Droga do euro

Lewica nie może wstydliwie chować głowy w piasek, gdy ktoś zapyta o euro w Polsce.

Dziwi mnie słaba reakcja polityków opozycji na apel wystosowany przez Jarosława Kaczyńskiego w sprawie waluty euro w Polsce. „Chodzi o to, żeby wszystkie formacje (…) zagwarantowały, że w Polsce nie będzie wprowadzone euro, zanim Polska nie osiągnie poziomu gospodarczego państw, które leżą na zachód od naszych granic” – mówił prezes PiS. Dodając, że chodzi przede wszystkim o zrównanie się poziomu gospodarczego Polski i Niemiec.
Sprawa jest oczywista. Apel Kaczyńskiego jest pierwszą – tak jasno wyartykułowaną przez prezesa PiS‑u – deklaracją stopniowego wychodzenia Polski z Unii Europejskiej.

Zagrożenie

Jarosław Kaczyński nigdy nie był entuzjastą obecności Polski w Unii Europejskiej. Cofnijmy się do roku 2002. Rząd Leszka Millera był na finiszu negocjacji unijnych. 13 grudnia 2002 roku w Kopenhadze ustalono ostateczne zasady przyjęcia Polski do Wspólnoty. Cztery miesiące później – 16 kwietnia 2003 roku – w Atenach podpisano Traktat akcesyjny.
A Kaczyński? „Wejście Polski do Unii Europejskiej na obecnych warunkach to ryzyko odwrotu od wszystkiego, co było dobre po 1989 roku i zagrożenie dla spraw elementarnych: niepodległości i demokracji” – to jego wypowiedź z okresu, kiedy rząd SLD-PSL dopinał zapisy Traktatu. Po cichu Jarosław Kaczyński liczył, że uda się pozostawić Polskę poza Unią Europejską. Głośno wyartykułował to Roman Giertych – szef Ligi Polskich Rodzin – będącej przeciwnikiem integracji europejskiej. „Mam wrażenie, że Prawo i Sprawiedliwość doszło do wniosku, że w referendum Polacy w większości opowiedzą się przeciwko przystąpieniu Polski do Unii i PiS nie chce znaleźć się w referendum po przegranej stronie” – mówił Giertych na antenie TVP w grudniu 2002 roku.
Gdzie bylibyśmy dzisiaj, gdyby negocjacje akcesyjne prowadziła rządząca w latach 2005-2007 koalicja PiS-LPR-Samoobrona? A telewizja publiczna pod wodzą Kurskiego przez 24 godziny na dobę zohydzała wizję zjednoczonej Europy.

Rok 2060

W ustach polityków wiele jest słów „wytrychów”. Dzięki nim można coś powiedzieć – nie mówiąc nic. Donald Tusk próbował jeszcze określać termin przyjęcia przez Polskę waluty euro. Najpierw miał to być rok 2011. Potem 2012. A później 2015. Dopiero Jacek Rostowski, wicepremier i minister finansów w rządzie PO-PSL, wymyślił uniwersalny „wytrych”. „Do strefy euro Polska wejdzie «w odpowiednim czasie»” – obiecał Rostowski. I tak już pozostało. Gdy zapytamy polityków o polskie euro, slogan Rostowskiego będzie powtarzany wielokrotnie.
W swoim apelu prezes PiS‑u pokusił się jednak o wyznaczenie daty. Warsaw Enterprise Institute opublikował niedawno raport zatytułowany „Bilans Otwarcia”. Przewiduje on, że na dogonienie Niemiec Polska będzie potrzebowała 40 do 45 lat. Czyli według Kaczyńskiego, zamiana złotówek na euro będzie możliwa po 2060 roku. To bardzo wygodne założenie. Bo nawet zaliczany do stosunkowo młodych polityków Robert Biedroń będzie miał wtedy blisko 90 lat.

Głos lewicy

Tematu waluty euro nie unikają politycy lewicy. Choć mimo jasnych deklaracji, w ostatnich latach środowiska lewicowe nie zdołały doprowadzić do szerokiej dyskusji o mapie drogowej prowadzącej Polskę do strefy euro.
„W sytuacji, gdy trwa strukturalny i instytucjonalny kryzys UE, gdy coraz wyraźniej rysuje się scenariusz »Europy dwóch prędkości«, gdy górę bierze nowy nacjonalizm miast nowego pragmatyzmu, wzmocnienie jednego z głównych ogniw procesu, jakim jest projekt wspólnej waluty europejskiej, miałoby fundamentalne znaczenie dla integracji” – pisał Grzegorz Kołodko, wicepremier i minister finansów w rządach SLD.
„Polska powinna niezwłocznie zadeklarować swój zamiar jak najszybszego wejścia do strefy euro. Zdaję sobie sprawę, że to jest proces, który musi potrwać. Jednak taka jednoznaczna deklaracja całkowicie zmieniłaby naszą pozycję w Unii Europejskiej” – to fragment wywiadu Marka Belki, premiera i byłego szefa NBP, dla Dziennika Gazeta Prawna z listopada 2017 roku. „Ludzie, którzy na ekonomii się zupełnie nie znają, powinni unikać wypowiedzi na tematy ekonomiczne o pewnym stopniu komplikacji” – tak skwitował apel Kaczyńskiego Marek Belka parę dni temu.
„Ja chcę, żeby Polska miała euro, bo Europa nie może być Europą dwóch prędkości” – powiedział Włodzimierz Czarzasty, przewodniczący SLD, w „Fakt Opinie” tydzień temu.

Polska sercem

Mówienie „Polska sercem Europy” – to wyłącznie slogan wyborczy nacjonalistów z PiS-u. Za rządów PiS‑u staliśmy się dla Europy marginalnym i częstokroć kłopotliwym sąsiadem. A analogii do części ciała nie wypada mi przywoływać. Unikanie przez polityków prawicy kluczowych tematów dotyczących przyszłości Polski w Unii Europejskiej ten stan marginalizacji będzie pogłębiać.
To fakt: strefa euro nie była w ostatnich latach oazą spokoju. Chociażby ze względu na kłopoty Grecji.
Również przyszłość całej Unii Europejskiej nie jest przesądzona. Być może rosnące w wielu krajach nastroje nacjonalistyczne w połączeniu z populistyczną polityką rządów, doprowadzą do zredukowania znaczenia dzisiejszej Unii. Powróci koncepcja Wspólnoty Węgla i Stali – czyli europejskiej strefy wolnego handlu. Plus ewentualnie ułatwienia na przejściach granicznych między państwami. Tylko tyle miałoby pozostać z wizji Stanów Zjednoczonych Europy? To czarny scenariusz dla państw europejskich, które muszą stawić czoła wyzwaniom światowej globalizacji.
Jeśli jednak Wspólnota Europejska pokona dzisiejsze kłopoty – w co wierzę – dalsza integracja będzie koncentrowała się wokół strefy euro. Ten scenariusz już zaczyna się urzeczywistniać. Szczyt UE z grudnia 2018 roku zaaprobował utworzenie odrębnego budżetu strefy euro. Na początek ma być symbolicznej wielkości, rzędu 50 mld euro na 7 lat. I funkcjonować w ramach wieloletnich ram finansowych całej Unii. Jest prawdopodobnym, że ze środków tego budżetu będą też korzystały państwa należące do systemu ERM II (dawnego „węża walutowego”). Kolejne trzy państwa: Bułgaria, Rumunia i Chorwacja liczą, że jeszcze w tym roku zostaną przyjęte do tej „poczekalni euro”. Wówczas bez wpływu na politykę strefy euro pozostanie jedynie Polska, Węgry i Czechy (oraz Szwecja – ale to zupełnie inna bajka).
A jak w 2060 roku będziemy gotowi na przyjęcie euro… Wówczas może okazać się to już tylko mrzonką. Tak jak dzisiaj chcieli byśmy zostać 52. stanem Ameryki i przejść na dolary. Pamiętajmy, że o zgodzie na przyjęcie kolejnego państwa do strefy euro decydują państwa już należące do tej strefy.

Trzy kroki

Proponuję skupić się na trzech krokach zbliżających Polskę do euro. Pierwszy jest najważniejszy. To odbudowa zaufania Polek i Polaków do wspólnej waluty. Gdy rząd SLD-PSL negocjował przystąpienie Polski do Unii Europejskiej, aż 60 proc. społeczeństwa popierało zamianę złotówek na euro. Później eurosceptycy wrzucili walutę euro do jednego worka wraz z innymi polskimi strachami. Imigrantami. Terrorystami. Gender. Twierdząc, że euro oznaczać musi niekontrolowany wzrost cen i zubożenie społeczeństwa. Co absolutnie nie znajduje potwierdzenia w twardych danych ekonomicznych. Na Słowacji, 3 miesiące po wprowadzeniu waluty euro, wzrost cen wyniósł 0,1 proc. W krajach bałtyckich wahał się w okolicach 1 proc. A obecnie 66 do 86 proc. obywateli tych państw jest zadowolonych z euro.
W Polsce rodzime „strachy” plus sytuacja w niektórych krajach strefy euro zrobiły swoje. Dzisiaj zamianę złotówek na euro popiera zaledwie 1/3 Polaków. Dlatego Sojusz Lewicy Demokratycznej w deklaracji europejskiej zaznaczył, że wprowadzenie waluty euro musi być powiązane z gwarancjami wzrostu płac. Temu między innymi ma służyć dążenie przyszłych europarlamentarzystów lewicy do wprowadzenia europejskiej płacy minimalnej.
Argumentów „za”, dotyczących milionów Polek i Polaków, jest wiele. Ot choćby radykalny spadek kosztów kredytów, również mieszkaniowych. Co do tego, ekonomiści są zgodni.
Drugim krokiem powinno być przystąpienie Polski do Europejskiego Mechanizmu Kursowego (ERM II). Dwuletnie uczestnictwo w ERM II państwa aspirującego do strefy euro jest jednym z czterech podstawowych kryteriów konwergencji, zwanymi też kryteriami z Maastricht. Dwa kryteria: stabilności cen, sytuacji fiskalnej – Polska spełnia. Jest też bliska spełnienia trzeciego – poziomu stóp procentowych. Trzeba pamiętać, że samo uczestnictwo w ERM II nie przesądza o terminie przyjęcia wspólnej waluty. Przykładem jest Dania. Jako jedyne państwo UE (poza Wielką Brytanią), Dania korzysta z klauzuli „opt out”, czyli zgody na bezterminowe pozostawanie poza strefą euro. A jednocześnie od kilku lat korona duńska jest poprzez ERM II powiązana z kursem euro.

Nareszcie

Dopiero po przekonaniu rodaków o słuszności rezygnacji ze złotówek na rzecz euro i odbyciu stażu w ERM II można próbować zrobić krok trzeci. To formalne wystąpienie z wnioskiem do państw Eurolandu oraz dokonanie zmiany polskiej Konstytucji. Zmiany wymaga art. 277, w którym prawo emisji pieniądza musi zostać przekazane z NBP na rzecz Europejskiego Banku Centralnego. Potrzeba głosów 307 posłanek i posłów. Niestety, żaden z sondaży nie daje cienia szansy, by taka większość znalazła się w Sejmie po jesiennych wyborach.
Jeśli opozycja zdoła odsunąć PiS od władzy i stworzyć własny rząd, rozpocznijmy realizację pierwszych dwóch kroków. Jeśli przekonamy większość Polek i Polaków, że euro jest konieczne zarówno dla rozwoju gospodarczego, jak i bezpieczeństwa Polski, w kolejnej kadencji będzie można podjąć starania o zbudowanie większości dla zmiany Konstytucji. To byłaby naprawdę dobra zmiana dla Polski. I jednocześnie zakończenie rozłożonego na lata procesu akcesyjnego do UE.

Nasze miejsce

„Z euro w kieszeni możemy razem z Francją i Niemcami tworzyć trzon decyzyjny w Unii Europejskiej. Tam jest nasze miejsce” – powiedział Marek Belka we wspomnianym wywiadzie dla Dziennika Gazeta Prawna. Te dwa zdania stanowią najlepszą odpowiedź lewicy na apel Kaczyńskiego.

 

Transatlantycka rozbieżność

Unia Europejska zamierza inwestować na Kubie, utrzymywać z Hawaną poprawne stosunki i zdecydowanie nie godzi się na to, by właśnie za to europejskie firmy były karane przez Stany Zjednoczone.

Zaostrza się konflikt dyplomatyczny między USA z UE o stosunek do Kuby, która we przegłosowanej ostatnio przez naród nowej konstytucji podkreśliła przywiązanie do wartości idei socjalistycznych. Spór dotyczy zagranicznych firm inwestujących robiących interesy z Hawaną. Prezydent Donald Trump już w styczniu zapowiedział, a w marcu ponownie podkreślił, że w związku z amerykańskimi sankcjami, jakimi obłożona jest Kuba z powodów politycznych, spółki zagraniczne inwestujące na wyspie rewolucji będą musiały spodziewać się pozwów cywilnych ze strony obywateli Stanów Zjednoczonych. Chodzi głównie o mieszkających w USA spadkobierców zamożnych Kubańczyków, których majątki uspołeczniono po rewolucji w 1959 r.
Trump tym samym zapowiedział powrót do pełnego obowiązywania tzw. ustawy Helmsa-Burtona, która wprowadzona została w 1996 r. i dawała taką możliwość, ale od 1998 r. część jej postanowień uległa zawieszeniu na mocy umowy z krajami europejskimi i Kanadą, która prowadziły i nadal prowadzą z Kubą ożywioną wymianę gospodarczą. Był to krok powodowanych głównie troską o dobre stosunki między tymi państwami a USA. Po cofnięciu tych wyjątków, firmy pochodzące z UE mogą zostać zalane pozwami.
W środę spodziewane jest ogłoszenie przez Sekretarza Stanu USA Mike’a Pompeo nowych sankcji wobec Kuby, Wenezueli i Nikaragui, które dyplomaci Trumpa zaczęli propagandowo nazywać „trójką tyranii”, bo stanowią podstawę oporu wobec próby przywrócenia w Ameryce Łacińskiej hegemonii USA.
Tymczasem we wtorek agencja Reuters ujawniła list szefowej dyplomacji UE Federiki Mogherini i unijnego komisarza ds handlu Cecilii Malmström do Mike’a Pompeo, w którym stanowczo ostrzegają przed dyplomatycznymi i gospodarczymi konsekwencjami karania krajów UE za robienie interesów z Kubą. Waszyngton został przede wszystkim wezwany do zachowania wyjątków w ustawie Helmsa-Burtona.
„Jeżeli tak się nie stanie, UE będzie zmuszona zastosować wszelkie dostępne środki, by chronić swoje interesy, również w porozumieniu z pozostałymi partnerami zagranicznymi”, napisały Mogherini i Malmström. Wyraźnie zaznaczyły, że kraje Unii gotowe są w tej sprawie wszcząć przeciwko Stanom sprawę w ramach Światowej Organizacji Handlu. Uznają plany USA za nie do pogodzenia z prawem międzynarodowym prawem, przede wszystkim ze względu na próbę rozciągnięcia jednostronnych sankcji USA przeciwko Kubie na stronę trzecią.
W liście pada ostrzeżenie, że amerykańskie pozwy cywilne wobec europejskich firm „mogą doprowadzić do błędnego koła roszczeń, które wytworzą klimat nieprzyjazny dla biznesu, nie prowadząc jednocześnie do przywrócenia sprawiedliwości, ani nie wpływając w żaden korzystny sposób na sytuację na Kubie”.
W środę przedstawiciele UE powtórzyli sugestie zawarte w ujawnionym liście.
– Unia Europejska ponownie podkreśla swój sprzeciw wobec eksterytorialnego zastosowania jednostronnie nałożonych sankcji, które uznaje za sprzeczne z prawem międzynarodowym – usłyszeli w Brukseli dziennikarze od jednego z unijnych rzeczników.
Nie wiadomo nic o reakcjach Waszyngtonu na sprzeciw Unii Europejskiej. Prezydent Trump nie miał jednak do tej pory żadnych skrupułów w ostentacyjnym lekceważeniem europejskich partnerów. Najwyraźniej jest też zdeterminowany w kontynuowaniu ataków gospodarczych i politycznych przeciwko Kubie, również z powodu zdecydowanego zaangażowania Hawany po stronie prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro, którego Trump usiłuje obalić.
Bruksela tymczasem planuje rozszerzyć współpracę z Hawaną w ramach Planu na rzecz Zrównoważonego Rozwoju przyjętego przez ONZ, m.in. inwestując równowartość 62 mln dolarów w projekty z zakresu zrównoważonego rolnictwa i sektora energetycznego na Kubie.

Głos lewicy

Podatki, głupcze!

Tymoteusz Kochan komentuje zmiany w podatkach, ogłoszone przez minister Teresę Czerwińską:
PiS jest partią neoliberalną i kolejny raz to potwierdza.
Rząd zamiast zwolnić od podatków najuboższych to wprowadza niższy podatek PIT i zwalnia z podatków osoby do 26 roku życia, które zarabiają do 7 tysięcy złotych (a to już jest w ogóle jakiś patologiczny ageizm). Tym samym budżet naszego kraju poniesie wielomiliardowe straty, podobnie jak przy okazji niższego CIT-u dla małych przedsiębiorstw.
W tym samym czasie ten sam rząd twierdzi, że nie ma środków dla nauczycieli, że nie ma środków na szkolnictwo wyższe, ani na służbę zdrowia. Oczywiście, że nie ma bo woli ciąć i zwijać sferę budżetową, obniżać podatki i kategorycznie odmawia inwestycji w sektor publiczny. Wręcz się go brzydzi!
Już z samych tych prezentów dla małych firm i obniżania PIT-u wystarczyłoby na wszystkie podwyżki dla nauczycieli, a jeszcze dużo by zostało. Przy normalnej progresji i zniesieniu liniowego CIT-u starczyłoby też spokojnie na inne sektory i prawdopodobnie ludzie nie musieliby umierać w kolejce do lekarza.
Tyle, że rząd woli wrzucać pieniądze w dziurawy rynek.
I po prostu kocha prywatę.

Integracja potrzebna od zaraz

Różnica między nami fundamentalna jest taka, że PiS opowiada się za osłabieniem UE. Hasło „Europa ojczyzn” to jest właśnie hasło osłabiania Unii, pozbawienia jej części kompetencji i przywracania tych kompetencji państwom narodowym. Koalicja Europejska uważa, że we współczesnym świecie coraz większej konkurencji ze strony nowych mocarstw gospodarczych potrzebna jest silniejsza integracja europejska.
Podam pani przykład. Jeżeli stać na gruncie stanowiska PiS-u o potrzebie przywracania suwerenności państw narodowych, to to oznacza, że UE np. nie powinna prowadzić wspólnej polityki zagranicznej, bo ta jest wręcz taką elementarną częścią suwerenności, wyrazem suwerenności państwa. Ale w interesie Polski leży, żeby UE miała wspólną politykę zagraniczną, np. wobec Rosji. Ale w interesie innych państw członkowskich będzie to, żeby miała wspólną politykę zagraniczną wobec USA, Chin itd. Więc stanowisko PiS-u jest w moim przekonaniu wewnętrznie głęboko nielogiczne, sprzeczne. I pod tym względem różnimy się fundamentalnie.
Włodzimierz Cimoszewicz o tym, jak polepszyć gospodarcze stosunki Polski z resztą Europy, Źródło: sld.org.pl

SLD przypomina:

Na podstawie Traktatu Akcesyjnego podpisanego w Atenach 16 kwietnia 2003 r., Polska oraz 9 innych państw kandydujących, 1 maja 2004 r. weszło w skład Unii Europejskiej.
W imieniu Rzeczpospolitej Traktat podpisali premier Leszek Miller oraz minister spraw zagranicznych Włodzimierz Cimoszewicz.
Przez te 14 lat Polska pozyskała z unijnego budżetu na czysto blisko 110 mld euro, 4-krotnie zwiększyła eksport, powstało ponad 2,5 mln nowych miejsc pracy, wyraźnie wzrosła siła nabywcza Polek i Polaków.
Jeżeli projekt zjednoczonej Europy ma się rozwijać potrzebna jest dalsza integracja. Jednakże prawa człowieka i bezpieczeństwo socjalne musi iść w parze z demokratyzacją procesów decyzyjnych w UE. Przede wszystkim wzrost gospodarczy nie może być celem Unii Europejskiej samym w sobie, rozwój gospodarki musi służyć budowie państwa opiekuńczego.
W nowej kadencji Parlamentu Europejskiego wprowadzimy: równe rozwiązania socjalne dla wszystkich Europejek i Europejczyków, europejską płacę minimalną, takie same prawa pracownicze w całej UE.
Priorytetami będzie również walka o prawa człowieka i równouprawnienie mniejszości.
Źródło: sld.org.pl

Trójca patriotycznie podniecona

Nie powiodło się nam. Parlament Europejski przyjął, uważany w Polsce za wysoce niekorzystny, tzw. „pakiet mobilności”. Chodzi o kierowców TIR-ów wykonujących przewozy na terenie Unii Europejskiej.

Do tej pory nasze firmy transportowe brylowały na europejskim rynku transportowym. Nie tylko dlatego, że właściciele zainwestowali w super-sprzęt, ale też dlatego, że polscy kierowcy są po prostu tańsi niż ich francuscy, włoscy, niemieccy, czy hiszpańscy koledzy.
Tak było do czasu, gdy PE przyjął dyrektywę
o tzw. pracownikach delegowanych. Bardzo korzystną dla Polaków rozsianych w różnych krajach na tysiącach posad – od prostych, fizycznych, po skomplikowane, którzy na ogół byli wynagradzani gorzej niż pracownicy miejscowi zatrudnieni przy tych samych zajęciach, w takich samych warunkach. Dzięki jednak dyrektywie o pracownikach delegowanych Polacy będą teraz otrzymywali co najmniej płacę minimalną obowiązującą w kraju zatrudnienia. Oczywiście z możliwością jej podnoszenia na takich samych zasadach, które stosowane są wobec miejscowych. Ma to ogromne znaczenie dla wysokości ich zarobków, a także przyszłych emerytur.
No, ale dyrektywa o pracownikach delegowanych wywołała projekt objęcie nią także kierowców obsługujących przewozy międzynarodowe. To sprawa o wiele trudniejsza. Kiedy bowiem kierowca staje się „pracownikiem delegowanym”? Przecież nie w momencie przekroczenia granicy. Jeśli wiezie jakiś towar w eksporcie z Polski do konkretnego kraju, nie jest pracownikiem delegowanym, wykonuje po prostu usługę przewiezienia towaru z miejsca A do miejsca B i wraca.
Jeśli jednak przewozi towary wewnątrz Unii długimi tygodniami nie wracając do Polski, to wtedy, zdaniem części państw unijnych, staje się pracownikiem delegowanym. Nie wykonuje przewozu w te i wewte, tylko jeździ po Europie w tzw. kabotażu. A to oznacza, że powinien otrzymywać stawki takie same, jak pozostali kierowcy europejscy, czyli wyższe niż polskie. Dyrektywa zabrania też nocowania na parkingach, powrót w określonym rytmie do macierzystej bazy w kraju, itp. To oczywiście podniesie koszty polskich firm przewozowych. Mówi się, że od 25 do 30 proc., a tego wiele z nich może nie wytrzymać.
My mówimy więc, że to jest protekcjonizm wymierzony w wolny rynek usług, utrudniający Polakom swobodne konkurowanie, oni zaś mówią, że to jest walka z dumpingiem socjalnym. Kierowca opłacany gorzej, śpiący w samochodzie, a nie w hotelu, mniej kosztuje, co pozwala właścicielom firm transportowych proponować mniejsze stawki przewozowe, czyli grać nie wedle takich samych warunków, jak wszyscy.
Po licznych zawirowaniach i gwałtownych zwrotach akcji doszło wreszcie do głosowania na sesji plenarnej i… przegraliśmy. Teraz możemy już tylko liczyć na wstrzymanie całego procesu w trakcie tzw. trylogu, bo dyrektywa musi być zatwierdzona w trójkącie Parlament Europejski-Rada Europejska-Komisja Europejska. Ostatnia sesja PE, na której pakiet mobilny musiałby być zatwierdzony, przypada na 15-18 kwietnia. Być może więc uda się przeciągnąć sprawę na po wyborach, a wtedy zobaczymy, co będzie. Jeśli nie – klamka zaraz zapadnie. W każdym razie rzecz jest skomplikowana.
My jednak mamy Prawo i Sprawiedliwość
Dla nich nie ma spraw skomplikowanych, a przynajmniej nie ma takich, których nie można wyjaśnić raz, dwa.
Na scenę wkroczyła nieoceniona TVP INFO:
„Głosowanie w PE nad pakietem mobilności pokazało, że PO i szeroko rozumiana Koalicja Europejska nic nie znaczą w Parlamencie Europejskim”.
Autorzy tego stwierdzenia, to europosłowie PiS: Tomasz Poręba, Karol Karski i Ryszard Czarnecki. Ten od „wyprawy madryckiej”, ten od rozkwaszonego melexa na Cyprze i ten pierwszy w dziejach wyrzucony z funkcji wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego… Tuz w tuza!
„Nasza grupa, Europejskich Konserwatystów i Reformatorów – ciągnęli swą rzewną pieśń – protestowała i zgłaszała poprawki, żeby odsunąć raport w czasie, ale nie udało nam się. Największe grupy jak Europejska Partia Ludowa, gdzie jest PO i PSL, i grupa socjalistów, gdzie jest SLD, zdecydowały wbrew prawu i regulaminowi, że te raporty będą procedowane” – syczał zatroskany Poręba, jakby europosłowie SLD, PO i PSL zostawili ich samych na placu boju i nie protestowali.
Korzystając z okazji niekumatym Poręba wyjaśniał przy pomocy łopaty, że szeroko rozumiana Koalicja Europejska w PE działa pod dyktando największych krajów – Niemiec, Francji i Włoch.
Mimo tak bezkompromisowej szarży na wrogów polskich interesów, pisowcy ciągle jednak czuli niedosyt, zmarchy orały ich czoła, ciągle było im mało… Jakby się bali, że kierowcy i właściciele firm przewozowych nie zdają sobie sprawy z ogromu czerwono-zielonej zdrady. Karski (ten od melexa) dodał więc, że i komisarz Bieńkowska (d. PO) też za „ten skandal odpowiada”. Pakietu mobilności wprawdzie nie przygotowywała, ale i nie protestowała, „gdy były przyjmowane rozwiązania niekorzystne dla Polski”.
W tej sytuacji Rychu „Obatel” Czarnecki poszedł już na całość i ujawnił wreszcie, że głosowanie nad pakietem mobilności nie było pierwszym złamaniem unijnego prawa, gdyż pierwszym było bezprawne pozbawienie go funkcji wiceszefa PE. Zdaniem tego wybitnego parlamentarzysty to dowód, że PO nie jest w stanie przekonać swoich niemieckich i francuskich partnerów, żeby głosowali zgodnie z polskim interesem.
Mijanka na zakręcie
Każdy kierowca wie, jak niebezpiecznie bywa, gdy dwa samochody muszą minąć się na zakręcie. A w tym pakiecie mobilności, co i rusz, to jakiś zakręt…
Na przykład różnice interesów…
Czy ktoś słyszał, żeby w tej sprawie wypowiedzieli się kierowcy? Czy oni coś komentują, złorzeczą może?… Nie odnotowano żadnych gwałtownych protestów z ich strony. To może oznaczać, że ich interesy różnią się od interesów właścicieli firm. Co dla właścicieli jest stratą, dla nich jest zyskiem.
„Zakrętów” jest więcej. Niejako po drodze uchwalono bowiem przepisy kompletnie nieżyciowe – np. nakazujące kierowcy nocować w hotelu lub motelu, a nie w kabinie. Tyle, że na parkingach nie ma hoteli, a samochodu żaden kierowca nie opuści, bo odpowiada za ładunek. To rzeczywiście może wyglądać na złośliwość, albo celowe utrudnianie konkurentom konkurencji. Dlatego w obronie interesów naszych przewoźników solidarnie głosowali wszyscy polscy europosłowie, a nie, jak sugerują PiS-owcy tylko oni.
Jeśli oni rzeczywiście coś zrobili, to zawalili całą sprawę! Pospołu z resztą polskich europarlamentarzystów, niestety. Trzeba otóż powiedzieć, że tego kłopotu mogłoby nie być, gdyby 25 marca, podczas głosowania nad skierowaniem kontrowersyjnego projektu pod obrady plenarne, wszyscy byli w pracy, czyli w Parlamencie Europejskim. Gdybyśmy wtedy to głosowanie wygrali, pakiet mobilny w tej kadencji w ogóle nie byłby brany pod uwagę. Do szczęścia zabrakło trzech głosów. Trzech! Nie uzbieraliśmy ich, bo polscy posłowie nie stawili się na głosowaniu. Na przykład PiS-owców zabrakło 10! Między innymi Poręby, Karskiego i Czarneckiego. Ich wymieniam, bo oni teraz gardłują najbardziej w świętym oburzeniu nad zaprzepaszczeniem polskich interesów narodowych. Tymczasem zaprzepaścili wszyscy z wyjątkiem europosłów SLD, z których brakowało tylko jednej osoby. Przebywała w sanatorium, a jak wiadomo w Polsce o terminie i miejscu leczenia sanatoryjnego decyduje NFZ, któremu nikt nie podskoczy z PE na czele. Wracając więc do patriotycznie podnieconej trójcy, chciałoby się powiedzieć, że są jakieś granice kabotyństwa, ale o PiS-ie przecież mówimy…

Brexit odroczony

I to nie do czerwca, ale aż do 31 października – tak zdecydował szczyt unijnych przywódców.

Brytyjska premier Theresa May zapowiada jednak, że jej celem jest doprowadzenie do brexitu jak najszybciej, aby nie w Wielkiej Brytanii nie trzeba było organizować wyborów do Parlamentu Europejskiego, które są zaplanowane na 23 maja. „Jeśli przyjmiemy umowę w pierwszych trzech tygodniach maja, to nie będziemy musieli brać udziału w europejskich wyborach i oficjalnie opuścimy Unię Europejską w sobotę 1 czerwca – mówiła.
Odroczenie terminy wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej jest warunkowane przez sprawę wyborów do PE. Jeśli Londyn będzie chciał skorzystać z niego, a nie zdoła sfinalizować brexitu w terminie zarysowanym przez premier May, a przy tym nie przeprowadzi wyborów brexit nastąpi faktycznie 1 czerwca, ale będzie to brexit bezumowny. Wielka Brytania dostała zatem czas, aby uporządkować sprawy i przyjąć wynegocjowaną umowę, ale też i została postawiona przed ultimatum. Trudno bowiem oczekiwać, że dwudziestka siódemka zgodzi się na powtórne odroczenie. Premier May musi zdawać sobie z tego sprawę.
Szefowa brytyjskiego rządu zdaje sobie również sprawę, że choć zyskała na czasie, jej zadanie nie będzie łatwe. Dotychczasowe doświadczenia wskazują bowiem wyraźnie, że osiągnięcie porozumienia w parlamencie w terminie do 22 maja może okazać się przesadnie optymistycznym założeniem. Może zatem powinna poważnie traktować perspektywę zorganizowania wyborów, nawet jeśli brytyjscy europarlamentarzyści mieliby pełnić swoją funkcję zaledwie przez kilka miesięcy – najdalej właśnie do 31 października.

Głos lewicy

Zdrada, ale…

Łukasz Moll komentuje postawę „Solidarności” wobec strajku nauczycieli:
Trzy spostrzeżenia wyprowadzające, mam nadzieję, poza schemat myślowy:
1. Tak, to partyjna zdrada „Solidarności” kosztem solidarności pracowniczej, ale wszystkie partyjne związki mają na swoim koncie takie smutne zagrywki. Problem jest systemowy i wypływa z punktu 2.
2. Fajnie, że nagle wszystkie partie kleją się do nauczycieli, ale trzeba im zadać pytanie: jeśli PiS, który w odróżnieniu od Was potrafił uruchomić duże programy społeczne, pieniędzy na podwyżki nauczycieli nie znalazł, to jak Wy zamierzacie znaleźć? Konkretne wyliczenia prosimy. Problem jest systemowy i wypływa z punktu 3.
3. Nie jest przypadkiem, że wszystkie ważniejsze pracownicze ruchawki ostatnich lat – nauczyciele, Czarny Protest, opiekunki osób niepełnosprawnych, pracownicy opieki społecznej, pielęgniarki, lekarze-rezydenci, „Dziady kultury”, ogrzewanie mieszkań, spór o wolne niedziele – to walki o dowartościowanie pracy reprodukcyjnej. Tu tkwi fundamentalny problem polskiego kapitalizmu: wytwarzanie rzeczy i śmieci jest bardziej cenione niż troska o ludzi, relacje społeczne, zdrowie, kulturę. Dlaczego żadna siła polityczna nie czyni tego rozpoznania rdzeniem swojej strategii i przekazu?

Żegnaj, węglu!

– Będzie perspektywa odchodzenia od węgla w sposób przewidywalny i rozsądny – mówił w „Sygnałach Dnia” Włodzimierz Czarzasty, odnosząc się do założeń Koalicji Europejskiej na nadchodzące wybory do Parlamentu Europejskiego.
– Po pierwsze, uważamy, że odejście od węgla powinno być stopniowe i trwać około 20 lat. Po drugie wiemy, jaki będzie koszt, bo obserwujemy taki proces w Niemczech. W Polsce według nas będzie to kosztowało około pół biliona złotych. Po trzecie musi się to wiązać z innymi sprawami, to znaczy np. znalezieniem alternatywnych źródeł energii. Trzeba wdrożyć olbrzymi program oszczędnościowy energii, ocieplania budynków (…) Trzeba też zabezpieczyć pracę osób pracujących przy węglu – stwierdził lider SLD.
Info: skld.org.pl

Polexit u bram?

Bogusław Liberadzki komentuje w „Przeglądzie Socjalistycznym”:
Rząd polski demonstruje często swoją opozycyjność w Unii i to na wielu obszarach, począwszy od polityki integracyjnej, praworządności, energetycznej, klimatycznej itd. Polska chętnie też wspiera inicjatywy „konkurencyjne” w stosunku do Unii Europejskiej. Przykłady, to chociażby Trójmorze, oś Warszawa-Rzym, goszczenie przedstawicieli partii populistycznych, eurosceptycznych. Główny nurt Unii, to strefa euro wraz z Schengen. Tymczasem ciągle nie podejmuje się rzeczowej debaty w sprawie przystąpienia (lub skutków nieprzystąpienia) do strefy euro.
Polexitem nie straszy opozycja, to partie rządzące stwarzają symptomy woli wyjścia z Unii Europejskiej, pomimo deklaracji zaprzeczających. Premier rządu Zjednoczonej Prawicy zaczęła urzędowanie od wyprowadzenia flag Unii z Kancelarii, prominentni posłowie mówili o szmacie, a nie o fladze Unii, członkowie Europejskich Konserwatystów i Reformatorów w Parlamencie Europejskim (a do tej grupy parlamentarnej należy PiS) nie zawsze wstają, gdy jest grana „Oda do Radości”, padła wypowiedź bardzo ważnej osoby PiS, iż być może w Polsce też trzeba rozważyć potrzebę przeprowadzenia referendum na wzór brytyjski. Można usłyszeć w Polsce, że Unia jest wyimaginowaną wspólnotą, a bez środków z Unii też zbudowalibyśmy autostrady. Mówili to ludzie na najwyższych stanowiskach państwowych.
Opozycja słuchając musi więc się niepokoić i niepokój ten przekazać społeczeństwu, które jest proeuropejskie.

Rynek wolności i obietnic My, socjaliści

Polska jest dziś pełna niespodzianek. Na pewno można dostać za darmo obietnicę wolności i kolejne 500+. Co nas czeka jeszcze w tym świecie przedwyborczym – nikt nie wie, a populiści są nieprzewidywalni. Bardzo martwię się o przyszłość książki, jako nośnika idei i informacji, bo zabija ją nie tylko technologia, ale również kolejna wojna, w którą wchodzą wielkie siły współczesnej Polski.

Jeden i internautów

rzucił kilka dni temu na FB taką oto myśl: W jednym kościele pali się książki o „Harrym Potterze” a w drugim przyjmuje się z honorami czytelników i entuzjastów książki Hitlera „Mein Kampf”. Jeśli więc przyjąć, że warto pochylić się nad tym wpisem, to rodzi on pytanie, czy ofiarą jest książka, czy też ofiarą jest wolność i prawa dostępu do wartości ponadmaterialnych. Opisany incydent palenia książek i gadżetów młodzieżowych w jednym z gdańskich kościołów stanowić powinien przyczynek do szerszej dyskusji społecznej o prawach i wolnościach człowieka, szczególnie Polaka, który znalazł się na styku dwóch wielkich prądów cywilizacyjnych. Z jednej strony postępu i nowoczesności, które wyznacza doświadczenie demokratyczne i technologia, z drugiej zaś strony średniowieczna ciemnota, stanowiąca paliwo dla walki politycznej.

Sprzeczność

obydwu tych zdarzeń – obietnicy wolności i incydentu wyznaczającego zapowiedź cenzury, a więc ograniczenia wolności, jest ewidentna i nakazuje zastanowić się nad rangą oszustwa, jakie wychodzi z obozu władzy. Władza jest zdeterminowana, a Kościół jako jedno z jej narzędzi robi co może, aby zachować swoje wpływy – zarówno polityczne, jak i materialne.

Można przypuszczać,

że cała inicjatywa wypływa ze strachu ordynariusza gdańskiego, który zrodził się na skutek upowszechnienia wiedzy dotyczącej kolizji z prawem, postępowania w przeszłości, szanowanego do niedawna księdza J. Arcybiskup jako znany wojownik prawdopodobnie postanowił się odegrać. Uruchomiono więc informację i upubliczniono widok symbolicznego, pierwszego w wolnej Polsce, w XXI wieku stosu. Za tym poszły zdjęcia z zaprzysiężenia w częstochowskiej katedrze kilkudziesięciu rosłych narodowców. Przekaz jest jasny: wasza wolność jest ograniczona (jej symbol – książka spłonie), a jak się nie dostosujecie, to zajmą się wami nasi wierni ludzie.
Osoby komentujące ten kościelny happening nie kryły swojego oburzenia. Wielu zauważało, że wkrótce przyjdzie czas na palenie ludzi, u innych pojawiły się skojarzenia z kampanią palenia książek w III Rzeszy, w latach 30. ub. wieku. Jeden z religioznawców przypomniał przy okazji, że palenie ksiąg wywodzi się z trydenckiej, sarmackiej religijności.

W średniowieczu

zagrożeniem mieli być nasi sąsiedzi i przeciwnicy – muzułmanie, a później prawosławni czy luteranie. Trzeba było się przed nimi bronić, a symbolicznie zniszczyć. Takie podejście „konfrontacyjne” było wówczas popularne w całej Europie. Jednak o ile w wielu krajach tego rodzaju religijność zanikła, tak u nas duch „wojującego Kościoła” ma się całkiem dobrze.
Z dużym niepokojem patrzę na rozwijający się w Polsce spór cywilizacyjny, dotyczący rozwoju i miejsca człowieka w społeczeństwie. Mamy przynajmniej trzy opcje, które czują się uprawnione do walki o swoją wizję: konserwatywną, wybiegającą, jak widać, chwilami w średniowiecze, której zwolennikiem są aktualnie rządzący i Kościół, drugą neoliberalną, w której człowiek ze zdolnością kredytową jest elementem rynku i trzecią, rodzącą się w bólach koncepcję lewicową, człowieka – podmiotu procesów społecznych, obywatela.

Praktyka historyczna

wskazuje, ze nigdy nie jest tak, że zwycięża jedna opcja ideowa, polityczna czy cywilizacyjna. Sztuką jest porozumienie i pokojowa rywalizacja, której celem jest wolność, sprawiedliwość i dobro człowieka. Żyjemy jednak w świecie konfrontacji wartości na miarę jakości demokracji, którą sobie zbudowaliśmy. O ile dziś widać, że demokracja sprzyja myśleniu konserwatywnemu, o tyle trzeba wierzyć, że budując ją według współczesnych wzorców odrzucimy zarówno konserwatywny jak i neoliberalny kanon i stworzymy stan stosunków społecznych i organizacji państwa w oparciu o wartości socjalizmu demokratycznego. Nie jest to nowa idea i nowe doświadczenie. Polskiej demokracji trzeba pomóc, aby przezwyciężyła swoje słabości i wielką skalę niemożności. Dobrym pierwszym krokiem byłoby powszechne zaangażowanie obywatelskie w budowę ideału, który wynika z hasła „Socjalna Polska w socjalnej Europie”.

Przed polską lewicą

stoi z tego powodu wielkie zadanie na wybory europejskie w maju i parlamentarne w październiku 2019 – wypromowanie tych wartości i zdobycie dla nich poparcia społecznego.

Brexit się odsuwa?

Theresa May w liście do szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska poprosiła o przedłużenie terminu brexitu do 30 czerwca. Do tego czasu obiecała wypracować porozumienie w swoim parlamencie. Tusk oświadczył, że jest skłonny dać Wielkiej Brytanii nawet kolejny rok w UE, ale Londyn musi w tej sytuacji rozpocząć przygotowania do eurowyborów. May wolała tego uniknąć, ale czas goni ją tak bardzo, że na wszelki wypadek zorganizuje kampanię.

Szefowa brytyjskiego rządu liczy mimo wszystko, że sprawę brexitu uda się domknąć na najbliższych posiedzeniach Izby Gmin – do dnia, kiedy w Wielkiej Brytanii miałyby się odbyć eurowybory (23 maja). Jeśli uda się wcześniej osiągnąć porozumienie, Zjednoczone Królestwo opuści Unię tak szybko, jak to możliwe. Jednak na wszelki wypadek rozpoczęto przygotowania do kampanii – to jeden z warunków, jakie postawił May Donald Tusk, zgadzając się na „elastyczny brexit”. Teraz jeszcze muszą zgodzić się na to pozostałe kraje członkowskie.
Premier May napisała w liście do szefa Rady Europejskiej, że „przyjmuje pogląd Komisji Europejskiej, że jeśli Wielka Brytania nadal będzie członkiem Unii Europejskiej 23 maja 2019 roku, to będzie prawnie zobowiązana do przeprowadzenia wyborów europejskich”.
Jak na razie to jednak tylko przywołanie proceduralnego wymogu, bo w tym samym liście premier May zaznacza, że zasadniczym zamiarem jest ustalenie harmonogramu ratyfikacji, który pozwoli na wyjście ze Wspólnoty przed 23 maja 2019 r. i odwołanie w Wielkiej Brytanii wyborów do Parlamentu Europejskiego”, wyciąganie zatem daleko idących wniosków z zapowiedzi wyborów może być bardzo przedwczesne.
Prośba o przedłużenie brexitu do końca czerwca to między innymi wynik czwartkowych konsultacji z Partią Pracy. W środę jedna z posłanek złożyła w Izbie Gmin wniosek o to, by May starała się o przedłużenie terminu, by uniknąć twardego brexitu 12 kwietnia. Prawdopodobieństwo, że do tego czasu Izba przyjmie porozumienie (skoro nie przyjęła umowy May już trzykrotnie) jest małe, więc Partia Pracy rekomendowała zyskanie na czasie. Środowy wniosek przeszedł, ale najmniejszą możliwą liczbą głosów. 313 parlamentarzystów było za, a 312 przeciw.
Z kolei w sobotę szefowa brytyjskiego rządu zapowiedziała, że „Wielka Brytania ma wybór: opuścić Unię Europejską z umową albo nie wyjść z niej wcale”. To reakcja na obstrukcje ze strony części torysów, skłonnych zaakceptować opuszczenie Unii przez Wielkiej Brytanii nawet bez umowy. W rezultacie zatem nadal nic nie wiadomo.

Oj, będzie się działo!

Z Włodzimierzem Cimoszewiczem, byłym premierem, ministrem sprawiedliwości i spraw zagranicznych, marszałkiem Sejmu, posłem do Sejmu, a obecnie senatorem, kandydatem do Parlamentu Europejskiego z listy Koalicji Europejskiej – rozmawiają Piotr Gadzinowski i Grzegorz Waliński.

Czy polexit jest możliwy? Nie ten całkowity, wyjście Polski z Unii Europejskiej frontowymi drzwiami, ale częściowy, polegający na osłabieniu albo zamrożeniu integracji w niektórych sektorach? Taki hybrydowy polexit?
Już ma miejsce. Polski nie ma w ważnych dyskusjach, nie mamy żadnego sensownego stanowiska w kwestii przyszłości UE. To, co sie powtarza, to rytualne zaklęcia przeciwników integracji ukrywane za maska tzw. eurorealizmu. Utraciliśmy zdolność pozyskiwania sprzymierzeńców i sojuszników. Słynne „zwycięstwo” 1:27 było najbardziej znanym, ale nie jedynym takim przypadkiem. Nigdy wcześniej nic podobnego się nie zdarzyło. Tak wiec, albo w wyniku bierności i braku propozycji, albo w rezultacie skonfliktowania się z innymi, w wyniku amatorskiej i niemądrej polityki zagranicznej, jesteśmy tam, ale nas nie ma. Jeżeli PiS utrzyma sie u władzy, kłótnie z władzami UE będą miały ciąg dalszy, PiS przestanie respektować prawomocne decyzje, na przykład Trybunału Sprawiedliwości, będzie podgrzewał antyunijne nastroje w kraju i w końcu może sie wydarzyć to samo, co w Wielkiej Brytanii.
Liderzy PiS zapowiadają sojusz w Parlamencie Europejskim z włoską nacjonalistyczną Ligą i konserwatywną hiszpańską partią Vox. Sojusz partii krytycznych wobec Unii Europejskiej, a także sojusz włosko-hiszpańsko-polski skierowany przeciwko hegemonii niemiecko-francuskiej w Unii Europejskiej.

Wielu analityków przewiduje, że nowy skład Parlamentu Europejskiego zostanie zdominowany przez eurosceptyków podobnych PiS, albo jeszcze bardziej radykalnych. Czy grozi to pęknięciem Unii Europejskiej, wyhamowania reform wzmacniających ją ?
Najpewniej te wrogie Unii ugrupowania zwiększą swoją reprezentację w Parlamencie, ale nie zdobędą większości. Dzisiaj prognozuje się wynik plus minus 60 do 40 proc. dla partii proeuropejskich. Będa miały mniej wygodną sytuację ale to nie jest istotne. Ważne jest, czy politykom chadeckim, lewicowym, liberalnym i zielonym wystarczy mądrości i wyobraźni, żeby rozpocząć realną, głęboką współpracę w gronie tych 4 frakcji. Tego wymaga powaga sytuacji w Europie. Jeśli będę miał tam coś do powiedzenia, będę przekonywał do takiego zachowania. Trzeba wierzyć, że większość Europejczyków dobrze życzy UE i trzeba na to właściwie odpowiedzieć.

Unia Europejska znalazła się na rozdrożu. To objaw wyczerpywania się jej formuły uformowanej traktatami z Maastricht i Lizbony?
I tak, i nie. Jest na rozdrożu, bo namnożyło sie więcej problemów i kłopotów niż kiedykolwiek wcześniej. To jednak tylko częściowo obciąża Unię, na przykład w zakresie imigracji, gdzie nie wypracowano całościowej, sensownej polityki. W większości przypadków nasze kłopoty są rezultatem zmian zachodzących poza Unią. Świat trzeszczy od gwałtownych zmian geopolitycznych. Jest to rezultat eksplozji gospodarczej nowych mocarstw. To jest proces nie do powstrzymania. Będzie trwał kilkadziesiąt lat. Będą mu towarzyszyły różne konflikty. W tym sensie nie można winić traktatów europejskich. Jest jednak zasadnicze pytanie o to, jak sie dostosować do nowej rzeczywistości globalnej? Moim zdaniem, trzeba Unię wzmacniać i wyposażać w nowe kompetencje. Tego brakuje w traktatach, ale ich ewentualna zmiana musi być poprzedzona wielką publiczną debatą w Europie. Na razie jeszcze nawet nie zaczęliśmy.

A jak Pan wyobraża sobie dalszą ewolucję Unii. Jaki jej kierunek byłby dla Polski pożądany?
W mniejszym stopniu chodzi o zmiany instytucjonalne, a w większym o zmiany w zakresie różnych polityk. Na przykład, coraz większym zagrożeniem dla spójności Wspólnoty jest utrzymywanie się dużych różnic warunków życia mieszkańców poszczególnych krajów. Te różnice powoli się zmniejszają, ale dzieje sie to zbyt wolno. To jedna z przyczyn coraz gwałtowniejszych żądań pracowniczych i wysokiego poziomu migracji wewnątrzunijnej. Potrzebne są wspólne działania. Konieczne jest rzeczywiste wypełnienie treścią wspólnej polityki zagranicznej. Brak uzgodnionych i respektowanych koncepcji stosunków z USA, Chinami czy Rosją osłabia Europę i grozi rozłamami w Unii. Wobec podważenia sojuszniczej wiarygodności USA jest potrzeba wzmocnienia współpracy obronnej. To tylko niektóre z przykładów.

W Polsce, i nie tylko, Parlament Europejski postrzegany jest jako kosztowny, zbiurokratyzowany twór. Posada eurodeputowanego to synonim dostatniej politycznej synekury. To zapewne dlatego, że dyskusja o reformach Unii toczy się pomiędzy stolicami państw członkowskich a Komisją Europejską. Zaś Parlament Europejski zajmuje się przede wszystkim szczegółowymi sprawami ustawodawstwa, a nie generalną debatą o przyszłości Unii i swojej. Jak to zmienić? Zapewne ten karykaturalny, ale popularny w europejskich społeczeństwach obraz Parlamentu Europejskiego jest nieprawdziwy. Ale czemu instytucja, która nie cierpi na brak pieniędzy ma tak kiepskie służby medialne? Czemu aby więcej dowiedzieć się o pracy parlamentu zainteresowani muszą cierpliwie poszukiwać potrzebnych im informacji? Czasem prowadzić iście dziennikarskie śledztwo?
Właśnie o tym mówię. Od 2008 roku, od kampanii wyborczej Obamy, codziennie otrzymuję kilka maili od kierownictwa Partii Demokratycznej. Część z nich to prośby o wsparcie, ale wiele zawiera informacje i wyjaśnienia dotyczące działań, zamiarów i poglądów polityków tej partii. Oni to robią w gigantycznej skali obejmującej dziesiątki, a może i setki milionów adresatów. Wzorzec jest gotowy.

Co sadzi Pan o wspólnych, europejskich siłach zbrojnych? Czy w naszym interesie jest większe zaangażowanie w ten projekt? Czy wystarczy nam NATO jako system zbiorowego bezpieczeństwa w Europie?
Powstanie wspólnej armii unijnej jest mało prawdopodobne w ciągu kilkunastu lat. Jednak możliwe są liczne ważne i racjonalne działania. Po pierwsze, silnie skoordynowana współpraca przemysłów obronnych. Same korzyści. Większa specjalizacja, dłuższe serie produktów, bodziec dla gospodarki, większa samowystarczalność Europy. Nie ma żadnych obiektywnych przeszkód. Są rozbieżne partykularne interesy i brak mądrości politycznej. To można przełamać. Armie powinny na co dzień i na dużą skalę nieustannie ćwiczyć wspólne działania. Można by spróbować lokować jednostki poszczególnych armii w innych krajach. Niech by się wszyscy do tego przyzwyczajali. I wojskowi, i cywile. Można wzmacniać instytucje wspólnego dowodzenia, rozpoznania i planowania.

Czy jest Pan za zacieśnianiem czy rozluźnianiem współpracy z Grupą Wyszehradzką?
Pamiętajmy, że powstanie tej grupy to początek lat 90-tych.Wtedy celem była wzajemna pomoc w doprowadzeniu do rozszerzenia NATO. Po osiągnięciu tego celu Grupa Wyszehradzka nigdy nie znalazła nowego równie ważnego. Nie zamykałbym tej współpracy, ale i nie przeceniał jej znaczenia. W ostatnich latach, mimo teatralnie podkreślanej współpracy, różnice w kwestach zasadniczych, na przykład wobec agresji Rosji na Ukrainę, wzrosły.

A o inicjatywie Trójmorza?
Współpraca regionalna prawie zawsze ma sens. Jednak tylko wtedy, gdy ma niegłupio określony cel. Jak wiadomo, PiS wyskoczył z tym pomysłem chcąc stanąć na czele grupy państw konfrontujących sie z Niemcami i Francją. Od początku było to nierealistyczne i bezdennie głupie. Dodatkowo, megalomania PiS-u uważającego za rzecz oczywistą, że wszyscy mają uznać przywództwo Polski, była i pozostaje kontrproduktywna. Inne deklarowane cele, dotyczące współpracy w rozwoju regionalnej infrastruktury komunikacyjnej, to na razie tylko słowa.

Brexit to z jednej strony to precedensowa sytuacja, z drugiej ostrzeżenie dla państw, które mogłyby zdecydować na podobny krok. Jakie nauki można wyciągnąć z tego procesu?
Nie wolno traktować polityki zagranicznej instrumentalnie dla celów polityki wewnętrznej. Pokolenia brytyjskich polityków psioczyły na EWG, później UE, zawsze używając retoryki wojennej. Walczymy, bronimy itd. Cameron zagrożony buntem eurosceptyków w swojej partii zapowiedział referendum w sprawie członkostwa. Początkowo miała to być tylko retoryczna sztuczka, ale nadszedł czas, gdy nie było innego wyjścia i musiał rozpisać referendum. On sam, podobnie jak zwolennicy brexitu – Johnson, Farage i inni – nie wierzył, że większość zagłosuje za wyjściem. Kampania przed głosowaniem była wyjątkowo kłamliwa, ale wydarzyło się jeszcze coś, czego nikt nie przewidział. Amerykański miliarder Robert Mercer, właściciel Cambridge Analytica, postanowił pomajstrować w umysłach Brytyjczyków. Skutecznie. Później powtórzył to w USA z Trumpem. Niespodziewanie, nowe technologie tzw. mikroprofilowania pomogły w przeprowadzeniu nieznanej i zakamuflowanej kampanii deformowania poglądów. Politycy muszą zrozumieć, że nawet najwięksi manipulatorzy wśród nich stracili monopol. Brexit na tyle wstrząsnął UE, że paradoksalnie zwiększył jej spójność, a nie doprowadził do rozdarcia. Obecnie obserwowana agonia brytyjskiej klasy politycznej i potworna kompromitacja tego kraju będą działały odstraszająco.

Zauważył Pan, że Polska pod rządami PiS staje się państwem na marginesie głównych debat toczących się w Unii. Czy te straty da się odrobić?
Jeśli jesienią postanie demokratyczny, proeuropejski rząd, to część strat uda sie usunąć. Jednak natura nie znosi próżni i stania w miejscu. Ciągle coś się dzieje. Strefa Euro zacieśnia współpracę, Polska coraz bardziej odstaje od środka ciążenia w Unii. Gwałtownie pogorszone relacje, na przykład z Niemcami i Francją, nie dadzą się do końca naprawić. Pozostanie wyższy poziom ostrożności w odniesieniu do naszego kraju, zerwane kontrakty nie dadzą sie odtworzyć. Ale oczywiście będzie to sytuacja nieporównanie lepsza od obecnej.

Dlaczego kandyduje Pan z Warszawy, a nie z Pańskiego Podlasia?
Wbrew pozorom, Warszawa jest jeszcze bardziej moja niż Podlasie. Tu się urodziłem i stąd wyjechałem w wieku 35 lat. Ale oczywiście nie to było powodem mojego wyboru. Kandydowanie w Warszawie daje z naturalnych przyczyn więcej możliwości medialnego kontaktu z Rodakami. To jest ważne nie tylko dla mnie samego ale i całej Koalicji. Sporo wiem o świecie, Europie i Unii. Sprawami międzynarodowymi zajmuję sie nieomal nieprzerwanie od studiów, gdy specjalizowałem się w prawie międzynarodowym. Lata wykładów na wielu uczelniach, setki rozmów z politykami i ekspertami z różnych krajów, doświadczenia z czasu pełnienia funkcji premiera i szefa MSZ, osobiste zaangażowanie we wprowadzenie Polski do Unii czy negocjowanie konstytucji dla Europy, która była poprzedniczką Traktatu Lizbońskiego – to wszystko jest teraz do wykorzystania na rzecz zwycięstwa Koalicji Europejskiej.

Jaką problematyką chciałby się Pan zająć, jeśli zostanie Pan eurodeputowanym? W których komisjach Parlamentu Europejskiego zamierza Pan pracować?
Priorytet to komisja spraw zagranicznych. Jako drugą rozważam kilka, w tym zajmującą się sprawami środowiska. To szczególnie mi bliskie.

Jakie kwestie ważne dla Unii Europejskiej, ale także dla Polski, powinni mieć na uwadze wszyscy polscy euro deputowani, niezależnie od ich barw politycznych i przynależności frakcyjnej?
Odnalezienie właściwego miejsca dla Unii we współczesnym świecie, w jego zmieniającej się gospodarce, zmieniającym się układzie sil. Musimy dbać o swoje, nie bojąc się świata, ale go rozumiejąc i podejmując na czas niezbędne racjonalne działania. Oj, będzie się działo!

W obronie dumpingu

Wniosek polskich europarlamentarzystów domagających się opóźnienia głosowania nad unijnym prawem zaostrzającym zasady w transporcie międzynarodowym zostały odrzucone. Należy zatem oczekiwać, że projekt dyrektywy zostanie przyjęty.

Nie pomogło spotkanie z przewodniczącym Parlamentu Europejskiego Antonio Tajanim – wniosek został odrzucony wprawdzie niewielką większością (312 do 290), ale wskazuje to, że losy nowelizacji wydają się przesądzone.
Europosłowie przeciwni nowym regulacjom argumentowali, że nowe regulacje wprowadzą chaos, zgłaszając równocześnie ponad tysiąc poprawek, ale Europarlament nie dał się jednak sprowokować do podjęcia gry mającej na celu zablokowanie głosowania poprzez wymuszenie rozpatrzenia poprawek. Europarlament nie dał się jednak nabrać na ten trick.
O co chodzi przeciwnikom zmian? O to, że zachodzi obawa, że stracą na nich przewoźnicy z niezamożnych krajów Unii, czyli w pierwszym rzędzie z Polski, która posiada największą flotę transportową w Europie. Ale dlaczego stracą – o tym przeciwni nowelizacji prawa transportowego milczą. Przewoźnicy ze Wschodu stracą swoją konkurencyjność, bo utrzymują ją w zasadniczej mierze dzięki temu, że polscy czy rumuńscy kierowcy jeżdżą po drogach Zachodniej Europy otrzymując za pracę wynagrodzenie „polskie”, a nie „niemieckie” czy „francuskie”. Jest to zatem obrona dumpingu, który dotąd się udawał i w obronie którego staje silne lobby firm transportowych.