Bezpieczeństwo Polski – zagrożenia wewnętrzne (cz. III)

Polacy są jak piękna kobieta kochająca się w durniach. Człowiek inteligentny jest u nas z reguły nie lubiany i nie budzi zaufania. Natomiast iluż ludzi zupełnie niemądrych korzystało w Polsce z ogromnego autorytetu osobistego. Ponieważ mówili to, czego wszyscy chcieli, więc Polacy mieli do nich zaufanie jako do wielkich polityków. Zjawisko stale dające się obserwować w naszym narodzie.

Stanisław Cat-Mackiewicz

Niektórzy z Państwa Czytelników po przeczytaniu tematu publikacji i sentencji, mogli popaść w zdumienie- jaki jest związek, pomiędzy zagrożeniami wewnętrznymi, a Polakami i pięknymi kobietami?

Przed przystąpieniem do czytania tekstu, zechciejcie Państwo wygodnie usiąść w fotelu i przez chwilę oddać się wspomnieniom. Panowie- przecież wybraliście „swoje kobiety”, jako najpiękniejsze Małżonki, spośród wszystkich pięknych pań! Bo była i jest! mistrzynią słowa i wdzięku (zaprzeczycie?), mówiła-co chcieliście usłyszeć i tym zdobyła zaufanie. A Panie- proszę pamiętać, to Pani była najpiękniejszą spośród pięknych pań, którą przyszły Małżonek – oczywiście zauroczony słuchał kwiecistych racji i-dalej słucha (czy tak nie jest?), oczarowany aparycją, uznał za autorytet i właściwą Osobę na całe życie. A jak jest teraz … sami wiecie!

Dla sensu tematu publikacji, znaczenie ma zaufanie- oparte na prawdzie (ktoś zapyta – czyjej) chęć zdobycia poparcia, co czynią „już” politycy i kandydaci do tej profesji. A „sztuka myślenia”, czyli bycia „inteligentnym…co nie budzi zaufania”? Komu w Polsce to potrzebne?

Prawda i kłamstwo

Przeciwieństwem prawdy, jest kłamstwo. I tym stwierdzeniem otwiera się dyskusja, którą można toczyć bez końca o „prawdziwej prawdzie” czy półprawdzie. Przypomina to dziś zapomnianą sentencję ks. Prof. Józefa Tischnera, który jako góral uważał, że są trzy prawdy- jest świnto prowda, tys prowda i gówno prowda. Podobnie z kłamstwem, które od lat zalewa Polskę. Przypomnijcie sobie Państwo, co po 1990 r. prasa, media, politycy ze „słusznego pnia” wypisywali i „wygadywali” o Polsce Ludowej, o czasach naszych dziadków i ojców, którzy tę Polskę dosłownie podnosili z gruzów, by zlikwidować analfabetyzm (w 1947 r. jak oceniano, ok. 27-30% Polaków nie umiało czytać i pisać), by młodzi mieli lepsze życie, zmieniali kraj z rolniczego na przemysłowy. Przecież dosłownie pluli na życiorysy swoich bliskich, choć dzięki nim i „podłej” Polsce zdobyli wykształcenie. Dlaczego uzyskali takie wtedy, po 1990 r. i obecnie-2020 tak duże poparcie? Czy tylko rodzina skrzywdzona w okresie PRL popierała? Do„ chwały” doszła walka z komuną, której w Polsce nie było. Zapamiętaliśmy- „komuniści i złodzieje”. I cóż z tego, że „w duchu” się nie zgadzamy? Zapytam- na kogo, na jaką partię głosowaliście w minionych wyborach? Jeśli siedzieliście w domu, „bo to nic nie zmieni”, też wybieraliście! Dlaczego nie posłuchaliście właśnie inteligentnych ludzi? Tu mam publiczną prośbę do wybitnych profesorów, np., Jerzego Wiatra, Longina Pastusiaka, Andrzeja Werblana, Tymoteusza Kochana, do publicystów, piszących nie tylko na łamach Trybuny- o wyjaśnienie Czytelnikom (także i mnie), na czym w praktyce i teorii naukowej polegał komunizm (marksizm) i socjalizm- jak z tym było w Polsce. Gdzie leży prawda, a gdzie jest kłamstwo. Przecież Państwo zauważacie, nawet na łamach Trybuny, że obecna Lewica, która weszła do Sejmu- także dzięki starym! dość ostrożnie wypowiada się o PRL, by przypadkiem nie „uchybić prawdzie” i powiedzieć „więcej dobrego”. Zwróćcie Państwo uwagę, na pewien rodzaj mody, fasonu, że o tamtym okresie, o politykach mówiąc się coś dobrego, natychmiast trzeba powiedzieć coś krytycznego, złego. Nie istotne, czy to w tym momencie jest potrzebne, ale krytyczne słowo musi być. Nie wierzycie – proszę przeczytać choćby ostatnie publikacje dot. Władysława Gomułki. Krytyczne słowo ma podobno być wyrazem wiarygodności, bezstronności.

A kłamstwo, ktoś zapyta? Tego nie jesteśmy w stanie opanować, rozróżnić, jest jak przysłowiowa łyżka dziegciu, która zepsuje, zasmrodzi całą beczkę miodu. Wszyscy wiemy, że bzdura, kłamstwo, powtórzone sto razy staje się prawdą. Kto zaprzeczy, że Pani Gierkowa nie jeździła do fryzjera do Paryża? I drugi przykład. Gdy wybuchła afera z „przekrętem” Pana Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, który kupił willę w Kazimierzu Dolnym i rozległe posiadłości na Mazurach-kto temu nie dawał wiary? Tak, nie trafiały do przekonania zarzuty wobec Pani Prezydentowej! Wielu, przecież przyznawało, że dowody pokazywały „coś na rzeczy”. Sam uwierzyłem. I co- po latach agent Tomek ujawnił, że na zlecenie szefów pisał potrzebne dowody. Słuchając środowiskowej dyskusji, jeden z rozmówców powiedział- nie bądźcie tacy krytyczni, władza się uczy, są tego efekty. Kiedyś SB werbowało agentów, by pisali donosy. Teraz sami piszą! I byłoby wszystko w porządku, gdyby „Tomek” trzymał język za zębami, nie ujawnił nazwisk mocodawców, dziś na ministerialnych stanowiskach, więc trafił za kratki, by się opamiętał! A co z nami, milionami Polaków, którzy uwierzyli w te kłamstwa?- nasze zmartwienie, a nie władzy. A kto przeprosił Państwa Kwaśniewskich, za wyrządzone krzywdy moralne przez przedstawicieli władzy, zadośćuczynił choćby słowem? Dziś- gdy koryguję treść tego tekstu- dominują różne, rozbieżne doniesienia o zatrzymaniu mec. Romana Giertycha. Mamy więc żywić nadzieję – wzorem Państwa Kwaśniewskich- że za kilka lat prawda wyjdzie na jaw?

Tu Szanowni Państwo kryje się jedna z tajemnic współczesnego zagrożenia-nienawiść Tym sposobem nie mamy zaufania do przeszłości, jako Historii, naszych rodziców, dziadków, bo są „ubrudzeni w komunie”, więc siedzimy cicho! Spójrzcie Państwo na dezubekizacyjną ustawę, ponieważ dotyczy b. funkcjonariuszy SB, MO, służb specjalnych, nie ma wsparcia ze strony społeczeństwa, bo na pewno są „trefni”, skoro tak, po co ich bronić? Zapomnieliśmy – przez wszechogarniające kłamstwa i pomówienia o elementarnej, ludzkiej przyzwoitości-winę należy udowodnić, że każdy odpowiada za siebie, swoje czyny. Dlaczego ta ustawa nie może doczekać się wyroku Trybunału Konstytucyjnego? Bo pokazałaby kłamstwa obecnych służb. Bo- tak w tym przypadku jak i w przypadku Państwa Kwaśniewskich, mec. Romana Giertycha i setki innych- kryją kłamstwa, różne draństwa przedstawicieli obecnej władzy. Głównie idzie o fałszerstwa, złodziejstwa majątkowe, finansowe. „Poświęcono” p. Koguta, chyba nie na rosół, by leczyć chorego Giertycha (czytam w e-mailowym żarcie). O aferze „Srebrnej” czy SKOK-ach już zapomniano. Wyjaśnieniu finansowych przekrętów ludzi z kręgów władzy miały służyć dokumenty Mecenasa. Czy jego zatrzymanie -„na razie w szpitalu”- to efekt porozumienia w „nowym rządzie”? Jeśli mecenas przeżyje- ujawni dokumenty jakie zdobył, albo uczyni ktoś inny, mający do nich dostęp.

Kłamstwo prowadzi do niszczenia autorytetów. Przez fałsz, oczernienie, każdy ma coś na sumieniu. Tu mogę powiedzieć- do „częściowych szczęściarzy” należy gen. Wojciech Jaruzelski! Nie wierzycie Państwo? Otóż Generał, członkowie Rady Państwa oraz WRON, zostali oskarżeni o uzyskanie korzyści majątkowych! Tak, przez KPN, z Panem Moczulskim na czele, który zapisał to we wniosku do Sejmu o powołanie Komisji. Społeczeństwo w te kłamstwa nie uwierzyło. A, że stan wojenny Generał wprowadził dla „dobra ZSRR”- czemu nie! W to uwierzyła blisko połowa Polaków! Napiszę o tym niebawem.

„Mówili…co chcieliśmy usłyszeć”

Przecież Państwo pamiętacie dwie kampanie wyborcze-parlamentarną i prezydencką. Proszę sobie przypomnieć obietnice, ile to będzie pieniędzy na służbę zdrowia, szkolnictwo, jakie to władza podejmie decyzje dla „dobra narodu”, aby tylko mogła rządzić. I co- będzie nieco ponad 5% na zdrowie, choć obiecywano ponad 7%. Kogo teraz pociągniecie „za rękę”, by wytłumaczył się z obietnic. Ktoś z Państwa może powiedzieć- nie ma się czego czepiać, tak postępuje każdy, więc usprawiedliwiamy kłamców.
Podczas kampanii prezydenckiej każdy z kandydatów chciał, by na niego oddać głos- tylko on spełni nasze marzenia. Nikt podczas tej kampanii nie zapytał, co prezydent w myśl Konstytucji konkretnie „robi” dla kraju poza granicami. Obietnicami sypano jak z rękawa. Dopiero w II-ej turze wyborów, Rafał Trzaskowski wspomniał o polityce zagranicznej. Dlaczego tak było-bo Polacy chcą słuchać eleganckich bzdur, miłych obietnic, jako „zjawisko stałe w narodzie”. Realny świat, rzeczywistość mało nas interesuje.

Nikt też podczas kampanii nie zapytał o przekonania, jaką wyborca czyta prasę, czy chodzi do Kościoła, czy śpi z własną żoną, czy z kolegą. To nawet logiczne, bo przecież prezydent jest reprezentantem wszystkich Polaków. Stąd takie pytania były nie dopuszczalne. Tylko wspomniany Rafał Trzaskowski „obrywał” za LGBT. Dowcipni Rodacy tłumaczyli to w przekazie e-mailowym- „lepiej gdy będzie Trzaskowski”.

Kłamstwo jest fundamentem, „budowniczym” waśni rodzinnych, środowiskowych i narodowych. Cóż bardziej może podzielić jak nie cudze grzechy na sumieniu i pieniądze, do tego zdobyte kosztem innych, często uważanych za tych głupszych, wierzących „szczerej prawdzie”. „Łatwiej jest ogłupiać ludzi, niż przekonać, że zostali ogłupieni”- uważa Mark Twain. Czy się myli?

Wielu spośród Państwa przyjmie moje wywody o kłamstwie z przymrużeniem oka, jako takie „austriackie gadanie”. Skoro nie niosą wydatków finansowych, to czym zawracać głowę. To też jedna z naszych przywar albo mądrości. Warto jednak zauważyć, że przeszłość jest „cenna przez… nauki i doświadczenia”, jak mówił Generał.

„Tęczowe grzechy”

Za socjalizmu- sędziwi Polacy to pamiętają, że tęcza wychodziła po ulewnym deszczu, jak w moich stronach mówiono- na niebo i w Słońcu piła wodę. Po 2015 r. nastąpiła zmiana – tęcza jako „zaraza”, właśnie kojarzona z LGBT wyszła na ulice. W 2020 r. „manifestacje tęczowe” nabrały wymiaru politycznego. Dla wewnętrznego bezpieczeństwa Polski stały się „wrogiem” nr 1. „Tęczowi manifestanci” to głównie młodzież szkolna, studenci ludzie do 40 lat. Skąd się pojawili? Zostali wychowani, ukształtowani przez III RP, wraz z nią dorastali. Na ich postawy moralne, poglądy na świat, miały wpływ lekcje religii, ozdrowieńczy powiew demokracji i wolności- także tej intymnej z Zachodu. Nie przyszły przecież z Moskwy czy zadupia, typu Kijów, Mińsk. Tylko z Zachodu-więc okazały się złe? Kościół i ze „słusznego pnia” wywodzący się wychowawcy, czuwali nad „urabianiem duchowym”. Ponadto, prawo do manifestacji zagwarantowało im 21 postulatów, odpowiednio zapisanych w Konstytucji i ustawach. Dlaczego są zwalczani, dlaczego powstają „strefy wolne” od LGBT? Kto potrafi logicznie uzasadnić taki polski ewenement? Dlaczego policja prewencji używa siły? Prasa, min. Gazeta Wyborcza podawała przykłady, gdy policjanci dosłownie łapali przechodzącą młodzież na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, z lodami w ręku i pakowali do „suk”. Tak trafił przechodzący ulicą Włoch, nie znający języka polskiego. Dlaczego postępowano tak ślepo i wprost głupio?
Dla wszystkich, którzy chcieliby przeklinać mnie za ten wywód- mam propozycję. By wygodnie usiedli w fotelu, mrużąc oczy uruchomili swą wyobraźnię tak głęboko, by mogli w niej zobaczyć własną ukochaną córkę, syna, swoją cudowną wnuczkę, wnuczka, którzy przez przypadek, przechodząc, obserwując z chodnika uliczną „tęczową manifestację” trafili pod policyjny but i teraz leżą połamani w SOR. Co będzie dalej-jeśli przeżyją może na dalsze lata unikną inwalidzkiego wózka. Wszystkim tym osobom życzę, by na uspokojenie nerwów wystarczyła informacja, że policja postępowała zgodnie z prawem, z dopuszczalnymi procedurami – przećwiczonymi, wyszkolonymi- na takie okazje i sytuacje, że zachowywała się właściwie. Pod rozwagę i na potwierdzenie tej oceny- takie przykłady.
„Zdjęcia ludzi przyciśniętych policyjnym butem do bruku, z piątku 7 lipca, mocno na mnie działają. Tło podobne, bo pomnik Kopernika znajduje się przy Krakowskim Przedmieściu, gdzie pod koniec 2017 r. przyciskano takim butem do bruku mnie. Zdjęcie z tego zdarzenia obiegło media, wzbudziło emocje”- pisze Klementyna Suchanow, w tekście- „Wychowanie przez przemoc”, Przegląd nr 34 z 17-23.08.2020. Autorka ocenia- „Warszawa miastem przemocy jest jak najbardziej. Istnieje jednak pewna różnica. Do tej pory, Polacy walczyli przeciwko okupantom, albo rodacy z prawa i lewa przeciwko sobie, dzisiaj policja demokratycznego państwa działa nie dla zapewnienia bezpieczeństwa obywateli, ale jako narzędzie władzy do represji politycznych. Nie da się tego zrzucić na okupację, na zabory, na ZOMO”. Dalej- „Przyglądam się protestom na świecie … i wiem, że polska policja, gdy była wobec nas brutalna, różniła się jednak od policji z innych krajów na plus… A tu w 2020 r. nie tyle brat, ile ojciec rzucał dzieckiem o bruk. Dorośli faceci rzucali dziećmi. Było jasne, że celem łapanki była młodzież, jak najbardziej kolorowa…>wyważone < metody na argumenty nie odnoszą żadnego skutku, nie ma nawet pozorów, że ktoś w ogóle zwraca na nich uwagę. Pazerna władza brnie, do przodu, bez oglądania się na maluczkich. Rośnie frustracja i ona prowadzi do działań bardziej radykalnych”. W tym samym Przeglądzie (nr 34) Roman Kurkiewicz ocenia- „Ktoś decydujący, nadzorujący policję wydał rozkaz: ma być mocno, ma boleć, ma być chaos i przypadkowość, ma być poczucie, że policja się nie patyczkuje. I tak było. Zły bardzo prognostyk, kiedy policja jest tak wykorzystywana. Bo, że się daje wykorzystywać, to nic nowego pod słońcem. Poza tym, jeden ze związkowców policyjnych wyznał: >Kupili nas<”. I dalej- „Bycie policją nigdy nie może oznaczać bycia polityczną bojówką z legitymacją państwa. A taką polska policja w ostatnich dniach się okazała. Policja sama musi sobie powiedzieć: stop policyjnej przemocy”. Zapytam- kto z Państwa słyszał naganną, a może pochwalną dla policji prewencji wypowiedź biskupa, księdza? Chętnie i uważnie wysłuchałbym słowa kapelana policjantów, po takiej akcji. Także duchownego słowa, błogosławieństwa przed zbiorowym wyjściem na ulicę do walki nie tylko z „tęczowymi”. Sztuka myślenia… Zachęcam Państwa do przeczytania tego tekstu, a Redakcję – jeśli możliwe- proszę o zamieszczenie zdjęcia z tego tekstu, gdzie widać jak policjanci traktują ludzi. Może to zdjęcie wyostrzy wyobraźnię, skłoni do przyszłościowego myślenia. Nie ma usprawiedliwienia typu- policjant jest na służbie, więc emocje, przekonania zostawił w domu. Policjant- podkreślam – polski policjant jest człowiekiem, ma być humanistą i wiedzieć jak wykonywać rozkaz. W służbie jest brutalem, a w domu czułym tatusiem, mężem? Kandydat na żołnierza, policjanta, strażaka jest kwalifikowany głównie pod względem cech psychofizycznych. Powinien, musi umieć podejmować rozsądnie i szybko decyzje odnośnie użycia siły i broni. Każdy błąd może skutkować trwałym kalectwem lub śmiercią. Piszę to pod rozwagę wszystkim „obrońcom siłowych” policjantów. Podkreślam, nie życzę nikomu- po polsku nawet wrogowi- by jego dziecko czy członek rodziny zginął z ręki policjanta. Żeby nie „zasnął rozum”, nie „zbudziły się upiory”. Oby to była tylko ich „chwilowa drzemka i ocknięcie”. Gdy dojdzie do tragedii, będzie za późno na myślenie. Kto weźmie odpowiedzialność- policjant, który głupio rozkazy wykonywał, czy minister, rząd, który je wydawał? A co mają zrobić wtedy Polacy-milcząco słuchać o „wypadku przy pracy” czy wyjść na ulice- po co? By dalej lała się krew, by tym sposobem wyładować emocje, zmieniać władze? Nakłaniam do odpowiedzialnego myślenia- na dziś i jutro. Oby Polak okazał się „mądry przed szkodą”! Uważnych Czytelników informuję, że Rzeczpospolita z 22 września 2020 pisze o „mnożeniu się wzrostu nastrojów rasistowskich, ksenofobicznych i zgoła neonazistowskich wśród 300 tys. niemieckich policjantów. Podobne zjawisko występuje w Bundeswehrze”.

Główne zagrożenie Jeśli spodziewaliście się Państwo nudnego tekstu o złodziejach, bandytach, oszustach jako zagrożeniu milionów Polaków w swoich domach, proszę wybaczyć. Takim zagrożeniem jest kilkunastu wpływowych przedstawicieli naszej władzy- kolejnego, p. Koguta ujawniono, jako zasłonę dymną dla naiwnych i ochronę przed grubszą aferą jaką ujawniłby mec. Roman Giertych. Szkoda tylko tych milionów Polaków, którzy mogą korzystać tylko ze „słusznych” kanałów telewizyjnych. A tak dla ciekawości- dlaczego cała Polska nie może korzystać np. z TVN-24? Czyżby nie była to stacja narodowa, a rodacy nie godni słuchać? A może 2 mld zł to za mało dla TVP? Policja prewencji dla tysięcy Polaków protestujących na ulicach- ostatnio rolników, na 22 października zapowiedziana manifa kobiet, nie mówiąc o „tęczowych demonstracjach” staje się zagrożeniem. Wyraźnie napisał cytowany Roman Kurkiewicz. Takie zagrożenie też dostrzegło 50 dyplomatów państw i organizacji międzynarodowych, pisząc list otwarty do polskich władz. Pani ambasador USA w Polsce, udzielając wywiadu, wyjaśniła- „Zacznę od podkreślenia jednej, fundamentalnej sprawy: Stany Zjednoczone wierzą w równość wszystkich ludzi. W pełni rozumiem i szanuję fakt, że Polska jest krajem katolickim – nikt nie chce tego podważać. Nie mniej, musicie wiedzieć, że w kwestii LGBT jesteście po złej stronie historii. Używanie tego typu retoryki wobec mniejszości seksualnych jedynie Polskę wyobcowuje, przekładając się na konkretne decyzje biznesowe”. Komentarz Pana Redaktora Piotra Gadzinowskiego, do tej wypowiedzi w pełni podzielam (DT, 2-4 października 2020). Zaś mnie przypomniał myśl ks. Prof. Józefa Tischnera- „Pobożność jest niezwykle ważna, ale rozumu nie zastąpi”. A Pani ambasador elegancko wskazała tylko na „złą stronę historii”, nie mówiąc o policji, bo SB i ZOMO też nie miała na myśli. Sądzę, że cytowane ostrzeżenie o „przekładaniu się na konkretne decyzje biznesowe” jest tu rozstrzygające. Zobaczymy.

Kończę ten tekst taką myślą Generała-„Zmiana ustroju politycznego, to nie krok z krainy absolutnego zła do krainy powszechnego dobra. Tak nigdy nie było i nie będzie w historii. Ani minione zło nie było tak absolutne, ani dzisiejsza pomyślność nie jest tak powszechna”. Mam nadzieję, że stanie się kolejnym argumentem tego tekstu, zachętą do odpowiedzialnego myślenia o naszej, wspólnej, polskiej przyszłości.

Trzaskowski rozczarował

Rafał Trzaskowski planuje założyć związek zawodowy „Nowa Solidarność”. W Polsce uzwiązkowienie jest bardzo niskie, więc każda nowa inicjatywa na tym obszarze mogłaby przyczynić się do poprawy sytuacji pracowników.

Niestety pierwsze deklaracje prezydenta Warszawy nie nastrajają optymistycznie i można mieć wątpliwości, czy nowa inicjatywa będzie w ogóle dotyczyć pracowników. Mówiąc o nowym związku, Trzaskowski zwrócił uwagę na kluczowe jego zdaniem problemy, jakim są wysokie składki ZUS i groźba likwidacji podatku liniowego dla przedsiębiorców. Warto w tym kontekście zwrócić uwagę, że podatek liniowy wprowadzony ponad 15 lat temu przez rząd Leszka Millera był ukłonem w kierunku najlepiej zarabiających przedsiębiorców. Osoby rozliczające się według podatku 19% mają średnie miesięczne dochody przekraczające 20 tys. zł, a wyłączenie ich z powszechnego systemu podatkowego kosztuje co roku budżet państwa kilka miliardów złotych. W tym kontekście przypominamy prezydentowi Warszawy, że związki zawodowe zajmują się walką o prawa pracownicze, a nie o niższe podatki i składki dla przedsiębiorców.

Związkowa Alternatywa broni osób pracujących w ramach umów cywilno-prawnych, gdy ich niestandardowe zatrudnienie stanowi wynik nacisku pracodawcy i gdy zgodnie z prawem powinni mieć umowy etatowe. Taka sytuacja ma na przykład miejsce w Polskich Liniach Lotniczych LOT, gdzie ponad połowa załogi ma kontrakty B2B, chociaż osoby na samozatrudnieniu wykonują dokładnie te same obowiązki, co pracownicy etatowi.

Przypominamy też, że podczas niedawnej kampanii prezydenckiej, pomimo naszych licznych apeli, Trzaskowski nie przedstawił ani jednego postulatu propracowniczego. Ówczesnemu kandydatowi na prezydenta kraju zwracaliśmy wtedy uwagę na patologie w spółkach skarbu państwa, prosiliśmy o wsparcie dla polskich opiekunek pracujących w Niemczech, apelowaliśmy o poparcie naszej inicjatywy, by wprowadzić znacznie wyższe płace dla osób pracujących w niedziele, proponowaliśmy wspólne działania na rzecz przeciwdziałania mobbingowi i dyskryminacji. Niestety Trzaskowski w swojej kampanii nie sformułował żadnego postulatu wychodzącego naprzeciw oczekiwaniom pracowników.

W tej sytuacji trudno nam wierzyć, że nowa inicjatywa prezydenta Warszawy wyjdzie naprzeciw oczekiwaniom pracowników. W naszej codziennej działalności szukamy jednak sojuszników wszędzie, gdzie to jest możliwe, niezależnie od barw politycznych. Dlatego będziemy mile zaskoczeni, gdy Rafał Trzaskowski przyłączy się do naszych działań na rzecz wyższych płac, bardziej stabilnego zatrudnienia, przestrzegania przepisów BHP, ograniczenia nierówności społecznych, walki z mobbingiem i dyskryminacją.

Ścieki zaleją Nową Solidarność?

Zamiast z rozmachem inaugurować Nową Solidarność i próbować utrwalić kapitał polityczny zebrany w wyborach prezydenckich, Rafał Trzaskowski walczy o to, by jego kariery nie zatopiły ścieki z powtórzonej awarii kolektora.

Powiedzieć, że powtórzyła się historia z zeszłego roku, to za mało: po awarii-rozszczelnieniu kolektora przesyłającego nieczystości do oczyszczalni Czajka w 2019 r. trzeba było wymienić około 100 metrów rurociągu. Teraz Warszawę czeka wymiana ponad kilometra rur, całego starego odcinka zalanego betonem – będzie konieczne jego skuwanie i zbudowanie rurociągu tymczasowego. Rafał Trzaskowski, który zamiast triumfalnie inaugurować w Gdańsku nową się polityczną musiał zostać w Warszawie, przekonywał, że powtórka z awarii to nie jego wina.

– Eksperci byli zdania, że przy regularnych przeglądach rurociąg powinien wytrzymać wiele lat. Ostatni przegląd miał miejsce w środę. Każdy centymetr rurociągu został dokładnie przejrzany. Nic nie wskazywało na możliwość awarii. Ewidentnie mamy do czynienia z wadą systemową – powiedział na konferencji prasowej. Zapewnił też, że nie zlekceważył ubiegłorocznej ściekowej apokalipsy. Warszawscy wodociągowcy, podkreślił, podpisali już umow z firmą ITWH z Niemiec, która ma przedstawić dwa projekty nowego rurociągu do wyboru. Tymczasem Zjednoczona Prawica grzmi: Trzaskowski działał zbyt opieszale! Nie zna się na zarządzaniu miastem, a ambicje w wielkiej polityce przesłoniły mu aktualne potrzeby Warszawy! – O ile rok temu można było powiedzieć, że wszyscy byli zaskoczeni tą awarią, o tyle to, co wydarzyło się kilka dni temu, już nie było zaskoczeniem. To jest dowód braku kompetencji prezydenta Trzaskowskiego i lekceważenia przez niego swoich obowiązków – zaatakował polityka KO minister spraw wewnętrznych Mariusz Kamiński, komentując decyzję o skierowaniu żołnierzy do budowy tymczasowego mostu pontonowego, na którym znajdzie się, przynajmniej na pewien czas, rurociąg zastępczy. Rząd ustami Michała Dworczyka nie omieszkał również podkreślić, że za pomoc żołnierzy przy usuwaniu skutków awarii miasto stołecznego będzie musiało zapłacić. Zaś minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej Marek Gróbarczyk demonstracyjnie, na Twitterze, zapowiedział zgłoszenie sprawy do prokuratury.

Ze wstępnych informacji wynika, że awarii uległ inny odcinek kolektora niż rok temu. Władze Warszawy zarzekają się również, że nie wiedzą, dlaczego doszło do awarii i że sprawę muszą dopiero zbadać eksperci ze stołecznej Politechniki. – Na to potrzeba co najmniej kilkunastu miesięcy ze względu na konieczność dokładnego i rzeczowego ustalenia przyczyn awarii – skomentował wiceprezydent Warszawy Robert Soszyński. Władze Warszawy stoją na stanowisku, że kolektor od samego początku był  źle zaprojektowany i wykonany. Być może jego naprawa okaże się w ogóle nieopłacalna i trzeba będzie budować taką konstrukcję od początku.
A co z Nową Solidarnością? Trzaskowski mówi jasno, bo i nie ma wyjścia: ruch społeczny nie ruszy, dopóki sytuacja nad Wisłą nie będzie opanowana.

Opozycja wobec opozycji?

Takie pytanie zadaje sobie szewc Fabisiak obserwując relacje pomiędzy Szymonem Hołownią a Rafałem Trzaskowskim.

Obydwaj opozycyjni kandydaci, którzy uzyskali najlepszy wynik w drugiej turze postanowili iść za ciosem i tworzyć wokół siebie struktury mające – w założeniu – doprowadzić ich do zwycięstwa w najbliższych wyborach parlamentarne. Politycy ci różnią się między sobą programowo w sposób mało czytelny dla przeciętnego wyborcy. Logiczne zatem byłoby łączenie sił. Jednak – zdaniem szewca Fabisiak – na przeszkodzie stoją naturalne, zwłaszcza wśród polskich polityków, względy ambicjonalne. Każdy z nich uważa się za przywódcę opozycji jak swego czasu Ryszard Petru.

Tymiż ambicjami kieruje się Platforma Obywatelska zabiegając o tworzenie sojuszu z rodzącym się ruchem Hołowni. Trzaskowski uważa, że ma tu lepszą niż Hołownia pozycję przetargową nie tylko z powodu lepszego wyniku wyborczego lecz także dlatego, że ma za sobą czy też pod sobą gotowe już partyjne zaplecze natomiast Hołownia dopiero je tworzy. Z kolei Hołownia uprzejmie informuje, iż ma już kilkanaście tysięcy aktywistów i chętnie podzieli się z Trzaskowskim doświadczeniami w tworzeniu ruchu społecznego dając mu tym samym delikatnie do zrozumienia, że na tym odcinku jest bardziej skuteczny.

Podczas gdy Rafał Trzaskowski w sposób zrównoważony napomyka o ewentualnej współpracy z ruchem Hołowni, to Borys Budka wykazał się tu z lekka słoniowatą delikatnością proponując Hołowni wejście do Koalicji Obywatelskiej. Można było z góry przewidzieć – zauważa szewc Fabisiak – że dla Hołowni wtopienie się w strukturę zdominowaną przez PO, tak jak zmuszona była to zrobić upadająca Nowoczesna, nie stanowi żadnej atrakcji. W wyborach parlamentarnych zamierza startować samodzielnie i chce aby to on, a nie władze Platformy, miał decydować o tym kogo i na jakich miejscach wystawić na listach kandydatów. Szewc Fabisiak zwraca też uwagę na deklarację Hołowni o możliwości współpracy z ludźmi z ugrupowania Gowina, którzy – jak się wyraził – nie są zaczadzeni PiS-owską ideologią. Jednocześnie nie wykluczył współdziałania z Platformą zaznaczając jednakże, że „wyłącznie wtedy, gdy będzie nam po drodze” podkreślając tym samym swoją samodzielność i niezależność wobec PO.
Decyzję Rafała Trzaskowskiego o tworzeniu wokół siebie ruchu obywatelskiego da się racjonalnie wytłumaczyć. Byłoby błędem z jego strony, gdyby tego w odpowiednim momencie nie zadeklarował ryzykując nawet to, że cała para może pójść w gwizdek – twierdzi szewc Fabisiak. Oficjalnym uzasadnieniem dla tej inicjatywy jest, jak to niejednokrotne podkreślał Trzaskowski, chęć aktywizacji tych wyborców, którzy poparli go w drugiej turze. Idzie tym samym tropem Hołowni mimo tego, że między obydwoma tymi tworzącymi się ruchami obywatelskimi są istotne różnice jeśli chodzi o bazę społeczną. Szymon Hołownia ma za sobą dość jasno określoną grupę zwolenników, którzy zdecydowali się poprzeć go w pierwszej turze, natomiast glosujący w drugim podejściu na Rafała Trzaskowskiego stanowią swoisty konglomerat zarówno jego zdeklarowanych zwolenników, jak i tych, którzy głosowali przeciwko Dudzie co bynajmniej nie oznacza, że mają ochotę włączenia się w działalność nowego ruchu. Zwłaszcza, że mają jeszcze do wyboru ruch Hołowni o partiach politycznych nie wspominając. Ponadto szewc Fabisiak sceptycznie zapatruje się na ewentualne masowe uczestnictwo samorządowców w działalności ruchu Trzaskowskiego. Prawdą jest, że stosunkowo spora liczba prezydentów miast otwarcie go poparła. Jednak to poparcie niekoniecznie musi się przełożyć na aktywność mieszkańców tychże miast, którzy w wyborach samorządowych w końcu głosowali, z różnych względów, na konkretnego kandydata a nie na prezydenta Warszawy.

Trzaskowski zapowiada inaugurację swojego przedsięwzięcia w rocznicę Porozumień Sierpniowych licząc zapewne na oddźwięk ze strony sentymentalistów wciąż identyfikujących się emocjonalnie z ruchem „Solidarności”, choć są to ludzie w starszym wieku, którzy w większości głosowali na Dudę. Jednocześnie wpisuje się w rocznicowo-celebracyjną narrację w stylu dla PiS. Z kolei Hołownia jak by się nie spieszył. Na razie zapowiedział utworzenie think tanku, czyli mówiąc po polsku zaplecza eksperckiego, oraz uruchomienie prawdopodobnie od września całodobowego radia internetowego. O tym czy, jak i kiedy ziszczą się plany obydwu panów dowiemy się już niebawem.

Trzask Łubududu i po wyborach

Wyborcy mają nareszcie spokój, siły polityczne – trzy lata czasu na myślówę o następnych wyborach – ocenia szewc Fabisiak.

Co do Zjednoczonej póki co Prawicy sytuacja wydaje się być jasna. Zapowiada się twórcza kontynuacja tzw. dobrej zmiany. Dobrej dla rządzących, lecz dla reszty społeczeństwa, o opozycji nie wspominając, już niekoniecznie. Nie było to trudne do przewidzenia nawet w tak mało przewidywalnym państwie. Takie wnioski wysnuwa szewc Fabisiak z pierwszych enuncjacji lidera obozu rządzącego Jarosława Kaczyńskiego. W jego wypowiedzi na antenie Polskiego Radia trudno się doszukać nawoływań do budowania wspólnoty narodowej, co w drugiej turze było jednym z wiodących haseł obydwu zaciekle się zwalczających konkurentów. Napomyka on natomiast o wyborczym starciu cywilizacyjnym pomiędzy obrońcami tradycyjnych wartości a tymi, którzy chcą – jak się wyraził – otworzyć Polskę na rewolucję, która odbywa się na zachodzie Europy czy wręcz ją Polakom narzucić. Prezesowi chodziło zapewne o ewolucję postaw obyczajowych w odniesieniu do osób o mniejszościowej orientacji seksualnej co dla osób kultywujących obyczajowy konserwatyzm już jest rewolucją. W ten sposób najbardziej wpływowa osoba w państwie ponownie eksponuje wyciszony w końcówce kampanii wyborczej temat LGBT. Skoro już zostały rozdane pieniądze na cele socjalne, ustawa o bonie turystyczny podpisana, czeki rozdane, wozy strażackie przyznane, wiek emerytalny powrócił do dawnej normy, to cóż on może jeszcze mówić? – pyta retorycznie szewc Fabisiak.

W odwodzie pozostaje jedynie wyimaginowana konfrontacja cywilizacyjna, która pozwala na tak ulubione przez PiS i jego przywódcę poszukiwanie wrogów i nieustane dzielenie społeczeństwa tak jak gdyby nie było ono już dość podzielone. Podziały te mają się pogłębiać, gdyż – jak zadekretował prezes – „jeżeli ktoś uważa, że warto być Polakiem, to musi być po tej stronie, która broni tradycyjnych wartości”. Szewc Fabisiak jako człek niewierzący, daleki od składania hołdów bóstwom wszelakim tudzież żołnierzom wyklętym uważa się jednak za Polaka, gdyż takimi byli jego przodkowie i żadna retoryka tych faktów nie zmieni. Szewc Fabisiak, podobnie jak wielu innych Polaków, ma swoje lewicowe wartości i tradycje i nie lubi, gdy ktoś usiłuje mu te swoje tradycje narzucać.

Jarosław Kaczyński zapowiedział też repolonizację mediów do końca parlamentarnej kadencji. Jednak chyba nie wszystkich. Repolonizowanie oznacza odbieranie zagraniczniakom to, co odebrali polskim dysponentom. W przypadku, gdy sami takie media stworzyli byłaby to po prostu polonizacja bez re – precyzuje szewc Fabisiak. Wątpi też, czy cała ta operacja rzeczywiście będzie mogła mieć miejsce. Być może rządzącym uda się przejąć Fakt, który swoim poziomem publicystycznym oraz ilustracyjnym jak ulał wpisuje się w pisowski sposób uprawiania propagandy. Gorzej może być z nienawistną stacją TVN. Wszak należy ona do Amerykanów i nie po to Duda jeździł do Trumpa w trakcie kampanii wyborczej, by narażać się na interwencję ze strony pani ambasador Mosbacher, do której to interwencji niechybnie by doszło.

W tym czasie, gdy PiS główkuje nad umacnianiem dobrozmianowych poczynań, opozycja, która o ciut włosa przegrała wybory prezydenckie, usilnie poszukuje godnego dla siebie miejsca na polskiej politycznej, nie mylić z cyrkiem, arenie. Najwyraźniej upojony uzyskaniem w drugiej turze 10 milionów z hakiem głosów Rafał Trzaskowski zapowiedział tworzenie nowego ruchu obywatelskiego – oficjalnie obok, a faktycznie sterowanego przez Platformę Obywatelską, której jest nadal wiceprzewodniczącym. Uważa, że powinien iść za ciosem po to by „kontynuować budowę nowej solidarności” i organizacyjnie zmobilizować tych wszystkich, którzy nań głosując opowiedzieli się przeciwko rządom PiS. Tymczasem niemal wszyscy komentatorzy umiejący wyciągać wnioski z wyniku wyborów zgodnie podkreślają, że głosowano w II turze przeciwko Dudzie, niekiedy jako wybór mniejszego zła, a tylko w pewnym stopniu za Trzaskowskim. Takie były motywacje wielu wyborców, którzy jak to się mówi spełnili swój patriotyczny obowiązek, a faktycznie skorzystali z przysługującego im prawa, i niekoniecznie będą się angażować w działanie jakiegoś nowego ruchu. Szewc Fabisiak zwraca uwagę na to, że rzeczywiste poparcie dla Trzaskowskiego wynosi nieco mniej niż jego wynik z I tury, jako że głosowało na niego m. in. wielu wyborców lewicy uznając,, że ma on największe szanse startu z względnie przyzwoitym wynikiem w rundzie II.
Wydawałoby się, że Rafał Trzaskowski potrafi wyciągać wnioski z tego, jak potoczyły się losy tworzonych oddolnie ruchów społecznych jak KOD czy Obywatele RP. Pierwsze wiece KOD-u gromadziły tysiące uczestników, w tym również takich, którzy nigdy dotąd nie brali udziału w ulicznych manifestacjach. Okazało się jednak, że tak masowy ruch bynajmniej nie uruchomił potencjału obywatelskiej aktywności. KOD zniknął z pola widzenia tak, jak gdyby nie należało już bronić demokracji i domagać się przestrzegania konstytucji. Słomiany ogień – jak głosi stare polskie porzekadło. Niewidoczni są również Obywatele RP, choć w ostatnich dniach wystąpili oni do Trzaskowskiego z apelem o wystąpienie z PO tak jakby taki formalny zabieg miał jakiekolwiek znaczenie. Zdaniem szewca Fabisiaka, naiwność nie jest najbardziej odpowiednim przymiotem dla kogoś, kto na serio chce się parać polityką. Odnosi się to nie tylko do wyżej wspomnianych Obywateli, lecz także do Rafała Trzaskowskiego i całej tej jego Platformy.

Pytania o przyszłość,

nie w pandemicznej rzeczywistości, a w polskiej, powyborczej perspektywie są przedwczesne bez rozważania przyczyn przegranej w dniu 12 lipca. Po to, aby nauka nie poszła w las.

Co prawda z tą wiedzą nabytą w okresie wyborów jest różnie – niektórzy politycy, nie tylko z Platformy Obywatelskiej, są przeciwni powyborczym rozliczeniom mając zapewne na uwadze utrzymanie jedności swoich partii, a wielu uważa, że we wrogich warunkach i przy matactwach wyborczych PiS porażka w rzeczywistości jest wielkim obywatelskim zwycięstwem, a wiec i w jakimś stopniu ich samych. Nadto kto lubi przyznawać się do błędów i wynikających z nich konsekwencji ?

Pierwsze opinie i oceny już mamy.

Włodzimierz Czarzasty uważa, że PO wykazała się „totalną arogancją i nieumiejętnością konsolidowania opozycji… Nie przedstawiła Rafałowi żadnego spójnego programu… Jakby ktoś do Biedronia zadzwonił i normalnie, po ludzku powiedział: chodźcie się spotykamy, Władysław Kosiniak- Kamysz, Robert Biedroń, Szymon Hołownia, pogadajmy o tym, bo Polska jest najważniejsza… Ze sztabu PO dostawaliśmy takie sygnały: generalnie się nie wtrącajcie, dlatego że wasz elektorat i tak na Trzaskowskiego zagłosuje, a nam jest potrzebny elektorat np. Konfederacji bądź Hołowni.”

Piotr Pacewicz w OKO.press : „Trzaskowski nie miał programu z wizją Polski, ale dla wielu sam stał się tą wizją. I jakoś przekonywająco, mimo wszystkich wygibasów ideowych w stylu Platformy, która boi się własnego cienia, dał do zrozumienia, że chce Polski nowocześniejszej, bardziej otwartej, mniej nienawistnej, mocno samorządowej, Polski bez ostrej ideologicznej szajby. Sam chyba nabierał przekonania, że „mamy dość” odwróci losy kraju w końcu pierwszej ćwiartki XXI wieku.”

Kamil Durczok, pomimo swoich szczególnych kłopotów, celnie napisał w Onecie: „Kandydat opozycji poległ nie dlatego, że nie pokonał artylerii wymierzonej w niego przez PiS, rząd i medialne ramię partii, czyli TVP. O dziwo, z tym sobie znakomicie poradził. Nie wygrał, bo poza złością na PiS i nadzieją na zmianę nie zaproponował nic. A to, mimo całej wściekłości na drużynę Kaczyńskiego, za mało… Ludziom omamionym gusłami PiS nie zaoferował nic…jego oferta była słaba. A właściwie jej nie było”

Jeszcze należy koniecznie przywołać opinię Miłosza Wiatrowskiego o tym, że pora kończyć z obecnym modelem opozycji („GW”, 17.07.2020) i Jędrzeja Włodarczyka „Byt (nadal) określa świadomość” („Dziennik-Trybuna”, 17.07.2020). Oba teksty zasługują na pogłębioną lekturę.

Ewenementem

staje się wynik Trzaskowskiego – co wszyscy zgodnie podkreślają – osiągnięty bez polemicznej ostrości wypowiedzi i spójnego programu wyborczego, a jedynie z kilkoma oderwanymi od siebie zapowiedziami, nadto bez daleko idącego porozumienia z opozycyjnymi kandydatami i partiami. Dowodzi to co prawda, że 10 milionów Polaków ma dość urządzania swojego kraju przez Zjednoczoną Prawicę, ale również stanowi przyczyny porażki.

Rafał Trzaskowski w swojej kampanii powtórzył niejako wypromowane przez jednego z partyjnych geniuszy i obowiązujące przed wyborami czerwcowymi w 1989 roku hasło o niekonfrontacyjnej kampanii wyborczej, sprzeczne w tego rodzaju rywalizacją. I jeżeli jeszcze można powyższe wyjaśniać zamiarem zyskania wyborców z innych partii i niezdecydowanych, to brak programu wyborczego woła o pomstę do nieba. Nadziwić się nie można niezborności sztabu wyborczego Trzaskowskiego i struktur PO lub KO, nie mówiąc już o różnych specach wyborczych, że nie potrafili stworzyć zwartej, skutecznej i przekonywującej narracji dla kandydata na prezydenta. Można oczywiście doszukiwać się różnych powodów, ale najważniejszym wydaje się trwała niemoc Platformy Obywatelskiej, która nie tylko z racji polityczno-ideowych tego ugrupowania, nie pozwala jej ogarnąć umysłowo materialnego położenia milionów obywateli tego kraju, oczekiwanego przez nich szacunku nawet gdy są inni oraz faktu, że na scenie politycznej znajdują się jeszcze alternatywne ugrupowania.

Było już wiadomo

po I turze wyborów, a i wcześniej nie stanowiło żadnej tajemnicy, że przekupstwo finansowe PiS przynosi oczekiwane poparcie. Można się na to obruszać i krytykować beneficjentów tych działań, ale warto jednak zrozumieć, co nie jest zbyt trudne, dlaczego te 500+, 13-ta emerytura i temu podobne są aż tak dla nich ważne, że nawet odpuszczają PiS-owi i kandydującemu Andrzejowi Dudzie szereg matactw, kłamstw i idiotyzmów. O tym powinni wiedzieć stratedzy Trzaskowskiego, tym bardziej, że doskonale znali przewidywania i szczegółowe analizy wyborcze, ale sprowadzili przebieg kampanii do jedynie słusznych skądinąd, ogólnych haseł.

Moja wnuczka,

jak wiele młodych dziewcząt i kobiet głosując na Trzaskowskiego, zawiedziona ostatecznym wynikiem, pytała mnie, dlaczego jego sztab wyborczy nie opracował programu adresowanego punktowo do określonych grup wyborców, dlaczego nie uwzględnił bądź zlekceważył materialną sytuację milionów, dlaczego…wiele jeszcze razy.

Natomiast Cezary Michalski przedstawiając receptę „Jak pozbawić władzy Kaczyńskiego” („Newsweek”, 13-19.07.2020) uważa: „Zamiast zapewniać, że nic, co dane przez PiS, nie będzie odebrane, demokraci i liberałowie muszą zaproponować Polsce własne 500+ – motywacyjne, wolnościowe, prorozwojowe, skupione na równości szans życiowego startu, a nie na równości żołądków. Demokratyczna opozycja ma w swoim programie wszystkie elementy takiego bonusu: stypendia dla dzieci z uboższych rodzin, pieniądze dla nauczycieli, obniżki podatków pomagające pracownikom i przedsiębiorcom. Jednak jej liderzy wciąż nie potrafią tego wypowiedzieć w postaci mocnego hasła.”

W tym kontekście paradoksem jest odwoływanie się Trzaskowskiego do tradycji Solidarności, która potrafiła jednak przedstawić swój program w 21 postulatach.

Odpowiedzialna polityka społeczna państwa

to niwelowanie różnic społecznych i wyrównywanie szans, adresowanie środków finansowych do grup i dziedzin działalności szczególnie ważnych, zagrożonych, ale również istotnych dla rozwoju kraju, także wsparcie najsłabszych. To nie mają być jakieś dawane z łaski bonusy, a naturalny wyraz odpowiedzialności państwa za swoich obywateli i dalszy jego rozwój.
Podkreślić jednocześnie należy, że jej istotnym elementem musi być egalitaryzm wyrażający się m. in. w progresywnym podatku dochodowym, tak zresztą znienawidzonym przez wielu liberałów, oraz kierowanie środków selektywnie do grup i dziedzin najbardziej zagrożonych. Również potrzebne jest tworzenie relacji pomiędzy pomocą państwa a odpowiedzialnością obywateli, stanowiąc realizacje wzajemnych zobowiązań i powinności.

Przykładowo będą to podatki wyższe dla lepiej zarabiających, 500+ i 13 emerytura uzależnione od sytuacji materialnej danej rodziny i wysokości otrzymywanych świadczeń, gdyż dla osób z wyższych finansowych półek służą dzisiaj jedynie do zakupu przysłowiowych wacików. I podobnie, pomoc finansowa medycznym rezydentom powinna jednocześnie zobowiązywać ich do wyznaczonego, obowiązkowego jej odpracowania w publicznej służbie zdrowia. Warto zresztą, poza proponowanymi stypendiami dla młodych z biedniejszych rodzin powrócić do znanego i wyjątkowo celnego systemu stypendiów fundowanych z czasów PRL, które, obecnie dostosowane do nowej sytuacji, zastępując pożyczki bądź dodatkowe zatrudnienie studenta, kierowały by niezbędne państwu kadry do najbardziej potrzebujących sektorów.

Budowa takiego programu

jest sprawą stosunkowo prostą i, co ważne, w realizacji finansowej możliwą, a w powszechnej społecznej percepcji również w pełni wiarygodną. Zwarty i konkretny koncept mógłby być adresowany do:
* rodzin – za R. Trzaskowskim darmowe żłobki i przedszkola ●
* młodych – za A. Zandbergiem mieszkania do wynajęcia finansowane przez państwo lub samorządy
* nauczycieli i lekarzy – wzrost zarobków w proporcji do zmieniającej się średniej płacy
* wyrównanie płac kobiet i mężczyzn
* wspomożenie najniższych emerytur dodatkową wypłatą ● osób od określonego wieku stałą ulgą na leki oraz dotacją do ośrodków opieki
* wsparcie matek na emeryturze – za M. Trzaskowską świadczeniem za każde dziecko.

Można tę listę bez większych problemów rozpisać jeszcze na kolejnych stronach, uwzględniając m. in. dofinansowanie służby zdrowia i wsparcie samorządów.Taki zwarty, czytelny i jednoznaczny program mógłby stanowić skuteczną przeciwwagę pisowskiemu rozdawnictwu dóbr, natomiast zasadniczą kwestią jest czy całą tzw. demokratyczną opozycję stać na jego akceptację. Rozwiewa częściowo te obawy liberalny publicysta Łukasz Pawłowski, który w tekście „Zrzutka na pożar Polski” („GW”, 18-19.06, 2020) wychodząc z odmiennych od lewicy paradygmatów akceptuje program prospołeczny m. in. takimi słowami: „ludzie kupują te wszystkie prywatne ubezpieczenia, korepetycje i wizyty u lekarza, bo tak chcą? Bo to wyraz ich wolności? Czy dlatego, że muszą, bo państwo nie wywiązuje się z umowy społecznej?”

Rafał Trzaskowski wielokrotnie mówił

o konieczności przebudowy działalności istniejących partii politycznych, zachęcał także młodych do partyjnej aktywności, ale z uwagi na jego możliwą sprawczość to wszystko dotyczy przede wszystkim macierzystej Platformy Obywatelskiej. Jednocześnie zapowiedział w Gdyni stworzenie ruchu obywatelskiego pod hasłem nowej solidarności pragnąc tym działaniem podtrzymać społeczną aktywność z okresu wyborczego.
Można zasadnie powątpiewać czy odwołanie się do Solidarności, której liczni następcy w postsolidarnościowych PO i PiS tak właśnie urządzali i urządzili obecną Polskę, jest najlepszym pomysłem, ale widocznie lepszego nie było. Natomiast sama idea powołania takiego ponadpartyjnego ruchu wydaje się celną, bo jak pisał Marek Beylin („GW”,14.07.2020): „Wybory pokazały, że skończył się czas dominacji PiS w społeczeństwie. Nastąpiło masowe demokratyczne przebudzenie”, a tego trendu nie da się łatwo zatrzymać.

Jedno wydaje się pewnym, że Platforma Obywatelska w swoim dotychczasowym kształcie wyczerpała możliwości przywódcze na polskiej scenie politycznej. O paradoks, potwierdził to na gdyńskim wiecu jej obecny lider Borys Budka wypowiadając bardzo wiele okrągłych i pustych w sumie słów o zmianie Polski, z których jednoznacznie wynikało, że takim sposobem żadnych zmian dokonać nie sposób. Natomiast sądzić należy, że Trzaskowski taką świadomość posiada.

Utrzymanie i zjednoczenie aktywności

z czasów wyborów w jakiejś formie ruchu obywatelskiego, postulowane przez wielu publicystów, stanowiło by pewne odwzorowanie Zjednoczonej Prawicy, dające szansę na opór wobec zamiarów PiS, a następnie odsunięcie go od władzy. Zadanie nadzwyczaj trudne, skomplikowane i wymagające przede wszystkim daleko idącego kompromisu i powszechnego zrozumienia nadrzędnego celu, jakim jest obrona demokracji i prawa w Polsce.

Z tym zrozumieniem mamy już dziś kłopoty, bo Bartosz Rydliński tak pisze: „Zrozumiałe jest to, że spora część lewicy chciała i zagłosowała na Trzaskowskiego w kontrze, w proteście przeciwko Andrzejowi Dudzie i praktyce rządów PiS. Ale jest pewna subtelna, acz ważna różnica w podejściu „głosowałem, chociaż się z tego nie cieszyłem”, a entuzjastycznym popieraniem kandydata, który co prawda ma demokrację na sztandarach, ale w wielu fundamentalnych kwestiach jest niezwykle bliski tradycji partii Jarosława Kaczyńskiego.”(„D-T”, 20.07.2020). Sądzę, że ta demokracja na sztandarach Trzaskowskiego w zupełności wystarcza różnicując go fundamentalnie od Kaczyńskiego, a entuzjazm wyrażał nadzieję na klęskę Dudy. Ale tak się nie da budować jakiegokolwiek porozumienia.

Bardzo dużo nie wiemy – czy Trzaskowski będzie liderem takiego przedsięwzięcia gdyż do obecnej pozycji wyniosły go głosy sympatyków wielu partii i równie wielu przekonań; czy odezwą się stare polskie swary, różne interesy poszczególnych politycznych ugrupowań i ich przywódców. Równie trudne będą poszukiwania wspólnej platformy programowej wśród często sprzecznych haseł, poglądów, przekonań.

Ale to nie jest mission impossible, w Polsce XX wieku kilkukrotnie się udało. Dlaczego nie teraz ?

Sprzeczność celu i ambicji

Zaryzykuję takie, niemal samobójcze stwierdzenie. Nie należę do żadnej partii, ale zawsze obdarzałem sympatią lewą stronę sceny politycznej. Nie oznacza to jednak, że pełnię szczęścia widziałem i widzę tylko w sytuacji rządów lewicy. Przywiązuję zdecydowanie mniejszą wagę do tego. kto aktualnie rządzi, bardziej interesuje mnie jak rządzi.

Od pięciu lat uważam, że PIS i tzw. Zjednoczona prawica rządzą źle. Jak wykazały ostatnie wybory prezydenckie podobny pogląd ma ok. 50 proc. polskiego społeczeństwa, a 50 proc. uważa, że jest wręcz przeciwnie. Niektórzy politycy mówią o tym jak o narodowej tragedii twierdząc, że zostaliśmy podzieleni na dwa zwalczające sie obozy i jeśli się nie zjednoczymy, to nasze losy będą tragiczne. To jasne, że trzeba próbować zasypywać lub łagodzić ten podział. Ale nie tragizujmy – osobiście nie widzę tak ostro tego zagrożenia. Amerykanie od wielu lat są podzieleni na Demokratów i Republikanów, co nie przeszkadza im utrwalać w światowej opinii poglądu, że są jednym z krajów najbardziej demokratycznych i najlepiej zarządzanych.

Dlaczego nie cenię PISu?

Ale wróćmy do „naszych baranów”. Moja krytyczna ocena rządów PISu może być inna, niż wielu innych, którzy też są przeciw i uważają się za opozycję. Nie każdego denerwuje to samo. Mnie najbardziej „wkurzają”:
– nieustanne kłamstwa dotyczące własnych „sukcesów” na tle poprzednich lat – od końca wojny, ale zwłaszcza ostatnich rządów „platformerskich”. Wmawianie mniej wykształconej części Narodu, że tylko my jesteśmy mądrzy – cała reszta to głupole i komuniści;
– zalew werbalnego hurrapatriotyzmu, chwalenie wszystkiego, co w naszej historii było po prawej stronie i oczernianie wszystkiego, co było w neutralnym centrum lub – o zgrozo – przechylało się na lewo;
– chwalenie się doskonałą sytuacją gospodarczą przy wzrastającym zadłużeniu kraju, wzroście cen i zagrażającym wzroście bezrobocia;
– przedwyborczym rozdawnictwem naszych pieniędzy i stwarzaniem wrażenia, że to pieniądze z tajnych zasobów litościwej władzy;
– stopniowe, bezsensowne niszczenie niezależnego wymiaru sprawiedliwości i autokratyczne zapędy ograniczenia niezależności niektórych mediów;
– podlizywanie się Kościołowi i tworzenie państwa kościelnego, uszczęśliwionego prawdziwą (rzadziej) lub udawaną (częściej) ostentacyjną pobożnością władzy;
– zdobywanie sympatii USA przez zobowiązania zakupów zbyt drogiego sprzętu;
– uzupełnianie zasobów kadrowych „ambicjonerami” o ograniczonych kompetencjach, i coraz częściej rzucającym się w oczy, zbyt niskim współczynniku inteligencji.

Demobilizacja

Usłyszałem i zobaczyłem ostatnio w telewizorze dwie czy trzy rozmowy, w których przebijała obawa, że nie mamy instrumentów walki z władzą PISu, że może on jeszcze rządzić długo i wprowadzać kraj na ścieżkę autokratyzmu, albo jeszcze gorzej. Taki pesymistyczny scenariusz jest oczywiście możliwy, ale tylko wtedy, kiedy te niezadowolone 50% nie będzie miało wspólnej koncepcji sprzeciwu i nie wykaże się dostateczną determinacją.

Przed wyborami prezydenckimi nie zdaliśmy w pełni tego egzaminu. Rozumiem – tworzenie wspólnego frontu wymaga przełamania oporów i zgody na pewne różnice poglądów zarówno w sferze ekonomicznej jak i – używając najszerszego określenia – ideologicznej. Wymaga też rezygnacji wielu osób z osobistych ambicji, uznania, że kto inny ma większe szanse zjednywania poparcia, czasem więcej energii i umiejętności negocjacyjnych.

To wszystko jest trudne, ale możliwe i konieczne. Do wyborów parlamentarnych zostały trzy lata. To pozornie dużo czasu. Ale samo opracowanie i uzgodnienie strategii może zająć więcej niż rok. Przy istnieniu wspomnianych różnic nie sądzę, aby był możliwy jakiś rodzaj połączenia w formie „zjednoczonego centrum”. Trzeba też „stworzyć” wspólny i prosty program, nie rezygnując z bardziej szczegółowych programów poszczególnych ugrupowań. Trzeba uznać, że wspólnym i podstawowym celem politycznym jest odsunięcie PISu od władzy. Ambicja partyjne i osobiste muszę być uznane z drugoplanowe, a ich sprzeczność z głównym celem maksymalnie wytłumiona.

A Trzaskowski?

Czy Rafał Trzaskowski, powinien brać w tym udział? Zadeklarował właśnie, że stanie na czele „Ruchu Obywatelskiego”. Taki ruch może pomóc w zjednoczeniu lub chociażby synchronizacji sił opozycji, o czym wyżej pisałem Jego aktywność w tworzeniu tego Ruchu może więc być pożądana, ale – moim zdaniem – tylko jako aktywnie uczestniczącego w życiu politycznym prezydenta Warszawy. Za 5 lat będą znowu wybory prezydenckie i to właśnie on powinien w nich uczestniczyć, jako kandydat tak czy inaczej współpracującej opozycji. Będzie miał dopiero 53 lata, idealny wiek dla prezydenta państwa, nie za dużo i nie za mało. Jestem przekonany, że prawica nie będzie miała nowego kandydata o takich walorach osobistych, tak wszechstronnie wykształconego i tak szeroko znanego we wszystkich przedziałach wiekowych i zawodowych społeczeństwa. Jestem zresztą przekonany, że gdyby ostatnie wybory były w pełni demokratyczne, to on by je wygrał. PISOwi nie uda się powtórzyć scenariusza wspomagania kandydata nie tylko przez państwową propagandę, ale także przez państwowe struktury organizacyjne. Pan Premier i niektórzy ministrowie usiłowali stworzyć coś w rodzaju politycznego kabaretu. Było to zarazem smutne i śmieszne, ale mimo wszystko nie nadążało za naszymi kabaretowymi profesjonalistami.

Strach, pryncypia i poczucie wdzięczności

Te trzy wyróżniki, zdaniem szewca Fabisiaka, zadecydowały o głosach wyborców.

Szewc Fabisiak uważa, że zarządzanie strachem zaczyna wypierać lansowanie motywacji pozytywnych. Dotyczy to nie tylko ostatniej kampanii prezydenckiej, lecz także tej przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, gdy w niemal całej Unii straszono a to katastrofą klimatyczną a to masowym napływem uchodźców co przysporzyło głosów z jednej strony ugrupowaniom ekologicznym, z drugiej zaś nacjonalistycznej prawicy.
W Polsce kampanijna przepychanka, zwłaszcza w drugiej turze, szła na noże. Dlatego też niewspółmierną rolę odgrywało straszenie w stylu: co to będzie, gdy wygra konkurent, a nie nasz kandydat. Przodowało w tym głównie ugrupowanie wspierające Andrzeja Dudę, co jest zrozumiałe, gdyż ewentualna porażka wyborcza miałaby dla całe tej formacji o wiele większe konsekwencje, niż dla przegranego kontrkandydata i jego sprzymierzeńców.
Szewc Fabisiak, podobnie jak wielu innych, znalazł w skrzynce pocztowej anonimową ulotkę opatrzona jedynie logo Duda 2000. Roztaczała one perspektywy świetlanej przyszłości pod przewodem Dudy w przypadku jego ponownego wyboru. Wystarczyło jednak odwrócić kartkę, aby dowiedzieć się co nas czeka, gdyby jednak wygrał nie Duda, a Trzaskowski. Otóż niechybnie bieda, kryzys a także co, co jest domeną PiS, czyli afery, podział i konflikty. Tego typu dość prymitywna propagandówka miała zapewne przekonać ludzi rozumujących w czarno-białych, bez jakichkolwiek odcieni, kategoriach. Szewc Fabisiak uważa jednak, że jeśli ktoś kto innych uważa za idiotów, to albo sam jest idiotą albo wyrachowanym cynikiem.
Straszenie w wydaniu PiS podczas całej kampanii podlegało zresztą twórczej ewolucji. Co prawda, w odróżnieniu od innych wyborów, nie wyciągano mało już nośnego tematu uchodźców, koncentrując się najpierw na LGBT, a następnie na Niemcach, którzy za pośrednictwem obecnych w Polsce swoich mediów usiłowały wpływać na wynik wyborów. Co gorsza dyktując nam nie w obcych językach a w powszechnie znanej polszczyźnie. Nagła nagonka antyniemiecka oprócz pobudzenia historycznych reminiscencji ma również inny sens. Bliżej na ten temat szewc Fabisiak wypowie się przy okazji dywagacji na temat polityki zagranicznej.
Jako obiektywny obserwator szewc Fabisiak dostrzega również taktykę strachu w szeroko rozumianym bloku opozycyjnym obejmującym nie tylko PO ale też inne niechętne obecnej władzy ugrupowania oraz licznych komentatorów. Będącego realistą szewca Fabisiaka jakoś nie przekonują argumenty o chęci wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej. Za dużo płynie stamtąd kasy. Zbyt wielu posiadaczy gruntów rolnych, wliczając w to Kościół, otrzymuje dutki w ramach unijnej wspólnej polityki rolnej aby ewentualny polexit miałby się rządzącym opłacać.
PiS co prawda z jednej strony gra na dumno-narodowych emocjach, z drugiej zaś kuli ogon pod siebie, gdy Unia nakazuje wstrzymanie wycinki Puszczy Białowieskiej czy też przywrócenie na urząd pani Małgorzaty Gersdorf. Z kolei Unia może chętnie krytykować słabe kraje członkowskie jednak strategicznie jest zorientowana na rozszerzenie a nie zmniejszanie stanu członkostwa a poza tym przeżywa problemy związane z brexitem.
Z kolei argumenty, skądinąd słuszne, o zawłaszczaniu sądów mało interesują tych co z sądami nie mają do czynienia a jeżeli już to raczej w takich sprawach, gdzie ingerencja nie jest formacji rządzącej potrzebna.
Podobnie jest ze sprawą wolności mediów. Ludzie już od dawna odwykli od czytania prasy za wyjątkiem lokalnych gazetek, w które można się zaopatrzyć za darmo, a które ponadto piszą o sprawach własnej gminy czy powiatu, co wielu ludzi bardziej interesuje niż wielka polityka. Z kolei telewizor służy im głównie do oglądania ciągnących się latami seriali oraz obserwowania prognozy pogody.
Kolejne spostrzeżenie, które nasuwa się szewcowi Fabisiakowi jest takie, iż wielu wyborców przy głosowaniu kieruje się swoiście pojmowanymi zasadami. Co prawda Szymon Hołownia lansował hasło „głową i sercem”, jednak w warunkach polskich brzmi ono zbyt idealistycznie. Ta nieco połowiczna większość, która głosowała na Dudę czyniła to albo głową mając utrwalone w pamięci transfery socjalne albo czymś w rodzaju serca popierając tego kandydata, który prezentuje bliskie im kulty Polski silnej i chrześcijańskiej, rodzinności i religijności dodatkowo propagowane przez miejscowego księdza, który dla wielu jest wciąż autorytetem. Zwłaszcza, gdy osobiście nie był zaangażowany w afery pedofilskie.
Szewc Fabisiak zauważa też, że pomimo sympatii politycznych ludzie głosują nie koniecznie tak jak im sugerują władze danej partii, lecz w oparciu o własne poglądy i kalkulacje. Stąd też wynika budzące niekiedy komentatorskie zdziwienie zjawisko tzw. przepływu elektoratów.
Ostatni z trzech wymienionych na wstępie czynników to coś, co szewc Fabisiak nazywa poczuciem wdzięczności. Za kolejne pieniężne plusy, za trzynastą emeryturę itd. Skoro dali, wprawdzie nie prezydent osobiście, lecz pisowski rząd, kto jednak wchodziłby w takie detale – to wypadałoby się odwdzięczyć w postaci postawienia krzyżyka przy nazwisku kandydata utożsamianego z tą właśnie partią. I to, zdaniem szewca Fabisiaka, mogło przeważyć wyborczą szalę na korzyść Andrzeja Dudy.
Jakie bowiem powody do wdzięczności można mieć wobec Rafała Trzaskowskiego i ugrupowania opozycyjnego, które nie dysponuje środkami budżetowymi a w pamięci wyborców jej dwukadencyjne rządy bynajmniej nie u wszystkich wyborców budzą nostalgiczne wspomnienia dobrych czasów do których chciałoby się wrócić?

Czas rozstać się z iluzjami…

… i przestać powtarzać obiegowe, dające fałszywą nadzieję, dykteryjki. Uzyskane w niedzielnych wyborach 51,2 proc. to nie był „niewielki margines zwycięstwa Andrzeja Dudy”.

To był nokaut, który przypieczętował władzę PiS na okres najbliższej kadencji. Prawo i Sprawiedliwość wygrało nie tylko poprzednie i te wybory. Ono wygrało bitwę o sposób postrzegania polityki i sposób rozumienia polityki przez większość społeczeństwa.

Punkt wyjścia

W minioną niedzielę po raz kolejny zatoczyliśmy błędne koło i jesteśmy w tym samym miejscu: jesteśmy pod władzą PiS, jesteśmy peryferyjnym krajem, który własnemu społeczeństwu i otaczającemu światu może jedynie zaoferować tanią siłę roboczą, strukturalny wyzysk i ewentualne możliwości emigracji. Rozhuśtywanie nastrojów społecznych wyparło niemal wszystko, co polityczne. Udało się sprowadzić społeczeństwo do roli ofiary przemocy domowej, która wybiera tych, którzy robią mu krzywdę. I nie zadaje sobie fundamentalnych pytań. Taki jest smutny bilans 30-letniego kapitalistycznego eksperymentu, który najwyraźniej się nie powiódł, skoro ponad połowa społeczeństwa po raz kolejny daje do zrozumienia, że nie widzi potrzeby bronić takich stosunków społecznych i takiej demokracji.

Prawo i Sprawiedliwość wytworzyło skutecznie wrażenie, że jakoby było jednym reprezentantem politycznym ludzi pokrzywdzonych, biednych, wykluczonych, nie wpasują się skutecznie w ten nowoczesny ład. Wrażenie jest mocniejsze niż fakty, bo prawdziwi reprezentanci pracującej większości społeczeństwa nigdy nie upokorzyliby rodziców osób niepełnosprawnych czy strajkujących nauczycieli tak, jak zrobił to PiS. Także tarcze antykryzysowe dobitnie pokazują, że pokrzywdzonych przez transformację wspierano tylko wtedy, gdy mogło się to przełożyć na szybki polityczny zysk.

I jeżeli nie postawimy pytania teraz „co dalej”, to ta agonia będzie trwała. Nigdy nie wyemancypujemy się z tej patologii bez odpowiedzi, jaką droga możemy podążać, żeby przestać wreszcie wybierać miedzy 500 plus a prawem do aborcji. I jak zbudować społeczeństwo, w którym każdy znajdzie dla siebie miejsce, godną przyszłość i satysfakcję. Na razie po przepełnionej irracjonalną retoryką kampanii, w której obaj kandydaci licytowali się na obrzydzenie społeczeństwu rywala, zwyciężył ten, który miał za sobą silniejszą propagandę.

Kandydaci bez wizji

Mówi się, że Rafał Trzaskowski przegrał, bo nie przedstawił żadnej wizji. To oczywiście prawda. Klepaniem o Polsce przyjaznej i uśmiechniętej oraz (wątpliwej jakości) popisami znajomości mowy Woltera wyborów się nie wygrywa. Nie w czasach niepewności i kryzysu. Ale pomysłu na Polskę nie przedstawił też Andrzej Duda. Wygrał, bo przy wsparciu całego aparatu władzy i przekształceniu TVP w sztab wyborczy przekonał Polaków, że alternatywą jest “kandydat niemiecki”, który za chwilę zabierze się za przekazywanie dzieci gejom do adopcji i przymuszanie ich do masturbacji w szkołach.

U Trzaskowskiego wybrzmiewały nieznośne nuty elitarystyczne, a kandydat zachowywał się tak, jakby problemy milionów Polaków – drożyzna mieszkaniowa, katastrofa ochrony zdrowia, załamanie wzrostu wynagrodzeń – zupełnie nie istniały. Z drugiej strony Duda może i objechał wszystkie powiaty, jednak nie zaoferował społeczeństwu niczego wartościowego. Obietnica „obrony Polski plus” to żadna łaska, a raczej sygnał, że nowych programów socjalnych już nie będzie, a lud ma się cieszyć, że władza nie zabierze mu tego, co dostał. Będą za to cięcia, bo wpływy z podatków pikują, a władza na kredyt zasponsorowała prywatny biznes podczas pandemii. Zapowiedź wprowadzenie estońskiego CIT, czyli zwolnienia z podatku dochodowego kapitalistów z dochodami do 40 mld zł, pokazuje, że dobry kontakt obozu PiS, ze zwykłym człowiekiem polega na tym, że partia potrafi im dobrze wcisnąć ściemę.

Najgorszy scenariusz

PiS i PO zirracjonalizowały determinanty postaw politycznych i na wykrzywionej rzeczywistości zbijają kapitał polityczny. Jedni klasistowskie wynurzenia tłumaczą troską o demokrację, drudzy, głosząc hasła antyelitarne i obrony normalności, fundują nam wczesne stadium prawicowej dyktatury, państwa nowej elity, która w kolejnych trzech latach opanuje całkowicie sądownictwo, chwyci za mordę opozycyjne media i organizacje pozarządowe, a działaczy na rzecz praw człowieka uzna za obcych agentów lub promotorów pedofilii.

Lewica będzie dociskana do ściany przez reżimowe media, służby, prokuraturę i sądy. To będzie ciężki czas dla wszystkich, którzy mają w sercu wartości egalitarne i demokratyczne. Nie możemy jednak wykonać żadnego kroku wstecz. Nie możemy odsunąć się od tych, którym już obiecaliśmy walkę o ich prawa i sprawiedliwą społecznie Polskę. Potrzebne jest jednak większe zaangażowanie – na poziomie działalności politycznej, ale również oddolnej – w ruchach społecznych, dzielnicowych, klimatycznych, mądre działania organizacji pozarządowych oraz inwestycje w lewicowe media.

Wielka odpowiedzialność spoczywa też na sejmowej Lewicy. To ich zadaniem jest usprawnienie przekazu, który powinien być sprofilowany zarówno regionalnie, umiejętnie odpowiadający na interesy grup prześladowanych, wyzyskiwanych i obywateli, którzy chcą po prostu stabilnie żyć w sprawiedliwym państwie.. Bo Lewica, w zdemolowanym przez prawicową paranoję kraju jest jedyną nadzieją na przywrócenie normalności.

Każdy głos będzie się liczył

Druga tura wyborów prezydenckich nie ma faworyta. W praktycznie wszystkich sondażach przeprowadzanych w ostatnich dniach jeden z kandydatów wygrywa z rywalem o włos.

Nowy sondaż pracowni Kantar, opublikowany 3 lipca, daje 47 proc. wskazań Rafałowi Trzaskowskiemu i 46 proc. – Andrzejowi Dudzie. Pozostała grupa ankietowanych nadal nie podjęła decyzji. Co znaczące, w porównaniu z poprzednim sondażem wzrosły notowania polityka KO, który zdobył dodatkowe 2,3 punktu procentowego. Dla porównania urzędujących prezydent dodał do swojej puli tylko 0.6 nowych zwolenników.

Sondaż IPSOS opublikowany na łamach oko.press również daje większe szanse Rafałowi Trzaskowskiemu. W badaniu tej pracowni 49 proc. głosów padło na kandydata Koalicji Obywatelskiej. Andrzeja Dudę wskazało minimalnie mniej, bo 48 proc.

Z kolei w sondażu IBRiS dla Onetu, opublikowanym 2 lipca, to Andrzej Duda zbliża się do granicy 50 proc. – odnotował 49 proc. wskazań. Rafał Trzaskowski ma w tym badaniu poparcie 46,4 proc. 4,6 proc. wyborców jeszcze się zastanawia, do kogo z kandydatów im bliżej.

Według badania IBRiS Rafał Trzaskowski przejmie 75 proc. osób, które w I turze poparły kandydata Lewicy Roberta Biedronia. Podobnie 3/4 wyborców Władysława Kosiniaka-Kamysza zamierza opowiedzieć się za zmian urzędującego prezydenta. Jeszcze bardziej stanowczy jest elektorat Szymona Hołowni – tu na Andrzeja Dudę zamierza głosować jedynie 10 proc. jego wyborców. Nieco wyraźniej podzieleni zdają się tylko sympatycy Krzysztofa Bosaka. 67 proc. z nich chce głosować na Andrzeja Dudę, a 27 proc. – na Trzaskowskiego.

Pracownia Indicator w opublikowanym 4 lipca sondażu minimalnie wskazuje na Dudę. Walczący o reelekcję polityk według tych szacunków uzyska 50,7 proc. głosów, wyprzedzając prezydenta Warszawy o mniej niż dwa punkty procentowe.

Najwyższą przewagę Dudzie daje sondaż opublikowany 1 lipca przez pracownię Social Changes i przygotowany na zlecenie prawicowego portalu wpolityce.pl. W tym badaniu, przeprowadzonym jeszcze przed ogłoszeniem wyników I tury, urzędujący prezydent zyskał 53 proc. wskazań. Równocześnie zamiar głosowania w wyborach potwierdziło 64 proc. ankietowanych.

Obydwaj kandydaci kontynuują swoje kampanie, podróżując po Polsce i dużo obiecując. Od jednego i drugiego polityka usłyszeliśmy już np. sprzeciw wobec podnoszenia podatków.