Rafał, musisz!

Zwycięstwo wyborcze Platformy Obywatelskiej w Warszawie w 2018 było druzgocące. Mieszkańcy stolicy pozwolili partii Trzaskowskiego rządzić stolicą samodzielnie, a nowego prezydenta wybrali w pierwszej turze. Piszę dziś ten tekst, adresując go do prezydenta Warszawy – choć nie było mi dane na niego głosować.

W ostatnich wyborach samorządowych poparłem Pawła Śpiewaka, licząc na możliwość zagłosowania na Trzaskowskiego w drugiej turze. Po pół roku prezydentury, Trzaskowski pokazał jednak, że jest pierwszoligowym politykiem, którego charyzma i otwartość zjednają sobie niejednego wyborcę. Potrafił też zaprezentować inną twarz PO: zamiast rozbieganego wzroku Grzegorza Schetyny, szef warszawskiego magistratu jawi się jako polityk o nadzwyczajnych zdolnościach. O otwartości Trzaskowskiego można było się przekonać gdy dzień po wygranych wyborach rozdawał kawę w warszawskim metrze, czy obecności na Marszu Równości.
Mocna przewaga Platformy nad PiS-em w wyborach parlamentarnych w 2007, a później także w 2011, wynikała w znacznej mierze z osobistych talentów Donalda Tuska. Polska jest krajem, w którym multipolarne ośrodki władzy wewnątrz partii występują rzadko; ze względu na relatywną młodość polskiej sceny partyjnej dominują u nas partie wodzowskie, skoncentrowane wokół osób o wybitnej charyzmie oraz zdolnościach przywódczych i organizacyjnych. Tak było, gdy Aleksander Kwaśniewski, stojąc na czele Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego prowadził do władzy SLD, a siebie samego – do prezydentury. Tak było w przypadku późniejszego przywództwa Leszka Millera, zwycięstwa braci Kaczyńskich w 2005, czy wreszcie w kontekście sukcesów wyborczych PO PO. Wodzowski charakter naszej sceny partyjnej jeszcze lepiej widać wśród tzw. partii kanapowych. Na poziomie politycznego planktonu przykładów nie trzeba szukać daleko, skoro już w nazwach partii występuje nazwisko lidera: Wiosna Biedronia, Kukiz ‚15, Solidarna Polska Zbigniewa Ziobro, a jeśliby sięgnąć pamięcią dalej – także Ruch Palikota, czy Nowoczesna Ryszarda Petru, albo choćby nawet egzotyczna Platforma Janusza Korwin-Mikkego.
Tusk potrafił doskonale wyczuwać nastroje Polaków i manipulować percepcją zjawisk społecznych w taki sposób, który pozwolił mu na osiągnięcie najważniejszego, celu bycia w polityce – tj. zdobył i utrzymał władzę przez dwie kadencje, co jak dotąd w Polsce nie udało się nikomu innemu. I choć nigdy nie miał styczności z akademią i nie posiada tytułów naukowych – a jedynie tytuł magistra historii – w okresie przywództwa opozycji, a następnie także koalicji, wykazał się niebywałymi zdolnościami intelektualnymi. W latach 2007-2015 zwykło się mówić, że Tusk jest teflonowy – nic bowiem się do niego nie jest w stanie przykleić. Dopiero ujawnienie afery taśmowej w 2015 spowodowało drastyczne pogorszenie się notowań ówczesnego rządu.
Niestety, charakterystyka polskiej sceny partyjnej zmusiła Tuska do pozbywania się z Platformy Obywatelskiej potencjalnych konkurentów. Od powstania partię zdążyli opuścić najważniejsi i najzdolniejsi politycy tego ugrupowania, którzy mogliby aspirować do pozycji lidera – Maciej Płażyński, Andrzej Olechowski, Paweł Śpiewak, Jan Rokita, Paweł Piskorski czy Janusz Palikot. Poziom merytoryczny kadr Platformy Obywatelskiej przez lata ulegał obniżeniu – brak w partii było miejsca na demokratyczną dyskusję, a próba łączenia skrajności od Gowina do Cimoszewicza skończyła się niepowodzeniem. W pewnym momencie działacze PO zorientowali się jednak, że partie polityczne nie są takim samym produktem, jak papier toaletowy, i nie da się stworzyć marki, która będzie adresowana do wszystkich. Mam jednak wrażenie, że do znacznej części działaczy największej obecnie partii opozycyjnej, wciąż nie dotarło przesłanie z wyborów na przewodniczącego PO, w których Jarosław Gowin atakował Donalda Tuska za politykę tzw. ciepłej wody w kranie. Brak holistycznej wizji Polski po kolejnym zwycięstwie wyborczym, brak spójnej narracji głoszonej przez Platformę Obywatelską – to czynnik, którego rola w procesie zwycięstwa wyborczego PiS jest nie do przecenienia.

W poszukiwaniu źródeł tożsamości

W początkowym okresie istnienia partii, politycy PO określali się jako konserwatywni liberałowie, co zresztą może być uzasadniane szeroką obecnością byłych działaczy Unii Polityki Realnej (partia założona w 1990 przez m.in. Korwin-Mikkego), takich jak Julia Pitera czy Sławomir Nitras i nawiązywania do mitów Ronalda Reagana i Margaret Tatcher. Z czasem jednak partia zaczęła podbierać dawny elektorat SLD – średniomiejską klasę średnią i relatywnie liberalnych wyborców z wielkich miast. Sprzeczności, które wyrosły wskutek polityki catch all party, okazały się nie do utrzymania na dłuższą metę. W 2010 szefem NBP został były szef SLD-owskiego rządu, Marek Belka. PO poparła kandydaturę Marka Borowskiego i Włodzimierza Cimoszewicza do Senatu. Podobnie było z byłym szefem Sojuszu, Grzegorzem Napieralskim, który w wyborach prezydenckich w 2010 uzyskał wynik, o którym dzisiejsze SLD mogłoby tylko pomarzyć (ponad 2 mln głosów), a który wskutek konfliktu z Millerem musiał odejść z partii. Z list PO do Sejmu dostał się Bartosz Arłukowicz, a potem również Tomasz Cimoszewicz. Współpracę z Platformą rozpoczęło wielu byłych postkomunistów – Dariusz Rosati czy Witold Gintowt-Dziewałtowski.
Czy trzydzieści lat po 4. czerwca 1989 scena polityczna powinna wciąż być determinowana tym, co kto robił w latach 80-tych? Nie sądzę, by było to mądre – w świecie nastąpiło wiele przemian, również ideologicznych. Upadł europejski neoliberalizm, jednoznacznie składając do grobu Konsensus Waszyngtoński – zestaw rekomendacji polityk fiskalnych i gospodarczych, na podstawie którego opracowano m.in. program transformacji gospodarczej Polski po 1989. Kryzys finansowy w 2008 pokazał, że rynki dostały zbyt wiele wolności. W Polsce skręt w lewo był wyraźnie zauważalny podczas pierwszego etapu likwidacji Otwartych Funduszy Emerytalnych, gdzie politycy PO – m.in. Jan Vincent Rostowski – jawnie występowali przeciwko Leszkowi Balcerowiczowi. Z drugiej jednak strony, PO w okresie swoich rządów kompletnie pominęło troskę walki o prawa najsłabszych. Płaca minimalna rosła wolniej, niż mogłaby – na co PiS odpowiedział postulatem minimalnej stawki godzinowej. Transfery socjalne nie były adekwatne do tempa rozwoju gospodarczego – na co PiS odpowiedział programem 500+. Przez wiele lat rządów, PO utrzymywała niezwykle drogie przywileje podatkowe dla milionerów, takie jak np. degresywne składki do ZUS, w wyniku czego osoby zarabiające średnią krajową pensje oddawały fiskusowi niemal dwukrotnie większą część swojego dochodu, niż osoby zarabiające najlepiej.

PO potrzebuje nowej twarzy

Historia transformacji ustrojowej w Polsce pokazuje, że choć agresywny kapitalizm może generować wysoki wzrost gospodarczy, nie sprawdza się w zakresie dystrybuowania owoców tego wzrostu i przekuwania wzrostu w rozwój społeczno-gospodarczy. Szansę tę wyczuło PiS, które trafnie zdiagnozowało potrzeby i oczekiwania Polaków. A pomysł PO? Cytując Grzegorza Schetynę: „gdzieś jest, tylko trzeba go znaleźć i wiedzieć z kim go szukać”. Platforma potrzebuje nowych twarzy: młodych polityków, którzy lata 80. i Stan Wojenny pamiętają co najwyżej z dzieciństwa. Dzisiejsi trzydziestolatkowie nie pamiętają PRL, a to oni w znacznej mierze decydują o tym, kto w Polsce będzie sprawował władzę. Platforma takich polityków ma, co pokazały ostatnie wybory samorządowe. Trzaskowski w Warszawie, Jaśkowiak w Poznaniu czy Dulkiewicz w Gdańsku, to tylko kilka nazwisk osób, które swoimi kompetencjami, pewnością siebie, wizją Polski, spójnością biją na głowę polityków, których brak zdolności medialnych wyraźnie szkodzi obozowi opozycyjnemu. PO powinno się uczyć od Kaczyńskiego, i tak jak na czas wyborów Kaczyński chował Macierewicza, Pawłowicz czy Sobecką, tak PO na czas wyborów powinno schować Komorowskiego czy Ewę Kopacz, którzy zresztą przegrali już dla PO jedne wybory – te w 2015.
Schetyna lubi określać Platformę mianem partii chadeckiej. Panie Marszałku, niechże zrobi Pan z PO chadecję! W Niemczech koalicja CDU/CSU nie walczy ze związkami zawodowymi, nie ma problemu z płacą minimalną, nie zgłasza postulatów likwidacji progresji podatkowej, mało tego, nie ma problemu z zaakceptowaniem pełnej równości małżeńskiej par jedno- i dwupłciowych. Pytanie tylko, czy Schetyna sprostałby temu zadaniu. Osobiście mam przekonanie, że nie. Potrzebna jest nowa twarz Platformy.
Wnioski, które wypływają z dwóch ostatnich kampanii, są bardzo proste. Po pierwsze, politycy PO w wielu miejscach zlekceważyli kampanię. Wygrali ci, którzy wyszli do ludzi, tak jak Trzaskowski w wyborach samorządowych, albo Sikorski i Arłukowicz w wyborach do Parlamentu Europejskiego. To właśnie targowiska, bazary i miejskie rynki są miejscami, gdzie nie tylko przekonuje się wyborców do swojej wizji Polski, ale przede wszystkim – gdzie wizja ta powinna się wykuwać. Po drugie, Platforma Obywatelska potrzebuje lidera z prawdziwego zdarzenia. Przywódcy z krwi i kości, który potrafił będzie stworzyć spójną wizję, a potem wcielić ją w życie. W mojej ocenie, oprócz Rafała Trzaskowskiego i Bartosza Arłukowicza nie ma w tej chwili w PO osobowości, która byłaby w stanie zdobyć miłość Polaków bardziej, niż robi to Jarosław Kaczyński. A ten ostatni, mimo gigantycznego elektoratu negatywnego, nie przestaje być piekielnie skuteczny.

Precz z komuną!

Chociaż troszkę – czyli uliczny PO-PiS.

Prezydent Warszawy zapowiedział, że wprowadzi swoją, autorską wersję dekomunizacji stołecznych ulic. Rafał Trzaskowski nie spał po nocach, siedział i koncypował – aż wykoncypował: już wie, jak to zrobić, żeby nie wyszło, że popiera PiS, a jednocześnie, żeby nikt mu nie zarzucił, że kuma się z przebrzydłymi komuchami. Wybrał starą dobrą metodę Platformy: najbardziej skomplikowane, najbardziej upierdliwe i zadowalające najmniej osób rozwiązanie.
Z 47 warszawskich ulic, którym sąd kazał odkurzyć i przywrócić stare tabliczki, na razie decyzją NSA wróciło 44. Wśród nich: Związku Walki Młodych, Duracza, Małego Franka, Rzymowskiego, Modzelewskiego, Kulczyńskiego, 17 stycznia, Armii Ludowej, Pstrowskiego, Jędrzejowskiego, 1 Praskiego Pułku, Parola, Szałka, Balcerzaka, Kokoszków, Fondamińskiego…Ale tak nie zostanie.
Prezydent Warszawy uznał, że podpisanie karty LGBT było gestem wystarczającym, by dowieść swojego zamiłowania do pluralizmu i tolerancji. Lewicowi i lewicujący wyborcy, którzy zaufali mu w wyborach samorządowych na zasadzie mniejszego zła powinni być wdzięczni i nie zadawać dalszych pytań. Teraz czas zagwarantować, by wielbiciele Lecha Kaczyńskiego i Wyklętych dostali swoją działkę.
– Warszawiacy, zwłaszcza mieszkańcy ulic, które były przedmiotem decyzji rządzących, w olbrzymiej większości są przeciwni zmianom nazw ulic. Tych protestów były bardzo, bardzo dużo. miany, które zostały wprowadzone przez rządzących, zostały wprowadzone z pogwałceniem prawa. To zostało potwierdzone przez niezawisły sąd. Naszym obowiązkiem jest przywrócić nazwy ulic do stanu poprzedniego – tę część przemowy wygłosił jeszcze Rafał Trzaskowski – znany antypisowiec. Ale za chwilę do gry włączył się Mr Hyde, programowy antykomunista: – Zadrżałaby mi ręka, gdyby Teodor Duracz miał dalej w Warszawie swoją ulicę! Zwłaszcza, że Zbigniew Romaszewski był osobą, którą zdecydowanie ceniłem! Także bohaterowie, którzy poświęcili życie dla naszej ojczyzny, powinni dostać ulice. Dokładnie pamiętam jak nazywały się warszawskie ulice za czasów komuny i przez te lata wykonaliśmy wiele pracy, by usunąć patronów z poprzedniej epoki. Tu trzeba powiedzieć, że były to postacie skandaliczne.
Z inicjatywy Trzaskowskiego w Warszawie pozostać ma Danuta Siedzikówna „Inka” zamiast Małego Franka, KOR zamiast 17 stycznia, Stanisław Pyjas zamiast Franciszka Bartoszka, Bohaterowie Kopalni „Wujek” zamiast Wincentego Pstrowskiego, Zbigniew Romaszewski zamiast Teodora Duracza i Grzegorz Przemyk zamiast Sylwestra Bartosika.

Poświęcił życie? I co z tego?

Powtórzmy: bohaterowie, którzy poświęcili życie dla naszej ojczyzny, powinni dostać ulice. To piękny banał. Wniosek z bardziej starannego przeglądu krótkiej listy jest prosty: niektórzy mogą sobie to życie poświęcić, a w oczach prawicy, dowolnej maści, i tak będą nie do przyjęcia.
Franciszek Zubrzycki, dowódca jednego z pierwszych oddziałów Gwardii Ludowej, zginął w walce z Niemcami, ale dla prawicy został czarnym charakterem, przywoływanym przy różnych okazjach jako przykład zbrodniarza zabierającego ulicę polskiemu patriocie.
– Wedle ustaleń IPN-u największą, popełnioną przez Zubrzyckiego zbrodnią, jest … kradzież dubeltówki z leśniczówki pod Piotrkowem w czerwcu 1942. Rzeczywiście, to świetny przykład „zbrodniarza” – piszą aktywiści redagujący profil Przywróćmy pamięć o patronach wyklętych, opisujący niechcianych w wolnej Polsce działaczy lewicowych, a zarazem niepodległościowych, antyfaszystowskich.
Franciszek Bartoszek zginął 14 maja 1943 r. podczas akcji zbrojnej. Wcześniej brał udział w podobnych. 17 stycznia 1943 r. osobiście dokonał zamachu w restauracji Mitropa na warszawskim Dworcu Głównym, lokalu tylko dla Niemców. Walczył z okupantem, ale nie tak, jak trzeba, bo w szeregach Gwardii Ludowej. Nie należy się nawet słabo widoczna uliczka osiedlowa w okolicach Mostu Siekierkowskiego.
Tym bardziej nie należy się Sylwestrowi Bartosikowi. Walczył z Niemcami, ale jako członek lewicowego Związku Walki Wyzwoleńczej, który ostatecznie wszedł w całości do PPR. Co gorsza, przed wojną, we wspaniałej II Rzeczypospolitej, należał do Komunistycznej Partii Polski. Takich win nie zmyje aresztowanie przez Niemców, brutalne śledztwo na Pawiaku i wreszcie śmierć na szubienicy.
Co znamienne, lepiej „powiodło się” innemu działaczowi o niemal bliźniaczym życiorysie – Antoni Dobiszewski, też przedwojenny komunista, też działacz PPR i też ofiara tej samej publicznej egzekucji, ulicę, po sądowych peregrynacjach, zachowa. Bo zaproponowany na jego miejsce Adam Bień zasiadał we władzach Polskiego Państwa Podziemnego, ale to „tylko” ludowiec, nie ważny symbol narodowokatolickiej prawicy.
Symbolem, tyle że znienawidzonym, jest za to data 17 stycznia: dla Warszawy skończył się koszmar nazistowskiej okupacji. Przez poprzednie blisko pięć lat każdemu mieszkańcowi i mieszkance miasta, Polakom i Żydom, nieustannie groziła śmierć. Teraz ocaleni mogli przystąpić do odbudowy normalnego życia, dźwigania miasta z gruzów, nauki, pracy.
– Nie wiedziałem, że Warszawa jest wyzwolona. Byłem od pół roku w całkowitej samotności, ukryty w ruinach. Kiedy 20 stycznia usłyszałem jakieś dźwięki na ulicy i zobaczyłem ludzi, rozpłakałem się. Byłem wolny – wspominał kompozytor Władysław Szpilman.
– Z jednej strony radość z wyzwolenia, z odmiany, radość, że będziemy budowali normalnie, w warunkach pokojowych swoje życie. A z drugiej strony się okazywało, że nie są to warunki normalne i pokojowe, że ludzie wpychani są do lasu – komentował kilka lat temu prof. Tomasz Strzembosz. Dziś taka ocena sytuacji, pokazująca, że historia nie jest czarno-biała, okazuje się nie do zaakceptowania.

Niejednoznaczni

A jeśli w słowach Trzaskowskiego pobrzmiewało przyznanie, że mogą być w historii postacie niejednoznaczne, to wypadało to raczej słabo. Gołym okiem było widać, iż AL-owcy znaleźli się w kategorii „niejednoznaczni” głównie dlatego, że kandydatem do zastąpienia ich na tabliczce z nazwą ulicy był Lech Kaczyński. Oddać mu arterię w centrum miasta? O to na Trzaskowskiego pogniewaliby się nie tylko jacyś tam lewacy, ale i twardy, broniący demokracji elektorat.
A jednak gospodarz Placu Bankowego usiłował wejść w polityczny tyłek gospodarza Nowogrodzkiej – zapowiedzią, iż „Lech Kaczyński zasługuje na upamiętnienie”. Tu jednak ochłonął i zdążył przełączyć się na tryb Doktora Jekylla. – Nie chcę podejmować decyzji w świetle kampanii wyborczej. Przeprowadziłem dziesiątki rozmów na ten temat i to budzi emocje, zgłoszę swoją propozycję, ale po wyborach parlamentarnych. Mam nadzieję, że jak opadną emocje po wyborach, będziemy mogli spokojnie rozmawiać, jaka ulica należy się prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu – oznajmił.
Za, a nawet przeciw
Platforma Obywatelska co do zasady „nie jest przeciwna ustawie dekomunizacyjnej”. Chętnie wykorzystuje okazje, aby stawiać na cokoły i tabliczki „swoich” patronów: Bartoszewskiego, Mazowieckiego… Kogoś innego weźmie w obronę, gdy w przekonaniu lokalnych działaczy taka będzie skuteczna strategia walki z PiS na danym odcinku.
– Za chwilę mieszkańcy ulicy Dąbrowszczaków mogą mieszkać przy ulicy Ofiar Katastrofy Smoleńskiej lub Żołnierzy Wyklętych – powiedział w Radiu Opole radny Zbigniew Kubalańca. I faktycznie, PO Dąbrowszczaków w tym akurat miejscu broniła. Samorządowcy tej formacji sprzeciwiali się również zmianom w Bydgoszczy i Olsztynie. W tym ostatnim mieście rada miejska zaskarżyła do sądu administracyjnego zarządzenia zastępcze wojewody zmieniające nazwy trzech ulic: Dąbrowszczaków na Kruka, Poznańskiego na Jutrzenki-Trzebiatowskiego i Pstrowskiego na 5 Wileńskiej Brygady AK.
W Łodzi PO przybiła piątkę SLD w obronie placu Zwycięstwa przed zakusami wojewody Zbigniewa Rau, który wymyślił w to miejsce Lecha Kaczyńskiego – na zasadzie „ma Warszawa, to możemy i my”. Z tym, że obrona placu, który upamiętnia pokonanie faszystów przez armię radziecką i walczące u jej boku polskie formacje, już nie przeszła przez gardło. Prawdziwe zwycięstwo, proszę łodzian, to było w bitwie warszawskiej. Kilkunastu innych nazw ulic, z których wygumkowano lewicowe działaczki i bohaterów dawnej robotniczej Łodzi, liberałowie oczywiście bronić nie mieli zamiaru.
– PO próbuje na siłę pokazać, iż akceptuje narzucaną przez PiS wizję historii. W Warszawie, powstają nowe ulice, którym można nadawać imiona, jakie prezydent Trzaskowski chce. On jednak wybiera rozwiązanie, które niszczy pamięć historyczną – mówi Piotr Ciszewski, koordynator kampanii Historia Czerwona. – Nie widzę powodu, aby Danuta Siedzikówna „Inka” musiała mieć ulicę akurat w Warszawie. Nie była w żaden sposób związana z tym miastem, w odróżnieniu od zamordowanych działaczy robotniczych, którzy działali w Warszawie i którym Trzaskowski ulice chce zabrać – podsumowuje.

PiS obłaskawiony? Oczywiście nie

Co na to wszystko wojewoda z PiS, Zbigniew Sipiera? W pierwszej chwili ucieszył się („To potwierdza, że moje decyzje w sprawie zmian nazw ulic były potrzebne. Każdy ruch w tym kierunku jest dobry”), ale przy następnym pytaniu o to, czy będzie współpracować z warszawskim ratuszem, nabrał już wody w usta („muszę zapoznać się ze szczegółami”). Wojewoda oraz IPN muszą zaopiniować projekt zmian, zanim zajmą się nimi radni miejscy.
Także prawicowi politycy i publicyści nie dali się obłaskawić Trzaskowskiemu-antykomuniście. Nie przeproszą za oblanie go pomyjami w grudniu, gdy po wyroku NSA warszawscy drogowcy na nowo instalowali znienawidzone nazwy, a prezydent, z braku lepszych kandydatów, został naczelnym stołecznym komuchem. Portal Wpolityce triumfuje.
– Trzaskowski, wstydź się! – grzmi Niezależna. I oddawaj Aleję Kaczyńskiego, sugeruje niedwuznacznie. To akurat było do przewidzenia. Gorzej, że nawet gdyby Trzaskowski tak w końcu zrobił, i tak wszystko zostanie po staremu. PiS na polu historii będzie robił swoje. PO czasem mu się nieznacznie sprzeciwi, przekonując lewicowych wyborców, że muszą na nią głosować, bo przecież nie lubią IPN i nachalnej polityki historycznej. A część lewicy da się przekonać…

Panie Warzecha, posuń się pan trochę

Nie jesteś Pan na tej planecie, ani w tym mieście, sam.

 

Publicysta znany ze swojej niekłamanej sympatii do producentów futer, cierpi na łamach „WP Opinie” (nie idź tą drogą, Wirtualna Polsko) z powodu dekretu cesarza despoty Heroda Trzaskowskiego, który to w roku pańskim 2018 odwołał sylwestrowy pokaz fajerwerków w Warszawie, co świadczyć ma o jego chęci poniżenia gatunku ludzkiego i „zrównania go ze zwierzętami”.
Łukasz Warzecha swoim zwyczajem wchodzi w rolę stojącej pod krzyżem płaczki, zawodzącej co kilka miesięcy rzewny refren „kiedyś to kurła było!”. Kiedyś, kiedy lewactwo jeszcze nie rządziło światem (tak tak, ta część PiS, która opowiada się za respektowaniem praw zwierząt to też według pana Warzechy lewactwo), najważniejsze było to, co „tradycyjne”. Zwierzęta zdychały, zamiast umierać, były usypiane zamiast poddawane eutanazji, a niedźwiadki skakały w cyrkach przez płonące obręcze, żeby „człowiek mógł mieć z tego przyjemność”, przy czym nie należy zapominać, że były „podatne na tresurę” i „same dobrze się przy tym bawiły”. Nie, to nie jest reductio ad absurdum, on to wszystko naprawdę napisał!

Zabawne, że w sezonie wiosenno-letnim podobnie płakał nad opresyjnym zakazem klapsów, które przecież „nie są przemocą”. W sezonie zimowym używa podobnej alarmistycznej retoryki szantażu: zabijają nas! Bez klapsów rodzice nie będą w stanie normalnie wychowywać swoich dzieci! Bez fajerwerków sylwestrowych ludzkość czeka zagłada i wszechogarniająca zookracja, dyktat Burka, co zerwie się z łańcucha i porżnie piłą swego pana niczym Jakub Szela. „Owszem, można powiedzieć, że bez fajerwerków można się obyć. Ale tak można uzasadnić niemal każde ograniczenie – bo obyć się można niemal bez wszystkiego. Bez trzymania w domu kanarka czy chomika także. Jeśli przyjmiemy ten sposób myślenia, powinniśmy właściwie wrócić do epoki kamienia łupanego, bo i bez prądu się obędziemy”.

I, uwaga, to nie koniec zwierzęcej apokalipsy: „Nie łudźmy się jednak: działacze na tym nie poprzestaną. To równia pochyła. Po cyrkach przyjdzie czas na fokaria, bo przecież foki powinny żyć w morzu, a nie ku uciesze dzieci i dorosłych bawić się piłką w basenie. Potem okaże się, że nie wolno trzymać w domu żółwia, rybek w akwarium czy papugi, a jeśli trzyma się psa, to nie wolno go tresować, bo go to stresuje”.

Bo wiecie, w naszym małym, konserwatywnym kapitalizmie jest przecież tak świetnie. Tylko lewackie nadpobudliwe dzieciaki prują się nie wiedzieć o co: „Działacze nigdy nie ustaną w eskalacji swoich postulatów. To typowe dla wszelkiego rodzaju aktywistów: zawodowi antyfaszyści nigdy nie przyznają, że faszyzmu nie ma, zawodowi ekolodzy – że przyroda jest należycie chroniona, zawodowi związkowcy – że pracownicy mają się dobrze, a zawodowi aktywiści prozwierzęcy – że zwierzęta mają się dobrze”.

Mam jednak dla Pana Łukasza na koniec dwa zdania pokrzepienia: po pierwsze – niech Pan głęboko oddycha. Kiedyś też wielu ludziom nie mieściło się w głowie, że kobiety będą nosić spodnie i dostawać Noble z fizyki, a ludzie z czarną skórą głosować w wyborach. Druga rzecz, że Trzaskowski nie ma mimo wszystko władzy porównywalnej do Heroda i z pewnością w Warszawie znajdzie się mnóstwo takich jak Pan tradycjonalistów, którzy przez całego Sylwestra będą napierdalać kanonady bez wytchnienia, nawet jeżeli ich własne dzieci będą kulić się przy tym ze strachu. Bo tradycja taka.

Redakcji Wirtualnej Polski i temu, kto zdecydował o publikacji felietonu Łukasza Warzechy, nie mam nic do powiedzenia. Niech wam czytelnicy sami uświadomią, jaki to wstyd.

Apel do Prezydenta

Poniższy apel będzie można podpisywać w siedzibie RSS przy ul. Elektoralnej 26 codziennie od poniedziałku w godzinach 11:00-18:00,

 

Szanowny Panie Prezydencie,

Zwracamy się do Pana z prośbą o udostępnienie części pustych mieszkań będących w gestii miasta st. Warszawy na potrzeby osób bezdomnych, które z powodu braku miejsc noclegowych w placówkach do tego przeznaczonych są zagrożone wychłodzeniem organizmu i śmiercią. Uważamy, że sytuacja, w której miasto dysponuje tysiącami pustych mieszkań (pustostanów) podczas gdy bezdomni nie mogą znaleźć miejsc, gdzie mogli by się schronić przed mrozem jest niedopuszczalna, a dalsze jej utrzymywanie będzie dowodziło skrajnej nieodpowiedzialności i znieczulicy. W tej dramatycznej sytuacji prosimy o rozmowę i okazanie dobrej woli oraz odrobiny empatii. Ochrona życia i zdrowia członków wspólnoty samorządowej, a więc wszystkich mieszkańców Warszawy jest obowiązkiem władzy publicznej.

 

Członkowie i Sympatycy Ruchu Sprawiedliwości Społecznej:
Piotr Ikonowicz, Agata Nosal-Ikonowicz, Roman Ochociński,
Anna Sławuszewska, Ewa Rembielińska, Andrzej Kuśpit, 
Darek Konopka,
Grzegorz Palarski, 
Olga Nikolaidi, Tomasz Orłowski,
Katarzyna Paczkowska-Mężyńska, 
Leon Jadczak, Teresa Dranczyk,
Kazimierz Jaworski, Grażyna Dobosz, Krzysztof Salich, Joanna Wąs,

Bogdan Bugajski, Artur Matyjaszek, Tadeusz Jakubowski, Jakub Janek,
Krzysztof Jankowski, Maciej Jaroszewski, Jolanta Kamińska,
Roman Laskowski, Tadeusz Muszel, Mirosława Pólkowska, Krystyna Sałanowska,
Zbigniew Wasilewski, Agnieszka Żelazna, Stanisław Domański

Pokażę Wam Dwie Warszawy

Pierwsza z nich to nieremontowane latami, kiedyś piękne, zabytkowe, przedwojenne kamienice będące w zasobie miasta. Niektóre dalej opalane piecami kaflowymi, bez podłączenia do CO. Kamienice, których ścian nikt nie malował od co najmniej 30 lat. Z których odpadł już tynk. W których jest na klatkach ciemno, pachnie moczem i stęchlizną. Na podwórkach których na placach zabaw bawią się w chowanego tylko puste butelki oraz zupełnie się w nic nie bawią góry śmieci.
Pierwsza Warszawa nigdzie się nie spieszy. Tak, jak się umiera na raka w hospicjum: zachowując godność, ale jednak śmierdząc, nie kontrolując wydalania i nie mając siły zrobić wokół siebie samodzielnie już kompletnie nic. Zapach tych kamienic jest jak oddech stulatka – wątła nitka łącząca nas z daleką przeszłością.
Warszawa Druga niecierpliwi się. Jest młoda i głodna. Czeka, aż Pierwsza wreszcie zdechnie. Aż będzie można wyrzucić po niej zasikany tapczan i wstawić świeżutką sofę z IKEI, aż z kamienic grożących zawaleniem wreszcie ujdzie ostatnie tchnienie – aż ich lokatorzy wyjadą do Anglii lub miasto ich wykwateruje. Dlatego Druga od wielu lat nie dawała kasy na Pierwszą. Wiedziała, że tamta, prędzej czy później, umrze.
Pierwsza i Druga mieszkają 20 metrów od siebie – po przeciwnych stronach tej samej ulicy.
Po tej Drugiej powstają piękne, nowoczesne, w ch drogie apartamentowce. Wszystko jak z intro Blue Velvet Lyncha: kliniczne, pachnące cifem floral klatki, odchwaszczone ogródki i obleciane rafią balkony z technorattanowymi fotelami i suszarką na pranie. Wygracowane ścieżki, fontanna, bezpieczny plac zabaw, parking podziemny. Lux torpeda level deweloperka. No oczywiście, wsio OGRODZONE I MONITOROWANE.
A teraz, Moi Drodzy i Drogie, powiedzcie mi, jakie dzieciństwo będą miały dzieci mieszkające w Warszawie numer 1, a jakie w Warszawie nr 2?
Jak dzieci z tej Pierwszej będą się czuły, widząc rówieśników z drugiej strony ulicy bawiących się na zamkniętym dla „obcych” placu zabaw?
Czy myślicie, że spotkają się z nimi kiedykolwiek prywatnie i zamienią choć kilka zdań? Czy też będą chodzić do zupełnie różnych szkół, robić zupełnie gdzie indziej zakupy, spędzać gdzie indziej ferie i wakacje?
Kiedy już wyrosną z zabaw na placu i z rejonowej podstawówki, która tak czy owak musi przyjąć wszystkich, Pierwsi (przynajmniej część z nich) i Drudzy będą się starali o te same miejsca w liceach. Kto się dostanie? Kto będzie musiał, mimo ambicji, pójść do zawodówki, bo za słabo zda egzaminy? A kiedy ukończą te czy inne szkoły, to czy dom Pierwszych będzie jeszcze w ogóle stał?
Na wszystko spogląda z góry Rafał Trzaskowski (bilbord wisi po tej Drugiej stronie ulicy).

 

Autorka jest rzeczniczką prasową SLD. W wyborach samorządowych kandyduje na radną Rady Miasta Warszawy z listy nr 5 SLD Lewica Razem, z okręgu nr 7 obejmującego Targówek, Wawer i Wesołą.

Lepiej iść pod prąd

Przeczytałem dzisiaj z rana dwa wywiady, które lewicowi publicyści zrobili z kandydatami PO i PiS na prezydenta Warszawy. W „Krytyce Politycznej” Jakub Majmurek rozmawiał z Patrykiem Jakim, a w „Tygodniku Powszechnym” Rafał Woś z Rafałem Trzaskowskim.

 

W mojej opinii, w tych rozmowach na zaminowanym gruncie znacznie lepiej wypadł Jaki. Udało mu się rozbroić naszykowane na niego przez lewicę materiały wybuchowe, podczas gdy Trzaskowski beztrosko przeszedł po polu minowym małymi kroczkami, popełniając harakiri i potwierdzając wszystkie lewicowe stereotypy na swój temat.
Jak na to zareagował lewicowy Internet? Majmurek jest stawiany do pionu, że nie dość mocno przyłożył Jakiemu, że takich wywiadów nie publikuje się bez obnażenia kłamstw i manipulacji rozmówcy. Te same osoby, które są pierwsze do wytykania PiS-owi zamordyzmu, skłonne są domagać się zakładania kagańca na sferę publiczną, byle tylko wygrała ich strona. Media liberalne, w nie mniejszym stopniu niż prawicowe, są odpowiedzialne za kształtowanie się illiberalnego społeczeństwa. Jedne i drugie uzasadniają swoją stronniczość troską o prawdę i wiarygodność. Jedni zrobili skok na media publiczne przy Woronicza, inni tęsknią za Ministerstwem Wiarygodności i Informacji Publicznej przy Czerskiej – oczywiście sprywatyzowanym (żeby ludzie „Wyborczej” mogli się uwłaszczyć i ustawić na lata). A ja wolę, żeby każdy sobie oceniał sam, co jest wiarygodne i wiarygodnych ekspertów i autorytety też wybierał sobie wedle uznania. Przysłuży się temu sfera publiczna, która będzie niezdominowana przez partyjne szczekaczki, ustawki, interwencje na polityczne zamówienie, wolna od cenzury i autocenzury. Dziękuję wszystkim publicystom, którzy idą w tej sprawie pod prąd – tym z lewa, z centrum i z prawa.

Głos prawicy

Trudne lata

Przed nami trudne lata. Na razie brutalna wojna, która dotyczy przyszłości Kościoła katolickiego, toczy się na wielu frontach poza granicami Polski. Prędzej czy później dotrze ona do nas. Zdecydowana większość katolików w naszym kraju ciągle zatyka uszy. Niestety, w modzie są przepowiednie, proroctwa, prywatne objawienia, wróżby itp. Musimy obudzić się ze snu. Obecna wojna, która toczy się na wielu zagranicznych frontach dotyczy także przyszłości Kościoła katolickiego w naszym kraju’ – stwierdza ks. prof. Andrzej Kobyliński w tekście opublikowanym w „Do Rzeczy”.

 

Jaki samochwała

W tej chwili najważniejsze jest coś innego. Nie możemy dopuścić do czwartej kadencji Hanny Gronkiewicz-Waltz, dlatego nie możemy rozdrabniać głosów” – mówił Patryk Jaki komentując najnowsze działania kandydatów na prezydenta Warszawy.

Wiceminister sprawiedliwości i kandydat Zjednoczone Prawicy, nie ukrywał, że warszawiacy mają wybór pomiędzy dwoma poważnymi kandydatami, reszta nie liczy się w wyścigu.
To prosty wybór. Jaki – Trzaskowski. Jaki ma większe doświadczenie w administracji rządowej niż Trzaskowski. Ma większe doświadczenie również w administracji samorządowej niż Trzaskowski. Spędziłem dwie kadencje, Trzaskowski ani minuty. Zarządzałem budżetem kilka razy większym, zarządzam do dzisiaj, niż Trzaskowski” – powiedział Jaki na antenie radiowej Trójki.

 

Wraca Smoleńsk

Zespół, w którym są prokuratorzy i technicy kryminalistyczni, przybył na teren lotniska wojskowego Smoleńsk Północny, gdzie przechowywany jest wrak Tu-154M, we wtorek 4 września około godz. 9 rano czasu lokalnego. Dostęp do bramy wjazdowej na teren lotniska jest ograniczony. Na trasie przed wjazdem ustawiono w ostatnich dniach zaporę drogową, przy której stoją wartownicy. We wtorek drogę zablokował także wojskowy samochód ciężarowy bez numerów rejestracyjnych. Info za niezawodnym wpolityce.pl

Głos prawicy

Horoskopy to grzech!

Fronda.pl ostrzega: nie czytajcie horoskopów! Nie dlatego, że to bzdura, ale dlatego, że to grzech! Inaczej skończycie jak czytelniczka Dorota:

Zaraz po maturze pojechałam z koleżanką na Jasną Górę dziękować Matce Bożej za zdane egzaminy. W bardzo bliskiej odległości od klasztoru było dużo straganów z książkami religijnymi. Wśród nich zobaczyłam senniki oraz broszurę pt. Jak wróżyć z kart? Nie uważałam wówczas, że to coś sprzecznego z przykazaniami. Ponadto, nie spodziewałam się, żeby coś niezgodnego z wiarą mogło znajdować się w takim świętym miejscu. Zainteresowałam się parapsychologią, a więc dziedziną zajmującą się tym, co niewytłumaczalne dla rozumu ludzkiego i zachowującą ścisły związek ze złymi mocami. W moje ręce trafiły też horoskopy. Na początku miałam pewność, że są to jakieś bzdury, do których nigdy wcześniej nie przywiązywałam uwagi. Wierzyłam, że przyszłość nie należy do nikogo innego, jak tylko do Boga, który w swej Opatrzności prowadzi nas zgodnie ze swym planem miłości. Teraz jednak zaczęłam się mocno zastanawiać, czy rzeczywiście moje życie nie jest podporządkowane bezosobowym gwiazdom. A skoro tak, to po cóż się modlić?

Nigdy też nie przypuszczałam, że diabeł może działać przez sen. Nagle pojawiły się dziwne sny. Przypomniałam sobie, że kiedyś kupiłam senniki w Częstochowie. Zaczęłam więc tłumaczyć na ich podstawie treść snów. Zrozumiałam jednak, że wdepnęłam w coś złego, ale nie wiedziałam dokładnie w co. Wtedy właśnie poszłam przed obraz Matki Bożej Miłosierdzia, prosząc Maryję o ratunek dla mnie. Odczułam konieczność pójścia do spowiedzi. Ksiądz zadał mi za pokutę przeczytanie fragmentu Pisma św. mówiącego o zwycięskiej walce na niebie św. Michała Archanioła ze złymi duchami. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że złe duchy rzeczywiście istnieją i pragną zarazić nas swą pychą i buntem przeciwko Bogu.

Przez całe życie darzyłam Matkę Bożą wielką miłością. To Ona uchroniła mnie od całkowitego popadnięcia w niewolę złych mocy. Zerwałam całkowicie ze wszystkimi praktykami mającymi jakikolwiek związek z okultyzmem. Po nawróceniu doświadczyłam, jak wiele szkód i ran na mojej duszy i ciele spowodował okultyzm – religia szatana.

 

Niech się Pan walnie w czoło!

Rafał Ziemkiewicz jest oburzony, że Patryk Jaki (wreszcie!) dostrzegł ruchy faszystowskie w Polsce. Za dorzeczy.pl:

Kandydat Zjednoczonej Prawicy na prezydenta Warszawy odniósł się do złożonego przez Rafała Trzaskowskiego wniosku do Prokuratora Generalnego dotyczącego delegalizacji Obozu Narodowo Radykalnego. – Ja mogę się nawet podpisać pod tym wnioskiem, ale to jest sprawa nieistotna z punktu widzenia przyszłości naszego miasta – stwierdził. – Ja już szybciej wnioskowałem o delegalizację ruchów faszystowskich w Polsce, m.in. szybciej napisałem wniosek o delegalizację jednego z takich ruchów – podkreślił Jaki.
„Panie ⁦Patryku Jaki⁩, naprawdę palnął Pan, że też jest za delegalizacją ONR?! Może tę tablicę też Pan każesz wyrwać z muru? A szkołom ONR-owca Bytnara „Rudego” zmienić patrona? Może na Geremka?! Niech Pan się walnie w czoło póki czas, zanim zmarnuje co dotąd osiągnął!” – napisał Ziemkiewicz, załączając do wpisu zdjęcie tablicy upamiętniającej Narodowe Siły Zbrojne walczące w zgrupowaniu Chrobry II w Powstaniu Warszawskim”.

 

Kpina z Boga

Związki homoseksualne, którym chce się nadać wartość małżeństwa, nie mają nic wspólnego z Bożym zamysłem wobec człowieka i są szyderstwem z Boga i Jego najwspanialszego dzieła, jakim jest człowiek – powiedział abp Marek Jędraszewski podczas uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. I jest z siebie dumny.