Trump uderza w NATO po odmowie wsparcia wojny z Iranem

Donald Trump krytykuje NATO po odmowie wsparcia działań USA przeciw Iranowi. W tle spór o Cieśninę Ormuz i rolę Sojuszu.
Fot. White House

Donald Trump po raz kolejny uderzył w NATO, ale tym razem nie chodzi już tylko o znaną od lat pretensję, że Europa wydaje za mało na zbrojenia. Prezydent USA zaatakował sojuszników za to, że nie chcieli włączyć się do amerykańsko-izraelskiej operacji przeciw Iranowi i pomóc w działaniach związanych z Cieśniną Ormuz. Nazwał ich postawę „bardzo głupim błędem”, mówił o „wielkiej próbie” i zapowiedział, że Stany Zjednoczone to zapamiętają.

„NATO popełnia bardzo głupi błąd. To była wielka próba” — mówił Trump. Dodał też, że zachowanie sojuszników jest „dość szokujące”. W innym wpisie przedstawił NATO jako układ jednostronny: „Zawsze uważałem NATO — gdzie wydajemy setki miliardów dolarów rocznie, chroniąc te same kraje — za układ jednostronny. My ich bronimy, a oni nie robią dla nas nic, szczególnie w chwili potrzeby”. Tą wypowiedzią Trump przesuwa spór o NATO na nowy poziom. Nie chodzi już o klasyczne żądanie większych wydatków, lecz o próbę podporządkowania Sojuszu bieżącej polityce wojennej Waszyngtonu.

Na tym polega zasadnicze nadużycie. Państwa europejskie nie mają obowiązku uczestniczyć w każdej amerykańskiej operacji wojskowej. NATO jest paktem obronnym, a nie automatem do zatwierdzania wszystkich działań Białego Domu. Odmowa Berlina, Rzymu, Madrytu czy Warszawy nie jest żadną „zdradą”, tylko konsekwencją tego, czym ten sojusz w ogóle jest. Donald Tusk ogłosił zresztą wprost, że Polska nie wyśle wojsk do Iranu, bo ten konflikt nie dotyczy bezpośrednio bezpieczeństwa naszego kraju.

Trump próbuje jednak tę oczywistość odwrócić. Miesza dwa różne porządki: traktatową obronę sojuszników i udział w ofensywnej operacji, której wielu partnerów USA nie popiera ani politycznie, ani prawnie. W jego narracji Ameryka rzekomo „broni wszystkich”, więc wszyscy powinni być gotowi wspierać ją wszędzie i zawsze. To właśnie dlatego jego wypowiedzi brzmią jak próba przedefiniowania NATO — z wielostronnego układu bezpieczeństwa na instrument politycznej dyspozycyjności wobec Waszyngtonu.

Ta narracja jest przy tym wewnętrznie sprzeczna. Z jednej strony Trump narzeka, że NATO nie chce pomóc. Z drugiej ogłasza, że Stany Zjednoczone tej pomocy wcale nie potrzebują. „W związku z naszym ogromnym sukcesem militarnym nie potrzebujemy ani nie chcemy pomocy krajów NATO — NIGDY JEJ NIE POTRZEBOWALIŚMY!” — napisał. Na końcu dorzucił jeszcze demonstracyjne: „NIE POTRZEBUJEMY NICZYJEJ POMOCY!”. To nie wygląda na spójną strategię. To wygląda na polityczny szantaż: najpierw presja na sojuszników, a potem obrażona demonstracja siły, gdy tej presji nie udało się wymusić.

W tym kontekście szczególnie znacząca jest rezygnacja Joe Kenta, dyrektora amerykańskiego National Counterterrorism Center. Kent odszedł ze stanowiska, twierdząc, że Iran nie stanowił bezpośredniego zagrożenia dla USA i że nie może z czystym sumieniem popierać tej wojny. To ważny sygnał, bo pokazuje, że spór nie przebiega już tylko między Waszyngtonem a Europą. Pęknięcia widać także wewnątrz samego amerykańskiego aparatu bezpieczeństwa.

Cała ta sprawa ma większe znaczenie niż kolejna medialna awantura wywołana jednym komentarzem Trumpa. Europa dostała kolejny dowód, że dla obecnego gospodarza Białego Domu NATO nie jest wspólnotą bezpieczeństwa opartą na trwałych zasadach, lecz układem warunkowym, którego wartość zależy od tego, czy w danym momencie jest użyteczne dla USA. Jeśli sojusznicy nie chcą firmować amerykańskiej wojny z Iranem, Trump jest gotów przedstawiać ich jako niewdzięcznych pasażerów na gapę i podważać sens całego Sojuszu.

Dla Polski i całej Europy wniosek jest poważny. Nie chodzi już tylko o to, ile wydawać na obronność. Chodzi o to, czy bezpieczeństwo kontynentu może nadal opierać się na sojuszu z państwem, którego przywódca coraz wyraźniej traktuje NATO nie jako zobowiązanie wzajemne, lecz jako narzędzie nacisku. W tym sensie słowa Trumpa nie były kolejną prowokacją. Były ostrzeżeniem, że w jego politycznej wizji sojusz ma być posłuszny — albo staje się „bez sensu”.

Redakcja

Poprzedni

W Paryżu Chiny i USA prowadziły rozmowy gospodarczo-handlowe

Następny

Podwyżki w ochronie zdrowia zostają. Rząd wycofał się z próby uderzenia w pracowników