Jak rozmawiać z prezydentem Trumpem

Koreańska Centralna Agencja Prasowa donosi: Kim Yo Jong, pierwszy zastępca dyrektora departamentu Centralnego Komitetu Partii Robotniczej Korei, wydał następujące oświadczenie:

Otrzymaliśmy osobisty list wysłany do przewodniczącego Komisji Spraw Stanu Kim Jong Un przez Prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki Donalda Trumpa.
Uważamy, że to ze strony prezydenta USA dobra ocena sytuacji i właściwe działanie, aby starać się utrzymać dobre stosunki z naszym Przewodniczącym, wysyłając ponownie osobisty list dzisiaj, gdy duże trudności i wyzwania stoją na drodze rozwoju naszych wzajemnych stosunków i uważam, że należy to ocenić bardzo korzystnie.
W osobistym liście Prezydent Trump powiedział, że cieszy się, że jego gratulacje dla Przewodniczącego w dniu jego urodzin zostały prawidłowo przekazane, i życzył rodzinie Przewodniczącego oraz naszym ludziom pomyślności.
W liście wyjaśnił również swój plan napędzania stosunków między dwoma krajami KRLD a Stanami Zjednoczonymi i wyraził chęć współpracy w walce z epidemia, mówiąc, że był pod wrażeniem starań Przewodniczącego, aby bronić swojego ludu przed poważnym zagrożeniem, jakim jest epidemia.
Mówiąc, że ceni sobie relacje z Przewodniczącym Kim Jong Un, Prezydent Trump powiedział, że ma trudności w wyrażeniu swoich myśli, ponieważ ostatnio nieczęsto się komunikuje. Wyraził chęć pozostania w przyszłości w bliskim kontakcie z przewodniczącym.
Uważamy, że taki osobisty list prezydenta Trumpa potwierdza jego szczególne i silne osobiste relacje z przewodniczącym Kim Jong Unem.
Przewodniczący Kim Jong Un ponownie wspomniał o swoich szczególnych relacjach z prezydentem Trumpem i docenił prywatną korespondencję.
Na szczęście osobiste relacje między dwoma głównymi przywódcami nie są tak odległe, jak stosunki konfrontacyjne między dwoma krajami – są wzorcowe.
Jednak relacji między KRLD a USA i ich rozwoju nie należy oceniać w pośpiechu, w świetle osobistych relacji między dwoma głównymi przywódcami, a ponadto nie należy na ich podstawie opierać przewidywań ani oczekiwań.
Te bliskie relacje między oboma mężczyznami reprezentującymi oba kraje, wywarłyby pozytywny wpływ, ale nikt nie wie, jak bardzo zmieniłyby się stosunki osobiste oraz jak potoczyłyby się przyszłe stosunki między tymi dwoma krajami, i niedobrze jest wyciągać pochopne wnioski lub być przesadnym optymistą.
Jeśli nie zostanie zapewniona bezstronność i równowaga, a jednostronne i chciwe zamiary nie zostaną usunięte, obustronne stosunki będą nadal ulegać pogorszeniu.
Osobiście uważam, że relacje obustronne i dialog dla nich byłyby możliwe do pomyślenia tylko wtedy, gdy równowaga byłaby utrzymywana dynamicznie i moralnie oraz zapewniona byłaby sprawiedliwość między oboma krajami, a nie tylko poprzez osobisty list między dwoma przywódcami.
Nawet w tej chwili ciężko pracujemy, aby rozwijać się i bronić samodzielnie w okrutnym środowisku, które USA chcą „zapewnić”.
Staramy się mieć nadzieję na dzień, w którym stosunki między oboma krajami będą tak dobre, jak relacje między ich przywódcami, ale należy to pozostawić czasowi i obserwować, czy rzeczywiście może się to spełnić.
Jednak nigdy nie przegramy ani nie zmarnujemy czasu, ale będziemy się zmieniać, aby się wzmocnić w tym czasie, tak jak zrobiliśmy się przez ostatnie dwa lata.
Na koniec chciałbym wyrazić szczerą wdzięczność prezydentowi USA za przesłanie przewodniczącemu nieustającej wiary.
Nowy dyrektor generalny Ministerstwa Spraw Zagranicznych KRLD do negocjacji z USA opublikował 30 marca następujące oświadczenie:
Świat nie wie dokładnie, dlaczego stosunki pomiędzy Koreańską Republiką Ludową a Stanami Zjednoczonymi pozostają niepoprawne pomimo szczególnych osobistych relacji między najwyższymi przywódcami tych krajów, ale wyjaśnił to Sekretarz Stanu USA Mike Pompeo.
25 marca wypowiedział się bez znaczenia, wzywając do sankcji i nacisków na KRLD podczas konferencji prasowej po telekonferencji ministrów spraw zagranicznych G-7 w sprawie zapobiegania rozprzestrzenianiu się COVID-19, który zagraża bezpieczeństwu całej ludzkości.
Prezydent USA wysłał do naszego kierownictwa swój osobisty list z „szczerym planem pomocy” w kwestii ograniczenia nowatorskiego koronawirusa z prośbą o ścisłą komunikację, podczas gdy amerykański sekretarz stanu oczernia kraj, z którym jego prezydent chce nawiązać dobre stosunki współpraca wbrew woli prezydenta. To powoduje, że źle oceniamy, kto jest prawdziwym dyrektorem generalnym w USA.
Jest jeden punkt, który wyraźnie potwierdziłem w uwagach Pompeo.
Chodzi o to, że bez względu na to, jak doskonałe i trwałe są relacje między głównymi przywódcami obu krajów, nie może odwrócić wrogiej polityki USA wobec KRLD, a wznowienie dialogu bardzo reklamowanego przez USA jest niczym innym powstrzymaj nas przed pójściem własną drogą.
Stany Zjednoczone dobrze o nas wiedzą przez dziesiątki lat KRLD-USA. myślę, że konfrontacja, ale wydaje się, że wydaje się, iż możemy zrezygnować z drogi, którą zmierzamy z determinacją, kuszonej przez osobiste relacje między głównymi przywódcami obu krajów.
Mówiąc wprost, patrzymy przez sztuczki amerykańskie na wylot, jak ryba w kuli, czasem słyszymy intencje USA, które udają, że robią, co chcą.
Jeśli w Białym Domu słychać było nawet kaszel, wiemy od razu, kto zakaszlał i dlaczego. Bez trudu udaremniliśmy „sztuczki” wypracowane przez amerykańskich decydentów.
Można powiedzieć, że zarówno my, jak i społeczność międzynarodowa, przyzwyczailiśmy się do scenariuszy w stylu amerykańskim, które mają na celu wiązanie naszych kończyn i zapobieganie czemuś, często kładąc nacisk na osobiste relacje między czołowymi liderami, ponieważ nie ma możliwości powstrzymania i sprawdź nas
USA powinny wyraźnie wiedzieć, że muszą przyznać, że ani groźba, ani czary nie mogą na nas działać.
Jedyną rzeczą wymyśloną przez głównego dyplomatę USA jest pojawienie się jako „zwolennik dialogu” przed społecznością międzynarodową i zmusić nas do bezczynności z absurdalnymi oczekiwaniami, trąbiąc o dobrych relacjach między najwyższymi przywódcami obu krajów i fałszywa propaganda dialogu.
Lekkomyślne uwagi Pompeo poważnie osłabiły szyld dialogu postawiony przez prezydenta USA jako wabik, by zyskać czas i stworzyć środowisko sprzyjające samemu sobie.
Słysząc lekkomyślne uwagi Pompeo, z większym przekonaniem porzuciliśmy zainteresowanie dialogiem, ale stali się bardziej gorliwi w naszych ważnych planowanych projektach mających na celu spłacenie USA z prawdziwym przerażeniem i niepokojem z powodu cierpień, jakie wyrządziła naszemu ludowi.
Wydaje się, że USA nie mają siły i strategii, by powstrzymać używaną rękę, która znów zaczęła biec w kierunku krachu.
Pójdziemy własną drogą.
Chcemy, aby USA nam nie przeszkadzały.
Jeśli USA nam przeszkodzą, ucierpią na tym.

W cieniu pandemii Trump rozbija związki zawodowe

Pod przykrywką walki z COVID-19 jedna z federalnych agencji forsuje prawo, którego skutkiem może być faktyczna blokada możliwości zrzeszania się w związkach zawodowych na terenie Stanów Zjednoczonych.

Podległa prezydentowi Donaldowi Trumpowi Krajowa Rada ds. Stosunków Pracy (The National Labor Relations Board, NLRB) ogłosiła 1. kwietnia, że zmienione zostaną przepisy dotyczące zakładania związków zawodowych na terenie amerykańskich przedsiębiorstw.
Według nowych przepisów, które mają wejść w życie 31. maja, do zablokowania działalności nowo utworzonego związku zawodowego wystarczy sprzeciw zaledwie 30 proc. pracowników danej firmy. W ten sposób mniejszość może zablokować wolę większości, która pragnie zrzeszyć się w związku zawodowym.
Wyeliminowana zostanie również zasada, która daje pracownikom prawo do utajnienia na jakiś czas wyników wyborów związkowych, jeśli pracodawca jest oskarżony o działania niezgodne z prawem, w tym stosowanie nieuczciwych praktyk w pracy.
Lewicowi eksperci są zgodni w ocenie: nowe prawo utrudni pracownikom możliwość zrzeszania się i prowadzenia działalności związkowej, niemal ją uniemożliwi.
NLRB „skutecznie likwiduje prawo pracowników do zrzeszania się w czasie, gdy pracownicy potrzebują tego bardziej niż kiedykolwiek” – powiedział w oświadczeniu Richard Trumka, szef związku zawodowego AFL-CIO.
„Wrogość Donalda Trumpa wobec rokowań zbiorowych ujawniła się w momencie, kiedy Ameryka ma najbardziej antyprcowniczo nastawioną agencję pracy w swojej historii” – dodał. „Ruch pracowniczy będzie zwalczał te działania używając wszystkich dostępnych instrumentów” – zapewnił Trumka.
To oczywiście nie pierwsze antypracownicze działania administracji Trumpa w czasie trwania pandemii COVID-19. W zeszłym miesiącu związki zawodowe oskarżyły amerykańskiego prezydenta, że wykorzystuje kryzys wywołany koronawirusem w celu zwalczania zorganizowanej siły roboczej po tym, jak Federalny Urząd ds. Stosunków Pracy zaproponował zmianę przepisów dotyczących kwestii regulowania składek na rzecz związków zawodowych, do których należą pracownicy agencji federalnych.
Zgodnie z dotychczasowym prawem ustalony jest 15-dniowy przedział czasowy w danym roku, kiedy pracownicy mogą anulować składki na rzecz związku, do którego należą. Zgodnie z nową propozycją NLRB po roku członkostwa mogliby anulować składki w dowolnym momencie. W tej sytuacji wystarczy szantaż ze strony pracodawcy połączony z represjami wobec niepokornych pracowników, żeby gros pracowników odmówiło finansowania związku, praktycznie pozbawiając go możliwości działania.
„Agencja, która została powołana po to, by stać na straży prawa pracowników do zabierania głosu w miejscu ich zatrudnienia, odmawia im tego prawa” – napisała na blogu pracownica federalna Celine McNicholas. Jej zdaniem efekt tego będzie taki, że coraz więcej pracowników będzie odchodzić z pracy z powodu obaw o swoje zdrowie i bezpieczeństwo w trakcie pandemii COVID-19.
W ostatnich dniach drastycznie zwiększa się liczba osób bezrobotnych w USA. Tylko w ciągu ostatniego tygodnia marca po zasiłek zgłosiło się rekordowe 6,6 mln Amerykanów.
Wiele też osób dobrowolnie rezygnuje z pracy w obawie przed groźbą zarażenia się koronawirusem, gdyż ich szefowie nie wyposażyli ich w podstawowe środki zapewniające im bezpieczeństwo (takie jak środki odkażające, maseczki i jednorazowe rękawice).
Pozbawieni możliwości skutecznego nacisku na swych szefów pracownicy niewiele będą mogli zrobić, by poprawić warunki swojej pracy.

Ameryki problem z faszyzmem

Po prezydenturze Baracka Obamy, rzekomo kończącej z rasowymi uprzedzeniami, amerykański liberalny salon nagle odkrył, że jego kraj znów jest rasistowski. I świetnie się z tym czuł. Mógł wszak potępiać to, co uznał za pierwotną przyczynę rasizmu – Trumpa, który brukał „światowy przykład demokracji” jakim są Stany Zjednoczone Ameryki. Zamglone pozostały historyczne dzieje tej „wyjątkowej” republiki, założonej na wywłaszczeniu ziemi tubylczej i eksterminacji jej mieszkańców, oraz jej potęgi gospodarczej zbudowanej w znacznej mierze przez afrykańską, zniewoloną siłę roboczą.

Trump oczywiście jest białym rasistą i to w stopniu nagannym. Ale czy on jeden, i czy rasistami bywali tylko Republikanie? Kto pamięta Jima Crowa i Dixiecrat Democrats, w tym sześciu senatorów USA i dwóch sędziów Sądu Najwyższego, którzy byli członkami Ku Klux Klanu? Kto pamięta, że jeden z najbardziej znanych demokratów, Franklin Delano Roosvelt, ponoć najbardziej liberalny prezydent USA, uwięził w obozach koncentracyjnych 120 000 Amerykanów japońskiego pochodzenia.
Ustawy więzienne
Trump miał też bardziej bezpośrednich poprzedników, jak Bill „pierwszy czarny prezydent” Clinton, który zrobił sobie zdjęcie pod Stone Mountain, w miejscu narodzin współczesnego KKK, z grupą więźniów, głównie Afroamerykanów, wykorzystanych jako rekwizyty. Ponadto wprowadził w życie tragiczne w skutkach ustawy więzienne z 1994 roku i „położył kres dobrobytowi, jaki znamy”. Trump zajmuje miejsce w tym samym kontinuum co byli prezydenci, jest on tylko jego bardziej wulgarnym i jawnym reprezentantem.
Rasizm jest kompletnie wpisany w funkcjonowanie „krainy wolnych ludzi”; nie jest żadnym zaburzeniem osobowości tego kraju. Rasizm instytucjonalny przenika obecną politykę na każdym polu. Ustawa Trump’s Protect and Serve Act, uczyniła atak na policję federalną zbrodnią z nienawiści. Umieściła ona tym samym policyjnych morderców pod parasolem ochronnym. Ustawa ta przeszła prawie jednogłośnie, 382 głosami. Za nią głosowało trzy czwarte Czarnego Klubu. Było to więc dwupartyjne f ** k you wymierzone w ruch Black Lives Matter. Wpływ amerykańskiej polityki rasowej nie kończy się na granicach USA. Wszędzie tam, gdzie pojawiają się punkty zapalne konfliktu rasowego lub etnicznego, można znaleźć rząd Stanów Zjednoczonych rozpalający płomienie na korzyść imperium, nie ważne czy mowa o konfliktach sannicko-szyickich na Bliskim Wschodzie, czy rasowo-etnicznych z Ameryki Łacińskiej. Jeanine Añez, samozwańcza prezydent Boliwii, wsparta przez USA w trakcie zamachu stanu, ogłosiła, że ​​nadszedł czas, aby wyrzucić tubylców nie tylko z rządu, ale i ze stolicy.
Rasizm instytucjonalny jest szczególnie śmiercionośny, ponieważ przecina podziały klasowe. Brutalność policji, masowe uwięzienia, pomoc społeczna, wysokiej jakości edukacja publiczna i tak dalej nazywane są „czarnymi kwestiami”, ale dotyczą wszystkich pracujących ludzi, a nie tylko pracujących Afroamerykanów. Biały rasizm służy do zatarcia wspólnych interesów pracujących ludzi, tworząc iluzję, że pracownik magazynu Amazona może mieć jakikolwiek wspólny interes z Jeffem Bezosem.
Widmo faszyzmu
W ostatnich latach prasa donosiła o coraz bardziej popularnych rasistowskich praktykach pośród grup młodych białych Amerykanów, mowa była również o czystym flirtowaniu z faszyzmem. Gdyby w USA powstał znaczny ruch faszystowski, ta wywłaszczona młodzież – nazywana przez Hillary Clinton „godną ubolewania” – mogłaby służyć za jego bazę.
Żaden casting nie wyłoniłby lepszego niż sam Donald Trump przykładu karykaturalnego, blond faszysty. Ale kleiste kosmetyki i złe maniery przy stole nie kwalifikują go do bycia piewcą aryjskiego braterstwa. Po trzech latach jego rządów pomimo strasznych prognoz republika jeszcze nie pogrążyła się w faszyzmie. Rasizm i wąski nacjonalizm były historycznie związane z faszyzmem. Jednak Rozporządzenie wykonawcze 13769 autorstwa Trumpa, blednie w skali do perfidii internowania Amerykanów japońskiego pochodzenia przez Roosevelta.
Widmo faszyzmu pociąga za sobą coś więcej niż biały natywizm. Faszyzm przybiera formę polityczną jako specyficzną metodę rządzenia. Jako forma rządzenia faszyzm „powstaje, gdy w obliczu wyzwań klasy robotniczej kapitał finansowy nie może już rządzić w stary sposób” jak wyjaśnia Greg Godels. Prawdą jest, że Trump mówił o wydarzeniach z Charlottesville odnosząc się do „kilku bardzo dobrych ludzi”, w rzeczywistości młodych mężczyzn o ogolonych głowach i tatuażach ze swastyką. Ale ci zepchnięci na margines, ledwo dorośli chłopcy, nie są klasą panującą. Są produktem ubocznym neoliberalnej polityki i potencjalnymi rekrutami ruchu faszystowskiego, podpałką, ale nie zapałką. Niebezpieczeństwo faszyzmu pochodzi od środowisk rządzących, a nie od klas ludowych.
Prowadząca w dół ścieżka neoliberalizmu
W latach trzydziestych XX wieku kapitał został zmuszony przez bojowy ruch związkowy w USA do włączenia siły roboczej jako młodszego partnera w nowej umowie społecznej, Nowym Ładzie która była osłabioną formą demokracji socjalnej. Liberalizm New Deal został zatarty w czasie prezydentury Jimmy’ego Cartera, który jako pierwszy opowiedział się za deregulacją i rządem-stróżem nocnym, co oznaczało rezygnację z funkcji państwa w zakresie pomocy społecznej. Ewangelia neoliberalizmu zyskała popularność wraz z rewolucją Reagana. Natomiast ostatnie gwoździe do trumny wbili Nowi Demokraci Billa Clintona. Robotnicy zostali zdegradowani zaledwie do jednej z wielu grup interesów pomimo tego, że stanowili oni, i stanowią nadal, zdecydowaną większość obywateli.
Od czasu prezydentury Nixona nie uchwalono jakiekolwiek znaczącego liberalno-socjalnego prawa czy rozwiązania gospodarczego, „nowi liberałowie” – to znaczy neoliberałowie – są ortodoksją obu partii amerykańskiego kapitału. Trajektoria neoliberalizmu prowadzi coraz wyraźniej w dół, o czym świadczy coraz większa bieda ludzi pracy, ale też coraz bardziej agresywne, imperialistyczne działania USA w polityce zagranicznej oraz coraz bardziej rozwinięte rozwiązania prawne kierujące USA w objęcie państwa policyjnego. Ta tendencja spadkowa neoliberalizmu związana jest z koncentracją siły gospodarczej. Coraz bardziej autorytarne państwo służy interesom coraz bardziej skoncentrowanego kapitału. Coraz bardziej policyjne i represyjne państwo ukryte jest za szaradą wyborczą, podczas której wydawanie nieprzyzwoitych pieniędzy na kampanie polityków jest chronione jako część składowa wolności słowa i jednostki. W tym samym momencie, gdy prawie połowa ludności nie głosuje, USA przewodzą światu w zakresie ilości osób przebywających w więzieniach (655 osób na 100 tysięcy obywateli) i wydatków wojskowych.
Biorąc pod uwagę śmierć socjalnego liberalizmu w głównym nurcie polityki Stanów Zjednoczonych, dlaczego właściciele kapitału i kupieni przez nich politycy (wybory w 2016 r. kosztowały 6,6 mld USD) chcieliby pójść w kierunku faszyzmu? Klasyczna „burżuazyjna demokracja” odnosi przecież tak ogromne sukcesy w nakłanianiu ludzi do akceptowania elitarnych rządów i wiary w to, że ​​cieszą się prawdziwą demokracją. Tyle, że w demokracji burżuazyjnej wyborczy kandydaci mogą konkurować, aby udowodnić, kto najlepiej służy elitom rządzącym. Lecz jeśli lewica jest wystarczająco silna, aby zakwestionować ten program i poważnie walczyć o władzę polityczną, środowiska rządzące rozważą faszyzm i zniosą fasadę jaką są wybory.
Powstanie Sandersa
Bernie Sanders nie jest marksistowskim rewolucjonistą, ale kolejnym zwolennikiem New Dealu, który jest łagodny wobec imperializmu USA. Sanders w kontekście dzisiejszej polityki stanowi jednak wyzwanie dla neoliberalnej surowości. Na razie establishment zakłada, że sfałszowany proces wyborczy (np. super delegaci), brudne sztuczki (np. sprzeczka z Elizabeth Warren) i prasa korporacyjna – wszyscy oni mogą zaryzykować jeszcze cztery lata Trumpa – powstrzymają Sandersa. Ale jeśli inspirowana przez Sandersa Nasza Rewolucja naprawdę stanie się rewolucyjna i podejmie wyzwanie bycia „trzecią partią”, posiadając jakąkolwiek perspektywę wygranej, część elit rządzących mogłaby rozważyć skierowanie się w stronę faszyzmu. Dziś jeszcze do tego nie doszło, żadna z klas nie przeszła na te pozycje. Ponieważ utrzymywanie faszystowskiej dyktatury jest kosztowne, a same elity muszą zrezygnować z niektórych swoich przywilejów, możliwość narzucenia faszyzmu byłaby prawdopodobnie dokonana tylko przez pewną frakcję rządzących elit, a nie zjednoczoną klasę.
Na razie karta z literą „f” jest trzymana w odległej rezerwie przez rządzących na wypadek, gdyby tląca się rebelia, o której świadczy fenomen Sandersa, naprawdę się rozpaliła i była w stanie wyjść z instytucjonalnych ograniczeń aparatu Partii Demokratycznej. Wtedy dopiero walka mogłaby się rozwijać w kierunku wyboru między socjalizmem a jego barbarzyńską alternatywą.
Początkowe etapy rozwoju faszyzmu
Krytycznym zwiastunem faszyzmu jest rosnąca dominacja tak zwanego „państwa bezpieczeństwa narodowego”. Demokraci pomogli w odnowieniu Patriot Act, przekazując prezydentowi Trumpowi władzę do zawieszenia konstytucyjnych swobód obywatelskich. (Jak na ironię, mniej więcej w tym samym czasie szalały wojenki podjazdowe znane jako przesłuchania w sprawie impeachmentu). Tymczasem Internet jest ogrywany coraz bardziej przeciwko lewicy. Elizabeth Warren zaproponowała cenzurę sieci nadzorowaną przez rząd we współpracy z dużymi firmami technologicznymi. Wydarzenia te, rozszerzające wszechobecność państwowego nadzoru, są „początkowymi etapami rozwoju” faszyzmu.
FBI cieszy się obecnie ogromnym społecznym zaufaniem. Świątobliwe oblicze byłego dyrektora FBI Roberta Muellera, a nie ponury wygląd Trumpa, mogą okazać się obliczem faszyzmu w Stanach Zjednoczonych. Ale przynajmniej na razie litera „f” jest nadal kojarzona z prokreacją. Poprawnie.

Oryginalny tekst ukazał się na portalu MintPressNews. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu).

Trump próbował zmonopolizować szczepionkę

Prezydent Donald Trump próbował ściągnąć naukowców pracujących w CureVac nad potencjalną szczepionką przeciwko COVID-19 do Ameryki. A potem szczepionka przeciw SARS-CoV-2, zostałaby podana najpierw obywatelom USA. Amerykański rząd kusił niemiecki koncern miliardem dolarów. Właściciel koncernu, multimiliarder niemiecki Dietmar Hopp wyśmiał te zabiegi. Zapowiedział, że szczepionka ma być dla wszystkich.

– Trump robi wszystko, aby zdobyć szczepionkę dla Stanów Zjednoczonych – skomentował pierwsze doniesienia na ten temat anonimowy pracownik niemieckiego rządu.
– Rząd Niemiec jest bardzo zainteresowany tym, żeby szczepionki i substancje czynne przeciwko nowemu koronawirusowi były również opracowywane w Niemczech i Europie – oficjalnie stwierdził rzecznik niemieckiego ministerstwa zdrowia. – W tym względzie rząd prowadzi intensywne rozmowy z firmą CureVac.
– Mamy nadzieję szybko rozwinąć efektywną szczepionkę na koronawirusa. Tak, aby każdy mógł po nią sięgnąć. Nie tylko w regionie, ale też solidarnie – na całym świecie – przyznał 80-letni multimiliarder, w którego posiadaniu znajduje się większość udziałów niemieckiej firmy biotechnologicznej CureVac.
– Jestem zaangażowany w realizację celu, jakim jest ochrona wszystkich ludzi przed zakażeniem oraz – w najlepszym przypadku – wyleczenie pacjentów na całym globie – dodał.
Niemieckie ministerstwo zdrowia potwierdziło, że prezydent USA Donald Trump chciał, oferował miliard dolarów, za przeniesienie firmy do USA, bądź do przekazania przez nią Stanom Zjednoczonym ekskluzywnych praw do tego patentu. Firma CureVac jednak odrzuciła – jak nazwała to „Sueddeutsche Zeitung“ – „niemoralną propozycję“ amerykańskich władz.
− Jesienią szczepionka powinna być, ale potrzebne będą testy na zwierzętach, a potem testy na ludziach − mówił Hopp. Dodając, że niedopuszczalne jest, żeby niemiecka firma wynalazła szczepionkę i ta była tylko do dyspozycji Stanów Zjednoczonych.
– Chcemy stworzyć szczepionkę dla całego świata, a nie dla pojedynczych krajów – uzupełnił tę wypowiedź gazecie „Mannheimer Morgen” dyrektor holdingu HoppTech BioTech Christof Hettich.
Niemieckie media twierdzą, że opracowanie skutecznej szczepionki przeciwko koronawirusowi będzie wymagać nakładów wysokości co najmniej 2 mld dolarów. Niemiecki rząd wsparł prace badawcze CureVac, sumą 180 mln euro. Ale 80-letni Dietmar Hopp jest nie tylko znanym w Niemczech multimiliarderem, ale także filantropem. Szacuje się, że na różne cele publiczne wyasygnował kwity znacznie przekraczający oferowany przez Trumpa miliard dolarów, więc oferta amerykańskiego prezydenta nie zrobiła na nim większego wrażenia. 
− Nigdy nie poszedłbym na taki układ. Nie może przecież tak być, że niemiecka firma wynajduje szczepionkę, która ekskluzywnie byłaby do dyspozycji USA. Dla mnie to nie była żadna opcja − powiedział Hopp. A w rozmowie z „Rhein-Neckar-Zeitung“ wyjaśnił, dlaczego wysłał Trumpa na drzewo.
− Kiedy jest się tak bogatym jak ja, ma się pewne zobowiązania, by zwrócić coś społeczeństwu.Wsparcie ludzi potrzebne jest bardzo wielu miejscach − mówił dziennikarzowi. Pomijając i taki drobiazg, że sprzedaż szczepionek do wszystkich krajów da mu firmie o wiele więcej niż drobna kwota za którą usiłowały przekupić niemiecką firmę Stany Zjednoczone. 

Szkoda Sandersa,

ale Biden ma większe szanse by pokonać Trumpa.

Do wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych w listopadzie br. jest jeszcze sporo czasu, ale kampania nabiera wyraźnie tempa.Prawidłowością jest to, że na tym etapie jest ona szczególnie zacięta w obozie politycznym z którego nie wywodzi się urzędujący prezydent, szczególnie gdy może on kandydować na drugą 4-letnią kadencję. Tak jest obecnie w obozie Demokratów znajdujących się w opozycji,gdyż wśród Republikanów nikt nawet nie próbował kwestionować kandydatury Donalda Trumpa.
Przed czterema laty
sytuacja była odmienna.Ponieważ odchodził po dwóch kadencjach Barack Obama, to Demokraci musieli znaleźć jego godnego następcę i po długiej batalii, w której była sekretarz stanu Hillary Clinton (zarazem małżonka innego prezydenta) pokonała na finiszu lewicowego Berni’ego Sandersa (o korzeniach polsko-żydowskich) to ona stanęła przed szansą bycia pierwszą kobietą prezydentem USA. Z kolei wówczas dość zaskakująco w obozie Republikanów odpadali w prawyborach m.in. senatorowie Marco Rubio z Florydy i Ted Cruz z Teksasu,a nominację zdobył wyrażnie niedoceniany Donald Trump, który w finale choć uzyskał ok. 3 mln głosów mniej niż Clinton odniósł zwycięstwo. Liczą się bowiem w ostatecznym rachunku głosy elektorów przypisanych do danego stanu,a zwycięzca bierze całą pulę.
To była swego rodzaju sensacja i pamiętam, że gdy-będąc w okolicach przylądka Horn- dowiedziałem się przez telefon satelitarny o tym rezultacie, to nie chciałem wierzyć.Nota bene w sporym stopniu w stanach tzw. „pasa rdzy” (rust belt), jak np. Ohio,Michigan, gdzie Trump wygrywał niewielką różnicą głosów, przyczyniła się też do tego konserwatywna Polonia. Kwestią odrębną, której tu nie poruszam, jest sprawa oceny prezydentury Trumpa-tak w aspekcie polityki wewnętrznej, jak i międzynarodowej.Ciekawostką jest przy tym to, iż angielskie słowo „trump” znaczy „atut”.’No trump” w licytacji to „bez atu”. Amerykanie są głęboko podzieleni odnośnie do tego, czy ich obecny prezydent stanowi wartość dodaną, czy też przyczynia się m.in. do pogłębienia chaosu światowego.
Superwtorek i jego skutki
Konwencja Demokratów,na której 1991 delegatów wybierze kandydata tej partii na prezydenta odbędzie się w połowie lipca br. w Milwaukee w stanie Wisconsin. Trwają prawybory, tradycyjnie rozpoczęte w małych stanach Iowa i New Hampshire.Tam właśnie wybierani są ci delegaci spośród tych kandydatów,którzy w danym stanie otrzymają co najmniej 15 proc. głosów. Na początku pretendentów do prezydentury było kilkunastu, ale przed i po tzw. superwtorku (3 marca) sytuacja się wyraźnie wyklarowała.
W 14 stanach, w tym tak kluczowych, jak 40 mln Kalifornia i 29 mln Teksas wybierano delegatów (np. w Teksasie-228). Po wycofaniu się Pete’a Buttigiega i Amy Klobucher, którzy udzielili poparcia byłemu wiceprezydentowi dwóch kadencji u Obamy i senatorowi z małego stanu Delaware Joe Bidenowi, w szranki stanęli: Biden (ur. 1942 r.), Michael Bloomberg-przez 3 kadencje burmistrz Nowego Jorku, według Forbes’a 10. najbogatszy człowiek świata z majątkiem ponad 50 mld dol., urodzony w 1942 r.. Sen. Elisabeth Warren z Massachusetts (w USA często mówi się o tym stanie „Taxachusetts” ze względu na wysokie podatki); ur. 1949 r.. I Berni Sanders-senator z Vermontu (ur. 1941r.) mający duże poparcie szczególnie wśród młodego pokolenia, dobry mówca.
Biden, któremu do tej pory raczej nie szło, wygrał aż w 10 stanach, w tym w Teksasie,Arkanzas i Massachusetts. Ma on silne poparcie zwłaszcza wśród Afroamerykanów. Wielu komentatorów amerykańskich uważa,iż takiego come back nie było od wielu lat. Bloomberg,który w reklamy telewizyjne zainwestował ponad 550 mln dol. (sic!) i świadomie z dużym opóźnieniem włączył się do kampanii wyborczej, postanowił się z niej wycofać ponieważ wygrał tylko w małym Samoa Amerykańskim.Udzielił poparcia Bidenowi.Warren przegrała nawet w „swoim” Massachusetts, więc Sanders zaapelował, by się wycofała na jego rzecz. Nie sądzę, aby to się stało szybko.Sam Sanders zwyciężył w 4 stanach- w Colorado, Utah, w „swoim” Vermoncie i – co najważniejsze – w kluczowej Kalifornii.
Co dalej?
Donald Trump, który nie jest najstarszym kandydatem w tych wyborach (ur. w 1946 r.) swoim zwyczajem wyraził zadowolenie z biegu wydarzeń w obozie Demokratów. Zapewne sądzi,iż długa, decydująca, wyczerpująca walka Sandersa i Bidena osłabi konkurentów.
Sanders, który jest wyjątkowo bojowy i żywotny, to bez wątpienia najbardziej lewicowy polityk w dziejach USA, który z tak dobrymi wynikami i szansami ubiega się o najwyższy urząd w tym państwie. Jego program w Europie byłby uważany za typowo socjaldemokratyczny, ale nad Potomakiem brzmi niekiedy rewolucyjnie. Nie popiera go np. Hillary Clinton. „Będąc trzeżwym jak sędzia” (to be as sober as a judge) – by użyć ważnego idiomu angielskiego – uważam z przykrością, iż w sumie w dość konserwatywnych Stanach Zjednoczonych Biden ma jednak większe szanse na pokonanie Trumpa niż Sanders. A to może być kluczowy czynnik o znaczeniu także globalnym. Przy tym porównania z prezydentem Andrzejem Dudą same się nasuwają!

Sojusznicy Wolności Religii, czyli USA

Powołany przez USA Sojusz Wolności Religii, to kolejny sposób na to, żeby Stany Zjednoczone mogły pełnić rolę żandarma świata. Pod płaszczykiem międzynarodowo-religijnym, tym razem.
Oficjalnie sojusz zajmie się walką z prześladowaniami religijnymi, będzie też monitorować i karać obywateli nietolerancyjnych, sprzeciwiających się dialogowi międzyreligijnemu czy krytycznie wypowiadających się o nagannych zachowaniach przedstawicieli niektórych wyznań. Oczywiście kto będzie tym nietolerancyjnym państwem, bądź obywatelem orzekać będzie Biały Dom. I na pewno nikt nie usłyszy złego słowa o wolnościach religijnych, którymi wszak przepełniona jest bliska Stanom Arabia Saudyjska.
Sankcje dotkną Chiny za Ujgurów, czy Birmę za Rohinjów. A jak trzeba będzie, to wyśle się marines do każdego państwa, które wpadnie na pomysł realizowania laickiego państwa. I na przykład, wyrzuci religię ze szkół,
W Sojuszu są kraje takie jak Kosowo, Togo, czy Albania. No i najwierniejsi sojusznicy Ameryki, czyli Izrael, pobrexitowa Wielka Brytania, czy Polska.
Nie ma w nim przedstawicieli laickiej Francji, Niemiec czy nawet Włoch i Hiszpanii. O Skandynawii nie wspominając. To wszystko o czymś świadczy.
O tym jak Trump traktuje wolność religijną świadczy jego wypowiedź sprzed paru tygodni.
– Aby chronić wspólnoty wyznaniowe, podjąłem historyczne działania w celu obrony wolności religijnej, w tym konstytucyjnego prawa do modlitwy w szkołach publicznych – stwierdził prezydent USA, czyniąc wszystko jasnym.
W tym kontekście istotna staje się rola amerykańskiego podnóżka, czyli Polski. Minister Czaputowicz zapowiedział, że to właśnie nasz kraj zorganizuje spotkanie dla 1000 osób z najzagorzalszych religijnie organizacji. Czyli wydamy miliony polskiego podatnika na spotkanie organizowane dotąd 2 razy przez Departament Stanu USA.

Bernie Sanders kontra establishment

Głosowania w czterech stanach za nami i nie ulega wątpliwości, że senator Bernie Sanders prowadzi w wyścigu o nominację Partii Demokratycznej. Właśnie w tym momencie spływają wyniki z 14 kluczowych stanów tzw. Super-Wtorku, które zadecydują o dalszym kierunku wyścigu. Wedle większości sondaży, Bernie Sanders zdobędzie kilka kluczowych stanów i będzie na dobrej drodze do przejęcia sterów Demokratów. Będzie konkurentem Donalda Trumpa w tegorocznym wyścigu do Białego Domu? Nie, jeśli partyjno-medialny establishment postawi na swoim.

79-letni polityk ze stanu Vermont, wieloletni kongresmen i senator, zadeklarowany socjalista, populista i pogromca miliarderów lubi starcia w stylu walki Dawida z Goliatem. Niemal 40 lat temu zaskoczył wszystkich wygrywając wybory na burmistrza malutkiego Burlington (zaledwie 10 głosami!), promując bezwstydnie lewicową agendę rozbudowy świadczeń socjalnych i ograniczenia władzy developerów. W toku swoich rządów okazał się jednak pragmatykiem.
Podobnie podczas długiej kariery w kongresie, gdzie współpracował z Demokratami (zachowując status niezależnego) potrafiąc łączyć twardą ideowość (sprzeciw wobec wojny z Irakiem) z typowym pragmatyzmem (współpraca z republikaninem Johnem McCainem przy ustawie o weteranach). W 2016 roku przysporzył sporo stresu Hillary Clinton, namaszconej z góry jako królowej Partii Demokratycznej. Ówczesna opozycja elit partyjnych skupionych w tzw. Democratic National Convention (DNC) pozostawiła zadrę wśród zwolenników Berniego.
Skąd ten wieloletni opór? Przynajmniej od czasów Billa Clintona, Demokraci głównego nurtu to organiczni centryści, podkreślający potrzebę kompromisu (pomimo okazjonalnych, buńczucznych deklaracji), skupieni na polityce tożsamościowej (kwestię śwatopoglądowe są ważniejsze od ekonomicznych), podkreślający swoje pro-biznesowe kwalifikacje. Nawet w sytuacji zdominowania wszystkich szczebli władzy, jak na początku prezydentury Baracka Obamy, nominalnie progresywna partia amerykańskiej polityki, dokonała bardzo niewiele zmian czyniących Stany państwem bardziej progresywnym.
Dość ograniczony program Obamacare stanowił malutki wyjątek (Bernie Sanders głosował za). Wedle definicji europejskich, Partia Demokratyczna to klasyczna centro-prawica.
4 lata po zakończeniu bardzo wstrzmięźliwej prezydentury Obamy, Bernie Sanders proponuje dokończenie programów społecznych, które jak do tej pory objawiały się wyłącznie w deklaracjach: Green New Deal (gigantyczne inwestycje w transformację energetyczną), Medicare for All (powszechne ubezpieczenie zdrowotne), bezpłatna edukacja wyższa, radykalne zwiększenie opodatkowania miliarderów czy wprowadzenie ograniczeń finansowania kampanii wyborczych przez wielki biznes.
Wszystkie te propozycje, cieszą się sympatią demokratycznych polityków – tyle jeśli chodzi o teorię. W rzeczywistości mało kto chce iść na wojnę z wielkimi koncernami farmaceutycznymi czy miliarderami z Wall Street. Zwłaszcza nieco mniej eksponowany postulat wprowadzenia ograniczeń finansowania kampanii wyborczych, budzi prawdziwy popłoch.
Bez większych regulacji w tym zakresie, amerykańska demokracja przypomina bardziej klasyczną oligarchię lub oligarchię z elementami demokracji. Większość progresywnych polityków w wyścigu o nominacje, przyjmuje wpłaty od tzw. dużego biznesu, co skutecznie hamuje ich bardziej reformatorskie zapędy. Bernie Sanders stanowi wyjątek i taka postawa budzi sprzeciw w kolektywnej świadomości medialno-partyjno-biznesowej. Wystarczy posłuchać komentarzy pojawiających się po pierwszych trzech zwycięstwach w stanach Iowa, New Hampshire i w Nevadzie:
James Carville (polityczny strateg związany z obozem Clintonów): „Jestem przerażony na śmierć Sandersem (…) Nigdy nie był Demokratą, zawsze był ideologiem”. Michael Smerconish (dziennikarz CNN): „Czy coronavirus i Bernie Sanders mogą być zatrzymani?”. Michael Bloomberg (multimiliarder, kandydat w prawyborach) na debacie w Nevadzie: „Inne kraje próbowały komunizmu i to nie zadziałało”. Hillary Clinton (kandydatka Partii Demokratycznej w 2016 r.): „Nikt go nie lubi, nikt z nim nie chce pracować”.
Cristobal Alex (doradca Joe Bidena, kandydata w prawyborach): „Mamy już prezydenta których wychwala dyktatorów, nie potrzebujemy kolejnego”. W ostatnich tygodniach takie i podobne ataki skupiały się m.in na: rzekomej niewybieralności Sandersa (sondaże zaprzeczają), radykalnym programie ekonomicznym (choć większość konkurencji proponuje zbliżone rozwiązania), internetowej agresywności najtwardszych zwolenników senatora (raczej nie odbiegają od standardu), rzekomego sympatyzowania z Fidelem Castro (wszystko za sprawą pochwalenia programu walki z analfabetyzmem, w ślad za Obamą), wyznawaniu idei demokratycznego socjalizmu, braku możliwości sfinansowania ambitnych programów społecznych czy niewystarczająco entuzjastycznej opozycji wobec prawa do posiadania broni.
Zarzutów jest więcej i codziennie pojawiają się nowe. Niektóre ataki przybierają karykaturalną formę. Chris Mathews (prezenter z MSNBC) porównał zwycięstwa Sandersa w pierwszych stanach do sukcesów Trzeciej Rzeszy we Francji w 1940 r. Kilka dni później przeprosił, ale wrażanie o absolutnej panice w obozie status quo pozostało.
Zgodnie z zasadmi Partii Demokratycznej, kandydatci w prawyborach walczą o 4765 delegatów na lipcową konwencję w Millwauke. 714 z tej puli to tzw. Superdelegaci, czyli przedstawiciele partyjnej wierchuszki, niemal na pewno nieprzychylnej Sandersowi. Jeżeli żaden z kandydatów nie zdobędzie 1885 głosów, konwencja wejdzie w fazę negocjowania kandydata.
To również niezbyt dobra wiadomość dla socjalisty z Vermont. W niedzielę rano spłynęły wyniki z Karoliny Południowej i wygląda na to, że Joe Biden, były wiceprezydent u boku Obamy, wraca do gry po miażdżącym zwycięstwie w stanie, który od początku wyścigu stanowił jego „ścianę ognia” (firewall). W oczekiwaniu na wyniki Super-Wtorku, kiedy głosują między innymi bogate w delegatów Kalifornia i Teksas, rosnąć będzie nacisk na resztę stawki. Pete Buttigieg postawił pierwszy krok, wycofując się w niedzielę, chwilę po katastrofalnym wyniku w Karolinie Południowej. W poniedziałek krok drugi wykonała Amy Klobuchar z Minnesoty, nie czekając nawet na wybory we własnym stanie. Ich kapitulacja niemal na pewno nie obyła się bez nacisków partyjnej góry i ewidentnie wzmocni Joe Bidena.
Za sprawą wykruszania się konkurencji, Bernie Sanders i jego lewicowa agenda napotykają na pierwszy poważny opór. W tej sytuacji trudno przewidzieć ruchy senator Elizabeth Warren. W warstwie programej stoi najbliżej Sandersa (promuje m.in. solidny podatek od majątków powyżej 50 mln dol.), niemniej jednak w dotychczasowych działaniach ujawniła sporą dozę kalkulacji (nie boi się atakować konkurencji, gdy jest jej to na rękę). Być może Warren będzie chciała zachować swój stan posiadania do konwencji, a może nawet wejść w porozumienie z kandydatem centrum – w zamian za propozycję wiceprezydentury.
Niemal na pewno, nie wycofa się Michael Bloomberg, pompujący setki milionów dolarów prywatnego majątku w kampanię, której pierwszy sprawdzian nadejdzie dopiero we wtorek (nie konkurował we wczensych stanach). Bloomberg ma już niewielkie szanse na przebicie śćiany innych kandydatów, zwłaszcza w kontekście pierwszej wygranej Bidena i jego dobrych sondaży w połodniowych stanach. Może również negocjować coś więcej na lipcowej konwencji (wiceprezydent u boku Bidena?), w końcu dysponuje poważnym argumentem w postaci nieograniczonych funduszy na kampanię.
Na ten moment trudno określić, jaki projekt Ameryki miałby stać za takim centrowym kandydatem, ale oceniając po dotychczasowym dorobku Partii Demokratycznej, można się domyślać, że chodzi o przywrócenie tego, co było. Czy taka strategia okazałaby się bardziej skuteczna od „demokratycznej rewolucji” Berniego Sandersa?
I ważniejsze pytanie: czy sprawdziłaby się walce z Donaldem Trumpem i jego Partią Republikańską? Badania elektoratu potwierdzają słuszność strategii Sandersa. Oceniając na podstawie zaskakujących wyników z 2016 roku, ani medialne poparcie, ani wielkie pieniądze, ani tym bardziej program oparty na „sile spokoju”, nie gwarantują wygranej z kontrkandydatem oferującym populistyczną wizję Ameryki. Być może jedyne lekarstwo na zły populizm prawicy, stanowi dobry populizm lewicy.
Właśnie to stanowi o prawdziwej sile kampanii Berniego Sandersa, ale też rodzi największe zmartwienie dla establishmentu Demokratów i ich bogatych sponsorów.
Czy ewentualna prezydentura demokratycznego socjalisty naprawdę jest im bardziej na rękę niż przewidywalna kontynuacja „szalonego”, ale systemowo „bezpiecznego” Donalda Trumpa?
Super-Wtorek powinien rozwiać wiele tych i innych wątpliwości.

Impeachment po raz trzeci

16 stycznia 2020 r. rozpoczął się trzeci w historii Stanów Zjednoczonych proces o usunięcie prezydenta z Białego Domu. Proces odbywał się w Senacie a przewodniczył mu Prezes Sądu Najwyższego USA, John Roberts. Stu senatorów, którzy tworzyli swego rodzaju ławę przysięgłych zobowiązanych zostało do zachowania spokoju i do uważnego przysłuchiwania się toczącemu procesowi. Stronę oskarżycielską reprezentowało 7 demokratycznych kongresmenów pod przewodnictwem Adama Schiffa z Kalifornii.

Demokraci przedstawiali prezydentowi Donaldowi Trumpowi dwa zarzuty. Pierwszy dotyczył nadużycia władzy i utrudniania dochodzenia w tej sprawie. Chodziło m.in. o wywieranie nacisku na rząd Ukrainy, aby wszczął śledztwo przeciwko byłemu wiceprezydentowi Stanów Zjednoczonych, demokracie Joe Bidenowi. Administracja Trumpa uzależniała udzielenie pomocy wojskowej Ukrainie od spełnienia powyższego żądania. Drugi zarzut wiązał się z zakazem prezydenta Trumpa przekazywania przez członków jego administracji dokumentów żądanych przez demokratów i zakazem składania przez nich zeznań w czasie procesu o impeachment.
Za i przeciw
Społeczeństwo amerykańskie w momencie rozpoczęcia procesu Trumpa w Senacie było podzielone. Według ankiety CNN, 51 proc. Amerykanów opowiadało się za usunięciem prezydenta Trumpa z Białego Domu, a 45 proc. było przeciw.
Główny akt oskarżenia przedstawił kongresman Adam Schiff. W ponad dwugodzinnym wystąpieniu zarzucał prezydentowi, że nadużył on swej władzy prezydenckiej i utrudniał prace Kongresowi. Schiff żądał powołania dodatkowych świadków oraz dostarczenia przez rząd republikański dodatkowych dokumentów. Powoływał się przy ty na historyczne precedensy m.in. na jednego z Ojców Założycieli Stanów Zjednoczonych Aleksandra Hamiltona. „Prezydent Trump – mówił Schiff – korzystał z zagranicznej ingerencji w nasze demokratyczne wybory, nadużył władzy swego urzędu szukaj pomocy zagranicznej, aby poprawić swoje perspektywy wyborcze w kraju. A kiedy został przyłapany użył władzy swojego urzędu dla obstrukcji dochodzenia w sprawie swego nadużycia”.
W liczącym ponad 100 stron akcie oskarżycielskim demokraci domagali się uznania prezydenta Trumpa winnym nadużycia władzy i utrudniania wszczętego przez Izbę Reprezentantów śledztwa. Adam Schiff przekonywał senatorów, że prezydent Trump nie zasługuje na zaufanie i jeżeli zostanie uznany winnym stawianych mu zarzutów musi zostać usunięty z fotela prezydenckiego, ponieważ „chodzi o prawo i o prawdę. W przeciwnym razie przegramy”. Jeśli Senat pozwoli Prezydentowi uniknąć odpowiedzialności za tak ogromną obstrukcję – powiedział Schiff – odbije się to negatywnie na władzy Senatu i Izby Reprezentantów. Podkreślał, że Amerykanie chcą sprawiedliwego ponadpartyjnego procesu ponieważ wierzą w swój system polityczny. Zwracał również uwagę, że w tym procesie chodzi nie tylko o prezydenta Trumpa, ale chodzi także o demokratyczny charakter procesu wyborczego w USA i o zachowanie się przyszłych prezydentów kraju.
Niełaskawa historia?
Z oskarżeniem wobec Trumpa występował nie tylko Adam Schiff, ale także pozostałych 6 oskarżycieli demokratów z Izby Reprezentantów. Wszyscy oni rozważali i uszczegóławiali oskarżycielskie argumenty przeciw prezydentowi. Adam Schiff w swym końcowym słowie w poniedziałek 3 lutego powiedział, że „historia nie będzie łaskawa dla Donalda Trumpa”. Ostrzegł on również republikanów, że stracą reputację jeżeli nie będą mieli odwagi powiedzieć Trumpowi „dosyć tego”.
Dwa dni po rozpoczęciu procesu impeachment 18 stycznia 2020 r. głos zabrali obrońcy Trumpa. Trump zatrudnił w swojej obronie nie tylko prawników Białego Domu na czele z doradcą prawnym Pat Cipollone, ale również sięgnął po znanych prawników z poza rządu m.in. Alana Dershowitza. Przesłali oni do Senatu obszerny 110 stronicowy dokument, w którym określili impeachment wobec Trumpa jako akt polityczny, który należy odrzucić.
Oskarżamy
Doradca prawny prezydenta Mike Purpura przedstawił 6 głównych argumentów na rzecz odrzucenia aktu oskarżenia sformułowanych przez demokratów.

  1. Prezydent nie uzależnił pomocy militarnej dla Ukrainy od czegokolwiek. Zdaniem rządu amerykańskiego, pomoc wojskowa dla Ukrainy jest zupełnie odrębnym programem rządowym.
  2. Prezydent Wołodymyr Zełenski i przedstawiciele władz Ukrainy zaprzeczają, że Trump wywierał jakakolwiek presję na Ukrainę.
  3. Władze Ukrainy nie wiedziały o wstrzymaniu pomocy wojskowej USA w wysokości 400 mln dolarów w momencie rozmowy Trumpa z Zełenskim 25 lipca.
  4. Żaden świadek nie potwierdził, że prezydent Trump uzależnił pomoc wojskową Ukrainy od czegokolwiek.
  5. Ukraina nigdy nie zapowiadała śledztwa wobec Joe Bidena oraz w sprawie wyborów amerykańskich 2016 r.
  6. Prezydent Trump jest lepszym przyjacielem Ukrainy aniżeli jego poprzednik Obama, ponieważ udziela większej pomocy rządowi w Kijowie.
    Bezprawnie i bezczelnie
    Republikanie odrzucili w Senacie oskarżenia przedstawione przez demokratów a proces impeachmentu wobec prezydenta Trumpa uznali za „bezprawną i bezczelną próbę” zakwestionowania wyniku wyborów prezydenckich 2016 r. i za próbę wpłynięcia na wynik wyborów w 2020 r. „To niebezpieczny atak na prawo Amerykanów do swobodnego wyboru swojego prezydenta – głosił dokument republikanów. Republikanie w Senacie kategorycznie odrzucali zarzuty swych demokratycznych oponentów i odrzucali oba artykuły aktu oskarżenia. Obrońcy Trumpa twierdzili, że prezydent nie tylko nie złamała prawa amerykańskiego, ale działał w ramach kompetencji konstytucyjnych.
    Obrońca prezydenta w procesie w Senacie, Pat Cipollone poddał analizie oskarżenia demokratów i w konkluzji stwierdził, że „prezydent nie uczynił nic złego”. Również osobisty adwokat prezydenta Jay Sekulow wystąpił z takim wnioskiem. Republikańscy senatorowie pochwalili prawników prezydenta za aktywną obronę Donalda Trumpa w Senacie.
    Republikańscy obrońcy Trumpa w Senacie zarzucali demokratom, że wytoczyli proces prezydentowi, by osłabić jego szanse wyborcze w 2020 r. Uznali impeachment za „najbardziej masową ingerencję w wybory w historii Ameryki” – powiedział Pat Cipollone i dodał: „nie możemy na to pozwolić”. Jeśli przyjrzycie się faktom – mówił – „stwierdzicie, że prezydent absolutnie nie uczynił nic złego”. Obrońcy prezydenta w swych wystąpieniach twierdzili, że prezydent Trump nie popełnił żadnego złego czynu. Osobisty adwokat prezydenta, Mike Purpura demonstrował video pokazujące godne zachowanie prezydenta w czasie jego spotkań z wyborcami. Obrońcy prezydenta twierdzili, że proces impeachmentu jest nieuzasadniony i niesprawiedliwy wobec prezydenta. Osobisty adwokat prezydenta, Jay Sekulow robił aluzję, że może wystąpi z oskarżeniem wobec Joe Bidena i jego syna Huntera za ich działalność na Ukrainie na szkodę interesów Stanów Zjednoczonych.
    Gwarancja w przewadze głosów
    Obrońcy prezydenta w Senacie nie wdawali się w długie uzasadnienia swych poglądów. Byli pewni, że republikanie mając większość głosów w Senacie są gwarancją skutecznej obrony prezydenta. Republikańscy senatorowie wyrażali zadowolenie z postawy obrońców prezydenta twierdzili, że impeachment wobec prezydenta Trumpa jest procesem nie fair. Równocześnie zarzucali demokratom, że nie przedstawili przekonywujących dowodów uzasadniających ich oskarżenia i żądali uznania prezydenta Trumpa za niewinnego zarzucanych mu czynów.
    Po wystąpieniach obrońców prezydenta, przez 16 godzin pytania zadawali 29 stycznia senatorowie obu partii. Przy tym nie mogli zabierać głosu. Mięli obowiązek dostarczać pytania przewodniczącemu sędziemu Johnowi Robertsowi na piśmie. On zaś dokonywał selekcji tych pytań i głośno je odczytywał. Demokraci kierowali swoje pytania do menadżerów z Izby Reprezentantów, republikanie zaś do obrońców prezydenta w Senacie. Demokraci domagali się powołania dodatkowych świadków. Republikanie postulowali szybkie zakończenie procesu. Senatorowie Partii Demokratycznej powoływali się na badania opinii publicznej, które wykazywały, że 75 proc. ankietowanych Amerykanów opowiada się za powoływaniem dodatkowych świadków w senackim procesie impeachment, a 20 proc. jest przeciwnych.
    Świadkowie na dodatek
    W sumie senatorowie obu partii zadali ponad 90 pytań. Demokratyczni senatorowie w swoich pytaniach stwarzali szansę oskarżycielom rozwinięcia swoich tez, republikańscy senatorowie natomiast umożliwili obrońcom prezydenta przedstawienie dodatkowych argumentów przeciw zarzutom wobec prezydenta Trumpa.
    Demokraci domagali się powołania dodatkowych świadków, ale republikanie byli przeciwni. W głosowaniu wniosek demokratów przepadł 51:49, przy tym republikański senator Mitt Romney głosował za wnioskiem.
    We wtorek 4 lutego zawieszono posiedzenie Senatu, ponieważ prezydent Trump wygłosił w Kongresie orędzie o stanie państwa, swoje ostatnie w tej kadencji.
    Senat wyrokuje
    W środę, 5 lutego 2020 r. odbyło się ostateczne głosowanie w Senacie nad aktem oskarżenia uchwalonym przez zdominowaną przez demokratów Izbę Reprezentantów. Pierwsze oskarżenie dotyczyło nadużycia władzy przez prezydenta Trumpa. Przeciw oskarżeniu prezydenta głosowało 52senatorów. Za oskarżeniem opowiedziało się 48 członków Senatu. Jeden republikański senator M.H. Romney głosował razem z demokratami. Mitt Romney był pierwszym w historii USA senatorem, który głosował za usunięciem ze stanowiska członka swojej własnej partii. Drugi zarzut wobec prezydenta Trumpa dotyczył utrudniania parlamentarnego śledztwa. Za uniewinnieniem prezydenta głosowali wszyscy 53 republikańskich senatorów. Za winnego uznało prezydenta 47 demokratów. Aby usunąć prezydenta z urzędu potrzebne było 67 głosów senatorskich.
    W ten sposób zakończyła się trzecia w historii Stanów Zjednoczonych nieudana próba usunięcia prezydenta kraju ze stanowiska.
    Demokraci energicznie i bezskutecznie domagali się dopuszczenia do zeznań dodatkowych świadków. Zwłaszcza zależało im na zaproszeniu byłego doradcy prezydenta Trumpa w Białym Domu, Johna Boltona. Bolton w czasie procesu impeachmentu reklamował swoja książkę w druku, w której ponoć znajdowały się informacje obciążające Trumpa, zwłaszcza jego politykę wobec Ukrainy. Obrońcy prezydenta w procesie w Senacie zaprzeczali poglądom Boltona. „Żadne z rewelacji Boltona nie są prawdziwe, aby posądzać prezydenta o nadużycia władzy i przestępstwo z kategorii impeachmentu” – powiedział obrońca Trumpa Alan Dershowitz.
    Bezpieczny dystans Trumpa
    Donald Trump w czasie trwania procesu impeachment trzymał się zdala od niego, choć nie uniknął kłamliwych wypowiedzi. Wyrażał tylko parokrotnie zdziwienie pod adresem demokratów: „dlaczego oni robią to mi” i stanowczo zaprzeczał obu artykułom oskarżenia. Był zadowolony z komunikatu rządu, że w styczniu a więc w czasie, gdy trwały przygotowania aktu oskarżenia Trumpa o impeachment gospodarka amerykańska odnotowała sukces. Mianowicie przybyło 225 000 nowych stanowisk pracy, a stopa bezrobocia w kraju była niska.
    Biały Dom kontratakuje
    24 godziny po uniewinniającym prezydenta głosowaniu w Senacie, Trump przystąpił do ataku na swych oponentów politycznych. Nie zostawił suchej nitki na demokratach. Nazwał oskarżenia pod jego adresem „złem” i „korupcyjnym” aktem. Głównego oskarżyciela w procesie, kongresmana Adama Schiffa nazwał „złośliwym, strasznym człowiekiem”. Przewodniczącą Izby Reprezentantów Nancy Pelosi określił „straszną osobą” i wyraził wątpliwość „czy ona w ogóle się modli”. Polityków Partii Demokratycznej oskarżył, że „chcą zniszczyć nasz kraj”. „Wszyscy wiedzą – powiedział 6 lutego Donald Trump – że „moja rodzina, mój kraj, że wasz prezydent” został poddany straszliwej próbie przez bardzo nieuczciwych i skorumpowanych ludzi”.
    Demokraci ocenili, że powyższe wypowiedzi Trumpa świadczą, że prezydent nie wyciągnął żadnych słusznych wniosków i niczego się nie nauczył z procesu o impeachment. „W praktyce – pisał Maciej Czarnecki w Gazecie Wyborczej 7.02.br. – kolejny raz okazało się, że w impeachmencie bardziej chodzi o politykę niż o prawo. W procesie najważniejszy był nie sam wynik – ten od początku wydawał się przesądzony – ale to, jak zapamięta go opinia publiczna. Przecież już w listopadzie będą wybory, w których Trump powalczy o druga kadencję. Tym chętniej podczas procesu ustawiał się w roli ofiary, narzekał na ogromną niesprawiedliwość i „polowanie na czarownice”.
    Podobne opinie wyraziło wielu polityków i komentatorów amerykańskich. „Nie mamy powodów by wierzyć – powiedział kongresman demokratyczny z Florydy, Val Demings – że prezydent nauczył się czegokolwiek”. Również demokratyczni oskarżyciele Trumpa w swoich wypowiedziach po zakończeniu procesu zwracali uwagę, że prezydent nie nauczył się niczego w procesie w Senacie, nie wyciągnął żadnych wniosków a to oznacza, że będzie nadal zachowywał się tak, jak przed procesem.

Trzecia próba

Po raz trzeci w historii Stanów Zjednoczonych odbywa się próba usunięcia prezydenta kraju w drodze konstytucyjnego procesu zwanego impeachmentem. Po raz pierwszy miało to miejsce w 1868 r. w odniesieniu do prezydenta Andrew Johnsona. Drugi raz próbowano usunąć z Białego Domu prezydenta Billa Clintona w 1999 r.
Obie próby zakończyły się niepowodzeniem. Wszystko wskazuje, że podobnie będzie i tym razem, ponieważ decyzję o usunięciu prezydenta
ze stanowiska podejmuje Senat większością
2/3 głosów, a większość głosów w obecnym Senacie mają republikanie.

Procedurę usunięcia republikańskiego prezydenta Donalda Trumpa zainicjowała zdominowana przez demokratów Izba Reprezentantów glosami 228 za i 193 przeciw. Prezydent Trump jest oskarżony po pierwsze o nadużycie władzy, po drugie o utrudnianie działań Kongresu.
Izba Reprezentantów wyznaczyła siedmiu demokratycznych oskarżycieli pod przewodnictwem kalifornijskiego kongresmana Adama Schiffa, którzy w czwartek 16 stycznia przekazali Senatowi akt oskarżenia prezydenta Trumpa z wnioskiem o usunięcie go ze stanowiska, jeżeli w Senacie znajdzie się 67 senatorów potwierdzających zarzuty wobec prezydenta Trumpa.
W Senacie odbywa się proces sądowy pod przewodnictwem Prezesa Sądu Najwyższego USA Johna Robertsa, a stu senatorów pełni rolę ławy przysięgłych. Są więc oskarżyciele i są obrońcy. Oskarżyciele z Izby Reprezentantów już przedstawili w Senacie zarzuty wobec prezydenta Trumpa głośno czytając akt oskarżenia. Urząd zwany Government Accountability Office ponadpartyjny urząd, który ocenia działalność Kongresu oświadczył 16 stycznia, że administracja Trumpa złamała prawo zawieszając wsparcie finansowe dla Ukrainy, które Kongres przeznaczył na zwiększenie bezpieczeństwa tego kraju. Trump uzależnił wypłatę pieniędzy dla Ukrainy od rozpoczęcia przez władze tego kraju dochodzenia przeciw demokracie Joe Bidenowi rywalowi Trumpa w amerykańskich wyborach prezydenckich.
Prawo amerykańskie nie przewiduje ilu może być oskarżycieli. W procesie przeciwko prezydentowi Clintonowi w 1999 r. republikanie powołali 13 oskarżycieli. Trzech z nich zasiada dziś w Kongresie. Jeden z nich senator Lindsay Graham z Południowej Karoliny oświadczył ostatnio, że tym razem „zamiast przemawiania będę słuchał”.
W czasie rozprawy w Senacie obowiązują ściśle określone reguły zachowania zarówno senatorów jak również obywateli, którzy chcieliby odwiedzić Senat w czasie trwania procesu impeachmentu. Senatorowie obecni na sali w czasie procesu nie mogą posiadać telefonów komórkowych ani żadnych innych urządzeń elektronicznych. Nie wolno im rozmawiać z sąsiadami w ławach senatorskich. Nie wolno im czytać żadnych materiałów nie związanych z toczącym się procesem. Mają obowiązek uważnie słuchać tego co się dzieje na senackiej Sali rozprawy. Republikańska senator z Alaski Lisa Murkowski powiedziała ostatnio: „Cieszę się, że będziemy mogli siedzieć w naszych fotelach i uważnie słuchać co dzieje się na Sali”.
W czasie procesu impeachmentu wprowadzono ograniczenia w dostępie do Senatu nie tylko dla turystów, ale także dla cywilnych pracowników administracji Senatu. Pracownicy biur senatorskich otrzymają trzy wejściówki dziennie na galerię dla publiczności i jedną wejściówkę dla członka rodziny. W czasie trwania procesu w Senacie będą mogły odbywać się wycieczki zwiedzające Kapitol.
Trudno powiedzieć jak długo będzie trwała rozprawa w Senacie. Prawdopodobnie około tygodnia. Nie wiadomo również czy prezydent Donald Trump zechce pojawić się osobiście na rozprawie. Może, ale nie musi.

Trzecia próba usunięcia prezydenta USA ze stanowiska

Po raz trzeci w historii Stanów Zjednoczonych odbywa się próba usunięcia prezydenta kraju w drodze konstytucyjnego procesu zwanego impeachmentem. Po raz pierwszy miało to miejsce w 1868 r. w odniesieniu do prezydenta Andrew Johnsona. Drugi raz próbowano usunąć z Białego Domu prezydenta Billa Clintona w 1999 r. Obie próby zakończyły się niepowodzeniem.

Wszystko wskazuje, że podobnie będzie i tym razem, ponieważ decyzję o usunięciu prezydenta ze stanowiska podejmuje Senat większością 2/3 głosów, a większość głosów w obecnym Senacie mają republikanie.
Procedurę usunięcia republikańskiego prezydenta Donalda Trumpa zainicjowała zdominowana przez demokratów Izba Reprezentantów glosami 228 za i 193 przeciw. Prezydent Trump jest oskarżony po pierwsze o nadużycie władzy, po drugie o utrudnianie działań Kongresu.
Izba Reprezentantów wyznaczyła siedmiu demokratycznych oskarżycieli pod przewodnictwem kalifornijskiego kongresmana Adama Schiffa, którzy w czwartek 16 stycznia przekazali Senatowi akt oskarżenia prezydenta Trumpa z wnioskiem o usunięcie go ze stanowiska, jeżeli w Senacie znajdzie się 67 senatorów potwierdzających zarzuty wobec prezydenta Trumpa.
W Senacie odbywa się proces sądowy pod przewodnictwem Prezesa Sądu Najwyższego USA Johna Robertsa, a stu senatorów pełni rolę ławy przysięgłych. Są więc oskarżyciele i są obrońcy. Oskarżyciele z Izby Reprezentantów już przedstawili w Senacie zarzuty wobec prezydenta Trumpa głośno czytając akt oskarżenia. Urząd zwany Government Accountability Office ponadpartyjny urząd, który ocenia działalność Kongresu oświadczył 16 stycznia, że administracja Trumpa złamała prawo zawieszając wsparcie finansowe dla Ukrainy, które Kongres przeznaczył na zwiększenie bezpieczeństwa tego kraju. Trump uzależnił wypłatę pieniędzy dla Ukrainy od rozpoczęcia przez władze tego kraju dochodzenia przeciw demokracie Joe Bidenowi rywalowi Trumpa w amerykańskich wyborach prezydenckich.
Prawo amerykańskie nie przewiduje ilu może być oskarżycieli. W procesie przeciwko prezydentowi Clintonowi w 1999 r. republikanie powołali 13 oskarżycieli. Trzech z nich zasiada dziś w Kongresie. Jeden z nich senator Lindsay Graham z Południowej Karoliny oświadczył ostatnio, że tym razem „zamiast przemawiania będę słuchał”.
W czasie rozprawy w Senacie obowiązują ściśle określone reguły zachowania zarówno senatorów jak również obywateli, którzy chcieliby odwiedzić Senat w czasie trwania procesu impeachmentu. Senatorowie obecni na sali w czasie procesu nie mogą posiadać telefonów komórkowych ani żadnych innych urządzeń elektronicznych. Nie wolno im rozmawiać z sąsiadami w ławach senatorskich. Nie wolno im czytać żadnych materiałów nie związanych z toczącym się procesem. Mają obowiązek uważnie słuchać tego co się dzieje na senackiej Sali rozprawy. Republikańska senator z Alaski Lisa Murkowski powiedziała ostatnio: „Cieszę się, że będziemy mogli siedzieć w naszych fotelach i uważnie słuchać co dzieje się na Sali”.
W czasie procesu impeachmentu wprowadzono ograniczenia w dostępie do Senatu nie tylko dla turystów, ale także dla cywilnych pracowników administracji Senatu. Pracownicy biur senatorskich otrzymają trzy wejściówki dziennie na galerię dla publiczności i jedną wejściówkę dla członka rodziny. W czasie trwania procesu w Senacie będą mogły odbywać się wycieczki zwiedzające Kapitol.
Trudno powiedzieć jak długo będzie trwała rozprawa w Senacie. Prawdopodobnie około tygodnia. Nie wiadomo również czy prezydent Donald Trump zechce pojawić się osobiście na rozprawie. Może, ale nie musi.