Dezubekizacja na wyborach

Zapowiedziane na 28 czerwca wybory prezydenckie to dzisiaj tak gorący temat, że nawet koronawirus poszedł w odstawkę.

Co prawda liczby nowych przypadków zachorowań dorównują, a nawet przewyższają te z marca i kwietnia, ale to nie powód, aby PiS nie ogłosiło swego wielkiego sukcesu na tym polu. Władza tak ofiarnie walczy z zarazą, że nie liczy się z żadnymi kosztami i od ręki dokonuje milionowych zakupów maseczek, przyłbic i respiratorów w firmach przyjaciół oraz rodziny królika. Oczywiście i tak się okazało, że czas jest najlepszym lekarzem, ale gdyby społeczeństwo zaczęło zgłaszać jakieś wątpliwości, to rząd może je ponownie zamknąć w areszcie domowym i wypuści kiedy zechce.

Teraz jednak nie skala epidemii jest ważna, lecz wyłącznie słupki poparcia poszczególnych kandydatów. O ile wzrost popularności reprezentantów opozycji wzbudza umiarkowane nadzieje ich środowisk, o tyle każdy procent mniej dla Dudy, wywołuje niezwykłą panikę w obozie PiS-u. Jest w nim kilku inteligentnych, chociaż do głębi obłudnych polityków, którzy dobrze rozumieją, jak wielu nieprawości, podłości i zwykłych szalbierstw się dopuścili. Teraz są przerażeni, bo groźba utraty władzy staje się całkiem realna; druga tura jest już pewna, a wówczas o ostatecznym wyniku zdecydują ułamki procenta – podobnie jak przy ostatnich wyborach do Senatu RP.

W tej sytuacji każdy głos jest na wagę złota, więc rządzący z niebywałym tupetem i cynizmem próbują wyciągać swe macki nawet do tych, których niedawno okrutnie skrzywdzili ustawą represyjną, kłamliwie zwaną też „dezubekizacyjną”. Nie jest tu miejsce na wyjaśnianie jak dalece podły i haniebny jest to akt legislacyjny, ale trzeba przypomnieć, że w jego wyniku, nie licząc się z jakimikolwiek regułami prawa, ani ze sprawiedliwością, sprowadzono na skraj wegetacji ponad 40 tysięcy całkowicie niewinnych obywateli RP. Ta grupa wraz z rodzinami to około 150 tysięcy zdeterminowanych wyborców, co stanowi, realnie biorąc, w przybliżeniu 1% całości elektoratu. I tych właśnie ludzi PiS kolejny raz próbuje omamić, a może tylko zdemobilizować, różnymi niejasnymi sugestiami i zwodniczymi sygnałami.

Były wiceminister MSWiA Jarosław Zieliński, jeden z głównych animatorów „dezubekizacji” w ostatnim czasie raczył przyznać publicznie, że akt ten nie jest doskonały i wymaga zmian. Co prawda natychmiast dodał, że na razie jest prawem, więc obowiązuje, ale i tak wywołał zdziwienie wszystkich dobrze pamiętających jego zaangażowanie i bezwzględność w organizowaniu represji.

Również prezes Trybunału Konstytucyjnego, pani mgr. Przyłębska, zdobyła się na zaskakującą uwagę, że wkrótce pokaże całemu światu swą niezależność od rządzącego ugrupowania. Ponieważ zbliża się termin procedowania Trybunału nad ustawą represyjną, więc niektóre osoby odebrały to jako zapowiedź, że przygotowywany wyrok może być krytyczny wobec niektórych jej rozwiązań.

Powyższe wypowiedzi pojawiły się w sferze publicznej, ale ponadto znaleźli się posłowie PiS, którzy w prywatnych rozmowach sugerują, że wkrótce, może za parę miesięcy, niektóre szykany zostaną złagodzone, albo i całkiem zniesione.

Trzeba przyznać, że środowisko represjonowanych, które od prawie czterech lat nie może uzyskać jakichkolwiek uczciwych i prawomocnych wyroków sądowych, każdy pozytywny sygnał odbiera z wielką uwagą. Wielu z nas z racji wieku ma coraz mniejsze szanse doczekania sprawiedliwości i dlatego chwyta się każdej nadziei. Niestety, nadzieje w powyższym wydaniu są całkowicie złudne i w żadnym wypadku nie możemy im ulec.

Przypomnijmy sobie, że Jarosław Zieliński na kongresie PiS w Krakowie w 2009 roku mówił: „Chcę to bardzo wyraźnie podkreślić raz jeszcze. Policjanci, strażacy, funkcjonariusze Straży Granicznej, Biura Ochrony Rządu, Służby Więziennej, zawodowi żołnierze Wojska Polskiego muszą mieć gwarancje, że państwo, któremu służą, dotrzymuje zawartych z nimi umów, wypełnia gwarancje i obietnice deklarowane przy wstępowaniu do służby oraz zapewnia stabilne warunki tej trudnej pracy i należne świadczenia emerytalne po jej wypełnieniu.”. Były to słowa wypowiedziane po uchwaleniu przez Platformę Obywatelską Donalda Tuska pierwszej, odrobinę łagodniejszej ustawy represyjnej. Wielu dotkniętych nią oddało później swój głos na PiS, za co 6 lat później pan minister przygotował znacznie bardziej bezwzględną, okrutną i podłą ustawę „dezubekizacyjną”. Czy ktoś dzisiaj chce jeszcze raz uwierzyć w jego sugestie, że teraz trzeba w niej coś zmienić? Chyba, że jeszcze bardziej zaostrzyć szykany i zabrać nawet te żałosne zasiłki socjalne jakie pozostawiono.

Pani mgr. Przyłębska zapowiada swą niezależność, ale jednocześnie już piąty(!) raz w tym roku zmieniła termin procesu nad Ustawą, cały czas pilnując, aby wydać orzeczenie dopiero po rozstrzygnięciu wyborów prezydenckich. Chyba więc nikt nie powinien mieć wątpliwości, jaki wyrok zapadnie – PiS w żadnym momencie nie popełnia pomyłek i nigdy nie łamie Konstytucji – to najwyżej Konstytucja jest źle napisana, bo przecież najwyższym i niepodważalnym prawem jest wola suwerena, którą zna i ogłasza wyłącznie I Prezes Partii.

Z przykrością trzeba więc powiedzieć, że jakiekolwiek pozytywne sygnały, a zaczynają się one pojawiać na różnych forach internetowych, są wyłącznie dymną zasłoną dla kolejnych podłości szykowanych nam przez PiS. Jedyną naszą szansą jest odsunięcie od władzy tej partii, która nawet gdy mówi nam „Dzień dobry”, to też kłamie.

Wszyscy więc represjonowani, każdy kto ma siły, aby dojść do lokalu wyborczego, musi tam się stawić i oddać swój głos. Jedyną bezwzględnie przyzwoitą i uczciwą formacją polityczną, którą od początku stała po naszej stronie, jest Lewica i wyłącznie głosując na jej kandydata, Roberta Biedronia, możemy mieć pewność, że się nie zawiedziemy. Logika wyborcza jest bezwzględna, więc w drugiej turze także będziemy musieli stawić się przy urnach i poprzeć tego, który będzie rywalizował z A. Dudą – każdy z jego kontrkandydatów wygląda na bardziej uczciwego niż pełen obłudy, frazesów i śmieszności dzisiejszy prezydent RP.

Sondaże wskazują, że przy pełnej mobilizacji opozycji kandydat PiS przegra, co będzie początkiem końca tej formacji politycznej, która cofa naszą Ojczyznę o dziesiątki lat i coraz bardziej oddala od cywilizowanego świata Zachodu. My represjonowani możemy mieć natomiast nadzieję, że pan prezydent Duda przegra nie więcej niż o 1 % – byłoby niezaprzeczalnym dowodem, że na świecie istnieje jeszcze sprawiedliwość, gdyby to właśnie nasze głosy przeważyły szalę wyborów.

Duży krok naprzód

Powiedzieć, że demokracja w Polsce stoi na skraju przepaści to, mimo wszystko, znaczy szerzyć optymizm. Przesuwając wybory prezydenckie zrobiliśmy kolejny, duży krok naprzód.

Zachowanie minimum ładu konstytucyjnego było możliwe tylko wtedy, gdyby Senat zdecydował się na propozycję wyborów po opróżnieniu urzędu przez Dudę. Oczywiście ostatecznie i tak zdecydowałaby większość sejmowa czyli PiS, ale opozycja zachowałaby może resztki godności. Stanęło na tym, że głosowanie odbędzie się 28 czerwca, przewidywana II tura dwa tygodnie później a potem… Potem Pierwsza Prezes Sądu najwyższego uzna, czy wybory były ważne i zgodne z konstytucją. Jeśli zwycięży Duda, to Sąd uzna że były ważne. Jeśli inny kandydat, to będzie mogła ogłosić, że wybory nie były zgodne z konstytucją i będzie miała całkowitą rację. Urząd prezydenta obejmie wtedy Pani Marszałek Sejmu, przynajmniej do czasu rozstrzygnięcia kolejnych wyborów. Czyli na nie wiadomo jak długo.

Czy to pesymistyczny scenariusz? Powiedziałbym raczej, że realistyczny. Choć trzeba przyznać, że zwycięstwo Dudy w II turze wyborów jest nie mniej realistyczne. Jeśli ktoś naprawdę żywi nadzieje na to, że PiS ma zamiar przestrzegać jakichś procedur, które nie dają mu gwarancji zwycięstwa, to bije rekordy naiwności i powinien zająć się budową zamków z piasku, koniecznie na plaży strzeżonej.

Tym niemniej warto głosować, przynajmniej po to, by nie mieć w przyszłości pretensji do samego siebie. Warto, a może nawet należy zagłosować na kandydata, (tak się jakoś złożyło, że będą sami kandydaci), do którego jest nam politycznie najbliżej. Wszyscy niemal fascynują się już drugą turą, mimo, że jak dotąd z badań opinii nie wynika, że Duda stracił szansę na zwycięstwo. Może więc warto skupić się na prezentacji ofert politycznych, żeby te wybory w ogóle miały jakiś sens. Czyli na rywalizacji w pierwszej turze wyborów.

Na razie nic się nie zmieniło. Kandydat PO chce generalnie powrotu do przeszłości z zachowaniem programu 500+. Na szalę rzucił też likwidację TVP info, co jest z jednej strony poniekąd zrozumiałe, z drugiej zupełnie bez sensu. Gdyby na tej samej zasadzie likwidować każdą instytucję, której działanie PiS całkowicie wypaczył, musielibyśmy zlikwidować całe państwo.

Wygląda na to, że programem jest wyłącznie młody (względnie) inteligentny, oczytany w filozofach Trzaskowski. To oczywiście cieszy wyborców PO, dodaje im entuzjazmu i nadziei… ale na razie, niczego nie zmienia.

Wygląda też, że do Trzaskowskiego nie wrócili wszyscy wyborcy, którzy woleli Hołownię od Kidawy – Błońskiej. Jak się wydaje wsparli go za to wyborcy lewicy nieco zdegustowani kampanią Biedronia. Cóż, wyborcy lewicy często bywają jednocześnie pragmatyczni i krótkowzroczni. Aczkolwiek trzeba przyznać, że ani kandydat, ani kampania nie ułatwia wyboru. A szkoda, bo pojawiają się sensowne postulaty choć mało wyraziste. Emerytura minimalna 1,6 tys. zł na rękę, dofinansowanie systemu opieki zdrowotnej do 7,2 proc. PKB, ustawowa gwarancja, że żaden lek na receptę nie będzie kosztował więcej niż 5 zł, powszechny program budowy tanich mieszkań – to wszystko słuszne, ale mało porywające. Pomijając fakt, że prezydent co najwyżej może zgłosić projekty ustaw, a reszta już zależy od większości sejmowej.

Może warto było się pokusić o bardziej rewolucyjną i kompletną wizję sprawiedliwej Polski ? Przełamać milczenie na temat podatków? Zaproponować modernizację kraju, rozwój nauki, energetyki jądrowej, biotechnologii… I wypowiedzieć konkordat. Tyle, że Robert Biedroń musiałby się całkiem rozstać z wiosennymi mrzonkami. A tak jesienią dalej będziemy marznąć i marzyć o lepszej przyszłości. W kraju PiS i beznadziei.

Koń, sprawa polska i podpis na Trzaskowskiego

Wychudzone i zaniedbane konie ze stadniny w Janowie Podlaskim stanowią wyjątkowo celny symbol polityki kadrowej PiS, ale to nic nowego i nadzwyczajnego.

Koni żal, ale co ma powiedzieć polskie państwo, którym rządzą: największy polityczny manipulator, marionetkowo-partyjny prezydent, notorycznie mijający się z prawdą premier, nieprzestrzegający prawa minister sprawiedliwości, podatny na partyjne dyrektywy oraz niewyjaśnione interesy minister zdrowia i wszechpotężna telewizyjna wańka-wstańka, wspomagani przez ułaskawionego przed wyrokiem kolejnego ministra. W tym świetle awantura w radiowej Trójce wydaje się mało istotnym incydentem, zaś wszystko to razem wzięte wcale nie jest nowością, a jedynie obrzydliwym smrodem ciągnącym się w Polsce od ponad trzydziestu lat.

Józefa Hennelowa

w wywiadzie zamieszczonym w marcowym wydaniu miesięcznika „Kraków” bardzo się użalała: „Nie tak dawno z Radia Kraków wyrzucono naczelną miesięcznika „Znak” Dominikę Kozłowską, bo ośmieliła się do swojej audycji zaprosić innego przedstawiciela katolicyzmu otwartego Henryka Woźniakowskiego.” Natomiast nie przypominam sobie aby pani redaktor – wieloletni dziennikarz bardzo ważnego tygodnika – w jakiejkolwiek postaci wyraziła co najmniej niepokój, nie mówiąc już o proteście, wobec wyrzucenia na bruk redaktora naczelnego jednego z najważniejszych, partyjnych dzienników w kraju. Też znanego dziennikarza, otwartego, a w stosunku do opozycji nadzwyczaj koncyliacyjnego, metodą wyjątkowej kurtuazji poprzez wręczenie zwolnienia na redakcyjnym korytarzu przez pełnomocnika, lepiej będzie, przez komisarza solidarnościowej, zwycięskiej władzy.

To symbol

powszechnych dokonań nowych, pono demokratycznych rządów oraz różnych środowisk i tzw. autorytetów, którym dziwnie zamurował się słuch, wzrok, nie wspominając już o najzwyklejszej przyzwoitości. Weryfikacja dziennikarzy u początku stanu wojennego jawi się wręcz jako akcja humanitarna w porównaniu do powszechnej czystki, na wzór radziecki, dokonanej w tym środowisku u początku III RP. Do symbolicznej nicości podążali kolejni z racji partyjnej przynależności bądź nadania, albo z jakichkolwiek innych względów, albo i bez takowych, wskazywani przez solidarnościowe „sądy ludowe” i rządzących teraz pono sprawiedliwą Polską. I nie ważne były wieloletnie doświadczenie i wysokie kwalifikacje, dotychczasowe niewątpliwe osiągniecia, naukowe tytuły i rzetelnie wykonywane obowiązki. Nawet kierowca z byłego partyjnego komitetu miał kłopoty ze znalezieniem pracy, co oznacza wyjątkową aberrację na początku tamtej polskiej rzeczywistości. Na jaką taką sprawiedliwość załapali się jedynie zweryfikowani funkcjonariusze b. SB, ale tylko do czasu. I tak po dziś dzień trwa, w różnych odmianach, ta postsolidarnościowa polityka kadrowa, do hiper-absurdu i finansowej prywaty doprowadzona przez PiS.

Wśród tych głuchych i niewidzących

znaleźli się także liczni przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości, również z jego najistotniejszych urzędów – Sądu Najwyższego i Trybunału Konstytucyjnego, których decyzje, nie tylko w sprawie zbiorowej odpowiedzialności byłych zatrudnionych w SB czy w podobnych służbach, lub w kwestii przestrzegania zasad Konstytucji, stanowią plamę na polskim wymiarze sprawiedliwości. Wszyscy właśnie tacy, którzy swój désintéressement wyjaśniali i usprawiedliwiali na różne sposoby, mogli w swoim czasie zapobiec, bądź ograniczyć nieprawość w Rzeczpospolitej. Dziś przyszli i po nich: po wolne sądy i krytykujące ich media, protestujących przedsiębiorców i krnąbrnych medyków, samorządy i stowarzyszenia, po wszystkich innych poza swoimi wyznawcami, aparatczykami i dobrze opłaconym terenowym aktywem PiS. I wcale nie na koniec po studentów sprzeciwiających się głoszeniu bzdur na państwowej wyższej uczelni.

Nikt nie policzy

bo to niewykonalne, skutków politycznego dzielenia Polaków na lepszych czyli naszych (z nadzwyczaj szeroko liczonej politycznej opozycji w PRL, Solidarności, ze Zjednoczonej Prawicy) i tej całej podobno gorszej, odrzuconej reszty, nazwanej ostatnio chamską hołotą. Także tego, jak zubożał kraj przez te kadrowe wykluczenia. Ile zmarnowano dobra wspólnego i jak wielu błędów można by było uniknąć we wszystkich dziedzinach aktywności, gdzie bylibyśmy dziś z tymi straconymi talentami, doświadczeniem, wysokim profesjonalizmem i oddaniem dla kraju. Żadne tu historyczne analogie nie przyszły na myśl: do 1918 roku, gdy nowopowstałej niepodległości wiernie służyć postanowili wysocy urzędnicy i ważni wojskowi z zaborczych urzędów i armii; do 1945 roku, gdy wybitni przedwojenni fachowcy kierowali odbudową Warszawy, przejmowaniem Ziem Zachodnich oraz tworzeniem industrialnej Polski. Ideologicznego opętania antykomunizmem i w powszechnym wymiarze również kapitalistycznej prywaty, która w porównaniu do czasów PRL-u jawi się jak kolosalny skok na kasę, nie mogła w żadnym stopniu przebić myśl, że miliony Polaków, a wśród nich przeważająca cześć b. członków PZPR i aktywnych w okresie Polski Ludowej zaakceptowała III Rzeczpospolitą jako nadzieję na nowoczesne, rzeczywiście demokratyczne i sprawiedliwe państwo. I chciała, i chce w nim nadal, tak jak wszyscy inni odmiennie myślący niż PiS, obywatelsko uczestniczyć na równych prawach i obowiązkach.

Do tego rejestru ekstremalnych skutków neobolszewickiej polityki kadrowej i nowej kapitalistycznej rzeczywistości zaliczyć należy nie tylko degradację społeczną tysięcznych rzesz, a wśród nich pozbawionych na lepszy start ludzi młodych, ale także tych wielu, którym przyśpieszono ostateczne opuszczenie tego świata.

„W trosce o byt i przyszłość naszej Ojczyzny,…

my, Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej,…równi w prawach i w powinnościach wobec dobra wspólnego – Polski,…pragnąc na zawsze zagwarantować prawa obywatelskie, a działaniu instytucji publicznych zapewnić rzetelność i sprawność,… ustanawiamy Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej jako prawa podstawowe dla państwa…oparte na poszanowaniu wolności i sprawiedliwości, współdziałaniu władz, dialogu społecznym oraz na zasadzie pomocniczości umacniającej uprawnienia obywateli i ich wspólnot.”

Nie mogę oddychać w Polsce

– parafrazując ostatnie słowa George’a Floyda – nie z powodu smogu, a powszechnego, od lat nieprzestrzegania, łamania i duszenia podstawowych zasad ustawy zasadniczej. Inni, liczni zapewne też, acz drogi poszukiwania czystego powietrza są nie tylko odmienne, co zrozumiałe, ale niektóre z nich złudne, co jest już niewybaczalne, bo prowadzą donikąd. Ośrodek KARTA w rocznicę wyborów 4 czerwca 1989 i w roku czterdziestolecia powstania Solidarności opublikował 21 nowych tez na pamiątkę 21 postulatów sformułowanych w 1980 roku. Wydarzenia z przeszłości upamiętniać można oczywiście w różny sposób, ale nie stanowi remedium na współczesne polskie kłopoty ta oto opinia: „Potrzeba nowego ruchu społecznego, który zrozumie sens tej osłabłej linii kraju. Kolejna odsłona Solidarności będzie znów drogą do zintegrowanej wspólnoty, chroniącej nas od zatrucia polityczną toksyną.” Solidarność, nie ta związkowa, ale zwykła-codzienna objawia się przede wszystkim w warunkach zagrożenia jakiejś wspólnoty, konieczności obrony jej praw czy bytu, natomiast jako ruch polityczny w demokratycznym państwie jest zbędna gdyż zastępuje ją z powodzeniem przestrzeganie obowiązującego prawa. Idealistyczne przekonanie o zintegrowanej wspólnocie, która ma jakoby zapobiegać politycznej toksynie jest naiwne co najmniej do granic zdziwienia.
Odwoływanie się do tej idei – a czyni to także Andrzej Duda słowami „Razem, zgodnie, razem, solidarność” – nic nie znaczy poza wyświechtanym sloganem. Wykorzystuje ją także w bieżącej, prezydenckiej kampanii wyborczej, Rafał Trzaskowski wołając o nową solidarność. Uwspółcześniony slogan ma niewątpliwie nadal pewną pijarowską nośność i stąd się pojawił służąc przedwyborczej mobilizacji, ale mnie dużo bardziej przekonują słowa o odnowie, szacunku i poszanowaniu wszystkich Polaków.

Rafał Trzaskowski

stanowi dla licznych wyborców poważny dylemat i problem. Członek postsolidarnościowej Platformy Obywatelskiej, która przez lat osiem wiodła spor z PiS-em o czapkę gruszek, czyli tylko o władzę, a nie o dobro obywateli, postrzeganej jako partia swoich wyłącznie interesów, sprawnie motająca rzeczywistością przez Donalda Tuska i niezbyt udanie przez Grzegorza Schetynę. Uczestniczył w tych działaniach i Trzaskowski, i swoje ma za uszami, nota bene jak większość polityków. Jednocześnie nie można mu odmówić bardzo wielu godnych uznania przymiotów, odwagi programowej gdy walczył o prezydenturę Warszawy, mądrych ocen i haseł obecnie wygłaszanych oraz ważnego zdania, które umknęło komentatorom, że w Polsce zmienić się musi wiele, w tym także programy i działalność politycznych partii. Odczytuję to przede wszystkim pod adresem PO i wiem, że dla dalszego istnienia tej formacji jest to warunek sine quo non. A to oznaczać może w konsekwencji zasadnicze przewartościowania w paradygmatach politycznych polskiej rzeczywistości.

Z aktualnej kalkulacji wyborczej wynika, że to Trzaskowski ma nie tylko szansę wejść do drugiej tury prezydenckich wyborów, ale i dalej skutecznie powalczyć, i dlatego wielu lewicowych wyborców podpisuje właśnie listy poparcia na tego kandydata. Nie jest on co prawda postacią naszych lewicowych marzeń, ale wiele wskazuje na to, że doświadczony nie tylko klęskami PO, ale przede wszystkim dramatem obecnych czasów i oczekiwaniami większości obywateli, obierze inną, aktywną drogę swojej prezydentury niż Bronisław Komorowski. Warto przy tej okazji przypomnieć, ile wątpliwości, ataków i proroczych złych ocen kierowano w swoim czasie pod adresem Aleksandra Kwaśniewskiego, którego dwie prezydenckie kadencje okazały się, w powszechnej opinii, za najlepsze w III RP.

Idziemy do wyborów bo mamy rzeczywiście już dość i nie tylko koni żal, ale i ludzi też.

Zrobiony w bambuko

Poniedziałkowe słoneczko zbudziło mnie w nowej ciekawej rzeczywistości. Uczestniczyłem w wyborach, których nie było.

Sprawiło to porozumienie dwóch szeregowych posłów, którzy dodatkowo określili, co ma orzec w tej sprawie Sąd Najwyższy. Byłem świadkiem Debaty prezydenckiej, jałowej jak Pustynia Błędowska, w której wszyscy ogłosili swoje zwycięstwo.

W świecie biznesu zagrzmiał śmiech historii. Byliśmy świadkami demonstracji kapitalistów, dzielnie tłumionej przez policję, żądających pomocy państwa. Dotychczas to pracownicy wraz ze swoimi związkami zawodowymi, walczyli o swój godny byt. Obecnie wojuje klasa, która zatrudniała nas na śmieciówkach, majstrowała przy kodeksie pracy a często spotykaliśmy się w sądach. Teraz, jak my kiedyś, zbudowali „miasteczko” na Wiejskiej.

Wszystko to dzieje się w stanie epidemicznym, który ma nas chronić przed chorobą, lecz jednocześnie pozbawia nas podstawowych praw obywatelskich.

Polskę toczy nie jeden, lecz kilka „wirusów”. Chciałbym się do nich odnieść w porządku i w sposób jak ja, szeregowy obywatel drugiego sortu o lewicowych poglądach, widzę i czuję. Grupuję je według wagi zagadnień. Są to: zagrożenie dla praw obywatela i praw człowieka, niepewność bytu gospodarczego i zagrożenie epidemiczne. Kolejność jest ważna.

W chwili ogłoszenia stanu epidemicznego a następnie stanu epidemii wprowadzonego przez rząd na podstawie ustawy „o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi” z 2008 roku uchwalonej przez rząd PO PSL, zostały ograniczone nasze prawa do zgromadzeń, bezpośrednich kontaktów, swobodnego przemieszczania się, prowadzenia działalności gospodarczej w niektórych sektorach rynku, (co ograniczyło prawo do pracy) i korzystania z wielu dóbr kultury.

W mojej opinii ustawa ta jest niekonstytucyjna i dziwię się, że ani w momencie jej uchwalania, kiedy TK był jeszcze ciałem niezawisłym ani obecnie nikt nie zażądał sprawdzenia jej konstytucyjności. Przecież ustawa zasadnicza określa trzy stany nadzwyczajne wypełniające wszystkie możliwe zagrożenia mogące wystąpić w Polsce, więc dodanie jakiegoś czwartego stanu jest tworzeniem zbędnych bytów, które psują prawo.
Dużą popularnością cieszy się teza o konieczności wprowadzenia któregoś ze stanów nadzwyczajnych. Może byłoby to korzystne rozwiązanie, jeżeli ogłoszenie, przykładowo, stanu klęski żywiołowej, miało na celu umożliwienie władzy między innymi poprzez czasowe ograniczenia naszych praw obywatelskich skuteczną walkę z zagrożeniem. Lecz takie uprawnienia rząd dostał już wraz z ogłoszeniem stanu epidemicznego. Zjednoczona Prawica dąży do wymarzonego celu, sprawowania władzy autorytarnej opartej na przejęciu wszystkich narzędzi sprawowania władzy. Dostarczenie PiS-owi dodatkowych narzędzi może być groźne dla demokracji. Szczególnie dziwię się lewicy, która powinna wykazać się większą „czujnością rewolucyjną”.

Nie powinno się używać Stanu nadzwyczajnego do przesuwania wyborów. Jest to zbędne. Pokazała to rzeczywistość. Wybory 10 maja, przynajmniej praktycznie nie odbyły się, bo nie mogły. Nie pomogły wygibasy polityczne, próba wprowadzania „pocztyliady” przez pana Suskiego i figury retoryczne wygłaszane przez usłużne gadające głowy. Nie zostały nawet zrealizowane zapisy Konstytucji. Dlaczego? Bo istnieje taka rzymska zasada prawna: Impossibilium nulla obligatio est. Dobre prawo nie może nakazywać rzeczy niemożliwej. Przykładowo, Konstytucja RP kieruje się zasadą egalitaryzmu, lecz jeżeli mieszkańcy Makowa Podhalańskiego zażądają dostępu do morza, wszak są równi w prawie z mieszkańcami Ustki. Nie da rady!

Wybory mogą się odbyć wtedy, i tylko wtedy, kiedy będziemy funkcjonować w pełni praw obywatelskich. Proces wyborczy to debata, dyskusja, spór polityczny uwieńczony „czteroprzymiotnikowym” aktem głosowania, a nie tylko wrzucenie kartki do skrzynki.

To właśnie te prawa obywatelskie, prawa człowieka i poczucie wolności są wartością nadrzędną, o którą trzeba walczyć i jak uczy historia, czasem poświęcić dla nich zdrowie a nawet życie.

Zarówno pan prezydent jak i pan premier zapowiadają wszem i wobec o odmrażaniu gospodarki, czemu trudno się dziwić, bo wirus to nie tylko zagrożenie naszego zdrowia, trafił także w żywotne interesy społeczeństwa. Żeby istnieć musimy wytwarzać produkować, kupować i sprzedawać. Nasza gospodarka opiera się na małych i średnich przedsiębiorstwach, eksporcie i konsumpcji wewnętrznej. Ta ostatnia, jest kołem zamachowym gospodarki.
Stan pandemiczny zamroził funkcjonowanie rynków, pozbawiając dochodu wiele sektorów gospodarki i dochodów pracowników. Środowiska przedsiębiorców rozpoczęły wywieranie nacisku na władzę. Zjednoczona prawica, która często posługuje się populizmem czuje zagrożenie ze strony środowisk „niezadowolonych” gdyż niszczy on pozytywny wizerunek kupiony w efekcie rozdawnictwa socjalnego.

Grupą, która jest najbardziej poszkodowana są pracownicy. To między innymi efekt strategii elastycznego rynku pracy, miał być tylko na okres kryzysu a trwa do dziś. Z dnia na dzień tracą pracę zatrudnieni na śmieciówkach, bezrobocie dotyka pracowników upadających przedsiębiorstw, od lat psuty kodeks pracy nie zawsze może ochronić najsłabszych. Niestety ograniczenia stanu pandemii utrudniają klasie pracowniczej wyrażanie swojego niezadowolenia.

Hipokryzją byłoby twierdzenie, że Rząd nie robi nic. Powstają pakiety ustaw zwane „tarczami”. Za chwilę będzie ich więcej niż wersji „Windowsów”. Prezydent i premier prezentują je w rządowych mediach, jako seria spektakularnych sukcesów. Niestety rzeczywistość skrzeczy, są niewystarczające i mało skuteczne. Są nacelowane w dużej części na banki i przedsiębiorstwa. Pracownicy muszą radzić sobie sami.

Łyżką dziegciu w beczce „tarczowego” miodu są przemycane ustawy niemające nic wspólnego z epidemią i gospodarką natomiast służą PiS-owi do przejmowania kolejnych sektorów władzy.

Przywoływany „stan klęski żywiołowej” w wypadku przedsiębiorców byłby korzystny gdyż powoduje obligatoryjne odszkodowania. Wie o tym władza i zrobi wszystko żeby do tego nie dopuścić.

Dłuższy byt w stanie stagnacji jest niemożliwy, gospodarka runie a my powariujemy.

W miarę możliwości musimy wracać do pracy, szkół uczelni i przedsiębiorstw. Rząd przedstawia pewne fragmentaryczne projekty normalizacji bytu, lecz brak tu chronologii i konsekwencji. Odmrażamy przedszkola, (bo rodzice muszą iść do pracy) Otwieramy galerie, bo trzeba pobudzić konsumpcję. Próbujemy uruchomić turystykę, bo to 6% naszego rynku. Jednocześnie utrzymujemy reżimy stanu pandemii. Ciekawe, kto pojedzie do hotelu w Zakopanym, jeżeli nie będzie mógł w pełni korzystać z uroków Tatr. Chyba tylko pary uprawiające „uczucia niestałe”
Nie wiem, co z tego będzie?

Na koniec o Koronawirusie.

Na końcu, bo wydaje mi się, że nasze prawa i wolności mają wartość nadrzędną i uniwersalną, a zniszczenie gospodarki spowoduje, że co prawda będziemy zdrowsi, ale padniemy z ubóstwa.
Stosuję się do zaleceń wynikających z ustawy epidemicznej. Noszę maseczkę, chociaż nie tak dawno przekonywano mnie, że to nic nie daje. Unikam spotkań ze znajomymi, zachowuję dystans, przestrzegam ceremoniału w sklepach i urzędach. Nie ukrywam, że jest to dla mnie uciążliwe, a siedzenie w czterech ścianach grozi depresją.

Robię to wszystko w oparciu o zdrowy rozsądek w dbałości o zdrowie moje i otoczenia. Słucham lekarzy, bo choć nasza służba zdrowia jest nie najlepsza to nasi lekarze dysponują wiedzą i pracują z ogromnym poświęceniem.

Wydaje mi się jednak, że sposób informowania nas o stanie epidemii zawiera wiele elementów manipulacji socjologicznej. Gdy wirus był jeszcze poza Polską pojawiały się głosy lekceważące zagrożenie. Gdy zaatakował nas bezpośrednio społeczeństwo zostało „postraszone”. Strach zmusza nas do ostrożności, kiedy jednak zmienia się w panikę owocuje stygmatyzowaniem medyków, sąsiadów na kwarantannie i osób zakażonych. Obecnie, pewnie ze względu na konieczność odmrażania gospodarki ta narracja się nieco zmienia a nawet w opinii rządu odnosimy sukces i epidemia jest w regresie.

Wskazuje na to sposób informowania o rozwoju epidemii. Przykładowo, media podają nam liczbę zakażonych od początku stanu epidemicznego. Ta wartość będzie rosła zawsze, bo do sumy zakażonych dodajemy nowych, wygląda to groźnie. Można już jednak zobaczyć wartość „aktualnie zakażonych” (suma zakażonych minus „ozdrowieńcy”). Jeżeli taka wartość będzie maleć to będzie to wskazanie na sukces.

Wiedza o liczbie dziennych zakażeń zależy od liczby wykonanych testów w jednostce czasu. Tylko stosunek tych wartości da nam pogląd na rozwój epidemii. Jeżeli krzywa obrazująca ilość wykonywanych testów będzie rozbieżna z krzywą zachorowań odnosimy sukces, jeżeli będzie odwrotnie to źle.

W Polsce ilość wykonywanych testów jest mniejsza niż w innych państwach dotkniętych wirusem. Wg WHO procent osób przechodzących zakażenie bezobjawowo lub lekko jest bardzo duży. Istnieje prawdopodobieństwo, że zakażeń jest znacznie więcej, może nawet sami je przeszliśmy tylko o tym nie wiemy.

Zachowujmy się, więc ostrożnie, ale słuchajmy zdrowego rozsądku, to najlepszy doradca. Nie dajmy się robić w bambuko.

Kryzys polskiej prezydentury

Okres blisko 23 lat obowiązywania nowej Konstytucji w III RP skłania do wielu refleksji i ocen jej funkcjonowania na tle porządku polityczno-prawnego, jaki został zapisany i jest realizowany w bieżącej praktyce działania Państwa Polskiego. Na tle widocznego kryzysu państwa gołym okiem widoczny jest kryzys polskiej prezydentury, który trwa już co najmniej kilkanaście lat. Można przypuszczać, że ma on przyczyny zarówno konstytucyjne, jak i personalne.

Jak pamiętamy, w dniu 19 lipca 1989 roku Wojciech Jaruzelski został wybrany prezydentem PRL, a od 31 grudnia 1989 roku pierwszym prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej. Aktu wyboru dokonało Zgromadzenie Narodowe w oparciu o ustawę konstytucyjną przyjętą przez Sejm wybrany w dniu 4 czerwca 1989 roku. 19 września 1990 roku Wojciech Jaruzelski przesłał do marszałka Sejmu Mikołaja Kozakiewicza projekt ustawy konstytucyjnej skracający jego kadencję oraz wprowadzający do naszego porządku prawnego wybory powszechne prezydenta RP. Zapis ten został powtórzony w nowej Konstytucji, która została uchwalona w dniu 2 kwietnia 1997 roku.

Trzeba przypomnieć, że w okresie II Rzeczypospolitej wyboru prezydenta zgodnie z zapisami dwóch Konstytucji (marcowa – 1921 i kwietniowa – 1935) dokonywało Zgromadzenie Narodowe. Wybrani w tym trybie zostali prezydenci II RP: Gabriel Narutowicz, Stanisław Wojciechowski i Ignacy Mościcki. W III RP poza Wojciechem Jaruzelskim, w wyborach powszechnych zostali wybrani: Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski, Lech Kaczyński, Bronisław Komorowski i Andrzej Duda.

Kompetencje prezydenta III RP oraz relacje z innymi organami władzy państwowej określa wspomniana Konstytucja z 1997 roku (artykuły 126 do 145). W Konstytucji dokonano wyraźnego podziału i zakresu kompetencji władzy wykonawczej – prezydenta oraz rządu. Trzeba zaznaczyć, że Konstytucja ustanawia prezydenta jako „najwyższego przedstawiciela Rzeczypospolitej Polskiej i gwaranta ciągłości władzy państwowej”. Ma on „…czuwać nad przestrzeganiem Konstytucji, stać na straży suwerenności i bezpieczeństwa państwa oraz nienaruszalności i niepodzielności jego terytorium”. Z kolei „Rada Ministrów prowadzi politykę wewnętrzną i zagraniczną Rzeczypospolitej Polskiej…”.

Praktyka sprawowania władzy w Polsce pokazała w ostatnich latach, że zazębiające się kompetencje rządu i prezydenta, różnice polityczne lub też wspólnota polityczna prezydenta i koalicji rządzącej, jak i szereg innych przyczyn, np. personalne ambicje liderów politycznych prowadziły do konfliktów na linii prezydent-rząd . Skutkowało to często sporami o sprawy dla Polaków zasadnicze, jak np. sprawy bezpieczeństwa, udział Polski w wojnach, czy kierunki polityki zagranicznej. W ostatnich miesiącach mamy na tle roli i pozycji prezydenta najpoważniejszy spór polityczny w ciągu ostatniego 30-lecia (tak określają to m.in. media zagraniczne), który może pociągnąć za sobą narastającą skalę nienawiści i przemoc.

Walka polityczna trwająca pomiędzy prawicową koalicją rządzącą a opozycją przekracza dotychczasowe dozwolone prawem i obyczajem politycznym normy, w jakich się wcześniej toczyła. Mamy do czynienia z naginaniem prawa, demagogią konstytucyjną, która zdaniem rządzących pozwala w imię słusznych celów na jego łamanie itp. W ostatnia kadencji prezydenta doszło do pogłębienia zjawiska pełnego uzależnienia Urzędu Prezydenta i samego prezydenta od interesów jednej partii, na którą, co warto przypomnieć głosowało w 2019 roku ok. 18 proc. Polaków. Zarówno państwo, jak i jego instytucje stały się wyrazem interesów jednej opcji politycznej, co od dłuższego czasu jest zarzewiem poważnych konfliktów zagrażających rozwojowi i stabilności państwa. Powoduje ten stan zagrożenie naszej pozycji na arenie międzynarodowej, w tym szczególnie w Unii Europejskiej.

Wszystko to, co dzieje się na polskiej scenie politycznej jest efektem dwóch, co najmniej procesów. Po pierwsze luk w istniejącej Konstytucji i wadliwości zapisów precyzujących kompetencje poszczególnych organów władzy oraz po drugie swoistego chuligaństwa politycznego koalicji rządzącej, która na siłę, metodą faktów dokonanych, przeprowadza często, wbrew przepisom prawa swoje koncepcje polityczne i gospodarcze. To drugie zjawisko ma swoją twarz polityczną. Odpowiadają za nie konkretni ludzie.

Trzeba zwrócić uwagę na dwa dodatkowe zjawiska, które powinny być ujmowane w analizie ostatnich lat. To brak wyraźnej, alternatywnej wobec obozu rządzącego, koncepcji politycznej, która mogłaby być popierana przez dużą część społeczeństwa oraz rozbicie opozycji, której poszczególne odłamy reprezentują sprzeczne ideowo i politycznie koncepcje rządzenia i kierunków rozwoju kraju. Opozycja nie zdołała porozumieć się i wyłonić na przykład jednego, silnego kandydata na prezydenta. Nie potrafiła stworzyć jednego, zrozumiałego społecznie i szeroko akceptowanego zbioru założeń programowych.

Dziś można wskazać, że jedynym, poważnym sojusznikiem opozycji w wyborach prezydenckich jest chaos i niewydolność struktur państwa na tle walki z koronawirusem, co nie pozwala przeprowadzić wyborów w ustalonym terminie, zgodnie z prawem. Być może, że stanie się to przesłanką do poważnej debaty publicznej o roli i znaczeniu Urzędu Prezydenta w przyszłej polityce polskiej.

Naturalnym procesem ustanawiania podziału kompetencji pomiędzy władzą wykonawczą byłoby ustanowienie roli prezydenta jako osoby ponad wszelkimi podziałami partyjnymi, one bowiem dziś zdominowały polską scenę polityczną.

Warto tutaj także postawić pytanie, czy przy aktualnych zapisach w Konstytucji dotyczących podziału kompetencji w ramach naczelnych organów władzy państwowej, aktualny wybór prezydenta w wyborach powszechnych nie stoi w kolizji z jego dość ograniczonymi kompetencjami. Drogi rozwiązania problemu, jeśli taki występuje, a praktyka pokazuje, że tak, są dwie: rozszerzenie kompetencji prezydenta i ewentualne ich zbliżenie do zapisów konstytucji amerykańskiej lub francuskiej, lub zmiana trybu wyboru i powrót do formuły wyłaniania głowy państwa poprzez Zgromadzenie Narodowe, w formule określonej większości kwalifikowanej.
Ideałem byłoby doprowadzenie do szerokiej debaty politycznej, której efektem byłoby wspólne, rządzących i opozycji ustalenie, jak ma wyglądać rola prezydenta w przyszłości. Aktualny model polskiej prezydentury, stronniczej z natury, po przejęciu jej przez układ partii rządzącej, jest nie do akceptacji, ze względu na interes państwa i oczekiwania obywateli. Jego powielanie w następnych latach przyspieszać będzie degenerację państwa.
Najogólniej można wskazać, że kierunek prac nad alternatywnymi rozwiązaniami ustrojowymi powinien brać pod uwagę taki model wzajemnych relacji w układzie władzy wykonawczej, w którym prezydent pełni rolę autorytetu, ojca narodu, jest poza wszelkimi układami rodzącymi podejrzenia o stronniczość w procesach politycznych. Rodzi to również konsekwencje w określeniu roli rządu i premiera. Należy wrócić do odrzuconych już kilkanaście lat temu koncepcji premiera, jako gospodarza kraju, kanclerza. Ten model bez wątpienia byłby bliższy polskim obyczajom o doświadczeniom politycznym.

Możliwy do rozważania jest też model alternatywny, dający prezydentowi szerokie uprawnienia wykonawcze wraz z kierowaniem częścią polityki dotyczącej bezpieczeństwa i problemów międzynarodowych, co uzasadniałoby jego wyłanianie w wyborach powszechnych.

Głównym wyznacznikiem, ale i problemem polskiej sceny politycznej jest doprowadzenie do dominacji interesów partii politycznych i układów ekonomicznych reprezentowanych przez ponadnarodowe korporacje i banki. W wyniku trwającego od wielu lat procesu nastąpiła eliminacja ludzi, którzy swą osobowością i życiorysami zasługiwali na miano mężów stanu. Są oni na dalekich miejscach hierarchii politycznej, bowiem politykę zdominowały drobne sprawy i transakcje a nie trwała walka o interesy narodu. Trzeba to zmienić. W ramach postnowoczesności należy zdefiniować na nowo paradygmat władzy politycznej, przywrócić jej podstawowe powinności określane jako służba społeczna. Trzeba odrzucić zwykłe polityczne chuligaństwo jako styl sprawowania władzy i uprawiania polityki.

Wracając do sprawy wyborów prezydenckich osobiście jest mi bliższy pierwszy wspomniany model, co rodzi naturalne konsekwencje, aby wrócić do wyłaniana prezydenta przez Zgromadzenie Narodowe. W związku z aktualnym głębokim kryzysem polskiej prezydentury i niemożliwością dopełnienia standardów konstytucyjnych, rodzi się w najbliższym czasie naturalna okazja, aby w ramach ogólnonarodowego porozumienia wrócić do tej koncepcji dziś. Narastające konflikty społeczne grożą destabilizacją państwa. Czas nagli. Rozwiązań może być kilka, ale poddaję pod rozwagę następującą drogę i namawiam siły opozycji do podjęcia tego problemu:

– po pierwsze podjęcie debaty publicznej o możliwości zakończenia praktyki wyboru prezydenta Polski w wyborach powszechnych w momencie zakończenia kadencji prezydenta Andrzeja Dudy w sierpniu 2020 roku,

– po drugie opracowanie i poddanie pod osąd parlamentarny projektu ustawy konstytucyjnej, która określi na nowo tryb wyboru prezydenta przez Zgromadzenie Narodowe i dostosuje do niego zmiany w układzie kompetencji prezydenta i rządu RP,

– po trzecie opracowanie i poddanie pod osąd parlamentarny projektów innych ustaw wokółkonstytucyjnych, które pozwolą na odbudowę polskiego systemu politycznego poprzez m.in. wyeliminowanie zagrożeń związanych z patologiami demokratycznej praktyki rządzenia.

Wierzę, że przy woli politycznej, możliwe jest przeprowadzenie tego procesu w czasie dozwolonym przez obowiązujące prawo.

Łamanie prawa nie może pozostać bezkarne

Czy premier Mateusz Morawiecki wraz z Radą Ministrów staną przed sądem za faktyczne wprowadzenie stanu klęski żywiołowej niezgodnie z przepisami Konstytucji?

Epidemia koronawirusa stanowi sytuację nadzwyczajną. Analiza działań rządzących i regulacji wprowadzonych w związku z koronawirusem wskazuje, że z dniem 31 marca 2020 r. Rada Ministrów ogłosiła na terenie całego kraju stan klęski żywiołowej w formie stanu epidemii. Obowiązujące obecnie rozwiązania wprowadzają bowiem te same ograniczenia istoty praw i wolności, jak również szczególne zasady działania organów państwa, jak w okresie „modelowego” stanu klęski żywiołowej.
Zestawienie obecnych regulacji z przepisami dotyczącymi stanu klęski żywiołowej potwierdza, że jedynym motywem, jakim kierują się rządzący odmawiając formalnego wprowadzenia tego stanu jest kwestia nadchodzących wyborów prezydenckich – stwierdza Forum Obywatelskiego Rozwoju.
Obowiązujące restrykcje, ingerujące m.in. w istotę prawa do poruszania się czy wolności gospodarczej, mogą być wprowadzane jedynie w okresie stanu klęski żywiołowej. Przyjęcie ich bez przyznania, że mamy do czynienia z tym stanem, samo w sobie uzasadnia, że „zwykłe środki konstytucyjne nie są wystarczające”, co stanowi przesłankę do ogłoszenia stanu nadzwyczajnego. Tego rodzaju zaniechanie po stronie Rady Ministrów może się wiązać z odpowiedzialnością karną i konstytucyjną m.in. premiera.
Z każdym kolejnym dniem dowiadujemy się o kolejnych zakażonych koronawirusem i zmarłych na skutek COVID-19. Ograniczono obrót gospodarczy, przymusowo zamknięto sklepy, a wiele osób staje w obliczu utraty zatrudnienia. Sejm i Rada Ministrów pracują w trybie zdalnym, a wiele urzędów ograniczyło swoje zadania. To nie jest codzienność, jaką chcielibyśmy widzieć. Przeciwnie, panuje powszechne przekonanie, że „normalne” z punktu widzenia działania państwa i obywateli nie są ani stan epidemii, ani odpowiedź rządzących w postaci kolejnych regulacji.
To, czego jesteśmy obecnie świadkami, z pewnością odbiega od „normy” – zatem próbując ująć w ramy stan epidemii wywołany koronawirusem, nie wydaje się nadużyciem określenie go jako „sytuacji nadzwyczajnej”. Od samego początku rozwój pandemii cechuje się dużą niepewnością, a szacunki dotyczące liczby ofiar i zakażonych nadal obarczone są znacznym błędem. Obecna sytuacja ma też charakter nagły w tym znaczeniu, że przy dostępnych zasobach trudno było z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem przewidzieć wystąpienie epidemii.
Poza dyskusją pozostaje też fakt, że wysoce zakaźny koronawirus zagraża zdrowiu wielu mieszkańców oraz wpływa na kluczowe dziedziny życia. Najbardziej jaskrawym potwierdzeniem tego stanu rzeczy jest przeciążenie służby zdrowia czy też radykalne ograniczenie kontaktów skutkujące spadkiem aktywności gospodarczej.
Jako, że nie przedsięwzięto odpowiednich środków na wypadek wystąpienia epidemii – a gdy już do niej doszło, skierowano do jej ograniczenia znaczne zasoby państwa – działania faktyczne uzupełniły działania prawne. Naprędce przyjmowane kolejne „tarcze”, „specustawy” i rozporządzenia – przyznające rządzącym coraz to nowe uprawnienia, nakładające kolejne restrykcje czy odpowiadające na gospodarcze skutki koronawirusa – same w sobie także świadczą o wyjątkowości obecnej sytuacji.
Samo wystąpienie „sytuacji nadzwyczajnej” to jednak kwestia faktów, a nie prawa. Konkretne skutki w tej dziedzinie niesie za sobą dopiero wprowadzenie „stanu nadzwyczajnego”. Jego skutkiem jest nie tylko ograniczenie części praw, ale także przyznanie rządzącym szczególnych uprawnień, z których nie korzystają w „normalnym” okresie.
Konstytucja nie definiuje, czym jest stan klęski żywiołowej. W art. 232 wskazuje jedynie, że Rada Ministrów może go wprowadzić – na części albo na całym terytorium państwa – „w celu zapobieżenia skutkom katastrof naturalnych lub awarii technicznych noszących znamiona klęski żywiołowej oraz w celu ich usunięcia”. Domyślnie stan ten może obowiązywać nie dłużej niż 30 dni, jednak za zgodą Sejmu może być on wielokrotnie przedłużony, za każdym razem na czas określony.
Ogłoszenie stanu klęski żywiołowej – jako najmniej dolegliwego spośród trzech stanów nadzwyczajnych – zgodne z art. 233 ust. 3 konstytucji, uprawnia do ograniczenia następujących praw i wolności:
1) wolność działalności gospodarczej (art. 22);
2) wolność osobista (art. 41 ust. 1, 3 i 5);
3) nienaruszalność mieszkania (art. 50);
4) wolność poruszania się i pobytu na terytorium RP (art. 52 ust. 1);
5) prawo do strajku (art. 59 ust. 3);
6) prawo własności (art. 65);
7) wolność pracy (art. 65 ust. 1);
8) prawo do bezpiecznych i higienicznych warunków pracy (art. 66 ust. 1);
9) prawo do wypoczynku (art. 66 ust. 2).
Nie jest oczywiście prawdą, że z chwilą wprowadzenia któregokolwiek ze stanów nadzwyczajnych, także i stanu klęski żywiołowej, dochodzi do automatycznego unicestwienia wszystkich wymienionych praw i wolności. Rządzący, kierując się zasadami proporcjonalności i celowości, powinni każdorazowo odpowiednio wyważyć wartości i ingerować tylko w te prawa, których ograniczenie wydaje się konieczne w danej sytuacji. Przykładowo, nie ma najmniejszej potrzeby, by w czasie stanu klęski żywiołowej, np. powodzi, całkowicie zakazywać pracy zdalnej lub nakazywać wszystkim obywatelom udostępnienie swoich mieszkań dla służb walczących z żywiołem.
Kwestie stanu klęski żywiołowej reguluje ustawa z dnia 18 kwietnia 2002 r. o stanie klęski żywiołowej, która precyzuje tryb jego wprowadzenia i zniesienia, a także zasady działania organów władzy publicznej oraz zakres ograniczeń wolności i praw człowieka i obywatela w czasie jego obowiązywania. Zawiera ona również definicję „stanu klęski żywiołowej” (art. 3 ust. 1 pkt 1), która doprecyzowuje to nieostre pojęcie zamieszczone w konstytucji.
W konsekwencji tylko w okresie stanu klęski żywiołowej ustawa (i wydane na jej podstawie rozporządzanie) może ograniczać prawa i wolności określone w art. 233 ust. 3 Konstytucji RP ingerując w ich istotę. Jak wskazywano, w takim przypadku nie ma zastosowania domyślny mechanizm określony w art. 31 ust. 3.
Warto w tym miejscu porównać przepisy z ustawy z 2002 r. z pakietem rozwiązań stosowanych w okresie „stanu epidemii”. Obecnie, kwestie te regulują głównie trzy akty prawne:
1) ustawa z dnia 2 marca 2020 r. o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych (tzw. specustawa koronawirusowa);
2) ustawa z dnia 5 grudnia 2008 r. o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi; oraz
3) rozporządzenie Rady Ministrów z dnia 10 kwietnia 2020 r. w sprawie ustanowienia określonych ograniczeń, nakazów i zakazów w związku z wystąpieniem stanu epidemii – wydane na podstawie ustawy dotyczącej chorób zakaźnych.
Z dniem 31 marca 2020 r., kiedy weszło w życie pierwsze z rozporządzeń Rady Ministrów, w którym wskazano, że stan epidemii wywołanej koronawirusem wystąpił na obszarze całego kraju, a wobec tego nałożono na obywateli szereg restrykcji, doszło do spełnienia wymogów, jakie dla stanu nadzwyczajnego, w tym stanu klęski żywiołowej, wyznaczają przepisy konstytucji.
Oto bowiem ustawa z 2008 r. i specustawa koronawirusowa – przewidując wystąpienie „szczególnych okoliczności” w postaci stanu epidemii i reorganizując zasady działania organów państwa – upoważniły rząd do ogłoszenia tego stanu i ograniczenia praw i wolności pokrywających się z katalogiem zawartym w art. 233 ust. 3 Konstytucji RP.
Obowiązujące rozporządzenie w rzeczywistości narusza istotę niektórych praw, w tym prawa do poruszania się i pobytu na terytorium RP czy wolności działalności gospodarczej (w niektórych branżach), a tym samym wykracza poza „zwykłą” zasadę proporcjonalności z art. 31 ust. 3 konstytucji stosowaną poza okresem stanu nadzwyczajnego. Co więcej, obecny stan epidemii – w przeciwieństwie do stanu klęski żywiołowej – wprowadzono na czas nieokreślony, a nie na wymagany przez Konstytucję RP okres maksimum 30 dni.
Skoro jedynie w okresie stanu nadzwyczajnego władza może ingerować w istotę wskazanych wyżej praw i wolności – to tylko uznanie, że rzeczywiście mamy do czynienia z tym stanem, pozwoli na uwolnienie się rządzących z odpowiedzialności karnej lub konstytucyjnej.
Co z sytuacją, gdy ustawa zasadnicza wymaga wprowadzenia stanu klęski żywiołowej na 30 dni, a Rada Ministrów ogłosiła stan epidemii i wynikające z niego nakazy i zakazy bezterminowo? Wydaje się, że po okresie 30 dni (tj. po 29 kwietnia 2020 r.) rząd zobowiązany będzie zwrócić się do Sejmu o ewentualne przedłużenie stanu klęski żywiołowej w formie stanu epidemii. Zaniechanie tego obowiązku będzie się wiązało z koniecznością wyciągnięcia odpowiedzialności przede wszystkim od Prezesa Rady Ministrów.
Jakie motywy powstrzymują obecną władzę przed formalnym ogłoszeniem stanu klęski żywiołowej?. Nie należy do nich rzekoma groźba wypłacenia wysokich odszkodowań za szkody poniesione w wyniku wprowadzenia stanu klęski żywiołowej. Ewa Łętowska wskazała, że na gruncie obowiązującej ustawy z dnia 22 listopada 2002 r. o wyrównywaniu strat majątkowych wynikających z ograniczenia w czasie stanu nadzwyczajnego wolności i praw człowieka i obywatela, suma ewentualnych roszczeń będzie niewielka.
Wydaje się zatem, że jedyną okolicznością, która wstrzymuje rządzących przed przyznaniem, że mamy do czynienia ze stanem klęski żywiołowej, są nadchodzące wybory i wynikający z konstytucji obowiązek przesunięcia terminu głosowania.
Byłoby dobrze z punktu widzenia pewności prawa, gdyby kwestię obowiązywania zakamuflowanego stanu nadzwyczajnego zbadał niezależny sąd. Mógłby to uczynić np. Sąd Najwyższy, odpowiadając na pytanie prawne jednego z sądów powszechnych.
Podsumowując: obecny stan epidemii ma wszelkie cechy „sytuacji nadzwyczajnej”. Analiza rozwiązań prawnych związanych z zapobieganiem koronawirusowi i ich zestawienie z regulacjami Konstytucji RP uprawniają do sformułowania tezy, że z dniem 31 marca 2020 r. Rada Ministrów wprowadziła stan klęski nadzwyczajnej w formie stanu epidemii. Obecna sytuacja, poza ograniczeniem obowiązywania stanu epidemii do 30 dni, spełnia bowiem wszystkie konstytucyjne przesłanki ogłoszenia stanu klęski żywiołowej.
Jedynym motywem, jaki stoi za negowaniem przez rząd faktu wprowadzenia stanu klęski żywiołowej, są nadchodzące wybory i związany z tym obowiązek przełożenia ich na okres po ustaniu epidemii.

Wybory pod przymusem

Kilkukrotnie we wpisach podnosiłem problem obligatoryjnego uczestnictwa obywateli w wyborach władz publicznych. Rozwiązanie takie przyjęło kilka krajów europejskich. Powszechny i obowiązkowy udział w wyborach jest  jednym z filarów ustrojowych demokracji obywatelskiej. Jesteś obywatelem, jesteś członkiem wspólnoty – twoim obowiązkiem jest branie współodpowiedzialności za wybór tych, którym powierzamy kierowanie wspólnotą. Jasne, proste.

Tyle tylko, że taki obowiązek, będący – jak powiedziałem – jednym z filarów ustroju państwa, powinien być określony w Konstytucji.

Prawo i Sprawiedliwość zafundowało nam powszechny, obowiązkowy udział w wyborach prezydenckich. Tyle tylko, że to, co powinno być przedmiotem regulacji konstytucyjnej, przepchnięto zwykła ustawą, której projekt zgłosiła grupa posłów. Przepchnięto w trybie superekspresowym, przechodząc od razu do drugiego czytania, a więc bez dyskusji w komisjach problemowych. Tryb projektu poselskiego jest nagminnie nadużywany przez obecną większość parlamentarną. Projekty większości ważniejszych ustaw uchwalanych w ostatnich pięciu latach, chociaż pisane w rozmaitych ministerstwach lub w Kancelarii Premiera, wnoszone były do Laski Marszałkowskiej przez grupę posłów. Projekt poselski nie musi spełniać wielu wymogów, które, w imię zapewnienia najwyższych standardów legislacyjnych i spójności ustawodawstwa spełniać muszą projekty rządowe. Między innymi projekt taki nie podlega konsultacjom społecznym bądź zawodowym, nie jest opiniowany przez żadne z biur legislacyjnych (rządu lub Sejmu), nie musi zawierać opinii o zgodności z prawem Unii Europejskiej.

Dzisiaj cała Polska była świadkiem patologii, do jakiej doszło w polskim parlamencie. Najpierw, w trybie „inicjatywy poselskiej” procedowano projekt istotnie zmieniający ordynację wyboru Prezydenta RP. Projekt nie uzyskał większości, więc przepadł. Ale tylko na chwilę, gdyż bardzo szybko pojawił się nowy, o treści niemal identycznej, poselski projekt ustawy, który tym razem, czterema głosami rządzącej koalicji udało się przepchnąć. Powtórzę: chodzi o doniosłe regulacje o charakterze konstytucyjny, przyjmowane zwykłą ustawą, i to w ciągu kilku godzin, bez żadnych opinii specjalistów od prawa wyborczego, konstytucjonalistów czy legislatorów!

PiS, czego się dotknie, wszystko zamienia w … błoto. Tak też stało się ze szlachetną skąd inąd ideą obywatelskiego obowiązku wyborczego. Sejm uchwalił ustawę zmieniającą zasadniczo Kodeks wyborczy, nakładając na obywateli nie tylko obowiązek uczestnictwa w wyborach, ale również grożący surowymi karami (do 3 lat więzienia!) za „nieodebranie, lub zatrzymanie w domu pakietu wyborczego”. Większość sejmowa uchwaliła ją nie zaprzątając sobie głowy tym, czy nowa regulacja należycie zabezpiecza takie podstawowe prawa obywatelskie jak tajność wyborów i równość. Żadnej możliwości nie stworzono posłom opozycji, aby ci, sięgając po opinie ekspertów, utwierdzili się w tym, że nowe, rewolucyjne zasady nie otwierają dróg do manipulacji i oszustw wyborczych. Do łez przerażenia doprowadziła mnie kandydatka na wicepremiera, minister Emilewicz, która na pytanie dziennikarki, co z doręczaniem pakietu osobom, które nie zamieszkują na stałe pod adresem wskazanym jako miejsce stałego zameldowania odparła dziarsko: „Myśmy to też przewidzieli! Każda taka osoba będzie mogła (powinno być raczej: musiała. J.U.) udać się do stosownego urzędu i pobrać pakiet”. Udać się do urzędu i pobrać pakiet w dobie szalejącej epidemii, nie mając żadnej pewności, czy pakiety te i osoby je wydające wolne są od wirusa sars-cov-2! Z jednej strony rząd zamyka lasy przed obywatelami „w trosce o ich zdrowie”, a z drugiej zagania do urzędów – bo jak nie to 3 lata paki!

Obowiązek udziału w wyborach, określony w Konstytucji zatwierdzanej ostatecznie w ogólnonarodowym referendum to nie to samo, co wprowadzany zza węgła, nieczystymi metodami przymus wyborczy. Przymus w sytuacji, kiedy de facto nie toczy się żadna kampania wyborcza  i tylko jeden, jedynie słuszny kandydat ma do swojej dyspozycji rządowe stacje telewizyjne i radiowe, kiedy Polacy skupiają się na tym, czy będą nadal mieli pracę, czy będą mieli środki finansowe na życie, czy będą mieli zapewnioną opiekę zdrowotną w przypadku jakiejkolwiek choroby, czy wreszcie im samym uda się uniknąć zarażenia koronawirusem.

I w ten sposób jedna z najszlachetniejszych form demokracji obywatelskiej zmieniona zostaje przez PiS w farsę wyborczą, w kpinę z państwa i z jego obywateli. Dzisiaj PiS dokonało kolejnego, zbiorowego gwałtu na polskiej demokracji.

Zjednoczone stany nadzwyczajne

Koronawirus ożywił debatę konstytucyjną w Polsce. Polityce i komentatorzy (nawet z profesorskimi tytułami) wzięli się za wprowadzanie stanów nadzwyczajnych w Polsce. Jedni – opozycyjni – chcą stanu wyjątkowego, inni – rządowi – zaś uważają, że ustawa o zwalczaniu chorób zakaźnych wystarczy.

Jedni i drudzy nie mają racji. Najwięcej ma jej Klub Parlamentarny Lewicy, który chce stanu klęski żywiołowej. Dlaczego?

Konstytucja

W artykule 8 Konstytucji zawarty jest przepis, który nie pozostawia wątpliwości: „Przepisy Konstytucji stosuje się bezpośrednio, chyba że Konstytucja stanowi inaczej”. To jest napisane tak jasno, że nie są już potrzebne żadne inne ustawy. Konstytucja w art. 229-232 wyraźnie opisuje przesłanki wprowadzenia tych stanów. Zostawiam na boku stan wojenny, bo chwilowo (chyba, że w imaginacji niektórych polityków i magików internetowych) nie mamy do czynienia ze zbrojną napaścią na terytorium naszego państwa. Odłóżmy także na bok stan wyjątkowy, bo koronawirus nie zaatakował konstytucyjnego ustroju państwa, ani porządku publicznego.

Zostaje nam banalny stan klęski żywiołowej. Dość elastycznie pojmowany, nie musi obejmować całego kraju, być może niektóre województwa uwolnią się od niego szybciej, a w niektórych zostanie na długo. Spójrzmy choćby na mapę zachorowań: już dziś są na niej województwa słabo dotknięte epidemią (pomorskie, lubuskie, świętokrzyskie) i w nich – mam taka nadzieję – będzie można szybciej przystąpić do odbudowy. Jest także elastyczny czasowo. Rada Ministrów – za zgodą Sejmu, a jej uzyskanie nie nastręczy chyba rządowi kłopotu – może swobodnie określać czas trwania tego stanu, zarówno w skali kraju, jak i poszczególnych jego części.

Ale Konstytucja zawiera także pryncypialne zabezpieczenie praw człowieka i obywatela. W artykule 233 wyraźnie mówi jakie nasze prawa i wolności mogą być ograniczone. Wylicza je enumeratywnie, co oznacza, że żadne inne rozwiązanie nie wchodzi w grę. Nie ma wśród nich zakazu wstępu do lasu, ani mycia samochodów w myjniach – tak na marginesie. Konstytucja nie przewiduje także zakazu opuszczania kraju i zakazu powrotu do niego w dowolnym momencie. Ale i te ograniczenia, które przewiduje muszą mieć stosowne uzasadnienie, nie można – ot, tak sobie – wejść do czyjegoś mieszkania lub ukarać mandatem spacerującego bez celu obywatela. Z tego punktu widzenia szereg decyzji administracyjnych podejmowanych ostatnio ma słaba podstawę konstytucyjną. Być może dlatego, że twórcy Konstytucji (do których zalicza się nie tylko członków Komisji, byłem wśród nich, parlamentarzystów, ale i liczne tłumy autorytetów i ekspertów od stanów nadzwyczajnych) zakładali roztropność i dobrą wolę wszystkich ją stosujących. Ale – jak już wiemy z innych przypadków – w tym się akurat pomylili.

Jesteśmy, czuwamy

Skąd zatem te pomysły – zapyta czytelnik. Z prostego powodu, normalnie, na każdy pomysł byłaby zapewne reakcją z Konstytucją w ręku. Na ustawę o chorobach zakaźnych o taką reakcję trudno, bo jest ona napisana niespójnie, w nieprecyzyjnym, a czasem trudno zrozumiałym dla przeciętego obywatela języku. Rząd słusznie uważa, że nikt – przerażony apokaliptyczną wizją przyszłości – po nią nie sięgnie. Trzeba zatem być obecnym w tym przerażeniu, nie pytać o podstawy prawne i cel działania, tylko działać, komunikować, straszyć. W PiS-ie nikt nigdy nie zawracał sobie głowy czytaniem ustaw, liczyła się wola polityczna i to nie podlegająca wątpliwościom. Dlatego podejmujemy decyzje o godzinach sklepowych tylko dla weteranów, albo o zakazie wchodzenia do lasu (ograniczenie korzystania z dobra wspólnego), albo zamykamy fryzjera w Pipidówce (przepraszam wszystkie Pipidówki) mimo, że jej obywatele słyszeli coś o koronawirusie, ale tylko w telewizji. A Naród chwali rządzących, bo coś robią, są zdecydowani i widać, że rządzą. Po co, na co – to wyjaśnimy sobie później (jeśli ktoś zapyta).

Gorzej, bo obawiam się, że nikt z rządzących nie czytał nic o stanach kryzysowych, zarządzaniu nimi i logice towarzyszącej tym stanom. W dużym uproszczeniu możemy powiedzieć, że kryzys ma trzy fazy. Pierwszą – przygotowanie, przewidywanie i planowanie oblaliśmy. Podobno wywiad uprzedzał, ponoć ktoś, coś wiedział, a mimo to Minister Pinkas radził „lód do majtek”. Drugą kierowanie kryzysem zdajemy z trudem, raczej reagujemy (chyba coraz lepiej), ale nadal nie zapobiegamy. Trzecia najważniejsza – to odbudowa. Wtedy zobaczymy moc tego rządu i tego boi się Jarosław Kaczyński. Dodajmy, że razem z kryzysem zmieniają się nastroje społeczne. Najpierw lęk i przerażenie, potem wkurw, a następnie apatia lub bunt. Kiedy władza straszy, niech się nie dziwi, że zabraknie entuzjazmu niezbędnego do odbudowy. Tego też się boi Jarosław Kaczyński.

Kasa, Misiu, kasa

Odbudowa wymaga kasy. Potężnej. 220 mld, o których mówi rząd to de facto na waciki. Tysiące firm będzie musiało odbudować łańcuchy dostaw i sprzedaży, miliony ludzi odbudować warsztaty pracy. Tu nie wystarczą pożyczki i kredyty, ani apele o wysiłek. Nie pomogą mandaty ściągane za przypadkowe spotkanie znajomych i zatrzymanie się, aby zapytać co słychać. Trzeba będzie ciąć wydatki, także socjalne. Przeżywałem to w 2002 roku, a widmo „starego portfela” emeryckiego będzie ciążyć do końca mojego życia. Czy ta władza ma wystarczającą legitymację do takiej polityki? Oto jest pytanie. Ci wszyscy beneficjenci 500+, 13-tki, 14-tki będą poszukiwać nowej reprezentacji politycznej. Jarosław Kaczyński też się tego boi.

A przy okazji drobiazg, dedykowany głosicielom poglądu, że rząd nie chce wprowadzić stanu klęski żywiołowej, bo musiałby płacić obywatelom odszkodowania. Otóż jest w tej sprawie specjalna ustawa wydana na podstawie upoważnienia konstytucyjnego (z dnia 22 listopada 2002r.). Powiada ona, że obywatelowi poszkodowanemu w czasie stanu nadzwyczajnego należy się odszkodowanie w wysokości poniesionej straty. Jak nie ma takiego stanu, to obywatelowi należy się odszkodowanie nie tylko z tytułu poniesionej straty, ale także z tytułu utraconych korzyści (rozstrzyga to Kodeks Cywilny). A więc tym bardziej trzeba wprowadzić stan klęski żywiołowej. Ale, aby to wiedzieć trzeba coś czytać. Siedzicie w domu – czytajcie!

Kto tu jest szalony?

Jarosław Kaczyński nie jest szaleńcem – muszę zacząć od zaprzeczenia popularnej tezie polskich opozycjonistów dziwujących się, że ktoś znów miał czelność ich ograć w grze politycznej.

Jeszcze kilka tygodni temu, gdy wprowadzano pierwsze różnorakie obostrzenia, zamykano granice i władza mówiła frazesy o kierowaniu się troską o obywateli, znakomita część opozycji (szczególnie lewicy z naszej bańki, co zauważył na portalu Strajk.eu Bojan Stanisławski) chwaliła PiS za rozsądek, umiejętność przewidywania i dobre serduszka. Opozycja parlamentarna na gwałt przyklepywała specjalne uprawnienia związane z epidemią. No cóż – za tchórzostwo się płaci; gdyby tego nie robiła, PiS dzisiaj, chcą walczyć wirusem, musiałby wprowadzić któryś ze stanów nadzwyczajnych, co z automatu oznacza przeniesienie wyborów na inny termin. Jeśli więc komuś zawdzięczamy możliwość farsy wyborczej, na którą się zanosi, to nie zapominajmy o naszych sejmowych patałachach.


Powtarzam, Kaczor nie jest szaleńcem. Ta niekoronowana głowa państwa rozumuje w kategorii walki o władzę, co wielokrotnie udowodnił, a zostało pięknie opisane w historii politycznej III Rzeczpospolitej. Nietrudno więc się domyślić, że wprowadzanie jakiegoś rodzaju ‘’stanu nadzwyczajnego’’ jako ‘’pierwsi w Europie’’ (co było propagandowo podkreślane) – nawet jeśli słuszne – wynikało przede wszystkim z przyczyn politycznych. Stan kryzysu i niepewności zawsze, przynajmniej na jakiś czas, wzmacnia aktualną władzę. Tego czasu starczy do obsadzenia Andrzejka pod żyrandolem, a potem się zobaczy.


Przeciętny oglądacz mediów ma wrażenie, że gdy ludzie zaczynają tracić pracę i dochody, a przyszłość staje się niepewna, zamknięci w swoim świecie politycy odprawiają jakieś szopki. W takim chaosie również zyskuje władza, bo to personalne rozgrywki i medialne pyskówki przyciągają uwagę mediów, a nie np. różne projekty składane przez opozycję. Ta ostatnia zaś nie wycofała kandydatów w wyborach (Kidawa-Błońska ‘’zawiesiła’’ kampanie, ale to raczej ze względu na fatalną kampanię i spadające sondaże), ani np. nie dogadała się, że zostaje jeden (w razie, gdyby PiS jednak chciał wybory przeprowadzić) więc można mieć wrażenie, że przecież oprócz spotkań ulicznych (na które rzadko kto przychodzi) kampania toczy się normalnie. Krótko mówiąc, znów zachowała się bojaźliwie.


W ramach owej szopki Jarosław Gowin nie ciesząc się na wybory zgłosił pomysł zmiany Konstytucji wydłużający urzędowanie Prezydenta o 2 lata i wprowadzając jednokadencyjność. Taka zmiana wymagałaby poparcia opozycji. W Konstytucji jednak czytamy, że Pierwsze czytanie projektu ustawy o zmianie Konstytucji może odbyć się nie wcześniej niż trzydziestego dnia od dnia przedłożenia Sejmowi projektu ustawy. Czyli jeśli w poniedziałek projekt wpłynie, Sejm będzie mógł za nim zagłosować dopiero za miesiąc, kilka dni przed wyborami. Potem Senat i podpis Prezydenta. Teoretycznie można zdążyć. Zarazem PiS szykuje nowelizację kodeksu wyborczego, która umożliwi wybory korespondencyjne. Tutaj też zdąży, nawet jeśli Senat przetrzyma ustawę. Opozycja ma więc chwilową władzę – może rozstrzygnąć czy Andrzej Duda będzie Prezydentem przez 5 (wybory) czy przez 2 lata (zmiana Konstytucji). PO i Lewica już jednak zadeklarowały, że zmian w Konstytucji nie poprą.

Jak PiS podpala Polskę

PiS nie ma większości konstytucyjnej, ale i tak próbuje dokonać nieformalnej zmiany konstytucji według własnych oczekiwań. Na naszych oczach dokonuje reinterpretacji norm konstytucyjnych, wywodzonych z ogólnych przepisów ustawy zasadniczej.

Historia ostro ruszyła z miejsca. Po październikowych wyborach parlamentarnych Polska stała się krajem permanentnego ostrego konfliktu wewnętrznego: między większością pisowską , a opozycją parlamentarną trwa zimna wojna domowa, polegająca na dążeniu PiS per fas et nefas do zmiany ustroju państwa metodą nieformalnych zmian natury konstytucyjnej. PiS nie dysponuje w Sejmie większością konstytucyjną (co najmniej 2/3 głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów),mimo wielkiego zaangażowania sił i środków w minionych kampaniach wyborczych.

Zamach na konstytucję

PiS dysponuje w Sejmie samodzielną większością 235 mandatów. Niestety, przewagę tę wykorzystuje do podejmowania działań, których celem w istocie rzeczy jest zmiana ustroju Rzeczypospolitej. Polega to m.in. na zmianie linii propagandowej, dotyczącej samej Konstytucji. Pamiętamy przecież ataki prawicy i kościoła hierarchicznego na jej wartości i przepisy („nie ma w niej Boga”). Pamiętamy również , jak politycy prawicy przy każdej nadarzającej się okazji zapowiadali zmianę konstytucji. Towarzyszyła temu ostra krytyka konstytucyjnych wartości ustrojowych. Do tego typu akcji należy zaliczyć decyzję kuratorki małopolskiej, która spektakularnie zakazała czytania w szkołach (nawet po lekcjach) tekstu Konstytucji, a w szczególności jej uroczystej preambuły. W strukturze małopolskiego systemu edukacji publicznej Konstytucja została uznana za akt wrogi, nie zasługującym na jej upowszechnianie!

Powiało anarchią i grozą (kłania się art. 127 par.1 Kodeksu karnego p.t. Zamach stanu : Kto, mając na celu/…/zmianę przemocą konstytucyjnego ustroju Rzeczypospolitej Polskiej, podejmuje w porozumieniu z innymi osobami działalność zmierzającą do urzeczywistnienia tego celu, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 10, /../”. Powstaje pytanie, czy zakaz czytania Konstytucji w szkołach to już przymus, przemoc, wyciągnięcie „zbrojnego ramienia” prawicy przeciwko obowiązującemu porządkowi konstytucyjnemu III RP, czy tylko taka opinia zabłąkanej kuratorki? Ciekawe, co by orzekł niezawisły sąd?
Jednakże wobec masowej obrony ustawy zasadniczej PiS zmienił swą taktykę: przestał propagandowo atakować samą Konstytucję, natomiast każdą uchwaloną przez siebie ustawę z góry ogłaszał jako „zgodną z Konstytucją”, wspomagając się niedopuszczalną reinterpretacją pojęć konstytucyjnych. Zaczęło się od niepublikowania wyroków Trybunału Konstytucyjnego przez Szydło i Kempę, następnie pod nóż poszła Krajowa Rada Sądownictwa, aby ułatwić PiS zaatakowanie po raz kolejny ustroju Sądu Najwyższego i orzekających tam sędziów.

A tak na marginesie: w ostatnich wywiadach, udzielanych prasie zagranicznej, premier Morawiecki wskazuje na ideowe związki obecnych sędziów z ich „komunistycznymi” mentorami. Swego czasu zastanawiałam się, ilu byłych członków i sympatyków Ligi Republikańskiej, których ideowym przewodnikiem jest znany antykomunista Mariusz Kamiński (mający „piękną kartę opozycyjną”, długo popierany przez PO-PiS). Pod koniec lat 90.w Warszawie krążyły słuchy, że entuzjaści Ligi Republikańskiej wydorośleli i po studiach zasilili organy wymiaru sprawiedliwości. Ale może to nieprawda?

Dla mnie nie ulega wątpliwości, że dziś w Polsce mamy do czynienia z dokonywaniem nieformalnej zmiany Konstytucji, polegającej przede wszystkim na reinterpretacji norm konstytucyjnych, wywodzonych z ogólnych przepisów ustawy zasadniczej. Podam popularny przykład: niedawno Antoni Macierewicz komentował przepis art. 38 Konstytucji, który brzmi: „Rzeczpospolita Polska zapewnia każdemu prawną ochronę życia”. I tyle. Macierewicz, reinterpretując ten przepis dodał: „od poczęcia do naturalnej śmierci, tak jak mówi nasza Konstytucja”. Otóż Konstytucja tak nie mówi, mało tego – jako członek Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego pamiętam, że w intencji ustrojodawcy nie leżała taka interpretacja przepisu art. 38 Konstytucji. Dziś PiS chce zaostrzenia przepisów antyaborcyjnych i przygotowuje do tego ideologiczny grunt. Warto w kontekście tym przypomnieć, że kiedy lewica w II kadencji Sejmu złagodziła przepisy ustawy o dopuszczalności przerywania ciąży, Trybunał Konstytucyjny w składzie z 1997r potrafił „wyinterpretować” nawet z Konstytucji z 1952r. zasady, których w niej nie było i stworzyć prawno-ideologiczną podstawę dla osławionego „kompromisu aborcyjnego”. Nauka nie idzie w las.

Wojna z sądami

15 stycznia 2020 r. toczyła się w Senacie debata dotycząca ustawy kagańcowej. Włączył się w nią na koniec minister pisowskiej sprawiedliwości – Zbigniew Ziobro, który tym razem nie ukrywał, że projekt ustawy jest w istocie rzeczy projektem rządowym, a nie jak według zgłoszenia – poselskim. Prawica omija w ten sposób art. 123 Konstytucji, która – w przypadku projektów ustaw dotyczących ustroju i właściwość władz publicznych – nie dopuszcza możliwości zastosowania trybu pilnego. W takim przypadku prace nad nowymi przepisami muszą się toczyć z uwzględnieniem procedur konsultacyjnych, wyjaśniających, eksperckich. A jak wiadomo – ustawa ta przeszła przez Sejm błyskawicznie. Ziobro, dość cynicznie uzasadniał powód przygotowania „ustawy kagańcowej” (wola zapobieżenia z jednej strony „anarchizacji” sądownictwa, a z drugiej „sędziokracji”). W fazie zadawania pytań bohatersko „opuścił” zaciekawioną izbę i przekazał pałeczkę znanym nam wiceministrom sprawiedliwości, których postawa od dawna poraża gotowością do wtłaczania w system prawny RP największych szalbierstw w historii polskiej myśli prawniczej – z wyłączeniem, co rzecz oczywista, okresu stalinowskiego.

Przy okazji znów się okazało, że Ziobro w styczniu 2020 r. nadal walczy w Polsce z „komunizmem”. W ministerialnym wystąpieniu Ziobry hasło to pojawiało się wyjątkowo często. Posłużyło dwojakim celom: z jednej strony tradycyjnie – za obelgę, której celem są degradacja i poniżenie przeciwnika politycznego, a z drugiej – za słowo-wytrych, które zaświadcza, że hasła „komunizm” i „postkomunizm” obejmują dziś wszystko, co nie leży w obecnym politycznym interesie „zjednoczonej prawicy”. Dzięki prawicowej propagandzie część społeczeństwa polskiego żyje w politycznej fatamorganie, która z jednej strony nasyca przestrzeń publiczną językiem zemsty i nienawiści, a z drugiej – w przemówieniach prawicowych polityków znajduje odległą od rzeczywistości uspakajającą ułudę. Kilka dni temu w Starachowicach, prezes PiS – zagubiony we własnych kompleksach i uprzedzeniach – bredził coś o kolejnym ataku na polską suwerenność i niepodległość. Oczywiście ze strony Unii Europejskiej. Należy się dziwić, że nie ogłosił powszechnej mobilizacji.

Drugim wydarzeniem godnym zapamiętania z 15 stycznia była dyskusja w Parlamencie Europejskim nad projektem rezolucji w sprawie praworządności w Polsce i na Węgrzech. W czasie tej debaty deputowani PiS zademonstrowali swą niezwykłą bojowość, znaną nam z minionych potyczek sejmowych. Na szczęście obyło się bez „zdradzieckich mord” i bez okrzyku o „tych pieniądzach, które nam się po prostu należą”, choć Kempie, Szydło, Brudzińskiemu i dr Jakiemu złości nie brakowało. Na tle innych ich wystąpienia raziły stylem i poziomem, a także budziły żal, że Polska – kraj pełen mądrych, pięknych duchowo ludzi, w PE ma i taką reprezentację. Patrzyłam na „te krzyczące”, słuchałam i chwilami było mi zwyczajnie wstyd: oto w 2020 r. objawił się Europie polski zaścianek – ciemny, ciasny, krzykliwy, pełen zacietrzewienia.

Klimat wystąpień polityków PiS skojarzył mi się tego dnia ze sceną, opisaną w VII księdze Mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza”, w której szlachta zaściankowa naradzała się w sprawie zajazdu (napaści) na Soplicowo. Wśród radzących był Maciek „ochrzczony Kropicielem”, od wielkiej maczugi, którą z sobą nosił (zwanej przewrotnie Rózeczką ).
„Zabrał głos, wymawiając z wolna każde słowo
Z przestankiem i przyciskiem: „A głupi! A głupi!
A głupi wy! /../To póki o wskrzeszeniu Polski była rada,
O dobru pospolitym, głupi, u was zwada?
Nie można było, głupi, ani się rozmówić,
Głupi, ani porządku, ani postanowić /../ Precz stąd, bo jakem Maciek …”i.t.d
Przydał by się nam dziś taki Kropiciel, który wobec wszystkich tak obradujących, jak niegdyś litewski zaścianek , umiał zawołać „A głupi wy!” Dla porządku przypomnę, że „Pan Tadeusz, czyli ostatni zajazd na Litwie” pisany był przez wieszcza w latach 1832-1834.

Po przyjęciu przez Parlament Europejski rezolucji w sprawie praworządności w Polsce i na Węgrzech (446 głosów za, 178 przeciw, 41 wstrzymujących się), w czasie kampanijnych wystąpień rozgrzewał się własnymi słowami Andrzej Duda. Stroił przy tym – jak zwykle – groźne miny oburzonego wojownika, co robiło dość groteskowe wrażenie.

Zauważyłam jednak ze zgrozą, że w czasie podróży wyborczej Dudy część z tych teatralnych, szczujących wystąpień wygłaszana jest w obecności uczniów z miejscowych szkół: czyżby śpiewające Koła Gospodyń Wiejskich już nie wystarczały?

Polską prawicę charakteryzuje nie tylko brak kompetencji europejskich, ale również brak zdolności do życia we wspólnocie narodowej, z natury rzeczy zróżnicowanej, składającej się z grup społecznych, mających różne doświadczenia, różne potrzeby, talenty i perspektywy rozwojowe, różne poglądy polityczne i światopogląd.

Zabójczy antykomunizm

W kontekście tej refleksji zastanawiam się nad momentem, w którym ta nasza III RP zaczęła się wyraźnie sypać? Okupiona na początku licznymi wyrzeczeniami ludzi pracy najemnej, którzy w okresie przemian ustrojowych płacili bezrobociem, utratą pozycji społecznej i pewności jutra. Na naszych oczach padały bezgłośnie twierdze wielkoprzemysłowej klasy robotniczej, górę brał doktryner, ksiądz, złodziej i cwaniak. W sferze polityczno-historycznej delegalizowano wysiłek kilku dziesiątek lat ludzi najemnej, inteligencji, twórców . Z woli nowych zwycięzców nie mieli racji i tak też ich traktowano. Paradoksem historii było, że chłoporobotnik Lech Wałęsa w dniu swego prezydenckiego zaprzysiężenia w 1990 r. to z rąk Ryszarda Kaczorowskiego przejął insygnia władzy prezydenckiej II RP! Nie chciał mieć nic wspólnego z państwem robotników i chłopów, czyli z PRL. Kilka lat później, w 1997 r., namawiał do odrzucenia w referendum nowej Konstytucji, bo bardziej podobał mu się system prezydencki. Dziś nie zdejmuje koszulki z napisem KONSTYTUCJA. Chichot historii.

Komentował to już dawno prof. Andrzej Walicki w wywiadzie dla lewicowego „Przeglądu” w 2013 r.: ”Nowa państwowość określiła się jako bezpośrednia kontynuatorka Polski sanacyjnej, Polska symbolicznie wróciła do 1939 r., redukując PRL do czarnej dziury w dziejach narodu /…/ III RP od początku budowano na fundamencie antykomunizmu, nadając jej charakter prawicowo-konserwatywny. Odrzucano ideę pojednania narodowego bliską liberalnej demokracji”.

I choć Aleksander Kwaśniewski w 1995r próbował to zmienić swymi hasłami wyborczymi „Wybierzmy przyszłość” i „Wspólna Polska”, to nowe elity takiej Polski nie chciały. One w dalszym ciągu żywiły się antykomunizmem i na tym gruncie pogłębiały podziały społeczne. Nic dziwnego, że ludzie przestali ufać politykom, przestali ufać sobie, a solidarnościowe elity wyciszały niezadowolenie ludzi ogłupiającym wzmożeniem religijnym i kultem Jana Pawła II. W kontekst ten wpisuje się pamiętne stwierdzenie Ewy Milewicz na łamach „Gazety Wyborczej”, że SLD wolno mniej. Jako polityk tej partii zadawałam sobie wówczas pytanie, w takim razie komu wolno więcej? Dlaczego „Gazeta Wyborcza” ludziom takim, jak ja, wyznacza miejsce w szeregu? Dlaczego ja w Polsce nie mogę mieć racji?

Później mieliśmy „aferę Rywina”, która wstrząsnęła systemem politycznym III RP, zadając mu ciosy nie do odrobienia. Dziś okazuje się także, że chroniony przez wolne media wizerunek papieża , który w czasie swych pielgrzymek po Polsce zbierał nieprzebrane tłumy, okazuje się rdzewieć. Papież Polak nie zmienił oblicza „tej ziemi” tak, aby uchronić ją od przestępstw seksualnych księży, nie dostrzegał głębokiej demoralizacji kleru, począwszy od Marciala Maciela Delgolado, na księdzu Jankowskim skończywszy. Nie przestrzegał swoich gorących wyznawców przed sięganiem po kłamstwo, które jest dziś wszechobecne w polityce polskiej.
Dziś elity III RP mogą odetchnąć: mamy w końcu rządy tych, którym zawsze wolno było więcej. Przyglądam się temu, co wyczynia z polskim wymiarem sprawiedliwości Z.Ziobro i trójka jego wiceministrów („zespół mały, ale zgrany”). Znów wieje grozą. Obawiam się, że nawet perspektywa wywołania w kraju rozruchów nie przyhamowałaby jego ustrojowego awanturnictwa. Pamiętam przecież, jak paskudnie zareagował z trybuny sejmowej na śmierć Barbary Blidy, w kilka godzin po jej tragicznej śmierci, wywołanej próbą spektakularnego zatrzymania jej przez policję i prokuraturę w rodzinnym domu w Świętochłowicach. Pamiętam również, że wśród przedstawicieli nowych elit znajdują się i tacy, zdaniem których zmiana ustroju państwa nie przypieczętowana krwią przegranych, nie świadczy o wybraniu drogi właściwej.

Zakłamana historia

Dlaczego tak właśnie sądzę? Bo zwracam uwagę na tradycje, które na oczach wszystkich kultywuje rządząca pisowska oligarchia: kult „żołnierzy wyklętych” (czyli Łupaszki, Ognia i im podobnych), czyli kult nawiązujący do czasów, w których Polak strzelał do Polaka. Przypomnę tylko, że po zakończeniu II wojny światowej do 1948 r w wojnie bratobójczej zginęło jeszcze 100 tys. ludzi! Premier składa też wieniec na grobie członków Brygady Świętokrzyskiej, którzy z Polski uciekali razem z hitlerowcami. Mówi, że w 1968 r. Polski nie było, a jednocześnie nawiązuje do czasów, w których na polskich uniwersytetach działali antysemiccy pałkarze, a władze państwowe wprowadzały na uczelniach numerus clausus.

Nie podobają mi się kłamstwa Morawieckiego, podobnie, jak nie podobają mi się kłamstwa Putina, który dopiero co święcił tryumfy w Jerozolimie (swoją drogą – jak te autorytaryzmy są do siebie podobne). Obserwowałam przebieg uroczystości w Jerozolimie, w czasie których przemawiali ważni na świecie politycy. Na podium, uroczystościom towarzyszyła również orkiestra, podkreślając muzyką nastrój doniosłego wydarzenia. A mnie przypominał się wówczas musical„Skrzypek na dachu” i zapisana w nim historia pogromów, organizowanych jeszcze w carskiej Rosji przez lokalnych policmajstrów. W każdym razie Anatewkę przymusowo opuszczali Żydzi, pełni rozpaczy i żalu…. Szkoda, że Mosze Kantor nie zatroszczył się o przypomnienie w czasie tej uroczystości motywów muzycznych musicalu, znanego na całym świecie.

Putin na temat Polski kłamie, aby zamazać wydźwięk i skutki układu Mołotow-Ribbentrop oraz uwznioślić wojenną ofiarę własnego narodu. Morawiecki kłamie, aby część narodu polskiego pozbawić historii, honoru i szacunku. Trzeba było dopiero niesprawiedliwej dla nas wymowy przemówienia Putina na uroczystości w Jerozolimie, abypPrezydent Duda powiedział, że w czasie II wojny światowej żołnierze polscy bili się o naszą niepodległość na różnych frontach, a na Berlin szli i ginęli razem z żołnierzami Armii Czerwonej. Szkoda, że Prezydent RP nie zareagował, jak polityczna hołota niszczyła warszawski pomnik generała Zygmunta Berlinga.

W nowy rok – 2020 – rządy prawicy przeniosły wszystkie nie rozwiązane polskie problemy.