Nowa, wspaniała umowa

„Mamy wspaniałą, nową umowę, która oddaje nam kontrolę” – napisał po zakończeniu negocjacji z UE na Twitterze brytyjski premier Boris Johnson.

Entuzjastyczne informacje premiera Johnsona potwierdził główny unijny negocjator brexitu Michel Barnier. „Osiągnęliśmy porozumienie uczciwe, rozsądne i odpowiadające naszym zasadom” – oświadczył. Porozumienie pochwalił także szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker.
Porozumienie zakłada, że Irlandia Północna formalnie będzie w obszarze celnym Wielkiej Brytanii, w praktyce jednak pozostanie w unii celnej z UE, czyli jej lądowa granica z Republiką Irlandii będzie funkcjonować tak, jak dotychczas.
Entuzjazm wokół zakończenia negocjacji może jednak okazać się przedwczesny, bo musi być ono zatwierdzone: przez szczyt UE – z czym, wobec opinii głównych unijnych negocjatorów i akceptacji na poziomie eksperckim, przypuszczalnie nie będzie problemu, podobnie jak z przyjęciem go przez Parlament Europejski, ale także przez brytyjski parlament, a tu może być dużo trudniej. Podpisawszy poprzednie porozumienie poprzedniczka premiera Johnsona Theresa May także ogłosiła sukces, a następnie przez kilka miesięcy nie zdołała przekonać brytyjskich parlamentarzystów aby je zaakceptowali, co skończyło się jej dymisją. Boris Johnson w relacjach z Izbą Gmin, choć rozgrywa sprawę w zupełnie innym, dużo brutalniejszym, niemal pokerowym – żeby nie powiedzieć bokserskim – stylu, jak dotąd nie odniósł wielkich sukcesów. Przegrał wszystkie głosowania w Izbie Gmin i na skutek odejścia grupy swoich parlamentarzystów zdołał utracić w niej większość. Jeśli do tego dodać przegraną przed Sądem Najwyższym sprawę o legalność zawieszenia parlamentu i wprowadzenie w błąd królowej, trudno to uznać za pasmo sukcesów, jakkolwiek przyznać trzeba, że jeśli przy tym wszystkim nadal utrzymuje funkcję szefa rządu i inicjatywę rozgrywającego sprawę brexitu, to duże osiągnięcie. Czy to jednak oznacza, że tym razem, pod presją czasu i straszenia „bezumownym” brexitem przekona Izbę Gmin?
Sceptycznie na nowe porozumienie patrzy irlandzka Demokratyczna Partia Unionistów – niewielki, ale ważny koalicjant torysów, którego sprzeciw miał kluczowe znaczenie dla wywrócenia negocjacji prowadzonych przez premier May w ubiegłym roku. Może dziś pozycja unionistów nie jest aż tak kluczowa, bo większość konserwatyści w Izbie Gmin i tak już utracili i wiadomo, że zbliżają się nowe wybory, niemniej jednak w głosowaniu nad porozumieniem ich głosy będą się liczyć.
Nie podziela entuzjazmu premiera Johnsona także przywódca najsilniejszej partii opozycyjnej – Partii Pracy. Jeremy Corbyn, który już wcześniej wypowiadał się o morskich kontrolach i przesunięciu granicy celnej na Morze Irlandzkie z dużą rezerwą, komentując doniesienia o zawarciu porozumienia, stwierdził że wygląda ono gorzej niż układ premier May. Jednak nie należy zapominać, że kwestia brexitu stworzyła w brytyjskiej polityce podziały przebiegające w poprzek (przynajmniej głównych) partii politycznych i ich parlamentarnych reprezentacji, więc nie można z góry zakładać, że wszyscy labourzyści zagłosują zgodnie z dyscypliną, tym bardziej, że już podczas niedawnej konwencji Partii Pracy bardzo trudno było im wypracować wspólne stanowisko i poparcie dla linii Jeremy’ego Corbyna. Z drugiej wszakże strony niepewne jest także stanowisko nastawionych na „twardy” brexit konserwatywnych hardlinerów, do tej pory popierających Johnsona.
Porozumienie trafi pod obrady Izby Gmin najprawdopodobniej podczas specjalnej sesji zaplanowanej na sobotę.

Polskie sny o Zachodzie

Czyli po co powstała Unia Europejska.

Jest to jedna z cech charakterystycznych polskiej polityki: każda opcja polityczna ma swój własny mit Zachodu, splot wyobrażeń na jego temat i jego „wiodącą ideę”, którymi straszy, uwodzi, albo jedno i drugie.
Konserwatywna, katolicko-narodowa prawica straszy płynącym stamtąd rozkładem naszej cywilizacji (łacińskiej, chrześcijańskiej). Gender, feminizm, LGBT+, „marksizm kulturowy” – te sprawy. Pomija przy tym fakt, że cywilizacja łacińska/chrześcijańska też przyszła do nas z Zachodu, nie jest żadnym naszym własnym, polskim wytworem, ba, nie wydaliśmy nawet jednego znaczącego chrześcijańskiego teologa. „Liberałowie” (w Polsce nigdy bez cudzysłowu!) wręcz przeciwnie – do Zachodu czują się przywiązani, ale pogrążeni w dziwnej neurozie raz twierdzą, że jesteśmy już jego częścią (bo „obalili komunizm” i mogą jeździć bezwizowo do Berlina, Paryża i Madrytu), a innym razem, że wciąż trzeba to udowadniać i zdawać z tej zachodniości egzamin.
Zachód „liberałów” i jego krytyki
Ponieważ to „liberałowie”, z ich klasową arogancją i odklejeniem się od rzeczywistości, ponoszą odpowiedzialność zarówno za dojście PiS do władzy, jak i za niemalejące do dzisiaj poparcie dla partii rządzącej (są problemem, którego PiS jest symptomem, a ich krytyka PiS bije kolejne rekordy żenady), lewicowi politycy i publicyści w ostatnich, przedwyborczych miesiącach, trafnie wzięli na celownik hipokryzję i wybiórczość mitu Zachodu wyznawanego i sprzedawanego przez to środowisko. „Liberałowie” postrzegają siebie jako w pełni zintegrowanych z wartościami Zachodu, a jednak nie decydują się nawet na elementarne minimum przyzwoitości w zakresie reprodukcyjnych praw kobiet czy praw mniejszości seksualnych, które na Zachodzie Europy są oczywistością.
A jednak podejście do ekonomii charakteryzuje ich równie dobrze. Polscy „liberałowie” fantazjują bowiem o nadgonieniu przez Polskę odległości, która nas dzieli od poziomu życia w zachodniej Europie, z pominięciem kluczowych czynników, które ten poziom zbudowały i jeszcze jako tako utrzymują. Nie chcą nawet słyszeć o sieci zabezpieczeń („socjalu”), uzwiązkowienia gospodarek, usług publicznych i finansującej je daleko posuniętej progresji podatkowej. Co świadczy o rozwoju ekonomicznym Europy Zachodniej i było warunkiem możliwości zapewnienia przezeń tak długo wysokiego poziomu życia, im kojarzy się tylko z „roszczeniowcami”, „komuną”, „krępowaniem przedsiębiorców”, tych świętych naszych czasów. Funkcjonują w jakiejś dziwnej czasoprzestrzeni, w której lata 90. XX wieku są wielkim dniem świstaka i ideologicznie nigdy się nie skończyły, Allan Greenspan nigdy nie złożył swojej słynnej samokrytyki, a Leszek Balcerowicz ze swoimi farmazonami wciąż jest poważnym i poważanym ekonomistą.
Wszyscy czytaliśmy trochę takich antyliberalnych polemik. Podobną argumentację słyszymy także z ust lewicowych polityczek i polityków. Celowo nie przywołuję nazwisk i przykładów, żeby nie antagonizować autorów czy polityczek, którzy czynią to, kierując się najlepszymi intencjami.
Zachód lewicy
Ta linia argumentacji, owszem, jest retorycznie dobra, kiedy mówimy do „liberałów”, na ich terytorium, kopiemy do ich bramki. Kiedy chcemy im odbić głos jakiegoś przyzwoitego człowieka, który się pomiędzy nich biograficznym zbiegiem okoliczności zaplątał. Niemniej jednak większość polemik w tym nurcie ukazuje się w mediach lewicowych lub centrolewicowych, a czasem nawet po prostu na Facebooku, gdzie krążą przede wszystkim pośród ludzi już mniej lub bardziej do lewicowych argumentów przekonanych. Nawet w takich kontekstach niepokojąco rzadko ta linia argumentacji opatrzona jest asteryskami, adnotacjami, brzegowymi zastrzeżeniami, jakimikolwiek „ale” do prezentowanego w niej opisu zachodniej Europy. Co niestety każe podejrzewać, że niepokojąco często, mówiąc o Zachodzie, polska lewica niebezpiecznie często recytuje własne wyznanie wiary, niż opisuje realnie istniejący Zachód (Europy).
Neoliberalizm i jego dogmaty zostały w ostatnich latach ostatecznie skompromitowane? Yes but no. Tak, na ulicy, wśród tzw. zwykłych ludzi; na poważnych uniwersytetach i wśród intelektualistów; na łamach prestiżowej prasy (już nie tylko w niszowych bastionach lewicy). Czasem nawet w telewizji, choć np. w BBC to raczej w programach satyrycznych („The Daily Mash” zrobił np. znakomity segment ostro jadący po tym, że „polityka zaciskania pasa się skończyła”), a w publicystyce głównie w programach, w których do panelu zaproszonych jest wystarczająco wielu gości, żeby znalazło się wśród nich miejsce dla rapera Akali, przebojowej Ash Sarkar lub Johna McDonnella. Cały szkopuł w tym, że po kryzysie finansowym 2008 neoliberalizm stracił swoją społeczną legitymizację, nikt nie wierzy już w to, co neoliberałowie wygadują – ale nie stracili oni nic ze swojej władzy. Kapłani neoliberalizmu wciąż okupują zachodnioeuropejskie ministerstwa finansów i gospodarki oraz banki centralne, w tym najważniejszy z nich, Europejski Bank Centralny.
Zachód prawdziwy
W Wielkiej Brytanii polityka zaciskania pasa według oficjalnych statystyk zabiła co najmniej 120 tysięcy ludzi, którym utrudniła dostęp do wymaganej opieki medycznej, pozbawiła zasiłków, pozbawiła dachu nad głową. Rząd w Londynie do dzisiaj polityki zaciskania pasa nie zarzucił, pomimo potępiającego raportu opublikowanego przez wysłannika Organizacji Narodów Zjednoczonych. W strefie euro elity finansowe i przemysłowe (głównie niemieckie) wykorzystały kryzys ekonomiczny do tego, by społeczeństwom południowego pasa kontynentu dokręcić jeszcze bardziej neoliberalną śrubę, w pierwszej kolejności pokazowo zarzynając Grecję. Berlin do dzisiaj nie zdjął Atenom buta z gardła. Jedynym społeczeństwem Eurozony, któremu udało się wywinąć narzucanej przez Berlin neoliberalnej polityce zaciskania pasa, jest malutka, położona na najdalszej krawędzi kontynentu Portugalia, która miała szczęście, że w tym sam samym czasie, w znacznie większym, ważniejszym ekonomicznie kraju ówczesny jego premier David Cameron zmajstrował Brexit, co odwróciło uwagę eurokratów. Ale nawet Portugalia może się jeszcze przekonać, że to czas jedynie pożyczony.
„Ostateczna kompromitacja neoliberalizmu na Zachodzie” w związku z kryzysem, który zaczął się w 2008 roku, nie była na tyle ostateczna, żeby odsunąć neoliberałów od władzy. Wręcz przeciwnie, neoliberałowie wykorzystali kryzys, by przyssać się do władzy jeszcze mocniej i nie dbać już nawet o pozory demokratycznej legitymizacji. Antyspołeczne reformy prezydenta Emmanuela Macrona we Francji, władcy neoliberalnego par excellence, już prawie rok wywołują tydzień w tydzień protesty, które paraliżują duże miasta w kraju. Nic nie jest jednak w stanie zmusić króla Manu do abdykacji albo zmiany kierunku. To dlatego, że nie mają już demokratycznej legitymizacji, by się bronić przed gniewem ludu, neoliberałowie rozbudowują aparat represji, prężą muskuły policji, demontują mechanizmy obrony wolności osobistych i politycznych (katalońscy więźniowie polityczni w Hiszpanii, krwawe pacyfikacje protestów we Francji, masowe szpiegowanie społeczeństwa w Wielkiej Brytanii).
Dobrze jest w celach polemicznych wytykać „liberałom” wszystko, co przegapili z wydarzeń ostatniej dekady i z ekonomii w ogóle. Ale bezkrytycznie powtarzając, że „na Zachodzie neoliberalizm jest w odwrocie”, a niezachwiane tamtejsze państwo opiekuńcze tylko czeka także na nas, Polaków, tylko się okłamujemy. Neoliberałowie trzymają się w Europie mocno. Państwo opiekuńcze, przykrawane po trochu od kilkudziesięciu lat, od dekady podlega wznowionej, coraz silniejszej ofensywie z ich strony. Jego pełzający demontaż postępuje nawet w Szwecji, „matce państw opiekuńczych”. Okłamywanie się, że jest inaczej – że wystarczy tylko przyłączyć się do zachodnich trendów, by wreszcie przeszczepić dobrobyt również do Polski – nie pomoże nam stawić czoła rzeczywistości.
Źródło mitu
Rozmawialiście kiedyś ze zwolennikami Emmanuela Macrona? Ale takimi prawdziwymi, co głosowali na niego z przekonania, a nie ze strachu przed Marine Le Pen? Macrona, bo jego jeszcze tak niedawno neoliberalne „skrajne centrum” prezentowało jako swoją nadzieję na tchnięcie w projekt europejski nowego życia. Ja rozmawiałem. To są ludzie, którzy nierzadko naprawdę nie znają nikogo, kto by popierał „żółte kamizelki”. Nie potrafią sobie wyobrazić, co może tymi ludźmi kierować. „Przecież reformy są konieczne”. Kiedy patrzą na wschodnioeuropejskie państwa Unii Europejskiej, to nie myślą o tym, jak to będzie wspaniale, kiedy te społeczeństwa dorównają wreszcie do zachodnich płac, poziomów uzwiązkowienia i zabezpieczeń socjalnych. Oni na Europę Wschodnią patrzą z zazdrością – na łatwość, z jaką tam można zwalniać na ludzi; na niskie koszty, po jakich można zatrudniać nawet personel wysoko wykształcony; na zniszczone i bezsilne związki zawodowe, które prawie nigdy nie strajkują. Oni nie chcą, by Europa Wschodnia dorównała Zachodniej. Oni chcą, by Zachodnia równała do Wschodniej. Kiedy polska lewica wyobraża sobie, że w Unii Europejskiej chodziło o to, żeby na całym kontynencie podnieść poziom i jakość życia do tego, jaki znają mieszkańcy Holandii czy Niemiec, zachodnioeuropejscy neoliberałowie à la Macron, którzy bynajmniej nie odeszli do historii, marzą raczej o tym, żeby całą Europę przekształcić na podobieństwo dzikiego kapitalizmu zaprowadzonego w latach 90. XX wieku w poddanej terapii szokowej Europie Wschodniej.
Jestem przekonany, że problem mitu Zachodu, jaki wciąż panuje w Polsce na lewicy, ma swoje źródło w kolosalnym nieporozumieniu. Polska lewica wyobraża sobie do dzisiaj, że Unię Europejską założono z pobudek wyłącznie idealistycznych i uniwersalistycznych – żeby nie było więcej wojny w Europie, żebyśmy się wszyscy rozumieli, żyli bliżej, „w jednej wielkiej europejskiej rodzinie”, w rosnącym wszędzie dostatku. Fakt, że jest to instytucja neoliberalna, traktują jako jej – by tak rzec – przygodną, tymczasową właściwość. W neoliberalnych czasach, „jedna wielka europejska rodzina” też się stała neoliberalna, bo taki był polityczny i ekonomiczny klimat.
Jest to jednak, niestety, pomieszanie przyczyn ze skutkami. To, że Europa jest dzisiaj tak neoliberalnym miejscem; to, że neoliberalny reżim akumulacji kapitału jest do dziś tak trudny do naruszenia, a nawet wciąż czyni postępy, pomimo iż od dekady nie ma już żadnej społecznej legitymizacji – jest właśnie wytworem Unii Europejskiej, jej instytucji, jej regulacji, jej wspólnej waluty. Żadna wartość nie podlega w Europie większej ochronie niż wolność cyrkulacji kapitału i neoliberalna konkurencja. To UE uczyniła nasz kontynent takim miejscem i niestrudzenie czyni go takim z każdym rokiem coraz bardziej. Najwyższy czas, byśmy jako lewica dorośli do faktu, że skoro tak to wygląda, to być może od początku o to przede wszystkim chodziło. Wszystkie inne – bardziej idealistyczne, uniwersalistyczne użytki z integracji europejskiej – wydarzyły się przy okazji, dla ściemy (żeby na „projekt europejski” złapać także lewicę), a czasem wręcz na przekór głównemu celowi całego tego przedsięwzięcia.
Polska jest jednym z ostatnich miejsc w Europie, w których organiczny związek między Unią Europejską i neoliberalizmem pozostaje wciąż do odkrycia dla większości lewicy. Jak to ujmuje np. brytyjski dziennikarz i eseista Richard Seymour, Unia Europejska powstała jako forum, na którym poszczególne narodowe burżuazje uzgodnią wspólne ramy dla neoliberalnego reżimu akumulacji kapitału w taki sposób, żeby później przedstawić je poszczególnym swoim społeczeństwom jako „siłę wyższą”, znaki czasu, rzeczy, z którymi nie da się dyskutować, a przez to wyłączane, jedna po drugiej, poza demokratyczną kontrolę. Wchodząc głębiej w szczegóły, europejski Zachód (państwa założycielskie wspólnot europejskich) pełnił tu rolę architekta rozwiązań, a przyłączające się później państwa południowych i wschodnich peryferii kontynentu – uczniów, którzy mieli się wykazać, dobrze je wdrażając. Neoliberalne spustoszenie mści się teraz wszędzie rosnącą w siłę skrajną i populistyczną prawicą. Polska lewica tymczasem – jej ogromna część – wydaje się do dzisiaj pogrążona w śnie, w którym Unia Europejska, jej rozwinięty Zachód, jest ratunkiem od obu demonów przez nią samą rozpędzonych: neoliberalizmu i skrajnej/populistycznej prawicy.

Frontex na cenzurowanym

Frontex, agencja Unii Europejskiej, która ma pilnować jej zewnętrznych granic, została oskarżona przez kilka europejskich mediów śledczych o tolerowanie traktowania migrantów jak podludzi przez lokalnych funkcjonariuszy i o systematyczne łamanie praw człowieka podczas deportacji, która sama praktykuje. Siedzibą Frontexu jest Warszawa: padła stąd odpowiedź, że do tej pory nie było skarg, ale agencja zbada te zarzuty.

Wspólne śledztwo portalu śledczego Correctiv, brytyjskiego dziennika The Guardian i kanału niemieckiej telewizji ARD oparło się w znacznej części na setkach wewnętrznych dokumentów Frontexu: wszystkie doniesienia o przemocy wobec migrantów były regularnie odkładane na bok bez żadnych konsekwencji i śledztw. Dziennikarze zarzucają Frontexowi tolerowanie niegodnego postępowania szczególnie bułgarskiej, węgierskiej i greckiej straży granicznej, które ścigają osoby ubiegające się o azyl z użyciem psów, stosują gazy i brutalną przemoc przy odpychaniu ludzi od granicy.
Zdaniem oskarżycieli, Frontex mógłby wycofywać swój personel, a nie robiąc tego staje się wspólnikiem licznych przestępstw. Warszawska agencja odpowiedziała, że mogłaby się wycofywać, ale nie ma żadnej władzy nad lokalnymi strażami granicznymi ani możliwości prowadzenia śledztw. W Brukseli reakcja była nieco bardziej konkretna: rzeczniczka Komisji Europejskiej Mina Andreewa zapowiedziała, że śledztwo jednak będzie i że „zostaną wyciągnięte konsekwencje”, jeśli zarzuty mediów okażą się prawdziwe. „Nie zaakceptujemy żadnej formy przemocy, czy złego traktowania migrantów” – mówiła Andreewa.
Z dokumentów Frontexu wynika, że funkcjonariusze agencji deportowali samotnych nieletnich (co jest bezprawne), albo wstrzykiwali środki nasenne deportowanym dorosłym, których wydalano mimo, że złożyli prośby o azyl. Frontex dysponuje tysiącem agentów, razem z rezerwą to ok. 2,5 tys. ludzi. Od 2016 r. ich kompetencje są rozszerzone. Asystują głównie przy rejestracji i ustalaniu tożsamości migrantów, ale prowadzą też regionalne operacje mające na celu ograniczenie imigracji do Europy.

Optymizm Borisa

Poczynając od swojego przemówienia w Izbie Gmin nowy premier Wielkiej Brytanii wręcz tryska pomysłami i optymizmem. Brexit nie napawa go obawami. Wręcz przeciwnie.

Znając Borisa Johnsona i jego poglądy, trudno poczuć się zaskoczonym. Ale poziom jego beztroskiego optymizmu zupełnie poraża. Choć szef rządu przyznaje, że chce renegocjować umowę brexitową podpisaną przez jego poprzedniczkę Theresę May, do której pomimo usiłowań i namów nie potrafiła przekonać Izby Gmin, to nawet i brexit „twardy”, czyli bezumowny nie napawa go obawami.
To, co dla większości analityków jest zagrożeniem i otwarciem drzwi kryzysowi gospodarczemu, odpływowi kapitału, wzrostowi cen, a nawet brakom niektórych towarów, które Zjednoczone Królestwo będzie musiało importować z Europy, a które po jego wyjściu z unii celnej będą znacznie droższe – to w jego perspektywie „wielka okazja” – tak przynajmniej oświadczył podczas wystąpienia w manchesterze. Jego zdaniem na taką okoliczność kraj jest „przygotowany lepiej niż wielu się wydaje” i zapowiadał okres prosperity. Nazwał opuszczenie UE przez Wielką Brytanię „wielką okazją gospodarczą”, która pozwoli zmienić przepisy, podatki, uruchomić inwestycje, a nawet ożywić budownictwo mieszkaniowe. Zapowiedział także ożywienie w dawnych ośrodkach przemysłowych, takich jak właśnie Manchester, zaniedbywanych przez poprzednie ekipy. „Zdaję sobie sprawę, że ludzie którzy głosowali za wyjściem z UE, nie głosowali tylko przeciw Brukseli, głosowali też przeciw Londynowi i przeciw wszelkiej koncentracji władzy w odległych centrach – powiedział.
Kto ma być teraz głównym partnerem gospodarczym królestwa też wiadomo. Chyba pierwszą zapowiedzią złożoną przez Johnsona po objęciu funkcji premiera było poinformowanie, że zaraz po brexicie rozpoczną się rozmowy na temat umowy gospodarczej ze Stanami Zjednoczonymi. Z prezydentem Donaldem Trumpem Johnson rozumie się znacznie lepiej niż Theresa May, ale czy zgoda we wszystkim, co tylko sojusznik zza oceanu proponuje to wystarczający warunek? W gruncie rzeczy to sprawa osobistych sympatii, ale pod rządami Theresy May Wielka Brytania także prowadziła politykę amerykańską, może co najwyżej wykazując lekki dystans do sprawy Iranu i umowy nuklearnej, ale i to stopniowo się zmieniało, a stanowisko Londynu wobec sankcji stało się bardzo bliskie waszyngtońskiego – do tego stopnia, że oba kraje wzajemnie zajmują sobie tankowce.
Wobec tego co najważniejsze w przewidywalnym okresie – czyli brexitu – nie wydaje się, żeby po stronie unijnej była jakakolwiek wola zmiany stanowiska. Przewodniczący KE Jean-Claude Juncker w rozmowie telefonicznej z Johnsonem po raz kolejny stwierdził, że umowa o wyjściu Zjednoczonego Królestwa z UE, uzgodniona przez w listopadzie 2018 r. jest najlepszą i jedyną możliwą umową ze Wspólnotą. Tez zaś uważa ją za nieakceptowalną, zwłaszcza w odniesieniu do tzw. mechanizmu awaryjnego, czyli prowizji pozwalającej, aby granica między Irlandią Północną a Republiką Irlandii nie była granicą celną UE. W konsekwencji by to oznaczało, że cała Wielka Brytania w praktyce mogłaby prowadzić wymianę handlową z UE w obrębie jednej przestrzeni celnej. Rozbieżności dotyczą także finansowych zobowiązań brytyjskich wobec Unii – kalkulacja Brukseli i Londynu także różnią się w tej mierze. A że na kolejne odkładanie brexitu nie zanosi się już zdecydowanie wskazuje też fakt, że Boris Johnson nie zamierza proponować kandydata do Komisji Europejskiej.

Jest wesoło w Italii

Niedawno było głośno o jednym z doradców Wicepremiera Włoch Matteo Salviniego, Gianluca Savoini w związku z opublikowanym przez portal BuzzFed nagraniem z jego październikowego spotkania z przedstawicielami kremlowskiej grupy biznesu podczas oficjalnej wizyty Salviniego w Moskwie. Według nagrań spotkanie miało na celu wzmocnienie włoskiego ugrupowania Liga, obecnego koalicjanta partii rządzącej Ruchu 5 Gwiazd. Miała paść propozycja, która zakładała przekazanie w tajemnicy około 65 mln dolarów petrodolarów rosyjskich na konto dawnej Ligii Północnej. Byłoby to złamanie prawa włoskiego wykluczającego wsparcie partii środkami inwestorów zagranicznych. Z nagrania wynika, że transakcja miała uwzględniać rosyjskie Rosnieft i Łukoil oraz włoską Eni oraz dwóch pośredników. Z nagrań można zrozumieć, że tzw. „money oli” miał być wykorzystany na kampanię wyborczą do Europarlamentu. Publikacja wywołała ogromne kontrowersje w mediach jak i w Internecie, mimo że o spotkaniu już pisało w lutym br włoski tygodnik L’Espresso. Jak można się domyślić błyskawicznie pojawiło się solidne dementi jak i stanowisko (opublikowane oczywiście w mediach społecznościowych) samego wicepremiera Matteo Salviniego, mówiące o pomówieniu jak i prowokacji. Zadeklarował też że LIGA nie wzięła ani grosza od Rosjan i że będą podjęte odpowiedni środki i pozwy. Swoją drogą, to bardzo ciekawe, że nagranie zostało opublikowane niedługo po wizycie Wladimira Putina w Rzymie podczas której Prezydent Rosji dał dość jasny manifest światopoglądowy, z którego wynika, że bardzo sobie ceni współpracę z półwyspem apenińskim i że w Europie mogą nastąpić zmiany w najbliższym czasie i mogą mieć na imię np. Matteo Salvini. Wcześniej tak mówił o Marine Le Pen co specjalnie nie dziwi, bo Front Narodowy w przeszłości pożyczył 11 mln euro w rosyjskich bankach, a sam Salvini wraz z Le Pen opowiadają się przeciwko sankcjom Unii Europejskiej wobec Rosji.
Nie minęło ledwo kilka dni od publikacji BuzzFed a wypłynęło kolejne nagranie tym razem z wywiadu jakiego Gianluca Savoini udzielił na jednym z kanałów YouTube w 2014 r. Na nagraniu widać jak bohater moskiewskich taśm twierdzi, że to Polacy atakowali Niemców na granicy, przez co siły niemieckie były zmuszone do zbrojnej agresji. I tak właśnie wytłumaczył wybuch II Wojny Światowej (czyżby oglądał przygody Franka Dolasa?).
Generalnie od kilku miesięcy mamy do czynienia z wymianą złośliwości jak i licznymi tarciami na linii Liga M. Salviniego – Ruch 5 Gwiazd Di Maio. Włoskie media coraz częściej spekulują o rozpisaniu wcześniejszych wyborów przez Prezydenta Włoch. Premier Giuseppe Conte regularnie uspakaja społeczeństwo, że nie ma powodów do obaw i raczej nie przewiduje takiego scenariusza.
W międzyczasie zaczęły pojawiać się przesłanki, że Włochy zmierzają w kierunku wschodu i to nawet dalekiego. Po przekazaniu jasnych sygnałów sympatii w kierunku Kremla, doszła też umowa podpisana w marcu Rzymie przez włoskie władze, które jako pierwsze spośród krajów G7 oficjalnie przyłączyły się do inicjatywy gospodarczej znanej jako projekt Pasa i Szlaku. Zgodnie z podpisanym w sobotę przez Xi i włoskiego wicepremiera Luigiego Di Maio memorandum, określającym warunki aż 29 umów bilateralnych, Chińczycy zainwestują we Włoszech ponad 2,5 mld euro.
Niektórzy twierdzą, że wybory mogą się odbyć już jesienią tego roku lub wiosną przyszłego. Gdybym sam miał wskazać termin jeżeli już to prędzej na wiosnę przyszłego roku. To dałoby czas zarówno Prezydentowi Sergio Mattarelli, Partii Demokratycznej, Forza Italia jak i Ruchowi 5 Gwiazd żeby mocniej zaatakować ekipę Matteo Salviniego w nadziei na zmianę trendów sondażowych, bo póki co Liga ma na tyle duże poparcia (wynikająca z prowadzonej retoryki bazującej na narodowym populizmie, że mogliby na jesieni wygrać wybory i utworzyć własny rząd (obecnie mają prawie 38% poparcia). Jednocześnie Ruch 5 Gwiazd jest trochę przyciśnięty do ściany, ponieważ przez drastyczny spadek notować (z 32% do 17%) wcześniejsze wybory oznaczałyby utratę sporej ilości miejsc w parlamencie.
W Paryżu toczyła się narada państw UE na temat migracji, którą zwołał francuski rząd. Wicepremier Matteo Salvini, który w niej nie uczestniczy (za to wysłał delegację włoskiego MSW), przesłał list do ministra spraw wewnętrznych Francji, w którym napisał m.in.: „Włochy nie są już obozem dla uchodźców Brukseli, Paryża, Berlina”. We wspomnianym liście, po raz kolejny, lider dawnej Ligii Północnej podkreślił, że ani Francja, ani Niemcy „nie mogą decydować o polityce migracyjnej, ignorując prośby krajów najbardziej narażonych” na jej skutki, czyli Włoch i Malty.
Wyraźnie widać zmianę w retoryce Salviniego, która dała mu stołek wicepremiera. Kiedyś tłumaczył razem z Umberto Bossim w Brukseli, że północnym regionom jego kraju będzie lepiej bez południa. Na początku hasła Ligi Północnej dotyczyły tylko autonomii północy, później oddzielnego państwa – Padanii. Kiedy to przestało działać i Liga została zmuszona do zmiany strategii na problemy pojawili się nowy wróg, już nie południowy mieszkaniec Włoch czy reprezentujący establishment Rzym, tylko podmioty zupełnie nowe do nienawidzenia – imigranci i Bruksela. Salvini po przejęciu sterów postanowił przeprowadzić profesjonalny rembranding ugrupowania i dokładnie wiedział jak. Ligę Północną przekształcił w Ligę. Ucięcie drugiego członu otworzyło furtkę na nowy elektorat, tak by partię mogli wspierać mieszkańcy całego kraju. W programie nie ma już ani słowa o odłączaniu bogatej północy od biednego południa. Co więcej, Salvini publicznie przeprosił wyborców tamtej części kraju. Teraz w jedności widzi szansę na przetrwanie Włoch.
Nie można odmówić wicepremierowi Włoch odmówić wyczucia chwili, bo doskonale poczuł nastroje społeczne i właśnie na nich bazował swoje hasła, dzięki czemu zmontował poparcie i regularnie nakręca nowe słupki sondażowe. Pytanie na ile mu to wystarczy i czy któregoś dnia nos go nie zawiedzie? Póki co Bruksela pokazała mu miejsce w szeregu nie dając nikomu z Ligii ani jednego stanowiska w komisjach Parlamentu Europejskiego, a koalicjant oficjalnie poparł kandydaturę Ursuli von der Leyen na szefową Komisji Europejskiej, kiedy Liga była jedynym ugrupowaniem wchodzącym w skład europejskiego rządu, które otwarcie zagłosowało we wtorek przeciwko. Jak można się domyślić wynikły z tego kolejne awantury za zamkniętymi drzwiami Pałacu Montecitorio – siedziba parlamentu włoskiego, miejsca które widziało różne dziwactwa polityczne i możliwe że zdążył się do tego przyzwyczaić.

Radocha

Elity z prowincjonalnych kraików mają uciechę, że Europa pokazała prowincjonalnej Polce gdzie jej miejsce.

Nie ma nic bardziej prowincjonalnego, zakompleksionego i wiernopoddańczego wobec Zachodu niż taka reakcja. Oczywiście, strona opozycyjna nie ma obowiązku wspierać Szydło – to byłby bezrefleksyjny, niski nacjonalizm. Ale fiksowanie się na tym, że „hurra, Szydło ograna!”, kiedy ograne zostają peryferie to bezrefleksyjny, niski i frajerski okcydentalizm. Opozycja nie potrafi grać kartą europejskości, bo czerpie dziwną rozkosz z tego, gdy Zachód uczy nas bycia cywilizowanymi, wprowadza sankcje, pisze o nas negatywne komentarze, nie daje nam stanowisk i pieniędzy, żeby nas ukarać.
T en sadomasochizm jest szkodliwy, bo odtwarza kuratelę centrum nad peryferiami. Ale dla elit kompradorskich korzystny i wygodny, bo z obsługiwaniu bata europejskości wynoszą dla siebie partykularne korzyści.
Swoją drogą, z dwojga złego wolę jako komisarza polityczkę, która wprowadziła jako premier 500+ niż byłą wicepremier, która jest zdania, że „za 6 tysięcy złotych to pracuje tylko idiota albo złodziej”. Tym bardziej, że ta pierwsza kandydowała na nie tak istotną funkcję komisarza w Parlamencie Europejskim, a ta druga wylądowała w Komisji Europejskiej.

Bigos tygodniowy

Poseł Krzysztof Brejza porównał ceny niektórych podstawowych produktów spożywczych z 2015 roku z cenami z 2019 roku. Według dokonanego przez niego zestawienia, w ciągu ostatnich czterech lat chleb podrożał o 1 zł (z 2 do 3 zł), masło o 4,5 zł (z 4,5 do 9 zł), jaja o 2 zł (z 5 do 7 zł za 10 sztuk), cebula o 4 zł (z 1,5 do 5,5 zł za kilogram), pietruszka o 20 zł (3 do 23 zł za kilogram),schab o 6 zł (z 16 do 22 zł za kg.). Bez wątpienia mamy do czynienia z początkami pełzającej drożyzny. Czy beneficjenci 500 plus zauważyli, że straciło już ono na wartości co najmniej 10 procent?

*****
Wiceminister nauki Andrzej Stanisławek (lekarz z Lublina), to pierwszy od niepamiętnych czasów polityk zabity jak mucha – gazetą. Po tym jak wypalił lekkomyślnie z tą edukacją za granicą, którą sobie mogą sprokurować ci uczniowie, co nie dostaną się do wymarzonych szkół, spadły na niego gromy, więc podał się do dymisji. W Polsce polityk, aby być zabity gazetą, musi jednak tego chcieć, czyli być „człowiekiem honoru”. Teraz Stanisławek znów będzie tylko prostym senatorem. „Na dnie z honorem lec” – jak brzmi deklaracja z honorowej pieśni polskiej marynarki wojennej.

*****
Jarosław Gowin twierdzi – w trybie ostrzeżenia wewnętrznego – że dwa bloki opozycyjne mogą pokonać PiS. Inni twierdzą, że tylko jeden blok może tego dokonać. Diabeł by tego nie rozebrał, a politolodzy i politycy wyrażają rozbieżne opinie. Ja bym się zwrócił o wyliczenia do Marka Borowskiego. Bo ten ma głowę nie od parady, głowę jak komputer. Jakkolwiek by nie było: jeden czy dwa bloki – postawa PSL to kurestwo obrotowe (nie dotyczy wszystkich działaczy, np. nie dotyczy posłanki Urszuli Pasławskiej, liderki liberalnego skrzydła we władkowym gospodarstwie)

*****
PiS zrezygnowało z kryterium dochodowego na 500 plus, ale do identycznego zasiłku dla niepełnosprawnych już je zastosowało. Czyni to okropne wrażenie. By otrzymać pięć stówek, niepełnosprawny musi żyć na odpowiednim poziomie biedy, a zdrowy jak rydz miliarder otrzyma je na dziecko ot tak, na pstryk.

*****
W kurii radomskiej wykryto kolejnego klechę pedofila, niejakiego Sikorskiego. Był to kapłan zaangażowany w podziemie solidarnościowe i także w trybie podziemnym (czyli tajnym) miał bzykać dzieci. Słowem – podziemny kapłan i podziemny pedofil. Jednak póki co – temat pedofilii wyciszył się.

*****
Dwaj panowie M, czyli Macierewicz i Misiewicz zamierzają podać do sądu Patryka Vegę pod pretekstem, że w jego filmie „Polityka”, którego premiera spodziewana jest na wrzesień, są pokazani w sposób szyderczy i oszczerczy. „Miś” żąda miliona złotych odszkodowania i wstrzymania emisji filmu na czas procesu. Nic nie ugra, bo wystarczy by Vega użył słynnej formuły o „przypadkowych podobieństwach postaci filmowych do postaci rzeczywistych” i cały pozew na nic. Prędki ten „Miś”, ledwie wyszedł z mamra a już chce zostać milionerem.

******
Niesamowity jajcarz z tego Maciera. Jego wyczyny w roli jednoosobowej komisji smoleńskiej, o których opowiadali wezwani posłowie PO, to jaja jak berety, jakby wprost z filmów Barei albo opowiadań Mrożka. N.p. to wypisywanie sobie na poczekaniu legitymacji, w odpowiedzi na żądanie przesłuchiwanego, to normalnie mistrzostwo komedii sytuacyjnej. Antoni wymiata!

*****
Rafał Trzaskowski podjął decyzję, że na żadne oficjalne uroczystości miejskie, także te okołoświąteczne, nie będą zapraszani księża i że w Ratuszu nie będzie żadnych obrzędów religijnych. Nareszcie. Dobry przykład dla innych włodarzy miast.

*****
Grzegorz Schetyna określił podniesienie wieku emerytalnego jako „wielki błąd”. Szkoda, że ważni politycy często najpierw działają a potem myślą. Tak właśnie zrobił w 2012 roku rząd PO-PSL. Owszem, wydłużenie wielu emerytalnego może być rozważane w dalszej przyszłości, ale bez odbierania praw nabytych i zgodnie z zasadą, że prawo nie działa wstecz. Nie w ten sposób w jaki to zrobiono. Teraz znów ekonomista PO Rzońca powiada, że płaca minimalna rośnie za szybko. Gadajcie tak dalej, to doczekacie się latka, jak tatka.

*****
Schetyna stwierdził w rozmowie z radiem rządowym, że nie przewiduje liberalizacji ustawy antyaborcyjnej i jest za zachowaniem tzw. „kompromisu”. Mnie to bardzo utrudni głosowanie na koalicję pod egidą PO. Ciekawe jak na to zareagują: SLD, Wiosna i Inicjatywa Polska, czyli Czarzasty, Biedroń i Nowacka. Dla mnie stosunek do tej kwestii, to poza wszystkim papierek lakmusowy dla odwagi ideowej i odporności na uroszczenia prawolstwa, klerykałów i kleru.

*****
Młody Morawiecki przemawiał na Jasnej Górze. Z dołu wyglądało to tak, jakby stał między dwoma biskupami w wysokich czapach. Mówił, że Polska poprzez rozwój zbliża się do nieba. Młodzież mówi w takich razach: „Wyjebane w kosmos”. Ale temu cezaropapizmowi po polsku kruszeją fundamenty. Działacz katolicki, pomysłodawca „Różańca do granic” Maciej Bodasiński powiada braciom Karnowskim: „Dane są zatrważające. Spada liczba wiernych, młodzieży jest dramatycznie mało. Można nawet powiedzieć, że jedna generacja już opuściła Kościół. Mamy pokoleniową dziurę, którą będzie niezwykle trudno załatać. Spośród młodych Polaków w wieku 16-30 lat do Kościoła chodzi garstka”.

*****
Oto znak naszych debilnych czasów. 230 rocznica zdobycia Bastylii czyli wybuchu Wielkiej Rewolucji Francuskiej a w jednej z głównych telewizji (w tym przypadku jest bez znaczenia w jakiej) zamiast porcyjki elementarnej wiedzy o genezie, przebiegu i następstwach 14 Lipca 1789, kilkuminutowy materiał z wystrzeliwania ogni sztucznych w Paryżu. Zniknął sens historii, zniknęła odrobina namysłu, pozostało durne, hałaśliwe widowisko bez sensu.

*****
Biskup Dec wygłosił na Jasnej Górze pogląd, że kolejną plagą jaka spadła na naród polski po potopie szwedzkim i nawale bolszewickiej jest inwazja neopogańskiego gender z Zachodu, fala neomarksistowska, liberalno-lewacka. Czego jeszcze ten Dec nie wygadywał! Ludzkie pojęcie przechodzi. Nazwał nawet katolicyzm w Polsce prześladowaną religią. Biskup od kultu, który nie od dziś ma się w Polsce jak pączek w maśle!

*****
Już od dziadka z Wehrmachtu wiadomo, że cynizm i spryt Kury jest niebotyczny. Ostatnio zrobił na perłowo i wycyckał grono znanych aktorów nieprzychylnych rządowi. Wpuścił ich mianowicie w maliny czyli w film „Solid Gold”, który ma posłużyć w pisowskiej kampanii.

Pacta conventa pani von der Leyen

W I Rzeczypospolitej elekcyjni królowie, aby zapewnić sobie wybór na polski tron, poczynając od Henryka Walezego podpisywali listy zobowiązań przedstawiane im przez szlachtę. Królowie po elekcji mogli dotrzymywać słowa lub nie, ale zasada podpisywania paktów stanowiła i skuteczne ograniczenie zapędów absolutystycznych i prowadziła do ustanowienia fundamentów szlacheckiej demokracji. Dziś sytuacja z wyborem Ursuli von der Leyen na szefową Komisji Europejskiej zastanawiająco przypomina tę praktykę. I może doprowadzić do podobnych konsekwencji – większej demokratyzacji unijnych struktur.

Kandydatura pani von der Leyen uzgodniona przez Radę Europejską musi jeszcze zostać zaaprobowana przez Parlament Europejski – organ unijny, który pomimo wysokiej rangi nie ma wielkiej mocy panowania nad brukselską administracją. W sytuacjach takich jak obecna jednak od jego decyzji zależy bardzo wiele, bo kandydatura niemieckiej minister obrony, wydawałoby się, że zaaprobowana przez państwa członkowskie UE i niespecjalnie kontrowersyjna, budzi wiele obiekcji i europarlamentarzyści poczuli, że mają w tym momencie nie tylko okazję do strojenia fochów, ale i możliwość wywierania realnej presji. Bo jeśli pani von der Leyen nie zdobędzie absolutnej większości, powstanie pat. A raczej Rada Europejska będzie postawiona w sytuacji, która w grach planszowych nazywa się „back to square one” – czyli powrót na początek trasy: w ciągu 30 dni będzie musiała zostać zaprezentowana nowa kandydatura, co – jak pokazał to przebieg ostatniego szczytu – może wcale nie być łatwe.
Europarlamentarzyści poczuli się zignorowani, bo wskutek braku porozumienia państwa członkowskie nie zaakceptowały żadnego z ich „spitzenkandidaten” – rekomendowanych przez frakcje polityczne propozycji do objęcia funkcji przewodniczącego KE. A formułowanie tych propozycji europosłowie uważają za zwyczajową wprawdzie, ale swoją ważną prerogatywę. I zaczęły się pojawiać obiekcje – cały ich koncert – wyrażane nie tylko z pozycji konkretnych frakcji politycznych, ale i grup narodowościowych w europarlamencie. A to że Pani von der Leyen jest Niemką, a jak wiadomo pozycja Niemiec i ich wpływ na funkcjonowanie europejskich struktur budzi wśród wielu państw obawy. Dodatkowo – gdyby zostałaby wybrana, to Niemcom przypadłoby zdecydowanie dużo w brukselskiej administracji, bo choć żaden przedstawiciel tego kraju nie szefował Komisji od ponad pół wieku, czyli od czasów, gdy Unia Europejska jeszcze nie była Unią Europejską, ale swoją zalążkową formą. Bo też i Niemcy, choć będąc najsilniejszym członkiem Unii lubiły wywierać zawsze na nią wpływ, zawsze jednak starały się nie robić tego w sposób zbyt natarczywie demonstrowany. W gruncie rzeczy nawet objęcie przez Niemkę najważniejszego stanowiska w brukselskiej administracji może te działania utrudnić, bo właśnie pod tym kontem wszelkie jej działania byłyby obserwowane.
Ale to nie dość. Europarlamentarzyści podnoszą, że choć pani von der Leyen jest doświadczoną polityczką, akurat w odniesieniu do UE wielkiego doświadczenia ani kompetencji nie ma, a jej wypowiedzi na istotne tematy są dość ogólnikowe. Co wszakże nie jest argumentem niepodważalnym, bo powiedzmy sobie – jeszcze nie dawno pewnie nie zakładała, że stanie przed takim wyzwaniem. Domysły, że pozwolenie na utrącenie kandydatury Manfreda Webera i forsowanie potem kandydatury Fransa Timmermansa, o którym było wiadomo, że dla wielu państw Unii będzie nie do przełknięcia, było diabolicznym planem kanclerz Angeli Merkel, aby doprowadzić do takiej sytuacji, w której wyciągnie „niespodzianie” niemiecką kandydaturę, na którą wszyscy się zgodzą, można raczej zaliczyć do kategorii teorii spiskowych. Jak się chce w nie wierzyć, można, ale nic nie wskazuje, aby przynajmniej pani von der Leyen miała świadomość, że planowana byłą dla niej taka rola. A funkcjonowania w świecie brukselskiej administracji można się nauczyć, zwłaszcza jak się jest zawodową polityczką.
Frakcje uzależniają swoje poparcie od spełnienia konkretnych warunków i przyjęcia zobowiązań, od których uzależniają poparcie. A kandydatka musi się do nich odnieść. Potrzebuje bowiem minimum 376 głosów, a nie będzie to zadanie łatwe. Przy założeniu, że jej własna frakcja – chadecka Europejska Partia Ludowa (EPP), największa reprezentacja w PE – zagłosuje za jej kandydaturą, da jej to 182 głosy, to jeszcze nie będzie nawet połowa tego, co będzie pani von der Leyen potrzebne.
Socjaldemokraci (S&D) zgłosili swoją listę oczekiwań – wśród nich najmocniej wypunktowano kwestie sankcji za nieprzestrzeganie praworządności „Wśród pierwszych kroków musi znaleźć się propozycja nowego kompleksowego mechanizmu na rzecz praworządności z sankcjami powiązanymi z funduszami Unii Europejskiej, strategia równości i różnorodności, przyjęcie regulacji o przeciwdziałaniu dyskryminacji i realizowanie Konwencji Stambulskiej w sprawie zapobiegania i zwalczania przemocy wobec kobiet i przemocy domowej” – tak zaczyna się ich przedłożona na piśmie lista postulatów. Socjaldemokraci domagają również parytetu 50 proc. dla kobiet w obsadzie stanowisk w UE, osobnego budżetu dla strefy euro, neutralnej klimatycznie gospodarki, zmian zasad głosowania w Radzie Europejskiej, oraz „zakończenia reformy wspólnego europejskiego systemu azylowego opartego na solidarności, wzmocnienia i zwiększenia finansowania na rzecz poszukiwań i ratownictwa, zaproponowania nowych przepisów dotyczących wiz humanitarnych oraz wydania wytycznych w sprawie pomocy humanitarnej”. Po spotkaniu pani von der Leyen z frakcją S&D entorzjamu dla poparcia niemieckiej kandydatki nie było widać. Frakcja liczy 154 deputowanych, więc nawet gdyby zagłosowała na panię von der Leyen, nadal nie zapewni to wystarczającego poparcia. Co więcej – bardzo niechętnie do niej nastawieni są należący do tj frakcji europarlamentarzyści z niemieckiej SDP, którzy zapowiedzieli, że jej za nic nie poprą. Przypomnijmy, że brak zgody koalicyjnego rządu niemieckiego na tę kandydaturę spowodował, że w Radzie Europejskiej kanclerz Merkel musiała wstrzymać się od głosu.
Liberałowie (RE) – trzecia co do wielkości frakcja – licząca 108 deputowanych także postawili warunki, w części podobne do sformułowanych przez socjaldemokratów, w szczególności w odniesieniu do kwestii praworządności, ale także i warunek personalny – zrównanie rangi ich kandydatki na zastępcę szefa KE, Margrethe Vestager, z zajmowaną przez Fransa Timmermansa. Komisja miałaby wtedy dwoje „pierwszych wiceprzewodniczących”, a czegoś takiego jej struktura nie przewiduje. Byłby to zatem warunek trudny do spełnienia, bo wymagający dokonania zmian formalnych.
Stanowisko konserwatystów jest tym bardziej niepewne, bo ich oczekiwania są odmienne. Zwłaszcza polscy i węgierscy europosłowie z tej frakcji naciskaniem na sprawę praworządności zainteresowani nie są, a wręcz przeciwnie.
Spotkania z innymi frakcjami odbywały się bez udziału obserwatorów, ale Zieloni – którzy zresztą oznajmili, że kandydatury nie poprą – zorganizowali je formule otwartej, co faktycznie pozwoliło na lepszy wgląd w proces konsultacji niż tylko poprzez komunikaty frakcji i wypowiedzi ich członków. Faktycznie bowiem wiele wypowiedzi pani von der Leyen brzmiało dość ogólnikowo, ale też pojawiły się deklaracje interesujące. Najbardziej może ta, iż pani von der Leyen wystąpiła z propozycją, iż KE pod jej kierownictwem pozwoli Parlamentowi Europejskiemu na pewien zakres inicjatywy ustawodawczej deklarując, że jeśli będzie wybrana, to zajmie się każdym pomysłem wychodzącym z PE, który uzyska większość absolutną. Brak prawa do inicjatywy ustawodawczej jest tymczasem największą ułomnością określającą pozycję Europarlamentu, sprawiającą iż w praktyce punkt ciężkości przesunięty jest zdecydowanie na korzyść brukselskiej biurokracji. Zrobienie choćby zwyczajowego wyłomu w odniesieniu do tej sprawy pozwoliłoby na dokonanie zmiany naprawdę znaczącej.
Gdyby tak się stało, słabość kandydatury pani von der Leyen i konieczność paktowania z Parlamentem Europejskim mogłaby doprowadzić do znaczącej jakościowej zmiany i zdemokratyzowania działania całego systemu europejskiego, w którym jego przedstawicielski organ, na którego skład mają bezpośrednio wpływ obywatele państw członkowskich, zyskałby większą rolę. A to by była zmiana ze wszech miar pożądana. Nawet jeśli niemiecka kandydatka nie robi wrażenia gotowej do wstrząśnięcia europejskimi strukturami.
Głosowanie odbędzie się we wtorek wieczorem.

Polska, UE i… Afryka

Zarówno w czasie kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego, jak i po wyborach prawicowi politycy i prawicowe media są zaabsorbowane tym, co powinniśmy uzyskać od Unii Europejskiej. Ciągle słyszymy i czytamy zapewnienia jak to europosłowie będą walczyć o pieniądze, które nam się po prostu należą. Tymczasem podstawowym zadaniem zarówno Parlamentu Europejskiego jak i Komisji oraz Rady Europejskiej jest rozpatrywanie wspólnych problemów europejskich.

Od prezentowania naszych potrzeb, oczekiwań i argumentów jest w Brukseli polskie dyplomatyczne przedstawicielstwo przy Unii Europejskiej. Ani polscy europosłowie, ani polscy pracownicy instytucji europejskich nie są upoważnieni do biegania do poszczególnych komórek organizacyjnych w celu interweniowania w sprawach np. dotacji do poszczególnych projektów. Oczywiście w procesie prac nad budżetem i w trakcie późniejszego rozdzielania środków dochodzą do głosu interesy poszczególnych państw. Jest to naturalne.
Europosłowie mówiący ciągle o zdobywaniu pieniędzy dla Polski powinni pamiętać,że te pieniądze nie spadają z nieba. Jak wiadomo są w Unii t.zw. płatnicy netto i beneficjenci, którzy więcej otrzymują, niż wpłacają do wspólnego budżetu. Polska – jak dotychczas – należy do tej drugiej grupy. Nasz pomyślny rozwój gospodarczy, tak głośno a czasami i przesadnie reklamowany przez koła rządowe, to zapowiedź, że – być może – w niedalekiej przyszłości, jako państwo zamożne przejdziemy do grupy płatników netto. Wtedy z naszych pieniędzy będą dofinansowywane inne państwa. Postawy roszczeniowe i głośno wyrażana pazerność chyba nie przygotowują nas do tej zmiany.
W Wielkiej Brytanii zwolennicy t.zw. brexitu głośno mówią o „odzyskaniu suwerenności” i o uwolnieniu się od „dyktatu Brukseli”. Znacznie ciszej mowa jest o pozbyciu się świadczeń finansowych na rzecz Unii. Wielka Brytania jest drugim po Niemczech płatnikiem netto. Brexitowcy nie chcą płacić na innych. Ta niechęć nie jest nowa. Już dawno temu ówczesna premier Margaret Thatcher wytargowała t.zw. brytyjski rabat.
Obecnie brexitowcy nie są skłonni do przyjęcia rozwiązania norweskiego. Norwegia – jak wiadomo – nie należy do Unii, ale płaci za dostęp do jednolitego rynku europejskiego. Norwegia wraz z Islandią i Liechtensteinem należy do Europejskiego Obszaru Gospodarczego. W wymienionych państwach obowązuje około 80 proc. uregulowań prawnych przyjętych w Unii. Zacietrzewieni brexitowcy nie chcą słyszeć o przynależności do Obszaru, gdyż – ich zdaniem – niewiele by to zmieniło w stosunku do stanu obecnego.
Polscy prawicowi politycy i prawicowe media sympatyzują z eurosceptykami w Italii. W tym miejscu godzi się przypomnieć, że Italia, która przez wiele lat była beneficjentem, od 2001 roku jest płatnikiem netto. W roku 2011 włoska wpłata netto wyniosła około 5 miliardów euro. W ostatnich latach kwota ta jest mniejsza .W roku 2016 wyniosła ona około dwa miliardy euro, a w roku następnym – ponad dwa miliardy. Włoscy eurosceptycy chcieliby ten stan rzeczy zmienić. Popieranie ich przez polskich polityków przypomina ucinanie gałęzi na której siedzimy.
Rozpatrywanie wspólnych problemów europejskich wymaga rzetelnej wiedzy o państwach europejskich, a także o innych państwach ważnych dla Europy. Nowo wybrani polscy europosłowie powinni tą wiedzę posiadać, albo ją w szybkim tempie zdobywać. W każdym razie powinni przede wszystkim pracować w Parlamencie Europejskim, a nie zajmować się propagandą w mediach krajowych.
Jednym z najtrudniejszych problemów, którymi zajmują się władze Unii jest żywiołowy napływ imigrantów z Afryki. Wiadomo, że konieczne jest uszczelnianie granic i kontrola antyterrorystyczna. Jednakże dla zredukowania skłonności do migracji konieczne są działania na terenie państw afrykańskich służące polepszaniu ich sytuacji gospodarczej i społecznej. Kluczowe znaczenie ma edukacja w tych państwach. Prof.Bogdan Kalwas jst zdania, że nasze uniwersytety mogą utworzyć ścieżki kształcenia specjalistów, lekarzy, pedagogów, którzy podejmą zadanie edukacyjne w swoich krajach, być może trzeba będzie opłacać jakiś czas ich etaty, drukować podręczniki, pomagać tworzyć platformy internetowe. Pamiętam program „Tysiąc szkół na tysiąclecie” – wybudowaliśmy wtedy w bardzo niezamożnej Polsce około 1300 szkół. Teraz z gospodarką znacznie bardziej rozwiniętą jesteśmy w stanie zbudować 300 szkół w Sudanie Południowym w ciągu 10 lat i wykształcić dla nich nauczycieli. Może pójdziemy tą drogą? („Zdanie” 1-2(180-181)2019 ).
Sądzę, że tą drogą nie powinniśmy iść sami. Konieczne jest energiczne, wspólne działanie państw europejskich. Należy tu wziąć pod uwagę kwestię zapewnienia bezpieczeństwa uczniom, nauczycielom i szkołom. W tym kontekście współpraca z rządami i miejscowymi władzami jest konieczna. Ze strony Unii ptrzebne są działania dyplomatyczne i organizatorskie. Potrzebny będzie podział zadań pomiędzy państwami członkowskimi i harmonizowanie ich realizacji.
Nie można zwlekać, sprawa jest pilna.

Targu dobito

Wiadomo, kto będzie przewodniczył Komisji Europejskiej, Radzie Europejskiej, kto poprowadzi unijną dyplomację, kto będzie przewodniczącym i wiceprzewodniczącymi Parlamentu Europejskiego, kto będzie szefową Europejskiego Banku Centralnego. W Polsce otrąbiono zwycięstwo. Ale czy jest się z czego cieszyć? Czy też czym przejmować?

Szefować KE będzie dotychczasowa niemiecka minister obrony, chadeczka Ursula von der Leyen. Pierwszym wiceprzewodniczącym pozostanie Holender, socjaldemokrata Frans Timmermans, w zablokowanie kandydatury którego na następcę Jean-Claude’a Junckera Polska włożyła tyle wysiłku, stanowisko drugiego wiceprzewodniczącego przypadnie Dunce – Margrethe Vestager – dotychczas unijnej komisarz ds. konkurencji. Na stanowisku szefa unijnej dyplomacji włoską socjalistkę Federikę Mogherini zastąpi socjalista hiszpański – Josep Borell – dotychczas minister spraw zagranicznych swojego kraju. Następcą Donalda Tuska jako przewodniczącego Rady Europejskiej będzie Belg – Charles Michel – dotąd tymczasowy premier Belgii. Europejski Bank Centralny dostanie w swoje ręce Christine Lagarde – bez wątpienia kompetentna w swojej branży i konsekwentna zwolenniczka polityki oszczędności i wspierania instytucji finansowych kosztem społeczeństw, Francuzka Christine Lagarde, od 2011 roku kierująca Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Jej druga, pięcioletnia kończyłaby się za dwa lata.
Na swojego przewodniczącego Parlament Europejski – znając już wyniki tej układanki poczynionej przez brukselski szczyt – wybrał włoskiego socjalistę Davida Sassolego. Polsce „na osłodę” pozostał wybór Ewy Kopacz na wiceprzewodniczącą PE. Jeśli by zatem patrzeć na obsadę kluczowych stanowisk w Unii Europejskiej, ogłoszone w polskich rządowych mediach wielkie zwycięstwo Grupy Wyszehradzkiej, a Polski w szczególności, od którego należałoby zacząć liczyć kalendarz, wypada dość mizernie. Starczy przejrzeć powyżej wyliczone nazwiska, żeby stwierdzić, że reprezentanta środkowo – i wschodnioeuropejskich państw UE nie ma tam żadnego. Wszystkie kluczowe funkcje „zagospodarowała” między sobą zachodnia część bloku. Nawet jeśli udało się zablokować kandydaturę znienawidzonego Timmermansa, przeciwko któremu gardłowała nie tylko Grupa Wyszehradzka, ale również – na planie podziałów partyjnych, a nie państw członkowskich – frakcja chadecka, nie mogąca pogodzić się z oddaniem tego stanowiska socjaliście, podczas gdy oni wygrali wybory do Europarlamentu, a ich „wiodący kandydat” został wyoutowany już w przedbiegach, to i to osiągnięcie nie powala, bo Timmermans nadal będzie w KE osobą numer 2 i polskiemu rządowi da się jeszcze z pewnością we znaki.
A więc znów klęska?
Nie da się ukryć, że Grupa Wyszehradzka została przez Zachód Europy ukarana za mieszanie się w nie swoje sprawy. Francja i Niemcy pokazały jej, kto tu rządzi i rozdaje karty, a jak ktoś to utrudnia i zapomina, że jego rolą jest siedzieć cicho i klaskać, to trzeba mu przypomnieć, gdzie jest jego miejsce. Jeśli patrzy się na to wszystko tylko z właściwej PiS perspektywy postrzegającej Unię przede wszystkim jako organizację suwerennych państw narodowych, tak by to musiało wyglądać. A to nie jest jedyny sposób patrzenia na UE. Bo Bruksela i szczyty unijnej administracji żyją własnym życiem, na poziomie takim, na którym narodowość funkcjonariuszy nie ma aż tak dominującego znaczenia. Bo niezależnie od narodowości ktokolwiek obejmuje mniej lub bardziej znaczącą funkcję w unijnej biurokracji – podobnie jak jest to również w organizacjach Systemu Narodów Zjednoczonych – staje się funkcjonariuszem tej struktury. Prymitywny punkt widzenia, że jak kogoś się wprowadzi w takiej strukturze na to czy inne stanowisko, to on/ona będzie „załatwiać coś” dla swojego kraju nie działa. Tego nie tylko funkcjonariuszowi unijnemu nie wypada. Tego mu nie wolno. Podejrzenie, że ktoś taki uprawia prywatę i forsuje interesy swojego kraju jest jednym z najcięższych zarzutów (poza może korupcyjnymi), jakie mogą dotknąć europejskiego urzędnika. Z tego powodu pracujący w tego rodzaju strukturach urzędnicy, wszystko jedno, jakiego szczebla, od swoich delegacji narodowych starają się trzymać na dystans. Na duży dystans. Dlatego też rozmiarów poniesionej przez wschodnią część UE klęski nie ma też powodu przeceniać.
Analityki i oceny, którymi jesteśmy raczeni przez polityków śmieszą cokolwiek, bo zależnie od okoliczności sprzedaje się nam taką czy inną wykładnię. Jeśli zatem Donald Tusk twierdzi, że wybór Ewy Kopacz na jedną z czternastu wiceprzewodniczących PE (przypomnijmy, że państw członkowskich w UE jest 28, a wkrótce będzie 27, liczba „wice” w PE przypomina cokolwiek autobus z niegdysiejszych dowcipów o Wąchocku, który jest szerszy niż dłuższy, bo wszyscy chcą siedzieć przy kierowcy) to jakiś wielki sukces Polski, to znaczy to tylko tyle, że należy ona do jego frakcji i dlatego jej wybór opakowuje w nimb osiągnięcia, z którego dla Polski miałoby wiele wyniknąć. I tak samo jak on nic dla Polski ze wspomnianych wyżej powodów nie „załatwiał”, bo nie po to tam był, tak i nie będzie pani Kopacz. A jeśli spróbuje – bardzo szybko zostanie przywołana do porządku.
Pewnie dostaniemy także jakieś stanowiska komisarskie – jedno, może dwa – ale tych także jest wiele. Właśnie po to, żeby państwa członkowskie mogły się dobrze poczuć, że niby to „kogoś mają” w Brukseli.
Bez euforii
Jeśli coś może w tym wszystkim martwić, to coś zupełnie innego. Mianowicie to, że na głębsze zmiany w funkcjonowaniu UE i jej biurokratycznej maszynerii nie ma co liczyć. Tak, jak to już uciera się od dawna, europejscy przywódcy preferują bowiem obsadzać kluczowe stanowiska w Unii figurami „bezpiecznymi”, przewidywalnymi, takimi, co do których można mieć pewność, że nie będą wierzgać, nie będą mieć wizji, nie zrobią rewolucji (wszystko jedno pod jaką flagą), nie wstrząsną tą strukturą. Bo takich europejscy przywódcy się po prostu boją. I był właśnie też jeden z powodów, dla którego szefem KE nie został Timmermans – polityk odważny i wyrazisty.
Unia ma być taka jaka jest i nie spędzać im snu z powiek. Jak ciepłe kakao przed snem. I to martwi, bo opcja „więcej tego samego” dla Francji czy Niemiec – które pozostaną „rozdającymi karty”, niezależnie od tego, kto kim będzie osobiście w KE – jest z pewnością wygodna, pozwalająca utrzymać im inicjatywę, co do tego, czy wprowadzać w tym systemie zmiany, jakie i kiedy, jeżeli już, nie wydaje się tym, czego Europa potrzebuje.
Od Traktatu Lizbońskiego upłynęło ponad 12 lat, a świat – tak w obrębie UE, jak i może jeszcze bardziej w jej globalnym otoczeniu – tymczasem poważnie się zmienił. Unia za,oamst reagować na to, zaczyna zaś kostnieć, zaczyna coraz wyraźniej tracić swoją dynamikę, zaczyna kręcić się jak pies za własnym ogonem. W stosunku do zewnętrznych partnerów (mówiąc eufemistycznie; mówiąc konkretnie – rywali) takich jak Stany Zjednoczone, Chiny czy Rosja, nie jest w stanie wypracować koherentnej polityki. Własnych wewnętrznych spraw nie potrafi skutecznie rozwiązywać. I naprawdę potrzebuje kolejnego wstrząsu, jeśli nie ma czekać jej uwiąd. Inaczej grozić jej będzie, że podzieli los wielu różnych inicjatyw i bloków, które w swoim czasie powstawały, ale których czas minął – o czym w wywiadzie dla „DT” przypominał niedawno Włodzimierz Cimoszewicz. Byłaby to dla nas perspektywa bardzo niedobra. I trzeba powiedzieć, że ekipa, która Unię poprowadzi przez najbliższe lata nie robi wrażenia rokującej na przejście UE na kolejny poziom integracji (jak w grze komputerowej, kiedy albo w pewnym momencie z poziomu – powiedzmy – „4” – albo przeskakuje się na poziom „5”, albo gra się kończy), nawet jeśli weźmie się pod uwagę, że pani von der Leyen ma opinię zdecydowanej federalistki. Może decydujący o tym, uznali, że czas na zmianę jeszcze nie przyszedł, ale oby nie skończyło się to zaspaniem gruszek w popiele.