Jak Trump pomógł Chinom i Iranowi

Nowy prezydent Stanów Zjednoczonych w swoim przemówieniu podczas zaprzysiężenia zapowiedział fundamentalną zmianę w polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych. Joe Biden zapowiedział koniec aroganckiej polityki poprzednika polegającej na podejmowaniu strategicznych decyzji w sprawach międzynarodowych wbrew rządom sojuszniczym czy bez ich wiedzy. Przywódcy większości państw świata nie ukrywają swojego zadowolenia ze zmiany na stanowisku prezydenta ale powrót do światowej hegemonii USA może już nie być taki łatwy.

W maju 2018 roku Donal Trump ogłosił, że Stany Zjednoczone wycofują się z porozumienia JCPOA, czyli zawartego w lipcu 2015 roku przez członków Rady Bezpieczeństwa ONZ i Unię Europejską porozumienia nuklearnego z Iranem.
Trump nie przedstawił wtedy żadnych wiarygodnych informacji, które mogły uzasadniać taką decyzję, nie konsultował niczego z Radą Bezpieczeństwa ani z Unią Europejską. Ogłosił swoją decyzję nagle i bez konsultacji. Wszyscy uczestnicy porozumienia zgodni byli, że nie było powodów przypuszczać, że Iran łamie warunki zawieszenia sankcji. Państwa Unii liczyły na możliwości robienia świetnych interesów w Iranie w następstwie normalizacji stosunków, więc sankcje Trumpa pokrzyżowały wiele planów biznesowych.
Dla przykładu, francuska korporacja Total była w trakcie realizacji wartego 5 miliardów dolarów kontraktu na eksploatację podmorskich złóż gazu w Iranie. Amerykańskie sankcje to uniemożliwiły. Jak się jednak okazało, na zerwaniu tej współpracy i nałożeniu przez USA dodatkowych sankcji na Iran, straciły nie tylko państwa Unii Europejskiej ale przede wszystkim same Stany Zjednoczone, szczególnie w sensie strategicznym. Donald Trump, zmuszając Europę do wycofania się ze współpracy z Iranem, de facto zrobił tam miejsce dla Chin.
Po przywróceniu amerykańskich sankcji i zaostrzeniu ich, Iran został pozbawiony możliwości niemal wszelkiej współpracy handlowej z Zachodem.
Uniemożliwiono handel ropą, gazem i innymi produktami, nawet takimi jak orzeszki pistacjowe czy perskie dywany, ale sankcje dotyczą też usług finansowych, współpracy między bankami, ubezpieczeń i wielu innych dziedzin gospodarki. Szczególnie odczuwalny był brak dochodów ze sprzedaży ropy, której produkcja znalazła się na najniższym poziomie od dekad.
Kryzys wpłynął też na zwrot nastrojów społecznych w Iranie i wzrost popularności sił antyzachodnich i konserwatywnych. Przyparty do muru Iran skorzystał jednak z faktu, że na arenie międzynarodowej jest jeszcze inny, ważny gracz, dzięki któremu Iranowi udało się ominąć kłopotliwą blokadę międzynarodową.
Latem zeszłego roku w Pekinie podpisano roboczą wersję porozumienia gospodarczego i obronnego między Chinami i Iranem na najbliższe 25 lat.
Chiny planują zainwestować w ciągu pierwszego etapu współpracy gigantyczną sumę blisko 400 miliardów dolarów w takie branże jak transport, wydobycie i przetwarzanie ropy oraz uzbrojenie. Dobra współpraca handlowa Chin i Iranu trwa już od dłuższego czasu. Od 2010 roku inwestycje Chin w Iranie opiewają na sumę około 18 miliardów dolarów, podczas gdy łączna suma wszystkich bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Iranie wyniosła w tym czasie zaledwie 28 miliardów dolarów.
Większość inwestycji zagranicznych w Iranie pochodzi zatem ze źródeł chińskich. Przygotowania do podpisania obecnego 25-letniego porozumienia o współpracy trwały od początku 2016 roku ale rozmowy przyśpieszyły, gdy prezydent Donald Trump wprowadził w życie swoją kontrowersyjną politykę maksymalnej presji na Iran. I inaczej niż dotychczas, rozmowy zaczęły też dotyczyć współpracy wojskowej i inwestycji w infrastrukturę militarną.
Jeśli plan się powiedzie, Pekin zainwestuje za pośrednictwem swoich firm 280 miliardów dolarów w rozwój infrastruktury do wydobywania ropy, gazu i w rozwój przemysłu petrochemicznego.
Dalsze 120 miliardów planowane jest na budowę i unowocześnienie krajowego transportu, w tym budowę kolei, autostrad, nowych linii metra i portów przemysłowych a także fabryk i przeróżnych zakładów produkcyjnych. Chińskie firmy telekomunikacyjne, w szczególności Huawei, będą mogły rozwijać swoje inwestycje a Iran pokryty zostanie siecią nowoczesnych przekaźników technologii 5G ułatwiających funkcjonowanie transportu i przemysłu. Dodatkowo Chiny zainwestują w technologie korzystania z satelitów, stworzone będą ultra-nowoczesne instalacje telefoniczne i internetowe i unowocześniony będzie system kontroli przestrzeni powietrznej.
Iran stanie więc w obliczu gigantycznego skoku cywilizacyjnego i technologicznego.
Jeśli wierzyć dostępnym informacjom, wspomniana suma inwestycji dotyczy pierwszych pięciu lat całego okresu trwania porozumienia a w kolejnych pięciolatkach przewiduje się kolejne pule inwestycji, o ile współpraca będzie przebiegać wedle oczekiwań. Oczywiście chińskie firmy nie zamierzają ani nie muszą czynić tego bezinteresownie.
Korzyści dla Chin będą równie atrakcyjne. Po pierwsze w zamian za inwestycje, chińskie firmy będą mogły liczyć na pierwszeństwo przy przetargach na wszelkie projekty związane z wydobyciem ropy, gazu lub w branży petrochemicznej.
Co ważniejsze, Chiny otrzymają dostęp do irańskich portów w Zatoce Perskiej, w tym super strategicznej cieśniny Hormuz. Jednym z portów, którymi Chiny się interesują jest port w Jask, położony zaraz przy wejściu do Zatoki. W tym regionie Chiny mają już kilka swoich przyczółków strategicznych, między innymi porty w Dżibuti, w pakistańskim mieście Gwadar czy nieco dalej na wschód, w miejscowości Hambantota na Sri Lance.
Strategiczne położenie Iranu, które w przeszłości bywało źródłem kłopotów kraju, teraz będzie wykorzystane przez Chiny dla zabezpieczenia i rozszerzenia ich wpływów na Bliskim Wschodzie i w basenie Oceanu Indyjskiego, szczególnie w kontekście gigantycznych projektów handlowych w ramach inicjatywy Pas i Droga.
Porozumienie zakłada także współpracę wojskową na wielu szczeblach. Co zrozumiałe, Chiny będą musiały zapewnić bezpieczeństwo militarne swoim inwestycjom. Zagrożeniem mogą być zarówno piraci, jak i prowokacje ze strony różnych aktorów politycznych w regionie.
Dla przykładu, w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy na terenie Iranu doszło do całej serii niewyjaśnionych eksplozji i pożarów, często w miejscach kluczowych z punktu widzenia gospodarki czy bezpieczeństwa kraju. W niektórych mediach pojawiły się sugestie, że za incydentami tymi stoją agenci amerykańskich służb, które już w 2018 otrzymały od Donalda Trumpa stałe pozwolenie na przeprowadzanie tego typu działań na terytorium Iranu. Nawet główne amerykańskie media informowały w zeszłym roku o szeroko zakrojonych działaniach CIA przeciwko Iranowi na polecenie Trumpa.
Miało też dojść do serii ataków cybernetycznych ze strony CIA. Wszelkie inwestycje chińskie w Iranie będą więc musiały być zabezpieczone pod względem militarnym, wywiadowczym i cybernetycznym.
Porozumienie zobowiązuje strony do zacieśnienia współpracy wojskowej, organizowania wspólnych szkoleń i wymiany informacji wywiadowczych. Przewiduje się nawet, że co najmniej pięć tysięcy chińskich żołnierzy będzie stacjonowało na terytorium Iranu dla zapewnienia bezpieczeństwa chińskich inwestycji. Chińskie samoloty bojowe otrzymają pozwolenie na korzystanie z niektórych irańskich baz.
Chiny wyposażą irańską armię w nowoczesne systemy obrony przeciwlotniczej, elementy systemu wczesnego ostrzegania, systemy zakłócania i inne elektroniczne wyposażenie wojskowe. Szczegóły porozumienia w tej dziedzinie, co zrozumiałe, nie są jeszcze znane a wspomniane tu fragmenty umowy dotyczące współpracy wojskowej, znane są głównie z przecieku do redakcji New York Timesa z zeszłego roku. Strona irańska zachowuje powściągliwość w komentowaniu tych doniesień i nie chce ich potwierdzić.
Gdy porozumienie wejdzie w życie, choćby w okrojonej formie, znacząco zmieni się układ sił w regionie. Głównymi rywalami Iranu na Bliskim Wschodzie są Arabia Saudyjska i Izrael i te kraje mogą wyrażać obawy o to, że Iran będzie chciał wykorzystać swoje nowe możliwości do zaatakowania ich terytorium lub wpływania na sytuację w regionie na niekorzyść tych państw.
Zakładając nawet, że Iran kiedykolwiek miał zamiar zaatakować terytorium Izraela, to trudno sobie wyobrazić taką ewentualność w sytuacji, gdy Chiny będą odgrywać tak ważną rolę w polityce Iranu a jednocześnie prowadzić świetne interesy z Izraelem. Chiny prowadzą wielomiliardowe inwestycje w Izraelu, na przykład budują nowoczesne porty, którymi na dodatek będą zarządzać i zainwestowały blisko miliard dolarów w rozwój nowych firm izraelskich.
Chiny prowadzą też interesy z Arabią Saudyjską a wartość tych projektów to co najmniej 10 miliardów dolarów. Chiny z całą pewnością nie będą ryzykować utraty dobrych stosunków z jednym z państw w regionie w imię obrony Iranu, gdyby ten rzeczywiście chciał prowokować konflikty.
Jakkolwiek korzystnie to porozumienie wygląda z punktu widzenia Iranu, należy rozumieć, że Iran jest dla Chin tylko elementem ogromnej geopolitycznej strategii i to się nie zmieni. Mając to na uwadze, można przewidywać, że obecność Chin na Bliskim Wschodzie będzie mieć dla regionu charakter stabilizujący, inaczej niż było w przypadku obecności Stanów Zjednoczonych.
Z takiego obrotu sytuacji niezadowoleni mogą być politycy w Waszyngtonie. Jasne jest jednak, że porozumienie to jest rezultatem awanturniczej i krótkowzrocznej polityki administracji Donalda Trumpa a sam fakt zawarcia takiego porozumienia w całości dyskredytuje politykę maksymalnej presji nałożonej na Iran. Komentując doniesienia o porozumieniu, były wicedyrektor CIA, były doradca George’a Busha, Michael Morell, komentował to następującymi słowami: „Chiny i Iran wygrały, my przegraliśmy. To jest bezpośredni skutek naszej polityki robienia wszystkiego samemu w sprawie Iranu. Oto główny powód dla którego tak wielu (…) było przeciwko wycofaniu się z porozumienia nuklearnego z Iranem. Błędne kroki w polityce mają rzeczywiste konsekwencje”.
Joe Biden jeszcze jako kandydat zapowiadał, że w przypadku jego wygranej, polityka nowej administracji w sprawie Chin się nie zmieni.
Zakładając, że nowa administracja będzie się kierować przesłankami racjonalnymi i interesem amerykańskich firm, można przypuszczać, że deklaracja ta jest raczej sygnałem na użytek polityki wewnętrznej i służy uspokojeniu nastrojów amerykańskiej prawicy.
Bilans amerykańskiej wojny handlowej z Chinami wypada bowiem na niekorzyść USA i administracja Bidena będzie musiała podjąć działania w celu naprawy stosunków z Chinami w swoim własnym interesie. Do przełamania lodów może dojść już w czasie Światowego Forum Ekonomicznego w Davos choć pewnie nie zostanie to szczególnie nagłośnione.
Stany Zjednoczone postawiły się także w niekorzystnej sytuacji w kontekście integracji gospodarczej i politycznej w Azji Południowo – Wschodniej i basenie Pacyfiku. W połowie listopada piętnaście krajów regionu, członków ASEAN i pięciu partnerów, podpisało umowę RCEP – Regionalne Kompleksowe Partnerstwo Gospodarcze, największą umowę o wolnym handlu w historii. Porozumienie zawarto w celu utworzenia największej na świecie strefy wolnego handlu i zwiększenia konkurencyjności gospodarek państw członkowskich.
Oczywiście forma integracji jest jeszcze dość luźna i na bardzo wczesnym etapie, ale potencjał tego układu jest ogromny. Wszystkie kraje współtworzące RCEP odpowiadają obecnie za 30 proc. światowego PKB a na terytorium państw członkowskich mieszka łącznie ok. 30 proc. światowej populacji.
Czyni to RCEP największym tego typu blokiem na świecie. Stany Zjednoczone, które mogły być częścią tego porozumienia i odgrywać ważną rolę, decyzją administracji Trumpa zrezygnowały z przyłączenia się do układu. Zamiast tego, kluczową rolę odgrywać będą tam Chiny.
W czasach Trumpa, tak jak w starym powiedzeniu o szczekających psach i karawanie która jedzie dalej, Chiny i inne państwa poszły do przodu, zacieśniły współpracę, wypracowały nowe formy integracji i nie czekały z tym na USA.
Czy nowa administracja podejmie kroki celem cofnięcia samobójczych decyzji Trumpa, pokaże czas. Ale odbudowa pozycji USA na świecie nie będzie tak łatwa jak wcześniej.
Utrata pozycji światowego lidera przez USA na korzyść Chin będzie postępować. Paradoksalnie to Donald Trump przyczynił się do tego znacząco, choć za główny cel swojej prezydentury w polityce zagranicznej stawiał „powstrzymanie Chin”.

Bigos tygodniowy

Propagandzistki reżimu z jednego z flagowych programów TVPiS pokazują się w coraz bardziej efektownych szpilkach. Ubogi lud pisowski jest jednak zapewne odporny, więc nawet gdyby się dowiedział, że takie szpilki mogą kosztować tyle, ile wynosi – powiedzmy – półroczne 500 plus.


Pierwsza w tym roku demonstracja Strajku Kobiet – w Warszawie -znów została brutalnie potraktowana przez policję. Jak wynika z informacji nieocenionego Sylwestra Marczaka, rzecznika Komendy Stołecznej Policji, wylegitymowano 213 osób, zatrzymano 11 osób. Już zapowiedziano, że do sądu zostanie skierowanych 190 wniosków o ukaranie, zaś sanepid zostanie ubogacony 197 wnioskami o nałożenie stosownych kar na protestujących. I nikogo nie zabili….


No właśnie… Duduś dał wywiad tefałenowi, wykazując się ciasnotą, prymitywizmem myślenia, czym formatem swojego móżdżku i dając wszechstronny pokaz swoich „możliwości”. Mówił jak to on ma w zwyczaju, dużo, gładko, pusto. Mówił też dość szybko i nerwowo, jak to bywa u osób przyłapanych na głupocie lub kłamstwie. Więcej, szybciej mówił niż myślał, niestety. Wśród jego złotych myśli warto odnotować tę, w której stwierdził, że wyrok TK Przyłębskiej „nie pogorszył sytuacji życiowej kobiet w Polsce”. A także tę, w której powiedział, że policja państwowa działa należycie, ponieważ „nikt nie zginął”!!!!!! Powołał się też na ostre działanie policji francuskiej. Nie zauważył, że policja francuska reagowała ostro, nawet brutalnie przeciwko wandalom dewastującym miasto, a nie przeciw pokojowo manifestującym kobietom. O zgrzanym telefonie w temacie zamkniętych stoków narciarskich też należy wspomnieć. Okazuje się, że Duda jest znany na południu kraju, bo z południa pochodzi, a poza tym lubi jeździć na nartach. Biedaczek przez kilka godzin odbierał telefony oburzonych przedsiębiorców, właścicieli tych stoków, co spowodowało, że interweniował w sprawie ich otwarcia u Gowina. Na krótką metę skutecznie. Wywiad smutny był bardzo, bo po jego wysłuchaniu nie ulega wątpliwości, że Andrzejek nie rozumie kim jest i jaka jest jego ustrojowa rola. Zatem zamiast mówić powinien raczej pojeździć, na nartach oczywiście.


Klerofaszystowska ośmiornica z konsekwencją posuwającego się stalowego walca zaciska się na prawach i wolnościach obywatelskich. Ziobryści wygotowują kolejny projekt ustawy mającej zakazywać serwisom społecznościowym usuwania wpisów i blokowania kont użytkownikom, jeżeli treści na nich zamieszczane nie naruszają polskiego prawa. Niestety, nie można wykluczyć, że w pisowskiej Polsce sprowadzi się to do zakazu banowania hejtu w internecie, wymierzonego choćby przeciw mniejszościom seksualnym, prawom reprodukcyjnym kobiet czy ludziom myślącym inaczej. Wszystko oczywiście pod pretekstem sprzeciwiania się cenzurze.


Po represjach przeciw niezależnym sędziom (m.in. Igor Tuleya, Beata Morawiec czy Paweł Juszczyszyn) zaczęły się represje przeciw prokuratorom sprzeciwiającym się poczynaniom władzy. Kilku takich, członków stowarzyszenia „Lex Super Omnia”, zostało karnie zesłanych do miejscowości niejednokrotnie oddalonych o kilkaset kilometrów od ich miejsc zamieszkania. Duda, pytany o tę sytuację stwierdził, najprościej rzecz streszczając, że jak się prokuratorom nie podoba i narzekają, to mogą zostać notariuszami albo radcami prawnymi albo adwokatami.


Jedną z cech Polaka-katolika-pisowca jest to, że nie tylko nie daje bliźniemu żyć, ale też umrzeć. Stanął więc na głowie, aby importować do Polski z Anglii, naszego rodaka znajdującego się w śpiączce, aby uratować go przed „zabiciem” czyli odłączeniem od aparatury podtrzymującej życie wobec braku szans na godne życie. Aby osiągnąć cel gotowi byli nawet posunąć się do ruchu rodem z poetyki absurdu typu Monthy Pyton – zrobić ze śmiertelnie chorego „przedstawiciela dyplomatycznego RP w Wielkiej Brytanii”. Wiadomo – szanse na „godne” życie są tylko w Polsce pod rządami PiS i reszty kamaryli. Podobno na ten pomysł godny połączenia Mrożka z Monthy Pytonem wpadł niejaki Warchoł, i tylko Warchoł mógł na to wpaść. Dziennikarka Katarzyna Markusz bardzo trafnie to skomentowała: „W Polsce nie da się żyć, dlatego rząd ściąga tu zmarłego człowieka, żeby dobić rodzinę”.


Zapadł wyrok więzienia przeciw młodemu mężczyźnie w sprawie pomagania w dokonaniu aborcji za pomocą pigułki wczesnoporonnej. Jak ustalono, przekazał swojej partnerce pieniądze na zakup preparatu. Na młodym pokoleniu zaciska się terrorystyczna pętla klerykalna. Młodzi ludzie długo nie interesowali się polityką przekonani, że można żyć w bańce, w odseparowaniu od zjawisk społeczno-politycznych. Więc polityka zainteresowała się nimi.


Trwa realizacja Narodowego Programu Szczepień (uff!!) na COVID-19, choć napisanie że akcja trwa byłoby nadużyciem, bo to już wygląda Narodowy blamaż. Tłumy ludzi z grupy wiekowej 70 plus, stojący od świtu, w tasiemcowych kolejkach i próbujący bezskutecznie zapisać się na szczepienia, a także inni, zapisywani na nie w miejscach odległych często o ponad sto kilometrów od miejsca ich zamieszkania – to stwarza obraz kompletnego chaosu. Zważywszy liczbę dawek preparatu przeznaczonych na punkt szczepień w tygodniu, zaszczepienie narodu nastąpi za kilka dobrych lat. A wirus mutuje…


Trump poszalał, poszalał, ale w końcu grzecznie ustąpił z Białego Domu. Nie radzę jednak mieć złudzeń co do tego, że polscy trumpiści, nawet jeśli przegraliby kolejne wybory pójdą w jego ślady. Natychmiast ogłoszą, że wybory zostały sfałszowane i zacznie się jazda, przy której zamieszki na Kapitolu okażą się małym piwem. Nawiasem mówiąc, abstrahując od wszelkich konsekwencji zmiany lokatora Białego Domu, od tego czym realnie będzie prezydentura Joe Bidena, wolny od wszelkich złudzeń – tak po ludzku – poczułem jednak powiew świeższego powietrza.

Sushi con carne

Donald Trump nim poszedł w cholerę, pokazał że facecjonistą jest. Proklamował 22 stycznia Narodowym Dniem Świętości Życia Ludzkiego. „Każde ludzkie życie jest darem dla świata. Każdy człowiek, urodzony czy nienarodzony, młody czy stary, zdrowy czy chory, jest stworzony na święty obraz Boga. Wszechmocny Stwórca daje każdemu człowiekowi wyjątkowe talenty, piękne sny i wspaniały cel. W Narodowym Dniu Świętości Ludzkiego Życia świętujemy cud ludzkiej egzystencji i odnawiamy nasze postanowienie budowania kultury życia, w której każdy człowiek w każdym wieku jest chroniony, ceniony i kochany” – dowcipkował e prezydenckiej proklamacji. Żeby spointować ją rozśmieszającym cały świat stwierdzeniem , że od pierwszego dnia urzędowania podejmował „historyczne działania mające na celu ochronę życia niewinnych ludzi w kraju i za granicą”.
Dlaczego to śmieszne jest?. A kto był prezydentem USA w 2019 roku lat 70. poprzedniego wieku. Drugi najtragiczniejszy wynik zanotowano w 2006 roku – wówczas masowych morderstw zanotowano 38.
211 zabitych w tych zabójstwach osób, nie jest jednak rekordową liczbą. Najwięcej, 224 ofiar, zanotowano w 2017 roku, głównie dzięki zamachowi w Las Vegas, gdy doszło do najtragiczniejszej we współczesnej historii USA strzelaniny. Wtedy w Białym Domu też przecież był Trump obrońca życia.
W minionym roku , czyli za prezydentury Trumpa, nawet Nowym Jorku, gdzie obowiązywał wiele miesięcy lockdown, też znacznie wzrosła przemoc. Odnotowano tam 462 zabójstw w porównaniu z 319 w roku 2019, co oznacza wzrost o 44.8 proc. Poprzednio najwięcej ludzi zginęło w Nowym Jorku w 2011 roku. Śmierć poniosło wówczas 515 osób.
W 2017 roku Stany Zjednoczone pobiły też rekord w śmiertelności z użyciem broni palnej. Niemal 40 tys. osób zginęło tam wtedy z powodu zabójstw na skutek strzału, jak i samobójstw. To najgorszy wynik od ponad 20 lat. Dało to również wynik 12 takich zgonów na 100 tys. mieszkańców, podczas gdy w 2010 roku współczynnik ten wynosił 10,1.
O tym, że z USA jest coś mocno nie tak świadczą wyniki z innych krajów. Choćby 0,2 osoby zabitej ze spluwy na 100 tys. mieszkańców w Japonii, 0,3 w Wielkiej Brytanii i 0,9 w Niemczech. Nawet w Kanadzie współczynnik ten wynosi 2,1.

Przejrzenie polskich serwisów z informacjami ze świata jest pouczające. Świat według polskich szacownych agencji i portali to Unia Europejska, po starej znajomości Wielka Brytania i Stany Zjednoczone. Czasem pojawi się Rosja, a to głównie po to, żeby przywalić Putinowi – choćby Nawalnym. Równie nieczęsto (jeśli akurat nie ma jakiegoś zamachu w Izraelu), pojawia się Bliski Wschód. Od wielkiego dzwonu mignie gdzieś nius o Chinach. Indonezja istnieje tylko jak gdzieś zaginie jej samolot.
W świecie według naszych mediów nie ma Ameryki Południowej, nie ma też Afryki, Australii z Oceanią, a Azja występuje bez Indochin, Indii i Japonii. Mały ten nasz świat się zrobił? Czy może żadnej redakcji nie stać na wypuszczenie dziennikarzy choćby tam, gdzie masowo (nawet w porze pandemii) docierają turyści. Dlatego dziś jak ktoś chce się czegoś ciekawego dowiedzieć o świecie to zostają mu niszowe portale i pełen fotek z podróży Facebook.
Gdyby zaś kogoś interesowało to, co interesuje polskich dziennikarzy poza plotkami z Waszyngtonu, opowieści z Unii i koronawirusa światowego, to wyjdzie, że nic. Wojna w Afryce Środkowej nie istnieje, Wojna w Rogu Afryki też nie. Ciągłe zadymy w niemal każdym zakątku Ameryki Łacińskiej również nikogo nie ruszają, w przeciwieństwie do śmierci Maradony.
Nie dziwmy się zatem, że niemające pojęcia o istnieniu świata innego niż mediach społeczeństwo, nie jest w stanie zauważyć, że to co zaproponował Polsce liberalizm przeniosło nas wprost do struktury społecznej panującej w Ameryce Południowej. Ta zaś charakteryzuje się tym, że demokrację zmienia już to na rządy populistów, już to na jakąś inną juntę.

Od wielu lat mnóstwo polityków chce wmówić ludziom, że Władimir Putin to idiota. Bo tylko idiota każe zabijać swoich przeciwników, po to, żeby wszyscy wiedzieli, że to on stał za morderstwami. Annę Politkowską w Rosji znała garstka ludzi. Dziennikarka nie miała zatem najmniejszych szans, by stać się dal Putina, kimś kogo trzeba się było pozbyć. A jednak ją zabito. Litwinienko naopowiadał po wyjeździe z Rosji wszystko co mógł. Miał na to dużo czasu, tak samo jak wielu innych pracowników rosyjskich służb, którzy przenieśli się na Zachód i tam żyją z opisywania tego co chcą czytać i słuchać miłośnicy wolności i demokracji. Ale to Liwinienkę potraktowano polonem i to w taki sposób, że wszyscy wiedzieli, że to robota FSB. Po ataku Nowiczokiem” na kolejnego byłego agenta i jego rodzinę w Zjednoczonym Królestwie, kto chciał mógł dowiedzieć się, co to ten Nowiczok oraz to, że występuje on jedynie w Rosji i służy do zabijania ludzi niewygodnych dla Kremla.
Skoro jednak atak w Anglii nikogo nie zabił, a środek bojowy został zdekonspirowany, to dlaczego właśnie jego użyto do otrucia Aleksieja Nawalnego? Wytłumaczenie serwowane przez media mówi, że dlatego, że Putin boi się Nawalnego i postanowił do wyeliminować. I pewnie dlatego za Nawalnym jeździła od lat ta sama szpiegująca go na rzecz Kremla ekipa, której skład otoczenie Nawalnego dobrze znało. Potem zaś ktoś z dzielnych zabójców od Putina wykonał jego rozkaz i wlał Nowiczoka do butelki.
Zapewne dlatego, że rosyjskie służby nie mają pojęcia jak kogoś zabić, żeby nie został żaden ślad, że to zbrodnia a nie wypadek. Władimir Putin rządzi zatem strukturami zatrudniającymi kretynów, którzy nie mają pojęcia o mokrej robocie. Taka opinia przylgnęła do rosyjskich służb za sprawą mediów. Opinia ta oczywiście ma w sobie i to, że przełożonym takich kretynów nieudaczników, musi być jeszcze większy kretyn. Putin znaczy.
Nikt nie lubi być nazywany kretynem i idiotą. Putin też nie. I właśnie za to, a nie za wydumane poparcie społeczne dla Nawalnego ma do opozycjonisty pretensje. Dlatego zapuszkował go tuż po przylocie z Niemiec. Ale zamiast zesłać go na białe niedźwiedzie, Putin pozwala Nawalnemu nawet w pierdlu nie rozstawać się z komórką, dzięki której Nawalny jakby nie siedział.
Sushi prosi zatem, żeby ktoś wreszcie powiedział o co w tym wszystkim chodzi.

Kryzys amerykańskiej demokracji: kres czy nowy etap?

Dwudziesty stycznia 2021 przejdzie do historii jako dzień, w którym skończyła się najbardziej nieudana i groźna dla demokracji amerykańskiej kadencja prezydencka Donalda Trumpa a Stany Zjednoczone weszły w nowy etap swej politycznej historii – pełen znaków zapytania co do długotrwałych efektów czteroletnich rządów populistycznego autokraty.

Obejmujący władzę czterdziesty szósty prezydent Joe Biden ma wiele atutów pozwalających z pewną dozą optymizmu patrzyć w przyszłość. Jest politykiem bardzo doświadczonym, wieloletnim senatorem i przez osiem lat wiceprezydentem u boku Baracka Obamy. Reprezentuje umiarkowane skrzydło Partii Demokratycznej, co rodzi nadzieję, że uda mu się choćby częściowo zasypać przepaść, która tak ostro podzieliła społeczeństwo amerykańskie w pierwszych dwóch dziesięcioleciach obecnego wieku. Ma u swego boku wiceprezydent Kamalę Harris – pierwszą kobietę na tym szczeblu amerykańskiego systemu władzy, do tego córkę imigrantów o indyjskich i afrykańskich korzeniach, a zarazem jedną z najbardziej wyrazistych przedstawicielek lewicowego skrzydła partii. Ma wreszcie nowy prezydent oparcie w obu izbach Kongresu, w których Demokraci zdobyli, niewielką, ale liczącą się, przewagę.
Sojusznicy Ameryki – przywódcy państw demokratycznych – przyjęli wybór Bidena z entuzjazmem wyraźnie kontrastującym z ostentacyjną rezerwą manifestowaną przez Andrzeja Dudę, podobnie zresztą jak i przez przywódców Rosji, Turcji czy Białorusi. Nic dziwnego: wynik wyborów amerykańskich pozbawił ich nadziei na to, że autokrata w Washingtonie stanowić nadal będzie przeciwwagę w stosunku do postawy przywódców Unii Europejskiej w sprawie demokracji, rządów prawa i wolności obywatelskich.
To, co nastąpiło po listopadowych wyborach, skłania jednak do ostrożności w formułowaniu optymistycznych przewidywań. Wyjątkowość tych wyborów nie polega na tym, że przegrał urzędujący prezydent. To zdarzało się nieraz : po drugiej wojnie światowej trzykrotnie – w latach 1976 (przegrana Geralda Forda), 1980 ( przegrana Jimmy Cartera) i w 1992 ( przegrana G.D.W. Busha). Nigdy jednak nie zdarzyło się, by przegrany kwestionował wynik wyborów i głosił, iż zostały one sfałszowane ( czemu konsekwentnie przeczą wszystkie sądy, do których wpłynęło ponad sześćdziesiąt skarg na przebieg wyborów). Nigdy wreszcie pokonany prezydent nie użył ostatnich dni swego urzędowania na podburzenie zwolenników do fizycznego ataku na siedzibę Kongresu, a więc na swoisty zamach stanu – jedyny w historii tego państwa. Szósty stycznia 2021 okazał się ogniową próbą demokracji amerykańskiej. Obroniła się dlatego, że przed buntownikami nie skapitulował wiceprezydent Mike Pence i że rebeliantów nie poparło wojsko ( ani inne instytucje państwa). Było jednak blisko. Od wojny domowej nigdy demokracja amerykańska nie była tak zagrożona, jak w tym miesiącu, a też nigdy źródło zagrożenia nie tkwiło w Białym Domu.
Trump został (po raz drugi, co też jest unikatowe) postawiony przez Izbę Reprezentantów w stan oskarżenia. Jest to dopiero piąty raz w historii USA gdy prezydent zostaje oskarżony o złamanie konstytucji – przy czym, moim zdaniem, pierwszy, gdy oskarżenie ma tak poważne podstawy. Trzy razy prezydent stawał jako oskarżony przed Senatem i był przez to ciało uniewinniony: Andrew Johnson w 1868 roku, Bill Clinton w 1999 roku i Donald Trump w 2019 roku, przy czym zarzuty wobec Johnsona były wyraźnie sfabrykowane przez niechętnych mu radykałów, a zarzuty wobec Clintona i Trumpa – choć zasadne – nie były wystarczająco poważne, by uzasadniały pozbawienie ich urzędu. Tylko Richard Nixon zmuszony został do rezygnacji, by uniknąć nieuchronnego skazania go przez Senat (w 1974 roku), ale zarzuty wobec tego prezydenta dotyczyły nadużycia władzy dla sabotowania śledztwa w sprawie głośnego włamania do lokalu Partii Demokratycznej w hotelu Watergate – a nie próby obalenia siłą ładu politycznego. Obserwowałem tę aferę spędzając większość czasu na wykładach w USA i pamiętam, jak jednolite było wtedy społeczeństwo amerykańskie w potępieniu zachowania głowy państwa. Tym razem nie można wykluczyć wyroku skazującego – już po zakończeniu przez Trumpa kadencji, ale nie bez znaczenia dla jego politycznej przyszłości. Nie ma jednak klimatu powszechnego potępienia. Aż 197 republikańskich kongresmanów głosowało przeciwko wnioskowi o postawienie Trumpa w stan oskarżenia a miliony jego zwolenników nadal go popierają.
Donald Trump jest centralną postacią tego kryzysu demokracji amerykańskiej, ale byłoby naiwnością sprowadzać ten kryzys do jego działań. Prezydentura Trumpa była konsekwencją a nie przyczyną kryzysu politycznego, a sam ten kryzys narastał od lat.
Mówiąc o kryzysie demokracji w Ameryce mam na myśli załamanie się tego, co stanowi podstawę ładu demokratycznego: konsens głównych sił politycznych co do respektowania instytucji demokratycznych i co do podstawowych założeń polityki wewnętrznej i zagranicznej. Konsens taki istniał przez niemal cały okres po drugiej wojnie światowej powodując, że w literaturze naukowej często można było spotkać rozważania o zacieraniu się różnic miedzy dwiema głównymi partiami. Nie było to równoznaczne z całkowitym brakiem programowych podziałów. Zwłaszcza w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych walka o zniesienie segregacji rasowej spowodowała utracenie przez Partię Demokratyczną władzy na Południu, w stanach dawnej Konfederacji , i przesunęła Partię Republikańską na prawo. Proces ten uległ pogłębieniu w latach 1981-1989 za prezydentury Ronalda Reagana, ale mieścił się wciąż jeszcze w ramach szeroko pojętego konsensu demokratycznego.
Zaczęło się to załamywać na początku obecnego stulecia. W 2002 roku na prawym skrzydle Partii Republikańskiej pojawiły się zalążki ruchu nazwanego (przez analogię z protestem, z którego wyrosła amerykańska wojna o niepodległość) „patią herbacianą”. Przedstawicielą tego ruchu, była gubernator Alaski Sarah Palin została kandydatką na wiceprezydenta w wyborach 2008 roku, po których 19 lutego 2009 roku „Partia Herbaciana” została oficjalnie ukonstytuowana jako skrajnie prawicowe skrzydło Partii Republikańskiej. Dopiero jednak osiem lat później popierany przez nią Donald Trump zasiadł w Białym Domu (uzyskując zresztą mniejszość głosów wyborców, ale wyraźną większość głosów elektorów). Jego wygrana była tylko częściowo wynikiem tego, że znaczna część wyborców odwróciła się od bardzo doświadczonej, ale niezbyt popularnej Hilary Clinton. W grę wchodził rosnący protest znacznej części społeczeństwa przeciw kierunkowi, w jakim zmieniała się Ameryka.
W komentarzach amerykańskich socjologów i politologów na temat przyczyn obecnej sytuacji dominują dwie różne, choć nie wykluczające się narracje. Pierwsza (między innymi w wersji wielokrotnie prezentowanej przez Adama Przeworskiego – jednego z najwybitniejszych amerykańskich socjologów polityki, wychowanka Uniwersytetu Warszawskiego) kładzie nacisk na uwarunkowania ekonomiczne. Neoliberalny kapitalizm w wersji faworyzowanej przez Raegana zrodził niespotykany poprzednio wzrost nierówności ekonomicznych: bogacenie się najbogatszych, stagnację ekonomiczną a nawet regres w położeniu klasy średniej, a zwłaszcza ubożenie warstw ludowych. Biedniejsi żyją średnio o piętnaście lat krócej niż ludzie z 20 procent klasy „wyższej” (Małgorzata Durska, „Biedna biała Ameryka”, Gazeta Wyborcza, 16 stycznia 2021), co jest syntetycznym wskaźnikiem ogromnych rozpiętości w warunkach życia. Wielu z tych biedniejszych Amerykanów głosowało na Trumpa w 2016 roku i wielu (choć nie wszyscy) pozostali przy nim w zeszłym roku. Ich wybór mieści się w ogólnym trendzie, który obserwujemy też w Europie i który wyraża się w buncie klasy ludowej przeciw neoliberalnemu kapitalizmowi.
A Ameryce dochodzi jednak do tego inny problem: ostry sprzeciw wobec postępującego demontażu systemu dyskryminacji rasowej. Sprzeciw ten przybrał na sile ostatnio – jako reakcja na zdobywanie przez Afroamerykanów kolejnych pozycji w długiej walce o równe z „białymi” prawa. Jak w fizyce, każda akcja wywołuje reakcję. W tym wypadku jest to reakcja tej części „białej” Ameryki, która nadal nie może pogodzić się z tym, że sto sześćdziesiąt lat po wojnie domowej, która położyła kres niewolnictwu, czarnoskórzy Amerykanie stopniowo zdobywają prawa tak długo mim odmawiane. W tym sensie prezydentura Baracka Obamy była symbolicznym przełomem – entuzjastycznie przyjętym przez postępową część Ameryki, ale znienawidzonym przez rasistowską prawicę.
W 1937 roku John Dollard w głośnej monografii o stosunkach rasowych na amerykańskim Południu sformułował nowatorską wówczas tezę, że rasizm amerykański ma szczególnie silne oparcie wśród uboższych Amerykanów, dla których przywileje wynikające a przynależności rasowej były psychologiczną rekompensatą za ich upośledzenie ekonomiczno-społeczne.
W ten sposób zlewają się w jedno dwa nurty społecznego protestu: przeciw nierówności ekonomicznej i przeciw prawom mniejszości rasowych. Powstała z tego mieszanka ma wiele cech przypominających europejski faszyzm z lat międzywojennych. Jako jeden z pierwszych sygnalizował to Zygmunt Bauman w eseju napisanym po wyborach 2016 roku – na kilka tygodni przed śmiercią (i opublikowanym w półroczniku „Studia Socjologiczno-Polityczne. Seria Nowa” w 2017 roku). Od faszyzmu obecny autorytarny populizm różni miedzy innymi brak totalitarnej partii i całościowej ideologii, ale istnieją podobieństwa na tyle istotne, by pojawiało się pytanie, czy brunatna przeszłość może się odrodzić.
W styczniu 2021 roku demokracja amerykańska obroniła się przed najpoważniejszym wyzwaniem w jej historii, być może nawet groźniejszym niż secesja stanów południowych w 1861 roku, gdyż wymierzonemu w samo serce systemu demokratycznego – w wolne wybory. To powinno być źródłem nadziei. Nie mają racji ci publicyści i uczeni, którzy już ogłosili kres liberalnej demokracji. Nowi autokraci powinni na serio przemyśleć los Donalda Trumpa. „Będą spisane czyny i rozmowy” – by przypomnieć Miłosza. Jeśli upadł Donald Trump, nie ma powodu, by uważać pozycję jego wielbicieli w naszej części Europy za nienaruszalną.
Trzeba jednak także liczyć się także z gorszymi scenariuszami. Trump odchodząc nie zabiera z sobą konfliktów społecznych, które tak ostro podzieliły Amerykę. Stoi ona w obliczu wielkich problemów, których upadek niedoszłego autokraty nie likwiduje. Najbliższe cztery lata – okres prezydentury Joe Bidena – będą miały wielkie znaczenie dla losów demokracji – nie tylko w Stanach Zjednoczonych.

Bigos tygodniowy

Ziobryści, z kaczystami pospołu, szykują się do kolejnego zamachu na obywatelskie wolności. Zmierzają do tego, by nie można było odmówić przyjęcia mandatu, a nawet chcą wprowadzić obowiązek jego natychmiastowego zapłacenia. Post factum można by kierować swój sprzeciw do sądu i tam ewentualnie udowadniać swoją niewinność. Ujmując rzecz najbardziej lakonicznie – to zamiar perwersyjnego odwrócenia starej prawnej zasady, że to nie obywatel ma udowodnić swoją niewinność, ale jemu ma być udowodniona wina. Chodzi oczywiście przede wszystkim o prewencyjną pacyfikację przyszłych protestów, o efekt „mrożący”, mający zniechęcić do ich podejmowania. Widać z tego, że rządzący konsekwentnie dążą do całkowitego demontażu obywatelskich swobód i wolności, do zaprowadzenia standardów naprawdę niebezpiecznie zbliżających nas – to wbrew pozorom nie aż tak wielka przesada – do Korei Północnej. Wątłe brykanie gowinowców, którzy coś bredzą o wątpliwościach dotyczących zgodność proponowanych zmian z polskim porządkiem prawnym, nie zmieniają tej oceny. Kolejne antywolnościowe, konsekwentnie rozwijające zamordyzm pomysły nastąpią nieuchronnie.


Jeszcze nie tak dawno pisowcy odstawiali reprezentantów wysokiej kultury bycia, purystów językowych i harcerzyków („harcerz nie przeklina…”), potępiając wulgarny, knajacki język zaczerpnięty z podsłuchiwania opozycji, z tymi wszystkimi słowami na „k”, „p” i „cha”. Nagrani przez współtowarzysza partyjnego wałbrzyscy działacze PiS pokazali, że nie tylko przedstawiciele opozycji potrafią pofolgować językowi. Ciekawe było też co tym soczystym językiem przekazywali urbi et orbi, nie kryjąc wcale że „każdy jest pazerny, każdy by chciał coś”. Więcej, bystrze zauważyli, że niczym się nie różnią od członków partii opozycyjnych, tylko ich przywódcy nazywają się inaczej. W reakcji na te rewelacje Kaczor się wściekł, karnie rozwiązał tamtejszą terenową organizację i wykluczył jej wszystkich członków z partii. Podobno osobiście ma wybrać się do Wałbrzycha z prelekcją na temat kultury języka. Efekt będzie taki, że od tej pory, członkowie innych struktur PiS będą po prostu trzymać języka za zębami.


Ziobryści zbulwersowani wycięciem Trumpa z twittera za podżegające wpisy, chcą powołać Radę Wolności Mediów. Uwaga: piromani zbliżają się magazynu materiałów łatwopalnych.


Dopóki nie zostanie uchylony art.196 kodeksu karnego, dopóty nie można będzie można w Polsce nawet napomykać o wolności. W Płocku właśnie rozpoczął się proces o obrazę uczuć religijnych. Początek sprawy miał miejsce w kwietniu 2019 roku, gdy w okolicach tamtejszego kościoła pod wezwaniem św. Dominika, pojawiły się naklejki z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej w tęczowej aureoli. Warto przypomnieć, że ten naganny akt poprzedziło wystawienie w tym kościele właśnie Grobu Pańskiego z napisami LGBT, gender, zestawionymi z wyrazami agresja, egoizm, hejt i temu podobnymi. Bigos Tygodniowy poinformuje Czytelników o finale tej sprawy niezawodnie.


W minioną sobotę TVPiS wyemitowała fragmenty mszy, jaka miała miejsce w kościele w Starachowicach. Msza odbyła się w intencji zmarłej osiem lat temu Jadwigi Kaczyńskiej, a słowo spod ołtarza wygłosił Kaczyński Jarosław. Nie było to takie zwykłe słowo, bo Kaczor mówił nie tylko o zmarłej, ale wygłosił faktycznie orędzie do ludu pisowskiego. I tak omówił sytuację polityczną w kraju, skrytykował poprzednie rządy, ostrzegł, że zło atakuje nasz kraj, ojczyznę, naród, kościół katolicki. Jednocześnie zażądał obrony przyzwoitości w życiu publicznym. Byłoby śmiesznie, gdyby nie było strasznie. Jak widać i słychać sojusz kościoła i władzy trzyma się mocno, choć wykorzystywanie prywatnej uroczystości do celów propagandowych jest delikatnie pisząc wielce niestosowne.


Apostazja zatacza coraz szersze kręgi. Coraz więcej ludzi zbrzydzonych praktykami Kościoła katolickiego formalnie opuszcza jego szeregi. Kłody rzucane przez funkcjonariuszy Kościoła katolickiego apostatom i apostatkom, tego procesu nie zatrzymają, a jedynie irytują.


W latach 2017-2019 blisko 2 tysiące polskich dzieci podejmowało próby samobójcze. Niedoinwestowana psychiatria dziecięca potrzebuje każdej złotówki. Jednak wszystko wskazuje na to, że nie uzyska 80 milionów złotych na ten cel, albowiem w trakcie debaty budżetowej senatorowie PiS gremialnie zagłosowali przeciwko takiemu rozwiązaniu. Teraz ustawa wraca do Sejmu i ciekawe, co Zjednoczona Prawica z tym fantem zrobi. Należy się obawiać, że „klepnie” to rozwiązanie, choć „wszystkie dzieci są nasze”. Dla przypomnienia pisowska ekipa była i jest hojna, ale nie dla wszystkich dzieci już urodzonych. Przypomnijmy, że kasa była na wybory „kopertowe”, „transakcje” resortu Szumowskiego z instruktorem narciarskim i handlarzem bronią, były i będą miliardy na media narodowe, czyli pisowskie szczujnie, ale psychiatria dziecięca mało medialna jest. A poza to nie krąg wyborców PiS.


Sędzia Igor Tuleya jest w coraz większych opałach za swoją hardą postawę w obronie praworządności. Po uchyleniu przez nieprawną Izbę Dyscyplinarną SN immunitetu, właśnie został wezwany na przesłuchanie do Prokuratury Krajowej jako podejrzany o przestępstwo z art.241 k.k. Jeśli się nie stawi, zostanie zatrzymany, ani chybi skuty kajdanami i doprowadzony przed oblicze prokuratora. Tymczasem Unia Europejska milczy.


W PiS żałoba, na Kapitolu szykuje się zmiana warty, do historii przechodzi Trump, Donald Trump. Mistrz i guru, mentor, żywy wzór do naśladowania, nasz amerykański przyjaciel odchodzi w niesławie. Duduś nie będzie miał kogo wielbić synowską miłością. Jaka szkoda! Już nie przyjedzie do Polski z garścią paciorków na prezenty i tanimi pochlebstwami. Do Białego Domu wchodzi neomarksistowska ekipa Joe Bidena.

Sushi con carne

W Waszyngtonie wszyscy dyskontują szturm na Kapitol. Polityczne bicie piany ma przynieść korzyści tak Republikanom, jak i Demokratom, którzy za parę dni wezmą całość władzy. Trumpowi nic się nie stanie, może poza tym, że po 20 stycznia ktoś w końcu przyjrzy się jak płacił podatki. I prawdopodobnie w ten właśnie sposób zakończy się polityczna kariera „obrońcy uciśnionych Amerykanów”, który przez całe życie nie robił nic innego, jak zdzieranie z najuboższych skóry. Ameryka zrobi zatem z ex prezydentem to co zrobiła dawno temu z Alem Capone.
Jest jednak z całej tej zadymy na Kapitolu parę plusów. Będące – nie wiedzieć czemu dla wielu – wzorcem demokracji Stany Zjednoczone dzięki gromadzie ześwirowanych supremacjonistów, wyszły na to czym są – na państwo, któremu do sprawności wiele brakuje. W innym świetle stawia to reakcje rządu amerykańskiego na tajfuny, trzęsienia ziemi, czy niekończące się pożary. Niesprawność widać jest w system amerykański wpisana.
Na całym świecie protesty, nawet gwałtowne odbywają się niemal codziennie. W Berlinie Kreutzberg płonie co roku 1 maja, w Paryżu żółte kamizelki grasują od wielu miesięcy czyniąc niezłe spustoszenia, u nas stada górników niegdyś próbujących opanować Sejm, zmieniły się w narodowców podpalających stolicę 11 listopada. Tyle tylko, że te zadymy nie kończą się 5 trupami. Wzorzec cnót demokratycznych zwany USA pokazał, gdzie ma obywateli – abstrahując od ich poglądów czy postawy – i uznał, że amerykańskie święte prawo do posiadania i noszenia broni musi skończyć się tym czym dawno temu na Dzikim Zachodzie.

Jajogłowi w Europie i Stanach mają problem z odcięciem Trumpa od Twittera Facebooka i You Tube’a. Mimo, że cieszą się, że Trump został ośmieszony tym posunięciem, opowiadają o ataku na wolność słowa. Słusznie skądinąd, bo wolność wypowiedzi jest rzeczą kto wie, czy nie najistotniejszą. Krytycy zamknięcia internetu prezydentowi zapominają jednak, że wszystkie te platformy komunikowania się miliardów ludzi są własnością, nie państw, nie rządów, ani nawet nie ministerstw. Należą do prywatnego kapitału. Ten zaś ma psie prawo, żeby na swoim podwórku robić co chce. A jak nie chce, to nagle przypomni sobie o mowie nienawiści, o nawoływaniu do łamania prawa i takich tam. Kiedy Trump się świetnie w portalach komunikacyjnych sprzedawał, to tam był. Teraz, gdy Kongres i Senat USA zagroziły, że każą się tym mediom podzielić w ramach demonopolizacji, to Trump stamtąd zniknął. Ciekawe dlaczego?
Niestety nie ma szans, aby z fejsa, insta, czy Twittera, przestały płynąć kłamstwa na tematy wszelakie. Nie ma mowy, żeby zabronić wypisywać tam bzdur o płaskości Ziemi, nieistnieniu drobnoustrojów, czy cudownych właściwościach diety z rzeczy znalezionych na śmietniku, popijanych własnym nieprzegotowanym moczem.
Głupoty i kłamstwa z obiegu publicznego nie da się wyeliminować ustawowo. Ci, którzy uważają inaczej, sądząc, że ktoś powinien weryfikować prawdziwość twierdzeń w internecie – mylą się. Albo są ekspozyturą takich, będących depozytariuszami jedynej słusznej prawdy. Takiej w jaką wierzyli zwiedzający Kapitol, palący w piecach podludzi, czy głosujący na populistów lub fanatyków.
Na głupotę lekarstwem jest tylko oświata i nauka. Ale prawdziwa, a nie taka w której jedni mają swoich mianowanych przez się profesorów, a inni innych. Też przez siebie mianowanych. Świat nauki jest nader niedemokratyczny. I dlatego panuje w nim ład. Wszyscy liczcy się badacze doskonale wiedzą, kto jest wybitnym mózgowcem, a kto hochsztaplerem. Wiedzą dzięki temu, że czytają. Nie bzdury wypisywane w portalach społecznościowych, ale artykuły i prace naukowe.
W świecie nienaukowym czyta się zaś tylko tytuły i czasem tylko to, co pod nimi – jak w internecie. Na resztę nikt nie ma czasu ani ochoty. To zaś efekt tego, że dziś wszyscy młodzi ludzie kończą szkoły według tzw. systemu bolońskiego. Dzięki któremu magistrów i doktorów mamy w bród, zaś zwyczajnie mądrych ludzi cechujących się myśleniem – coraz mniej.

Z tego, że głupich w każdej społeczności jest przytłaczająca większość zdają sobie sprawę rządy. Wszystkie rządy – żeby było jasne. Dlatego od początku pandemii bardziej udają, że coś robią, niż robią w rzeczywistości. Nagminny bezsens badania temperatury w miejscach publicznych nie przestał obowiązywać w wielu krajach nawet gdy pojawiły się setki badań dowodzących, że nie ma to najmniejszego sensu, a tylko generuje niepotrzebne koszty.
Rządowe prośby o masowe oddawanie osocza przez covidowych ozdrowieńców trwają do dziś, choć wszystkie autorytety medyczne, z WHO na czele, parę miesięcy temu stwierdziły, że takie terapie nie działają. Rządy bowiem wiedzą lepiej.
Dlatego w Europie nie są w stanie powiedzieć, że produkcja szczepionek przez najbliższe miesiące nie pozwoli zabezpieczyć społeczeństw. Wolą opowiadać o procedurach, kolejnościach i – tak jak we Francji – o tym, że żeby zaszczepić kogoś, to trzeba z nim najpierw rozmawiać przez co najmniej jeden dzień.
Zamiast prawdy, państwa wolą serwować społeczeństwom kolejne obostrzenia i lockdowny. Skądinąd słusznie, bo gdyby obecna fala zachorowań wezbrała i zaangażowała wszystkich medyków z pielęgniarkami i ratownikami medycznymi włącznie, to nie miałby kto szczepić. Miast tej oczywistej prawdy rządy wolą jednak utrzymywać w społeczeństwach przekonanie, że panują nad wszystkim i wiedzą znacznie więcej niż wiedzą. Obywatele muszą wszak wiedzieć, że władzę mają mądrą i skuteczną.
Pokłosiem takiego punktu widzenia jest masowe testowanie obywateli. Miało to sens, gdy ognisk było na tyle mało, że dawało się je wyodrębnić i zarazę ograniczyć. Dziś koronawirus rozlazł się w takim stopniu, że test na niego pokazuje jedynie, że dwa-trzy dni wcześniej nie było się chorym na covid. Nie ma zaś żadnej pewności, że osoba z negatywnym wynikiem testu nie zaraża. W tym kontekście dobre słowo należy się polskiemu rządowi. Już parę miesięcy temu olał masowe testowanie i wzywa na nie tylko tych, którzy mają objawy. Czyli najwyżej 20 proc. chorujących. Stanu epidemicznego to nie poprawia, ale przynajmniej mniej kosztuje. Dlaczego jednak pan minister Niedzielski nie powie, że jak podawana przez niego liczba dobowych zakażeń wynosi 10 tysięcy, to znaczy, że wirus dopadł tego dnia 50 tys. osób – bez albo skąpoobjawowo.
Powiedzenie prawdy mogłoby zaszkodzić. Bowiem ciemny lud mógłby być zły, że w zakażeniach nie ustępujemy innym krajom.

Amerykańska demokracja

Ostatnie dni pokazały, że demokracja amerykańska, pomimo jej wielu wad, anachronicznych rozwiązań ustrojowych i głębokich podziałów społecznych, potrafi się bronić. Urzędujący Prezydent, mający nadal bardzo liczny elektorat, w tym liczną grupę zatwardziałych wyznawców, nie zdołał zablokować procesu przekazywania władzy po przegranych wyborach prezydenckich.

Wyraźna większość w Kongresie, z udziałem znaczącej liczby członków jego własnej partii republikańskiej, zarówno w Izbie Reprezentantów jak i w Senacie – stanęła na gruncie prawa, faktów oraz zdrowego rozsądku i wspólnie potwierdziła wynik wyborów elektorów i i ich decyzje w poszczególnych stanach. Zrobiła to, zgodnie z Konstytucją, pod przewodnictwem urzędującego Wiceprezydenta Mike’a Pence’a, zastępcy Donalda Trumpa, pomimo brutalnych nacisków samego Prezydenta jak i próby zastraszenia przez podburzony przez niego tłum zwolenników, który zajął budynki Kongresu na Kapitolu.
Wcześniej Prezydentowi oparły się sądy stanowe i federalne, łącznie z Sądem Najwyższym, do którego, w trakcie swojej kadencji, Donald Trump mianował trzech nowych sędziów, zwiększając udział nominatów prezydentów republikańskich w tej najwyższej instancji sądowniczej do dwóch trzecich.
Oparły się również Prezydentowi władze stanowe, organizujące wybory i nadzorujące proces liczenia głosów, nie tylko demokratyczne, ale również republikańskie.
Nie zgodził się na łamanie prawa również jego własny Sekretarz Sprawiedliwości – Prokurator Generalny i inni przedstawiciele jego własnej administracji.
Na szczególny szacunek zasłużył Mike Pence, do tej pory wierny wykonawca polityki Trumpa, który potrafił odmówić szefowi i nie tylko przeprowadził, zgodnie z Konstytucją, procedurę zatwierdzenia wyników wyborów w Kongresie, ale podjął również decyzję o wysłaniu Gwardii Narodowej na ulice Waszyngtonu dla wsparcia policji w przywracaniu porządku i ładu na wzgórzu kapitolińskim i w całej stolicy.
Władza Prezydenta USA jest ogromna, a pomimo tego wszystkie instytucje państwowe wykazały odporność na jego bezprawną presję. To świadczy o dojrzałości demokracji i właściwym balansie między władzą ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą.
Przed nową administracją J. Bidena stoją jednak ogromne wyzwania.
Największe to niezbędne zmniejszenie podziałów społecznych, etnicznych, rasowych, a zwłaszcza majątkowych. Nie będzie to oczywiście możliwe bez wyzwolenia nowych czynników wzrostu i rozwoju, w tym wsparcie dla przemysłu w interiorze amerykańskim.
W wymiarze politycznym demokraci Bidena, ale również sami republikanie muszą zdjąć wiatr z populistycznych żagli Trumpa, ujmując wiele z realnej frustracji społecznej.
W innym wypadku dzisiejszy sukces amerykańskiej demokracji może okazać się krótkotrwałym.

Zapowiedź przyszłości

W słynnym Człowieku z wysokiego zamku Philipa K. Dicka główni bohaterowie żyją w rzeczywistości tak pogmatwanej i nierealnej, że aby móc w niej funkcjonować i w ogóle jeszcze podejmować jakiekolwiek decyzje sięgają po mistyczną Księgę Przemian. Jednakże jej stosowanie często tylko pogłębia absurdalność ich zachowań i decyzji. Posiadają jednak dobrą wolę, która ostatecznie pochodzi z odpowiednio nastawionego kompasu moralnego.

W przypadku zamieszek na Kapitolu mamy do czynienia z sytuacją bliską wizjom pisarza science fiction. Stany Zjednoczone dziś to walczący z demokracją prezydent, który nie uznaje wyników wyborów. To szerokie i głęboko prawicowe masy sprzeciwiające się procesom demokratycznym i ogromny społeczny gniew w stosunku do tego, co przynosi ze sobą aktualna polityczność. Walczący przeciwko wynikowi demokratycznych wyborów posiadają własne księgi, własny język i zupełnie odrębną kulturę polityczną; nieprzekładalną na język legalnego procesu wyborczego.
Pokłosie
Zamieszki są zawinione przez republikańskie elity i są pokłosiem zagrzewania wyborców Donalda Trumpa do walki o życie przeciwko wielkiemu „spiskowi” i „oszustwu”. Ten znaczący antydemokratyczny zryw posiada jednak znacznie głębsze źródła i jest zapowiedzią zaostrzającej się walki politycznej, która w bliskiej przyszłości rozsadzi kapitalistyczne demokracje.
To nie jest klasyczna historia buntu wykluczonych. Wyborcy Donalda Trumpa są przeciętnie bogatsi od wyborców Joe Bidena. Tego ostatniego wspiera też większość spośród najbiedniejszych gospodarstw domowych.
Donalda Trumpa wspiera natomiast większa część oligarchii i kapitalistycznych elit, które szczególnie dużo zyskały na cięciach podatkowych wprowadzonych przez ustępującego prezydenta. Za Donaldem Trumpem stoi wielki sojusz sił, które w klasycznych narracjach z teorii marksistowskiej zostałyby określone mianem sił klasycznie reakcyjnych.
To ludzie bogatsi, a także mieszkańcy odciętej od globalizacji głównego nurtu prowincji, która pragnie powrotu do przeszłości. Miasta i miejski proletariat to bastion poparcia Demokratów. Zwolennicy Trumpa są zaś zasadniczo tymi, którzy czują się poszkodowani przez nabierający tempa proces proletaryzacji i tracą poczucie przynależności do świata nowoczesnych wartości. Nie są to jednak zwyczajni obrońcy patriarchatu, seksizmu, czy klasycznego konserwatyzmu, ale raczej ludzie, którzy tęsknią za brakiem i próżnią powstałą wskutek śmierci tych wartości. To epigoni konserwatywnej ameryki i amerykańskiego snu lat 60-tych – epoki sprzed neoliberalnych cięć.
To ci, którzy odczuwają ogromną tęsknotę za Stanami Zjednoczonymi bez równiejszych (obyczajowo) szans, ale z większą rolą białej i konserwatywnej klasy średniej, która w okresie przed neoliberalizmem znacznie bardziej korzystała ze zdobyczy kapitalistycznej oligarchii.
Aktywne chłopstwo
Sytuacja ta przypomina nieco moment historyczny opisywany przez Karola Marksa w 18 brumaire’a Ludwika Bonaparte. W tamtym przypadku mieliśmy do czynienia z chłopstwem, które wspierało nowego cesarza, ponieważ tęskniło za starym cesarstwem. I takim sposobem politycznie aktywne chłopstwo wsparło tego, który ostatecznie był przede wszystkim rzecznikiem elit i bynajmniej nie przysłużył się interesom swoich mniej majętnych i zagubionych sojuszników.
W ten sam sposób „rewolucja”, którą celowo stymulował Trump jest w rzeczywistości kontrrewolucją i działaniem przeciwko amerykańskiej miejskiej klasie pracującej. Donald Trump rzeczywiście reprezentuje jednak tych, którzy czują się porzuceni i pozostawieni na marginesie amerykańskiej historii i kultury.
Jego zaplecze to ogromne masy ludzi, którzy utracili swoje dawne tożsamości i jednocześnie sprzeciwiają się też nowym tożsamościom, które już rozwinęły swe skrzydła.
Najgłupsze teorie
Tłum, który wdarł się na Kapitol prędzej wesprze najgłupsze teorie spiskowe dotyczące płaskiej Ziemi i spisków iluminatów niż będzie skłonny poprzeć postępowy feminizm, ruch ekologiczny, czy w ogóle jakiekolwiek odmiany nowoczesnej lewicowości. Celem tego ruchu jest walka o powrót do złotych czasów amerykańskiego imperializmu. Te nigdy już jednak nie wrócą.
Ten brak wykrystalizowanej tożsamości politycznej jest przy tym wyjątkowo niebezpieczny. Do czynienia mamy już także jednocześnie z narastającą agresją przeciwko całemu systemowi, który nie udziela reprezentacji sierotom po „Wielkiej Ameryce”. Taką reprezentacją nie był też przecież wcale Donald Trump, który był jedynie „Ludwikiem Bonaparte” niezadowolonych: przypadkowym i fałszywym prorokiem.
Wykluczeni i wydziedziczeni
Ustępujący prezydent zbierał poparcie, a następnie pozorował reprezentowanie gniewu i niezadowolenia swoich wyborców. W praktyce cały czas działał jednak przeciwko swojej wyborczej bazie i na rzecz oligarchów, którzy sami doprowadzili przecież do tego, że znaczna część amerykańskiego społeczeństwo stała się wykluczona i wydziedziczona ze swojej tożsamości politycznej.
Odejście Donalda Trumpa stworzy miejsce dla kogoś dużo gorszego, kto z pewnością spróbuje wykorzystać ten polityczny kapitał, drzemiący pod grubą warstwą politycznej alienacji. To prawdziwa mieszanka wybuchowa.
Mamy bowiem do czynienia z – jakby to określił Stefan Czarnowski – ludźmi systemowo zbędnymi, którzy tym samym stają się ludźmi niezwykle potrzebnymi dla czekającego już za rogiem faszyzmu. Stan derealizacji prawicowego elektoratu zawsze był tym idealnym do narzucania najbardziej nawet radykalnych i niebezpiecznych wersji prawicowej ideologii.
Koniec pewnej iluzji
Wejście na Kapitol to również koniec iluzji wielkości amerykańskiej demokracji. I wcale nie dlatego, że grupa protestujących nawiedziła siedzibę parlamentu i złamała podejrzanie niski poziom zabezpieczeń, czy też dlatego, że podczas starć zginęły cztery osoby (więcej niż w czasie wszystkich protestów na Białorusi w całym 2020 roku).
Łatwość z jaką doszło do całej sytuacji pozwala podejrzewać, że cała akcja miała charakter zaplanowany. Mieliśmy do czynienia z nieudanym zamachem stanu, którego celem było postawienie pod ścianą amerykańskiego wiceprezydenta i jednoczesne sparaliżowanie zdolności parlamentu do zatwierdzenia wyniku wyborczego.
Na poziomie bardziej ogólnym zamieszki te są przede wszystkim dowodem na to, że w łonie rzekomo głęboko demokratycznej Partii Republikańskiej narodziły się siły zdolne zabić już nawet sam formalny proces wyborczy. Republikanie (przez prezydenta Donalda Trumpa) dali dojść do głosu ludziom faktycznie dążącym do siłowego rozwiązywania politycznych sporów i do zanegowania elementarnych zasad parlamentaryzmu.
Złudzenie pokoju
To zasadnicza nowość i porzucenie nawet tej dotychczasowej, totalnie fasadowej demokracji, dającej złudzenie społecznego pokoju. Pozorowana demokracja w USA działała dotychczas głównie dlatego, że wciąż jeszcze dawała społeczeństwu złudzenie realnej reprezentacji. Było tak pomimo tego, że „demokracja” w Stanach Zjednoczonych funkcjonuje przecież na zasadzie kapitalistycznego kupowania głosów za pomocą pieniędzy i przy kluczowym wsparciu ze strony korporacji i prywatnych lobbystów. Mimo to iluzja ta była wyjątkowo skuteczna. Ale nigdy już nie będzie skuteczna w tym samym stopniu.
Pożywka dla prawicy
Ci wszyscy ludzie, których zebrał wokół siebie Donald Trump nie rozejdą się wraz z nastaniem nowego prezydenta. Doświadczenie łatwego szturmu na Kapitol wzmocni też prawicowych radykałów i stanie się pożywką dla skrajnie prawicowych bojówek, i dla wszystkich zafascynowanych siłowym sposobem rozwiązywania politycznych sporów. W kraju pełnym broni i prawicowego fundamentalizmu zwiastuje to nadejście ery konfrontacji i walk o niespotykanej dotąd skali. Wydarzenie to stanie się wielkim mitem założycielskim dla całego nowego pokolenia amerykańskiego alt-rightu.
Bardzo wiele zależy też od reakcji samych Demokratów i tego, czy pociągną oni Donalda Trumpa do odpowiedzialności karnej za wydarzenia, które zostały zainicjowane przez wiec zorganizowany właśnie przez niego i przez jego własną propagandę polityczną. Brak kary za zainicjowanie realnej próby zamachu stanu to ustępstwo, które będzie drogo kosztować. Tuż za rogiem czekają już siły znacznie gorsze od kończącego się właśnie prezydenta. Demokratyczną receptą na poczucie głębokiego, politycznego wyobcowania znacznej części amerykańskiego społeczeństwa może też być szybki skok w nową, „patriotyczną” i jednoczącą naród wojnę.

Na posag Kurskiego?

Dlaczego ludzie lewicy mają płacić za publiczne obrażanie ich w TVP i Polskim Radiu?
Będzie drożej. Nowy rok wita nas serią nowych podatków i podwyżką starych. Wśród nich abonamentu radiowo- telewizyjnego. Podatek ten ma umożliwić realizację „misji publicznej” telewizji TVP SA i Polskiego Radia.
Nie publiczne
Za czasów rządów PO-PSL związani z nimi prezesi TVP i Polskiego Radia starali się jeszcze zachować pozory „publiczności” TVP i Polskiego Radia zachowując niektóre „misyjne” programy, lub prezentować je w nieatrakcyjnych dla reklamodawców godzinach. Tak było z publicystyką kulturalną, polityczną, teatrem radiowym i telewizyjnym, audycjami dokumentalnymi.
Po przejęciu TVP przez elity PiS programy „misyjne” zostały skanalizowane w niszowych TVP Kultura i TVP Historia. A potem radykalnie ograniczone. Dwa najbardziej popularne publiczne kanały TVP 1 i TVP 2, mają teraz ofertę programową wypraną z audycji „misyjnych”. W istocie nie są już mediami „publicznymi” w sensie ustawy o radiofonii i telewizji, tylko telewizjami i radiami o komercyjnych ofertach programowych posiadanymi przez państwo polskie.
Pora zadać pytanie:
Dlaczego obywatele naszego państwa mają płacić podatek na media publiczne skoro te media już publicznymi nie są?
Dlaczego podatnicy polscy mają płacić na Teatr Telewizji, którego roczne premiery można policzyć na palcach jednej ręki?
A kiedy już taką premierę mamy szczęście w TVP Kultura zobaczyć, to przed i po audycji, otrzymujemy obowiązkowy blok reklam, z którego dowiadujemy się, że „sponsorem teatru” były znana spółka skarbu państwa i firmy farmaceutyczne.
Zatem za co opłacający abonament radiowo- telewizyjny obywatele płacą?
Za koszty niszowej, zanikającej „misji kulturalno – oświatowej” czy kolejnego małżeństwa pana prezesa Kurskiego?
Propagandowe rządowe
Zarządzający TVP i Polskim Radiem nie kryją już, że tworzą prorządowe tuby propagandowe PiS. Media prawicowe. Narodowo- katolickie.
Uzasadniają taką swą działalność koniecznością zapewnienia „pluralizmu mediów” w naszym państwie. Twierdzą, że skoro największe media komercyjne, jak telewizja TVN, radia Zet i TOK FM, portale Onet i WP mówią głosem opozycji politycznej, to dla konieczności istnienia równowagi na rynku medialnym przez TVP i Polskie Radio musi przemawiać rząd, elity PiS i prezydent RP.
Niestety nie jest to prawdziwy pluralizm mediów. I równowaga na rynku medialnym. Przecież komercyjne „opozycyjne” media utrzymują się tylko z prezentowanych reklam, zaś „rządowe” TVP i Polskie Radio z powszechnego abonamentu, reklam, i ostatnio jeszcze dodatkowych miliardowych dotacji.
Łatwo zauważyć, że media rządowe są przez obowiązkowy abonament i dotacje faworyzowane.
Nie też mowy o równym statusie na rynku reklam. Tu też media rządowe mają uprzywilejowaną pozycję, bo pozyskują reklamy spółek skarbu państwa.
Najbardziej na tak konstruowanym „pluralizmie” cierpią ludzie o lewicowych poglądach w naszym kraju. „Opozycyjne” media komercyjne sprzyjają liberalnej Platformie Obywatelskiej. Czasem pokażą parlamentarzystów lewicy. Ale lewicowych publicystów, ekspertów już nie. Nie prezentują też te „opozycyjne” media lewicowych programów i punktów widzenia. Lewicowej historii, kultury, wydarzeń artystycznych.
Rządowe, prawicowe, narodowo- katolickie TVP i Polskie Radio pokazują, na zasadzie listków figowych, lewicowych parlamentarzystów. Poza nimi w swych audycjach zwalczają wszystko co lewicowe i z lewica im się kojarzy. Kłamią stale i obrażają ludzi lewicy.
Pora zadać pytanie:
Czy za taki „pluralizm” mediów, za taką ofertą programową TVP i Polskiego Radia, ludzie o lewicowych poglądach mają podatek płacić?
Czy mają utrzymywać tych, którzy ich regularnie obrażają i plugawią wartości lewicowe ?
Rządowe TVP i Polskie Radio są tak obecnie źle zarządzane, że nie potrafią już utrzymać się tylko z abonamentu i pozyskiwanych reklam. Potrzebują dodatkowego, corocznego wsparcia w wysokości 2 miliardów złotych.
Pieniądze te pochodzą z budżetu państwa polskiego, czyli naszych podatków.
To oznacza, wszyscy obywatele naszego państwa muszą płacić dwa przymusowe podatki na media służące tylko jednej partii politycznej.
Warto przypomnieć, że w kampanii wyborczej w 2015 roku opozycyjny wtedy PiS obiecywał rozwiązać problem niepopularnego i nieefektywnego już abonamentu radiowo- telewizyjnego.
PS. Wedle „Wiadomości” TVP najbardziej doniosłym wydarzeniem na świecie był sylwester TVP w Ostródzie.
A ostatni atak na waszyngtoński Kapitol skomentowano w TVP Info : „Zamieszki na Kapitolu. Część demonstrantów zaczęła zachowywać się na sali obrad jak polska opozycja”.

Osieroceni przez Trumpa: domorośli stratedzy PiSu i westernowi Konfederaci

Prawica żywi się ideologicznie historycznymi odpadkami.

Z jednej strony są to resentymenty klas pracowniczych, które zmiażdżył neoliberalny walec: ograniczane usługi publiczne, słaby status pracownika, reformy podatkowe na korzyść bogatych. To wszystko razem rodzi frustrację, gniew jako następstwo destrukcji kompromisu klasowego między kapitałem a pracą trzech powojennych dekad. „Pas rdzy” ze stolicą w Kansas City, zubożały wskutek emigracji prac do Azji, zaufał w r. 2016 prawicowemu populiście Donaldowi Trumpowi.
Tak jak oni krytykował elity pieniądza, uniwersytecką merytokrację, wyzwolonych obyczajowo mieszkańców metropolii, czyli ludzi, którzy zgotowali im ten los. Ale biednego los karze podwójnie. Najpierw uderza po kieszeni, potem odbiera rozum. Ten zaś programują fundamentalistyczni kaznodzieje w imieniu „moralnej większości” jak Jerry Falwell, trybuni anarchokapitalizmu walczący z federalnym rządem i publicznymi usługami. Dają sobie wmówić, że ich amerykańskie marzenie o domku na przedmieściu, dobrze płatnej pracy by się spełniło, gdyby do kolejki nie wpychali się intruzi z całego świata, których skóra mieni się bogatą paletą barw.
Dzięki takiej obróbce umysłów protest społeczny przekształcił się w tym kraju w wojnę kulturową, w wojnę o zachowanie „poczętego życia”, tradycyjnej rodziny, a zwłaszcza zapewnienie jej bezpieczeństwa dzięki posiadanej broni.
Ich irracjonalizm w definiowaniu przyczyn własnego położenia dziedziczą ruchy prawicowe w Europie pod flagą Tradycji-Rodziny-Własności (Geneva Consensus Declaration przeciw prawu do aborcji, kontestowanie antyprzemocowej Konwencji Stambulskiej).
Dzięki finansowemu wsparciu amerykańskich krezusów powstało wiele fundacji (American Center for Law and Justice, Alliance Defending Freedom) lobbingujących w kuluarach organów UE, w Radzie Gospodarczej i Społecznej ONZ, by powstrzymać a nawet odwrócić poszerzanie praw jednostki. W tym towarzystwie obraca się polskie Ordo Iuris.
Geopolityka Zagłoby
Polska prawica poczuła wiatr znad Atlantyku. Ma ona bardziej lub mniej skrywane konserwatywne wręcz niekiedy reakcyjne oblicze: hołubi nacjonalizm przeciwko procesom integracji w UE, anachronicznie rozumie bezpieczeństwo, także tożsamość kulturową, a stąd już blisko do islamofobii jak wcześniej antysemityzmu.
Budowanie tożsamości wokół narodowego kościoła czyni bliskimi hasła ksenofobiczne, homofobiczne i antyfeministyczne. Hołubi tradycyjną patriarchalną rodzinę, nie może się pogodzić z cywilizacyjną tendencją do coraz większej autonomii jednostki w wyborze stylu życia. Na tym gruncie pisowscy stratedzy budują kieszonkowe mocarstwo między Trzema Morzami, kultywując historyczne resentymenty wobec Rosji, Niemiec, z poczuciem niedokończonej misji cywilizacyjnej wobec wschodnich Słowian.
Ochoczo wpisują się w amerykańską geostrategię, choć nie rozumieją, jaką rolę pełni to mocarstwo w systemie światowym. Państwo amerykańskie, jak wszystkie imperia w dziejach, stało się po II wojnie światowej narzędziem tworzenia ładu światowego w interesie elit ekonomicznych. Ład ten służył po II wojnie światowej ekspansji amerykańskiego sektora przemysłowego, rozbudowanego na potrzeby wysiłku militarnego podczas tej wojny.
Początkowo była to „miękka” ekspansja gospodarcza i polityczna. Mitygował ją bowiem system Bretton Woods, oparty na wymianie dolara na złoto wg ustalonego parytetu, z mechanizmem kontroli przepływu kapitału i równoważenia bilansów handlu zagranicznego.
Obecny ład, zwany neoliberalną globalizacją, stworzyło amerykańskie mocarstwo na przełomie lat 70/80, począwszy od decyzji prezydenta R. Nixona o uwolnieniu kursu dolara. Służy on amerykańskim korporacjom z sektora zbrojeniowego, wydobywczego, finansowego i teleinformatycznego. Uczyniły one ze Stanów Globalnego Minotaura, przerabiającego, zdaniem Yanisa Veroufakisa, nadwyżkę światową na amerykańskie obligacje. Stanowią one namiastkę bezpieczeństwa oszczędności rentierów całego świata.
Ładu tego strzegą pływające fortece, samoloty F-16, wywiad penetrujący głęboko gabinety nawet sprzymierzonych rządów. W tym ładzie swoiste czarne dziury stanowią państwa, które samodzielnie kształtują narodową strategię, nie chcą być demokratyczne według amerykańskiej poprawki do konstytucji. Pozwala ona traktować korporacje jak jednostki, którym nie wolno ograniczać ani wolności słowa, ani wyboru reprezentanta.
Z tego powodu Amerykanie mają najlepsze organy władzy, jakie można kupić za pieniądze. Na celowniku jest Rosja, która jako jedyna w dziejach nie podporządkowała się Zachodowi. Własną drogą idzie kilka państw: Chiny, Iran, Indie, Boliwia, przynajmniej dopóty, dopóki nie okazało się, że posiada lit – tak cenny w produkcji baterii. Pisowscy stratedzy przesiąknięci są obsesją bezpieczeństwa, które daje potęga militarna, a ostatecznie równowaga strachu. Stąd ich militaryzm. Bliskie jest im spojrzenie na dzieje jako zmagania narodów o wielką przestrzeń, niebawem o opanowanie kosmosu.
Tym chętniej Polska wpisała się w strategię Trumpa: zatrzymania ekspansji handlowej i finansowej Chin (przyjęcie amerykańskiej perspektywy, tj. cyberbezpieczeństwa w ocenie technologii G-5, zakupy sprzętu wojskowego w tym kraju kosztem wydatków na naukę czy ochronę zdrowia, kompleks na tle Nord Stream 2, sprowadzanie kosztownego gazu łupkowego, który dewastuje środowisko naturalne). Na dodatek, amerykańskie technologiczne korporacje zainteresowane są głównie powierzchniami biurowymi, by tworzyć kolejne Mordory dla usług biznesowych (Warszawa, Kraków, Wrocław). To im premier rządu stręczy absolwentów wyższych uczelni, by jeszcze szybciej mógł rosnąć majątek Goldman Sachs czy Apple`a. Polska pod rządami PiSu staje się małym pomocnikiem wielkiego szkodnika. Tym samym na małą polską miarę prowadzi cywilizację do ekologicznej katastrofy z błogosławieństwem tzw. polskiej „klasy politycznej”, która bez wyjątku przyklaskuje tej strategii, na dodatek wspierają ją elokwentni endeccy zmartwychwstańcy, a także medialny komentariat.
Ład made in USA (konsensus waszyngtoński) służy amerykańskim korporacjom, ich akcjonariuszom, udziałowcom, amerykańskiemu sektorowi finansowemu. Ale już nie klasom pracowniczym. Amerykanie stanowią tylko około 4,5 proc. ludzkości świata, lecz na CORVID-19 zmarło blisko 20 proc. wszystkich ofiar wirusa – w społeczeństwie, które ma dochód per capita blisko 65 tys. dolarów. Uprawiają rabunkową gospodarkę m.in. pozwalają wtłaczać 15 mln litrów wody na jedno szczelinowanie, by wycisnąć gaz ze skały.
I przede wszystkim rozwinęły wyczynowy model kapitalizmu – eksploatującego przyrodę, pracę i życie ludzkie (kraj ludzi wielkiego formatu, przynajmniej dosłownie).
Jeśli weźmiemy pod uwagę społeczeństwo, które powstało za oceanem, jego stosunek do eksploatacji surowców, poziom zużycia energii, ogromne zróżnicowanie dochodów i majątków, nihilistyczny stosunek do ochrony klimatu, poziom zbrojeń, rozwijanie nowoczesnych technologii dzięki Pentagonowi, a więc zawsze potencjalnie o zastosowaniach militarnych – wszystko to skłania do porzucenia amerykańskiego modelu kapitalizmu, a tym bardziej amerykańskiej perspektywy oglądu świata. Brak w niej reakcji na wyzwania kryzysu ekologicznego. Bez odpowiedniej reakcji, a więc praktycznie gospodarki bez wzrostu gospodarczego, skończy się przygoda homo sapiens na jedynej planecie jaka nadal dostępna jest gatunkowi.

Jaka przyszłość?
Jednak świat urządzony na modłę amerykańskich korporacji zderza się z coraz większą potęgą chińskiej gospodarki – z rosnącym PKB, z coraz większą niezależnością technologiczną. Teraz też państwo Hanów tworzy rynki zbytu dla produktów publicznych i prywatnych firm, szuka surowców, lokat nadwyżki wynoszącej obecnie 3,3 bln dolarów. Ameryka prezydenta Trumpa, teraz Bidena, musi ugiąć się przed zmianą układu siły gospodarczej, czego doświadczyli Brytyjczycy i Francuzi po II wojnie światowej.
Geopolitycy prawią o pułapce Tukidydesa, a więc wojnie o ład światowy, dostosowany do potrzeb dominującej gospodarki. Jednak Chiny chcą tworzyć system wspólnej odpowiedzialności za sprawy światowe. To ład wielobiegunowy, z odrębnymi cywilizacjami lokalnymi.
Korzystając z ogromnych oszczędności tworzy warunki, by zapewnić gospodarce potrzebne surowce i rynki zbytu, ale bez baz wojskowych, bez uznawania, jak USA, jakichś obszarów za „strefy żywotnych interesów” (Bliski Wschód, a wcześniej Ameryka Łacińska). Polska podobnie jak Wspólnota Europejska stoi przed koniecznością własnej oceny Chin, własnego bezpieczeństwa militarnego i energetycznego. Wrogiem wszystkich jest System podporządkowany wytwarzaniu zysków dla rentierów, wrogami są władcy aplikacji, którzy dla siebie rezerwują decyzje, co dalej z energetyką, biotechnologiami, granicami prywatności ludzkiej. Linia frontu przebiega inaczej niż myślą stratedzy PiSu i ogromna większość z nas. Świat będzie inny, ale czy gorszy od obecnego?
Konfederaccy trybuni wolności gospodarczej
Podobnie, tylko na polu ideologii, czyni inny polski klon bliski amerykańskiej prawicy – konserwatywni wolnorynkowcy, konfederaci K. Bosaka. Ich wizja społeczeństwa bliska jest amerykańskiej rzeczywistości westernu: pełno ludzi bez stałej pracy, ładu i porządku broni policja według swego uznania, rząd daleko, kościół blisko.
Tylko notabli-właścicieli stad bydła zastąpili posiadacze pakietów akcji. Ich hasła przemawiają, głównie przez You Tube`a, do części millenilsów, o czym świadczy stałe 8. procentowe sondażowe poparcie. Idą łeb w łeb z lewicą. Sprawa poważna, ponieważ ten segment elektoratu prawdopodobnie zastąpi seniorów w rozstrzygnięciu wyborów parlamentarnych 2023. Dlatego trzeba stale konfrontować tę wolnorynkową utopię z realiami wyczynowego, globalnego kapitalizmu. Ich przekaz do młodzieży to radosne dziamborzenie o cudach wolnego rynku i błogosławionych przedsiębiorcach. Wystarczy dać im swobodę działania, by znów Factory stało się Ursusem cyfrowej ery. Tutaj szlak wytycza firma produkująca gry komputerowe CD Project, ale też można pokonać drogę od pucybuta, do wielkiej firmy jak CCC.
Najbardziej przeszkadza wolnej przedsiębiorczości państwo, podatki, które nakłada, standardy pracy i jakości produktów, które narzuca, paternalizm dotyczący zabezpieczenia na starość (zbrodnie ZUSu). Ich ideałem stał się mały „miś”: właściciel biura rachunkowego, kantoru, internetowego kramiku, bądź wykonawcy teleinformatycznych usług dla biznesu.
W tradycyjnym języku klasowym to żywotni drobnomieszczanie, którzy sprawnie łączą solidaryzm i konformizm wobec narodowej wspólnoty (jej religii, jej państwa, które chroni przed zagraniczną konkurencją) z wybujałym egoizmem i indywidualizmem w sferze gospodarczej.
Ale wolność gospodarcza istnieje też na południe od Sahary czy w Indiach – kraju miliarda samozatrudnionych. Czar pryska, kiedy ci Janusze biznesu zderzą się z prawdziwymi stachanowcami kapitalizmu jak Jeff Bezos z majątkiem, który pandemia powiększyła o kolejne miliardy dolarów (obecnie ponad 150 mld USD). Prawdziwi zwycięscy „gry rynkowej” są w centrum Systemu. Tworzą firmy-wydmuszki, które mają do zaoferowania jakiś nowy produkt czy usługę. Fabrykę zastępuje taśma produkcyjną oplatającą glob.
Ich konto mnoży się jak króliki, skoro oferują lokalnym firmom w Azji czy Europie Centralnej marżę operacyjną na poziomie 2-3 proc., oni sami zaś jako ogniwo końcowe, na przykład Microsoft, przejmują 30-40 proc. Inaczej jest na peryferiach. Tu znajdujemy mrowisko małych firm.
Jednak to plankton na początku łańcucha pokarmowego: poddostawcy, mikrofirmy, lokalni urzędnicy. Zbierają oni resztki z pańskiego stołu. Według danych Eurostatu na tysiąc mieszkańców działa w Niemczech 2,7 firm, w Polsce 3,9 (około 2,3 mln), w Grecji 6,6, w Portugalii 7,6. Nie są one innowacyjne, bo ich konkurencyjność bierze się z niskich płac.
Natomiast korporacja woli kontrolować rynek wiedzy naukowo-technicznej, by czerpać rentę z tzw. własności intelektualnej. Tylko taka przedsiębiorczość, której efektem jest gigakorporacja, pozwala trafić na listę „Forbesa”. Wcześniej jednak trzeba usunąć konkurencję za sprawą przejęć, fuzji, przejmowania start-upów, lokowania aktywów w różnych biznesach.
W ten sposób nowoczesne zbiurokratyzowane, planujące przedsiębiorstwo, zadaje ostateczny cios mikroekonomicznej ortodoksji o równej konkurencji o zyski, o roli własności prywatnej, o indywidualnej kreatywności. Wszystkie dążą do maksymalizacji giełdowej wartości firm, a pracownik bez względu na formę własności firmy staje się ostatecznie depresyjnym konformistą.
Ponadto tylko dwóch, trzech spośród setki chętnych może być przedsiębiorcami. Przed resztą stoi w najlepszym razie kariera specjalisty – najemnego pracownika korporacji, w gorszym: pracownika budżetówki, sektora usług personalnych, montażysty, półniewolnika w strefie specjalnej.
Oni mogą wypełnić życie bogactwem więzi międzyludzkich, ewentualnie serialami Netflixa. Potrzebne są nie tylko lekcje przedsiębiorczości, ale też zgodnego współdziałania. Szkoła powinna przygotować fachowca potrafiącego współpracować z innymi w firmie czy biurze, w środowisku życia i we wspólnocie narodowej.
Obecnie jednak 49 proc. młodych preferuje pracę na własny rachunek, a ich marzeniem jest własna firma (J. Czarzasty, A. Mrozowicki, Dziennik Gazet Prawna 73/2018). To rezerwuar sympatyków anarchokapitalizmu, przynajmniej dopóki nie zetkną się z jego realiami.
Czy polscy wielbiciele Trumpa, głosu populistycznej prawicy, coraz głębiej cofającej historyczny zegar, niekiedy o parę stuleci – zastanowią się, dlaczego ta droga prowadzi do klęski wyborczej? Nie mówiąc o wykoślawieniu procesu modernizacji polskiego społeczeństwa, który wciąż trwa od lat 90. XIX stulecia.