Duży krok naprzód

Powiedzieć, że demokracja w Polsce stoi na skraju przepaści to, mimo wszystko, znaczy szerzyć optymizm. Przesuwając wybory prezydenckie zrobiliśmy kolejny, duży krok naprzód.

Zachowanie minimum ładu konstytucyjnego było możliwe tylko wtedy, gdyby Senat zdecydował się na propozycję wyborów po opróżnieniu urzędu przez Dudę. Oczywiście ostatecznie i tak zdecydowałaby większość sejmowa czyli PiS, ale opozycja zachowałaby może resztki godności. Stanęło na tym, że głosowanie odbędzie się 28 czerwca, przewidywana II tura dwa tygodnie później a potem… Potem Pierwsza Prezes Sądu najwyższego uzna, czy wybory były ważne i zgodne z konstytucją. Jeśli zwycięży Duda, to Sąd uzna że były ważne. Jeśli inny kandydat, to będzie mogła ogłosić, że wybory nie były zgodne z konstytucją i będzie miała całkowitą rację. Urząd prezydenta obejmie wtedy Pani Marszałek Sejmu, przynajmniej do czasu rozstrzygnięcia kolejnych wyborów. Czyli na nie wiadomo jak długo.

Czy to pesymistyczny scenariusz? Powiedziałbym raczej, że realistyczny. Choć trzeba przyznać, że zwycięstwo Dudy w II turze wyborów jest nie mniej realistyczne. Jeśli ktoś naprawdę żywi nadzieje na to, że PiS ma zamiar przestrzegać jakichś procedur, które nie dają mu gwarancji zwycięstwa, to bije rekordy naiwności i powinien zająć się budową zamków z piasku, koniecznie na plaży strzeżonej.

Tym niemniej warto głosować, przynajmniej po to, by nie mieć w przyszłości pretensji do samego siebie. Warto, a może nawet należy zagłosować na kandydata, (tak się jakoś złożyło, że będą sami kandydaci), do którego jest nam politycznie najbliżej. Wszyscy niemal fascynują się już drugą turą, mimo, że jak dotąd z badań opinii nie wynika, że Duda stracił szansę na zwycięstwo. Może więc warto skupić się na prezentacji ofert politycznych, żeby te wybory w ogóle miały jakiś sens. Czyli na rywalizacji w pierwszej turze wyborów.

Na razie nic się nie zmieniło. Kandydat PO chce generalnie powrotu do przeszłości z zachowaniem programu 500+. Na szalę rzucił też likwidację TVP info, co jest z jednej strony poniekąd zrozumiałe, z drugiej zupełnie bez sensu. Gdyby na tej samej zasadzie likwidować każdą instytucję, której działanie PiS całkowicie wypaczył, musielibyśmy zlikwidować całe państwo.

Wygląda na to, że programem jest wyłącznie młody (względnie) inteligentny, oczytany w filozofach Trzaskowski. To oczywiście cieszy wyborców PO, dodaje im entuzjazmu i nadziei… ale na razie, niczego nie zmienia.

Wygląda też, że do Trzaskowskiego nie wrócili wszyscy wyborcy, którzy woleli Hołownię od Kidawy – Błońskiej. Jak się wydaje wsparli go za to wyborcy lewicy nieco zdegustowani kampanią Biedronia. Cóż, wyborcy lewicy często bywają jednocześnie pragmatyczni i krótkowzroczni. Aczkolwiek trzeba przyznać, że ani kandydat, ani kampania nie ułatwia wyboru. A szkoda, bo pojawiają się sensowne postulaty choć mało wyraziste. Emerytura minimalna 1,6 tys. zł na rękę, dofinansowanie systemu opieki zdrowotnej do 7,2 proc. PKB, ustawowa gwarancja, że żaden lek na receptę nie będzie kosztował więcej niż 5 zł, powszechny program budowy tanich mieszkań – to wszystko słuszne, ale mało porywające. Pomijając fakt, że prezydent co najwyżej może zgłosić projekty ustaw, a reszta już zależy od większości sejmowej.

Może warto było się pokusić o bardziej rewolucyjną i kompletną wizję sprawiedliwej Polski ? Przełamać milczenie na temat podatków? Zaproponować modernizację kraju, rozwój nauki, energetyki jądrowej, biotechnologii… I wypowiedzieć konkordat. Tyle, że Robert Biedroń musiałby się całkiem rozstać z wiosennymi mrzonkami. A tak jesienią dalej będziemy marznąć i marzyć o lepszej przyszłości. W kraju PiS i beznadziei.