Opozycja w USA? Nie stwierdzam

Nader chętnie i spontanicznie odczuwam empatię do tzw. narodu amerykańskiego. Ma ów bowiem przesrane jak my w Polsce, tylko wielokrotnie bardziej. Ze względu na to, że nie nigdy nie udało się tam powołać jankeskiej republiki ludowej, porządek cywilizacyjny obniżony jest w stosunku do tego, który znamy o kilka diapazonów. Brak jest na ten przykład systemu powszechnej opieki zdrowotnej, a publiczna edukacja występuje li tylko w niektórych stanach i to w szczątkowej formie. Dodatkowo szefem państwa jest ekscentryczny prawicowy szur, przy którym nasz Prezes di tutti capi jawi się niczym lekko sfrustrowane i neurotyczne, acz niegroźne książątko. Niemniej, obaj symbolizują wcale mroczną dekadencję nowoczesnej – jakkolwiek jednak przydatnej – państwowości jaką znamy i o jakiej nas nauczano.

Administracje prawicowych autorytarnych dziadów o mikroskopijnych kompetencjach politycznych mają jednak w sobie też coś z politycznej metafizyki.
Ich mandaty upływają na ogół w pasmach zarządczych i liderskich porażek przetykanych jednakowoż barokowo-bombastyczną propagandą, w którą sami niekiedy zdają się wierzyć, i nerwowymi ukłonami w stronę faktycznych dzierżawców władzy; w naszym wypadku w stronę Waszyngtonu, w wypadku Waszyngtonu, w stronę tamtejszych oligarchów. Klimat gęstnieje od tego okrutnie, estetyka, etyka i polityka zastąpione zostają brunatną pulpą, która napędza w społeczeństwie agresję i wrogość, a – co socjologicznie doprawdy ciekawe – w opozycji uwiąd.
Z Polski znamy to lepiej niż byśmy chcieli, z USA – mniej. Od kiedy Trump w 2016 roku zdetronizował Putina jako najbardziej bezmyślnie demonizowana przez światowe media persona, każdy, kto splunie na obecnego lokatora Białego Domu, uznawany jest natychmiast za wielką nadzieję białych i czciciela dobra. Zbliżające się wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych mogłyby, w obecnych okolicznościach, być okazją do wielkiego politycznego skoku dla Amerykanek i Amerykanów, jednak architektura tamtejszego reżimu nie daje im szans. Ubiegłotygodniowa konwencja wyborcza Partii Demokratycznej dowodzi tego ponad wszelką wątpliwość; była tyleż komiczna, co obraźliwa dla suwerena.
Przeprowadzana częściowo online okazała się benefisem politycznej reprezentacji oligarchii i jej urzędowego optymizmu z jednej strony oraz jawnego zakłamania o niespotykanej skali. Stała się też demonstracją ostatecznych granic cywilizacyjnych amerykańskiego systemu, który reprodukuje się w coraz bardziej dokuczliwej wersji. Demokraci mogliby wziąć hurtem całą władzę, na każdym szczeblu gdyby mieli choćby minimum czelności i odwagi, i zapowiedzieli objęcie wszystkich mieszkańców powszechnym ubezpieczeniem zdrowotnym. Gdyby zaś dorzucili do tego jeszcze wykup długów studenckich i likwidację czesnego oraz przedłużenie moratorium na eksmisje, zagwarantowaliby sobie władzę na jakiejś 10 następnych kadencji. Niedoczekanie.
Zamiast tego mamy naloty dywanowe na opinię publiczną z najtańszego agit-propu.
Na przykład burmistrz Nowego Jorku Andrew Cuomo powiedział, że wszystko będzie dobrze, dlatego, że “jesteśmy Ameryką, wygrywamy wojny i jesteśmy najlepszym państwem na kuli ziemskiej”. Jasne – ostatnio widać spektakularną “wygraną” w “wojnie” z SARS-CoV-2. Przedtem była Syria, Irak i Afganistan, a jeszcze wcześniej Wietnam. Nie należy także zapominać o dwóch tyleż słynnych, co szczególnych wojnach – tej z terroryzmem i z narkotykami.
Największym smutkiem napawała bodaj przemowa zdradzieckiego amerykańskiego socjaldemokraty Bernarda Sandersa, który obiecał (nie na swój rachunek, więc co mu tam), że “Joe odbuduje naszą zdewastowaną infrastrukturę”, jak również, że “podejmie walkę z zagrożeniami klimatycznymi poprzez przejście na w pełni ekologiczną energię w ciągu 15 lat”. Dziadkowi Berniemu udzieliła się chyba demencja “śpiącego Joe”, kandydata, którego tak żarliwie nagle poparł, bo wszak ów był za Obamy wiceprezydentem przez osiem lat i zrobił dokładnie zero, jeśli chodzi o inwestycje publiczne. Sam Obama zaś nie raz i nie dwa publicznie ekscytował się błyskawicznie rozrastającą się za jego kadencji siatką ropociągów.
Sanders zapewniał także, że “Joe ma plan rozszerzenia dostępu do opieki zdrowotnej i obniżenia cen leków receptowych”. Być może wie coś czego nikt inny nie wie, bo nic podobnego Biden nie zapowiadał, wręcz przeciwnie. A jeśli takowy rzeczywiście powstał, to z pewnością w zgodzie i w porozumieniu z mafiami farmaceutyczną i ubezpieczeniową, co w żaden sposób nie naruszy patologicznych fundamentów amerykańskiego systemu “opieki” zdrowotnej – korporacyjnej studni bez dna, która połykając rokrocznie kilkanaście procent federalnego PKB z budżetu i kasując obywatelki i obywateli na gigantyczne kwoty z tytułu “ubezpieczeń”, jest najmniej dostępna i wydajna na świecie (tudzież, spośród krajów rozwiniętych).
Najbardziej żenującą częścią wystąpienia Sandersa było przyrzeczenie wyborcom jakoby “śpiący Joe” miał skończyć z patologią w systemie sądownictwa i więziennictwa. Jasne! Zapomniał tylko dodać, naprawdę szkoda, że to właśnie Biden jest jednym z jej architektów. Staremu Sandersowi coś może styki pamięciowe słabną, więc przypomnijmy, przy okazji i polskim zawodowym obrońcom demokracji i praworządności, że to właśnie on jest autorem słynnego Crime Bill z 1994 roku (za Clintona), który wzmógł masową inkarcerację do stopnia czyniącego z USA największą kolonię karną na świecie.
Potem Michelle Obama powiedziała, że ostatnio dużo myśli o empatii o tym jak jest potrzebna. I to by było na tyle, jak mawiał ongiś pewien satyryk.


Znany amerykański lewicowy dziennikarz Greg Palast twierdzi, że Donald Trump wygra listopadowe wybory; argumentuje to działaniami jego urzędników masowo odbierającym – pod idiotycznymi pretekstami i za pomocą praw sfalandyzowanych do entej potęgi – prawo głosu. Wydał na ten temat nawet wyjątkowo ciekawą książkę obrazującą zupełny, nie tyle upadek, co wręcz niebyt zjawiska powszechnie znanego jako “amerykańska demokracja”.
Niemniej, Jak wynika z powyżej załączonego obrazka, nawet bez tych manipulacji elekcyjnych, Trump może przegrać jedynie sam ze sobą.

O pożytkach z istnienia Georgetty Mosbacher

Aktywność ambasadorki USA w Polsce, Georgette Mosbacher, naprawdę imponuje. „Jestem dumna, że mogę służyć jemu [Donaldowi Trumpowi – przyp. red.] oraz Amerykanom tutaj, w Polsce” powiedziała Mosbacher w wywiadzie dla swojej ulubionej amerykańskiej telewizji TVN. Bardzo chciałbym podzielać tę dumę, ale nie potrafię, ponieważ wiele wskazuje na to, że służba ta przynosi dość słabe efekty.

Jest zadaniem ambasadora dowolnego państwa zapewnienie jak najlepszych relacji z państwem gospodarzem w zastanej sytuacji. Zapewne mieści się w tej misji dbanie o dobre warunki rozwoju firm z kraju ambasadora. Czym innym jest jednak poruszanie się po polu dyplomacji z wdziękiem, dyskrecją i skutecznością, a czym innym takie zachowanie wobec kraju gospodarza, przy którym walenie młotkiem w kolano to szczyt subtelności. Mosbacher wybiera jednak tę drugą metodę, z ogromną skutecznością osiągając kilka celów naraz: okrywając się śmiesznością, kompromitując swój urząd, budząc irytację zwykłych ludzi i zażenowane zakłopotanie nawet wśród najzagorzalszych lokajów amerykańskich wpływów w Polsce, a tych mamy wśród polskich elit pokaźny regiment.
Już list do premiera Morawieckiego, z błędami w nazwiskach polskich polityków i odręcznym dopiskiem, który można było odczytać jako groźbę wobec niepodporządkowania się jej poleceniom był niezłym wejściem, tym bardziej, że stał się publicznie dostępny. Potem doszła również publiczna i niezgrabna próba obrony amerykańskiego medium TVN przed z pewnością chamską krytyką ze strony mediów publicznych, która jednak nie oznacza, że amerykańska ambasadorka powinna zająć się podmiataniem gówien na rynku medialnym w Polsce. Następnie znów wcieliła się w role protektora i adwokata TVN-u. Potem, bez konsultacji z nikim, wyrywając się przede szereg, zaprosiła amerykańskich żołnierzy z Niemiec do Polski, tworząc kolejne ognisko napięcia międzynarodowego. A teraz, podczas szczytu Unii Europejskiej, raczyła z dyskredytującą ją gorliwością wziąć Polskę w obronę twierdząc, że „wiele z ataków wobec Polski dotyczących wartości demokratycznych jest przesadzonych”. Abstrahując od tego, że wzięła się z pouczanie Unii Europejskiej wtedy, kiedy relacje między UE a USA są dość chłodne, to na dodatek dała wyraźny sygnał, że niewiele rozumie z tego, co się dzieje w kraju, w którym przyszło jej sprawować swe namiestnikostwo. Jeżeli Mosbacher uważa, że ataki dotyczące naruszania wartości demokratycznych są „przesadzone”, to można domniemywać, że zaczęłaby się nimi przejmować dopiero wtedy, gdy po ulicach maszerowałyby bojówki ze swastykami na rękawach.
Dobrze, że jest Mosbacher. Dzięki temu widać jak na dłoni twarz USA – prymitywnego stójkowego, któremu wydaje się, że walenie pałą jest jedynym sposobem na uprawianie polityki.
Skrajnie prawicowa Konfederacja zażądała, by Mosbacher uznać za persona non grata. Nic jej to nie kosztuje, nie przyniesie żadnego skutku dyplomatycznego poza jednym – nabije Konfederacji kolejne punkty u wszystkich tych, którzy czują się, że ambasadorka USA już dawno przekroczyła granice dobrych obyczajów dyplomatycznych i zwykłego dobrego wychowania, traktując Polskę jak podporządkowany Stanom Zjednoczonym bantustan. Szkoda, że żadna partia opozycyjna nie wpadła na ten pomysł. Widocznie służalczy proamerykanizm jest tak zakorzeniony w ich duszach, że blokuje pracę mózgu.

Biden faworytem

3 listopada, odbędą się w USA wybory prezydenta, Izby Reprezentantów oraz trzydziestu pięciu senatorów (33 członkom stuosobowego Senatu kończy się sześcioletnia kadencja, jeden senator zmarł w trakcie kadencji, jeden senator zrezygnował z powodu problemów zdrowotnych).
Gdyby wybory odbyły się teraz, kandydat Partii Demokratycznej Joe Biden niemal na pewno uzyskałby co najmniej 334 głosy elektorskie z 538 (w porównaniu z wynikiem Hillary Clinton sprzed czterech lat, wygrałby dodatkowo w stanach Arizona, Floryda, Michigan, Karolina Północna, Pensylwania, Wisconsin i jednym z okręgów stanu Nebraska), kandydat Partii Republikańskiej, obecny prezydent USA Donald Trump niemal na pewno uzyskałby co najmniej 131 głosów elektorskich. Nawet socjalista Bernie Sanders, dopóki ubiegał się o nominację Partii Demokratycznej, miał w ogólnokrajowych badaniach sondażowych przewagę kilku punktów procentowych nad Trumpem.
Partia Demokratyczna niemal na pewno utrzyma bezwzględną większość w Izbie Reprezentantów, najprawdopodobniej będzie miała o 4 – 5 mandatów senatorskich więcej, w porównaniu z obecnym składem Senatu. Oznaczałoby to 49 – 50 demokratycznych senatorów, co przy uwzględnieniu dwóch współpracujących z Demokratami senatorów niezależnych (jednym z nich jest Sanders) dałoby również większość bezwzględną.
Polacy wybrali Andrzeja Dudę prezydentem na kolejną kadencję, Amerykanie wybrać dudopodobnego kandydata prezydentem na kolejną kadencję nie zamierzają. Kilka lat wazeliniarstwa polityków Prawa i Sprawiedliwości pójdzie na marne. Swoją drogą, gdyby w Polsce obowiązywały amerykańskie zasady przeliczania głosów wyborców na głosy elektorskie, gdzie wszyscy elektorzy z danego stanu/województwa reprezentują zwycięzcę, to Trzaskowski pokonałby Dudę w stosunku mniej więcej 55 do 45, a gdyby wyborców głosujących za granicą doliczono do wyborców z województwa mazowieckiego, w stosunku mniej więcej 2 do 1. Skoro zamierzamy przyjąć kilka tysięcy amerykańskich żołnierzy przenoszonych z Niemiec, można też było przenieść jednorazowo do Polski amerykańską ordynację wyborczą…

Pożegnanie z Fortem

Stałej bazy wojsk amerykańskich w Polsce nie ma. I nie będzie.
Miało być tak. Dalekie kresy atlantyckiej Europy. Ostatnia flanka zachodniej demokracji. Oparty o skraj lasu, otoczony jeszcze polskim błotem, stoi dumnie Fort zbudowany z ociosanych pali.
Górują nad nimi maszt i wieża obserwacyjna. Maszt dzierży łopocące na wietrze sztandary. Czwartej Rzeczpospolitej i bratniej USA. Na wieży stoi ubrany w traperska czapkę ozdobioną ogonem jenota pan minister Krzysztof Szczerski. Wielką lornetką przeczesuje sąsiednie tereny dzikiej Rosji. Szuka tam zamaskowanych pancernych dywizji gotujących się do marszu na Warszawę.
Potem miało być ciut inaczej. Przejeżdżały z Niemiec grube tanki. Nagle stop. Bramka powitalna stoi. To pan prezydent Duda chlebem i solą wita amerykańskie wojsko, a stojący za nim pan minister Blaszczyk cieszy się wielce. Welcome, wilkomen, mówią.
A z tylniego siedzenia pan prezes Kaczyński przyjaźnie im macha, choć kolano znów go boli.
Teraz już wiadomo, że „Fort Trump” to był wielki pic elit PiS. Na użytek pro amerykańskich wyborców. Co potwierdziło się podczas ostatniej, przedwyborczej wizyty pana prezydenta Dudy u prezydenta Donalda Trumpa. Kiedy amerykański prezydent dziwił się wielce słysząc „Fort Trump”.
Wówczas kolejnym wyborczym picem była propozycja przemieszczenia amerykańskich wojsk z Niemiec do Polski. Na koszt polskich podatników rzecz jasna, czyli nas. Propozycja znowu bezkrytycznie kupiona i upowszechniana przez polityków i media PiS. Bez kalkulacji posiadanych sił i środków.
Bez przypomnienia, że stała baza wojsk amerykańskich wymaga najpierw zakupu dużego gruntu. Bo zgodny z amerykańskimi standardami obiekt to nie tylko wojskowe koszary. To także budynki administracyjno- biurowe. Magazyny, garaże, warsztaty remontowe. To odpowiednia stołówka, kantyny, sklepy, kioski, poczta. To lekarze, pielęgniarki, fryzjerzy, fryzjerki i kosmetyczki. Bo w armii USA służą też kobiety. To siłownie, basen, hale sportowe. I boisko do bejsbola też. Bo Amerykanie używają kijów bejsbolowych również do gry. Do tego jeszcze kilka kaplic chrześcijańskich. Jeden meczet przynajmniej, i jedna bożnica.
Bo amerykańskie wojsko jest Multi kulti i Multi religijne. Multi rasowe też. I multi seksualne również. Zatem w gminie, która dumnie ogłosiła się „Strefą wolna od LGBT” amerykańscy obrońcy europejskiego pokoju stacjonować nie mogą.
Do tego wojskowego kompleksu trzeba by jeszcze wybudować całe osiedle dla rodzin wojskowych. Też rodzin wielorasowych, też nie tylko heteroseksualnych.
Osiedle rzecz jasna z przedszkolami, szkołami, sklepami, salami koncertowymi, kinami. Osiedle strzeżone. Bo przecież gdyby polski narodowo- katolicki patriota napotkał czarnoskórego, albo „ciapatego” chłopaka, który mówi po amerykańsku, albo po niemiecku, bo się tam nauczył, w kraju zawierzonym Maryi Zawsze Dziewicy, kraju gdzie nikt nie będzie nam mówił w obcych językach co mamy robić, to narodowo – katolicki patriota dałby temu czarnuchowi takie bęcki, że znowu mielibyśmy wojnę światową. Tym razem polsko- amerykańską.
Z kampanii na ziemię
Przez najbliższe 3 lata nie będziemy mieli w Polsce kampanii wyborczych. Zatem możemy już dyskutować szczerze i merytorycznie.
Polskich podatników nie stać na wybudowanie stałej bazy dla wojsk amerykańskich. To inwestycja poważniejsza i bardziej kosztowna niż Centralny Port Lotniczy połączony kanałem z Mierzeją Wiślaną. Zauważcie tylko, że wszystkie większe koszary i obiekty wojskowe w naszym kraju to są zmodernizowane budowle poniemieckie lub porosyjskie. Zmodernizowane i przebudowane zwykle przez Armię Radziecką. I wyremontowane przez ostatnie 30 lat przez wojsko polskie. Polsce nie potrzebna jest amerykańska stała baza wojskowa. Polsce też nie potrzebny jest wędrujący, niczym cygański tabor, wielotysięczny kontyngent amerykańskich wojsk. Zwłaszcza w czasie zarazy korona wirusem i jej nawrotów.
Te, obecne już tu. amerykańskie wojska potrzebne są administracji waszyngtońskiej w grach politycznych z Rosją o wpływy na Ukrainie. Bo tylko na Ukrainie może dojść do lokalnej wojny o utrzymanie rosyjskich wpływów w państwie ukraińskim. O utrzymanie tam rosyjskiej strefy buforowej dzielącej ją od państw NATO.
Jeśli wyjdziemy z polskiego kurnika na międzynarodową arenę, to bez trudu zauważymy, że najpoważniejszym obecnie globalnym konfliktem jest i będzie rywalizacja USA- Chiny. I ten konflikt będzie się w przyszłości zaostrzać. Będzie decydować o przyszłych sojuszach gospodarczych i militarnych.
Politycy polscy wychowani w duchu głupiego antykomunizmu patrzą na świat przez perspektywę ostatnich wojen ideologicznych i militarnych. Przez duopol dawnej „zimnej wojny”. Rywalizacji „bloku radzieckiego” z państwami Zachodu.
Ale teraz podobnego duopolu nie ma i pewnie go nie będzie. Teraz oprócz dwóch globalnych, konkurujących mocarstw mamy jeszcze mocarstwową gospodarczo Unię Europejską i mocarstwową militarnie Rosję. Do tego lokalne mocarstwa jak Indie, Brazylię, Iran, Izrael, Turcję. I Wielką Brytanię, która po brexicie szuka swej pozycji w światowej skali.
Ostatnie mocarstwowe obudzenie się Chin spowodowało wiele zawirowań w dotychczasowym ładzie międzynarodowym i układach sojuszniczych.
Unia Europejska, zwłaszcza Niemcy i Francja, chciały by nadal mieć dobre relacje gospodarcze z Chinami. Zwłaszcza, że Unia nie ma konfliktów terytorialnych z nimi. I jednocześnie utrzymać sojusz militarny z USA.
Rosja ciągle prowadzi tradycyjną wojnę propagandową z USA i propagandową miłość z Chinami. Ale jedynie ze strony chińskiej może w przyszłości dojść do zmiany jej granic. Do odzyskania przez Chiny straconych w XIX wieku na rzecz Rosji chińskich terytoriów.
Polska, wbrew propagandzie uprawianej przez elity PiS, nie jest celem rosyjskich zagonów pancernych. Nie mamy z Rosją sporów terytorialnych. Mniejszość rosyjska żyjąca w Polsce liczy około 30 tysięcy. Jest nieco większa od chińskiej, i nieco mniejsza od wietnamskiej.
Rosja dba rzecz jasna o utrzymanie w Polsce swych wpływów, nawet teraz kiedy stosunki rosyjsko-polskie są wyjątkowo złe. Ale czyni to na innych polach. Ekonomicznym i propagandowym.
Tak naprawdę Polsce nie zagrażaną rosyjskie tanki, tylko rosyjskie rakiety średniego zasięgu. Jeszcze niedawno ograniczane traktatem Intermediate Forces Treaty, w skrócie INF Treaty. Ale wypowiedzianym niedawno przez prezydenta Trumpa, bo stroną traktatu nie były zbrojące się obecnie na potęgę Chiny.
Mamy zatem sytuację, kiedy zbrojenia Chin i zerwanie przez USA traktatowego hamulca ograniczającego zbrojenia w USA, i w Rosji też, rykoszetem uderzyły w bezpieczeństwo Polski i innych państw Europy Środkowo – Wschodniej. Tymczasem rząd PiS wydaje gigantyczne sumy z naszego budżetu na zakup niepotrzebnych nam samolotów F-35. Nie tworzy zaś niezbędnych naszemu bezpieczeństwu zrębów polskiej obrony przeciw rakietowej. Ani tej militarnej, ani nawet tej traktatowej.
Tworzy za to na potęgę propagandowe mity o „Forcie Trump”, o zapraszaniu amerykańskich uchodźców wojskowych z Niemiec, o cudownych samolotach F-35, których Turcja kupić nie chciała.

A jeśli prezydenckie wybory wygra Joe Biden, to administracji USA nie będzie się nawet chciało kłamać o planowanej, stałej obecności wojsk USA w Polsce.

I tak po polityce obronnej PiS zostaną nam jedynie rachunki za niepotrzebne, niekompatybilne, wiele kosztowne myśliwce F-35. Do zapłacenia przez przyszłe pokolenia polskich podatników. Rządzonych już przez nowych polityków.

Przedwyborcze zabijanie

Po 17 latach przerwy, federalna administracja amerykańska postanowiła wrócić do tradycji egzekucji przedwyborczych. 77 proc. Amerykanów głosujących na Partię Republikańską popiera karę śmierci. 2020 jest rokiem wyborów prezydenckich, więc departament sprawiedliwości przygotował cztery egzekucje tego lata. Pierwsza ma mieć miejsce dzisiaj.

Zwykle kara śmierci i jej egzekucja odbywa się na poziomie stanów, lecz czasem orzekają ją sądy federalne, jak w przypadku 47-letniego Daniela Lee, skazanego w 1999 r. za udział w morderstwie rodziny sprzedawcy broni – pary dorosłych i 8-letniej dziewczynki. Główny sprawca mordu dostał dożywocie, ale Lee skazano na śmierć, co do dzisiaj budzi kontrowersje. Lee zostanie uśmiercony zastrzykiem pentobarbitalu w więzieniu w Haute Terre w stanie Indiana, jeśli Sąd Najwyższy w ostatniej chwili nie zawiesi wykonania kary.
Na pomysł powrotu do egzekucji wyborczych wpadł szef departamentu sprawiedliwości Bill Barr, który uważa, że rytualne zabicie kilku więźniów pomoże Donaldowi Trumpowi wygrać wybory w listopadzie. Sam Trump jest zwolennikiem kary śmierci np. za zabójstwo policjanta lub przemyt narkotyków, ale w ubiegłym tygodniu dostał list od rodziny ofiar, która domaga się zmiany wyroku na dożywocie. Matka kobiety zabitej ćwierć wieku temu Earlene Peterson zwróciła się do Trumpa jako jego wyborczyni: „Egzekucja Daniela Lee przyniesie naszej rodzinie tylko więcej bólu”.
Możliwości odroczenia wykonania kary nie ma zbyt wiele. Sąd odrzucił już argumentację rodziny ofiar, że uczestnictwo w zabiciu więźnia może ją narazić na zarażenie koronawirusem, bo widzów jest zawsze wielu: personel penitencjarny, adwokaci, rodziny ofiar i sprawców, dziennikarze, duchowni… Ostatnie słowo ma wypowiedzieć Sąd Najwyższy, do którego odwołała się 93-letnia dziś Earlene Peterson. Obrona Lee próbuje zatrzymać egzekucję poprzez kwestionowanie procedury, ale są na to bardzo małe szanse.

Ameryka, Ameryka

Tydzień po amerykańskim święcie narodowym, tym razem nie był w Stanach Zjednoczonych okresem tradycyjnej letniej kanikuły.

Mniej parad, fanfar, fajerwerków i grilla – 4 lipca w Stanach Zjednoczonych był skromniejszy niż zwykle. W ogrodzie Białego Domu w Waszyngtonie, otoczonym ściśle przez policję, prezydent Donald Trump ogłosił jednak zwycięstwo:
Trump walczy z marksistami
„Właśnie wygrywamy z radykalną lewicą, z marksistami, anarchistami, wywrotowcami i rabusiami”. Stali oni setki metrów dalej, za kordonem policji.
Wyliczanka Trumpa miała ucieleśniać antyrasistowskich manifestantów, którzy dają o sobie znać na ulicach od policyjnego zaduszenia George’a Floyda w Minneapolis, pod koniec maja. Jego zdaniem, niepokoje są podsycane przez wrogie media Demokratów, które „bezpodstawnie zarzucają rasizm swym opozycjonistom”. Na National Mall w Waszyngtonie byli pro i anty-Trumpowcy. Według transpłciowej zwolenniczki obecnego prezydenta Kristy Pandory Greczowski, obrzuconej głośno obelgami przez anty-Trumpowców, „zamiast zjednoczenia, są podziały jak na wojnie”.
Black Lives Matter Plaza, kawałek ulicy, który stał się epicentrum kontestacji i gdzie zgromadzili się ludzie, komentował przechwałki miliardera. Trump wygrażał Chińczykom, że epidemia to przez nich, że powinni „odpowiedzieć”. Jednocześnie minimalizował problem covid-19: „Poczyniliśmy znaczne postępy, nasza strategia działa. Do końca roku wszystko będzie załatwione, będzie lekarstwo lub szczepionka.” Same triumfy.
Manifestanci mogli potem oglądać „monumentalne” fajerwerki, jakby Ameryka wygrała wojnę. Latały samoloty stare i nowe, duma rozpierała pierwszy rząd widzów w ogrodzie otoczonym przez siły bezpieczeństwa. Joe Biden, konkurent Trumpa, w tym czasie przekonywał, że w USA panuje „systemowy rasizm”, podczas gdy „wszyscy rodzimy się równi”. To on prowadzi w sondażach, na cztery miesiące przed głosowaniem. Ok. 20 organizacji wezwało do manifestacji w stolicy, przed memoriałem Lincolna, skąd w 1963 r. Martin Luther King wygłosił słynne przemówienie „I have a dream”.
Fala morderstw w Nowym Jorku
W czasie weekendu święta narodowego 4 lipca w Nowym Jorku doszło do 45 strzelanin, w których zginęło 11 osób. Normalnie, o tej porze roku występuje średnio ok. 15 wymian ognia na weekend. W czerwcu ich liczba wzrosła o 130 proc. w stosunku do czerwca zeszłego roku. Zdaniem policji winne są ostatnie reformy policji, ograniczające jej budżet.
Terence Monahan, szef nowojorskich policjantów, skrytykował przede wszystkim „szalone” rozporządzenie miasta, które zabrania siedzenia na plecach zatrzymanych. Główną jednak przyczyną wzrostu strzelanin jest jego zdaniem nienawiść do policji wyrażana na antyrasistowskich manifestacjach, co miało fatalnie obniżyć morale „stróżów prawa”. Dodatkowe przyczyny to według niego opróżnianie więzień w czasie epidemii, zawieszenie pracy sądów oraz zmniejszenie budżetu policji.
Burmistrz Nowego Jorku, demokrata Bill de Blasio, widzi to inaczej. Strzelaniny wzrosły głównie dlatego, że sądy były zamknięte, a to przez pandemię: „To są społeczne efekty przebywania miesiącami w zamknięciu, podczas gdy działalność gospodarcza jeszcze nie wróciła do formy” – wyjaśniał. W miniony weekend w Stanach zginęło od kul pięcioro dzieci. 6-letni chłopiec w San Francisco, 7-letnia dziewczynka w Chicago, 8-letni chłopiec w Alabamie, 11-letni w Waszyngtonie. W Minnesocie zastrzelono kobietę zaraz po porodzie.
Prezydent Trump jest po stronie policji. Strzela tweetami z Białego Domu, że to wszystko wina demokratów, burmistrzów wielkich metropolii, którzy zdecydowali się na reformy pod naciskiem manifestacji anty-policyjnych. Jego zdaniem, demokratom chodzi o „chronienie kryminalistów”. Miasto odebrało policji ponad miliard dolarów, który ma przeznaczyć na prace społeczne, pomoc mniejszościom i pokrzywdzonym.
Budżet wojskowy zwiększony o miliardy dolarów
Komisja Przydziałów Budżetowych Kongresu USA, zdominowana przez Demokratów przedstawiał propozycje budżetu wojskowego na przyszły rok. Nie żałują pieniędzy.
Ogólny budżet wojskowy miałby wynieść 694,6 miliarda dolarów czyli, o 1,3 miliarda więcej niż w tym roku. 162,3 miliarda byłoby przeznaczone na osobową część sił zbrojnych, przy jednoczesnym założeniu, że liczba wojskowych zwiększy się o 12 tysięcy ludzi, do 1 351 000 żołnierzy. W rezerwie pozostanie 802 tysiące żołnierzy. 140,1 mld zostałaby przeznaczona na zakup uzbrojenia, w tym na 91 myśliwców najnowszej generacji F-35, 12 najnowocześniejszych samolotów F-15EX i 9 okrętów dla US Navy. Na prace nad nowymi rodzajami broni Kongres chciałby przeznaczyć aż 104 miliardy dolarów.
Nie obyło się bez „pomocy” swoim najwierniejszym sojusznikom: o 25 milionów dolarów miałaby zostać zwiększona pomoc dla armii ukraińskiej – do 275 milionów dolarów. Pieniądze te byłyby przeznaczona przede wszystkim na szkolenia, logistykę, uzbrojenie i przygotowanie służb wywiadowczych i szpiegowskich.
Demokratyczni kongresmeni nie byliby sobą, gdyby nie wprowadzili zakazu budowania za wojskowe pieniądze ściany na granicy z Meksykiem, sztandarowej obietnicy Trumpa z czasów kampanii wyborczej. Zakazuje się także finansowania z tych pieniędzy zagarnięcia pól naftowych w Iraku i Afganistanie i budowania tam baz, a także przeprowadzania prób jądrowych , które „nie są niezbędne”. Zabrania także sprzedawania Turcji myśliwców F-35.
1 milion dolarów przeznaczono na zmianę nazw wojskowych obiektów, dróg i ulic nazwanych na cześć wodzów i oficerów Konfederacji.
Raper Kanye West na prezydenta
Czarny raper i producent muzyczny Kanye West ogłosił, że będzie kandydować w najbliższych wyborach prezydenckich, między republikańskim Trumpem, a demokratą Bidenem. W 2016 r. gwiazdor hip-hopu, mąż Kim Kardashian, wzywał do głosowania na Trumpa. Cztery lata później prezentuje swój program polityczny: „coś między Trumpem a Sandersem”.
West miał przykry wypadek, wykrywacze metali dzwonią na lotniskach, bo szczękę mu załatano stalą. Odtąd stał się bardzo religijny, nagrywał albumy w stylu Jesus is King. Jednocześnie upewnił się, że zostanie prezydentem Stanów Zjednoczonych. W jednym z kawałków – Facts (Charlie Heat Version) – prorokuje, że to się stanie w tym roku. Dał dwa miliony dolarów dla czarnych rodzin pokrzywdzonych przez amerykańską policję.
Westa śledzi na Twitterze ok. 30 milionów Amerykanów. Mogli się dowiedzieć, że „Musimy teraz spełnić obietnice Ameryki, ufając Bogu, jednocząc nasze wizje, budując przyszłość”. Po tej propozycji dodał, że jest kandydatem. Miliarder Elon Musk od razu go „w pełni” poparł, choć wcześniej niektóre media zastanawiały się nad zdrowiem psychicznym muzyka.
43-letni Kanye West ma zamiar odebrać Bidenowi jego czarny elektorat, tradycyjnie skierowany na Demokratów. Nie dementuje pogłosek ze swego otoczenia, że Biden jest „prawdziwym zombie”, niebezpiecznym dla ludzi. Kandydat Demokratów wypalił w maju do czarnego dziennikarza, że jeśli nie chce nań głosować, to „nie jest czarny”. Ktoś to przetłumaczył: „Jeśli jesteś czarny, Biden – twój pan, każe ci głosować na siebie. Bez gadania, bo jesteś niewolnikiem.” – były wiceprezydent u Obamy stracił wśród czarnej mniejszości.
West pewnie pomoże Trumpowi i przy okazji wzmocni swój przekaz. Jego ostatni kawałek – Wash Us In the Blood – z mocnymi konotacjami biblijnymi i rodzajem modlitwy do Ducha Świętego, odnosi się do antyrasistowskich manifestacji po śmierci George’a Floyda. Jego program jest na razie mglisty – „celować w gwiazdy, lądować w chmurze, gdy się nie uda”.

Trump – kiepsko w sondażach

74-letni miliarder Donald Trump, człowiek, który prawie cztery lata temu niespodziewanie pokonał w wyborach prezydenckich Hillary Clinton z Demokratów, wylądował w wigilię amerykańskiego święta narodowego u stóp Góry Rushmore w Południowej Dakocie, by zrobić sobie zdjęcie na jej tle. Były ognie sztuczne, a tłum wiwatował, gdy powiedział do mikrofonu „Powiemy prawdę taką, jaka jest, bez przepraszania: Stany Zjednoczone są najsprawiedliwszym i najbardziej wyjątkowym krajem w historii świata.”

„Cztery lata więcej, cztery lata więcej!” – skandowała oddana mu w tym regionie publiczność, zazwyczaj biała, nieufna i uzbrojona. Pod kamiennymi spojrzeniami czterech b. prezydentów USA Waszyngtona, Jeffersona, Lincolna i Roosevelta, Donald Trump krytykował niszczenie konfederackich pomników tj. obrońców niewolnictwa czarnych, które wiąże się z falą manifestacji antyrasizmu, wywołaną skandalicznym uduszeniem czarnego George’a Floyda.
„To kampania, której celem jest zatarcie naszej historii, obraza naszych bohaterów, zniszczenie naszych wartości i indoktrynacja naszych dzieci” – mówił jak wystraszony, zahukany kowboj, jakby prezentował prześladowaną mniejszość. Jest odwrotnie, ale to się podobało.
To słabo zaludniony stan, gdzie 60 proc. wyborców głosowało na niego w 2016, a gubernator Kristi Noem reprezentuje Republikanów. Trump trąbił przez głośniki, że wszystko gra, uśmiechnięty rozdawał obiecanki: epidemia jest „pod kontrolą” i nie warto o niej mówić, a gospodarka restartuje „mocniej i szybciej” po kryzysie tak, że przyszły rok będzie „historyczny”.
W tym czasie, po drugiej stronie ulicy, manifestacja miejscowych Siuksów protestowała przeciw organizacji wiecu wyborczego bez pytania. Indianie z Black Hills uważają, że ich święta góra została radykalnie zepsuta głowami prezydentów USA. Trzy lata temu Trump sondował, czy dałoby się dołożyć jego głowę, ale nie wyszło i szanse na to są niewielkie. Dyrekcja parku narodowego tłumaczyła, że dodatkowe prace na ich terenie, ustalonym w 1945 r. przez rzeźbę Borgluma, są zabronione.
Rzeźbiarz Gutzon Borglum chciał uwiecznić w tym skrócie „ideały amerykańskie”, lecz, jeśli spojrzeć na tych prezydentów w nieco inny sposób, każdy z nich jest bandytą. New York Times , który popiera Demokratę Bidena, próbował w ten hurrapatriotyczny wiec wyborczy uderzyć informacją, że ostatnia narzeczona najstarszego syna prezydenta ma wirus covid-19. Trump sporo przegrywa w sondażach do swego trupo-podobnego konkurenta, niektóre media donoszą nawet, że może zrezygnować z kandydowania. Póki co, kampanię rozpoczyna odbieraniem hołdów.

Polska na sprzedaż

Opis polskiej polityki zagranicznej wymyka się pojęciom używanym podczas racjonalnego opisu świata. Zespół sprzęgniętych ze sobą symboli zastępujących rzeczywistość, zaklęcia wzięte z sufitu, historyczne kalki niemające żadnego zastosowania do współczesności plus histeryczne reakcje pod adresem każdego, kto poddaje w wątpliwość tę całą konstrukcję. Nawet jednak w tych odmętach szaleństwa pachnących środkami dezynfekcyjnymi szpitala dla umysłowo chorych, stosunek do USA jest czymś absolutnie wyjątkowym. Określenie zachowania polskich elit politycznych słowem „lokajskie” jest najłagodniejszym z możliwych. Dalej zaczynają się określenia, których przyzwoity człowiek nie powinien używać publicznie.

Jeżeli Andrzej Duda, na kilka dni przez wyborami był przekonany, że namaszczenie z USA pomoże mu w zwycięstwie, to nic nikomu do tego. Wolność kompromitowania się jest wciąż jeszcze jedną z najważniejszych w Polsce.
Media prześcigały się w domysłach, czy będzie tam rozmawiał o zwiększeniu obecności amerykańskiego kontyngentu w naszym kraju. Zazwyczaj dobrze poinformowany „Dziennik Gazeta Prawna” twierdzi, że poznał szczegóły mających się odbyć rozmów. USA „radykalnie zwiększy” swoja obecność w Polsce, twierdzi gazeta. Żołnierze amerykańscy mają być objęci immunitetem znacznie szerszym niż ten, którym cieszą się w Niemczech lub Japonii. Koszty utrzymania amerykańskiej szarańczy ma w znacznym stopniu wziąć na siebie polska strona.
Tylko w Polsce możliwe jest, by prominentny polityk oddawał publicznie w pacht suwerenność kraju i niebezpodstawnie liczył na to, że to zapewni mu rządzenie przez następną kadencję.
Kiedy ktoś ciekawski szukać będzie, jakie uzasadnienia takiej sytuacji wydalają z siebie mózgi polskich elit politycznych, niech sięgnie do wywiadu Witolda Waszczykowskiego dla portalu Interia.pl. Na pytanie o immunitet, czyli całkowitą bezkarność amerykańskich żołnierzy stacjonujących w Polsce Waszczykowski odpowiada: „Żołnierze amerykańcy – wszędzie, gdzie stacjonują – są na innych prawach niż miejscowa ludność. Niekoniecznie to jest immunitet, ale są wyłączeni spod jurysdykcji państwa, które ich przyjmuje. To normalne. (…) Problemem jest tylko to, żeby uzyskiwać ze strony amerykańskiej stosowne rekompensaty za ewentualne wyrządzone szkody. Mówiąc najkrócej, nie zależy nam na tym, aby amerykański żołnierz cierpiał w polskim więzieniu, tylko żeby rząd USA nam to zrekompensował, jeśli doszłoby do wyrządzenia jakichś szkód”. Naprawdę tak powiedział.
Pan Waszczykowski uważa otóż, że nie są i nie będą problemem morderstwa, pobicia i gwałty, których dokonywać będą jurni i naładowani testosteronem amerykańscy chłopcy (przykład Japonii pokazuje, że tego typu przestępstwa są tam na porządku dziennym), tylko kasa, którą będzie można z tego wyrwać. Waszczykowski, jak wszyscy przedstawiciele liberalnych elit ma w dupie ludzkie cierpienia i życie współobywateli. Jest zdania, że przecież da się je przeliczyć na gotówkę, bo to tylko „jakieś szkody”.
Na pytanie, czy w Polsce powinna być amerykańska broń atomowa, do której dostępu i możliwości użycia Polska mieć nie będzie, odpowiada: „posiadając takie magazyny [z amerykańską bronią atomową – przyp. red.] – co nie oznacza, że Polska miałaby do nich dostęp – bylibyśmy oczywiście wyróżnieni i bardziej związani ze Stanami Zjednoczonymi, bo konieczna byłaby większa ochrona właśnie ze strony Amerykanów”.
Nawet tak odklejony od rzeczywistości człowiek, który był niestety swego czasu ministrem spraw zagranicznych, musi zdawać sobie sprawę, że broń atomowa w Polsce oznacza gwarancję, że w przypadku konfliktu, nawet jeśli będzie on trwał 15 minut, to wystarczy, by już po pierwszych kilku Polski po prostu nie było. Razem z Polakami. To jest dla Waszczykowskiego cena za owo „wyróżnienie”. Przedtem opowiada o kasie za przestępstwa popełniane przez amerykańskich żołdaków, traktując to jako normalny biznesik.
Doprawdy, lepiej dla losów Polski i świata byłoby, gdyby ludzie reprezentujący takie poglądy zajmowali się tym, do czego ich Pan Bóg stworzył: pilnowaniem kurników. Wszystkie kury świata bardzo przepraszam.

Burza Netanjahu, bezsilność świata

Przed tą burzą panuje w naszych mediach cisza. Nie będziemy przecież wyrzucać Amerykanom ich polityki wobec ich podopiecznego – Izraela, skoro sami bardzo chcemy być ich podopiecznym. Polska i Izrael to jedyne państwa na świecie, które są gotowe na kult jednostki prezydenta Trumpa: my marzymy o „Forcie Trumpa”, a na syryjskich ziemiach okupowanych przez Izrael jest już „Wzgórze Trumpa” – nowa, nielegalna żydowska kolonia. Skoro Trump pobłogosławił plan Netanjahu aneksji kolejnych ziem okupowanych, tym razem palestyńskich, to chętnie skorzystamy z okazji, by siedzieć cicho.

Z deklaracji POPiSu wynika, że chcielibyśmy, by USA traktowały nas jak Izrael, jak najbliższego, ukochanego sojusznika, którego będą bezwarunkowo bronić i nawet dawać mu pieniądze. Cóż, w tym ostatnim punkcie, nawet najwięksi fani Ameryki nie mają złudzeń, to my musimy słono płacić, a USA nas za to obronią, pod warunkiem, że nas Rosja nie zaatakuje, na co się zresztą nie zanosi. Co do pieniędzy, są na świecie jeszcze tylko dwa kraje, oprócz Izraela, którym Amerykanie dają pieniądze ot tak: to Jordania i Egipt, sąsiedzi państwa żydowskiego. USA zasilają ich budżety, by w zamian zgadzały się z Izraelem.
Za kilka dni, od 1 lipca premier Netanjahu ma zacząć operację aneksji mniej więcej jednej trzeciej okupowanego, palestyńskiego Zachodniego Brzegu Jordanu – nielegalnych kolonii żydowskich powstałych dzięki zdobyczom armii i całej doliny Jordanu. Olbrzymia większość Izraelczyków-żydów popiera ten projekt, choć gwałci on jawnie podstawowe rozstrzygnięcia prawa międzynarodowego. Konkretnie znaczy to, że Izrael „znacjonalizuje” ziemie należące do Palestyńczyków, a odbierając im ziemię nie przyzna im obywatelstwa, co z jednej strony poszerzy obszar izraelskiego apartheidu, a z drugiej pozwoli w każdej chwili ich wyrzucić jako „obcokrajowców” do gett palestyńskich albo za granicę, np. do Jordanii (bo na nowych ziemiach izraelskich żydowska kolonizacja będzie jeszcze w mniejszości).
Są to plany tak bezczelne, że w ONZ tylko dwa kraje je popierają (na 200): USA i Izrael. Sąsiedzi Izraela niewiele mogą: Liban jest wstrząsany potężnymi niepokojami społecznymi, Syria ma kilku okupantów na głowie, Egipt jest przeciw tylko werbalnie, ale nie zrezygnuje z amerykańskich pieniędzy i uwagę ma zwróconą teraz na Libię, a Jordania jest bezsilna: może najwyżej (tracąc dolary) odstąpić od traktatu z Izraelem, który ma zamiar go złamać właśnie od 1 lipca. A Europa? Europejczycy tak się przyzwyczaili, że Izrael może bezkarnie łamać dowolne prawa, czy układy, że ich reakcja przypomina egipską: Unia „potępia” zachowanie Izraelczyków, ale to wszystko.
Siedem państw europejskich (jak zwykle bez nas: Niemcy, Estonia, Belgia, Francja, Norwegia, Irlandia i Wielka Brytania) wydało wspólną deklarację, że nie uznają nielegalnej aneksji, która „zniszczy ideę pokoju w przyszłości”, ale, podobnie jak Unia, milczy na temat ewentualnych sankcji, bo ich nie przewiduje. O międzynarodowe sankcje mają ubiegać się sami Palestyńczycy, przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości. Może wywołać to tylko zawstydzony uśmiech, bo niezależnie od wyroku nic się nie stanie, wszyscy to wiedzą.
Burza nadciąga więc w ciszy. Dziś w Strefie Gazy rządzący tam Hamas ogłosił, że aneksja będzie oznaczać „deklarację wojny”, ale co mogą zrobić mieszkańcy małego, zamkniętego terytorium? Wysłać trochę „rakiet” napędzanych nawozami sztucznymi, które w nic nie trafiają i czekać na bombardowania? Rzucać się na graniczne ogrodzenie z drutu kolczastego, by ginąć setkami od kul, co już tyle razy przerabiano? Na Zachodnim Brzegu Autonomia Palestyńska, te kilka enklaw na terytorium okupowanym, gdzie mieszkańcy mogli rządzić się sami, rozpada się na naszych oczach, wraz z układami z Oslo, w oczekiwaniu nowej okupacji i nowego rozlewu krwi.

Trump – prezydent miłujący demokrację i logikę

Prezydent USA groził policyjną represją przeciwko wszelkim protestującym, którzy gromadzili się, aby go potępić podczas jegow wiecu wyborczego w Tulsa w Oklahomie. Potem poggrążył się bardziej. Zakomunikował, że na jego polecenie służby sanitarne kraju znacząco spowolniły testowanie obywateli na obecność koronawirusa żeby było mniej zakażeń.

„Wszyscy protestujący, anarchiści, agitatorzy, rabusie i łobuzy, którzy jedziecie do Oklahomy, musicie zrozumieć, że nie będziecie traktowani tak, jak w Nowym Jorku, Seattle czy Minneapolis. To będzie zupełnie inna scena!” – zapowiedział prezydent USA Donald Trump w piątek na Twitterze. Tym samym zrównał protestujących ze złodziejami sugerując, że, jeśli nie odstąpią od protestu, zostaną brutalnie potraktowani przez policję. Tweet prezydenta, oprócz gróźb, zawiera również fałszywą sugestię, jakoby w wymienionych wyżej miastach policja wykazywała powściągliwość w swoich reakcjach na pokojowe demonstracje.
Przeciwnicy Trumpa są oburzeni. „Prezydent wyraża zamiar naruszenia Konstytucji, odmawiając Amerykanom prawa do pokojowego gromadzania się w ramach Pierwszej Poprawki do konstytucji” – napisał na Twitterze Demokrata Don Beyer, członek Izby Reprezentantów. „Trump ubóstwia dyktatorów, którzy reagują przemocą i krytyką. Nie nadaje się na urząd” – dodał.
Republikański burmistrz Tulsy, gdzie ma odbyć się rzeczony wiec, G. T. Bynum, prewencyjnie wprowadził godzinę policyjną, która ma obowiązywać aż do najbliższej niedzieli w godz. od 22.00 do 6.00 rano w okolicach, w których Trump będzie agitował wyborców. W ramach uzasadnienia powołał się na rzekome „informacje z Departamentu Policji w Tulsa i innych organów ścigania, z których wynika, że ​​osoby z zorganizowanych grup, które były zaangażowane w destrukcyjne lub agresywne zachowania w innych stanach, planują podróż do miasta Tulsa w celu spowodowania niepokoju w okolicach wiecu”. No, jasne!
Oskarżany o dyktatorskie zapędy, o brak zrozumienia, czym jest wolność słowa i prawo do zgromadzeń, Trump znalazł sposób na to, by szczuć Amerykanów na siebie, oddzielając rzekomo dobrych protestujących od złych. W przemówieniu w Białym Domu na początku tego miesiąca amerykański prezydent przedstawił się jako „sojusznik wszystkich pokojowych protestujących”, a zarazem przeciwnik „zawodowych anarchistów, brutalnych tłumów, podpalaczy, łupieżców, przestępców, uczestników zamieszek, Antify i innych”.
Piątkowy tweet prezydenta wskazuje na to, że „podpalaczami” i „przestępcami” są dla niego wszyscy ci, którzy nie zgadzają się z jego polityka i głośno dają temu wyraz. Pod pretekstem zaprowadzania porządku na ulicach amerykańskich miast postępuje zjawisko kryminalizacji protestu jako takiego, zwłaszcza gdy ma on charakter lewicowy i postępowy.
Na słowa Trumpa zareagowała organizacja American Civil Liberties Union (ACLU), która zapowiedziała, że jeśli organy ścigania zaatakują pokojowych demonstrantów w Tulsa, skieruje wobec nim wniosek do sądu.
„Każdy prezydent, burmistrz lub szef policji, który atakuje protestujących, powinien zrozumieć, że zostanie pozwany, tak jak to zrobiliśmy w D.C., Seattle i Minneapolis” – czytamy w oświadczeniu organizacji.
W Tulsie Trump opowiadał też, że testowanie ujawniały rosnąca liczbę zarażonych (!). „To kij o dwóch końcach. (…) Oto jak wygląda zła strona: kiedy testuje się w takiej skali, to potwierdza się coraz więcej przepadków pozytywnych. Dlatego poprosiłem swoich ludzi – przystopujcie testowanie”, mówił Trump, cytowany przez CNN. Na tym tle wezwania Lecha Wałęsy, by stłuc termometr, żeby nie mieć gorączki, wyglądają jak niewinny żarcik.
Opozycyjna wobec Trumpa CNN, która poinformowała o tej wypowiedzi amerykańskiego prezydenta, nazwała ją „oszałamiającą szczerością”, jeśli zważyć jak ważną role pełni testowanie w walce z epidemią oraz fakt, że zmarło już około 120 tysięcy ludzi.
Sztab Trumpa i wiceprezydent Pence, próbowali usprawiedliwić swojego pryncypała twierdzeniem, że to był „oczywisty żart”, ale to nie przynosi żadnych skutków, a polityczni konkurenci Trumpa wykorzystują tę jego wypowiedź na całego. Chwyt, że głupie słowa to tylko „żarty” raczej nie są skuteczną taktyką w przedwyborczej walce w USA.
– Nie żartuję. Pozwólcie mi to powiedzieć. Pozwólcie, że wyjaśnię – odpowiedział na te próby obrony jego inteligencji Trump dziennikarzom, gdy dopytywali się, czy jego uwagi na wiecu wyborczym w sobotę w Tulsie, w Oklahomie, były zamierzone jako żart.
– Mamy najlepszy program testowy na świecie. Testujemy lepiej niż ktokolwiek inny na świecie. Nasze testy są najlepsze na świecie i mamy ich najwięcej – mówił.
– Robiąc więcej testów, ujawniamy więcej przypadków – demonstrował swój stan intelektualny kilka godzin przed podjęciem Andrzeja Dudy.
Na wspomnianym wiecu w Oklahomie Trump obiecał, że w listopadzie zwyciężą „sennego Joe Bidena”. Jednak jeszcze kilka takich ataków szczerości amerykańskiego prezydenta i to zwycięstwo może okazać się trudniejsze niż się Trumpowi wydaje.