Quo vadis, Europo?

Przyznaję, że nie znam odpowiedzi na to pytanie. Nie jestem w tej niewiedzy osamotniony, gdyż nad przyszłością Europy zastanawiają się najpotężniejsze umysły świata nauki i polityki, nie znajdując jednoznacznych odpowiedzi.

Europa stoi przed czterema wielkimi wyzwaniami, na które można też spojrzeć jako na rozstajne drogi – niejednoznaczne możliwości dalszych wyborów. Świadomość tej niejednoznaczności powoduje, że – inaczej niż ćwierć wieku temu – patrzymy w przyszłość bez taniego optymizmu, bez wiary, że możliwy jest jedynie dalszy harmonijny marsz ku europejskiej Arkadii. Nie znaczy to jednak, by wczorajszy optymizm miał zostać zastąpiony czarnym pesymizmem. To, ze dalszy bieg historii pozostaje otwartą kwestia naszych wyborów, powinno być zachętą do działania na rzecz tego, co uważamy za najbardziej korzystny kierunek rozwoju. W tym sensie próba przewidywania staje się, jak pisał wielki włoski marksista Antonio Gramsci, próbą tworzenia woli zbiorowej.

Cztery wyzwania, o których chcę mówić, można ująć w formę pytań:

Po pierwsze: jaka ma być geografia polityczna Europy? Czy Unia Europejska będzie się kurczyła? Czy wrócą czasy, gdy szybko rozszerzały się jej granice?
Po drugie: czym będzie integracja europejska? Czy ulegnie dalszemu pogłębieniu, kosztem przenoszenia coraz większych uprawnień państw narodowych do sfery wspólnej władzy organów unijnych? A może nastąpi odwrót od pogłębionej integracji opartej na traktacie z Maastricht ku idei „Europy ojczyzn”?
Po trzecie: jaka będzie przyszłość stosunków między jednoczącą się Europą zachodnią i środkową a wschodem naszego subkontynentu, zwłaszcza Federacją Rosyjską? Czy przyszłość niesie w sobie zapowiedź kontynuowania konfrontacji politycznej, czy też możliwy jest powrót do idei europejskiego „wspólnego domu”, który marzył się Gorbaczewowi?
Po czwarte wreszcie: jak układać się będą nasze relacje z wielkim sojusznikiem demokratycznej Europy – Stanami Zjednoczonymi? Jaki będzie kształt wspólnoty transatlantyckiej?
W pierwszej z tych spraw kluczowa okaże się sprawa „brexitu”. Nieprzemyślana decyzja poprzedniego premiera Zjednoczonego Królestwa Dawida Camerona, by o przyszłym udziale tego państwa w Unii Europejskiej zdecydowali obywatele w referendum, pokazała, jak naiwne są oczekiwania – żywione zwłaszcza przez populistów różnych barw – że referendum stanowi panaceum na wady demokracji parlamentarnej. Brytyjczycy w referendum z 2016 roku odpowiadali na pytanie, w którym tylko jedna odpowiedź miała jednoznaczny sens: ta, która oznaczała pozostanie w Unii. Natomiast opowiedzenie się za jej opuszczeniem było skokiem w nieznane, gdyż nigdy nie określono jednoznacznie, na jakich warunkach Zjednoczone Królestwo miałoby wyjść z Unii. Chaos związany z „brexitem”, będzie zapewne zniechęcał następne państwa od naśladowania Londynu. Myślę więc , że „brexit”nie będzie miał następców, ale wątpliwe jest, by Unia w najbliższych latach decydowała się na przyjmowanie nowych członków. Dotyczy to zwłaszcza państw bałkańskich a także Ukrainy. Czeka je prawdopodobnie los podobny do Turcji, od dwudziestu lat tkwiącej w przedpokoju jako „kandydat” do członkostwa w UE.
Sama zaś Unia stoi przed wyborem dotyczącym jej tożsamości. Z jednej strony słychać postulaty dalszego pogłębienia integracji, w czym przoduje zwłaszcza prezydent Francji Emmanuel Macron. Z drugiej jednak coraz mocniej słychać głos „eurorealistów”, jak lubią się nazywać politycy pragnący osłabienia Unii przez restytucję jak najszerszych uprawnień państw członkowskich, Takie stanowisko współbrzmi z tendencjami autorytarnymi i nieprzypadkowo najsilniej akcentowane jest przez polityków rządzących obecnie na Węgrzech i w Polsce. Mają oni jednak życzliwych sprzymierzeńców w kilku innych państwach europejskich, w tym we Włoszech. Czy ten kierunek będzie rósł w siłę, czy okaże się efemerydą? Wiele będzie zależało od tegorocznych wyborów do Parlamentu Europejskiego, które pokażą, w jakim kierunku ewoluują nastroje Europejczyków.

Trzeci obszar niepewności

dotyczy stosunków z Rosją. Pamiętam, jak wielkie nadzieje trzydzieści lat temu towarzyszyły zwrotowi ówczesnego Związku Radzieckiego od zimnowojennej konfrontacji ku idei partnerskiej współpracy w ramach „wspólnego europejskiego domu”. Nic z tego nie zostało. Mamy dziś klimat konfrontacji, powodujący, że coraz więcej komentatorów mówi o „drugiej zimnej wojnie”. Myślę, ze jest to mylna analogia. Zimna wojna była globalnym starciem ideologicznym, „walką o duszę ludzkości”, jak to ujął prezydent Bush senior. Dziś mamy do czynienia z rywalizacją mocarstw, w ramach której Federacja Rosyjska – po fatalnym dla niej dziesięcioleciu rządów Jelcyna – próbuje odbudować swą pozycję jako liczącego się mocarstwa regionalnego. Jej działania budzą zrozumiały sprzeciw tam, gdzie postrzega się je jako zagrożenie dla narodowej suwerenności: a więc przede wszystkim w niektórych państwach-sukcesorach po ZSRR, zwłaszcza Ukrainie. Daleki jestem od afirmowania polityki rosyjskiej wobec słabszych sąsiadów, chociaż nie podzielam rozpowszechnionej opinii, że stanowi ona bezpośrednie zagrożenie dla Polski. Nasze bezpieczeństwo gwarantuje członkostwo w NATO i jest to tak silna gwarancja, jakiej Polska nigdy w swej historii nie miała.

Pozostaje jednak otwarty problem przyszłych relacji

między demokratyczną Europą zachodnią i środkową a autorytarną Rosją. Przewlekły konflikt ciąży nam jak kula u nogi. Nie możemy jednak – bo byłoby to sprzeczne tak z naszymi wartościami, jak i z naszymi interesami – po prostu się z niego wycofać. Droga do zakończenia konfliktu z Rosją prowadzi przez wypracowanie kompromisowych rozwiązań, także w najtrudniejszej sprawie stosunków ukraińsko-rosyjskich. Pierwsza tura wyborów prezydenta Ukrainy wskazuje na bardzo wysokie prawdopodobieństwo zmiany władzy w tym państwie. Czy nowy prezydent będzie chciał i – co ważniejsze- będzie w stanie odmrozić relacje z Rosją, wypracować akceptowalny kompromis? Nikt tego dziś nie wie, ale sądzę, że takiego scenariusza nie wolno wykluczać. Sądzę też, że dla Europy, dla jej bezpieczeństwa i rozwoju, byłoby dobrze, gdyby poprawiły się stosunki z Rosją.
Wiąże się to z czwartym polem niepewności – ze stosunkami z USA. Po raz pierwszy od drugiej wojny światowej Stany Zjednoczone rządzone są przez ekipę politycznie nieprzewidywalną. Nie idzie tu nawet o to, że Donald Trump jest populistą, którego chaotyczne posunięcia i deklaracje polityczne rodzą – także w jego własnym kraju – obawy co do kierunku polityki amerykańskiej. Idzie bardziej no to, że sukces polityczny uzyskany przez Trumpa w 2016 roku jest objawem głębszego zjawiska. Określiłby je jako kryzys amerykańskiej tożsamości. Reakcją na głębokie modernizujące zmiany, których symbolem była ośmioletnia prezydentura Obamy, jest agresywny fundamentalizm i nacjonalizm. Ten trend stanowi odejście od amerykańskiego konsensusu, który cechował politykę USA pod rządami wszystkich poprzednich prezydentów i którego sensem było dążenie do wspólnego z partnerami budowania przyszłości świata w oparciu o wartości liberalnej demokracji. Po przeszło dwóch latach urzędowania Trump nie może pochwalić się istotnymi osiągnięciami, Stany Zjednoczone są nadal najsilniejszym mocarstwem świata i trzonem sojuszu atlantyckiego, ale nie są przywódcą demokratycznego świata w takim sensie, jak to postulował Zbigniew Brzeziński. Nie są inspiratorem wspólnego marszu ku lepszej przyszłości.
Dla Europejczyków oznacza to konieczność brania w większym niż dawniej stopniu odpowiedzialności za swoją wspólną przyszłość. Na dłuższą metę jest to dla nas korzystne, ale wymaga wzmożonego wysiłku.

Wymaga także przywództwa.

Wielkim problemem Europy w drugim dziesięcioleciu XXI wieku jest to, że dziś potrzebuje ona wielkich przywódców na miarę tych, którzy w pierwszych latach powojennych wykuwali przyszłość naszego kontynentu: Churchilla i De Gaulle’a, Adenauera i Brandta, Schumanna i Monneta. Uważa się często, że wielcy przywódcy pojawiają się zawsze wtedy, gdy istnieje wyzwanie o historycznym znaczeniu. Dzieje świata tego nie potwierdzają. Niemniej powinniśmy pamiętać, że to, jak odpowiemy na tytułowe pytanie tego wystąpienia będzie w wielkiej mierze zależało od tego, jaki przywódcom powierzymy swój los w obecnej fazie drogi Europy ku nieznanej –ale mam nadzieję lepszej – przyszłości.

Jest to odczyt wygłoszony na spotkaniu Law Club Center w Warszawie 4 kwietnia 2019 r.

Unia po wyborach

Wybory do Parlamentu Europejskiego za nami, teraz w całej Unii trwają analizy, co one nam właściwie powiedziały?
Jaki będzie układ sił w PE? A przede wszystkim, jaki jest wynik bezpośredniego starcia zwolenników Unii i dalszej jej integracji z jej przeciwnikami. Mówiąc językiem gazet: między „euroentuzjastami” a „eurosceptykami”.

Generalny wniosek jest taki, że demokratyczny zamach populistów na Unię nie powiódł się. Mimo zwycięstw w kilku ważnych krajach (Włochy, Francja, a zwłaszcza Wlk. Brytania), eurosceptycy uzyskali mniej głosów niż oczekiwali i nie będą w stanie zasadniczo zmienić układu sił w Parlamencie Europejskim, a więc nie będą mogli wcielić w życie swoich politycznych, niechętnych, czy wręcz wrogich UE, planów. Ostateczny podział mandatów wygląda następująco:
• EPL (Europejska Partia Ludowa, do której należą PO i PSL) – 179
• Socjaliści i Demokraci (S&D – frakcja, do której należy SLD i do której aplikowała i została przyjęta „Wiosna”) – 153
• ALDE&R (Porozumienie Liberałów i Demokratów) – 105
• Zieloni – 69
• EKR (Europejscy Konserwatyści Reformowani, do której należy PiS) – 63
• ENW (Grupa Narodów i Wolności – Liga Salviniego) – 58
• EFDD (Europa Wolności i Demokracji Bezpośredniej – Nigel Farage) – 54
• Zjednoczona Lewica Europejska/Nordycka Zielona Lewica – 38
• NI (niezrzeszeni) – 8
• Inni – 24
Te wyniki potwierdzają to, co pisałem w tym miejscu przed wyborami – że ruchy i tendencje populistyczne i nacjonalistyczne są dla Unii Europejskiej kłopotem, ale nie problemem. Są hałaśliwe, mają zdolność wzbudzania emocji, często pretensji do Unii, do sposobu jej funkcjonowania – również do różnych jej niesprawiedliwości zwłaszcza w zakresie polityki społecznej – jednak zawsze na końcu zwycięża pragmatyzm i zdrowy rozsądek Europejczyków. Jedyna pozytywna rola, jaką populiści odgrywają w Europie jest taka, że oni skutecznie pobudzają i dopingują do wyciąganie wniosków z błędów, do poprawiania funkcjonowania Unii, do jej przeorientowania na rzecz Europy socjalnej, przyjaznej swym obywatelom, ale jednak nie do destrukcji Unii, jako takiej.
Dobrym przykładem w tym względzie są Włochy – kraj, gdzie bodaj najgłośniej w Europie brzmiały głosy eurosceptyków. Ich lider, Matteo Salvini, już przed wyborami podróżował po Europie, (był m.in. w Polsce, gdzie prowadził rozmowy z liderem PiS), próbując budować przyszły sojusz eurosceptyków. Marzyła mu się taka pozycja, która w Parlamencie Europejskim gwarantowałby mu rolę bardzo ważnego gracza. Tymczasem, mimo oczywistego zwycięstwa w Italii, głosy tamtejszych wyborców rozproszyły się na tyle, że – przy jednocześnie słabszych niż spodziewane wynikach eurosceptyków w mniejszych krajach unijnych – ostatecznie nie dały Salviniemu siły, o jakiej marzył. Oprócz niego bowiem Włosi powierzyli mandaty także Europejskiej Partii Ludowej, Socjalistom i Demokratom oraz frakcji Konserwatystów Reformowanych. W rezultacie Salviniemu do spełnienia marzeń zabrakło armat.
Zdecydowany sukces odniosła również Marine Le Pen we Francji, ale też jednak nie taki, który dawałby jej moc sprawczą. Mimo wielotygodniowych niepokojów w tym kraju na tle socjalnym, mimo niezadowolenia z rządów prezydenta Macrona, uzyskany przez jej Zjednoczenie Narodowe wynik był gorszy niż w wyborach w roku 2014.
W Niemczech narodowo-konserwatywna Alternatywa dla Niemiec (AfD) przegrała nawet z Zielonymi, o CDU/CSU i SPD nie mówiąc.
Pragmatyczni Duńczycy także odmówili większego poparcia swoim populistom. Duńskiej Partii Ludowej z czterech eurodeputowanych został teraz jeden, który zasiądzie obok posłów PiS. Za to, co warto podkreślić, do grupy Socjalistów i Demokratów dołączy trzech Duńczyków. Socjaldemokracja wygrała zresztą niedawne wybory parlamentarne w Danii.
Jak podkreślają analitycy (np. z portalu Polityka.pl) największą stratą dla eurosceptyków jest brak możliwości skonsumowania zwycięstwa Brexit Party, Nigela Farage’a. Jego eurodeputowani będą w PE tylko do 31 października, kiedy to Wlk. Brytania opuści Unię.
Na tym tle – mimo licznych, groźnych przepowiedni – zaskakująco dobrze wypada europejska lewica.
Hiszpanie (gdzie lewica wygrała też wybory parlamentarne) wprowadzili do PE 20 europosłów, Włosi – 19, Niemcy – 16, Portugalczycy i Rumuni – po 9, Polska – 8. W sumie grupa S&D będzie liczyła 153 eurodeputowanych – mniej niż poprzednio, ale wciąż jest liczącą się siłą, zdolną tworzyć większościową koalicję.
Straty zaliczyła także Europejska Partia Ludowa (z PO i PSL) – będzie liczyła obecnie 179 eurodeputowanych.
To oznacza, że obie te partię będą musiały dobrać trzeciego koalicjanta dla uzyskanie bezwzględnej większości. Niczego nie przesądzając i zachowując polityczną skromność można powiedzieć, że nie wydaje się to niemożliwe. Ten domysł graniczący z pewnością potwierdzają ostatnie informacje o rozpoczęciu politycznych rozmów między czterema największymi ugrupowaniami (EPL, S&D, ALDE&R, Zieloni) na temat zbudowania programowego i politycznego porozumienia, które zapewniłoby pewne, stabilne kierowanie unijną nawą przez przyszłą Komisję Europejską.
Powyborcze rachunki pokazują też, jaka jest na europejskiej scenie realna siła Prawa i Sprawiedliwości. Buńczuczne zapowiedzi reformowania Unii, wręcz jej zmieniania, „walki” o „sprawiedliwy budżet”, „walki z Europą dwóch prędkości”, a nawet o dopłaty dla każdej krowy i świniaka, zderzą się teraz z realnymi możliwościami, które są niewielkie. Nadto zdolność koalicyjna PiS, które przez całą poprzednią kadencję było na wszystkich obrażone i ciągle wychodziło z sali na „znak protestu”, mówiąc oględnie nie jest przesadna. Może się to teraz zmieni, czego jako polski eurodeputowany życzyłbym sobie, bo każdy polski głos, mający realny wpływ na podejmowane decyzje, jest dla nas ważny, ale doświadczenie mi podpowiada, żeby za bardzo na to nie liczyć. Jak zwykle więc najlepiej liczyć na siebie – w przypadku polskiej lewicy – na grupę Socjalistów i Demokratów i na grupę EPL, gdzie zakotwiczyły pozostałe siły Koalicji Europejskiej, czyli PO i PSL.
W tej chwili rezultat polskich wyborów do europarlamentu jest taki, że PiS wprowadziło tam 26 posłów, a Koalicja Europejska (licząc SLD i „Wiosnę” łącznie – jako członków S&D) – 25. „Wojna o Polskę” zakończyła się zatem właściwie remisem. To jednak oznacza, że przy niewielkich możliwościach jednopunktowego zwycięzcy, większa odpowiedzialność za polskie sprawy w Unii Europejskiej spada na partie tworzące Koalicję Europejską. To zaś wiąże się z naprawdę bardzo ciężką pracą zarówno w PE, jak i w jego komisjach, gdzie ucierają się konkretne rozwiązania konkretnych spraw. Jeśli więc ktoś myśli, (a nawet zapowiada), że będąc europarlamentarzystą będzie jednocześnie odgrywał polityczne role w kraju, angażował się w kolejne wybory, to z góry mogę powiedzieć, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Taki ktoś po prostu nie zrozumiał, do jakiej roli pretenduje i czego się podejmuje startując w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Warto sobie to uzmysłowić od razu na początku rozpoczynającej się kadencji.

Polska i Unia po wyborach

Polskie wybory do Parlamentu Europejskiego w pewnym stopniu różniły się od wyborów w innych państwach Unii Europejskiej. W Polsce eurowybory to był zaledwie sparring przrd jesiennymi wyborami do Sejmu. Stąd te wziął się eksperyment pod nazwą Koalicja Europejska. Stosunkowo najlepiej na tych koalicyjnych wyborach wyszedł SLD wprowadzając do Parlamentu Europejskiego osoby w przypadku których zadziałała magia nazwiska. Przegranymi natomiast są Nowoczesna i Partia Zielonych, którym nie udało się wprowadzić ani jednego europosła. Tak więc nie tylko zieloni ale też nowocześni okazali się zieloni równie pod względem dojrzałości politycznej. Ich zwolennicy odegrali rolę zająców napędzających głosy bardziej wytrawnym graczom politycznym. Taki jednak jest los politycznych marginesów, którym przyklejanie się do silniejszych i dominujących partnerów graczy w efekcie nie przynosi oczekiwanych korzyści.

Głosowanie strachem

Oczywiście w innych krajach eurowybory były, podobnie jak w Polsce, jakimś miernikiem poparcia dla poszczególnych ugrupowań. Jednak czasowa odległość od wyborów krajowych narzucała nieco odmienną logikę wyborów a tym samym kampanii wyborczych. Na czoło tematów tym razem wybiły się kwestie uchodźców i klimatu. Dlatego też swój stan posiadania zwiększyli zarówno nacjonaliści, jak i ekolodzy. Były to różne elektoraty jako że założenia programowe obu tych nurtów są reguły są wzajemnie ze sobą sprzeczne. Wyrazistym tego przykładem jest Alternatywa dla Niemiec (AfD) optując przeciwko odnawialnym źródłom energii i samochodom o napędzie elektrycznym oraz ograniczeniom wydobycia węgla licząc zapewne na poparcie ze strony górników w Brandenburgii i Saksonii.
Udzielając poparcia konkretnym partiom wyborcy niejako głosowali nad rozwiązaniami tych problemów przez Unię Europejską. Dotyczyło to ruchów o podłożu nacjonalistycznym w których pokładano nadzieję na na zahamowanie napływu emigrantów. Podobnie zwolennicy Zielonych widzieli w nich tych, co zawalczą o świeże powietrze. Z praktycznego punktu widzenia obie te postawy wydają się być z lekka irracjonalne. Nacjonaliści, choć będzie ich w PE więcej, nie zdołają przeforsować rozwiązań niezgodnych z linią europarlamentarnej większości. Podobnie, lecz nieco inaczej, ma się sprawa w przypadku ruchu Zielonych. Co prawda w swych ekologicznych postulatach mają szanse znaleźć poparcie innych frakcji. Jednak co tego? To nie Unia Europejska decyduje o losach świata. Są jeszcze inni potężni i wpływowi gracze, którzy mają też swoje własne interesy. UE może sobie zakazywać palenia tytoniu gdzie tylko się da, jednak nie może nikogo poza Unią zmusić do tego aby wypuszczał mniej gazów do atmosfery czy też ochładzał topniejące lodowce na Antarktydzie. Jednakże serwowana przez ekologów apokaliptyczna wizja klimatycznej zagłady zrobiła swoje i Zieloni powiększyli swój stan posiadania w PE. Po raz kolejny okazało się, zarówno w przypadku straszenia emigrantami, jak i ekologiczną katastrofą ludzie, przynajmniej w Europie, chętniej kierują się negatywnymi niż pozytywnymi emocjami. Natomiast tzw. euroentuzjaści nic pozytywnego nie potrafili zaproponować międląc jedyine slogany o konieczności wzmocnienia Unii.
Tak więc, unijni wyborcy wspierając obydwa te ruchy kierowali się strachem umiejętnie podsycanym przez polityków. Konserwatywna prawica nie mówiła co prawda o zarazkach roznoszonych przez uchodźców jednak akcentowała inne niebezpieczeństwa w tym także zagrożenie dla tzw. cywilizacji chrześcijańskiej, co mogło znaleźć uznanie wśród dewotek i bigotów. Nie przypadkiem ugrupowania szowinistycznej prawicy uzyskały największe poparcie we Włoszech, do którego to kraju w pierwszej kolejności trafiają uchodźcy z Afryki. Drugim krajem będącym na pierwszej linii przyjmowania uchodźców jest Grecja, gdzie zdecydowane zwycięstwo odniosła prawicowa Nowa Demokracja, co można odczytać nie tylko jako wyraz rozczarowania dla rządów SYRIZY i sprzeciwu zawarcie kontrowersyjnego porozumienia z Macedonią, lecz także jako objaw niechęci wobec przyjmowania emigrantów. W szybkim tempie też poparcie dla AfD, choć konserwatywni Niemcy jednak bardziej preferują chadeków. Wzrost poparcia w RFN zarówno dla ksenofobów, jak i Zielonych stanowi odzwierciedlenie trendów politycznych w całej unijnej Europie. Jeżeli Polska ma być sercem Europy, to Niemcy są jej jądrem.

Konserwatywna zaściankowa Europa

Jednak to nie szowiniści i ekolodzy będą dominować w Parlamencie Europejskim, gdzie większość stanowić będą nadal siły reprezentujące umiarkowaną prawicę i socjaldemokratów. Obydwie te formacje uważają się za euroentuzjastów, co już samo w sobie może stanowić sygnał, iż nie będą one dążyć do reformowania Unii uznając, że jest ona w obecnym kształcie jeśli nie wzorem doskonałości, to przynajmniej tworem do niego mocno zbliżonym.
Euroentuzjaści nie wyciągnęli poważniejszych wniosków z brexitu ograniczając się do utyskiwania nad osłabieniem UE. Chcąc zatrzymać za wszelką cenę Wielką Brytanię w Unii przebąkują o możliwości ponownego referendum, które anulowałoby wyniki poprzedniego dzięki czemu Londyn nadal by pozostał w Brukseli. Jednak zwycięstwo w wyborach europejskich partii Brexit mocno nadwerężyło te kalkulacje.
W wyniku wyborów straty poniosła europejska konsekwentna lewica. Najbardziej lewicowa frakcja Europejska Zjednoczona Lewica/Nordycka Zielona Lewica będzie miała o kilkanaście mandatów mniej. Przyczyny mogą być tu różne. Na przykład, Komunistyczna Partia Czech i Moraw zdobyła zbliżoną w porównaniu do poprzednich eurowyborów liczbę głosów jednak w PE zamiast trzech będzie miała tylko jeden mandat. Na niekorzyść czeskich komunistów zadziałała tu wysoka frekwencja preferująca silniejsze partie. Jest to jeszcze jeden z przykładów absurdalności ordynacji wyborczych dających większe szanse silniejszym niż słabszym.

Czym można by tłumaczyć spadek poparcia dla lewicy?

Chyba nie słabością programową, gdyż jej hasła są niezmienne i znane wyborcom. Czy zadziałała wysoka, jak w czeskim przypadku, stosunkowo wysoka frekwencja oraz udział w wyborach nowych, młodych wyborców o bynajmniej nie lewicowych poglądach? Wydaje się, że nikłe poparcie dla lewicy nawet w tych krajach, jak Czechy czy Cypr, gdzie od lat jest liczącą się siłą polityczną, wynika chyba głównie z odporności Europejek i Europejczyków na jednoznacznie lewicowe treści. Większość obywateli UE zamknęła się w swoim unijnym zaścianku nie dostrzegając potrzeby reformowania Unii ani ich własnych państw w lewicowym kierunku. Słaby wynik wyborczy Lewicy Razem potwierdza, że Polska znakomicie mieści się w tych europejskich standardach.

Jest o czym myśleć

Nie tak miało być, ale jest tak jak jest. W mojej gminie wygrała Koalicja Europejska, w moim powiecie wygrała Koalicja Europejska, w moim województwie wygrała Koalicja Europejska, a w moi kraju wygrał PiS. Gdzie ja żyję?

Analizy przyczyn porażki Koalicji Europejskiej będą jeszcze długo tematem publikacji, dyskusji w otwartych i zamkniętych gremiach. Gdzie i jakie popełniono błędy?, kto bardziej „ruszył” wyborców niezdecydowanych lub nowych?, kto czyj przejął elektorat?, kogo poparła młodzież? Te i wiele jeszcze pytań czeka na odpowiedź, chociaż zasadnicze to to, jak wyglądałyby wyniki wyborów do PE gdyby nie było Koalicji Europejskiej, gdyby każde z ugrupowań poszło do nich samodzielnie. Intuicyjnie bardziej niż racjonalnie wyczuwam, że wówczas sukces PiS byłby jeszcze większy. Ale to wymaga specjalistycznej, głębokiej analizy.
Dla mnie wynik wyborów stał się oczywisty w przedwyborczą sobotę wieczorem, kiedy to jechałem taksówką. Oto fragment dialogu, który zaczął kierowca, lat około 35:
– Idzie Pan na wybory?
Bąknąłem coś o obywatelskim obowiązku, ale ten nie dawał za wygraną.
– Bo ja idę, powiedział. Bardzo bym chciał, aby opozycja przegrała.
– A to dlaczego? – zapytałem zaciekawiony.
– Nie ogląda Pan TVP? Tam wszystko wyjaśnili.
– Kto?
– No przecież taki profesor, sam widziałem – odparł. Ten profesor na podstawie wystąpień liderów opozycji udowodnił, że jeśli opozycja wygra, to w ciągu czterech lat każda czteroosobowa rodzina w Polsce starci 120 tysięcy złotych!
– Po pierwsze – odpowiedziałem – nie oglądam TVP, gdyż ta telewizja po prostu kłamie. Po drugie staram się śledzić wystąpienia liderów Koalicji Europejskiej i w żadnym z nich nie znalazłem nawet najmniejszej wzmianki o zamiarach wycofania się z socjalnych transferów PiS. Nawet niektórzy „dosypywali”. A w ogóle to przecież pytał Pan o wybory do Parlamentu Europejskiego, a tu chodzi raczej o jesienne wybory krajowe.
– Proszę pana! – rzekł kierowca. Przecież dla wszystkich jest jasne, że wybory europejskie to tak naprawdę wybory do Sejmu!
– Wie Pan – próbowałem ratować sytuację. Do tych pisowskich specjalistów nie można mieć zaufania, choćby z racji ich blamażu przy smoleńskiej katastrofie.
– Ależ to był profesor! On wszystko wyliczył!
Jedyny plus z tej rozmowy, to uwaga taksówkarza przy wysiadaniu:
– Ja i tak na PiS nie będę głosował. Zagłosuję na Kukiza.
Ten krótki dialog uświadomił mi geniusz pisowskich propagandzistów: od hasła „wystarczy nie kraść” do hasła: „wystarczy łgać”. 120 tys. dla rodziny robi o wiele większe wrażenie niż mityczne 100 milionów Wałęsy. Kto zagłosuje na partię, która – jak wyliczył profesor przed kamerami Telewizji Polskiej – jego rodzinie zabrać chce 120 tysięcy? Z pewnością tego geniuszu bardziej należy się bać niż go podziwiać.
Czas leci na złamanie karku, wakacje za pasem. Analizy przyczyn porażki KE muszą być więc szybkie a nade wszystko celne. Tu nie może być mowy o łatwiźnie, czy zwykłym wishful thinking . Analitycy dostrzec powinni historyczne tło (podwaliny?) tego wyniku wyborczego, zwłaszcza na tle wyników ogólnoeuropejskich. One nie spadły z nieba. Rosnąca niebezpiecznie popularność w Europei populistów o nacjonalistycznym zabarwieniu jest prawdopodobnie efektem kryzysu gospodarki neoliberalnej, prowadzącej do gwałtownego majątkowego rozwarstwienia społeczeństw i do pauperyzacji klas średnich. Temu kryzysowi, w sposób naturalny, towarzyszy kryzys tradycyjnych lewicowych partii, które swoją pomyślność związały z pomyślnością neoliberałów. Mam tu na myśli oczywiście klasyczne partie socjaldemokratyczne – na naszych oczach wali się ostoja europejskiej socjaldemokracji: SPD.
Mowa rodzaju: „Wszystkie ręce na pokład!” to dzisiaj mowa trawa. Na pokład jakie łodzi? Która płynie dokąd?
Przyznam się, że byłem wielce zdziwiony, gdy z ust liderów Koalicji przed wyborami, słyszałem w kółko i z uporem powtarzane hasło: „Idziemy do wyborów do Parlamentu Europejskiego aby odsunąć PiS od władzy”. To z pewnością jeden z błędów. Pisałem o tym wielokrotnie, że w wyborach europejskich Koalicja powinna prezentować program pozytywny: – idziemy do wyborów w imię czegoś, w obronie wartości itp. Te hasła wprawdzie też były obecne, ale dominowało hasło konfrontacyjne. W efekcie Koalicja nie wykorzystała w pełni potencjału europejskości w docieraniu do młodzieży, zraziła niechętnych „targaniu się po szczękach” i dodatkowo zmobilizowała elektorat PiS. Innymi słowy Koalicja dała się wciągnąć na podwórko PiS. I przegrała.
Podstawowym problemem Koalicji to to, czy dalej trwać przy haśle: „Idziemy do wyborów aby odsunąć PiS od władzy”, czy stanąć na uszach i wypracować wspólną, spójną i wiarygodną alternatywę programową. Ironia sytuacyjna jest w tym, że właśnie wybory krajowe są najlepszą okazją do „odsuwania od władzy”, ale ten argument, moim zdaniem, eksplodował przedwcześnie. Nie będzie łatwo, tym bardziej, że samą Koalicję czekają ciężkie czasy. Czy przetrwa? Gremialne opuszczenie wieczoru wyborczego przez PSL nie wróży nic dobrego. Otwartym też staje się pytanie, czy Platforma Obywatelska – trzon Koalicji, będzie chciała ją utrzymywać. Już rozlegają się głosy, że przyczyną porażki PO, zwłaszcza na tle sukcesu SLD, był zbyt ostry skręt na lewo. Nad głową Schetyny zbierają się ciemne chmury.
SLD niewątpliwie odniósł sukces – utrzymał „stan posiadania” w PE. Ten sukces może być jednak przyczyną potężnego bólu głowy w wyborach do polskiego parlamentu. Po pierwsze stał się on za sprawą wybitnych osobowości polskiej lewicy, które stanęły w szranki wyborcze a nie za sprawą programowej, społeczne siły Sojuszu. Skierowanie byłych premierów na pierwszą linię frontu było zagraniem iście genialnym i skutecznym. Millera, Belkę, Cimoszewicza choć wiele wprawdzie łączy, to jednak też wiele dzieli. W okresie kampanii będą oni ponadto zajęci urządzaniem się w Brukseli. Ich udział w kampanii wyborczej do Sejmu będzie więc mocno ograniczony.
Jeżeli Koalicja wystąpi z alternatywnym programem, to aby był spójny i wspólny SLD będzie musiał pójść na duże ustępstwa programowe i ideowe – będzie więc miał problem wewnętrzny, problem swojej lewicowej tożsamości. Jeżeli Koalicja nie przetrwa – SLD stanie do jesiennych wyborów właściwie bez aktualnego programu przyszłościowego. Jest o czym myśleć.

Tekst ukazał się na blogu „Jacka Uczkiewicza wołania na puszczy”.

Teraz albo nigdy

„Jeśli PiS jesienią wygra wybory, zapewni sobie w 2023 roku większość konstytucyjną. Zmieni prawo, media, konstytucję, prawo wyborcze, prawo o partiach politycznych…” – mówi dr hab. Marek Migalski, politolog, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co). – „Albo PiS zostanie odsunięty od władzy w 2019 roku, albo nigdy”.

JUSTYNA KOĆ: Od kilku dni trwają spekulacje, kto zajmie miejsca ministrów, którzy zdobyli mandat europosła. Do Brukseli odchodzą jedni z najpopularniejszych polityków partii rządzącej. Czy to były lokomotywy, czy Jarosław Kaczyński chciał się pozbyć najpopularniejszych polityków? Wiemy, że nie lubi, jak ktoś staje się zbyt popularny – casus zamiany Beaty Szydło na Mateusza Morawieckiego.
MAREK MIGALSKI: Myślę, że jednak chodziło o to, aby popularni politycy ciągnęli listy i zdobywali głosy. Te wybory zdecydowanie zbudowały Beatę Szydło, bo pokazała w nich, że jest bardzo popularnym politykiem obozu władzy. Gdyby nie bardzo dobry wynik Patryka Jakiego, który zdobył ponad 200 tys. głosów, to prawdopodobnie Beata Szydło zdobyłaby nie ponad 500 tys., a 700 tys. głosów. Wyjazd może jej także pomóc z innego względu. Beata Szydło była ministrem ds. społecznych, który nic nie robił, i co gorsza – była odpytywana z tego nicnierobienia. W PE może zbudować sobie własne, nowe narzędzie, będzie miała do tego forum i ludzi, zatem jeśli planem Jarosława Kaczyńskiego było pozbycie się Beaty Szydło, to wysłanie jej do Brukseli było najgorszym pomysłem.

Zawsze mówi się, że wyjazd do Brukseli to zesłanie, dobra emerytura. Czy Beata Szydło, nieznająca nawet języka angielskiego, może tam cokolwiek osiągnąć?
Ja nie mam takiego wrażenia w przypadku polskich polityków, że to emerytura. Rzeczywiście tak jest w przypadku europosłów z krajów zachodnich, dla których to raczej stabilna i bezpieczna praca i tam wyjeżdża raczej drugi lub trzeci garnitur, ale w Polsce tak nie było, może poza wyborami 2004 roku. Teraz na pewno ci politycy nie znikną nam z oczu i nie zapomnimy o Joachimie Brudzińskim czy Patryku Jakim.

Czy polska delegacja do PE będzie potrafiła dobrze zabiegać o sprawy naszego kraju?
To zależy, o kim mówimy, bo są tam politycy bardzo dobrze odnajdujący się w sprawach europejskich i strukturze UE, jak Danuta Huebner, Jan Olbrycht czy Jacek Saryusz-Wolski, ale nie ma co ukrywać, że znaleźli się też tam ludzie, którzy nie mają pojęcia i umiejętności, a nawet nie mówią po angielsku, jak Beata Kempa. Dla nich to będzie po prostu drogi, w sensie zarobków, staż. Prawdą jest też, że obecność największej grupy europosłów, czyli z PiS, bo jest ich aż 27, w jakimś sensie będzie zmarnowana, bo przyłączą się do EKR lub innej grupy eurosceptyków, która będzie miała nikłe znaczenie w PE. Ze wszystkich szacunków, które teraz są, wynika, że EKR będzie piątą siłą w PE i znajdzie się na marginesie. Władzę utrzyma sojusz chadeków z socjalistami, prawdopodobnie wzmocniony przez liberałów lub Zielonych. Tak czy inaczej, w tej układance nie ma miejsca dla EKR, zatem większość polskich europosłów znajdzie się w grupie, która nie będzie miała znaczenia.
Można powiedzieć, że paradoksalnie 22 europosłów KE i 3 Wiosny może mieć większy wpływ na to, co będzie się działo w PE.

6 proc. dla Wiosny. To koniec partii Biedronia?
To zależy od jego strategii. Ten wynik jest rzeczywiście mocno rozczarowujący i te entuzjastyczne okrzyki Roberta Biedronia na wieczorze wyborczym były dobrą miną do złej gry, co zresztą podpowiada każdy podręcznik marketingu politycznego. Na pewno sam Biedroń rozumie, że taki wynik jest dla niego rozczarowujący i jeśli nic nie zrobi, to na jesieni jego partia przegra, pójdzie pod wodę, czyli poniżej 5 proc. Jeżeli będzie chciał utopić swoją partię, to zostanie w europarlamencie, wystawi jakąś listę w wyborach październikowych, przeprowadzi minimalną kampanię i otrzyma 3 proc., czyli tylko tyle, aby otrzymać subwencję wyborczą. Natomiast jeśli Biedroń się jeszcze nie zmęczył polityką, to musi wymyślić Wiosnę na nowo lub zbudować wokół niej sojusz sił progresywnych, które dadzą nowy impuls, żeby ludzie o takich poglądach poszli jesienią na wybory. Sama Wiosna nie wystarczy.

Przy frekwencji wyjątkowo wysokiej, jak na wybory do PE – 45 proc. – PiS osiągnął 45 proc. poparcia. W wyborach październikowych prawdopodobnie frekwencja będzie jeszcze wyższa. Czy PiS zrobi lepszy wynik, czy osiągnął maksimum?
Powiem żartobliwie, że jeśli PiS osiągnął przy frekwencji 45 proc. wynik 45 proc. poparcia, to przy 60-proc. frekwencji powinien osiągnąć 60 proc. To w połowie żart, ale w połowie prawda. Oczywiście PiS nie dostanie 60 proc. poparcia, ale uważam, że zwiększenie frekwencji na jesieni będzie jeszcze bardziej służyło PiS. Jeżeli zadamy sobie pytanie, kto nie poszedł na wybory 26 maja, a kto pójdzie na wybory jesienią, to są to potencjalni wyborcy PiS-u. To będą ci, którzy pójdą, aby obronić zdobycze socjalne, które dostali od PiS: 500 Plus, trzynastą emeryturę, obniżenie wieku emerytalnego i wszystkie inne rzeczy, które dla miliona Polaków oznaczają awans cywilizacyjny. Oni wiedzieli, że mogą odpuścić sobie wybory europejskie, bo w nich nie chodziło o to, czy te socjalne świadczenia będą dalej wypłacane. Ale na jesieni PiS zrobi wszystko, aby przedstawić wybory jako starcie w sprawie 500 Plus. Jeżeli przekona wyborców, że tylko kontynuacja rządów jest gwarancją wypłacania świadczeń socjalnych, wygra.
Moim zdaniem wszystko wskazuje na to, że PiS jest skazany na sukces, a Koalicja jest w dziś w takiej sytuacji, że nic nie wskazuje na to, aby mogła przedstawić spójny program i ciekawą strategię na jesień. Obawiam się, że jeżeli nic się nie zmieni, to opozycja zostanie dobita na jesieni przez PiS.

Czeka nas wtedy scenariusz węgierski?
Tak, czyli następne 4 lata, w trakcie których PiS całkowicie zmieni reguły gry i zapewni sobie w 2023 roku większość konstytucyjną. Zmieni prawo, media, konstytucję, prawo wyborcze, prawo o partiach politycznych, całkowicie wymieni warunki konkurencji gospodarczej, zoligarchizuje nasz system ekonomiczny, preferując tylko tych graczy, którzy będą się układali z władzą. Twierdzę tak od jakiegoś czasu, że albo PiS zostanie odsunięty od władzy 2019 roku, albo nigdy.

Jarosław Kaczyński zostanie premierem za Mateusza Morawieckiego?
Nie sądzę, bo Jarosław Kaczyński tak fantastycznie czuje się w roli naczelnika państwa, że nie będzie chciał psuć sobie zabawy, wypełniając ciężkie obowiązki premiera. Natomiast ta rekonstrukcja rządu jest kolejnym atutem w rekach PiS-u, bo popularnych polityków będzie można zastąpić jeszcze bardziej popularnymi.
Zaraz nastąpi wymiana, będą nowi ministrowie, spektakl będzie trwał i skupiał uwagę opinii publicznej na rządzie i odwracał uwagę od tego, co 4 czerwca powie Donald Tusk. Władza ma takie narzędzia do tego i będzie z nich korzystać, zresztą zawsze to robiła.
W ten sposób wejdziemy w okres wakacji; z nowym zrekonstruowanym rządem i pogubioną opozycją.

Ale po wakacjach zaczną się kłopoty. Protest nauczycieli, prawdopodobnie także lekarzy rezydentów, wzrosną ceny prądu. To może zaszkodzić rządzącym?
To może zaszkodzić, chociaż złamanie strajku nauczycieli pokazało, że rząd sobie radzi z takimi problemami. Wydawało się, że strajk tak pokaźnej grupy zawodowej jak nauczyciele musi negatywnie odbić się na poparciu dla rządu, a tak się nie stało. Oczywiście dla obozu władzy nigdy nie jest dobrze, jak kraj ogarnia fala strajków, ale PiS-owi udaje się bardzo sprytnie tak kierować niechęć opinii publicznej i napuszczać jedne grupy społeczne na drugie, że może się okazać, że i te protesty jesienne nie zaszkodzą PiS-owi.

Co powinna zrobić opozycja?
W moim przekonaniu PiS jest nie do pokonania, ale to nie znaczy, że opozycja jest na przegranym. Zadaniem opozycji na jesieni nie jest skonstruowanie i doklejanie do KE kolejnych bytów, żeby pokonać PiS. Opozycja powinna pójść w takiej konstrukcji, żeby uniemożliwić PiS-owi zdobycie więcej niż 231 mandatów. I to jest do zrobienia pod warunkiem, że każdy pójdzie po swój elektorat. Nawet przy systemie D’Hondta to się może udać, tak jak udało się opozycji w 2007 roku, kiedy PO dostała 42 proc. poparcia społecznego, ale to się nie przełożyło na większość bezwzględną, czyli na 231 mandatów.
To jest nadzieja opozycji; nie pokonanie PiS-u, ale obniżenie wyniku PiS-u tak, aby można było skonstruować rząd antypisowski w oparciu o kilku posłów. To oznacza idealne rozegranie meczu opozycji między sobą, aby wspólna liczba mandatów była wyższa, niż zwycięskiego PiS, i aby po wyborach mogła stworzyć rząd koalicyjny.

Tylko musiałaby wtedy też mieć Senat, gdzie – w przeciwieństwie do Sejmu – jest ordynacja większościowa.
Tak, ale to też jest do zrobienia. Tam opłaca się jednolita lista opozycyjna, gdzie w każdym ze 100 okręgów jest jeden kandydat opozycji. Wówczas jest możliwe, że opozycja zgarnie 51 mandatów. Do Sejmu idą komitety partyjne, a do Senatu w każdym z okręgów rejestruje się np. komitet „zjednoczona opozycja”.

Lekcja eurowyborów

Zacząć muszę te niewesołe refleksje od wyznania, że źle oceniłem perspektywę proeuropejskiej opozycji w tych wyborach. Nie spodziewałem się tak wysokiej frekwencji, zwłaszcza w sprzyjających Prawu i Sprawiedliwości obwodach wiejskich i we wschodniej części kraju Biję się więc w piersi i postaram się w przyszłości wyciągnąć wnioski z tego doświadczenia.

Jak wielu moich przyjaciół i znajomych jestem tymi wyborami rozczarowany. Trzeba jednak patrzeć w przyszłość. To w jesiennych wyborach do Sejmu i Senatu rozstrzygną się losy Polski na następne lata. Mamy pięć miesięcy, by się do tych wyborów przygotować. Stawka jest bardzo wysoka. Tu idzie o umocnienie lub odwrócenie procesu przekształcania polskiego systemu politycznego w kierunku nowego autorytaryzmu. Jak wielokrotnie pisałem, cechą nowego autorytaryzmu – w odróżnieniu od klasycznego – jest to, że władza pochodzi nie z nagiej przemocy, lecz z woli wyborców: opiera się nie na bagnetach, lecz na kartkach wyborczych. Oznacza to szansę, ale także wyzwanie.
Wyniki wyborów pokazują, że istnieje równowaga między Zjednoczoną Prawicą (PiS i jego mniejsi sojusznicy) i demokratyczną opozycją (Koalicja Europejska, Wiosna i Lewica Razem). Na trzy listy demokratycznej opozycji padło łacznien45.8% głosów ważnych, czyli nieznacznie więcej niż na Prawo i Sprawiedliwość (45.4%). W pewnym sensie sukces partii władzy jest powtórzeniem jej sukcesu w wyborach z 2015 roku, gdy tylko dzięki temu, że koalicyjna lista Zjednoczonej Lewicy nie przekroczyła progu wyborczego prawica zdobyła ona bezwzględną większość mandatów sejmowych.
Powtarzam więc raz jeszcze: jeśli na serio chcemy odsunąć PiS od władzy i zapewnić Polsce demokratyczną przyszłość, powinniśmy na bok odłożyć nawet najbardziej uzasadnione wzajemne anse i zbudować możliwie szeroką – szerszą niż Koalicja Europejska – koalicję sił demokratycznych. Robert Biedroń ma powody, by cieszyć się z tego, że Wiosna znalazła się na trzecim miejscu, ale powinien pamiętać, że przy ordynacji obowiązującej w wyborach sejmowych kilka procent poparcia tej partii przełożyłoby się na znacznie więcej mandatów, gdyby Wiosna weszła w skład koalicji demokratycznej.
Jeszcze bardziej oczywista jest sytuacja Lewicy Razem. Szanuje i cenię ideowość działaczy tej formacji, ale raz jeszcze przestrzegam przed marnowaniem głosów. Nic nie wskazuje na to, że za pięć miesięcy Lewica Razem będzie w stanie pokonać próg wyborczy. Głosy oddane na tę listę znowu się zmarnują. Czy nie lepiej więc odłożyć na bok urazy z przeszłości i tym razem iść rzeczywiście razem?
Sojusz Lewicy Demokratycznej ma powody, by uznać swoją decyzję o wejściu w skład Koalicji Europejskiej za trafną. Ze wspólnych list wprowadziliśmy do Parlamentu Europejskiego tylu posłów, ilu mieliśmy w poprzedniej kadencji. Przekonany jestem, że gdyby SLD szedł do wyborów osobno, takiego wyniku nie zdobyłby. Tak się składa, że dobrze znam (także ze wspólnej pracy w rządzie) i bardzo cenię wszystkich teraz wybranych SLD-owskich deputowanych, więc przekonany jestem, że Polska i Unia Europejska dobrze wyjdą na tym, że zdobyli oni mandaty.
Musimy teraz zakasać rękawy i tak pracować nad przygotowaniem następnej kampanii wyborczej, by nie skończyła się ona nową przegraną.
Oznacza to przede wszystkim przełamanie fatalnego podziału na miasta i wieś, Polskę wschodnią i zachodnią. Poważny – realistyczny a zarazem ambitny – program dla wsi i dla regionów mniej rozwiniętych to obecnie warunek sine qua non jesiennego zwycięstwa.
Musimy zrobić poważny wysiłek dla odzyskania poparcia najmłodszych wyborców. To ich przyszłość jest szczególnie zagrożona przedłużaniem się rządów PiS.
Zarazem konieczny jest poważny program uporządkowania stosunków miedzy państwem i kościołem. Koalicja sil demokratycznych nie jest i nie będzie ugrupowaniem antykościelnym. Powinna jednak bardzo wyraźnie określić swe zamiary w takich sprawach jak dalsze losy ustawy antyaborcyjnej, nauczania religii w szkołach publicznych i jej finansowanie ze środków budżetowych, a przede wszystkim zasady wynagradzania takich – dotąd wyraźnie dyskryminowanych – kategorii pracowników państwowych jak nauczyciele, służba zdrowia czy personel administracyjny sadów.
Musimy też silniej niż dotychczas wyeksponować nasze stanowisko w sprawie polityki zagranicznej. Prawo i Sprawiedliwość doprowadziło do dramatycznego osłabienia pozycji międzynarodowej naszego państwa. Awanturnicza rusofobia w połączeniu z boczeniem się na główne państwa Unii Europejskiej niszczy tę pozycję, jaką dla Polski wywalczyliśmy przez pierwsze ćwierćwiecze Trzecie Rzeczypospolitej.
Tak więc jest nad czym dyskutować i jest wiele do zrobienia, byśmy za pięć miesięcy mieli prawo do otwierania szampana. Jest to w zasięgu możliwości, ale łatwo nie przyjdzie.

Szansa Ważny Tunajt

Rozmawiałem dziś z kolegą, który od wielu lat mieszka i pracuje w Hiszpanii, na Teneryfie. Pytał mnie, co słychać w starym kraju. Opowiedziałem mu o powyborczej gorączce i o tym, jak jedni się cieszą i wieszczą rychły koniec drugich, a drudzy bagatelizują porażkę, którą próbują sprzedać jako mały wypadek przy pracy.

Znajomy z Hiszpanii nie głosował. Nawet nie wie, gdzie był najbliższy punkt wyborczy. Pewnie w konsulacie w Sewilli, ale kto by tam jechał na jeden raz. Lud pracujący na Wyspie zajmuje się meczami a po seansach-kolacjami w tawernach, żeby następnego dnia pójść do roboty. O polityce, zwłaszcza tej wielkiej, mało kto mówi. Bo i po co? Trzeba orać, żeby przeżyć, a politycy niech lepiej nie przeszkadzają, zwykł mawiać nigeryjski kolega mojego znajomego z Teneryfy, który razem z nim kładzie gładzie i podwiesza sufity w apartamentach.
Mój inny kolega, muzyk, zapytał mnie dziś, czemu nie załamuję rąk i nie krzyczę, że wygrał kto wygrał-przecież, my, ludzie kultury i artystycznego rzemiosła, powinniśmy najgłośniej protestować, że kraj nam idzie na zmarnowanie, bo jeszcze rok, dwa i urządzi nam PiS drugą Berezę Kartuską, i wszystkich na prawo od ściany powsadza na lata. Próbowałem go jakoś uspokoić, że na razie jeszcze nie wsadzają i nie zamykają. Mało tego, mówią dość otwartym tekstem, że nie zamierzają wyprowadzać Polski z UE, a cała reszta to kwestia umiejętności uprawiania miękkiej polityki dialogu i odpowiednio mocnych kadr, z czym rzeczywiście może być kłopot. A tak zupełnie po prawdzie, to my, ludzie sceny, lub szerzej, kultury i sztuki, najbardziej dostaliśmy po kieszeni od rządów Platformy i PSL-u. PiS jak dotąd głównie daje. Uwalone 50 proc. uzysku. Podwyżka VAT-u na bilety na imprezy masowe. Zgadnijcie Państwo, kto to tym pięknoduchom zafundował prawie dekadę temu?
W zwycięstwie PiS-u jest jednak cień szansy dla Polski. A przynajmniej być może. Wystarczy przyjrzeć się, nie nazbyt uważnie nawet, kto wygrał europejskie rozdanie w innych państwach. Zaznaczam od razu, to nie jest kompletnie moja polityczna bajka, ale ludzie wybrali tak a nie inaczej, i trzeba spróbować nauczyć się z tym żyć. Skoro już mamy w wielu europejskich państwach progres myśli prawicowo-konserwatywnej, której PiS jest również wyznawcą, istnieje szansa, że na poziomie europejskim, Kaczyński szybciej dogada się z sobie podobnymi w innych państwach niż z Timmermansem i Tuskiem. A z tego dogadania dla Polski mogą, choć nie muszą, wyniknąć konkretne, wymierne skutki. Najlepiej finansowe. Innymi słowy, ma dziś PiS szansę jak nigdy dotąd pokazać, jak potrafi skutecznie walczyć o pieniądze dla Polek i Polaków. I bardzo bym chciał ten wyczyn zobaczyć, a nawet więcej napiszę, bardzo towarzystwu kibicuję, żeby się im udało, choć na wódkę bym z nimi nie poszedł. Bo jak im się uda, to i mi też coś skapnie. Nowy chodnik, most, autostrada, po której będę jeździł i słuchał sobie na słuchawkach lewackich kapel i czytał Prousta.
Zawiść i żółć na wątrobie tak strasznie toczą ten kraj, że w dwugłosie polaryzacyjnym wszystkie podobne do moich opinie są kwitowane jako bajdurzenie symetrysty A mi idzie jedynie o swój własny komfort i dobrobyt, który egoistycznie łączę z dobrodziejstwem mojego kraju, urządzanego chwilowo przez PiS. I czy to się komuś podoba czy nie, tak właśnie jest, i mam wrażenie, jeszcze trochę będzie, więc oczywiście, można zżymać się dalej psując sobie nerwy, ale można też zacząć w końcu spokojnie żyć.
Wychodzę zaraz z domu i idę na rower. Bo mogę. Wam też radzę. Wy też nadal możecie.

Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Bigos tygodniowy

PiS – 45,4 procent, Koalicja Europejska – 38,5 procent, Wiosna – 6,1 procent. Wszyscy, którzy nie chcą władzy PiS muszą, jeśli nie lubią robić dobrej miny do złej gry, uznać ten wynik za porażkę obozu demokratycznego, liberalno-lewicowego w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Nie dlatego, że PiS wygrało te wybory, bo z niewielką przewagą tej siły należało się liczyć, ale dlatego, że okazało się, iż wbrew krążącym od blisko czterech lat przypuszczeniom (które i ja żywiłem) elektorat PiS nie jest zabetonowany na poziomie z wyborów 2015, lecz ma rezerwę, która właśnie została zmobilizowana i która jest teflonowo odporna na pisowskie kompromitacje, za to łasa na korupcyjne datki. PiS uzyskało wynik lepszy o 8 procent od tego sprzed prawie czterech lat. W tej sytuacji czarno widzę przyszły wynik jesiennych wyborów do Sejmu i Senatu. Co gorsza, nawet suma potencjałów sił demokratycznych (Koalicja Europejska plus Wiosna) jest minimalnie (ale jednak) mniejszy niż potencjał PiS, czyli także wbrew temu co wielu sądziło. Na dodatek przetrwanie Koalicji, przynajmniej w obecnym kształcie nie jest pewne, więc może być jeszcze gorzej.
*****
Człowiek jest istotą seksualną, większość z nas doświadczało, doświadcza i doświadczy pożądliwości. Jednak świat na tym się nie kończy, tymczasem oglądając film Sekielskich i czytając w mediach liczne teksty o kościelnej pedofilii można odnieść wrażenie, że dla tych „DUCHOWNYCH” właśnie na tym się kończy. Boże Przedwieczny, żeby „DUCHOWNI” byli aż tak chutliwi!!! Można odnieść wrażenie, że tych „DUCHOWNYCH” nic innego niż genitalia dziecka nie interesuje. Żadnych zainteresowań, żadnych aspiracji natury wyższej, tylko fizjologiczne chucie, horyzont umysłowy na poziomie krocza małoletniej ofiary. W jednym z materiałów telewizyjnych mowa była o „palcu wkładanym do pupy”, który ma uzdrowić. Palec Księdza jako Palec Boży?
*****
Prawolstwo pieni się ze złości z powodu antyklerykalnej i antykościelnej satyry na sobotnim Marszu Równości w Gdańsku, Krzysztof Wyszkowski nazwał ekipę Aleksandry Dulkiewicz „szaloną” (czy nie zapomniał wziąć leków?), a na Jasnej Górze Tadeusz Rydzyk w histerycznej przemowie wołał w niedzielę: „Widzimy to w mediach, widzimy w tym ataku na kościół katolicki – z tymi strasznymi sprawami, o których słyszymy codziennie wśród polityków, wśród tak zwanych dziennikarzy, ale raczej nazwać: manipulatorów. Widzimy, że to jest atak, to jest potop. Chcą utopić naszą wiarę, chcą utopić zaufanie do kościoła”. Potop, oblężenie Jasnej Góry, Rydzyk jako przeor Kordecki? A ja zwrócę uwagę na jeden tylko aspekt tej fali ostrej krytyki Kościoła kat. z jej nie spotykaną dotąd w Polsce jaskrawą – rzekłbym – ekspresjonistyczną stylistyką, znaną dotąd n.p. z Holandii czy Hiszpanii. Otóż – paradoksalnie – nie występowała ona w czasach laickiej PRL, natomiast dziś jej wyrazicielami jest pokolenie absolwentów katechezy szkolnej od 1990 roku. Kościół chciał sobie wychować pokolenie prawowiernych owieczek, a wychował sobie pokolenie szyderców, czyli osiągnął skutek odwrotny o zamierzonego. Co się stało? To pytanie do socjologów.

****
Kto nie lubi „zachodniego” poziomu życia? Większość ludzi o tym marzy, cokolwiek by to znaczyło. Ujmując rzecz w daleko idącym uproszeniu można by rzec, że większość obywateli Polski chciałaby zarabiać tyle, co dobrze zarabiający Niemiec. Z wyjątkiem tych, którzy już zarabiają znacznie więcej. I dlatego też większość z nas, pewnie zauroczona „zachodnim poziomem życia”, nie zwróciła uwagi na narrację Kaczyńskiego i Młodego Morawieckiego. Otóż orzekli oni, przy okazji dyskusji wokół sprawy waluty euro, że chcą „zachodniego poziomu życia”, „zachodniego poziomu zarobków”, ale nie chcą zachodnich „nowinek obyczajowych” (Morawiecki). Czy te „nowinki”, to wolność, w tym wolność słowa, demokracja, praworządność, rozdział kościoła od państwa i tym podobne?
*****
Notoryczny Kłamca, Pinokio, który już musiał w trybie wyborczym publicznie przepraszać za kłamstwa znów przyłapany na jakichś skomplikowanych matactwach i przecherstwach majątkowych z arcybiskupem wrocławskim i jakimiś szemranymi osobami w tle. Jak dotąd, choć uwielbia upajać się własnym głosem podczas przemówień i sypać czerstwymi żartami, nie miał odwagi wytłumaczyć się przed opinią publiczną. Jeśli porównać to z aferą zegarka ministra Nowaka z PO, aferą opiewającą na kwotę całych 17 bodaj tysiąca złotych, to boki bolą od śmiechu
*****
Radna warszawska PiS Olga Semeniuk, domaga się rozbiórki pomnika Żołnierzy I Armii Wojska Polskiego, autorstwa wielkiego Xawerego Dunikowskiego. W miejsce usytuowanego na Muranowie monumentu przedstawiającego figurę żołnierza w hełmie i z pistoletem maszynowym w dłoniach, chciałaby wzniesienia pomnika generała Władysława Andersa. Moja propozycja jest inna: ustawić figurę Andersa obok figury żołnierza, w geście obejmowania go, na podobieństwo socrealistycznej rzeźby Aliny Szapocznikow „Przyjaciele”. Byłaby to metafora pojednania narodu. Perypetie z usunięciem przed laty tego pomnika przez hunwejbina z Pałacu Kultury powinny być memento dla wszystkich opętanych chorymi emocjami burzy murków i burzypomników. Pomnik Juliusza Słowackiego na placu Bankowym odpowiada mi ze wszechmiar, ale gdyby obok niego zrekonstruowano pomnik Feliksa Edmundowicza Dzierżyńskiego, byłbym jeszcze bardziej usatysfakcjonowany.

Flaczki tygodnia

„Módlmy się, żeby ten deszcz przestał teraz padać”, zaapelował pan premier Mateusz Morawiecki do ministrów swego rządu, wojewodów z zalanych terenów, przedstawicieli wojska zawodowego oraz Wojsk Obrony Terytorialne a także policji, zawodowej i ochotniczej straży pożarnej. O skuteczności modlitw świadczy sytuacja na terenach zalanych i podtopionych.x/ Trzy lata temu prawicowi marszałkowie Sejmu RP wzywali Wysoką Izbę do intensywnych modłów o deszcze. Trochę się pan bóg ociągał, ale w końcu te wymodlone deszcze nadeszły.

W czasie pomiędzy zbiorowymi modlitwami rządzącej Polską prawicy, tych o deszcze i tych i zaprzestanie deszczu, nie wybudowano na zalewanych obecnie terenach ani jednego większego zbiornika retencyjnego.
Te, istniejące od lat w Polsce zbiorniki, zatrzymują obecnie około 14 procent rocznych opadów deszczu. Tych wymodlonych i niewymodlonych. W również katolickiej Hiszpanii tego typu zbiorniki zatrzymują około 40 procent spadającej tam z nieba wody. Ale tam rządzący nie modlą się o deszcz lub suszę tylko budują zbiorniki.

Czy mamy zatem modlić się aby polskie prawicowe elity rządzące zaczęły modlić się o zbiorniki retencyjne?
Może wtedy spadną nam z nieba.

„Mówimy „nie” euro, mówimy „nie” europejskim cenom. Mówimy europejskie płace, nie europejskie ceny” – ogłosił program Partii i katolickiego narodu pan prezes Jarosław Kaczyński. Człowiek funkcjonujący w naszym kraju na prawach boga.
Jak każdy widzi europejskich cen na pewno jeszcze nie mamy, bo Polska, swymi cenami na poziomie 57 procent średniej unijnej, jest trzecim na liście najtańszych krajów Unii Europejskiej. W niedalekiej Belgii wskaźnik cen osiągnął już 111 procent średniej unijnej.
Jak pan prezes Kaczyński zamierza wprowadzić europejskie płace bez podnoszenia cen, tego ani on, ani ktokolwiek z jego doradców nadal nam nie wyjaśnił. Pozostaje zatem modlić się w tej intencji.

Nie ma powodu już modlić się o wprowadzenie euro w Polsce. Przynajmniej do roku 2022. Wtedy bowiem kończy się kadencja pana Adama Glapińskiego prezesa Narodowego Banku Polskiego. Pan prezes jednoznacznie zadeklarował, że za jego prezesury Polska do strefy euro nie wejdzie. Nawet w strefie ERN II, czyli przedsionku europejskiej wspólnoty walutowej noga jej nie stanie.
W tym samym kampanijnym czasie pan prezes Kaczyński objawił potencjalnym masom wyborczym, że „Euro jest dobre dla tych, którzy są silni”.
Ponieważ pan prezes Glapiński jest wasalem i realizatorem woli pana prezesa Kaczyńskiego, to jasnym jest, że przynajmniej do 2023 roku Polska w siłę nie urośnie.
Zatem przez najbliższe cztery lata wszelkie modlitwy o rychłe nadejście „silnej Polski” można sobie o przysłowiowy kant potłuc. O czym „Flaczki” lojalnie wszystkich rozmodlonych uprzedzają.

Nie wysłuchano modlitw ani aktów strzelistych pana ministra Krzysztofa Szczerskiego, pana ministra Pawła Solocha, pana ministra Mariusza Błaszczaka i przede wszystkim pana prezydenta Andrzeja Dudy.

W zeszłym tygodniu Komisja Sił Zbrojny Senatu US dwudziestoma pięcioma głosami za, przy dwóch głosach przeciw, przyjęła projekt ustawy o finansach sił zbrojnych na rok 2020. Teraz dokument trafi pod obrady Izby Reprezentantów, która zapewne przyjmie go bez większych poprawek. Co oznacza, że USA przeznaczą w 2020 roku na swe bezpieczeństwo 750 mld dolarów, czyli o 34 mld więcej niż w 2019 roku.
W uzasadnieniu ustawy czytamy, że świat staje się coraz bardziej niestabilny i niebezpieczny, a strategiczni konkurenci, czyli Chiny i Rosja, podważają dominację militarną USA. I zagrażają bezpieczeństwu i dobrobytowi Ameryki. Dlatego Waszyngton zamierza zwiększyć swoją obecność wojskową także w Polsce.

Zwiększą, ale inaczej niż to sobie obecne polskie władze wyobrażały. Pan prezydent Duda i liczni ministrowie usilnie zabiegali o stałą (permanent) obecność wojsk amerykańskich wojsk w Polsce. Jej symbolem miał być wymyślony przez pana ministra Szczerskiego „Fort Trump”.
Jednak Amerykanie postawili na obecność trwałą(persistent).Ta różnica słów oznacza, że wielce wymarzony, wymodlony, i już zwiastowany przez wyżej wymienionych prominentów PiS, „Fort Trump” można teraz w bajki włożyć.
Zamiast przyjeżdżać na kilkuletnią służbę do nowej stałej bazy, amerykańscy żołnierze będą wpadać do nas, jak niedawno Ukraińcy do pracy. Na okres od kilku miesięcy do roku.
Zamieszkają w starych polskich, czyli po niemieckich i poradzieckich, koszarach. Tam poćwiczą sobie, wypiją browary z kolegami z innych armii, pierogów podjedzą, bzykną sobie może, i zadowoleni do domów powrócą.
Takie rotacyjne pięć, sześć tysięcy wojska stale przebywającego w Polsce będzie dodatkowym argumentem prezydenta Donalda Trumpa w jego kolejnych negocjacjach biznesowo- politycznych z prezydentem Rosji Władymirem Putinem. W zamian za ewentualne ustępstwa prezydenta Putina prezydent Trump łatwo i tanio zredukuje swój rotacyjny kontyngent.

Umierać za swój „Fort Trump”, albo polski Gdańsk, amerykańskie wojska nie będą.

Ile polski budżet zapłaci za wzmocnienie amerykańskiej pozycji przetargowej, jeszcze nie wiemy. W niedawnej przeszłości rząd PiS deklarował na te wydatki 2 mld USD. Ale od tamtego czasu wszystko Polsce podrożało, nawet kilogram pietruszki. Chociaż zarobków europejskich nadal nie mamy.

Biolodzy z Nottingham University potwierdzili, że ilość męskiego nasienia maleje i jest ono coraz gorszej jakości. W ciągu ostatnich 50 lat liczba plemników spadła o połowę. Co gorsza są one coraz bardziej „powolne” lub obarczone wadami genetycznymi. Nawet te polskie. Winnymi za ten ubytek są chemiczne składniki plastikowych opakowań, zwłaszcza torebek, którymi praktycznie opakowane jest całe nasze ludzkie życie. Powszechnie występują w naszych środowiskach domowych i po zużyciu nie chcą się rozkładać. Szybciej za to rozkładają się ich ludzcy producenci i użytkownicy.

Kiedy zsyłaliśmy to wydanie „Trybuny” do drukarni trwały w Polsce wybory do Parlamentu Europejskiego. Wyniki wyborów skomentujemy w wydaniu środowo- czwartkowy.

Przez całą minioną sobotę i niedzielę delektowaliśmy się kojącą wszystkie zmysły ciszą wyborczą. A może by wprowadzić raz w miesiącu jeden weekend wolny od tych licznych, gównianych wiadomości, kabotyńskiego ćwierkania twitterowego i ciągłego komentowania cudzych komentarzy? Czyli tej wielkiej polityki uprawianej po polsku?

Wiecie do kogo się o to pomodlić?

Bezkompromisowa inauguracja

Objęcie rządów przez najmłodszego Prezydenta Ukrainy Wołodymira Zełenskiego to zapowiedź zmian w wielu dziedzinach życia kraju.

Wystarczy powiedzieć, że na zakończenie swojego inauguracyjnego przemówienia Zełensky rozwiązał Wierchowną Radę (parlament) i zapowiedział przedterminowe wybory. Do tego zażądał od parlamentarzystów uchwalenia ustaw znoszących ich immunitet, jak również wprowadzenia przepisów o odpowiedzialności karnej parlamentarzystów i wysokich urzędników za nielegalne wzbogacenie się, oraz odwołanie ministrów obrony narodowej, szefa ukraińskiej służby bezpieczeństwa i prokuratora generalnego.

Zawieszenie broni z Rosją

Pierwszym zadaniem, jakie postawił sobie Zełensky po zaprzysiężeniu, będzie zakończenie wojny na wschodzie kraju, gdzie pięcioletni konflikt z popieranymi przez Rosję separatystami pochłonął 13 000 ukraińskich ofiar. Dodał, że dialog z Rosją może nastąpić dopiero po powrocie utraconych terytoriów do Ukrainy oraz po uwolnieniu jeńców wojennych. „Donbas i Odessa to ukraińskie ziemie”, a Ukraina to kraj dla wszystkich jej mieszkańców ukraińsko i rosyjskojęzycznych. Prezydent powiedział, że „To nie my zaczęliśmy te wojnę. Ale to my musimy ją skończyć”.
W reakcji na te słowa – jak donosi Reuters – rzecznik Kremla, Dmitrij Peskow, oświadczył, że prezydent Putin pogratuluje prezydentowi Ukrainy, jeśli Zełensky poczyni postępy w rozwiązywaniu konfliktu z prorosyjskimi separatystami we wschodniej Ukrainie i naprawi stosunki z Rosją.

Rząd nie jest dla nas rozwiązaniem, jest dla nas problemem.

W swoim przemówieniu, merytorycznym acz zadziornym, Zełensky zwrócił również uwagę na konieczność zmiany świadomości Ukraińców w kwestii myślenia o Unii Europejskiej i NATO. Podkreślił on wolę dążenia do dołączenia do tych wspólnot, przy czym koniecznym jest – jak to określił, pokazując palcem głowę – „odpowiednie myślenie o tym, a nie tylko mówienie”. „Nie chcę abyście wieszali mój portret jako prezydenta w waszych instytucjach. Postawcie na biurkach zdjęcia waszych dzieci abyście pamiętali o ich powodzeniu podejmując decyzje”.
Cytując słowa prezydenta USA Ronalda Reagana „Rząd nie jest dla nas rozwiązaniem, jest dla nas problemem” – poprosił on skonsternowanych ministrów o podanie się do dymisji, aby „uwolnić miejsca dla ludzi, którzy będą myśleć o przyszłych pokoleniach, a nie o przyszłych wyborach”.
Następnie korzystając ze swoich uprawnień konstytucyjnych zapowiedział dymisje w ciągu dwóch miesięcy prokuratora generalnego, ministra obrony i szefa ukraińskiej służby bezpieczeństwa.

Wierchowna Rada – nowe wybory

Wielu prawników i obserwatorów politycznych zadawało sobie wcześniej pytanie, czy nowo powołany prezydent może legalnie rozwiązać Wierchowną Radę? Chodzi o ty by Zełensky mógł – na kanwie swojego sukcesu wyborczego – wprowadzić do parlamentu przedstawicieli własnej partii. Istniejące w obecnym składzie rady partie nie mogły zawrzeć koalicji tworzącej rząd, stąd powstała sytuacja umożliwiająca prezydentowi rozwiązanie parlamentu.
Opozycja zręcznie manipulowała dniem zaprzysiężenia Zełenskiego, jednak nie udało jej się przeciągnąć zorganizowanie tej uroczystości po 27 maja, którego to dnia upływał termin legalnego rozwiązania parlamentu. Istniejące uregulowania prawne parlamentu nie zezwalają na rozwiązanie rady w ciągu 30 dni po ogłoszeniu upadku koalicji rządzącej. Przy czym wybory parlamentarne na Ukrainie zaplanowano na 27 października, a kadencja obecnego parlamentu wygasa pod koniec listopada. Stąd też prawo zezwala prezydentowi Ukrainy na rozwiązanie Wierchownej Rady nie później niż 6 miesięcy przed wygaśnięciem kadencji.
Prezydent Wołodymir Zełensky skorzystał z tego uprawnienia i rozwiązał ukraiński parlament w dniu swojego zaprzysiężenia.

By Ukraińcy nie płakali

Zełensky wygrał wybory na Ukrainie otrzymując 73 procentowe poparcie. Wygrał, bowiem zapowiedział walkę z korupcją, bogacącymi się parlamentarzystami i zmianą polityki wobec Rosji. Na ceremonię zaprzysiężenia poszedł piechotą przez park, gdzie „przybijał piątki” oraz robił selfie ze zwolennikami. Nie było więc tradycyjnej parady.
W przeciwieństwie do swojego poprzednika ustępującego prezydenta Poroszenki, który swoją kampanię prezydencką jak również okres sprawowania urzędu opierał o podziały społeczne i nacjonalistyczne idee i trendy, Zełensky zwrócił się z apelem o jedność do wszystkich Ukraińców na świecie. „My was bardzo potrzebujemy. Wszystkim, którzy są gotowi zbudować nową silną i odnoszącą sukcesy Ukrainę, chętnie przyznam obywatelstwo ukraińskie. Musicie przyjechać na Ukrainę, nie w odwiedziny, ale po to, aby wrócić do domu. Czekamy na was. Nie potrzebujemy prezentów z zagranicy, proszę przynieś nam swoją wiedzę, doświadczenie i wartości umysłowe”.
Na koniec bardzo emocjonalnego, ciekawego i bezkompromisowego swojego przemówienia, przypomniał wszystkim, że jest aktorem-komikiem: „Przez całe życie starałem się rozweselać Ukraińców. Za pięć lat, na koniec kadencji, postaram się, aby Ukraińcy nie płakali”.
W inauguracji prezydentury Zełenskiego uczestniczyli prezydenci i premierzy sąsiadujących państw. Polskę reprezentował minister Jacek Czaputowicz. Szkoda, że obecny polski rząd nie przywiązuje odpowiedniej wagi do protokołu dyplomatycznego i nie wysłał do Kijowa przynajmniej osoby w randze wicepremiera. Była to najlepsza okazja do zresetowania polsko-ukraińskich stosunków.
Na dekret w sprawie rozwiązania Wierchownej Rany i wyznaczenie terminu przedterminowych wyborów nie trzeba było długo czekać – odbędą się one 21 lipca. Rada nie zaakceptowała za to propozycji zmian w ordynacji wyborczej zaproponowanych przez Zełenskiego.