Rzeczy ważne i ważniejsze

Biznesmen, który „żadnego biznesu się wcześniej nie brzydził (hazard)”, zatrudniony obecnie w biznesie zwącym się „prezydentowanie mocno zadłużonemu i strasznie pyszałkowatemu zamorskiemu krajowi” czyli „Juesej”, sam, w pojedynkę, jak jakiś „Ludwik Le Soleil” rozkazał trzepnąć wybiórczo w auto generała, postrzeganego jako „główka” wroga. Strzelający – trafił, co przy obecnym stanie techniki wojennej nie dziwi.
Potem koledzy generała odstrzelali na wiwat, rzekomo nikomu nie szkodząc ani na ciele ani na umyśle. Na koniec wszyscy się zreflektowali – tzn. amerykańscy demokraci postanowili uszyć na niesfornego „dyzia” jakiś dobrze skrojony kaftan bezpieczeństwa, a Irańczycy mówią: Nie, nie, to nam wystarczy.
A cała reszta krzyczy: De-es-kalacja!
I po III – ostatniej – wojnie światowej. Na jakiś czas.
2.
Nie dalej jak wczoraj, mając w nadmiarze kwadrans „wolnego”, zajrzałam do starannie ukrytej, agencji pracy w małym miasteczku. Zapytałam o pracę, a tam odpowiedziano:
– Pracy dla Polaków nie mamy…
– A dla kogo macie – zapytałam, niepotrzebnie, bo na biurku walały się kwestionariusze osobowe różnych „oleksandrów” (lat 31, spawacz)”i „nikołów” (lat 34, murarz).
– No, dla obywateli Ukrainy.
– Z zakwaterowaniem?
– Oczywiście.
– Płatnym?
– Dla nich bezpłatnym.
– Wynagrodzenie?
– Lepsze dla nich.
– A ZUS?
– Obecnie już płacą.
– Chętnie pracują?
Odpowiedź mnie zaskoczyła:
– Nie. Coraz bardziej wybredni. Nic im się nie podoba. Chcą jechać dalej…
Odetchnęłam – może za jakiś czas w małym miasteczku będzie praca i dla „polaków” z wynagrodzeniem powyżej najniższej pensji krajowej. Bo póki co – nie ma.
3.
A ponieważ zostało mi z wolnego kwadransa jeszcze kilka minut, zajrzałam do obok się mieszczącej pracowni psychologicznej. Okazało się, że, owszem, stacjonuje w tym miejscu nawet kilku psychologów, poświęcających się bezpłatnie, ale służą oni jedynie… alkoholikom i ich rodzinom. Jak poinformowała mnie urzędująca tam pani w średnim wieku, obecnie rozważa się też bezpłatną opiekę psychologiczną dla „dzieci owładniętych manią samobójczą”.Pomocy psychologicznej dla innych „grup ludności”, poza mocno oddalonymi w czasie poradami w gabinetach „na NFZ” nie ma.
Urzędująca pani przedstawiła się jako wolontariuszka AA, od „dwudziestu lat trzeźwa”. Które to oświadczenie, wyrażane na wyrost i od progu, od dawna zastępuje w środowisku alkoholików wizytówkę. Zaś o nadmiarze psychologów w ruchu AA pani powiedziała krótko:
– Umieliśmy o siebie zadbać.
Zamykając za sobą drzwi, przypomniałam sobie sąsiadkę z wildeckiej kamienicy, w której się wychowałam, jak co pewien czas tłukła wałkiem męża-pijaka.
Co na pewien czas oddalało go od kieliszka.
O ileż to było tańsze…Zwłaszcza, gdy wałek był z dobrego drewna wystrugany…
4.
I teraz z kotem Beniem Trampkiem rozważamy szekspirowskie: Pić czy nie pić.
Kłopot w tym, że on alkoholu nie tknie, luster w domu nie mamy, w pojedynkę zaś pić niestosownie.

Pożyteczny Trump

Lata temu ukuto termin pożyteczny idiota. W myśl definicji to taki ktoś, kto sądząc, że robi dobrze, działa na rzecz tych, przeciwko którym występuje.
Czyli wypisz, wymaluj prezydent USA.

Parę miesięcy temu Trump mocno zaangażował się w sprawę protestów w Hongkongu. Jego zdaniem… to on uratował Hongkong.
– Gdyby nie ja, Hongkong zostałby unicestwiony w 14 minut. Gdyby nie ja, tysiące ludzi byłoby zabitych w Hongkongu i nie byłoby żadnych zamieszek, byłoby państwo policyjne – powiedział prezydent USA w wywiadzie dla stacji telewizyjnej Fox News.
Trump wyjawił przy tej okazji, że prezydent Chin Xi Jinping „ma milion żołnierzy stojących pod Hongkongiem”.
– Nie wkraczają tylko dlatego, że powiedziałem mu: „proszę nie rób tego, bo zrobisz wielki błąd, będzie to miało niezwykle negatywny wpływ na porozumienie handlowe”.
Demonstranci oskarżani przez Pekin zaczęli więc protestować jeszcze bardziej, co upewniło Chińczyków w tym, że za wydarzeniami w autonomiczneym obszarze stoją Amerykanie. Czyli enuncjacje prezydenta USA wsparły linie propagandową władzy.
Teraz, gdy po przyznaniu się Iranu do zestrzelenia Ukraińskiego samolotu, w Teheranie demonstrują setki Irańczyków oskarżanych przez ajatollachów o bycie agenturą amerykańską, Trump wyskakuje z twittem po irańsku.
„Do odważnych, cierpiących mieszkańców Iranu: byłem po waszej stronie od początku mojej prezydentury i nadal będę was wspierać” – napisał na Twitterze Donald Trump. Ostrzegł też władze Iranu: „Nie może być kolejnej masakry pokojowych demonstrantów. Świat patrzy”,
Prezydent USA albo nie ma pojęcia, że robi demonstrantom niedźwiedzią przysługę, albo ma ich tam gdzie zdradzonych przez siebie Kurdów

To nieprawda, że naszym żołnierzom nic nie grozi

– Donald Trump najprawdopodobniej zdał sobie sprawę, że poszedł za daleko i eskalacja, czy twarda odpowiedź Iranowi byłaby niebezpieczna – mówi amb. Ryszard Schnepf w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

Długo kazał Donald Trump czekać na swoją wypowiedź. Amerykański prezydent wyjątkowo koncyliacyjne, jak na siebie, nie zapowiedział dalszej eskalacji zbrojnej. Jest pan zaskoczony?

RYSZARD SCHNEPF: Rzeczywiście podejrzewam, że trwały ustalenia, jaki ton nadać wypowiedzi amerykańskiego prezydenta. Ta sytuacja przypomina mi trochę – proszę wybaczyć porównanie – sytuację ciężko chorego człowieka, który ma ponad 40 stopni gorączki. Wówczas przykłada mu się do czoła zimny kompres, gorączka spada, chory czuje się lepiej, ale choroba nie jest zlikwidowana i dalej drąży jego ciało. To dość swobodny opis sytuacji, w której się znajdujemy.
Donald Trump prawdopodobnie zdał sobie sprawę, że poszedł za daleko i eskalacja czy twarda odpowiedź Iranowi byłaby niebezpieczna, zarówno ze względu za potencjalne ofiary, jak i jego przyszłość wyborczą.
Należy pamiętać, że Amerykanie, szczególnie średniego pokolenia, wciąż mają w pamięci wcześniejsze zaangażowania amerykańskie i dramaty, jakie się w związku z tym rozgrywały, jak chociażby wojnę wietnamską. Mam wrażenie, że powstała refleksja, że trzeba przyjąć jednak dość umiarkowaną odpowiedź Iranu za dobrą monetę i powiedzieć, że nic się nie stało, aczkolwiek ta wypowiedź była niekonsekwentna. Trump zapowiedział kolejne sankcje, chcąc ukarać, trudno powiedzieć już za co, Iran. Wydaje się, że atak irańskich rakiet był bardzo dokładnie kalibrowany, w taki sposób, aby przede wszystkim nie dotknąć opinii międzynarodowej. Trzeba pamiętać, że tam są rozlokowane, co prawda nieduże, ale jednak oddziały innych krajów. Ofiary wśród francuskich, niemieckich czy polskich obywateli doprowadziłyby do ogólnego potępienia Iranu. Wydaje się, że Iran przyjął wygodną dla siebie narrację ofiary, że to USA są agresorem i sprawcą całego wydarzenia.

Pojawiają się komentarze, że ten konflikt opłaca się obu stronom. Trump oddalił zainteresowanie procedurą impeachmentu, reżim w Iranie także nie jest w najlepszej formie, a wiadomo, że nic tak nie konsoliduje wokół przywódcy jak konflikt.

Tak, ale w tym przypadku stawka jest bardzo wysoka. Pamiętajmy, że są w tę sytuację zaangażowane kraje, które z całą pewnością są w posiadaniu broni atomowej. Jedna nieopatrznie wystrzelona rakieta może wywołać reakcje nieobliczalną. To wszystko zależy od tego, na ile kontroluje się swoje odruchy, a wygląda na to, że niektórzy politycy mają z tym problem. Słyszałem opinię, że na Bliskim Wschodzie panowała jednak zasada nieeliminowania głównych aktorów, bo byli przewidywalni i znani drugiej stronie. Ta zasada została zabiciem Sulejmaniego złamana.
To nie jest na rękę także Izraelowi, który musi teraz bardzo uważać na to, co stanie się dalej. Z kolei wezwanie skierowane do krajów, które są sygnatariuszami porozumienia nuklearnego z Iranem, tworzą nową sytuację, że to Stany Zjednoczone potrzebują wsparcia, aby wyjść z tej sytuacji. To oznacza, że powstaje sytuacja, w której można czegoś żądać od USA, a to nie jest dobre dla negocjacji z Chinami i relacji z Rosją. Powinno budzić też nasze zaniepokojenie, mimo że wezwanie do jedności NATO jest również gestem skierowanym do Polski, to jednak jest to wtórna sprawa.To główne wielkie mocarstwa decydują o tym, co będzie się dalej działo na bliskowschodnim froncie.

Przywódca Iranu ajatollah Chamenei mówił o „małym złym europejskim kraju”. Niektórzy spekulują, że może chodzić o Polskę. Jak pan uważa?

Oczywiście nie wiem, czy nasz kraj miał na myśli, chociaż wiele wskazuje na to, że mógł. Możemy podejrzewać, że miał na myśli konferencję bliskowschodnią, która miała miejsce w Warszawie. Moja opinia w tej sprawie nie zmieniła się, myślę, że przyszłość, rozwiązanie dla Bliskiego Wschodu może mieć miejsce tylko z udziałem Iranu. Nie da się zrobić konferencji, która miałaby coś wnieść do tego niezwykle skomplikowanego regionu, gdzie rolę odgrywają względy polityczne, gospodarcze, militarne i także religijne, z pominięciem takich krajów jak Iran. Tak chybiony pomysł, w który daliśmy się uwikłać, prowadzić może do niemiłych konsekwencji. Sam fakt, że ktoś może nam to pamięta, budzi niepokój.

Jak ocenia pan działania polskich władz? Opozycja apeluje o zwołanie RBN, prezydent na razie spotyka się tylko z przedstawicielami rządu.

Prezydent spotyka się dość często z ministrami i przedstawicielami rządu swojej własnej partii, w związku z tym to spotkanie nie wniosło nic nowego. Dodatkowo spowodowało takie samozadowolenie czy wręcz uśpienie, które jest chyba zbyt pochopne. Zwołanie RBN to minimum, które należało zrobić, a i też nie rozwiązałoby wszelkich problemów, ale dałoby chociaż podstawę do twierdzenia, że w tej materii mówimy jednym głosem.To kwestia dotycząca bezpieczeństwa całego narodu, a nie tylko wyborców jednej partii. Takie zachowanie jest lekceważące dla sytuacji, w której się znajdujemy.
Jestem zaskoczony słowami, że naszym żołnierzom nic nie grozi, bo to jest zwyczajnie nieprawda. Oczywiście, że im grozi, bo to nie jest koniec konfliktu, to jest kwestia, co należy zrobić, jakie decyzje podjąć, aby zapewnić polskim żołnierzom bezpieczeństwo, także decyzje polityczne. Tego nie było i to bardzo rozczarowujące, a wręcz niepoważne.

Polska jest chyba jedynym krajem, któremu udało się jednocześnie skonfliktować z Iranem i Izraelem.

To rzeczywiście sytuacja paradoksalna. Historia udziału prezydenta w obchodach rocznicy wyzwolenia Auschwitz jest jakimś dyplomatycznym blamażem. Nie znam szczegółów negocjacji czy rozmów, bo trudno to nazwać negocjacjami, ale w przyjaznych warunkach naprawdę można wszystko ustalić. Można uzgodnić także wystąpienie własnego prezydenta na konferencji, w której głos prezydenta Polski powinien zabrzmieć – to nie ulega najmniejszej wątpliwości. Nie ma co się obrażać, tylko trzeba pokazać skuteczność tam, gdzie jest potrzebna. Tyle razy mówiliśmy, że mamy takie możliwości, profesjonalną kadrę, świetną ambasadę, ale kiedy przychodzi do rozwiązywania sytuacji trudnych, okazuje się, że to nie działa. Następnym razem chętnie podpowiem, co trzeba zrobić.

Dziwne wypowiedzi Trumpa w 2019 roku

Agencja CNN obliczyła 23 października 2019 r, że w ciągu ostatniego tygodnia Trump miał 87 błędnych wypowiedzi, w tym 40 błędnych wypowiedzi w ciągu jednego dnia. Co piąty dzień w roku 2019 prezydent grał w golfa.

• „Mógłbym być najbardziej popularną osobą w Europie. Mógłbym ubiegać się o dowolny urząd jeśli chciałbym, ale nie chcę” (02.01.2019).
• „Jestem profesjonalistą jeżeli chodzi o technologię” (10.01.2019).
• „Świat nie jest dobry, my jesteśmy wielcy” (30.01.2019).
• „Czy jest jakiekolwiek miejsce bardziej radosne od wieży Trumpa?” (11.02.2019).
• „Wkrótce będziemy mówić uczyńmy Amerykę wielką” (11.02.2019).
• „Mówi się, że mury (na granicy – L.P.) nie spełniają swej roli. Mury spełniają ją w 100 proc.” (15.02.2019).
• „Wiecie, że nie zajmowałem się polityką wcześniej. Zajmuję się polityką dopiero teraz” (15.02.2019).
• Jak widzicie nie mam tekstu (przemówienia – L.P.) przed sobą. Dlatego zostałem wybrany, bo przemawiałem bez tekstu. To prawda” (02.03.2019).
• „Mam dość dobrą wizję. Biorąc pod uwagę mój wiek, mam dobra wizję. Przypuszczam, że jak na mój wiek mam wielką wizję” (02.02.2019).
• „Nikt nie był bardziej twardy wobec Rosji aniżeli ja” (27.03.2019).
• „Kiedy myślę o Pocahontas… to ja mam więcej Indiańskiej krwi od niej” (27.04.2019).
• „Czy możecie uwierzyć, że jestem politykiem? Nawet ja nie mogę uwierzyć” (27.04.2019).
• „Uważam, że mieszkańcy Portoryko są bardzo wdzięczni Donaldowi Trumpowi za to co zrobił dla nich” (08.05.2019).
• „Oni chcą rozwalić wszystkie budynki na Manhattanie i zbudować nowe bez okien” (20.05.2019).
• „Nasz kraj jest pełen ludzi. Nie chcemy, aby ludzie przyjeżdżali do nas. Chcemy, aby Meksyk wstrzymał przyjazdy”… Nie chcemy ich” (20.05.2019).
• „Miałem łatwe życie. Ludzie mówią, że miałem łatwe życie” (20.05.2019).
• „Uważam, że Nancy Pelosi jest hańbą. Nie uważam jej za utalentowaną osobę” (06.06.2019).
• „Nie jesteśmy już głupcami. Nie jesteśmy krajem głupców, którzy źle czynią” (10.06.2019).
• Przestępstwo popełnione zostało przez demokratów. Według mnie popełnili oni wiele przestępstw” (11.06.2019).
• „Uważam, że Biden jest mentalnie najsłabszy. Lubię rywalizować z ludźmi, którzy są słabi mentalnie” (11.06.2019).
• „Farmerzy są moimi najlepszymi przyjaciółmi” (11.06.2019).
• „Miałem spotkanie z osobą badająca opinię publiczną. Wygrywamy wszędzie” (16.06.2019).
• „Nikt nigdy nie był gorzej potraktowany ode mnie” (16.06.2019).
• „Jedna osoba miała lepsze notowania od waszego ulubionego prezydenta Donalda Trumpa… Nazywa się on Jerzy Waszyngton” (18.06.2019).
• „Głos na jakiegokolwiek demokratę w 2020 r. jest głosem na rzecz radykalnego socjalizmu i zniszczenia amerykańskiego marzenia” (18.06.2019).
• „Ok. Jimmy Carter był miłym człowiekiem. Ale był fatalnym prezydentem” (01.07.2019).
• „Nie martwcie się o deszcz. Parasolki funkcjonuję bardzo dobrze, zwłaszcza jeśli są produkowane w Ameryce” (13.08.2019).
• „Prezydent Putin przechytrzył Obamę” (26.08.2019).
• „Mamy najgorsze prawo. Mamy najsłabsze prawa w historii jakiegokolwiek kraju” (09.09.2019).
• „Z historii Donalda Trumpa dowiecie się, że byłem cywilem. Nie miałem nic wspólnego z wojną w Iraku i byłem całkowicie jej przeciwny” (27.10.2019).
• „Nie śledzę notowań na giełdzie” (04.12.2019)
• „Okręg wyborczy Nancy Pelosi w Kalifornii jest najgorszym w Stanach Zjednoczonych jeżeli chodzi o bezdomność i przestępczość. Ona straciła całkowitą kontrolę” (26.12.2019).

Największe zagrożenie

Polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych od lat jest nieprzewidywalna, imperialna, nieracjonalna. Amerykanie swoimi nieodpowiedzialnymi, często niezgodnymi z prawem międzynarodowym działaniami prowokują problemy, których potem sami nie potrafią rozwiązać. Za rządów Donalda Trumpa ta strategia została doprowadzona do absurdu.

Decyzje największego na świecie mocarstwa są uzależnione od kaprysów nieprzewidywalnego megalomana, który stosunki międzynarodowe traktuje jak grę komputerową, a głównym miejscem podejmowania przez niego decyzji jest twitter. Morderstwo Kasema Sulejmaniego było aktem politycznego terroru, którego nie da się w żaden sposób uzasadnić.
Zresztą to kolejny przykład barbarzyńskich działań USA, które mogą doprowadzić do nieobliczalnych konsekwencji. Tuż po zamordowaniu Sulejmaniego Trump zagroził, że jeżeli Iran odpowie na akt agresji, to wojska amerykańskie zbombardują 52 cele w Iranie, w tym centra kultury.
Innymi słowy po dokonaniu aktu terroru politycznego prezydent USA zapowiedział kolejne działania wojenne, na dodatek sprzeczne z konwencjami ONZ. Następnie, gdy parlament iracki zadeklarował, że nie życzy sobie wojsk amerykańskich na terenie kraju,
Trump ogłosił, że nie podporządkuje się tej decyzji, chyba, że Irak… zapłaci za bazy amerykańskie. Innymi słowy wydawałoby się suwerenny kraj ma płacić swojemu okupantowi za to, że ten rozbudował na jego terenie swoje bazy.
A skąd wzięły się bazy amerykańskie w Iraku? Z innej bezsensownej awantury opartej na kłamstwie. Gdy w 2003 roku wojska amerykańskie dokonały inwazji na Irak, głównym argumentem było posiadanie przez reżim Saddama Husseina broni masowego rażenia i jego rzekoma współpraca z Al Kaidą.
Dziś już wiemy, że były to fałszywe oskarżenia. Hussein nie miał broni chemicznej, biologicznej ani atomowej i nie współpracował z Al Kaidą. W wyniku kłamstw i manipulacji ówczesnej administracji amerykańskiej zginęło 200 tys. Irakijczyków, a na dodatek terroryści islamscy, Al Kaida, a potem ISIS urośli w siłę. Innym skutkiem tych działań było wzmocnienie wpływów irańskich szyitów na terenach irackich, z którymi do dzisiaj Amerykanie walczą.
Najpierw obalili Husseina, co doprowadziło do wzrostu siły Al Kaidy i powstania ISIS, teraz zamordowali generała Sulejmaniego, który zasłużył się głównie walką z… ISIS.
Czy zatem działania Amerykanów na Bliskim Wschodzie mają jakikolwiek sens? Wydaje się, że rządzi nimi jedna prosta zasada: gdy krajom regionu udaje się zaprowadzić względny porządek, Amerykanie go zaburzają, używając kłamstw i manipulacji, a na dodatek łamiąc prawa człowieka. Wtedy wraca chaos, a prezydent USA, rozkładając ręce, ogłasza, że wojska amerykańskie muszą stacjonować w całym regionie.
Jaka powinna być lekcja z tych wydarzeń dla Polski? Awanturnicza polityka USA nie jest w naszym interesie, a Stany Zjednoczone nie są krajem godnym zaufania w polityce międzynarodowej. Oczywiście warto dążyć do deeskalacji konfliktu, ale wraz z innymi krajami Unii Europejskiej powinniśmy jednoznacznie odciąć się od barbarzyńskiej polityki Donalda Trumpa.
Kilkanaście lat temu polskie władze przyniosły wstyd swojemu krajowi, angażując się w niesłuszną i szkodliwą wojnę. Obyśmy już nigdy nie powtórzyli tego błędu.

Konwulsje imperium

Zamordowanie gen. Ghasema Solejmaniego to bardzo zła wiadomość na początek 2020 roku.

Dowódca jednostki specjalnej Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej był legendą na całym Bliskim Wschodzie. Tworzone przez niego szyickie formacje walnie przyczyniły się do odwrócenia losów syryjskiej wojny na korzyść al-Asada i zatrzymania marszu Państwa Islamskiego w Iraku.
Zdawałoby się, bohater wojny z terroryzmem, którą USA ciągle mają na sztandarach. Donaldowi Trumpowi bliższe jest jednak dalsze podkladanie ognia pod Bliski Wschód, także w ramach wewnątrzamerykańskich rozgrywek. Skoro dławienie Iranu sankcjami nie dawało efektu, poszedł krok dalej.
Chciałoby się zwrócić uwagę na dwa aspekty, poza tymi oczywistymi, jak podwyżka cen ropy naftowej, która po wiadomości o ataku amerykańskich rakiet na bagdadzkie lotnisko obiegającej świat, idzie w górę, czy osłabieniu się dolara przy jednoczesnym wzroście ceny złota.
Czy wzrost napięcia w regionie, który i tak był jak beczka prochu. Paradoksalnie, największe ostatnio w nim wybuchy gniewu społecznego – w tych państwach, gdzie nie toczy się wojna – miały charakter klasowy, były wystąpieniami zdesperowanych bezrobotnych i biednych pracowników, a nie konfliktami etnicznymi. I ze względu na ten klasowy charakter mocno niepokoiły i polityków proamerykańskich, i Islamska Republikę Iranu, której interesy wyrażał w Iraku Solejmani (i która też niedawno takie wystąpienia u siebie tłumiła).
Jego śmierć to sygnał dla innych krajów, że można swych politycznych przeciwników zabijać choćby nawet na terytorium obcego państwa. Pod warunkiem, że reprezentuje się właściwy imperializm. Szum medialny i gromy napomnień w przypadku takich działań Rosji były zawsze ogromne ze strony Zachodu (vide Litwinienko, sprawa Skripala, a ostatnio Zelimchan Changoszwili). Ale już mniej krzyku było, gdy agenci Muhammada ibn Salmana „pokroili” w konsulacie saudyjskim w Stambule Dżamala Chaszukdżdżiego.
Jak ostro teraz zareagują politycy z Brukseli, tak czuli na przestrzeganie praw człowieka i mieszanie się w wewnętrzne sprawy innych państw? Czy ponownie pokażą się one tylko retoryczną maczugą do okładania przeciwników? Wszak Solejmani nie jest wyjątkiem. Amerykanie od wielu lat za pomocą dronów zabijają na całym świecie tych, kogo uważają za zagrożenie dla swoich interesów. Tak było na masową skalę i za Baracka Obamy, laureata pokojowej Nagrody Nobla.
A i przed epoką dronów mieli swoje metody. I jeśli teraz część lewicy zarzeka się, że nie ma czego przeżywać, bo jeden zbrodniarz zabił drugiego w ramach walki o wpływy, to niech ma na uwadze: tak samo byłoby (będzie?) i z autentycznymi ludowymi przywódcami na Bliskim Wschodzie, gdyby tacy się w toku protestów wyłonili i też zagrozili interesom imperium. No, chyba że imperium wcześniej umiejętnie zagra kartą islamskiego fundamentalizmu, by protesty rozmyły się zawczasu.
Na razie gra toczy się też o reelekcję Trumpa. I już słychać wypowiedzi licznych amerykańskich polityków – nie tytko z Partii Republikańskiej – i komentatorów, iż Ameryka jest w stanie wojny i trzeba się mobilizować wokół Prezydenta, który podjął słuszną decyzję. Podobieństwo do jedności narodu w przeddzień ataku na Afganistan czy Iraku nasuwa się samo. Głosy krytyki czy przestrogi – jak zawsze w takich wypadkach – będą piętnowane jako brak patriotyzmu, agenturę wrogą Ameryce itd.
Co do głosów polskich komentatorów w sprawie amerykańskiego ataku nie warto mówić wiele. Choć może warto wyróżnić przedstawiciela Lewicy posła Macieja Gdulę, który na Facebooku trafnie ocenił znaczenie tego zabójstwa i stwierdził, że gdyby na Bliskim Wschodzie zaczęła się nowa wojna, to Polska nie powinna brać w niej udziału. Ale znając serwilizm naszej elity wobec wszystkiego, co amerykańskie, ten głos rozsądku może zostać zignorowany.
Tak, jak mocarstwa nie wezmą pod uwagę głosu zrozpaczonych Irakijczykow, którzy na dzisiejszych protestach krzyczeli pod adresem Waszyngtonu i Teheranu: idźcie gdzie indziej ze swoją wojną! Chociaż wiedzieli dobrze, że konfrontacji mogą spodziewać się w perspektywie godzin. Imperia nie słuchają apeli zwykłych ludzi, nawet gdy to imperia słabnące. Albo padające w wyjątkowo paskudny sposób.

Co po zamachu na gen. Solejmaniego?

Chusty, koszule, szaliki leciały w stronę platformy z trumnami zabitych w piątkowym amerykańskim zamachu bombowym, którego głównym celem był charyzmatyczny irański gen. Kasem Solejmani. Ta scena powtarzała się podczas uroczystości pogrzebowych w Iraku i w samym Iranie. W obu krajach zawieszonych dziś między płaczem a gniewem, jak na całym nieszczęsnym Bliskim Wschodzie, śmierć generała wywołała wstrząs, którego fala obiegła całą planetę pod postacią panicznych obaw przed „trzecią wojną światową”.

Gazeta.pl informowała swoich czytelników, że w uroczystościach w Teheranie wzięły udział „tysiące” osób. Dwa-trzy tysiące? Nie, to były dwa-trzy miliony, jak w Awhazie, Meszhedzie i innych miastach żegnających zabitych w bagdadzkim zamachu. Żałobnicy zjeżdżali się z regionów tych metropolii, jakby cały kraj chciał wziąć udział w pogrzebie. Tysiące rzucanych chust i koszul, jeśli dotarły do mężczyzn na platformie, wracały odrzucone w tłum po otarciu ich o trumnę generała, by stać się znakiem jedności, rodzajem relikwii po „męczenniku”, które mają wzmocnić pogrążonych w żałobie.
Jeśli porównać irański status społeczny gen. Solejmaniego do polskiej historii, byłby on skrzyżowaniem Kościuszki i Lelewela, z dodatkiem Piłsudskiego. Byłby uosobieniem hasła „za wolność naszą i waszą” skierowanym przeciw mocarstwom, które chcą kontrolować nie tylko Iran, ale i cały roponośny region. Rytualne slogany przeciw imperium amerykańskiemu i jego regionalnym sojusznikom – izraelskiemu reżimowi apartheidu i saudyjskiej tyranii – wykrzykiwane na pogrzebie, zostały w różnych formach powtórzone w Jemenie, Libanie, Palestynie, Syrii i Iraku, lecz rozkazodawca zamachu Donald Trump musi czuć się pewnie: chodzi wszak o kraje skutecznie przetrącone kolonialnymi wojnami i okupacjami, które przyszły z Zachodu.

Śmierć na zamówienie

Gen. Solejmani znalazł się na celowniku Izraelczyków w 2006 r., zaraz po kolejnej, zbrojnej napaści państwa żydowskiego na Liban. W regionie nazywają te wydarzenia „wojną 33-dniową”: Izraelczykom udało się wtedy zniszczyć prawie całą libańską infrastrukturę cywilną, jako tako odbudowaną po poprzednich wojnach, ale pierwszy raz zostali wypchnięci z kraju przez zjednoczone siły Hezbollahu (Partii Boga) i libańskiego wojska. Solejmani był już wtedy od sześciu lat szefem operacji zagranicznych Korpusu Strażników Rewolucji: to on nauczył wtedy Libańczyków, jak powstrzymać armię izraelską i odtąd datuje się jego renoma „geniusza wojskowego”, szczególnie speca od tzw. działań asymetrycznych, na które skazane są słabsze strony konfliktu.
Izraelczycy starali się więc go zabić, ale słynna skuteczność Mosadu doznała pewnej kompromitacji – nic z tego nie wychodziło. W końcu dwa lata temu zwrócili się do Amerykanów, by zrobili to swoimi środkami, lecz Trump wtedy odmówił zadowalając się pochwaleniem izraelskich zamiarów. Według Times of Israel, ostatnia izraelska próba miała miejsce trzy miesiące temu, kiedy agenci podłożyli pół tony trotylu pod podłogę miejsca, gdzie generał miał się pojawić, lecz się nie pojawił. Wysiłki izraelskiej skrajnej prawicy i amerykańskich neokonserwatystów, by Stany Zjednoczone zaryzykowały otwartą napaść na Iran musiały poczekać na odpowiedni kontekst natury wyborczej.

Kłopoty bliźniaków

To, co najbardziej zdziwiło bliskowschodnich komentatorów, to fakt, że Amerykanie przyznali się do zamachu. Mogli działać „po izraelsku”, dyskretnie, czyli udawać, że to nie oni, co nie dałoby natychmiastowego pretekstu władzom irańskim do otwartego organizowania odwetu. Teoria iracko-irańska jakoby Trump wziął po prostu na siebie działanie izraelskie ma pewne podstawy, ale właściwie nie ma znaczenia. Obaj przywódcy – Netanjahu i Trump – są w podobnej sytuacji: mają na karku procesy w swoich krajach (karne w Izraelu, destytucja w Stanach) i widmo wyborów przed sobą. Są politycznymi bliźniakami: należą do skrajnej, nacjonalistycznej prawicy, dla której ewentualna wojna stanowi „pewną” szansę na przedłużenie władzy.
Ale nie da się zredukować czynu Trumpa/Netanjahu do chęci przykrycia swoich kłopotów w Kongresie czy Knesecie. Trump od początku kadencji deklarował, że nie chce wojny z Iranem (wbrew Netanjahu), gdyż uznawał, że może być wyborczo niebezpieczna, a jednocześnie robił wszystko, by doprowadzić na jej skraj, na wypadek, gdyby okazała się jednak użyteczna (w zgodzie z Netanjahu). Dlatego uległ izraelskim naciskom na wycofanie się z układu atomowego z Iranem, nałożył sankcje i wprowadził „politykę maksymalnego nacisku”. Zamach na Solejmaniego to przyznanie, że ta polityka poniosła porażkę, że prowokacja do ewentualnej wojny potrzebuje czegoś mocniejszego.

Drugie przyjście Jezusa

Sytuacja polityczna Trumpa w Stanach jest mocniejsza od politycznego losu Netanjahu w Izraelu. Zebrał już tyle pieniędzy na kampanię, że wszyscy Demokraci mogą się już schować i pozostała mu tylko dbałość o los Izraela, bo to zapewni mu głosy dziesiątek milionów wyznawców syjonizmu chrześcijańskiego. Od ponad 70 lat wierzą oni, że popieranie Izraela przyśpieszy – poprzez „wielką wojnę Armageddon” – koniec obecnego świata i paruzję Jezusa Chrystusa. Ten super-twardy elektorat jest ważniejszy nawet od lokalnego lobby proizraelskiego, które zaczyna się mocno wahać, jeśli chodzi o los samego Netanjahu. Jednak polityczna alternatywa izraelska, tj, gen. Benny Gantz, tak samo popiera wojnę przeciw Iranowi, jak Netanjahu. Tu być może kryje się rozwiązanie zagadki przyznania się do zamachu. Trump zaczyna być pewien, że wygra wybory w obu przypadkach, mimo lub dzięki wojnie.
Solejmani był przydatny Amerykanom, kiedy zmienili priorytet wojny w Syrii, z obalenia tamtejszego rządu na walkę z dżihadystami, którzy mieli służyć temu obaleniu. Popierane wcześniej przez USA Państwo Islamskie (PI) stało się niebezpieczne szczególnie w Iraku, więc irackie, proirańskie oddziały Haszd asz-Szaabi (Siły Mobilizacji Ludowej lub Jednostki Pospolitego Ruszenia), którym patronował Solejmani, mogły wygrać wojnę przeciw PI przy wsparciu amerykańskiego lotnictwa i irackiej armii. W Syrii jednak elitarne, irańskie jednostki Solejmaniego zapędziły się za PI i Al-Kaidą aż pod izraelską granicę, podczas gdy Izrael wspierał przez nią dżihadystów (nawet leczył w swoich szpitalach), dla podtrzymania osłabiającego Syrię chaosu. Wcześniej, czy później, irański generał-strateg musiał więc zostać zlikwidowany, poniekąd w imię przyjścia Jezusa.

Zagadka K-1

Ostatni, gwałtowny zwrot polityczny zaczął się 27 grudnia 2019 r., kiedy nie wiadomo kto zabił, nie wiadomo kogo. Stało się to w amerykańskiej bazie wojskowej K-1 pod Kirkukiem na północy Iraku. Jacyś niezidentyfikowani sprawcy ostrzelali tę bazę i mieli zabić jednego, niespodziewanie anonimowego Amerykanina, określanego przez Pentagon jako „przedsiębiorca” lub „podwykonawca” (ale nie „cywil”), co oznacza prawdopodobnie najemnika którejś z amerykańskich, prywatnych spółek wojskowych, jeśli ów człowiek w ogóle istniał.
Tak, czy inaczej, następnego dnia do premiera Iraku Abd al-Mahdiego zadzwonił Mark Esper, sekretarz obrony USA, żeby go poinformować o decyzji zbombardowania „baz Haszd asz-Szaabi i Hezbollahu”. Premier poprosił Espera o spotkanie i odrzucił tę decyzję z powodu dwóch problemów: nie ma czegoś takiego jak „bazy Haszd asz-Szaabi”, gdyż jednostki te już kilka lat temu zostały wcielone do armii irackiej (pod nadzorem amerykańskim zresztą) i nie ma żadnego dowodu, by domniemanej śmierci Amerykanina było winne irackie wojsko, które nota bene stacjonuje razem z Amerykanami w K-1. Esper zwrócił uwagę, że nie dzwoni, by negocjować, a jedynie informować, i niecałe pół godziny później amerykańskie samoloty posiekały bombami irackie posterunki na pustynnej granicy z Syrią, ponad pół tysiąca kilometrów od K-1.

Iracki gniew

Wśród prawie setki zabitych i rannych żołnierzy irackich, dziewięciu miało na mundurach naszywki jednostki, w którą teoretycznie celowali Amerykanie. Strefę tę bombardowali już wcześniej Izraelczycy, przy okazji rutynowego bombardowania Syrii. Dla Amerykanów irackie pilnowanie granicy było zbyt szczelne, gdyż stanowiło przeszkodę w napływie byłych irackich dżihadystów, zatrudnianych przez nich do pomocy przy pilnowaniu syryjskich pól naftowych na wschodzie tego kraju, które Trump postanowił zatrzymać do dyspozycji Stanów Zjednoczonych.
Jak wiadomo, amerykańska jatka wywołała manifestację protestu pod ambasadą imperium w Bagdadzie, w czasie której nikomu włos z głowy nie spadł. Wybito z trudem dwie pancerne szyby, ale to wszystko. Zrealizowało się natomiast marzenie gen. Solejmaniego – iracka klasa polityczna w końcu zjednoczyła się przeciw Amerykanom. Projekt ustawy o wyrzuceniu obcych wojsk z Iraku powstał jeszcze przed zamachem na generała, gdy przebywał w Libanie. Gestykulacje Trumpa, w postaci gróźb nałożenia sankcji na Irak, czy masowego bombardowania Iranu, przykrywają nagi fakt, że Stany Zjednoczone nie są w stanie utrzymać swych wpływów w Iraku, mimo zabicia setek tysięcy Irakijczyków, śmierci własnych żołnierzy i najemników, wydania bilionów dolarów, zachowania baz wojskowych i podległego im do niedawna rządu.

Co teraz?

Po zamachu na Solejmaniego wszyscy jakby wstrzymali oddech. W Europie wielu publicystom przypomniał się zamach na austriackiego arcyksięcia, który uchodzi za przyczynę pierwszej wielkiej rzezi światowej: stąd nieco automatyczne obawy przed trzecią. Tercet USA-Izrael-Saudowie ma teraz przeciw sobie całą „oś ruchu oporu” (jak lubi się nazywać) w sześciu krajach Bliskiego Wschodu, nieporównanie od niego słabszych, jeśli odliczyć Iran, który ma jednak pewien potencjał obronny. Niektórzy oczekują riposty Iranu z dnia na dzień, choć Solejmaniego jeszcze nie pogrzebano. „Ruch oporu” musi najpierw zorientować się, kto i jak zdradził generała. Póki co, odpowiada groźbami na groźby Trumpa.
To, co się obecnie dzieje się złego na Bliskim Wschodzie ma głębokie korzenie historyczne: przeszłość kolonialną, gdy europejskie mocarstwa po I wojnie światowej rysowały granice podległych państw bez oglądania się na realności narodowo-wyznaniowe, a potem powstanie kolonialnego państwa Izrael, co skazało region na rodzaj wiecznej wojny. Napaści amerykańskie i zachodnie wzniecanie wahhabickiego dżihadyzmu przyczyniło się do dzieła zniszczenia, przeciw któremu walczył zabity generał. Dziesiątki tysięcy rodzin zawdzięczają mu ocalenie z tej ogólnej masakry, lecz nadchodzi jej nowy rozdział, który może zakrwawić chusty i koszule.

Bigos tygodniowy

Nie pozostaje nic innego jak uznać za trafne określenie Roberta Biedronia aktualnego lokatora Białego Domu, jako „furiata waszyngtońskiego”. To co robi Donald Trump przekracza nawet te wyśrubowane standardy, do których przyzwyczaili nas prezydenci USA. Można być jak ja, o tysiąc lat świetlnych od sympatii do Iranu, antypatycznego państwa totalitarnego, ponurej teokracji, a jednocześnie uznać skrytobójcze (bo tak to wypada określić) zabicie irańskiego generała Kasima Sulejmaniego za akt krańcowego szaleństwa. I ten człowiek (Trump) w chwilę po tym pisze na twitterze, że Iran „nigdy nie wygrał wojny, ale nigdy nie przegrał negocjacji). I znów wkrótce po tym grozi zniszczeniem zabytków Iranu (starożytnej Persji), co jest zapowiedzią zbrodni wojennej. I znów za chwilę grozi 52 odwetami za 52 krzywdy wyrządzone Stanom Zjednoczonym, co przypomina metodę hitlerowską. Ten człowiek wyraźnie podlega huśtawce emocjonalnej, zrównoważony to on nie jest, co w przypadku prezydenta USA jest przerażające. Na domiar wszystkiego sekretarz Pompeo oburza się, że Europa przyjęła szaleństwa Trumpa bez entuzjazmu. Jeśli Sulejmani był zbrodniarzem wojennym, trzeba było dążyć do postawienia przed trybunałem, a nie zabijać skrytobójczo. I pomyśleć, że Polska ma mieć tego furiata za najlepszego sojusznika i opiekuna! Impeachment byłby najlepszym rozwiązaniem, ale bardziej realna jest reelekcja tego….
*****
Władimir Putin nie jest bohaterem mojego romansu, ale ta uporczywość komentatorów od prawa do lewa w potępianiu go, to gorliwość i poprawność polityczna godna lepszej sprawy. Jeśli Putin powiedział, że Polska wywołała II wojnę światową, to minął się z prawdą. Jednak flirt II Rzeczypospolitej z III Rzeszą był faktem. Rozpoczął się paktem o nieagresji, i trwał poprzez wizyty niemieckich dygnitarzy ze szczytów władzy jak Goebbels czy Goering („Pan Goering znów do Białowieży na małe polowanko wpadł…”), wzięcie Zaolzia przy okazji monachijskiego rozbioru Czechosłowacji aż po wizyty Becka u Hitlera w Berchtesgaden i Ribbentropa w Warszawie zimą 1939 roku. Odnośnie wypowiedzi Putina warto odnotować satysfakcję wreszcie, jakiej doznaliby, gdyby żyli twórcy komedii filmowej „Jak rozpętałem II wojnę światową”, reżyser Tadeusz Chmielewski i główny bohater Franek Dolas, grany przez Mariana Kociniaka.
*****
Prymas Irlandii Eamon Martin wystąpił w obronie Grety Thunberg. Co na to Jędraszewski, który się nad nią wyzłośliwiał? Młodzi ekolodzy krakowscy powinni pójść pod jego pałac w najbardziej zasmogowanym mieście świata (tak jest!) z transparentem „Mój arcybiskup jest starą świnią ekologiczną”. I oczywiście od razu przeprosić świnie. Jedyne pocieszenie, że Jędrasz wdycha to samo powietrze, co jego owieczki.
*****
„Król Skorpion” ustąpił. Z nim jest trochę tak, jak z nieodżałowanym profesorem Geremkiem – nigdy nie było wiadomo czy będąc na schodach, schodzi czy wchodzi. Na czas obecny było to jednak jedyne rozsądne rozwiązanie bo Platforma tkwi w pacie. Tym ruchem okazał „Król Skorpion” polityczny rozsądek i zręczność, bo to jest jednak polityk pierwszej gildii, nie można mu odmówić pewnej klasy i zasług. Pojął, że swoją osobą obciąża przede wszystkim Kidawę-Błońską i jej szanse prezydenckie. Ale nie trzeba zapominać, że to jednak Skorpion, a skorpion może się zaczaić i kiedyś ukąsić znienacka kogo trzeba.
*****
Co do Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, to największą wadą tej Wytwornej Damy Kier jest jej dobre wychowanie, maniery i kultura bycia, co osłabia jej szanse w społeczeństwie ludzi źle wychowanych. Ludzie na ogół nie przepadają za nadmiernie dystyngowanymi nauczycielkami, bo uważają ich sposób bycia za zawoalowaną postać wywyższania się, a nawet pogardy. Przesadzają, ale tak jest. Gdyby Polska była monarchią, to co innego. Królowej przyznaje się prawo do maksymalnej dystynkcji i noszenia korony, ale prezydentce demokratycznej już nie. Gdybym więc miał coś podsunąć jej spin doktorom pani Kidawy-Błońskiej, to zrobienie jej szybkiego, bo czas goni, treningu lekkiego zejścia z dystynkcji i manier. Chodzi o to by korona troszeczkę się jej na głowie przesunęła. Zdecydowane powinni też szybko poprawić jej sprawność retoryczną (są na to specjalne techniki instant), która rzeczywiście pozostawia wiele do życzenia. Radzę to bez kpiny, z dobrego serca, na wypadek, gdyby do drugiej tury nie wszedł kandydat lewicy.
*****
Na kur-wizji, złotousty konfederat Grzegorz Braun próbował przebić się z tajemniczym wątkiem zgubionego czy zniszczonego laptopa Ziobra, w którym podobno są jakieś kompromitujące dla tegoż materiały. Coś musi być na rzeczy, bo funk. propag. Klarenbach gasił go intensywnie i nerwowo. Na razie wokół sprawy cisza.
*****
„W dzisiejszych atakach na duchowieństwo czuć podobną żądzę mordu. Nie mogą zamordować fizycznie, to chcą zamordować duchowo. Wysyłają do piekła. Trzeba się przed tym bronić i to odsłaniać, podobnie jak Jezus odsłaniał” – powiedział w Telewizji Trwam ksiądz Oko. A na razie ci prześladowani zaczynają instalować w kościołach tacomaty. Bo co najbardziej lubią księża? „Kase, misiu, kasę”. Jak ten proboszcz, co nazwał parafian „skąpcami”, bo mu dali za mało kasy na drzwi. tekst

Sankcje Trumpa wobec Kuby

Od zwycięstwa rewolucji kubańskiej w 1959 r. rząd Stanów Zjednoczonych izolował Kubę i obłożył ten kraj sankcjami politycznymi i gospodarczymi.

Politykę tę zmienił dopiero prezydent Barak Obama, który w 2014 r. ogłosił „nowy rozdział” w stosunkach amerykańsko – kubańskich i przywrócił stosunki dyplomatyczne USA z Kubą. Niestety obecny prezydent Donald Trump drastycznie ograniczył stosunki z Hawaną i powrócił do polityki izolowania Kuby.
Prezydent Donald Trump jest postacią unikatową na fotelu prezydenckim w Białym Domu z wielu powodów. Jednym z nich jest to, że objął najwyższy urząd państwie mając bardzo ograniczone obycie międzynarodowe i bez doświadczenia w polityce wewnętrznej USA. Jego głównym hasłem wyborczym było „America First” („Ameryka przede wszystkim”). Jako prezydent zyskał opinię polityka nieprzewidywalnego i to zarówno w polityce wewnętrznej jak i zagranicznej.
Trump krytykował zarówno politykę wewnętrzną jak i zagraniczną swego poprzednika Baracka Obamy. Już w czasie kampanii wyborczej krytykował politykę Obamy wobec Kuby i zapowiadał jej zmianę „na lepsze porozumienie”. Zarzucał Obamie, że jego polityka wobec Hawany nie przyniosła mieszkańcom wyspy swobód politycznych i zapowiadał, że jeżeli zostanie wybrany prezydentem, zmieni ją. I tak się stało. 16 czerwca 2017 r. Trump podpisał w Miami nowy 6-stronicowy dekret zawierający zasady nowej, bardziej restryktywnej polityki Stanów Zjednoczonych wobec Kuby. Przy tej okazji wygłosił przemówienie, które uszczegółowiło nową politykę Waszyngtonu wobec Kuby. Trump nie anulował wszystkich decyzji swego poprzednika. Podtrzymał m.in. decyzję Obamy z 2014 r. o nawiązaniu stosunków dyplomatycznych, o otwarciu ambasad w Waszyngtonie i w Hawanie, i wielu innych decyzji o kontaktach i współpracy amerykańsko-kubańskiej. „Unieważniam – powiedział Trump – całkowicie jednostronne porozumienie z Kubą. Nie będziemy milczeć na temat komunistycznej opresji”.
Nowe zasady ruchu osobowego nie pozwolą Amerykanom swobodnie planować prywatnych podróży na Kubę. Amerykanie kubańskiego pochodzenia będą nadal mogli podróżować na Kubę i przesyłać pieniądze swym krewnym. Nowa polityka Trumpa wobec Kuby zezwala na podróże zbiorowe Amerykanów, na wymianę akademicką, edukacyjną, na misje religijne i humanitarne. Podróże edukacyjne nie mogą być traktowane jako turystyczne. Biznesmeni amerykańscy nie będą mogli współpracować z firmami kubańskimi związanymi z wojskiem lub wywiadem. „Nie chcemy – powiedział prezydent – aby amerykańskie dolary służyły wojsku, które wykorzystuje i nadużywa obywateli Kuby… Rządowi kubańskiemu mówię – skończcie z opresja dysydentów, zwolnijcie politycznych więźniów. Przestańcie więzić niewinnych ludzi. Otwórzcie się na polityczne i ekonomiczne wolności”. Trump zarzucił rządowi Castro, ze zaopatruje w broń Koreę Północną i przyczynia się do chaosu w Wenezueli.
Prezydent upoważnił sekretarza stanu Rexa Tillersona do stworzenia grupy zadaniowej, której celem będzie rozszerzenie dostępu do Internetu dla mieszkańców Kuby.
Krytycy kubańskiej polityki Trumpa stwierdzili, że oznacza ona powrót do strategii, które okazała się fiaskiem. Twierdzili, że pcha ona Kubę do współpracy z Rosją i Chinami. Demokratyczny senator z Wirginii, Mark Warner powiedział 16 czerwca 2017 r., że „decyzja administracji Trumpa wstrzymania postępu w stosunkach amerykańsko-kubańskich jest złym, sygnałem dla świata na temat przywództwa amerykańskiego”. Również rząd kubański krytycznie ocenił nową politykę amerykańską wobec Kuby i wypomniał Trumpowi, że „nie ma prawa pouczać nas”.
Prezydent Trump w 2017 r. wprowadził nowe sankcje ograniczając stosunki z Kubą jako karę za poparcie Hawany dla wenezuelskiego rządu prezydenta Nicolasa Maduro. Nowe sankcje miały również skłonić rząd Kuby do zmiany polityki w odniesieniu do praw człowieka. W odpowiedzi na te sankcje wiceprezydent Kuby Miguel Diaz-Canel oświadczył: „My Kubańczycy nie poddajemy się”. W kwietniu 2018 r. został on nowym prezydentem Kuby.
W czerwcu 2017 r. Trump opublikował prezydenckie memorandum dotyczące bezpieczeństwa narodowego. Zawierało ono nowe sankcje nałożone na Kubę. Obejmowały one m.in. transakcje firm amerykańskich z firmami kubańskimi kontrolowanymi przez wojsko. Wprowadzono również ograniczenia w osobowych kontaktach kubańsko-amerykańskich. Departament stanu opublikował listę instytucji kubańskich, z którymi ograniczono lub wręcz zakazano utrzymywanie przez Amerykanów kontaktów. Ograniczenia te obejmowały m.in. dwa kubańskie ministerstwa i 49 podległych instytucji, 104 hotele, dwie agencje turystyczne oraz 41 jednostek podległych resortom obrony i bezpieczeństwa.
W kwietniu i w maju 2019 r. Departament Skarbu USA nałożył sankcje na osiem linii żeglugowych i siedem okrętów, które transportowały ropę naftową z Wenezueli na Kubę. Wenezuela dostarczała jedną trzecią ropy będącej w użyciu na Kubie. 8 kwietnia 2019 r. Departament Skarbu wprowadził ograniczenia na kontakty amerykańskiej ligi baseballowej z Kubańską Federacją Baseballową. Głównym zwolennikiem zaostrzenia sankcji przeciwko Kubie był ówczesny doradca prezydenta Trumpa do spraw bezpieczeństwa narodowego John Bolton. Zarzucał on rządowi Kuby popieranie lewicowego rządu w Wenezueli. Twierdził on, że Kuba wysłała do Wenezueli 20-25 tysięcy żołnierzy i groził Kubie nałożeniem pełnego i całkowitego embarga, i nałożeniem „na najwyższym poziomie sankcji” jako karę za poparcie dla rządu w Wenezueli.
25 października 2019 r. rząd prezydenta Trumpa zakazał lotów handlowych przedsiębiorstwom amerykańskim do 9 miast kubańskich z wyjątkiem Hawany. Zakaz ten wszedł w życie 10 grudnia 2019 r. Sekretarz Departamentu Stanu Mike Pompeo oświadczył, że jest to karą dla rządu Kuby za „represje wobec ludności Kuby za poparcie Nicolasa Maduro w Wenezueli”.
116. Kongres Stanów Zjednoczonych wyasygnował w roku finansowym 2019 (FY2019) 20 mln dol. na propagowanie demokracji na Kubie i 29,1 mln dol. na działalność programu radiowego skierowanego do społeczeństwa kubańskiego.
Ostre sankcje nałożone na Kubę przez administracje Trumpa nie spotkały się z powszechnym poparciem w Stanach Zjednoczonych. Przeciwnicy tych sankcji wskazywali, że wpychają one Kubę w ramiona Rosji i Chin. Ponadto twierdzili, że sankcje amerykańskie sprzyjać będą masowej ucieczce Kubańczyków na Florydę i nie sprzyjają demokratyzacji kubańskiego systemu politycznego.

Usuną prezydenta USA?

W Izbie Reprezentantów USA trwa czwarta w historii Stanów Zjednoczonych próba usunięcia ze stanowiska prezydenta kraju w drodze tzw. impeachmentu, czyli oskarżenia o naruszenie konstytucji amerykańskiej.

Wszystkie poprzednie zakończyły się niepowodzeniem. Dotyczyły prezydenta Andrew Johnsona (1868 r.) prezydenta Richarda Nixona (1974 r.) i prezydenta Billa Clintona (1999 r.). Konstytucja Stanów Zjednoczonych (art. II sekcja 4) stwierdza, że prezydent, wiceprezydent i wszyscy funkcjonariusze państwowi mogą być usunięci z urzędu „w wypadku skazania w trybie impeachmentu za zdradę, przekupstwo lub inne ciężkie przestępstwa i przewinienia”. Równocześnie inny artykuł Konstytucji (art.1. sekcja 3) zastrzega, że w sprawach sądzonych w trybie impeachmentu „nie będzie można skazać na karę inną niż usunięcie z urzędu, pozbawienie prawa do zajmowania i korzystania z jakiegokolwiek urzędu honorowego, powierniczego lub odpłatnego pełnionego w imieniu Stanów Zjednoczonych”.
Procedurę usunięcia prezydenta ze stanowiska inicjuje Izba Reprezentantów uchwalając artykuły oskarżenia, ale decyzję o usunięciu prezydenta ze stanowiska podejmuje Senat większością 2/3 głosów, czyli potrzebna jest zgoda minimum 67 senatorów.
Demokraci, którzy mają obecnie większość w Izbie Reprezentantów, od pewnego czasu zastanawiali się czy mają dostatecznie silne argumenty by wszcząć procedurę impeachmentu wobec republikańskiego prezydenta Donalda Trumpa. Izba Reprezentantów głosami 232-196, 31 października br. przyjęła rezolucję formalizującą procedurę impeachmentu wobec prezydenta Trumpa. Interesujące, że dwóch demokratów Jeff Van Drew z New Jersey i Collin Peterson z Minnesoty głosowali razem z republikanami. Republikańscy członkowie Izby Reprezentantów krytykowali politykę demokratów w sprawie impeachmentu Trumpa, jako niesprawiedliwą, utajnioną i sprzeczną z Konstytucją. Trump lekceważąco wyrażał się o oskarżeniach demokratów i głosił pogląd, że ułatwi mu to zwycięstwo w wyborach prezydenckich w 2020 r. i porównał politykę demokratów wobec niego do „lynchu”. Odmówił składania jakichkolwiek wyjaśnień w Izbie Reprezentantów i zakazał swoim współpracownikom tego samego. Ostrzegał również społeczeństwo amerykańskie, ze jeżeli zostanie postawiony w stan oskarżenia spowoduje to depresję gospodarczą w Stanach Zjednoczonych.
Prezydent Trump był oskarżony o naruszenie prawa, o naciskanie na prezydenta Ukrainy, aby oskarżył demokratę wiceprezydenta Josepha Bidena, o ingerowanie zagranicą w sprawach amerykańskich. Fakty na ten temat przekazał demokratom nie ujawniony z nazwiska informator ze struktur rządowych. Demokraci oskarżali Trumpa, że korzysta z pomocy innego państwa, w tym wypadku Ukrainy do ingerencji w amerykański proces wyborczy 2020 r. Potwierdziła to rozmowa telefoniczna Trumpa z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim. 25 lipca br. Aby wywrzeć skuteczną presję na rząd ukraiński Trump czasowo wstrzymał pomoc wojskową dla Ukrainy w wysokości 391 mln. dolarów. Pomoc tą Trump przywrócił 11 września.
Trump upoważnił swego osobistego pracownika Rudy’ego Giulianiego, aby zabiegał na Ukrainie o korzystne dla Trumpa i kompromitujące dla demokratów materiały. Ambasador USA na Ukrainie Bill Taylor odpowiedzialny za promowanie interesów Waszyngtonu na Ukrainie ocenił, że zabiegi Gulianiego szkodzą interesom USA w tym kraju. Trump w tym czasie powtarzał, że „Guliani mnie reprezentuje” i domaga się od Ukraińców udzielenia mu pomocy. Guliani domagał się usunięcia ze stanowiska zawodowego dyplomaty Marie Yovanovitch, która była ambasadorem USA na Ukrainie w latach 2016-2019. Wysuwał wobec niej kłamliwe oskarżenia. Równocześnie ambasador USA przy Unii Europejskiej Gordon Sondland zapewniał Trumpa, że prezydent Ukrainy jest zależny od Stanów Zjednoczonych i będzie uległy wobec prezydenta USA.
Zanim rozpoczęły się publiczne przesłuchania w Izbie Reprezentantów, Komisja Wywiadu tej izby przesłuchiwała za zamkniętymi drzwiami różne osobistości, które miały coś do powiedzenia w sprawach polityki prezydenta Trumpa wobec Ukrainy i nie tylko wobec Ukrainy. Ambasador Bill Taylor mówił m.in, że Trump nalegał, aby prezydent Zełensky ujawnił szczegóły działalności Joe Bidena i jego syna Huntera w zarządzie ukraińskiej firmy energetycznej Burisma. Nie było jednak żadnych dowodów niewłaściwej działalności obu Bidenów na Ukrainie.
9 listopada w Waszyngtonie opublikowano 2600 stron tekstów zeznań 8 świadków przed komisją Izby Reprezentantów. Teksty te ujawniły w jaki sposób prezydent Trump usiłował skłonić władze Ukrainy do zaatakowania demokratycznych oponentów prezydenta Trumpa i wykorzystania wbrew prawu amerykańskiemu innych państw w amerykańskiej kampanii wyborczej. W sumie komisje Izby Reprezentantów przesłuchiwały za zamkniętymi drzwiami 15 świadków, którzy potwierdzili zarzuty wysuwane wobec prezydenta.
13 listopada rozpoczęły publiczne przesłuchania przed Komisją Wywiadu Izby Reprezentantów w sprawie impeachmentu prezydenta Donalda Trumpa. Były one transmitowane przez telewizję na cały kraj. Bill Taylor ponownie przedstawił dowody obciążające prezydenta Trumpa. Jako doświadczony dyplomata, absolwent Akademii Wojskowej West Point i udekorowany weteran wojny wietnamskiej przedstawił on wiarygodne argumenty obciążające Trumpa. Powiedział m.in, że w swej długoletniej karierze wojskowej i dyplomatycznej poraz pierwszy spotkał się z tak jaskrawą próbą wykorzystania przez Trumpa władzy prezydenckiej dla swych własnych politycznych korzyści.
Również zastępca podsekretarza stanu George Kent oskarżył Trumpa i jego współpracowników o to, że uzależniali pomoc wojskową dla Ukrainy od zainicjowania przez Kijów śledztwa przeciw Joe Bidenowi i jego synowi. Trump również prosił ambasadora USA w Unii Europejskiej, Gordona Sondlanola o zainteresowanie dochodzeniem Ukraińców wobec demokratycznych rywali Trumpa.
Przed komisją Izby Reprezentantów zeznawała również Marie Yovanovitch, którą Trump w zmowie z rządem Ukrainy usunął ze stanowiska ambasadora USA w Kijowie. Była ona świadkiem rozmowy telefonicznej Trumpa i Zelensky’ego i zeznała w Izbie Reprezentantów, że była „zaszokowana i przybita rozmową telefoniczną między dwoma prezydentami państw”. Demokraci uważali, że usunięcie Yovanovitch ze stanowiska ambasadora na Ukrainie wzmacnia argumenty na rzecz impeachmentu Trumpa. Trump na swoim twitterze ostro zaatakował panią ambasador, co przewodniczący Komisji Wywiadu Adam Schiff uznał za „próbę zastraszenia jej i innych świadków”.
14 listopada Nancy Pelosi zaostrzyła ataki na Trumpa oskarżając go o „przekupstwo”, kiedy uzależnił on pomoc wojskową dla Ukrainy od przeprowadzenia dochodzeń przeciw rywalom politycznym Trumpa. Pojawiają się również inne zarzuty wobec prezydenta o zastraszanie świadków, o łapówkarstwo i liczne kłamstwa.
Toczące się przesłuchania w sprawie impeachmentu prezydenta Trumpa nie widomo jak długo będą trwały i nie ma pewności czym się zakończą. Jeżeli Izba Reprezentantów wystąpi z aktem oskarżenia wobec Trumpa to jest raczej mało prawdopodobne, że prezydent zostanie usunięty ze stanowiska. Aby udowodnić, że Trump jest winny stawianych mu zarzutów, demokraci będą musieli przekonać społeczeństwo, że w sprawowaniu swej funkcji prezydenta popełnił nie tylko ponad 120 tysięcy udowodnionych mu bledów, ale przede wszystkim miał korupcyjne zamiary, kiedy polecił dyplomatom amerykańskim aby współpracowali z Gulianim w jego kontaktach z Zełenskym. W chwili obecnej, około połowy ankietowanych Amerykanów popiera procedurę impeachmentu wobec Trumpa, a ok. 45% jest temu przeciwnych. Również demokraci w Kongresie publicznie głoszą, że Trump zasługuje na impeachment. Prywatnie natomiast wyrażają wątpliwości.
Ostateczną decyzję w sprawie oskarżenia Trumpa podejmować będzie Senat, w którym większość posiadają republikanie i którzy stanowczo bronią swego republikańskiego prezydenta. Pojawiają się nawet głosy w Stanach Zjednoczonych, że ataki demokratów na Trumpa mogą wzmocnić jego pozycję w wyborach w listopadzie 2020 r. Jak zmienny i nieprzewidywalny jest Donald Trump świadczy fakt, że w ostatni weekend oświadczył na twitterze, że gotów jest „silnie rozważyć” sugestię Nancy Pelosi, by zeznawać w śledztwie Izby Reprezentantów w sprawie impeachmentu jego osoby.