Są jeszcze sędziowie…

PiS-owska władza jest konsekwentna. Działalność w obronie Konstytucji
i zasad trójpodziału władzy nie może pozostać bez kary.

W 2017 r. w Polsce w ramach pakietu zmian prawnych dotyczących sądownictwa stworzono system dyscyplinarny, który miał zapewnić podporządkowanie sędziów woli politycznej.
Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia” opracowało kompleksowy raport, opisujący przypadki represji władz wobec niezależnych polskich sędziów. W raporcie opisano różnego rodzaju działania, jakie zostały już podjęte, wobec dwudziestu jeden polskich sędziów. Raport sporządził sędzia Jakub Kościerzyński.
– Metody działania rzeczników dyscyplinarnych Piotra Schaba, Michała Lasoty i Przemysława Radzika, których na tych stanowiskach obsadził Zbigniew Ziobro, pokazują, że na ich celowniku znaleźli się sędziowie broniący niezależności sądownictwa – komentuje prezes Iustitii prof. Krystian
Markiewicz.
Wzięto na celownik sędziów, którzy sprzeciwiali się niekonstytucyjnym zmianom w wymiarze sprawiedliwości.
Pretekstów może być wiele: wypowiedź publiczna, założenie koszulki z napisem „Konstytucja”, zwrócenie się do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z pytaniem prejudycjalnym, wydanie orzeczenia nie po myśli prokuratury lub władzy politycznej.
Postępowania dyscyplinarne to bynajmniej nie jedyne represje, jakie dotykają sędziów, którzy domagają się przestrzegania zasad praworządności w Polsce przez pozostałe władze. Takim sędziom likwiduje się wydziały i stanowiska bądź zmienia zakres czynności, by musieli orzekać w sprawach, z którymi wcześniej nie mieli styczności. Wtedy łatwiej o potknięcie i pretekst do postępowania dyscyplinarnego.
Najnowszym wydarzeniem, które wskazuje na polityczne podłoże działań nominowanych przez Zbigniewa Ziobrę prezesów, jest niedawna decyzja prezesa warszawskiego sądu Macieja Mitery, powołanego na tę funkcję przez Zbigniewa Ziobrę dotycząca sędziego Łukasza Bilińskiego. Sędzia Biliński rozpoznawał sprawy dotyczące uczestników obywatelskich manifestacji, wyrażających sprzeciw wobec polityki obecnego rządu, także w obszarze wymiaru sprawiedliwości. Wyroki uniewinniające demonstrantów, wydawane przez tego sędziego, spotykały się z krytyką ważnych polityków partii rządzącej. Prezes Maciej Mitera z dniem 1 lipca br. przeniósł zatem sędziego Bilińskiego, jako jedynego sędziego wydziału karnego, do wydziału rodzinnego.
Publikacja raportu zbiega się z wizytą w Polsce prezesa Amerykańskiego Stowarzyszenia Prawników Boba Carlsona. Amerykańskie sądownictwo może nie grzeszy jakością – ale na pewno jest niezależne.
– Mam nadzieję, że nasze amerykańskie koleżanki i koledzy będą wskazywać polskim władzom, że tylko niezależne sądownictwo może gwarantować dobre relacje ekonomiczne między naszymi krajami – mówi prezes Iustitii.
Represje dotykają też prokuratorów – jak ostatnio, czasowe zdegradowanie i przeniesienie prokuratora Mariusza Krasonia z Krakowa do Wrocławia.
Prokurator Krasoń z Prokuratury Regionalnej dowiedział się, że decyzją Prokuratora Krajowego Bogdana Święczkowskiego zostaje w trybie natychmiastowym oddelegowany do wrocławskiej Prokuratury Rejonowej (czyli o dwa szczeble niżej). To on właśnie był inicjatorem przyjęcia przez krakowskich prokuratorów uchwały, krytycznej wobec upolityczniania wymiaru sprawiedliwości.
Dziś w Polsce taka działalność stanowi poważne przewinienie. Prokuratora Krasonia spotkała zatem zasłużona kara. Przeniesienie jest na pół roku, więc zgodnie z przepisami nie wymagało zgody przenoszonego.
W miarę potrzeby, jeżeli prokurator Krasoń się nie uspokoi, takie półroczne delegacje będą mogły być powtarzane. W Polsce jest przecież wiele Prokuratur Rejonowych, w których Krasoń jeszcze nie pracował.
Podobnych spraw jest więcej, nie o wszystkich wiadomo, niektóre są we wstępnej fazie. Raport daje jednak pewne pojęcie na temat skali szykan, jakie dotykają sędziów dlatego, że domagają się przestrzegania Konstytucji przez pozostałe władze. Kto ma sądy, ma już władzę absolutną. Są jeszcze sędziowie w Polsce (i prokuratorzy też), którzy stoją na straży praw i wolności obywatelskich zapisanych w Konstytucji. Nie godzą się na pozbawienie obywateli prawa do sprawiedliwego procesu przed bezstronnym i niezawisłym sądem. Ale co będzie, gdy ich zabraknie?

Konstytucja art. 20 My, socjaliści

Konstytucja przyjęta w 1997 roku dość jednoznacznie w artykule 20 określa ustrój gospodarczy naszego kraju: „Społeczna gospodarka rynkowa oparta na wolności działalności gospodarczej, własności prywatnej oraz solidarności, dialogu i współpracy partnerów społecznych stanowi podstawę ustroju gospodarczego Rzeczypospolitej Polskiej”.

W dobie wyborów trzeba to przypominać, bowiem panuje „wolna amerykanka” w radosnej twórczości obietnic i populistycznych zapędów kandydatów, jak i ugrupowań. Upowszechniło się twierdzenie, że najważniejsze, to ładnie obiecać. Później, po wgranych wyborach się zobaczy. Zakłada się, że udana kampania zaciera pamięć, a głównym zadaniem elektoratu jest pójście do wyborów, reszta demokratycznych procedur i obowiązków nie ma znaczenia.
Społeczna gospodarka rynkowa w Konstytucji z 1997 roku należy do tej grupy zapisów, które nigdy nie ujrzały światła dziennego w legislacyjnej i bieżącej działalności kolejnych rządów RP do dnia dzisiejszego. Jeden z premierów już po roku 2000 zauważył odkrywczo, że do ideałów trzeba dążyć, a na pytanie, co zmierzacie w tej sprawie zrobić, wzruszył ramionami. Zapamiętałem to, ponieważ Rada Naczelna PPS, w związku z lekceważeniem tego i wielu innych zapisów z obowiązującej Konstytucji, powołała już w roku 2004 Komitet Obrony Konstytucji. Rozpoczął on pracę, ale rządząca wówczas lewica nie wyraziła zainteresowania tą inicjatywą, choć bliźniaczą w roku 2016 podjęła z ochotą, bowiem dotyczyła innego obszaru problemów – praw człowieka.
Obszar gospodarczy, nawet przy ewidentnej kolizji konstytucyjnej, był i jest poza debatą publiczną, tutaj mimo zmian rządził Balcerowicz i jego ludzie. Wynika to z samej doktryny neoliberalnej, która mimo wielu protestów, wątpliwości i ewidentnego oszustwa solidarnościowych liderów transformacji w 1990 roku, weszła w życie i zdominowała polską myśl polityczną i gospodarczą. Jak pamiętamy prywatyzowano bez umiaru, szczególnie strategiczne sektory gospodarki. Rynek i jego wilcze prawa zdominował także politykę. Wyłączono całe obszary demokracji uznając je za nieobjęte prawami społecznego wpływu na ich kształt i rozwój.
Tak stało się ze służbą zdrowia, która oparta została na dogmacie rynkowej wartości życia i zdrowia ludzkiego. Nie dobro człowieka, ale jego rynkowa wartość decydują dziś o relacjach społecznych i międzyludzkich.
Od roku 1997 mamy do czynienia z ewidentną sprzecznością pomiędzy realizowanym w praktyce systemem społeczno-gospodarczym a zapisem Konstytucji. Nikogo to nie zastanawia, nikogo nie boli, media nabrały odpowiedniego dystansu do tej sprawy, choć w przypadku wielu innych spraw dotyczących Konstytucji i łamania prawa jest głośno. Również kolejne rządzące ekipy nie podejmują tematu…
Rządząca dziś koalicja prawicowa podjęła działania dotyczące obniżenia poziomu rozwarstwienia społecznego – jest to jednak ruch cząstkowy, choć we właściwym kierunku. To dopiero pierwszy krok. Nie wiemy czy zmierzać to będzie w stronę realizacji zapisu konstytucyjnego i będzie mieć ciąg dalszy w zmianie polityki społecznej, czy też należy do działań marketingowych napędzających głosy w kolejnych wyborach. Jeśli tak, to mamy do czynienia z klasyczną korupcją polityczną nazywaną niekiedy kupowaniem głosów. Trudno nie wspomnieć o skutkach dla budżetu. Na rzetelne oceny tych działań jest jeszcze za wcześnie, pojawia się zbyt wiele sprzecznych informacji i opinii.
Za kilka miesięcy odbędą się wybory parlamentarne. Ruszyła już giełda pomysłów i programów ze sfery marketingu politycznego, które mają przekonać wyborców do pójścia do urn i oddania głosu na to „właściwe ugrupowanie”. Poszukuje się programów i rozwiązań ze sfery szczególnie społecznej, które trafią do ludzi.
Lewica, socjaliści, PPS mają jedyną szansę, aby w najbliższym czasie, w majestacie prawa głosić i dokonać przełomu konstytucyjnego przywracającego podstawowe założenia ustrojowe wynikające z głoszonych idei i haseł, w których dominującą rolę odgrywają co najmniej trzy: społeczna gospodarka rynkowa, sprawiedliwość społeczna i dobro człowieka. Siły całej lewicy powinny domagać się za wszelką cenę uporządkowania systemu gospodarowania w Polsce, doprowadzenia go do zgodności z zapisami Konstytucji. Chodzi tutaj nie tylko o zapis art. 20 w sprawie społecznej gospodarki rynkowej, ale również zapisy dotyczące systemu sprawiedliwości społecznej, który zaciera się w praktyce rządzenia.
W wielu krajach tzw. rynki zdominowały państwa narodowe, ich politykę społeczną i gospodarczą, przenosząc charakterystyczne dla neoliberalnej doktryny kryterium zysku na wszystkie dziedziny życia. Niedopuszczalną normą jest dziś obowiązek zarabiania na tzw. usługach społecznych jak ratowanie zdrowia i życia, procesy edukacji, czy wojny, które stają się intratnym biznesem. Dziś trzeba płacić za uprzejmość urzędnika państwowego, bowiem jego praca przestała być służbą społeczną.
Wszystko to trzeba zmienić, neoliberalizm odesłać na śmietnik historii. Można to zrobić w majestacie prawa. Pytanie: czy są odważni na lewicy, to bowiem powinien być lewicowy program dla Polski?

Niech sędziowie spojrzą na siebie

Z tego, że PiS łamie Konstytucję, nie wynika, że sądy dyscyplinarne powinny przestać się zajmować różnymi przewinieniami stanu sędziowskiego.

Zarząd stowarzyszenia Iustitia, zrzeszającego dużą część polskich sędziów, zaapelował do sędziów sądów dyscyplinarnych zajmujących się, w pierwszej instancji, różnymi przewinieniami stanu sędziowskiego, aby powstrzymali się od orzekania.
Wysłuchanie tego apelu może oznaczać, że sądownictwo dyscyplinarne wobec sędziów przestanie w Polsce funkcjonować, a sędziowie nie będą odpowiadać za naruszenia procedury, etyki czy różne zachowania nie licujące z godnością ich togi.

Nieodwołalne, tragiczne skutki?

Apel niesie więc za sobą istotne skutki, z punktu widzenia jakości funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości w naszym kraju.
Co spowodowało, że zarząd Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia” zdecydował się na tak radykalne posunięcie?
Jak stwierdza list, skierowany przez zarząd stowarzyszenia do sędziów sądów dyscyplinarnych, „Postępowania dyscyplinarne stały się obecnie narzędziem represji władzy politycznej wobec sędziów, którzy prowadzą działalność publiczną lub wydają orzeczenia niezgodne z wolą tej władzy”.
Iustitia wskazuje, że niezależnie od tego, jakie rozstrzygnięcie wydadzą sędziowie sądów dyscyplinarnych, to choćby było ono najbardziej sprawiedliwe, zawsze otworzy drogę do postępowania w drugiej instancji, toczącego się przed Izbą Dyscyplinarną Sądu Najwyższego,
Tymczasem, w przekonaniu zarządu stowarzyszenia Iustitia, Izba Dyscyplinarna SN jest „niekonstytucyjnym sądem wyjątkowym”, wyłonionym w postępowaniu przed także niekonstytucyjnym, upolitycznionym organem „nazywanym Krajową Radą Sądownictwa”.
Zarząd Iustitii ostrzega, że działalność Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego może mieć „nieodwracalne, wręcz tragiczne skutki dla sędziów szykanowanych za działalność publiczną w obronie praworządności lub ściganych za wydanie konkretnych orzeczeń”.
Zarząd wskazuje też, że przekazanie akt spraw dyscyplinarnych – niezależnie od treści orzeczenia dyscyplinarnego wydanego w pierwszej instancji – do sądu II instancji o wątpliwych konstytucyjnie podstawach, obsadzonego w niekonstytucyjny sposób, będzie obarczało sędziów dyscyplinarnych współodpowiedzialnością za skutki postępowań przed Izbą Dyscyplinarną SN.
Oczywiście, pogląd – nie tylko sędziów, lecz i wszystkich uczciwych prawników – o braku konstytucyjności Krajowej Rady Sądownictwa nie jest bezpodstawny. Wątpliwości wyraża Komisja Europejska, która wszczęła procedurę naruszeniową wobec Polski, a także Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, rozpoznający sprawę pytań prejudycjalnych dotyczących m.in. statusu polskiego sądownictwa dyscyplinarnego.

Same wątpliwości nie wystarczą

W maju tego roku polski Sąd Najwyższy uznał, że doszło do rażącego naruszenia prawa, bo w jednej ze spraw orzeczenie wydał skład sędziowski, w którym zasiadał sędzia Sądu Najwyższego, powołany na swoje stanowisko mimo tego, że jeszcze nie zakończyło się postępowanie przed Naczelnym Sądem Administracyjnym, wszczęte w związku z zaskarżeniem do NSA uchwały Krajowej Rady Sądownictwa powołującej tegoż sędziego.
Mimo niezakończenia postępowania przed NSA, sędzia wziął udział w orzekaniu. W rezultacie Sąd Najwyższy powziął wątpliwość, czy sąd, w którego składzie zasiadała osoba powołana z takim naruszeniem, jest sądem niezawisłym, bezstronnym i ustanowionym na mocy ustawy w rozumieniu prawa Unii Europejskiej. Zdaniem zarządu stowarzyszenia Iustitia, analogiczne wątpliwości dotyczą osób orzekających w Izbie Dyscyplinarnej SN.
No cóż, ze swej strony uważam, że cała ta argumentacja jest mocno naciągana, bo trzebaby najpierw zbadać, czy orzeczenie wydane przez skład w którym zasiadał wspomniany sędzia było stronnicze i skażone brakiem niezawisłości – czego nie zrobiono.
A poza tym, co ma piernik do wiatraka? – czyli, jakiż to złowrogi wpływ na represjonowanie sędziów przez Izbę Dyscyplinarną Sądu Najwyższego może wywrzeć to, że w jednym ze składów SN orzekał sędzia, co do powołania którego jeszcze nie zakończyło się formalnie postępowanie przed NSA?
Mimo to jednak, Iustitia apeluje do sędziów sądów dyscyplinarnych pierwszej instancji, by powstrzymali się od orzekania – do czasu wyjaśnienia przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej statusu osób powołanych na urząd sędziego w Izbie Dyscyplinarnej SN, oraz do czasu wyjaśnienia wątpliwości co do konstrukcji postępowania dyscyplinarnego w polskim porządku prawnym.
Ja powiedziałbym sędziom, żeby powstrzymali się od orzekania dopiero wtedy, gdy TSUE wyjaśni wątpliwości na niekorzyść obecnego modelu postępowania dyscyplinarnego wobec sędziów – a nie do czasu wyjaśnienia tych wątpliwości. To wyjaśnianie o którym mówi Iustitia może przecież potrwać przez długie miesiące.
Zarząd Iustitii chce jednak, by przez cały ten czas sędziowie dyscyplinarni nie przedstawiali Izbie Dyscyplinarnej SN akt z odwołaniami stron. I by zawieszali postępowania do czasu rozstrzygnięcia wspomnianych kwestii przez TSUE, albo sami kierowali kolejne pytania prejudycjalne do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (co oczywiście jeszcze bardziej wydłuży wyjaśnianie wspomnianych wątpliwości i utrudni prowadzenie postępowań dyscyplinarnych w sprawach sędziów).
Jak widać, Iustitia uważa, że samo postawienie komuś zarzutów, oznacza, że ten ktoś (w tym przypadku „ktosiem” jest sądownictwo dyscyplinarne wobec sędziów) musi przestać pracować.

Bezkarność to kiepski pomysł

– Uważamy, że do czasu wydania wyroku przez Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu najlepszym rozwiązaniem jest zawieszenie postępowań w sądach dyscyplinarnych, względnie skierowanie kolejnych pytań do TSUE – mówi prof. Krystian Markiewicz, szef stowarzyszenia Iustitia.
Można zrozumieć, że stowarzyszeniu Iustitia bardzo zależy na tym, by sądy dyscyplinarne nie represjonowały sędziów, lecz sprawiedliwie i bezstronnie orzekały w sprawach ich różnych przewinień.
Tyle, że na kilometr widać, że w tym przypadku Iustitii akurat nie chodzi o jakość sądownictwa dyscyplinarnego, lecz o podważenie legalności funkcjonowania nowej Krajowej Rady Sądownictwa, powołanej pod rządami PiS.
Oczywiście trudno nie mieć wielkich i uzasadnionych wątpliwości, czy ta PIS-owska KRS została powołana zgodnie z Konstytucją. Takie wątpliwości musi mieć każdy, kto uczciwie ocenia działania obecnej ekipy wobec wymiaru sprawiedliwości.
To wszystko nie ma jednak nic wspólnego z wydawaniem orzeczeń w konkretnych sprawach dyscyplinarnych dotyczących sędziów.
I nie można doprowadzić do sytuacji, w której sędziowie będą się czuli bezkarni – bo będą wiedzieć, że sądy dyscyplinarne w praktyce zawiesiły działalność. Wtedy bowiem drastycznie może ucierpieć jakość wymiaru sprawiedliwości w Polsce oraz wiara obywateli w praworządność – co rykoszetem odbije się i na samych sędziach.

Porządek na swoim podwórku

Iustitia ma naturalnie święte prawo, by dbać o to, żeby sędziom nie stała się krzywda. Ale nie przesadzajmy. Wbrew obawom wyrażonym w liście zarządu Iustitii, jakoś nie doszło dotychczas do drastycznych działań obecnej władzy przeciwko sędziom szykanowanym za obronę praworządności lub ściganym za wydanie konkretnych orzeczeń – które to działania mogą mieć „nieodwracalne, wręcz tragiczne skutki”.
Nie takie straszne – jak na razie – okazały się te PiS-owskie ścigania sędziów i szykany wobec nich.
Dobrze byłoby natomiast, gdyby stowarzyszenie Iustitia pamiętało o tych przypadkach, kiedy to sędziowie w Polsce całkowicie bezpodstawnie unikają postępowania dyscyplinarnego.
Jak na przykład wtedy, gdy Sąd Najwyższy, już w wolnej Polsce, orzekł, że sędziowie nie powinni mieć dyscyplinarek za to, że w stanie wojennym orzekali na mocy nielegalnego dekretu o stanie wojennym, nie przestrzegając reguły, iż prawo nie działa wstecz.
Albo wtedy gdy, w bieżącym roku, sąd dyscyplinarny (na którego orzeczenie władza bynajmniej nie wpłynęła) zdecydował, że nie straci immunitetu sędzia Wojciech Łączewski, któremu groził zarzut składania fałszywych zeznań.
Czasami sędziowie powinni krytycznie spojrzeć i na własne podwórko.

Kubańskie referendum

Kubańczycy głosują dziś w referendum, które ma zatwierdzić nową konstytucję kraju. Prezydent Miguel Diaz-Canel od kilku dni wiązał to głosowanie z kryzysem politycznym w Wenezueli: „Kuba mówi tak konstytucji i potwierdza swoje poparcie dla Rewolucji Boliwariańskiej i prezydenta Nicolasa Maduro”. Nowa konstytucja zastąpi tekst z 1976 r. Potwierdza „nieodwołalny” charakter socjalizmu obowiązującego od rewolucji sprzed 60 lat.

Kubański socjalizm irytuje sąsiednie imperium amerykańskie nie mniej niż Wenezuela. Prezydent Trump zapewnił, że „dni komunizmu w Wenezueli, Nikaragui i Kubie są policzone” i że jego kraj „nigdy nie będzie socjalistyczny”, lecz niecałe 200 km od wybrzeży USA nowa konstytucja potwierdza rządy partii komunistycznej i ogłasza, że „istota ludzka osiąga pełną godność jedynie w socjalizmie i komunizmie”.
Z początku chodziło o adaptację tekstu do pewnego otwarcia gospodarczego wyspy – od 2008 r. można prowadzić prywatną działalność gospodarczą, która dziś obejmuje ok. 13 proc. pracujących. Potem, oprócz uznania rynku, własności prywatnej i konieczności inwestycji zagranicznych, tekst poszerzono o kolejne zmiany, jak krytykowane przez lokalny Kościół otwarcie drogi dla legalnych związków LGBT+.
Kubańczycy są zagrożeni przez kolejne amerykańskie sankcje. Prezydent Diaz–Canel traktuje głosowanie jak sztandar socjalizmu – uniesiony, mimo ataków USA na Wenezuelę. „Wenezuela nie jest sama. Imperialiści precz od Wenezueli!” – mówił prezydent. „Będziemy głosować za socjalizmem, za ojczyzną i rewolucją”. Według hiszpańskiego politologa Carlosa Alzugaray, „wielu ludzi widząc przemawiającego Trumpa zagłosuje na „tak”, by bronić niepodległości wobec zagrożenia amerykańskiego”.
Kubańscy opozycjoniści popularyzowali w internecie, teraz szeroko dostępnym na wyspie, głosowanie na „nie”. Traktują to jako okazję do wypowiedzi antyrządowej. Zdaniem Alzugaraya, społeczeństwo kubańskie się zmienia, co odbije się w głosowaniu: przewiduje zwycięstwo „tak” na 70-80 proc.

Kochaj albo rzuć

Bezprecedensowe ogólnopartyjne referendum, przeprowadzone wśród członkiń i członków Sojuszu Lewicy Demokratycznej, ma pokazać jak rządzi się partią demokratyczną w czasach zarazy.

 

Kiedy panuje zaraza potrzebna jest miłość. Miłość, która pojedna tych, co do tej pory nie za bardzo się kochali, albo kochać w ogóle nie chcieli. W obecnej sytuacji wyjścia są dwa: kochaj albo rzuć!
Do kochania potrzebny jest koalicjant. Kto ma nim być wypowiedzą się członkinie i członkowie SLD w ogólnopartyjnym referendum. 15 grudnia Rada Krajowa SLD ma podjąć decyzję o zwołaniu referendum dotyczącego form współpracy przed wyborami do Sejmu. Działacze i działaczki wypowiedzą się czy w wyborach do parlamentu polskiego pójdziemy sami czy w koalicji. Jeżeli w koalicji, to w jakiej? Warianty są trzy: SLD idzie do wyborów samemu, w koalicyjnym bloku lewicowym lub w szerokim bloku zwanym „konstytucyjnym”, który ma być w kontrze do tego antykonstytucyjnego. Podobne koalicje samorządowe pokazały, że w jedności jest jednak siła. Przykładem jest chociażby Łódź. Samodzielny start SLD-Lewica Razem do sejmiku wojewódzkiego zakończył się totalną klęską. SLD nie zdobyło żadnego mandatu, a Koalicja Obywatelska nie osiągnęła większości i w łódzkim sejmiku obecnie rządzi PiS. W wyborach do Rady Miejskiej SLD poszło w szerokiej koalicji w Komitecie Wyborczym Wyborców Hanny Zdanowskiej i dzięki temu w łódzkiej Radzie Miejskiej ma siedmioosobowy klub radnych. Ponieważ interes wspólny stał się nadrzędny, można dziś cieszyć się obecnością Sojuszu w łódzkiej radzie. Wybory samorządowe pokazały również, że bez SLD i PSL nie da się rządzić w sejmikach.
To, że chce się angażować oddolnie ludzi w partii, aby podejmowali tak istotne decyzje dla swojej formacji, jest ważne i szlachetne. Referendum ma więc dać mandat szefowi partii do podjęcia rozmów koalicyjnych z wybranymi podmiotami. W przypadku sukcesu wyborczego świętować będą wszyscy, porażka zazwyczaj jest sierotą, chociaż w tym przypadku winę poniosą Ci, którzy opowiedzieli się w referendum za danym wariantem. Z uwagi na to, że referendum będzie tajne, wątpliwe, aby sprawcy sami się ujawnili. Jednym skreśleniem członkowie zadecydują o dalszych losach partii. Każdy głos będzie miał ogromne znaczenie. Misją szefa partii jest wprowadzenie SLD do Sejmu i stworzenie bloku. Jaką drogą się to odbędzie mają zadecydować członkinie i członkowie formacji. Włodzimierz Czarzasty pragnie, aby „ludzie zapamiętali, że SLD wypadło z Sejmu przez własną głupotę i wróciło przez własną mądrość”.
Należy zaznaczyć, że samo referendum nie rozwiąże rożnych kwestii, które zaczną się pojawiać niebawem. Pierwsza to taka: Kto z ramienia SLD będzie prowadził rozmowy koalicyjne? (jeżeli członkinie i członkowie partii zdecydują, że zawiązujemy szeroką koalicje). To pytanie jest bardzo istotne w kontekście warunków, na jakich takie porozumienie zostanie zawarte. Każda formacja przystępująca do rozmów powinna być pomiotem, a nie przedmiotem. Pojawia się więc kolejne pytanie dotyczące zasad podpisania porozumienia. W wyborach do Sejmu mamy 41 okręgów, a do Senatu mamy 100 okręgów jednomandatowych. Ile miejsc na listach dostaną poszczególni koalicjanci i jakie to będą miejsca – to bardzo istotne kwestie, które trzeba będzie wynegocjować. Pamiętajmy, że to ludzie są największą wartości. W polskim parlamencie przyda się więcej osób mądrych, szlachetnych, uczciwych i odpowiedzialnych, dla których największą wartością będzie dobro obywateli i obywatelek, a nie profity uzyskane dzięki rządzeniu.
Nie zapominajmy, że najważniejszym celem będzie jednak dla wszystkich partnerów koalicyjnych odsunięcie sił antydemokratycznych i antyeuropejskich od władzy. Wspólnym mianownikiem będzie więc Europa i Konstytucja. Nie ulega wątpliwości, że aby odsunąć PiS od władzy, przy obecnym systemie wyborczym, trzeba się zjednoczyć.
Dlatego tak ważne jest stworzenie zespołu wewnątrz partyjnych struktur, który poprowadzi rozmowy o przyszłości startu. Kwestia zachowania parytetu w zespole udowodni naszym partnerom, że Sojusz jest rzeczywiście partią demokratyczną i szanuje równość płci.
Wiele kobiet w strukturach partii wciąż mierzy się z problemem „szklanego sufitu” (niewidocznych przeszkód stojących na drodze awansu politycznego kobiet) czy „lepkiej podłogi” (przypisywania kobiet do funkcji i zadań mniej prestiżowych i gorzej ocenianych). Część dotyka również „efekt Matyldy” (ignorowanie czy pomijanie wkładu kobiet w działalność struktur partyjnych, pomijanie ich świetnych wyników w wyborach samorządowych, spychanie na listach wyborczych na dalsze miejsca oraz przypisywanie mężczyznom dokonań działaczek).
Budowanie sojuszy musi najpierw odbyć się więc w wewnętrznych partyjnych strukturach. Wymaga to rewizji własnych zachowań w stosunku do działaczek i działaczy. Ludzie w partii powinni poczuć się ważnym jej ogniwem, nie tylko w momencie zwoływania wewnątrzpartyjnego referendum, ale także w codziennym życiu partyjnych zmagań. Trzeba się szanować, bo wybory samorządowe pokazały, że bez zaangażowania członkiń i członków partii w kampanie wyborcze nie da się zdobyć mandatów.

Stop represjom!

Nowelizacja ustawy o służbie zagranicznej jest niezgodna z Konstytucją – kategorycznie twierdzi Andrzej Rozenek.

 

Wprowadzenie odpowiedzialności zbiorowej poprzez zakaz pracy w dyplomacji dla osób, które współpracowały ze służbami w okresie przed 1990 r. – to główny zarzut w stosunku do nowelizacji ustawy o służbie zagranicznej, którą Sejm uchwalił 22 listopada 2018 r. – Nie ma naszej zgody na tego typu bezprawie – mówił Andrzej Rozenek podczas konferencji prasowej w Sejmie 23 listopada 2018 r., jednocześnie przypominając, iż po tzw. ustawie represyjnej to kolejny projekt zmierzający do pognębienia osób, które pracowały dla polskich służb specjalnych i mundurowych przed 1990 r. – Mamy już 52 ofiary śmiertelne, które wynikają z wprowadzenia tzw. ustawy represyjnej i nie mówimy o sprawach przypadkowych, ale wprost wynikających z wprowadzenia tej ustawy. Mam również do czynienia z ubożeniem tych ludzi, z powodu znacznego obniżenia im rent i emerytur ustawą z 16 grudnia 2016 r. – poinformował polityk SLD.
Andrzej Rozenek przypomniał, iż PRL była legalnym państwem uznanym na arenie międzynarodowej. – Podważenie tego faktu jest świadectwem indolencji intelektualnej. Jeżeli PRL był normalnym państwem, to zakładamy, iż w normalnym państwie były służby specjalne, które zajmowały się tym czym zajmowały się służby specjalne wszystkich innych państw.
– Narzucanie nam takiej narracji, że dyplomacja nie powinna mieć nic wspólnego ze służbami specjalnymi jest daleko idącą naiwnością, dlatego, że wszyscy wiemy, iż na całym świecie dyplomacja i służby specjalne idą ręka w rękę. W każdym państwie wygląda to dokładnie tak samo, ludzie najwybitniejsi i najlepsi w swoim fachu trafiają do dyplomacji – mówił.
Polityk lewicy ocenił, iż nowelizacja ustawy o służbie zagranicznej lekceważy przebieg kariery i dokonania na rzecz ojczyzny wielu osób, które obecnie pracują w dyplomacji. – Liczy się tylko czy przed 1990 r. współpracowali z legalnymi służbami państwa polskiego. Takie osoby zostaną ukarane za to, że służyli Polsce. Współpraca lub praca dla służb specjalnych automatycznie nie oznacza, iż taka osoba robiła komuś krzywdę lub coś złego.
– Ta ustawa niczym się nie różni od ustawy z 16 grudnia 2016 r., jest tak samo niesprawiedliwa i niezgodna z konstytucją – podkreślił Rozenek i podziękował posłankom i posłom Nowoczesnej, iż nie poparli tego projektu. – Ubolewam, iż pozostała część opozycji nie zauważyła, iż ta ustawa jest absolutnie niezgodna z konstytucją.
Polityk SLD przypomniał, iż polski wywiad gospodarczy przed 1990 r. przysporzył PRL, a następnie III RP wielu korzyści ekonomicznych. – Sztandarowym przykładem jest pozyskanie recepty na polopirynę, czyli na aspirynę. Jest to jeden z tysięcy przykładów kiedy to nasz wywiad przyczynił się do rozwoju Polski.

Co kto widzi

Portal Onet opublikował zdjęcie kilkunastu sędziów w koszulkach z napisem „konstytucja”, zrobione przed gmachem sądu.

 

Zdjęcie uprzejmie skomentował były rzecznik Ministerstwa Sprawiedliwości i bliski współpracownik Patryka Jakiego, członek Komisji Weryfikacyjnej Sebastian Kaleta. Upomniał sędziów, że mają obowiązek być apolityczni, oraz że nie przystoi im afiszowanie się z symbolem „na wskroś politycznym”.

W pierwszym odruchu się z politowaniem uśmiechnąłem. Jednak po chwili przyszła refleksja, że to jednak tragiczne – najważniejsze źródło prawa polskiego stało się przedmiotem przepychanki i wydaje się wydawać niektórym symbolem politycznym obrzydliwym niczym zdechły szczur.

Zgodnie z art. 87 Konstytucji jest ona źródłem powszechnie obowiązującego w Polsce prawa. Zatem sądy mają obowiązek ją stosować. Jest to oczywistość taka jak cykl dobowy, rytm serca czy zmienność pór roku. Tak, sądy działają w oparciu o prawo i prawo to stosują. Konstytucja w ręku sędziego jest czymś równie oczywistym jak toga, w którą jest ubrany, czy godło Polski wiszące nad sędziowskim stołem.

I nagle doczekaliśmy czasów, kiedy owa konstytucja kojarzy się wyłącznie z polityką. To świadectwo choroby państwa.

Konstytucja określa ustrój państwa. Czy przypisując jej wyłącznie polityczne skojarzenia powodujemy, że ci, którzy nie są opozycją uznają że nie trzeba konstytucji stosować, bo jest ona politycznym manifestem? Taka interpretacja kompromituje każdego polityka, nawet takiego jak Sebastian Kaleta. Konstytucja to źródło prawa. Tylko tyle i aż tyle. Konstytucja nie jest politycznym manifestem.

Skoro jesteśmy przy sądach i wymiarze sprawiedliwości. Art. 139 Konstytucji nadaje Prezydentowi RP uprawnienie do stosowania prawa łaski. Czyli możliwość ułaskawiania. W oparciu o Konstytucję decyduje o ludzkim życiu. Nie chciałbym, aby jego decyzje były podszyte polityką. Jeżeli tak się dzieje, to znaczy, że ktoś nie rozumie fundamentów wymiaru sprawiedliwości. Sędzia wchodzący na salę nie może kierować się politycznymi manifestami, musi stosować prawo. A konstytucja jest źródłem tego prawa.

Kiedy na salę sądową wchodzi oskarżony, chce aby jego sprawa była rozpoznana przez bezstronnego sędziego, stosującego jednak prawo (tak, w tym Konstytucję), aby mógł odwołać się do równie bezstronnego sądu apelacyjnego i aby w razie skazania mógł złożyć do Prezydenta wniosek o ułaskawienie. I to wszystko na podstawie Konstytucji. I chciałby mieć pewność, że kiedy Prezydent ów wniosek zobaczy i spojrzy na podstawę (art. 139 Konstytucji) to nie dostanie alergii na polityczny manifest, lecz potraktuje ją jako źródło prawa, a nie politycznej awantury.

A pan Kaleta, który wszędzie widzi polityczne manifesty i w ustawie zasadniczej upatruje symbol „na wskroś polityczny” oby kiedyś nie musiał żałować, że trafi na sędziego, który będzie myślał jak on.

Notoryczni łamacze

O łamaniu Konstytucji przez władzę PiS mówi się niemal wyłącznie w kontekście wymiaru sprawiedliwości. W cieniu tej kwestii jest jednak inny aspekt tego procederu. Można go nazwać oficjalną, antykonstytucyjną klerykalizacją sfery obrzędowej państwa.

 

Na stronie Instytutu Pamięci Narodowej znalazła się informacja, że dziennikarka „Tygodnika Powszechnego” skierowała do Instytutu następujące pytanie: „W związku z przygotowywanym artykułem chcę zapytać o udział Dyrektora Biura Edukacji Narodowej w II Kongresie Ojca Pio. Co IPN ma wspólnego z Ojcem Pio i czy oficjalny udział urzędnika państwowego w wydarzeniu religijnym jest zgodny z konstytucyjną zasadą rozdziału państwa i Kościoła?”
IPN odpowiedział, że „Rzeczpospolita Polska jest wolnym krajem, w którym wszyscy obywatele w czasie niezwiązanym z pracą zawodową mogą robić to, co uważają za słuszne lub potrzebne, oczywiście z wyłączeniem działań niegodnych lub stawiających w złym świetle instytucję, w której dana osoba jest zatrudniona. W związku z powyższym stwierdzamy, że ojciec Pio, zwany świętym z Pietrelciny, nie jest w naszym przekonaniu osobą niegodną lub zagrażającą dobremu imieniu Instytutu Pamięci Narodowej. Mamy nadzieję, że Redakcja „Tygodnika Powszechnego”, odwołująca się do nauki społecznej Kościoła Katolickiego, podziela takie stanowisko” – odpowiedział IPN „Tygodnikowi Powszechnemu”.
Nagłe przebudzenie się redakcji „Tygodnika Powszechnego” w kwestii permanentnego łamania przez obecną władzę i to na jej najwyższych szczeblach, artykułu 25 Konstytucji, wypada przyjąć z uznaniem i stwierdzeniem, że lepiej późno niż wcale. Szkoda jednak, że środowisko „Tygodnika Powszechnego”, bliskiemu ideowo formacji, której rządem kierował w latach 1989-1990 Tadeusz Mazowiecki, od samego początku nie zadbała o staranne rozdzielenie sfery religijnej od sfery państwowej, jakie stanowiła naówczas obowiązująca Konstytucja. Wytworzony wtedy wzór zachowań w tej sferze mógłby mieć znaczenie w przyszłości, być może wyznaczyłby pewien standard, a przynajmniej byłoby się do czego odwoływać, ale tak się nie stało i dżin religianctwa oraz dewocji został wypuszczony z butelki. Wypada tylko przypomnieć, że art. 25, ust. 2 obecnej Konstytucji brzmi: „Władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym”.
Nie trzeba być konstytucjonalistą, by zrozumieć, że słowo „zapewniając” odnosi się do zwykłych obywateli, którym owe „władze publiczne” mają obowiązek ową „swobodę” zapewnić, a nie do „władzy publicznej”, do której odnosi się zwrot „zachowują bezstronność”. W tej materii to przedstawiciele władzy publicznej są bardziej w swoich prawach ograniczeni niż obywatele, bo przynajmniej de iure mają obowiązek reprezentować całe społeczeństwo, wierzących i niewierzących.
Problem w tym, że kierowanie dziś uwagi akurat na zachowanie skromnego żuczka, jakim jest Dyrektor Biura Edukacji Narodowej IPN i na jego obecność na jakimś marginalnym „kongresie Ojca Pio” w sytuacji, gdy prezydenta, premiera, marszałków Sejmu i Senatu, ministrów rządu oraz wielu innych oficjeli można co rusz zobaczyć na mszach, nabożeństwach i innych obrzędach religijnych, jak ostentacyjnie się uprawiają modły i przyjmują tzw. komunię, to dotykanie problemu od tzw. „dupy strony”. Ostatnio choćby na wyjątkowo sklerykalizowanym i dewocyjnym w swoim charakterze nowym pisowskim święcie wsi w podlubelskiej Wąwolnicy. Wolno najwyższym oficjelom notorycznie łamać Konstytucję w zakresie neutralności państwa w sprawach religijnych, to dlaczego nie miałoby być wolno skromnemu dyrektorowi z IPN? Przykład idzie z góry, zatem warto, by najpierw od góry zajął się „Tygodnik Powszechny” tym problemem.

Nasz cel

…to zwycięstwo nad PiS dewastującym Polskę i jej demokratyczny system prawny.

 

Aby zwyciężyć, potrzebna jest silna motywacja i mobilizacja wszystkich możliwych do użycia sił i środków w decydującym starciu z przeciwnikiem. Partia rządząca nastawia przeciwko sobie nie tylko całe grupy społeczne, lecz i rodziny, a nawet poszczególne osoby. Wspiera ideologię faszyzmu i mobilizuje Kościół w misji zakłamywania świata i odwracania znaczenia słów. To nie są puste wyrazy, to wielkie niebezpieczeństwo dla naszego życia prywatnego i naszej rzeczywistości społecznej i międzynarodowej. PiS zdobył władzę na skutek manipulacji i bezprawnie zawłaszczył dla siebie wszystko, co mógł. Kieruje nas w stronę izolacji międzynarodowej i wojny. Problem jest jednak w tym, że tak niewielu z nas to rozumie i potrafi w fałszywym przekazie propagandowym, oferowanym Polakom na niewiarygodną skalę, wyłowić prawdziwy sens i drogę, którą idziemy ku zagładzie, ciemnocie i wstecznictwu. Nauczeni tragiczną historią, protestujemy pokojowo. Nie chcemy polskiej krwi na ulicach, mordobicia i ZOMOwskich pał. Walczymy przekazem do ludzi myślących, napisem „konstytucja”, okrzykami: „kłamiesz i będziesz siedział”. Naprzeciwko nas stają uzbrojone zwarte oddziały resortów siłowych, faszyści, urzędnicy władzy i masowa propaganda, uchodząca za katolicką i publiczną. Używają przeciwko nam wszystkich możliwych środków propagandowych. Najwyższe władze państwowe z lubością ubliżają nam, wspierając ruchy faszystowskie, zastraszając spisywaniem bez powodu przez policję. PiS-owska władza wywiera presję na sędziów i grozi im odpowiedzialnością za ferowanie wyroków zgodnych z Konstytucją RP; wyroków niewygodnych władzy, która ustawę zasadniczą gwałci każdego dnia. Zasadą stało się to, że nie ściga się członków PiS i osób wspierających, którzy nie tylko ubliżają, ale stosują przemoc fizyczną w stosunku do opozycji. To nie są żarty, to śmiertelna gra o zmianę systemu wartości, na jakich opiera się nasz kraj. To izolacja międzynarodowa Polski i rodzący się terror wewnętrzny ze strony tych, których Jarosław Kaczyński nazywa „rasą panów”, cokolwiek by to miało znaczyć. W tej sytuacji podjęcie walki przez społeczeństwo demokratycznego państwa prawa z rodzącą się dyktaturą PiSiewiczów wydaje się być konieczne i raczej nieuniknione.
Jeśli nie chcemy być niewolnikami tej dziwnej rasy kłamców, musimy podjąć walkę wszyscy, tym bardziej, że chodzi o walkę pokojową. Władza dysponuje tysiącami wysoko opłacanych członków służb, zapleczem technicznym i propagandowym, aby opozycję podsłuchiwać, kontrolować i skutecznie skłócać. Nie możemy ulegać wpływom tych, którzy nas dzielą, rozsiewają plotki i oskarżają. Mamy prawo do obywatelskiego sprzeciwu wobec niszczenia demokratycznego państwa prawa. Nie mamy doświadczenia, nie jesteśmy odporni na to działanie i większość z nas nie zdaje sobie nawet sprawy ze skali tego zniszczenia, jakie płynie ze strony obozu władzy, produkującego na masową skalę fałszywe lub wyolbrzymione problemy, dzielące i skłócające istotne grupy opozycyjne. (Inną sprawą, jest ego poszczególnych liderów, ale o tym innym razem). W tej sytuacji zbliża się bitwa o głosy wyborców. Bitwa, w której partia rządząca zmienia reguły i przygotowuje się do wygrania wyborów nawet za cenę fałszerstw. Naszym zadaniem jest niedopuszczenie do tego i wygranie wszystkich wyborów – zarówno tych do samorządów, parlamentu europejskiego, sejmu i senatu, jak również prezydenckich. Wygrać – to znaczy pozbawić PiS wpływu na nasze życie i osądzić tę partię za przestępstwa. Jeśli tego nie zrobimy, to za następne 4 lata (ba, nawet szybciej) będziemy mieli inną konstytucję, sankcjonującą dyktaturę wyznaniową i wschodni system wartości, tak różny od naszego – zachodniego. To nie są żarty, to nie gra, to cena naszej wolności. To śmiertelna rywalizacja, która dla rządzących znaczy tyle, co prawo do okradania obywateli na niebotyczną skalę, korzystania z wpływów i bezkarności, a w razie przegrania wyborów – osądzenia i groźby skazania nas za zdradę narodową. W tym kontekście każde dzielenie opozycji jest zbrodnią przeciwko demokracji. Szukajcie tego, co nas łączy, schowajmy animozje i fochy. PiS dostatecznie nas podzielił. Zwyciężyć możemy zespalając siły w decydujących starciach o przestrzeganie prawa i o sprawiedliwość w naszym wspólnym kraju.

Rzecz o pryncypiach, albo o psuciu prawa LIST

Publikujemy list otwarty do prof. Andrzeja Rzeplińskiego – autorstwa Czytelnika „Dziennika Trybuna”.

 

Panie Profesorze!

Zastanawiałem się długo, czy napisać do Pana i w jakiej to zrobić formie. Doszedłem do wniosku, że forma listu otwartego będzie najbardziej właściwa, bo i rzecz, której list dotyczy ma charakter publiczny.
Ale, ad rem: Jestem pełen uznania dla Pana postawy i niezłomnej obrony niezależności trzeciego filaru władzy – władzy sądowniczej. Bez wątpienia Pana publiczne wypowiedzi i zawarte w nich oceny otworzyły wielu ludziom oczy na przestępczą działalność pozostałych, a aktualnie działających władz, to jest ustawodawczej i wykonawczej. Słusznie Pan piętnował i czyni to nadal, te – nie mające przecież nic wspólnego z prawem działania, demontujące, a nawet wręcz demolujące system prawny Państwa.
Jednakże pamięć zmusza mnie do sięgnięcia w przeszłość i zadania Panu i sobie pytania:
Czy w historii III Rzeczpospolitej (termin umowny, a nie prawny) nie zdarzało się coś podobnego, nie tyle co do zakresu, ile co do treści i skutków społecznych i politycznych?
Odpowiedź moja brzmi – zdarzyło się. Zdarzyło się w 2010 r, kiedy to Trybunał Konstytucyjny, którego był Pan znaczącym członkiem, uznał za zgodną z Konstytucją pierwszą ustawę, zwaną dezubekizacyjną, a Pana stanowisko i głos przeważyły szalę na rzecz takiego właśnie orzeczenia. Postąpił Pan tak, pomimo, iż orzeczenie to nie zapadło jednomyślnie i znaleźli się Sędziowie, którzy nie ulegli histerii wszechobecnie panującej wtedy zasady „poprawności politycznej”, ale zważyli materię zgodnie z obowiązującym prawem i kardynalnymi zasadami cywilizacji demokratycznej. Przewidzieli ponadto druzgocące skutki takiego rozstrzygnięcia Trybunału in spe. Obawy tych Sędziów sprawdziły się całkowicie, co dziś właśnie – paradoksalnie, daje Panu asumpt do krytyki działań PiS-u et consortes w zakresie łamania kolejnych norm prawa, również norm Konstytucji RP.
W tym miejscu godzi się przywołać nazwiska tych Sędziów i pokrótce przedstawić reprezentowane przez nich stanowiska – pro memoria. Zdania odrębne złożyli Sędziowie: Ewa Łętowska, Adam Jamróz, Marek Mazurkiewicz, Mirosław Wyrzykowski i Bohdan Zdziennicki. Każdy własne, ale byli w nich zgodni. Zakwestionowali całe orzeczenie. Argumentowali, że naruszono prawa nabyte funkcjonariusz zweryfikowanych pozytywnie, bo mieli oni obiecane, że będą w III RP traktowani tak samo, jak inni funkcjonariusze, a orzeczenia komisji weryfikacyjnych były „świadectwami moralności”, bo było w nich napisane, że mają moralne kwalifikacje, by służyć w III RP.
Sędzia Jamróz podkreślał, że wyrok Trybunału likwiduje zasadę indywidualnej oceny, jedną z naczelnych zasad demokratycznego państwa prawnego – podmiotowości jednostki. Sędzia Łętowska zaznaczyła, że gdyby przyjąć rozumowanie Trybunału na temat ochrony praw nabytych, to uniemożliwiłoby to w przyszłości badanie konstytucyjności innych ustaw dotyczących świadczeń społecznych. I że Trybunał nie zbadał , czy ograniczenia konstytucyjnych praw funkcjonariuszy było niezbędne i najmniej dolegliwe z możliwych dla ochrony porządku i bezpieczeństwa publicznego, czy praw innych osób. Nie neguję prawa do obniżenia świadczeń, ale zastosowany mechanizm – podkreśliła Sędzia Łętowska. Nie zgadzam się też z twierdzeniem, że upływ 20 lat nie ma znaczenia. Nie może być tak, żeby o tym, kiedy demokratyczne państwo rozlicza się z przeszłością decydowało jedynie to, kiedy uda się zebrać większość w Sejmie – mówiła.
Sędzia Mazurkiewicz przypomniał uzasadnienie wyroku w sprawie ustawy lustracyjnej. Trybunał uznał wtedy, że rozliczanie przeszłości nie może służyć represji i że demokratyczne państwo dla likwidacji skutków panowania niedemokratycznego reżimu nie może używać metod tego reżimu.
Sędzia Wyrzykowski uważał, że po 20 latach można rozliczać przeszłość za pomocą represyjnych przepisów tylko wtedy, jeśli pojawią się jakieś nowe okoliczności. Ten wyrok może zyskać poklask, ale w przyszłości otworzy drogę do innych legislacyjnych opresji, motywowanych względami politycznymi, światopoglądowymi, religijnymi, czy innymi – powiedział. Prezes TK, Sędzia Bohdan Zdziennicki przypomniał rezolucje Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy z 1996 r, nawołujące do wygaszania rozliczeń. Celem rozliczeń miało być zabezpieczenie demokracji przez powrotem totalitaryzmów – mówił. Konstytucja znosi zasadę przedawnienia, ale tylko w stosunku do przestępstw, które trzeba indywidualnie osądzić. Do całej reszty stosuje się inna konstytucyjna zasada, że prawo nie działa wstecz. Zastanawiałem się wówczas i czynię to do dziś, co skłoniło Pana, wybitnego prawnika i naukowca do podeptania elementarnych zasad prawnych, fundamentalnych dla systemu prawnego państwa demokratycznego, odwołujących się w swojej filozofii do praw człowieka, pewności i niezmienności systemu prawnego, a także prawnego bezpieczeństwa obywateli. Bo przecież my wszyscy, znacząca liczebnie grupa zawodowa – byłych funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa państwa wraz z naszymi rodzinami byliśmy i nadal jesteśmy tego Państwa obywatelami.
To jak to właściwie jest, Panie Profesorze? Dlaczego odmówił nam Pan naszych praw obywatelskich? Co Panem powodowało? Czyjaś namowa? Czy może jakieś, nieznane mi zdarzenia dla Pana niemiłe, może krzywdzące, wynikłe z kontaktów z ówczesnymi funkcjonariuszami aparatu bezpieczeństwa? Jeśli tak, to jestem w stanie Pana zrozumieć, jako człowieka. Jednakże nie jestem w stanie zrozumieć Pana, jako prawnika i konstytucjonalistę. Od człowieka Pana kalibru można byłoby oczekiwać wzniesienia się ponad ewentualne krzywdy osobiste. Można byłoby spodziewać się większego przywiązania do przestrzegania obywatelskich praw podstawowych.
Rzecz jasna, jak wynika z przebiegu wspomnianego głosowania, nie był Pan jedynym, który zaprezentował takie, a nie inne stanowisko. Ale to nie ci inni, a właśnie Pan jest współcześnie symbolem obrony porządku prawnego.
No więc, jak to właściwie jest, Panie Profesorze? Czy można bezkarnie wprowadzać odpowiedzialność zbiorową? Czy prawo może działać wstecz? Czy można karać kogoś bez postawienia mu zarzutów i bez przewodu sądowego zakończonego prawomocnym wyrokiem tylko dlatego, że pełnił służbę na rzecz naszego wspólnego Państwa? Czyżby zapomniał Pan o staropolskim neminem captivabimus?
Miałbym do Pana jeszcze wiele pytań, ale mnożenie ich nie jest moim celem. Jest nim natomiast zasugerowanie Panu zastanowienia się nad wałkowaną przeze mnie sprawą orzeczenia o zgodności z konstytucją tejże bandyckiej ustawy zwanej śmiesznie dezubekizacyjną.
Czy nie przychodzi Panu na myśl, że właśnie od tegoż Waszego orzeczenia zaczęło się permanentne psucie prawa? Czy nie dali wówczas Państwo sygnału różnym politykierom, że prawo można naginać i łamać w sposób dowolny, zwłaszcza jeśli ma się takie możliwości parlamentarne?
Słusznie Pan protestuje stanowczo przeciwko harcowaniu w prawie obecnej ekipy rządzącej. Tylko pytam Pana nieśmiało: czy Pana współudział i zajęte przez Pana stanowisko w nieszczęsnym głosowaniu nad przywoływaną ustawą, tych śmiesznych ludzików nie rozzuchwaliło?
Gwoli dodatkowych argumentów na rzecz krytycznej oceny tej pierwszej ustawy, wzmocnionej przez obecną ekipę powtórką „z rozrywki”.
Spotykałem się niekiedy z opinią, że przecież służby bezpieczeństwa państwa były organizacją przestępczą, taką, jaką była Gestapo (Geheime Staatspolizei) i wobec tego uzasadniona jest odpowiedzialność zbiorowa. Autorzy tych wypowiedzi nie doczytali pewnie do końca stosownych opracowań historycznych. Otóż rzeczywiście Trybunał Norymberski uznał niemiecką Gestapo za organizację przestępczą i jej działalność została uznana za zbrodniczą. Jednakże jej funkcjonariusze nie zostali uznani in gremio za zbrodniarzy i zbiorowo ukarani. Jeśli któryś z nich popełnił indywidualnie zbrodnię i zostało mu to udowodnione w normalnym procesie sądowym, to rzecz jasna na mocy wyroku ponosił pełną odpowiedzialność za nią. Jeśli sąd nie był w stanie udowodnić mu tej, czy innej zbrodni, uznawany był za niewinnego. W sprawach emerytalnych był traktowany, jako urzędnik państwowy i stosowane wobec niego były normalne przepisy.
Nam nikt nie stawiał zarzutów łamania prawa, nieliczni tylko, którzy rzeczywiście popełnili przestępstwa w trakcie swojej służby w resorcie spraw wewnętrznych, ponieśli odpowiedzialność karną. Zgodnie z prawem obniżono im o połowę świadczenie emerytalne, jeśli już je posiadali. I w tej chwili, paradoksalnie ta ich połowa emerytury jest wyższa od naszych nowo naliczonych świadczeń. Wynika z tego, że opłacało się popełniać przestępstwa pod płaszczykiem służby „w organach”.
W naszym przypadku jest, jak Pan wie.
Poprzedni ustrój, zwany obecnie obelżywie i bezzasadnie komunistycznym, rzeczywiście był ustrojem dość dalekim od demokratycznych rządów prawa. W pierwszej fazie był zdecydowanie totalitarny i represyjny, w późniejszej można określić go, jako quasi totalitarny. Jednakże, nie odnotowuję w mojej pamięci aktów prawnych, przynajmniej po 1985 roku, sankcjonujących działanie prawa wstecz. Notuję natomiast stopniowe przechodzenie w sferze instytucji prawnych do demokracji nie fasadowej, a realnej. Choćby powołanie instytucji Rzecznika Praw Obywatelskich, czy – daleko nie szukając, Trybunału Konstytucyjnego, który formalnie i faktycznie rozpoczął działalność z dniem 01 stycznia 1986 r. Na tym tle działania służb bezpieczeństwa państwa, zróżnicowanych wewnętrznie co do celów i zakresu działania, zatem niejednolitych, też można i – moim zdaniem, należy różnicować i oceniać obiektywnie, a nie na zasadzie propagandowej. Mam tu na myśli treść preambuły do pierwszej ustawy bandyckiej. Jest to bełkot i naciąganie faktów dla potrzeb politycznych.
W moim i nie tylko moim odczuciu powoływanie się na mityczną sprawiedliwość dziejową jest tak samo moralne i logiczne, jak porównywanie demokracji socjalistycznej z demokracją. Tyleż samo sprawiedliwości jest w sprawiedliwości dziejowej, co demokracji w demokracji socjalistycznej. A może nawet jeszcze mniej. I tak na zakończenie:
Niektórzy politycy, wywodzący się z prawdziwej opozycji z czasów PRL, tacy, którzy czynami udowodnili swoją odwagę w walce o prawdziwie demokratyczną Polskę, mieli również odwagę przyznać się do błędu, za jaki uznali uchwalenie pierwszej bandyckiej ustawy. Co więcej, publicznie za to przeprosili nas – byłych już funkcjonariuszy. Może z czasem przypomnieli sobie o czymś, co w moim przekonaniu stanowi jedno ze źródeł prawa – o etyce.
Ostatnie już pytanie: i co Pan na to, Panie profesorze?

 

PS.
1. Mam świadomość, że obecna ekipa, która zawłaszczyła Państwo i opanowała prawie wszystkie jego instytucje, może próbować wykorzystać ten tekst do kolejnych ataków na Pana. Zaręczam – nie po to ten list napisałem. Napisałem go, aby przypomnieć Panu, że my – nasza dawna grupa zawodowa ciągle, mimo upływu czasu pamiętamy i do końca naszych dni będziemy pamiętać, komu zawdzięczamy naszą nędzę materialną. I kto usiłował nam odebrać honor.
2. Może Pan być pewien naszego dalszego wsparcia w walce o przywrócenie w Polsce rządów prawa. My ciągle potrafimy odróżnić ziarno od plew.

MSz