Sushi con carne

Zstąpił do szpitala, a po trzech dniach zmartwychwstał… przepraszam wyleciał z niego śmigłowcem, kręcąc propagandowy klip wyborczy. Trump, bo o nim mowa oficjalnie ma koronawirusa. Facet chroniony najbardziej na świecie, w szczycie kampanii prezydenckiej łapie SARS COV2. Łapie, bo przecież nie może wyróżniać się na tle prawie 7,5 miliona Amerykanów, których wirus dopadł. Łapie, choć przez wiele miesięcy zagrożenie bagatelizuje, przyrównując pandemię do grypy.
Dla każdego, kto przeczytał choć jedną książkę poświęconą public relations, to wygląda zbyt książkowo, żeby w to uwierzyć. Piarowcy jednak przesadzili. Trump miał się czuć dobrze. Mimo to podawano mu tlen. Miał być wporzo a potem ląduje w szpitalu. Na dodatek zaś jest leczony wszystkim czym można, łącznie z eksperymentalnym koktailem z przeciwciał. Prezydent USA leczony lekiem w trakcie badań? Medycyna takie działania dopuszcza wszak tylko w sytuacji, gdy wiadomo, że pacjent zaraz umrze. Tylko w takiej sytuacji niesprawdzony lek na pewno już mu nie zaszkodzi. Trump nawet się do takiej granicy nie zbliżył, więc
o co chodzi?
Każda legenda propagandowa musi być w miarę spójna, dlatego choruje kilkoro najbliższych współpracowników i małżonka. Legenda musi też być kontynuacją całej bajki, dlatego cudownie ozdrowiały prezydent jawi się jako ten sam twardziel, który kazał ludziom leczyć się z koronawirusa wybielaczem, którym summa summarum jednak go nie napojono. Twardziel, który teraz może mówić, że miał rację, bo koronawirus nie jest tak straszny jak go malują liberałowie, bo on go pokonał. Siłą wiary, ducha i potęgi Stanów Zjednoczonych, zresztą.
Tych Stanów Zjednoczonych, które mają poprawkę do konstytucji stanowiącą, że wolność słowa jest ponad wszystkim. Amerykańskie na wskroś firmy takie jak Twitter i Facebook, jak przyszło do prezydenckiego koronawirusa, już takie wolne nie były. Zakneblowały bowiem wszystkich użytkowników mających nadzieję, że Trumpa dotknie to, co spotkało za przyczyną koronawirusa ponad 210 tysięcy obywateli USA. Najmniejszy ślad życzenia źle lokatorowi Białego Domu nie miał prawa pojawić się w Internecie. W przeciwieństwie do wpisów życzących Trumpowi jak najszybszego wyjścia z COVID 19. Czy może raczej z wymyślonej przez prezydenckich doradców zagrywki wyborczej z Bidenem.

Skoro już jesteśmy przy Demokratach, to obok kandydata Bidena, nader mocno udziela się wciąż w jego kampanii Bernie Sanders, facet uchodzący w USA za komunistę. Ciekawe ilu Polaków wie, że za sprawą właśnie Sandersa, doszło do kolejnej cudownej przemiany. Autorem otóż lewackiego programu ekonomicznego Sandersa jest ten sam facet, przez którego 30 lat temu robotę straciły miliony Polaków. To on wtedy był guru Balcerowicza. I Balcerowicz robił to co on chciał. A imię jego Jeffrey David Sachs. I niech ktoś teraz powie, że to nie Rosja, a Ameryka jest krajem, którego bez dopalaczy zrozumieć nie sposób.

Przemawia pani szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen. Opowiada o rzeczach najistotniejszy dla Unii. Czyli głównie o wychodzeniu z koronawirusowego kryzysu. Ogłasza, że żeby z niego wyjść potrzebna będzie gigantyczna pożyczka. Taka setki miliardów euro. Pieniądze pożyczy cała Unia, czyli zgodę na nią musi wyrazić każdy parlament krajowy. Całkiem jak przy ratyfikacji jakiegoś traktatu unijnego. Jak któryś z parlamentów się nie zgodzi, to z pożyczki niezbędnej większości krajów będą nici. Potem von der Leyen mówiła dużo o klimacie, by pod koniec wspomnieć o kwestii praworządności. Oczywiście TVN rzucił się tylko na końcówkę, upewniając swoją widownię, że Unia pogoni PiS kota. Co jest bzdurą, bo nikt we francji będzie narażał się na brak kasy przez jakąś Polskę, czy inne Węgry. Veto tych krajów wysłałoby przecież całą operację w kosmos, tego w Brukseli nikt nie chce, czyli kopania się z Kaczyńskim i Orbanem, również.

Parominutowa, któraś już z kolei debata w Parlamencie Europejskim o praworządności, pokazana przez niepisowskie media udowodniła, że kraje nie spełniające demokratycznych standardów nie dostaną „brukselki”. I znowu pudło. O praworządności nikt poważny nie będzie debatował. Nie ma na to czasu, a potrzebna jest zgoda wszystkich, żeby uchwalić nowy unijny budżet. Jak go nie będzie, to urzędnicy w Brukseli się zapłaczą. Nie będzie go zaś, gdy nie zgodzą się Polska lub Węgry. Czy w tej sytuacji, ktoś w UE podskoczy „dobrym zmianom” w Warszawie i Budapeszcie?