Zielona rewolucja nie przyjdzie z dnia na dzień

Jak wygląda młody ruch na rzecz walki z kryzysem klimatycznym? Jakie stoją przed nim wyzwania, jakie odniósł do tej pory sukcesy i czego mu nadal brakuje? Czy dla młodych aktywistów walka o przyrodę to również walka z kapitalizmem? Wojciech Łobodziński (Strajk.eu) rozmawia z Janką Świerżewską, warszawską aktywistką.

Jak zaczęłaś działać w ruchu klimatycznym?
Zaczęło się od czytania. Kolejne publikacje na temat zmian klimatycznych i ich przyczyn, na które trafiałam, przekonywały mnie, że sprawa jest arcypoważna. Potem usłyszałam o Grecie Thunberg oraz o akcji Extinction Rebellion z 17 listopada, która zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Postanowiłam więc pojechać wraz z siostrami w grudniu na COP24 do Katowic. I tam stało się coś, co zrobiło na mnie wstrząsające wrażenie.
Co takiego?
Oburzyło mnie podejście władz. Do Katowic przyjechała masa aktywistów i aktywistek, również z zagranicy. Stosowano wobec protestujących przemoc, przeszukiwano autobusy, to wszystko jasno świadczyło o stosunku polityków do nas i do problematyki zmian klimatycznych. Do tego sam szczyt zakończył się praktycznie bez żadnej konkluzji.
Dlatego po powrocie udałam się na spotkanie Earth Strike. Tam stwierdziłam, że robią oni świetne rzeczy, lecz jednak nie jest to miejsce dla mnie. Dopiero 15 marca odnalazłam się wśród protestujących uczniów i uczennic… i tak postanowiłam dołączyć do Młodzieżowego Strajku Klimatycznego.
Ty już nie jesteś uczennicą – jesteś chyba jedną ze starszych osób w MSK?
Tak, jedną z najstarszych. Wśród nas przeważają osoby uczęszczające do liceum, ale są też osoby takie jak ja, czyli studiujące.
Liderami są licealiści?
Nie mamy lidera czy liderki. Jesteśmy organizacją niehierarchiczną, decydujemy o wszystkim bezpośrednio, spotykając się co tydzień. Mieliśmy też grupy tematyczne, istniała grupa edukacyjna czy filmowa. Teraz troszkę to zmieniamy – będziemy się organizować wokół projektów, zadań. Bardzo dużo rozmawiamy, dyskutujemy, zadziwia mnie nasza aktywność i siła do całego działania.
Polska usłyszała o was przy okazji marcowej demonstracji, o której wspomniałaś. Ale to było jedno wydarzenie, jeśli wziąć pod uwagę, że powtarzacie je cyklicznie – jedno w miesiącu.
Może przypomnę, że tamta demonstracja była naprawdę gigantyczna. To była największa demonstracja klimatyczna w Polsce do tej pory. Ale faktycznie, doszliśmy do wniosku, że musimy działać bardziej regularnie. Zorganizowaliśmy między innymi kilka wykładów: tematem jednego z nich było ogólne nakreślenie problemu klimatycznego, a drugiego – dyskusja wokół strategii działania na rzecz zatrzymania zmian klimatycznych w dobie kapitalizmu. Ważne jest również tworzenie społeczności, co osiągamy, zapraszając na otwarte spotkania, np. do wspólnego malowania banerów. Wiele się przy takiej okazji można od siebie nauczyć.
Dodatkowo bardzo dużo czasu poświęciliśmy mediom, byliśmy w radiach i telewizji. Wykorzystywaliśmy każdą okazję do szerzenia wiedzy o zmianach klimatycznych. Ostatnio udało nam się spotkać z prezydentem Warszawy Rafałem Trzaskowskim.
Jak ono wyglądało? Czy prezydent rozumie wagę problemów, z jakimi przyszliście?
Pierwszy kontakt wypadł trochę szokująco. Napisaliśmy do niego list, na który on odpowiedział filmem, w którym… połączono kwestie smogu i klimatu. Tymczasem smog jest kwestią lokalną, dużo łatwiejszą do rozwiązania…
Jest to raczej symptom ludzkiego podejścia do przyrody, a nie kwestia zmian klimatycznych jako całości.
Tak. Więc my też odpowiedzieliśmy filmem, w którym wyjaśniliśmy tę kwestię. W odpowiedzi dostaliśmy zaproszenie na spotkanie. W jego trakcie przedstawiliśmy Rafałowi Trzaskowskiemu ideę zorganizowania obywatelskiego panelu dotyczącego zmian klimatycznych. Prezydent zgodził się, że byłaby to pożyteczna inicjatywa. Również dość mocno wybrzmiała kwestia edukacji. Okazało się, że w ratuszu zauważono nasze działania na tym polu, między innymi spotkania edukacyjne, które odbywały się w Teatrze Powszechnym. Mamy w tej sprawie współpracować, prezydent zaangażował się między innymi w wyznaczanie symbolicznej linii jednego metra na budynku Pałacu Kultury.
Zadowoliło was to w pełni?
Początkowo tak. Pierwszy raz zostaliśmy potraktowani poważnie przez jakąkolwiek władzę, wcześniej nawet nie mieliśmy okazji się sprawdzić w kontakcie z jej przedstawicielami. Ale teraz musimy pilnować, żeby ta teoretyczna zgoda przełożyła się na praktyczne rozwiązania.
Na razie bilans władz Warszawy w walce o klimat wygląda tak, że Rafał Trzaskowski nadal tę walkę zapowiada, a na posiedzeniu rady miasta niemal równocześnie wprowadzono „alarm klimatyczny” i uchwalono zabudowę otuliny Jeziorka Czerniakowskiego.
Dlatego walczymy o to, by wraz z innymi ekologami i ekolożkami zakotwiczyć w świadomości pojęcie kryzysu klimatycznego, by pokazać, że to już się dzieje. Susze, powodzie, burze, nagłe wahania temperatur, to wszystko już tu jest i będzie się potęgować. Staramy się zmienić język, wprowadzić do debaty publicznej pojęcia i problematykę kryzysu klimatycznego. A przy tym doskonale rozumiemy, że to nie jest sprawa, którą da się załatwić jedną ustawą, zmianami prawnymi. Wymaga zupełnie innych taktyk, które dopiero wypracowujemy.
Jeśli mowa o taktykach… Byłaś teraz w Niemczech, bywasz często w Londynie. Masz obraz tego, jak działają tamtejsze ruchy klimatyczne, na przykład Ende Gelände. Jakie wnioski? Jak ma się Polska do europejskiej całości?
Młodzieżowy Strajk Klimatyczny jest częścią globalnego ruchu Fridays for Future, który rzeczywiście wziął się ze szwedzkiego strajku Grety. Są też ruchy bardziej radykalne, takie jak Extinction Rebellion, organizatorzy niezwykle głośnego i konfrontacyjnego Extinction Week w Londynie.
Główną różnicą jest to, że zagraniczne ruchy nie będące częścią Fridays for Future mówią o szybszej, rewolucyjnej zmianie, ich zdaniem nie ma czasu na budowanie ruchu ponad podziałami.
Extinction Rebellion twierdzi, że by móc wywrzeć niezbędną do zmiany presję na polityków i władzę, musi najpierw przekonać do siebie i zaktywizować 3,5 proc. społeczeństwa. Oni mają określoną strategię działania podług tych danych, również skupiają się na klasowych, ekonomicznych oraz postkolonialnych aspektach zmian klimatycznych.
Fridays for Future i MSK raczej chcą pozyskać jak najwięcej ludzi, o różnych poglądach, bez względu na przynależność klasową, poglądy polityczne i miejsce zamieszkania. Dążymy do tego by każdy i każda mogła się zaangażować.
Wierzysz, że masowy ruch klimatyczny w Polsce jest możliwy?
Chcę w to wierzyć. Wydaje mi się jednak, że tu ze strony politycznej i społecznej jest trudniej niż w Europie Zachodniej. Gdy wraz z ekipą z MSK pojechałam na protest do Niemiec, dokładnie do Aachen, gdzie było 40 tysięcy osób, czułam tam, że tak powinno być wszędzie i zastanawiałam się, dlaczego u nas dotąd protesty nie mają tej skali.
Nawet jeśli czuję, że przez te kilka miesięcy udało nam się mnóstwo rzeczy, uważam, że to nie jest wystarczająco dużo. Można byłoby robić więcej.
Ale czego można by robić więcej i z kim? Wiosna Biedronia, która wprowadziła do mainstreamu temat zmian klimatycznych, sprowadzała kwestię do zamknięcia kopalń do 2035 r. Albo robiła sobie zdjęcie z Ingą Zasowską i z wami. Jednym słowem puste show. Razem ma dobry i dokładny program środowisko-energetyczny… i 1 proc. poparcia. Reszta znaczących partii problem omija lub go neguje.
Niestety to wszystko jest prawdą. Dlatego nie liczę na partie polityczne. Raczej na to, że różne ruchy klimatyczne będą musiały się widocznie połączyć i zacząć współpracować. Na razie każdy ma swój program i pomysł na to, jak zawalczyć o środowisko i zadbać o przyszłość klimatu. Na przykład MSK jest bardzo legalistyczny, nie będzie podejmował akcji silnie konfrontacyjnych. Dla mnie jest to jednak oczywiste, że jeśli nikt nas nie będzie słuchał, to dojdzie do przesilenia.
Już teraz zamierzamy doprowadzić do tego, by temat kryzysu klimatycznego wybrzmiał jak najbardziej w najbliższych wyborach parlamentarnych. Partie polityczne nie chcą wprowadzić tej sprawy do swojej agendy – a my chcemy je do tego zmusić. Trzeba zacząć mówić po nazwiskach, obarczać polityków odpowiedzialnością, gdy jej unikają. Wprost trzeba rozliczać partie, które nic kompletnie nie robią. Tutaj nie ma miejsca na puste hasła. Będziemy chodzić na wieczory wyborcze i na konferencje, pisać o tym w mediach
społecznościowych.
A czy to nie będzie wołanie „bogatych dzieci z dużych miast”? Fajnie opublikować tekst na Krytyce Politycznej, dobrze jest komentować sprawy klimatu w TOK FM czy GW, ale czy to wystarczy, żeby wyjść poza określoną banieczkę, przekonywać nowych ludzi?
Non stop o tym dyskutujemy. Zastanawiamy się, jak działać, jednocześnie nie tworząc wokół siebie atmosfery uprzywilejowanych i wyedukowanych dzieciaków. Szukamy odpowiedzi na pytanie: jak poszerzać świadomość ludzi bez wstępnego wykluczania, często nieświadomego, jak wytłumaczyć akcje i formy działania osobom, dla których działalność polityczna jest czymś kompletnie świeżym. Musimy wchodzić do szkół, do normalnych ludzi, wyjść z banieczki „aktywistycznej elity”.
Z pewnością niebawem będziemy przeprowadzać happeningi edukacyjne w miejscach publicznych, nie na uniwersytetach, lecz na bulwarach wiślanych, na ulicach i chodnikach, tak by wyjść do wszystkich, a nie siedzieć w przysłowiowym Barze Studio.
Patrząc na ruchy w Europie zachodniej Europy mam wrażenie, że one wyrastają z innej rzeczywistości społecznej. Tam istniały tradycje polityczne, na ich fundamentach partie, fundacje, stowarzyszenia oraz skłoty, razem będąc potężnie usieciowione. W Polsce środowisko jest bardzo małe, z zaledwie kilkoma tytułami medialnymi, skupione przede wszystkim w Warszawie.
Wiemy, że z pewnością nie będziemy mieli sponsorów, nawet europejskich. Mamy zamiar działać oddolnie ze zrzutek. Nie zamierzamy również powoływać stowarzyszenia czy fundacji, nie zamierzamy się zbiurokratyzować i wyłaniać automatycznie liderów czy liderki. Jednocześnie bardzo staramy się nie być tylko warszawscy.
I na ile to się udaje?
W marcu w naszej akcji wzięło udział łącznie trzydzieści miast, w każdym z nich miały miejsce demonstracje.
Jak liczne?
Zdecydowanie mniejsze niż w Warszawie. Jednak były! To jest najważniejsze. Młodzi ludzie wyszli na ulice i zaczęli domagać się walki z kryzysem klimatycznym.
Szczecin czy region śląski to nasze najbardziej liczne i aktywne grupy spoza stolicy. Śląsk ma tutaj do spełnienia niezwykle ważną rolę ze względu na środowisko górnicze.
Rozmawialiście, czy też będziecie rozmawiać ze związkami zawodowymi górników?
Do tej pory nie mieliśmy takiej okazji, jednak do tego dojdzie. Zrobimy to jako cały Blok Klimatyczny – wszystkie organizacje walczące z kryzysem klimatycznym.
Nie może być tak, że będziemy mówić o odejściu od węgla jednocześnie omijając górników i ich rodziny, musimy ich szanować i uwzględnić ich w rozmowie dotyczącej kryzysu klimatycznego. Jeśli ma nadejść jakakolwiek zmiana, to musi ona być przeprowadzona zgodnie z zasadą sprawiedliwości społecznej. Musimy pamiętać o każdym rodzaju pracowników, a przy tym wyrażać solidarność z górnikami, nie z kapitałem węglowym. Przecież kwestie klimatyczne są niezwykle społeczne i klasowe, to najbiedniejsi najbardziej odczują efekt postępującego kryzysu klimatycznego. Susze, głód, powodzie będą dotyczyć w pierwszym szeregu właśnie ich. Musimy o nich pamiętać i walczyć o ich prawa i bezpieczeństwo.
Myślisz, że w tym świecie rozdartym konfliktami, rządzonym logiką kapitału, uda się przeprowadzić Zieloną Transformację czy nawet Zieloną Rewolucję? Ja obawiam się, że w miarę postępowania kryzysu klimatycznego, który pociągnie za sobą kolejne, np. zaostrzenie problemów migracyjnych, ludzie będą się skupiać na takich właśnie symptomach, nie na sednie problemu. Do tego jesteśmy w uprzywilejowanej Europie, którą globalne Południe usiłuje dogonić, a to wiąże się ze zwiększeniem emisji zanieczyszczeń…
Mówimy o Europie, bo to ona musi zredukować swoją emisję zanieczyszczeń. Mamy więcej środków, lepszą technologię, to na nas historycznie spoczywa odpowiedzialność. Rewolucja czy zielona transformacja nie nadejdzie z dnia na dzień – ale jeśli politycy i społeczeństwa nadal będą odsuwać radykalne kroki, jeśli nasz ruch poniesie porażkę, masa ludzi umrze albo w wyniku katastrof ekologicznych, albo w wojnach o resztki surowców i resztki cywilizacji, kiedy ruszy fala uchodźców z wysuszonej Afryki czy spustoszonej monsunami Azji. To jest problem, któremu nie można zaprzeczyć.
Musimy walczyć z korporacjami, z logiką zysku, z denialistami klimatycznymi, musimy to zrobić. Ten świat nie może upaść kompletnie na głowę.
Wierzysz, że ten świat się uratuje, że logika zysku, o której mówisz, nie zwycięży i nie doprowadzi nas do samozagłady?
Ja i ci, którzy działają, wierzą w to, że się uda. Co innego w tej sytuacji pozostaje? Można tylko wierzyć i z tą wiarą działać.

Arktyka płonie

Światowa Organizacja Meteorologiczna bija na alarm.

Przez ostatnie półtora miesiąca w Arktyce wybuchło ponad 100 pożarów; to nienotowany w tej strefie fenomen. Powodem jest drastyczny skok temperatur.
Arktyka to obszar geograficzny, którego terytorium obejmuje rejony Rosji, Kanady, Norwegii, Szwecji i Finlandii, a także Alaskę, Grenlandię, Islandię oraz Ocean Arktyczny. Największe pożary wystąpiły na Alasce i na Syberii. Niektóre z nich osiągnęły monstrualne rozmiary. Do największego pożaru doszło w Ontario w Kanadzie. Główną przyczyną tego zjawiska są niezwykle wysokie temperatury i wywołana przez nie susza.
Anomalie występujące na Syberii są doprawdy wstrząsające. Aż o 10 stopni Celsjusza została przekroczona średnia temperatura z lat 1981-2010. Nie lepiej jest na amerykańskiej Alasce. Tam czerwiec br. był najgorętszym okresem, odkąd w ogóle prowadzi się tam pomiar temperatury! Dochodziła ona do 32 stopni Celsjusza. Niemal codziennie wybuchały tam samoistnie pożary. Tylko w tym roku odnotowano ich tam ponad 400. Pożary w Arktyce są szczególnie niebezpieczne nie tylko ze względu na bezpośrednie szkody jakie wyrządzają, lecz także z powodu gigantycznej emisji dwutlenku węgla jaki się wówczas wytwarza.
Eksperci Światowej Organizacji Meteorologicznej (WMO) obliczyli, że w samym tylko czerwcu pożary spowodowały uwolnienie do atmosfery aż 50 milionów ton dwutlenku węgla. To ilość równa całorocznej emisji dwutlenku węgla w Szwecji lub wszystkim emisjom wywołanym przez pożary za kołem podbiegunowym w latach 2010-2018.
Pożary w Arktyce zwiększają też ryzyko szybszego topnienia pokrywy wiecznej zmarzliny. To również jest wyjątkowo niebezpieczne, gdyż powoduje to uwalnianie metanu, jednego z gazów mających największy wpływ na powstawanie efektu cieplarnianego.
– Od początku czerwca jesteśmy w Arktyce świadkami bezprecedensowych pożarów. Pożary nie wybuchają tam na obszarach zalesionych, jak to się dzieje latem w innych częściach Europy, lecz na wysychającej powierzchni wiecznych lodów. – cytuje rzeczniczkę WMO Clare Nullis portal TVN Meteo.
Poważnym zagrożeniem są również inne substancje emitowane do atmosfery podczas tych pożarów. Nie mają one bezpośredniego przełożenia na zmiany klimatyczne, lecz są niebezpieczne dla zdrowia ludzi.
– Pożary te rodzą obawy, co do ich wpływu na zdrowie, ponieważ towarzyszy im powstawanie trujących substancji i gazów toksycznych, które mogą się przenosić na wielkie odległości – powiedziała jeszcze Nullis.
Ofiarą tego zjawiska padła ludność Fairbanks, miasta położonego w środkowej części Alaski. Odnotowano tam w tym roku najgorsze zanieczyszczenie powietrza na świecie. Jeden z tamtejszych szpitali utworzył „schron dla czystego powietrza”.

5 gram co tydzień

Średnio biorąc, każdy konsument na świecie zjada tygodniowo ilość plastiku i tworzyw sztucznych wielkości karty kredytowej. Dowodzi tego zatrważający raport WWF i opracowania australijskich naukowców.

Dr Thava Palanismi, który kieruje zespołem badawczym, powiedział, w rozmowie z dziennikarzami portalu 9news.com.au, że każdy człowiek, średnio, spożywa ekwiwalent jednej karty kredytowej w tygodniu.
– Jest oczywiste, że substancje te mają właściwości rakotwórcze i że zaburzają funkcjonowanie układu hormonalnego – dodał naukowiec.
Dokument sporządzony przez specjalistów z australijskiego uniwersytetu w Newcastle to wnioski z drobiazgowej analizy kilkudziesięciu już przeprowadzonych badań. Najważniejszym z nich jest totalna wszechobecność plastiku. Abstrahując od takich lokalizacji dno Rowu Mariańskiego – najgłębszego miejsca na kuli ziemskiej, czy lody Arktyki, albo trudno dostępne rejony Pirenejów, plastik mamy też na talerzu, czy raczej w szklance. Niemal 90 proc. plastiku, który trafia do naszych organizmów pochodzi z butelkowanej lub kranowej wody; w następnej kolejności najwięcej przyjmujemy go z solą, owocami morza, rybami i w piwie. Zdaniem ekspertów, w skali roku spożywamy ponad 100 tys. cząsteczek plastiku, łącznie ok. 250 gramów.
Dramatyczny poziom zanieczyszczenia środowiska naturalnego plastikiem nie jest tematem nowym, wielokrotnie bywało to tematem rozpraw naukowych. Jednak raport australijskich uczonych po raz pierwszy określa precyzyjnie poziom globalnego zagrożenia toksykologicznego przed jakim staje ludzka cywilizacja.
Każdego roku do mórz i oceanów trafia około 8 mln ton plastiku. Według szacunków ONZ, w 2050 r. odpadów będzie tam więcej niż ryb. To także ma bardzo duże znaczenie z żywieniowego punktu widzenia. 57 proc. obecnych w morzu plastikowych zanieczyszczeń, to włókna syntetyczne z pranych i płukanych tkanin. Są szczególnie groźne ze względu na mikroskopijne rozmiary. Odkładają się w organizmach ryb, są rozpylane przez fale w powietrzu. W ten sposób trafiają nie tylko do naszych żołądków, ale również do układu oddechowego.

Walka o wodę

Przy temperaturze 50 stopni Celsjusza można oszaleć. W stanie Tamil Nadu na samym południu Indii ojcowie rodzin bili się w tym tygodniu o wodę z cysterny, która pojawia się nieregularnie. Chodziło o walkę na śmierć i życie. Wielkie połacie kraju przeżywają morderczą suszę. Dochodzi do niepokojów społecznych.

Już trzy lata temu indyjski Sąd Najwyższy podjął decyzję, która zdenerwowała mieszkańców Karnataki, stanu sąsiadującego z Tamil Nadu. Odtąd mieli się dzielić z tymi sąsiadami zasobami wody pitnej. W Bangalore trzeba było ogłosić stan wyjątkowy, aż 15 tys. nowych policjantów zdusiło bunt. Zamieszki na tle dostępu do wody miały już miejsce w Delhi i Mumbaju, zginęły dziesiątki ludzi. Gdy temperatura jest tak wysoka, ryzyko takich tragedii nie spada.
Straszliwe upały w Indiach przynoszą kolejne ofiary. Dotyka to szczególnie bezdomnych, pracujących na zewnątrz, kurierów i dostawców, ulicznych sprzedawców, czyścibutów i ryksiarzy. Na wsi ludzie gonią za cieniem. Zielona rewolucja przyniosła tam nawozy i wielkie systemy nawadniania, lecz wokół to bardziej wysusza niż nawadnia ziemię. W zeszłym roku ponad 140 osób zginęło w bójkach o wodę. Do tego dochodzą rzadkie przedtem, niszczycielskie zjawiska pogodowe. Gorące burze pisakowe bywają tak gwałtowne, że zmiatają domy. Kilka dni temu w Uttar Pradesh zginęły od nich 24 osoby. Problemem jest opóźniająca się pora deszczowa. Wszyscy jej wypatrują, ma być za tydzień.

Na smyczy koncernów

Krótka historia kłamstwa klimatycznego

Naftowi giganci, producenci paliw kopalnych od dekad wiedzieli, że beztroska emisja dwutlenku węgla grozi katastrofą klimatyczną zagrażającą światu, jaki znamy. W imię nieograniczonych zysków puścili jednak w ruch morderczo skuteczną machinę kłamliwej propagandy zaprzeczeń i manipulacji. Sięgnęła najwyższych szczebli światowego systemu. Teraz wymknęła im się ona spod kontroli i prowadzi prawicowych polityków w kierunku, w którym nawet kapitaliści paliwowi boją się podążać.
Portal Strajk informował już o tym, że obserwatorium na Hawajach odnotowało w tym miesiącu historycznie wysoki pomiar stężenia dwutlenku węgla w ziemskiej atmosferze. Owszem, naukowcy zgadzają się, że tak wysoki poziom CO2 występował już w dziejach życia na naszej planecie. Było to jednak 5 milionów lat temu, kiedy zwierzęcy przodkowie homo sapiens zaczynali dopiero stawać na dwóch nogach.
Świat nauki nie ma dziś wątpliwości, że to działalność naszego gatunku w okresie ostatnich 150 lat doprowadziła do rekordowej zawartości CO2 w atmosferze i – co za tym idzie – do wzrostu średniej ziemskiej temperatury o ponad 1 stopień Celsjusza w stosunku do epoki przedindustrialnej. Związana z tym plaga susz, powodzi i huraganów nęka ludzkość coraz dotkliwiej, rujnując szczególnie rolnictwo krajów Globalnego Południa i powodując masowe migracje. Kiedy miliony lat temu stężenie CO2 wynosiło, tak jak dziś, 415 ppm (cząsteczek na milion) temperatura była wyższa o 2 – 3 stopnie, a poziom oceanów wyższy był – uwaga! – o 25 metrów. To jest mniej więcej obraz tego, co czeka ludzkość, jeżeli będzie nadal bez opamiętania emitowała dwutlenek węgla. Niestety inercja systemu kapitalistycznego wskazuje na to, że mimo rosnącej świadomości niektórych społeczeństw, człowiek sam sobie wykopie grób.
Nikt się nie dowie
Fakt rekordowego pomiaru jest jednak o tyle znaczący, że prawdopodobieństwo jego wystąpienia w bieżącym roku został przewidziany już dawno temu, w 1982 r., a dokonał tego nie kto inny, a naukowcy pracujący dla jednego z największych koncernów naftowych Exxon – dzisiaj, po fuzji z innym, działającego pod nazwą ExxonMobil. Całość raportu, który – całkowicie trafnie – informował o takiej ewentualności, została zatajona przed światową opinią publiczną, by nikomu nie przyszło do głowy zakłócać działalności Exxonu. Światło dzienne ujrzała dopiero w 2015 r. w wyniku śledztwa przeprowadzonego przez portal InsideClimate News. W podsumowaniu analizy korporacyjnych naukowców znalazły się również przewidywania dalekosiężnych skutków beztroskiej emisji CO2: będą to katastrofalne szkody dla rolnictwa na skutek wzrostu temperatury, stopienie pokrywy lodowej na biegunach i zalanie części lądów. Raport zilustrowany jest wymownym wykresem, z którego można wyczytać, co nas dalej czeka. W 2060 r. wieku wzrost temperatury ma zbliżyć się do 2°C, co oznacza nieodwracalne skutki dla ludzkiej cywilizacji, głównie ze względu na wpływ takich zmian na rolnictwo.
Wnioski te wyciągnęli specjaliści koncernu, który do niedawna wiódł prym w finansowaniu propagandowej walki z naukowcami i aktywistami działającymi na rzecz upowszechnienia wiedzy o globalnym ociepleniu i powstrzymania jego najtragiczniejszych skutków. Naftowy moloch, mając mocne podstawy do przewidywania ponurych rezultatów działalności swojej branży, postanowił zataić alarmistyczne prognozy. Zysk okazał się zdecydowanie ważniejszy niż ludzie. Ba, niż cała ludzkość.
Exxon nie był jedyny. Do podobnych, nawet jeszcze bardziej alarmistycznych wniosków doszli eksperci innego giganta, firmy Shell. Ich poufny raport sporządzony w 1988 r. na wewnętrzne potrzeby koncernu przewidywał, że podwojenie stężenia CO2 w atmosferze, czyli przekroczenie wartości 600 ppm nastąpi do 2030 r.
Wizja ekologicznych skutków globalnego ocieplenia według Shell była dosłownie apokaliptyczna: autorzy opracowania uznali, że cywilizacji ludzkiej zagraża wzrost poziomu wód oceanicznych o 5 – 6 metrów, a więc zatopienie całych nisko położonych krajów i regionów. Przewidywano również „zniknięcie całych ekosystemów” oraz „niszczycielskie powodzie i zatopienie nisko położonych obszarów rolniczych”. Przypuszczano, że „zajdzie potrzeba znalezienia nowych źródeł wody pitnej”, a globalny wzrost temperatur doprowadzi do „drastycznych zmian w sposobie życia ludzi”. Raport kończył się konkluzją, że „mogą to być zmiany nigdy wcześniej nie odnotowane w historii”.
Były to lata, kiedy mówiło się już o globalnym ociepleniu i tym, że powoduje je CO2 emitowane przez przemysł i transport. Zarówno raport Exxonu, jak i Shell zdecydowanie przychylały się do interpretacji, że notowany już wtedy wzrost temperatur ma swoją przyczynę w spalaniu paliw kopalnych, które sami produkowali. Ustalenia korporacyjnych naukowców nie spotkały się z żadnymi próbami ich podważenia przez kogokolwiek związanego z dyrekcją. Kapitalistyczni decydenci postanowili nie tyle położyć na szali los ludzkości, co wręcz skazali ją na katastrofę, którą już wówczas uznawali za scenariusz dość prawdopodobny.
Żywili oczywiście słuszne obawy, że w przypadku upowszechnienia się wiedzy, którą sami posiedli, rządy podejmą próby regulacji działania branży paliwowej. Wcześniej, w połowie wieku stało się tak w związku z problemem powstawania smogu w amerykańskich metropoliach. Naftowi i motoryzacyjni giganci przyjęli wtedy nieskuteczną w okresie dominacji gospodarczego interwencjonizmu taktykę opartą na argumentacji, że ograniczenia w „kopceniu” zrujnują gospodarkę.
Tym razem postanowili zatem przyjąć sposób działania firm tytoniowych, które na przełomie lat 80. i 90. prowadziły już systematyczną wojnę propagandową z naukowcami, którzy ostrzegali przed smutnymi skutkami ich działalności na polu zdrowia publicznego. Koncerny wierzyły początkowo, że zamiary regulacyjne da się spacyfikować, krytykując wyniki badań naukowców uniwersyteckich, tropiąc w nich w nich nieścisłości i kontrując je własną narracją utrzymaną w konwencji akademickiej, nad którą pracować mieli prawdziwi badacze. Wiedza o zmianach klimatycznych, mimo alarmistycznych sygnałów, nie była wówczas tak rozwinięta jak dziś. Dopiero zaczynała przebijać się do mainstreamu i świadomości decydentów. Kapitaliści paliwowi postanowili więc powołać platformy thinktankowe, które mogły ich zdaniem ukierunkować jej rozwój – oczywiście zgodnie z ich interesem.
Ruszyła maszyna
Bodźcem do zintensyfikowania działań na tym polu było powstanie w 1988 r. Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC), który służyć miał systematycznemu zapoznawaniu rządzących polityków z postępami wiedzy naukowej na temat globalnego ocieplenia. Na konferencji założycielskiej w Toronto spotkało się ponad 300 naukowców i polityków, którzy przyjęli rezolucję deklarującą potrzebę „działania teraz”. Do dzisiaj IPCC pozostaje jedną z najważniejszych międzynarodowych instytucji działających na rzecz przeciwdziałania kryzysowi klimatycznemu. Niestety jej skuteczność pozostawia wiele do życzenia, bo po stanie ziemskiego ekosystemu widać, że politycy działają stanowczo zbyt opieszale i jest już za późno, o czym wprost mówi niedawny raport ONZ. Można za to „podziękować” właśnie koncernom paliwowym, które w dekadzie 90. swoją działalnością w sferze publicznej zdołały skutecznie opóźnić postęp w dyskusji o przyczynach i skutkach zmian klimatu.
Głównym narzędziem, jakim w tym celu posłużyły się korporacje, była Global Climate Coalition (GCC), grupa lobbingowa, która pierwotnie stanowiła część amerykańskiej National Association of Manufacturers, a w 1995 r. się usamodzielniła. Ufundowali ją najwięksi giganci światowej branży naftowej m.in Shell, Texaco (obecnie część Chevronu), Amoco (obecnie część BP) i Phillips Petroleum, później do składu dołączył Exxon. Podstawę programową GCC napisał w 1995 r. Leonard S. Bernstein, ekspert wywodzący się z Mobil Oil, który w tym dokumencie przyznał, że „możliwość ludzkiego wpływu na klimat jest dobrze ugruntowanym faktem naukowym i nie sposób mu przeczyć”. Zastrzegł mimo to: „Nadal jednak nie można dokładnie przewidzieć rozmiarów, ram czasowych i skutków zmian klimatycznych”. Zgodnie z tą linią jeszcze w 1997 r., w czasie negocjacji Protokołu z Kioto, sam dyrektor generalny Exxonu Lee Raymond głosił: „Tak naprawdę nadal wiele nie wiemy o tym, jak klimat się zmieni w XXI wieku i później (…) Musimy lepiej zrozumieć problem i na szczęście mamy na to czas”. W myśl wiedzy posiadanej wtedy od lat przez Exxon i Shell była to zwyczajnie nieprawda: już wtedy nie mieliśmy na to czasu.
Wpływ GCC okazał się z czasem imponujący. W kwietniu 2019 r. outlet Climate Liability News i organizacja Desmog UK ujawniły dokumenty opisujące strategię i szereg konkretnych przypadków wpływania przez GCC na pracę IPCC, na przebieg dyskusji na konferencjach pod egidą ONZ i na język przyjmowanych rezolucji, który lobbyści koncertów zdołali rozmyć i uczynić jak najmniej alarmistycznym. Przedstawiciele GCC brali udział w obradach IPCC i panelach przygotowawczych, zarejestrowani pod nazwą tej organizacji albo z ramienia innych biznesowych NGO, tak by przeważyć liczebnie reprezentantów krajów Globalnego Południa, najbardziej uczulonych na kwestię skutków ocieplenia. Podważali rzetelność ustaleń naukowców podkreślających powagę zmian klimatycznych, promowali za to swoich „badaczy” – nawet tych, o których wspomniany już L. Bernstein, jeden z głównych „mózgów” GCC, sam twierdził, że są naukowo niewiarygodni. Doszły do tego agresywne kampanie w mediach przeciwko ustaleniom czołowych klimatologów i kwestionujące ich dorobek.
Ofensywa propagandowa GCC trwała do 2002 r. Największym sukcesem organizacji było doprowadzenie do tego, że w 2001 r. Stany Zjednoczone nie podpisały słynnego Protokołu z Kioto, zakładającego plan ograniczenia emisji CO2 przez światowe mocarstwa. Ujawnione niedawno dokumenty jasno dowodzą, że na spotkaniu dyplomatów Departamentu Stanu USA z ludźmi GCC, strona rządowa w imieniu prezydenta G.W. Busha podziękowała koalicji za starania wokół Kioto i przyznała, że decyzja o nieprzystąpieniu do porozumienia zapadła „częściowo dzięki ich wkładowi”. Odmowa przez USA udziału w porozumieniu z Kioto znacznie opóźniła polityczny proces przeciwdziałania zmianom klimatu we współpracy międzynarodowej, o której można rzec, że nawet dziś raczkuje – w porównaniu z wagą globalnego wyzwania.
Paradoks polega jednak na tym, że jeszcze pod koniec lat 90. ze wspierania działalności GCC wycofało się dziewięć firm, m.in. Exxon i BP. Doszły do wniosku, że rosnąca liczba publikacji naukowych, potwierdzających katastrofę klimatyczną grożącą ziemi na skutek także ich działalności jest zbyt przytłaczająca, by dalej ciągnąć narrację typu: „być może coś jest na rzeczy, ale nic się nie dzieje”.
„Czas na rewizję polityki w sprawie zmian klimatycznych nie następuje wtedy, kiedy dochodzi do udowodnienia w sposób niezbity związku między gazami cieplarnianymi a zmianami klimatu, tylko gdy możliwości tej nie da się już odrzucić, i gdy jest ona traktowana poważnie przez społeczeństwo, którego część stanowimy. My w BP doszliśmy właśnie do tego momentu” – oświadczył gigant paliwowy już 1996 r. Korporacje zaczęły więc opuszczać swój własny projekt polityczny. Mimo to zyskał on niezależność, zaczął żyć własnym życiem, poszerzył grono sponsorów zwiększając jednocześnie liczbę mniejszych organizacji, poprzez które działał w polityce – i tak doprowadził do swego największego osiągnięcia: Kioto.
Nowe czasy, nowe metody
Dzisiaj, w 2019 r. lobby producentów paliw kopalnych posiada posiada w USA historycznie wielkie wpływy, a firmy łożą większe niż kiedykolwiek środki finansowe na antyklimatyczną propagandę. W tych warunkach w 2017 r. prezydent Donald Trump „wypisał” swój kraj z Porozumienia Paryskiego podpisanego wcześniej przez Baracka Obamę. Zbojkotowanie Kioto okazało się sukcesem, które uprzytomniło kapitałowi, że opłaca mu się polityczna walka z nauką o klimacie, podjął ją więc na nowo również w XXI wieku. Z dużym powodzeniem. Jeden z najbardziej wpływowych lobbystów Joseph Bast, dyrektor generalny Heartland Institute, był zapraszany przez Trumpa do Białego Domu, a w 2017 r. z dumą napisał w mailu do swoich sponsorów: „Wygrywamy wojnę o globalne ocieplenie!”
Na początku stulecia układ sił w USA uległ przeobrażeniu. GCC zniknęło, a powstały American Enterprise Institute i Heartland Institute, potężne prawicowe think tanki, które kweswtię globalnego ocieplenia traktowały bardziej kompleksowo – jako jeden z elementów ultrakonserwatywnej i wolnorynkowej agendy. W sytuacji sprawowania urzędu prezydenta przez G.W. Busha rozwijały się znakomicie, poszerzając grono sponsorów, asertywnie rozpychając się w kręgach politycznych i w swej działalności zapuszczając się za Atlantyk – wpływy zdobyły głównie w Wielkiej Brytanii, gdzie potem odegrały i nadal odgrywają rolę w kampanii na rzecz Brexitu.
ExxonMobil zaczął ponownie łożyć na nowe organizacje „zaprzeczeniowe”, m.in. na Heartland Institute. Koncern do dziś jest niekwestionowanym liderem finansowego wsparcia organizacji promujących kłamstwo klimatyczne: w latach 1998-2014 przekazał w sumie 31 mln dolarów dla 69 takich grup. Jednak po 1997 r. pierwsze skrzypce w finansowaniu bredni klimatycznych grają bezapelacyjnie dwaj bracia Charles i David Koch, właściciele Koch Industries, wielkiego konglomeratu naftowo-chemicznego. Ponad 80 grupom walczącym z wiedzą o nadciągającej katastrofie klimatycznej przekazali oni ponad 100 mln dolarów. Bracia Koch cały swój majątek i szkodliwy dla ziemi biznes odziedziczyli po tacie – zupełnie jak prezydent Trump, który okazał się dla nich jak dotychczas najcenniejszym partnerem politycznym.
Kochowie prowadzą poza tym wpływową prawicową organizację Americans for Prosperity, obejmującą całe USA, zatrudniającą 500 etatowych pracowników i 150 tys. aktywistów dzień w dzień pracujących na rzecz uwolnienia ojczyzny od „socjalizmu” i „lewactwa”. AfP zdolne jest już kształtować ustawodawstwo lokalne, doprowadzając w niektórych stanach do m.in. do ograniczenia praw związków zawodowych.
Strategia walki koncernów o bezproblemową kontynuację emisji CO2 do atmosfery przyjęta po 2000 r. nie polega już na inwestowaniu w spór naukowy, ponieważ na tym polu z kretesem przegrali – 97 proc. publikacji naukowych potwierdza wpływ człowieka na zmiany klimatu. HI postawił na prosty i emocjonalny przekazu do zwykłych ludzi, których straszy pogłoskami o „lewackim spisku” i że „odbiorą im samochody”. Łączy to z docieraniem do konkretnych polityków, głównie Republikanów, którzy głosy tak ukształtowanego elektoratu potrafią przekuć na skuteczną działalność w Kongresie. Dochodzi do tego bezceremonialne oczernianie rozpoznawalnych działaczy, polityków i naukowców zaangażowanych w ruch na rzecz klimatu. Jak łatwo się domyślić, podejście to doskonale się sprawdza w epoce mediów społecznościowych. Potężne think tanki nie boją się jednak „realu”: w 2012 r. HI rozkręcił wielką kampanię billboardową porównującą wyznawców tezy o globalnym ociepleniu do zbrodniarzy-celebrytów m.in. Osamy Bin Ladena i Charlesa Mansona.
Owszem, koncerny działają też na polu naukowym, a raczej „naukawym”. Jednym z ich największych osiągnięć okazało się „wyhodowanie” słynnego „badacza” Williego Soona, który do dziś głosi tezę, że globalny wzrost temperatury spowodowany jest cyklem słonecznym. Nikt ze świata nauki nie traktuje go poważnie, bo model astrofizyczny, którym się posługuje, jest zmanipulowany. Soon stał się jednak jednym z podstawowych pseudo-naukowych źródeł, na które lubią się powoływać domorośli denialiści. Do dorobku Williego Soona zaliczają się bon moty typu: „zbyt dużo lodu szkodzi misiom polarnym” i twierdzenie, że „ze stanem lodowca w Arktyce nie jest tak źle”. W 2015 r. okazało się, że począwszy od 2003 r. jego praca „badawcza” była finansowana z grantów przydzielanych m.in. przez ExxonMobil, Charles Koch Foundation i American Enterprise Institute.
Giganci tacy jak ExxonMobil oficjalnie uznają dziś twierdzenie o wpływie emisji CO2 przez sektor paliw kopalnych na zmiany klimatyczne, ale swoją drogą finansują też wulgarnych denialistów, którzy w dzisiejszych USA stali się potęgą polityczną. Po dojściu Donalda Trumpa do władzy eksperci HI dostali głos w ALEC, czyli Amerykańskiej Radzie Legislacyjnej. W 2017 r. HI próbował przeforsować w ALEC decyzję, żeby Rada przekonała Agencję Ochrony Środowiska do odwołania jej oficjalnego stanowiska mówiącego, że nadmierna ilość dwutlenku węgla jest szkodliwa dla ludzkiego zdrowia i środowiska naturalnego. Co ciekawe, również w tym przypadku interweniowali bezpośrednio przedstawiciele ExxonMobil, którzy ostatecznie ugasili zapał HI, czując że denialistyczne szaleństwo think tanku na szczeblu państwowym idzie za daleko. Żywioł ponownie zaczyna się wymykać spod kontroli koncernów, które mimo wszystko są zmuszone liczyć się publicznym wizerunkiem.
Tak czy inaczej, w ALEC zasiadają osoby, które wcześniej pracowały w innych organizacjach finansowanych przez producentów paliw kopalnych, podobnie jest też z samym składem Agencji Ochrony Środowiska za kadencji obecnego prezydenta. Samemu Trumpowi doradza w Białym Domu „ekspertka” HI Kathleen Hartnett White, która od 2016 r. twierdzi, że CO2 jest „gazem życia”, ponieważ uczestniczy w procesie wegetacji roślin, więc jest zbawienny dla środowiska naturalnego, a jego nadmiar nie jest w żaden sposób szkodliwy dla człowieka. Dwadzieścia lat temu trudno byłoby w to uwierzyć, ale ludzie otwarcie głoszący takie poglądy piastują dziś w USA państwowe stanowiska.
Niezależnie od faktycznego wzrostu świadomości społecznej w niektórych częściach świata, głównie w Europie Zachodniej, np. Wielkiej Brytanii, gdzie laburzyści przeforsowali parlamentarną rezolucję o „klimatycznym stanie wyjątkowym”, wiele wskazuje na to, że mentalność Amerykanów idzie w odwrotnym kierunku. Będzie to miało bardzo niekorzystny wpływ na możliwość globalnego zmierzenia się z wyzwaniem jakim już są niszczycielskie skutki zmian klimatu. Wspomniany już CEO Heartland Institute Joseph Bast pysznił się już dwa lata temu na podstawie wyników sondażu: „Wygrywamy bitwę o opinię publiczną, bo Amerykanie nie wierzą, że globalne ocieplenie zasługuje na uwagę, jaką darzą je media i politycy”. Bast podkreślał, że ich przekaz jest pozytywny: „dwutlenek węgla podnosi plony, ziemia się zieleni”.
Doprowadzili do tego obscenicznie bogaci oligarchowie, całkowicie świadomi nieuniknioności katastrofy klimatycznej, którzy w imię coraz większych zysków zdecydowali się ziemski ekosystem skazać na zagładę, a ludzkość na stoczenie się w rzeczywistość z „Mad Maxa” i powolne konanie. Jeżeli nic się nie zmieni, ta sytuacja nadal będzie im się opłacać, ponieważ niezależnie od tego jaka przyszłość czeka zdecydowaną większość ludzi, tę garstkę korporacyjnych cyników zawsze będzie stać na zapewnienie sobie dostatniego i bezpiecznego życia. Czy pozwolimy im spokojnie patrzeć, jak zdychamy zagryzając się nawzajem o wodę i żywność?

Energetyka daleka od nowoczesności

Rząd PiS systematycznie zmniejsza wydobycie węgla kamiennego w Polsce. To słuszna polityka – ale szkoda, że zamiast stopniowego odchodzenia od tego surowca, polski węgiel jest zastępowany węglem importowanym z Rosji. W ten sposób rząd pogłębia nasze uzależnienie energetyczne.

 

Jednym z pomysłów na zmianę kierunku polskiej polityki energetycznej jest energetyka obywatelska. W Katowicach podczas szczytu klimatycznego zebrała się grupa samorządowców stawiająca na jej rozwój. Swoje działania na rzecz energetyki obywatelskiej zaczęli oczywiście od wezwania państwa do zwiększenia nakładów na ten cel.
Do samorządowców przyłaczył się Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar – choć wybór strategii energetycznych dość luźno wiąże się z zakresem działań RPO. Rzecznik uznał jednak, że w ramach chronienia praw obywatelskich, powinien on wspierać oddolne ruchy społeczne, takie jak właśnie ruch na rzecz upowszechniania energetyki obywatelskiej.
Rzecznik wskazał też na bliskie nam Węgry, gdzie utworzono stanowisko rzecznika do spraw przyszłych pokoleń, który ma być odpowiedzialny za przestrzeganie i rozwój zasady solidaryzmu społecznego (czyli naturalnej wspólnoty interesów różnych grup i warstw społecznych w państwie) – która to zasada powinna, zdaniem rzecznika, wyrażać się m.in. właśnie w rozwijaniu energetyki obywatelskiej.

 

Niech państwo da

Jak mówi ideologiczna i w związku z tym niejasna, definicja, energetyka obywatelska w odróżnieniu od dominującej na razie w Polsce energetyki oligarchicznej i scentralizowanej, opartej na systemie kilkunastu wielkich elektrowni, zakłada rozwój energetyki rozproszonej, efektywnej, opartej w coraz większym stopniu o odnawialne źródła ciepła i elektryczności, do których dostęp ułatwia się wszystkim obywatelom.
Definicja nie wyjaśnia oczywiście niczego, co jest najważniejsze: na czym ma polegać rozproszenie energetyki? co to znaczy, że będzie ona efektywna (w domyśle – w odróżnieniu od zapewne nieefektywnej energetyki oligarchicznej)? jak dostęp do niej ułatwi się wszystkim obywatelom?
Można wiec się tylko domyślać, że chodzi o wytwarzanie ciepła i prądu przez małe elektrociepłownie obejmujące niewielką liczbę odbiorców. To poniekąd powrót do koncepcji sprzed stu lat, polegającej na budowie osiedlowych kotłowni opalanych węglem – z której zrezygnowano bo te lokalne kotłownie za bardzo zatruwały powietrze a ich funkcjonowanie było w sumie droższe od systemu scentralizowanej energetyki dostarczającej prąd i ciepło. Dzisiejsze małe elektrociepłownie miałyby być opalane biogazem, który oczywiście też zatruwa powietrze. Możliwe też że składałyby się one z ogniw fotowoltaicznych – co z kolei jest drogie i wymaga dotacji dla użytkowników, zaś w pochmurne dni, zwłaszcza jesienią i zimą, ogniwa te nie zapewniają odpowiedniej temperatury ogrzewania.
Najważniejszym elementem umożliwiającym rozwój energetyki obywateslkiej jest oczywiście wsparcie finansowe państwa. Dlatego też nowo wybrani samorządowcy, którzy w ostatnich wyborach zapowiedzieli, że postawią na rozwój energetyki obywatelskiej, chcąc dotrzymać swych obietnic, spotkali się w Katowicach – i wspólnie przygotowali apel do rządu i Komisji Europejskiej o zwiększenie nakładów na rozwój energetyki obywatelskiej. Apel oczywiście nie będzie mieć żadnego znaczenia, ale samorządowcy, którzy przed wyborami samorządowymi podpisali deklarację „Popieram energetykę obywatelską” chcą sprawić wrażenie, że coś się jednak robi.

 

Polski zastępujemy rosyjskim

Polska, jak i wszystkie pozostałe kraje UE, jest zobowiązana przedstawić tzw. NECP – Krajowy Plan dla Energii i Klimatu, mający wytyczyć cele i zapewnić zgodność polityki krajowej z celami energetycznymi wspólnoty europejskiej. Samorządowcy twierdzą nawet, że Polska musi przedstawić ów plan jeszcze przed końcem tego roku, co jednak nie jest prawdą.
Jaki ten plan będzie, jeszcze dokładnie nie wiadomo, bo wciąż trwają konsultacje „Polityki Energetycznej Państwa do roku 2040”. Trudno jednak, by NECP znacząco różnił się od tej „Polityki…”, która przewiduje, że węgiel będzie odpowiadał za wytwarzanie większości energii w Polsce (tradycyjnie mówi się też o budowie elektrowni atomowej, która oczywiście nie powstanie). Potrwa to najprawdopodobniej do czasu wyczerpania jego zapasów w naszym kraju, a nawet dłużej, bo Polska importuje coraz wiecej węgla – w ubiegłym roku sprowadzono do nas 13,5 mln ton, zaś w tym roku kupimy go dużo więcej, prawdopodobnie ok. 18 mln ton, głównie z Rosji.
Obecni szefowie resortu opowiadają głupstwa, że import węgla do Polski jest „czymś naturalnym”, zaś z drugiej strony prezydent Andrzej Duda snuje bajki o obronie polskiego sektora węglowego.
Import węgla do Polski jest oczywiście czymś kompletnie nienaturalnym. Skoro chcemy spalać węgiel krajowy, którego ponoć mamy dużo, to sięgajmy po rodzime zasoby. Jesli zaś własnego węgla jest jednak za mało to wykorzystajmy tę sytuację do rozwoju energetyki odnawialnej – a nie do zwiększania importu węgla, co tylko utrwala szkodliwą strukturę naszej energetyki.
Owszem, skoro mamy węgiel, głupotą jest z niego rezygnować – ale jeszcze większą głupotą jest spalanie węgla z importu. Jeśli importowanie węgla jest bardziej opłacalne od wydobycia własnego, to znaczy, że planowanie rozwoju polskiej energetyki w oparciu o węgiel (jak zakłada „Polityka Energetyczna Państwa do roku 2040”) jest kompletnie bez sensu. W takiej sytuacji należałoby albo obniżyć koszt wydobycia węgla w Polsce, by jego import stał się nieopłacalny – albo rozwinąć mniej trującą produkcję energii ze źródeł odnawialnych.
Obie te możliwości są jednak niewykonalne dla obecnej ekipy, która nie jest w stanie zwiększyć innowacyjności polskiej gospodarki. Resort gospodarki mówi, że wybiera trzecią drogę – i chce rozwijać potencjał wydobywczy krajowych kopalni węgla.
Będzie to kosztować miliardy, bo nakłady na ten cel muszą być ogromne i spowoduje, ze Polska stanie się unijnym pariasem energetycznym, który buduje najbardziej szkodliwy i przestarzały model wytwarzania energii. Rozwój takiego tradycyjnego modelu nie wymaga za to pomyślunku i innowacyjności, czyli tego, czego szczególnie brakuje w polskiej gospodarce.

 

Rządowe bajania

Pamiętajmy jednak, że są tylko rządowe zapowiedzi, które miewają niewiele wspólnego z rzeczywistością. Faktycznie, żadne rozwijanie potencjału wydobywczego sektora węglowego nie następuje, bo obecna ekipa i tego nie jest w stanie zrobić. Pod rządami PiS wydobycie węgla kamiennego systematycznie spada. W 2015, ostatnim roku rządów Platformy Obywatelskiej, polskie kopalnie wydobyły 72,7 mln ton. Rok póżniej – tylko 70,7 mln ton, zaś w ubiegłym wydobycie spadło do 65,8 mln ton. I oczywiście spada nadal: w pierwszym półroczu 2018 r wydobycie było o milion ton mniejsze niż w pierwszym półroczu ubiegłego. „Rozwijanie naszego sektora węglowego” polega zaś w rzeczywistości na jego likwidowaniu – w tym roku zamykana jest kopalnia Wieczorek, w której za czasów rządów PO rozpoczęto eksperymentalną, innowacyjną produkcję metanu metodą podziemnego zgazowania węgla.
Akurat za ograniczanie wydobycia węgla (choć prowadzone w mało sensowny sposób) trudno mieć pretensje do rządzących z PiS, bo to jest generalnie polityka słuszna – choć może szkoda, że ich czyny są tak dalece sprzeczne z ich obietnicami. Trzeba jednak mieć do nich pretensję o indolencję, marazm, brak inicjatywy i innowacyjności. Te cechy ekipy rządzącej polską gospodarka sprawiają, że w rzeczywistości nie może zostać wybrana żadna z przedstawionych tu trzech dróg. Nie ma więc ani obniżenia kosztu wydobycia polskiego węgla, ani rozwoju energetyki odnawialnej, ani wzrostu potencjału wydobywczego naszych kopalni. Polska energetyka podąża czwartą drogą, nabardziej szkodliwą i najmniej innowacyjną – po prostu zwiększa import węgla kamiennego, głównie z Rosji. To bardzo ciekawy sposób budowania naszej „niezależności energetycznej” przez PiS.
W pierwszej połowie roku 2019, jeszcze przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, w Brukseli mogą zapaść ustalenia co do ewentualnego podwyższenia tzw. celu klimatycznego (udziału wydatków na ochronę klimatu w budżecie unijnym) z 25 na 40 proc., oraz stworzenia mechanizmu wykluczającego unijne finansowanie inwestycji działających na szkodę klimatu.
Grupka samorządowców, która pojawiła się na szczycie klimatycznym w Katowicach, uznała że należy zwiększać nakłady na czystą, bezemisyjną energetykę (choć oczywiście nie ma w pełni nieszkodliwej energetyki). Ich zdaniem powinny być też traktowane priorytetowo takie projekty, jak spółdzielnie energetyczne i rozwój odnawialnych źródeł energii – bo dla uniknięcia nadciągającej jakoby katastrofy klimatycznej, pilnie potrzebujemy budowy niskoemisyjnej gospodarki. Polska powinna zaś w nowym rozdaniu środków unijnych postawić zwłaszcza na inwestycje w efektywność energetyczną.
Niedawno minister przedsiębiorczości i technologii Jadwigi Emilewicz publicznie zapowiedziała bardziej zdecydowane wspieranie rozwoju energetyki obywatelskiej, co jej zdaniem ma stanowić remedium na rosnące ceny prądu. Te obietnice mają jednak tyle samo wspólnego z rzeczywistością, co zapowiadane przez rząd rozwijanie potencjału naszego sektora węglowego.

Utworzyć kolejną komisję? NIEBEZPIECZNE ZMIANY KLIMATU

Trwa moda na komisje śledcze. Szefowie partii Zielonych zaapelowali właśnie do posłów o powołanie sejmowej komisji śledczej.

 

Nowa komisja ma zbadać ignorowanie kryzysu klimatycznego przez Polskę i jej kolejne rządy – oraz wskazać winnych polityków, których należałoby pociągnąć do odpowiedzialności.
Zieloni chcą również powołania rządowego zespołu kryzysowego, który ma stworzyć plan działań do 2050 r. i zbadać wpływ zmian klimatu na polską gospodarkę i społeczeństwo.
Jak alarmują Zieloni, jesteśmy ponoć świadkami największej afery w dziejach Rzeczypospolitej Polskiej. Ma ona polegać właśnie na tym, że kolejne rządy ignorują nadchodzącą katastrofę klimatyczną, która jest najgroźniejszym wyzwaniem dla Polski oraz dla całej ludzkości. Zieloni domagają się wyjaśnienia przyczyn tych zaniechań przez sejmową komisję śledczą.
Ta komisja sejmowa miałaby na przykład ustalić, dlaczego od 1991 r., kiedy powstał pierwszy, ostrzegawczy raport Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu, polskie rządy ignorowały zalecenia klimatycznych ekspertów.
Przez wszystkie te lata żaden z rządów nie opracował planu dostosowania polskiej gospodarki do wyzwań związanych ze zmianami klimatu. W efekcie, emisje naszych gazów cieplarnianych rosną, a dorobek polskiego rolnictwa ekologicznego został zniszczony. „Ponadto, politycy różnych opcji kwestionują naukowo udowodnione zagrożenie zmianami klimatu wywołanymi przez człowieka, wprowadzając opinię publiczną w błąd i umniejszając skalę problemu” – zarzucają Zieloni.
Ponadto, Polska jako gospodarz szczytu klimatycznego COP 24 sabotuje jego ideę, reklamując węgiel i chwaląc się potrawami z dziczyzny. Pytanie, jakie za tym stoją grupy interesu i którzy konkretnie politycy forsują te szkodliwe dla Polski i świata rozwiązania? – zastanawiają się Zieloni.
Żądają oni, żeby komisja zbadała m.in. blokowanie przez Sejm rozwoju czystej energii, przejawiające się m.in. problemami z wprowadzeniem tzw. ustawy prosumenckiej, czy przyjęciem „ustawy odległościowej”, ograniczającej (według nich bezpodstawnie) budowę nowych farm wiatrowych. Komisja mogłaby również zająć się zaniedbaniami po stronie rządu. Takimi zaniedbaniami, zdaniem Zielonych, mają być m.in. brak rządowego planu obniżenia emisji gazów cieplarnianych oraz brak inwestycji w innowacyjną gospodarkę i rolnictwo ekologiczne.
Zieloni domagają się również powołania rządowego zespołu kryzysowego ds. zmian klimatycznych. Plan strategiczny transformacji polskiej gospodarki do 2050 roku, ich zdaniem powinien obejmować m.in, doprowadzenie do zerowej emisji szkodliwych pyłów w gospodarce (co oczywiście jest utopią), odbudowę biosfery oraz przestawienie polskiego rolnictwa na rolnictwo ekologiczne, wspomagane innowacjami technologicznymi.
Przedstawiciele tej partii uważają, że zmiany klimatyczne są dziś najważniejszym tematem politycznym nie tylko w Polsce, ale na świecie.
Zieloni wskazują, że decydują się w tej chwili losy naszych dzieci i przyszłość całej naszej cywilizacji. Dlatego właśnie Komisja Sejmowa ds. Ignorowania Kryzysu Klimatycznego byłaby najważniejszą komisją w historii polskiego parlamentaryzmu. Mogłaby ona pomóc Polsce i jej obywatelom dokonać epokowej zmiany w myśleniu.

Martwi, ale suwerenni

Suwerenność to modus operandi polskich władców. Za każdym razem obsesja na punkcie niezależności ośrodków władzy kończyła się tragicznie. Odmowa przyjęcia modernizacyjnych trendów i bezkrytyczne zadowolenie ze „szlacheckiej wolności” doprowadziło do katastrofy Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Suwerenna jak jasna cholera była też II Rzeczpospolita. Tak bardzo, że kiedy w 1939 roku wybuchła wojna, okazało się, że może liczyć tylko na siebie. Teraz dowiadujemy się, że Polska nie zamierza uczestniczyć w ratowaniu planety przez klimatyczną zagładą, bo rezygnacja z węgla stoi w sprzeczności z „suwerennością energetyczną”.
Taką informacją uraczył nas sam prezydent. Andrzej Duda jest jednym z najczęściej cytowanych polityków szczytu COP24. Politycy, aktywiści, pracownicy organizacji pozarządowych z ust polskiej głowy państwa mają okazję usłyszeć stwierdzenia niespotykane na takim szczeblu. Duda oznajmił, że porzucenie węgla byłoby z punktu widzenia polityki, którą realizuje nasze państwo – dziwne. Tego samego dnia, gdy Bank Światowy poinformował o przekazaniu 200 miliardów USD na transformację energetyczną gospodarek rozwijających się, a przedstawiciele organizacji chroniących klimat apelowali o przyspieszenie rezygnacji z paliw kopalnych, Andrzej Duda z przekonaniem stwierdził, że nasz kraj stać będzie czarnym kruszcem i żadne siły nie przekonają nas do zboczenia z tego kursu. W efekcie Katowice znalazły się na ustach całego świata. Nie tylko z powodu szczytu, ale również z uwagi na to, czym gospodarze się szczycą. A szczycą się dokładnie tym, z czym szczyt klimatyczny walczy – oporem podpartym ignorancją i partykularyzmem. Hasło promującym stolicę województwa śląskiego brzmiało do niedawna „Katowice – dla odmiany”. I chyba jeszcze nigdy nie było tak dosłowne. W Katowicach bowiem, gdy cała społeczność międzynarodowa skupia wysiłki na ochronie klimatu, polski prezydent, dla odmiany postanowił się tym nie przejmować.
Polska, na europejskiej mapie zanieczyszczenia powietrzna nie jest już czerwoną plamą, oznaczającą krytyczny stopień zawartości toksycznych pyłów i substancji. Kontury naszego kraju pokrywają się z obłokiem koloru fioletowego. Działacze Alarmu Smogowego zaprezentowali niedawno nagrania z centrów polskich miast przedstawiające „dopuszczalne” stężenie zanieczyszczeń. Wygląda to tak, że nic nie wygląda, bo trująca mgła jest tak gęsta. że spod Novotelu nie widać Pałacu Kultury. „Nie mamy płuc ze stali” – apelują aktywiści. Rządzący mają ich jednak w dupie, bo co tam ludzie zdrowie, życie i wzrastająca temperatura planety, kiedy my tu walczymy o obronę polskiego interesu narodowego. Jak zawsze, w miarę intensyfikacji walki o suwerenność, pogłębia się koszmar zwykłego człowieka, mającego nieszczęście zamieszkiwać te ziemie.
Obecnie, każdego roku od chorób układu krążenia i oddechowego spowodowanych zanieczyszczeniem powietrza umiera w naszym kraju prawie 50 tysięcy osób. To tylko trochę mniej od populacji Bełchatowa – miasta, w którym znajduje się zakład produkcji energii, oczywiście węglowy, trzeci największy truciciel Starego Kontynentu. Plan ministra Krzysztofa Tchórzewskiego zakłada rozprawienie się z wiatrową produkcją energii do roku 2035, a kolejne węglowe siłownie wyrastają jak grzyby po deszczu, jest zatem szansa, że roczna liczba ofiar złożonych na ołtarzu suwerenności przebije wkrótce bełchatowską społeczność.
Andrzej Duda w wigilię rozpoczęcia COP24 spotkał się z Sekretarzem Generalnym ONZ. Dla Antonio Guterresa była to okazja nie tylko do tego, by posłuchać karbonowych mądrości polskiego przywódcy, ale również do przyjrzenia się nietypowej prezencji naszego prezydenta. Duda miał na sobie strój górala z charakterystycznymi parzenicami. Pewnie było to nawet ciekawe złamanie oficjalnej uniformizacji, ale biorąc pod uwagę, że powiaty tatrzańskie należą do najbardziej skażonych, outfit nabiera szczególnie niefrasobliwego wymiaru. Duda podlizuje się góralom, udając jednego z nich. Jednego dnia zapewnia górników, że żadne siły nie doprowadzą do wygaszenia polskiego przemysłu wydobywczego. Drugiego podpisuje deklarację o sprawiedliwej transformacji, z której wynika, że jednak za kilkadziesiąt lat kopalnie zamkniemy, z tym, że państwo mądrze ten proces zaplanuje i zapewni zwalnianym inne zajęcie. Wnioski niestety nasuwają się przykre. Po raz kolejny nasza prawica generuje tylko puste komunikaty, które w jej mniemaniu w danym momencie zapewnią wzrost słupków poparcia. Refleksji długoterminowej – ani społecznej, ani ekologicznej – nie ma po jej stronie żadnej.
Andrzej, zrozum – Polacy nie są sami na tym świecie. Jesteśmy drugim największym producentem węgla w Unii Europejskiej. 80 procent energii wytwarzanej w tym kraju pochodzi z węgla. Kiedy następnym razem zaczniesz mamrotać coś o suwerenności, weź po uwagę, że nasze uzależnienie od węgla jest tak duże, że musimy importować ten surowiec, o zgrozo, z Federacji Rosyjskiej. Zdaję sobie sprawę, że zatruwanie Niemców Łużyckich, Słowaków, Czechów oraz ryb w oceanach nieszczególnie Cię niepokoi, ale pomyśl o tych dzieciach,co dzięki pięciu stówom przychodzą teraz na świat. Polskie to dzieci. Koniecznie chcesz je ukatrupić?

Paranoja i Schizofrenia

Polska święci właśnie swój kolejny triumf międzynarodowy goszcząc w Katowicach światowy szczyt energetyczny COP24.

 

Uroczyście otwierając obrady Prezydent RP ogłosił światu całemu, że „Polska, tak jak 100 lat temu, gotowa jest do wzięcia części swojej odpowiedzialności za międzynarodowe bezpieczeństwo, tym razem w obszarze polityki klimatycznej”. A. Duda poczuł się więc jak bohaterski żołnierz na froncie Bitwy Warszawskiej 1920 r przyrównując walkę o czyste powietrze z walką z Rosją radziecką. Co tam szeregowy żołnierz – wódz prawdziwy! Coś w tym jest, gdyż i dzisiaj liczyć możemy tylko na cud. Zwłaszcza, że dalej prezydent przekonywał zdumiony świat, że „użytkowanie węgla nie stoi tym samym w sprzeczności z ochroną klimatu” – wzbudzając powszechne zaskoczenie a i oburzenie ekologów.
Skąd ta miłość polskich rządów do węgla? Jej wyznawcy odwołują się do tradycji i do wymogów bezpieczeństwa energetycznego kraju. Tradycję najlepiej kultywować jest w skansenach i muzeach. Mam prawo twierdzić, że Śląsk byłby wdzięczny za uwolnienie go od zmory górnictwa. Uznajmy strój górniczy za rodzaj stroju regionalnego, pielęgnujmy tradycje, literaturę, piosenki, ale nie prowadźmy Polski w XXI wiek przy dźwiękach górniczej orkiestry.
Dla uczczenia obrad COP24 w Katowicach w ich przeddzień Minister Gospodarki ogłosił, że węgiel jeszcze przez dziesięciolecia będzie podstawą polskiej energetyki. Właśnie uruchomiono dwa nowe bloki energetyczne na nim bazujące. Co to oznacza? Oznacza to dalsze uzależnianie się energetyczne Polski od Rosji i Ukrainy. Polska skazana jest bowiem na import węgla, gdyż ten krajowy, znacznie zasiarczony, nie nadaje się do spalania w kotłach polskich elektrociepłowni. Trzeba go uszlachetniać dodając lepsze asortymenty, a te najbliższe i najtańsze są właśnie w Rosji i na Ukrainie, skąd pokrywamy 70 proc. zapotrzebowania. Oczywiście możemy z tego importu zrezygnować na rzecz droższego np. z Kolumbii, tym bardziej że patriotyczny odbiorca z radością zapewne zaakceptuję kolejną informację o kolejnej podwyżce cen energii elektrycznej. Alternatywą mogły by być elektrownie opalane gazem, ale tu również ekonomia wskazuje na wschód. Mogą też być odnawialne źródła energii (głównie wiatr), ale, nie wiedzieć czemu, rząd ogłosił właśnie szlaban na lądowe elektrownie wiatrowe. Są takie podstawą strategii energetycznej Austrii czy Niemiec – w Polsce nie mogą. Musi być węgiel.
Swoją małą, lecz znamienną cegiełkę do uczczenia COP24 dołożył również Sejm odrzucając na tydzień przed katowickim szczytem projekt ustawy przewidujący istotne i skuteczne zaostrzenie kar za demontaż filtra cząstek stałych w samochodach z silnikiem diesla. W Unii Europejskiej jest to wprawdzie karane bardzo dotkliwie, ale nie będzie Unia nam narzucać jak mamy się karać!
A tymczasem rosną ceny energii elektrycznej. Właśnie Prezydent Rzeszowa zaniepokoił opinię publiczną informacją, że dostawca podniósł jej cenę dla miasta na 2019r. o ponad 60 procent. Rząd nie ukrywa, że ceny energii wzrosną, ale od razu uspokaja, że indywidualni odbiorcy tego nie odczują, gdyż tą podwyżkę rząd zrekompensuje dystrybutorom. Minister Tchórzewski w kabaretowy wręcz sposób ucieka od konkretnych odpowiedzi na pytania mediów w jaki sposób rząd chce to przeprowadzić, pogłębiając tym samym odczucie, że po prostu rząd robi z nas wariata. Po pierwsze, skoro ceny energii dla odbiorców komercyjnych wzrosną w tak znacznym stopniu jak dla Rzeszowa, to jest oczywistą oczywistością, że za ten wzrost zapłacimy my wszyscy wyższymi cenami za produkcję, transport i usługi. Po drugie, skąd rząd weźmie na rekompensaty za wzrost cen energii dla odbiorców indywidualnych? Przy założeniu, że mamy w Polsce około 14 mln mieszkań, że w każdym przeciętne koszty energii elektrycznej to 200 zł miesięcznie, a wzrost cen będzie na poziomie 50 proc., szacunkowy wzrost wydatków budżetowych z tego tytułu to około 17 mld zł rocznie. Skąd? Czyim kosztem?
Rząd pogubił się w rozdawanych na prawo i lewo obietnicach i w wyliczeniach ich kosztów. Nic dziwnego więc, że ten stan chaosu prowokuje do zupełnie nieuzasadnionych i z gruntu nieprawdziwych spekulacji, że oto przychylność dla PiS niedawno jeszcze pozującej na niezależną stacji telewizyjnej ma jakiś związek z energetycznymi interesami jej właściciela. Nie zdziwiłbym się, gdyby wielu z uczestników COP24, poważnych polityków, fachowców, w prywatnych rozmowach kwitowało gospodarza krótko: paranoja i schizofrenia. Pozostaje tylko refleksja, że każdy szczyt kiedyś się kończy, a za nią ta, że po szczycie zwykle przychodzi dołek. Niestety.

 

Tekst ukazał się na blogu „Jacka Uczkiewicza wołania na puszczy”.

Klimat mało lewicowy? Korespondencja ze szczytu klimatycznego

Jesteśmy po Marszu dla Klimatu w Katowicach, podczas Szczytu Klimatycznego COP 24. Wiemy jedno. Zmiany klimatu, ochrona przyrody czy naszego zdrowia nie znajdują się nadal w kręgu zainteresowań polskiego mainstreamu.

 

Procesy te zdają się nie interesować ani czołowych polskich polityków, ani też lokalnych działaczy partyjnych. Obecna była jedynie silna reprezentacja Partii Zieloni z kraju i Europy oraz przedstawiciele Razem. Nie było nawet Biedronia, budującego obecnie swój prodemokratyczny ruch z elementami ekologizmu obywatelskiego.
Siłą najbardziej zainteresowaną naszym marszem było natomiast Prawo i Sprawiedliwość, które przy współpracy z Policją chciało doprowadzić do prowokacji. Tu kolejna klęska rządu – znów im nie wyszło. Byłem uczestnikiem wielu protestów i pikiet: w obronie Puszczy, przeciw lex Szyszko, w obronie wolnych mediów, demokracji, praw kobiet, sądów czy przeciw nieodpowiedzialnym decyzjom lokalnych polityków we Wrocławiu. Po tym marszu mogę powiedzieć jedno – to najbardziej budująca, pokojowa i pozytywna manifestacja na jakiej byłem. Jednocześnie poruszająca kwestie bardzo dotkliwe w sutkach i niebezpieczne dla życia na Ziemi.
Organizowaliśmy wspólny wyjazd autokarowy z Wrocławia. Już na początku na miejsce wyjazdu przyjechała Policja i spisała „organizatorów” (w cudzysłowie, bo przecież nie było to publiczne przedsięwzięcie, a prywatny przejazd grupowy). Później było już tylko ciekawiej. Policja monitorowała nas telefonicznie oraz radiowozami na całej trasie. Wiedziałem już od Marka Kossakowskiego (przewodniczącego Zielonych), że wszystkie autobusy z różnych miast są kontrolowane: – Ponad godzinę nas spisywali, nie wiem czy zdążymy. Wyciągnęliśmy transparenty i demonstrujemy w Częstochowie – mówił przez telefon.
Za chwilę i na nas czekała kontrola stanu technicznego autokarów i dokładne spisywanie uczestników i uczestniczek przejazdu. Pytamy policjantów skąd takie szczegółowe postępowanie. – Standardowe czynności, zawsze autobusy sprawdzamy bo w nich łatwiej jest coś znaleźć – odpowiada jeden z nich. Dobrze natomiast wiemy, że to nie jest ani „standardowe”, ani „normalne”.
Niecierpliwimy się, kontrola się wydłuża. Wiemy już, że i my nie zdążymy na czas. Zauważyłem, że wszyscy Zieloni działacze wpadają na podobne pomysły, bo Radosław Gawlik (b. wiceminister, poseł, założyciel Zielonych) też wyciąga nasze transparenty z luku bagażowego. Sam trzyma hasło „Dosyć trucia! Nieudolna władza musi odejść”. Taki sam transparent niósł w 1988 r. podczas czarnego marszu przeciwko hucie Siechnice koło Wrocławia. – Od tego czasu minęło 30 lat. Jestem pewny, że i teraz ta władza odejdzie – tłumaczył Gawlik, próbując dodać nam optymizmu.
Ruszyliśmy dalej. Katowice sparaliżowane, musieliśmy jechać na około. Wszędzie kordony Policji uzbrojonej w tarcze, kaski i butle z gazem. W gotowości stoją też armatki wodne. Na ulicach pusto, miasto jakby wymarło.
Marsz już idzie, w końcu udało nam się dołączyć. Widzimy radosny i kolorowy tłum. – Powitajmy Wrocław! – skanduje ze sceny Ewa Sufin-Jacquemart, organizatorka.
Niestety, nie wszystkim udało się dołączyć. Do Polski nie zostało wpuszczonych wielu aktywistów zza granicy m.in. z międzynarodowej organizacji „350” oraz Climat Action Network.
Wokół szybko zauważyłem wiele znajomych twarzy, z różnych organizacji. – Protestujemy przeciwko wydobyciu i spalaniu węgla brunatnego. To najbardziej brudne paliwo, które przyczynia się na całym świecie do zmian klimatycznych – mówił na scenie Tomasz Waśniewski z Koalicji Rozwój TAK – Odkrywki NIE.
Na twarzach uczestników i uczestniczek uśmiechy i nadzieja na lepsze. Wszędzie tłumy uzbrojonych po zęby policjantów, również wśród nas pełno tajniaków. Po co? Przecież nie przewidywano kontrmanifestacji. Było nas kilka tysięcy. Tyle co na demonstracjach w obronie demokracji na wrocławskim Rynku, na których w zasadzie nie pojawiała się Policja.
Na przedostatnim „przystanku” na trasie dowiedzieliśmy się, że Policja odcięła 150-200 osób z końca. Przepływ informacji pomiędzy organizatorami zaczyna być utrudniony. Dowiedzieliśmy się, że ostatecznie z tłumu wyciągnięto trzy osoby i zawieziono na komendę. – Zostajemy tutaj i czekamy, aż policjanci wypuszczą zatrzymane osoby – ogłosili organizatorzy.
W międzyczasie Polska Policja próbuje kilkukrotnie przekonać organizatorów, że osoby te już dołączyły do marszu. Szybko zweryfikowaliśmy, że to są nieprawdziwe informacje.
Polskie służby próbowały sprowokować zamieszki. Partia rządząca przy współpracy z Policją wiedziały, jak przeprowadzić taką akcję. Nie daliśmy się! Pokazaliśmy solidarność, cierpliwie czekając do końca zgromadzenia na zatrzymanych uczestników.
Po marszu część uczestników udało się na pikietę solidarnościową pod komendę przy ul. Lompy. Wiele osób z Wrocławia również tam było. Do nas też dzwoni Policja zaciekawiona gdzie jesteśmy. Mówili nam, że powinniśmy być już w drodze powrotnej w autokarach. Znów kontrolowali dokładnie przebieg powrotnej trasy naszej prywatnej wycieczki. Nie chcieli jednak podać na jakiej podstawie nas śledzą i telefonują do „organizatorów”. Późnym wieczorem zatrzymani aktywiści zostali wypuszczeni.
Polski rząd czerpie inspiracje z czasów komuny. Marsz, mimo tych trudności, które doskonale obrazują w jakim kraju żyjemy, przebył spokojnie i pokojowo. W atmosferze radosnej, pozytywnej, o którą ciężko na wielu pseudopatriotycznych wydarzeniach. Cieszę się, że aż tyle jeszcze w nas spokoju i wyrozumiałości – również dla policjantów, którzy pełnią swoją służbę.
Byliśmy tam gdzie trzeba. A nasz rząd, mimo tego, że staje na głowie by odwrócić uwagę od wyznań energetycznych, klimatycznych i ekologicznych, robi to wyjątkowo nieskutecznie. Pewnych procesów nie da się zatrzymać. Całe szczęście jest jeszcze ekonomia, która radykalnie zweryfikuje pomysły przywódców.