Bez wiz i bez sensu

Amerykanie za promesę wizy 10-letniej chcieli 160 dolarów. Teraz za promesę bezwizową na 3 miesiące chcą tylko kilkanaście baksów. TVN i TVP są tym zachwycone. A Imigration Officer na lotnisku, i tak każdego może odesłać nad Wisłę.
Wystarczy, że mu się nie spodoba kolor skarpetek delikwenta.

Gdy Wałęsa poleciał do Stanów jako prezydent, ogłosił zniesienie wiz dla obywateli USA. To było w 1991 roku. Amerykanie odpowiedzieli na ten przyjazny gest też zniesieniem. Tyle, że opłat za wizy.

Stać i płacić

Po trzech latach Kongres USA przywrócił jednolite opłaty za wizy, także dla Polaków – 20 dol., a w 2002 r. podniósł je do 100 dol. Teraz koszt przepustki do Ameryki to 160 baksów. Płaci się z góry, a jeśli konsul odmówi wizy, pieniądze przepadają. A to dlatego, że to nie opłata za wizę tylko „bezzwrotna opłata za rozpatrzenie wniosku o wizę”.
Polakom latanie za ocean przechodziło jeszcze bardziej. O ile w 1990 roku, o amerykańską wizę starało się ok 200 tysięcy potencjalnych kandydatów do pracowania na czarno na budowach należących do Donalda Trumpa, a w 2004 było ich nawet 400 tysięcy, to w 2013 liczba ta spadła do ledwie 70 tysięcy, by teraz ustabilizować się na poziomie lekko ponad 100 tysięcy wniosków rocznie.
Kolejki po US wizę malały tym bardziej, im więcej państw europejskich pozwalało Polakom przyjeżdżać do siebie nie tylko bez wiz, ale nawet i paszportów. A po roku 2004 gdy weszliśmy do Unii i kolejne kraje otwierały dla nas swoje rynki racy, tylko kretyn, albo krewniak jakiegoś Polonusa ze Stanów chciałby tam jechać. Najlepiej świadczy o tym taki drobiazg, że dziś na zachód od Odry mieszka i pracuje za o niebo lepsze pieniądze niemal 2,5 mln osób z obywatelstwem Polskim.

Największa przyjacielskość

Za Clintona ani my, ani jego administracja nie szukaliśmy czegokolwiek, co mogłoby być przez kongresmenów i senatorów użyte przeciwko wejściu Polski do NATO. Dopiero Bush nazwał Polskę „największym przyjacielem USA”, a my – mając okazję milczeć – ruszyliśmy ochoczo do Afganistanu i Iraku.
Ruszyliśmy też do ofensywy dyplomatycznej o wizy. Niebezzasadnie, bo ministrowie i premier Miller, przy każdej bytności w Waszyngtonie wysłuchiwali od sekretarzy i podsekretarzy tamtejszego rządu, że Ameryka odwdzięczy się swoim sojusznikom wojennym tak inwestycjami jak i zniesieniem wiz.
A ponieważ wyszła z tego dupa, to amerykańska polityka wizowa stała się polska racją stanu. W październiku 2002 r. MSZ przekazało konsulowi generalnemu USA notę „o negatywnej ocenie uciążliwej dla polskich obywateli procedury wydawania wiz”. W maju 2003 roku Sejm wydał rezoucję wzywającą władze Stanów Zjednoczonych Ameryki do zniesienia obowiązku wizowego dla obywateli polskich”. A to dlatego, że „Polska jest sojusznikiem USA, czego wyrazem jest m.in. udział polskich wojsk w operacji w Iraku, oraz że większość obywateli Europy nie potrzebuje wiz do USA”.
Chyba nie przekonało to Waszyngtonu, bo zamiast załkać nad niedolą Polaków wydali oświadczenie, że zniesienie wiz jest niemożliwe m.in. dlatego, że zbyt wielu obywateli polskich nielegalnie przedłuża swój pobyt w USA.
Prezydent Kwaśniewski wziął to na klatę. I w styczniu 2004 roku w telefonicznej rozmowie z Bushem „wyraził oczekiwanie, że przepisy wizowe wobec Polaków zostaną złagodzone”. Żeby tam, Kwach zapowiedział, że jak będzie w Gabinecie Owalnym, to kwestia wiz będzie głównym punktem rozmowy. Była. I wyszło, jak wyszło.
Potem u Busha był premier Belka „Mamy już dosyć ignorowania naszych interesów w Iraku i wiz do Stanów” – postawił sprawę na ostrzu noża i odpowiedzi nie usłyszał.
W końcu sprawy w swoje ręce wziął Lech Wałęsa. Poprosił przebywającego w Gdańsku ambasadora USA Victora Ashe’a o przekazanie prezydentowi Stanów Zjednoczonych, że walka o zniesienie wiz dla Polaków jest teraz dla niego najważniejszą sprawą.
– Zrobię wszystko, niebo i ziemię poruszę, aby stosunki polsko-amerykańskie były bez wiz. Niedługo wybieram się do USA i „pierwsze zwarcie” na wszystkich spotkaniach i wykładach będzie m.in. na ten temat – poszedł na całość były prezydent.
Poleciał i poruszał ten temat z zastępcą sekretarza stanu w Departamencie Stanu USA, przewodniczącą komisji spraw zagranicznych Kongresu Stanów Zjednoczonych oraz z Hillary Clinton.
– Ta ostatnia rozmowa była dość ciekawa. Ona była zdziwiona, że wizy dla Polaków jeszcze istnieją, nie wiedziała o tym – opowiadał po powrocie, przekonany, że Amerykanie zniosą wizy w „krótkim czasie”.
Nie znieśli, a zastępca rzecznika prasowego ambasady USA Dick Custin wciąż musiał odpowiadać na pytania dlaczego ludzie starający się o wizę muszą stać na mrozie, a nie mogą czekać w środku?

Cacanki

– Miło mi ogłosić, że podejmę współpracę z Kongresem i naszymi zagranicznymi partnerami, by zmodyfikować program o ruchu bezwizowym – powiedział pod koniec 2006 r George Bush podczas wizyty w Estonii. I dodał, że chodzi o partnerów z krajów wschodniej Europy.
A Polska też jest we wschodniej Europie.
Nie była jednak. Od października 2008 bez wiz mogą śmigać do Stanów obywatele Litwy, Łotwy, Estonii, Węgier, Republiki Czeskiej, Słowacji i Korei Południowej. Ale przecież Bush powiedział przy tej okazji, że „inne kraje znajdują się na drodze do włączenia do programu bezwizowego.

Wymagania wuja Sama

Dlaczego się nie udało? Bo – jak tłumaczyli Amerykanie – „Polska nie spełniła wymogu zejście poniżej progu 10 procent odmów wiz wnioskującym o nie obywatelom danego państwa”.
Gdyby ktoś nie wiedział o co chodzi, to należy zaznaczyć, że amerykańskie prawo pozwalało wtedy na zniesienie wiz dla obywateli tylko tych krajów, w których konsulaty USA odrzucają nie więcej niż 3 proc. podań wizowych.
A taka Litwa, która w 2006 r. odmów miała prawie 28 proc., a rok później ich odsetek nie przekroczył 10, pokazuje, że Amerykanie to jajcarze. Ilość odmów zależy tylko i wyłącznie od tego ilu osobom mają konsulowie odmówić. Nie ma jasnych i precyzyjnych kryteriów. Wszystko zależy od osoby rządzącej w Stanach i jak ona powie, że w Polsce odmówić trzeba jednemu procentowi wnioskujących o wizę, to pracownicy konsulatów tylko tylu osobom odmówią.
Wprowadzenie 7 krajów do amerykańskiego programu bezwizowego pokazało wszystkim, że jakiekolwiek negocjacje o wizach nie mają sensu. Amerykanie sami muszą mieć w tym interes.
Polscy politycy byli świadomi, że to my mamy militarny biznes do wuja Sama, więc o wizach nie gadali. Robili to dziennikarze. W 2009 roku spytali o przepustki kończącego urzędowanie w Polsce ambasadora Victora Ashe. I usłyszeli, że ”w tym roku obchodzimy 90-lecie nawiązania stosunków dyplomatycznych między Polską a USA. Wasz kraj obchodzi 20. rocznicę wolnych wyborów, minie też 10. rocznica udziału Polski w strukturach NATO i piąta rocznica przystąpienia do Unii Europejskiej. Byłoby miło, gdyby w tym roku udało się doprowadzić do zwolnienia polskich obywateli z obowiązku wizowego”.

Obama nie mógł

Bronisław Komorowski nie pytał wprost Obamy w grudniu 2010 roku o wizy. To prezydent USA dał się gajowemu podpuścić i zapowiedział, że wizy dla Polaków zostaną zniesione do końca jego kadencji. Znaczy do końca 2012 r.
Tuż przed Wszystkimi Świętymi w roku 2012 ambasador USA w Polsce Lee Feinstein opowiadał, że „prezydent Obama jest zdecydowanie za wejściem Polski do programu ruchu bezwizowego. Nikt nie działa równie zdecydowanie na rzecz naprawienia tej sytuacji jak prezydent Obama. A jeśli chodzi o terminy, to mogę zapewnić, że świadomość, iż jest to kwestia, którą trzeba rozwiązać szybko, jest powszechna”. W pierwszy wtorek po pierwszym poniedziałku listopada Obama został prezydentem USA na kolejną kadencję.
A nowym ambasadorem USA – Stephen Mull. Na pierwszym spotkaniu z polskimi mediami powiedział co? Oczywiście „mam nadzieję, że już wkrótce Polacy nie będą potrzebowali wiz do Stanów Zjednoczonych, bo prezydent Obama bardzo dobrze rozumie, jak ważna jest to sprawa dla Polski”.
Druga kadencja Obamy też się skończyła. Ale pod jej koniec pewien Amerykanin wykrzyczał, że jak zostanie prezydentem USA, to w 2 tygodnie po zaprzysiężeniu zniesie wizy dla Polaków. Donald Trump się nazywał.
W 2017 roku usłyszeć było można od kolejnego ambasadora Stanów w Polsce Paula W. Jonesa, że „prezydent Donald Trump popiera zniesienie wiz dla Polaków, Polska nie spełnia jednak jednego kryterium związanego z odsetkiem odmów”. Jakiego? „Wymagany jest odsetek poniżej 3 procent, Polska ma obecnie 5,5 procent”.
Dokładnie to samo usłyszał też pierwszy, od bardzo dawna, polski polityk, który pojechał do Waszyngtonu walczyć o zniesienie wiz. Czyli Waszczykowski. Bo konieczne to było nowej władzy do pokazania, że Polska wstaje z kolan.
Nie wstała. Wciąż była w tej samej grupie krajów Unii, których obywatele potrzebują wjazdówki do Stanów. Jesteśmy jednym klubie z Bułgarami, Rumunami, Chorwatami i – nie wiedzieć czemu – Cypryjczykami.
Rok do Polski przyleciała kolejna amerykańska ambasador. I nie pytana przez nikogo opowiadała wszem i wobec nie o bazach wojskowych, bo nie ma o tym pojęcia, tylko o wizach.

Georgetta

– Powiem tak. Jestem ambitna. Nie lubię przegrywać. Nie mogę usprawiedliwić faktu, że nie byliście dotąd objęci programem bezwizowym. Powinniście być – piała w mediach Georgette Mosbacher. – To może być ostatnia sprawa, którą załatwię, ale jestem zdeterminowana, by ten program bezwizowy przeprowadzić. Stawiam sobie za cel zniesienie wiz dla Polaków przed końcem mojej kadencji. Chciałabym, żeby stało się to w ciągu najbliższych 12-18 miesięcy – dodawała.
I jak widać dopięła swego. Tyle, że cena za to, żeby Trump nakazał wydawanie wiz więcej niż 97 proc. wnioskujących o nie Polaków była wliczona w 4,47 mld dolarów za parę Patriotów i 6,5 mld dol za samoloty F-35. Brak wiz za brak offsetu i zawyżoną cenę sprzętu bojowego dowodzi, że Trump wciąż jest świetnym biznesmenem. 14 dolarów za dwuletnią niewizę, która jest niezbędna do przejścia przez bramkę amerykańskiego lotniska, pokazuje to najdobitniej.

Jak usunąć prezydenta USA ze stanowiska?

Termin „impeachment”, który teraz jest w obiegu nie tylko w Stanach Zjednoczonych, nie ma odpowiednika w jednym słowie w języku polskim. Oznacza bowiem w USA postawienie w stan oskarżenia osoby zajmującej obieralne stanowisko. Dlatego w niniejszym artykule będę posługiwał się powszechnie używanym terminem impeachment.

Genezą impeachmentu jest Wielka Brytania. Wprawdzie król w Wielkiej Brytanii był ponad prawem, ale oskarżeniu podlegali np. członkowie Izby Gmin. Jeżeli Izba Gmin postawiła kogoś w stan oskarżenia, to proces odbywał się wówczas w Izbie Lordów. Amerykanie przejęli doświadczenia brytyjskie i na swojej konwencji konstytucyjnej z 1787 r. przyjęli w Konstytucji amerykańskiej Artykuł II Sekcja 4 następujący zapis:
„Prezydent, Wiceprezydent i wszyscy funkcjonariusze państwowi Stanów Zjednoczonych mogą być usunięci z urzędu w wypadku skazania w trybie impeachmentu za zdradę, przekupstwo lub inne ciężkie przestępstwa i przewinienia”.
Na amerykańskiej konwencji konstytucyjnej były różnice zdań odnośnie zakresu impeachmentu. George Mason m.in. opowiadał się za tym, aby objąć tym oskarżeniem również polityków, którzy wykażą się niekompetencją. James Madison, jeden ze współtwórców Konstytucji amerykańskiej argumentował, że impeachment powinien dotyczyć kryminalnego zachowania się polityków. Ostatecznie przyjęto cytowany wyżej zapis Konstytucji – określający zakres impeachmentu.
Od wejścia w życie Konstytucji Stanów Zjednoczonych w 1789 r. Izba Reprezentantów inicjowała procedurę impeachmentu 62 razy. Uchwaliła akt oskarżenia wobec 19 funkcjonariuszy federalnych. Było wśród nich 15 sędziów federalnych sądów różnych szczebli, dwóch prezydentów kraju (Andrew Johnson i Bill Clinton), jeden minister i jeden senator federalny. Procedurę impeachmentu zainicjowano w 1974 r. również wobec prezydenta Richarda Nixona, ale ustąpił on ze stanowiska zanim Izba Reprezentantów zagłosowała nad formułowanym przez Komisję aktem oskarżenia.
Jeżeli chodzi o impeachment wobec prezydenta Stanów Zjednoczonych, to akt oskarżenia przygotowują różne komisje Izby Reprezentantów. Następnie ich raporty analizuje Komisja Sprawiedliwości Izby (House Judiciary Committee) i przygotowuje raport końcowy, który jest przedmiotem głosowania całej Izby Reprezentantów. Do zatwierdzenia oskarżenia potrzebna jest zwykła większość głosów. Izba Reprezentantów wyznacza również oskarżycieli. Natomiast prezydent powołuje swoich obrońców.
Akt oskarżenia uchwalony przez Izbę Reprezentantów przekazywany jest do Senatu, gdzie odbywa się proces sądowy pod przewodnictwem prezesa Sądu Najwyższego USA. Jest oskarżyciel, są obrońcy prezydenta a 100 senatorów działa jak ława przysięgłych. Do uznania prezydenta winnym a tym samym do usunięcia ze stanowiska wymagana jest większość dwóch trzecich. Jeżeli prezydent uznany zostanie winnym, natychmiast traci swoje stanowisko i prezydentem kraju zostaje wiceprezydent USA. W odróżnieniu od sądowych procesów kryminalnych proces impeachmentu jest nieograniczony w czasie.
Dotychczas w historii prezydentury amerykańskiej odbyły się dwa procesy przeciw prezydentom. Pierwszy, miał miejsce w 1868 r. i dotyczył prezydenta Andrew Johnsona. Republikanie nie mogli zboleć, że następcą zamordowanego republikanina Abrahama Lincolna został demokrata, do tego ze stanu sympatyzującego z pokonanym w wojnie domowej południem. W wyniku burzliwej debaty w ostatecznym głosowaniu w Senacie do uznania prezydenta Johnsona winnym, zabrakło jednego głosu. Jeden głos uratował prezydenta.
Drugi proces o usunięcie prezydenta USA z urzędu odbył się w 1999 r. i dotyczył Billa Clintona. Clintonowi zarzucano krzywoprzysięstwo i utrudnianie pracy wymiarowi sprawiedliwości.
12 lutego, w samo południe rozpoczęło się ostateczne głosowanie po raz drugi w historii Stanów Zjednoczonych: czy prezydent jest winny oskarżeniu sformułowanym przez Komisję Sądowniczą Izby Reprezentantów i uchwalonemu przez Izbę Reprezentantów. Artykuł pierwszy oskarżał prezydenta Clintona o krzywoprzysięstwo. Zagłosowało 45 senatorów, wszyscy republikanie. Przeciw opowiedziało się 55 senatorów, w tym 45 demokratów i 10 senatorów republikańskich, głównie ze stanów północnych i wschodnich.
Artykuł drugi impeachmentu zarzucał Clintonowi utrudnianie działania systemu sprawiedliwości. W tym przypadku senatorowie byli równo podzieleni: 50 głosów za i 50 przeciw. Do 45 demokratów dołączyło 5 umiarkowanych senatorów ze stanów północno-wschodnich. Do uznania prezydenta Clintona winnym, zabrakło większości 2/3 głosów.
Dwie godziny po głosowaniu Bill Clinton pojawił się w Ogrodzie Różanym Białego Domu i złożył krótkie oświadczenie, w którym kolejny raz przeprosił wszystkich za skandal. „Teraz, kiedy Senat wypełnił swoje konstytucyjne obowiązki i zakończył ten proces, chcę powiedzieć narodowi amerykańskiemu, jak bardzo mi przykro za to co powiedziałem i zainicjowałem, i co wielce zaciążyło na kraju i na narodzie amerykańskim”. Prezydent zaapelował do rodaków, aby „budowali wspólną przyszłość”. Podziękował również Amerykanom za poparcie, jakiego udzielili mu w trudnych chwilach procesu.

Impeachment wobec Trumpa

Demokraci, którzy mają obecnie większość w Izbie Reprezentantów od pewnego czasu domagają się wznowienia impeachmentu, jako sposobu usunięcia ze stanowiska republikańskiego prezydenta Donalda Trumpa. Przewodnicząca Izby Reprezentantów demokratka Nancy Pelosi początkowo studziła zamiary swoich kolegów partyjnych, ale kiedy okazało się, że zdecydowana większość demokratów opowiada się za usunięciem prezydenta Trumpa z Białego Domu, wyraziła gotowość rozpatrzenia możliwości wszczęcia procedury.
Podstawą do wszczęcia oskarżenia przeciw Trumpowi były jego zabiegi na Ukrainie i w Chinach o akt oskarżenia wobec byłego wiceprezydenta USA, a obecnie kandydata na prezydenta, demokraty Joe Bidena. Takie zabiegi u obcego państwa o oskarżenia wobec obywateli amerykańskich przez prezydenta kraju uznane jest za niezgodne z prawem. Nic dziwnego, że sam Biden wezwał do impeachmentu wobec Trumpa.
Trump w rozmowie telefonicznej z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim powiedział mu wprost: „Chcę by pan zrobił mi przysługę”…
Demokraci wysuwają wobec prezydenta Trumpa również inne zarzuty, które mogą stanowić podstawę do oskarżenia go i usunięcia ze stanowiska. Oskarżają go m.in. o niejasne kontakty z Rosją, o okłamywanie amerykańskiej opinii publicznej, o obstrukcję systemu sprawiedliwości, o fałszywe zarzuty w okresie kampanii wyborczej, zarzuca się również prezydentowi obstrukcję wobec Kongresu.
Biały Dom zdecydowanie odmawia współpracy z Izbą Reprezentantów i oświadczył, że nie dostarczy żądanych przez Izbę Reprezentantów dokumentów ponieważ działania Izby Reprezentantów wobec prezydenta są nielegalne. Prawnicy prezydenta uważają, że zamiar demokratów zastosowania impeachmentu wobec Trumpa jest nielegalny i jest przykładem partyjniactwa. Pracownicy Białego Domu otrzymali od prezydenta zakaz współpracy z Kongresem w sprawie impeachmentu. Republikanie uważają, że celem demokratów jest podważanie wyników wyborów prezydenckich w 1996 r. i utrudnienie Trumpowi zwycięstwa w wyborach 2020 r.
Sondaże wykazują, że większość Amerykanów (53 proc.) popiera dążenie demokratów w Izbie Reprezentantów do wszczęcia procedury impeachmentu wobec prezydenta Trumpa. Trump natomiast kłamliwie twierdzi, że tylko 25 proc. Amerykanów opowiada się za postawieniem go w stan oskarżenia. Według sondażu NBC/WSJ 38 proc. ankietowanych Amerykanów uważa, że Trump zachowuje się uczciwie w sprawie śledztwa wobec niego prowadzonego przez Kongres. Przeciwnego zdania jest 58 proc. Amerykanów.
Popularność Trumpa jako prezydenta jest nadal niska w porównaniu z jego poprzednikami w ostatnich stu latach. Ale próba usunięcia go z Białego Domu w drodze impeachmentu nie powiedzie się moim zdaniem i nie tylko dlatego, że republikanie mają większość głosów w Senacie. Ostre ataki polityczne na prezydenta, zdaniem wielu Amerykanów osłabiają również prestiż Stanów Zjednoczonych w świecie. Dlatego demokraci powinni dołożyć wszelkich starań, aby pokonać Trumpa w najbliższych wyborach prezydenckich w listopadzie 2020 r. a nie nękać go groźbą impeachmentu.

Niewystarczające sankcje

Spikerka amerykańskiej Izby Reprezentantów Nancy Pelosi oświadczyła, że sankcje nałożone przez prezydenta Donalda Trumpa na Turcję nie są wystarczające, aby zapobiec katastrofie humanitarnej.

Amerykańskie sankcje mają charakter gospodarczy: zerwanie negocjacji w sprawie umowy handlowej i podniesienie taryf celnych na turecką stal do 50 procent. „Jestem w pełni przygotowany do szybkiego zniszczenia gospodarki Turcji, jeśli tureccy przywódcy będą podążać tą niebezpieczną i destrukcyjną ścieżką” – napisał prezydent Donald Trump na Twitterze. Sekretarz handlu Steven Mnuchin poinformował natomiast, że sankcjami zostali obłożeni tureccy ministrowie obrony, spraw wewnętrznych i energii. Także inni przedstawiciele tureckich władz mogą zostać nimi objęcie. Zdaniem spikerki Izby Reprezentantów Nancy Pelosi, to jednak tylko gesty. „Prezydent Trump wywołał eskalację chaosu i niestabilności w Syrii. Jego oświadczenie w sprawie pakietu sankcji przeciwko Turcji jest niezwykle niewystarczające, aby zawrócić tę katastrofę humanitarną” – napisała w oświadczeniu, przypominając równocześnie, że to on sam, nieoczekiwanie wycofując żołnierzy z północnej Syrii, dał Turcji „zielone światło” do rozpoczęcia operacji.
Administracja prezydenta Trumpa stara się za wszelką cenę zatrzeć to wrażenie, twierdząc że w strefie konfliktu były tylko nieliczne siły amerykańskie, co – nawet gdyby było zgodne z prawdą – nie robi przekonującego wrażenia, gdyż prawdopodobnie Turcja nie ryzykowałaby zabicia choćby jednego amerykańskiego żołnierza, ściągając sobie na głowę konflikt zbrojny z nadal nominalnym sojusznikiem z Paktu Północnoatlantyckiego. Równie nieprzekonujące są twitterowe tłumaczenia prezydenta, że pokonawszy Państwo Islamskie, siły amerykańskie w Syrii nie mają tam nic do roboty.

Zostawieni przez sojusznika

Amerykańskie wojska opuszczają północno-wschodnią Syrię, turecka inwazja jest już praktycznie przesądzona. Kurdowie przygotowują się do obrony, a Erdoğan straszy, że jego wojska mogą „uderzyć w każdej chwili”.

W oficjalnym oświadczeniu Białego Domu czytamy, że wojska amerykańskie nie będą wspierać tureckiej operacji w północnej Syrii, ale też, że nie będą znajdowały się na terenie, który ma ona objąć. Media pokazują już fotografie pustych obiektów wojskowych, gdzie do niedawna znajdowali się amerykańscy żołnierze. Kurdowie zaś nie mają wątpliwości: zostali ponownie zdradzeni. Waszyngton, który nazywał ich „najlepszym sojusznikiem” w walce z Państwem Islamskim, zostawia ich na pastwę losu, gdy kalifat już upadł. Prezydent Turcji Recep Tayyip Erdoğan powtórzył dziś, że Turcja jest gotowa uderzyć na kurdyjską autonomię w północnej Syrii w dowolnym momencie. Zapewne jednak nie nastąpi to przed odejściem Amerykanów, co zdaniem analityków nie potrwa dłużej niż tydzień.
Prezydent USA uzasadnił podjęte przez siebie decyzje w typowym stylu. Wspieranie Kurdów podobno było zbyt kosztowne.
– Kurdowie walczyli razem z nami, ale płaciliśmy im ogromne sumy w pieniądzach i sprzęcie, aby to robili. Oni walczą z Turcją od dziesięcioleci. Teraz Turcja, Europa, Syria, Iran, Irak Rosja i Kurdowie będą musieli rozwiązać sytuację – napisał na Twitterze w serii wiadomości. W najmniejszym stopniu nie wzruszają go komentarze kurdyjskich polityków i dowódców, przypominających Amerykanom gwarancje, jakie mieli dać Kurdom. Ochrona przed Turcją, dla której wszyscy bojownicy o wolność Kurdystanu są terrorystami, miała być najważniejszą z nich.
Organizacja Narodów Zjednoczonych skomentowała w poniedziałek, że „szykuje się na najgorsze”… i w zasadzie wiele więcej robić nie może. Bezradność międzynarodowego gremium wyraził oenzetowski koordynator ds. humanitarnych w Syrii Panos Mumtzis, oznajmiając, że nie wie, co się stanie, a wokół operacji tureckiej pozostaje wiele pytań bez odpowiedzi. Turcy za to nie kryją się bynajmniej z tym, że ich operacja ma być bezwzględna. Minister spraw zagranicznych Mevlüt Çavuşoğlu również na Twitterze zapowiedział „wyczyszczenie” północnej Syrii z „terrorystów”. Na tereny, z których zostaną wypędzeni Kurdowie, Turcja chce przewieźć 2 mln uchodźców z Syrii, którzy w poprzednich latach szukali u północnego sąsiada schronienia przez wojną niszczącą ich kraj.
Kurdowie zapowiadają, że będą walczyli do końca, chociaż przeciwnik jest silniejszy i chociaż, wierząc w amerykańskie gwarancje, sami swojego czasu zniszczyli umocnienia na granicy między terytorium syryjskim a Turcją.
W podzięce za zielone światło na ofensywę Turcja miała zgodzić się przyjąć do swoich więzień byłych bojowników Państwa Islamskiego, pojmanych po jego upadku, których nie chcą wpuścić na powrót kraje europejskie, z których na Bliski Wschód przyjechali. Warto pamiętać, że podczas inwazji na kurdyjski Afrin Turcja nie miała żadnych problemów, by „przekwalifikować” byłych dżihadystów na członków swoich paramilitarnych, „ochotniczych” oddziałów.

Sojusznik, na którego można „liczyć”

Każda kolejna rozmowa Trumpa z Erdoganem ma coraz tragiczniejsze skutki. W wyniku wczorajszej USA zgodziły się na inwazję(!) turecką na Rożawę. Od rana Amerykanie opuszczają swoje bazy. Wszystko to po tym jak przekonali SDF do likwidacji umocnień na granicy gwarantując ochronę przed Turcją. W tym kontekście poniższe zdjęcie Chamberlain wracającego z Monachium po zdradzie Czechosłowacji nieprzypadkowe. Tak jak wtedy, tchórzliwa decyzja politycznych dyletantów będzie miała tragiczne konsekwencje. Wojna, czystka etniczna, którą wprost zapowiada Erdogan, masowe migracje, ustanowienie Rosji jako hegemona w Syrii, uwolnienie tysięcy fanatyków z ISIS (bo Kurdowie nie są w stanie jednocześnie ich pilnować i walczyć z Turkami). Dla Polski i wszystkich innych sojuszników USA na świecie powinno to być jasnym sygnałem – żadna baza nic nie gwarantuje. Jeden telefon i amerykańscy chłopcy zostawiają Cie sam na sam z agresorem.

Kurdystan.info (Facebook)

Spokojny koniec lata (do czasu)

Pod wpływem wielu pozytywnych informacji we wrześniu złoto na rynkach światowych taniało, ceny obligacji spadały, a na giełdach akcji zapanował optymizm. Wszystko to może zmienić atak na rafinerię w Arabii Saudyjskiej.

Po bardzo słabym dla rynków finansowych sierpniu nadszedł kończący lato wrzesień i nastroje szybko się poprawiły.
Teoretycznie, a właściwie statystycznie, wrzesień uznawany jest (szczególnie w USA) za najgorszy miesiąc dla rynków akcji, ale ta statystyka często się nie sprawdza.
Czynników, dzięki którym nastroje się poprawiły, było wiele. Przede wszystkim prezydent Donald Trump zrezygnował (na chwilę?) z wojowniczego tonu i wzywania do opuszczenia Chin przez firmy amerykańskie. USA i Chiny z dniem 1 września wprowadziły nowe cła na importowane produkty, ale jednocześnie zapowiedziano wstępne rozmowy w drugiej połowie września oraz spotkanie USA – Chiny na wysokim szczeblu na początku października (potwierdził to swoim tweetem Donald Trump).
Już to wystarczyłoby do znacznego poprawienia nastrojów na giełdach. Były jednak i inne czynniki. W sprawie Brexitu wielokrotnie przegrane głosowania premiera Borisa Johnsona w parlamencie brytyjskim i decyzja tego parlamentu zakazująca wyjścia Wlk. Brytanii z Unii Europejskiej bez umowy, pomagały europejskim graczom giełdowym. Pomagał im też zwrot politycznej sytuacji we Włoszech. Tam nie tylko nie doszło do wcześniejszych wyborów, ale premier Giuseppe Conte utworzył nowy rząd (Pięć Gwiazd i Partia Demokratyczna) wykluczając w ten sposób partię Liga z jej wojowniczym, antyeuropejskim, szefem Matteo Salvinim.
To nadal nie wszystkie pozytywne czynniki pomagające „bykom” na rynkach finansowych. Weszliśmy bowiem w okres, w którym znacznie wzrosło znaczenie banków centralnych. Po działaniach Europejskiego Banku Centralnego oraz Federalnego Komitetu Otwartego Rynku oczekuje się dalszego łagodzenia polityki monetarnej. Oczywiste jest też, że nic się nie zmieni w polityce Rady Polityki Pieniężnej. (RPP), ale oczywiste jest, że nic w jej polityce się nie zmieni.
Fed zazwyczaj robi to, czego chcą od niego rynki, ale ciągła krytyka jego polityki prowadzona za pomocą tweetów przez prezydenta Trumpa może usztywnić stanowisko Fed. ECB nie bardzo może zaś nadal łagodzić politykę monetarną, bo stopy główne są na poziomie zera, a stopa dyskontowa jest ujemna.
Pod wpływem tych wszystkich pozytywnych informacji złoto taniało, rentowności obligacji rosły (czyli ich ceny spadały), a na giełdach akcji zapanował optymizm. Z tej sytuacji korzystał również polski rynek. Na warszawskiej giełdzie pojawił się duży popyt podnosząc szczególnie mocno indeks WIG 20. Na rynku walutowym kurs euro do złotego szybko spadał wracając do trendu na poziomie 4,25 – 4,35. Interesujące było zwłaszcza to, że złoty bardzo się umocnił w poniedziałek 9 września. Czyżby gracze zakładali, że propozycje podniesienia płacy minimalnej zmuszą Radę Polityki Pieniężnej do podniesienia stóp procentowych?
Dla rynków najważniejsze jest jednak czekanie na wydarzenia. Najgorsze w stawianiu prognozy jest zaś to, że nikt nie jest w stanie prognozować tego, co może w dowolnej chwili zrobić prezydent Trump.

Trump wycofał poparcie dla PiS Wywiad

Myślę, że bieżące kwestie, bardziej aktualne niż huragan, zadecydowały o tym, żeby wizytę odwołać. To wycofanie w jakimś stopniu – tak to należy czytać – poparcia dla PiS w kampanii wyborczej – mówi Ryszard Schnepf, były ambasador RP w Stanach Zjednoczonych w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

Prezydent Trump w ostatniej chwili odwołał przyjazd do Polski z powodu nadciągającego nad Florydę huraganu. Warunki pogodowe są prawdziwym powodem czy za decyzją stoją jakieś powody polityczne?

RYSZARD SCHNEPF: Będziemy więc spekulować, bo przecież powody zna jedynie najbliższe otoczenie amerykańskiego przywódcy. Temat jest jednak ważny, więc dywagujmy. Byłbym bardzo powściągliwy w myśleniu, które pewnie rodzi się w głowach wielu Polaków, a mianowicie, że prezydent Trump lekceważy rocznicę wybuchu II wojny światowej. Tak z pewnością jednak nie jest. Nie lekceważyłbym też huraganu, bo w Stanach Zjednoczonych rzeczywiście anomalie pogodowe przybierają wymiar u nas niespotykany i potrafią doprowadzić do zniszczenia całego stanu Floryda, czyli obszaru równego połowie Polski. To jest istotny argument. Jednak widzę tu jeszcze jeden wątek, którego bym nie lekceważył, a mianowicie Amerykanie myślą długofalowo, mają bardzo dobrych analityków i świetne dane zbierane z każdego kraju. Jest bardzo prawdopodobne, że z tych danych wynika, że PiS może przegrać wybory. Wówczas zaangażowanie prezydenta w kampanię wyborczą, bo tak jest to odbierane, mogłoby zaszkodzić kształtowanym perspektywicznie interesom gospodarczym i politycznym, także z Polską, która dla Ameryki jest ważnym partnerem.

Czy może tu chodzić o zakulisowy spór Polski ze środowiskiem żydowskim? Takie komentarze też się pojawiły.

Ten konflikt oczywiście istnieje, przede wszystkim wokół restytucji mienia, ale także w związku z uroczystościami uczczenia Brygady Świętokrzyskiej. Jednak moim zdaniem to nie są fakty determinujące, one tkwią w naszych relacjach już od dłuższego czasu. Planując tę wizytę Trump zapewne świetnie o tym wiedział i mimo to był zdecydowany tu przyjechać. Myślę, że bardziej aktualne, bieżące kwestie zadecydowały o tym, żeby wizytę odwołać, jak huragan, ale także wycofanie w jakimś stopniu – tak to należy czytać – poparcia dla PiS w kampanii wyborczej.

Do Polski przyjedzie wiceprezydent Mike Pence, polityk raczej schodzący niż jaśniejący na arenie. Jak mocno to obniża rangę wizyty?

Mike Pence jest jednak wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych, więc nie deprecjonowałbym faktu jego wizyty. To osoba, która zastępuje prezydenta w naturalny sposób, natomiast Donald Trump, jakby go nie osądzać, jest jednak politykiem, który potrafi skupić uwagę, wywołać entuzjazm i potrafi być dobrym mówcą. Pence nie słynie z ognistych przemówień, jest człowiekiem cienia i dlatego zresztą jest wiceprezydentem. Cichym, ale lojalnym tłem przywódcy o silnej osobowości.

Czy administracja prezydenta, który jest w stanie obrazić się na Danię, bo ta nie chce sprzedać mu Grenlandii, jest do tego zdolna?

Prezydent Trump jest znany z niekonwencjonalnych wypowiedzi i pomysłów, jednak zawsze trzeba mieć nadzieje, że dla prezydenta USA, największej potęgi militarnej i ekonomicznej, demokracja jest czymś ważnym, bo to, że dla społeczeństwa amerykańskiego równouprawnienie, tolerancja i rządy prawa są ważne, to wiemy.
Będzie mowa o zniesieniu wiz?
Zapewne pojawi się wzmianka o możliwości rychłego wprowadzenia ruchu bezwizowego i to jest rzeczywiście realne. Gdyby jednak przyjechał nawet sam Donald Trump, to pamiętajmy, że zniesienia wiz może dokonać tylko amerykański Kongres. Prawdą jest, że procent odrzuconych wniosków wizowych prawdopodobnie spadł poniżej 3 proc., co jest wymagane w prawie amerykańskim i to będzie pozwalało na sformułowanie nowej ustawy, którą zaakceptują obie Izby. Zajmie to zapewne jeszcze kilka miesięcy. Wiemy, że została podpisana umowa pomiędzy Ministerstwem Spraw Wewnętrznych i odpowiednikiem po amerykańskiej stronie, czyli Department of Homeland Security, zatem jest to realna ścieżka, na którą wchodzimy. Przypomnijmy, że na początku naszych starań poziom odrzuceń był powyżej 20 proc. Przyczyna tego, że stopniowo zmniejszała się ilość odrzuconych wniosków, leży jednak po naszej stronie. Przede wszystkim

Przed planowaną wizytą Donalda Trumpa Konferencja Ambasadorów, do której Pan należy, wystosowała list otwarty do spodziewanego gościa. Dlaczego?

Kwestia spójności NATO, ale też wartości, była przedmiotem rozważań naszej Konferencji Ambasadorów, która jest niezależnym gremium eksperckim. W efekcie powstał list otwarty do prezydenta Trumpa. Mamy świadomość tego, że dziś polityka amerykańska jest wielowątkowa i – mówiąc dyplomatycznie – szalenie zmienna. Świat reaguje dynamicznie i administracja amerykańska poszukuje rozwiązań jednocześnie dla wielu kwestii. To sprawa Iranu, sytuacji ekonomicznej w sensie globalnym – konflikt z Chinami i niewypowiedziana wojna handlowa, która najwyraźniej nabiera prędkości, to też sprawa Korei Północnej, Bliskiego Wschodu i jakiegoś ułożenia relacji z Rosją. Niestety, czasami spójność czy to NATO, czy UE cierpi w wyniku gestów, które są wyrażane na daną chwilę, ale ich skutek jest już długotrwały. Idealnie byłoby, gdybyśmy byli krajem, który spaja te dwa organizmy. Z jednej strony być dobrym członkiem UE, tym bardziej, że im bardziej jesteśmy silni w UE, tym bardziej stanowimy wartość jako partner dla Stanów Zjednoczonych, z drugiej zaś jednoznacznym spoiwem w Sojuszu Północnoatlantyckim. Mamy takie możliwości choćby z tego względu, że jesteśmy największym krajem w rejonie Europy Środkowowschodniej i jednocześnie flanką wschodnią.

Napisali państwo w liście: „Panie Prezydencie, przybywa Pan do kraju, który nie jest praworządny. Pana mocny głos wzywający do tolerancji i wzajemnego poszanowania, a także przestrzegania postanowień konstytucji i innych praw, może mieć znaczenie historyczne”. Pod listem podpisało się ponad 20 byłych ambasadorów. Marszałek Karczewski skomentował, że sygnatariusze listu są oderwani od rzeczywistości, a sam list jest antypolski. Jak pan to skomentuje?

Marszałek Karczewski powinien swoje wypowiedzi ograniczyć do spraw, na których rzeczywiście zna się, choć osobiście nie wiem, w jakiej materii czuje się fachowcem. Posługiwanie się pojęciem „antypolski”, „zdradziecki” jest tanim chwytem i wyraża jedynie chęć przypodobania się szefowi. Tymczasem nami powodowało właśnie poczucie patriotyzmu i troski o dobro Polski. Za antypolskie można by natomiast uważać doprowadzenie pozycji i wizerunku Polski do stanu ruiny. Oczywiście zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że list wywoła falę negatywnych komentarzy po stronie rządzących, choćby na zasadzie „czapki, która gore”.
Nasze słowa zbiegają się z obchodami rocznicy napaści hitlerowskich Niemiec na Polskę w 39 roku nieprzypadkowo. Polska była wówczas osamotniona, weszła w przestrzeń niczyją, nie była ani na Zachodzie, ani na Wschodzie. Nie była podmiotem, który inni, przede wszystkim Zachód, uznawał za swój.
Jako byli już urzędnicy, ale jednocześnie fachowcy, mamy prawo do obywatelskich zachowań, aby upomnieć się i nawiązać do tragicznych wydarzeń II wojny światowej. Prawo i obowiązek. Powinniśmy być w dobrej demokratycznie rodzinie, umownie nazywanej światem Zachodu czy rodziną transatlantycką. Trzymać się razem jak pasażerowie samolotu, który wpada w turbulencje. To jest priorytet bezpieczeństwa Polski, pomijając, że kształtuje też naszą przyszłość, chociażby w kontekście dostępu do technologii, wymiany handlowej, kulturalnej, naukowej. Marzyliśmy o tym, żeby przynależeć do tej rodziny. Dziś mają miejsce wydarzenia, które szokują. Kilka dni temu światowej sławy muzycy odmówili udziału w koncercie organizowanym przez kluby „Gazety Polskiej” w nowojorskim Carnegie Hall, jako powód podając homofobiczną akcję tego pisma. Nie chodziło tu bynajmniej o wysokość gaży, bo w propagandowych działaniach jesteśmy hojni, lecz o wartości. Takie rzeczy nigdy nie miały miejsca. Wielcy muzycy, artyści byli wręcz dumni z tego, że mogą występować pod polskim sztandarem i z naszej inicjatywy promować naszą kulturę. Mnie, jako byłego dyplomatę, boli szczególnie, bo pamiętam, jak w Waszyngtonie, w Nowym Jorku czy w Chicago, ale też wcześniej w Montevideo czy Madrycie organizowaliśmy wydarzenia, gdzie ludzie kultury czy politycy przychodzili z poczuciem satysfakcji i dumy, że mogą być w polskim domu. Pamiętam entuzjazm senatorów i kongresmenów podczas premiery filmu Andrzeja Wajdy „Wałęsa. Człowiek z nadziei” w Bibliotece Kongresu i owację na stojąco dla przywódcy „Solidarności”, gdy tylko pojawił się na widowni. Dziś niestety możemy się tylko wstydzić, że jesteśmy kojarzeni z drugą, mroczną stroną.

W Polsce nie chodzi o postęp

„Trump i jego administracja traktują Unię Europejską jako przeciwnika i podejmują działania zmierzające do jej rozbicia” – mówi w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co) Eugeniusz Smolar, członek Rady Centrum Stosunków Międzynarodowych, były dyrektor Sekcji Polskiej BBC w Londynie.

JUSTYNA KOĆ: Wizyta prezydenta Dudy w USA to strategicznie ważne wydarzenie na miarę wejścia Polski do NATO czy bardzo drogie zakupy?
EUGENIUSZ SMOLAR: Wszystkiego po trochu. Bez wątpienia jest to sukces, zarówno obecnego rządu, jak i sukces dla Polski, ponieważ starania o wzmocnienie obecności wojskowej USA ciągnęły się od dekad. Rząd PiS-u zachował tu kontynuację i postawił to sobie jako jeden z priorytetów, co osobiście traktuję z uznaniem. Oczywiście porównywanie tego z wejściem Polski do NATO jest skrajnym absurdem. Przystępując do NATO, staliśmy się członkiem najpotężniejszego sojuszu militarnego na świecie, w którym USA odgrywają wyjątkowo silną rolę, jednocześnie wiążąc nas z europejskimi sojusznikami i nie tylko. Takie słowa są przejawem skrajnego, propagandowego entuzjazmu polityków PiS-u, którzy chcą przekuć sukces w stosunkach międzynarodowych w sukces wewnętrzny.

Decyzja o zwiększeniu czy rozszerzeniu obecności wojsk na wschodniej flance NATO zapadła jeszcze podczas szczytu w Newport. Prawdopodobnie każdy rząd, nawet nieudolny, doprowadziłby do tego zwiększenia.
Trudno powiedzieć, dlatego że zarówno typ administracji prezydenta Trumpa, jak i jego osobowość i stopień wsparcia dla obecnego rządu w Polsce mają tu ogromne znaczenie. Oczywiście opracowanie planu wzmocnienia obrony naszego regionu zlecił jeszcze prezydent Obama, kiedy został poinformowany, że przywódcy NATO wzdragają się przed opracowaniem tzw. planów ewentualnościowych. Trump kontynuuje tę politykę, ale na pewno jego osobowość i zrozumienie sytuacji są też bardzo ważne. Istotne pytanie, które należy sobie zadać, to czy Sojusz Północnoatlantycki i Stany Zjednoczone uważają, że Rosja zamierza dokonać ataku na którekolwiek z państw członkowskich. Odpowiedź na to pytanie, które uzyskałem zarówno w siedzibie NATO, jak i w Waszyngtonie, zakłada wykluczenie takiego scenariusza. Zakłada się natomiast działania o charakterze hybrydowym, czyli działania podprogowe, to jest działania, które nie wywołują konieczności odniesienia się do Artykułu 5. Z punktu widzenia potencjalnego ataku Rosji na jedno z państw NATO, w tym na Polskę, to 1000 żołnierzy nie odegra żadnej roli. Nie symboliczny charakter ma już natomiast obecność bazy w Redzikowie, która dla Stanów Zjednoczonych ma wymiar strategiczny, bo jest elementem sieci systemów antyrakietowych, broniących przede wszystkim terytorium USA i w pewnym stopniu sojuszników europejskich. Ten obiekt w Polsce rzeczywiście sprawia, że jakiekolwiek zagrożenie bazy staje się realnym zagrożeniem dla bezpieczeństwa USA. Ważna jest też zapowiedź rozlokowania dronów wywiadowczych na terenie Polski. To sprawia, że przy wszystkich zastrzeżeniach propagandowych wobec polityków PiS-u i ministra Błaszczaka, jest to sukces Polski: wzmacnia nasze bezpieczeństwo i wzmacnia nasze więzy na poziomie operacyjnym z wojskiem amerykańskim i z wojskami państw NATO.

Czy z sojusznika, którego się wspiera, nie staliśmy się jednak sojusznikiem, który kupuje bezpieczeństwo za gigantyczne kwoty? Kupujemy gaz, dwie eskadry ekstremalnie drogich samolotów…
To jest rzeczywiście sprawa kontrowersyjna dla opinii publicznej każdego z krajów europejskich. Żaden z tych krajów, może z wyjątkiem Francji i Wielkiej Brytanii, nie ma takiego stosunku do twardej siły jak USA, które wydają 3,4 proc. PKB. To mniej niż było 10-20 lat temu, jednak jest to ciągle dwa razy więcej, niż wydają kraje europejskie na obronę. Jest to związane oczywiście ze światowym zaangażowaniem USA i posiadaniem baz wojskowych i wpływów w ponad 100 krajach na świecie. Po drugie, nieprzypadkowo mamy pretensje do Niemiec i innych krajów, które nie wydają nawet 2 proc. Nie jest traktatowe zobowiązanie, ale państwa europejskie powinny to robić. Nie dlatego, że USA tego od nas oczekują, tylko ze względu na niebezpieczne otoczenie. Na wschodzie mamy wojnę na terenie Ukrainy, na południu wojna i zaburzenia w rejonie północnej Afryki. To są zagrożenia europejskie, w związku z czym Europa musi znaleźć w sobie możliwości, zarówno sprzętowe, jak i finansowe, aby móc reagować i stabilizować te rejony, a nie czyni tego w stopniu wystarczającym. Europa ma inne potrzeby budżetowe, np. socjalne, na służbę zdrowia czy edukację, które stały się priorytetem dla polityków, którzy często myślą w kategoriach cyklu wyborczego i nieprzychylności własnej opinii publicznej. Polska opinia publiczna przyzwyczajona jest do tego, że żyjemy w niebezpiecznym świecie i Rosja pozostaje agresorem, zatem musimy łożyć na obronność. Jak to robimy, to już jest inna sprawa. Jeśli ceną większej obecności USA i NATO są zakupy broni amerykańskiej, to tylko trzeba się zastanowić pragmatycznie, jaka to ma być broń.

No właśnie, jaka?
Faktem jest, że kupując F-35 wchodzimy do najwyższej ligi współpracy z wojskami USA i flotami lotniczymi europejskimi coraz liczniejszej grupy państw, które zaopatrują się w te samoloty. Z drugiej strony wiemy, że to będzie niesłychanie drogi zakup. Równie kosztowny jest cały system infrastruktury elektronicznej obsługi tych samolotów, co kosztuje dwa razy więcej, niż same maszyny. Mam tu zastrzeżenia koncepcyjne, bo są to samoloty o charakterze ofensywnym. Posiadając je, stajemy się częścią struktury amerykańsko-NATO-wskiej w warunkach wojny z Rosją, natomiast niedofinansowane są te dziedziny funkcjonowania sił zbrojnych, które bezpośrednio wpływają na wzmocnienie polskiej obronności. Jeśli rzeczywiście spodziewamy się wojny z Rosją, to musimy sobie zdawać sprawę, że to nie będzie taka sama wojna jak w przeszłości i powinniśmy zaopatrzyć odziały rozmieszczone na terenie kraju, w tym również WOT, w przenośne systemy obrony przeciwpancernej, które są tanie i które stanowiłyby poważne zagrożenie dla jakichkolwiek sił obcego państwa, które by wkroczyły na terytorium RP. Zakupy F-35 drenują budżet państwa, nie wzmacniając zdolności obronnych polskich sił zbrojnych i wewnętrznej gotowości do obrony.

Mówił pan o zagrożeniu działaniami podprogowymi jako o bardziej realnym scenariuszu. Może warto przeformatować działania NATO w tym kierunku? Wiemy już, że Rosja wpływała na wybory w krajach europejskich czy USA, a także na brexit poprzez trolle.
Tu nie chodzi o trolle. Sojusz Północnoatlantycki już 5 lat temu, poszczególne mocarstwa europejskie trochę później stworzył struktury obrony w dziedzinie wojny cybernetycznej. Jest to dziedzina, w której współpraca UE z NATO jest wyjątkowo skuteczna. Istnieje tzw. Centre of Exellence w Estonii, gdzie wypracowuje się najlepsze metody dotyczące obrony w cyberprzestrzeni. USA doskonale zdają sobie sprawę z zagrożenia i uruchomiły już działania, które mogą mieć charakter ofensywny wobec źródeł ataków. Nie chodzi tu o trolle, a o możliwość, która została potwierdzona przez Federację Rosyjską, zaatakowania tzw. infrastruktury krytycznej – siłowni elektrycznych, tam, infrastruktury łączności. Rosja zaatakowała niegdyś Estonię, a 2 lata temu Ukrainę, wyłączając zdalnie jedną z elektrowni. To jest dużo większe zagrożenie, niż trolle, bo z tymi można się uporać, np. jak robią to skutecznie Litwini poprzez współdziałanie wojska i społeczeństwa obywatelskiego. U nas niestety się tego nie robi. Wiem, że USA mają przygotowany plan, aby zaatakować strategiczną infrastrukturę Federacji Rosyjskiej. Rosja oczywiście również o tym wie.

Donald Trump zapowiedział, że będzie ubiegał się o reelekcję. Na razie sondaże dają wygraną demokratom, ale sytuacja może się jeszcze zmienić. Co byłoby lepsze dla Polski?
Trudno powiedzieć, bo zastanawiając się nad tym, co byłoby lepsze dla Polski, trzeba spojrzeć w kilku wymiarach. Trump czuje się związany z Polską, wygłosił piękne przemówienie w Warszawie, które łechtało naszą próżność, a jednocześnie jest nieprzewidywalny. Proszę zwrócić uwagę, że polityka Zachodu, a mam tu na myśli zarówno NATO i UE, jak i poszczególne państwa, jak USA, Francja czy Niemcy, z jednej strony podejmują daleko idące działania o charakterze obronnym przeciwko postępowaniu Rosji, z drugiej strony zarówno USA, jak i sojusznicy europejscy deklarują politykę otwartości dla dialogu i współpracy. Zatem jeśli z jakiegokolwiek powodu przywódcy rosyjscy doszliby do wniosku, że opłaca im się zawarcie porozumienia z Zachodem, nie na zasadzie Jałty, ale jednak porozumienia z wielkimi, to należy zapytać o jego cenę. Zapłacić może Ukraina, ale nie można wykluczyć, że ceną mogłoby być zmniejszenie zaangażowania USA w naszym regionie. Wydaje się, że Trump jest zainteresowany dobrymi stosunkami z różnymi satrapiami na świecie, w tym z Putinem, i jest z tego punktu widzenia bardziej nieprzewidywalny, niż nawet establishment Partii Republikańskiej. To jest zadanie dla polskiej dyplomacji, jak i krajów naszego regionu, aby zachowywać dobre stosunki zarówno z administracją Trumpa, jak i z Republikanami i Demokratami w Kongresie.

Trump ma szanse na reelekcję? Na razie nawet sprzyjający mu Fox News podaje przegraną 39 do 49 proc.
W społeczeństwie amerykańskim nastąpiły głębokie podziały i fragmentaryzacja. Trump jest odpowiedzią dla tych, którzy uważają, że powodzi się im gorzej, a są ich miliony. Wiele obiecuje, niewiele robi (…).

Czy incydent w Zatoce Osmańskiej – zaatakowanie dwóch tankowców – jest groźny i powinniśmy się martwić?
To poważna sprawa. My do dziś nie wiemy, co tam się tak naprawdę stało. Kapitan jednego z japońskich tankowców powiedział, że atak nastąpił z powietrza, gdy Amerykanie twierdzą, że wybuchły ładunki przymocowane do kadłubów statków. Widzę tu poważny problem w kontekście naszej rozmowy, czyli stosunków polsko-amerykańskich. Stosunki USA-Iran i USA-Chiny bezpośrednio wpływają na politykę polską. Jeśli Stany Zjednoczone udzielają nam wsparcia, to za pewną cenę, bo Trump każe sobie płacić, i większe niebezpieczeństwo dla Polski widzę w wyizolowaniu z polityki europejskiej. Podam przykład: Europejczycy odmawiają rezygnacji z porozumienia nuklearnego z Iranem, a czołowy przedstawiciel dyplomacji niemieckiej ogłosił w Iranie, że niedługo będzie gotowy system płatności, który ominie sankcje amerykańskie. To wywołuje wściekłość w Waszyngtonie i wobec takich krajów jak Polska, które się uzależniły od USA, mogą być wywierane naciski, żeby zajęły bardziej ofensywne stanowisko nie wobec Iranu czy Chin, ale wobec innych członków UE. Polska może zostać zmuszona do zajęcia pozycji kraju, który będzie rozbijał jedność UE. Dotychczas to się nie stało, a Unia w tym tygodniu przedłużyła jednogłośnie sankcje wobec Moskwy, co powinno zostać docenione w Warszawie. Dobrze się stało, że zarówno MON, jak i MSZ dbały o to, aby informować o polityce amerykańsko-polskiej kraje UE i NATO. Udało się uniknąć podziałów na tym tle. Pytanie, jak długo to jeszcze będzie możliwe. Tym bardziej, że Trump i jego administracja traktują Unię Europejską jako przeciwnika i podejmują działania zmierzające do jej rozbicia.

Flaczki tygodnia

Tusk przemówił, ale zapowiadany Mesjasz nie przyszedł.

Tusk przemówił, a prominenci PiS odetchnęli. Wbrew ich strachom ogłaszany od miesięcy event nie zaiskrzył antykaczyńskim płomieniem. I choć lud inteligenckiej Warszawy długo i gromko oklaskiwał słowa Tuska, to nie ruszył potem na Nowogrodzką, ani na Woronicza. Aby zdobyć kaczystowski Wersal lub kurską Bastylię. Obalić tyrana albo chociaż uwolnić misję mediów publicznych.

Tusk przemówił, lecz efektu papieża JP2 nie osiągnął. Nie zmienił po przyjściu swoim oblicza tej ziemi.
Bo wzniósł się ponad bieżące krajowe spory i poszybował ku poważnym zagrożeniom Unii Europejskiej. Bo przyjął zbyt globalną, jak na polską chatę skraja, perspektywę.
Zresztą to nie uniwersyteckiego wykładu oczekiwano od niego, tylko jawnego wezwania do rozprawy z kaczystowskim reżimem.

Tusk mówił, a sławę zyskał Leszek Jażdżewski.

Za krótką wypowiedź przed tuskowym wykładem. Jażdżewski to rzadki w Polsce przypadek antyklerykała, ale nie lewicowca. Groźny dla prawicowych mediów, bo nie da się z liberała Jażdżewskiego zrobić wstrętnego „komucha”. By tak zdyskredytować go w kraju rojącym się od wyznawców zdziecinniałego antykomunizmu. Zwłaszcza w najpopularniejszych mediach.

„Kto podnosi rękę na Kościół, go chce zniszczyć, ten podnosi rękę na Polskę” – ogłosił pan prezes Jarosław Kaczyński podczas patriotycznego pikniku w Pułtusku.
Nie dodał, że każdą tak podniesioną rękę, narodowo-katolicka władza sprawnie obetnie, bo pewnie uznał, że to oczywiste.
Zadeklarował, że jest „człowiekiem wierzącym, praktykującym katolikiem” oraz, że „Kościoła trzeba bronić. To także obowiązek patriotyczny”.

Od tej pory każdy krytykujący polskich kościelnych pedofilów, albo księżowskie przekręty finansowe, automatycznie zostanie wykluczone przez elity PiS z polskiej, patriotycznej wspólnoty. Będzie obłożony patriotyczną klątwą.

Leszka Jażdżewskiego, głoszącego już oczywistą prawdę, że polski kościół kat. nie ma prawa pouczać nas moralnie, błyskawicznie skrytykował Episkopat, czyli Zarząd tej firmy. Tym razem nie milczał tak długo, jak w sprawie swych pedofilii i przekrętów finansowych.

Za słowa Leszka Jażdżewskiego oberwał też Senat Uniwersytetu Warszawskiego od pana wicepremiera Jarosława Gowina. Za to, że Senat dopuścił Jażdżewskiego do głosu. Tak to pan premier Gowin zmusza Senat UW do stosowania cenzury prewencyjnej. Zabronionej w Polsce, czyli do łamania prawa.

Tusk przemówił, ale wszyscy usłyszeli Jażdżewskiego.

Aż dwa tysiące żołnierzy, osiemset obiektów latających i liczne pojazdy mechaniczne wezwała władza PiS na 3 maja do Warszawy.
Aby demonstrowały w czasie zapowiadanego wcześniej wykładu Tuska. Aby prorządowa defilada propagandowo przykryła w mediach wystąpienie potencjalnego lidera opozycji. Aby obecność służb mundurowych uniemożliwiła ewentualny zryw, pucz opozycyjnych inteligentów niezadowolonych z autorytarnej władzy pana prezesa Kaczyńskiego.

Tak było, choć brzmi to kuriozalnie, śmiesznie nawet. Ale ta władza, ten pan prezes, te narodowo-katolickie media mają swoje, liczne obsesję. Zwłaszcza na punkcie przygotowywanego przez „totalną opozycję” „puczu”. I ciągle je wykrywają.
W tym roku puczem miał zakończyć się strajk nauczycieli inspirowany i opłacany przez tajemniczego Bartosza Kramka. O nim niedawno, przez kilka dni bez przerwy, informowała TVP info. Kolejny pucz, tym razem trzeciomajowy, miał rozpocząć się od triumfalnego przyjazdu – powrotu Tuska do Warszawy.

Dlatego, aby zademonstrować swą siłę, władza PiS ściągnęła na organizowaną, po raz pierwszy w święto Konstytucji, nie tylko posiłki z NATO. Do defilujących żołnierzy dodano jeszcze inne, podległe jej mundurowe oddziały. Policjantów, strażaków, służby ochrony kolei, służby ochrony państwa, czyli dawny BOR, służby więziennictwa, ochrony lasów państwowych, krajowej administracji skarbowej, a nawet straży marszałkowskiej.
Tych ostatnich pan marszałek Kuchciński postanowił wyposażyć w szable, aby skuteczniej mogli bronić parlamentarzystów PiS przed podstępnymi atakami nieletnich prostytutek.
Do kompletu defilujących służb zabrakło tylko konduktorów, kontrolerów biletów i szkolnych woźnych.

„To jest nasza półkula. Rosja nie powinna tam ingerować” – powiedział amerykański doradca ds. bezpieczeństwa narodowego John Bolton. Tak skomentował sytuację w Wenezueli, gdzie Rosjanie pokrzyżowali amerykańskie plany obalenia prezydenta Maduro.
Tym jednym zdaniem najbliższy współpracownik prezydenta Trumpa przekreślił wysiłki polskiej dyplomacji i podważył nasze bezpieczeństwo. Polska dyplomacja na każdym forum deklaruje poparcie dla ładu międzynarodowego opartego o prawo i zasady, a nie strefy wpływów i koncert mocarstw. Mówił o tym niedawno, podczas Zgromadzenia Ogólnego ONZ pan prezydent Andrzej Duda. Uznał to za priorytet polskiego członkostwa w Radzie Bezpieczeństwa.
A teraz Wielki Brat z Waszyngtonu przyznał, że jednak uznaje prawo mocarstw do posiadania swoich stref wpływów. Czyli uznaje prawo Rosji do posiadania swojej strefy wpływów też.

Niedawno Wielki Brat wykręcił Polsce inny, również podważający nasze bezpieczeństwo numer. Wypowiedział traktat INF ograniczający posiadanie rakiet średniego zasięgu. Dając tym Rosji pole do nieograniczonych zbrojeń w tym zakresie. Zbrojeń nie zagrażających bezpośrednio USA, ale Polsce i Europie jak najbardziej.
Na osłodę władza PiS dostanie od administracji prezydenta Trumpa prawo do utrzymywania i finansowania amerykańskich magazynów na terenie Polski oraz szkolącego się u nas amerykańskiego wojska.

W majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego o mandaty ubiega się 115 obecnych posłanek i posłów. Jeśli zostaną wybrani, to na niecałe 5 miesięcy zastąpią ich nowi parlamentarzyści. Ci nowi nie zdążą wiele napracować się przed jesiennymi wyborami, za to zdążą pobrać po kilkadziesiąt tysięcy złotych należnych im odpraw.
„Flaczki” proponują, aby każdy z tych sejmowych wybrańców do Parlamentu Europejskiego publicznie zobowiązał się do zapłacenia tych odpraw ze swych przyszłych euro poborów.

Trump nie chce Rosji

Prezydent USA Donald Trump oznajmił, że przebywający w Wenezueli rosyjscy żołnierze powinni jak najszybciej opuścić terytorium tego kraju.

A wiceprezydent Mike Pence nazwał przerzucenie grupy radzieckich wojskowych na terytorium Wenezueli „niepożądaną prowokacją”. Wezwał tez Rosję do „zaprzestania wszelkiego poparcia reżimu Maduro” a także zaapelował, by Rosja oficjalnie uznała za nowego przywódcę Wenezueli Juana Guaido.
USA, jak powiedział amerykański przywódca, „są otwarte na wszelkie warianty”, by rosyjscy żołnierze opuścili Wenezuelę.
„Rosja musi odejść” – cytuje słowa Trumpa agencja Reuters.
Kilka dni temu na terytorium Wenezueli wylądowały dwa samoloty, którymi przyleciała do tego kraju ponad 100 osobowa grupa rosyjskich żołnierzy (strona rosyjska używa określenia „specjaliści”) dowodzonymi przez generała Wasilija Tonkoszkurowa oraz 35 ton sprzętu. Ich pobyt jest wynikiem porozumienia między rządem Wenezueli i rządem Rosyjskiej Federacji z maja 2001 roku.
– Nie, to nie jest w żaden sposób ze sobą powiązane [amerykańskie zagrożenie i wizyta Rosjan – przyp. red]. Chodzi o pracę nad kontraktami, podpisanymi na długo przed kryzysem – powiedziało anonimowe źródło w wenezuelskim rządzie agencji RIA Novosti.
Amerykański niepokój związany z wizytą rosyjskich żołnierzy i rozpatrywanie tego jako prowokacji byłby ze wszech miar zrozumiały, gdyby nie fakt, że od dawna Trup nie ukrywa amerykańskiej chęci ingerowania w sprawy Wenezueli. 27 marca Mike Pompeo oznajmił bez cienia zażenowania, że USA mają zamiar przeznaczyć pół miliarda dolarów na zmianę władzy w tym kraju.

Trump dalej miesza

To kolejna, po uznaniu Jerozolimy za stolicę Izraela, decyzja amerykańskiego prezydenta, która podnosi temperaturę sporu na Bliskim Wschodzie. Trump uznał suwerenność Izraela nad Wzgórzami Golan, które ONZ niezmiennie od 1967 roku uważa za terytoria okupowane.

Wzrastającą temperaturę mierzyć będą kolejne ofiary po stronie krajów arabskich, ale też po stronie izraelskiej, która ma wszelkie szanse stać się obiektem wzmożonych ataków zarówno ze strony organizacji palestyńskich walczących z okupacją, jak i zwykłych aktów terroru i agresji.
Uznanie wzgórz Golan za terytoria okupowane to nie tylko pusty gest społeczności międzynarodowej, bo termin ten oznacza prawa ludności okupowanej i obowiązki strony okupującej. Reguluje to Konwencja Haska IV z 1907 roku.
Wzgórza Golan zostały zajęte przez Izrael po wojnie 1967 roku. W 1981 roku izraelski parlament, Kneset, uznał wbrew prawu międzynarodowemu, że terytorium to będzie wcielone do państwa Izrael. Rada Bezpieczeństwa ONZ nigdy nie uznała tej decyzji. Sekretarz generalny ONZ Antonioo Guterres potwierdził, że z punktu widzenia Narodów Zjednoczonych status terytorium zagarniętego przez Izrael się nie zmienił. Jego rzacznik Stéphane Duarric oświadczył, że polityka ONZ w sprawie Wzgórz Golan jest wyrażona w odnośnych rezolucjach Rady Bezpieczeństwa i ta polityka również się nie zmieniła.
Decyzja amerykańskiego przywódcy wzburzyła niemal cały świat. Niemal, gdyż np. dzisiejsza decyzja Rumunii o uznaniu Jerozolimy za stolicę Izraela oznacza, że państwa wasalne wobec USA, pospieszą śladem swojego suwerena najszybciej jak potrafią.
Słowa Trumpa po podpisaniu w obecności premiera Izraela dokumentu „to powinno mieć miejsce dziesiątki lat temu” oznaczają, że USA całkowicie instrumentalnie traktują normy prawa międzynarodowego, uznają tylko prawo siły i nie mają zamiaru przestrzegać jakichkolwiek ustaleń społeczności międzynarodowej.
Bardzo krytycznie skomentował decyzję amerykańskiego prezydenta minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow, który we wcześniejszej rozmowie telefonicznej z sekretarzem stanu USA Mikiem Pompeo ostrzegał przed poważnym naruszeniem prawa międzynarodowego, jakie wyniknie z uznania Wzgórz Golan za część Izraela – złożenie przez prezydenta Trumpa podpisu pod dokumentem nie było bowiem niespodzianką, gdyż zapowiedział to wcześniej na Twitterze. Decyzję potępiła również Liga Państw Arabskich oraz Turcja.
Większość państw członkowskich Unii Europejskiej nie uznaje decyzji Trumpa. ale poza Rumunią jeszcze Węgry, Czechy i Rumunia zaprotestowały przeciwko jej skrytykowaniu przez szefową europejskiej dyplomacji Federicę Mogherini.
Ciekawe, jak zareaguje Polska?