokrytyki, a Leszek Balcerowicz ze swoimi farmazonami wciąż jest poważnym i poważanym ekonomistą.
Wszyscy czytaliśmy trochę takich antyliberalnych polemik. Podobną argumentację słyszymy także z ust lewicowych polityczek i polityków. Celowo nie przywołuję nazwisk i przykładów, żeby nie antagonizować autorów czy polityczek, którzy czynią to, kierując się najlepszymi intencjami.
Zachód lewicy
Ta linia argumentacji, owszem, jest retorycznie dobra, kiedy mówimy do „liberałów”, na ich terytorium, kopiemy do ich bramki. Kiedy chcemy im odbić głos jakiegoś przyzwoitego człowieka, który się pomiędzy nich biograficznym zbiegiem okoliczności zaplątał. Niemniej jednak większość polemik w tym nurcie ukazuje się w mediach lewicowych lub centrolewicowych, a czasem nawet po prostu na Facebooku, gdzie krążą przede wszystkim pośród ludzi już mniej lub bardziej do lewicowych argumentów przekonanych. Nawet w takich kontekstach niepokojąco rzadko ta linia argumentacji opatrzona jest asteryskami, adnotacjami, brzegowymi zastrzeżeniami, jakimikolwiek „ale” do prezentowanego w niej opisu zachodniej Europy. Co niestety każe podejrzewać, że niepokojąco często, mówiąc o Zachodzie, polska lewica niebezpiecznie często recytuje własne wyznanie wiary, niż opisuje realnie istniejący Zachód (Europy).
Neoliberalizm i jego dogmaty zostały w ostatnich latach ostatecznie skompromitowane? Yes but no. Tak, na ulicy, wśród tzw. zwykłych ludzi; na poważnych uniwersytetach i wśród intelektualistów; na łamach prestiżowej prasy (już nie tylko w niszowych bastionach lewicy). Czasem nawet w telewizji, choć np. w BBC to raczej w programach satyrycznych („The Daily Mash” zrobił np. znakomity segment ostro jadący po tym, że „polityka zaciskania pasa się skończyła”), a w publicystyce głównie w programach, w których do panelu zaproszonych jest wystarczająco wielu gości, żeby znalazło się wśród nich miejsce dla rapera Akali, przebojowej Ash Sarkar lub Johna McDonnella. Cały szkopuł w tym, że po kryzysie finansowym 2008 neoliberalizm stracił swoją społeczną legitymizację, nikt nie wierzy już w to, co neoliberałowie wygadują – ale nie stracili oni nic ze swojej władzy. Kapłani neoliberalizmu wciąż okupują zachodnioeuropejskie ministerstwa finansów i gospodarki oraz banki centralne, w tym najważniejszy z nich, Europejski Bank Centralny.
Zachód prawdziwy
W Wielkiej Brytanii polityka zaciskania pasa według oficjalnych statystyk zabiła co najmniej 120 tysięcy ludzi, którym utrudniła dostęp do wymaganej opieki medycznej, pozbawiła zasiłków, pozbawiła dachu nad głową. Rząd w Londynie do dzisiaj polityki zaciskania pasa nie zarzucił, pomimo potępiającego raportu opublikowanego przez wysłannika Organizacji Narodów Zjednoczonych. W strefie euro elity finansowe i przemysłowe (głównie niemieckie) wykorzystały kryzys ekonomiczny do tego, by społeczeństwom południowego pasa kontynentu dokręcić jeszcze bardziej neoliberalną śrubę, w pierwszej kolejności pokazowo zarzynając Grecję. Berlin do dzisiaj nie zdjął Atenom buta z gardła. Jedynym społeczeństwem Eurozony, któremu udało się wywinąć narzucanej przez Berlin neoliberalnej polityce zaciskania pasa, jest malutka, położona na najdalszej krawędzi kontynentu Portugalia, która miała szczęście, że w tym sam samym czasie, w znacznie większym, ważniejszym ekonomicznie kraju ówczesny jego premier David Cameron zmajstrował Brexit, co odwróciło uwagę eurokratów. Ale nawet Portugalia może się jeszcze przekonać, że to czas jedynie pożyczony.
„Ostateczna kompromitacja neoliberalizmu na Zachodzie” w związku z kryzysem, który zaczął się w 2008 roku, nie była na tyle ostateczna, żeby odsunąć neoliberałów od władzy. Wręcz przeciwnie, neoliberałowie wykorzystali kryzys, by przyssać się do władzy jeszcze mocniej i nie dbać już nawet o pozory demokratycznej legitymizacji. Antyspołeczne reformy prezydenta Emmanuela Macrona we Francji, władcy neoliberalnego par excellence, już prawie rok wywołują tydzień w tydzień protesty, które paraliżują duże miasta w kraju. Nic nie jest jednak w stanie zmusić króla Manu do abdykacji albo zmiany kierunku. To dlatego, że nie mają już demokratycznej legitymizacji, by się bronić przed gniewem ludu, neoliberałowie rozbudowują aparat represji, prężą muskuły policji, demontują mechanizmy obrony wolności osobistych i politycznych (katalońscy więźniowie polityczni w Hiszpanii, krwawe pacyfikacje protestów we Francji, masowe szpiegowanie społeczeństwa w Wielkiej Brytanii).
Dobrze jest w celach polemicznych wytykać „liberałom” wszystko, co przegapili z wydarzeń ostatniej dekady i z ekonomii w ogóle. Ale bezkrytycznie powtarzając, że „na Zachodzie neoliberalizm jest w odwrocie”, a niezachwiane tamtejsze państwo opiekuńcze tylko czeka także na nas, Polaków, tylko się okłamujemy. Neoliberałowie trzymają się w Europie mocno. Państwo opiekuńcze, przykrawane po trochu od kilkudziesięciu lat, od dekady podlega wznowionej, coraz silniejszej ofensywie z ich strony. Jego pełzający demontaż postępuje nawet w Szwecji, „matce państw opiekuńczych”. Okłamywanie się, że jest inaczej – że wystarczy tylko przyłączyć się do zachodnich trendów, by wreszcie przeszczepić dobrobyt również do Polski – nie pomoże nam stawić czoła rzeczywistości.
Źródło mitu
Rozmawialiście kiedyś ze zwolennikami Emmanuela Macrona? Ale takimi prawdziwymi, co głosowali na niego z przekonania, a nie ze strachu przed Marine Le Pen? Macrona, bo jego jeszcze tak niedawno neoliberalne „skrajne centrum” prezentowało jako swoją nadzieję na tchnięcie w projekt europejski nowego życia. Ja rozmawiałem. To są ludzie, którzy nierzadko naprawdę nie znają nikogo, kto by popierał „żółte kamizelki”. Nie potrafią sobie wyobrazić, co może tymi ludźmi kierować. „Przecież reformy są konieczne”. Kiedy patrzą na wschodnioeuropejskie państwa Unii Europejskiej, to nie myślą o tym, jak to będzie wspaniale, kiedy te społeczeństwa dorównają wreszcie do zachodnich płac, poziomów uzwiązkowienia i zabezpieczeń socjalnych. Oni na Europę Wschodnią patrzą z zazdrością – na łatwość, z jaką tam można zwalniać na ludzi; na niskie koszty, po jakich można zatrudniać nawet personel wysoko wykształcony; na zniszczone i bezsilne związki zawodowe, które prawie nigdy nie strajkują. Oni nie chcą, by Europa Wschodnia dorównała Zachodniej. Oni chcą, by Zachodnia równała do Wschodniej. Kiedy polska lewica wyobraża sobie, że w Unii Europejskiej chodziło o to, żeby na całym kontynencie podnieść poziom i jakość życia do tego, jaki znają mieszkańcy Holandii czy Niemiec, zachodnioeuropejscy neoliberałowie à la Macron, którzy bynajmniej nie odeszli do historii, marzą raczej o tym, żeby całą Europę przekształcić na podobieństwo dzikiego kapitalizmu zaprowadzonego w latach 90. XX wieku w poddanej terapii szokowej Europie Wschodniej.
Jestem przekonany, że problem mitu Zachodu, jaki wciąż panuje w Polsce na lewicy, ma swoje źródło w kolosalnym nieporozumieniu. Polska lewica wyobraża sobie do dzisiaj, że Unię Europejską założono z pobudek wyłącznie idealistycznych i uniwersalistycznych – żeby nie było więcej wojny w Europie, żebyśmy się wszyscy rozumieli, żyli bliżej, „w jednej wielkiej europejskiej rodzinie”, w rosnącym wszędzie dostatku. Fakt, że jest to instytucja neoliberalna, traktują jako jej – by tak rzec – przygodną, tymczasową właściwość. W neoliberalnych czasach, „jedna wielka europejska rodzina” też się stała neoliberalna, bo taki był polityczny i ekonomiczny klimat.
Jest to jednak, niestety, pomieszanie przyczyn ze skutkami. To, że Europa jest dzisiaj tak neoliberalnym miejscem; to, że neoliberalny reżim akumulacji kapitału jest do dziś tak trudny do naruszenia, a nawet wciąż czyni postępy, pomimo iż od dekady nie ma już żadnej społecznej legitymizacji – jest właśnie wytworem Unii Europejskiej, jej instytucji, jej regulacji, jej wspólnej waluty. Żadna wartość nie podlega w Europie większej ochronie niż wolność cyrkulacji kapitału i neoliberalna konkurencja. To UE uczyniła nasz kontynent takim miejscem i niestrudzenie czyni go takim z każdym rokiem coraz bardziej. Najwyższy czas, byśmy jako lewica dorośli do faktu, że skoro tak to wygląda, to być może od początku o to przede wszystkim chodziło. Wszystkie inne – bardziej idealistyczne, uniwersalistyczne użytki z integracji europejskiej – wydarzyły się przy okazji, dla ściemy (żeby na „projekt europejski” złapać także lewicę), a czasem wręcz na przekór głównemu celowi całego tego przedsięwzięcia.
Polska jest jednym z ostatnich miejsc w Europie, w których organiczny związek między Unią Europejską i neoliberalizmem pozostaje wciąż do odkrycia dla większości lewicy. Jak to ujmuje np. brytyjski dziennikarz i eseista Richard Seymour, Unia Europejska powstała jako forum, na którym poszczególne narodowe burżuazje uzgodnią wspólne ramy dla neoliberalnego reżimu akumulacji kapitału w taki sposób, żeby później przedstawić je poszczególnym swoim społeczeństwom jako „siłę wyższą”, znaki czasu, rzeczy, z którymi nie da się dyskutować, a przez to wyłączane, jedna po drugiej, poza demokratyczną kontrolę. Wchodząc głębiej w szczegóły, europejski Zachód (państwa założycielskie wspólnot europejskich) pełnił tu rolę architekta rozwiązań, a przyłączające się później państwa południowych i wschodnich peryferii kontynentu – uczniów, którzy mieli się wykazać, dobrze je wdrażając. Neoliberalne spustoszenie mści się teraz wszędzie rosnącą w siłę skrajną i populistyczną prawicą. Polska lewica tymczasem – jej ogromna część – wydaje się do dzisiaj pogrążona w śnie, w którym Unia Europejska, jej rozwinięty Zachód, jest ratunkiem od obu demonów przez nią samą rozpędzonych: neoliberalizmu i skrajnej/populistycznej prawicy.

Frontex na cenzurowanym

Frontex, agencja Unii Europejskiej, która ma pilnować jej zewnętrznych granic, została oskarżona przez kilka europejskich mediów śledczych o tolerowanie traktowania migrantów jak podludzi przez lokalnych funkcjonariuszy i o systematyczne łamanie praw człowieka podczas deportacji, która sama praktykuje. Siedzibą Frontexu jest Warszawa: padła stąd odpowiedź, że do tej pory nie było skarg, ale agencja zbada te zarzuty.

Wspólne śledztwo portalu śledczego Correctiv, brytyjskiego dziennika The Guardian i kanału niemieckiej telewizji ARD oparło się w znacznej części na setkach wewnętrznych dokumentów Frontexu: wszystkie doniesienia o przemocy wobec migrantów były regularnie odkładane na bok bez żadnych konsekwencji i śledztw. Dziennikarze zarzucają Frontexowi tolerowanie niegodnego postępowania szczególnie bułgarskiej, węgierskiej i greckiej straży granicznej, które ścigają osoby ubiegające się o azyl z użyciem psów, stosują gazy i brutalną przemoc przy odpychaniu ludzi od granicy.
Zdaniem oskarżycieli, Frontex mógłby wycofywać swój personel, a nie robiąc tego staje się wspólnikiem licznych przestępstw. Warszawska agencja odpowiedziała, że mogłaby się wycofywać, ale nie ma żadnej władzy nad lokalnymi strażami granicznymi ani możliwości prowadzenia śledztw. W Brukseli reakcja była nieco bardziej konkretna: rzeczniczka Komisji Europejskiej Mina Andreewa zapowiedziała, że śledztwo jednak będzie i że „zostaną wyciągnięte konsekwencje”, jeśli zarzuty mediów okażą się prawdziwe. „Nie zaakceptujemy żadnej formy przemocy, czy złego traktowania migrantów” – mówiła Andreewa.
Z dokumentów Frontexu wynika, że funkcjonariusze agencji deportowali samotnych nieletnich (co jest bezprawne), albo wstrzykiwali środki nasenne deportowanym dorosłym, których wydalano mimo, że złożyli prośby o azyl. Frontex dysponuje tysiącem agentów, razem z rezerwą to ok. 2,5 tys. ludzi. Od 2016 r. ich kompetencje są rozszerzone. Asystują głównie przy rejestracji i ustalaniu tożsamości migrantów, ale prowadzą też regionalne operacje mające na celu ograniczenie imigracji do Europy.

Optymizm Borisa

Poczynając od swojego przemówienia w Izbie Gmin nowy premier Wielkiej Brytanii wręcz tryska pomysłami i optymizmem. Brexit nie napawa go obawami. Wręcz przeciwnie.

Znając Borisa Johnsona i jego poglądy, trudno poczuć się zaskoczonym. Ale poziom jego beztroskiego optymizmu zupełnie poraża. Choć szef rządu przyznaje, że chce renegocjować umowę brexitową podpisaną przez jego poprzedniczkę Theresę May, do której pomimo usiłowań i namów nie potrafiła przekonać Izby Gmin, to nawet i brexit „twardy”, czyli bezumowny nie napawa go obawami.
To, co dla większości analityków jest zagrożeniem i otwarciem drzwi kryzysowi gospodarczemu, odpływowi kapitału, wzrostowi cen, a nawet brakom niektórych towarów, które Zjednoczone Królestwo będzie musiało importować z Europy, a które po jego wyjściu z unii celnej będą znacznie droższe – to w jego perspektywie „wielka okazja” – tak przynajmniej oświadczył podczas wystąpienia w manchesterze. Jego zdaniem na taką okoliczność kraj jest „przygotowany lepiej niż wielu się wydaje” i zapowiadał okres prosperity. Nazwał opuszczenie UE przez Wielką Brytanię „wielką okazją gospodarczą”, która pozwoli zmienić przepisy, podatki, uruchomić inwestycje, a nawet ożywić budownictwo mieszkaniowe. Zapowiedział także ożywienie w dawnych ośrodkach przemysłowych, takich jak właśnie Manchester, zaniedbywanych przez poprzednie ekipy. „Zdaję sobie sprawę, że ludzie którzy głosowali za wyjściem z UE, nie głosowali tylko przeciw Brukseli, głosowali też przeciw Londynowi i przeciw wszelkiej koncentracji władzy w odległych centrach – powiedział.
Kto ma być teraz głównym partnerem gospodarczym królestwa też wiadomo. Chyba pierwszą zapowiedzią złożoną przez Johnsona po objęciu funkcji premiera było poinformowanie, że zaraz po brexicie rozpoczną się rozmowy na temat umowy gospodarczej ze Stanami Zjednoczonymi. Z prezydentem Donaldem Trumpem Johnson rozumie się znacznie lepiej niż Theresa May, ale czy zgoda we wszystkim, co tylko sojusznik zza oceanu proponuje to wystarczający warunek? W gruncie rzeczy to sprawa osobistych sympatii, ale pod rządami Theresy May Wielka Brytania także prowadziła politykę amerykańską, może co najwyżej wykazując lekki dystans do sprawy Iranu i umowy nuklearnej, ale i to stopniowo się zmieniało, a stanowisko Londynu wobec sankcji stało się bardzo bliskie waszyngtońskiego – do tego stopnia, że oba kraje wzajemnie zajmują sobie tankowce.
Wobec tego co najważniejsze w przewidywalnym okresie – czyli brexitu – nie wydaje się, żeby po stronie unijnej była jakakolwiek wola zmiany stanowiska. Przewodniczący KE Jean-Claude Juncker w rozmowie telefonicznej z Johnsonem po raz kolejny stwierdził, że umowa o wyjściu Zjednoczonego Królestwa z UE, uzgodniona przez w listopadzie 2018 r. jest najlepszą i jedyną możliwą umową ze Wspólnotą. Tez zaś uważa ją za nieakceptowalną, zwłaszcza w odniesieniu do tzw. mechanizmu awaryjnego, czyli prowizji pozwalającej, aby granica między Irlandią Północną a Republiką Irlandii nie była granicą celną UE. W konsekwencji by to oznaczało, że cała Wielka Brytania w praktyce mogłaby prowadzić wymianę handlową z UE w obrębie jednej przestrzeni celnej. Rozbieżności dotyczą także finansowych zobowiązań brytyjskich wobec Unii – kalkulacja Brukseli i Londynu także różnią się w tej mierze. A że na kolejne odkładanie brexitu nie zanosi się już zdecydowanie wskazuje też fakt, że Boris Johnson nie zamierza proponować kandydata do Komisji Europejskiej.