Nie czas na zbrojenia

Joe Biden, występując online podczas 76 sesji ogólnej ONZ podkreślił, że kryzys klimatyczny szybko zbliża się do punktu, kiedy nie będzie już powrotu.

Jednocześnie złożył obietnicę, iż Stany Zjednoczone zmuszą świat do działania. „Będziemy przewodzić nie tylko przykładem naszej mocy, ale, jeśli Bóg da, mocą naszego przykładu” — powiedział. Nie dodał tylko, że USA nie są liderem, jeśli chodzi o ratowanie naszej planety. Wręcz na odwrót.
Yahoo News w niedawno opublikowanym raporcie pokazuje, że Stany pozostają za Europą w zakresie celów klimatycznych o jakieś 10 – 15 lat. Są głównym winowajcą blokującym we właściwym czasie zbiorowe działania mające na celu zażegnanie globalnego kryzysu egzystencjalnego. Bo tak o tym zagrożeniu trzeba mówić. Wydawane bilionów dolarów na prowadzenie wojen, ściganie cieni terrorystów, których się samemu tworzy, masowa sprzedaż broni i podsycanie konfliktów na całym świat, to wszystko, najdelikatniej mówiąc, nie wystawia hegemonowi – i jego szefowi – najlepszego świadectwa. Zacytowane słowa Bidena są w tym świetle pospolitą tromtadracją i fanfaronadą słabnącego mocarstwa.
Młodzież na świecie jest przerażona stanem walki z kryzysem klimatycznym. Nowe badanie przeprowadzone wśród 10 000 osób w wieku od 16 do 25 lat w dziesięciu krajach na całym świecie wykazało, że wielu z nich uważa, iż ​​ludzkość jest skazana na zagładę i nie ma przed nią przyszłości. 3/4 ankietowanych boi się tego, co przyniesie przyszłość, a 40 proc. z racji kryzysu nie zdecyduje się na posiadanie dzieci. Są przerażeni, zdezorientowani i rozgniewani brakiem właściwych – wg nich – reakcji swoich rządów w tej materii. Czują się zdradzeni, ignorowani i porzuceni przez polityków i dorosłych.
Młodzi ludzie w USA mają jeszcze więcej powodów, by się tak czuć niż ich europejscy rówieśnicy. Ameryka, jak pokazuje nie tylko materiał w Yahioo News, pozostaje daleko w tyle za Europą pod względem wykorzystania energii odnawialnej. Kraje europejskie rozpoczęły wypełnianie zobowiązań klimatycznych wynikających z Protokołu z Kioto już na przełomie XX i XXI w. Obecnie uzyskują 40 proc. energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych. W USA to 20 proc.
Europa ograniczyła emisję gazów cieplarnianych o 24 proc., podczas gdy Ameryka produkuje ich o 2 proc. więcej niż w w końcu XX w. W 2019 r. , tuż przed pandemią, Stany Zjednoczone wyprodukowały więcej ropy naftowej i gazu ziemnego niż kiedykolwiek wcześniej w swojej historii.
NATO, politycy i media korporacyjne po obu stronach Atlantyku mówią ciągle o idei zachodniej kultury oraz wspólnych wartości. Punkty styczne oczywiście są, ale trzeba jasno powiedzieć, iż europejskie rozumienie tych wartości, priorytety i reakcje na kryzys klimatyczny pokazują, jak bardzo się różnimy. Europejczycy dawno zrozumieli, że ​​działalność człowieka jest odpowiedzialna za zmiany klimatu i nie budzi to poważnych kontrowersji. W Ameryce politycy i media ślepo lub cynicznie powielają oszukańcze kampanie dezinformacyjne w tej materii. Lobbing oraz naciski takich gospodarczych gigantów jak np. Exxon-Mobil, Monsanto czy Chevron robią swoje.
Demokraci zawsze uważniej wsłuchiwali się w opinie naukowców, choć należy pamiętać, iż to ekipa Obamy rozpętała boom szczelinowania, aby przestawić się z elektrowni węglowych na nowe instalacje zasilane tak pozyskiwanym gazem. A jest to niesłychanie niszcząca środowisko – o wiele bardziej niż tradycyjne wydobycie gazu – metoda jego pozyskiwania. Do tego dochodzi rozwój transportu indywidualnego i zbiorowego: w Stanach Zjednoczonych nie ma nowoczesnego, energooszczędnego i szeroko dostępnego transportu publicznego.
Jeszcze bardziej oczywiste są różnice w takich obszarach, jak ubóstwo, nierówności, opieka zdrowotna, edukacja i ubezpieczenia społeczne. Stany Zjednoczone po prostu pod tymi względami od innych zamożnych państw odstają.
Jedną z przyczyn tego stanu jest ogromna ilość pieniędzy wydawanych przez USA na potrzeby PENTAGONU I CIA. Od 2001 roku Stany Zjednoczone przeznaczyły 15 bilionów dolarów (w dolarach na rok 2022) na swój budżet wojskowy, przewyższając łącznie 20 najbliższych konkurentów wojskowych. USA wydają znacznie więcej swojego PKB na wojsko niż którykolwiek z pozostałych 29 krajów NATO. Inaczej niż w USA, wojskowy establishment w Europie musi zmagać się ze znacznym sprzeciwem liberalnych polityków oraz bardziej wykształconej i zmobilizowanej opinii publicznej.
Wydatki na infrastrukturę federalną i socjalną w 2021 r. to tylko około 30 proc. pieniędzy wydawanych na militaryzm. Pakiet infrastruktury, nad którym debatuje dziś Kongres, jest wart 3,5 biliona dolarów, ale rozłożone na 10 lat. A to wyraźnie za mało. Jeśli chodzi o zmiany klimatu, rachunek na infrastrukturę obejmuje tylko 10 miliardów dolarów rocznie na tzw. zieloną energię, co jest ważnym, ale malutkim krokiem. Inwestycje w Zielony Nowy Ład muszą łączyć się z odpowiednimi redukcjami w budżecie wojskowym, jeśli ma się naprawić wypaczone i destrukcyjne priorytety rządu amerykańskiego w tej mierze. Oznacza to przeciwstawienie się przemysłowi zbrojeniowemu i wojskowym kontrahentom, czego administracja Bidena do tej pory nie zrobiła. I nie wiadomo, czy zrobi. Lobbing i kapitał nie śpią.
Rzeczywistość 20-letniego wyścigu zbrojeń w Ameryce sprawia, że ​​twierdzenia administracji, iż zbrojenia Chin wymaga teraz od USA jeszcze większych wydatków, są kompletnie pozbawione sensu. ChRL wydaje tylko jedną trzecią tego, co wydają Stany Zjednoczone w tej materii. Tym co napędza wzrost chińskich wydatków wojskowych jest potrzeba obrony przed stale rosnącą machiną wojenną Stanów Zjednoczonych, które są coraz bardziej aktywne i agresywne na wodach pd-wsch. Azji. I zaczęło się to już za prezydentury Obamy.
Biden zapowiedział w swoim wystąpieniu, że Ameryka zamyka okres nieustającej wojny, a otwiera erę nieustępliwej dyplomacji. Ale nowy sojusz wojskowy z Wielką Brytanią i Australią oraz jego prośba o dalszy wzrost wydatków wojskowych w krajach NATO celem eskalacji niebezpiecznego wyścigu zbrojeń, pokazują, jak daleko musi się on posunąć, aby życie pokazało zgodność obietnic i zapowiedzi ze zmianami w wydatkach budżetowych USA.
Co musiałyby zrobić Stany, żeby słowa Bidena w sprawie klimatu miały chociaż cień wiarygodności? Musiałyby przyjechać na listopadowy szczyt klimatyczny ONZ w Glasgow z gotowymi do podpisania projektami radykalnych kroków. Podjąć prawdziwe zobowiązanie do pozostawienia paliw kopalnych w ziemi i szybko przejść na gospodarkę opartą w lwiej części o energię odnawialną. A poza tym pomóc krajom rozwijającym się zrobić to samo.
Jak stwierdził sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres, szczyt w Glasgow musi być punktem zwrotnym w kryzysie klimatycznym. To będzie wymagało od Stanów Zjednoczonych poważnego ograniczenia budżetu wojskowego i zaangażowania się w pokojową, praktyczną dyplomację – także z Chinami i Rosją. Należy porzucić mrzonki o wojskowych przewagach i militaryzmie. I tylko to pozwoli zmierzyć się nie tyle z kryzysem klimatycznym, co z prawdziwym kryzysem egzystencjalnym, przed którym stoi nasza planeta.
To zagrożenie, przeciwko któremu okręty wojenne, bomby, pociski i inne militarne gadżety są bezużyteczne.

S.O.S. dla polskości w kraju i na świecie

Proszę nie traktować niniejszego opracowania jako „przemądrzałe pustosłowie”. Bowiem po dokonaniu obiektywnej analizy sytuacji, przedstawiam na koniec konkretny program i propozycje jej poprawienia. Współczesne dwa bardzo groźne kryzysy globalne – pandemiczny i ekonomiczny oraz coraz gorsza sytuacja społeczna w świecie, a także wzrost napięcia międzynarodowego każą spojrzeć po nowemu na położenie Polski i Polaków w tym kontekście.

Tym bardziej że pogarszająca się sytuacja globalna w wyniku ww. kryzysów już wpływa negatywnie na coraz trudniejsze położenie Polski i Polaków wszędzie tam, gdzie oni się znajdują. Propaganda sukcesu eksponuje, naturalnie, „pozytywy”; ale coraz bardziej dotkliwych negatywów też nie brakuje. Wspomnę na początek jedynie o dwóch z nich – w skali mega, jak teraz śmiesznie ludzie powiadają, czyli makro; a mianowicie: – poważne generalne osłabienie pozycji Polski na arenie międzynarodowej oraz – brak efektywnych i realistycznych poczynań sanacyjnych (naprawczych) celem poprawy sytuacji – teraz i w przyszłości. Dramatyczny paradoks polega też na tym, że popsute zostały stosunki RP ze wszystkimi sąsiadami i, nadto, z nowym „starszym bratem”, z UE, z Watykanem, z Rosją, z Chinami i z in. Nawet Litwa, Białoruś, Ukraina, Słowacja i Czechy już nie „boją się” Polski i lekceważą ją (czyli „olewają” – jak mówią nasze młodziaki i in.). Wystarczy!
Najpierw jednak parę słów o sobie oraz o moim tytule merytorycznym i moralnym upoważniającym do publicznego wypowiadania w sprawach określonych w temacie niniejszego opracowania. Po ukończeniu studiów na Wydziale Handlu Zagranicznego SGPiS/SGH w Warszawie i po studiach podyplomowych za granicą wstąpiłem do korpusu polskiej służby zagranicznej i do korpusu służby cywilnej. Całość mojej kariery zawodowej związana jest z problematyką międzynarodową. Pracowałem na placówkach zagranicznych w Paryżu (dwukrotnie), w Pradze, w Pekinie, w Szanghaju oraz w Ho Chi Minh Ville (d. Sajgon). Natomiast w kraju – byłem doradcą ds. globalnych Prezydenta RP i 4 Premierów rządów RP. Poczynając od trzeciego roku studiów do dziś – nieprzerwanie podróżuję po świecie. Do tej pory zdołałem odwiedzić prawie 150 krajów świata (od Rovaniemi, w Finlandii do Johannesburga, w RPA oraz od Tokio i Harbinu do Los Angeles, Meksyku, Monterrey, Nowego Jorku, Montrealu i Toronto); uczestniczyłem w licznych konferencjach międzynarodowych, także w ramach Rodziny ONZ (UN Family). Jestem autorem wielu książek i publikacji na tematy międzynarodowe.
Prawie przy każdej sposobności spotykałem Polki i Polaków – z kraju lub z emigracji. Zachowuję w serdecznej pamięci wspomnienia z tych spotkań. Niektóre spośród nich wywarły na mnie szczególnie silne wrażenie. Np. w trakcie zwiedzania jednego ze szpitali w Ałma Acie (ówczesnej stolicy Kazachstanu) podeszła do naszej grupy pielęgniarka i poprosiła, abyśmy udali się niezwłocznie do oddziału ginekologiczno-położniczego, bowiem tam przyszedł właśnie na świat… mały Polak. Rzeczywiście, widziałem przez szybę ochronną to maleństwo i jego matulę, a łzy zakręciły mi się w oczach na ten widok, zwłaszcza że przypomniałem sobie natychmiast dramat i epopeję rodaków zesłanych z Kresów do dalekiego Kazachstanu. To spotkanie z maleńkim Polakiem, tam daleko, uznaję za radosne i optymistyczne – mimo wszystko.
Inny przykład jest smutny i bolesny. Nie tak dawno byłem w Iranie, po raz kolejny. I także po raz kolejny odwiedziłem polski cmentarz Dulab w Teheranie. To było bardzo nietypowe spotkanie z Polonią – na cmentarzu. Pochowano tam 1937 polskich wygnańców, w tym 409 wojskowych. Umarli oni, na wiosnę 1942 r., z głodu, z chłodu i z chorób, ewakuując się z ZSRR z armią gen. Władysława Andersa poprzez Iran, Palestynę, Włochy i dalej – byle bliżej do Ojczyzny. Była to wielka masa ludzka – razem 115.000 osób, wśród których 25.000 cywilów, a w tej liczbie – 13.000 dzieci. 2.600 spośród nich, głównie sierot i półsierot, znalazło schronienie w ośrodku dla dzieci w mieście Isfahan, w środkowym Iranie. Tam także można znaleźć wiele pamiątek po nieszczęsnych małych Polkach i Polakach. Niewielka gromadka spośród nich żyje po dzień dzisiejszy. Spotykam się z nimi od czasu do czasu, głównie na przyjęciach i na imprezach organizowanych przez Ambasadę Islamskiej Republiki Iranu w Warszawie. Odwiedziłem jeszcze wiele cmentarzy polskich na świecie, szczególnie na Kresach Wschodnich, w Wilnie, we Lwowie, w Katyniu, w Chatyniu (na Białorusi), Pere Lachaise w Paryżu (Szopen) i in. Naturalnie, stosunkowo najsilniejsze wrażenie sprawia cmentarz polski na Monte Cassino. Byłem tam, na górze, pięć razy, z czego dwa – na piechotę. Ale do tej pory trudno mi uwierzyć, że można było zdobyć tę zaminowaną górę i twierdzę – w krzyżowym ogniu niemieckich karabinów maszynowych. A jednak! Cena za zwycięstwo była jednak bardzo wysoka!
Również w mojej rodzinie nie brak skrajnych przykładów polskich losów na emigracji, dobrowolnej czy przymusowej. Najpierw o dobrych przykładach. Od czterech pokoleń, w Stanach Zjednoczonych mieszka i pracuje liczne grono moich pobratymców pięć skoligaconych rodzin wielkopolskich, których praojcowie osiedlili się tam, na początku XX wieku, na wschodnich obszarach USA, szczególnie w Detroit i w Chicago oraz – w ogólności – na terenie stanów Illinois i Michigan, ale później dotarli aż do Florydy. Ciężko pracowali, więc powodziło i powodzi się im bardzo dobrze. W moich czasach studenckich, ciocia Gienia pisała jeszcze do mnie listy po polsku. Zazwyczaj, do każdej koperty wkładała dla mnie banknoty 5-cio lub 10-cio dolarowe, które były wyjmowane (kradzione) przez pocztowców. Później dowiedziałem się, że otwierali oni koperty na parze… ; natomiast dzieci cioci Gieni, szczególnie Dean, dziś pani profesor, z którą korespondowałem przez dłuższy czas, już nie znają polskiego. Dean wolała pisać i rozmawiać po angielsku, tym bardziej że, na studiach, ja już nieźle posługiwałem się tym językiem. I to jest znamię bardzo poważnego problemu zanikania języka polskiego w zakresie globalno – polonijnym. O tym, poniżej.
Drugi skrajny przykład tym razem, przymusowej „emigracji” w rodzinie, jest niezwykle dramatyczny i przejmujący do głębi. Miałem wujka, który był porucznikiem Korpusu Ochrony Pogranicza na Kresach Wschodnich (pułk „Wilejka”). Wujek zdążył jeszcze wziąć ślub z ciocią Krysią, zanim wpadł w ręce oprawców z NKWD i został rozstrzelany nazajutrz po ślubie. Ciocię zaś włączono do transportu zesłańców polskich i skierowano w okolice Kustanaju (w północnym Kazachstanie), gdzie wysadzono ich na zaśnieżonym pustkowiu, odległym o 300 km od najbliższej wioski. Trzeba było zaczynać wszystko „od zera”. Ale niektórzy przeżyli również ten koszmar, a w tej liczbie także ciocia Krysia. Wróciła ona jakimś cudem do pojałtańskiej Polski i tu żyła jeszcze dość długo. Ale nigdy ponownie za mąż nie wyszła – tak bardzo kochała swego rozstrzelanego męża i na zawsze pozostała mu wierna.
Sumując własne dość bogate, radosne, smutne acz interesujące doświadczenia oraz obserwacje teoretyczne i praktyczne nt. statusu Polski, Polaków i Polonii w kraju i na świecie mogę stwierdzić nieskromnie, iż – poczynając od czasów studenckich – interesuję się nieprzerwanie i aktywnie tą problematyką – jako swoistą „studnią bez dna”. Czynię to raczej jako amator, a nie profesjonalista, choć napisałem już niemało na te tematy. Tak więc, analizując kwestię w ujęciu długofalowym i dynamicznym oraz z zachowaniem niezbędnej głębi i szerokości analizy, dochodzę do generalnego wniosku, iż nasza sytuacja w epoce post-jałtańskiej w Europie i na świecie, szczególnie po zakończeniu „zimnej wojny”, ulega systematycznemu pogorszeniu nie tylko w tzw. kategoriach wizerunkowych („image”), ale również politycznych, strategicznych, ekonomicznych, kulturalnych i innych. Co gorsza, końca tego negatywnego procesu nie widać!
Ocena merytoryczna:
współpraca Polaków ponad podziałami oraz status Polski i Polaków na świecie – to tematy doniosłe i dziś znacznie bardziej aktualne niż kiedykolwiek przedtem. Obie te kwestie wymagają rzetelnej analizy w świetle współczesnych uwarunkowań oraz przyszłych potrzeb i możliwości. Szczerze mówiąc, sytuacja jest trudna i niezbyt dla nas korzystna; nagromadziło się zbyt wiele zaniedbań i dysproporcji w działaniu; brak jest realistycznych programów, odpowiednich środków i mechanizmów oraz elementarnej koordynacji poczynań między kompetentnymi instytucjami polskimi w kraju i polonijnymi za granicą, a także między jednymi i drugimi. W zasadzie, „każdy sobie rzepkę skrobie” i „nie wie lewica, co robi prawica”. Korzystają na tym jedynie nieprzyjaciele sprawy polskiej, których na świecie nigdy nie brakowało i których przybywa coraz więcej, nawet w propolskiej kiedyś Francji czy nie całkiem obojętnej Szwajcarii (perypetie z polskim muzeum w Rapperswilu). Zaś w Zurichu, obserwowałem z zażenowaniem taką scenę: tam, na zebraniu polonijnym, było podium wyższe od podłogi o jakieś pół metra. Na podium i na podłodze usadowili się szwajcarscy Polonusy. Zapytałem: dlaczego tak jest? Odpowiedź: o panie, na podium siedzi arystokracja, a na podłodze pospólstwo. Oto przykład pierwszy lepszy z brzegu ilustrujący irracjonalne podziały; ale pogłębiają się one coraz bardziej; zaś frontalna konfrontacja między polskością i antypolskością nasila się zarówno w kraju, jak też poza jego granicami. W RPA, dość liczna jeszcze niedawno emigracja polska tzw. solidarnościowa (ponad 120.000) ucieka dalej bowiem w tym kraju mamy do czynienia z odwróceniem apartheidu (kiedyś biali prześladowali czarnych, a teraz czarni prześladują białych). Groźne nasilenie waśni i konfliktów międzyrasowych obserwujemy też w USA, czego szokującym przykładem było zamordowanie Murzyna, Georgea Floyda, przez białego policjanta, które zintensyfikowało potężny społeczny ruch protestu pod hasłem: „ Black Lives Matter”.
Póki co, „średni” Ziemianin (czyli obywatel planety Ziemia) nie ma, z reguły, zielonego pojęcia o Polsce i o Polakach. Jesteśmy traktowani, na ogół, jako ludzie gorszej kategorii – niepoprawni romantycy, złodzieje, pijacy, cwaniacy, fundamentaliści katoliccy, panienki nie najcięższego prowadzenia się, handlarze narkotyków itp. Wielokrotnie byłem świadkiem, jak słowo „Polonia” rozumiano jako „Bologna”, a „Poland” jako „Holland” itp. Zaś Chińczycy, na słowo „Puoland” (również Polska – po chińsku), reagują natychmiast tak: Kopernik, Szopen, Curie-Skłodowska i basta. Ale znam też wiele gorszych przypadków, jak np. „polnische Idioten” (lub jeszcze gorzej), co słyszałem na własne uszy, np.: w Niemczech, w Holandii, w USA i w Izraelu; albo sławetne rosyjskie: „kurica nie ptica, Polsza nie zagranica” czy „apiat eta parszywaja Polsza”. Nastroje antypolskie nasilają się nie tylko w tych krajach, w których były one tradycyjnie mocne (Niemcy, Rosja, Ukraina, Izrael czy określone środowiska polityczno-społeczne w USA), ale również w niektórych krajach kiedyś przyjaźnie usposobionych do Polski (np. Litwa, Białoruś, Czechy, Francja, W. Brytania, kraje skandynawskie i in.). Narodom i państwom sąsiadującym z Polską bardzo nie w smak są mesjanistyczne i megalomańskie ambicje niektórych sił politycznych w Polsce oraz ich skłonności do odgrywania wiodącej (przewodniej) roli w naszym regionie.
Nową jakością jest nasilająca sie kampania antypolska w instancjach kierowniczych Unii Europejskiej, brutalne postępowanie Jugendamtu wobec dzieci i rodzin polskich mieszkających w Niemczech i in. Znamienne, iż – po przystąpieniu do UE – stosunek władz tej organizacji do Polski pogarsza się z każdym rokiem, a powinno być wręcz odwrotnie. Ciekawe, natomiast jest to, iż niektóre kraje islamskie, np. Iran i Turcja, odnoszą się z szacunkiem do Polski, nazywając ją staromodnie: Lachistan. Również w Chinach próżno by szukać krytycznych czy negatywnych wypowiedzi i publikacji o Polsce. Potrzeba zmiany na lepsze jest, więc, pilna i konieczna, bowiem akcenty antypolskie są coraz silniejsze poza naszymi granicami, jak o tym świadczy powielane do upadłego kłamstwo o „polskich obozach koncentracyjnych”, o „polskim antysemityźmie” i o „współudziale Polaków w zagładzie Żydów”.
Generalnie, jednak, na świecie dominują postawy obojętności i braku poważniejszego zainteresowania tym, co dzieje się w Polsce oraz w świecie – za przyczyną Polski. Jeżeli w multimediach zagranicznych pojawiają się jakieś wzmianki o RP, to mają one raczej wydźwięk negatywny (np. konserwatyzm religijny, nacjonalizm, megalomania, faszyzm, ksenofobia, antysemityzm, patologie itp.). W tym sensie, nasza obecna sytuacja różni się diametralnie od czasów tzw. „rewolucji solidarnościowej” i pontyfikatu polskiego papieża, kiedy o Polsce było głośno w świecie – i to raczej w kategoriach pozytywnych. A tymczasem, kolejne najwyższe władze RP uprawiają swoją kuriozalną propagandę sukcesu – Propagandapolitik także w analizowanych dziedzinach, zamiast efektywnej Realpolitik propolskiej i polonijnej
Zasadnicze przyczyny:
strona polska, przyznajmy to samokrytycznie i obiektywnie, ponosi główną odpowiedzialność za doprowadzenie do obecnego nader niekorzystnego stanu walki o pozycję i o wizerunek polskości w naszym regionie, w Europie, w Eurazji i na świecie. W Afganistanie i w innych krajach, do których skierowano polskie misje wojskowe, były one tam traktowane jako „agresorzy”, aby wycofać się ostatnio w niesławie (a gdzie podziało się lelewelowskie hasło: „za wolność naszą i waszą”! (Nota bene: sformułowanie „za wolność…”jest ewidentnym rusycyzmem. Po polsku powinno być raczej „o wolność…”). Jako czynniki subiektywne, mszczą się obecnie efekty całych dziesięcioleci indolencji, impotencji, niekompetencji, dezorganizacji, niedostatku koordynacji oraz braku odpowiednich programów, ich sprawnej realizacji i niezbędnych środków na cele pozytywnego promowania polskości w świecie. Dominuje, przeważnie, „radosna twórczość” i „wielka improwizacja” oraz poczynania, imprezy i kampanie organizowane ad hoc i ad casum. Nie może to zastąpić działań przemyślanych, celowych, metodycznych, systematycznych i permanentnych. W przeciwnym, bowiem, razie nasza sytuacja i pozycja w świecie ulegać będzie dalszemu pogorszeniu, bowiem inne państwa i narody, szczególnie porównywalne do Polski, a nawet znacznie mniejsze (np. Czarnogóra) nie zasypiają gruszek w popiele.
Zaś, w kategoriach obiektywnych, naszą sytuację utrudnia wiele poważnych zjawisk oraz czynników eurazjatyckich i globalnych, które, wszakże, eksponują jeszcze bardziej potrzebę, zasadność i celowość naszych efektywnych działań w analizowanej materii. Przede wszystkim, mamy obecnie do czynienia z dawno niespotykaną i bardzo groźną eksplozją nacjonalizmów i ekstremizmów różnej maści W Eurazji i w całym świecie. Bezprecedensowa skala terroryzmu oraz nastroje nacjonalistyczne, antyludzkie i egocentryczne wypierają coraz bardziej postawy bazujące na internacjonalizmie, na humaniźmie i na uniwersaliźmie. Prawie każdy naród czy grupa społeczna uważa się dziś za najważniejszą i za najlepszą pod Słońcem. Rozdęta do granic wytrzymałości „mania wielkości” udziela się także narodom stosunkowo dzielnym acz niewielkim (np.: Litwa, Węgry, Czechy, Słowacja i in.) oraz państwom wręcz mikroskopijnym (np. Luksemburg, Monako, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Qatar i in.).
W skali globalnej, toczy się już od dawna zażarta konkurencja i walka pomiędzy najsilniejszymi nacjonalizmami, spychając na pobocze ewolucji cywilizacyjnej pozytywną kategorię patriotyzmu i jej podobne. Analogicznie rzecz się ma z rywalizacją pomiędzy największymi religiami świata – szczególnie, chrześcijaństwem, judaizmem i islamem – o „rząd dusz” w gromadzie już prawie 8 mld Ziemian (dokładnie: 7.877.668.135 duszyczek, wg stanu na dzień 07.07.2021r., godz. 12.00; źródło: World Population Clock) . W rywalizacji tej, buddyzm trzyma się nieco na uboczu, ale robi swoje – z właściwym mu stoickim spokojem i tolerancją. W odróżnieniu od pokojowego rozwoju, wzajemnie korzystnej współpracy i nowego sprawiedliwego ładu światowego, co postulują Chiny (i in.), zwolennicy „starego” nadal lansują konfrontację kultur i cywilizacji. To droga donikąd, do katastrofy.
Lepsze promowanie polskości w świecie będzie też współcześnie znacznie bardziej utrudnione wskutek poważnego wzrostu napięcia międzynarodowego i licznych ognisk zapalnych, szczególnie w Afryce oraz na Bliskim, Środkowym i Dalekim Wschodzie. Wskutek kryzysu i błędnego zarządzania gospodarstwem światowym, mnożą się przeróżne zjawiska patologiczne (głód, bezrobocie, epidemie, brak wody, degradacja środowiska naturalnego, terroryzm, tragedie uchodźców i wiele innych); pogłębia się przepaść materialna i rozwojowa pomiędzy „biegunem bogactwa” a „biegunem ubóstwa” w świecie. Mnożą się stare i nowe zagrożenia, a przyspieszone zmiany klimatyczne wywołują coraz liczniejsze ekstremalne i niszczycielskie zjawiska pogodowe, nawet w nie tropikalnej Polsce.
Bardzo niebezpieczne jest też dalsze utrzymywanie się „próżni systemowej” – po krachu neoliberalizmu i (wcześniej) sowietyzmu oraz po zawaleniu się dwubiegunowego i jednobiegunowego układu sił w świecie. Zaś układ wielobiegunowy i nowy ład globalny (multilateralizm) rodzi się powoli i z wielkim trudem. Wszystko to sprawia, iż główną troską Ziemian są sprawy przyziemne (jak wskazuje sama nazwa naszej planety i jej mieszkańców) oraz ostra walka o byt i o przetrwanie z dnia na dzień, a nie interesowanie się tym, co dzieje się w innych krajach, m.in. w Polsce. Taka sytuacja obiektywna utrudniać będzie jeszcze przez długi czas, a być może – i na zawsze, nasze poczynania zmierzające do poprawy wizerunku oraz statusu Polski i Polaków w świecie. Ale starać się o to trzeba w sposób efektywny i innowacyjny.
Ponadto, współczesne raczej marne i niezbyt korzystne notowania Polski i Polaków w świadomości innych narodów oraz, faktycznie, całej społeczności międzynarodowej, wynikają, po części, z naszych tragicznych doświadczeń historycznych. Długofalowe konsekwencje materialne i moralne rozbiorów, dwóch wojen światowych, „zimnej wojny”, trzech wielkich globalnych kryzysów gospodarczych i in. również odcisnęły silne i negatywne piętno na świadomości i na moralności Polaków oraz na wyobrażeniach innych Ziemian o Polsce. Odrabianie tych strat zajmie dziesięciolecia, jeśli nie stulecia?!
Na domiar złego, funkcjonuje w czasach nowożytnych przeklęte „wahadełko polskie”, w wyniku czego nasz kraj jest raz przepychany ze Wschodu na Zachód (jak obecnie), a innym razem – z Zachodu na Wschód (jak w Jałcie i w Poczdamie). Wszyscy siostry i bracia Polacy jesteśmy „ofiarami Jałty”; właśnie tam oraz w Teheranie i w Poczdamie, przywódcy zachodni sprzedali Polskę Stalinowi, ze wszystkimi tego ponad półwiekowymi konsekwencjami. Mieliśmy wówczas „starszego brata” ze Wschodu, a teraz mamy go z Zachodu, przy czym każdy z tych „starszych braci” troszczył się i troszczy się nadal raczej o własne, a nie o polskie interesy. Teraz znów znaleźliśmy się po zachodniej stronie barykady, ale – po pewnym czasie – ponownie grozić nam będzie prawdopodobna reorientacja na Wschód, może, tym razem, nawet w stronę Chin.
Zaniedbania i zadania:
w świetle powyższego, niezbędne są pilne działania, wręcz kolosalne wysiłki i znaczne nakłady, aby poprawić jakościowo wizerunek i status Polski i Polaków w świecie. Obecny stan rzeczy wymaga radykalnej sanacji i wręcz rewolucyjnej reformy, bowiem – w przeciwnym wypadku – Polska może utracić na długo należne jej godne miejsce wśród i tak coraz bardziej skłóconej rodziny narodów świata. Tym bardziej, że współczesna Polska, jeśli chodzi o poziom jej rozwoju intelektualnego, moralnego, cywilizacyjnego i materialnego, ma już niewiele wspólnego z tą Polską, której dotyczyły ww. (i inne) krzywdzące i utrzymujące się nadal wyobrażenia, epitety i stereotypy. Pewne jest także, iż – przy pomocy dotychczasowych nieefektywnych metod i anachronicznego trybu działania w kwestii pozycji Polski i Polaków w świecie – nie udałoby się doprowadzić do polepszenia naszej sytuacji oraz do przekazania prawdy o nas Ziemianom z innych krajów. Stoi więc przed nami kardynalne i bardzo odpowiedzialne zadanie do spełnienia na obecnym nowym etapie walki o dobre imię polskości na świecie w warunkach pokryzysowego bałaganu i neoglobalizacji. Skala trudności i złożoności tego zadania jest bezprecedensowo wysoka. Celem zapewnienia powodzenia w tych staraniach, konieczne są dość gruntowne zmiany jakościowe i reformy merytoryczno-organizacyjne, żeby było lepiej. W tym duchu, pragnę przedstawić pod rozwagę następujące oceny makro:
1.niezbędne jest, nade wszystko, zdecydowane odstąpienie od dotychczasowego sztucznego i anachronicznego podziału na Polskę i na Polonię, na Polaków (w kraju) i na Polonusów (za granicą). Na świecie jest nas razem ponad 60 milionów! To ogromna masa ludzka dysponująca poważnym kapitałem pod każdym względem; tyle tylko, że jest to kapitał rozdrobniony, niewykorzystany i marnotrawiony. Krótko mówiąc, podział na Polskę i na Polonię, na Polaków i na Polonusów jest absolutnie niestosowny, przestarzały i nieprzydatny we współczesnych szybko zmieniających się uwarunkowaniach międzynarodowych, szczególnie w mozolnie i bezproduktywnie (póki co)naprawianej V globalizacji.
Rzecz w tym, że wszyscy Ziemianie są mieszkańcami jednej wielkiej wioski globalnej. Nie ma, przeto, większego znaczenia, czy dany Polak mieszka w Warszawie, w Koziej Wólce, w Paryżu, w Palermo, w Chicago, w Sydney, w Rio de Janeiro czy na Księżycu. Wystarczy, że jest Polką czy Polakiem. Proponuję więc zdecydowane zrezygnowanie z ww. przestarzałych definicji i kategorii oraz jednakie traktowanie wszystkich, bez różnicy, Polaków, także wówczas, kiedy legitymują się oni również obywatelstwem innych państw. Takie racjonalne podejście działać będzie jako silny czynnik integrujący naszą „Polish Community” w wiosce globalnej. Logiczną konsekwencją praktyczną takiego podejścia powinno być też zlikwidowanie wszelkich instytucji zajmujących się tzw. Polonią oraz skoncentrowanie się państwa i społeczeństwa na czynieniu dobra wszystkim córkom i synom Matki Polski – w kraju i na świecie;

  1. współpraca ponad podziałami brzmi dumnie oraz jest zadaniem bardzo szlachetnym i bardzo potrzebnym. Rzecz jednak w tym, że owe podziały nieustannie zaostrzają i pogłębiają się w naszych bardzo trudnych czasach oraz w każdej sferze życia i pracy wszystkich Ziemian, także Polaków. Prowokacyjne poczynania b. Donalda Tuska są tego najnowszym przykładem. Podziałów nie da się zlikwidować do cna, zresztą, nie ma takiej potrzeby. W sensownych wymiarach, mogą one wzbogacać i uatrakcyjniać żywot i pracę człowieka na tym „łez padole”. Trzeba jednak zdecydowanie przeciwdziałać urastaniu podziałów, jak obecnie, do monstrualnych i niebezpiecznych rozmiarów, w poszczególnych krajach i w skali światowej. Póki co jednak, odwieczne zawołanie o „jedność w różnorodności” („unita nella diversita”) pozostaje sennym marzeniem lub pobożnym życzeniem; bowiem dominuje przemożnie nadal starożytna praktyka „dziel i rządź” („dividae et impera”). Łatwiej się rządzi podzieloną, bezmyślną i skłóconą społecznością. W naszym przypadku, celem sensownego uładzenia i ułożenia po nowemu współpracy Polaków ponad podziałami, niezbędne jest pilne złagodzenie, optymalizacja – że tak powiem, czasami sztucznie, prowokacyjnie i manipulacyjnie podsycanych oraz intensyfikowanych podziałów, różnic i rozbieżności. Tylko pod warunkiem owej optymalizacji, współpraca ponad podziałami będzie mogła być możliwa i wydajna.
    Podziały (realne czy sztuczne) zżerają, jak najgorsza zaraza, pandemia i plaga, masę energii indywidualnej i społecznej, rozsadzając od wewnątrz rodziny, sąsiadów, grupy obywateli, społeczności lokalne, jednostki terytorialne, organizacje społeczne, partie polityczne, koalicje i opozycje, wojsko, siły bezpieczeństwa, a nawet poszczególne kościoły oraz całe społeczeństwo (nie wykluczając sławetnej Polonii) i państwo. W rozterki i w perturbacje intelektualno-psychiczne wpadają nawet poszczególne osoby. Mam znajomego, który, wprawdzie posiada określone poglądy, ale… sam nie zgadza się z nimi?! Szczególnie bolesne i groźne są spory (rzeczywiste czy udawane?) pomiędzy najwyższej rangi decydentami w sprawach bezpieczeństwa i obronności kraju. Gdyby hetmani husarii króla Jana III Sobieskiego byli tak poróżnieni pomiędzy sobą, jak niektórzy obecni domorośli decydenci, to, zapewne, polskie zwycięstwo nad Turkami pod Wiedniem byłoby niemożliwe.
    Podobnie rzecz ma się na arenie międzynarodowej, na której poziom konfrontacyjności, zadziorności, niezrozumienia, nienawiści i wojowniczości jeszcze nigdy nie był tak wysoki w post jałtańskich czasach „pokojowych”, jak obecnie. I znów kłania się przewrotnie mądrość starożytna: „człowiek człowiekowi jest wilkiem” („homo homini lupus est”). Opłakane i jakże tragiczne skutki tego stanu rzeczy dostrzegalne są gołym okiem. W każdym przypadku, kryje się za tym ogrom nieszczęścia ludzkiego, morze przelanej krwi i góry strat materialnych. W imię czego? Jest to jednocześnie świadectwo totalnej impotencji współczesnego nieładu międzynarodowego, licznych organizacji międzynarodowych, łącznie z ONZ, wielkich mocarstw uzurpujących sobie prawo do panowania nad światem oraz całej wspólnoty międzynarodowej (tzw. „International Community”).
    W sposób jak najbardziej ewidentny, ów nieład międzynarodowy oraz podnoszący się nieustannie poziom konfrontacji i napięcia w świecie nie pozostaje bez negatywnego wpływu na wszystkie kraje i narody oraz na każdego Ziemianina – z osobna, żyjącego w ciągłym strachu i w niepewności jutra. Wielki paradoks cywilizacyjny naszych czasów polega na tym, że tempo przyrostu i kumulacji starych oraz nowych problemów i patologii rozwojowych wielokrotnie przewyższa tempo ich ślamazarnego „rozwiązywania”. W związku z tym dobrych rozwiązań jest za mało, a góra tych złych problemów i patologii jest już niebotyczna (vide: sławetny Climat Change, Overall Pollution i in.), powiększa się stale ich krytyczna masa wybuchowa, a ludzkość zbliża się szybko do nieprzekraczalnej granicy bezpieczeństwa. Mówię i piszę o tym z bólem i z przykrością, ale tak to wygląda w globalnych kategoriach makro!
  2. Język ojczysty, kultura narodowa, tradycje historyczne, wierzenia religijne, obyczajowość społeczna i inne czynniki stanowią silne spoiwo każdego narodu, także polskiego. W tym zbiorze atrybutów i właściwości narodowych – język odgrywa rolę wiodąca i szczególną. Jednak, sytuacja, losy i jakość języka polskiego jeszcze nigdy nie była tak podła, jak obecnie. Ulega on zastraszającej oraz przyspieszonej degradacji, degeneracji, destrukcji i …amerykanizacji. A jest to język, który przetrwał perturbacje przedzaborowe, zabory, dwie wojny światowe, „zimną wojnę”, transformację ustrojową i inne przeciwności losu. Zdał z powodzeniem egzamin wytrzymałości w okresie dominacji łaciny (makaronizmy) i francuszczyzny w Polsce; oparł się sowietyzacji, ale teraz ugina się pod ciężarem panoszącej się wszędy amerykanizacji. Naturalnie, każdy język nie jest dany raz na zawsze – ulega stałym przemianom, innowacjom i uzupełnieniom – stosownie do ewolucji i do postępu naszej cywilizacji. Powinien jednak pozostać sobą! Faktem jest jednocześnie, iż – spośród około 5.000 języków narodowych, jakie istnieją jeszcze w świecie – co 2 tygodnie (średnio) znika bezpowrotnie jeden z nich. Taka perspektywa zagraża również polskiemu.
    Ww. amerykanizacja polszczyzny (zwana również macdonaldyzacją) rozpoczęła się na dobre wraz z nastaniem epoki Internetu (którego głównym językiem jest English English i American English) oraz ulega pogłębieniu od czasu zmian systemowych w Polsce i „zafascynowania się” Polaków Stanami Zjednoczonymi, a następnie – Unią Europejską. Obecnie zjawisko amerykanizacji polszczyzny nasila się już nieomal automatycznie i lawinowo, niezależnie od tego, iż – jak to w miłości bywa – początkowa fascynacja dość szybko przemija. W każdym jednak razie, dotychczasowe efekty amerykanizacji polszczyzny są przerażające. Nie tylko szkodzą one czystości i oryginalności naszego języka, ale osłabiają jego rolę kulturalną, edukacyjną i społeczną. Naturalnie, każda grupa społeczna: młodzież, pracownicy różnych zawodów, więźniowie, sportowcy, wierni i in. mają pełne prawo do posługiwania się własnym żargonem, w którym wszakże wulgaryzmy i dziwolągi nie mogą sięgać zenitu, jak obecnie i który nie wywiera negatywnego wpływu na czystość języka klasycznego (literackiego).
    Obywatele, szczególnie młodzi, na ogół bezkrytycznie, przyjmują i małpują przeróżne potworki i neologizmy językowe, zapożyczone z amerykańskiego, czy z angielskiego (jak np. mega zadowolony – very happy, tak naprawdę – yes indeed, fokusowa – focus, ewenty – events, miłego dnia – have a nice day, progres – progress i tysiące innych) oraz utrwalają je w swojej i w społecznej świadomości – jako coś normalnego, słusznego, modnego i „trendy”. Postawa tego rodzaju traktowana jest, co więcej, jako przejaw mądrości czy inteligencji tak mówiącego, czy tak piszącego, podczas gdy jest to jedynie dowodem jego głupoty, bezmyślności i niewiedzy. Deformacja polskiego dokonuje się najczęściej poprzez dosłowne tłumaczenie słów, zdań i całych tekstów z angielskiego/amerykańskiego/ na nasz język, co, z reguły, prowadzi do absurdu. Klasycznym tego przykładem jest sławetne już powiedzonko: „miłego dnia” itd., powtarzane mechanicznie, bezkrytycznie i bezmyślnie przez miliony osób. Owszem, po angielsku: „have a nice day” brzmi całkiem poprawnie; ale, „miłego dnia” – po polsku jest wyrażeniem wręcz karykaturalnym i niedopuszczalnym. Czy dzień może być miły? Raczej przyjemny. Miły/a/ to raczej kobieta, mężczyzna, atmosfera i in.
    Problemy te dostrzegał już (czy jeszcze) Juliusz Słowacki. 18 września 1839 r. odwiedził on, m.in., tzw. grób Agamemnona, mitycznego króla Myken (nota bene: Mykeny, położone w północno-wschodniej części Peloponezu, były głównym ośrodkiem politycznym Grecji w epoce brązu, czyli w drugiej połowie II wieku p.n.e.). Pod wpływem silnej inspiracji z tej wizyty, w końcu tegoż roku, w Paryżu, poeta napisał słynny wiersz właśnie pt.: „Grób Agamemnona”, w którym stwierdził, m.in.: ”…Polsko! Lecz ciebie błyskotkami łudzą. Pawiem narodów byłaś i papugą; a teraz jesteś służebnicą cudzą…; sęp ci wyjada nie serce lecz mózgi…”. Nic dodać, nic ująć – jakże to aktualne również w odniesieniu do naszych czasów.
    Sytuację pogarsza fakt, iż tak zainfekowanym językiem polskim posługują się również wpływowe czynniki opiniotwórcze: uczeni, dziennikarze, gadające głowy, nauczyciele, kaznodzieje i in., a nawet politycy, nie wyłączając posłów i senatorów. Co więcej, kompetentne władze, ośrodki naukowe (łącznie z PAN) i uznani poloniści nie czynią w praktyce nic (albo niewiele), aby powstrzymać nawałnicę amerykanizacji języka polskiego. Ta paląca kwestia nie figuruje też w naprawczych programach „dobrej zmiany plus”. Wszystko to razem zmierza, więc, w bardzo niedobrym kierunku – do tego stopnia, że, pewnego dnia, Polacy obudzą się bez swego języka ojczystego. I wreszcie, sytuacja z nauczaniem i z kultywowaniem języka polskiego w skupiskach Polaków poza granicami RP jest, po prostu, katastrofalna. Nie brakuje przypadków, kiedy nauczanie to jest tam, najzwyczajniej w świecie, torpedowane przez miejscowe wadze.
    Powinniśmy korzystać z pozytywnych doświadczeń innych krajów, które znacznie wcześniej zderzyły się z problemem amerykanizacji swych języków narodowych; np. Francja, już od wielu lat i ze względną tylko skutecznością, zwalcza franglais (mieszanina francais + anglais), ale promuje efektywnie „culture et civilisation francaises” w świecie za pomocą np. Francophonie Mondiale. (Nota bene: jako frankofon, byłem wiceprezesem Francophonie de Shanghai, kiedy pracowałem w tym wielkim mieście). W konkluzji, bez skutecznej obrony czystości, walorów i zachowania języka polskiego trudne, lub wręcz niemożliwe, byłoby umacnianie i promowanie statusu polskości we własnym kraju i na całym świecie.
    Konkretne propozycje:
    w świetle powyższej skrótowej, z konieczności, faktografii i analizy zdołałem zasygnalizować jedynie niektóre spośród najważniejszych aspektów współpracy Polaków ponad podziałami oraz umacniania i promowania polskości w świecie. Niemniej jednak, czuję się upoważniony do przedstawienia kilku konkretnych propozycji poczynań natury makro, zmierzających do poprawienia sytuacji w kwestiach omawianych w niniejszym opracowaniu. Oto one:
  3. utworzenie w możliwie niedługim czasie Instytutu Polskiego (w randze ministerstwa), którego nadrzędnym zadaniem będzie zajmowanie się całokształtem spraw związanych ze współpracą ponad podziałami, z umacnianiem statusu Polski i Polaków oraz z promowaniem polskości w świecie, z obroną dobrego imienia Polski, a także z koordynacją poczynań podejmowanych w tych dziedzinach;
  4. zapewnienie finansowania Instytutu z centralnego budżetu Państwa – z jednoczesną możliwością pozyskiwania dodatkowych środków finansowych od Unii Europejskiej oraz od sponsorów i darczyńców krajowych i zagranicznych. Niezbędne jest także utworzenie Funduszu Promocji Polski, w którym gromadzone będą środki pozabudżetowe;
  5. opracowanie aktualnej analizy (głównie natury politologicznej i socjologicznej), której obecnie brakuje, dotyczącej stanu polskości w kraju i sytuacji Polaków za granicą, szczególnie w ich największych skupiskach. Materiał tego rodzaju powinien być uzupełniany i uaktualniany przynajmniej raz do roku, a wnioski zeń wynikające powinny być uwzględnianie przy opracowywaniu krótko-, średnio- i długoterminowych programów działania oraz w ich realizacji;
  6. określenie krótko-, średnio- i długoterminowego programu działań w przedmiotowych sprawach – odpowiednio, do roku 2020, 2035 i 2050. Programy te powinny uwzględniać nowe potrzeby i istotne zmiany, jakie dokonują się w społeczności polskiej w kraju i za granicą w XXI wieku. Chodzi, np., o zmiany pokoleniowe, o nowe fale emigracji (solidarnościowej, zarobkowej i in.) oraz o konsekwencje powszechnego dostępu obywateli polskich do multimediów, do turystyki krajowej i zagranicznej itp.
    Trzeba mieć świadomość, iż rozwiązania fragmentaryczne czy połowiczne nie doprowadzą do jakościowej poprawy istniejącej opłakanej sytuacji. Niezbędna jest jej sanacja kompleksowa, wszechstronna i dogłębna. W przeciwnym bowiem razie – Polska i Polacy nadal będą traktowani jako ubodzy krewni innych krajów i innych narodów w wiosce globalnej oraz nie wykorzystają nowych możliwości rozwojowych w XXI wieku i w kolejnych stuleciach.

Przemówienie Xi Jinpinga na światowym szczycie klimatycznym

Na zaproszenie prezydenta USA Joe Bidena, 22 kwietnia w Pekinie przewodniczący Chin Xi Jinping wziął udział za pośrednictwem wideokonferencji w szczycie klimatycznym światowych przywódców, podczas którego wygłosił ważne przemówienie pod tytułem „Człowiek i Natura: Budowanie razem wspólnoty życia”. Xi Jinping podkreślił, że musimy kierując się zielonym rozwojem oraz wielostronnością razem zbudować wspólną koegzystencję ludzi i środowiska naturalnego.

Xi Jinping zwrócił uwagę na bezprecedensowe trudności w globalnym zarządzaniu ochroną środowiska naturalnego. Społeczność międzynarodowa musi współpracować, aby zbudować wzór harmonijnego współistnienia człowieka i przyrody. Xi Jinping stwierdził, że zmiany klimatyczne przyniosły poważne wyzwania dla przetrwania i rozwoju człowieka. Społeczność międzynarodowa musi razem zbudować wspólną koegzystencję ludzi i środowiska naturalnego. Pierwszym zadaniem jest utrzymanie harmonijnego współistnienia człowieka i przyrody. Natura wychowuje ludzi. Ludzie powinni szanować i chronić przyrodę.

Drugim kierowanie się zielonym rozwojem. Ochrona środowiska oznacza ochronę produkcji, a poprawa stanu środowiska naturalnego oznacza zwiększanie wielkości produkcji. Musimy porzucić model rozwoju, który niszczy środowisko naturalne, porzucić krótkowzroczną praktykę poświęcania środowiska w zamian za tymczasowy rozwój oraz pozwolić, aby ekologia stała się wsparciem dla zrównoważonego rozwoju światowej gospodarki i społeczeństwa.

Trzecim zadaniem jest nacisk na systemowe zarządzanie w celu ochrony środowiska naturalnego. Musimy uwzględnić różne elementy ekologii, zgodne z nieodłącznymi prawami ekosystemu, aby osiągnąć cel polegający na zwiększeniu zdolności ekosystemu do recyklingu i utrzymania równowagi ekologicznej.

Czwarte zadanie to stawianie ludzi na pierwszym miejscu. Ekologia i ochrona środowiska jest powiązane z dobrobytem ludzi we wszystkich krajach. Musimy w pełni wziąć pod uwagę dążenie ludzi do lepszego życia, oczekiwania dotyczące czystego środowiska. Należy wziąć odpowiedzialność wobec przyszłych pokoleń i monitorować stan ochrona środowiska i rozwój gospodarki oraz dążenie do osiągnięcia sprawiedliwości społecznej w procesie zielonej transformacji.

Piątym zadaniem jest utrzymanie multilateralizmu. Należy trzymać się podstaw prawa międzynarodowego i chronić system międzynarodowy, którego rdzeniem jest Organizacja Narodów Zjednoczonych. Chiny z zadowoleniem przyjmują powrót USA do wielostronnego porozumienia w sprawie klimatu. Chiny i Stany Zjednoczone właśnie wydały „Wspólne oświadczenie w sprawie zmian klimatycznych”. Chiny czekają na współpracę ze społecznością międzynarodową, w tym ze Stanami Zjednoczonymi, w celu promowania globalnej ochrony środowiska naturalnego.

Szósty punkt to przestrzeganie zasady wspólnej, ale zróżnicowanej odpowiedzialności. Xi Jinping podkreślił, że zasada wspólnej, ale zróżnicowanej odpowiedzialności jest fundamentem globalnego zarządzania klimatem. Musimy w pełni potwierdzić wkład krajów rozwijających się w zmianę klimatu i zająć się trudnościami jakie przed nimi stoją. Kraje rozwinięte powinny wykazać większe ambicje i działania, aby skutecznie pomóc krajom rozwijającym się w przyspieszeniu ich ekologicznej i niskoemisyjnej transformacji.

Xi Jinping podkreślił, że Chiny wpisały koncepcję cywilizacji ekologicznej i budowy cywilizacji ekologicznej do „Konstytucji Chińskiej Republiki Ludowej”. Ekologia stała się dla Chin priorytetem, a kraj ten wszedł na ścieżkę zielonego i niskoemisyjnego rozwoju. Chiny do 2030 roku zanotują szczyt emisji dwutlenku węgla, a neutralność węglową osiągną w 2060 r. Jest to ważna strategiczna decyzja podjęta przez Chiny w oparciu o trwałe wymogi promowania odpowiedzialności za budowę wspólnej przyszłości dla ludzkości i osiągnięcia zrównoważonego rozwoju. Chiny obiecują w krótszym niż potrzebny krajom rozwiniętym czasie przejść od szczytu emisji dwutlenku węgla do neutralności węglowej. Będzie to wymagało od Chin niezwykle ciężkiej pracy.

Xi zwrócił uwagę, że Chiny włączyły osiągnięcie szczytu emisji dwutlenku węgla i plany zmierzające do neutralność węglowej do ogólnego planu budowy cywilizacji ekologicznej i sformułują plan działania na rzecz osiągnięcia neutralności węglowej. Przeprowadzą szeroko zakrojone i systemowe działania związane z nadchodzącym szczytem emisji dwutlenku węgla oraz wspierać będą władze lokalne, kluczowe gałęzie przemysłu i przedsiębiorców w przejmowaniu na siebie inicjatywy w kierunku osiągnięcia neutralności węglowej. Chiny będą ściśle kontrolować projekty związane z energetyką węglową oraz wzrost zużycia węgla w okresie „14. planu pięcioletniego” i stopniowo zmniejszać emisję dwutlenku węgla w czasie trwania „piętnastego planu pięcioletniego”. Ponadto Chiny postanowiły zaakceptować poprawkę z Kigali do „Protokołu montrealskiego”, wzmocnić kontrolę gazów cieplarnianych innych niż dwutlenek węgla, a także zainicjować w Chinach giełdę online rynku uprawnień do emisji dwutlenku węgla.

Xi Jinping wskazał, że jako uczestnik globalnej społeczności gospodarczej, Chiny mocno wspierają multilateralizm i dążą do promocji budowy uczciwego, rozsądnego i korzystnego dla wszystkich globalnego systemu ochrony środowiska. Chiny traktują współpracę w dziedzinie ekologii jako kluczową treść wspólnej budowy inicjatywy „Pasa i Szlaku”, zapoczątkowały szereg zielonych inicjatyw i działań, przyjęły szereg rozwiązań takich jak: zielona infrastruktura, zielona energia, ekologiczny transport i zielone finansowanie, by przynieść korzyści mieszkańcom wszystkich krajów uczestniczących w budowie inicjatywy „Pasa i Szlaku”.

Xi Jinping stwierdził, że wyzwania, jakie zmiany klimatyczne niosą dla ludzkości, są realne, poważne i długoterminowe. „Jestem głęboko przekonany, że dopóki będziemy współpracować, ludzkość będzie w stanie sprostać globalnym wyzwaniom klimatycznym i środowiskowym oraz pozostawimy czysty i piękny świat przyszłym pokoleniom”- dodał Xi.

(Tłumaczenie: Liu Yingqi, Wuyu)

Gospodarka 48 godzin

Ekopraktyka i teoria
Ekologiczna świadomość polskich przedsiębiorców jest na wysokim poziomie – niemal wszyscy (93 proc.) twierdzą, że ich branża ma wpływ na środowisko. Natomiast w praktyce tylko niespełna co drugi przedstawiciel sektora małych i średnich przedsiębiorstw deklaruje, że jego firma dba o klimat. Ponadto, firmy robią to z reguły tylko wtedy kiedy kiedy to się opłaca, oczekuje tego klient lub przepisy – i zajmują się dbaniem o środowisko o ile muszą i na najniższym wymaganym poziomie. Dlatego prawie wszystkie firmy segregują śmieci (99 proc.) i utylizują odpady (97 proc.). Działania, które nie są obowiązkowe, podejmowane są natomiast kilkakrotnie rzadziej. Tylko co czwarte małe i średnie przedsiębiorstwo współpracuje z firmami, które dbają o ekologię, co piąte prowadzi działania związane z lokalną społecznością lub eliminuje plastik z opakowań. Takie wyniki przynosi raport EFL „Zielona energia w MŚP pod lupą”. W praktyce, do zielonych inwestycji z rezerwą podchodzi aż 83 proc. firm. Najliczniejsza jest grupa przedsiębiorców – ekosceptyków, którzy dbają o środowisko, bo muszą. Stanowi ona 38 proc. mikro, małych i średnich firm. Na drugim końcu są przedsiębiorcy ekoodpowiedzialni, czyli realizujący proekologiczne zamierzenia z przekonania, że warto to robić – i robią zwykle więcej niż muszą. Takich przedsiębiorców jest dwukrotnie mniej niż ekosceptyków – 17 proc. Co czwarta mała i średnia firma w Polsce jest ekoodporna – nie troszczy się o klimat w ogóle. Zdecydowana większość polskich przedsiębiorstw w ogóle nie korzysta z energii odnawialnej. Przed takimi ekoinwestycjami powstrzymują ich przede wszystkim wysokie koszty oraz długi okres zwrotu. Także pojazdy wykorzystywane w działalności małych i średnich przedsiębiorstw nie przyczyniają się do poprawy klimatu. We flotach firmowych królują pojazdy spalinowe. Hybrydy to tylko 1 proc. aut, a napędy elektryczne nie występują niemal wcale. Podobnie jak z odnawialnymi źródłami elektrycznymi, zakup auta elektrycznego wiąże się ze zbyt wysokim kosztem, do tego ma mały zasięg, a sieć stacji ładowania w Polsce jest jeszcze mocno dziurawa. Taki właśnie jest dotychczasowy, bardzo żałosny bilans programu elektromobilności, szumnie zapowiadanego przez premiera Mateusza Morawieckiego.

Zatrudnieni nie pracujący
W drugim kwartale bieżącego roku 684 tys. osób w Polsce było formalnie zatrudnionych, ale w rzeczywistości nie pracowali bo ich zakład był zamknięty (najczęściej z powodu pandemii) – podaje Główny Urząd Statystyczny. Dzięki temu stopa bezrobocia w naszym kraju pozostaje niska, bo tych osób nie można zaliczyć do grona bezrobotnych. Rok wcześniej, w drugim kwartale 2019 r., takich osób formalnie zatrudnionych, a w praktyce niepracujących z powodu zamknięcia firmy, było tylko 7 tysięcy. Bezrobocie mamy więc niskie, ale za to dużą grupę osób zawodowo biernych. Ponadto wiele osób nie pracuje, bo jest na zwolnieniach lekarskich. W drugim kwartale tego roku grupa Polaków na zwolnieniach zwiększyła się o 84 tysiące w porównaniu z tym samym kwartałem 2019 r. – z 265 tys. do 349 tys. Tylko część z nich chorowała z powodu pandemii bo zakażeń koronawirusem w drugim kwartale było 32 tys.

Nie można rozwijać się kosztem środowiska

Powinniśmy zacząć stosować mierniki zrównoważonego rozwoju, które uwzględniają nakłady na rekonstrukcję tego, co jako ludzkość zniszczyliśmy. Tyle, że takich mierników jeszcze nie skonstruowano.

Czy dotychczasowy model rozwoju, oparty na dążeniu do nieustannego wzrostu produktu krajowego brutto powoli się wyczerpuje?.

  • PKB jest przede wszystkim miernikiem produkcji, co w ekonomii jest tożsame ze wzrostem, a ponieważ nie wypracowaliśmy do tej pory dobrego miernika rozwoju, to te pojęcia zaczęły być ze sobą utożsamiane – uważa Adam Czyżewski, główny ekonomista PKN Orlen. Podkreśla on, że takie uproszczenie sprawdza się na gruncie teorii wzrostu gospodarczego, ale nie wytrzymuje już konfrontacji z obecną rzeczywistością, która jest dużo bardziej złożona.
  • Oparcie się wyłącznie na PKB ma swoje ograniczenia. Pamiętajmy, że ten wskaźnik zaczął być stosowany w czasach, gdy rzeczywistość wyglądała zgoła inaczej. Wymyślono go w sytuacji, gdy na świecie żyło niewiele ponad 2 mld ludzi, a działalność gospodarcza odciskała na tyle małe piętno na przyrodzie, że ta sama się regulowała i szybko wracała do naturalnego stanu. Dziś na świecie żyje już 7,5 mld ludzi, a skala i wpływ działalności człowieka są tak duże, że natura już sobie z nim nie radzi – mówi ekspert.
    I dlatego właśnie musimy zacząć stosować mierniki zrównoważonego rozwoju, które uwzględniają nakłady na rekonstrukcję tego, co jako ludzkość zniszczyliśmy. To wymaga zmiany modeli biznesowych, by nie koncentrować się wyłącznie na krótkoterminowym zysku.
  • Taka zmiana jest możliwa i nie musi oznaczać załamania się biznesu. Spójrzmy na Elona Muska, który tak zarządzał firmą, że Tesla przez długi czas nie wykazywała zysku, a jednocześnie miała dużo wyższą kapitalizację niż inne duże koncerny samochodowe – dodaje Adam Czyżewski.
    Pytaniem pozostaje, jak dokonać tych ewentualnych zmian, nie tracąc konkurencyjności? Zwłaszcza, że polskim firmom daleko do statusu technologicznego amerykańskiego potentata, a chwilowe załamanie się koniunktury lub dłuższy okres bez zysku może być gwoździem do biznesowej trumny. W takich warunkach trudno o odważne decyzje i wytyczanie nowych kierunków.
    Mimo to, jak przekonywali rozmówcy podczas debaty w ramach krajowego szczytu klimatycznego TOGETAIR, polskie firmy potrafią dokonać „zielonego zwrotu” nawet w trudnych czasach – choć na razie to głównie tylko teoretyczne wywody. Niewykluczone, że stanie się tak również i w praktyce, bo tak naprawdę ów „zielony zwrot” po prostu może się im zacząć opłacać.
    Przede wszystkim, na każdym etapie trzeba wspierać inicjatywy które ograniczają powstawanie odpadów – a także realnie oraz na skalę przemysłową wprowadzać proekologiczne rozwiązania.
    Ważna w tym może być rola Narodowego Centrum Badań i Rozwoju – państwowej instytucji, której efekty działania są, w dość powszechnym rozumieniu, raczej znikome. Izabela Żmudka, zastępca dyrektora NCBiR podkreśla ważną rolę naukowców i badaczy w działaniach na rzecz klimatu i środowiska naturalnego.
  • Po to jest taka instytucja jak NCBiR, żeby dawać wsparcie edukacyjne i finansowe, aby zabezpieczać przedsiębiorców i naukowców przed ryzykiem, które zawsze wiąże się z badaniami i rozwojem. Po to, żeby oni na koniec odnosili sukces i zarabiali pieniądze. Nie boję się o tym mówić głośno, bo im więcej będą zarabiać tym gospodarka też będzie się lepiej rozwijać, a przy tym wszystkim to nie muszą być tylko duże projekty. Mamy np. projekty związane z tym jak magazynować wodór – twierdzi dyr. Izabela Żmudka. Oczywiście wszyscy by sobie życzyli, aby projekty, którymi zajmuje się NCBiR zaczęły przynosić pożądane efekty, a coraz wyższe zarobki naszych naukowców przekładały się na większą skuteczność ich badań.
    Dziś kryzys klimatyczny nie jest czymś odległym i niewidocznym. On trwa i już się z nim zmagamy, co widać po nasileniu niebezpiecznych dla człowieka zjawisk atmosferycznych – choć nie wiadomo, czy i na ile działalność człowieka się do nich przyczyniła. W każdym razie, trzeba zadbać, aby krysys klimatyczny nie przemienił się w całkowitą katastrofę klimatyczną. Na pewno człowiek może i powinien ograniczyć rozwijanie gospodarki kosztem środowiska.
    Wprawdzie Polska, za sprawą hamujących działań rządu Prawa i Sprawiedliwości, spada coraz niżej w rankingu krajów dokonujących traansformacji energetycznej, a nasze uzależnienie od węgla dziś wydaje się trwałe – ale rynek energetyki odnawialnej, w dużym stopniu obsługiwany przez polskie lokalne podmioty, przeżywa dziś prawdziwą rewolucję.
    Potrzebne jest obecnie wspólne działanie dla dobra klimatu. Ponad podziałami politycznymi, gospodarczymi czy regionalnymi – choć to niełatwe w Polsce rządzonej przez PIS, ugrupowanie, które stawia właśnie na podsycanie podziałów i konfliktów między Polakami. Nadzieja w tym, że przecież wszystkim nam zależy na tym, abyśmy mogli oddychać czystym powietrzem, pić zdrową wodę i swobodnie korzystać z energii elektrycznej.

Gospodarka 48 godzin

Rośnie deficyt
Rząd PiS, niemal w całości wprzęgnięty w kampanię wyborczą Andrzeja Dudy, nie ma czasu, a pewnie i ochoty, by zajmować się takimi „drobiazgami” jak nowelizacja, kompletnie już zdezaktualizowanego budżetu państwa. Tymczasem czas goni. „Kluczowe jest przygotowanie nowelizacji budżetu państwa na 2020 rok oraz założeń makroekonomicznych przyszłorocznego budżetu. Obecnie obowiązujący budżet państwa, podpisany przez prezydenta 30 marca, zakłada zerowy deficyt i szybki wzrost gospodarczy. Potrzebne są więc nowe założenia budżetu, zakładające, że nastąpi spadek naszego produktu krajowego brutto o około 4-7 proc. W konsekwencji dużo mniejsze będą wpływy podatkowe. W rezultacie, deficyt sektora finansów publicznych, liczony według metodologii Eurostatu wyniesie około 200 mld zł.” – twierdzi prof. Stanisław Gomułka, ekspert Business Centre Club. Rządowi PiS jednak nieśpieszno do nowelizacji budżetu. Prawdopodobnie nadal będzie zaangażowany w kampanię wyborczą Andrzeja Dudy, a przed drugą turą wyborów niezręcznie przedstawiać projekt budżetu z dużym deficytem, bo to mogłoby ograniczyć szanse wyborcze obecnego prezydenta. Niewykluczone więc, że nowelizacja budżetu odbędzie się na raty. Najpierw, jeszcze przed drugą turą wyborów, zostanie przedstawiony projekt budżetu z stosunkowo niewielkim deficytem. Jesienią zaś, po drugiej turze nastąpiłaby kolejna nowelizacja budżetu, już rzeczywista i dopasowana do warunków gospodarczych.

Szubienica pod urzędem

Ostatnie dni roku szkolnego część wrocławskiej młodzieży uczciła postawieniem szubienicy pod tamtejszym Urzędem Wojewódzkim. Protestujący żądali wprowadzenia edukacji klimatycznej. Podobne protesty zaplanowano w kilku innych miastach za sprawą tzw. Młodzieżowego Strajku Klimatycznego oraz brytyjskiego, już dorosłego ruchu Extinction Rebellion. Aktywiści i aktywistki protestowali zwłaszcza z powodu braku jakiejkolwiek odpowiedzi Ministra Edukacji Narodowej Dariusza Piontkowskiego na apel o wprowadzenie do programów nauczania edukacji o klimacie. Młodzieżowy Strajk Klimatyczny przesłał do Ministerstwa Edukacji Narodowej ów apel po pojawieniu się przygotowanego przez ministerstwo materiału edukacyjnego na temat zmian klimatu, gdzie pokazano globalne ocieplenie jako zjawisko niosące niemal same korzyści dla naszej planety. Protestujący żądali, by Dolnośląski Kurator Oświaty spotkał się z delegacją wrocławskiej młodzieży, która chciała przedstawić swoje racje oraz domagać się interwencji w Ministerstwie Edukacji. Od ministra Piontkowskiego żądali zaś odpowiedzi na złożony apel. „Ministrze! Domagamy się rzetelnej i ogólnodostępnej wiedzy na temat naszej przyszłości!” – głosił m.in. ich apel. Zbudowano też szubienicę, pod którą uczennicę stojącą na książkach, symbolicznie trzymała przy życiu nauka o klimacie. Protestujący przygotowali deklarację wsparcia wprowadzenia edukacji klimatycznej, domagając się, by podpisał ją kurator podczas żądanego przez nich spotkania. Kurator się z nimi nie spotkał, tłumacząc to innymi zajęciami, natomiast zaprosił ich na 14 lipca, co protestujący przyjęli z niezadowoleniem, uznając iż zmniejsza to szanse na wprowadzenie edukacji klimatycznej w nadchodzącym roku szkolnym.

Europa zmieni klimat, albo zginie

Szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen zapowiedziała, że za kilka dni przedstawi plan osiągnięcia neutralności klimatycznej w Europie.

To ważny komunikat, ale już wiadomo, że trudno będzie o zgodę wszystkich 28 państw, ponieważ jeszcze kilka z nich, wśród których jest Polska, opierają swą gospodarkę na węglu, a bez jednomyślnej zgody planu nie uda się wdrożyć w życie.
Plan, o którym wspomina Ursula von der Leyen, zostanie przedstawiony na najbliższym szczycie klimatycznym w Madrycie.
Przewodnicząca Komisji Europejskiej na spotkaniu z dziennikarzami stwierdziła, że sytuacja z klimatem od dawna jest już naukowo udowodniona, czasu więc jest coraz mniej, a sytuacja jest pilna. W połowie tego roku Polska wraz z Czechami, Węgrami i Estonia zablokowała zapisy w dotyczące zmniejszenia emisji gazów, teraz jednak von der Leyen ma nadzieje, że uda się tę grupę państw przekonać do poparcia planów ratowania klimatu w Europie.
Problemem dla Polski będzie z pewnością fakt, że w przypadku jednogłośnego przyjęcia klimatycznego planu UE, w Polsce, na Śląsku prace straci, jak się szacuje około 40 tysięcy ludzi. Komisja Europejska obiecuje, że da pieniądze dla tych regionów, które bezrobocie
dotknie najsilniej.
„Będziemy musieli pokazać, że ta transformacja będzie sprawiedliwa dla ludzi oraz włączająca. To musi być nasz cel, dlatego pracujemy nad mechanizmem sprawiedliwej transformacji, aby znaleźć równowagę. Tak, będzie musiała nastąpić zmiana. Musimy wdrożyć odpowiednie kroki teraz, wiedząc, że minie całe pokolenie, nim ta zmiana się dokona” – mówiła Ursula von der Leyen Masowa utrata pracy przez tak pokaźną grupę polskich pracowników z pewnością będzie silnym argumentem w rękach rządu PiS, by przeciwstawić się planom Komisji Europejskiej pod hasłami obrony suwerenności i polskiego
rynku pracy.
Faktem jest jednak, że zablokowanie tego planu obecnie oznacza, że Polska i inne kraje sprzeciwiające się klimatycznym propozycjom Europy będą współwinne katastrofie klimatycznej, która dotknie przecież całą planetę.

„Ekologiczna katastrofa” we Wrocławiu

Sezon jesienno-zimowy, to dobry czas by podyskutować o ekologii, ochronie środowiska, smogu i tematach z tym związanych. Zwłaszcza iż to dziś palące zagadnienia.

Społecznego Forum Wymiany Myśli zaprasza więc na najbliższą, październikową debatę poświęconą tej gorącej palecie tematów, tworzących cały wachlarz spraw niosących zagrożenia dla środowiska, egzystencji ludzkości i pojedynczego człowieka. Temat naszej najbliższej dyskusji brzmi:
– „EKOLOGICZNA KATASTROFA: WROCŁAW – POLSKA – EUROPA – ŚWIAT”
Do dyskusji zaprosiliśmy przedstawicieli środowisk ekologicznych z Wrocławia, jak również ludzi związanych z organizacjami zajmującymi się ochroną środowiska. Staramy się zapewnić obecność reprezentantów Uniwersytetu Przyrodniczego specjalizujących się w tej dziedzinie, jak również ludzi z branży górniczo-geologicznej mających inne spojrzenie na klimatyczne zmiany związane z tzw. antropocenem czyli epoką bezwzględnej hegemonii człowieka nad przyrodą. Do udziału w debacie zaprosiliśmy również przedstawicieli wrocławskiego magistratu, odpowiedzialnych za te sprawy w naszym mieście. Czyli będzie i „lokalnie” i „globalnie”. Tematyka jest nie tyle kontrowersyjna co wielopłaszczyznowa i budząca emocje. Może i tym razem w „Tajnych kompletach” też tak będzie. Debata odbędzie się w dniu 24.10.2019r., o godz. 17.30 w księgarni-kawiarni „TAJNE KOMPLETY”, ul. Przejście Garncarskie 2, we Wrocławiu.

Dzień klimatycznego protestu

Tłumy ludzi na ulicach w metropoliach na wszystkich zamieszkanych kontynentach świata, starcia z policją, żądania natychmiastowej zmiany polityki. Tak wyglądał globalny dzień gniewu, zorganizowany przez sieć Extinction Rebellion.

Powstrzymać zmiany klimatyczne, ocalić planetę i ludzkość, wymuszając na politykach podjęcie działań – to hasła i cele ruchu zrzeszającego setki tysięcy ludzi na całym świecie, podejmujących w porozumieniu sieciowym wspólne działania na rzecz uratowania Ziemi przez postępującą apokalipsą.
Od Berlina, przez Amsterdam, Paryż, Londyn, Nowy Jork, Tokio, Los Angeles, aż po Sydney, łącznie w ponad 60 miastach trwały wczoraj i dziś protesty przeciwko bierności polityków w zakresie walki ze zmianami klimatycznymi.
Niektóre demonstracje stanowią mocną manifestację gniewu. Policja zatrzymała kilkaset osób. W Londynie protestujący zamknęli się w samochodach, zablokowali most i kilka ulic w dzielnicy Westminster, gdzie mieszczą się budynki rządowe. Z kolei przed siedzibą ministerstwa obrony odbyła się pikieta. W ciągu dnia planowane są podobne blokady w pobliżu siedziby parlamentu i na Trafalgar Square, jak również siedząca manifestacja na lotnisku London City. Według szacunków aktywistów demonstracje w brytyjskiej stolicy będą pięć razy liczniejsze niż te, które miały miejsce w kwietniu. Spodziewają się, że w ciągu dwóch tygodni protestów w Londynie weźmie w nich udział ok. 30 tys. osób. Londyńska policja próbuje zastraszyć uczestników. Poinformowała o zmobilizowaniu tysięcy dodatkowych funkcjonariuszy w związku i zapowiedziała, że każdy, kto złamie prawo, nawet podczas pokojowych demonstracji, musi się liczyć z aresztowaniem.
Mocne „nie” obecnej polityce napłynęło również z niemieckiej stolicy. Klimatyczni aktywiści rozpoczęli blokadę jednego z głównych rond w centrum Berlina wokół Kolumny Zwycięstwa (Siegessaeule) w parku Tiergarten. Domagają się od rządu zdecydowanych działań na rzecz ochrony klimatu. Na wiecu planowanie jest m.in. przemówienie aktywistki transportującej migrantów z Morza Śródziemnego do Europy Caroli Rackete.
– Przeszkadzamy, bo nie widzimy innej możliwości wymuszenia przeprowadzenia głębokiej i powszechnej zmiany, która zapobiegłaby zmianom klimatu. Polityka klimatyczna rządu poniosła fiasko: lasy płoną, podnosi się poziom oceanów, dzikie zwierzęta masowo wymierają. Ludzkości grozi zagłada – tłumaczyła poniedziałkową blokadę w Berlinie Eva Escosa-Jung, jedna z działaczek grupy.
Ludzie widzą, że demonstracje nie wystarczą i należy sięgnąć po poważniejsze środki – mówiła Annemarie Botzki, rzeczniczka aktywistów – rzeczniczka niemieckiej Extinction Rebellion – Rząd musi działać natychmiast, żeby powstrzymać wymieranie i do 2025 roku osiągnąć zerowe emisje CO2 netto. Rząd powinien ogłosić klimatyczny stan wyjątkowy i zwołać zgromadzenie obywatelskie, które opracuje konkretne działania mające przeciwdziałać katastrofie klimatycznej – dodała.