Kryzys amerykańskiej demokracji: kres czy nowy etap?

Dwudziesty stycznia 2021 przejdzie do historii jako dzień, w którym skończyła się najbardziej nieudana i groźna dla demokracji amerykańskiej kadencja prezydencka Donalda Trumpa a Stany Zjednoczone weszły w nowy etap swej politycznej historii – pełen znaków zapytania co do długotrwałych efektów czteroletnich rządów populistycznego autokraty.

Obejmujący władzę czterdziesty szósty prezydent Joe Biden ma wiele atutów pozwalających z pewną dozą optymizmu patrzyć w przyszłość. Jest politykiem bardzo doświadczonym, wieloletnim senatorem i przez osiem lat wiceprezydentem u boku Baracka Obamy. Reprezentuje umiarkowane skrzydło Partii Demokratycznej, co rodzi nadzieję, że uda mu się choćby częściowo zasypać przepaść, która tak ostro podzieliła społeczeństwo amerykańskie w pierwszych dwóch dziesięcioleciach obecnego wieku. Ma u swego boku wiceprezydent Kamalę Harris – pierwszą kobietę na tym szczeblu amerykańskiego systemu władzy, do tego córkę imigrantów o indyjskich i afrykańskich korzeniach, a zarazem jedną z najbardziej wyrazistych przedstawicielek lewicowego skrzydła partii. Ma wreszcie nowy prezydent oparcie w obu izbach Kongresu, w których Demokraci zdobyli, niewielką, ale liczącą się, przewagę.
Sojusznicy Ameryki – przywódcy państw demokratycznych – przyjęli wybór Bidena z entuzjazmem wyraźnie kontrastującym z ostentacyjną rezerwą manifestowaną przez Andrzeja Dudę, podobnie zresztą jak i przez przywódców Rosji, Turcji czy Białorusi. Nic dziwnego: wynik wyborów amerykańskich pozbawił ich nadziei na to, że autokrata w Washingtonie stanowić nadal będzie przeciwwagę w stosunku do postawy przywódców Unii Europejskiej w sprawie demokracji, rządów prawa i wolności obywatelskich.
To, co nastąpiło po listopadowych wyborach, skłania jednak do ostrożności w formułowaniu optymistycznych przewidywań. Wyjątkowość tych wyborów nie polega na tym, że przegrał urzędujący prezydent. To zdarzało się nieraz : po drugiej wojnie światowej trzykrotnie – w latach 1976 (przegrana Geralda Forda), 1980 ( przegrana Jimmy Cartera) i w 1992 ( przegrana G.D.W. Busha). Nigdy jednak nie zdarzyło się, by przegrany kwestionował wynik wyborów i głosił, iż zostały one sfałszowane ( czemu konsekwentnie przeczą wszystkie sądy, do których wpłynęło ponad sześćdziesiąt skarg na przebieg wyborów). Nigdy wreszcie pokonany prezydent nie użył ostatnich dni swego urzędowania na podburzenie zwolenników do fizycznego ataku na siedzibę Kongresu, a więc na swoisty zamach stanu – jedyny w historii tego państwa. Szósty stycznia 2021 okazał się ogniową próbą demokracji amerykańskiej. Obroniła się dlatego, że przed buntownikami nie skapitulował wiceprezydent Mike Pence i że rebeliantów nie poparło wojsko ( ani inne instytucje państwa). Było jednak blisko. Od wojny domowej nigdy demokracja amerykańska nie była tak zagrożona, jak w tym miesiącu, a też nigdy źródło zagrożenia nie tkwiło w Białym Domu.
Trump został (po raz drugi, co też jest unikatowe) postawiony przez Izbę Reprezentantów w stan oskarżenia. Jest to dopiero piąty raz w historii USA gdy prezydent zostaje oskarżony o złamanie konstytucji – przy czym, moim zdaniem, pierwszy, gdy oskarżenie ma tak poważne podstawy. Trzy razy prezydent stawał jako oskarżony przed Senatem i był przez to ciało uniewinniony: Andrew Johnson w 1868 roku, Bill Clinton w 1999 roku i Donald Trump w 2019 roku, przy czym zarzuty wobec Johnsona były wyraźnie sfabrykowane przez niechętnych mu radykałów, a zarzuty wobec Clintona i Trumpa – choć zasadne – nie były wystarczająco poważne, by uzasadniały pozbawienie ich urzędu. Tylko Richard Nixon zmuszony został do rezygnacji, by uniknąć nieuchronnego skazania go przez Senat (w 1974 roku), ale zarzuty wobec tego prezydenta dotyczyły nadużycia władzy dla sabotowania śledztwa w sprawie głośnego włamania do lokalu Partii Demokratycznej w hotelu Watergate – a nie próby obalenia siłą ładu politycznego. Obserwowałem tę aferę spędzając większość czasu na wykładach w USA i pamiętam, jak jednolite było wtedy społeczeństwo amerykańskie w potępieniu zachowania głowy państwa. Tym razem nie można wykluczyć wyroku skazującego – już po zakończeniu przez Trumpa kadencji, ale nie bez znaczenia dla jego politycznej przyszłości. Nie ma jednak klimatu powszechnego potępienia. Aż 197 republikańskich kongresmanów głosowało przeciwko wnioskowi o postawienie Trumpa w stan oskarżenia a miliony jego zwolenników nadal go popierają.
Donald Trump jest centralną postacią tego kryzysu demokracji amerykańskiej, ale byłoby naiwnością sprowadzać ten kryzys do jego działań. Prezydentura Trumpa była konsekwencją a nie przyczyną kryzysu politycznego, a sam ten kryzys narastał od lat.
Mówiąc o kryzysie demokracji w Ameryce mam na myśli załamanie się tego, co stanowi podstawę ładu demokratycznego: konsens głównych sił politycznych co do respektowania instytucji demokratycznych i co do podstawowych założeń polityki wewnętrznej i zagranicznej. Konsens taki istniał przez niemal cały okres po drugiej wojnie światowej powodując, że w literaturze naukowej często można było spotkać rozważania o zacieraniu się różnic miedzy dwiema głównymi partiami. Nie było to równoznaczne z całkowitym brakiem programowych podziałów. Zwłaszcza w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych walka o zniesienie segregacji rasowej spowodowała utracenie przez Partię Demokratyczną władzy na Południu, w stanach dawnej Konfederacji , i przesunęła Partię Republikańską na prawo. Proces ten uległ pogłębieniu w latach 1981-1989 za prezydentury Ronalda Reagana, ale mieścił się wciąż jeszcze w ramach szeroko pojętego konsensu demokratycznego.
Zaczęło się to załamywać na początku obecnego stulecia. W 2002 roku na prawym skrzydle Partii Republikańskiej pojawiły się zalążki ruchu nazwanego (przez analogię z protestem, z którego wyrosła amerykańska wojna o niepodległość) „patią herbacianą”. Przedstawicielą tego ruchu, była gubernator Alaski Sarah Palin została kandydatką na wiceprezydenta w wyborach 2008 roku, po których 19 lutego 2009 roku „Partia Herbaciana” została oficjalnie ukonstytuowana jako skrajnie prawicowe skrzydło Partii Republikańskiej. Dopiero jednak osiem lat później popierany przez nią Donald Trump zasiadł w Białym Domu (uzyskując zresztą mniejszość głosów wyborców, ale wyraźną większość głosów elektorów). Jego wygrana była tylko częściowo wynikiem tego, że znaczna część wyborców odwróciła się od bardzo doświadczonej, ale niezbyt popularnej Hilary Clinton. W grę wchodził rosnący protest znacznej części społeczeństwa przeciw kierunkowi, w jakim zmieniała się Ameryka.
W komentarzach amerykańskich socjologów i politologów na temat przyczyn obecnej sytuacji dominują dwie różne, choć nie wykluczające się narracje. Pierwsza (między innymi w wersji wielokrotnie prezentowanej przez Adama Przeworskiego – jednego z najwybitniejszych amerykańskich socjologów polityki, wychowanka Uniwersytetu Warszawskiego) kładzie nacisk na uwarunkowania ekonomiczne. Neoliberalny kapitalizm w wersji faworyzowanej przez Raegana zrodził niespotykany poprzednio wzrost nierówności ekonomicznych: bogacenie się najbogatszych, stagnację ekonomiczną a nawet regres w położeniu klasy średniej, a zwłaszcza ubożenie warstw ludowych. Biedniejsi żyją średnio o piętnaście lat krócej niż ludzie z 20 procent klasy „wyższej” (Małgorzata Durska, „Biedna biała Ameryka”, Gazeta Wyborcza, 16 stycznia 2021), co jest syntetycznym wskaźnikiem ogromnych rozpiętości w warunkach życia. Wielu z tych biedniejszych Amerykanów głosowało na Trumpa w 2016 roku i wielu (choć nie wszyscy) pozostali przy nim w zeszłym roku. Ich wybór mieści się w ogólnym trendzie, który obserwujemy też w Europie i który wyraża się w buncie klasy ludowej przeciw neoliberalnemu kapitalizmowi.
A Ameryce dochodzi jednak do tego inny problem: ostry sprzeciw wobec postępującego demontażu systemu dyskryminacji rasowej. Sprzeciw ten przybrał na sile ostatnio – jako reakcja na zdobywanie przez Afroamerykanów kolejnych pozycji w długiej walce o równe z „białymi” prawa. Jak w fizyce, każda akcja wywołuje reakcję. W tym wypadku jest to reakcja tej części „białej” Ameryki, która nadal nie może pogodzić się z tym, że sto sześćdziesiąt lat po wojnie domowej, która położyła kres niewolnictwu, czarnoskórzy Amerykanie stopniowo zdobywają prawa tak długo mim odmawiane. W tym sensie prezydentura Baracka Obamy była symbolicznym przełomem – entuzjastycznie przyjętym przez postępową część Ameryki, ale znienawidzonym przez rasistowską prawicę.
W 1937 roku John Dollard w głośnej monografii o stosunkach rasowych na amerykańskim Południu sformułował nowatorską wówczas tezę, że rasizm amerykański ma szczególnie silne oparcie wśród uboższych Amerykanów, dla których przywileje wynikające a przynależności rasowej były psychologiczną rekompensatą za ich upośledzenie ekonomiczno-społeczne.
W ten sposób zlewają się w jedno dwa nurty społecznego protestu: przeciw nierówności ekonomicznej i przeciw prawom mniejszości rasowych. Powstała z tego mieszanka ma wiele cech przypominających europejski faszyzm z lat międzywojennych. Jako jeden z pierwszych sygnalizował to Zygmunt Bauman w eseju napisanym po wyborach 2016 roku – na kilka tygodni przed śmiercią (i opublikowanym w półroczniku „Studia Socjologiczno-Polityczne. Seria Nowa” w 2017 roku). Od faszyzmu obecny autorytarny populizm różni miedzy innymi brak totalitarnej partii i całościowej ideologii, ale istnieją podobieństwa na tyle istotne, by pojawiało się pytanie, czy brunatna przeszłość może się odrodzić.
W styczniu 2021 roku demokracja amerykańska obroniła się przed najpoważniejszym wyzwaniem w jej historii, być może nawet groźniejszym niż secesja stanów południowych w 1861 roku, gdyż wymierzonemu w samo serce systemu demokratycznego – w wolne wybory. To powinno być źródłem nadziei. Nie mają racji ci publicyści i uczeni, którzy już ogłosili kres liberalnej demokracji. Nowi autokraci powinni na serio przemyśleć los Donalda Trumpa. „Będą spisane czyny i rozmowy” – by przypomnieć Miłosza. Jeśli upadł Donald Trump, nie ma powodu, by uważać pozycję jego wielbicieli w naszej części Europy za nienaruszalną.
Trzeba jednak także liczyć się także z gorszymi scenariuszami. Trump odchodząc nie zabiera z sobą konfliktów społecznych, które tak ostro podzieliły Amerykę. Stoi ona w obliczu wielkich problemów, których upadek niedoszłego autokraty nie likwiduje. Najbliższe cztery lata – okres prezydentury Joe Bidena – będą miały wielkie znaczenie dla losów demokracji – nie tylko w Stanach Zjednoczonych.

Bigos tygodniowy

Ziobryści, z kaczystami pospołu, szykują się do kolejnego zamachu na obywatelskie wolności. Zmierzają do tego, by nie można było odmówić przyjęcia mandatu, a nawet chcą wprowadzić obowiązek jego natychmiastowego zapłacenia. Post factum można by kierować swój sprzeciw do sądu i tam ewentualnie udowadniać swoją niewinność. Ujmując rzecz najbardziej lakonicznie – to zamiar perwersyjnego odwrócenia starej prawnej zasady, że to nie obywatel ma udowodnić swoją niewinność, ale jemu ma być udowodniona wina. Chodzi oczywiście przede wszystkim o prewencyjną pacyfikację przyszłych protestów, o efekt „mrożący”, mający zniechęcić do ich podejmowania. Widać z tego, że rządzący konsekwentnie dążą do całkowitego demontażu obywatelskich swobód i wolności, do zaprowadzenia standardów naprawdę niebezpiecznie zbliżających nas – to wbrew pozorom nie aż tak wielka przesada – do Korei Północnej. Wątłe brykanie gowinowców, którzy coś bredzą o wątpliwościach dotyczących zgodność proponowanych zmian z polskim porządkiem prawnym, nie zmieniają tej oceny. Kolejne antywolnościowe, konsekwentnie rozwijające zamordyzm pomysły nastąpią nieuchronnie.


Jeszcze nie tak dawno pisowcy odstawiali reprezentantów wysokiej kultury bycia, purystów językowych i harcerzyków („harcerz nie przeklina…”), potępiając wulgarny, knajacki język zaczerpnięty z podsłuchiwania opozycji, z tymi wszystkimi słowami na „k”, „p” i „cha”. Nagrani przez współtowarzysza partyjnego wałbrzyscy działacze PiS pokazali, że nie tylko przedstawiciele opozycji potrafią pofolgować językowi. Ciekawe było też co tym soczystym językiem przekazywali urbi et orbi, nie kryjąc wcale że „każdy jest pazerny, każdy by chciał coś”. Więcej, bystrze zauważyli, że niczym się nie różnią od członków partii opozycyjnych, tylko ich przywódcy nazywają się inaczej. W reakcji na te rewelacje Kaczor się wściekł, karnie rozwiązał tamtejszą terenową organizację i wykluczył jej wszystkich członków z partii. Podobno osobiście ma wybrać się do Wałbrzycha z prelekcją na temat kultury języka. Efekt będzie taki, że od tej pory, członkowie innych struktur PiS będą po prostu trzymać języka za zębami.


Ziobryści zbulwersowani wycięciem Trumpa z twittera za podżegające wpisy, chcą powołać Radę Wolności Mediów. Uwaga: piromani zbliżają się magazynu materiałów łatwopalnych.


Dopóki nie zostanie uchylony art.196 kodeksu karnego, dopóty nie można będzie można w Polsce nawet napomykać o wolności. W Płocku właśnie rozpoczął się proces o obrazę uczuć religijnych. Początek sprawy miał miejsce w kwietniu 2019 roku, gdy w okolicach tamtejszego kościoła pod wezwaniem św. Dominika, pojawiły się naklejki z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej w tęczowej aureoli. Warto przypomnieć, że ten naganny akt poprzedziło wystawienie w tym kościele właśnie Grobu Pańskiego z napisami LGBT, gender, zestawionymi z wyrazami agresja, egoizm, hejt i temu podobnymi. Bigos Tygodniowy poinformuje Czytelników o finale tej sprawy niezawodnie.


W minioną sobotę TVPiS wyemitowała fragmenty mszy, jaka miała miejsce w kościele w Starachowicach. Msza odbyła się w intencji zmarłej osiem lat temu Jadwigi Kaczyńskiej, a słowo spod ołtarza wygłosił Kaczyński Jarosław. Nie było to takie zwykłe słowo, bo Kaczor mówił nie tylko o zmarłej, ale wygłosił faktycznie orędzie do ludu pisowskiego. I tak omówił sytuację polityczną w kraju, skrytykował poprzednie rządy, ostrzegł, że zło atakuje nasz kraj, ojczyznę, naród, kościół katolicki. Jednocześnie zażądał obrony przyzwoitości w życiu publicznym. Byłoby śmiesznie, gdyby nie było strasznie. Jak widać i słychać sojusz kościoła i władzy trzyma się mocno, choć wykorzystywanie prywatnej uroczystości do celów propagandowych jest delikatnie pisząc wielce niestosowne.


Apostazja zatacza coraz szersze kręgi. Coraz więcej ludzi zbrzydzonych praktykami Kościoła katolickiego formalnie opuszcza jego szeregi. Kłody rzucane przez funkcjonariuszy Kościoła katolickiego apostatom i apostatkom, tego procesu nie zatrzymają, a jedynie irytują.


W latach 2017-2019 blisko 2 tysiące polskich dzieci podejmowało próby samobójcze. Niedoinwestowana psychiatria dziecięca potrzebuje każdej złotówki. Jednak wszystko wskazuje na to, że nie uzyska 80 milionów złotych na ten cel, albowiem w trakcie debaty budżetowej senatorowie PiS gremialnie zagłosowali przeciwko takiemu rozwiązaniu. Teraz ustawa wraca do Sejmu i ciekawe, co Zjednoczona Prawica z tym fantem zrobi. Należy się obawiać, że „klepnie” to rozwiązanie, choć „wszystkie dzieci są nasze”. Dla przypomnienia pisowska ekipa była i jest hojna, ale nie dla wszystkich dzieci już urodzonych. Przypomnijmy, że kasa była na wybory „kopertowe”, „transakcje” resortu Szumowskiego z instruktorem narciarskim i handlarzem bronią, były i będą miliardy na media narodowe, czyli pisowskie szczujnie, ale psychiatria dziecięca mało medialna jest. A poza to nie krąg wyborców PiS.


Sędzia Igor Tuleya jest w coraz większych opałach za swoją hardą postawę w obronie praworządności. Po uchyleniu przez nieprawną Izbę Dyscyplinarną SN immunitetu, właśnie został wezwany na przesłuchanie do Prokuratury Krajowej jako podejrzany o przestępstwo z art.241 k.k. Jeśli się nie stawi, zostanie zatrzymany, ani chybi skuty kajdanami i doprowadzony przed oblicze prokuratora. Tymczasem Unia Europejska milczy.


W PiS żałoba, na Kapitolu szykuje się zmiana warty, do historii przechodzi Trump, Donald Trump. Mistrz i guru, mentor, żywy wzór do naśladowania, nasz amerykański przyjaciel odchodzi w niesławie. Duduś nie będzie miał kogo wielbić synowską miłością. Jaka szkoda! Już nie przyjedzie do Polski z garścią paciorków na prezenty i tanimi pochlebstwami. Do Białego Domu wchodzi neomarksistowska ekipa Joe Bidena.

Sushi con carne

W Waszyngtonie wszyscy dyskontują szturm na Kapitol. Polityczne bicie piany ma przynieść korzyści tak Republikanom, jak i Demokratom, którzy za parę dni wezmą całość władzy. Trumpowi nic się nie stanie, może poza tym, że po 20 stycznia ktoś w końcu przyjrzy się jak płacił podatki. I prawdopodobnie w ten właśnie sposób zakończy się polityczna kariera „obrońcy uciśnionych Amerykanów”, który przez całe życie nie robił nic innego, jak zdzieranie z najuboższych skóry. Ameryka zrobi zatem z ex prezydentem to co zrobiła dawno temu z Alem Capone.
Jest jednak z całej tej zadymy na Kapitolu parę plusów. Będące – nie wiedzieć czemu dla wielu – wzorcem demokracji Stany Zjednoczone dzięki gromadzie ześwirowanych supremacjonistów, wyszły na to czym są – na państwo, któremu do sprawności wiele brakuje. W innym świetle stawia to reakcje rządu amerykańskiego na tajfuny, trzęsienia ziemi, czy niekończące się pożary. Niesprawność widać jest w system amerykański wpisana.
Na całym świecie protesty, nawet gwałtowne odbywają się niemal codziennie. W Berlinie Kreutzberg płonie co roku 1 maja, w Paryżu żółte kamizelki grasują od wielu miesięcy czyniąc niezłe spustoszenia, u nas stada górników niegdyś próbujących opanować Sejm, zmieniły się w narodowców podpalających stolicę 11 listopada. Tyle tylko, że te zadymy nie kończą się 5 trupami. Wzorzec cnót demokratycznych zwany USA pokazał, gdzie ma obywateli – abstrahując od ich poglądów czy postawy – i uznał, że amerykańskie święte prawo do posiadania i noszenia broni musi skończyć się tym czym dawno temu na Dzikim Zachodzie.

Jajogłowi w Europie i Stanach mają problem z odcięciem Trumpa od Twittera Facebooka i You Tube’a. Mimo, że cieszą się, że Trump został ośmieszony tym posunięciem, opowiadają o ataku na wolność słowa. Słusznie skądinąd, bo wolność wypowiedzi jest rzeczą kto wie, czy nie najistotniejszą. Krytycy zamknięcia internetu prezydentowi zapominają jednak, że wszystkie te platformy komunikowania się miliardów ludzi są własnością, nie państw, nie rządów, ani nawet nie ministerstw. Należą do prywatnego kapitału. Ten zaś ma psie prawo, żeby na swoim podwórku robić co chce. A jak nie chce, to nagle przypomni sobie o mowie nienawiści, o nawoływaniu do łamania prawa i takich tam. Kiedy Trump się świetnie w portalach komunikacyjnych sprzedawał, to tam był. Teraz, gdy Kongres i Senat USA zagroziły, że każą się tym mediom podzielić w ramach demonopolizacji, to Trump stamtąd zniknął. Ciekawe dlaczego?
Niestety nie ma szans, aby z fejsa, insta, czy Twittera, przestały płynąć kłamstwa na tematy wszelakie. Nie ma mowy, żeby zabronić wypisywać tam bzdur o płaskości Ziemi, nieistnieniu drobnoustrojów, czy cudownych właściwościach diety z rzeczy znalezionych na śmietniku, popijanych własnym nieprzegotowanym moczem.
Głupoty i kłamstwa z obiegu publicznego nie da się wyeliminować ustawowo. Ci, którzy uważają inaczej, sądząc, że ktoś powinien weryfikować prawdziwość twierdzeń w internecie – mylą się. Albo są ekspozyturą takich, będących depozytariuszami jedynej słusznej prawdy. Takiej w jaką wierzyli zwiedzający Kapitol, palący w piecach podludzi, czy głosujący na populistów lub fanatyków.
Na głupotę lekarstwem jest tylko oświata i nauka. Ale prawdziwa, a nie taka w której jedni mają swoich mianowanych przez się profesorów, a inni innych. Też przez siebie mianowanych. Świat nauki jest nader niedemokratyczny. I dlatego panuje w nim ład. Wszyscy liczcy się badacze doskonale wiedzą, kto jest wybitnym mózgowcem, a kto hochsztaplerem. Wiedzą dzięki temu, że czytają. Nie bzdury wypisywane w portalach społecznościowych, ale artykuły i prace naukowe.
W świecie nienaukowym czyta się zaś tylko tytuły i czasem tylko to, co pod nimi – jak w internecie. Na resztę nikt nie ma czasu ani ochoty. To zaś efekt tego, że dziś wszyscy młodzi ludzie kończą szkoły według tzw. systemu bolońskiego. Dzięki któremu magistrów i doktorów mamy w bród, zaś zwyczajnie mądrych ludzi cechujących się myśleniem – coraz mniej.

Z tego, że głupich w każdej społeczności jest przytłaczająca większość zdają sobie sprawę rządy. Wszystkie rządy – żeby było jasne. Dlatego od początku pandemii bardziej udają, że coś robią, niż robią w rzeczywistości. Nagminny bezsens badania temperatury w miejscach publicznych nie przestał obowiązywać w wielu krajach nawet gdy pojawiły się setki badań dowodzących, że nie ma to najmniejszego sensu, a tylko generuje niepotrzebne koszty.
Rządowe prośby o masowe oddawanie osocza przez covidowych ozdrowieńców trwają do dziś, choć wszystkie autorytety medyczne, z WHO na czele, parę miesięcy temu stwierdziły, że takie terapie nie działają. Rządy bowiem wiedzą lepiej.
Dlatego w Europie nie są w stanie powiedzieć, że produkcja szczepionek przez najbliższe miesiące nie pozwoli zabezpieczyć społeczeństw. Wolą opowiadać o procedurach, kolejnościach i – tak jak we Francji – o tym, że żeby zaszczepić kogoś, to trzeba z nim najpierw rozmawiać przez co najmniej jeden dzień.
Zamiast prawdy, państwa wolą serwować społeczeństwom kolejne obostrzenia i lockdowny. Skądinąd słusznie, bo gdyby obecna fala zachorowań wezbrała i zaangażowała wszystkich medyków z pielęgniarkami i ratownikami medycznymi włącznie, to nie miałby kto szczepić. Miast tej oczywistej prawdy rządy wolą jednak utrzymywać w społeczeństwach przekonanie, że panują nad wszystkim i wiedzą znacznie więcej niż wiedzą. Obywatele muszą wszak wiedzieć, że władzę mają mądrą i skuteczną.
Pokłosiem takiego punktu widzenia jest masowe testowanie obywateli. Miało to sens, gdy ognisk było na tyle mało, że dawało się je wyodrębnić i zarazę ograniczyć. Dziś koronawirus rozlazł się w takim stopniu, że test na niego pokazuje jedynie, że dwa-trzy dni wcześniej nie było się chorym na covid. Nie ma zaś żadnej pewności, że osoba z negatywnym wynikiem testu nie zaraża. W tym kontekście dobre słowo należy się polskiemu rządowi. Już parę miesięcy temu olał masowe testowanie i wzywa na nie tylko tych, którzy mają objawy. Czyli najwyżej 20 proc. chorujących. Stanu epidemicznego to nie poprawia, ale przynajmniej mniej kosztuje. Dlaczego jednak pan minister Niedzielski nie powie, że jak podawana przez niego liczba dobowych zakażeń wynosi 10 tysięcy, to znaczy, że wirus dopadł tego dnia 50 tys. osób – bez albo skąpoobjawowo.
Powiedzenie prawdy mogłoby zaszkodzić. Bowiem ciemny lud mógłby być zły, że w zakażeniach nie ustępujemy innym krajom.

Amerykańska demokracja

Ostatnie dni pokazały, że demokracja amerykańska, pomimo jej wielu wad, anachronicznych rozwiązań ustrojowych i głębokich podziałów społecznych, potrafi się bronić. Urzędujący Prezydent, mający nadal bardzo liczny elektorat, w tym liczną grupę zatwardziałych wyznawców, nie zdołał zablokować procesu przekazywania władzy po przegranych wyborach prezydenckich.

Wyraźna większość w Kongresie, z udziałem znaczącej liczby członków jego własnej partii republikańskiej, zarówno w Izbie Reprezentantów jak i w Senacie – stanęła na gruncie prawa, faktów oraz zdrowego rozsądku i wspólnie potwierdziła wynik wyborów elektorów i i ich decyzje w poszczególnych stanach. Zrobiła to, zgodnie z Konstytucją, pod przewodnictwem urzędującego Wiceprezydenta Mike’a Pence’a, zastępcy Donalda Trumpa, pomimo brutalnych nacisków samego Prezydenta jak i próby zastraszenia przez podburzony przez niego tłum zwolenników, który zajął budynki Kongresu na Kapitolu.
Wcześniej Prezydentowi oparły się sądy stanowe i federalne, łącznie z Sądem Najwyższym, do którego, w trakcie swojej kadencji, Donald Trump mianował trzech nowych sędziów, zwiększając udział nominatów prezydentów republikańskich w tej najwyższej instancji sądowniczej do dwóch trzecich.
Oparły się również Prezydentowi władze stanowe, organizujące wybory i nadzorujące proces liczenia głosów, nie tylko demokratyczne, ale również republikańskie.
Nie zgodził się na łamanie prawa również jego własny Sekretarz Sprawiedliwości – Prokurator Generalny i inni przedstawiciele jego własnej administracji.
Na szczególny szacunek zasłużył Mike Pence, do tej pory wierny wykonawca polityki Trumpa, który potrafił odmówić szefowi i nie tylko przeprowadził, zgodnie z Konstytucją, procedurę zatwierdzenia wyników wyborów w Kongresie, ale podjął również decyzję o wysłaniu Gwardii Narodowej na ulice Waszyngtonu dla wsparcia policji w przywracaniu porządku i ładu na wzgórzu kapitolińskim i w całej stolicy.
Władza Prezydenta USA jest ogromna, a pomimo tego wszystkie instytucje państwowe wykazały odporność na jego bezprawną presję. To świadczy o dojrzałości demokracji i właściwym balansie między władzą ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą.
Przed nową administracją J. Bidena stoją jednak ogromne wyzwania.
Największe to niezbędne zmniejszenie podziałów społecznych, etnicznych, rasowych, a zwłaszcza majątkowych. Nie będzie to oczywiście możliwe bez wyzwolenia nowych czynników wzrostu i rozwoju, w tym wsparcie dla przemysłu w interiorze amerykańskim.
W wymiarze politycznym demokraci Bidena, ale również sami republikanie muszą zdjąć wiatr z populistycznych żagli Trumpa, ujmując wiele z realnej frustracji społecznej.
W innym wypadku dzisiejszy sukces amerykańskiej demokracji może okazać się krótkotrwałym.

Zapowiedź przyszłości

W słynnym Człowieku z wysokiego zamku Philipa K. Dicka główni bohaterowie żyją w rzeczywistości tak pogmatwanej i nierealnej, że aby móc w niej funkcjonować i w ogóle jeszcze podejmować jakiekolwiek decyzje sięgają po mistyczną Księgę Przemian. Jednakże jej stosowanie często tylko pogłębia absurdalność ich zachowań i decyzji. Posiadają jednak dobrą wolę, która ostatecznie pochodzi z odpowiednio nastawionego kompasu moralnego.

W przypadku zamieszek na Kapitolu mamy do czynienia z sytuacją bliską wizjom pisarza science fiction. Stany Zjednoczone dziś to walczący z demokracją prezydent, który nie uznaje wyników wyborów. To szerokie i głęboko prawicowe masy sprzeciwiające się procesom demokratycznym i ogromny społeczny gniew w stosunku do tego, co przynosi ze sobą aktualna polityczność. Walczący przeciwko wynikowi demokratycznych wyborów posiadają własne księgi, własny język i zupełnie odrębną kulturę polityczną; nieprzekładalną na język legalnego procesu wyborczego.
Pokłosie
Zamieszki są zawinione przez republikańskie elity i są pokłosiem zagrzewania wyborców Donalda Trumpa do walki o życie przeciwko wielkiemu „spiskowi” i „oszustwu”. Ten znaczący antydemokratyczny zryw posiada jednak znacznie głębsze źródła i jest zapowiedzią zaostrzającej się walki politycznej, która w bliskiej przyszłości rozsadzi kapitalistyczne demokracje.
To nie jest klasyczna historia buntu wykluczonych. Wyborcy Donalda Trumpa są przeciętnie bogatsi od wyborców Joe Bidena. Tego ostatniego wspiera też większość spośród najbiedniejszych gospodarstw domowych.
Donalda Trumpa wspiera natomiast większa część oligarchii i kapitalistycznych elit, które szczególnie dużo zyskały na cięciach podatkowych wprowadzonych przez ustępującego prezydenta. Za Donaldem Trumpem stoi wielki sojusz sił, które w klasycznych narracjach z teorii marksistowskiej zostałyby określone mianem sił klasycznie reakcyjnych.
To ludzie bogatsi, a także mieszkańcy odciętej od globalizacji głównego nurtu prowincji, która pragnie powrotu do przeszłości. Miasta i miejski proletariat to bastion poparcia Demokratów. Zwolennicy Trumpa są zaś zasadniczo tymi, którzy czują się poszkodowani przez nabierający tempa proces proletaryzacji i tracą poczucie przynależności do świata nowoczesnych wartości. Nie są to jednak zwyczajni obrońcy patriarchatu, seksizmu, czy klasycznego konserwatyzmu, ale raczej ludzie, którzy tęsknią za brakiem i próżnią powstałą wskutek śmierci tych wartości. To epigoni konserwatywnej ameryki i amerykańskiego snu lat 60-tych – epoki sprzed neoliberalnych cięć.
To ci, którzy odczuwają ogromną tęsknotę za Stanami Zjednoczonymi bez równiejszych (obyczajowo) szans, ale z większą rolą białej i konserwatywnej klasy średniej, która w okresie przed neoliberalizmem znacznie bardziej korzystała ze zdobyczy kapitalistycznej oligarchii.
Aktywne chłopstwo
Sytuacja ta przypomina nieco moment historyczny opisywany przez Karola Marksa w 18 brumaire’a Ludwika Bonaparte. W tamtym przypadku mieliśmy do czynienia z chłopstwem, które wspierało nowego cesarza, ponieważ tęskniło za starym cesarstwem. I takim sposobem politycznie aktywne chłopstwo wsparło tego, który ostatecznie był przede wszystkim rzecznikiem elit i bynajmniej nie przysłużył się interesom swoich mniej majętnych i zagubionych sojuszników.
W ten sam sposób „rewolucja”, którą celowo stymulował Trump jest w rzeczywistości kontrrewolucją i działaniem przeciwko amerykańskiej miejskiej klasie pracującej. Donald Trump rzeczywiście reprezentuje jednak tych, którzy czują się porzuceni i pozostawieni na marginesie amerykańskiej historii i kultury.
Jego zaplecze to ogromne masy ludzi, którzy utracili swoje dawne tożsamości i jednocześnie sprzeciwiają się też nowym tożsamościom, które już rozwinęły swe skrzydła.
Najgłupsze teorie
Tłum, który wdarł się na Kapitol prędzej wesprze najgłupsze teorie spiskowe dotyczące płaskiej Ziemi i spisków iluminatów niż będzie skłonny poprzeć postępowy feminizm, ruch ekologiczny, czy w ogóle jakiekolwiek odmiany nowoczesnej lewicowości. Celem tego ruchu jest walka o powrót do złotych czasów amerykańskiego imperializmu. Te nigdy już jednak nie wrócą.
Ten brak wykrystalizowanej tożsamości politycznej jest przy tym wyjątkowo niebezpieczny. Do czynienia mamy już także jednocześnie z narastającą agresją przeciwko całemu systemowi, który nie udziela reprezentacji sierotom po „Wielkiej Ameryce”. Taką reprezentacją nie był też przecież wcale Donald Trump, który był jedynie „Ludwikiem Bonaparte” niezadowolonych: przypadkowym i fałszywym prorokiem.
Wykluczeni i wydziedziczeni
Ustępujący prezydent zbierał poparcie, a następnie pozorował reprezentowanie gniewu i niezadowolenia swoich wyborców. W praktyce cały czas działał jednak przeciwko swojej wyborczej bazie i na rzecz oligarchów, którzy sami doprowadzili przecież do tego, że znaczna część amerykańskiego społeczeństwo stała się wykluczona i wydziedziczona ze swojej tożsamości politycznej.
Odejście Donalda Trumpa stworzy miejsce dla kogoś dużo gorszego, kto z pewnością spróbuje wykorzystać ten polityczny kapitał, drzemiący pod grubą warstwą politycznej alienacji. To prawdziwa mieszanka wybuchowa.
Mamy bowiem do czynienia z – jakby to określił Stefan Czarnowski – ludźmi systemowo zbędnymi, którzy tym samym stają się ludźmi niezwykle potrzebnymi dla czekającego już za rogiem faszyzmu. Stan derealizacji prawicowego elektoratu zawsze był tym idealnym do narzucania najbardziej nawet radykalnych i niebezpiecznych wersji prawicowej ideologii.
Koniec pewnej iluzji
Wejście na Kapitol to również koniec iluzji wielkości amerykańskiej demokracji. I wcale nie dlatego, że grupa protestujących nawiedziła siedzibę parlamentu i złamała podejrzanie niski poziom zabezpieczeń, czy też dlatego, że podczas starć zginęły cztery osoby (więcej niż w czasie wszystkich protestów na Białorusi w całym 2020 roku).
Łatwość z jaką doszło do całej sytuacji pozwala podejrzewać, że cała akcja miała charakter zaplanowany. Mieliśmy do czynienia z nieudanym zamachem stanu, którego celem było postawienie pod ścianą amerykańskiego wiceprezydenta i jednoczesne sparaliżowanie zdolności parlamentu do zatwierdzenia wyniku wyborczego.
Na poziomie bardziej ogólnym zamieszki te są przede wszystkim dowodem na to, że w łonie rzekomo głęboko demokratycznej Partii Republikańskiej narodziły się siły zdolne zabić już nawet sam formalny proces wyborczy. Republikanie (przez prezydenta Donalda Trumpa) dali dojść do głosu ludziom faktycznie dążącym do siłowego rozwiązywania politycznych sporów i do zanegowania elementarnych zasad parlamentaryzmu.
Złudzenie pokoju
To zasadnicza nowość i porzucenie nawet tej dotychczasowej, totalnie fasadowej demokracji, dającej złudzenie społecznego pokoju. Pozorowana demokracja w USA działała dotychczas głównie dlatego, że wciąż jeszcze dawała społeczeństwu złudzenie realnej reprezentacji. Było tak pomimo tego, że „demokracja” w Stanach Zjednoczonych funkcjonuje przecież na zasadzie kapitalistycznego kupowania głosów za pomocą pieniędzy i przy kluczowym wsparciu ze strony korporacji i prywatnych lobbystów. Mimo to iluzja ta była wyjątkowo skuteczna. Ale nigdy już nie będzie skuteczna w tym samym stopniu.
Pożywka dla prawicy
Ci wszyscy ludzie, których zebrał wokół siebie Donald Trump nie rozejdą się wraz z nastaniem nowego prezydenta. Doświadczenie łatwego szturmu na Kapitol wzmocni też prawicowych radykałów i stanie się pożywką dla skrajnie prawicowych bojówek, i dla wszystkich zafascynowanych siłowym sposobem rozwiązywania politycznych sporów. W kraju pełnym broni i prawicowego fundamentalizmu zwiastuje to nadejście ery konfrontacji i walk o niespotykanej dotąd skali. Wydarzenie to stanie się wielkim mitem założycielskim dla całego nowego pokolenia amerykańskiego alt-rightu.
Bardzo wiele zależy też od reakcji samych Demokratów i tego, czy pociągną oni Donalda Trumpa do odpowiedzialności karnej za wydarzenia, które zostały zainicjowane przez wiec zorganizowany właśnie przez niego i przez jego własną propagandę polityczną. Brak kary za zainicjowanie realnej próby zamachu stanu to ustępstwo, które będzie drogo kosztować. Tuż za rogiem czekają już siły znacznie gorsze od kończącego się właśnie prezydenta. Demokratyczną receptą na poczucie głębokiego, politycznego wyobcowania znacznej części amerykańskiego społeczeństwa może też być szybki skok w nową, „patriotyczną” i jednoczącą naród wojnę.

Na posag Kurskiego?

Dlaczego ludzie lewicy mają płacić za publiczne obrażanie ich w TVP i Polskim Radiu?
Będzie drożej. Nowy rok wita nas serią nowych podatków i podwyżką starych. Wśród nich abonamentu radiowo- telewizyjnego. Podatek ten ma umożliwić realizację „misji publicznej” telewizji TVP SA i Polskiego Radia.
Nie publiczne
Za czasów rządów PO-PSL związani z nimi prezesi TVP i Polskiego Radia starali się jeszcze zachować pozory „publiczności” TVP i Polskiego Radia zachowując niektóre „misyjne” programy, lub prezentować je w nieatrakcyjnych dla reklamodawców godzinach. Tak było z publicystyką kulturalną, polityczną, teatrem radiowym i telewizyjnym, audycjami dokumentalnymi.
Po przejęciu TVP przez elity PiS programy „misyjne” zostały skanalizowane w niszowych TVP Kultura i TVP Historia. A potem radykalnie ograniczone. Dwa najbardziej popularne publiczne kanały TVP 1 i TVP 2, mają teraz ofertę programową wypraną z audycji „misyjnych”. W istocie nie są już mediami „publicznymi” w sensie ustawy o radiofonii i telewizji, tylko telewizjami i radiami o komercyjnych ofertach programowych posiadanymi przez państwo polskie.
Pora zadać pytanie:
Dlaczego obywatele naszego państwa mają płacić podatek na media publiczne skoro te media już publicznymi nie są?
Dlaczego podatnicy polscy mają płacić na Teatr Telewizji, którego roczne premiery można policzyć na palcach jednej ręki?
A kiedy już taką premierę mamy szczęście w TVP Kultura zobaczyć, to przed i po audycji, otrzymujemy obowiązkowy blok reklam, z którego dowiadujemy się, że „sponsorem teatru” były znana spółka skarbu państwa i firmy farmaceutyczne.
Zatem za co opłacający abonament radiowo- telewizyjny obywatele płacą?
Za koszty niszowej, zanikającej „misji kulturalno – oświatowej” czy kolejnego małżeństwa pana prezesa Kurskiego?
Propagandowe rządowe
Zarządzający TVP i Polskim Radiem nie kryją już, że tworzą prorządowe tuby propagandowe PiS. Media prawicowe. Narodowo- katolickie.
Uzasadniają taką swą działalność koniecznością zapewnienia „pluralizmu mediów” w naszym państwie. Twierdzą, że skoro największe media komercyjne, jak telewizja TVN, radia Zet i TOK FM, portale Onet i WP mówią głosem opozycji politycznej, to dla konieczności istnienia równowagi na rynku medialnym przez TVP i Polskie Radio musi przemawiać rząd, elity PiS i prezydent RP.
Niestety nie jest to prawdziwy pluralizm mediów. I równowaga na rynku medialnym. Przecież komercyjne „opozycyjne” media utrzymują się tylko z prezentowanych reklam, zaś „rządowe” TVP i Polskie Radio z powszechnego abonamentu, reklam, i ostatnio jeszcze dodatkowych miliardowych dotacji.
Łatwo zauważyć, że media rządowe są przez obowiązkowy abonament i dotacje faworyzowane.
Nie też mowy o równym statusie na rynku reklam. Tu też media rządowe mają uprzywilejowaną pozycję, bo pozyskują reklamy spółek skarbu państwa.
Najbardziej na tak konstruowanym „pluralizmie” cierpią ludzie o lewicowych poglądach w naszym kraju. „Opozycyjne” media komercyjne sprzyjają liberalnej Platformie Obywatelskiej. Czasem pokażą parlamentarzystów lewicy. Ale lewicowych publicystów, ekspertów już nie. Nie prezentują też te „opozycyjne” media lewicowych programów i punktów widzenia. Lewicowej historii, kultury, wydarzeń artystycznych.
Rządowe, prawicowe, narodowo- katolickie TVP i Polskie Radio pokazują, na zasadzie listków figowych, lewicowych parlamentarzystów. Poza nimi w swych audycjach zwalczają wszystko co lewicowe i z lewica im się kojarzy. Kłamią stale i obrażają ludzi lewicy.
Pora zadać pytanie:
Czy za taki „pluralizm” mediów, za taką ofertą programową TVP i Polskiego Radia, ludzie o lewicowych poglądach mają podatek płacić?
Czy mają utrzymywać tych, którzy ich regularnie obrażają i plugawią wartości lewicowe ?
Rządowe TVP i Polskie Radio są tak obecnie źle zarządzane, że nie potrafią już utrzymać się tylko z abonamentu i pozyskiwanych reklam. Potrzebują dodatkowego, corocznego wsparcia w wysokości 2 miliardów złotych.
Pieniądze te pochodzą z budżetu państwa polskiego, czyli naszych podatków.
To oznacza, wszyscy obywatele naszego państwa muszą płacić dwa przymusowe podatki na media służące tylko jednej partii politycznej.
Warto przypomnieć, że w kampanii wyborczej w 2015 roku opozycyjny wtedy PiS obiecywał rozwiązać problem niepopularnego i nieefektywnego już abonamentu radiowo- telewizyjnego.
PS. Wedle „Wiadomości” TVP najbardziej doniosłym wydarzeniem na świecie był sylwester TVP w Ostródzie.
A ostatni atak na waszyngtoński Kapitol skomentowano w TVP Info : „Zamieszki na Kapitolu. Część demonstrantów zaczęła zachowywać się na sali obrad jak polska opozycja”.

Osieroceni przez Trumpa: domorośli stratedzy PiSu i westernowi Konfederaci

Prawica żywi się ideologicznie historycznymi odpadkami.

Z jednej strony są to resentymenty klas pracowniczych, które zmiażdżył neoliberalny walec: ograniczane usługi publiczne, słaby status pracownika, reformy podatkowe na korzyść bogatych. To wszystko razem rodzi frustrację, gniew jako następstwo destrukcji kompromisu klasowego między kapitałem a pracą trzech powojennych dekad. „Pas rdzy” ze stolicą w Kansas City, zubożały wskutek emigracji prac do Azji, zaufał w r. 2016 prawicowemu populiście Donaldowi Trumpowi.
Tak jak oni krytykował elity pieniądza, uniwersytecką merytokrację, wyzwolonych obyczajowo mieszkańców metropolii, czyli ludzi, którzy zgotowali im ten los. Ale biednego los karze podwójnie. Najpierw uderza po kieszeni, potem odbiera rozum. Ten zaś programują fundamentalistyczni kaznodzieje w imieniu „moralnej większości” jak Jerry Falwell, trybuni anarchokapitalizmu walczący z federalnym rządem i publicznymi usługami. Dają sobie wmówić, że ich amerykańskie marzenie o domku na przedmieściu, dobrze płatnej pracy by się spełniło, gdyby do kolejki nie wpychali się intruzi z całego świata, których skóra mieni się bogatą paletą barw.
Dzięki takiej obróbce umysłów protest społeczny przekształcił się w tym kraju w wojnę kulturową, w wojnę o zachowanie „poczętego życia”, tradycyjnej rodziny, a zwłaszcza zapewnienie jej bezpieczeństwa dzięki posiadanej broni.
Ich irracjonalizm w definiowaniu przyczyn własnego położenia dziedziczą ruchy prawicowe w Europie pod flagą Tradycji-Rodziny-Własności (Geneva Consensus Declaration przeciw prawu do aborcji, kontestowanie antyprzemocowej Konwencji Stambulskiej).
Dzięki finansowemu wsparciu amerykańskich krezusów powstało wiele fundacji (American Center for Law and Justice, Alliance Defending Freedom) lobbingujących w kuluarach organów UE, w Radzie Gospodarczej i Społecznej ONZ, by powstrzymać a nawet odwrócić poszerzanie praw jednostki. W tym towarzystwie obraca się polskie Ordo Iuris.
Geopolityka Zagłoby
Polska prawica poczuła wiatr znad Atlantyku. Ma ona bardziej lub mniej skrywane konserwatywne wręcz niekiedy reakcyjne oblicze: hołubi nacjonalizm przeciwko procesom integracji w UE, anachronicznie rozumie bezpieczeństwo, także tożsamość kulturową, a stąd już blisko do islamofobii jak wcześniej antysemityzmu.
Budowanie tożsamości wokół narodowego kościoła czyni bliskimi hasła ksenofobiczne, homofobiczne i antyfeministyczne. Hołubi tradycyjną patriarchalną rodzinę, nie może się pogodzić z cywilizacyjną tendencją do coraz większej autonomii jednostki w wyborze stylu życia. Na tym gruncie pisowscy stratedzy budują kieszonkowe mocarstwo między Trzema Morzami, kultywując historyczne resentymenty wobec Rosji, Niemiec, z poczuciem niedokończonej misji cywilizacyjnej wobec wschodnich Słowian.
Ochoczo wpisują się w amerykańską geostrategię, choć nie rozumieją, jaką rolę pełni to mocarstwo w systemie światowym. Państwo amerykańskie, jak wszystkie imperia w dziejach, stało się po II wojnie światowej narzędziem tworzenia ładu światowego w interesie elit ekonomicznych. Ład ten służył po II wojnie światowej ekspansji amerykańskiego sektora przemysłowego, rozbudowanego na potrzeby wysiłku militarnego podczas tej wojny.
Początkowo była to „miękka” ekspansja gospodarcza i polityczna. Mitygował ją bowiem system Bretton Woods, oparty na wymianie dolara na złoto wg ustalonego parytetu, z mechanizmem kontroli przepływu kapitału i równoważenia bilansów handlu zagranicznego.
Obecny ład, zwany neoliberalną globalizacją, stworzyło amerykańskie mocarstwo na przełomie lat 70/80, począwszy od decyzji prezydenta R. Nixona o uwolnieniu kursu dolara. Służy on amerykańskim korporacjom z sektora zbrojeniowego, wydobywczego, finansowego i teleinformatycznego. Uczyniły one ze Stanów Globalnego Minotaura, przerabiającego, zdaniem Yanisa Veroufakisa, nadwyżkę światową na amerykańskie obligacje. Stanowią one namiastkę bezpieczeństwa oszczędności rentierów całego świata.
Ładu tego strzegą pływające fortece, samoloty F-16, wywiad penetrujący głęboko gabinety nawet sprzymierzonych rządów. W tym ładzie swoiste czarne dziury stanowią państwa, które samodzielnie kształtują narodową strategię, nie chcą być demokratyczne według amerykańskiej poprawki do konstytucji. Pozwala ona traktować korporacje jak jednostki, którym nie wolno ograniczać ani wolności słowa, ani wyboru reprezentanta.
Z tego powodu Amerykanie mają najlepsze organy władzy, jakie można kupić za pieniądze. Na celowniku jest Rosja, która jako jedyna w dziejach nie podporządkowała się Zachodowi. Własną drogą idzie kilka państw: Chiny, Iran, Indie, Boliwia, przynajmniej dopóty, dopóki nie okazało się, że posiada lit – tak cenny w produkcji baterii. Pisowscy stratedzy przesiąknięci są obsesją bezpieczeństwa, które daje potęga militarna, a ostatecznie równowaga strachu. Stąd ich militaryzm. Bliskie jest im spojrzenie na dzieje jako zmagania narodów o wielką przestrzeń, niebawem o opanowanie kosmosu.
Tym chętniej Polska wpisała się w strategię Trumpa: zatrzymania ekspansji handlowej i finansowej Chin (przyjęcie amerykańskiej perspektywy, tj. cyberbezpieczeństwa w ocenie technologii G-5, zakupy sprzętu wojskowego w tym kraju kosztem wydatków na naukę czy ochronę zdrowia, kompleks na tle Nord Stream 2, sprowadzanie kosztownego gazu łupkowego, który dewastuje środowisko naturalne). Na dodatek, amerykańskie technologiczne korporacje zainteresowane są głównie powierzchniami biurowymi, by tworzyć kolejne Mordory dla usług biznesowych (Warszawa, Kraków, Wrocław). To im premier rządu stręczy absolwentów wyższych uczelni, by jeszcze szybciej mógł rosnąć majątek Goldman Sachs czy Apple`a. Polska pod rządami PiSu staje się małym pomocnikiem wielkiego szkodnika. Tym samym na małą polską miarę prowadzi cywilizację do ekologicznej katastrofy z błogosławieństwem tzw. polskiej „klasy politycznej”, która bez wyjątku przyklaskuje tej strategii, na dodatek wspierają ją elokwentni endeccy zmartwychwstańcy, a także medialny komentariat.
Ład made in USA (konsensus waszyngtoński) służy amerykańskim korporacjom, ich akcjonariuszom, udziałowcom, amerykańskiemu sektorowi finansowemu. Ale już nie klasom pracowniczym. Amerykanie stanowią tylko około 4,5 proc. ludzkości świata, lecz na CORVID-19 zmarło blisko 20 proc. wszystkich ofiar wirusa – w społeczeństwie, które ma dochód per capita blisko 65 tys. dolarów. Uprawiają rabunkową gospodarkę m.in. pozwalają wtłaczać 15 mln litrów wody na jedno szczelinowanie, by wycisnąć gaz ze skały.
I przede wszystkim rozwinęły wyczynowy model kapitalizmu – eksploatującego przyrodę, pracę i życie ludzkie (kraj ludzi wielkiego formatu, przynajmniej dosłownie).
Jeśli weźmiemy pod uwagę społeczeństwo, które powstało za oceanem, jego stosunek do eksploatacji surowców, poziom zużycia energii, ogromne zróżnicowanie dochodów i majątków, nihilistyczny stosunek do ochrony klimatu, poziom zbrojeń, rozwijanie nowoczesnych technologii dzięki Pentagonowi, a więc zawsze potencjalnie o zastosowaniach militarnych – wszystko to skłania do porzucenia amerykańskiego modelu kapitalizmu, a tym bardziej amerykańskiej perspektywy oglądu świata. Brak w niej reakcji na wyzwania kryzysu ekologicznego. Bez odpowiedniej reakcji, a więc praktycznie gospodarki bez wzrostu gospodarczego, skończy się przygoda homo sapiens na jedynej planecie jaka nadal dostępna jest gatunkowi.

Jaka przyszłość?
Jednak świat urządzony na modłę amerykańskich korporacji zderza się z coraz większą potęgą chińskiej gospodarki – z rosnącym PKB, z coraz większą niezależnością technologiczną. Teraz też państwo Hanów tworzy rynki zbytu dla produktów publicznych i prywatnych firm, szuka surowców, lokat nadwyżki wynoszącej obecnie 3,3 bln dolarów. Ameryka prezydenta Trumpa, teraz Bidena, musi ugiąć się przed zmianą układu siły gospodarczej, czego doświadczyli Brytyjczycy i Francuzi po II wojnie światowej.
Geopolitycy prawią o pułapce Tukidydesa, a więc wojnie o ład światowy, dostosowany do potrzeb dominującej gospodarki. Jednak Chiny chcą tworzyć system wspólnej odpowiedzialności za sprawy światowe. To ład wielobiegunowy, z odrębnymi cywilizacjami lokalnymi.
Korzystając z ogromnych oszczędności tworzy warunki, by zapewnić gospodarce potrzebne surowce i rynki zbytu, ale bez baz wojskowych, bez uznawania, jak USA, jakichś obszarów za „strefy żywotnych interesów” (Bliski Wschód, a wcześniej Ameryka Łacińska). Polska podobnie jak Wspólnota Europejska stoi przed koniecznością własnej oceny Chin, własnego bezpieczeństwa militarnego i energetycznego. Wrogiem wszystkich jest System podporządkowany wytwarzaniu zysków dla rentierów, wrogami są władcy aplikacji, którzy dla siebie rezerwują decyzje, co dalej z energetyką, biotechnologiami, granicami prywatności ludzkiej. Linia frontu przebiega inaczej niż myślą stratedzy PiSu i ogromna większość z nas. Świat będzie inny, ale czy gorszy od obecnego?
Konfederaccy trybuni wolności gospodarczej
Podobnie, tylko na polu ideologii, czyni inny polski klon bliski amerykańskiej prawicy – konserwatywni wolnorynkowcy, konfederaci K. Bosaka. Ich wizja społeczeństwa bliska jest amerykańskiej rzeczywistości westernu: pełno ludzi bez stałej pracy, ładu i porządku broni policja według swego uznania, rząd daleko, kościół blisko.
Tylko notabli-właścicieli stad bydła zastąpili posiadacze pakietów akcji. Ich hasła przemawiają, głównie przez You Tube`a, do części millenilsów, o czym świadczy stałe 8. procentowe sondażowe poparcie. Idą łeb w łeb z lewicą. Sprawa poważna, ponieważ ten segment elektoratu prawdopodobnie zastąpi seniorów w rozstrzygnięciu wyborów parlamentarnych 2023. Dlatego trzeba stale konfrontować tę wolnorynkową utopię z realiami wyczynowego, globalnego kapitalizmu. Ich przekaz do młodzieży to radosne dziamborzenie o cudach wolnego rynku i błogosławionych przedsiębiorcach. Wystarczy dać im swobodę działania, by znów Factory stało się Ursusem cyfrowej ery. Tutaj szlak wytycza firma produkująca gry komputerowe CD Project, ale też można pokonać drogę od pucybuta, do wielkiej firmy jak CCC.
Najbardziej przeszkadza wolnej przedsiębiorczości państwo, podatki, które nakłada, standardy pracy i jakości produktów, które narzuca, paternalizm dotyczący zabezpieczenia na starość (zbrodnie ZUSu). Ich ideałem stał się mały „miś”: właściciel biura rachunkowego, kantoru, internetowego kramiku, bądź wykonawcy teleinformatycznych usług dla biznesu.
W tradycyjnym języku klasowym to żywotni drobnomieszczanie, którzy sprawnie łączą solidaryzm i konformizm wobec narodowej wspólnoty (jej religii, jej państwa, które chroni przed zagraniczną konkurencją) z wybujałym egoizmem i indywidualizmem w sferze gospodarczej.
Ale wolność gospodarcza istnieje też na południe od Sahary czy w Indiach – kraju miliarda samozatrudnionych. Czar pryska, kiedy ci Janusze biznesu zderzą się z prawdziwymi stachanowcami kapitalizmu jak Jeff Bezos z majątkiem, który pandemia powiększyła o kolejne miliardy dolarów (obecnie ponad 150 mld USD). Prawdziwi zwycięscy „gry rynkowej” są w centrum Systemu. Tworzą firmy-wydmuszki, które mają do zaoferowania jakiś nowy produkt czy usługę. Fabrykę zastępuje taśma produkcyjną oplatającą glob.
Ich konto mnoży się jak króliki, skoro oferują lokalnym firmom w Azji czy Europie Centralnej marżę operacyjną na poziomie 2-3 proc., oni sami zaś jako ogniwo końcowe, na przykład Microsoft, przejmują 30-40 proc. Inaczej jest na peryferiach. Tu znajdujemy mrowisko małych firm.
Jednak to plankton na początku łańcucha pokarmowego: poddostawcy, mikrofirmy, lokalni urzędnicy. Zbierają oni resztki z pańskiego stołu. Według danych Eurostatu na tysiąc mieszkańców działa w Niemczech 2,7 firm, w Polsce 3,9 (około 2,3 mln), w Grecji 6,6, w Portugalii 7,6. Nie są one innowacyjne, bo ich konkurencyjność bierze się z niskich płac.
Natomiast korporacja woli kontrolować rynek wiedzy naukowo-technicznej, by czerpać rentę z tzw. własności intelektualnej. Tylko taka przedsiębiorczość, której efektem jest gigakorporacja, pozwala trafić na listę „Forbesa”. Wcześniej jednak trzeba usunąć konkurencję za sprawą przejęć, fuzji, przejmowania start-upów, lokowania aktywów w różnych biznesach.
W ten sposób nowoczesne zbiurokratyzowane, planujące przedsiębiorstwo, zadaje ostateczny cios mikroekonomicznej ortodoksji o równej konkurencji o zyski, o roli własności prywatnej, o indywidualnej kreatywności. Wszystkie dążą do maksymalizacji giełdowej wartości firm, a pracownik bez względu na formę własności firmy staje się ostatecznie depresyjnym konformistą.
Ponadto tylko dwóch, trzech spośród setki chętnych może być przedsiębiorcami. Przed resztą stoi w najlepszym razie kariera specjalisty – najemnego pracownika korporacji, w gorszym: pracownika budżetówki, sektora usług personalnych, montażysty, półniewolnika w strefie specjalnej.
Oni mogą wypełnić życie bogactwem więzi międzyludzkich, ewentualnie serialami Netflixa. Potrzebne są nie tylko lekcje przedsiębiorczości, ale też zgodnego współdziałania. Szkoła powinna przygotować fachowca potrafiącego współpracować z innymi w firmie czy biurze, w środowisku życia i we wspólnocie narodowej.
Obecnie jednak 49 proc. młodych preferuje pracę na własny rachunek, a ich marzeniem jest własna firma (J. Czarzasty, A. Mrozowicki, Dziennik Gazet Prawna 73/2018). To rezerwuar sympatyków anarchokapitalizmu, przynajmniej dopóki nie zetkną się z jego realiami.
Czy polscy wielbiciele Trumpa, głosu populistycznej prawicy, coraz głębiej cofającej historyczny zegar, niekiedy o parę stuleci – zastanowią się, dlaczego ta droga prowadzi do klęski wyborczej? Nie mówiąc o wykoślawieniu procesu modernizacji polskiego społeczeństwa, który wciąż trwa od lat 90. XIX stulecia.

Ameryka przemówiła…

„Nie ma powodu, aby XXI wiek nie należał do nas” – powiedział Joe Biden.

Ameryka wybrała demokratyczny duet Joe Biden/Kamala Harris; przegrał populistyczny Donald Trump.
Jako zwycięzców nie bez powodu wskazałem duet, mimo iż w strukturze władzy USA liczy się niemal wyłącznie prezydent, a zastępca jest po prostu rezerwowym zawodnikiem. Tym razem kandydatura na wiceprezydenta – Kamali Harris, charyzmatycznej i jednocześnie twardej kobiety sukcesu, gruntownie wykształconej, o jamajsko-indyjskich korzeniach, odegrała w kampanii bardzo istotną rolę, przyciągając do obozu demokratów mniejszości etniczne i rasowe i większość kobiet ( mimo iż więcej białych kobiet głosowało na Trumpa ).
Miało to istotne znaczenie, biorąc pod uwagę napięcia rasowe w Ameryce w ostatnich miesiącach i obraz Donalda Trumpa jako zwolennika porządku, nawołującego do tłumienia protestów społecznych za wszelką cenę, przy pomocy gwardii narodowej i lekceważącego społeczne przyczyny podziałów w USA. Tylko pogarszająca się sytuacja gospodarcza i jej implikacje na rynku pracy w związku z kryzysem koronawirusowym miały większe znaczenie dla zwycięstwa wyborczego demokratów. Ameryka przeżywa szczególnie dotkliwie pandemię, z nieproporcjonalnie wysoką liczbą zakażeń i zgonów, co, tak samo jak w Polsce, ma w dużej mierze związek z nieskoordynowanym, chaotycznym i nieskutecznym działaniem rządu. Zaostrza to nie tylko problemy gospodarcze, ale dzieli również społeczeństwo . Covid uderza szczególnie w klasę robotniczą oraz mniejszości etniczne i rasowe, ale również w klasę średnią.
Przeszło 4,5 mln głosów różnicy na korzyść Bidena ( przeszło 1,5 mln więcej niż w kampanii z udziałem Hillary Clinton ) nie wzięło się znikąd.
Załamanie gospodarcze pod ciosami pandemii widać szczególnie wyraźnie w tzw. pasie rdzy, dawniej nazywanym stalowym; tam gdzie wykuto zwycięstwo Trumpa przed czterema laty ( Pensylwania, Michigan, Ohio, Indiana) i przyległych stanach – Illinois i Wisconsin. Nadzieje amerykańskiej klasy pracowników przemysłowych zostały zawiedzione; Biden odbił Trumpowi Pensylwanię, Michigan, jak również nieodległy Wisconsin. W tych trzech ostatnich stanach Donald Trump wygrał przed 4 laty różnicą łącznie ok. 80 tys. głosów, teraz poległ tam różnicą ok. 250 tysięcy.
Demokrata wygrał jednak również w Arizonie (po 24 latach) i w Georgii (po 28 latach). Uzyskał, przy najwyższej od 1908 roku frekwencji, najwięcej głosów w całej historii Stanów Zjednoczonych. Jeszcze raz się okazało, że ludzie oczekują realnej poprawy ich sytuacji życiowej i utrzymania miejsc pracy, a nie tylko obniżki podatków.
Nowa, demokratyczna administracja stoi przed ogromnym wyzwaniem uruchomienia na nowo gospodarki i od sukcesów na tym polu będzie zależeć jej przyszłość za cztery lata, ale najpierw musi się uporać z napierającą pandemią. Nowa administracja musi opracować atrakcyjne i wykonalne plany rozwiązania problemów gospodarczych i społecznych, które zyskają poparcie Kongresu w tym kolejną reformę opieki zdrowotnej, ale również zapewne powróci do aktywnej polityki ochrony środowiska ( zapewne powróci do porozumienia paryskiego ).
Umiarkowany Biden nie przeprowadzi w Ameryce rewolucji, ale może przywrócić poczucie solidarności społecznej, wykorzystując zaangażowanie obywatelskie, łagodząc podziały i naprawiając szkody wyrządzone w tej sferze przez D. Trumpa, prowadząc bardziej sprawiedliwą politykę. Na arenie międzynarodowej obserwatorzy oczekują przede wszystkim normalizacji w stosunkach transatlantyckich i zaprzestania traktowania Unii Europejskiej przez administrację amerykańską jako rywala i powrotu do współpracy na partnerskich zasadach. Ma to ogromne znaczenie w obliczu rosnącej potęgi gospodarczej Chin, które poradziły sobie, używając drastycznych środków w walce z pandemią na swoim terytorium i dzisiaj są gotowe na nową ekspansję. Nota bene: w Europie o reindustrializacji nadal się tylko gawędzi… To samo dotyczy współpracy w sferze bezpieczeństwa, przede wszystkim w ramach NATO, wobec aktywnej polityki rosyjskiej, ale również na Bliskim Wschodzie, ze szczególnym uwzględnieniem Iranu.
Polski rząd znajdzie się w trudnej sytuacji, tym bardziej, że ma ogromny, psychologiczny kłopot z odczepieniem się od rydwanu Donalda Trumpa. Zamiast nawiązać kontakt z przyszłą administracją i uzyskać potwierdzenie uzgodnień poczynionych w sferze bezpieczeństwa z odchodzącym prezydentem, tworzy fakty dokonane, ratyfikując jednostronnie nowy układ o współpracy w sferze obronności kilka dni po amerykańskich wyborach.
Ale jeżeli Andrzej Duda nie jest w stanie się przemóc i złożyć gratulacji zwycięzcy jak inni przywódcy europejscy, tylko gratuluje mu kampanii i czeka na Zgromadzenie Elektorów – to o czym tu gadać.
Przy nowej administracji, która ogromny nacisk kładzie na prawa człowieka i praworządność ( niemal jak za administracji Cartera ), rząd PiSu i prezydent Duda nie będą już mogli wygrywać różnic między przywódcami Unii Europejskiej i USA. Im szybciej to zrozumieją tym lepiej dla Polski.

Flaczki tygodnia

Kandydat PiS przegrał wybory prezydenckie w USA. A przynajmniej wiele na to wskazuje.

Klęska kandydata PiS wpędziła w depresję szczwaczy z TVP info. Przez ostatnie tygodnie przekonywali, że ich kandydat ma reelekcję w kieszeni, bo zdrowy, czyli konserwatywny naród amerykański znowu dokona słusznego wyboru. Odrzuci kandydata pasożytniczych, lewicowo-liberalnych elit ze zdemoralizowanego Waszyngtonu.

Jeszcze w sobotę wieczorem czołowi szczwacze PiS propagandy, panowie Karnowski i Sakiewicz, nie dopuszczali wygranej kandydata „amerykańskich neomarksistów”. Pan Karnowski wzywał przegrywającego kandydata PiS do „obrony swych praw w sądach”. Pan Sakiewicz podważył uczciwość wyboru Baidena, reprezentującego amerykańskich komunistów. Bo mieszkający w USA członkowie Klubów „Gazety Polskiej”, niekorzystny dla siebie wynik uznali za fałszerstwo wyborcze. Prezes TVP Jacek Kurski zdążył nawet napisać, że zwycięstwo Donalda Trumpa jest dobre dla Polski i dla świata, bo oznacza to „powstrzymanie pochodu lewicowej rewolty”. Na koniec eksperci TVPiS zgodnie przekonywali, że ogłoszonej przez media wygranej Baidena nie można traktować serio, bo przecież media kłamią.

Dlatego, pomimo swej klęski, wielkim moralnym zwycięzcą amerykańskich wyborów był i będzie dla TVP info kandydat PiS, czyli Donald Trump. A fałszerzowi i lewakowi Bideonowi szczujnia PiS mówi zdecydowane „nie”.

Z ewentualną wygraną lewaka Baidena nie mogli się też pogodzić prawicowi eksperci zaproszeni do radiowej „Trójki”. Rozszyfrowali tam ten spisek amerykańskiego feminizmu. Otóż ów Bidon to tylko figurant, bo podstępna gra toczy się o to, aby po roku kadencji starego Baidena zastąpiła demoniczna feministka Kamala Harris. Drżyj polski narodzie przed kobietą na prezydenckim stolcu!

W Watykanie też przegrał przyszły kandydat PiS na ołtarze.
Winny, orzekła Nuncjatura Apostolska. I wymierzyła kary. Kardynał Henryk Gulbinowicz nie będzie miał prawa do pochówku w katedrze, nie wolno odprawić mszy żałobnej po jego śmierci. Zakazano mu reprezentować Kościół katolicki i używać insygniów biskupich. Czym zawinił potężny kiedyś hierarcha by teraz stać się banitą?

Otóż kardynał Gulbinowicz przez wiele lat krył księży pedofilii. Nie pozwalał aby zostali osądzeni i ukarani. Dodatkowo sam uprawiał stosunki seksualne z małoletnimi chłopcami. Z dorosłymi też. Dodatkowo ten wieloletni metropolita wrocławski swą kościelną karierę zawdzięcza wieloletniej współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa Polski Ludowej. To SB współkreowała Gulbinowicza jako „niezłomnego antykomunistycznego opozycjonistę” i hierarchę kościoła kat.

Tego kościoła, który zdaniem jaśniepana prezesa Kaczyńskiego, zawsze uosabiał najlepsze cechy i tradycje narodu polskiego, którego teraz trzeba bronić przed polskimi kobietami.

W 2002 roku Mateusz i Iwona Morawieccy kupili od wrocławskiej diecezji około 15 hektarów ziemi. Zapłacili 700 tysięcy złotych. Dziś działka warta jest ok. 70 milionów. O tej działce pan Morawiecki dowiedział się od kardynała Gulbinowicza, z którym jest zaprzyjaźniony. Czy odpalił mu wtedy działkę za działkę?

Kardynał Gulbinowicz za wieloletnią służbę Służbie Bezpieczeństwa PRL, przekręty finansowe, ochronę księży pedofilii został przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego odznaczonych orderem Orła Białego. Czy pan prezydent Duda przychyli się do wniosku parlamentarzystów Lewicy i dobierze obrońcy pedofilii ten order?

Pomimo spodziewanego kryzysu gospodarczego i konieczności powszechnych oszczędności, Kancelaria pana prezydenta Dudy zamierza zwiększyć pobierane z deficytowego budżetu państwa wydatki na remonty i inwestycje budowlane. Zwłaszcza na ulubione rezydencje prezydenta: Wisłę, Jastarnię i Promnik. To wskazuje, że w tej kadencji pan prezydent Duda zamierza więcej swego wysiłku zużyć na wypoczynek i rekreację.

Prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier zaoferował Polsce pomoc w walce z pandemią. „Tam, gdzie krajowe możliwości medyczne sięgają swoich granic, powinniśmy zrobić wszystko, żeby sobie nawzajem pomagać” – przekonywał w liście do pana prezydenta Dudy. Kanceliści pana prezydenta i urzędnicy MSZ dumnie odrzucili niemiecką pomoc. Potraktowali ją jak dwa miecze przesłane przed bitwą pod Grunwaldem. W ramach retorsji zaproponowali schorowanym Niemcom polską pomoc. Nic dziwnego, że Niemcy zaczęli wzmacniać ochronę swych granic.

Biden, Franciszek, Frank-Walter Steinmeier. Tyle nieszczęść na raz. Ale to nie koniec. Polskę, a konkretnie lasy małopolskie i świętokrzyskie, najechała rumuńska mafia. Mafiosi zza Karpat szybciej zbierają grzyby od polskich grzybiarzy i wywożą je do Niemiec. Niezwłoczną interwencję u najwyższych władz partyjnych i państwowych podjęła poseł PiS Krystyna Wróblewska: „To Polacy powinni czerpać zyski z naszego dobra narodowego, jakim są grzyby. Dlatego trzeba zacząć coś robić już dziś, by chronić polskie grzyby w przyszłości”.

Do rządu piszą też apele o pomoc polscy przedsiębiorcy. Niektórzy, pomimo zakazu, protestują na ulicach Warszawy. Pan Piotr Patkowski, wiceminister finansów, odpowiedział im: „Są branże, które szczególnie odczują skutki koronawirusa. To im dedykujemy działania zaproponowane przez premiera. Wśród rozwiązań jest też możliwość przebranżowienia. Chodzi o to, żeby nowa forma działalności gospodarczej, dawała możliwość rozwoju i zarabiania”.

Apelujemy aby politycy PiS też przebranżawiali się. Grzyby w lasach czekają.

Trump pogłębił podział Ameryki

Mamy za sobą jedną z najdziwniejszych kampanii wyborczych w najnowszej historii Stanów Zjednoczonych. I nie tylko dlatego, że odbyła się ona w warunkach pandemii koronawisrusa, której ofiarami tylko w jednym dniu poprzedzającym wybory tj. 2 listopada br. padło ponad 93 tys. Amerykanów, ale także dlatego, że kampania wyborcza odbywała się warunkach kryzysu gospodarczego USA, wysokiego bezrobocia, napięć na tle rasowym i osłabienia pozycji USA w systemie międzynarodowym. Ponad 100 mln obywateli oddało głos przed dniem wyborów. Był to rekord wszechczasów.

Specyfika minionej kampanii wyborczej polegała również na dziwnych i sprzecznych zapowiedziach zachowania się prezydenta Donalda Trumpa w wypadku przegrania przez niego wyborów. Mówił m. in. że opuści wówczas na dobre Stany Zjednoczone. Innym razem zapowiedział, że w wypadku niekorzystnych dla niego wyników wyborów nie opuści Białego Domu do czasu ponownego przeliczenia głosów.
W chwili gdy kończę ten artykuł nie ma oficjalnych wyników wyborów prezydenckich. Biden i Trump zapewne będą czekać parę tygodni albo dłużej na ostateczny werdykt kto zasiądzie w Białym Domu 20 stycznia 2021r.
Donald Trump jest z kilku powodów jedynym takim prezydentem spośród wszystkich dotychczasowych mieszkańców Białego Domu. Zdobył urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych nie mając za sobą żadnego doświadczenia politycznego. Wszyscy poprzedni prezydenci USA byli albo politykami albo mieli za sobą karierę wojskową. Trump nie zajmował przed prezydenturą żadnego stanowiska politycznego. Był natomiast bogatym biznesmanem z Nowego Jorku z ambicjami politycznymi. W pewnym momencie zapragnął zostać prezydentem USA i sfinansował swoją kampanie wyborczą. Wkroczył do Białego Domu bez doświadczenia politycznego, bez służby wojskowej, bez obycia międzynarodowego. Zanim został prezydentem z ramienia Partii Republikańskiej pięciokrotnie zmieniał przynależność partyjną. Był m. in członkiem Partii Demokratycznej i Partii Reform.
W walce o nominację Partii Republikańskiej w latach 2015-2016 pokonał 16 rywali wśród których byli doświadczeni senatorowie, kongresmani i gubernatorzy. Kampanię wyborczą początkowo finansował z własnej kieszeni. Jest najbogatszym prezydentem w historii Stanów Zjednoczonych. On ocenia swój majątek na ponad 10 mld dol. chociaż nie ujawnia szczegółów, ani wysokości podatków, które płaci.
W listopadzie 2016r. pokonał swoją rywalkę, kandydatkę z ramienia Partii Demokratycznej Hillary Clinton chociaż w sumie trzymał 2,9 mln głosów mniej w ogólnoamerykańskich wyborach. Już pięciokrotnie w historii USA w Białym Domu zasiadał kandydat, który dostawał mniej głosów od swego rywala. Ale taki jest pokrętny system wyborczy w tym kraju.
Jako prezydent, Trump nie ma żadnej dalekosiężnej wizji polityki zagranicznej. Nic więc dziwnego, że doprowadził do pogorszenia stosunków Waszyngtonu z sojusznikami europejskimi w NATO. Jest zmienny i nieprzewidywalny w swoich poglądach. Charakterologicznie jest narcystyczny, pewny siebie, obraża ludzi ale ich nie przeprasza. Nie przyznaje się do błędów i nie szczędzi sobie pochwał. 11 lutego br oświadczył: „żaden z prezydentów nie pracował bardziej niż ja”. Uważa się za najlepszego prezydenta w historii Stanów Zjednoczonych z wyjątkiem Jerzego Waszyngtona. Analitycy amerykańscy obliczają, że prezydent Trump składa dziennie średnio 6 błędnych wypowiedzi.
Trzeba przyznać, że Trump od początku swojej prezydentury odziedziczył dobrą koniunkturę gospodarczą i potrafił ją utrzymać do wiosny br., do wybuchu pandemii, która doprowadziła do załamania gospodarki amerykańskiej i do wzrostu bezrobocia.
Trump nie darzy sympatią mediów. Nazywa je „wrogiem narodu amerykańskiego”. Wiadomości, których nie lubi uważa za nieprawdziwe. Swoja postawą pogłębia podziały w społeczeństwie amerykańskim, chociaż lubi mówić o potrzebie jedności Amerykanów. Jest impulsywny, autorytarny, ale nie ma zapędów dyktatorskich. Raczej określiłbym go jako populistycznego autokratę. Taka postawa nie przysparza mu popularności na świecie i zraża wielu Amerykanów, w tym również członków jego rządu. Sekretarz Stanu Rex W. Tillerson powiedział wprost i dosadnie, że prezydent Trump „mówi sam za siebie”. Innym razem nazwał go „kretynem”.
Trump mimo bufonady, pewności siebie i rozdętego własnego ego lubi przedstawiać, się, jako ofiara przynajmniej we własnym przekonaniu niesprawiedliwych ataków i krytyki. Liczy, że w ten sposób pozyska sympatię wyborców.
Trump tak się skłócił z republikańskimi członkami Kongresu, że kilka razy już zagroził, że zamknie działalność agencji rządowych, jeżeli Kongres nie spełni oczekiwań Białego Domu. Republikanie krytykowali prezydenta za jego współpracę z demokratami.
Trump nie potrafi sobie ułożyć dobrych stosunków ani z demokratami, ani z republikanami. Obliczono, że do grudnia 2017 r. osobiście ostro zaatakował 11 senatorów z własnej partii republikańskiej. Ponieważ republikanie mieli w Senacie 52 senatorów, oznaczało to, że prezydent skłócił się z 21 proc. republikańskiego klubu senatorskiego.
Donald Trump jest pierwszym w historii Stanów Zjednoczonych prezydentem, który na taką skalę i w tak różnych sprawach komunikuje się ze społeczeństwem amerykańskim za pomocą Twittera. W ten sposób dociera do dziesiątków milionów obywateli. Różne źródła potwierdzają, że wstaje on wcześnie ok. godziny 5:30. Ogląda telewizję w sypialni zarówno swój ulubiony kanał „Fox and Friends”, jak i te kanały, których notorycznie nie lubi, a więc CNN i MSNBC. Interesuje go przede wszystkim, co o nim mówią. Natychmiast reaguje na Twitterze na każdą nawet najmniejszą krytykę. Jest tak egocentryczny, że wszędzie podejrzewa próbę osłabienia jego autorytetu i politycznej pozycji. Osoby bliskie prezydentowi mówią, że codziennie spędza on przynajmniej cztery godziny przed telewizorem, a bywa tak, że nawet dwukrotnie więcej. W Gabinecie Owalnym zjawia się ok. godz. 11. Mało udziela formalnych wywiadów i rzadko spotyka się z dziennikarzami na konferencjach prasowych. Wykorzystuje Twitter do poinformowania społeczeństwa zarówno o ważnych sprawach strategicznych, politycznych, jak o sprawach małostkowych, atakuje swych przeciwników i krytyków swoich dzieci. Wykorzystuje Twitter do obraźliwych ataków osób, których nie darzy sympatią. Zdarza mu się często popełniać kłamstwa na Twitterze, za które nie lubi przepraszać. Można powiedzieć, że Trump ma obsesję posługiwania się Twitterem i traktuje to, jako sposób chwalenia się sukcesami. Pojawiają się apele do Trumpa, aby jako prezydent ograniczył swą aktywność twitterową, ale jak dotąd są to bezskuteczne apele. Okazuje się przy tym, że prezydent popełnia często błędy ortograficzne na Twitterze.
Trump jest organicznie podejrzliwy i nieufny. Uważa, że demokraci, lewica i liberalne media dążą do osłabienia i wyeliminowania go ze sceny politycznej. Temu również przypisuje fakt, że jego aprobata w społeczeństwie amerykańskim utrzymuje się na niskim poziomie nieco ponad 30 proc. , mimo jego zasług w obniżeniu podatków i dobrej koniunktury gospodarczej. Analitycy amerykańscy zwracają jednak uwagę na brak klarownej, dalekosiężnej strategii prezydenta Trumpa. Najbardziej interesuje go obrona własnego ego, samoobrona, obsesja na punkcie swojej osoby.

Temu wszystkiemu towarzyszy jego impulsywność. Wszystko to umacnia przekonanie i krytykę, że nie traktuje on swego stanowiska poważnie. Jest szczęśliwy, kiedy widzi swoje nazwisko w czołówkach informacji: i nieszczęśliwy, kiedy przez 2-3 dni nie ma o nim mowy w mediach. Trump ma nierealistyczne oczekiwania, jeżeli chodzi o zakres władzy prezydenckiej. Sceptycznie odnosi się do obowiązku współpracy i podziału władzy z Kongresem i Sądem Najwyższym. Wynika to nie tylko z przerostu jego ambicji osobistych, ale także z braku dostatecznej wiedzy o konstytucyjnym trójpodziale władzy.
Donald Trump, jako człowiek charakterologicznie o wybujałym egocentryzmie jest przekonany, że we wszystkim ma rację i nie toleruje krytyki wobec swojej osoby. Natomiast nie szczędzi krytyki pod adresem innych osób, instytucji czy nawet państw. Skrytykował m.in. ostro graczy futbolu, kiedy w proteście przeciw rasowej dyskryminacji uklękli a nie stanęli na baczność w czasie odgrywania amerykańskiego hymnu narodowego. Potępił troje senatorów republikańskich, którzy przyłączyli się do demokratów i uniemożliwili anulowanie programu opieki zdrowotnej udzielonej za prezydentury Obamy. Trump zarzuca republikańskim członkom Kongresu małą aktywność legislacyjną, ale sam, jako prezydent nie wykazał się inicjatywą ustawodawczą.
Donald Trump nie przywiązuje nadmiernej wagi do podawania prawdziwych opinii i co gorsza prawdziwych informacji. Według „The Washington Post’s Fact Checker” i CNN w ciągu 802 dni swojej prezydentury, czyli do kwietnia 2019 r. z ust prezydenta Trumpa padło 9451 fałszywych lub mylących wypowiedzi. Oznaczało to, że średnio każdego dnia było 6 takich wypowiedzi. Nic więc dziwnego, że prezydent Trump nie ma opinii wiarygodnego polityka. Oświadczył m.in., że dźwięk elektrycznych wiatraków powoduje raka.
Trump narcystyczny i pewny siebie charakterologicznie, jest pełen temperamentu. Potrafi być wybuchowy, okazywać złość, zwłaszcza wobec osób, które go krytykują. Niezadowolony z telefonicznej rozmowy z premierem Australii Malcolmem Turnbull nagle ją przerwał. Zdegustowany trudnymi pytaniami dziennikarki Megyn Kelly z „Fox News” obraźliwie ją zaatakował. Na wiecach wyborczych wdawał się w pyskówki z ludźmi. Zawsze natomiast demonstrował dużą pewność siebie i rzadko przyznawał się do błędów.
Kilkanaście kobiet oskarża Trumpa o niewłaściwe seksualne zachowanie wobec nich w okresie kampanii wyborczej. Trump oczywiście zaprzecza tym zarzutom, ale w pewnym momencie przepraszał je. W październiku 2016 r. powiedział: „Kiedy jesteś gwiazdą, one pozwalają ci na wszystko. Możesz chwytać je za c…ę”. W sumie 16 kobiet oskarżało Trumpa o seksualne molestowanie w okresie przed objęciem przez niego prezydentury. Trump zagroził im procesem o zniesławienie, ale nigdy nie spełnił tej groźby.
Trump osłabił pozycję Stanów Zjednoczonych na arenie międzynarodowej. M. in. zawiesił udział USA w kilku międzynarodowych układach dotyczących ograniczenia zbrojeń. Grozi to wznowieniem wyścigu zbrojeń. Trump wycofał m. in. udział Stanów Zjednoczonych w paryskim porozumieniu z 2015r. o zmianach klimatycznych, z Trans-Pacyficznego Partnerstwa z 2016r. o zapobieganiu ekonomicznej ekspansji Chin. Renegocjował układ handlowy z Koreą Płd z 2012r. i układ handlowy z Kanadą i Meksykiem.
Trump jest autorem wielu dziwnych wypowiedzi. Oto kilka przykładów z ostatniego roku:
„Mógłbym być najbardziej popularną osobą w Europie. Mógłbym ubiegać się o dowolny urząd jeśli chciałbym, ale nie chcę”.
„Świat jest dobry, my jesteśmy wielcy”.
„Czy możecie uwierzyć, że jestem politykiem? Nawet ja nie mogę uwierzyć”.
„Jedna osoba miała lepsze notowania od waszego ulubionego prezydenta Donalda Trumpa.. Nazywa się on Jerzy Waszyngton”.
„Mamy najgorsze prawo. Mamy najsłabsze prawa w historii jakiegokolwiek kraju”.
Ostatnio Mery L. Trump, bratanica prezydenta powiedziała w wywiadzie dla Newsweeka (12-18.10.2020r.), że Trump „jest okropnym człowiekiem i jego prezydentura to najgorsza rzecz jaka mogła się przytrafić mojemu krajowi. Jestem przerażona, że taki człowiek jest w Gabinecie Owalnym”.