Next Generation EU

Taki, symboliczny przydomek – „Następne pokolenie Unii Europejskiej” – nadano planom budżetowym UE na lata 2021-2027. Od miesięcy toczyły się wokół nich spory – przede wszystkim, co do wielkości budżetu.

Wszyscy z napięciem czekali więc na propozycję Komisji Europejskiej, którą na forum Parlamentu przedstawiła w środę (27 maja br.) Przewodnicząca Komisji, pani Ursula von der Leyen. To była najbardziej z dotychczasowych miarodajna „przymiarka”, do wielkich unijnych planów nie tylko ożywienia gospodarki po jej ostrym hamowaniu spowodowanym epidemią koronawirusa, ale też zbudowania Unii w pewnym sensie na nowo, zmodernizowania jej i uczynienia silniejszą.

Po wystąpieniu szefowej KE można powiedzieć, że pierwsza dobra wiadomość jest taka, iż projekt budżetu 2021-2027 jest znacznie lepszy niż wcześniejsze spekulacje. To jest łącznie 1 bilion 850 mld. Euro! Budżet miałby być niejako dwuczęściowy.

Pierwsza część – jeden bilion 100 mld. Euro – przeznaczone na tradycyjne, wieloletnie ramy finansowe, druga część – 750 mld. Euro – też podzielone na dwa: 500 mld. Euro na granty, a 250 mld. dostępne w formie pożyczek dla państw członkowskich.

Wynika z tych sum szansa, że w przyszłym budżecie Unii wydatki na politykę rolną, czyli dopłaty dla rolników, pozostaną na niezmniejszonym poziomie i podobnie będzie z polityką spójności, czyli z finansowaniem wyrównywania różnic między krajami bogatszymi a uboższymi w zakresie infrastruktury, transportu i wszelkiego rodzaju modernizacji wpływających na poziom i jakość życia obywateli.

Parlament Europejski przyjął te plany życzliwie, bo spełniają one oczekiwania europosłów co do wysokości, co do priorytetów budżetowych 2021-2027 oraz dostępności tego budżetu dla poszczególnych państw. Teraz Komisja Europejska i Parlament będą musiały przekonać do nich Radę Europejską. Ursula von der Leyen powiedziała: tyle mamy pieniędzy do podziału, ale jak je podzielimy, to dopiero będziemy ustalać. Dziś jeszcze żadna decyzja co do kryteriów przydzielania konkretnych sum poszczególnym państwom członkowskim nie zapadła, bo bez zgody Rady Europejskiej jest to niemożliwe. Zaapelowała więc do europosłów – przekonajcie do tych planów własne rządy i parlamenty narodowe. Macie takie możliwości: chadecy mają swoje rządy w krajach europejskich, socjaliści – mają, liberałowie – mają, Zieloni uczestniczą w rządach.

Chadecy, socjaliści, liberałowie i Zieloni, to jest większość w PE, która ma realne możliwości oddziaływania we własnych krajach. Działajcie więc! Gra toczy się bowiem nie tylko o to, żeby jakoś wyjść z kryzysu wywołanego koronawirusem, ale przede wszystkim o to, żeby nadać nowy kształt UE na następne lata. Chodzi o następne pokolenie Europejczyków, o to, żeby UE była mocniejsza, silniejsza, bardziej zwarta.

W wystąpieniach europosłów wyraźnie przebijała aprobata dla wzmacniania wspólnego rynku, chronienia go jako unijnej wartości, wyposażenia Komisji Europejskiej i innych instytucji europejskich w więcej instrumentów pozwalających na bardziej skuteczne niż dotąd działanie.
Priorytetem w przyszłych wydatkach Unii ma być oczywiście „Zielony ład”. Ten program będzie decydował o poziomie nowoczesności UE. Unia ma zdecydowanie rozwinąć digitalizację, która musi objąć całą gospodarkę i wszystkie sfery życia społecznego. Nowoczesna gospodarka plus większe, zdecydowanie bardziej odczuwalne przez społeczeństwo programy socjalne – to jest to, co Komisja Europejska deklaruje, a co Parlament Europejski wita z zadowoleniem.

Oczywiście te ambitne plany pochłoną wydatki na wielką skalę, które trzeba będzie sfinansować. Będą zatem nowe podatki i jest wola, żeby to zrobić. Chce się wprowadzić podatek od wielkich korporacji cyfrowych, podatek od śladu węglowego oraz – wynikający również z potrzeb „Zielonej Europy” – podatek związany z lotnictwem i żeglugą morską. Mowa oczywiście o CO2. Po raz pierwszy objęty tym mechanizmem ma być transport lotniczy i morski, które zostaną opodatkowane w ramach handlu emisjami.

Chce się w końcu wprowadzić podatek, który będzie dotykał najbogatszych – walka z unikaniem opodatkowania ma być wreszcie skuteczna i bezwzględna.

Krótko mówiąc planowane jest zbudowanie mechanizmów, siły i nowych możliwości, żeby Unia nie tylko pokonała kryzys wywołany koronawirusem, ale była odporna także na ewentualne przyszłe kryzysy.
Wielkie inwestycje – co powiedziano wyraźnie – są po temu niezbędne. Zwrócą się w postaci silniejszej Unii. Brak inwestycji spowoduje dużo większe koszty niż duże inwestycje. Wystąpienie pani Ursuli von der Leyen było kilka razy przerywane oklaskami.

Z dyskusji, która się następnie rozwinęła, wynika niezbicie, że cztery najważniejsze grupy polityczne są „za”. Parlamentarzyści podkreślali, że chodzi o nową Unię – Unię opartą o wartości, o solidarność wewnętrzną. Podkreślano również oczekiwanie, że żadne z państw nie będzie chciało korzystać kosztem innego państwa.

Mówiono, że 23 państwa i rządy są nastawione zdecydowanie pro-europejsko i są otwarte na Unię jutra. Natomiast cztery rządy – nie wymieniano, które – są rządami wciąż wyrażającymi różnego rodzaju kontestację.

Trzeba też zauważyć, że w żadnej wypowiedzi nie zakwestionowano wymogu praworządności i konieczności przestrzegania podstawowych wartości europejskich. Nawet pani Beata Szydło wyraziła wolę solidarności i nadzieje związane z tą propozycją budżetową.

Przy okazji chcę mocno podkreślić – zwłaszcza w kontekście wypowiedzi przesądzających już sumy przeznaczone dla Polski i pośpiesznego „wypinania piersi do orderów” – że żadnych konkretów w sensie ile i komu, nie było. To, co usłyszeliśmy, to są propozycje! To jest dobry początek, ale nie zapominajmy, że koniec wieńczy dzieło.

Uważam więc, że należy zachować spokój i przystąpić do bardzo intensywnej pracy. Założenie jakie powinniśmy przyjąć od początku – co do tego nie mam wątpliwości – powinno być takie: jeżeli będziemy chcieli aktywnie uczestniczyć w poszukiwaniu pozytywnych rozwiązań dla całej Unii, to możemy na tym skorzystać – właśnie taka współpraca jest wręcz oczekiwana. Jeśli jednak będziemy się ustawiać tylko w pozycji wiecznie niezadowolonego petenta, jeśli będziemy wzniecać konflikty i spory, to możemy skorzystać dużo mniej.

Mamy szansę być jednym z większych beneficjentów rodzącego się budżetu. To jednak nie oznacza w najmniejszym nawet stopniu sukcesu polityki „wstawania z kolan”.

Przekonanie tu i ówdzie pojawiające się, że można kontestować Unię, jej instytucje, zasady, którymi się kieruje, bo to i tak nie ma żadnego wpływu na wysokość unijnych benefitów, jest z gruntu fałszywe. Jeśli nawet pojawiają się takie sugestie, to są to sugestie fałszywe, podszyte prawdopodobnie jakimiś bieżącymi, lokalnymi potrzebami politycznymi. Rząd polski nie miał najmniejszego wpływu na wysokość i przeznaczenie kwot, o których mówiła przewodnicząca KE. PiS niczego nie wygrał, PiS nie przyczynił się w żadnej mierze do kształtu przedstawionych planów, ale może za to przyczynić się do przegranej w fazie ustalania szczegółów, kryteriów, zasad podziału. Jak do tego przyjdzie, to wszystkie rezolucje dotyczące praworządności w Polsce, podejmowane przez PE i lekceważąco traktowane przez rządzących, orzeczenia TSUE w polskich sprawach, zostaną położone na stole, przypomniane i odegrają swoją rolę w dyskusji ile, komu. Podnoszono to jasno i jednoznacznie – podnosiła to pani Ursula von der Leyen, chadecy, nasza grupa – S&D oraz liberałowie, że praworządność jest ostoją siły Unii Europejskiej. Uważam więc, że nasza dotychczasowa postawa może nam potencjalnie przysporzyć kłopotów a nie profitów. Możemy też odczuć negatywne skutki w związku z atmosferą wokół Polski w UE, która jest – mówiąc delikatnie – nie najlepsza.

Trzeba sobie jasno zdać sprawę, z nowego etapu, który Unia otwiera. To będzie zmiana oblicza Unii, wzmocnienie jej, a nie osłabienie. Unia ma być silniejsza, ma być graczem globalnym, ma sobie radzić w zmieniającym się świecie. Idzie się zdecydowanie w kierunku wyłonienia nowej, silniejszej, sprawniejszej struktury niż ta, jaką UE jest obecnie. Służyć temu będą wysiłki finansowe, organizacyjne i intelektualne, bowiem przyspieszone będą prace konferencji na temat „Jaka UE?”.

To jest ten moment, w którym zdecydują się również losy naszego kraju – albo wsiądziemy do pociągu zmian, albo zostaniemy na peronie kontestacji.

Zawirusowania unijne

Parlament Europejski przyjął rezolucję w sprawie największych unijnych problemów. Zwalczania pandemii koronawirusa i nieszczególnie demokratycznych działań rządów w Warszawie i Budapeszcie.

Parlament Europejski przyjął rezolucję w sprawie największych unijnych problemów. Zwalczania pandemii koronawirusa i nieszczególnie demokratycznych działań rządów w Warszawie i Budapeszcie.
W rezolucji europosłowie wzywają w Komisję Europejską do zaproponowania ogromnego pakietu naprawczego i inwestycyjnego dla wsparcia gospodarki europejskiej po kryzysie. Pakiet ten miałby być zupełnie nową jakością i stanowić część nowego budżetu UE.
Według uchwalonego dokumentu, niezbędne inwestycje byłyby finansowane ze zwiększonego budżetu UE, istniejących funduszy UE i instrumentów finansowych oraz obligacji naprawczych gwarantowanych z budżetu UE. Pakiet ten nie powinien obejmować istniejącego zadłużenia i powinien być ukierunkowany na przyszłe inwestycje.
Punkt 36 rezolucji odnosi się między innymi do wyborów prezydenckich w Polsce. Parlament Europejski mówi w nim o „całkowicie niezgodnych z wartościami europejskimi” krokach polskiego rządu, zmierzających do „przeprowadzenia wyborów prezydenckich w czasie pandemii”.
To „może zagrozić życiu obywateli polskich i podważyć koncepcję wolnych, równych, bezpośrednich i tajnych wyborów, o których mowa w Konstytucji RP” – brzmi rezolucja i dodaje, że szykowana w Polsce „zmiana Kodeksu wyborczego jest niezgodna z wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego i przepisami prawa”.
Oberwało się w rezolucji i Węgrom. Europosłowie uznali, że w Budapeszcie „przedłużają na czas nieokreślony stan zagrożenia, by umożliwić rządowi rządzenie za pomocą dekretów”. Przypomniano przy tej okazji, że „należy nadal stosować Kartę praw podstawowych Unii Europejskiej i zapewniać poszanowanie praworządności”, a „w kontekście środków nadzwyczajnych władze muszą dopilnować, by wszyscy korzystali z tych samych praw i z takiej samej ochrony”. Rezolucja stanowi również, że „wszystkie środki przyjmowane na szczeblu krajowym lub europejskim muszą być zgodne z zasadą praworządności, ściśle proporcjonalne do wymogów sytuacji, wyraźnie powiązane z trwającym kryzysem zdrowotnym, ograniczone w czasie i poddawane regularnej kontroli”.
W innym punkcie dokumentu europarlament wezwał Komisję Europejską, by szybko przeprowadziła ocenę, czy wprowadzane w Polsce i na Węgrzech epidemijne, środki nadzwyczajne są zgodne z traktatami.
Parlament zwraca się również do KE, aby „użyła wszystkich możliwych narzędzi i sankcji, w tym budżetowych, by odpowiedzieć na poważne i ciągłe naruszenia” i podkreślić „potrzebę stosowania mechanizmów UE w zakresie demokracji, praworządności i podstawowych praw”. Zaapelowano też do Rady Unii Europejskiej żeby powróciła do dyskusji i procedur związanych z toczącymi się wobec Polski i Węgier postępowaniami na podstawie artykułu 7.
Rezolucja ma też punkt 48, w którym napisano, że PE „wzywa państwa członkowskie do zapewnienia wszystkim kobietom i dziewczętom możliwości korzystania z praw reprodukcyjnych i seksualnych oraz bezpiecznego i szybkiego dostępu do związanych z nimi usług zdrowotnych w czasie pandemii COVID-19, zwłaszcza dostępu do środków antykoncepcyjnych, w tym antykoncepcji awaryjnej, oraz opieki aborcyjnej; zdecydowanie sprzeciwia się wszelkim próbom ograniczania praw w zakresie zdrowia reprodukcyjnego i seksualnego oraz praw osób LGBTI, i w tym kontekście potępia próby dalszej kryminalizacji opieki aborcyjnej, stygmatyzacji osób zakażonych HIV i ograniczania dostępu młodzieży do edukacji seksualnej w Polsce, jak również ataki na prawa osób transpłciowych i interseksualnych na Węgrzech”.
Stanowiska europosłów PiS można się było spodziewać. Ale tym razem zadziałali jeszcze nim doszło do głosowania. Europoseł Prawa i Sprawiedliwości Tomasz Poręba przed ogłoszeniem wyników głosowania, zamieścił w mediach społecznościowych stanowisko delegacji PiS w Parlamencie Europejskim wobec rezolucji.
„Z przykrością stwierdzamy, że nie jest to rezolucja tylko o walce z pandemią i jej skutkami, ale dokument, który wyraża stałe obsesje Parlamentu Europejskiego i większości, która rządzi Unią Europejską. Umieszczenie zagadnienia wyborów korespondencyjnych w rezolucji jest kolejnym przejawem stygmatyzacji Polski ze strony UE. Jeszcze bardziej absurdalne i pozbawione wyczucia jest przyjęcie poprawki potępiającej Polskę za rzekome ograniczenia aborcji i edukacji seksualnej. Jest to nie tylko niezgodne z prawdą, ale także zupełnie bez związku z rezolucją i pokazuje ideologiczne zacietrzewienie większości Parlamentu, która nie odpuści żadnej okazji, aby podkreślić swoje stanowisko w tych sprawach, nawet za cenę podziałów, których powinniśmy w tych czasach unikać” tak przedstawiciele PiS w PE podeszli do tego, co mówi im większość europejskich demokracji.
Na podanie oficjalnych wyników głosowania nie czekał też minister sprawiedliwości i prokurator generalny Zbigniew Ziobro. Na Twitterze napisał, iż „UE zawiodła na całej linii. To mówią Włosi, to mówią Francuzi, to mówią Hiszpanie. UE można powiedzieć jako instytucja okazała się skrajnie zbiurokratyzowana i skompromitowana swoją nieudolnością oraz brakiem zrozumienia wyzwań, jakie stoją dzisiaj przed Europą i przed światem”. Jakby tego było mało konstytucyjny minister polskiego rządu, dołączył do tego grafikę ze swoim cytatem: „Zamiast zajmować się pandemią i wspieraniem polskiego rządu w działaniach ograniczających pandemię, Unia Europejska chce się zajmować dalej ściganiem rzekomych braków praworządności w Polsce. To jest kolejny dowód kompromitacji i braku wyczucia czasu i miejsca”.
Ciekawe, że poza Ziobrą do rezolucji PE nie odniósł się ani MSZ, ani premier, czy prezydent. To pokazywałoby, że władza chce zachować dyplomatyczny dystans, żeby mieć swobodę ruchów. Zwłaszcza, że kruszenie kopii i obrażanie Brukseli, w kontekście – nie będącej niczym więcej jak sugestią – rezolucji, nie miałoby sensu innego jak propagandowy i to skierowany na polski elektorat PiS.
Z rezolucją poharcowali sobie jednak szeregowi dziś politycy PiS.
„Rezolucja PE ws walki z wirusem to podwójny wstyd. To faul Europarlamentu, który zamiast profesjonalnego planu odbudowy gospodarki zaatakował ideologicznie Polskę. To wstyd też dla polskiej opozycji, która wystąpiła przeciwko własnej Ojczyźnie. Ideologia przesłania rozsądek” – tyle Witold Waszczykowski.
„Głosowania w Parlamencie Europejskim nie odbywają się tak szybko jak w Polsce. Procedowanie w polskim parlamencie to wyżyny demokracji, w stosunku do tego co ma miejsce w PE” – to z kolei złota myśl Karola Karskiego.
Powściągliwością nie popisały się jednak Węgry, gdzie 30 marca przyjęto ustawę, zgodnie z którą rząd może w czasie stanu zagrożenia „zawieszać stosowanie niektórych ustaw, odstępować od zapisów ustaw i podejmować inne nadzwyczajne kroki w celu zagwarantowania życia i zdrowia obywateli, bezpieczeństwa prawnego i stabilności gospodarki narodowej”.
– Parlament Europejski zamiast solidarności i zjednoczonego działania w czasie pandemii koronawirusa znów atakuje Węgry – oznajmiła po uchwaleniu rezolucji, minister sprawiedliwości Węgier Judit Varga.
Według pani minister, w Brukseli, nawet w czasie pandemii nie zrezygnowano ze stosowania podwójnych standardów wobec Węgier.
– Potępiają nas na podstawie takich nieprawdziwych twierdzeń, jakoby rząd osłabiał u nas nadzwyczajny nadzór parlamentu, bowiem Zgromadzenie Narodowe nadal obraduje zgodnie ze zwykłym porządkiem – broniła posunięć ekipy Orbana. A poza tym, według pani minister „to smutne, że w okresie pandemii niektóre siły polityczne mają czas na kontynuowanie oszczerstw wobec Węgier”.
– Jeśli ktoś nie potrafi pomóc, niech nam nie przeszkadza” – kończyła swoje pretensje do PE szefowa MSZ Węgier.
Dyplomatyczny spokój zachowuje dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce dr Marek Prawda. Mówiąc o planach Polski na przeprowadzenie głosowania korespondencyjnego w wyborach prezydenckich 10 maja, przywołał to co w Brukseli wiadomo.
– Była na ten temat wypowiedź komisarz Very Jourowej, była też rezolucja w Parlamencie Europejskim, więc niepokoje i wręcz brak wiary, że takie wybory mogłyby spełniać wszystkie warunki, które od nich są oczekiwane to jest oczywiste – mówił w Radiu ZET.
– Oczywiście nie będę się wypowiadał na temat konkretnych zmian w polskim kodeksie, czy formułował ocen. To wymaga analizy prawnej, ale Komisja Europejska jest i zawsze była wrażliwa na łamanie Konstytucji, zasad demokracji w państwach członkowskich i do tego należy też respektowanie warunków, które stawia się wyborom – dodał, a potem rozwinął myśl, pytany o możliwość zaskarżenia do TSUE przeprowadzenia wyborów w Polsce w czasie pandemii.
– Już dzisiaj mamy wiele sygnałów, wątpliwości i wręcz zapowiedzi takich protestów – stwierdził szef Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce. Czym dowiódł, że dyplomacja już działa i polskie władze doskonale zdają sobie sprawę, że wynik wyborów prezydenckich w takich jak teraz, urągających demokracji warunkach, nie zostanie uznany.
Dyskrecjonalne, dyplomatyczne kanały informacji o tym stanowisku, są o tyle ważne, że gdyby ktoś z szefów Unii lub państw do niej należących wypowiedział to wprost, to PiS nie mógłby takiemu dyktatowi ulec i wybory musiałby przeprowadzić. Ponieważ naciski nie docierają do miłującego „wstawanie z kolan” elektoratu, to jest szansa, że presja demokratyczna i idące za nią setki miliardów euro, zmienią pisowską decyzję o wyborach 10 maja.

Kubeł zimnej wody

Od paru dni media propisowskie przypuszczają zmasowany atak na europarlamentarzystów głosujących za rezolucją Parlamentu Europejskiego w sprawie łamania praworządności w Polsce i na Węgrzech. Najpopularniejszym określeniem prawicowej narracji jest słowo zdrada. To, że zdrady dopuścili się, łamiący europejskie normy, rządzący teraz w obu krajach, rządowe media zręcznie przemilczają. Żeby jednak nasi czytelnicy wiedzieli o czym mowa i nie korzystali z wybranych, czy wręcz wyrwanych z kontekstu skrótów rezolucji, publikujemy cały jej tekst.

Rezolucja Parlamentu Europejskiego z dnia 16 stycznia 2020 r. w sprawie trwających wysłuchań dotyczących Polski i Węgier.

Parlament Europejski,
– uwzględniając art. 2 i art. 7 ust. 1 Traktatu o Unii Europejskiej (TUE),
– uwzględniając Kartę praw podstawowych Unii Europejskiej, – uwzględniając swoją rezolucję z dnia 12 września 2018 r. w sprawie wniosku wzywającego Radę do stwierdzenia, zgodnie z art. 7 ust. 1 Traktatu o Unii Europejskiej, istnienia wyraźnego ryzyka poważnego naruszenia przez Węgry wartości, na których opiera się Unia1,
– uwzględniając uzasadniony wniosek Komisji z dnia 20 grudnia 2017 r., złożony zgodnie z art. 7 ust. 1 TUE, w sprawie praworządności w Polsce: wniosek dotyczący decyzji Rady w sprawie stwierdzenia wyraźnego ryzyka poważnego naruszenia przez Rzeczpospolitą Polską zasady praworządności (COM(2017)0835),
– uwzględniając swoją rezolucję z dnia 1 marca 2018 r. w sprawie decyzji Komisji o zastosowaniu art. 7 ust. 1 TUE w związku z sytuacją w Polsce2, – uwzględniając swoją rezolucję z dnia 14 listopada 2019 r. w sprawie penalizacji edukacji seksualnej w Polsce3,
– uwzględniając swoją rezolucję z dnia 18 grudnia 2019 r. w sprawie dyskryminacji osób LGBTI i nawoływania do nienawiści do nich w sferze publicznej, w tym stref wolnych od LGBTI4, – uwzględniając swoją rezolucję z dnia 16 stycznia 2019 r. w sprawie sytuacji w zakresie praw podstawowych w Unii Europejskiej w 2017 r.
– uwzględniając swoją rezolucję z dnia 25 października 2016 r. zawierającą zalecenia dla Komisji w kwestii ustanowienia unijnego mechanizmu dotyczącego demokracji, praworządności i praw podstawowych2,
– uwzględniając swoją rezolucję ustawodawczą z dnia 4 kwietnia 2019 r. w sprawie wniosku dotyczącego rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie ochrony budżetu Unii w przypadku uogólnionych braków w zakresie praworządności w państwach członkowskich3,
– uwzględniając orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej,
– uwzględniając standardowy tryb wysłuchań, o którym mowa w art. 7 ust. 1 TUE, zatwierdzony przez Radę 18 lipca 2019 r.,
– uwzględniając przyjęcie przez polski Sejm w dniu 20 grudnia 2019 r. projektu zmiany ustawy o ustroju sądów powszechnych, ustawy o Sądzie Najwyższym oraz niektórych innych ustaw, wprowadzającego do nich szereg poprawek; uwzględniając wniosek polskiego Senatu do Komisji Weneckiej o wydanie w trybie pilnym opinii o ww. projekcie;
– uwzględniając art. 132 ust. 2 Regulaminu,
A. mając na uwadze, że Unia opiera się na wartościach poszanowania godności osoby ludzkiej, wolności, demokracji, równości, praworządności, jak również poszanowania praw człowieka, w tym praw osób należących do mniejszości, jak określono w art. 2 Traktatu o Unii Europejskiej (TUE) i co znalazło wyraz w Karcie praw podstawowych Unii Europejskiej oraz zostało zapisane w międzynarodowych traktatach dotyczących praw człowieka; mając na uwadze, że te wartości, wspólne państwom członkowskim i dobrowolnie przyjęte przez wszystkie państwa członkowskie, stanowią podstawę praw, z których korzystają osoby mieszkające w Unii;
B. mając na uwadze, że każde wyraźne ryzyko poważnego naruszenia przez państwo członkowskie wartości zapisanych w art. 2 TUE nie dotyczy wyłącznie tego państwa członkowskiego, w którym występuje ryzyko, lecz wywiera również wpływ na pozostałe państwa członkowskie, na ich wzajemne zaufanie, a także na charakter samej Unii i prawa podstawowe obywateli przysługujące im na mocy prawa Unii;
C. mając na uwadze, że art. 7 ust. 1 TUE stanowi etap prewencyjny, na którym Unia ma możliwość interwencji w przypadku wyraźnego ryzyka poważnego naruszenia wspólnych wartości; mając na uwadze, że takie działanie prewencyjne przewiduje dialog z danym państwem członkowskim i ma na celu uniknięcie ewentualnego nałożenia sankcji;
D. mając na uwadze, że Komisja i Parlament uruchomiły art. 7 ust. 1 TUE odpowiednio wobec Polski i Węgier po stwierdzeniu wyraźnego ryzyka poważnego naruszenia wartości, na których opiera się Unia;
E. mając na uwadze, że Rada zorganizowała dotychczas trzy wysłuchania Polski i dwa wysłuchania Węgier na forum Rady do Spraw Ogólnych;
F. mając na uwadze, że 11 grudnia 2019 r. prezydencja fińska na podstawie art. 339 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej (TFUE) i art. 6 ust. 1 regulaminu wewnętrznego Rady dotyczącego poufności posiedzeń zwróciła się o pisemne wyjaśnienie dotyczące naruszenia przepisów zarzucanego urzędnikowi publicznemu z delegacji węgierskiej;

  1. odnotowuje wysłuchania zorganizowane przez Radę na mocy art. 7 ust. 1 TUE w reakcji na zagrożenie dla wspólnych wartości europejskich w Polsce i na Węgrzech; z zaniepokojeniem zauważa, że wysłuchania nie są organizowane w sposób regularny, uporządkowany i otwarty; wzywa prezydencję chorwacką i inne przyszłe prezydencje do regularnego organizowania wysłuchań; podkreśla, że wysłuchania muszą być obiektywne, oparte na faktach i przejrzyste oraz że zainteresowane państwa członkowskie muszą współpracować w dobrej wierze na wszystkich etapach tego procesu, zgodnie z zasadą lojalnej współpracy zapisaną w art. 4 ust. 3 TUE; zaleca, aby w następstwie wysłuchań Rada kierowała do zainteresowanych państw członkowskich konkretne zalecenia, jak zapisano w art. 7 ust. 1 TUE, oraz by wskazywała terminy wykonania tych zaleceń; zwraca uwagę, że wzajemne zaufanie między państwami członkowskimi można przywrócić tylko wtedy, gdy zagwarantowane zostanie poszanowanie wartości zapisanych w art. 2 TUE, i wzywa Radę do działania w tym kierunku; wzywa państwa członkowskie do respektowania zasady pierwszeństwa prawa UE;
  2. wyraża głębokie zaniepokojenie, że standardowy tryb wysłuchań, o którym mowa w art. 7 ust. 1 TUE, nie zapewnia Parlamentowi takiego samego traktowania jak Komisji i jednej trzeciej państw członkowskich, jeśli chodzi o przedstawienie uzasadnionego wniosku; przypomina, że art. 7 ust. 1 TUE przewiduje równe prawa i równy status proceduralny jednej trzeciej państw członkowskich, Parlamentu i Komisji w odniesieniu do uruchomienia procedury; z zadowoleniem przyjmuje wysiłki prezydencji fińskiej zmierzające do nawiązania nieformalnego dialogu z Parlamentem, uważa, że nieformalny dialog nie może zastąpić formalnego przedstawienia uzasadnionego wniosku w Radzie; z naciskiem podkreśla, że Parlament nadal czeka na zaproszenie na formalne posiedzenie Rady w oparciu o prawo inicjatywy i zasadę lojalnej współpracy między instytucjami zapisaną w art. 4 ust. 3 TUE; ponownie wzywa Radę do niezwłocznego i pełnego informowania Parlamentu na wszystkich etapach procedury;
  3. wyraża ubolewanie, że w wyniku wysłuchań zainteresowane dwa państwa członkowskie nie poczyniły jeszcze znaczących postępów na drodze do eliminacji wyraźnego ryzyka poważnego naruszenia wartości, o których mowa w art. 2 TUE; zauważa z zaniepokojeniem, że sprawozdania i oświadczenia Komisji oraz organów międzynarodowych, takich jak ONZ, OBWE i Rada Europy, wskazują na pogorszenie sytuacji zarówno w Polsce, jak i na Węgrzech od czasu uruchomienia art. 7 ust. 1 TUE; podkreśla, że brak skutecznego wykorzystania przez Radę art. 7 TUE nadal podważa integralność wspólnych wartości europejskich, wzajemne zaufanie i wiarygodność Unii jako całości; przypomina swoje stanowisko w sprawie decyzji Komisji o zastosowaniu art. 7 ust. 1 TUE w związku z sytuacją w Polsce oraz swój wniosek wzywający Radę do stwierdzenia, zgodnie z art. 7 ust. 1 TUE, istnienia wyraźnego ryzyka poważnego naruszenia przez Węgry wartości, na których opiera się Unia; w związku z tym wzywa Radę do zadbania o to, by podczas wysłuchań na mocy art. 7 ust. 1 TUE odniesiono się również do nowych wydarzeń i oceniono ryzyko naruszenia niezależności sądownictwa, wolności słowa, w tym wolności mediów, wolności sztuk i nauk, wolności zrzeszania się i prawa do równego traktowania; apeluje do Komisji o wykorzystanie w pełni dostępnych narzędzi, w szczególności przyspieszonych postępowań w sprawie uchybienia zobowiązaniom państwa członkowskiego przed Trybunałem Sprawiedliwości i wniosków o zastosowanie środków tymczasowych, aby wyeliminować wyraźne ryzyko poważnego naruszenia przez Polskę i Węgry wartości, na których opiera się Unia;
  4. zauważa, że uzasadniony wniosek Komisji dotyczący praworządności w Polsce ma ograniczony zakres; apeluje do Rady, aby w związku z obecnymi wysłuchaniami zbadała, w jaki sposób zająć się zarzutami dotyczącymi naruszeń praw podstawowych w Polsce;
  5. jest zdania, że przebieg ostatnich wysłuchań prowadzonych na mocy art. 7 ust. 1 TUE ponownie uwypukla pilną potrzebę wprowadzenia unijnego mechanizmu dotyczącego demokracji, praworządności i praw podstawowych (DRF), zaproponowanego przez Parlament, w formie międzyinstytucjonalnego porozumienia przewidującego coroczny niezależny, oparty na dowodach i niedyskryminacyjny przegląd oceniający na równych prawach przestrzeganie przez wszystkie państwa członkowskie UE wartości określonych w art. 2 TUE oraz zaleceń dla poszczególnych krajów, po czym następowałaby debata międzyparlamentarna i stały cykl polityczny DRF w ramach instytucji UE; w związku z tym wzywa Komisję i Radę do niezwłocznego rozpoczęcia negocjacji z Parlamentem w sprawie porozumienia międzyinstytucjonalnego zgodnie z art. 295 TFUE; ponownie podkreśla, że mechanizm ten musi uzupełniać i wzmacniać, a nie zastępować, toczące się i przyszłe postępowania na mocy art. 7 TUE;
  6. przypomina swoje stanowisko w sprawie wniosku dotyczącego rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie ochrony budżetu Unii w przypadku uogólnionych braków w zakresie praworządności w państwach członkowskich oraz wzywa Radę do jak najszybszego rozpoczęcia negocjacji międzyinstytucjonalnych;
  7. zobowiązuje swojego przewodniczącego do przekazania niniejszej rezolucji Komisji i Radzie, prezydentowi, rządowi i parlamentowi Polski oraz prezydentowi, rządowi i parlamentowi Węgier, jak również rządom i parlamentom państw członkowskich.

Era Junckera

Pożegnanie przewodniczącego

Minione (21-24,10.2019) plenarne posiedzenie Parlamentu Europejskiego było szczególne. Po raz ostatni wystąpił na jego forum odchodzący przewodniczący Komisji Europejskiej Jean Claude Juncker. W ciągu 60 miesięcznej kadencji stawał przed nami ponad sto razy w sprawach dla europejskiej wspólnoty ważnych i bardzo ważnych. To wymowny dowód, jakie znaczenie ma Parlament Europejski i jak wielką wagę przykładał do dialogu z europarlamentarzystami Przewodniczący Komisji Europejskiej.
To nie był łatwy czas ani dla niego, ani dla całej Unii. Jego kadencja upłynęła przede wszystkim w cieniu Brexitu. Decyzja Brytyjczyków o wyjściu z Unii Europejskiej była początkiem niezwykle skomplikowanych debat nad warunkami tego najważniejszego rozwodu współczesnego świata. Rozplątanie tysięcznych więzi – gospodarczych, finansowych, społecznych, które połączyły Zjednoczone Królestwo z państwami kontynentalnej Europy, stawiało przed negocjatorami niebotyczne trudności. Trzeba się było rozliczyć ze wzajemnych zobowiązań i ustalić nowe zasady współżycia. Gdy wydawało się, że wszystkie trudności zostały pokonane, Izba Gmin uznała, że przyjęty, uzgodniony i podpisany przez brytyjski rząd traktat o zasadach wyjścia Wlk. Brytanii z Unii Europejskiej niczego nie zmienia, bo nadal wiąże ich z Unią. Chodziło o tzw. backstop. W zamierzeniu negocjatorów mechanizm tymczasowo utrzymujący unię celną Irlandii Płn. z UE, zdaniem jego krytyków oznaczał, że w praktyce cała Wlk. Brytania pozostawałaby w Unii w sensie praw, ale bez obowiązków. Zwolennicy natychmiastowego Brexitu konsekwentnie parli do jej opuszczenia, choćby bez żadnej umowy. To jednak grozi ogromem konsekwencji dla wszystkich europejskich i brytyjskich instytucji i – co oczywiste – milionów obywateli żyjących po obu stronach kanału La Manche. Grozi też pojawieniem się twardej granicy między Irlandią a Irlandią Płn., a więc ponownym rozdzieleniem domostw, rodzin i społeczności, a w konsekwencji obudzeniem demonów wojny sprzed lat. Przez spór wokół backstopu upadł rząd Theresy May. Rząd Borisa Johnsona mimo gromkich zapowiedzi jego lidera, iż prędzej „zdechnie w przydrożnym rowie” niż zgodzi się na kolejne odsunięcie terminu wyjścia, osiągnął co prawda porozumienie z Unią, żeby granicę celną przenieść na morze, ale buńczuczny premier przegrał głosowanie nad trybem prac nad tym dokumentem. Izba Gmin uznała, że nie będzie cwałować przez paragrafy (105 stron) tylko dlatego, żeby premier Johnson mógł dotrzyma obietnicy wyjścia z Unii w z dawna ogłoszonym terminie – 31 października. Johnson przegrawszy głosowanie jak niepyszny musiał zwrócić się do Przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska o przełożenie Brexitu. Kolejne już, co – moim zdaniem – wcale nie oznacza, że ostatnie.
W tym prawno-politycznym galimatiasie ważne jest to, że odchodzący przewodniczący Komisji Europejskiej J.C. Juncker wespół z Przewodniczącym Rady Europejskiej Donaldem Tuskiem zdołali utrzymać jedność pozostałych 27 krajów i wspólnie bronili praw i interesów Unii.
Brexit to doświadczenie dla zjednoczonej Europy zdecydowanie niemiłe, nastręczające problemów, ale jednocześnie wzmacniające teraz wspólnotę. Mimo całej swej różnorodności kraje UE w obronie wspólnych wartości i interesów wykazały się zdecydowaniem i jednością. W ciepłych słowach podziękował J.C Junckerowi za współpracę Donald Tusk, który też wystąpił na forum PE. Mówił o Junckerze, jako o swoim przyjacielu. Nie ukrywał, że czasem się różnili, spierali nawet, ale zawsze w jak najlepszym interesie Unii Europejskiej.
Tak się zresztą złożyło, że również kadencja Donalda Tuska, jako Przewodniczącego Rady Europejskiej dobiega końca. Jedność europejska w obliczu tak trudnej próby, jak Brexit, kiedy wszelkie wiążące decyzje podejmuje się jednomyślnie, to także jest jego zasługa. Jako europejski polityk, strażnik interesów europejskich i europejskiej jedności bez wątpienia zdał egzamin, przed którym postawiła go historia.
Co jeszcze zjednoczona Europa będzie pamiętać Junckerowi? Moim zdaniem na pewno Europejski Filar Spraw Socjalnych, co zapisała po stronie jego zasług przedstawicielka naszej parlamentarnej grupy Socjalistów i Demokratów. Europejski Filar Spraw Socjalnych przyjęty podczas Szczytu Społecznego na rzecz Sprawiedliwego Zatrudnienia i Wzrostu Gospodarczego w Göteborgu w 2017 r. stanowi spis 20 kluczowych zasad, którymi kierować się będzie Unia w swej polityce społecznej. Uporządkowano je według trzech następujących kategorii: równe szanse i dostęp do zatrudnienia, uczciwe warunki pracy, ochrona socjalna i integracja społeczna. Przystąpienie do Filaru Spraw Socjalnych będzie obligatoryjne dla krajów strefy euro, dla pozostałych państw członkowskich UE będzie dobrowolne. Praca za uczciwą płacę, bezpieczeństwo socjalne, europejska emerytura, likwidacja bezdomności, to europejska odpowiedź na pojawiające się ruchy populistyczne, żerujące na poczuciu krzywdy, nierówności i niesprawiedliwego dostępu do owoców europejskiej gospodarki.
Kolejny temat, którym zajmowali się europosłowie podczas minionego posiedzenia, to perspektywa finansowa Unii na lata 2021-2027, czyli projekt budżetu Unii przygotowany przez prezydencję fińską. Jednoznacznie i solidarnie oprotestowany. Zaproponowany budżet uznano za prowokacyjnie niski. Nie do przyjęcia. Prace nad budżetem będą więc trwały i nie wiadomo, kiedy się skończą. Jedno wiadomo na pewno – odchodząca Komisja Europejska nie zostawi następcom gotowego projektu. Podobnie było w poprzedniej kadencji, ale miało to być po raz ostatni. Niestety nie udało się i w gruncie rzeczy nie wiadomo, kiedy Unia będzie pracowała wedle nowego planu finansowego.
Dla porządku należy jeszcze wspomnieć, że tematem posiedzenia PE była także sprawa otwarcia rozmów akcesyjnych z Macedonią Północną i Albanią. Zostały jednak zablokowane, przez dwa kraje, co spotkało się z mieszanymi uczuciami. Argumentem przeciwko rozszerzeniu Unii było to, że poziom korupcji w tych krajach i transparentność stosunków finansowo-gospodarczych jest z punktu widzenia europejskich standardów nie do zaakceptowania. Tylko, że otwarcie rozmów nie oznacza przecież natychmiastowego przyjęcia do europejskiej wspólnoty. Negocjacje mogę trwać kilka lat, a w tym czasie unijne standardy mogłyby być powoli wprowadzane do praktyki społecznej i gospodarczej obu pretendentów i stopniowo wypierać zwyczaje naganne, nieeuropejskie. A tak, zwłaszcza Macedonia Północna może czuć się oszukana, gdyż spełniając wstępne warunki zmieniła nawet nazwę swojego państwa, żeby poprzez nią nie wzniecać konfliktów w gronie państw Unii. No, ale to już nie jest problem Jeana Clauda Junckera. Jego era dobiegła końca. Teraz nadchodzi czas Ursuli von der Leyen, a także następcy Donalda Tuska oraz nowego Parlamentu Europejskiego.

Kult fałszywej pamięci

18 września Parlament Europejski uchwalił skandaliczną rezolucję, która w Polsce nie spotkała się z niemal żadnym odzewem.

Skandaliczną, pomimo pozornie niewinnego tytułu: „O znaczeniu europejskiej pamięci dla przyszłości Europy”, z okazji 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Jej męczący i zawiły tekst stawia sobie jeden zasadniczy cel: zrównanie komunizmu z faszyzmem w kontekście sposobu, w jaki pamiętamy i upamiętniamy II wojnę światową.
Rezolucja fałszuje historię, jako główny powód wybuchu II wojny światowej wymieniając pakt Ribbentrop-Mołotow podpisany w sierpniu 1939 r. przez III Rzeszę z ZSRR. Nawet datę jej uchwalenia wybrano tak, żeby była bliżej rocznicy wkroczenia ZSRR na wschodnie tereny Polski niż wcześniejszego ataku hitlerowskich Niemiec na Polskę.
Fałszywa pamięć rezolucji
Rezolucja sformułowana jest tak, jakby w momencie podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow wojna nie była dawno przesądzona i zaplanowana przez Berlin, a Hitler nie mówił o niej, zanim nawet doszedł do władzy. Rezolucja ignoruje miejsce nazizmu w szerokiej fali faszyzmów, jakie zalały wtedy cały europejski kontynent, a tym bardziej o funkcji tychże w zarządzaniu ówczesnym kryzysem kapitalizmu, zapoczątkowanym krachem 1929. Rezolucja ignoruje miejsce nazistowskiej ekspansji terytorialnej i polityki wobec podbijanych społeczeństw w logicznym kontinuum ekspansji europejskich mocarstw kolonialnych, z Wielką Brytanią i Francją na czele. Rezolucja ignoruje fakt, że przez lata poprzedzające pakt Ribbentrop-Mołotow Stalin kanałami tajnej dyplomacji próbował przekonać Londyn i Paryż do powstrzymania Hitlera, zanim będzie za późno. Bezskutecznie. Wielka Brytania i Francja wolały wobec Hitlera iść na ustępstwa – najpierw pozwalając mu łamać ograniczenia zbrojeniowe narzucone na Niemcy po I wojnie światowej, potem pozwalając mu na Anschluss Austrii, na Sudety, na Czechosłowację. W tej sytuacji trudno się aż tak dziwić Stalinowi, że chciał kupić trochę czasu i stworzyć bufor wokół własnych granic. Przyznanie tych faktów nie oznacza, że rozgrzeszamy Stalina z jego cynizmu i jego zbrodni.
Rezolucja stanowi akt wulgarnego przepisywania historii. II wojna światowa jawi się w niej jako wojna liberalnej demokracji przeciwko nazizmowi i komunizmowi połączonymi w jednym froncie sił zła. Na pokonaniu tych równoznacznych sił zła ma się rzekomo opierać współczesny ład europejski i europejska tożsamość.
Jeśli nazizm i komunizm stały po tej samej stronie i były w gruncie rzeczy tym samym („totalitaryzmem”), to dlaczego to właśnie komuniści z całej Europy (i nie tylko) aktywnie walczyli przeciwko faszyzmowi jeszcze zanim II wojna światowa w ogóle wybuchła (w Hiszpanii)? Dlaczego o losach wojny zadecydowało starcie między tymi dwoma siłami w bitwie o Stalingrad? Dlaczego to radzieccy jeńcy wojenni byli przez hitlerowców traktowani najgorzej (umierali w niewoli kilka razy częściej niż jeńcy amerykańscy, francuscy czy brytyjscy)? Dlaczego komuniści odegrali tak ogromną rolę w ruchach oporu od Francji po Jugosławię? Dlaczego to Armia Czerwona wyzwoliła Auschwitz? Dlaczego to obywatele komunistycznego Związku Radzieckiego w walce z Hitlerem złożyli największą zbiorową ofiarę ze swojego życia (27 milionów istnień)? Dlaczego to komunistyczna Armia Czerwona odegrała główną rolę w pokonaniu Hitlera? Gdyby nie Związek Radziecki, III Rzesza wygrałaby wojnę. Tymczasem rezolucja wzywa nawet do likwidowania pomników komunizmu, a więc i Armii Czerwonej, najważniejszej siły, która pokonała III Rzeszę.
Powojenny ład świat czerpał swoją legitymizację z antyfaszyzmu. Zarówno cały ten ład, jak i poszczególni jego uczestnicy, nawet jeśli należeli, w powojniu i latach zimnej wojny, do przeciwnych obozów (zachodniego lub sowieckiego) fundowali swoją prawomocność na tym, że reprezentowali lub byli spadkobiercami sił, które pokonały faszyzm. Rezolucja PE chce położyć kres tej epoce. Dzisiaj źródłem tej legitymizacji ma być antykomunizm. Zrównywanie komunizmu z faszyzmem zawsze wymierzone jest tak naprawdę wyłącznie w komunizm, a nie w obydwa człony tego porównania. Jak to trafnie ujął historyk David Broder na łamach amerykańskiego „Jacobina”, nic nie świadczy o tym lepiej jak to, że nikt przy zdrowych zmysłach nie krytykowałby Holokaustu, porównując go do życia w komunistycznej Polsce.
Milczenie polskiej lewicy
Jest to akt wulgarnego przepisywania historii w stylu znanym dotychczas raczej z działalności polskiego Instytutu Pamięci Narodowej. Być może dlatego, w przeciwieństwie do Portugalii, Włoch, czy nawet Wielkiej Brytanii, gdzie przynajmniej lewicowe organizacje i media zabrały głos przeciwko tej rezolucji – polska lewica odpowiedziała na nią milczeniem.
Dotychczas jedną z linii argumentacji przyjmowanych przez polską lewicę w obronie tradycji marksistowskiej i komunistycznej, była ta, że są to prawomocne stanowiska w europejskiej debacie politycznej, intelektualnej, akademickiej. Rezolucja tymczasem w pewnym sensie uniwersalizuje na poziomie europejskim fałszujący historię obsesyjny antykomunizm, który wydawał się lokalną właściwością wschodnioeuropejskich prawic i jej instytucji. Polska lewica milczy być może dlatego, że została tym samym skonfrontowana ze swoim złudzeniem, że ratunkiem przed agresywnym prawicowym przepisywaniem historii mogą być odwołania do mitycznych „europejskich standardów”. Tymczasem europejskie standardy upodobniają się do wschodnioeuropejskich, europejskie instytucje uczą się wulgarnego antykomunizmu od instytucji w rodzaju IPN i od Orbana.
Rezolucja i przyszłość Europy
Nikt nie przepisuje historii, jeśli nie chce w ten sposób kształtować teraźniejszości i przyszłości. Dziś chodzi o to, by zdyskredytować i pozbawić legitymizacji nie tylko komunistów, którzy z wyjątkiem Portugalii nie mają obecnie żadnego wpływu na władzę w Europie, ale przez asocjację wszelkiej lewicy na lewo od starej, establiszmentowej socjaldemokracji, dawno zassanej przez neoliberalne „skrajne centrum”.
We wschodniej Europie lepiej niż gdziekolwiek indziej wiemy już dziś, że delegitymizowanie komunizmu i wszelkiej lewicy na lewo od skrajnego centrum oznacza zawsze przesuwanie całego spektrum politycznego coraz dalej w prawo oraz, z czasem, relatywizację bądź wręcz rehabilitację faszyzmu i innych form skrajnej prawicy. W 1989 roku Orban był liberałem, Kaczyński centrowym chadekiem, a o „żołnierzach wyklętych” nikt normalny nawet nie słyszał.
Rezolucja zrównująca komunizm z faszyzmem to sygnał nadchodzącego prawicowego dryfu Unii Europejskiej, która w obliczu panującego strukturalnego kryzysu kapitalizmu może wkrótce zacząć ewoluować w jednym z dwóch kierunków. Albo wspólnoty państw, która po prostu akceptuje, że coraz większa liczba jej państw członkowskich jest coraz bardziej autorytarna, populistycznie lub skrajnie prawicowa. Albo ponadnarodowego superpaństwa, które samo będzie w zawrotnym tempie przybierać postać coraz bardziej autorytarną i coraz bardziej antydemokratyczną, posuwającą się do kryminalizacji różnych form lewicowego działania a nawet myślenia.
Daleko posunięta tolerancja instytucji europejskich dla coraz bardziej autorytarnych posunięć rządów dużych państw „starej Unii” (systematyczna przemoc francuskiej policji wobec protestujących, bezterminowe przetrzymywanie katalońskich więźniów politycznych przez Hiszpanię, itd.) pokazuje, że ten proces już został puszczony w ruch. W obydwu tych scenariuszach ogromną rolę będzie odgrywała agresywna rusofobia, którą też zresztą zapowiada sama ta rezolucja. Rosja, ze swoim przywiązaniem do rozsianych po Europie pomników Armii Czerwonej i statusem legalnej spadkobierczyni Związku Radzieckiego, jest jednym z celów, w które wymierzone jest jej ostrze. Może nawet chodzić o powolne przygotowywanie mieszkańców Europy do myśli o wojnie z Rosją.
Polska lewica, nawet kiedy krytyczna wobec neoliberalnego charakteru Unii Europejskiej, zbyt mocno przywiązała się do myślowego schematu, który idzie mniej więcej tak: „ale przynajmniej jej standardy gwarantują zachowanie demokratycznych procedur i indywidualnych wolności”. Kierunek, który ta rezolucja wskazuje, zadaje kłam temu przekonaniu i wywołuje u „proeuropejskiej lewicy” dysonans poznawczy, którego nie jest ona w stanie – póki co – przepracować. Dlatego wybiera milczenie.

Od rzeczy w „Do Rzeczy”

O tym, że obywatele naszego kraju często mylą Zgromadzenie Rady Europy z Parlamentem Europejskim, przekonałem się nie raz. Edukacja, zwłaszcza polityczna, w Polsce kuleje. Ale w tym przypadku mamy do czynienia z elitą intelektualną „Dobrej Zmiany”.
Z publicystami prawicowego tygodnika „Do rzeczy”. Z kreującym się na eksperta Witoldem Gadowskim i dyskutującym z nim, równie eksperckim, Maciejem Pieczyńskim.
I oto w rozmowie zatytułowanej „Gdyby Putin nie zajął Krymu, być może już by nie żył”, opublikowanej w 29 numerze tego tygodnika, redaktor Pieczyński pyta:
„W sprawie miejsca Rosji w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy Polska zachowała się „po Wałęsowsku”. Czyli była „za , a nawet przeciw”.
Na co Gadowski odpowiada:
„Najpierw Jacek Czaputowicz faktycznie poparł Rosję, a potem europosłowie PiS zagłosowali przeciwko”.
Wszystko niby prawda, tyle, że przeciwko nie głosowali „europosłowie PiS” lecz pluralistyczna delegacja polskiego Sejmu i Senatu do Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy.
Europosłowie PiS i innych frakcji głosują w Parlamencie Europejskim . W Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy głosują parlamentarzyści z polskiego Sejmu i Senatu.
Parlament Europejski i Zgromadzenie Parlamentarnej Rady Europy to dwie, zupełnie różne instytucje, choć obie są europejskie.
Jak widać polskie narodowo-katolickie elity lekcji europejskich nadal nie odrobiły.

Szydła nie golą

Jednemu szydła golą, drugiemu brzytwy nie chcą – mówi porzekadło. PiS najwyraźniej rozumie sens tego porzekadła opacznie, bo zachouwuje się tak, jakby oczekiwał, że szydła – nomen-omen – muszą golić. W ten sposób działając, klęskę spektakularną przerobił na kompromitację zupełną.

Drugie głosowanie w sprawie kandydatury Beaty Szydło na przewodniczącą komisji zatrudnienia i spraw społecznych wypadło jeszcze gorzej od pierwszego. Za pierwszym podejściem była polska premier przegrała 21 do 27 przy dwóch głosach wstrzymujących. Wynik środowego głosowania był jeszcze bardziej upokarzający: 19 do 34 przy dwóch głosach wstrzymujących. Politycy PiS najwyraźniej tego nie zrozumieli przyczyn tej klęski, bo w reakcji na wynik głosowania jedynie powtórzyli mantry o lewacko-liberalnym spisku mającym wziąć odwet za zablokowanie kandydatury Fransa Timmermansa, oraz płaczliwych labiedzeń o tym, jak to tępieni są politycy reprezentujący „wartości chrześcijańskie” i że złamane zostały zasady i ustalenia dotyczące parytetów.
Jak zauważa portal „Deutsche Welle”, europosłowie skłonni byli poprzeć kandydaturę wywodzącą się z grupy konserwatystów (ECR), ale pod warunkiem, że będzie to ktoś wierny wartościom europejskim. „Powtórna porażka Szydło nie oznacza wcale, że europarlamentarny „kordon sanitarny” objął cały PiS bądź frakcję konserwatystów, a wyłącznie byłą premier. Ta uchodzi bowiem – powiedział „DW” jeden z zachodnich deputowanych – za jeden z „prowokujących symboli” władz Polski, które w ostatnich latach były wiele razy krytykowane przez większość Parlamentu Europejskiego za łamanie praworządności”.
Niezależnie od obiekcji wobec samej Beaty Szydło, czy też PiS w ogóle (choć – przypomnijmy – wielu polityków tej partii przecież uzyskało poparcie dla swoich kandydatur w komisjach PE, m.in. Witold Waszczykowski, Zdzisław Krasnodębski i Ryszard Czarnecki, więc mówienie o jakimś wszechogarniającym „kordonie sanitarnym” jest zdecydowaną przesadą) należy jednak zauważyć coś jeszcze, co do świadomości polityków Prawa i Sprawiedliwości zupełnie nie dociera. Klęska Beaty Szydło pokazała bowiem, że wszechmoc Prezesa nie sięga poza granice Polski, a ten styl uprawiania polityki nie znajduje aprobaty na europejskim forum, bo jego osobiste rozmowy z chadeckimi politykami, które miały jakoby zapewnić zwycięstwo kandydatce PiS w poniedziałkowym głosowaniu nie przyniosły żadnych rezultatów.
Choć trudno wyrokować w sprawie typu „co by było, gdyby było”, ale możliwe, że gdyby kandydatką na przewodniczącą komisji zatrudnienia i spraw społecznych była jednak Elżbieta Rafalska, sytuacja by wyglądała inaczej. Powtórne wystawienie Beaty Szydło po raz drugi jako kandydatki na przewodniczącą komisji zatrudnienia i spraw socjalnych było po prostu dowodem buty. Bo w sprawie tej kandydatury komisja się w ubiegłym tygodniu wypowiedziała, więc zmuszanie jej, aby to zrobiła powtórnie, nie zostało z pewnością przez europosłów odebrane jako szansa na to, żeby mogli zrozumieć swój błąd i teraz zagłosować słusznie, ale jako gest wręcz obraźliwy – „posunięcie niezbyt rozważne” – jak to bardzo oględnie określiła tymczasowa przewodnicząca komisji Agnes Jongerius (z grupy Socjalistów i Demokratów).
I to prawdopodobnie była przyczyna, dla której drugi wynik byłej premier, której „się należało” był jeszcze gorszy od poprzedniego, i to znacznie. Bo tępego uporu, braku elastyczności i arogancji – modus operandi Europarlamentu nie lubi. Jeśli europosłowie PiS tego nie zrozumieją i nie nauczą się grać według innych zasad, czeka ich rola obrażonych przedszkolaków. Skądinąd ulubiona, bo w postrzeganiu siebie jako ustawicznie zdradzanych i prześladowanych, odnoszących klęski dowodzące przypisywanej sobie samym „wyższości moralnej”, na pewno przyjemniejsza od pogodzenia się z myślą o własnej nieudolności, ale tym bardziej nieskuteczna. Choć może to nawet i lepiej, bo wizja polityki europejskiej w wydaniu PiS może lepiej jak zostanie w kącie.
W chwili, gdy zamykamy to wydanie wynik znacznie ważniejszego głosowania w Parlamencie Europejskim – nad kandydaturą Ursuli von der Leyen – nie jest jeszcze znany. W swoim wystąpieniu na sali plenarnej niemiecka kandydatka wypowiedziała się obszernie i konkretnie. Zwłaszcza w sprawach, które tak bardzo są solą w oku PiS, czyli praworządności. Europarlamentarzyści PiS mogą z nadąsanymi minami głosić, że to oni są „języczkiem u wagi” i rzucać groźbami, że skoro umowa w sprawie kandydatury Beaty Szydło została złamana, to i ta w sprawie kandydatury pani von der Leyen „nie musi być dotrzymana”, jak stwierdziła Beata Mazurek, ale wystąpienie kandydatki na następczynię Jean-Claude’a Junckera pokazało jasno, że poparcia poszukuje ona raczej wśród innych niż coraz bardziej obnoszący się ze swoimi eurosceptycznymi (rażącymi nawet na tle ECR) dąsami PiS. „Nie będzie kompromisów, jeśli chodzi o poszanowanie zasad praworządności, nie dopuszczę do tego – powiedziała Ursula von der Leyen, co było jednoznacznym potwierdzeniem, że jako szefowa KE będzie realizować oczekiwania socjaldemokratów i liberałów. „W pełni popieram mechanizm praworządności europejskiej. Ten instrument będzie uzupełnieniem dla już istniejących” – dodała.
W ten sam katalog wpisują się jej słowa o nowym pakcie na rzecz migracji i azylu, płacy minimalnej, uszczelnianiu podatków, zrównoważonym rozwoju i dążeniu do osiągnięcia neutralności klimatycznej Europy do 2050 r. i ograniczenia emisji gazów cieplarnianych – to ostatnie także zupełnie nie po myśli Warszawy.
Czy to wystarczy, aby zapewnić sobie poparcie. W momencie, gdy to wydanie „Trybuny” znajdzie się w kioskach, będzie już wiadomo. Ale też jest zrozumiałe, że kalkulacja pani von der Leyen ma rozsądne podstawy. Do wyboru potrzebuje 374 głosów. Jej własna grupa – chadecka EPP – to 182 głosy, Socjaliści i Demokraci – 154 głosy, liberałowie – 108, podczas gdy ECR, w której bryluje PiS – zaledwie 62. W takiej sytuacji wydaje się oczywiste, kogo bardziej warto sobie zjednać.

Pacta conventa pani von der Leyen

W I Rzeczypospolitej elekcyjni królowie, aby zapewnić sobie wybór na polski tron, poczynając od Henryka Walezego podpisywali listy zobowiązań przedstawiane im przez szlachtę. Królowie po elekcji mogli dotrzymywać słowa lub nie, ale zasada podpisywania paktów stanowiła i skuteczne ograniczenie zapędów absolutystycznych i prowadziła do ustanowienia fundamentów szlacheckiej demokracji. Dziś sytuacja z wyborem Ursuli von der Leyen na szefową Komisji Europejskiej zastanawiająco przypomina tę praktykę. I może doprowadzić do podobnych konsekwencji – większej demokratyzacji unijnych struktur.

Kandydatura pani von der Leyen uzgodniona przez Radę Europejską musi jeszcze zostać zaaprobowana przez Parlament Europejski – organ unijny, który pomimo wysokiej rangi nie ma wielkiej mocy panowania nad brukselską administracją. W sytuacjach takich jak obecna jednak od jego decyzji zależy bardzo wiele, bo kandydatura niemieckiej minister obrony, wydawałoby się, że zaaprobowana przez państwa członkowskie UE i niespecjalnie kontrowersyjna, budzi wiele obiekcji i europarlamentarzyści poczuli, że mają w tym momencie nie tylko okazję do strojenia fochów, ale i możliwość wywierania realnej presji. Bo jeśli pani von der Leyen nie zdobędzie absolutnej większości, powstanie pat. A raczej Rada Europejska będzie postawiona w sytuacji, która w grach planszowych nazywa się „back to square one” – czyli powrót na początek trasy: w ciągu 30 dni będzie musiała zostać zaprezentowana nowa kandydatura, co – jak pokazał to przebieg ostatniego szczytu – może wcale nie być łatwe.
Europarlamentarzyści poczuli się zignorowani, bo wskutek braku porozumienia państwa członkowskie nie zaakceptowały żadnego z ich „spitzenkandidaten” – rekomendowanych przez frakcje polityczne propozycji do objęcia funkcji przewodniczącego KE. A formułowanie tych propozycji europosłowie uważają za zwyczajową wprawdzie, ale swoją ważną prerogatywę. I zaczęły się pojawiać obiekcje – cały ich koncert – wyrażane nie tylko z pozycji konkretnych frakcji politycznych, ale i grup narodowościowych w europarlamencie. A to że Pani von der Leyen jest Niemką, a jak wiadomo pozycja Niemiec i ich wpływ na funkcjonowanie europejskich struktur budzi wśród wielu państw obawy. Dodatkowo – gdyby zostałaby wybrana, to Niemcom przypadłoby zdecydowanie dużo w brukselskiej administracji, bo choć żaden przedstawiciel tego kraju nie szefował Komisji od ponad pół wieku, czyli od czasów, gdy Unia Europejska jeszcze nie była Unią Europejską, ale swoją zalążkową formą. Bo też i Niemcy, choć będąc najsilniejszym członkiem Unii lubiły wywierać zawsze na nią wpływ, zawsze jednak starały się nie robić tego w sposób zbyt natarczywie demonstrowany. W gruncie rzeczy nawet objęcie przez Niemkę najważniejszego stanowiska w brukselskiej administracji może te działania utrudnić, bo właśnie pod tym kontem wszelkie jej działania byłyby obserwowane.
Ale to nie dość. Europarlamentarzyści podnoszą, że choć pani von der Leyen jest doświadczoną polityczką, akurat w odniesieniu do UE wielkiego doświadczenia ani kompetencji nie ma, a jej wypowiedzi na istotne tematy są dość ogólnikowe. Co wszakże nie jest argumentem niepodważalnym, bo powiedzmy sobie – jeszcze nie dawno pewnie nie zakładała, że stanie przed takim wyzwaniem. Domysły, że pozwolenie na utrącenie kandydatury Manfreda Webera i forsowanie potem kandydatury Fransa Timmermansa, o którym było wiadomo, że dla wielu państw Unii będzie nie do przełknięcia, było diabolicznym planem kanclerz Angeli Merkel, aby doprowadzić do takiej sytuacji, w której wyciągnie „niespodzianie” niemiecką kandydaturę, na którą wszyscy się zgodzą, można raczej zaliczyć do kategorii teorii spiskowych. Jak się chce w nie wierzyć, można, ale nic nie wskazuje, aby przynajmniej pani von der Leyen miała świadomość, że planowana byłą dla niej taka rola. A funkcjonowania w świecie brukselskiej administracji można się nauczyć, zwłaszcza jak się jest zawodową polityczką.
Frakcje uzależniają swoje poparcie od spełnienia konkretnych warunków i przyjęcia zobowiązań, od których uzależniają poparcie. A kandydatka musi się do nich odnieść. Potrzebuje bowiem minimum 376 głosów, a nie będzie to zadanie łatwe. Przy założeniu, że jej własna frakcja – chadecka Europejska Partia Ludowa (EPP), największa reprezentacja w PE – zagłosuje za jej kandydaturą, da jej to 182 głosy, to jeszcze nie będzie nawet połowa tego, co będzie pani von der Leyen potrzebne.
Socjaldemokraci (S&D) zgłosili swoją listę oczekiwań – wśród nich najmocniej wypunktowano kwestie sankcji za nieprzestrzeganie praworządności „Wśród pierwszych kroków musi znaleźć się propozycja nowego kompleksowego mechanizmu na rzecz praworządności z sankcjami powiązanymi z funduszami Unii Europejskiej, strategia równości i różnorodności, przyjęcie regulacji o przeciwdziałaniu dyskryminacji i realizowanie Konwencji Stambulskiej w sprawie zapobiegania i zwalczania przemocy wobec kobiet i przemocy domowej” – tak zaczyna się ich przedłożona na piśmie lista postulatów. Socjaldemokraci domagają również parytetu 50 proc. dla kobiet w obsadzie stanowisk w UE, osobnego budżetu dla strefy euro, neutralnej klimatycznie gospodarki, zmian zasad głosowania w Radzie Europejskiej, oraz „zakończenia reformy wspólnego europejskiego systemu azylowego opartego na solidarności, wzmocnienia i zwiększenia finansowania na rzecz poszukiwań i ratownictwa, zaproponowania nowych przepisów dotyczących wiz humanitarnych oraz wydania wytycznych w sprawie pomocy humanitarnej”. Po spotkaniu pani von der Leyen z frakcją S&D entorzjamu dla poparcia niemieckiej kandydatki nie było widać. Frakcja liczy 154 deputowanych, więc nawet gdyby zagłosowała na panię von der Leyen, nadal nie zapewni to wystarczającego poparcia. Co więcej – bardzo niechętnie do niej nastawieni są należący do tj frakcji europarlamentarzyści z niemieckiej SDP, którzy zapowiedzieli, że jej za nic nie poprą. Przypomnijmy, że brak zgody koalicyjnego rządu niemieckiego na tę kandydaturę spowodował, że w Radzie Europejskiej kanclerz Merkel musiała wstrzymać się od głosu.
Liberałowie (RE) – trzecia co do wielkości frakcja – licząca 108 deputowanych także postawili warunki, w części podobne do sformułowanych przez socjaldemokratów, w szczególności w odniesieniu do kwestii praworządności, ale także i warunek personalny – zrównanie rangi ich kandydatki na zastępcę szefa KE, Margrethe Vestager, z zajmowaną przez Fransa Timmermansa. Komisja miałaby wtedy dwoje „pierwszych wiceprzewodniczących”, a czegoś takiego jej struktura nie przewiduje. Byłby to zatem warunek trudny do spełnienia, bo wymagający dokonania zmian formalnych.
Stanowisko konserwatystów jest tym bardziej niepewne, bo ich oczekiwania są odmienne. Zwłaszcza polscy i węgierscy europosłowie z tej frakcji naciskaniem na sprawę praworządności zainteresowani nie są, a wręcz przeciwnie.
Spotkania z innymi frakcjami odbywały się bez udziału obserwatorów, ale Zieloni – którzy zresztą oznajmili, że kandydatury nie poprą – zorganizowali je formule otwartej, co faktycznie pozwoliło na lepszy wgląd w proces konsultacji niż tylko poprzez komunikaty frakcji i wypowiedzi ich członków. Faktycznie bowiem wiele wypowiedzi pani von der Leyen brzmiało dość ogólnikowo, ale też pojawiły się deklaracje interesujące. Najbardziej może ta, iż pani von der Leyen wystąpiła z propozycją, iż KE pod jej kierownictwem pozwoli Parlamentowi Europejskiemu na pewien zakres inicjatywy ustawodawczej deklarując, że jeśli będzie wybrana, to zajmie się każdym pomysłem wychodzącym z PE, który uzyska większość absolutną. Brak prawa do inicjatywy ustawodawczej jest tymczasem największą ułomnością określającą pozycję Europarlamentu, sprawiającą iż w praktyce punkt ciężkości przesunięty jest zdecydowanie na korzyść brukselskiej biurokracji. Zrobienie choćby zwyczajowego wyłomu w odniesieniu do tej sprawy pozwoliłoby na dokonanie zmiany naprawdę znaczącej.
Gdyby tak się stało, słabość kandydatury pani von der Leyen i konieczność paktowania z Parlamentem Europejskim mogłaby doprowadzić do znaczącej jakościowej zmiany i zdemokratyzowania działania całego systemu europejskiego, w którym jego przedstawicielski organ, na którego skład mają bezpośrednio wpływ obywatele państw członkowskich, zyskałby większą rolę. A to by była zmiana ze wszech miar pożądana. Nawet jeśli niemiecka kandydatka nie robi wrażenia gotowej do wstrząśnięcia europejskimi strukturami.
Głosowanie odbędzie się we wtorek wieczorem.

Płacz i zgrzytanie zębów

Jeszcze pisowskim europosłom nie wyschły łzy po fiasku elekcji prof. Zdzisława Krasnodębskiego na wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego, a już mają kolejny powód do rozpaczy: Beata Szydło nie została przewodniczącą komisji zatrudnienia i spraw społecznych.

Porażka byłej premier jest więcej niż żenująca, bo wybory przewodniczących komisji w Parlamencie Europejskim są zwyczajowo uzgadniane na zasadzie gentlemen’s agreement, więc samo głosowanie powinno być już tylko proceduralną formalnością. W przypadku Beaty Szydło tak jednak się nie stało. Mimo, że nie miała kontrkandydata, czyli teoretycznie „nie miała z kim przegrać”, nie uzyskała poparcia wystarczającej liczby posłów. Jej kandydaturę, zgłoszoną przez Europejską Partię Konserwatystów i Reformatorów, do której to frakcji należy w PE PiS, poparło zaledwie 21 członków komisji, a przeciw było 27.
Politycy PiS za utrącanie swoich kandydatów (przypomnijmy, że prof. Krasnodębski uzyskał zaledwie 85 głosów, podczas gdy jego rywal – niezrzeszony europeseł Fabio Massimo Castaldo – aż 248, co oznacza pobicie na głowę) obwiniają – jak zwykle – „siły zła”, które zalęgły się, jak wiadomo, nie tylko w Polsce, ale w całej Unii Europejskieij, jakoby biorące odwet za to, że – jak to stwierdził w Polskim Radio minister Michał Dworczyk, „za to, że pierwszy raz premier RP potrafił stworzyć sojusz państw, które skutecznie przeciwstawiły się krajom dotychczas rozdającym karty w UE”, czyli za zablokowanie kandydatury Fransa Timmermansa na szefa Komisji Europejskiej. W odniesieniu do klęski Beaty Szydło interpretacja jest podobna. O odwecie mówił prof. Ryszard Legutko, a Beata mazurek wprost stwierdziła, że „za dzisiejszym głosowaniem stoi środowisko liberalno-lewicowe, które de facto krytykuje nas za nieprzyjmowanie imigrantów, krytykuje nas za to, że demokracja w Polsce zwyciężyła i rządzą ci, którzy rządzą. Nie mogą pogodzić się z tym, że Polska razem z V4 zablokowała Timmermansa”.
Wszystko to pięknie brzmi, niemal równie pięknie, jak niegdysiejsze tłumaczenia, czemuż to Jacek Saryusz-Wolski nie zastąpił Donalda Tuska na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej. I równie wiele mają sensu. A fakt, że kandydaci w wyborach do różnych stanowisk PE przepadają dowodzi tylko jednego – że były to kandydatury niedostatecznie uzgodnione, czyli z góry przegrane.
O ile funkcja wieceprzewodniczącego – jednego z aż czternastu – tak naprawdę nie ma z samej definicji bardzo dużego znaczenia, a raczej – może mieć takie, jakie sprawująca je osoba jest w stanie mu nadać, to przewodniczenie komisji, choć niższe rangą, daje duże możliwości operacyjne, bo pozwala na kierowanie pracami nad projektami rezolucji w zakresie kompetencji komisji. Ma jednak jeden wymóg, którego politycy rządzącej w Polsce partii zdają się nie zauważać. Chodzi mianowicie o to, że pomimo iż Unia Europejska bardzo rozrzutnie, choć spolegliwie w stosunku do swoich państw członkowskich, zapewniając tłumaczenia symultaniczne podczas obrad oraz publikację dokumentów na wszystkie ich języki, przewodniczący komisji jednak musi pracować i spotykać się choćby z członkami swojej komisji także poza salą obrad. Ergo – osoba, która nie włada żadnym innym poza swoim językiem po prostu do jej pełnienia się nadaje. I nie trzeba tu szukać spisku sił zła, liberałów i lewaków. Nawet jeśli wobec PiS rzeczywiście funkcjonowałby „kordon sanitarny”, w myśl którego kandydaci otwarcie antyeuropejscy nie są dopuszczani do funkcji w PE. Wystarczy zdać sobie sprawę, że członkowie komisji po prostu nie chcieli mieć przewodniczącej, z którą nie byliby w stanie się porozumieć.
Żal i zgrzytanie zębów PiS ma się teraz przełożyć na możliwość zablokowania kandydatury Ursuli von der Leyen na szefową KE. Przypomnijmy – kandydatury, którą Polska poparła i uznała za swój wiekopomny sukces. Niezależnie od tego, że poparcie dla pani von der Leyen nie jest pewne, gdyż frakcje w PE nie zachwyciły się tym, że w drodze targów poutrącane zostały wszystkie ich tzw. „wiodące kandydatury”. Ale konstruowanie polityki w europejskich strukturach na zasadzie odwetów – jeśli PiS tak będzie robić – doprowadzi tylko do jednego – do całkowitej marginalizacji jego reprezentacji. Czym akurat chyba nie trzeba się specjalnie martwić. Może pisowscy europarlamentarzyści dojdą do wniosku, że tak dalece im się tam nie podoba, że wezmą przykład z Janusza Korwina-Mikkego i poskładają mandaty, swoje wielkie zwycięstwo wyborcze zamieniając na nadąsanie poobrażanych przedszkolaków?

Targu dobito

Wiadomo, kto będzie przewodniczył Komisji Europejskiej, Radzie Europejskiej, kto poprowadzi unijną dyplomację, kto będzie przewodniczącym i wiceprzewodniczącymi Parlamentu Europejskiego, kto będzie szefową Europejskiego Banku Centralnego. W Polsce otrąbiono zwycięstwo. Ale czy jest się z czego cieszyć? Czy też czym przejmować?

Szefować KE będzie dotychczasowa niemiecka minister obrony, chadeczka Ursula von der Leyen. Pierwszym wiceprzewodniczącym pozostanie Holender, socjaldemokrata Frans Timmermans, w zablokowanie kandydatury którego na następcę Jean-Claude’a Junckera Polska włożyła tyle wysiłku, stanowisko drugiego wiceprzewodniczącego przypadnie Dunce – Margrethe Vestager – dotychczas unijnej komisarz ds. konkurencji. Na stanowisku szefa unijnej dyplomacji włoską socjalistkę Federikę Mogherini zastąpi socjalista hiszpański – Josep Borell – dotychczas minister spraw zagranicznych swojego kraju. Następcą Donalda Tuska jako przewodniczącego Rady Europejskiej będzie Belg – Charles Michel – dotąd tymczasowy premier Belgii. Europejski Bank Centralny dostanie w swoje ręce Christine Lagarde – bez wątpienia kompetentna w swojej branży i konsekwentna zwolenniczka polityki oszczędności i wspierania instytucji finansowych kosztem społeczeństw, Francuzka Christine Lagarde, od 2011 roku kierująca Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Jej druga, pięcioletnia kończyłaby się za dwa lata.
Na swojego przewodniczącego Parlament Europejski – znając już wyniki tej układanki poczynionej przez brukselski szczyt – wybrał włoskiego socjalistę Davida Sassolego. Polsce „na osłodę” pozostał wybór Ewy Kopacz na wiceprzewodniczącą PE. Jeśli by zatem patrzeć na obsadę kluczowych stanowisk w Unii Europejskiej, ogłoszone w polskich rządowych mediach wielkie zwycięstwo Grupy Wyszehradzkiej, a Polski w szczególności, od którego należałoby zacząć liczyć kalendarz, wypada dość mizernie. Starczy przejrzeć powyżej wyliczone nazwiska, żeby stwierdzić, że reprezentanta środkowo – i wschodnioeuropejskich państw UE nie ma tam żadnego. Wszystkie kluczowe funkcje „zagospodarowała” między sobą zachodnia część bloku. Nawet jeśli udało się zablokować kandydaturę znienawidzonego Timmermansa, przeciwko któremu gardłowała nie tylko Grupa Wyszehradzka, ale również – na planie podziałów partyjnych, a nie państw członkowskich – frakcja chadecka, nie mogąca pogodzić się z oddaniem tego stanowiska socjaliście, podczas gdy oni wygrali wybory do Europarlamentu, a ich „wiodący kandydat” został wyoutowany już w przedbiegach, to i to osiągnięcie nie powala, bo Timmermans nadal będzie w KE osobą numer 2 i polskiemu rządowi da się jeszcze z pewnością we znaki.
A więc znów klęska?
Nie da się ukryć, że Grupa Wyszehradzka została przez Zachód Europy ukarana za mieszanie się w nie swoje sprawy. Francja i Niemcy pokazały jej, kto tu rządzi i rozdaje karty, a jak ktoś to utrudnia i zapomina, że jego rolą jest siedzieć cicho i klaskać, to trzeba mu przypomnieć, gdzie jest jego miejsce. Jeśli patrzy się na to wszystko tylko z właściwej PiS perspektywy postrzegającej Unię przede wszystkim jako organizację suwerennych państw narodowych, tak by to musiało wyglądać. A to nie jest jedyny sposób patrzenia na UE. Bo Bruksela i szczyty unijnej administracji żyją własnym życiem, na poziomie takim, na którym narodowość funkcjonariuszy nie ma aż tak dominującego znaczenia. Bo niezależnie od narodowości ktokolwiek obejmuje mniej lub bardziej znaczącą funkcję w unijnej biurokracji – podobnie jak jest to również w organizacjach Systemu Narodów Zjednoczonych – staje się funkcjonariuszem tej struktury. Prymitywny punkt widzenia, że jak kogoś się wprowadzi w takiej strukturze na to czy inne stanowisko, to on/ona będzie „załatwiać coś” dla swojego kraju nie działa. Tego nie tylko funkcjonariuszowi unijnemu nie wypada. Tego mu nie wolno. Podejrzenie, że ktoś taki uprawia prywatę i forsuje interesy swojego kraju jest jednym z najcięższych zarzutów (poza może korupcyjnymi), jakie mogą dotknąć europejskiego urzędnika. Z tego powodu pracujący w tego rodzaju strukturach urzędnicy, wszystko jedno, jakiego szczebla, od swoich delegacji narodowych starają się trzymać na dystans. Na duży dystans. Dlatego też rozmiarów poniesionej przez wschodnią część UE klęski nie ma też powodu przeceniać.
Analityki i oceny, którymi jesteśmy raczeni przez polityków śmieszą cokolwiek, bo zależnie od okoliczności sprzedaje się nam taką czy inną wykładnię. Jeśli zatem Donald Tusk twierdzi, że wybór Ewy Kopacz na jedną z czternastu wiceprzewodniczących PE (przypomnijmy, że państw członkowskich w UE jest 28, a wkrótce będzie 27, liczba „wice” w PE przypomina cokolwiek autobus z niegdysiejszych dowcipów o Wąchocku, który jest szerszy niż dłuższy, bo wszyscy chcą siedzieć przy kierowcy) to jakiś wielki sukces Polski, to znaczy to tylko tyle, że należy ona do jego frakcji i dlatego jej wybór opakowuje w nimb osiągnięcia, z którego dla Polski miałoby wiele wyniknąć. I tak samo jak on nic dla Polski ze wspomnianych wyżej powodów nie „załatwiał”, bo nie po to tam był, tak i nie będzie pani Kopacz. A jeśli spróbuje – bardzo szybko zostanie przywołana do porządku.
Pewnie dostaniemy także jakieś stanowiska komisarskie – jedno, może dwa – ale tych także jest wiele. Właśnie po to, żeby państwa członkowskie mogły się dobrze poczuć, że niby to „kogoś mają” w Brukseli.
Bez euforii
Jeśli coś może w tym wszystkim martwić, to coś zupełnie innego. Mianowicie to, że na głębsze zmiany w funkcjonowaniu UE i jej biurokratycznej maszynerii nie ma co liczyć. Tak, jak to już uciera się od dawna, europejscy przywódcy preferują bowiem obsadzać kluczowe stanowiska w Unii figurami „bezpiecznymi”, przewidywalnymi, takimi, co do których można mieć pewność, że nie będą wierzgać, nie będą mieć wizji, nie zrobią rewolucji (wszystko jedno pod jaką flagą), nie wstrząsną tą strukturą. Bo takich europejscy przywódcy się po prostu boją. I był właśnie też jeden z powodów, dla którego szefem KE nie został Timmermans – polityk odważny i wyrazisty.
Unia ma być taka jaka jest i nie spędzać im snu z powiek. Jak ciepłe kakao przed snem. I to martwi, bo opcja „więcej tego samego” dla Francji czy Niemiec – które pozostaną „rozdającymi karty”, niezależnie od tego, kto kim będzie osobiście w KE – jest z pewnością wygodna, pozwalająca utrzymać im inicjatywę, co do tego, czy wprowadzać w tym systemie zmiany, jakie i kiedy, jeżeli już, nie wydaje się tym, czego Europa potrzebuje.
Od Traktatu Lizbońskiego upłynęło ponad 12 lat, a świat – tak w obrębie UE, jak i może jeszcze bardziej w jej globalnym otoczeniu – tymczasem poważnie się zmienił. Unia za,oamst reagować na to, zaczyna zaś kostnieć, zaczyna coraz wyraźniej tracić swoją dynamikę, zaczyna kręcić się jak pies za własnym ogonem. W stosunku do zewnętrznych partnerów (mówiąc eufemistycznie; mówiąc konkretnie – rywali) takich jak Stany Zjednoczone, Chiny czy Rosja, nie jest w stanie wypracować koherentnej polityki. Własnych wewnętrznych spraw nie potrafi skutecznie rozwiązywać. I naprawdę potrzebuje kolejnego wstrząsu, jeśli nie ma czekać jej uwiąd. Inaczej grozić jej będzie, że podzieli los wielu różnych inicjatyw i bloków, które w swoim czasie powstawały, ale których czas minął – o czym w wywiadzie dla „DT” przypominał niedawno Włodzimierz Cimoszewicz. Byłaby to dla nas perspektywa bardzo niedobra. I trzeba powiedzieć, że ekipa, która Unię poprowadzi przez najbliższe lata nie robi wrażenia rokującej na przejście UE na kolejny poziom integracji (jak w grze komputerowej, kiedy albo w pewnym momencie z poziomu – powiedzmy – „4” – albo przeskakuje się na poziom „5”, albo gra się kończy), nawet jeśli weźmie się pod uwagę, że pani von der Leyen ma opinię zdecydowanej federalistki. Może decydujący o tym, uznali, że czas na zmianę jeszcze nie przyszedł, ale oby nie skończyło się to zaspaniem gruszek w popiele.