Trójca patriotycznie podniecona

Nie powiodło się nam. Parlament Europejski przyjął, uważany w Polsce za wysoce niekorzystny, tzw. „pakiet mobilności”. Chodzi o kierowców TIR-ów wykonujących przewozy na terenie Unii Europejskiej.

Do tej pory nasze firmy transportowe brylowały na europejskim rynku transportowym. Nie tylko dlatego, że właściciele zainwestowali w super-sprzęt, ale też dlatego, że polscy kierowcy są po prostu tańsi niż ich francuscy, włoscy, niemieccy, czy hiszpańscy koledzy.
Tak było do czasu, gdy PE przyjął dyrektywę
o tzw. pracownikach delegowanych. Bardzo korzystną dla Polaków rozsianych w różnych krajach na tysiącach posad – od prostych, fizycznych, po skomplikowane, którzy na ogół byli wynagradzani gorzej niż pracownicy miejscowi zatrudnieni przy tych samych zajęciach, w takich samych warunkach. Dzięki jednak dyrektywie o pracownikach delegowanych Polacy będą teraz otrzymywali co najmniej płacę minimalną obowiązującą w kraju zatrudnienia. Oczywiście z możliwością jej podnoszenia na takich samych zasadach, które stosowane są wobec miejscowych. Ma to ogromne znaczenie dla wysokości ich zarobków, a także przyszłych emerytur.
No, ale dyrektywa o pracownikach delegowanych wywołała projekt objęcie nią także kierowców obsługujących przewozy międzynarodowe. To sprawa o wiele trudniejsza. Kiedy bowiem kierowca staje się „pracownikiem delegowanym”? Przecież nie w momencie przekroczenia granicy. Jeśli wiezie jakiś towar w eksporcie z Polski do konkretnego kraju, nie jest pracownikiem delegowanym, wykonuje po prostu usługę przewiezienia towaru z miejsca A do miejsca B i wraca.
Jeśli jednak przewozi towary wewnątrz Unii długimi tygodniami nie wracając do Polski, to wtedy, zdaniem części państw unijnych, staje się pracownikiem delegowanym. Nie wykonuje przewozu w te i wewte, tylko jeździ po Europie w tzw. kabotażu. A to oznacza, że powinien otrzymywać stawki takie same, jak pozostali kierowcy europejscy, czyli wyższe niż polskie. Dyrektywa zabrania też nocowania na parkingach, powrót w określonym rytmie do macierzystej bazy w kraju, itp. To oczywiście podniesie koszty polskich firm przewozowych. Mówi się, że od 25 do 30 proc., a tego wiele z nich może nie wytrzymać.
My mówimy więc, że to jest protekcjonizm wymierzony w wolny rynek usług, utrudniający Polakom swobodne konkurowanie, oni zaś mówią, że to jest walka z dumpingiem socjalnym. Kierowca opłacany gorzej, śpiący w samochodzie, a nie w hotelu, mniej kosztuje, co pozwala właścicielom firm transportowych proponować mniejsze stawki przewozowe, czyli grać nie wedle takich samych warunków, jak wszyscy.
Po licznych zawirowaniach i gwałtownych zwrotach akcji doszło wreszcie do głosowania na sesji plenarnej i… przegraliśmy. Teraz możemy już tylko liczyć na wstrzymanie całego procesu w trakcie tzw. trylogu, bo dyrektywa musi być zatwierdzona w trójkącie Parlament Europejski-Rada Europejska-Komisja Europejska. Ostatnia sesja PE, na której pakiet mobilny musiałby być zatwierdzony, przypada na 15-18 kwietnia. Być może więc uda się przeciągnąć sprawę na po wyborach, a wtedy zobaczymy, co będzie. Jeśli nie – klamka zaraz zapadnie. W każdym razie rzecz jest skomplikowana.
My jednak mamy Prawo i Sprawiedliwość
Dla nich nie ma spraw skomplikowanych, a przynajmniej nie ma takich, których nie można wyjaśnić raz, dwa.
Na scenę wkroczyła nieoceniona TVP INFO:
„Głosowanie w PE nad pakietem mobilności pokazało, że PO i szeroko rozumiana Koalicja Europejska nic nie znaczą w Parlamencie Europejskim”.
Autorzy tego stwierdzenia, to europosłowie PiS: Tomasz Poręba, Karol Karski i Ryszard Czarnecki. Ten od „wyprawy madryckiej”, ten od rozkwaszonego melexa na Cyprze i ten pierwszy w dziejach wyrzucony z funkcji wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego… Tuz w tuza!
„Nasza grupa, Europejskich Konserwatystów i Reformatorów – ciągnęli swą rzewną pieśń – protestowała i zgłaszała poprawki, żeby odsunąć raport w czasie, ale nie udało nam się. Największe grupy jak Europejska Partia Ludowa, gdzie jest PO i PSL, i grupa socjalistów, gdzie jest SLD, zdecydowały wbrew prawu i regulaminowi, że te raporty będą procedowane” – syczał zatroskany Poręba, jakby europosłowie SLD, PO i PSL zostawili ich samych na placu boju i nie protestowali.
Korzystając z okazji niekumatym Poręba wyjaśniał przy pomocy łopaty, że szeroko rozumiana Koalicja Europejska w PE działa pod dyktando największych krajów – Niemiec, Francji i Włoch.
Mimo tak bezkompromisowej szarży na wrogów polskich interesów, pisowcy ciągle jednak czuli niedosyt, zmarchy orały ich czoła, ciągle było im mało… Jakby się bali, że kierowcy i właściciele firm przewozowych nie zdają sobie sprawy z ogromu czerwono-zielonej zdrady. Karski (ten od melexa) dodał więc, że i komisarz Bieńkowska (d. PO) też za „ten skandal odpowiada”. Pakietu mobilności wprawdzie nie przygotowywała, ale i nie protestowała, „gdy były przyjmowane rozwiązania niekorzystne dla Polski”.
W tej sytuacji Rychu „Obatel” Czarnecki poszedł już na całość i ujawnił wreszcie, że głosowanie nad pakietem mobilności nie było pierwszym złamaniem unijnego prawa, gdyż pierwszym było bezprawne pozbawienie go funkcji wiceszefa PE. Zdaniem tego wybitnego parlamentarzysty to dowód, że PO nie jest w stanie przekonać swoich niemieckich i francuskich partnerów, żeby głosowali zgodnie z polskim interesem.
Mijanka na zakręcie
Każdy kierowca wie, jak niebezpiecznie bywa, gdy dwa samochody muszą minąć się na zakręcie. A w tym pakiecie mobilności, co i rusz, to jakiś zakręt…
Na przykład różnice interesów…
Czy ktoś słyszał, żeby w tej sprawie wypowiedzieli się kierowcy? Czy oni coś komentują, złorzeczą może?… Nie odnotowano żadnych gwałtownych protestów z ich strony. To może oznaczać, że ich interesy różnią się od interesów właścicieli firm. Co dla właścicieli jest stratą, dla nich jest zyskiem.
„Zakrętów” jest więcej. Niejako po drodze uchwalono bowiem przepisy kompletnie nieżyciowe – np. nakazujące kierowcy nocować w hotelu lub motelu, a nie w kabinie. Tyle, że na parkingach nie ma hoteli, a samochodu żaden kierowca nie opuści, bo odpowiada za ładunek. To rzeczywiście może wyglądać na złośliwość, albo celowe utrudnianie konkurentom konkurencji. Dlatego w obronie interesów naszych przewoźników solidarnie głosowali wszyscy polscy europosłowie, a nie, jak sugerują PiS-owcy tylko oni.
Jeśli oni rzeczywiście coś zrobili, to zawalili całą sprawę! Pospołu z resztą polskich europarlamentarzystów, niestety. Trzeba otóż powiedzieć, że tego kłopotu mogłoby nie być, gdyby 25 marca, podczas głosowania nad skierowaniem kontrowersyjnego projektu pod obrady plenarne, wszyscy byli w pracy, czyli w Parlamencie Europejskim. Gdybyśmy wtedy to głosowanie wygrali, pakiet mobilny w tej kadencji w ogóle nie byłby brany pod uwagę. Do szczęścia zabrakło trzech głosów. Trzech! Nie uzbieraliśmy ich, bo polscy posłowie nie stawili się na głosowaniu. Na przykład PiS-owców zabrakło 10! Między innymi Poręby, Karskiego i Czarneckiego. Ich wymieniam, bo oni teraz gardłują najbardziej w świętym oburzeniu nad zaprzepaszczeniem polskich interesów narodowych. Tymczasem zaprzepaścili wszyscy z wyjątkiem europosłów SLD, z których brakowało tylko jednej osoby. Przebywała w sanatorium, a jak wiadomo w Polsce o terminie i miejscu leczenia sanatoryjnego decyduje NFZ, któremu nikt nie podskoczy z PE na czele. Wracając więc do patriotycznie podnieconej trójcy, chciałoby się powiedzieć, że są jakieś granice kabotyństwa, ale o PiS-ie przecież mówimy…

Unia socjalna czy neoliberalna? My, socjaliści

Główny problem, który przed wyborami europejskimi powinna postawić cała formacja lewicowa, powinien brzmieć: Unia Europejska socjalna czy neoliberalna? Wynika on wprost z deklaracji programowych poszczególnych ugrupowań lewicy oraz Stanowiska II Kongresu Lewicy z 2016 roku. Problem ten wyłonił się w wyniku krytycznej oceny procesów, jakie zachodzą we współczesnym świecie – a więc coraz szerszego protestu klas pracujących wobec narastającego rozwarstwienia społecznego i powszechnej dominacji kapitału nad pracą. Objawia się to m.in. narastaniem przewagi interesów korporacji międzynarodowych i banków nad interesami państw oraz obywateli.

W praktyce Unii Europejskiej efektem tych zjawisk jest narastająca biurokracja, mnożenie bytów, liczne przypadki gry pozorów. Jeżeli poważnie można brać pod uwagę ostatnią deklarację prezydenta Francji na temat zagrożeń dotyczących Unii i Europy jako kontynentu, to aktualny stan zarządzania Unią i jej perspektywy krytycznie ocenia zarówno lewica, jak i neoliberalna prawica.

Dotychczasowe doświadczenia wskazują, że problemem może być w ramach naszej Koalicji Europejskiej możliwość realizacji swoich założeń programowych przez ugrupowania inne, niż te o neoliberalnej proweniencji. Obawy takie sygnalizował wcześniej aktyw różnych ugrupowań lewicy, powstała oddzielna Koalicja Lewica Razem, oddzielnie do wyborów idzie nowa prospołeczna formacja Wiosna. Pojawiają się również głosy obaw w środowiskach PSL. Z dużą rezerwą odniósł się do niej także były prezydent.

Powstanie Koalicji Europejskiej motywowane jest publicznie perspektywą wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej przez PiS. Alternatywą ma być koalicja, która Polskę w Unii zachowa. Jak wykazują ostatnie badania, Polacy są w dalszym ciągu euroentuzjastami i większość obywateli opowiada się zdecydowanie za obecnością naszego kraju w Unii. Dlatego też samo pytanie i plebiscyt, jakim mają być wybory majowe, wydaje się, że oparte jest na fałszywych przesłankach, które stawiają cynicznie, jako fundament porozumienia, liderzy Platformy Obywatelskiej. W związku z kryzysem tej formacji, jej racją bytu jest przejęcie przywództwa nad opozycją, zorganizowanie i wykorzystanie do realizacji własnego interesu – odbudowy konserwatywnej formacji neoliberalnej, która kontynuować będzie misję narzuconą z zewnątrz i opartą o stare wskazania Konsensusu Waszyngtońskiego.

Przy okazji powstawania Koalicji Europejskiej aktualne jest pytanie, na ile jej koncepcja, zarówno organizacyjna, jak i programowa, realizuje wyłącznie interesy polskiego establishmentu politycznego różnych orientacji, na ile zaś i czy w ogóle, jest wyrazem dbałości o interesy szeroko pojętego elektoratu – szczególnie ludzi pracy.

W sumie można powiedzieć, że udział SLD i kilku innych ugrupować z kręgu wcześniejszego porozumienia SLD – Lewica Razem w Koalicji Europejskiej może okazać się ryzykownym eksperymentem. Trzeba oczywiście zdawać sobie sprawę i przyjmować do wiadomości argumenty zwolenników takiego usytuowania wyborczego, jakie są wśród przedstawicieli części ugrupowań na lewicy.

Na tym tle ważne wydaje się być skalkulowanie ryzyka wyborczego i decyzji, jakie powinna podejmować polska lewica przed wyborami jesiennymi do Sejmu i Senatu. Moment ogłoszenia wyników wyborów do Parlamentu Europejskiego w Polsce powinien być rozpoczęciem kampanii wyborów parlamentarnych. Rysuje się tutaj kilka ważnych problemów natury politycznej i organizacyjnej, które warto zidentyfikować i przemyśleć.

Lewica powinna wyzwolić się przede wszystkim z przekonania, które umocniło się po wyborach w 2015 roku, że „wolno jej mniej” i może być co najwyżej trzecią albo i czwartą siłą na polskiej scenie politycznej. Nikt nie walczy z tym zjawiskiem w naszych środowiskach, a ma ono jak sądzę uwarunkowania wyłącznie subiektywne, wynikające z kompleksów i niemocy niektórych liderów, a nie obiektywnych potrzeb wypływających z oczekiwań elektoratu.

Sukces, na razie medialny, ugrupowania Wiosna pokazuje, że właściwe i wyraziste postawienie problemów społecznych i politycznych kraju i społeczeństwa pozwala na zrozumienie i rezonans w wielu dotychczas zapomnianych środowiskach. Ma on bez wątpienia swoje źródła w populizmie, niemniej jednak jest bardzo realny.

Wydaje się, że racją bytu całej polskiej lewicy jest budowa niezależnego, suwerennego porozumienia przed wyborami parlamentarnymi opierającego swoje racje programowe o rzeczywiste problemy elektoratu pracowniczego.

Timmermans powalczy

Sergiej Staniszew ponownie wybrany na funkcję przewodniczącego Partii Europejskich Socjalistów; Andrzej Szejna, wiceprzewodniczący SLD wszedł do prezydium PES, a Frans Timmermans będzie pełnił rolę tzw. Spitzenkanidat Socjalistów i Demokratów w Parlamencie Europejskim – to decyzje kongresu Partii Europejskich Socjalistów, który odbył się w Lizbonie w dniach 7 – 8 grudnia 2018 r.
– Te wybory będą wyborami o duszę Europy, ponieważ będziemy wybierać czy chcemy podążać ścieżką demokracji, praworządności i poszanowania praw podstawowych, czy też nie – mówił Frans Timmermans w płomiennym przemówieniu, które po wyborze wygłosił w Lizbonie. W swoim wystąpieniu zwrócił się również do Polek i Polaków. – Nigdy nie opuszczę narodu polskiego w jego walce o demokrację, wolność i praworządność. Zwyciężymy nie ze względu na moją determinację, ale dlatego, że Polacy sami chcą być Europejczykami – podkreślił Timmermans.
Kilkuset delegatów ze wszystkich krajów Unii Europejskiej oraz Norwegii podejmowało również ważne decyzje, związane z agendą polityczną, z którą europejska lewica pójdzie w do przyszłorocznych wyborów do Parlamentu Europejskiego. Program Partii Europejskich Socjalistów będzie oparty na idei Europy socjalnej, która zapewni równiejszy podział owoców pracy i będzie niwelować nierówności społeczne. Polityka ekonomiczna, na którą stawia lewica stawia na innowacje oraz inwestycje w zieloną gospodarkę, gospodarkę która zapewni nie tylko miejsca pracy, ale i czyste powietrze oraz zdrową żywność. W Europie socjalnej dobrze płatne miejsca pracy znajdą również młode pokolenia, a równe szanse ma każdy bez względu na płeć.
Unia Europejska w przyszłości musi tworzyć bezpieczny dom dla swoich obywateli oraz dla ludzi potrzebujących pomocy, a pochodzących z obszarów ogarniętych wojną. Wszystkie działania polityczne mają wzmacniać demokrację w Europie, która jest podstawą istnienia zjednoczonej Europy – czytamy w stanowisku PES.
W kongresie brali udział między innymi premierzy Portugalii Antonio Costa, Hiszpanii Pedro Sanchez, Słowacji Peter Pellegrini oraz Malty Joseph Muscat; a także wysoka przedstawiciel UE do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa Federica Mogherini oraz wiceprzewodniczący KE Marosz Szefczovicz.
Spitzenkanidat – w celu zwiększenia zainteresowania europejskich wyborców elekcją do Parlamentu Europejskiego, poszczególne frakcje wskazują swojego kandydata na przyszłego szefa Komisji Europejskiej. Wybór „Spitzenkanidat” winien być poprzedzony wewnętrzną debata oraz swego rodzaju prawybory.
Partia Europejskich Socjalistów – europejska partia polityczna, w skład której wchodzą partie socjaldemokratyczne z Norwegii oraz z krajów, które są członkiem Unii Europejskiej. Polskę w PES reprezentują Sojusz Lewicy Demokratycznej oraz Unia Pracy, najbardziej rozpoznawalne w Polsce inne partie będące częścią PES to Brytyjska Partia Pracy, czy też Niemiecka SPD. Reprezentacją Partii Europejskich Socjalistów w Parlamencie Europejskim jest Postępowy Sojusz Socjalistów i Demokratów.

PE popiera. W zasadzie

Partia Socjalistów Republiki Mołdawii wyprowadziła na ulice Kiszyniowa kilkadziesiąt tysięcy oburzonych obywateli. Podczas mityngu domagano się podwyżek średnich pensji i emerytur, a także zwiększenia nakładów na państwowy system oświaty i służbę zdrowia. O tym, że państwo uważane niegdyś za prymusa Partnerstwa Wschodniego jest w żałosnym stanie, świadczy również najnowsza rezolucja Parlamentu Europejskiego w jego sprawie.

 

Marsz bulwarem Stefana Wielkiego i mityng na Placu Wielkiego Zgromadzenia Narodowego, w samym sercu Kiszyniowa, miał pokazać siłę Partii Socjalistów Republiki Mołdawii (PSRM) przed startem kampanii wyborczej do parlamentu (głosowanie planowane jest na luty 2019 r.). Ze sceny do kilku tysięcy zgromadzonych przemawiali prezydent Igor Dodon, wywodzący się z PSRM, baszkan (prezydent) samorządnego regionu Gagauzji Irina Vlah, przewodnicząca partii Zinaida Greceanii oraz parlamentarzyści PSRM. Uczestnicy protestu przybyli z całego kraju. Ich liczbę szacuje się na 50 tys.

Postulaty, jakie padły podczas zgromadzenia, dotyczyły spraw absolutnie podstawowych – a zatem kluczowych dla przetrwania błyskawicznie wyludniającego się kraju, jakim jest Mołdawia. Mówcy domagali się, by rząd stworzył warunki do wzrostu płac, tak, by średnie wynagrodzenie osiągnęło równowartość 600 euro, zaś emerytura – 300 euro. Mówiono również o zwiększeniu nakładów na służbę zdrowia, która jest w Mołdawii w fatalnym stanie, oraz na system oświaty. Wspomniano również o rezygnacji z zacieśniania relacji z NATO, w tym o zamknięciu biura Sojuszu otwartego w ubiegłym roku w Kiszyniowie, a także o delegalizacji ruchów otwarcie domagających się przyłączenia Mołdawii do Rumunii.

Prezydent Igor Dodon, którego kompetencje są według mołdawskiej konstytucji bardzo ograniczone w stosunku do uprawnień rządu, podkreślał, że fatalny stan mołdawskiego państwa (eksperci nie mają wątpliwości – to już w zasadzie państwo upadłe) jest „zasługą” rządzącego od dziewięciu lat sojuszu partii określających się jako „proeuropejskie”, a w rzeczywistości tolerujących rozkradanie resztek państwowego majątku przez wąską grupę oligarchów. Najpotężniejszy z nich, Vlad Plahotniuc, jest zresztą również przewodniczącym najbardziej wpływowej w kraju Demokratycznej Partii Mołdawii.

Sondaże wskazują również, że gdyby wybory parlamentarne odbyły się teraz, PSRM zwyciężyłaby z wynikiem 27 proc., wyprzedzając znacząco Partię Demokratyczną (15 proc.) oraz dwie partie liberalne, deklarujące proeuropejskość, ale w opozycji do obecnie rządzących oligarchów: Platformę Godność i Prawda (7,1 proc.) oraz Partię Godności i Solidarności (6,4 proc.)
Zarzuty liderów PSRM potwierdza rezolucja przegłosowana kilka dni wcześniej przez Parlament Europejski. Mołdawię nazywa się w niej wprost „państwem przechwyconym przez interesy oligarchów”, w którym demokratyczne standardy „są podważane przez przywódców politycznych współpracujących z biznesem, czemu większość klasy politycznej i system sądowniczy się nie sprzeciwiają”. W rezolucji wezwano również rządzących Mołdawią do zaprzestania posługiwania się prokuraturą i sądami jako narzędziami walki politycznej.

Po UE pociągiem jak samolotem

Parlament Europejski przyjął pakiet praw pasażerów kolei. Spóźnienia będą należały do przeszłości.

 

533 europosłów głosowało za przyjęciem nowego prawa korzystnego dla podróżujących. Przeciwnych było zaledwie 37.

– Przyjęliśmy prawo stojące jednoznacznie po stronie pasażerów – komentuje autor pakietu, wiceprzewodniczący PE prof. Bogusław Liberadzki. – Jako parlamentarzysta, który przygotowywał ten projekt, przedłożył go europosłom i przeprowadził przez cały proces legislacyjny, mam ogromną satysfakcję, że moje poglądy na prawa podróżnych i obowiązki przewoźników zyskały aż tak wyraziste, jednoznaczne poparcie. Punktualność nie może być jakimś kaprysem przewoźników w stosunku do pasażerów, punktualność powinna być ich obowiązkiem – mówi.

Prof. Liberadzki wylicza podstawowe prawa wynikające z nowych regulacji:

– Jeśli pociąg na terenie Unii Europejskiej spóźni się od godziny do półtorej, pasażer otrzyma zwrot połowy kosztów biletu.
– Przy opóźnieniu od półtorej do dwóch godzin, otrzyma zwrot w wysokości 75 procent.
– Jeśli pociąg dojedzie na miejsce opóźniony o więcej niż dwie godziny, podróżny otrzyma całkowity zwrot pieniędzy za bilet.
– W ten sposób pasażerowie kolei będą mieli zapewnione takie same prawa, z jakich już od dawna korzystają pasażerowie linii lotniczych.
– Także pasażerowie niepełnosprawni, podobnie jak ci korzystający z lotnisk i samolotów, będą mieli zapewnioną bezpłatną asystę przy wsiadaniu do pociągu.
– I jeszcze jedna nowość – przewoźnik kolejowy będzie musiał wymienić składy pociągów na takie, w których będzie wyodrębniona przestrzeń dla rowerów.

Nowe prawo wejdzie w życie na terenie całej Unii Europejskiej w roku 2021.

 

Wystąpienie wiceprzewodniczącego PE prof. Bogusława Liberadzkiego w Parlamencie Europejskim

Niech mi będzie wolno rozpocząć od następującego stwierdzenia – jest to bardzo ważny dzień naszej debaty w sprawie rozwoju praw konsumenta, specyficznego konsumenta jakim są pasażerowie transportu kolejowego w Europie. Mówimy o 4 mld pasażerów, którzy podróżują w ciągu roku kolejami, to również dyskusja o milionach pracowników zatrudnionych w transporcie kolejowym. Zatem jest to bardzo kompleksowy problem, o dużej skali i kluczowym znaczeniu.

Dziękuję za doskonałą współpracę swoim „sprawozdawcom cieniom”, a szczególnie panu Denisowi de Jong, który z ramienia Komisji IMCO (Komisja Rynku Wewnętrznego i Ochrony Konsumentów) współuczestniczył w przygotowaniu tego raportu. Pragnę podkreślić wysoką gotowość do współpracy ze strony Komisji Europejskiej i złożyć podziękowania na ręce pani komisarz Bulc.

Zacznę od tego, co Parlament Europejski może osiągnąć dzięki jutrzejszemu głosowaniu. Pierwsza i zasadnicza sprawa, to sprawa praw pasażera, czyli rekompensaty za opóźnienia pociągów. Proponujemy zwiększenie tych rekompensat do 100%, w przypadku opóźnienia powyżej 121 minut. Zdaję sobie sprawę, że to nie będzie łatwe. Jest także alternatywa, mówimy o 100% przy opóźnieniu powyżej 180 minut.

Druga rzecz, szczególnie istotna i godna podkreślenia to zwiększenie dostępności biletów łączonych tzw. „through tikcets”, które będą dotyczyć także pasażerów, którzy utracą połączenia, na które przeznaczone były bilety na przesiadkę. Będą mieć prawa do zajęcia miejsca w najbliższym dostępnym pociągu, bez żadnych dodatkowych kosztów.

Ułatwienia dla podróżnych o ograniczonej zdolność ruchowej, tu jest bardzo duży i rosnący margines osób, którym chcielibyśmy dać możliwość dostępu do środków mobilnych. Proponujemy, aby na stacjach najwyższej kategorii, które obsługują od 10 000 pasażerów na dobę, nie było żadnego obowiązku zgłaszania chęci podróży przez osoby o ograniczonej zdolności ruchowej, na stacjach mniejszych na 3 godziny wcześniej i na najmniejszych na 12 godzin przed przyjazdem.

Otwieramy także transport kolejowy na rowery. Proponujemy, aby w każdym pociągu była możliwość przewiezienia do 8 tego typu pojazdów i z czasem będzie to dotyczyć każdego typu pociągu.
Pragniemy także rozszerzyć zakres rozporządzenia o ochronie praw pasażerskich nie tylko na pociągi międzynarodowe i krajowe, ale także i pociągi regionalne. Te same prawa powinny obowiązywać na terenie całej Unii Europejskiej.

To jest jedna strona medalu.

Jednocześnie pragniemy podkreślić, iż te rozwiązania mają mobilizować państwa i rządy do większej troski o jakość infrastruktury oraz taboru kolejowego, a także o większą dostępność ekonomiczną, jak i fizyczną pasażerów do transportu. Chcemy, aby transport kolejowy stał się tą alternatywą, ponieważ wszystkie jego zalety – ekologia, tani dostęp, niezawodność i bezpieczeństwo – mogą znaleźć swoje miejsce.

Pragniemy także, i w tym kierunku zmierza to rozwiązanie, żeby wyrównywać szansę i reguły konkurowania kolei z innymi formami transportu.

Więcej filtrowania

Tym razem Parlament Europejski zagłosował za dyrektywą o prawie autorskim w sieci. Jeśli zostanie wdrożona, efektem będzie większa odpowiedzialność stron za treści publikowane przez użytkowników, jeszcze wzrośnie rola filtrów treści, a także skończy się podawanie dalej linków w takiej postaci, jak to wygląda dziś.

 

Poprzednie głosowanie w tej sprawie odbyło się w lipcu i zakończyło się wynikiem odwrotnym. Tym razem organizacje zajmujące się kwestiami wolności w sieci nie zdołały przekonać eurodeputowanych, że wdrażanie dyrektywy w wersji opracowanej w Komisji Prawnej niesie za sobą określone zagrożenia. Przeszły również budzące największe kontrowersje paragrafy 11 i 13.
Pierwszy z nich nakłada na portale społecznościowe oraz wyszukiwarki obowiązek wykupienia licencji u wydawców mediów internetowych, których materiały będą miały być w nich cytowane. Wklejając link np. na Twitterze, będzie można umieścić jedynie sam adres URL, ewentualnie z własnym opisem. Podczas gdy pomysłodawcy nowych przepisów twierdzą, że w ten sposób wydawcy i autorzy treści będą w końcu zarabiać na ich rozprzestrzenianiu w sieci, krytycy argumentują, że nowy przepis doprowadzi do sytuacji, w której media społecznościowe wykupią licencje tylko u najpotężniejszych medialnych koncernów (by mieć pewność, że udostępniane materiały spotkają się z zainteresowaniem użytkowników). Mniejsze, lokalne, alternatywne czy wyspecjalizowane serwisy natomiast stracą możliwość poszukiwania odbiorców w mediach społecznościowych. To nie teoria – podobnie skonstruowane przepisy wprowadziły już u siebie Hiszpania i Niemcy.

Według europosłanki Julii Redy, jednej z liderek ruchu sprzeciwu, dziennikarze i wydawcy na tym nie skorzystali.
Artykuł 13 przewiduje, że wszystkie strony – poza najmniejszymi – które dają czytelnikom możliwość przesyłania treści, będą musiały je prewencyjnie sprawdzać pod kątem przestrzegania praw autorskich. Chodzi nie tylko o platformy z filmami czy zdjęciami. Także te strony, gdzie można np. skomentować artykuł, a które nie mają jeszcze filtrów treści, będą musiały je zainstalować, co nie jest tanie.

– Filtry są nie tylko niedoskonałe i zawodne, ale także mogą doprowadzić do nadużyć. Ponieważ zwolennicy filtrów odrzucili propozycję wprowadzenia jakichkolwiek kar za nieuczciwe dochodzenie roszczeń z tytułu praw autorskich, każdy będzie mógł cenzurować wszystko. Możesz zgłosić jako swoje wszystkie dzieła Szekspira do filtra WordPressa i nikt nie będzie w stanie cytować Szekspira, dopóki ludzie w firmie nie usuną twoich zgłoszeń ręcznie – komentuje absurdalność nowych mechanizmów Cory Doctorow, amerykański pisarz i działacz na rzecz praw twórców.

Teraz dyrektywa będzie przedmiotem rozmów między państwami członkowskimi, PE oraz Komisją Europejską. Ostateczna wersja zostanie przedstawiona do głosowania w PE wiosną 2019 r.

Obrońcy Orbána

W Strasburgu szykuje się głosowanie w sprawie nałożenia przez UE sankcji na Węgry za łamanie praworządności. Orbana chronią m.in. deputowani brytyjskiej Partii Konserwatywnej, która rządzi dziś Zjednoczonym Królestwem. Mają w tej sprawie głosować tak jak skrajna prawica w PE.

 

Parlament Europejski debatuje dziś nad zasadnością nałożenia sankcji na Węgry jako kraj członkowski z powodu polityki prowadzonej przez rząd Viktora Orbána. Budapesztowi grozi uruchomienie procedury przewidzianej słynnym artykułem 7 Traktatu Unii Europejskiej, po który mogą sięgnąć władze UE celem zdyscyplinowania kraju członkowskiego łamiącego u siebie rządy prawa. Na środę przewidziane jest głosowanie w tej sprawie. Państwo węgierskie jest oskarżone o ograniczanie wolności prasy, naruszenie niezależności sądownictwa i sprzeniewierzenie unijnych funduszy. W dyskusji na pewno pojawią się też zarzuty o rasistowską nagonkę na uchodźców z Bliskiego Wschodu i antysemicką kampanię przeciwko fundacji miliardera George’a Soros – obydwie mają związek z ustawą “Anty-Soros”. Sankcje wobec Węgier mogą oznaczać odebranie im prawa głosu w Radzie Europejskiej.

Dziennik „The Independent” donosi w tej sprawie, że oprócz skrajnie prawicowych stronnictw w PE parasol ochronny nad Orbánem mają roztoczyć brytyjscy Torysi. Anonimowi europosłowie Partii Konserwatywnej poinformowali, że w Strasbourgu będą głosować przeciwko karaniu Węgier. Tłumaczą, że byłaby to decyzja “polityczna”, podczas gdy w tej sprawie powinien obowiązywać ściśle prawny punkt widzenia.

Głosowanie w tej sprawie jest pokłosiem przyjęcia przez komisję spraw wewnętrznych PE raportu potępiającego władzę Viktora Orbána i zalecającego zastosowanie artykułu 7. Decyzję podjęto stosunkiem głosów 37 do 19. Już wtedy brytyjscy konserwatyści głosowali przeciwko dyscyplinowaniu rządu Orbána – tak samo jak deputowani ugrupowań uznanych za skrajnie prawicowe: francuskiego Frontu Narodowego, Szwedzkich Demokratów i austriackiej FPO.

Dan Dalton, członek komisji spraw wewnętrznych twierdził: – Jeżeli któryś z krajów członkowskich złamał traktat UE, to Komisja Europejska powinna zająć się tym od strony prawnej.
Zamiary Torysów miażdżąco skrytykowali eurodeputowani Partii Pracy. Fakt ustawiania się konserwatystów w jednym szeregu ze skrajną prawicą nazwali haniebnym. Labourzyści oświadczyli, że rząd Orbána swoim postępowaniem “w zakresie swobód obywatelskich, równości i praw człowieka, islamofobii i antysemityzmu stanowi hańbę dla Europy”.

Weto

Czy przyszłoroczne wybory do Parlamentu Europejskiego  odbędą się według tych samych reguł co w 2014 roku? Byłby to skutek spodziewanego weta prezydenta Dudy.

 

To już drugie podejście Jarosława Kaczyńskiego do zmian w Kodeksie Wyborczym. Pierwsza zmiana – nowelizacja ordynacji wyborczej do samorządów –zakończyła się wprowadzeniem tylko części zapisów forsowanych przez PiS. Najbardziej niebezpieczne dla demokratycznych wyborów były propozycje zmniejszenia okręgów wyborczych. W okręgach 3-5 mandatowych zabrakłoby miejsca dla radnych z mniejszych ugrupowań. Ostatecznie – pod wpływem zmasowanej krytyki – Jarosław Kaczyński cofnął się. Wielkości okręgów wyborczych pozostały bez zmian.
Podobny manewr PiS zastosował podczas nowelizacji ordynacji wyborczej do Parlamentu Europejskiego. Pod pretekstem zwiększenia reprezentacji mieszkańców Polski wschodniej, drastycznie podniesiony został tak zwany efektywny próg wyborczy. To oznaczało, że ugrupowanie, które nie osiągnie co najmniej kilkunastoprocentowego wyniku wyborczego, nie będzie miało szans na posiadanie swoich posłów w Parlamencie Europejskim. Wygląda na to, że Kaczyński przegrywa po raz drugi. Tym razem nogę podstawia mu prezydent Duda.

 

Europejski POPiS

Faktycznie, dotychczasowe reguły przeprowadzania wyborów do Parlamentu Europejskiego były skomplikowane. Ale zapisany w Kodeksie Wyborczym 5 procentowy próg działał.
W pierwszych wyborach w 2004 roku na listę Komitetu Wyborczego Wyborców Socjaldemokracji Polskiej oddano 324 707 głosów, co stanowiło 5,33 proc. głosów ważnych w skali kraju. Mimo tak nieznacznego przekroczenia progu wyborczego, komitet uzyskał aż trzy mandaty. Podobnie rzecz się miała we wszystkich kolejnych wyborach. W 2014 roku najmniejszym ugrupowaniem, które przekroczyło próg wyborczy, było Polskie Stronnictwo Ludowe. Uzyskując wynik 6,8 proc. wprowadziło do Parlamentu Europejskiego czterech europosłów.
W 2004 roku mandaty europoselskie rozdzielono pomiędzy 5 komitetów, a w 2009 roku pomiędzy 4 komitety. W ostatnich wyborach mandaty otrzymali przedstawiciele 5 ugrupowań. Gdyby zaproponowane przez PiS zmiany ordynacji weszły w życie, byłyby to ostatnie takie wybory. Za 9 miesięcy, do Strasburga i Brukseli pojechaliby wyłącznie posłowie i posłanki POPiS-u.

 

13 Polsk

Istotą manipulacji wyborczej proponowanej przez polityków PiS-u była zmiana sposobu rozdziału mandatów w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Dotychczas cała Polska była jednym ogólnokrajowym okręgiem wyborczym. I w ramach całej Polski dokonywano podziału mandatów przypadających poszczególnym komitetom. To rozwiązanie naturalne i powszechnie stosowane w państwach Unii Europejskiej. Chodzi bowiem o to, by w Europarlamencie znalazły się reprezentacje państw, a nie województw. Zaś podział Polski na 13 okręgów wyborczych, z którym mieliśmy do czynienia w poprzednich wyborach, miał wyłącznie charakter techniczny. Ułatwiając kandydatom i kandydatkom na europosłów prowadzenie kampanii wyborczych.
PiS wprowadził zmianę sposobu liczenia głosów. Każdy z dotychczasowych 13 okręgów wyborczych uzyskał „autonomię”. Przypisano mu konkretną liczbę mandatów (minimum 3), a głosy miano liczyć niezależne od innych okręgów. Szukając analogii, można powiedzieć, że wybory do Parlamentu Europejskiego przypominałyby wybory do sejmików wojewódzkich. Każde województwo (ew. dwa województwa tworzące okręg wyborczy) wybierałoby swoich przedstawicieli do Parlamentu Europejskiego. Dla województw takie rozwiązanie mogło być niekiedy korzystne. Dla polskiej demokracji – nie.

 

16,5 procent

Unia Europejska stawia swoim członkom dwa główne warunki dotyczące przeprowadzania wyborów do Parlamentu Europejskiego. Mają to być wybory proporcjonalne. I o progu wyborczym nie wyższym niż 5 procent.
Warunkiem proporcjonalności wyborów są okręgi wielomandatowe. Im większa liczba mandatów, tym lepsza reprezentacja różnych opcji politycznych. W wyborach do Parlamentu Europejskiego regułą jest okręg wyborczy obejmujący cały kraj. Wyjątkiem jest Belgia (trzy okręgi: flamandzki, francuski i niemiecki) i Irlandia. W przeszłości podział na 12 okręgów wyborczych istniał też w Wielkiej Brytanii oraz na 8 okręgów we Francji. Polska z 13 okręgami byłaby ewenementem w Unii Europejskiej.
Zmiana sposobu liczenia głosów skutkowała podwyższeniem efektywnego progu wyborczego. Biuro Legislacyjne Senatu obliczyło, że w skali kraju wyniósłby on 16,5 proc. Prawnicy Senatu ostrzegali, że zaproponowane przez PiS przepisy mogą być uznane za niezgodne z prawem europejskim.

 

Bez progu

Mimo że przepisy unijne pozwalają na stosowanie progu wyborczego, część państw rezygnuje z niego w swoich ordynacjach. Tak jest między innymi w Holandii, Belgii, Hiszpanii i Portugalii, gdzie nie ma minimalnego progu w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Z nowych krajów UE: w Bułgarii, Słowenii i Estonii. Niemcy stopniowo obniżali obowiązujący próg wyborczy, by w końcu zredukować go do zera.
Niski próg wyborczy lub jego brak jest logiczną konsekwencją specyfiki wyborów do Parlamentu Europejskiego. W wyborach krajowych próg ma chronić przed zbytnim rozdrobnieniem reprezentacji parlamentarnej. Pamiętamy wybory parlamentarne z 1991 roku, gdy nie obowiązywał próg wyborczy. W Sejmie znaleźli się przedstawiciele 29 ugrupowań. Z tego 11 komitetów uzyskało zaledwie po jednym mandacie.
Analogiczne rozdrobnienie nie grozi Parlamentowi Europejskiemu. Gdyby wśród wybieranych w 2019 roku 52 polskich europarlamentarzystów znaleźli się przedstawiciele i przedstawicielki nawet kilkunastu komitetów i tak w Strasburgu zasilą oni kilka istniejących tam frakcji politycznych. Wydaje się, że dotychczasowa praktyka, kiedy to Polskę reprezentowali w Parlamencie Europejskim przedstawiciele 4-5 największych ugrupowań politycznych, była optymalna. Próbę ograniczenia tej reprezentacji wyłącznie do przedstawicieli PiS i PO szef PSL Władysław Kosiniak-Kamysz nazwał rozwiązaniem „zbójeckim”.

 

Biskupi decydują

Nie ma róży bez kolców. Zapowiedziane przez prezydenta Dudę weto dla zmian w ordynacji wyborczej do Parlamentu Europejskiego z pewnością cieszy. Układ polityczny, stanowiący zaplecze prezydenta Dudy – mniej. Jarosław Makowski przypomniał na łamach Gazety Wyborczej słowa biskupów sprzed trzech lat. Po wygranych przez PiS wyborach w 2015 roku arcybiskup Stanisław Gądecki powiedział, że: „po wojnie nie było jeszcze takiego zjednoczenia państwa i Kościoła”. To „zjednoczenie” jest szczególnie widoczne pomiędzy pałacami biskupimi i Pałacem Prezydenckim.
Kilka dni temu Episkopat wydał oświadczenie odnoszące się do wprowadzonych przez PiS zmian w ordynacji do Parlamentu Europejskiego. Biskupi skrytykowali nowelizację Kodeksu Wyborczego, zaznaczając, że prawo wyborcze: „winno służyć całemu społeczeństwu, (…) a nie tylko największym partiom politycznym”. Gwoli ścisłości, hierarchowie raczej nie mieli na myśli SLD, tylko polityków Kukiza, Marka Jurka i ewentualną „nową siłę” Macierewicza.
Jednak fakt pozostaje faktem: na główne zaplecze polityczne Prezydenta Polski wyrasta Kościół. Komunikat Episkopatu miał za zadanie przygotowanie politycznego gruntu pod prezydenckie weto. Sytuacja jest łudząco podobna do tej sprzed roku. Wówczas po zaskakującym dla Kaczyńskiego wecie ustaw sądowych, natychmiast głos zabrali biskupi. Śląc wyrazy poparcia dla decyzji prezydenta Dudy. Zaś sam Andrzej Duda ostatnie godziny poprzedzające ogłoszenie decyzji o zawetowaniu dwóch z trzech ustaw sądowych spędził na Jasnej Górze.

 

Do trzech razy

Kaczyńskiego nie kosztowało zbyt wiele wycofanie się ze złych rozwiązań ordynacji wyborczej do samorządów. Nie będzie też rozpaczał po zawetowaniu przez Dudę zapisów ordynacji wyborczej do Parlamentu Europejskiego. Ostatecznie to raptem parę mandatów europoselskich mniej lub więcej dla jego ugrupowania.
Największą bolączką Jarosława Kaczyńskiego jest utrata możliwości przetestowania małych okręgów wyborczych podczas mniej istotnych dla niego wyborów. Jestem przekonany, że na początku przyszłego roku PiS przedstawi kolejny pakiet zmian Kodeksu Wyborczego. Tym razem dotyczących wyborów najważniejszych dla Kaczyńskiego – wyborów parlamentarnych. I jestem niemal pewien, że koncepcja małych okręgów wyborczych powróci. Bo tylko w ten sposób może się ziścić marzenie Prezesa o większości konstytucyjnej w Sejmie. Nie będzie wtedy musiał łamać Konstytucji. Będzie ją sobie dowolnie zmieniał.
Większość konstytucyjna przy obecnym poparciu sondażowym – to tylko marzenie prawicy. Ale „zbójeckie” zmiany ordynacji – wycięcie mniejszych ugrupowań – może to marzenie przybliżyć. Co prawda politycy obecni na poniedziałkowym spotkaniu w Pałacu Prezydenckim cytują słowa prezydenta Dudy. Że zawetuje każdą ustawę, która ograniczałaby prawa wyborcze Polaków. Zaś Prezes już zapowiedział, że zmian w ordynacji do Sejmu nie będzie. Jednakże to ostatnia rzecz, którą doradzałbym opozycji: liczenie na Jarosława Kaczyńskiego i Andrzeja Dudę. I ewentualnie biskupów.

 

Weto

Chciałbym przy okazji zgłosić swoje osobiste weto. Sprzeciw wobec rosnącej roli Kościoła w świeckim państwie. Już nie tylko o aborcji, związkach homoseksualnych i in-vitro. Biskupi mówią również o trójpodziale władzy – o złych zmianach w sądownictwie. A ostatnio – o kształcie ordynacji wyborczej. W tych ostatnich dwóch sprawach mają zresztą rację. Ale obok racji – pokazują też polityczną siłę. Czego nie jest w stanie zdziałać opozycja. Czego nie są w stanie wywalczyć tłumy na ulicach. Tam biskupów posyłają.
Prezydenta i Prymasa powinno łączyć tylko jedno. Obaj zaczynają się na literę „P”. Tymczasem dla Dudy Kościół jest realnym i skutecznym zapleczem politycznym. To prawda, demokracja w Polsce jest zagrożona pod rządami Kaczyńskiego. Ale jako polityk lewicy, nie życzę sobie, aby na głównych obrońców sprawiedliwości i demokracji kreowali się hierarchowie kościelni.

***

Decyzja prezydenta Andrzeja Dudy o podpisaniu lub zawetowaniu uchwalonych przez PiS zmian w ordynacji wyborczej do Parlamentu Europejskiego ma zostać ogłoszona w czwartek. Spodziewamy się weta. Jeśli tak się nie stanie, SLD zwróci się do wiceprzewodniczących Komisji Europejskiej, w tym Fransa Timmermansa, aby Ci zwrócili się do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej o sprawdzenie zgodności polskich przepisów wyborczych z prawem wspólnotowym.

Debata o przyszłości

To mógł być dobry dzień dla Polski.

 

Po raz pierwszy premier Mateusz Morawiecki stanął oko w oko z posłami do Parlamentu Europejskiego. Oficjalnym tematem spotkania było poznanie poglądów polskiego premiera na przyszłość Unii Europejskiej.
Trzeba powiedzieć, że w tej części pan premier mówił rzeczy warte zastanowienia, choć nie wolne od kontrowersji. Na przykład wtedy, kiedy mówił o konieczności redefiniowania Unii Europejskiej, zwłaszcza w świetle coraz wyraźniejszej jego zdaniem niechęci narodów Europy do jednoczenia się i jednoczesnych dążeń do tworzenia związku silnych państw suwerennych. Przy tej okazji mówił też o pluralizmie, w którym on widzi prawo nadane każdemu państwu do swobodnego kształtowania własnego systemu.
– Zamiast więc załamywać ręce nad populizmem trzeba się zastanowić, dlaczego on się po Europie rozlewa?…
I zaraz sam sobie odpowiadał:
– Być może dzieje się tak dlatego, że to właśnie populizm jest istotą demokracji…
Rychło jednak pan premier popadł w pewien logiczny kłopot, a nawet chwilami przeczył sam sobie. Oto na przykład ten twórczy populizm, owa sól demokracji, staje się nagle wstrętnym piołunem, gdy pan premier używa tego określenia w kontekście pejoratywnym – wtedy, gdy mówi o rozlegających się w państwach unijnych głosach o konieczności ograniczania funduszu spójności, z którego właśnie Polska czerpie najwięcej unijnych pieniędzy. Populizm zachodni zderza się w tym momencie z populizmem z drugiej strony Odry.
Wyznawcy pierwszego mówią – dość płacenia, niech sobie radzą, wyznawcy drugiego – nam te środki się należą w związku z naszą trudną historią i niezawinionymi przez nas opóźnieniami w rozwoju. Musicie więc nam płacić jak najwięcej, a już na pewno nie mniej niż dotąd… Otóż populizm ma różne twarze i żadna nie jest twórcza.
Niestety, pan premier nie powstrzymał się też przed wypowiedzeniem myśli, które wymagają bardziej zdecydowanej odpowiedzi. To, że źle mówił o PRL, to już się przyzwyczailiśmy, trudno. Dlaczego jednak na forum PE spostponował dorobek Polaków – wielu rządów i wielu Sejmów, po roku 1989? To oczywista nieprawda, że zanim nastał rząd PiS, Polskę przygniatały korupcja, oszustwa i bezprawie. Warto w tym miejscu przypomnieć panu premierowi, że był już jeden rząd Prawa i Sprawiedliwości, zanim nastąpił ten, którym on teraz kieruje. Czy pierwszy rząd PiS też tak fatalnie zapisał się w historii?
Ta część przemówienia premiera Morawieckiego została przyjęta ze zdziwieniem, jeśli nie źle. W Brukseli dobrze się bowiem pamięta Polskę, która była ważnym sprawcą przemian demokratycznych pośród wszystkich nowo przyjętych członków Unii.
Wystąpienie pana premiera miało też swoistą „drugą część”, która chyba była zresztą nie do uniknięcia. Wiadomo było z góry, że napięcie w stosunkach Polski z Unią na tle praworządności w naszym kraju będzie musiało znaleźć w tej rozmowie odbicie. Uruchomiona jest przecież procedura art. 7 Traktatu Unijnego. Po raz pierwszy w historii Komisja Europejska, uznając, że w naszym kraju istnieje systemowe, instytucjonalne zagrożenia dla zasad praworządności, używa do jej obrony oręża zwanego potocznie „bombą atomową”. Jednocześnie w tych dniach KE rozpoczęła inną procedurę – zaskarżenia polskich władz do Trybunału Sprawiedliwości w związku ze zmianami ustroju Sądu Najwyższego uznawanymi jako niekonstytucyjne.
I choć na rządzie PiS nie robi to wrażenia, to jednak ludzie na ulicach protestują przeciwko takim praktykom. Dlatego premier Morawiecki występował przed posłami do PE przy akompaniamencie demonstracji w Warszawie i w innych miastach w obronie SN i sędziów tego Sądu, którym skrócono kadencję i odesłano na emeryturę. Dodać trzeba, iż także Trybunał Konstytucyjny i Krajowa Rada Sądownictwa wzbudzają poważne zastrzeżenia zarówno co do sposobu ich powołania, jak i co do zdominowania w ten sposób władzy sądowniczej przez władze ustawodawczą i wykonawczą.
Unia nie chce i nie może się z tym zgodzić.
Premier Morawiecki stając przed Parlamentem Europejskim zdawał się w ogóle nie dostrzegać tych okoliczności swojego wystąpienia. Mówił o Nord Stream 2, o walce z „Rosją Putina”, z mafiami VAT-owskimi i rajami podatkowymi, słowem, o wszystkim, o czym lubi mówić także w kraju, łącznie z samochodami na prąd. Nie to jednak europosłów interesowało – uparcie wracali do praworządności. Oto garść głosów, które odnotowałem:

Valdis Dombrowskis – wice przewodniczący Komisji Europejskiej, który mówił w zastępstwie nieobecnego Jean-Claude’a Junckera:
– Polska dostała 86 mld. euro (do tej pory – BL) w ramach funduszu spójności. Dużo więcej niż inne kraje. Od 2004 r. polski eksport do krajów UE potroił się. Jeśli chodzi o kolejny budżet Polska w przeliczeniu na obywatela też będzie otrzymywała znacznie więcej niż inni. Dombrowskis delikatnie dał do zrozumienia, że nie można wybierać sobie z Unii, co nam najbardziej pasuje, zaś lekceważyć lub ignorować to, czym jesteśmy zainteresowani mniej. Unia jest wspólną i spójną wartością. Do takiej przystępowaliśmy. Przypomniał, że Unia była wyborem 80 proc. Polaków. Pokój, demokracja, poszanowanie dla rządów prawa, to jest spoiwo całej Unii, Unia jest unią prawa – nie tylko interesów. Dlatego więc, gdy istnieje systemowe zagrożenie dla rządów prawa, nie możemy odwrócić głowy, bo to ma wpływ na całą wspólnotę.

Manfred Weber (przew. grupy parlamentarnej Europejskiej Partii Ludowej – EPL):
– Zasada rozdziału władz została określona już w pierwszej Konstytucji, którą Polska przyniosła Europie. Wierzymy w Polskę opierającą się o wartości demokratyczne, które niósł ze sobą Lech Wałęsa, „Solidarność” i Jan Paweł II.
Niemniej jest wokół dzisiejszego stanu spraw w Polsce wiele pytań: dlaczego rząd zwalnia tylu sędziów; dlaczego inne państwa Unii muszą zwracać się do Trybunału Sprawiedliwości, z pytaniem, czy polskie sądy są sprawiedliwe; dlaczego pan Frasyniuk staje przed sądem, a nie nacjonaliści… Stracił pan okazję (panie premierze – BL), żeby to wyjaśnić. Nie ma wolności bez praworządności.
Mówił pan o suwerenności, ja chciałbym zapytać przy tej okazji, czy ta anty-unijna atmosfera, te okrzyki, że Bruksela, to nowa Moskwa, to jest ta atmosfera suwerenności? Mówi pan o nowej Europie, która będzie słuchać obywateli. Ta Europa już jest – tu, w Parlamencie Europejskim. I Funkcjonuje bardzo dobrze, nie potrzebujemy nowej Europy. Europa nacjonalizmów nie jest w stanie spełniać oczekiwań europejskich narodów. To byłby świetny komunikat, gdybyśmy mogli usłyszeć go od pana.

Udo Bullmann (przew. Grupy Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów):
– Mówił pan o rzeczach ważnych – bezpieczeństwie energetycznym itd. podważając jednocześnie wartości, na których opiera się projekt europejski – dlaczego? Nie może pan tych wartości podważać i w tym samym czasie apelować do Zachodu o zjednoczenie, które właśnie na tych wartościach jest zbudowane. Chcemy mieć Polskę w samym sercu Europy, ale proszę nie robić tego, co robicie – nie ograniczajcie praw i praworządności.

Guy Verhofstadt (przew. frakcji liberalnej)
– Przyszłość UE, to coś więcej niż wspólna waluta, wspólny rynek. To jest także wspólnota wartości. Stawianie sędziów pod kontrolą, to nie są te wartości, pan musi o tym wiedzieć. To jest kwestia zasad, naszej wspólnej tożsamości. Zmuszanie sędziów do przejścia na emeryturę, pozostawianie ich na łasce i niełasce rządów, nigdy nie może być cechą naszej wspólnoty. Niech pan zadba o przywrócenie Polski do rodziny europejskiej, zamiast pozwalać, by kręciła się po obrzeżach.

Ska Keller (Zieloni):
– Powinien pan wiedzieć, że Parlament Europejski jest w tej sprawie [praworządności w Polsce – BL] bardzo silnie zjednoczony. Państwo zawrócili Polskę z drogi wolności i demokracji. Tymczasem to, co dzieje się w Polsce, jest kluczowe dla całej Europy. Popieramy procedurę z art. 7 i proc. w sprawie naruszeń ustawy w sprawie SN. Ludzie w Polsce protestują, domagają się poszanowania praw kobiet i zwracają się do UE, bo uważają, że Unia może stanąć w ich obronie. Polska, to także jest Europa. Nie poddamy się. Jeśli chcą państwo współpracy, to muszą się państwo trzymać się wartości, na których Unia jest zbudowana.

Tania González Peñas (Konfederacyjna Grupa Zjednoczonej Lewicy Europejskiej/Nordycka Zielona Lewica):
– Pan żyje w jakiejś innej rzeczywistości niż pańscy rodacy. Pański rząd ogranicza prawa demokratyczne. Nie może pan igrać życiem kobiet, proszę nas posłuchać, [chyba, że – BL} dzwony kościelne nie pozwalają panu tego usłyszeć. Czy chce pan przejść do historii, jako ten, który skończył z trójpodziałem władzy, prawami kobiet i środowisk LGTB?…

I tak przez dwie i pół godziny. Z niejaką przykrością muszę odnotować, że moim zdaniem premier Morawiecki nie wykorzystał okazji do posunięcia spraw polsko-unijnych do przodu. Od początku tego sporu uważam i głoszę to, że obie strony, w nadrzędnym interesie całej naszej europejskiej wspólnoty, powinny zmierzać ku kompromisowi, powinny wykazać skłonność do cofnięcia się. Na początek choćby o krok. Niestety – ubolewam nad tym – zamiast jakichś propozycji dających szansę na rzeczywiste nowe otwarcie, premier powtarzał: – Jesteśmy dumnym krajem i proszę nas nie pouczać. I choć wszyscy polscy europosłowie tym razem powstrzymali emocje i nie dopuścili do wojny polsko-polskiej w PE, to jednak wystąpienie premiera Morawieckiego uznać należy za straconą szanse zaprezentowania lepszego oblicza Polski.
Na co więc liczy premier, upierając się przy racjach PiS?
Obawiam się, że spowodowane to jest kalkulacją na przyszłoroczne wybory do PE i nadzieją, że jego odnowiony skład będzie bardziej podatny na PiS-owskie argumenty. Te kalkulacje są nie tylko dlatego niebezpieczne, że na długo mogą podważyć reputację i wiarygodność Polski w Europie, ale też dlatego, że zanim wyłoniony zostanie nowy Parlament Europejski, ten, który jest, przyjmie unijny budżet na lata 2021-2027. Nowy Parlament może być jeszcze mniej hojny, zwłaszcza, że będzie też nowa Komisja. Im więcej będzie partii populistycznych i narodowych, tym gorzej. Możemy zostać wyeliminowani, jak na mundialu.

ACTA do kwadratu

W tym tygodniu posłanki i posłowie Parlamentu Europejskiego dyskutowali o dyrektywie EPICA, o ochronie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym.

 

Tę dyrektywę ochrzczono nazwą ACTA 2. By przypomnieć bój o wolny internet sprzed sześciu lat. Wtedy też była mowa o poszanowaniu praw autorskich przez użytkowników internetu. Ale tak naprawdę chodziło o przejęcie kontroli nad internetem przez możnych tego świata: koncerny prasowe, muzyczne, filmowe. To oni mieli decydować o tym, co będzie mogło pojawiać się w internecie.

Wówczas społeczność internetowa odniosła spektakularny sukces. Wygrała – nie dysponując zastępami polityków, ani doskonale opłacanymi prawnikami. Przez całą Europę przetoczyła się fala wielotysięcznych manifestacji pod hasłem „Stop ACTA!”. Uczestnicy demonstracji mieli na twarzach charakterystyczne maski Anonimowych (ang. Anonymous).

Również w wielu polskich miastach byliśmy świadkami jednych z najliczniejszych demonstracji ostatnich lat. A ewenementem było to, że w przeważającej liczbie ich uczestnikami byli ludzie młodzi. Wielotysięczne rzesze manifestantów skrzyknęły się spontanicznie za pośrednictwem mediów społecznościowych. To wtedy rządzący po raz pierwszy uzmysłowili sobie, jak ogromna siła drzemie w wirtualnym świecie. Ówczesny premier Donald Tusk był zaskoczony siłą protestu. Dlatego odpuścił. Mimo wcześniejszych zapowiedzi o poparciu polskiego rządu dla dyrektywy ACTA, zmienił zdanie. Ostatecznie dyrektywa ACTA upadła.

 

Powrót ACTA

Na pozór wszystko jest w porządku. Ochrona praw autorskich jest konieczna. By piraci nie wykorzystywali czyjeś pracy i ponoszonych nakładów związanych z produkcją filmową, muzyczną i prasową do własnych celów. O takim zadaniu stojącym przed nową dyrektywą zapewniają politycy popierający nowe regulacje w internecie.

Społeczność internetowa jest nieufna. O skali nieufności świadczy akcja protestacyjna przeprowadzona przez polski oddział Wikipedii – znanej internetowej encyklopedii. W ciągu 24-godzinnego swoistego strajku w dniach 4 i 5 lipca wszystkie strony Wikipedii były zaciemnione i niedostępne czytelnikom.

Nieufność budzą przede wszystkim dwa artykuły nowej dyrektywy – art. 11 i art. 13. Pierwszy z nich okrzyknięty został „podatkiem od linków”. Wprowadza bowiem obowiązkową opłatę za dzielenie się materiałami w sieci. Drugi nakłada na właścicieli platform internetowych obowiązek filtrowania treści zamieszczanych przez użytkowników przed ich opublikowaniem. I prewencyjnego usuwania treści łamiących prawa autorskie. Lub takich, co do których nie ma pewności źródła ich pochodzenia. Ten z kolei artykuł internauci nazwali cenzurą internetu.

 

Diabeł w szczegółach

Diabeł tkwi w szczegółach zapisów nowej dyrektywy. A konkretnie w ich nieścisłości. Można się spodziewać, że takie portale jak wykop.pl przestaną istnieć. Wykop.pl zamieszcza linki do ciekawych miejsc w sieci, znajdywanych przez internautów. Zgodnie z zapisem art. 11 właściciele linkowanych stron mogą zacząć domagać się zapłaty za każdy zamieszczony link.

Podobny kres może czekać internetowe memy. Zdecydowana większość z nich jest przeróbką zdjęć i obrazków znalezionych w sieci. Powołując się na art. 11 dyrektywy każdy właściciel takiego przerobionego zdjęcia i obrazka będzie miał prawo domagać się zapłaty. Co do zasady słusznie, bo to jego materiał został w memie wykorzystany. Ale niejasność zapisów może spowodować, że autorzy memów będących hitem internetu mogą obawiać się bajońskich sum żądanych za wykorzystane materiały.

Pisząc w sieci niejednokrotnie powoływałem się na wypowiedzi, opinie i komentarze innych. Zamieszczając równocześnie linki do materiału źródłowego. Tak zwany hipertekst, czyli tekst przeplatany linkami to kwintesencja internetu. Po ewentualnym wejściu w życie dyrektywy dziesięć razy zastanowię się, czy ryzykować zamieszczenie linku. Ryzykując roszczenie zapłaty sumy niewiadomej wysokości. Lub spotkanie w sądzie z prawnikami wynajętymi przez internetowe „tłuste misie”. Jedno jest bowiem poza dyskusją: internetowi giganci dogadają się i nie stracą. Stracą miliony szeregowych użytkowników internetu.

 

Społeczność internetowa

Skąd biorą się na zapisy w rodzaju ACTA lub ACTA 2? Z samej istoty internetu. Który stanowi zagrożenie dla władzy. Szczególnie tej czwartej. Mówi się, że media to IV władza. To prawda. Prasa, radio, później telewizja miały do niedawna monopol na komunikowanie się ze społeczeństwem. To one decydowały o tym, jaki przekaz dociera do czytelnika, słuchacza lub telewidza. Kto ma wątpliwości, jak dalece może odbiegać przekaz medialny od rzeczywistości, niech sobie zaserwuje przez parę godzin tak zwaną telewizję publiczną Jacka Kurskiego.

Ten monopol czwartej władzy został złamany przez internet. Przez ostatnie kilkanaście lat społeczność internetowa stworzyła prawdziwe społeczeństwo obywatelskie. Wolne. Pluralistyczne. Niepoddające się kontroli i cenzurze. Mimo tego, że sam internet nie jest bez wad.

Dużo racji mają Ci, którzy twierdzą, że to szeroki dostęp do internetu był jednym z katalizatorów Arabskiej Wiosny Ludów na północy Afryki w latach 2010-11. Nie przypadkiem władze takich państw jak Chiny olbrzymią wagę przykładają do filtrowania treści serwowanych swoim obywatelom w internecie. Gdzie nie ma prawa pojawić się prawda o tym, co zdarzyło się w 4 czerwca 1989 roku na placu Tian’anmen.

 

Miłe złego początki

Zagalopowałem się, powiecie? W dyrektywie unijnej jest mowa jedynie o ochronie należnych każdemu praw autorskich. Odpowiadam: miłe złego początki. Ochrona praw autorskich twórców – tak. Cenzura – nie! Zresztą prawa autorskie twórców podlegają takiej samej ochronie w wirtualnym świecie, jak w realnym. Przekonałem się o tym boleśnie już sporo lat temu.

Jedna z niedoświadczonych koleżanek kilkakrotnie wykorzystała metodę „kopiuj i wklej”, by zamieścić na prowadzonym przeze mnie portalu politycznym obszerny fragment artykułu z internetowej strony „Gazety Wyborczej”. Jakież było zaskoczenie, gdy na koniec miesiąca otrzymaliśmy od Agory fakturę opiewającą bodajże na 5 tysięcy złotych. Z grzeczną prośbą o zapłatę za wykorzystanie ich materiałów. Grzecznie zapłaciliśmy. Bo w tym wypadku to Agora miała rację. I prawa autorskie do tekstu. A o ACTA nikt jeszcze wtedy nie słyszał.

 

Wolny internet

Internet musi pozostać wolny – takie jest moje zdanie. I zdanie wielu milionów takich jak ja. Spędzających sporą część życia w tym wirtualnym świecie. Zgoda na cenzurę i filtrowanie treści – nawet w słusznej sprawie, jaką jest ochrona praw autorskich – może uruchomić lawinę. Po koncernach medialnych o rządy w internecie upomną się politycy. Zresztą takie zakusy już były.

Pamiętacie państwo kontrowersyjną sprawę Roberta Frycza i jego strony internetowej Antykomor.pl. W pierwszej instancji autor został skazany na rok i trzy miesiące ograniczenia wolności za znieważenie prezydenta Bronisława Komorowskiego. Fakt, satyryczne materiały dotyczące byłego prezydenta były niesmaczne i wielce niestosowne. Ale dobrze się stało, że sąd drugiej instancji umorzył sprawę. Bo po takim precedensowym wyroku, dzisiaj co drugi autor mema z Kaczyńskim, Ziobrą lub Macierewiczem w roli głównej byłby ciągany po sądach. Z nadzieją rządzących na wyrok skazujący.

 

I lewica

Dyskusja o ACTA 2 dostarczyła amunicji nacjonalistom i przeciwnikom Unii Europejskiej. W minioną sobotę przyglądałem się demonstracji przeciwko ACTA 2 zorganizowanej we Wrocławiu. Podczas której kukizowcy, korwinowcy i zwolennicy „wielkiej Polski” licytowali się, który z nich lepiej potrafi „dowalić” idei Zjednoczonej Europy. To nie tak.

Jasne, że w roku wyborczym każdy temat jest polityczny. Ale akurat w sprawie wolności w internecie lewica nie jest wrogiem prawicy. A prawica – lewicy. Naszym wspólnym wrogiem są ci, którzy połacie internetu traktują nadal jako „ziemię niczyją”. I mając miliardy euro lub dolarów w kieszeni, chcą tę „ziemię niczyją” wykupić. Lub po prostu zawłaszczyć. Zaś prawa autorskie – to tylko pretekst. Tak było w czasach ACTA. I tak jest teraz – w czasach ACTA 2. Lub nawet ACTA do kwadratu.

I lewica – popierając ochronę słusznych praw autorskich twórców – powinna się tej próbie zawłaszczenia internetu przeciwstawić. Jestem o tym przekonany.

 

Nie cieszmy się przedwcześnie

W czwartek 5 lipca w Parlamencie Europejskim odbyło się głosowanie dotyczące dyrektywy o prawach autorskich, tzw. ACTA2. Europosłowie odrzucili projekt dyrektywy w kształcie zaproponowanym przez Komisję Prawną PE. Ale to niestety nie koniec widma cenzury internetu. Po wakacjach, najprawdopodobniej we wrześniu, europarlamentarzystów czeka kolejna debata. Nad zmianami i poprawkami w dyrektywie.

 

Czas wyborów

Do wyborów samorządowych pozostało niewiele ponad 100 dni. Dla Sojuszu Lewicy Demokratycznej to wybory arcyważne. Będą bowiem generalnym sprawdzianem przez zamierzonym powrotem posłanek i posłów SLD do Sejmu w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych. Dlatego, choć to wyświechtane zawołanie, powtórzę: wszystkie ręce na pokład!

W wyborach samorządowych będę zabiegał o głosy wyborców mieszkających w powiatach: ziemskim wrocławskim, oławskim, trzebnickim, milickim, strzelińskim, górowskim, wołowskim, oleśnickim i średzkim. Startując do sejmiku dolnośląskiego z listy „SLD – Lewica Razem” w okręgu podwrocławskim. Tak zwanym „obwarzanku”. To olbrzymie wyzwanie, bo ostatnimi czasy dolnośląska lewica nie miała w sejmiku radnego z tego okręgu. Wypada więc, zanim jako lewica wrócimy do Sejmu, wrócić większą ławą do sejmiku.

Czas wyborów, to czas spotkań z mieszkańcami miast i miasteczek. A tych miejscowości, które powinienem odwiedzić, jest w moim okręgu wyborczym szczególnie wiele. To oznacza również setki kilometrów do pokonania. Dlatego proszę moich Czytelników o wyrozumiałość. W najbliższych tygodniach i miesiącach spotykać się będziemy na trzeciej stronie weekendowego wydania „Trybuny” trochę rzadziej.

WINCENTY ELSNER