W Polsce nie chodzi o postęp

„Trump i jego administracja traktują Unię Europejską jako przeciwnika i podejmują działania zmierzające do jej rozbicia” – mówi w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co) Eugeniusz Smolar, członek Rady Centrum Stosunków Międzynarodowych, były dyrektor Sekcji Polskiej BBC w Londynie.

JUSTYNA KOĆ: Wizyta prezydenta Dudy w USA to strategicznie ważne wydarzenie na miarę wejścia Polski do NATO czy bardzo drogie zakupy?
EUGENIUSZ SMOLAR: Wszystkiego po trochu. Bez wątpienia jest to sukces, zarówno obecnego rządu, jak i sukces dla Polski, ponieważ starania o wzmocnienie obecności wojskowej USA ciągnęły się od dekad. Rząd PiS-u zachował tu kontynuację i postawił to sobie jako jeden z priorytetów, co osobiście traktuję z uznaniem. Oczywiście porównywanie tego z wejściem Polski do NATO jest skrajnym absurdem. Przystępując do NATO, staliśmy się członkiem najpotężniejszego sojuszu militarnego na świecie, w którym USA odgrywają wyjątkowo silną rolę, jednocześnie wiążąc nas z europejskimi sojusznikami i nie tylko. Takie słowa są przejawem skrajnego, propagandowego entuzjazmu polityków PiS-u, którzy chcą przekuć sukces w stosunkach międzynarodowych w sukces wewnętrzny.

Decyzja o zwiększeniu czy rozszerzeniu obecności wojsk na wschodniej flance NATO zapadła jeszcze podczas szczytu w Newport. Prawdopodobnie każdy rząd, nawet nieudolny, doprowadziłby do tego zwiększenia.
Trudno powiedzieć, dlatego że zarówno typ administracji prezydenta Trumpa, jak i jego osobowość i stopień wsparcia dla obecnego rządu w Polsce mają tu ogromne znaczenie. Oczywiście opracowanie planu wzmocnienia obrony naszego regionu zlecił jeszcze prezydent Obama, kiedy został poinformowany, że przywódcy NATO wzdragają się przed opracowaniem tzw. planów ewentualnościowych. Trump kontynuuje tę politykę, ale na pewno jego osobowość i zrozumienie sytuacji są też bardzo ważne. Istotne pytanie, które należy sobie zadać, to czy Sojusz Północnoatlantycki i Stany Zjednoczone uważają, że Rosja zamierza dokonać ataku na którekolwiek z państw członkowskich. Odpowiedź na to pytanie, które uzyskałem zarówno w siedzibie NATO, jak i w Waszyngtonie, zakłada wykluczenie takiego scenariusza. Zakłada się natomiast działania o charakterze hybrydowym, czyli działania podprogowe, to jest działania, które nie wywołują konieczności odniesienia się do Artykułu 5. Z punktu widzenia potencjalnego ataku Rosji na jedno z państw NATO, w tym na Polskę, to 1000 żołnierzy nie odegra żadnej roli. Nie symboliczny charakter ma już natomiast obecność bazy w Redzikowie, która dla Stanów Zjednoczonych ma wymiar strategiczny, bo jest elementem sieci systemów antyrakietowych, broniących przede wszystkim terytorium USA i w pewnym stopniu sojuszników europejskich. Ten obiekt w Polsce rzeczywiście sprawia, że jakiekolwiek zagrożenie bazy staje się realnym zagrożeniem dla bezpieczeństwa USA. Ważna jest też zapowiedź rozlokowania dronów wywiadowczych na terenie Polski. To sprawia, że przy wszystkich zastrzeżeniach propagandowych wobec polityków PiS-u i ministra Błaszczaka, jest to sukces Polski: wzmacnia nasze bezpieczeństwo i wzmacnia nasze więzy na poziomie operacyjnym z wojskiem amerykańskim i z wojskami państw NATO.

Czy z sojusznika, którego się wspiera, nie staliśmy się jednak sojusznikiem, który kupuje bezpieczeństwo za gigantyczne kwoty? Kupujemy gaz, dwie eskadry ekstremalnie drogich samolotów…
To jest rzeczywiście sprawa kontrowersyjna dla opinii publicznej każdego z krajów europejskich. Żaden z tych krajów, może z wyjątkiem Francji i Wielkiej Brytanii, nie ma takiego stosunku do twardej siły jak USA, które wydają 3,4 proc. PKB. To mniej niż było 10-20 lat temu, jednak jest to ciągle dwa razy więcej, niż wydają kraje europejskie na obronę. Jest to związane oczywiście ze światowym zaangażowaniem USA i posiadaniem baz wojskowych i wpływów w ponad 100 krajach na świecie. Po drugie, nieprzypadkowo mamy pretensje do Niemiec i innych krajów, które nie wydają nawet 2 proc. Nie jest traktatowe zobowiązanie, ale państwa europejskie powinny to robić. Nie dlatego, że USA tego od nas oczekują, tylko ze względu na niebezpieczne otoczenie. Na wschodzie mamy wojnę na terenie Ukrainy, na południu wojna i zaburzenia w rejonie północnej Afryki. To są zagrożenia europejskie, w związku z czym Europa musi znaleźć w sobie możliwości, zarówno sprzętowe, jak i finansowe, aby móc reagować i stabilizować te rejony, a nie czyni tego w stopniu wystarczającym. Europa ma inne potrzeby budżetowe, np. socjalne, na służbę zdrowia czy edukację, które stały się priorytetem dla polityków, którzy często myślą w kategoriach cyklu wyborczego i nieprzychylności własnej opinii publicznej. Polska opinia publiczna przyzwyczajona jest do tego, że żyjemy w niebezpiecznym świecie i Rosja pozostaje agresorem, zatem musimy łożyć na obronność. Jak to robimy, to już jest inna sprawa. Jeśli ceną większej obecności USA i NATO są zakupy broni amerykańskiej, to tylko trzeba się zastanowić pragmatycznie, jaka to ma być broń.

No właśnie, jaka?
Faktem jest, że kupując F-35 wchodzimy do najwyższej ligi współpracy z wojskami USA i flotami lotniczymi europejskimi coraz liczniejszej grupy państw, które zaopatrują się w te samoloty. Z drugiej strony wiemy, że to będzie niesłychanie drogi zakup. Równie kosztowny jest cały system infrastruktury elektronicznej obsługi tych samolotów, co kosztuje dwa razy więcej, niż same maszyny. Mam tu zastrzeżenia koncepcyjne, bo są to samoloty o charakterze ofensywnym. Posiadając je, stajemy się częścią struktury amerykańsko-NATO-wskiej w warunkach wojny z Rosją, natomiast niedofinansowane są te dziedziny funkcjonowania sił zbrojnych, które bezpośrednio wpływają na wzmocnienie polskiej obronności. Jeśli rzeczywiście spodziewamy się wojny z Rosją, to musimy sobie zdawać sprawę, że to nie będzie taka sama wojna jak w przeszłości i powinniśmy zaopatrzyć odziały rozmieszczone na terenie kraju, w tym również WOT, w przenośne systemy obrony przeciwpancernej, które są tanie i które stanowiłyby poważne zagrożenie dla jakichkolwiek sił obcego państwa, które by wkroczyły na terytorium RP. Zakupy F-35 drenują budżet państwa, nie wzmacniając zdolności obronnych polskich sił zbrojnych i wewnętrznej gotowości do obrony.

Mówił pan o zagrożeniu działaniami podprogowymi jako o bardziej realnym scenariuszu. Może warto przeformatować działania NATO w tym kierunku? Wiemy już, że Rosja wpływała na wybory w krajach europejskich czy USA, a także na brexit poprzez trolle.
Tu nie chodzi o trolle. Sojusz Północnoatlantycki już 5 lat temu, poszczególne mocarstwa europejskie trochę później stworzył struktury obrony w dziedzinie wojny cybernetycznej. Jest to dziedzina, w której współpraca UE z NATO jest wyjątkowo skuteczna. Istnieje tzw. Centre of Exellence w Estonii, gdzie wypracowuje się najlepsze metody dotyczące obrony w cyberprzestrzeni. USA doskonale zdają sobie sprawę z zagrożenia i uruchomiły już działania, które mogą mieć charakter ofensywny wobec źródeł ataków. Nie chodzi tu o trolle, a o możliwość, która została potwierdzona przez Federację Rosyjską, zaatakowania tzw. infrastruktury krytycznej – siłowni elektrycznych, tam, infrastruktury łączności. Rosja zaatakowała niegdyś Estonię, a 2 lata temu Ukrainę, wyłączając zdalnie jedną z elektrowni. To jest dużo większe zagrożenie, niż trolle, bo z tymi można się uporać, np. jak robią to skutecznie Litwini poprzez współdziałanie wojska i społeczeństwa obywatelskiego. U nas niestety się tego nie robi. Wiem, że USA mają przygotowany plan, aby zaatakować strategiczną infrastrukturę Federacji Rosyjskiej. Rosja oczywiście również o tym wie.

Donald Trump zapowiedział, że będzie ubiegał się o reelekcję. Na razie sondaże dają wygraną demokratom, ale sytuacja może się jeszcze zmienić. Co byłoby lepsze dla Polski?
Trudno powiedzieć, bo zastanawiając się nad tym, co byłoby lepsze dla Polski, trzeba spojrzeć w kilku wymiarach. Trump czuje się związany z Polską, wygłosił piękne przemówienie w Warszawie, które łechtało naszą próżność, a jednocześnie jest nieprzewidywalny. Proszę zwrócić uwagę, że polityka Zachodu, a mam tu na myśli zarówno NATO i UE, jak i poszczególne państwa, jak USA, Francja czy Niemcy, z jednej strony podejmują daleko idące działania o charakterze obronnym przeciwko postępowaniu Rosji, z drugiej strony zarówno USA, jak i sojusznicy europejscy deklarują politykę otwartości dla dialogu i współpracy. Zatem jeśli z jakiegokolwiek powodu przywódcy rosyjscy doszliby do wniosku, że opłaca im się zawarcie porozumienia z Zachodem, nie na zasadzie Jałty, ale jednak porozumienia z wielkimi, to należy zapytać o jego cenę. Zapłacić może Ukraina, ale nie można wykluczyć, że ceną mogłoby być zmniejszenie zaangażowania USA w naszym regionie. Wydaje się, że Trump jest zainteresowany dobrymi stosunkami z różnymi satrapiami na świecie, w tym z Putinem, i jest z tego punktu widzenia bardziej nieprzewidywalny, niż nawet establishment Partii Republikańskiej. To jest zadanie dla polskiej dyplomacji, jak i krajów naszego regionu, aby zachowywać dobre stosunki zarówno z administracją Trumpa, jak i z Republikanami i Demokratami w Kongresie.

Trump ma szanse na reelekcję? Na razie nawet sprzyjający mu Fox News podaje przegraną 39 do 49 proc.
W społeczeństwie amerykańskim nastąpiły głębokie podziały i fragmentaryzacja. Trump jest odpowiedzią dla tych, którzy uważają, że powodzi się im gorzej, a są ich miliony. Wiele obiecuje, niewiele robi (…).

Czy incydent w Zatoce Osmańskiej – zaatakowanie dwóch tankowców – jest groźny i powinniśmy się martwić?
To poważna sprawa. My do dziś nie wiemy, co tam się tak naprawdę stało. Kapitan jednego z japońskich tankowców powiedział, że atak nastąpił z powietrza, gdy Amerykanie twierdzą, że wybuchły ładunki przymocowane do kadłubów statków. Widzę tu poważny problem w kontekście naszej rozmowy, czyli stosunków polsko-amerykańskich. Stosunki USA-Iran i USA-Chiny bezpośrednio wpływają na politykę polską. Jeśli Stany Zjednoczone udzielają nam wsparcia, to za pewną cenę, bo Trump każe sobie płacić, i większe niebezpieczeństwo dla Polski widzę w wyizolowaniu z polityki europejskiej. Podam przykład: Europejczycy odmawiają rezygnacji z porozumienia nuklearnego z Iranem, a czołowy przedstawiciel dyplomacji niemieckiej ogłosił w Iranie, że niedługo będzie gotowy system płatności, który ominie sankcje amerykańskie. To wywołuje wściekłość w Waszyngtonie i wobec takich krajów jak Polska, które się uzależniły od USA, mogą być wywierane naciski, żeby zajęły bardziej ofensywne stanowisko nie wobec Iranu czy Chin, ale wobec innych członków UE. Polska może zostać zmuszona do zajęcia pozycji kraju, który będzie rozbijał jedność UE. Dotychczas to się nie stało, a Unia w tym tygodniu przedłużyła jednogłośnie sankcje wobec Moskwy, co powinno zostać docenione w Warszawie. Dobrze się stało, że zarówno MON, jak i MSZ dbały o to, aby informować o polityce amerykańsko-polskiej kraje UE i NATO. Udało się uniknąć podziałów na tym tle. Pytanie, jak długo to jeszcze będzie możliwe. Tym bardziej, że Trump i jego administracja traktują Unię Europejską jako przeciwnika i podejmują działania zmierzające do jej rozbicia.

Flaczki tygodnia

Tusk przemówił, ale zapowiadany Mesjasz nie przyszedł.

Tusk przemówił, a prominenci PiS odetchnęli. Wbrew ich strachom ogłaszany od miesięcy event nie zaiskrzył antykaczyńskim płomieniem. I choć lud inteligenckiej Warszawy długo i gromko oklaskiwał słowa Tuska, to nie ruszył potem na Nowogrodzką, ani na Woronicza. Aby zdobyć kaczystowski Wersal lub kurską Bastylię. Obalić tyrana albo chociaż uwolnić misję mediów publicznych.

Tusk przemówił, lecz efektu papieża JP2 nie osiągnął. Nie zmienił po przyjściu swoim oblicza tej ziemi.
Bo wzniósł się ponad bieżące krajowe spory i poszybował ku poważnym zagrożeniom Unii Europejskiej. Bo przyjął zbyt globalną, jak na polską chatę skraja, perspektywę.
Zresztą to nie uniwersyteckiego wykładu oczekiwano od niego, tylko jawnego wezwania do rozprawy z kaczystowskim reżimem.

Tusk mówił, a sławę zyskał Leszek Jażdżewski.

Za krótką wypowiedź przed tuskowym wykładem. Jażdżewski to rzadki w Polsce przypadek antyklerykała, ale nie lewicowca. Groźny dla prawicowych mediów, bo nie da się z liberała Jażdżewskiego zrobić wstrętnego „komucha”. By tak zdyskredytować go w kraju rojącym się od wyznawców zdziecinniałego antykomunizmu. Zwłaszcza w najpopularniejszych mediach.

„Kto podnosi rękę na Kościół, go chce zniszczyć, ten podnosi rękę na Polskę” – ogłosił pan prezes Jarosław Kaczyński podczas patriotycznego pikniku w Pułtusku.
Nie dodał, że każdą tak podniesioną rękę, narodowo-katolicka władza sprawnie obetnie, bo pewnie uznał, że to oczywiste.
Zadeklarował, że jest „człowiekiem wierzącym, praktykującym katolikiem” oraz, że „Kościoła trzeba bronić. To także obowiązek patriotyczny”.

Od tej pory każdy krytykujący polskich kościelnych pedofilów, albo księżowskie przekręty finansowe, automatycznie zostanie wykluczone przez elity PiS z polskiej, patriotycznej wspólnoty. Będzie obłożony patriotyczną klątwą.

Leszka Jażdżewskiego, głoszącego już oczywistą prawdę, że polski kościół kat. nie ma prawa pouczać nas moralnie, błyskawicznie skrytykował Episkopat, czyli Zarząd tej firmy. Tym razem nie milczał tak długo, jak w sprawie swych pedofilii i przekrętów finansowych.

Za słowa Leszka Jażdżewskiego oberwał też Senat Uniwersytetu Warszawskiego od pana wicepremiera Jarosława Gowina. Za to, że Senat dopuścił Jażdżewskiego do głosu. Tak to pan premier Gowin zmusza Senat UW do stosowania cenzury prewencyjnej. Zabronionej w Polsce, czyli do łamania prawa.

Tusk przemówił, ale wszyscy usłyszeli Jażdżewskiego.

Aż dwa tysiące żołnierzy, osiemset obiektów latających i liczne pojazdy mechaniczne wezwała władza PiS na 3 maja do Warszawy.
Aby demonstrowały w czasie zapowiadanego wcześniej wykładu Tuska. Aby prorządowa defilada propagandowo przykryła w mediach wystąpienie potencjalnego lidera opozycji. Aby obecność służb mundurowych uniemożliwiła ewentualny zryw, pucz opozycyjnych inteligentów niezadowolonych z autorytarnej władzy pana prezesa Kaczyńskiego.

Tak było, choć brzmi to kuriozalnie, śmiesznie nawet. Ale ta władza, ten pan prezes, te narodowo-katolickie media mają swoje, liczne obsesję. Zwłaszcza na punkcie przygotowywanego przez „totalną opozycję” „puczu”. I ciągle je wykrywają.
W tym roku puczem miał zakończyć się strajk nauczycieli inspirowany i opłacany przez tajemniczego Bartosza Kramka. O nim niedawno, przez kilka dni bez przerwy, informowała TVP info. Kolejny pucz, tym razem trzeciomajowy, miał rozpocząć się od triumfalnego przyjazdu – powrotu Tuska do Warszawy.

Dlatego, aby zademonstrować swą siłę, władza PiS ściągnęła na organizowaną, po raz pierwszy w święto Konstytucji, nie tylko posiłki z NATO. Do defilujących żołnierzy dodano jeszcze inne, podległe jej mundurowe oddziały. Policjantów, strażaków, służby ochrony kolei, służby ochrony państwa, czyli dawny BOR, służby więziennictwa, ochrony lasów państwowych, krajowej administracji skarbowej, a nawet straży marszałkowskiej.
Tych ostatnich pan marszałek Kuchciński postanowił wyposażyć w szable, aby skuteczniej mogli bronić parlamentarzystów PiS przed podstępnymi atakami nieletnich prostytutek.
Do kompletu defilujących służb zabrakło tylko konduktorów, kontrolerów biletów i szkolnych woźnych.

„To jest nasza półkula. Rosja nie powinna tam ingerować” – powiedział amerykański doradca ds. bezpieczeństwa narodowego John Bolton. Tak skomentował sytuację w Wenezueli, gdzie Rosjanie pokrzyżowali amerykańskie plany obalenia prezydenta Maduro.
Tym jednym zdaniem najbliższy współpracownik prezydenta Trumpa przekreślił wysiłki polskiej dyplomacji i podważył nasze bezpieczeństwo. Polska dyplomacja na każdym forum deklaruje poparcie dla ładu międzynarodowego opartego o prawo i zasady, a nie strefy wpływów i koncert mocarstw. Mówił o tym niedawno, podczas Zgromadzenia Ogólnego ONZ pan prezydent Andrzej Duda. Uznał to za priorytet polskiego członkostwa w Radzie Bezpieczeństwa.
A teraz Wielki Brat z Waszyngtonu przyznał, że jednak uznaje prawo mocarstw do posiadania swoich stref wpływów. Czyli uznaje prawo Rosji do posiadania swojej strefy wpływów też.

Niedawno Wielki Brat wykręcił Polsce inny, również podważający nasze bezpieczeństwo numer. Wypowiedział traktat INF ograniczający posiadanie rakiet średniego zasięgu. Dając tym Rosji pole do nieograniczonych zbrojeń w tym zakresie. Zbrojeń nie zagrażających bezpośrednio USA, ale Polsce i Europie jak najbardziej.
Na osłodę władza PiS dostanie od administracji prezydenta Trumpa prawo do utrzymywania i finansowania amerykańskich magazynów na terenie Polski oraz szkolącego się u nas amerykańskiego wojska.

W majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego o mandaty ubiega się 115 obecnych posłanek i posłów. Jeśli zostaną wybrani, to na niecałe 5 miesięcy zastąpią ich nowi parlamentarzyści. Ci nowi nie zdążą wiele napracować się przed jesiennymi wyborami, za to zdążą pobrać po kilkadziesiąt tysięcy złotych należnych im odpraw.
„Flaczki” proponują, aby każdy z tych sejmowych wybrańców do Parlamentu Europejskiego publicznie zobowiązał się do zapłacenia tych odpraw ze swych przyszłych euro poborów.

Trump nie chce Rosji

Prezydent USA Donald Trump oznajmił, że przebywający w Wenezueli rosyjscy żołnierze powinni jak najszybciej opuścić terytorium tego kraju.

A wiceprezydent Mike Pence nazwał przerzucenie grupy radzieckich wojskowych na terytorium Wenezueli „niepożądaną prowokacją”. Wezwał tez Rosję do „zaprzestania wszelkiego poparcia reżimu Maduro” a także zaapelował, by Rosja oficjalnie uznała za nowego przywódcę Wenezueli Juana Guaido.
USA, jak powiedział amerykański przywódca, „są otwarte na wszelkie warianty”, by rosyjscy żołnierze opuścili Wenezuelę.
„Rosja musi odejść” – cytuje słowa Trumpa agencja Reuters.
Kilka dni temu na terytorium Wenezueli wylądowały dwa samoloty, którymi przyleciała do tego kraju ponad 100 osobowa grupa rosyjskich żołnierzy (strona rosyjska używa określenia „specjaliści”) dowodzonymi przez generała Wasilija Tonkoszkurowa oraz 35 ton sprzętu. Ich pobyt jest wynikiem porozumienia między rządem Wenezueli i rządem Rosyjskiej Federacji z maja 2001 roku.
– Nie, to nie jest w żaden sposób ze sobą powiązane [amerykańskie zagrożenie i wizyta Rosjan – przyp. red]. Chodzi o pracę nad kontraktami, podpisanymi na długo przed kryzysem – powiedziało anonimowe źródło w wenezuelskim rządzie agencji RIA Novosti.
Amerykański niepokój związany z wizytą rosyjskich żołnierzy i rozpatrywanie tego jako prowokacji byłby ze wszech miar zrozumiały, gdyby nie fakt, że od dawna Trup nie ukrywa amerykańskiej chęci ingerowania w sprawy Wenezueli. 27 marca Mike Pompeo oznajmił bez cienia zażenowania, że USA mają zamiar przeznaczyć pół miliarda dolarów na zmianę władzy w tym kraju.

Trump dalej miesza

To kolejna, po uznaniu Jerozolimy za stolicę Izraela, decyzja amerykańskiego prezydenta, która podnosi temperaturę sporu na Bliskim Wschodzie. Trump uznał suwerenność Izraela nad Wzgórzami Golan, które ONZ niezmiennie od 1967 roku uważa za terytoria okupowane.

Wzrastającą temperaturę mierzyć będą kolejne ofiary po stronie krajów arabskich, ale też po stronie izraelskiej, która ma wszelkie szanse stać się obiektem wzmożonych ataków zarówno ze strony organizacji palestyńskich walczących z okupacją, jak i zwykłych aktów terroru i agresji.
Uznanie wzgórz Golan za terytoria okupowane to nie tylko pusty gest społeczności międzynarodowej, bo termin ten oznacza prawa ludności okupowanej i obowiązki strony okupującej. Reguluje to Konwencja Haska IV z 1907 roku.
Wzgórza Golan zostały zajęte przez Izrael po wojnie 1967 roku. W 1981 roku izraelski parlament, Kneset, uznał wbrew prawu międzynarodowemu, że terytorium to będzie wcielone do państwa Izrael. Rada Bezpieczeństwa ONZ nigdy nie uznała tej decyzji. Sekretarz generalny ONZ Antonioo Guterres potwierdził, że z punktu widzenia Narodów Zjednoczonych status terytorium zagarniętego przez Izrael się nie zmienił. Jego rzacznik Stéphane Duarric oświadczył, że polityka ONZ w sprawie Wzgórz Golan jest wyrażona w odnośnych rezolucjach Rady Bezpieczeństwa i ta polityka również się nie zmieniła.
Decyzja amerykańskiego przywódcy wzburzyła niemal cały świat. Niemal, gdyż np. dzisiejsza decyzja Rumunii o uznaniu Jerozolimy za stolicę Izraela oznacza, że państwa wasalne wobec USA, pospieszą śladem swojego suwerena najszybciej jak potrafią.
Słowa Trumpa po podpisaniu w obecności premiera Izraela dokumentu „to powinno mieć miejsce dziesiątki lat temu” oznaczają, że USA całkowicie instrumentalnie traktują normy prawa międzynarodowego, uznają tylko prawo siły i nie mają zamiaru przestrzegać jakichkolwiek ustaleń społeczności międzynarodowej.
Bardzo krytycznie skomentował decyzję amerykańskiego prezydenta minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow, który we wcześniejszej rozmowie telefonicznej z sekretarzem stanu USA Mikiem Pompeo ostrzegał przed poważnym naruszeniem prawa międzynarodowego, jakie wyniknie z uznania Wzgórz Golan za część Izraela – złożenie przez prezydenta Trumpa podpisu pod dokumentem nie było bowiem niespodzianką, gdyż zapowiedział to wcześniej na Twitterze. Decyzję potępiła również Liga Państw Arabskich oraz Turcja.
Większość państw członkowskich Unii Europejskiej nie uznaje decyzji Trumpa. ale poza Rumunią jeszcze Węgry, Czechy i Rumunia zaprotestowały przeciwko jej skrytykowaniu przez szefową europejskiej dyplomacji Federicę Mogherini.
Ciekawe, jak zareaguje Polska?

Niewidzialne zbrodnie

Gdy Stany Zjednoczone „wstawiają się” za mieszkańcami Wenezueli, rzeczy dramatyczne dzieją się w sąsiedniej Kolumbii. Jednak to, że cały ten kraj pogrąża się coraz bardziej w spirali przemocy, w tle której mamy narkotyki i politykę, nie wywołuje zbytniej konsternacji w Waszyngtonie ani niepokoju liberalnych mediów.

Trudno się temu dziwić – Kolumbia uznawana jest od dłuższego czasu za jednego z ważniejszych strategicznych sojuszników USA. I nie przeszkadza tutaj fakt, iż Bogota coraz szybciej stacza się w przepaść bezprawia – przy zupełnym milczeniu amerykańskich mediów i, konsekwentnie, obojętności tamtejszej opinii publicznej. Kolumbijski kryzys związany jest z coraz większą, najwyższą w historii produkcją kokainy oraz z działaniami rządu legitymizującymi masową eksterminację największych społeczności Indian, zamieszkującymi niektóre rejony kraju od setek lat. Od momentu przejęcia władzy pod koniec ubiegłego roku przez Ivána Duque, liczba zamordowanych indiańskich liderów i liderek urosła do rozmiarów nie widzianych od co najmniej dekady.
Brak zainteresowania mediów kryzysem w Kolumbii, który ma wpływ na całą Amerykę, jest tylko przykładem tego, jak hegemoniczne rządy i media instrumentalizują kryzysy w celu wywierania presji na rządu nie posiadające takiej siły. Jedne kryzysy są nagłaśniane – inne pozostają w cieniu, kompletnie przemilczane.

Absurdalne podwójne standardy

To Barack Obama pierwszy określił Wenezuelę mianem „zagrożenia dla bezpieczeństwa narodowego” i nałożył na ten bogaty w ropę kraj drakońskie sankcje. Ale administracja Trumpa posunęła się zdecydowanie dalej. Nie tylko zaostrzyła sankcje, ale również oskarża wenezuelski rząd o wspieranie globalnego handlu narkotykami, co ma owo zaostrzenie uzasadniać. Oskarżenia te nie zostały podparte jakimikolwiek konkretnymi dowodami.
W tym samym czasie administracja Trumpa w ogóle nie zainteresowała się skokowym wzrostem produkcji narkotyków w sojuszniczej, sąsiadującej z Wenezuelą, Kolumbii. To, że kolumbijski rynek narkotykowy rozrasta się do niespotykanych globalnie rozmiarów jest wiadome od co najmniej dwóch lat. Powiązania wojskowych i polityków z tym rynkiem należą do długiej i niechlubnej tradycji. Administracja Trumpa, podobnie jak poprzednie, nadal nie zwraca na to uwagi. Zgodnie z raportami ONZ opublikowanymi we wrześniu, kolumbijska produkcja kokainy znów bije rekordy. W 2017 roku, z którego pochodzą najnowsze dane, wyprodukowano około 1379 ton narkotyku. To wzrost o 31 proc. wzrost w porównaniu z 2016 rokiem, zresztą też rekordowym. Produkcja kokainy wzrosła wtedy aż o 50 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim.
Administracja Trumpa groziła sankcjami byłemu prezydentowi Kolumbii Juanowi Manuelowi Santosowi, właśnie ze względu na rosnącą produkcję kokainy. Skończyło się „daniem Kolumbii szansy”. Kraj pominięto w corocznym spisie krajów określanych jako „główne rejony globalnego handlu lub produkcji narkotyków”, co uargumentowano prosto i jednoznacznie – pisząc, że „kolumbijska policja jak i wojsko są bliskimi partnerami Stanów Zjednoczonych na półkuli zachodniej”. Dla odmiany Wenezuelę i jej regionalnego sojusznika, Boliwię, dokument ten opisywał jako „kraje, które nie zdołały udowodnić w ciągu ostatnich 12 miesięcy, że wywiązały się ze swoich zobowiązań wynikających z międzynarodowych porozumień dotyczących zwalczania produkcji narkotykowej i związanego z nią handlu”. Tymczasem Boliwia mogła się pochwalić najmniejszą produkcją kokainy w Ameryce Południowej w tym roku.
Rząd USA wraz z mediami tradycyjnie obarcza winą za produkcję kokainy lewicowe organizacje partyzanckie, takie jak FARC. Tymczasem umowa pokojowa z 2016 r. i jej późniejsza implementacja wykluczyły partyzantów z produkcji narkotyków. Główny kozioł ofiarny prawicy i wojskowych w Kolumbii zniknął ze sceny politycznej. Wojsko nie może już zrzucać na lewicę własnych win – United Nations Drug Control Program (UNDCP), agenda ONZ, opisała kolumbijskie wojsko, zbrojone i trenowane dekadami przez USA, w ramach programu wprowadzonego przez Billa Clintona o nazwie „Plan Columbia”, jako jedną z „największych instytucji handlujących heroiną i kokainą”.
Rząd Kolumbii również był związany z produkcją narkotyków. Szczególnie podczas rządów prezydenta Álvaro Uribe, oskarżanego o kierowanie „kolumbijskimi organizacjami paramilitarnymi” „szefem kolumbijskich organizacji paramilitarnych” przed wyborem na urząd i w trakcie jego sprawowania. Amerykańska Defense Intelligence Agency wpisała prezydenta Kolumbii „na listę 104 najważniejszych handlarzy narkotyków powiązanych z kolumbijskimi kartelami”.
Nie można wykluczyć nawet tego, że rząd USA sam był/jest zaangażowany w handel kokainą. M.in. dzieci Pablo Escobara twierdzą, że przez pewien czas pracował on dla CIA. Rzekomo miał on sprzedawać kokainę, by wspomóc rząd USA w walce z komunizmem i lewicą w Ameryce Łacińskiej. Jak przekonują autorzy książki „Cocaine, Death Squads and the War on Terror: U.S. Imperialism and Class Struggle in Colombia”, amerykańskie wysiłki w walce z handlem narkotykami nigdy nie miały na celu kompletnego wyniszczenia nielegalnego rynku, lecz raczej zabezpieczenie go, by mogli z niego korzystać sojusznicy USA, prawicowe organizacje paramilitarne, elity, formowane przez nie rządy i ich stronnicy. W tym świetle bierność Trumpa wobec sytuacji w Kolumbii kompletnie nie dziwi.

Tragedia ludu Wayuú

W momencie, gdy długoletnie działania USA, których celem było obalenie rządów Cháveza, coraz bardziej zyskiwały na sile, zachodnie media rozpoczęły kampanię medialną wymierzoną w rząd Maduro, oskarżając go o „głodzenie własnych obywateli”. Stało się to pomimo tego, że jednym z głównych czynników napędzających kryzys gospodarczy w Wenezueli są sankcje amerykańskie. Tymczasem od 2011 r. w Kolumbii trwa systematyczne ludobójstwo największej społeczności autochtonicznej, Indian Wayuú, zamieszkujących rejon Guajira. Zaczęło się ono od przekierowania wód rzeki Rancheria, a następnie budowy największej w Kolumbii i na kontynencie kopalni węgla.
Cierpienia Indian Wayu nie „cieszą się” zainteresowaniem zachodnich mediów. I to pomimo faktu, że z powodu braku czystej wody w regionie zmarło 14 tys. dzieci. Wayuú, którzy stanowią 20 procent autochtonicznej społeczności Kolumbii, oraz 48 procent populacji regionu Guajira, grozi teraz całkowite wyginięcie. Przekierowana siedem lat temu Rancheria stanowiła dla nich jedyne źródło czystej wody, która teraz zasila wyłącznie kopalnię węgla Cerrejón.
Liczbę Indian cierpiących z powodu niedożywienia szacuję się na 37 tys. osób. Z powodu braku dostępu do wody nie mogą oni uprawiać ziemi ani hodować bydła. Każdy członek społeczności dziennie ma średnio do dyspozycji 0,7 litra wody, podczas gdy kopalnia węgla Cerrejón zużywa dziennie jej ponad 2,7 mln litrów, głównie do zmniejszania zanieczyszczeń. Chociaż budowa kopalni w tym miejscu i jej działanie jest oczywistym powodem kryzysu humanitarnego, rząd Kolumbii winą obarcza globalne ocieplenie i zjawiska naturalne takie jak El Niño.
Dodajmy dla porządku, że sama kopania została założona przez ExxonMobil, przy amerykańskim poparciu; teraz jest ona konsorcjum różnych korporacji, takich jak Anglo American i BHP Billiton. Te same korporacje często współpracują z prawicowymi organizacjami paramilitarnymi, głęboko powiązanymi z rządem, które dbają o to, by Indianie Wayuú nie byli w stanie swoim oporem wywrzeć jakiejkolwiek presji na mediach, rządzie czy biznesie. Groźbami i brutalnymi akcjami uciszają działaczy indiańskich, np. ich głównego przedstawiciela w kwestiach prawnych Javiera Rojas Uriana.
Szczególnie wielu Wayuú wyemigrowało do Wenezueli, unikając powolnej śmierci z niedożywienia, braku wody, chorób spowodowanych przez wodę nienadającą się do spożycia. Wenezuelscy Indianie należący do tej społeczności są jedną z grup popierających legalny rząd wenezuelski w walce z amerykańskimi wysiłkami na rzecz obalenia go. Określili oni demonstracje opozycji finansowanej przez USA „działaniami mającymi na celu wywołać chaos”. Huffington Post zauważył w 2017 r., że poparcie Wayuú dla Maduro jest w dużej mierze ignorowane przez zachodnie media. Nie pasuje do narracji.

Likwidacja aktywistów

Los Indian Wayuú wisi na włosku, ale po inauguracji rządu Ivana Duque pogorszyła się dramatycznie sytuacja wszystkich rdzennych ludów Kolumbii.
Doszedł on do władzy dopiero w sierpniu zeszłego roku. To mało czasu, ale El Tiempo opisuje, że od tego momentu liczba zabójstw działaczy indiańskich urosła już do rozmiarów niespotykanych od dekady. Według danych dziennika w ciągu 100 dni rządu Duque z zimną krwią zamordowano 120 działaczy społeczności indiańskiej i obrońców praw człowieka.
Morderstwa społeczników przez prawicowe ugrupowania paramilitarne od dawna stanowi problem w najnowszej historii Kolumbii. Jednak liczba zaplanowanych, zorganizowanych zabójstw wzrosła w ostatnich latach skokowo. 226, 159 i 97 takich morderstw miało miejsce w trakcie całego roku odpowiednio w 2018, 2017 i 2016. Pomimo tego to wenezuelski rząd Nicolása Maduro jest rutynowo oskarżany o mordowanie działaczy opozycji przez zachodnie media. Te same, które milczą na temat wzrostu liczby zabójstw aktywistów w Kolumbii.
Administracja Duque nie uważa tych morderstw za palący problem. Nie ma co się temu dziwić. Duque został w końcu wskazany na prezydenta przez Álvaro Uribe, byłego prezydenta Kolumbii, który niegdyś zajmował się nie tylko handlem narkotykami, ale też stał na czele organizacji paramilitarnych prawicy, co potwierdzają byli ich oficerowie. Chodzi m.in. o AUC, szwadron śmierci finansowany przez kilka amerykańskich korporacji.
Uribe urzędował w latach 2002-2010, będąc bliskim sojusznikiem George W. Busha. Miał osobiste związki z mordowaniem działaczy społecznych przez prawicowe szwadrony śmierci. Jego kuzyn, polityk Mario Uribe, został oskarżony o mobilizację tychże organizacji i kierowanie nimi w celu zabezpieczenia zwycięstwa Uribe w 2002 r. Brat Uribe natomiast został aresztowany w 2016 r. za założenie prawicowej bojówki.
Pod rządami Uribe wojska kolumbijskie wymordowały tysiące cywilów. Znane są przypadki, w których kolumbijskie wojsko przebrało około 5000 cywilów w odzież partyzancką i zabiło ich z zimną krwią, a następnie otrzymało premię od rządu Uribe za złowieszczy czyn. W tej sytuacji nie dziwi fakt, że organizacje paramilitarne były niezmiernie szczęśliwe po wygranej Duque, wzywając następnie do „eksterminacji” opozycji, określając prominentnych działaczy lewicowych „celami wojskowymi”.
Czego się spodziewać, jeśli Stany Zjednoczone wygrają w Wenezueli
Gdyby publicznie deklarowane obawy Waszyngtonu dotyczące „praw człowieka” i dobrobytu mieszkańców Wenezueli były autentyczne, w pierwszej kolejności USA musiałyby zgłosić zastrzeżenia wobec rządu Kolumbii. Jako że takich nie ma, dychotomia między stosunkiem Waszyngtonu do Wenezueli i Kolumbii jest kolejnym wyraźnym przykładem, że publiczne uzasadnienia amerykańskiej polityki w Ameryce Łacińskiej są niczym więcej, niż sposobem na dawno opatentowaną ekspansję neofaszystowskich rządów w całej Ameryce Łacińskiej.
Jeśli Juan Guaidó, samozwańczy, wspierany przez USA prezydent Wenezueli, zdobędzie władzę w kraju, nie trzeba daleko rozglądać się za prognozami tego, co będzie dalej. Powtórzenie dramatu Kolumbii i Kolumbijczyków u wschodniego sąsiada – takie będą konsekwencję obalenia prezydenta Nicolása Maduro. Na jego miejsce USA wprowadzi kolejny rząd wprost przez siebie utworzony lub zmontowany z miejscowych oligarchów, kolejny z niechlubnej serii podobnych rządów w krajach Ameryki Południowej utworzonych w ciągu ostatnich dekad. W ciągu ostatnich lat – ze szczególnym natężeniem.

Tłum. Wojciech Łobodziński

Dymna zasłona fiaska?

Z jednej strony fiasko szczytu w Hanoi, z drugiej relacje między przywódcami USA i Korei Płn. zdają się pozostawiać co najmniej poprawne.

Spotkanie Donalda Trumpa i Kom Dzong Una w stolicy Wietnamu miało przynieść przełom w stosunkach między ich krajami. Tak się jednak nie stało.
Sarah Sanders, rzeczniczka Białego Domu oznajmiła dziennikarzom, że obaj przywódcy nie doszli do porozumienia, choć spotkanie było „konstruktywne”. Obserwatorzy oczekiwali choćby oficjalnego zakończenia wojny między Koreą Północną a Stanami Zjednoczonymi i rozszerzenia kompetencji biur łącznikowych, ale nie doszło nawet do tego. Z drugiej jednak strony amerykański prezydent tryskał optymizmem.
– To był bardzo produktywny czas. Kim Dzong Un jest ciekawym człowiekiem, a nasza relacja jest bardzo dobra. Mamy na stole różne opcje, ale nie podejmujemy na razie żadnych wiążących decyzji. Czasem trzeba odejść na bok i spojrzeć z dystansu – mówił dziennikarzom.
Oczekiwano ze strony USA, że Korea Płn. zadeklaruje częściową denuklearyzację swoich arsenałów, a Koreańczycy mieli nadzieję, że Amerykanie zniosą sankcje. Nic z tego.
– Zostajemy „bardzo dobrymi” przyjaciółmi – zaanonsował nieoczekiwanie Donald Trump, ale oznajmił, że na tym etapie postęp w rozmowach jest niemożliwy. Dał też światu nadzieję mówiąc, że obie strony mają „wizje rozwoju sytuacji”. O szczegółach jednak mówić nie chciał.
Optymizm wykazał też sekretarz stanu USA Mike Pompeo, komunikując, że są zadowoleni z tego szczytu.
Najbliższe miesiące pokażą, czy te wszystkie piękne słowa to tylko zasłona dymna nowej eskalacji konfliktu, będącego zagrożeniem dla tego regionu i świata czy też rzeczywiście obie strony szczerze chcą poprawy wzajemnych relacji.
Tuż przed konferencją w Hanoi Donald Trump dawał do zrozumienia, że jest gotowy znieść sankcje w zamian za częściowe ustępstwa, podczas gdy wcześniej oficjalne stanowisko głosiło, że ich wycofanie możliwe jest wyłącznie po pełnej denuklearyzacji ze strony KRLD.
Na historycznym szczycie w czerwcu 2018 r. obaj przywódcy podpisali ogólne zobowiązania do ustępstw mających na celu denuklearyzację i utrwalanie pokoju na Półwyspie Koreańskim. KRLD rozpoczęła demontaż infrastruktury swojego programu nuklearnego. Ze strony USA oczekiwała postępów na drodze do wycofania amerykańskiej obecności wojskowej na terytorium sąsiedniej Korei Płd. Nic takiego jednak nie nastąpiło.

Maduro nie ustępuje

Prezydent Nicolás Maduro przyznał, że szef dyplomacji Wenezueli prowadził rozmowy z wysłannikiem USA Elliotem Abramsem. Wyraził jednocześnie gotowość do rozmów z samym Donaldem Trumpem, jeżeli pomoże zakończyć wenezuelski kryzys.

W wywiadzie udzielonym agencji Associated Press Nicolas Maduro wyjawił, że podległy mu szef dyplomacji Jorge Arreaza spotkał się z Elliotem Abramsem, specjalnym wysłannikiem Stanów Zjednoczonych do Wenezueli, który oficjalnie ma pełnić misję określaną jako “przywrócenie demokracji” w tym karaibskim kraju. USA uznają Maduro za dyktatora odpowiadającego za kryzys gospodarczy i łamanie praw człowieka. Jako “tymczasowego prezydenta” uznały zaś Juana Guaidó, przewodniczącego Zgromadzenia Narodowego, który sam się ogłosił nowym przywódcą kraju.
Abrams, który ma w Wenezueli “przywracać demokrację”, znany jest z tego, że w latach 80. XX wieku jako przedstawiciel USA odpowiadał za tworzenie w Ameryce Środkowej prawicowych szwadronów śmierci, szkolonych do zwalczania lewicowych rządów i ich zwolenników. Nominacja Abramsa została przez krytyków polityki USA odczytana jako potwierdzenie przypuszczeń, że poparcie dla Guaidó oznacza w rzeczywistości przygotowany przez Amerykanów zamach stanu w Wenezueli.
Maduro twierdzi, że minister Arreaza widział się i rozmawiał z Abramsem dwukrotnie, ostatnio 11 lutego. Jest to o tyle ważne, że było to cztery dni po tym, jak Abrams oświadczył, że czas Maduro się ostatecznie się wyczerpał i żadnych negocjacji z jego rządem nie będzie. Do spotkań miało dojść w Nowym Jorku. Prezydent poinformował też, że wysłannik USA otrzymał od jego ministra zaproszenie do Wenezueli. Może do tego dojść “prywatnie, publicznie, w sekrecie” – w takiej formie, jaka Abramsowi będzie odpowiadać, a strona wenezuelska nie będzie stawiać żadnych warunków.
– Jeżeli chciałby się spotkać, niech tylko powie gdzie i kiedy, a ja się zjawię – oświadczył Nicolas Maduro
Potępił agresywną politykę USA wobec swojego kraju, powiedział, że nie zamierza ustępować na rzecz Guaidó, podkreślił jednocześnie, że jest gotów spotkać się z samym prezydentem Trumpem. Maduro twierdził, że taka możliwość istniała już w 2018 r. jednak nie doczekała się realizacji. Powołując sią na dostępne mu informacje wywiadowcze, stwierdził, że Prezydent Trump jest celowo “wprowadzany w błąd” na temat sytuacji panującej w Wenezueli.
W rozmowie z AP Maduro potępił nowe sankcje nałożone na Wenezuelę przez USA, odniósł się także do szumu medialnego, podgrzewanego przez ekipę Trumpa, jaki zapanował wokół tematu rzekomej wenezuelskiej blokady dla zagranicznej pomocy humanitarnej. W mediach społecznościowych furorę zrobiły zdjęcia przedstawiające zablokowaną drogę nieopodal granicy z Kolumbią. Miał to być “dowód” na to, że Maduro “woli zagłodzić własny naród niż przyjąć pomoc humanitarną”. Niedługo potem okazało się, że droga, przedstawiona na zdjęciach nigdy nie została oddana do użytku.
Prezydent Wenezueli uznał, że USA wykazuje się spektakularną obłudą, starając się kwestię pomocy humanitarnej rozgrywać jako element gry politycznej.
– To USA blokują naszą gospodarkę – mówił w wywiadzie – Ich blokada kosztowała nas 30 mld dolarów, a teraz przysyłają tzw. pomoc humanitarną wartą 20 mln! Co to ma być? Najpierw cię duszę, a potem daję ci ciastko? To jest przedstawienie!
Również minister Arreaza odniósł się do sprawy pomocy humanitarnej. Zdecydowanie odrzucił termin, jaki wyznaczył rządowi Juan Guaidó na sprowadzenie do kraju potrzebnej mieszkańcom żywności i leków. Zdaniem ministra spraw zagranicznych lider opozycji niczego nie kontroluje i nie może stawiać jakichkolwiek warunków.
Amerykańskie działania „pomocowe” wobec Wenezueli skrytykował również Międzynarodowy Czerwony Krzyż ponieważ są one prowadzone w porozumieniu z Guaidó i w celu wymuszenia ustępstw na Maduro. Przedstawiciel organizacji dla rejonu USA i Kanady ostrzegł, że próba traktowania pomocy jako elementu sporu politycznego, jest nieodpowiedzialnością. MCK poinformował, że nieprzerwania prowadzi aktywność humanitarną w Wenezueli w porozumieniu z legalnym rządem, a ostatnio podwoiła budżet przeznaczony na działania podejmowane w tym kraju.
Wenezuelskie ministerstwo zdrowia poinformowało, że przyjęło ponad 900 ton pomocy medycznej od zaprzyjaźnionych państw, m.in. od Rosji, Chin i Kuby.
Kryzys polityczny wokół Wenezueli trwa od 23 stycznia, kiedy Biały Dom ogłosił Juana Guaidó “tymczasowym prezydentem” tego kraju. Za Guaidó opowiedziała się większość europejskich partnerów USA, m.in. Wielka Brytania, Niemcy, Francja, Hiszpania, Polska, oraz Parlament Europejski. Nicolasa Maduro na stanowisku prezydenta nadal uznają m.in. Chiny, Rosja i Turcja. Za legalną głowę państwa nadal uważa go też ONZ.

Flaczki tygodnia

Miała być sukcesem ekipy PiS, stała się kanonadą konfliktów i gaf. Serią nerwowych akcji gaszących kolejne medialne pożary. W efekcie wszyscy zapamiętają warszawską konferencję poświęconą „planom pokojowym na Bliskim Wschodzie” jako spotkanie, gdzie najważniejsi goście cynicznie wykorzystali gospodarczy. A niektórzy jeszcze gospodarzy obrazili.

Lista gaf jest długa jak na jednodniową imprezę. Zaczęło się od inauguracyjnego wystąpienia sekretarza Stanu USA Mike Pompeo, który upomniał polskich gospodarzy, że nie załatwili roszczeń dotyczących żydowskiego mienia.
Na takie słowa polski premier i polski prezydent powinni zapytać amerykańskiego polityka kogo on reprezentuje. Bo jeśli obywateli USA, to te roszczenia zostały załatwione już w 1960 roku. Jeśli zaś pan sekretarz Pomopeo reprezentuje też interesy obywateli Izraela, to powinien to jasno zadeklarować.

Ten sam sekretarz Pompeo wielce wychwalał obywatela zasłużonego obywatela żydowskiego Franka Blajchmana. Uznawanego w IV RP za stalinowskiego zbrodniarza. Było to jawne splunięcie w politykę historyczną elit PiS. Ponieważ splunął nowy Wielki Brat, to elity PiS musiały zapomnieć o swojej „godności”. Udawać, że „nic się nie stało”.

Nie dało się już milczeć, kiedy akredytowana amerykańska dziennikarka Andrea Mitchell z NBC poinformowała z Warszawy miliony obywateli USA, że powstanie w getcie w 1943 roku było skierowane przeciwko „nazistowskiemu i polskiemu reżimowi”. Oczywiście pani Mitchell za kłamstwa przeprosiła. Ale na pewno więcej osób usłyszało jej pierwsze stwierdzenie, niż przeprosinach.

Akredytowani na konferencji dziennikarze polscy obserwowali obrady skoncentrowani w przygotowanej dla nich sali. Nie mieli szans dotarcia do zaproszonych gości. W przeciwieństwie do amerykańskich i izraelskich kolegów, których zaproszona na spotkania z ich delegacjami. Polskich dziennikarzy polscy organizatorzy potraktowali jak „drugiego sorta”.

Sprawnie i cynicznie izraelski premier Benjamin Netanjahu wykorzystał konferencję do swojej kampanii wybiorczej. W czasie spotkania z izraelskimi dziennikarzami w warszawskim Muzeum Historii Żydów Polski POLIN miał on, w nawiązaniu do sporu o ustawę o IPN, stwierdzić, że „Polacy kolaborowali z nazistami i nie znam nikogo, kto kiedykolwiek był sądzony za mówienie o tym”.

Słowa te opublikował szybko dziennik „Jerusalem Post”. I po medialnej burzy równie szybko zmienił swoją relację. Sam Netanjahu twierdził, że miał na myśli indywidualnych Polaków. Ale nawet takie jego słowa były co najmniej niezręczne. I bardzo nielojalne wobec gospodarzy z PiS.

Już po północy z czwartku na zeszły piątek prezydent Andrzej Duda zamieścił zaskakujący wpis na Twitterze: „Jeśli wypowiedź premiera Netanjahu brzmiała tak, jak podają media, gotów jestem udostępnić rezydencję prezydenta RP „Zameczek” w Wiśle na spotkanie premierów Grupy Wyszehradzkiej (V4). Izrael nie jest w tej sytuacji dobrym miejscem by się spotykać, mimo wcześniejszych ustaleń”. W ten sposób prezydent odniósł się do słów izraelskiego premiera.

Zmobilizowany postawą pana prezydenta polski MSZ wezwał JE Annę Azari, ambasador Izraela w Polsce, do złożenia wyjaśnieni. Pani ambasador, nazywana przez prawicowych publicystów „Miss Anypolonizmu”, zadeklarowała, że publikowany cytat był nieprecyzyjny. „Byłam obecna przy briefingu premiera i nie mówił on, że polski naród kolaborował z nazistami, a jedynie że żadna osoba nie została pozwana do sądu za wspominanie o tych Polakach, którzy z nimi współpracowali”. Niezależnie od przytaczanej wersji wypowiedzi Netanjahu, każda z nich jest dla elit PiS obraźliwa.

Do grona gafowiczów dołączył pan premier Morawiecki, który powitał przybyłych na konferencję przemówieniem – poematem o warszawskim śniegu witającym tutaj zebranych. Wywołało to zdziwienie, a potem lawinę żartów wśród dziennikarzy. Zorientowali się bowiem, że pan premier czyta przemówienie napisane kilka dni wcześniej, kiedy w Warszawie śnieg jeszcze był. Biedny premier jest już tak oderwany od rzeczywistości, odgrodzony ciemnymi szybami swej limuzyny, że nie zauważa nawet zmiany pogody.

Po konferencji nawet propisowscy komentatorzy zauważali, że rząd został wciągnięty w nie nasz konflikt i przygotowania do wojny na Bliskim Wschodzie, w której nie mamy żadnego interesu. Że USA nie traktują Polskę podmiotowo, bo o partnerskich relacjach nie ma co marzyć.
To Amerykanie narzucili tematykę i ton rozmów. Polskiej stronie pozostały kwestie organizacyjne. Musiała też robić dobrą minę do złej gry i patrzeć, jak Waszyngton wbija klin pomiędzy Warszawę a inne stolice europejskie.

Trudno jest też dopatrzeć się zysków dla Polski. Amerykanie bez konferencji sprzedaliby nam broń, bo na tej transakcji dobrze zarabiają. Wzmacnianie flanki wschodniej żołnierzami USA to część amerykańskiej strategii ograniczania wpływów rosyjskich. Zniesienie wiz dla Polaków to kwestia czasu, bo USA nie są już atrakcyjne jako rynek nielegalnej pracy.

Liderzy PiS wykreowali obraz Rosji jako potencjalnego i pewnego agresora. Choć Rosja nie ma żadnego interesu by rozpocząć wojnę z Polską. Taki straszak był potrzeby polskiemu lobby zbrojeniowemu i wspierających go polityków, aby uzasadnić zwiększenie wydatków na zbrojenia. Te wydatki miały trafić do polskich fabryk. Finansować badania, nowe produkcje, zakupy licencji.
Ale politycy PiS przez trzy lata nie potrafili wydać ich w kraju. Teraz na potrzeby kampanii wyborczej zgodzili się zrobić duże zakupy w USA.

W efekcie takiej polityki polski podatnik pracuje na rozwój amerykańskiego przemysłu. Politycy PiS zachowują się jak dealerzy amerykańskiego przemysłu i jeszcze każą się cieszyć swym wyborcom, że wzbogacają USA.

Konferencja bliskowschodnia okryje nas hańbą

„Ta konferencja jest tylko gwoździem do trumny, do której rządzący złożyli naszą soft power i markę państwa kierującego się jednak jakimiś wartościami” – mówi prof. Roman Kuźniar, politolog, dyplomata, w rozmowie z Justyn Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Na zaproszenie Departamentu Stanu USA Warszawa organizuje, a może tylko gości, konferencję na temat Iranu, ale bez Iranu – napisał pan w jednym z ostatnich tekstów. Pisze pan o klientelistycznej postawie Polski, ale ja się zastanawiam, czy nie spełniamy tu roli pożytecznego idioty.
ROMAN KUŹNIAR: To jest jednak inna rola, ale Polska za rządów PiS także ją przyjmuje, tylko w stosunku do Kremla i Putina, który jest bardzo polskiemu rządowi wdzięczny, ale oczywiście nie może tego głośno powiedzieć. W odniesieniu do tej roli publikacja Tomasza Piątka o Macierewiczu pokazuje także, że nie tylko pożyteczni idioci, ale też w łonie formacji rządzącej mogą być agenci wpływu mniej lub bardziej świadomi, którzy działają w Polsce. Wracając do Ameryki, to jednak pasuje tu inna formuła: właśnie klientelizm.
PiS doskonale się wpisuje w takie klientelistyczne formatowanie świata przez administrację Trumpa, który czerpiąc ze swego doświadczenia lekko szemranego biznesmena na styku z mediami, biznesem i polityką, wykorzystującego wszelkie luki w prawie, aby nie płacić podatków, obecnie wykorzystuje i uzależnia na różne sposoby swoich partnerów. PiS staje się klientem w stosunku do Waszyngtonu, czuje dobrze tę rolę, bo podobny system wprowadza w Polsce.
Tylko w Polsce to PiS chce być tym panem, który uzależnia wszystko i wszystkich. Oczywiście ten polski system, który budują, można charakteryzować na różne sposoby i niejednokrotnie już to robiliśmy w naszych rozmowach, natomiast niewątpliwie, gdy spojrzeć na to, co robi PiS z innej perspektywy, to klientelizm jest par excellence czymś, co PiS buduje, mają to we krwi, w genach. Tak samo Kaczyński buduje politykę wewnętrzną, żeby wszyscy byli zależni i coś mu zawdzięczali, a ci, co jemu lub PiS-owi nie zawdzięczają, nie mają szans, są odsuwani. Strategia PiS-u i Kaczyńskiego zakłada, aby każdy był zależny. To jest stosowane w samej partii i w rozdawaniu stanowisk państwowych, licząc na to, że ci, którzy dostają stanowiska, będą się odwdzięczali PiS-owi. Taka janczaryzacja swojej bazy. Zresztą to jest działanie rodem z PZPR.

Ameryka z nie najmądrzejszym prezydentem Trumpem rozgrywa Polskę jak chce?
PiS się świetnie do tej roli nadaje. Ameryka to wie i chce uczynić z Polski coś na kształt klientelistycznej republiki bananowej, znanej z praktyki, jaką USA stosowały wobec krajów Ameryki Środkowej i Południowej. To polega na zachowaniach typu: my spełnimy wszystkie zachcianki naszego pana, dysponenta tego, na czym nam zależy: bezpieczeństwa, opieki, a także ewentualnie pożytków materialnych, choć to akuratnie my będziemy dopłacać do Ameryki Trumpa. Oczywiście pan-dysponent tych zasobów może nam dyktować warunki według własnego uznania, zlecać zadania do wykonania, wiedząc, że nie odmówimy.

Trump mówi, że porozumienie z Iranem jest złe i organizuje u nas konferencję, a my przyklaskujemy z ochotą, pusząc się jeszcze, że odbędzie się u nas ważna międzynarodowa konferencja?
Ta konferencja jest takim geszeftem w stosunkach międzynarodowych, bo trzeba powiedzieć, że klientelizm jest przecież patologicznym układem, to nie są normalnie realizowane interesy, transakcje, procedury.
Proszę zwrócić uwagę na taśmy Kaczyńskiego, które ujawniły właśnie taką jego geszefciarską naturę. Ta konferencja idzie poza istniejącymi w dyplomacji i stosunkach międzynarodowych mechanizmami rozwiązywania problemów odnoszących się do bezpieczeństwa, stabilności, reguł itd.
Istnieje cały szereg procedur, instrumentów czy platform międzynarodowych, w ramach których, gdyby chciano o Iranie rozmawiać uczciwie i przejrzyście, byłyby wykorzystane – czy w obrębie ONZ czy na forum Ligi Państw Arabskich, chociaż oczywiście Iran nie należy do tej organizacji, albo Organizacji Państw Islamskich.
Można sobie wyobrazić wiele innych form instytucjonalnych, które mogłyby tutaj posłużyć jako mechanizm czy procedura, miejsce przeprowadzenia takiej konferencji. Niestety, my poszliśmy po geszefciarsku i robimy nie najlepszy interes z Amerykanami. Proszę zwrócić uwagę, że to nawet nie my zapraszamy, tylko Amerykanie zapraszają do Warszawy tych, których chcą. Oczywiście będą tacy, którzy będą bronić tej konferencji, ale tego obronić się nie da. Gdyby była ona uczciwie pomyślana, musiałaby oznaczać udział i członkostwo Iranu.

Pisze też pan, że to trochę tak, jak przedstawiciele Świętego Przymierza rozmawiali o sprawie polskiej w czasach zaborów.
Przedstawicieli Iranu nie będzie, a wszyscy, którzy przyjadą, są sobie równi pod względem złych uczynków w regionie. Odnosząc się do tytułu jednego z filmów powiem, że są tak samo brudni, źli i brzydcy.
Tam nie będzie niepokalanych, tak samo jak Kaczyński na taśmach okazał się geszefciarski, chociaż miał być niczym Najświętsza Panienka.
Na Bliskim Wschodzie nie ma oczywiście uczciwych w pełni graczy, tam każdy gra nieczysto, pokazuje to chociażby wojna na terenie Syrii, ale i szereg innych nieczystych zachowań. Nie należy wyłączać jednego gracza i to tylko dlatego, że nie lubi go obecny prezydent USA i obecny premier Izraela. Należy żałować, że Polska hańbi się organizacją tego przedsięwzięcia.

Na mnie wrażenie zrobiła lista uczestników, którzy wezmą udział w warszawskiej konferencji. Oprócz wiceprezydenta i sekretarza stanu USA udział w niej wezmą wysocy przedstawiciele Arabii Saudyjskiej, która ma na swoim koncie bezprecedensowe morderstwo dziennikarza Dżamala Chaszodżdżiego.
To jest obrzydliwe, bo Arabia Saudyjska nie wytłumaczyła się z tego strasznego mordu, chociaż się do niego przyznają. Kręcą, mataczą, jeśli chodzi o dyspozycje polityczne w tej sprawie. Zachowują się skrajnie nieuczciwie, bo wiedzą, że mają parasol z Waszyngtonu. Sam Trump wije się jak piskorz, żeby nie uznać, że dyspozycja poszła z samej góry, a on oczywiście nie mógł się inaczej dokonać, bo wiemy, jak działa dzisiejszy przywódca Arabii Saudyjskiej. Wywiad amerykański ma na to zresztą dowody, które Trump bagatelizuje.
Polska gości beztrosko kraj, który okrył się hańbą i powinien spotkać się z infamią, z szerokim dyplomatycznym ostracyzmem, przynajmniej dopóki nie wytłumaczy się uczciwie z tego, nie przeprosi i nie zadośćuczyni.
Wiadomo, że Trumpa i jego rodzinę z Arabią Saudyjską łączą liczne powiązania i interesy, szczególnie poprzez osobę Jareda Kuschnera, który zresztą będzie w Warszawie. To pokazuje, jak bardzo ta grupa jest interesowna, a PiS świetnie się w tym odnajduje. To niestety na długie lata okryje nas hańbą. To jest tym bardziej przykre, że wykazuje się tu pogardę dla naszych historycznych zasług i dla wizerunku, jaki wypracowaliśmy sobie po 1989 roku. PiS to wszystko już zniszczył, a ta konferencja jest tylko gwoździem do trumny, do której rządzący złożyli naszą soft power i markę państwa kierującego się jednak jakimiś wartościami i zachowującego się przyzwoicie.

Po raz kolejny stawia nas to w kontrze do UE, która jest za utrzymaniem porozumienia z Iranem, wypracowanym jeszcze za prezydenta Obamy?
Podobnie „ładnie” pokazaliśmy się przy inwazji na Irak, w której wzięliśmy udział. Najpierw była decyzja UE, że stoimy na gruncie decyzji ONZ (styczeń 2003), a zaraz potem był list ośmiu wyłamujący się ze stanowiska Unii i popierający rozwiązanie siłowe, do którego dążył Waszyngton, a kilka tygodni później Polska wzięła udział w inwazji na Irak. Były to decyzje fałszywe, świadomie oszukańcze, które doprowadziły do katastrofy w regionie, której tragiczne skutki nadal wszyscy odczuwamy, tam i w Europie.
Rząd PiS pod względem aksjologicznym, ideowym, kulturowym wypisał się z UE, chce jedynie czerpać z UE pieniądze i mieć dostęp do rynku.
Unia jako projekt polityczny, który służy wszystkim państwom europejskim, łączy te kraje, jednoczy, zwłaszcza wobec wyzwań zewnętrznych, taka Unia jest PiS-owi zupełnie obca, zatem zachowujemy się skrajnie nielojalnie, niczym V kolumna w stosunku do UE. Mnie to już nawet nie dziwi.

Może spróbujmy znaleźć jakiś pozytyw w organizacji tej konferencji, np. poprawa stosunków z Izraelem. Pamiętamy, że jeszcze niedawno mieliśmy potężny kryzys wywołany nieudolną ustawą o IPN.
Kryzys w stosunkach z Izraelem, wywołany przez tę samą partię, został naprawiony, bo Amerykanie założyli nam podwójnego nelsona i PiS uderzył dwa razy ręką o matę. Jak powiedział jeden z izraelskich negocjatorów tej zmiany w ustawie, strona polska uciekała z podkulonym ogonem. Stosunki z Izraelem trzeba mieć dobre, to oczywiste, i Polska, jak i wiele krajów, je ma, ale to nie wymaga takich ofiar.
Można mieć dobre stosunki z różnymi krajami, których przywódcy nawzajem nawet bardzo się nie lubią. Wystarczy być przyzwoitym. Trzeba mieć trochę rozumu, autonomii, wolności i przyzwoitości, która na dłuższa metę na pewno się opłaca, ale przede wszystkim mówi o nas samych.

W polityce międzynarodowej obserwujemy nową erę?
Na pewno, możemy mówić o powrocie do power politics w stosunkach międzynarodowych, tylko nie rozumiem, dlaczego my się w to wpisujemy. Rozbijając jedność UE, opowiadając takie rzeczy jak premier Morawiecki w ostatnim wywiadzie dla „Le Figaro”, to wygląda jak radość indyków na zbliżające się święta. Logika power politics nie może być dla nas korzystna w takiej sytuacji.

Z czym zostaniemy po tej konferencji?
Z niesławą, bo co ona innego może przynieść. Chyba że zapadnie decyzja, że lance w dłoń i jedziemy na Iran. Oczywiście to byłoby zbyt ryzykowne, ale przypomnijmy sobie, jak załatwił nas Nicolas Sarkozy, który najpierw zwołał konferencję międzynarodową w sprawie Libii, a gdy uczestnicy zjeżdżali się do Paryża, to dowiadywali się na miejscu, że już samoloty francuskie bombardują pozycje wojsk Kadafiego. W takie pułapki też czasem jesteśmy wciągani. Ja oczywiście nie szukam tu analogii i uważam, że coś takiego się nie zdarzy. Na pewno natomiast nie zabraknie osób z kręgu władzy i potężnego zaplecza medialno-PR-owego, które będą doszukiwać się pozytywów. Na pewno będą sprzedawać Polakom wizerunek kraju, który ma tak potężnego opiekuna. Nie sądzę natomiast, żeby ta konferencja przyniosła jakiś postęp, jeżeli chodzi o trwały pokój w tamtym regionie świata.
Oczywiście rządzący Polską uzyskają kilka punktów u Trumpa, ale proszę pamiętać, że takie indywidua jak Trump przemijają, a poważne mocarstwo, jakim z reguły są Stany Zjednoczone, pozostaje. O takich przysługach następcy Trumpa nie będą pamiętać.

PiS zachowuje się, jakby miał nigdy nie oddać władzy w Polsce, podobnie Trump w USA, ale wiemy, że popularność polityków na pstrym koniu jeździ. Jaka będzie pozycja Polska, gdy następny prezydent będzie wywodził się z demokratów?
Pamiętajmy, że prezydent Obama był demokratą i miał bardzo sceptyczny stosunek do Arabii Saudyjskiej, która z kolei robiła wiele przeciwko niemu. Dlatego też Donald Trump tak ochoczo zabrał się do naprawy tych stosunków, wysyła tam osobę zaufaną ze swojej rodziny, swojego zięcia Jareda Kuschnera (wszak chodzi o duże pieniądze, także dla rodziny), żeby odrobił te straty spowodowane przez Obamę. Prezydent Obama miał bardzo trzeźwe, realistyczne spojrzenie na rolę Arabii Saudyjskiej, która – jak wiadomo – zachowuje się dwuznacznie w grze z Zachodem. Z jednej strony prezentuje się jako bliski sojusznik Ameryki, a z drugiej z tego kraju wychodzi silne wsparcie finansowe dla różnych działań antyzachodnich, zarówno jeśli chodzi o terroryzm, jak i fundamentalizm religijny. To, że Amerykanie tego nie dostrzegają, zaślepieni pieniędzmi, które robią w stosunkach z Arabią Saudyjską, mogę sobie wyobrazić, ale że my nie zachowujemy w tej sprawie minimum przyzwoitości, pokazuje kompletny moralny upadek tego rządu i polskiej dyplomacji.

Referendum? TAK!

Prezydent Duda łapie się prawą ręką z lewe ucho, aby swoją pozycję polityczną w kraju umocnić inicjując jakieś referendum. Publicznie komponuje mniej lub bardziej kompromitujące go pytania, którymi nękać zamierza współobywateli. Jest jednak kwestia, która moim zdaniem bezwzględnie powinna zostać poddana decyzji Polaków. To sprawa decyzji o zaproszeniu wojsk obcego państwa do STAŁEJ obecności w Polsce.
Stała obecność obcych wojsk w Polsce to poważna sprawa – bodajże najpoważniejsza z tych, które w praktyce, nie w pięknych słownych deklaracjach, determinują naszą suwerenność i niezależność. Szczególnie pomni najnowszej historii naszego kraju powinniśmy kwestii stałych baz obcych wojsk poświęcić maksymalnie dużo uwagi.
Zabiegi Sikorskiego, Komorowskiego, a obecnie Dudy i Kaczyńskiego o to, by „spełniło się marzenie Polaków, aby amerykański żołnierz postawił swój but na polskiej ziemi” muszą zostać skonfrontowane z rzeczywistą wolą suwerena.
Jest w tej sprawie kilka ważnych aspektów. Po pierwsze czy rzeczywiście amerykańskie wojska w Polsce zwiększą czy zmniejszą bezpieczeństwo kraju? USA zawsze kierowały się wyłącznie własnym interesem. Oczekiwanie, że przedłożą go nad interes Polski w momencie rzeczywistego zagrożenia jest ułudą o wiele większą od tej, która kazała nam oczekiwać pomocy wielkiej Brytanii i Francji we wrześniu 1939 r. Czy kontyngent wojsk amerykańskich obroni Polskę w przypadku agresji ze wschodu, czy też ma być elementem odstraszania tylko? Czy nie jest przypadkiem tak, że ściągając obce wojska przygotowujemy się tak naprawdę do wojny, która już się zakończyła? Wszystko wskazuje na to, że współczesny konflikt rozegra się w zupełnie innej przestrzeni niż II Wojna Światowa – w cyberprzestrzeni mianowicie.
Po drugie, czy zainstalowanie stałych amerykańskich baz u granicy z POTENCJALNYM agresorem wzmacnia, czy osłabia poziom napięcia na kontynencie? To pytanie raczej retoryczne. Skutkiem takiej decyzji będą najpewniej stosowne decyzje w rosyjskich sztabach. Rosyjscy jastrzębie mogą tylko zacierać ręce i programować nowe cele na polskiej ziemi dla swoich rakiet. Ale generowanie coraz to nowych konfliktów na granicy Unia Europejska – Rosja jest – jak uczy historia – stałym elementem amerykańskiej doktryny. Czy więc ustanowienie amerykańskich baz wojskowych to realizacja polskiego interesu, czy strategicznych interesów USA politycznym i finansowym kosztem Polski?
A może jest tak, że Polacy nie życzą sobie eskalacji napięć w Europie, eskalacji, której front przebiega przez Polskę?
I wreszcie ostatnia, najważniejsza sprawa: kwestia politycznej odpowiedzialności. Decyzja o utracie znacznej części naszej suwerenności – a taką będzie niewątpliwie stała obecność obcych wojsk na polskiej ziemi, nie może zostać podjęta przez ŻADNE ugrupowanie polityczne. To sprawa zbyt kardynalna, doniosła w sensie historycznym. Tym bardziej w przypadku PiS, które w wyborach poparło niespełna 19 proc. uprawnionych do głosowania, nie ma prawa do podejmowania takiej decyzji. Dlatego więc, również po to, aby w przyszłości nie przerzucać się odpowiedzialnością za te decyzje, w tej kwestii powinien wypowiedzieć się Naród. I żadne medialne sondaże nie zastąpią tu powszechnego referendum. Dlatego Prezydencie Duda: referendum – tak, ale z jednym pytaniem: „Czy jesteś za stałą obecnością wojsk amerykańskich w Polsce.

 

Tekst pochodzi z bloga „Jacka Uczkiewicza wołania na puszczy”.