Nie wstrząsną Europą

Eurosceptycy grozili, że zostaną największą frakcją w Europarlamencie i przekształcą go na swoją modłę – ostatecznie eurosceptyczna prawica nie zdołała się porozumieć. I chociaż ma obecnie w Europarlamencie 10 proc. foteli, więcej niż w poprzedniej kadencji, to jej wpływy będą ograniczone.

Frakcja Tożsamość i Demokracja, w której główne role odgrywają reprezentanci włoskiej nacjonalistycznej Ligi (partii włoskiego wicepremiera Matteo Salviniego) i francuskiego Zjednoczenia Narodowego będzie miała 73 europarlamentarzystów. Pokieruje nią reprezentant partii Salviniego Marco Zanni. Frakcja nie będzie siłą trzecią, a zaledwie piątą, bo nie dołączyli do niej ani Hiszpanie z Vox, ani Brytyjczycy spod sztandaru partii Brexit, ani eurosceptycy fińscy czy węgierscy. Nic nie wyszło również z sojuszu włosko-polskiego, o którym Matteo Salvini rozmawiał kilka miesięcy temu w Warszawie z Jarosławem Kaczyńskim. Eurodeputowani PiS nie opuszczą frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów. Ostatecznie eurosceptycy i przedstawiciele ugrupowań klasyfikowanych jako skrajna prawica będą rozrzuceni po czterech frakcjach.
Oczywiście liderzy Tożsamości i Demokracji zapewniają, że są otwarci na współpracę z innymi bliskimi im partiami, ale brak porozumienia i wspólnej frakcji wiele mówi o perspektywach takiej współpracy.
O wiele łatwiej porozumienie na wspólnej platformie przyszło partiom ekologicznym, które w wielu krajach Europy Zachodniej okazały się sensacją wyborów. Niemniej Zielona frakcja będzie miała tylko o trzech eurodeputowanych więcej, niż Tożsamość i Demokracja, będąc tym samym czwartą frakcją w europarlamencie.

Unia po wyborach

Wybory do Parlamentu Europejskiego za nami, teraz w całej Unii trwają analizy, co one nam właściwie powiedziały?
Jaki będzie układ sił w PE? A przede wszystkim, jaki jest wynik bezpośredniego starcia zwolenników Unii i dalszej jej integracji z jej przeciwnikami. Mówiąc językiem gazet: między „euroentuzjastami” a „eurosceptykami”.

Generalny wniosek jest taki, że demokratyczny zamach populistów na Unię nie powiódł się. Mimo zwycięstw w kilku ważnych krajach (Włochy, Francja, a zwłaszcza Wlk. Brytania), eurosceptycy uzyskali mniej głosów niż oczekiwali i nie będą w stanie zasadniczo zmienić układu sił w Parlamencie Europejskim, a więc nie będą mogli wcielić w życie swoich politycznych, niechętnych, czy wręcz wrogich UE, planów. Ostateczny podział mandatów wygląda następująco:
• EPL (Europejska Partia Ludowa, do której należą PO i PSL) – 179
• Socjaliści i Demokraci (S&D – frakcja, do której należy SLD i do której aplikowała i została przyjęta „Wiosna”) – 153
• ALDE&R (Porozumienie Liberałów i Demokratów) – 105
• Zieloni – 69
• EKR (Europejscy Konserwatyści Reformowani, do której należy PiS) – 63
• ENW (Grupa Narodów i Wolności – Liga Salviniego) – 58
• EFDD (Europa Wolności i Demokracji Bezpośredniej – Nigel Farage) – 54
• Zjednoczona Lewica Europejska/Nordycka Zielona Lewica – 38
• NI (niezrzeszeni) – 8
• Inni – 24
Te wyniki potwierdzają to, co pisałem w tym miejscu przed wyborami – że ruchy i tendencje populistyczne i nacjonalistyczne są dla Unii Europejskiej kłopotem, ale nie problemem. Są hałaśliwe, mają zdolność wzbudzania emocji, często pretensji do Unii, do sposobu jej funkcjonowania – również do różnych jej niesprawiedliwości zwłaszcza w zakresie polityki społecznej – jednak zawsze na końcu zwycięża pragmatyzm i zdrowy rozsądek Europejczyków. Jedyna pozytywna rola, jaką populiści odgrywają w Europie jest taka, że oni skutecznie pobudzają i dopingują do wyciąganie wniosków z błędów, do poprawiania funkcjonowania Unii, do jej przeorientowania na rzecz Europy socjalnej, przyjaznej swym obywatelom, ale jednak nie do destrukcji Unii, jako takiej.
Dobrym przykładem w tym względzie są Włochy – kraj, gdzie bodaj najgłośniej w Europie brzmiały głosy eurosceptyków. Ich lider, Matteo Salvini, już przed wyborami podróżował po Europie, (był m.in. w Polsce, gdzie prowadził rozmowy z liderem PiS), próbując budować przyszły sojusz eurosceptyków. Marzyła mu się taka pozycja, która w Parlamencie Europejskim gwarantowałby mu rolę bardzo ważnego gracza. Tymczasem, mimo oczywistego zwycięstwa w Italii, głosy tamtejszych wyborców rozproszyły się na tyle, że – przy jednocześnie słabszych niż spodziewane wynikach eurosceptyków w mniejszych krajach unijnych – ostatecznie nie dały Salviniemu siły, o jakiej marzył. Oprócz niego bowiem Włosi powierzyli mandaty także Europejskiej Partii Ludowej, Socjalistom i Demokratom oraz frakcji Konserwatystów Reformowanych. W rezultacie Salviniemu do spełnienia marzeń zabrakło armat.
Zdecydowany sukces odniosła również Marine Le Pen we Francji, ale też jednak nie taki, który dawałby jej moc sprawczą. Mimo wielotygodniowych niepokojów w tym kraju na tle socjalnym, mimo niezadowolenia z rządów prezydenta Macrona, uzyskany przez jej Zjednoczenie Narodowe wynik był gorszy niż w wyborach w roku 2014.
W Niemczech narodowo-konserwatywna Alternatywa dla Niemiec (AfD) przegrała nawet z Zielonymi, o CDU/CSU i SPD nie mówiąc.
Pragmatyczni Duńczycy także odmówili większego poparcia swoim populistom. Duńskiej Partii Ludowej z czterech eurodeputowanych został teraz jeden, który zasiądzie obok posłów PiS. Za to, co warto podkreślić, do grupy Socjalistów i Demokratów dołączy trzech Duńczyków. Socjaldemokracja wygrała zresztą niedawne wybory parlamentarne w Danii.
Jak podkreślają analitycy (np. z portalu Polityka.pl) największą stratą dla eurosceptyków jest brak możliwości skonsumowania zwycięstwa Brexit Party, Nigela Farage’a. Jego eurodeputowani będą w PE tylko do 31 października, kiedy to Wlk. Brytania opuści Unię.
Na tym tle – mimo licznych, groźnych przepowiedni – zaskakująco dobrze wypada europejska lewica.
Hiszpanie (gdzie lewica wygrała też wybory parlamentarne) wprowadzili do PE 20 europosłów, Włosi – 19, Niemcy – 16, Portugalczycy i Rumuni – po 9, Polska – 8. W sumie grupa S&D będzie liczyła 153 eurodeputowanych – mniej niż poprzednio, ale wciąż jest liczącą się siłą, zdolną tworzyć większościową koalicję.
Straty zaliczyła także Europejska Partia Ludowa (z PO i PSL) – będzie liczyła obecnie 179 eurodeputowanych.
To oznacza, że obie te partię będą musiały dobrać trzeciego koalicjanta dla uzyskanie bezwzględnej większości. Niczego nie przesądzając i zachowując polityczną skromność można powiedzieć, że nie wydaje się to niemożliwe. Ten domysł graniczący z pewnością potwierdzają ostatnie informacje o rozpoczęciu politycznych rozmów między czterema największymi ugrupowaniami (EPL, S&D, ALDE&R, Zieloni) na temat zbudowania programowego i politycznego porozumienia, które zapewniłoby pewne, stabilne kierowanie unijną nawą przez przyszłą Komisję Europejską.
Powyborcze rachunki pokazują też, jaka jest na europejskiej scenie realna siła Prawa i Sprawiedliwości. Buńczuczne zapowiedzi reformowania Unii, wręcz jej zmieniania, „walki” o „sprawiedliwy budżet”, „walki z Europą dwóch prędkości”, a nawet o dopłaty dla każdej krowy i świniaka, zderzą się teraz z realnymi możliwościami, które są niewielkie. Nadto zdolność koalicyjna PiS, które przez całą poprzednią kadencję było na wszystkich obrażone i ciągle wychodziło z sali na „znak protestu”, mówiąc oględnie nie jest przesadna. Może się to teraz zmieni, czego jako polski eurodeputowany życzyłbym sobie, bo każdy polski głos, mający realny wpływ na podejmowane decyzje, jest dla nas ważny, ale doświadczenie mi podpowiada, żeby za bardzo na to nie liczyć. Jak zwykle więc najlepiej liczyć na siebie – w przypadku polskiej lewicy – na grupę Socjalistów i Demokratów i na grupę EPL, gdzie zakotwiczyły pozostałe siły Koalicji Europejskiej, czyli PO i PSL.
W tej chwili rezultat polskich wyborów do europarlamentu jest taki, że PiS wprowadziło tam 26 posłów, a Koalicja Europejska (licząc SLD i „Wiosnę” łącznie – jako członków S&D) – 25. „Wojna o Polskę” zakończyła się zatem właściwie remisem. To jednak oznacza, że przy niewielkich możliwościach jednopunktowego zwycięzcy, większa odpowiedzialność za polskie sprawy w Unii Europejskiej spada na partie tworzące Koalicję Europejską. To zaś wiąże się z naprawdę bardzo ciężką pracą zarówno w PE, jak i w jego komisjach, gdzie ucierają się konkretne rozwiązania konkretnych spraw. Jeśli więc ktoś myśli, (a nawet zapowiada), że będąc europarlamentarzystą będzie jednocześnie odgrywał polityczne role w kraju, angażował się w kolejne wybory, to z góry mogę powiedzieć, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Taki ktoś po prostu nie zrozumiał, do jakiej roli pretenduje i czego się podejmuje startując w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Warto sobie to uzmysłowić od razu na początku rozpoczynającej się kadencji.

Sukces greckich komunistów

W niedzielnych wyborach do Parlamentu Europejskiego Komunistyczna Partia Grecji (KKE) zdobyła około 260 tysięcy głosów, czyli 5,35 procent. W PE znajdzie
się dwóch komunistycznych eurodeputowanych.

Reelekcje zapewnił sobie Kostas Papadakis, który występował na arenie PE między innymi w obronie wolności działania KPP oraz przeciwko antykomunistycznym represjom w Polsce. Nowym europdeputowanym KKE będzie Lefteris Nokolaou.
KKE prowadziła kampanię do PE na bazie haseł walki klasowej. Sprzeciwiała się dominacji instytucji Unii Europejskiej i określała UE mianem sojuszu kapitału. Eurodeputowani KKE prawdopodobnie nie wejdą do żadnej frakcji w PE.
Wybory w Grecji wygrała neoliberalna Nowa Demokracja, zdobywając ponad 33 proc. głosów, z ponad 9 proc. przewagą nad rządzącą Syrizą. Trzeci wynik zdobyli socjaldemokraci z KINAL (7,61 proc.). Znaczny spadek poparcia zanotowali neofaszyści ze Złotego Świtu, którzy zdobyli 4,8 proc. głosów.
Równocześnie z wyborami do PE odbywały się w Grecji wybory do lokalnych samorządów. W wyborach do rad regionalnych kierowana przez KKE lista „Wiecu Ludowego” uzyskała ponad 371 tysięcy głosów, tj. 6,87 proc. Najwięcej, prawie 12 proc. na wyspach jońskich. Przekłada się to na 48 mandatów radnych. W wyborach do rad miejskich „Wiec Ludowy” zdobył 550 mandatów. Pięciu kandydatów KKE przeszło do drugiej tury w wyborach burmistrzów w Patras, Kesariani, Petroupoli, Haidari i Ikarii. W mieście Patra na dotychczasowego burmistrza komunistę Kostasa Peletidisa zagłosowało prawie 40 tysięcy wyborców, czyli ponad 40 proc. W Kesariani, mieście w granicach tzw. Wielkich Aten Ilias Stamelos z KKE otrzymał ponad 30 proc głosów, a Nikolaos Lardas prawie 34 proc. na wyspie Ikarii. Druga tura w tych wyborach odbędzie się 2 lipca.

Polacy zasługują na PiS

Wybory do Parlamentu Europejskiego były przeprowadzone uczciwie. W historii Polski było wiele momentów, w których zbiorowa mądrość naszego społeczeństwa mogłaby być podawana w wątpliwość. By zobaczyć naszą narodową świadomość realiów ekonomicznych i geopolitycznych wystarczy się cofnąć do 1939, tudzież do fatalnego w skutkach eksperymentu transformacyjnego po 1989. Tak jak hekatomba drugiej wojny światowej była zawiniona przez nieumiejętność prowadzenia realistycznej polityki zagranicznej przez rząd w Warszawie, tak i obecna sytuacja jest następstwem samostanowienia narodu polskiego.

Niestety – zmiany w mentalności Polaków, które zaszły od 1989 czasu, to – z punktu widzenia rozwoju społeczno-gospodarczego – zmiany na gorsze. Jesteśmy niestarannie wykształconym, homofobicznym, zatęchłym narodem, o najwyższym w Europie poziomie nierówności dochodowych i folwarcznym charakterze gospodarki. Projekt Polski jako kraju nowoczesnego można ostatecznie zamknąć, pożegnać się z nim, pogodzić się z blamażem. Na nic trudy Daszyńskiego, Budzińskiej-Tylickiej, Pużaka, Dąbrowszczaków, działaczy PPS, mas pracujących miast i wsi. Polska progresywna umiera.

Liberalny paradygmat i jego koniec

III RP jako projekt modernizacyjny odniosła klęskę i prowadzi nas do czegoś o wiele gorszego niż sam PRL. PRL był formą ustrojową narzuconą przez wielkie mocarstwa, teraz w autorytaryzm idziemy samodzielnie. Wiara w to, że kryzys gospodarczy PRL w latach 80-tych wywołany był wyłącznie przyczynami wewnętrznymi to czysty, ideologiczny dogmatyzm. Powstanie „Solidarności” można uzasadniać kryzysem irańskim, wojną w Afganistanie i ogólną sytuacją na rynkach światowych. Mniej więcej w tym samym czasie w Anglii strajkują górnicy i powstaje Sex Pistols, najważniejszy zespół w historii muzyki punk. Wiara w to, że PRL zbankrutował z powodu sytuacji wewnętrznej nie ma poparcia w badaniach i nie ma sensu z punktu widzenia analiz makroekonomicznych; to mit, który miał uzasadniać kolonizację Polski przez zagraniczny kapitał.
W Polsce występują największe nierówności dochodowe wśród krajów Europy. Wśród państw wysokorozwiniętych gorzej jest tylko USA. Niemal każdy, kto był w USA wie, że w wielu miejscach państwo to wygląda jak kraj tzw. „Trzeciego Świata”. 10 proc. najlepiej zarabiających Polaków posiada 40 proc. przychodów. Przy średniej europejskiej dla głównego decyla dochodowego na poziomie 34 proc., w żadnym innym kraju UE dysproporcja ta nie jest aż tak widoczna. W 1980 r. wskaźnik ten wynosił 29 proc. przychodów (średnia europejska); w Polsce jednakowoż kształtował się na poziomie około 20 proc. Oznacza to, że w ciągu ostatnich 40 lat, część przychodów generowana przez górny decyl dochodowy powiększyła się dwukrotnie. Jednocześnie skumulowany wzrost gospodarczy PKB wyniósł w latach 1980-2018 98,2 proc. Dekada lat 1980-1989 cechowała się skumulowanym spadkiem PKB na poziomie 5,7 proc., zaś w latach 1990-2000, 2001-2010 oraz 2011-2017 cechowały się odpowiednio skumulowanym wzrostem PKB na poziomie 37,8 proc, 38,1 proc. oraz 22,3 proc. Oznacza to, że nie tylko od 1980 r. gospodarka Polski podwoiła wartość swojego PKB, ale także, że najbogatsze 10 proc. społeczeństwa, które podwoiło swój udział w dochodach całego społeczeństwa, de facto czterokrotnie zwiększyło swoją zamożność. Wzrost ten nie był niestety jednak udziałem najmniej zamożnej części społeczeństwa.
Pianie nad sukcesem rozwojowym III RP miałoby jakikolwiek sens tylko wówczas, gdyby cały świat stanął w miejscu w roku 1989, a my byśmy rozwijali się tak, jak rozwijaliśmy się od 1989 do 2019 r. Niestety, przez ten czas drepczemy w miejscu i zajmujemy mniej-więcej to samo miejsce w globalnym podziale pracy. Bogactwa nie należy mierzyć wartościami bezwzględnymi; przeciwnie – zawsze ma relatywny charakter.
Dziś statystyczny Polak dysponuje luksusami niedostępnemu średniowiecznym królom, ale chyba zestawianie tego jest kompletnie pozbawione sensu, bo rozumienie biedy zależy od czasu i od szerokości geograficznej (czym innym jest bycie biednym w Szwajcarii, czym innym w Erytrei, czym innym w średniowieczu, czym innym we współczesności). Niestety, od 1945 do 1989 r. tempo awansu w globalnym podziale pracy, tj. wzrost PKB per capita w porównaniu do innych krajów, był szybszy niż za czasów neoliberalnego eksperymentu Balcerowicza i jego kontynuacji przez establishment III RP. Wprowadzenie kapitalizmu w Polsce w taki sposób, w jaki został wprowadzony – niedemokratycznie, wbrew hasłom „Solidarności”, przy dużym sprzeciwie społecznym wobec Planu Balcerowicza – spowodował, że polska demokracja skarlała już w chwili poczęcia. Fakt ten, wraz z dwukrotnym wzrostem nierówności dochodowych w latach 1989-2015, utorował drogę do zwycięstwa PiS.

Dwie machiny

PiS wygrywa i będzie wygrywał, bo przełamał liberalny paradygmat w sprawach gospodarczych. Na ten temat powiedziano już wiele i nie widzę sensu rozwlekania się o tym. Polska to kraj o niskim współczynniku urbanizacji i klasa polityczna powinna się zorientować, że LGBT i teoria płci kulturowej (gender) to tematy polaryzujące tylko dla bardzo niewielkiej części społeczeństwa. To, co się liczy, to to, że w Polsce od 2015 r., po raz pierwszy od 1989 r., nierówności dochodowe zaczęły spadać, a nie rosnąć. Te wybory to ostateczny blamaż obrońców III RP. Co więcej, stało się to w otoczeniu, w którym elektorat wielkomiejski miał być mocniej zdyscyplinowany.
Polska wydaje się rozbita na dwa obozy. Z jednej strony wielkomiejska, liberalna klasa średnia, która gdzieś ma hasła sprawiedliwości społecznej, i choć przynależni do niej pracownicy najemni tyrają za 3500 złotych na umowie-zlecenie, to będą bronić interesu klasowego najbogatszych. Z drugiej strony jest zapóźniona, katolicka polska wieś. Jest to spór o kilku zmiennych osiach, w którym trybalizm rozmył ostrość obrazu i zatracił pierwotną, ideologiczną treść. Dziś jest to jedna machina polityczna przeciw drugiej. W polityce jednakowoż wartości mają charakter wtórny: zakładanie nienaruszonego związku pomiędzy aksjologią a polityką może być tylko domeną naiwnych. Realpolitik wygląda inaczej. Rolę grają zasoby i możliwość ich utylizacji. Polityka jest, między innymi, sztuką kreowania sporów i wygrywania ich. Niestety, w dzisiejszym świecie polityką rządzą pieniądze.
Zwycięzcy i przegrani
Drugim zwycięzcą tych wyborów jest niewątpliwie Sojusz Lewicy Demokratycznej. Przy niewielkich nakładach na kampanię i bez ryzyka wpadnięcia pod próg wyborczy, wprowadzili do Parlamentu Europejskiego 5 osób, praktycznie bez kosztów utrzymując swoją reprezentację w Europarlamencie i utrzymując jedyną polską delegację we frakcji socjalistów. Brawo, Włodzimierzu Czarzasty. SLD rozegrało tę sprawę po mistrzowsku, bo wystawianie jednej listy z Razem byłoby dla obu tych partii ostatecznie skutecznym samobójstwem, a i podobnież w sprawie Wiosny, nie ma w przypadku tych ruchów podobieństw elektoratów. Podtrzymanie pięcioosobowej reprezentacji Polski w S&D to większy sukces, niż wszystko, co zrobiło Razem od początku powstania tej partii.
Wynik Wiosny Roberta Biedronia – porażająco niski. Mimo medialnej wrzawy wokół filmu braci Sekielskich i świetnej identyfikacji wizualnej, obecności w mediach (na co nie mogła liczyć np. koalicja Razem, UP i Ikonowicza) oraz sympatii, którą Biedroń ma w warszawskich salonach, nie udało się zrobić dwucyfrowego rezultatu. Na Wiosnę głosują młode kobiety z wielkich miast. Również młode kobiety z wielkich miast są statystycznie najlepiej wykształcone, więc ta korelacja nie powinna dziwić. Niestety, hipsterami spod Planu B nie wygrywa się wyborów.
Zrywy są możliwe. Tyle, że nie są trwałe. Palikot, Razem, Nowoczesna, Kukiz, być może Biedroń, który podzieli ten sam los. Sprawa inaczej ma się tylko z narodowcami, którzy stanowią ideologicznych kontynuatorów LPR (które przecież też nie wzięło się znikąd) i mają wsparcie potężnej instytucji, jaką jest kościół. Bynajmniej nie jest to kwestia szukania w tym jakichkolwiek ogólnych prawideł, tylko racjonalne przeanalizowanie ostatnich 30 lat polskiej sceny politycznej.

Sztuka przetrwania i jej brak

Próby zinstytucjonalizowania mikrolewicy w Polsce nie powiodła się, mimo, iż w ostatnich 3,5 roku mikrolewica miała zasoby, którymi nigdy wcześniej nie dysponowała. Pół miliona głosów w 2015 to był wypadek przy pracy, efekt świeżości i Adriana Zandberga w TVP. Taki wypadek się drugi raz nie powtórzy. Trochę mi jednak szkoda, że dla takich ludzi jak Adrian Zandberg nie ma miejsca w polityce (a myślę, że znalazłoby się dla niego biorące miejsce na liście Koalicji Obywatelskiej do Sejmu, jeśli takowa powstanie), bo choć polityk z niego marny, to wniósłby merytoryczny powiew świeżości do obrad parlamentu. W polityce najważniejsze jest przetrwanie. Sztuka, której ortodoksyjna lewica nieparlamentarna ewidentnie nie potrafi. Trochę więcej realizmu, kochani. Już po wyborach samorządowych Razem powinno było się samorozwiązać. Choć oczywiście poglądowo jest mi to najbliższe środowisko, to nieudolność hermetycznych, lewicowych kółek krytyki marksistowskiej – bo właściwie taką mam percepcję Razem, trudno nazwać mi to ugrupowanie partią polityczną, choć formalnie niewątpliwie nią jest – nie pozwala mi z czystym sumieniem zagłosować na ten ruch.
Budowanie lewicowego zaplecza od zera, w kraju przeoranym przez prawicową narrację historyczną – paradoksalnie ogranicza, a nie przybliża realizację lewicowej agendy. Zdeterminowanie walki politycznej przez zgromadzone przez rozmaite ruchy zasoby jest prawdziwe, docelowe i realne. Niepogodzenie się z tym faktem sprawia, że lewica marnuje w Polsce swoje zasoby. Niestety, Partia Razem – mówiąc o darmowych lekach – żadnego konfliktu nie wykreuje, nie spowoduje żadnej polaryzacji. Tym bardziej, że nie dysponuje żadnymi zasobami, poza grupą świetnie wykształconych znawców pism Wallersteina. Być może zatem członkowie Razem powinni raczej zajmować się pisaniem książek, może robieniem filmów na YouTube, ale nie zajmować się polityką. Niestety, ale inna polityka nie jest możliwa.
Są też i pozytywy. Nie ma ich zbyt dużo, ale są.
Dzięki brawurowej akcji Gwiazdowskiego, któremu dziwnym trafem zabrakło (serio? ktoś w to wierzy?) 400 głosów do rejestracji list w całym kraju – Konfederacja Korwin Braun Liroy Narodowcy nie weszła do PE. Z boku wygląda to tak, jakby Gwiazdowski był dogadany z PiS-em, bo gdyby zarejestrował listy w całym kraju, mógłby też urwać parę punktów procentowych partii Kaczyńskiego. A prezes na pewno by tego nie chciał.

Rewolucji nie będzie

Przedwojenny PPS i późniejsza „Solidarność” rodziły się w momentach kryzysu, wojny bądź stanu wojennego. Wszakże do klimatu wojny bardzo pasuje narracja o niechęci na pogodzenie się z „bezsilnością i odmową podjęcia walki”. Znamienne. Dlaczego? Ano dlatego, że lewica mogłaby w Polsce objąć władzę jedynie na dwa sposoby – albo niedemokratycznie, poprzez przewrót lub rewolucję, albo poprzez wojnę, która, tak jak w przypadku drugiej wojny światowej, zresetowałaby stan elit politycznych. Praktyczną aplikacją tej walki byłoby zatem przekształcenie ruchu typu Razem w uśpioną siatkę, czekającą na rewolucję. Tudzież rozpoczęcie aktywnych działań rewolucyjnych, w stricte marksistowskim sensie.
Niestety, nie ma w Polsce świadomości klasowej i polski elektorat nie ma lewicowych poglądów. Polityką rządzą super-sprofesjonalizowane, technokratyczne partie. Każdy, kto chce realizować się w działaniu na rzecz dobra społecznego, nieważne, czy poprzez akt głosowania, czy dążenie do aktywnej obecności w polityce i bycia wybieranym, powinien rozważyć, co zrobić, by te poglądy miały jak największą szansę realizacji i zastanowić się, na jakie kompromisy jest w stanie pójść. Niestety: jak się kto brzydzi, to niech nie zajmuje się polityką – zawsze można prowadzić kanał na YouTube i przekonywać innych do swojej wizji świata. Rewolucji nie będzie. Wojny – miejmy nadzieję – też nie. Choć tego ostatniego nigdy nie wiadomo.

„Europa socjalna” nie może być pustym hasłem

Z Leszkiem Millerem rozmawiają Weronika Książek i Grzegorz Waliński.

Jest Pan jednym z architektów członkostwa Polski w Unii Europejskiej. Nie boli Pana, że po piętnastu latach jej miejsce w Europie jest marginalne?
Ono jeszcze niedawno było bardzo mocne – na pewno wtedy, kiedy do Unii wchodziliśmy. W Kopenhadze w roku 2002 i przez kilka kolejnych lat ta pozycja była również silna. Problemem jest to, co się stało w ostatnich latach, bo niewątpliwie nasza pozycja bardzo osłabła i jest widoczne we wszystkich obszarach – i w negocjacjach, jakie przedstawiciele rządu prowadzą w różnych sprawach, na przykład w kwestii polityki transportowej, w zarzutach pod naszym adresem, jeśli chodzi o przestrzeganie praworządności. Kiedy więc dojdzie do dyskusji o nowej perspektywie finansowej pod rządami nowego Parlamentu Europejskiego i nowej Komisji Europejskiej, to należy się bardzo poważnie obawiać, że propozycja finansowa dla Polski będzie bardzo mizerna.
Czyli obciąża Pan za to odpowiedzialnością ekipę obecnie rządzącą Polską, ale czy i wcześniej nie zostały popełnione błędy? Jak choćby budowanie w wyobrażeniach Polaków świadomości, że UE to przede wszystkim maszyna do wypłacania pieniędzy.
Tak, to tylko i wyłącznie „zasługa” obecnej ekipy. Owszem, jesteśmy krajem, który cały czas więcej pieniędzy z UE absorbuje, bez porównania z sześcioma krajami, które płacą najwięcej do wspólnego budżetu. Uważam, że pierwsze lata po wejściu Polski do Unii Europejskiej były całkiem w porządku. To, co osłabiło nasza pozycję to jest kwestia ostatnich lat i rządów PiS, który doczekał się zarzutów, iż Polska nie jest krajem praworządnym, gdzie sądownictwo nie jest niezawisłe. To był początek bardzo poważnego osłabienia naszej rangi i to osłabienie utrzymuje się do dziś.
Startuje Pan z listy Koalicji Europejskiej. Co to oznacza? Bo przecież partie formujące tę koalicję są Parlamencie Europejskim w różnych frakcjach. W wielu sprawach wybranym z tej listy europosłom będzie nie po drodze.
Będziemy w dwóch frakcjach. My, lewica, oczywiście u socjalistów, koledzy we frakcji ludowej. To nie jest aż tak rażący podział. Proszę też zwrócić uwagę, że i jedni i drudzy będą w najbardziej znaczących frakcjach PE, tych, które będą decydowały o jego przyszłej polityce. To nas zdecydowanie różni od PiS. Jego politycy wylądują we frakcjach marginalnych. One się jeszcze nawet nie ukształtowały do końca, ale na pewno nie będą to siły o dużym znaczeniu.
Ale takie obawy jeszcze niedawno były. Że Salvini zbuduje sobie twierdzę populistów.
Nawet jeżeli to będzie „aż” 20 czy 25 procent, to będzie to jednak „tylko” 25 procent. Obawiam się tego w innym znaczeniu. To będą grupy małe liczebnie, ale na pewno bardzo krzykliwe i demagogiczne. Będą usiłowały paraliżować pracę Parlamentu Europejskiego. W tym sensie będzie to dokuczliwe, ale bardziej organizacyjnie niż politycznie.
UE stworzyła wspólną przestrzeń gospodarczą. Ale – nazwijmy to tak – głębokość tej przestrzeni jest taka, że jej beneficjentami są przedsiębiorcy. Pracownicy w mniejszym stopniu – o ile nie wybiorą emigracji do bardziej rozwiniętych krajów UE. Co europejska lewica chciałaby zrobić, aby Europa stała się również przestrzenią wspólnych standardów socjalnych i standardów zatrudnienia? Czy europejska płaca minimalna jest na to rozwiązaniem? Jak powinna być konstruowana – czy jako konkretna kwota, czy też dla różnych krajów, a może i regionów ważona w oparciu o ceny koszyka podstawowych artykułów?
Jestem absolutnie za wprowadzeniem europejskiej płacy minimalnej. Dziś płaca minimalna w Polsce wynosi 3 razy mniej niż we Francji czy w Niemczech. Przede wszystkim trzeba zacząć od wyrównania tego. To wymaga oczywiście dużych środków, ale UE jest na tyle bogata, że te środki powinna wyasygnować. Ja w ogóle uważam, że nowy PE powinien zerwać z polityką, która była stosowana w ciągu ostatnich lat: austerity – czyli oszczędność, surowość, oszczędzanie. Jak trzeba było zmniejszać deficyt budżetowy lub dług publiczny to cięło się wydatki socjalne. Z tym trzeba skończyć, bo to właśnie jest źródłem tworzenia się różnych tendencji populistycznych.
Hasło „Europa socjalna” nie może być tylko pustym dźwiękiem, ale musi być wypełniona określoną treścią. Zwłaszcza frakcja demokratów i socjalistów powinna wziąć to pod uwagę i zająć się tym, żeby Europa socjalna istniała nie tylko na papierze ale i w praktyce.
Polska stoi z boku dyskusji o dalszej ewolucji europejskiego systemu. Wpisany w traktaty stan równowagi pomiędzy Unią jako związkiem państw członkowskich i Unią jako wspólnotą jej obywateli wydaje się ulegać zachwianiu. Jak byśmy go chcieli widzieć? Czy poprzez większą centralizację, jako superpaństwo? Czy europejskie instytucje powinny mieć większy wpływ, bardziej bezpośredni na nasze życie?
Powinno się zmierzać w kierunku pogłębienia integracji. Instytucje unijne powinny mieć większy wpływ na nasze życie – jestem przeciwny starej koncepcji de Gaulle’a forsowanej dziś m.in. przez PiS – Europy ojczyzn, a więc takiej Europy, gdzie instytucje europejskie znaczą coraz mniej na rzecz instytucji narodowych. To prosta droga do tego, by Polska miała coraz mniej do powiedzenia. Europa ojczyzn to większe znaczenie krajów, które dominują. Nie należy promować najsilniejszych, ale iść w kierunku wzmocnienia europejskich instytucji i struktur. Głębsza integracja to silniejszy głos Polski.
Pojawiają się cały czas koncepcje reformy UE w duchu albo „Europy dwóch prędkości”, albo takie jak plan Macrona. Dzielące Unię na jej centrum i peryferie. Czy to nie regres europejskiej idei? Z drugiej strony nawet największe gospodarki unijne zdają sobie sprawę, że samotnie nie mają szans w rywalizacji z Chinami, Stanami Zjednoczonymi, a może nawet i z Rosją. Którędy zatem wiedzie droga do przekształcenia UE w jeden organizm, który w stosunku do zewnętrznych partnerów będzie mówił jednym głosem?
Europa dwóch prędkości to proces nieunikniony i nie do zatrzymania. Tak to już będzie, że główne jądro europejskie to będzie strefa euro i wszystko, co wokół strefy euro będzie powstawać łącznie z wydzielonym budżetem tej strefy. Recepta jest jedna – większa integracja gospodarcza z wejściem do strefy euro włącznie. Powinniśmy dążyć do wspólnej waluty z powodów nie tylko ekonomicznych, ale i politycznych. Kraje spoza strefy euro będą miały coraz mniej do powiedzenia. Nie jest przypadkiem, że spośród 10 krajów, które razem z nami wchodziły do strefy euro 10 maja 2004 roku, 7 jest w strefie euro: poza Czechami, Polską i Węgrami. Dochód narodowy w tych 7 krajach jest wyższy niż u nas. Nie należy się więc obrażać na dwie prędkości, tylko dążyć do tego, by Polska stała się krajem pierwszej prędkości.
Brexit. To doświadczenie pokazuje – na obecnym etapie chyba nawet jeszcze nie do końca, bo nie znamy tak naprawdę dalszego ciągu i konsekwencji np. brexitu bezumownego – jak bardzo niebezpieczna może być to droga. Czy będzie to nauczka dla pozostałych państw UE, a także dla samej Brukseli?
Brexit nas uczy, że nie wolno igrać z losem. Premier Cameron, mając problemy wewnętrzne, zorganizował referendum, myśląc, że ono umocni jego pozycję. Tymczasem wyszło inaczej, bo demagodzy i populiści wykorzystali różne problemy brytyjskiego społeczeństwa przeciwko Unii Europejskiej. Gdy analizujemy brexit, nie można mieć pretensji do Brukseli, a tylko do Londynu. Grupy niewydarzonych populistycznych polityków zagrały antyunijną kartą i przegrały. Teraz nie wiedzą, co z tym zrobić.
Nawiasem mówiąc okazuje się, że na Wyspach odbędą się wybory do PE, to groteska. Uważam, że liderzy europejscy popełnili błąd przeciągając ten taniec w czasie. 30 marca, zgodnie z pierwotnym kalendarzem, Wielka Brytania powinna być już odcięta. Te wszystkie tańce, fokstroty i kontredanse są już naprawdę tragikomiczne.
Wspólne, europejskie instytucje obronne. W tym zakresie integracja europejska jest dość słaba. Czego by nie mówić, UE nie jest systemem zbiorowego bezpieczeństwa. Ten projekt to uzupełnienie czy alternatywa dla NATO? Czy Europa może taki system zbiorowego bezpieczeństwa zbudować bez Stanów Zjednoczonych?
Te dyskusje trwają od dawna, trwały jeszcze kiedy byłem premierem. Były zawsze dwa główne problemy hamujące inicjatywę w tym względzie. Po pierwsze: czy te nowe siły mają być konkurencyjne czy komplementarne do NATO? Po drugie: jak szeroko ta koncepcja ma obejmować kraje unijne w sytuacji, gdy istnieją kraje, które na pewno się na to nie zgodzą? Z tych powodów ten temat wydaje mi się niemożliwy do zrealizowania w perspektywie najbliższej przyszłości.
Wiadomo, że praca europarlamentarzysty wymaga specjalizacji. A w Pana przypadku to pytanie jeszcze bardziej zasadnicze, bo chociaż eurodeputowani są równi, byłych premierów nie ma wśród nich wielu. Ktoś taki w Parlamencie Europejskim jest niejako predestynowany aby stać się liderem prowadzącym konkretne tematy. W jakich dziedzinach widziałby Pan swoją rolę? W jakich komisjach? Wokół jakich spraw obracają się Pana główne zainteresowania związane z Unią?
Byli premierzy w PE się zdarzają. Nie ma prezydentów, natomiast ministrowie, premierzy – tak. Ja patrzę na mój udział przez pryzmat sytuacji w Wielkopolsce. Zależy mi, żeby moją bytność w Parlamencie Europejskim najlepiej wykorzystać dla regionu w kwestiach takich jak: ochrona zdrowia, problemy infrastruktury drogowo-kolejowej, sprawa konińskiego zagłębia energetycznego – jak rekultywować te tereny, środowisko naturalne, ochrona przed smogiem, problemy rolnictwa. W tych kwestiach chciałbym się ogniskować – we współpracy z samorządem. Jeśli zostanę wybrany, odbędę wizyty we wszystkich samorządach powiatowych i naszkicuję kalendarz współpracy.
Parlament Europejski jest ważną, ciężko pracującą instytucją. Zatrudniająca wielu pracowników, posiadającą fundusze na promocje. Ale w Europie, a zwłaszcza w Polsce, postrzegany jest jedynie jak dom spokojnej, politycznej starości, rozgadane niewiele znaczące ciało. Czemu grono tak znakomitych, doświadczonych ludzi zgromadzonych w PE akceptuje tak kiepską politykę informacyjną?
Mało się wie o Parlamencie Europejskim. Na przykład mało kto wie, że 60 proc. prawa stanowionego przez Sejm i Senat musi być zgodne z dyrektywami i prawem europejskim. Jakość tego prawa ma bezpośredni wpływ na jakość prawa krajowego. Pod rządami obecnej ekipy następuje systematyczne psucie prawa. Jeśli w Sejmie jest permanentny tryb przyspieszonego nocnego tworzenia prawa bez namysłu, to oczywiste, że będzie ono marnej jakości.

W rodzinie socjalistów

Z ANDRZEJEM SZEJNĄ, eurodeputowanym SLD, kandydatem Koalicji Europejskiej do PE (okręg 10 – Małopolska-Świętokrzyskie, miejsce 3 na liście) – rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Czy eurodeputowany powinien być przede wszystkim reprezentantem Polski, czy reprezentantem swojej opcji politycznej? A może jest to opozycja pozorna?
Eurodeputowany jest reprezentantem Polski, wyborców swojego okręgu i powinien być lojalny wobec opcji politycznej, która go rekomendowała. W Parlamencie Europejskim dbamy o interesy Polski przy tworzeniu prawa czy walce o podział środków europejskich, regionu dbając o jego rozwój natomiast opcja polityczna to zespół wartości takich jak: tolerancja, równość, poczucie przynależności do Europy i rozdział państwa od Kościoła. Europosłowie SLD bez wątpienia znajdą się w rodzinie Partii Europejskich Socjalistów.
Polska stoi z boku dyskusji o dalszej ewolucji europejskiego systemu. Wpisany w traktaty stan równowagi pomiędzy Unią jako związkiem państw członkowskich i Unią jako wspólnotą jej obywateli wydaje się ulegać zachwianiu. Jak byśmy go chcieli widzieć? Czy poprzez większą centralizację, jako superpaństwo? Czy europejskie instytucje powinny mieć większy wpływ, bardziej bezpośredni na nasze życie?
Mam inne zdanie. Obecny rząd PIS nie stoi obok dyskusji ale stara się jak najbardziej w tej dyskusji namieszać bez konkretnego celu i koalicjantów wśród innych krajów. Ośmiesza nas na arenie międzynarodowej swoją niekompetencją. Unię Europejską należy reformować w duchu wspólnoty obywateli i wartości bez względu czy mówimy o wspólnym rynku, swobodzie przepływu osób czy solidarności europejskiej w kwestiach imigracyjnych, wspólnego budżetu oraz wyrównywania poziomu życia w poszczególnych regionach. Dla SLD w Koalicji Europejskiej ważne są sprawy pracownicze i socjalne i np. powołanie Europejskiego Urzędu ds. Praw Pracowniczych. Odpowiedzią na populizm i kryzys powinna być dalsza integracja.
Pojawiają się cały czas koncepcje reformy UE w duchu albo „Europy dwóch prędkości”, albo takie jak plan Macrona. Dzielące Unię na jej centrum i peryferie. Czy to nie regres europejskiej idei? Z drugiej strony nawet największe gospodarki unijne zdają sobie sprawę, że samotnie nie mają szans w rywalizacji z Chinami, Stanami Zjednoczonymi, a może nawet i z Rosją. Którędy zatem wiedzie droga do przekształcenia UE w jeden organizm, który w stosunku do zewnętrznych partnerów będzie mówił jednym głosem?
Problem Unii tkwi w przybierających na sile ruchach populistycznych, które albo chcą zniszczyć ten piękny projekt, albo jak PiS i premier Morawiecki marzą o Polexit. Powinniśmy mówić jednym głosem szczególnie w sprawach wspólnej polityki zagranicznej, bezpieczeństwa energetycznego i walki ze zmianami klimatycznymi. Poziom smogu nie tylko w Warszawie, Krakowie czy Kielcach jest zatrważający. Nawet Polska na mapie geopolitycznej świata niewiele znaczy, ale Polska w silnej Unii Europejskiej może skutecznie się rozwijać i bronić.
Wspólne, europejskie instytucje obronne. W tym zakresie integracja europejska jest dość słaba. Czego by nie mówić, UE nie jest systemem zbiorowego bezpieczeństwa. Ten projekt to uzupełnienie czy alternatywa dla NATO? Czy Europa może taki system zbiorowego bezpieczeństwa zbudować, bez Stanów Zjednoczonych?
Zagadnienie przyszłości europejskiej współpracy obronnej wróciło do debaty politycznej w UE w związku z wdrażaniem europejskiej strategii globalnej (EGS), która powinna wesprzeć wspólną politykę bezpieczeństwa i obrony (WPBiO). Pojawiła się także w propozycjach kilku państw UE, postulujących budowy europejskiego „rdzenia obronnego”. Na razie wydaje się, że w Unii nie uda się wypracować zgody na głębszą reformę WPBiO. Dlatego państwa wzywające do szybkiego pogłębienia współpracy obronnej również w zakresie rozbudowy sił w oparciu o europejski przemysł zbrojeniowy będą próbowały zrealizować swoje zapowiedzi integracji w wąskiej grupie. Według nich byłaby to polityczna reakcja na kryzys UE i Brexit oraz operacyjna odpowiedź na kryzys bezpieczeństwa w południowym sąsiedztwie Unii. Państwa takie jak Polska, opowiadające się tylko za pragmatycznym podejściem do WPBiO i stawiające przede wszystkim na NATO i w współpracę z Donaldem Trumpem mogą znaleźć się poza głównym nurtem europejskiej współpracy obronnej.
Co europejska lewica chciałaby zrobić, aby Europa stała się również przestrzenią wspólnych standardów socjalnych i standardów zatrudnienia, ochrony zdrowia oraz praw konsumenta? Czy europejska płaca minimalna jest na to rozwiązaniem? Jak powinna być konstruowana – czy jako konkretna kwota, czy też dla różnych krajów, a może i regionów ważona w oparciu o ceny koszyka podstawowych artykułów?
Jako członek Prezydium Partii Europejskich Socjalistów uczestniczyłem w przygotowaniu naszego europejskiego programu przyjętego podczas kongresu w Madrycie 22 lutego 2019 roku. Naszym kandydatem na szefa Komisji Europejskiej jest Frans Timmermans, obecny wiceszef KE, który na zaproszenie SLD Koalicja Europejska wziął 6 maja udział w spotkaniu w Warszawie i debacie z prezydentem Kwaśniewskim i premierem Cimoszewiczem, w której tematy praworządności i społeczne były wiodące.
Postulujemy powstanie Europejskiego Urzędu ds. Praw Praw Pracowniczych oraz Europejskiego Programu Walki z Nowotworami. Nie może być podwójnych standardów ochrony praw konsumenta czy sprzedaży produktów różnej jakości w różnych krajach w takich samych opakowaniach za taką samą cenę. Płaca minimalna powinna być określona we wszystkich krajach UE na poziomie co najmniej 60 procent średniego wynagrodzenia. To propozycja Niemieckiego SPD, którą popieramy. Dla Polski oznacza to wzrost płac o kilkaset złotych.
Wiadomo, że praca europarlamentarzysty wymaga specjalizacji. W jakich dziedzinach widziała/by Pani/Pan swoją rolę? W jakich komisjach. Wokół jakich spraw obracają się pana główne zainteresowania związane z Unią?
W Parlamencie Europejskim VI kadencji byłem Wiceprzewodniczącym Komisji Stanowienia Prawa i członkiem Komisji Kontroli Budżetowej. Przez ostanie lata zajmowałem się w międzynarodowej kancelarii pracowniczej i jako Wiceszef SLD sprawami budżetowymi, inwestycjami, energią odnawialną i sprawami pracowniczymi. Myślę, że to będzie mój obszar zainteresowania.
Unia Europejska to także unia regionów. Jakie najważniejsze potrzeby mają wyborcy pańskiego regionu wyborczego. Jak będzie pan, jako euro deputowany, pomagał im?
Mój okręg wyborczy to województwa małopolskie i świętokrzyskie. Zmagają się z podobnymi problemami. Potrzebne są inwestycje w służbie zdrowia, edukacji, programy wsparcia dla małych i średnich przedsiębiorstw. Trzeba rozwijać edukację na każdym poziomie bo to inwestycja w przyszłość kolejnych pokoleń. Należy walczyć ze zmianami klimatycznymi aby ograniczyć smog i dalsze zanieczyszczenie i wreszcie doprowadzić do podwyższenia dopłat dla rolników w Polsce do poziomu jaki mają w Niemczech czy Francji. To wszystko osiągniemy jeśli budżet UE dla Polski będzie odpowiednio bogaty. Moim zdaniem europosłowie SLD i całej Koalicji Europejskiej wiedzą jak to wygrać.
Parlament Europejski jest ważną, ciężko pracującą instytucją. Zatrudniająca wielu pracowników, posiadającą fundusze na promocje. Ale w Europie, a zwłaszcza w Polsce, postrzegany jest jedynie jak dom spokojnej, politycznej starości, rozgadane niewiele znaczące ciało. Czemu grono tak znakomitych, doświadczonych ludzi zgromadzonych w PE akceptuje tak kiepską politykę informacyjną?
Pamiętam, że gdy byłem europosłem odwiedziłem wiele szkół, rozdałem setki tysięcy ulotek i broszur europejskich. Myślę, że trudno mądremu Parlamentowi Europejskiemu konkurować w mediach z takimi igrzyskami jakie są np. w Sejmie RP, gdzie niektórzy posłowie konkurują w chamstwie i absurdach. W Brukseli to tylko margines a w naszym Sejmie wręcz reguła.
Dziękuję za rozmowę.

Koalicja Europejska, czyli SLD

Nietrudno już zauważyć, że tegoroczne wybory do Parlamentu Europejskiego rozegrają się przede wszystkim pomiędzy antyeuropejską PiS a Koalicją Europejską.
Nietrudno zauważyć, że antyeuropejski PiS, aby znowu oszukać swój, przysłowiowy „ciemny lud”, przebrał się teraz w niebieskie szaty. Kolorze niedawno pogardzanej przez elity PiS unijnej flagi, zwanej przez nich „szmatą”.
Po wyborach flagi Unii Europejskiej zostaną zwinięte. Poparcie dla Unii Europejskiej wycofane. Znowu okaże się, że ten łagodny i proeuropejski jaśnie pan prezes Kaczyński był jedynie, chwilowo „na proszkach”.
Nietrudno też zauważyć, że najbliższe wybory do Parlamenty Europejskiego będą decydować o roli naszego kraju w naszej Unii Europejskiej.
Czy Polska pozostanie pełnoprawnym partnerem w Unii Europejskiej czy stanie się rozkapryszonym brzdącem, wiecznie obrażonym na starsze rodzeństwo?
Czy PiS przeprowadzi hybrydowy polexit? Sprawi, że Polska zerwie z niektórymi europejskimi normami, z zasadą trójpodziału władz w państwie chociażby, choć formalnie z Unii nie wyjdzie.
Bo rządzonej przez PiS Polsce przyjdzie grać tam rolę amerykańskiego osła trojańskiego. Będzie rozbijać jedność i wspólną politykę Unii w imię interesów USA albo sprzymierzonego z nimi Izraela.
Tegoroczne wybory do Parlamentu Europejskiego rozegrają się między dwoma blokami. Kandydaci Sojuszu Lewicy Demokratycznej starują na listach Koalicji Europejskiej.
Z koalicją wyborczą jest jak z Unią Europejską. Trzeba zrezygnować z części swej partykularnej suwerenności partyjnej na rzecz nadrzędnego interesu wszystkich obywateli naszej Polski.
Dlatego w tych wyborach szukajcie kandydatów SLD na listach Koalicji Europejskiej w całym kraju. Na Andrzeja Szejnę, którego wypowiedzi możecie dziś przeczytać, powinni zagłosować mieszkańcy regonu Małopolski i Świętokrzyskiego.
Już wcześniej na naszych łamach prezentowała się Małgorzata Szmajdzińska-Sekuła kandydująca z Dolnego Śląska i regionu opolskiego oraz Włodzimierz Cimoszewicz kandydujący z Warszawy i otaczających ją gmin. Znacie też poglądy często wypowiadającego się na łamach „Trybuny” wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego Bogusława Liberadzkiego, ponownie kandydującego z Lubuskiego i Zachodniopomorskiego.
W następnym wydaniu „Trybuny” zaprezentuje się premier Leszek Miller kandydujący z Wielkopolski.
Pragniemy też zaprezentować na naszych łamach pozostałych kandydatów SLD, których też znajdziecie na listach Koalicji Europejskiej. Marka Balta kandydującego na Ślasku, Janusza Zemke kandydującego z Kujawsko – Pomorskiego, Riada Haidara z Lubelszczyzny, Marka Ustrobińskiego z Podkarpacia, Elżbietę Jachlewską i Jolantę Kalinowską z Pomorskiego, Władysława Mańkuta z Warmii – Mazur i Podlasia, Ireneusza Sitarskiego z Mazowsza, oraz Aleksandrę Stasiak i Marką Belkę kandydujących z Łódzkiego.
Łamy „Trybuny” są dla nich otwarte.
W odpowiedzi na liczne pytania naszych Czytelników informujemy, że w tych wyborach kandydatów SLD nie ma na listach komitetu „Lewica Razem”. Bo tym razem jest to koalicja stworzona wokół Partii Razem.
Zatem ci wszyscy, którzy kojarzą kandydatów SLD z podobnie brzmiącą w poprzednich wyborach listą wyborczą, w niedzielę 26 maja powinni szukać kandydatów SLD na listach Koalicji Europejskiej.
Redakcja „Trybuny”

 

Trójca patriotycznie podniecona

Nie powiodło się nam. Parlament Europejski przyjął, uważany w Polsce za wysoce niekorzystny, tzw. „pakiet mobilności”. Chodzi o kierowców TIR-ów wykonujących przewozy na terenie Unii Europejskiej.

Do tej pory nasze firmy transportowe brylowały na europejskim rynku transportowym. Nie tylko dlatego, że właściciele zainwestowali w super-sprzęt, ale też dlatego, że polscy kierowcy są po prostu tańsi niż ich francuscy, włoscy, niemieccy, czy hiszpańscy koledzy.
Tak było do czasu, gdy PE przyjął dyrektywę
o tzw. pracownikach delegowanych. Bardzo korzystną dla Polaków rozsianych w różnych krajach na tysiącach posad – od prostych, fizycznych, po skomplikowane, którzy na ogół byli wynagradzani gorzej niż pracownicy miejscowi zatrudnieni przy tych samych zajęciach, w takich samych warunkach. Dzięki jednak dyrektywie o pracownikach delegowanych Polacy będą teraz otrzymywali co najmniej płacę minimalną obowiązującą w kraju zatrudnienia. Oczywiście z możliwością jej podnoszenia na takich samych zasadach, które stosowane są wobec miejscowych. Ma to ogromne znaczenie dla wysokości ich zarobków, a także przyszłych emerytur.
No, ale dyrektywa o pracownikach delegowanych wywołała projekt objęcie nią także kierowców obsługujących przewozy międzynarodowe. To sprawa o wiele trudniejsza. Kiedy bowiem kierowca staje się „pracownikiem delegowanym”? Przecież nie w momencie przekroczenia granicy. Jeśli wiezie jakiś towar w eksporcie z Polski do konkretnego kraju, nie jest pracownikiem delegowanym, wykonuje po prostu usługę przewiezienia towaru z miejsca A do miejsca B i wraca.
Jeśli jednak przewozi towary wewnątrz Unii długimi tygodniami nie wracając do Polski, to wtedy, zdaniem części państw unijnych, staje się pracownikiem delegowanym. Nie wykonuje przewozu w te i wewte, tylko jeździ po Europie w tzw. kabotażu. A to oznacza, że powinien otrzymywać stawki takie same, jak pozostali kierowcy europejscy, czyli wyższe niż polskie. Dyrektywa zabrania też nocowania na parkingach, powrót w określonym rytmie do macierzystej bazy w kraju, itp. To oczywiście podniesie koszty polskich firm przewozowych. Mówi się, że od 25 do 30 proc., a tego wiele z nich może nie wytrzymać.
My mówimy więc, że to jest protekcjonizm wymierzony w wolny rynek usług, utrudniający Polakom swobodne konkurowanie, oni zaś mówią, że to jest walka z dumpingiem socjalnym. Kierowca opłacany gorzej, śpiący w samochodzie, a nie w hotelu, mniej kosztuje, co pozwala właścicielom firm transportowych proponować mniejsze stawki przewozowe, czyli grać nie wedle takich samych warunków, jak wszyscy.
Po licznych zawirowaniach i gwałtownych zwrotach akcji doszło wreszcie do głosowania na sesji plenarnej i… przegraliśmy. Teraz możemy już tylko liczyć na wstrzymanie całego procesu w trakcie tzw. trylogu, bo dyrektywa musi być zatwierdzona w trójkącie Parlament Europejski-Rada Europejska-Komisja Europejska. Ostatnia sesja PE, na której pakiet mobilny musiałby być zatwierdzony, przypada na 15-18 kwietnia. Być może więc uda się przeciągnąć sprawę na po wyborach, a wtedy zobaczymy, co będzie. Jeśli nie – klamka zaraz zapadnie. W każdym razie rzecz jest skomplikowana.
My jednak mamy Prawo i Sprawiedliwość
Dla nich nie ma spraw skomplikowanych, a przynajmniej nie ma takich, których nie można wyjaśnić raz, dwa.
Na scenę wkroczyła nieoceniona TVP INFO:
„Głosowanie w PE nad pakietem mobilności pokazało, że PO i szeroko rozumiana Koalicja Europejska nic nie znaczą w Parlamencie Europejskim”.
Autorzy tego stwierdzenia, to europosłowie PiS: Tomasz Poręba, Karol Karski i Ryszard Czarnecki. Ten od „wyprawy madryckiej”, ten od rozkwaszonego melexa na Cyprze i ten pierwszy w dziejach wyrzucony z funkcji wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego… Tuz w tuza!
„Nasza grupa, Europejskich Konserwatystów i Reformatorów – ciągnęli swą rzewną pieśń – protestowała i zgłaszała poprawki, żeby odsunąć raport w czasie, ale nie udało nam się. Największe grupy jak Europejska Partia Ludowa, gdzie jest PO i PSL, i grupa socjalistów, gdzie jest SLD, zdecydowały wbrew prawu i regulaminowi, że te raporty będą procedowane” – syczał zatroskany Poręba, jakby europosłowie SLD, PO i PSL zostawili ich samych na placu boju i nie protestowali.
Korzystając z okazji niekumatym Poręba wyjaśniał przy pomocy łopaty, że szeroko rozumiana Koalicja Europejska w PE działa pod dyktando największych krajów – Niemiec, Francji i Włoch.
Mimo tak bezkompromisowej szarży na wrogów polskich interesów, pisowcy ciągle jednak czuli niedosyt, zmarchy orały ich czoła, ciągle było im mało… Jakby się bali, że kierowcy i właściciele firm przewozowych nie zdają sobie sprawy z ogromu czerwono-zielonej zdrady. Karski (ten od melexa) dodał więc, że i komisarz Bieńkowska (d. PO) też za „ten skandal odpowiada”. Pakietu mobilności wprawdzie nie przygotowywała, ale i nie protestowała, „gdy były przyjmowane rozwiązania niekorzystne dla Polski”.
W tej sytuacji Rychu „Obatel” Czarnecki poszedł już na całość i ujawnił wreszcie, że głosowanie nad pakietem mobilności nie było pierwszym złamaniem unijnego prawa, gdyż pierwszym było bezprawne pozbawienie go funkcji wiceszefa PE. Zdaniem tego wybitnego parlamentarzysty to dowód, że PO nie jest w stanie przekonać swoich niemieckich i francuskich partnerów, żeby głosowali zgodnie z polskim interesem.
Mijanka na zakręcie
Każdy kierowca wie, jak niebezpiecznie bywa, gdy dwa samochody muszą minąć się na zakręcie. A w tym pakiecie mobilności, co i rusz, to jakiś zakręt…
Na przykład różnice interesów…
Czy ktoś słyszał, żeby w tej sprawie wypowiedzieli się kierowcy? Czy oni coś komentują, złorzeczą może?… Nie odnotowano żadnych gwałtownych protestów z ich strony. To może oznaczać, że ich interesy różnią się od interesów właścicieli firm. Co dla właścicieli jest stratą, dla nich jest zyskiem.
„Zakrętów” jest więcej. Niejako po drodze uchwalono bowiem przepisy kompletnie nieżyciowe – np. nakazujące kierowcy nocować w hotelu lub motelu, a nie w kabinie. Tyle, że na parkingach nie ma hoteli, a samochodu żaden kierowca nie opuści, bo odpowiada za ładunek. To rzeczywiście może wyglądać na złośliwość, albo celowe utrudnianie konkurentom konkurencji. Dlatego w obronie interesów naszych przewoźników solidarnie głosowali wszyscy polscy europosłowie, a nie, jak sugerują PiS-owcy tylko oni.
Jeśli oni rzeczywiście coś zrobili, to zawalili całą sprawę! Pospołu z resztą polskich europarlamentarzystów, niestety. Trzeba otóż powiedzieć, że tego kłopotu mogłoby nie być, gdyby 25 marca, podczas głosowania nad skierowaniem kontrowersyjnego projektu pod obrady plenarne, wszyscy byli w pracy, czyli w Parlamencie Europejskim. Gdybyśmy wtedy to głosowanie wygrali, pakiet mobilny w tej kadencji w ogóle nie byłby brany pod uwagę. Do szczęścia zabrakło trzech głosów. Trzech! Nie uzbieraliśmy ich, bo polscy posłowie nie stawili się na głosowaniu. Na przykład PiS-owców zabrakło 10! Między innymi Poręby, Karskiego i Czarneckiego. Ich wymieniam, bo oni teraz gardłują najbardziej w świętym oburzeniu nad zaprzepaszczeniem polskich interesów narodowych. Tymczasem zaprzepaścili wszyscy z wyjątkiem europosłów SLD, z których brakowało tylko jednej osoby. Przebywała w sanatorium, a jak wiadomo w Polsce o terminie i miejscu leczenia sanatoryjnego decyduje NFZ, któremu nikt nie podskoczy z PE na czele. Wracając więc do patriotycznie podnieconej trójcy, chciałoby się powiedzieć, że są jakieś granice kabotyństwa, ale o PiS-ie przecież mówimy…

Unia socjalna czy neoliberalna? My, socjaliści

Główny problem, który przed wyborami europejskimi powinna postawić cała formacja lewicowa, powinien brzmieć: Unia Europejska socjalna czy neoliberalna? Wynika on wprost z deklaracji programowych poszczególnych ugrupowań lewicy oraz Stanowiska II Kongresu Lewicy z 2016 roku. Problem ten wyłonił się w wyniku krytycznej oceny procesów, jakie zachodzą we współczesnym świecie – a więc coraz szerszego protestu klas pracujących wobec narastającego rozwarstwienia społecznego i powszechnej dominacji kapitału nad pracą. Objawia się to m.in. narastaniem przewagi interesów korporacji międzynarodowych i banków nad interesami państw oraz obywateli.

W praktyce Unii Europejskiej efektem tych zjawisk jest narastająca biurokracja, mnożenie bytów, liczne przypadki gry pozorów. Jeżeli poważnie można brać pod uwagę ostatnią deklarację prezydenta Francji na temat zagrożeń dotyczących Unii i Europy jako kontynentu, to aktualny stan zarządzania Unią i jej perspektywy krytycznie ocenia zarówno lewica, jak i neoliberalna prawica.

Dotychczasowe doświadczenia wskazują, że problemem może być w ramach naszej Koalicji Europejskiej możliwość realizacji swoich założeń programowych przez ugrupowania inne, niż te o neoliberalnej proweniencji. Obawy takie sygnalizował wcześniej aktyw różnych ugrupowań lewicy, powstała oddzielna Koalicja Lewica Razem, oddzielnie do wyborów idzie nowa prospołeczna formacja Wiosna. Pojawiają się również głosy obaw w środowiskach PSL. Z dużą rezerwą odniósł się do niej także były prezydent.

Powstanie Koalicji Europejskiej motywowane jest publicznie perspektywą wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej przez PiS. Alternatywą ma być koalicja, która Polskę w Unii zachowa. Jak wykazują ostatnie badania, Polacy są w dalszym ciągu euroentuzjastami i większość obywateli opowiada się zdecydowanie za obecnością naszego kraju w Unii. Dlatego też samo pytanie i plebiscyt, jakim mają być wybory majowe, wydaje się, że oparte jest na fałszywych przesłankach, które stawiają cynicznie, jako fundament porozumienia, liderzy Platformy Obywatelskiej. W związku z kryzysem tej formacji, jej racją bytu jest przejęcie przywództwa nad opozycją, zorganizowanie i wykorzystanie do realizacji własnego interesu – odbudowy konserwatywnej formacji neoliberalnej, która kontynuować będzie misję narzuconą z zewnątrz i opartą o stare wskazania Konsensusu Waszyngtońskiego.

Przy okazji powstawania Koalicji Europejskiej aktualne jest pytanie, na ile jej koncepcja, zarówno organizacyjna, jak i programowa, realizuje wyłącznie interesy polskiego establishmentu politycznego różnych orientacji, na ile zaś i czy w ogóle, jest wyrazem dbałości o interesy szeroko pojętego elektoratu – szczególnie ludzi pracy.

W sumie można powiedzieć, że udział SLD i kilku innych ugrupować z kręgu wcześniejszego porozumienia SLD – Lewica Razem w Koalicji Europejskiej może okazać się ryzykownym eksperymentem. Trzeba oczywiście zdawać sobie sprawę i przyjmować do wiadomości argumenty zwolenników takiego usytuowania wyborczego, jakie są wśród przedstawicieli części ugrupowań na lewicy.

Na tym tle ważne wydaje się być skalkulowanie ryzyka wyborczego i decyzji, jakie powinna podejmować polska lewica przed wyborami jesiennymi do Sejmu i Senatu. Moment ogłoszenia wyników wyborów do Parlamentu Europejskiego w Polsce powinien być rozpoczęciem kampanii wyborów parlamentarnych. Rysuje się tutaj kilka ważnych problemów natury politycznej i organizacyjnej, które warto zidentyfikować i przemyśleć.

Lewica powinna wyzwolić się przede wszystkim z przekonania, które umocniło się po wyborach w 2015 roku, że „wolno jej mniej” i może być co najwyżej trzecią albo i czwartą siłą na polskiej scenie politycznej. Nikt nie walczy z tym zjawiskiem w naszych środowiskach, a ma ono jak sądzę uwarunkowania wyłącznie subiektywne, wynikające z kompleksów i niemocy niektórych liderów, a nie obiektywnych potrzeb wypływających z oczekiwań elektoratu.

Sukces, na razie medialny, ugrupowania Wiosna pokazuje, że właściwe i wyraziste postawienie problemów społecznych i politycznych kraju i społeczeństwa pozwala na zrozumienie i rezonans w wielu dotychczas zapomnianych środowiskach. Ma on bez wątpienia swoje źródła w populizmie, niemniej jednak jest bardzo realny.

Wydaje się, że racją bytu całej polskiej lewicy jest budowa niezależnego, suwerennego porozumienia przed wyborami parlamentarnymi opierającego swoje racje programowe o rzeczywiste problemy elektoratu pracowniczego.

Timmermans powalczy

Sergiej Staniszew ponownie wybrany na funkcję przewodniczącego Partii Europejskich Socjalistów; Andrzej Szejna, wiceprzewodniczący SLD wszedł do prezydium PES, a Frans Timmermans będzie pełnił rolę tzw. Spitzenkanidat Socjalistów i Demokratów w Parlamencie Europejskim – to decyzje kongresu Partii Europejskich Socjalistów, który odbył się w Lizbonie w dniach 7 – 8 grudnia 2018 r.
– Te wybory będą wyborami o duszę Europy, ponieważ będziemy wybierać czy chcemy podążać ścieżką demokracji, praworządności i poszanowania praw podstawowych, czy też nie – mówił Frans Timmermans w płomiennym przemówieniu, które po wyborze wygłosił w Lizbonie. W swoim wystąpieniu zwrócił się również do Polek i Polaków. – Nigdy nie opuszczę narodu polskiego w jego walce o demokrację, wolność i praworządność. Zwyciężymy nie ze względu na moją determinację, ale dlatego, że Polacy sami chcą być Europejczykami – podkreślił Timmermans.
Kilkuset delegatów ze wszystkich krajów Unii Europejskiej oraz Norwegii podejmowało również ważne decyzje, związane z agendą polityczną, z którą europejska lewica pójdzie w do przyszłorocznych wyborów do Parlamentu Europejskiego. Program Partii Europejskich Socjalistów będzie oparty na idei Europy socjalnej, która zapewni równiejszy podział owoców pracy i będzie niwelować nierówności społeczne. Polityka ekonomiczna, na którą stawia lewica stawia na innowacje oraz inwestycje w zieloną gospodarkę, gospodarkę która zapewni nie tylko miejsca pracy, ale i czyste powietrze oraz zdrową żywność. W Europie socjalnej dobrze płatne miejsca pracy znajdą również młode pokolenia, a równe szanse ma każdy bez względu na płeć.
Unia Europejska w przyszłości musi tworzyć bezpieczny dom dla swoich obywateli oraz dla ludzi potrzebujących pomocy, a pochodzących z obszarów ogarniętych wojną. Wszystkie działania polityczne mają wzmacniać demokrację w Europie, która jest podstawą istnienia zjednoczonej Europy – czytamy w stanowisku PES.
W kongresie brali udział między innymi premierzy Portugalii Antonio Costa, Hiszpanii Pedro Sanchez, Słowacji Peter Pellegrini oraz Malty Joseph Muscat; a także wysoka przedstawiciel UE do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa Federica Mogherini oraz wiceprzewodniczący KE Marosz Szefczovicz.
Spitzenkanidat – w celu zwiększenia zainteresowania europejskich wyborców elekcją do Parlamentu Europejskiego, poszczególne frakcje wskazują swojego kandydata na przyszłego szefa Komisji Europejskiej. Wybór „Spitzenkanidat” winien być poprzedzony wewnętrzną debata oraz swego rodzaju prawybory.
Partia Europejskich Socjalistów – europejska partia polityczna, w skład której wchodzą partie socjaldemokratyczne z Norwegii oraz z krajów, które są członkiem Unii Europejskiej. Polskę w PES reprezentują Sojusz Lewicy Demokratycznej oraz Unia Pracy, najbardziej rozpoznawalne w Polsce inne partie będące częścią PES to Brytyjska Partia Pracy, czy też Niemiecka SPD. Reprezentacją Partii Europejskich Socjalistów w Parlamencie Europejskim jest Postępowy Sojusz Socjalistów i Demokratów.

PE popiera. W zasadzie

Partia Socjalistów Republiki Mołdawii wyprowadziła na ulice Kiszyniowa kilkadziesiąt tysięcy oburzonych obywateli. Podczas mityngu domagano się podwyżek średnich pensji i emerytur, a także zwiększenia nakładów na państwowy system oświaty i służbę zdrowia. O tym, że państwo uważane niegdyś za prymusa Partnerstwa Wschodniego jest w żałosnym stanie, świadczy również najnowsza rezolucja Parlamentu Europejskiego w jego sprawie.

 

Marsz bulwarem Stefana Wielkiego i mityng na Placu Wielkiego Zgromadzenia Narodowego, w samym sercu Kiszyniowa, miał pokazać siłę Partii Socjalistów Republiki Mołdawii (PSRM) przed startem kampanii wyborczej do parlamentu (głosowanie planowane jest na luty 2019 r.). Ze sceny do kilku tysięcy zgromadzonych przemawiali prezydent Igor Dodon, wywodzący się z PSRM, baszkan (prezydent) samorządnego regionu Gagauzji Irina Vlah, przewodnicząca partii Zinaida Greceanii oraz parlamentarzyści PSRM. Uczestnicy protestu przybyli z całego kraju. Ich liczbę szacuje się na 50 tys.

Postulaty, jakie padły podczas zgromadzenia, dotyczyły spraw absolutnie podstawowych – a zatem kluczowych dla przetrwania błyskawicznie wyludniającego się kraju, jakim jest Mołdawia. Mówcy domagali się, by rząd stworzył warunki do wzrostu płac, tak, by średnie wynagrodzenie osiągnęło równowartość 600 euro, zaś emerytura – 300 euro. Mówiono również o zwiększeniu nakładów na służbę zdrowia, która jest w Mołdawii w fatalnym stanie, oraz na system oświaty. Wspomniano również o rezygnacji z zacieśniania relacji z NATO, w tym o zamknięciu biura Sojuszu otwartego w ubiegłym roku w Kiszyniowie, a także o delegalizacji ruchów otwarcie domagających się przyłączenia Mołdawii do Rumunii.

Prezydent Igor Dodon, którego kompetencje są według mołdawskiej konstytucji bardzo ograniczone w stosunku do uprawnień rządu, podkreślał, że fatalny stan mołdawskiego państwa (eksperci nie mają wątpliwości – to już w zasadzie państwo upadłe) jest „zasługą” rządzącego od dziewięciu lat sojuszu partii określających się jako „proeuropejskie”, a w rzeczywistości tolerujących rozkradanie resztek państwowego majątku przez wąską grupę oligarchów. Najpotężniejszy z nich, Vlad Plahotniuc, jest zresztą również przewodniczącym najbardziej wpływowej w kraju Demokratycznej Partii Mołdawii.

Sondaże wskazują również, że gdyby wybory parlamentarne odbyły się teraz, PSRM zwyciężyłaby z wynikiem 27 proc., wyprzedzając znacząco Partię Demokratyczną (15 proc.) oraz dwie partie liberalne, deklarujące proeuropejskość, ale w opozycji do obecnie rządzących oligarchów: Platformę Godność i Prawda (7,1 proc.) oraz Partię Godności i Solidarności (6,4 proc.)
Zarzuty liderów PSRM potwierdza rezolucja przegłosowana kilka dni wcześniej przez Parlament Europejski. Mołdawię nazywa się w niej wprost „państwem przechwyconym przez interesy oligarchów”, w którym demokratyczne standardy „są podważane przez przywódców politycznych współpracujących z biznesem, czemu większość klasy politycznej i system sądowniczy się nie sprzeciwiają”. W rezolucji wezwano również rządzących Mołdawią do zaprzestania posługiwania się prokuraturą i sądami jako narzędziami walki politycznej.