Pacta conventa pani von der Leyen

W I Rzeczypospolitej elekcyjni królowie, aby zapewnić sobie wybór na polski tron, poczynając od Henryka Walezego podpisywali listy zobowiązań przedstawiane im przez szlachtę. Królowie po elekcji mogli dotrzymywać słowa lub nie, ale zasada podpisywania paktów stanowiła i skuteczne ograniczenie zapędów absolutystycznych i prowadziła do ustanowienia fundamentów szlacheckiej demokracji. Dziś sytuacja z wyborem Ursuli von der Leyen na szefową Komisji Europejskiej zastanawiająco przypomina tę praktykę. I może doprowadzić do podobnych konsekwencji – większej demokratyzacji unijnych struktur.

Kandydatura pani von der Leyen uzgodniona przez Radę Europejską musi jeszcze zostać zaaprobowana przez Parlament Europejski – organ unijny, który pomimo wysokiej rangi nie ma wielkiej mocy panowania nad brukselską administracją. W sytuacjach takich jak obecna jednak od jego decyzji zależy bardzo wiele, bo kandydatura niemieckiej minister obrony, wydawałoby się, że zaaprobowana przez państwa członkowskie UE i niespecjalnie kontrowersyjna, budzi wiele obiekcji i europarlamentarzyści poczuli, że mają w tym momencie nie tylko okazję do strojenia fochów, ale i możliwość wywierania realnej presji. Bo jeśli pani von der Leyen nie zdobędzie absolutnej większości, powstanie pat. A raczej Rada Europejska będzie postawiona w sytuacji, która w grach planszowych nazywa się „back to square one” – czyli powrót na początek trasy: w ciągu 30 dni będzie musiała zostać zaprezentowana nowa kandydatura, co – jak pokazał to przebieg ostatniego szczytu – może wcale nie być łatwe.
Europarlamentarzyści poczuli się zignorowani, bo wskutek braku porozumienia państwa członkowskie nie zaakceptowały żadnego z ich „spitzenkandidaten” – rekomendowanych przez frakcje polityczne propozycji do objęcia funkcji przewodniczącego KE. A formułowanie tych propozycji europosłowie uważają za zwyczajową wprawdzie, ale swoją ważną prerogatywę. I zaczęły się pojawiać obiekcje – cały ich koncert – wyrażane nie tylko z pozycji konkretnych frakcji politycznych, ale i grup narodowościowych w europarlamencie. A to że Pani von der Leyen jest Niemką, a jak wiadomo pozycja Niemiec i ich wpływ na funkcjonowanie europejskich struktur budzi wśród wielu państw obawy. Dodatkowo – gdyby zostałaby wybrana, to Niemcom przypadłoby zdecydowanie dużo w brukselskiej administracji, bo choć żaden przedstawiciel tego kraju nie szefował Komisji od ponad pół wieku, czyli od czasów, gdy Unia Europejska jeszcze nie była Unią Europejską, ale swoją zalążkową formą. Bo też i Niemcy, choć będąc najsilniejszym członkiem Unii lubiły wywierać zawsze na nią wpływ, zawsze jednak starały się nie robić tego w sposób zbyt natarczywie demonstrowany. W gruncie rzeczy nawet objęcie przez Niemkę najważniejszego stanowiska w brukselskiej administracji może te działania utrudnić, bo właśnie pod tym kontem wszelkie jej działania byłyby obserwowane.
Ale to nie dość. Europarlamentarzyści podnoszą, że choć pani von der Leyen jest doświadczoną polityczką, akurat w odniesieniu do UE wielkiego doświadczenia ani kompetencji nie ma, a jej wypowiedzi na istotne tematy są dość ogólnikowe. Co wszakże nie jest argumentem niepodważalnym, bo powiedzmy sobie – jeszcze nie dawno pewnie nie zakładała, że stanie przed takim wyzwaniem. Domysły, że pozwolenie na utrącenie kandydatury Manfreda Webera i forsowanie potem kandydatury Fransa Timmermansa, o którym było wiadomo, że dla wielu państw Unii będzie nie do przełknięcia, było diabolicznym planem kanclerz Angeli Merkel, aby doprowadzić do takiej sytuacji, w której wyciągnie „niespodzianie” niemiecką kandydaturę, na którą wszyscy się zgodzą, można raczej zaliczyć do kategorii teorii spiskowych. Jak się chce w nie wierzyć, można, ale nic nie wskazuje, aby przynajmniej pani von der Leyen miała świadomość, że planowana byłą dla niej taka rola. A funkcjonowania w świecie brukselskiej administracji można się nauczyć, zwłaszcza jak się jest zawodową polityczką.
Frakcje uzależniają swoje poparcie od spełnienia konkretnych warunków i przyjęcia zobowiązań, od których uzależniają poparcie. A kandydatka musi się do nich odnieść. Potrzebuje bowiem minimum 376 głosów, a nie będzie to zadanie łatwe. Przy założeniu, że jej własna frakcja – chadecka Europejska Partia Ludowa (EPP), największa reprezentacja w PE – zagłosuje za jej kandydaturą, da jej to 182 głosy, to jeszcze nie będzie nawet połowa tego, co będzie pani von der Leyen potrzebne.
Socjaldemokraci (S&D) zgłosili swoją listę oczekiwań – wśród nich najmocniej wypunktowano kwestie sankcji za nieprzestrzeganie praworządności „Wśród pierwszych kroków musi znaleźć się propozycja nowego kompleksowego mechanizmu na rzecz praworządności z sankcjami powiązanymi z funduszami Unii Europejskiej, strategia równości i różnorodności, przyjęcie regulacji o przeciwdziałaniu dyskryminacji i realizowanie Konwencji Stambulskiej w sprawie zapobiegania i zwalczania przemocy wobec kobiet i przemocy domowej” – tak zaczyna się ich przedłożona na piśmie lista postulatów. Socjaldemokraci domagają również parytetu 50 proc. dla kobiet w obsadzie stanowisk w UE, osobnego budżetu dla strefy euro, neutralnej klimatycznie gospodarki, zmian zasad głosowania w Radzie Europejskiej, oraz „zakończenia reformy wspólnego europejskiego systemu azylowego opartego na solidarności, wzmocnienia i zwiększenia finansowania na rzecz poszukiwań i ratownictwa, zaproponowania nowych przepisów dotyczących wiz humanitarnych oraz wydania wytycznych w sprawie pomocy humanitarnej”. Po spotkaniu pani von der Leyen z frakcją S&D entorzjamu dla poparcia niemieckiej kandydatki nie było widać. Frakcja liczy 154 deputowanych, więc nawet gdyby zagłosowała na panię von der Leyen, nadal nie zapewni to wystarczającego poparcia. Co więcej – bardzo niechętnie do niej nastawieni są należący do tj frakcji europarlamentarzyści z niemieckiej SDP, którzy zapowiedzieli, że jej za nic nie poprą. Przypomnijmy, że brak zgody koalicyjnego rządu niemieckiego na tę kandydaturę spowodował, że w Radzie Europejskiej kanclerz Merkel musiała wstrzymać się od głosu.
Liberałowie (RE) – trzecia co do wielkości frakcja – licząca 108 deputowanych także postawili warunki, w części podobne do sformułowanych przez socjaldemokratów, w szczególności w odniesieniu do kwestii praworządności, ale także i warunek personalny – zrównanie rangi ich kandydatki na zastępcę szefa KE, Margrethe Vestager, z zajmowaną przez Fransa Timmermansa. Komisja miałaby wtedy dwoje „pierwszych wiceprzewodniczących”, a czegoś takiego jej struktura nie przewiduje. Byłby to zatem warunek trudny do spełnienia, bo wymagający dokonania zmian formalnych.
Stanowisko konserwatystów jest tym bardziej niepewne, bo ich oczekiwania są odmienne. Zwłaszcza polscy i węgierscy europosłowie z tej frakcji naciskaniem na sprawę praworządności zainteresowani nie są, a wręcz przeciwnie.
Spotkania z innymi frakcjami odbywały się bez udziału obserwatorów, ale Zieloni – którzy zresztą oznajmili, że kandydatury nie poprą – zorganizowali je formule otwartej, co faktycznie pozwoliło na lepszy wgląd w proces konsultacji niż tylko poprzez komunikaty frakcji i wypowiedzi ich członków. Faktycznie bowiem wiele wypowiedzi pani von der Leyen brzmiało dość ogólnikowo, ale też pojawiły się deklaracje interesujące. Najbardziej może ta, iż pani von der Leyen wystąpiła z propozycją, iż KE pod jej kierownictwem pozwoli Parlamentowi Europejskiemu na pewien zakres inicjatywy ustawodawczej deklarując, że jeśli będzie wybrana, to zajmie się każdym pomysłem wychodzącym z PE, który uzyska większość absolutną. Brak prawa do inicjatywy ustawodawczej jest tymczasem największą ułomnością określającą pozycję Europarlamentu, sprawiającą iż w praktyce punkt ciężkości przesunięty jest zdecydowanie na korzyść brukselskiej biurokracji. Zrobienie choćby zwyczajowego wyłomu w odniesieniu do tej sprawy pozwoliłoby na dokonanie zmiany naprawdę znaczącej.
Gdyby tak się stało, słabość kandydatury pani von der Leyen i konieczność paktowania z Parlamentem Europejskim mogłaby doprowadzić do znaczącej jakościowej zmiany i zdemokratyzowania działania całego systemu europejskiego, w którym jego przedstawicielski organ, na którego skład mają bezpośrednio wpływ obywatele państw członkowskich, zyskałby większą rolę. A to by była zmiana ze wszech miar pożądana. Nawet jeśli niemiecka kandydatka nie robi wrażenia gotowej do wstrząśnięcia europejskimi strukturami.
Głosowanie odbędzie się we wtorek wieczorem.

Płacz i zgrzytanie zębów

Jeszcze pisowskim europosłom nie wyschły łzy po fiasku elekcji prof. Zdzisława Krasnodębskiego na wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego, a już mają kolejny powód do rozpaczy: Beata Szydło nie została przewodniczącą komisji zatrudnienia i spraw społecznych.

Porażka byłej premier jest więcej niż żenująca, bo wybory przewodniczących komisji w Parlamencie Europejskim są zwyczajowo uzgadniane na zasadzie gentlemen’s agreement, więc samo głosowanie powinno być już tylko proceduralną formalnością. W przypadku Beaty Szydło tak jednak się nie stało. Mimo, że nie miała kontrkandydata, czyli teoretycznie „nie miała z kim przegrać”, nie uzyskała poparcia wystarczającej liczby posłów. Jej kandydaturę, zgłoszoną przez Europejską Partię Konserwatystów i Reformatorów, do której to frakcji należy w PE PiS, poparło zaledwie 21 członków komisji, a przeciw było 27.
Politycy PiS za utrącanie swoich kandydatów (przypomnijmy, że prof. Krasnodębski uzyskał zaledwie 85 głosów, podczas gdy jego rywal – niezrzeszony europeseł Fabio Massimo Castaldo – aż 248, co oznacza pobicie na głowę) obwiniają – jak zwykle – „siły zła”, które zalęgły się, jak wiadomo, nie tylko w Polsce, ale w całej Unii Europejskieij, jakoby biorące odwet za to, że – jak to stwierdził w Polskim Radio minister Michał Dworczyk, „za to, że pierwszy raz premier RP potrafił stworzyć sojusz państw, które skutecznie przeciwstawiły się krajom dotychczas rozdającym karty w UE”, czyli za zablokowanie kandydatury Fransa Timmermansa na szefa Komisji Europejskiej. W odniesieniu do klęski Beaty Szydło interpretacja jest podobna. O odwecie mówił prof. Ryszard Legutko, a Beata mazurek wprost stwierdziła, że „za dzisiejszym głosowaniem stoi środowisko liberalno-lewicowe, które de facto krytykuje nas za nieprzyjmowanie imigrantów, krytykuje nas za to, że demokracja w Polsce zwyciężyła i rządzą ci, którzy rządzą. Nie mogą pogodzić się z tym, że Polska razem z V4 zablokowała Timmermansa”.
Wszystko to pięknie brzmi, niemal równie pięknie, jak niegdysiejsze tłumaczenia, czemuż to Jacek Saryusz-Wolski nie zastąpił Donalda Tuska na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej. I równie wiele mają sensu. A fakt, że kandydaci w wyborach do różnych stanowisk PE przepadają dowodzi tylko jednego – że były to kandydatury niedostatecznie uzgodnione, czyli z góry przegrane.
O ile funkcja wieceprzewodniczącego – jednego z aż czternastu – tak naprawdę nie ma z samej definicji bardzo dużego znaczenia, a raczej – może mieć takie, jakie sprawująca je osoba jest w stanie mu nadać, to przewodniczenie komisji, choć niższe rangą, daje duże możliwości operacyjne, bo pozwala na kierowanie pracami nad projektami rezolucji w zakresie kompetencji komisji. Ma jednak jeden wymóg, którego politycy rządzącej w Polsce partii zdają się nie zauważać. Chodzi mianowicie o to, że pomimo iż Unia Europejska bardzo rozrzutnie, choć spolegliwie w stosunku do swoich państw członkowskich, zapewniając tłumaczenia symultaniczne podczas obrad oraz publikację dokumentów na wszystkie ich języki, przewodniczący komisji jednak musi pracować i spotykać się choćby z członkami swojej komisji także poza salą obrad. Ergo – osoba, która nie włada żadnym innym poza swoim językiem po prostu do jej pełnienia się nadaje. I nie trzeba tu szukać spisku sił zła, liberałów i lewaków. Nawet jeśli wobec PiS rzeczywiście funkcjonowałby „kordon sanitarny”, w myśl którego kandydaci otwarcie antyeuropejscy nie są dopuszczani do funkcji w PE. Wystarczy zdać sobie sprawę, że członkowie komisji po prostu nie chcieli mieć przewodniczącej, z którą nie byliby w stanie się porozumieć.
Żal i zgrzytanie zębów PiS ma się teraz przełożyć na możliwość zablokowania kandydatury Ursuli von der Leyen na szefową KE. Przypomnijmy – kandydatury, którą Polska poparła i uznała za swój wiekopomny sukces. Niezależnie od tego, że poparcie dla pani von der Leyen nie jest pewne, gdyż frakcje w PE nie zachwyciły się tym, że w drodze targów poutrącane zostały wszystkie ich tzw. „wiodące kandydatury”. Ale konstruowanie polityki w europejskich strukturach na zasadzie odwetów – jeśli PiS tak będzie robić – doprowadzi tylko do jednego – do całkowitej marginalizacji jego reprezentacji. Czym akurat chyba nie trzeba się specjalnie martwić. Może pisowscy europarlamentarzyści dojdą do wniosku, że tak dalece im się tam nie podoba, że wezmą przykład z Janusza Korwina-Mikkego i poskładają mandaty, swoje wielkie zwycięstwo wyborcze zamieniając na nadąsanie poobrażanych przedszkolaków?

Targu dobito

Wiadomo, kto będzie przewodniczył Komisji Europejskiej, Radzie Europejskiej, kto poprowadzi unijną dyplomację, kto będzie przewodniczącym i wiceprzewodniczącymi Parlamentu Europejskiego, kto będzie szefową Europejskiego Banku Centralnego. W Polsce otrąbiono zwycięstwo. Ale czy jest się z czego cieszyć? Czy też czym przejmować?

Szefować KE będzie dotychczasowa niemiecka minister obrony, chadeczka Ursula von der Leyen. Pierwszym wiceprzewodniczącym pozostanie Holender, socjaldemokrata Frans Timmermans, w zablokowanie kandydatury którego na następcę Jean-Claude’a Junckera Polska włożyła tyle wysiłku, stanowisko drugiego wiceprzewodniczącego przypadnie Dunce – Margrethe Vestager – dotychczas unijnej komisarz ds. konkurencji. Na stanowisku szefa unijnej dyplomacji włoską socjalistkę Federikę Mogherini zastąpi socjalista hiszpański – Josep Borell – dotychczas minister spraw zagranicznych swojego kraju. Następcą Donalda Tuska jako przewodniczącego Rady Europejskiej będzie Belg – Charles Michel – dotąd tymczasowy premier Belgii. Europejski Bank Centralny dostanie w swoje ręce Christine Lagarde – bez wątpienia kompetentna w swojej branży i konsekwentna zwolenniczka polityki oszczędności i wspierania instytucji finansowych kosztem społeczeństw, Francuzka Christine Lagarde, od 2011 roku kierująca Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Jej druga, pięcioletnia kończyłaby się za dwa lata.
Na swojego przewodniczącego Parlament Europejski – znając już wyniki tej układanki poczynionej przez brukselski szczyt – wybrał włoskiego socjalistę Davida Sassolego. Polsce „na osłodę” pozostał wybór Ewy Kopacz na wiceprzewodniczącą PE. Jeśli by zatem patrzeć na obsadę kluczowych stanowisk w Unii Europejskiej, ogłoszone w polskich rządowych mediach wielkie zwycięstwo Grupy Wyszehradzkiej, a Polski w szczególności, od którego należałoby zacząć liczyć kalendarz, wypada dość mizernie. Starczy przejrzeć powyżej wyliczone nazwiska, żeby stwierdzić, że reprezentanta środkowo – i wschodnioeuropejskich państw UE nie ma tam żadnego. Wszystkie kluczowe funkcje „zagospodarowała” między sobą zachodnia część bloku. Nawet jeśli udało się zablokować kandydaturę znienawidzonego Timmermansa, przeciwko któremu gardłowała nie tylko Grupa Wyszehradzka, ale również – na planie podziałów partyjnych, a nie państw członkowskich – frakcja chadecka, nie mogąca pogodzić się z oddaniem tego stanowiska socjaliście, podczas gdy oni wygrali wybory do Europarlamentu, a ich „wiodący kandydat” został wyoutowany już w przedbiegach, to i to osiągnięcie nie powala, bo Timmermans nadal będzie w KE osobą numer 2 i polskiemu rządowi da się jeszcze z pewnością we znaki.
A więc znów klęska?
Nie da się ukryć, że Grupa Wyszehradzka została przez Zachód Europy ukarana za mieszanie się w nie swoje sprawy. Francja i Niemcy pokazały jej, kto tu rządzi i rozdaje karty, a jak ktoś to utrudnia i zapomina, że jego rolą jest siedzieć cicho i klaskać, to trzeba mu przypomnieć, gdzie jest jego miejsce. Jeśli patrzy się na to wszystko tylko z właściwej PiS perspektywy postrzegającej Unię przede wszystkim jako organizację suwerennych państw narodowych, tak by to musiało wyglądać. A to nie jest jedyny sposób patrzenia na UE. Bo Bruksela i szczyty unijnej administracji żyją własnym życiem, na poziomie takim, na którym narodowość funkcjonariuszy nie ma aż tak dominującego znaczenia. Bo niezależnie od narodowości ktokolwiek obejmuje mniej lub bardziej znaczącą funkcję w unijnej biurokracji – podobnie jak jest to również w organizacjach Systemu Narodów Zjednoczonych – staje się funkcjonariuszem tej struktury. Prymitywny punkt widzenia, że jak kogoś się wprowadzi w takiej strukturze na to czy inne stanowisko, to on/ona będzie „załatwiać coś” dla swojego kraju nie działa. Tego nie tylko funkcjonariuszowi unijnemu nie wypada. Tego mu nie wolno. Podejrzenie, że ktoś taki uprawia prywatę i forsuje interesy swojego kraju jest jednym z najcięższych zarzutów (poza może korupcyjnymi), jakie mogą dotknąć europejskiego urzędnika. Z tego powodu pracujący w tego rodzaju strukturach urzędnicy, wszystko jedno, jakiego szczebla, od swoich delegacji narodowych starają się trzymać na dystans. Na duży dystans. Dlatego też rozmiarów poniesionej przez wschodnią część UE klęski nie ma też powodu przeceniać.
Analityki i oceny, którymi jesteśmy raczeni przez polityków śmieszą cokolwiek, bo zależnie od okoliczności sprzedaje się nam taką czy inną wykładnię. Jeśli zatem Donald Tusk twierdzi, że wybór Ewy Kopacz na jedną z czternastu wiceprzewodniczących PE (przypomnijmy, że państw członkowskich w UE jest 28, a wkrótce będzie 27, liczba „wice” w PE przypomina cokolwiek autobus z niegdysiejszych dowcipów o Wąchocku, który jest szerszy niż dłuższy, bo wszyscy chcą siedzieć przy kierowcy) to jakiś wielki sukces Polski, to znaczy to tylko tyle, że należy ona do jego frakcji i dlatego jej wybór opakowuje w nimb osiągnięcia, z którego dla Polski miałoby wiele wyniknąć. I tak samo jak on nic dla Polski ze wspomnianych wyżej powodów nie „załatwiał”, bo nie po to tam był, tak i nie będzie pani Kopacz. A jeśli spróbuje – bardzo szybko zostanie przywołana do porządku.
Pewnie dostaniemy także jakieś stanowiska komisarskie – jedno, może dwa – ale tych także jest wiele. Właśnie po to, żeby państwa członkowskie mogły się dobrze poczuć, że niby to „kogoś mają” w Brukseli.
Bez euforii
Jeśli coś może w tym wszystkim martwić, to coś zupełnie innego. Mianowicie to, że na głębsze zmiany w funkcjonowaniu UE i jej biurokratycznej maszynerii nie ma co liczyć. Tak, jak to już uciera się od dawna, europejscy przywódcy preferują bowiem obsadzać kluczowe stanowiska w Unii figurami „bezpiecznymi”, przewidywalnymi, takimi, co do których można mieć pewność, że nie będą wierzgać, nie będą mieć wizji, nie zrobią rewolucji (wszystko jedno pod jaką flagą), nie wstrząsną tą strukturą. Bo takich europejscy przywódcy się po prostu boją. I był właśnie też jeden z powodów, dla którego szefem KE nie został Timmermans – polityk odważny i wyrazisty.
Unia ma być taka jaka jest i nie spędzać im snu z powiek. Jak ciepłe kakao przed snem. I to martwi, bo opcja „więcej tego samego” dla Francji czy Niemiec – które pozostaną „rozdającymi karty”, niezależnie od tego, kto kim będzie osobiście w KE – jest z pewnością wygodna, pozwalająca utrzymać im inicjatywę, co do tego, czy wprowadzać w tym systemie zmiany, jakie i kiedy, jeżeli już, nie wydaje się tym, czego Europa potrzebuje.
Od Traktatu Lizbońskiego upłynęło ponad 12 lat, a świat – tak w obrębie UE, jak i może jeszcze bardziej w jej globalnym otoczeniu – tymczasem poważnie się zmienił. Unia za,oamst reagować na to, zaczyna zaś kostnieć, zaczyna coraz wyraźniej tracić swoją dynamikę, zaczyna kręcić się jak pies za własnym ogonem. W stosunku do zewnętrznych partnerów (mówiąc eufemistycznie; mówiąc konkretnie – rywali) takich jak Stany Zjednoczone, Chiny czy Rosja, nie jest w stanie wypracować koherentnej polityki. Własnych wewnętrznych spraw nie potrafi skutecznie rozwiązywać. I naprawdę potrzebuje kolejnego wstrząsu, jeśli nie ma czekać jej uwiąd. Inaczej grozić jej będzie, że podzieli los wielu różnych inicjatyw i bloków, które w swoim czasie powstawały, ale których czas minął – o czym w wywiadzie dla „DT” przypominał niedawno Włodzimierz Cimoszewicz. Byłaby to dla nas perspektywa bardzo niedobra. I trzeba powiedzieć, że ekipa, która Unię poprowadzi przez najbliższe lata nie robi wrażenia rokującej na przejście UE na kolejny poziom integracji (jak w grze komputerowej, kiedy albo w pewnym momencie z poziomu – powiedzmy – „4” – albo przeskakuje się na poziom „5”, albo gra się kończy), nawet jeśli weźmie się pod uwagę, że pani von der Leyen ma opinię zdecydowanej federalistki. Może decydujący o tym, uznali, że czas na zmianę jeszcze nie przyszedł, ale oby nie skończyło się to zaspaniem gruszek w popiele.

Emocje opadły, ale nie wystygły

Z Brukseli rezultaty szczytu UE i inauguracji Parlamentu Europejskiego komentuje europoseł SLD z frakcji Socjalistów i Demokratów (S&D), wiceprzewodniczący PE w poprzedniej kadencji, prof. Bogusław Liberadzki.

Po ostatnich wydarzeniach w Brukseli opinia publiczna jest bardzo podzielona. Rząd ogłosił sukces i święci go. Zablokowanie wyboru Fransa Timmermansa na przewodniczącego Komisji Europejskiej traktowane jest jako dowód na wielkie znaczenie Grupy Wyszehradzkiej i Polski w szczególności dla całej polityki europejskiej. Przeciwnicy rządu mówią, że jest to sukces na miarę słynnego 27:1, a nawet większy – „to klęska na całej linii”, słyszymy. Tę opinię wzmacnia porażka prof. Krasnodębskiego, kandydata PiS na wiceprzewodniczącego PE, który przepadł w wyborach, uzyskawszy niewiele ponad 80 głosów. W pierwszej turze uzyskał głosów bez mała 170. W kolejnych dostawał coraz mniej, aż w końcu zupełnie wypadł.
Reakcje i kalkulacje
Była to chyba reakcja sali, na zachowanie prominentnych przedstawicieli Prawa i Sprawiedliwości, którzy nie wstali, kiedy grano i śpiewano hymn europejski, zaś część z nich weszła do sali dopiero po odegraniu hymnu. To zostało zauważone.
Mimo, że – jako polska delegacja – staraliśmy się wspierać kandydaturę prof. Krasnodębskiego, to jednak rząd PiS naraził się całej większości w Parlamencie Europejskim. Chadecy nie odwdzięczyli się więc za wykreowanie pani von Leyen na kandydatkę do fotela przewodniczącej Komisji Europejskiej (ich kandydatem był – co przypominam – Manfred Weber), socjaliści (poza delegacją SLD-owską), po zablokowaniu Fransa Timmermansa, też nie mieli powodu głosować na kandydaturę prof. Krasnodębskiego.
Przypadek Timmermansa traktuje się zresztą bardzo poważnie, jako zablokowanie polityka, który chciał praworządnej i zintegrowanej Unii Europejskiej. Fiasko tego planu, (choć Grupa Wyszehradzka nazywa to „sukcesem”) na tym polega, że Franz Timmermans będzie nadal robił to samo – będzie strzegł praworządności w krajach członkowskich. Zostanie pierwszym wiceprzewodniczącym KE – jeśli w ogóle kandydatka na przewodniczącą Komisji Europejskiej zyska aprobatę Parlamentu, bo to nie jest takie pewne. Pamiętajmy, że jej kandydatura musi uzyskać parlamentarną większość. Takiej gwarancji dziś nie ma. Na przykład w grupie Socjalistów i Demokratów, tylko delegacja Hiszpanii jest zadowolona z ostatecznych rozstrzygnięć (Hiszpan został wyznaczony na następcę pani Federiki Mogherini) i na pewno zagłosuje „za”. Natomiast inne delegacje w grupie S&D wypowiedziały się przeciw pani von Leyen. Skoro bowiem przepadł kandydat S&D, a wysunięto przedstawicielkę chadecji, to jakie socjaliści mają powody, żeby ją popierać? Sytuacja jest więc dosyć skomplikowana. Gdyby zdarzyło się, że pani von Leyen większości jednak nie uzyska, to porażka naszego rządu zyskałaby jeszcze większy wymiar. Poza tym w takiej sytuacji trzeba będzie na nowo zwołać premierów rządów UE i uzgodnić kolejną kandydaturę.
Wszystko razem bez wątpienia złożyło się na to, że dobry wiceprzewodniczący PE, prof. Krasnodębski, nie uzyskał wystarczającej liczby głosów, by mógł kontynuować swą pracę. Na dodatek mamy chyba do czynienia z czymś w rodzaju sporu w rodzinie, gdyż Włoch Fabio Massimo Castaldo, który pokonał prof. Krasnodębskiego, należy do formacji bliskiej PiS.
Złamana zasada
Jest jeszcze jeden aspekt porażki Franza Timmermansa. Pokazano mianowicie, że koncepcja tzw. „wiodącego kandydata” – uzgodnionego i wysuniętego przez wszystkie grupy polityczne PE, jest nieważna. Może być pominięta. Dotychczas byliśmy w PE przekonani, i tak postępowaliśmy, że Rada Europejska wybiera przewodniczącego Komisji Europejskiej spośród „spitzenkandydatów”. Było ich dwóch: Weber (EPL) i Timmermans (S&D). Weber przepadł, pozostał Timmermans. To więc, co się stało – również na skutek zabiegów Grupy Wyszehradzkiej – to jest pokazanie, że koncepcja kandydatów wiodących została przekreślona, ale nie przed wyborami, tylko post factum. Co do innych reguł się umawialiśmy, a co innego zrobiono i to wbrew woli PE. To kolejne skomplikowanie sytuacji i otwarcie nowego pola do ewentualnych sporów. To, co jest stałe w polityce Unii, to prawo, zwyczaje i przestrzeganie umów. Coś więc zostało złamane. Grupa Wyszehradzka w jakimś sensie doprowadziła swym postępowaniem do zachwiania pewnego zwyczaju. Z jedną uwagą – premier Słowacji zręcznie pokazał, że jest jakby poza, że nie bierze w tym udziału. Przypomnę, że to socjaldemokrata. Nie wyłamał się, ale również nie uczestniczył czynnie w całym przedsięwzięciu. Ocenia się więc, że mamy w gruncie rzeczy do czynienia niejako z trzyosobową „reprezentacją” tej Grupy. Dosyć zastanawiającą…
W przypadku premiera Czech są bardzo duże zastrzeżenia, wręcz dochodzenie w Komisji Europejskiej, co do sposobów wykorzystania środków pochodzących z UE w jego prywatnych przedsięwzięciach. W stosunku do premiera Viktora Orbána zastrzeżenia są bardzo daleko idące. Między innymi uważa się, że Manfred Weber – przepadły kandydat grupy Europejskiej Partii Ludowej – zapłacił w ten sposób za tolerowanie Orbána w szeregach tej grupy. No i do tego dochodzi premier Polski, który kierował się bardziej osobistą niechęcią do Timmermansa niż – tak ja to widzę – dobrze rozumianym interesem Polski w Unii Europejskiej.
Nie możemy też zapominać, że zarówno wobec Węgier (krócej), jak i wobec Polski (dłużej) toczy postępowanie z Art. 7 Traktatu Europejskiego w związku z uzasadnionymi, poważnymi obawami o przestrzeganie demokratycznych standardów państwa prawnego. Jeśli więc w jakimś stopniu postępowanie trzech premierów Grupy Wyszehradzkiej wobec Timmermansa – najwyższego unijnego strażnika praworządności, było motywowane tymi problemami, to odnieśli oni co najwyżej pyrrusowe „zwycięstwo”. Unia Europejska i tak nie odrzuci swoich standardów. Nadal będzie twardo broniła zasad, praworządność będzie nadal niczym latarnia morska, na którą będzie się orientować cała polityka unijna. Timmermans dalej będzie miał pełną swobodę działania w obszarze, za który do tej pory odpowiadał.
Dlatego twierdzę, że Frans Timmermans nie doznał żadnej klęski, co najwyżej pewnego niepowodzenia. Dotyczy to także naszej grupy politycznej S&D, bo przecież był on naszym kandydatem na przewodniczącego Komisji Europejskiej. Ale i tak możemy się czuć usatysfakcjonowani. Mamy przewodniczącego Parlamentu, mamy wysokiego przedstawiciela do spraw działań zewnętrznych i mamy pierwszego wiceprzewodniczącego KE. To jest rozwiązanie dla nas satysfakcjonujące.
Lekcja do odrobienia
Wszyscy nowo wskazani do objęcia najważniejszych stanowisk w Unii są zwolennikami większej integracji państw ją tworzących, umacniania się strefy Euro, bo to jest element gospodarki globalnej, wszyscy i każdy z osobna są zwolennikami Europy praworządnej i przestrzegania praworządności w każdym z państw członkowskich. Tak to należy widzieć. Żaden z nich, a zwłaszcza Timmermans, nie jest wrogiem Polski. Ja go postrzegam, jako przyjaciela Polski. Timmermans chce, żeby Polska była prawdziwym, zdrowym, szanowanym partnerem w UE, a drogą do tego jest praworządność w państwie polskim, aktywny udział – proporcjonalnie do wielkości i możliwości – we wszystkich procesach decyzyjnych.
Przy okazji mamy dowód na to, że żeby nie zostać samemu, trzeba szukać rozwiązań akceptowalnych dla wszystkich. Nasze interesy mogą być osiągane razem z interesami wspólnoty jako całości. Trzeba współpracować i współbudować, a nie destruować. Trzeba debatować, dyskutować, a nie demonstrować i protestować. Trzeba wiedzieć, kiedy ogłaszać sukces. Teraz go po prostu nie ma. Nie ma przedstawicieli naszej części Europy, którzy sprawowaliby wysokie funkcje w instytucjach europejskich. Zero!
Populistów miejsce w szeregu
Ci, którzy przed wyborami sporo nadziej pokładali w fali populizmu, która pojawiała się w Europie, też mocno się zawiedli. Europa jest przywiązana do demokracji. Mówiłem o tym wiele tygodni temu. Populiści przekonali się o tym dopiero teraz, gdy zobaczyli jak małą są grupką w wielkiej sali obrad plenarnych PE i jak niewiele mogą.
W poprzednim parlamencie mieli dwa zauważalne ugrupowania polityczne. Jedno z nich – Europa Wolności i Demokracji Bezpośredniej po prostu przestało istnieć. Została około 50-cioosobowa grupa posłów, która nawet zmieniła nazwę – teraz jest to Europa Tożsamości Demokratycznej.
PiS zaś znalazło się w grupie politycznej, która jest szóstą pod względem wielkości. W poprzednim parlamencie była trzecią. Jej obecny udział w całej sile politycznej PE wynosi poniżej ośmiu procent. Proszę się więc nie dziwić, że są przegłosowywani. Beznamiętne liczby, fakty i konsekwencje trzeba przyjąć do wiadomości.