Trump – kiepsko w sondażach

74-letni miliarder Donald Trump, człowiek, który prawie cztery lata temu niespodziewanie pokonał w wyborach prezydenckich Hillary Clinton z Demokratów, wylądował w wigilię amerykańskiego święta narodowego u stóp Góry Rushmore w Południowej Dakocie, by zrobić sobie zdjęcie na jej tle. Były ognie sztuczne, a tłum wiwatował, gdy powiedział do mikrofonu „Powiemy prawdę taką, jaka jest, bez przepraszania: Stany Zjednoczone są najsprawiedliwszym i najbardziej wyjątkowym krajem w historii świata.”

„Cztery lata więcej, cztery lata więcej!” – skandowała oddana mu w tym regionie publiczność, zazwyczaj biała, nieufna i uzbrojona. Pod kamiennymi spojrzeniami czterech b. prezydentów USA Waszyngtona, Jeffersona, Lincolna i Roosevelta, Donald Trump krytykował niszczenie konfederackich pomników tj. obrońców niewolnictwa czarnych, które wiąże się z falą manifestacji antyrasizmu, wywołaną skandalicznym uduszeniem czarnego George’a Floyda.
„To kampania, której celem jest zatarcie naszej historii, obraza naszych bohaterów, zniszczenie naszych wartości i indoktrynacja naszych dzieci” – mówił jak wystraszony, zahukany kowboj, jakby prezentował prześladowaną mniejszość. Jest odwrotnie, ale to się podobało.
To słabo zaludniony stan, gdzie 60 proc. wyborców głosowało na niego w 2016, a gubernator Kristi Noem reprezentuje Republikanów. Trump trąbił przez głośniki, że wszystko gra, uśmiechnięty rozdawał obiecanki: epidemia jest „pod kontrolą” i nie warto o niej mówić, a gospodarka restartuje „mocniej i szybciej” po kryzysie tak, że przyszły rok będzie „historyczny”.
W tym czasie, po drugiej stronie ulicy, manifestacja miejscowych Siuksów protestowała przeciw organizacji wiecu wyborczego bez pytania. Indianie z Black Hills uważają, że ich święta góra została radykalnie zepsuta głowami prezydentów USA. Trzy lata temu Trump sondował, czy dałoby się dołożyć jego głowę, ale nie wyszło i szanse na to są niewielkie. Dyrekcja parku narodowego tłumaczyła, że dodatkowe prace na ich terenie, ustalonym w 1945 r. przez rzeźbę Borgluma, są zabronione.
Rzeźbiarz Gutzon Borglum chciał uwiecznić w tym skrócie „ideały amerykańskie”, lecz, jeśli spojrzeć na tych prezydentów w nieco inny sposób, każdy z nich jest bandytą. New York Times , który popiera Demokratę Bidena, próbował w ten hurrapatriotyczny wiec wyborczy uderzyć informacją, że ostatnia narzeczona najstarszego syna prezydenta ma wirus covid-19. Trump sporo przegrywa w sondażach do swego trupo-podobnego konkurenta, niektóre media donoszą nawet, że może zrezygnować z kandydowania. Póki co, kampanię rozpoczyna odbieraniem hołdów.

Polska na sprzedaż

Opis polskiej polityki zagranicznej wymyka się pojęciom używanym podczas racjonalnego opisu świata. Zespół sprzęgniętych ze sobą symboli zastępujących rzeczywistość, zaklęcia wzięte z sufitu, historyczne kalki niemające żadnego zastosowania do współczesności plus histeryczne reakcje pod adresem każdego, kto poddaje w wątpliwość tę całą konstrukcję. Nawet jednak w tych odmętach szaleństwa pachnących środkami dezynfekcyjnymi szpitala dla umysłowo chorych, stosunek do USA jest czymś absolutnie wyjątkowym. Określenie zachowania polskich elit politycznych słowem „lokajskie” jest najłagodniejszym z możliwych. Dalej zaczynają się określenia, których przyzwoity człowiek nie powinien używać publicznie.

Jeżeli Andrzej Duda, na kilka dni przez wyborami był przekonany, że namaszczenie z USA pomoże mu w zwycięstwie, to nic nikomu do tego. Wolność kompromitowania się jest wciąż jeszcze jedną z najważniejszych w Polsce.
Media prześcigały się w domysłach, czy będzie tam rozmawiał o zwiększeniu obecności amerykańskiego kontyngentu w naszym kraju. Zazwyczaj dobrze poinformowany „Dziennik Gazeta Prawna” twierdzi, że poznał szczegóły mających się odbyć rozmów. USA „radykalnie zwiększy” swoja obecność w Polsce, twierdzi gazeta. Żołnierze amerykańscy mają być objęci immunitetem znacznie szerszym niż ten, którym cieszą się w Niemczech lub Japonii. Koszty utrzymania amerykańskiej szarańczy ma w znacznym stopniu wziąć na siebie polska strona.
Tylko w Polsce możliwe jest, by prominentny polityk oddawał publicznie w pacht suwerenność kraju i niebezpodstawnie liczył na to, że to zapewni mu rządzenie przez następną kadencję.
Kiedy ktoś ciekawski szukać będzie, jakie uzasadnienia takiej sytuacji wydalają z siebie mózgi polskich elit politycznych, niech sięgnie do wywiadu Witolda Waszczykowskiego dla portalu Interia.pl. Na pytanie o immunitet, czyli całkowitą bezkarność amerykańskich żołnierzy stacjonujących w Polsce Waszczykowski odpowiada: „Żołnierze amerykańcy – wszędzie, gdzie stacjonują – są na innych prawach niż miejscowa ludność. Niekoniecznie to jest immunitet, ale są wyłączeni spod jurysdykcji państwa, które ich przyjmuje. To normalne. (…) Problemem jest tylko to, żeby uzyskiwać ze strony amerykańskiej stosowne rekompensaty za ewentualne wyrządzone szkody. Mówiąc najkrócej, nie zależy nam na tym, aby amerykański żołnierz cierpiał w polskim więzieniu, tylko żeby rząd USA nam to zrekompensował, jeśli doszłoby do wyrządzenia jakichś szkód”. Naprawdę tak powiedział.
Pan Waszczykowski uważa otóż, że nie są i nie będą problemem morderstwa, pobicia i gwałty, których dokonywać będą jurni i naładowani testosteronem amerykańscy chłopcy (przykład Japonii pokazuje, że tego typu przestępstwa są tam na porządku dziennym), tylko kasa, którą będzie można z tego wyrwać. Waszczykowski, jak wszyscy przedstawiciele liberalnych elit ma w dupie ludzkie cierpienia i życie współobywateli. Jest zdania, że przecież da się je przeliczyć na gotówkę, bo to tylko „jakieś szkody”.
Na pytanie, czy w Polsce powinna być amerykańska broń atomowa, do której dostępu i możliwości użycia Polska mieć nie będzie, odpowiada: „posiadając takie magazyny [z amerykańską bronią atomową – przyp. red.] – co nie oznacza, że Polska miałaby do nich dostęp – bylibyśmy oczywiście wyróżnieni i bardziej związani ze Stanami Zjednoczonymi, bo konieczna byłaby większa ochrona właśnie ze strony Amerykanów”.
Nawet tak odklejony od rzeczywistości człowiek, który był niestety swego czasu ministrem spraw zagranicznych, musi zdawać sobie sprawę, że broń atomowa w Polsce oznacza gwarancję, że w przypadku konfliktu, nawet jeśli będzie on trwał 15 minut, to wystarczy, by już po pierwszych kilku Polski po prostu nie było. Razem z Polakami. To jest dla Waszczykowskiego cena za owo „wyróżnienie”. Przedtem opowiada o kasie za przestępstwa popełniane przez amerykańskich żołdaków, traktując to jako normalny biznesik.
Doprawdy, lepiej dla losów Polski i świata byłoby, gdyby ludzie reprezentujący takie poglądy zajmowali się tym, do czego ich Pan Bóg stworzył: pilnowaniem kurników. Wszystkie kury świata bardzo przepraszam.

Burza Netanjahu, bezsilność świata

Przed tą burzą panuje w naszych mediach cisza. Nie będziemy przecież wyrzucać Amerykanom ich polityki wobec ich podopiecznego – Izraela, skoro sami bardzo chcemy być ich podopiecznym. Polska i Izrael to jedyne państwa na świecie, które są gotowe na kult jednostki prezydenta Trumpa: my marzymy o „Forcie Trumpa”, a na syryjskich ziemiach okupowanych przez Izrael jest już „Wzgórze Trumpa” – nowa, nielegalna żydowska kolonia. Skoro Trump pobłogosławił plan Netanjahu aneksji kolejnych ziem okupowanych, tym razem palestyńskich, to chętnie skorzystamy z okazji, by siedzieć cicho.

Z deklaracji POPiSu wynika, że chcielibyśmy, by USA traktowały nas jak Izrael, jak najbliższego, ukochanego sojusznika, którego będą bezwarunkowo bronić i nawet dawać mu pieniądze. Cóż, w tym ostatnim punkcie, nawet najwięksi fani Ameryki nie mają złudzeń, to my musimy słono płacić, a USA nas za to obronią, pod warunkiem, że nas Rosja nie zaatakuje, na co się zresztą nie zanosi. Co do pieniędzy, są na świecie jeszcze tylko dwa kraje, oprócz Izraela, którym Amerykanie dają pieniądze ot tak: to Jordania i Egipt, sąsiedzi państwa żydowskiego. USA zasilają ich budżety, by w zamian zgadzały się z Izraelem.
Za kilka dni, od 1 lipca premier Netanjahu ma zacząć operację aneksji mniej więcej jednej trzeciej okupowanego, palestyńskiego Zachodniego Brzegu Jordanu – nielegalnych kolonii żydowskich powstałych dzięki zdobyczom armii i całej doliny Jordanu. Olbrzymia większość Izraelczyków-żydów popiera ten projekt, choć gwałci on jawnie podstawowe rozstrzygnięcia prawa międzynarodowego. Konkretnie znaczy to, że Izrael „znacjonalizuje” ziemie należące do Palestyńczyków, a odbierając im ziemię nie przyzna im obywatelstwa, co z jednej strony poszerzy obszar izraelskiego apartheidu, a z drugiej pozwoli w każdej chwili ich wyrzucić jako „obcokrajowców” do gett palestyńskich albo za granicę, np. do Jordanii (bo na nowych ziemiach izraelskich żydowska kolonizacja będzie jeszcze w mniejszości).
Są to plany tak bezczelne, że w ONZ tylko dwa kraje je popierają (na 200): USA i Izrael. Sąsiedzi Izraela niewiele mogą: Liban jest wstrząsany potężnymi niepokojami społecznymi, Syria ma kilku okupantów na głowie, Egipt jest przeciw tylko werbalnie, ale nie zrezygnuje z amerykańskich pieniędzy i uwagę ma zwróconą teraz na Libię, a Jordania jest bezsilna: może najwyżej (tracąc dolary) odstąpić od traktatu z Izraelem, który ma zamiar go złamać właśnie od 1 lipca. A Europa? Europejczycy tak się przyzwyczaili, że Izrael może bezkarnie łamać dowolne prawa, czy układy, że ich reakcja przypomina egipską: Unia „potępia” zachowanie Izraelczyków, ale to wszystko.
Siedem państw europejskich (jak zwykle bez nas: Niemcy, Estonia, Belgia, Francja, Norwegia, Irlandia i Wielka Brytania) wydało wspólną deklarację, że nie uznają nielegalnej aneksji, która „zniszczy ideę pokoju w przyszłości”, ale, podobnie jak Unia, milczy na temat ewentualnych sankcji, bo ich nie przewiduje. O międzynarodowe sankcje mają ubiegać się sami Palestyńczycy, przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości. Może wywołać to tylko zawstydzony uśmiech, bo niezależnie od wyroku nic się nie stanie, wszyscy to wiedzą.
Burza nadciąga więc w ciszy. Dziś w Strefie Gazy rządzący tam Hamas ogłosił, że aneksja będzie oznaczać „deklarację wojny”, ale co mogą zrobić mieszkańcy małego, zamkniętego terytorium? Wysłać trochę „rakiet” napędzanych nawozami sztucznymi, które w nic nie trafiają i czekać na bombardowania? Rzucać się na graniczne ogrodzenie z drutu kolczastego, by ginąć setkami od kul, co już tyle razy przerabiano? Na Zachodnim Brzegu Autonomia Palestyńska, te kilka enklaw na terytorium okupowanym, gdzie mieszkańcy mogli rządzić się sami, rozpada się na naszych oczach, wraz z układami z Oslo, w oczekiwaniu nowej okupacji i nowego rozlewu krwi.

Trump – prezydent miłujący demokrację i logikę

Prezydent USA groził policyjną represją przeciwko wszelkim protestującym, którzy gromadzili się, aby go potępić podczas jegow wiecu wyborczego w Tulsa w Oklahomie. Potem poggrążył się bardziej. Zakomunikował, że na jego polecenie służby sanitarne kraju znacząco spowolniły testowanie obywateli na obecność koronawirusa żeby było mniej zakażeń.

„Wszyscy protestujący, anarchiści, agitatorzy, rabusie i łobuzy, którzy jedziecie do Oklahomy, musicie zrozumieć, że nie będziecie traktowani tak, jak w Nowym Jorku, Seattle czy Minneapolis. To będzie zupełnie inna scena!” – zapowiedział prezydent USA Donald Trump w piątek na Twitterze. Tym samym zrównał protestujących ze złodziejami sugerując, że, jeśli nie odstąpią od protestu, zostaną brutalnie potraktowani przez policję. Tweet prezydenta, oprócz gróźb, zawiera również fałszywą sugestię, jakoby w wymienionych wyżej miastach policja wykazywała powściągliwość w swoich reakcjach na pokojowe demonstracje.
Przeciwnicy Trumpa są oburzeni. „Prezydent wyraża zamiar naruszenia Konstytucji, odmawiając Amerykanom prawa do pokojowego gromadzania się w ramach Pierwszej Poprawki do konstytucji” – napisał na Twitterze Demokrata Don Beyer, członek Izby Reprezentantów. „Trump ubóstwia dyktatorów, którzy reagują przemocą i krytyką. Nie nadaje się na urząd” – dodał.
Republikański burmistrz Tulsy, gdzie ma odbyć się rzeczony wiec, G. T. Bynum, prewencyjnie wprowadził godzinę policyjną, która ma obowiązywać aż do najbliższej niedzieli w godz. od 22.00 do 6.00 rano w okolicach, w których Trump będzie agitował wyborców. W ramach uzasadnienia powołał się na rzekome „informacje z Departamentu Policji w Tulsa i innych organów ścigania, z których wynika, że ​​osoby z zorganizowanych grup, które były zaangażowane w destrukcyjne lub agresywne zachowania w innych stanach, planują podróż do miasta Tulsa w celu spowodowania niepokoju w okolicach wiecu”. No, jasne!
Oskarżany o dyktatorskie zapędy, o brak zrozumienia, czym jest wolność słowa i prawo do zgromadzeń, Trump znalazł sposób na to, by szczuć Amerykanów na siebie, oddzielając rzekomo dobrych protestujących od złych. W przemówieniu w Białym Domu na początku tego miesiąca amerykański prezydent przedstawił się jako „sojusznik wszystkich pokojowych protestujących”, a zarazem przeciwnik „zawodowych anarchistów, brutalnych tłumów, podpalaczy, łupieżców, przestępców, uczestników zamieszek, Antify i innych”.
Piątkowy tweet prezydenta wskazuje na to, że „podpalaczami” i „przestępcami” są dla niego wszyscy ci, którzy nie zgadzają się z jego polityka i głośno dają temu wyraz. Pod pretekstem zaprowadzania porządku na ulicach amerykańskich miast postępuje zjawisko kryminalizacji protestu jako takiego, zwłaszcza gdy ma on charakter lewicowy i postępowy.
Na słowa Trumpa zareagowała organizacja American Civil Liberties Union (ACLU), która zapowiedziała, że jeśli organy ścigania zaatakują pokojowych demonstrantów w Tulsa, skieruje wobec nim wniosek do sądu.
„Każdy prezydent, burmistrz lub szef policji, który atakuje protestujących, powinien zrozumieć, że zostanie pozwany, tak jak to zrobiliśmy w D.C., Seattle i Minneapolis” – czytamy w oświadczeniu organizacji.
W Tulsie Trump opowiadał też, że testowanie ujawniały rosnąca liczbę zarażonych (!). „To kij o dwóch końcach. (…) Oto jak wygląda zła strona: kiedy testuje się w takiej skali, to potwierdza się coraz więcej przepadków pozytywnych. Dlatego poprosiłem swoich ludzi – przystopujcie testowanie”, mówił Trump, cytowany przez CNN. Na tym tle wezwania Lecha Wałęsy, by stłuc termometr, żeby nie mieć gorączki, wyglądają jak niewinny żarcik.
Opozycyjna wobec Trumpa CNN, która poinformowała o tej wypowiedzi amerykańskiego prezydenta, nazwała ją „oszałamiającą szczerością”, jeśli zważyć jak ważną role pełni testowanie w walce z epidemią oraz fakt, że zmarło już około 120 tysięcy ludzi.
Sztab Trumpa i wiceprezydent Pence, próbowali usprawiedliwić swojego pryncypała twierdzeniem, że to był „oczywisty żart”, ale to nie przynosi żadnych skutków, a polityczni konkurenci Trumpa wykorzystują tę jego wypowiedź na całego. Chwyt, że głupie słowa to tylko „żarty” raczej nie są skuteczną taktyką w przedwyborczej walce w USA.
– Nie żartuję. Pozwólcie mi to powiedzieć. Pozwólcie, że wyjaśnię – odpowiedział na te próby obrony jego inteligencji Trump dziennikarzom, gdy dopytywali się, czy jego uwagi na wiecu wyborczym w sobotę w Tulsie, w Oklahomie, były zamierzone jako żart.
– Mamy najlepszy program testowy na świecie. Testujemy lepiej niż ktokolwiek inny na świecie. Nasze testy są najlepsze na świecie i mamy ich najwięcej – mówił.
– Robiąc więcej testów, ujawniamy więcej przypadków – demonstrował swój stan intelektualny kilka godzin przed podjęciem Andrzeja Dudy.
Na wspomnianym wiecu w Oklahomie Trump obiecał, że w listopadzie zwyciężą „sennego Joe Bidena”. Jednak jeszcze kilka takich ataków szczerości amerykańskiego prezydenta i to zwycięstwo może okazać się trudniejsze niż się Trumpowi wydaje.

Inkasent Trumpa

  • Po co pan prezydent Duda ma takie wielkie plecy?
  • Żeby prezydent Trump mógł go łatwiej protekcjonalnie klepać.

Łupów amerykańskiej wyprawy miało być wiele. Wypasiony Fort Trump pełen importowanego wojska, broń atomowa przechowywana w polskich skrytkach, bojowe śmigłowce, myśliwce, transportowce, no i transfery najnowszej amerykańskiej technologii.
Po spotkaniu okazało się, że pan prezydent Duda przywiózł nam obietnicę otrzymania szczepionki, której jeszcze nie ma, obietnicę sprzedaży elektrowni atomowej w 2031 roku i deklarację zwiększenia rotacyjnego kontyngentu wojsk USA. Przynajmniej o tysiąc żołnierzy, w bliżej nieokreślonej przyszłości. Wartość obietnic nie pokryła nawet kosztów przelotu.
Jedynym przywiezionym realnym łupem przez prezydenta, który zasłynął tam służalczą deklaracją: „Nie miałbym śmiałości sugerować panu prezydentowi Trumpwi…”, jest fotka zrobiona w Białym Domu na potrzeby kampania wyborczej. Ma zaczarować „ciemny lud”, bo tym razem pan prezydent przy biurku siedzi, a prezydent Trump stoi obok.
Bat na kanclerz
Podczas konferencji prasowej prezydent Trump krótko i dobitnie wyjaśnił po co wezwał do Bialego Domu polskiego prezydenta. Otóż Trumpowi nie podoba się aktualna polityka Niemiec i pani kanclerz Merkel też. Nie podoba mu się, że Niemcy ograniczają swe wydatki na zbrojenia i jeszcze skąpią na utrzymanie amerykańskich wojsk stacjonujących na ich terytorium. Na dodatek Niemcy kupują gaz od Rosji, zamiast oferowanego im amerykańskiego LNG. Budują niemiecko- rosyjski gazociąg Nord Stream 2 zamiast terminali dla amerykańskiego LNG.
Na szczęście dla prezydenta Trumpa w dalekiej Polsce doszły do władzy elity PiS. Nasycone rusofobią, germanofobią, frankofobią, islamofobią, skandynawofobią, i wszelkimi innymi fobiami, niczym przysłowiowy Ruski wódką. Elity PiS cynicznie wykreowały wielu wrogów narodu polskiego, a z Rosji uczyniły najgorszego wroga.
Prezydent- biznesmen Trump zaoferował taką ochronę. Ale nie za darmo. W zamian za parasol przed rosyjskimi pociskami, chce uczynić z Polski głównego odbiorcę i dystrybutora amerykańskiego LNG na całą Europę Środkowo- Wschodnią. Zwaną przez PiS „Trójmorzem”.
Wedle planu Trumpa, za poczucie bezpieczeństwa sprzedawanego przez elity PiS polskim wyborcom, polscy podatnicy będą płacili amerykańskim firmom dostarczającym gaz. A także amerykańskiej armii za pobyt jej wojaków. Będą płacili dużo, bo bezpieczeństwo Ojczyzny jest bezcenne. Co elity PiS rozumieją, bo deklarują ponad 2 procent krajowego PKB przeznaczyć na „obronę” kraju. Czyli zakupy amerykańskiego sprzętu wojskowego.
Takie wizje gigantycznych interesów już pobudzają rozrośnięte manie wielkości obecne w elitach intelektualnych PiS. Kreujących nowy sojusz państw Trójmorza, alternatywny wobec sojuszu Berlin- Paryż, a nawet Unii Europejskiej. Elity PiS marzą aby Polska ich marzeń była liderem polityczno- gospodarczym Trójmorza. Przewodziła mu politycznie jako najwierniejszy sojusznik USA, promotor amerykańskich inwestycji w tym regionie. Aby elity PiS jako poborca należnych z tego tytułu prowizji, no i inkasent amerykańskich długów, stworzyły z Polski drugi Kuwejt. A z elit PiS kastę narodowo-katolickich szejków. Problem w tym, że w polityce, nawet międzynarodowej jest jak w szkolnej klasie. Nie lubi się i nie szanuje się takich prymusów – lizusów.
Wyzwoliciele czy okupanci?
Kiedy w 1993 roku polskie ziemie opuszczały ostatnie, stacjonujące u nas wojska post radzieckie, to polskie elity zgodnie uznały, że wreszcie nasze państwo zyskało podstawowy atrybut suwerenności. Nie ma na jego terenie stale stacjonujących obcych wojsk.
Nie minęło 30 lat, a elity PiS, na co dzień deklarujące politykę „Powstawania z kolan”, gotowe są zapłacić każdą cenę za ponowny, stały pobyt obcych wojsk na naszej ziemi.
Zapłacą nie tylko wszelkie koszty pobytu wojskowych. Za zgodę na ich pobyt przepłaca za amerykański gaz i energię atomową. Zgodzą się też na hamowanie rozwoju telekomunikacyjnej technologii 5G w naszym kraju, bo tego chce teraz amerykański Wielki Brat.
Zapłacą za to nie swoimi, tylko naszymi, podatkowymi pieniędzmi.
Dodatkowo obywatele naszego kraju zapłacą jeszcze za bezwarunkowy immunitet amerykańskich żołnierzy stacjonujących w naszym kraju. Każdy popełniony przez nich gwałt, rabunek, burda będzie bezkarny. Bo będą wyjęci spod polskiego sądownictwa.
Polska – Niemcy
Niemcy są najważniejszym partnerem gospodarczym Polski. Potem Czechy, Wielka Brytania, Francja, Włochy, Holandia, Rosja, Szwecja i USA. Obroty handlowe Polska- Niemcy są dziesięć razy większe niż Polsk z USA. A obroty Polska- Czechy trzy razy większe.
Pomimo tego polityczni psychopaci z PiS przy każdej okazji deprecjonują polskie więzi gospodarcze z Niemcami i państwami Unii Europejskiej. W zamian kreują irracjonalną alternatywę gospodarczego eldorado z USA.
Niemcy są gospodarczym mocarstwem. Wzywanie Niemców by się jeszcze zbroiły to kreowanie znanego równania:Niemiecka mocarstwowa gospodarka + niemiecka wielka armia = nowa wojna światowa.
Kto wtedy zagwarantuje Polsce utrzymanie jej zachodnich granic?
Polska – NATO
Polska rządzona przez elity PiS, staje się koniem, a ściślej osłem, trojańskim prezydenta Trumpa w NATO. Chciałaby zza pleców USA osłabić Niemcy, ukarać dumną Francję, pochwalić się swą „kryszą” przed Litwą, Łotwą i Estonią. Prowadzić niby chytrą, lecz służalczą, politykę „Nie miałbym śmiałości sugerować panu prezydentowi Trumpwi…”, ale wszystkie ochłapy spadające z niemieckiego stołu elity PiS z radością wezmą. Przecież to przywódcy mocarstwowego „Trojmorza” należy się.
Polska- Chiny
Przytakujący za każdym razem, podczas ostatniej wizyty, prezydentowi Trumpowi pan prezydent Duda być może nie zauważył, że stał się nie tylko amerykańskim bacikiem do propagandowego chłostania pani kanclerz Merkel. Obsadzono go też w roli kijka na potrzeby wojny Trumpa z Chinami.
Zamiast zachować neutralność w sporze USA – Chiny, polski prezydent bezmyślnie i wbrew polskim fundamentalnym interesom, poparł prezydenta Trumpa. Bezinteresownie. Zapewne „nie miał śmiałości” zaprezentować polskiej racji stanu i interesu narodowego w sporze Trump- Chiny.
Polska- Rosja
Ożywił się i ośmielił kiedy wspomniano o Rosji. Traktowanej przez prezydenta Trumpa jedynie jako uciążliwego konkurenta w handlu gazem. Nie agresora, bo przecież aneksji Krymu Rosja dokonała za rządów „demokratów”, prezydenta Obamy. Politycznego wroga prezydenta Trumpa, o czym nie zapomniał wspomnieć.
Prezydent Trump doskonale wie, że europejskie roszady wojskowe, jakie obecnie dokonuje, nie są strategicznym zagrożeniem dla Rosji. Dla bezpieczeństwa Polski nie mają militarnego znaczenia. Za to dla prezydenta Putina to fajny propagandowy prezent.
Prezydent Putin ma właśnie u siebie referendum, które pomoże wzmocnić jego władzę. Wizja wzmocnienia wojsk USA w Polsce to miód na serce rosyjskich „siłowników”. To argument by dozbroić rosyjskie wojska w Kaliningradzie i przy ich zachodniej granicy z NATO. I nikt rozsądny na świecie nie odmówi prawa Rosji do takiej odpowiedzi. Dzięki wizycie pana prezydenta Dudy w Waszyngtonie, prezydent Putin ma dodatkowe argumenty w swej kampanii wyborczej!.

Stosunki polsko- rosyjskie są złe. Polityczne są niemożliwe do naprawienia póki rządzą w Polsce psycho rusofobi. Kulturalne są ograniczone do minimum. Gospodarcze polegają na tym, że firmy związane z elitami PiS stale kupują rosyjski węgiel i bogacą się na tym. A polscy sadownicy ciągle nie mogą sprzedawać swych owoców do Rosji.

Na osłodę mają od PiS wizję mocarstwowej Polski. Nie tylko tej „od morza do morza”. Teraz sięgającej aż trzech mórz!

Bigos tygodniowy

Korzystając z uchwalenia kolejnej tarczy antykryzysowej pisiorstwo przemyciło do kodeksu karnego przepis dotyczący odpowiedzialności karnej za aborcję. Typowa manipulacja, tym bardziej haniebna i oburzająca, że ten akurat przepis znajduje się w zaskarżonym projekcie nowelizacji kodeksu karnego, który akurat Duda przesłał w zeszłym roku do TK Przyłębskiej. Już doszło do pierwszego protestu Strajku Kobiet.


Nie miejmy złudzeń, jeśliby wybory wygrał Długopis, rozpęta się takie pandemonium i taka „jazda”, jakiej jeszcze nie doświadczyliśmy, a to co było w poprzedniej kadencji będziemy wspominać jako „małe piwo-light”. Wyobraźni za mało, żeby sobie to wyobrazić. Rozzuchwaleni wygraną i perspektywą ładnych kilku lat niepodzielnej władzy rozpętają pisiory piekło o jakim nam się w poprzedniej kadencji nie śniło. Także Czarnki i Żalki, które na chwilę uciszono w imię wyborczego interesu Długopisa ożywią się ze wzmożoną siłą w swoich atakach na mniejszości seksualne. Będzie ofensywny kurs na zwalczanie wszystkich wrogów. Zyskają też większą szanse na „odbicie” Senatu, bo w wobec wygranej Długopisa łatwiej będzie o znalezienie nowego Kałuży, jak w sejmiku śląskim.


Profesor Wojciech Sadurski wygrał w I instancji proces z PiS, które podało go do sądu za to, że zwrócił uwagę na podobieństwa ich działań do mechanizmów działania organizacji przestępczej.


Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Waldemar Witkowski z Unii Pracy, który dołączył jako ostatni do listy kandydatów zrobił to jedynie po to, by zaatakować kandydata Roberta Biedronia. Nieładne i niczemu nie służące zachowanie. Obawiam się, że Waldemar Witkowski nie potwierdził w praktyce dobrego wrażenia jakie mógł wywrzeć na wyborcach i raczej nadwerężył część szacunku jaki wśród ludzi lewicy i nie tylko przez lata sobie zbudował.


Dzisiaj PAD leci za wielką wodę, bo został zaproszony… Fakt, zaproszenie miła rzecz, ale w tej konkretnej sprawie należałoby jak się zdaje grzecznie odmówić zapraszającemu Donaldowi, który oprócz tego że jest prezydentem kraju traktującego nas jak wiernego i oddanego sojusznika, jest sprawnym i twardym biznesmenem. Zdaniem Bigosu Andrzej Sebastian, który oprócz tego że jest prezydentem średniej wielkości kraju w środkowej Europie, a nie jest sprawnym i twardym biznesmenem, winien się po prostu solidnie przygotować do spotkania. Tym bardziej, że jak wieść niesie rozmowy mają dotyczyć spraw nader ważnych dla naszej przyszłości, choćby obronności i energetyki. No chyba, że celem tego długiego lotu jest zrobienie fotki z Donaldem i Melanią, ku pamięci, do rodzinnego albumu. Tylko dlaczego nas zwykłych Polaków musi to tyle kosztować?


19 czerwca 2020r. w Gdańsku dzielna policja zatrzymała 46 –letniego przedsiębiorcę Sebastiana Pawłowskiego i jego samochód. I nie była to rutynowa kontrola drogowa, o nie. Cóż zatem było przyczyną zatrzymania? Otóż Bigos tygodniowy, w ślad za innymi mediami, informuje PT Czytelników, że przyczyną zatrzymania był fakt, że Pan Sebastian Pawłowski poruszał się pojazdem oklejonym napisami o treści m.in. „Wolę w szambie zanurkować niż na Dudę zagłosować”, „PiS stop”, „2020 WyPAD” oraz zdjęciem siedzącego na fotelu PAD-a w czapce błazeńskiej w barwach narodowych z naszytym godłem. Zatrzymanie skończyło się niemiłym pobytem w siedzibie policji, przesłuchaniem Sebastiana P. o popełnienie przestępstwa z art.135 k.k. i zabezpieczeniem nośnika groźnych dla majestatu prezydenckiego napisów czyli dostawczaka. O, i jeszcze rzeczniczka policji poinformowała, że będzie prowadzone w sprawie śledztwo… No cóż, Bigos będzie zatem śledził przebieg postępowania, ale już na pierwszy rzut nawet niewprawnego bigosowego oka, nic z tego nie będzie, bo zarzut dęty i kupy się nie trzyma, a odszkodowanie za zatrzymanie Obywatela nieomal stuprocentowe.


Poczta Polska poczuła się w obowiązku wytłumaczyć ostatnie nabytki w postaci worków do przenoszenia/przewożenia korespondencji, po 116,85(słownie sto szesnaście złotych osiemdziesiąt pięć groszy) złotych polskich za sztukę, łącznie za ponad 5 milionów złotych. Nabytki zostały poczynione na konto majowych wyborów prezydenckich, które wg zapewnień oficjeli PiS-owskich miały się odbyć, ale się nie odbyły z powodu obstrukcji innych sił. Przeprowadzone badania rynku worków świadczą, że Poczta Polska będąca spółką Skarbu Państwa (czyli naszą–obywateli) przepłaciła i to znacznie. Nie przekonują argumenty, że chodziło o uzyskanie produktu wysokiej jakości z bardzo trwałego materiału i bezpieczeństwo cennych przesyłek, zaś ukrywanie nazwy producenta zakrawa na niestosowny żart z opinii publicznej. Doświadczenie uczy, że raczej wcześniej niż później poznamy potwierdzoną przez Pocztę Polską nazwę tej szczęśliwej firmy, która uzyskała od obywateli(choć bez ich wiedzy) ten lukratywny kontrakt.


Emilewicz Jadwiga, wicepremierka rządu zjednoczonej prawicy, broń Boże nie członkini zakonu ojców paulinów, w niedzielę w klasztorze na Jasnej Górze w Częstochowie z ambony głosiła dobre nowiny. Więcej, jak wynika z późniejszych jej wypowiedzi nie zauważyła niestosowności swojego postępowania. Wielka szkoda, ale wicepremierka osoba jeszcze młoda acz wyjątkowo ambitna jest w stanie wiele uczynić, aby wicepremierką pozostać. Nie chce mi się już nawet rozwijać jakiejkolwiek retoryki w tej kwestii i ograniczę się do stwierdzenia, że art. 25 Konstytucji zobowiązujący władze publiczne do zachowania bezstronności w sprawach religii tkwi w tekście ustawy zasadniczej już tylko na urągowisko. I dopóki rządzić będzie PiS, nic się nie zmieni.


Długopis pojechał z długopisem do Trumpa. Pożytek z tego tylko taki, że przez dwa dni nie trzeba będzie słuchać wrzasków Długopisa.

USA wygrażają światu za próbę opodatkowania amerykańskich gigantów cyfrowych

Administracja prezydenta Donalda Trumpa zaciekle broni Facebooka, Amazona, Google’a, Netflixa i innych koncernów, bojkotując prace nad wypracowaniem międzynarodowego porozumienia, zgodnie z którym firmy te płaciłyby podatki tam, gdzie osiągają swoje zyski.

Na celowniku znalazły się państwa, które wprowadziły bądź planują wprowadzić podatek cyfrowy – Wielką Brytania, Brazylia, Austria, Czechy, Włochy, Hiszpania, Turcja, Indie, Indonezja oraz oddzielnie Unia Europejska. Stany Zjednoczone grożą im sankcjami.
Administracja Trumpa w środę 17 czerwca nagle wycofała się z międzynarodowych negocjacji na temat uregulowania zasad opodatkowania korporacji międzynarodowych, a w szczególności gigantów technologicznych.
Financial Times dotarł do listu sekretarza skarbu USA Steve’a Mnuchina wysłanego do ministrów finansów Francji, Wielkiej Brytanii, Włoch i Hiszpanii, w którym zagroził tym państwom odwetem, jeśli zdecydują się opodatkować amerykańskie giganty. Mowa o sankcjach gospodarczych.
Europejscy sojusznicy USA są zniesmaczeni taką reakcją.
„Byliśmy o krok od porozumienia w sprawie wprowadzenia podatku cyfrowego wobec gigantów, którzy ogromnie skorzystali na kryzysie wywołanym koronawirusem” – stwierdził Bruno Le Maire, francuski minister finansów.
New York Times w międzyczasie informował, że „kilka krajów europejskich, z Francją na czele, wprowadziło podatki od usług cyfrowych, którymi zostaną dotknięte amerykańskie firmy internetowe”. Z kolei inne państwa, takie jak Włochy, Hiszpania, Austria i Wielka Brytania, planują wprowadzić taki podatek, niezależnie od tego, czy firma, której będzie on dotyczył, jest fizycznie obecne na terenie danego kraju (tj. czy ma w nim swoje przedstawicielstwo).
Francja zawiesiła na czas rozmów obowiązek płacenia podatku cyfrowego, ale już w odwecie zapowiada, że go odwiesi. Obecna stawka podatkowa na usługi cyfrowe wynosi we Francji 3 proc. Francuski minister finansów nazwał stanowisko USA „prowokacją wobec tych wszystkich, którzy negocjowali w dobrej wierze”, a w szczególności „prowokacją wobec sojuszników USA”.
Maria Jesus Montero, rzeczniczka rządu hiszpańskiego, powiedziała w czwartek 18 czerwca, że „ani Hiszpania, ani Francja, ani Włochy, ani Wielka Brytania (…) nie zaakceptują gróźb ze strony innego kraju”.
„Nie ustanawiamy przepisów mających na celu zaszkodzenie interesom innych krajów. (…) Ustanawiamy przepisy, które sprawią, że nasz system podatkowy będzie uporządkowany, sprawiedliwy i dostosowany do bieżących okoliczności” – dodała.
Do opodatkowania cyfrowych gigantów namawia sam Joseph Stiglitz, laureat nagrody Nobla, ekonomista i profesor na Uniwersytecie Columbia. Jego zdaniem pandemia COVID-19 jeszcze bardziej uwypukliła niesprawiedliwość w międzynarodowym systemie podatkowym, pozwalając cyfrowym gigantom stać się głównymi beneficjentami pandemii, a jednocześnie unikać im płacenia podatków.
Stiglitz opowiada się za wypracowaniem globalnego systemu podatkowego, który pozwoliłby na sprawiedliwe opodatkowanie takich gigantów. Rozwiązaniem przejściowym byłoby płacenie podatków proporcjonalnie do zysków, jakie osiągnął gigant dzięki mieszkańcom danego kraju.
Gdy państwa europejskie negocjują wprowadzenie podatku cyfrowego i ich przywódcy deklarują, że nie ugną się przed amerykańskim szantażem, Polska reprezentowana przez rząd PiS siedzi cichutko jak mysz pod miotłą. IV RP rezygnuje z jakichkolwiek planów opodatkowania gigantów po jednym telefonie z amerykańskiej ambasady i przepłaca za wadliwe samoloty F-35.
Za takie „wstawanie z kolan” zapłaci polskie społeczeństwo. W zamian za to Donald Trump już za kilka dni poklepie Dudę po plecach i zaprosi go do swojego gabinetu owalnego.

Duda z brzytwą

W pierwszej turze wyborcy Lewicy powinni zagłosować na Roberta Biedronia. W drugiej na kandydata Anty Dudę.

Środowa debata prezydencka w TVPiS przyjdzie do historii światowych mediów. Pierwszy raz spierało się tam jedenastu, zaproszonych do studia, kandydatów na prezydentów RP i udający dziennikarza- moderatora, funkcjonariusz frontu propagandowego TVPiS. Zwycięzcami debaty ogłoszono kilku kandydatów. Przegranym, jednoznacznie i powszechnie, uznano TVPiS. Telewizję, która już nawet nie ukrywa swej partyjnej przynależności i propagandowego zaangażowania.
Debata w TVPiS udowodniła też, że na finiszu kampanii pan prezydent Duda dostał niespodziewanej zadyszki. Zamiast doznawać sondażowego wzlotu poparcia, poślizgnął się na podsuniętym mu temacie. „Ideologią LGBT” zwanym.
Ten zamiast wzmocnić, osłabił go. Bo w obronie środowisk LGBT stanęli konkretni ludzie, wśród nich kuzyn pana premiera Morawieckiego, oraz głosujący pięć lat temu na prezydenta Dudę reprezentanci środowisk LGBT. Bo na PiS głosują także te środowiska.
Środowiska LGBT dostały też niespodziewanego wsparcia. Jej Ekscelencja ambasador USA Georgetta Mosbacher, ustami swych pracowników, upomniała kancelistów pana prezydenta Dudy, że administracja USA wymaga od swych sojuszników zachowania pewnych standardów etyczno- moralnych.
Każdy z nich może być politycznym „łajdakiem”, oczywiście „łajdakiem” wielce lojalnym wobec Wielkiego Brata. Dodatkowo jednak ich europejski „łajdak” nie może być pospolitym antysemitą, rasistą, nie może też dyskryminować środowiska LGBT.
Gdyby pan prezydent Duda był prezydentem Putinem, albo chociaż prezydentem Poroszenką, to wtedy mógłby sobie pozwolić, na mniej lub bardziej otwartą, homofonię. Ale jest on tylko prezydentem IV Rzeczpospolitej. Politycznym kijkiem, którym prezydent USA postanowił pogrozić swym krnąbrnym, niemieckim sojusznikom. Dodatkowym narzędziem w kampanii wyborczej prezydenta Trumpa.
Traf chciał, że głównym negocjatorem administracji USA ds. relacji z Polską jest obecnie zdeklarowany gej. Nic zatem dziwnego, że JE Ambasador Mosbacher musiała upomnieć polskiego wasala, aby nie powtarzał opinii określającej tegoż negocjatora jako „nie człowieka”. Inaczej pogarda amerykańskiego urzędnika dla polskiego prezydenta mogłaby być tak wielka, że zakłóciłaby prezentowi USA jego zaplanowany wyborczy event.
Warto też przypomnieć, że Jej Ekscelencja Mosbacher wywalczyła sobie szczególną pozycję w naszym kraju. W Warszawie polityczni złośliwcy nazywają ją „Matką Boską Mosbacherową”. Nową „Królową i Hetmankę Polski”. I czekają na uroczysty, prezydencki Akt Zawierzenia naszego kraju jego nowej „Królowej i Hetmance”.
Wierzą w Donalda Trumpa
Pozostawiając złośliwości na boku, nietrudno jednak zauważyć, że pod rządami elit PiS, relacje polsko- amerykańskie nabierają mistycznego, wręcz religijnego charakteru. Ze strony polskiej rzecz jasna.
Elity PiS głoszą wiarę, że jedynym skutecznym gwarantem bezpieczeństwa i suwerenności Polski jest sojusz polityczno- militarny z USA. Zwłaszcza z prezydentem Donaldem Trumpem.
Sojusz bezcenny, bo za Dobre Słowo i Błogosławieństwo płynące z Białego Domu elity PiS gotowe są zgodzić się na wszystkie amerykańskie postulaty i warunki.
Godzą się na bezwarunkowe kredytowanie amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego za obietnice zakupu samolotów F-35. Obiecanych wcześniej Turkom, ale skoro ich prezydent prowadzi teraz suwerenną politykę, to prezydent Trump, za karę, zablokował im obiecaną już transakcję. No i teraz tamten towar wcisnąć chce wasalnej Polsce.
Elity PiS gotowe są zbudować i sfinansować w naszym kraju bazy dla wojsk amerykańskich. Jedna z nich, zwana „Fort Trump”, nabrała w PiS propagandzie iście sakralnego charakteru. Nowej świątyni ku czci amerykańskiego prezydenta.
Ale skoro prezydent Putin ma ikony ze swym wizerunkiem w garnizonowej cerkwi, to czemu prezydent Trump nie może mieć swojej świątyni w wasalnym kraju? Gorszy jest? A może ikona z prezydentem Trumpem wywieszona na murach Fortu Trump ochroni polską bazę przed ruskimi rakietami?
W przyszłym tygodniu pan prezydent Duda poleci do Waszyngtonu. Uskrzydlony wiarą, że jego lokajska postawa wobec amerykańskiego sojusznika wielce spodoba się polskim wyborcom. I zyska on za to ich dodatkowe poparcie.
Takie wyborcze poparcie dla pana prezydenta Dudy ważniejsze jest dla elit PiS niż strategiczne interesy Polski.
Ważniejsze niż dobre polskie relacje z Niemcami, naszym najważniejszym partnerem gospodarczym.
Ważniejsze niż jedność Unii Europejskiej w trudnych czasach wywołanych zarazą.
Ważniejsze niż jedność NATO, rozbijanego obecnie przez egoizm polityczny prezydenta Trumpa.
Ważniejsze niż dobre relacje z Chinami wciąganymi przez USA w wojny gospodarcze.
No i ważniejsze niż ewentualna, też potrzebna, choćby minimalna normalizacja w relacjach z Rosją.
Pan prezydent Duda leci do Waszyngtonu. Aby pokazać telewidzom TVPiS, że jest „pierwszym światowym przywódcą” przyjętym w Białym Domu po ustąpieniu pandemii. To będzie łatwe, bo widzowie TVPiS nie dowiedzą się przecież, że pierwszą miała być pani kanclerz Merkel. Ale ona nie zgodziła się być rekwizytem w kampanii wyborczej prezydenta Trumpa. Ona nie kupczy interesami Niemiec.
Pan prezydent Duda zagra w spocie wyborczym prezydenta Trumpa. Podpisze w Waszyngtonie wszystko co mu podsuną. Bo to ma wytrenowane.
Ale tym razem postawi prezydentowi USA przynajmniej jeden fundamentalny, niepodważalny warunek. Podpisze podsunięte mu dokumenty pod warunkiem, że będzie mógł wykorzystać w TVPiS spot wyborczy prezydenta Trumpa.
Jako swój.
No, prawie swój. Dlatego w pierwszej turze wyborcy Lewicy powinni zagłosować na Roberta Biedronia. W drugiej na kandydata Anty Dudę.
PS. Pan prezydent Duda robiąc prezent wyborczy prezydentowi Trumpwi zrobi też dobrze prezydentowi Putinowi. Też zagra w jego kampanii wyborczej.
Za dwa tygodnie będzie w Rosji referendum konstytucyjne, które może ułatwić prezydentowi Putinowi dożywotnie rządy. Wizja wzmocnienia wojsk USA na zachodniej granicy Rosji napędzi do urn zwolenników rządów silnego człowieka. Czyli Putina.
Zapewne pan prezydent Duda za swój udział w pro putinowskiej propagandzie żadnego rubelka od Kremla nie dostanie.On zrobi z czystych, ideowych pobudek. W ramach poparcia światowego frontu walki z „ideologią LGBT”

Stany Zjednoczone kraj (nie)stabilny

Przez całe Stany Zjednoczone przeszła ostatnio fala ostrych protestów połączonych z włamaniami do sklepów i urzędów. Iskrą zapalającą te protesty, było śmiertelne przyduszenie 25 maja br. Afroamerykanina George’a Floyda przez białego policjanta. Protestujący tłum zgromadził się również przed Białym Domem. Przerażony i tchórzliwy prezydent Trump dwukrotnie szukał schronienia w bunkrze Białego Domu.

Skrytykował wprawdzie śmierćG. Floyda ale ostro potępił masowe protesty i towarzyszące im rabunki. Policja, która brutalnie rozprawiała się z protestującymi, tym razem dała również przykłady solidarności i poparcia z nimi.
Trump
groził użyciem wojska przeciw demonstrantom i apelował do gubernatorów, aby nie wahali się użyć gwardii stanowych do przywrócenia ładu i porządku. Nawet niektórzy przedstawiciele Pentagonu skrytykowali Trumpa za groźbę użycia wojska w celu stłumienia protestów. Kiedy prezydent pojawił się w Waszyngtonie przed kościołem z publicznie demonstrowaną w ręku Biblią, spotkał się z krytyką, że wykorzystuje religię do celów politycznych i za nazywanie protestujących Amerykanów „organizatorami krajowego terroryzmu”.
Walka o prawa człowieka i protesty przeciw nadużyciom władzy są częścią składową historii Stanów Zjednoczonych. W niniejszym artykule przedstawiam niektóre przykłady walki o prawa człowieka i protesty przeciw dyskryminacji rasowej począwszy od prezydentury Lyndona Johnsona (1963-1960).
Lyndon Johnson
zasiadł na fotelu prezydenckim po zamordowaniu w 1963 r. prezydenta Johna F. Kennedy’ego. Pięć dni po objęciu prezydentury 27 listopada 1963 r. Johnson zaapelował do Kongresu, aby uczcił pamięć zamordowanego prezydenta uchwaleniem ustawy o prawach obywatelskich.
Ustawa o prawach obywatelskich została uchwalona 10 lutego 1964 r. przez Izbę Reprezentantów i była największym osiągnięciem pierwszego roku prezydentury Johnsona, choć zainicjował ją jeszcze John F. Kennedy. W Senacie jednak napotkała silny opór przede wszystkim ze strony południowców i konserwatystów, którzy zorganizowali tzw. filibuster. Wygłaszali więc długie przemówienia, najczęściej bez żadnego związku z przedmiotem ustawy, po to tylko, by nie dopuścić do głosowania. Ten bojkot i blokowanie ustawy trwały do 10 czerwca. Ustawę ostatecznie uchwalił Kongres dopiero 2 lipca 1964 r.
Johnson, sam będąc południowcem, silnie zaangażował się na rzecz uchwalenia ustawy. Ustawa zakazywała dyskryminacji rasowej w miejscach publicznych, rozszerzała możliwość udziału Murzynów w głosowaniu, zawierała deklaratywne klauzule, zakazując dyskryminacji rasowej i z tytułu płci w polityce zatrudnienia, ułatwiała walkę z segregacją rasową w szkolnictwie publicznym.
Johnson miał ambicje przedstawienia własnego programu wewnętrznego. Zyskał miano programu budowy wielkiego społeczeństwa (Great Society). Przemawiając w maju 1964 r. w University of Michigan Johnson powiedział m.in.: „Za naszego życia mamy szansę stać się nie tylko społeczeństwem bogatym i potężnym, ale awansować wyżej, dojść do wielkiego społeczeństwa. Wielkie społeczeństwo opiera się na obfitości i wolności dla wszystkich. Wymaga ono zlikwidowania nędzy i niesprawiedliwości do czego zobowiązaliśmy się za naszego życia”.
Zaczął od wojny z nędzą i uchwalenia ustawy o równych szansach ekonomicznych (Economic Opportunity Act.). Ustawa ta weszła w życie 20 sierpnia 1964 r.
Pod wpływem licznych protestów, zamieszek i buntów biedoty, Murzynów, młodzieży i wszystkich, którzy czuli się pokrzywdzeni i dyskryminowani Kongres i prezydent byli zmuszeni do zrobienia pewnych gestów, które uspokajały i tak już podminowane nastroje społeczne. Johnson krytykował tych, którzy protestowali i brali udział w zamieszkach w dzielnicach murzyńskich. Zajściom tym często towarzyszyły pożary, kradzieże i gwałty. Policja bezwzględnie rozprawiała się z demonstrantami. Krytycy Johnsona zwracali uwagę, że prezydent ponosi znaczną odpowiedzialność za te przejawy niezadowolenia, ponieważ prowadzi eskalację działań wojennych w Wietnamie, wysyła coraz więcej młodych ludzi do dżungli w Azji Południowo-Wschodniej, przeznacza coraz więcej pieniędzy na niszczącą wojnę i dokonuje cięć budżetowych na cele społeczne, co wywołuje niezadowolenie. Johnson uchodził za reklamiarza i lubi skupić uwagę na swojej osobie.
Lyndon Johnson był zaangażowany w niepopularną w USA wojnę w Azji Płd.-Wschodniej. Pozycja prezydenta zaczęła gwałtownie słabnąć. Wiosną 1968 r. po zamordowaniu Martina Luthera Kinga przez większe miasta amerykańskie przeszła fala gwałtowanych zajść połączona z paleniem dzielnic murzyńskich. Wrzało również na uniwersytetach. Prezydent Johnson nie był mile widziany w żadnym zakątku ani USA, ani świata. Wszędzie witały go masowe demonstracje i protesty. Zmusiło go to do rezygnacji z planów ubiegania się o kolejną kadencję.
Następca Johnsona, prezydent
Richard Nixon
zaostrzył i rozszerzył zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w Azji Płd.-Wschodniej. Za jego prezydentury (1969-1974) na ulicach miast amerykańskich często dochodziło do zaburzeń i demonstracji politycznych głównie z powodu eskalacji agresywnych działań amerykańskich w Azji Płd.-Wschodniej. Z inicjatywy administracji Nixona Kongres uchwalił m.in. ustawę o kontroli przestępczości i bezpieczeństwa na ulicach, oraz w 1970 r. ustawę o kontroli zorganizowanej przestępczości. W 1969 r. Biały Dom sporządził listę „wrogów” administracji Nixona. Znalazło się na niej ok. 200 osób, polityków, aktorów, profesorów, publicystów i innych znanych osobistości, które wypowiadały się krytycznie o polityce administracji Nixona. W maju 1970 r. żołnierze śmiertelnie postrzelili czterech protestujących przeciw wojnie w Wietnamie studentów Kent State University.
Ponieważ Nixonowi groziło usunięcie z urzędu w procesie impeachment oskarżonego o naruszenie prawa, w 1974 roku ustąpił on ze stanowiska i na fotelu prezydenckim zasiadł ówczesny wiceprezydent Gerald Ford. Wystąpił on z aktem łaski wobec Nixona, co spotkało się z protestami w społeczeństwie amerykańskim.
Ronald Reagan,
jako gubernator stanu Kalifornia zaciekle zwalczał liberalnych intelektualistów ze stanowych uniwersytetów kalifornijskich. To on zdymisjonował rektora University of California w Berkeley, Clarka Kerra. Jednego z członków władz uczelni, który sprzeciwiał się mu nazwał lżącym sukinsynem. Wolność słowa, o którą tyle lat toczyła się głośna walka środowiska akademickiego w Berkley, zdaniem Reagana nie obejmuje wolności głoszenia poglądów lewicowych. Jako gubernator Kalifornii, przeciw tak pojętej wolności użył sił policyjnych i gwardii narodowej na kilku uczelniach. Posunął się nawet tak daleko, że oświadczył: „Jeżeli doprowadzi to nawet do krwawej łaźni, trzeba na to pójść, by pozbyć się problemu. Wprawiło to w stan osłupienia wielu środowisk amerykańskich.
Mimo, że Ronald Reagan był popularnym prezydentem, niektóre z jego posunięć zarówno w polityce zagranicznej jak i wewnętrznej spotykały się z krytyką i protestem w Stanach Zjednoczonych. Jedną z takich spraw była afera zwana „Irangate” związana z dostarczeniem Iranowi broni amerykańskiej, co spotkało się z protestami w społeczeństwie amerykańskim.
W okresie prezydentury
George’a H.W. Busha
(1989-1993) gospodarka amerykańska znalazła się w stanie recesji, co dotknęło miliony Amerykanów. Miliony Amerykanów zadawało sobie pytanie: dlaczego prezydent tyle uwagi poświeca polityce zagranicznej w nie przedstawia skutecznego rozwiązania problemów wewnętrznych kraju. Z protestami społeczeństwa amerykańskiego spotkała się polityka podatkowa Busha przewidująca zmniejszenie podatków dla bogatych i podniesienia podatków dla reszty społeczeństwa. Nic więc dziwnego, że w 1992 r. przegrał on wybory prezydenckie z Williamem Clintonem.

Bill Clinton
wygrał wybory prezydenckie dzięki ambitnemu programowi gospodarczo-społecznemu i krytyce dość pasywnej polityce wewnętrznej ostatnich 12 lat rządów republikańskich prezydentów: Reagana i Busha. Lansowaniem programów społecznych zajmowała się w Białym Domu żona prezydenta Hillary.
W 1995 r. miały miejsce liczne akty terrorystyczne na terenie USA. Między innymi w Oklahoma City w wyniku eksplozji bomby, podłożonej w budynku federalnym. 19 kwietnia pod gruzami zginęło 169 osób. W odpowiedzi na liczne przejawy terroryzmu prezydent Clinton wystąpił z kompleksowym programem walki z tą zmorą życia wewnętrznego w USA. Zapowiedział zatrudnienie 1000 federalnych pracowników do walki z terroryzmem, utworzenie ośrodka do walki z terroryzmem wewnętrznym pod kierownictwem FBI. Zobowiązał producentów materiałów wybuchowych do załączenia mikroelementów, pozwalających następnie na ustalenie źródła pochodzenia materiałów, zaangażowanie wojsk do walki z tymi formami terroryzmu, gdzie broń chemiczna lub biologiczna może być użyta. Clinton przedłożył w końcu 1995 r. Kongresowi projekt kompleksowej ustawy pod nazwą Comprehensive Terrorism Prevention Act of 1995. Ponadto wydał polecenie wprowadzenia ostrych środków bezpieczeństwa w zakresie ochrony budynków federalnych.
Kongres uchwalił ustawę o walce z terroryzmem w kwietniu następnego roku, przeznaczając na ten cel 1 mld dolarów w ciągu następnych 4 lat. 24 kwietnia 1996 r. prezydent podpisał ustawę.
17 lipca 1996 r. rozerwał się w powietrzu, tuż po starcie z lotniska im. Kennedy’ego w Nowym Jorku w drodze do Paryża, samolot TWA Boeing 749 z 212 pasażerami i 18 członkami załogi. Wszyscy zginęli. Prezydent Clinton spotkał się 24 lipca z 30 członkami rodzin i przyjaciół ofiar tej katastrofy. Powiadomił również o nowych zasadach silniejszej kontroli na lotniskach i dodatkowych środkach bezpieczeństwa.
Największą porażką Clintona w polityce wewnętrznej było fiasko objęcia opieką lekarską milionów Amerykanów, którzy energicznie domagali się takiego programu. Clinton w tej sprawie nie docenił siły i wpływów potężnego biznesu zdrowia w USA.
Miałem okazję kilkakrotnie rozmawiać z Billem Clintonem. Jego aktywna postawa, którą demonstrował jako prezydent była odczuwana w bezpośredniej rozmowie. Uważam Billa Clintona za bardzo utalentowanego polityka. Równocześnie podzielam pogląd wyrażony przez sławnego futurologa amerykańskiego, Alvina Tofflera, który stwierdził, że „główną słabością jego (Clintona –L.P) było to, że był wyłącznie taktykiem, nie zaś strategiem”. Dla mnie Clinton był klasycznym przykładem zwierzęcia politycznego w arystotelesowskim tego słowa znaczeniu. Miał w sobie dużo charyzmy, dużo optymizmu, ale trzeba przyznać, że sprzyjało mu i szczęście.
George W. Bush
zanim objął w 2001 r. urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych był gubernatorem stanu Teksas . Atakowano go wówczas za liczne wyroki śmierci. Za jego rządów Teksas pobił wszelkie rekordy pod tym względem. Dokonano tam m.in. egzekucji pierwszej kobiety od czasu wojny domowej. Była nią Karla Faye Tucker.
W czasie jego prezydentury, jego polityka wewnętrzna jak i zagraniczna spotkała się z krytyką i protestami. M. in. w czasie pobytu w Genui, w lipcu 2001 r., gdzie odbyła się konferencja G-8 doszło do masowych protestów. W wyniku starć z policją zginął jeden z demonstrantów, 23-letni Carlo Guliani. „To tragiczna śmierć” – powiedział Bush. Skrytykował demonstrantów, którzy „twierdzą, że reprezentują biednych, ale nimi nie są”. Jest również tragiczne – powiedział – że wielu policjantów zostało rannych, „bo próbowali chronić demokratycznie wybranych przywódców i naszego prawa do omawiania wspólnych problemów”.
W czasie prezydentury Busha w Stanach Zjednoczonych wybuchła panika, kiedy kilka osób zmarło zarażonych wąglikiem. W Kongresie oraz w kilku budynkach rządowych również stwierdzono obecność wąglika. Bush prywatnie mówił ludziom ze swego otoczenia, ze ofiary wąglika traktuje jako ofiary wojny, jak rangersów, którzy zginęli w czasie służby w Pakistanie. Władze amerykańskie nie ustaliły źródła pochodzenia wąglika. W przemówieniu do narodu amerykańskiego 8 listopada Bush położył główny akcent na sprawy wewnętrzne po to, by uspokoić społeczeństwo i zapewnić je, że rząd czuwa nad bezpieczeństwem obywateli i ze Amerykanie powinni wrócić do normalnego życia.
Wiele kontrowersji i protestów pojawiło się w USA wokół rozporządzenia prezydenta o utworzeniu specjalnych trybunałowo wojskowych, które będą sądzić terrorystów zagranicznych oraz osoby podejrzane o współpracę z terrorystami. Bush podpisał to rozporządzenie jako naczelny dowódca sił zbrojnych Stanów Zjednoczonych. Wielu liberałów i konserwatystów oraz obrońców praw obywatelskich protestowało przeciw tej decyzji. Rozprawy przed takimi trybunałami są zamknięte, wina oskarżonego nie musi być udowodniona, a od wyroku nie ma odwołania. Prezydent bronił jednak swej decyzji: „Muszę mieć taką opcję dostępną, jeżeli postawimy członków Al-Kaidy żywych przed sądem. W interesie naszego bezpieczeństwa narodowego leży abyśmy mieli wojskowe trybunały […] To są nadzwyczajne czasy”.
W miarę upływu czasu zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w Iraku spotykało się z coraz większym sprzeciwem. Protestujący Amerykanie domagali się wycofania wojsk amerykańskich z Iraku ze względu na ogromne koszty tej wojny, straty ludzkie i chaos jaki nadal istniał w Iraku. W 2006 roku dwie trzecie Amerykanów domagało się powrotu żołnierzy amerykańskich do domu. Prezydent Bush zwlekał jednak z taka decyzją.
Mimo, że
Barack Obama
był popularnym prezydentem przez dwie zwycięskie kadencje (2009-2017), to również w czasie jego prezydentury pojawiały się różne protesty społeczne. Muszę jednak przyznać, że jako prezydent najwięcej uwagi Obama poświęcił sprawom wewnętrznym, społecznym i ekonomicznym. Uśpiło choć nie całkowicie żądania społeczeństwa. „Dziś – powiedział prezydent więcej Amerykanów jest bez pracy i więcej ludzi pracuje ciężko za mniejsze pieniądze. Więcej z was straciło swoje domy i coraz więcej z was widzi, jak wasze domy tracą swoją wartość. Coraz więcej z was ma samochody, ale nie stać was na ich użytkowanie, macie rachunki, których nie możecie zapłacić i czesne, na które was nie stać… Dziś mówię Amerykanom demokratom i republikanom, i niezależnym w całym naszym wielkim kraju: mamy tego dość. Nadszedł czas, te wybory są naszą szansą, aby w XXI wieku ożywić amerykańskie marzenie”.
Społeczeństwo amerykańskie bulwersowały informacje o stosowaniu tortur przez wojska amerykańskie w Iraku, w Guantanamo, w Afganistanie. Protestujący podkreślali, że brutalne metody przesłuchiwania osób podejrzanych o terroryzm uznano za sprzeczne z prawem międzynarodowym i z prawem amerykańskim. Mimo nacisków społecznych Obamie nie udało się zlikwidować więzienia w Guantanamo.
We wrześniu 2011 r. zaczął się w Nowym Jorku spontaniczny ruch pod nazwa „Okupuj Wall Street”, jako protest społeczny przeciw chciwości i nadmiernym zyskom banków. Prezydent Obama zajął bardzo ostrożne stanowisko wobec tego protestu. Z drugiej strony zaś zwrócił uwagę, że są bardziej skuteczne metody rozwiązywania problemów aniżeli okupowanie parku na Manhattanie.
W Stanach Zjednoczonych jest wiele ofiar użycia broni palnej. M.in. w czasie maratonu w Bostonie 14 kwietnia 2013 r., gdzie zginęły 3 osoby i ponad 260 zostało rannych, Obama przedłożył w Kongresie propozycje ograniczenia dostępu do broni. Ale zgodnie z przewidywaniami z kwietnia 2013 r. poniósł porażkę. Oskarżył o nią lobby zbrojeniowe i republikanów. W czasie prezydentury Obamy, co kilka tygodni w Stanach Zjednoczonych miała miejsce masowa strzelanina z wieloma ofiarami. Po każdej nich Obama wyrażał oburzenie, że Kongres nie zgadza się nawet na wprowadzenie obowiązkowego rejestru posiadających broń, co mogłoby przyczynić się do zredukowania liczby ofiar. Tak było m.in. po strzelaninie w Orlando na Florydzie w czerwcu 2016 r., w wyniku której zginęło 49 osób a 53 zostały ranne. Była to największa masakra w historii Stanów Zjednoczonych. Obama, który przybył na miejsce zbrodni zapowiedział, że podejmuje działania „przeciw tym, którzy nam zagrażają”.
Po każdej strzelaninie lobby zbrojeniowe domaga się szerszego dostępu do broni, co rzekomo na zwiększyć bezpieczeństwo obywateli. Szacuje się, że w prywatnym posiadaniu Amerykanów jest ok. 300 mln sztuk broni na 329 mln obywateli. W październiku 2015 r. Obama tak powiedział: „Jedna sztuka broni przypada w Ameryce mniej więcej na każdego mężczyznę, kobietę i dziecko. Jak w tej sytuacji można wysuwać argument, że więcej broni zapewni nam większe bezpieczeństwo.
Barack Obama miał przeciwników głównie w kręgach konserwatywnych Amerykanów. W środowiskach liberalnych zarzucano mu bierność, tchórzostwo i nawet pacyfizm. W rzeczywistości Obama krytykował te środowiska i te organizacje, które naruszały i gwałciły prawa i swobody obywatelskie.
Autor jest profesorem w Akademii Finansów i Biznesu Vistula, b. posłem na Sejm (1991-2001) i b. marszałkiem Senatu (2001-2005).

Upadłe państwo, upadły kapitalizm

2,5 miliona więźniów, ponad 500 000 bezdomnych i 1,5 mln osób korzystających z noclegowni. 45 mln ludzi korzystających z kartek na żywność, by nie cierpieć głodu, 40 milionów bezrobotnych korzystających z zasiłków. Miliony mające problem z zapłatą czynszu za kolejny miesiąc. I jednocześnie: tylko amerykańscy miliarderzy wzbogacili się w ostatnich dwóch miesiącach o kolejne 430 miliardów dolarów, a kapitał dostał kolejne 500 miliardów od rządu w ramach ratowania rynków przed nimi samymi.

To Stany Zjednoczone, kolebka nowoczesnego kapitalizmu. Ten, jak określił to Cornel West „upadły eksperyment społeczny”, przez całe dekady stanowił główny, hegemoniczny wzór do naśladowania dla innych. Do tej pory cała nasza planeta jest kolonizowana w zgodzie z kolportowanymi przez Stany Zjednoczone wartościami.
Doktryna kapitału, która w XXI wieku miliony ludzi skazuje na walkę o elementarne prawa i przetrwanie nie ma prawa mieć przyszłości. Jej czas dobiega już końca.
Wybuch gniewu i niezadowolenia rozpoczął się od zabójstwa, którego dokonali amerykańscy policjanci. Za tym gniewem stoi jednak całe życie ściśnięte do getta, pełne upokorzeń i wyzysku. To nie jest walka na tle rasowym. Nie ma zresztą kwestii rasowej, która nie byłaby kwestią klasową i sprawą walki przeciwko wyzyskowi.
Afroamerykanie, osoby niezamożne, pracujący nielegalnie czy deklasowani ludzie pracy i ci, których pozbawia się elementarnego bezpieczeństwa są w Stanach Zjednoczonych kolonizowani dokładnie tak samo, jak ci, którzy padają ofiarą amerykańskiego wojska poza granicami tego kraju. O tym, że metody stosowane do agresji zewnętrznej stają się wewnętrzną normą, wiemy przynajmniej od czasu wydania Doktryny szoku, lecz teraz jesteśmy już świadkami kolejnej fazy późnego kapitalizmu. To kapitalizm katastroficzny, który zarządza i posila się kataklizmami poza swoim terytorium (pasożytując na wojnach i kryzysach), ale także dopuszcza do nich w swoich własnych granicach.
W rachunkach zysków i strat amerykańskiego kapitału przestało być opłacalne podtrzymywanie praw socjalnych, czy troszczenie się o bardziej zrównoważony rozwój. Ogromne nierówności i brak perspektyw dla całych rzesz amerykańskich obywateli nie biorą się jednak z błędów w kapitalistycznym zarządzaniu. Stany Zjednoczone uznały siebie za globalnego hegemona i światową stolicę kapitału finansowego. To są priorytety tego państwa. Utrzymanie hegemonicznego statusu USA stało się tożsame z utrzymaniem machiny wojennej i Wall Street. Środków na zrównoważony rozwój i sprawiedliwy podział już po prostu nie ma. Rosnące wpływy innych państw, utrzymanie szybko bogacącej się klasy właścicielskiej i sam rynkowy model wykluczają już inne rozwiązania. Istnienie elit w obecnej formie uniemożliwia przyjęcie jakichkolwiek reform. Zamiast tego jest więc deforma: USA to dziś modelowy przykład państwa stosującego wewnętrzny imperializm, które wyczerpuje swoje siły w walce z własnymi obywatelami. I to ten imperializm zawiódł, to właśnie jego nie chcą już protestujący demonstranci.
Wrogiem ludu jest państwo. I działania rządu Donalda Trumpa nieprzypadkowo wymierzone są teraz właśnie w Antifę. Ruch lewicowy, zwalczający faszyzm we wszelkiej postaci, może stać się organizacyjnym i politycznym zapleczem dla tysięcy demonstrantów protestujących w dziesiątkach miast USA. To często ludzie, którzy znają teorię, mają doświadczenie polityczne i mogą pokierować protestami tak, aby przyjęły one sensowną, polityczną postać. A z doświadczenia i historii wiemy, że rząd Stanów Zjednoczonych zawsze stosował brutalne policyjne metody w stosunku do wszystkich organizacji, które mogły stanowić dla niego polityczne zagrożenie. W podobny sposób rząd USA śledził i obstawiał agentami np. Malcolma X i wielu innych kluczowych przywódców ruchów emancypacyjnych, którzy byli podsłuchiwani, śledzeni i prześladowani. Jedynym przepisem na społeczny spokój, jaki znają Donald Trump i jego polityczni doradcy to dokręcenie śruby, jeszcze większe polityczne uciemiężenie i ewentualna likwidacja przywódców tego rodzącego się na naszych oczach ruchu oporu. To wszystko elementarz „walki z czerwonymi” spod znaku J. Edgara Hoovera, czego w kraju wspieranej przez CIA „Solidarności” nie wie prawie nikt, bo też i nikt nie ma prawa o tym wiedzieć.
Jeśli Antifa jest organizacją terrorystyczną, to czym jest rząd USA? Czym jest system polityczno-prawny, który przy pomocy wojska doprowadził do śmierci setek tysięcy ludzi w wielu państwach i robi to nadal?
Współczesne społeczeństwo nauczono widzieć tylko to, co podane wprost i co mieści się w dogmacie wiary w dobre państwo i dobro kierujące intencjami rządzących. To imaginarium prosto od Disneya, które wciąż siedzi w głowach znacznej części populacji. Państwo ocenia się bajkowo, niczym niewinnego jelonka Bambi lub święty Gondor z Władcy Pierścieni. Ofiary głodu, braku opieki zdrowotnej, ofiary wojen… Żadna z nich nie jest ofiarą rządu. Ci, którzy umierają przez zły system są sami sobie winni. Dzięki temu wina systemu i zalegalizowana prawnie przemoc oraz morderstwo stają się niewidoczne, bo kamery kierowane są tylko na niszczone sklepy. Inni po prostu nie istnieją, a przekaz wybielający istniejącą władzę może trwać w najlepsze. Bo pełen obraz rzeczywistości ma być kompletnie niedostępny, a ostatecznie najbardziej radykalnym dopuszczalnym medialnie głosem jest ten, który zrówna ofiary policji z ofiarami demonstrantów i będzie domagał się szybkiego zakończenia wszelkiej przemocy. To nie przypadek, że media nie prowadzą statystyk ofiar kapitalizmu. I już od dziecka wszyscy jesteśmy uczeni tego, że źli panowie to tylko ci, których nazwą złymi w istniejących mediach lub powiedzą tam o nich, że to terroryści.
Rzeczywistość jednak skrzeczy. Nie da się wmówić ludziom, że są szczęśliwi, kiedy grozi im koronawirus, tracą pracę, Amazon zarządzany przez najbogatszego człowieka świata obniża im pensję, żyją dzięki kartkom na chleb, a obok stoją wille i posiadłości należące do miliarderów. Jeśli dokładnie 2153 miliarderów posiada razem więcej niż 60 proc. światowej populacji (4,6 miliarda osób) to zabawa w udawanie, że wszystko jest w porządku, a własność trafia właśnie do tych, którzy na to zasłużyli powoli się kończy. W olbrzymim stopniu własność jest dziś po prostu w rękach beneficjentów obecnego systemu przemocy i stała się usankcjonowaną prawnie kradzieżą. To wręcz jej wskaźnik.
Ludzie, którzy umierają z powodu braku dostępu do podstawowej opieki zdrowotnej i których życie staje się codzienną walką o przetrwanie będą czuli rosnącą frustrację, gniew i w końcu dojdzie też do wrzenia. „Nie mogę oddychać” (hasło tych protestów) oznacza właśnie tyle: duszę się w rasistowskim imperium, które własnych obywateli traktuje niczym kolonizowanych, bezrozumnych i niewartych publicznej opieki medycznej idiotów, którzy zgodzą się na to wszystko.
We wstępie do „Szczęśliwego człowieka”, legendarnego już filmu Lindsaya Andersona, jest krótka, czarno-biała sekwencja, która w pigułce pokazuje rasistowską sprawiedliwość. Niewolnik, który chowa dla siebie cząstkę zbiorów ma szybko uciętą rękę i wszystko to dzieje się w majestacie prawa. Winny kradzieży niewolnik jest jedynym przestępcą, którego system dostrzega. Dziś sytuacja wygląda identycznie. Niewolnikom zachowano symboliczne prawo do protestu, ale tylko pod warunkiem, że nic on nie zmieni, żadnej części zbrodniczego systemu nie stanie się krzywda, a każda bardziej radykalna akcja spotka się ze strzelaniem, którym obecnie wprost już grozi Donald Trump.
Ostatnie pytanie brzmi: kto ma tu więcej do stracenia?