Prezydenckie zawołanie

Słuchałem i nie wierzyłem: on naprawdę tak powiedział. Tzn. On, prezydent mego kraju. Że potanieje musztarda. Jak Gomółka, kiedy mówił o taniejących lokomotywach. I kiedy myślałem, że nic już mnie z ust Andrzeja Dudy w tej kampanii nie zaskoczy, zobaczyłem to…

Rzecz miała miejsce chyba w Nowej Soli. Stoi prezydent, gestykuluje, widać że buzują emocje, nakręca się z każdym słowem. I nagle bam: mówi, jakby nigdy nic, zapętlony w słowotoku, że „podpaski higieniczne”, że „tampony higieniczne”, że kto ma kobiety w domu to wie ile, na to idzie, czy jakoś tak. Oniemiałem. Potem posłuchałem jeszcze raz. I jeszcze raz. Do dziś nie bardzo wiem, jak nazwać pierwszą myśl, która przyszła mi do głowy, kiedy słuchałem prezydenckich wynurzeń o podpaskach. I nie tyle sama treść mnie uwiodła, bo w tej od razu wyczułem ogromny potencjał wiralowy i socialmediowy, ale forma. Lub bardziej-forma samego mówcy.

Skrosowałem sobie od razu w pamięci przemówienie prezydenta z Nowej Soli z przemówieniem innego prezydenta w Białogardzie. Ongiś, Aleksander Kwaśniewski, na wiecu Lewicy i Demokratów, wzywał Ludwika Dorna i Sabę do porzucenia obranej przezeń drogi. Wówczas również forma zawołania prezydenckiego wzbudziła w słuchaczach i komentatorach pewne wątpliwości, co do prezydenckiego stanu. Zawołałem przed ekran moich kolegów, z którymi biesiadowałem tego wieczora, kiedy Andrzej Duda mówił o tanich podpaskach, aby rozwiali lub potwierdzili moje wątpliwości. Co należy zaznaczyć, koledzy, jak i ja, byliśmy wówczas jeszcze zupełnie trzeźwi. Wiele bowiem razy bywaliśmy w odmiennych stanach świadomości. Doskonale wiemy więc, jak zachowuje się ciało, poddane na działanie środków. W jaki sposób zmienia się mimika twarzy, gesty, a co najważniejsze, jak zachowuje się zmysł mowy. Wszyscy koledzy przyznali, że w prezydenckim przemówieniu z Nowej Soli, odnajdują bliźniacze podobieństwo do szoł Aleksandra Kwaśniewskiego z Białogardu. Czyli się nie pomyliłem, coś było rzeczy jest.

Nie jest żadną tajemnicą, że człowiek przemęczony, permanentnie niewyspany i odarty z wypoczynku, zachowuje się dla postronnych tak, jakby mógłby być pod wpływem. Miesza mu się w głowie, nie wie co mówi, a co równie ważne, nie wie też, jak mówi. Może więc niepotrzebnie podnosić głos, blekotać, mamrotać coś pod nosem. Ludziom wydaje się wtedy, że jest po spożyciu, a on sam, trzeźwy jak dziecko, jest po prostu wykończony. Sam tak mam dzisiaj, kiedy piszę ten tekst. Wczoraj przejechałem autem z Warmii do Warszawy. Przespałem się 8 godzin, żeby po śniadaniu wsiąść za kółko i prowadzić dalej, z Warszawy w Beskidy. Nikomu nie polecam. Rozumiem więc doskonale, że będąc w ciągłej trasie można być daleko od OK z własną psychofizycznością. Ba, sam też, w erze przed covidem, bywałem w trasach. Koncertowych. Wiem z samego bywania, że na trasie jest ciężko. Ale, i tu złota rada dla pana prezydenta, co było na trasie, zostaje na trasie. Po przekroczeniu progu busa, człowiek przywdziewa właściwą swojej profesji maskę. W busie można, choćby dla zabicia czasu, napić się czegoś dobrego na frasunek; bo daleko od domu, bo rozłąka z żoną, albo ze szczęścia, że w końcu z dala od niej, ale gdy się z puszki wychodzi, trzeba grać swoje. Najlepiej jak się umie. A po robocie, wiadomo, można sobie dać lejce na reset. A nawet trzeba.

Szczerze mówiąc, to mam to gdzieś, czy prezydent był w Nowej Soli po trzy przed. Więcej napiszę, gdyby wyszedł w kampanii do ludzi i spotkał się na piwie z kim innym, niż z premierem, tylko z prostym człowiekiem, zyskał by dużo więcej w oczach swoich współbraci w wierze w sukces. Bo nie w moich. Jak facet pije piwo z sokiem, to już nie ma dla niego ratunku.

Każdy głos będzie się liczył

Druga tura wyborów prezydenckich nie ma faworyta. W praktycznie wszystkich sondażach przeprowadzanych w ostatnich dniach jeden z kandydatów wygrywa z rywalem o włos.

Nowy sondaż pracowni Kantar, opublikowany 3 lipca, daje 47 proc. wskazań Rafałowi Trzaskowskiemu i 46 proc. – Andrzejowi Dudzie. Pozostała grupa ankietowanych nadal nie podjęła decyzji. Co znaczące, w porównaniu z poprzednim sondażem wzrosły notowania polityka KO, który zdobył dodatkowe 2,3 punktu procentowego. Dla porównania urzędujących prezydent dodał do swojej puli tylko 0.6 nowych zwolenników.

Sondaż IPSOS opublikowany na łamach oko.press również daje większe szanse Rafałowi Trzaskowskiemu. W badaniu tej pracowni 49 proc. głosów padło na kandydata Koalicji Obywatelskiej. Andrzeja Dudę wskazało minimalnie mniej, bo 48 proc.

Z kolei w sondażu IBRiS dla Onetu, opublikowanym 2 lipca, to Andrzej Duda zbliża się do granicy 50 proc. – odnotował 49 proc. wskazań. Rafał Trzaskowski ma w tym badaniu poparcie 46,4 proc. 4,6 proc. wyborców jeszcze się zastanawia, do kogo z kandydatów im bliżej.

Według badania IBRiS Rafał Trzaskowski przejmie 75 proc. osób, które w I turze poparły kandydata Lewicy Roberta Biedronia. Podobnie 3/4 wyborców Władysława Kosiniaka-Kamysza zamierza opowiedzieć się za zmian urzędującego prezydenta. Jeszcze bardziej stanowczy jest elektorat Szymona Hołowni – tu na Andrzeja Dudę zamierza głosować jedynie 10 proc. jego wyborców. Nieco wyraźniej podzieleni zdają się tylko sympatycy Krzysztofa Bosaka. 67 proc. z nich chce głosować na Andrzeja Dudę, a 27 proc. – na Trzaskowskiego.

Pracownia Indicator w opublikowanym 4 lipca sondażu minimalnie wskazuje na Dudę. Walczący o reelekcję polityk według tych szacunków uzyska 50,7 proc. głosów, wyprzedzając prezydenta Warszawy o mniej niż dwa punkty procentowe.

Najwyższą przewagę Dudzie daje sondaż opublikowany 1 lipca przez pracownię Social Changes i przygotowany na zlecenie prawicowego portalu wpolityce.pl. W tym badaniu, przeprowadzonym jeszcze przed ogłoszeniem wyników I tury, urzędujący prezydent zyskał 53 proc. wskazań. Równocześnie zamiar głosowania w wyborach potwierdziło 64 proc. ankietowanych.

Obydwaj kandydaci kontynuują swoje kampanie, podróżując po Polsce i dużo obiecując. Od jednego i drugiego polityka usłyszeliśmy już np. sprzeciw wobec podnoszenia podatków.

Mocne karty Dudy, ale rozgrywa opozycja

W polskich realiach zdecydowany lider sondaży prawie zawsze uzyskuje w wyborach wynik znacząco słabszy od średniej notowań sondażowych, jednak w pierwszej turze wyborów prezydenckich tej zależności nie zaobserwowano.

Co więcej, ośrodki sondażowe z reguły zawyżały notowania słabszych kandydatów i zaniżały notowania kandydatów mocniejszych. Przeprowadzone w ostatnich kilkunastu dniach sondaże dotyczące drugiej tury wyborów prezydenckich nie wskazują jednoznacznie ani na zwycięstwo Andrzeja Dudy, ani na zwycięstwo Rafała Trzaskowskiego. Jednakże sondaże dotyczące pierwszej tury w nieco większym stopniu zaniżały notowania Dudy, ponadto zabrakło mu zaledwie 6,50 punktu procentowego do zwycięstwa, a kandydaci szeroko rozumianej antypisowskiej opozycji nie uzyskali w sumie bezwzględnej większości głosów.

Bardzo duże znaczenie może mieć oddziaływanie przegranych w pierwszej turze kandydatów na swoje elektoraty. Wszystko wskazuje na to, że Szymon Hołownia, Władysław Kosiniak-Kamysz i Robert Biedroń (18,45 proc. głosów, podczas gdy przewaga Dudy nad Trzaskowskim wyniosła 13,04 proc. głosów) udzielą poparcia Rafałowi Trzaskowskiemu, zaś Krzysztof Bosak zaapeluje do swych wyborców (których znaczna część sympatyzuje z Trzaskowskim, a inna część nie zamierza pójść na drugą turę wyborów prezydenckich), aby zagłosowali w drugiej turze zgodnie z własnymi przekonaniami.

Zastanawiające jest to, czy Koalicja Obywatelska rozważa rozwiązanie alternatywne. W sondażach dotyczących drugiej tury wyborów prezydenckich Szymon Hołownia uzyskiwał zdecydowanie większe poparcie od Andrzeja Dudy. Jeżeli tuż przed 12 lipca notowania sondażowe nie dadzą Rafałowi Trzaskowskiemu znaczącej przewagi, będzie najlepiej dla Polski, gdy Trzaskowski zrezygnuje z kandydowania. Zgodnie z zasadami wynikającymi z polskiego prawa wyborczego, druga tura zostanie wtedy przesunięta na 26. lipca, a wystartują w niej Hołownia i Duda.
Może być bardzo różnie. W najgorszym razie, antypisowska opozycja odegra się za trzy lata, podczas wyborów samorządowych oraz parlamentarnych.

Nikt ci tyle nie da ile Duda obiecuje

Andrzej Duda podczas kampanii wyborczej rzuca na lewo i prawo obietnicami, czasem bezsensownymi. Najświeższy przykład – podczas wizyty w Szczawnie-Zdroju zapowiedział odbudowę stadionu Górnika Wałbrzych i zapewnił, że załatwił na ten cel 24 mln złotych.

Być może w Wałbrzychu jest pod rządami PiS-u tak świetnie, że trzeba jego mieszkańcom wyszukiwać problemy do rozwiązania. Sztab wyborczy prezydenta Dudy na potrzeby jego kampanii w tym regionie przygotował listę inwestycji, jakie mogą zostać tam przeprowadzone w najbliższych latach. Oczywiście nie trzeba dodawać, że każda z nich opatrzona jest klauzulą „ da się zrobić tylko pod warunkiem, że Andrzej Duda nadal będzie prezydentem”.
Nie wiadomo kto z jego sztabu wymyślił, że sympatię wyborców w Wałbrzychu i okolicach prezydent zyska obietnicą budowy nowego stadionu akurat dla klubu Górnik Wałbrzych, który owszem, dawno temu (lata 1983-1989) występował w najwyższej klasie rozgrywkowej i nawet raz zajął w niej szóste miejsce, co jest jego najcenniejszym ligowym osiągnięcie, a ponadto dwukrotnie dotarł do finału Pucharu Polski, lecz po zmianie ustrojowej podupadał z taką samą szybkością, jak spadało zapotrzebowanie na wydobywany w tym regionie węgiel. W 2015 roku Górnik Wałbrzych występował po raz ostatni w rozgrywkach centralnych, w II lidze, która w Polsce jest trzecim poziomem rozgrywek, ale potem z zaczął podupadać finansowo w takim tempie, że przed obecnym sezonem władze klubu z powodu braku pieniędzy wycofały zespół z rozgrywek amatorskiej IV ligi (szósty poziom rozgrywkowy w Polsce) i zgłosiły go do kompletnie amatorskich rozgrywek w lokalnej A-klasie.
Największym problemem Górnika Wałbrzych nie jest zatem brak nowoczesnego stadionu, lecz sponsorów i mecenasów skłonnych go wesprzeć z własnej kieszeni, co jest zazwyczaj efektem kompletnego braku zainteresowania lokalnej społeczności losami klubu. Niezrażony tym prezydent Duda na wiecu wyborczym obiecał jednak, że jak nadal będzie prezydentem, to dopilnuje, żeby część środków z rządowej pomocy dla samorządów, związanej z zapobieganiem skutkom gospodarczym epidemii koronawirusa, przekazano na remont stadionu Górnika. Miasto ma otrzymać z tego tytułu 24,5 mln złotych, a brakującą kwotę dorzuci ministerstwo sportu. Problem w tym, że nowoczesny stadion sportowy to lekko licząc koszt co najmniej 150-160 mln złotych.

Boniek ocenił elektorat prezydenta

Prezes PZPN Zbigniew Boniek po raz kolejny wywołał burzę na Twitterze. Tym razem nie zaczepił jednak celebryty, dziennikarza czy któregoś z polityków „lżejszego kalibru”, tylko skomentował wyniki pierwszej tury wyborów prezydenckich. Ale tak źle dobrał słowa, że jego wpis odebrano jako obraźliwy dla wyborców Andrzeja Dudy.

Boniek w swoim wpisie na Twitterze napisał: „Prezydent Polski dzisiaj może być wybrany głosami ludzi środowiska wiejskiego, głosami emerytów i ludzi z podstawowym wykształceniem. To chyba trochę dziwne w tak pięknym i rozwijającym się kraju jak nasza Polska”. Prezes PZPN często wypowiada się na tym portalu społecznościowym i przez lata aktywności dorobił się ponad miliona odbiorców jego postów. Jego wypowiedź nie mogła zatem przejść bez echa, a już na pewno zlekceważona przez obóz polityczny obecnego prezydenta. Na Bońka głównie z tej strony sceny politycznej posypały się krytyczne opinie, głos zabrał nawet Jan Tomaszewski, kiedyś zawzięty antagonista Bońka, a dzisiaj jego gorący wielbiciel. Legendarny bramkarz to jednak także były poseł PiS-u, więc jego ocena nie mogła być pozytywna. „Uważam, że mój przyjaciel z boiska po prostu trochę przeholował. Mieszanie się prezesa największego sportowego związku do polityki jest niefortunne” – stwierdził Tomaszewski.
Ta lawina krytyki, także ze strony wielu zwykłych użytkowników Twittera, chyba trochę Bońka zaskoczyła, ale zareagował błyskawicznie udzielając w zaprzyjaźnionych mediach obszernych wywiadów. Na przykład w rozmowie z Cezarym Kowalskim z Polsatu Sport prezes PZPN tłumaczył się tak: „Ja przecież napisałem jedynie to co przeczytałem w gazecie. Że 70 procent elektoratu jednego z kandydatów to ludzie ze środowisk wiejskich, z podstawowym wykształceniem i emerytów. Przecież to nic obraźliwego, jedynie stwierdzenie faktu. Jesteśmy jednak tak podzieleni, że jakakolwiek ocena wywołuje lawinę emocji”.
Na wynik wyborów opinia Bońka raczej nie wpłynie, więc i jemu też zapewne specjalnie nie zaszkodzi. Póki w reprezentacji grają tacy znani na świecie gracze, jak Robert Lewandowski, Wojciech Szczęsny czy Arkadiusz Milik, politycy będą zabiegać o miejsca w lożach dla VIP-ów na Stadionie Narodowym. Barwy polityczne nie mają tu żadnego znaczenia. Boniek doskonale o tym wie, bo odkąd ma coś do powiedzenia w PZPN, trochę darmowych wejściówek różnym wpływowym osobom rozdał.

Deliberacje pana D.

Stary i młody, biedny i bogaty, wszyscy dziś oni czekają debaty. A prezydent Andrzej, z sobie znaną gracją, chce się debatować, tylko z jedną stacją.

Z tymi debatami to tak było: najpierw można było tylko w TVP, bo tylko TVP się liczyła. Później doprosili się do żłoba prywaciarze, bo jak jest debata prezydencka, to nawet „M jak coś tam” nie wytrzyma z nią starcia. Reklamowego, ma się rozumieć, bo to o to w tej zabawie chodzi. Żeby ściągnąć w jedno miejsce cały reklamowy tort i nie dzielić się ani okruszynką z konkurencją. Po jakimś czasie okazało się, że prywaciarze chcą rozdawać karty po swojemu, bo czemu by nie zbić jeszcze więcej kasy, organizując co najmniej trzy różne debaty – każdą u kogo innego, albo jeszcze lepiej, kilka debat na różne tematy – a to pan A z panią B, pani B z panem D itd. Debatę o zdrowiu, o ekonomii, o polityce jądrowej. Przecież nie da się skomasować tylu ważnych problemów palących Polskę i Polaków w kilkudziesięciu minutach, to jakaś niedorzeczność. Należy więc debat namnożyć oporowo, żeby naród siedział przed telewizorem i najlepiej, aby nawet na moment sprzed niego nie odchodził. Reklamodawcy będą się zabijać o czas antenowy, zarządy będą przyznawać sobie premie za wzrastającą oglądalność, a naród będzie głupiał dalej, ku swojej własnej uciesze; bo przecież to takie profesjonalne, jak nas ci politycy serio traktują; że pozwalają się nam oceniać z różnych punktów widzenia na wiele spraw. Zabasuje w te same tony jeden czy dwóch znanych dziennikarzy z chodliwymi nazwiskami; że to wszak najwyższy wymiar demokratycznego poddania się próbie. I że dobrze, że tych debat dużo. Bo to wszystko o jakość demokratycznych procedur i ich wykuwania na polskiej glebie się rozchodzi. A ja, jak tak słucham tych bzdur, powiem Państwu, że jestem za tym, żeby zrobić debatę jedną, a porządnie. Czyli tak jak chce prezydent Andrzej, ale raczej nie na jego zasadach.

Nie kłamcie nam w żywe oczy, że chcecie nam wszystko wyłuszczyć i wyjaśnić. Im dłużej naród żre się o to, który kandydat będzie lepszy, tym mniej ma czasu, żeby od polityki i polityków odpocząć, a zająć się swoimi sprawami. Niechaj więc politycy zabawią nas w debacie jednej, pokazanej wszędzie naraz, we wszystkich stacjach telewizyjnych i w sieci. Wprzódy niech się dogadają między sobą, kto pytania zadaje, po ile, czy z sali, czy wcześniej zgłoszone. To przecież nic trudnego. I dopiero po ustaleniu tych danych, zróbmy jedną, dużą debatę, a nie 3 czy 4 mniejsze. Czyli mniej więcej tak, jak mówi prezydent. Obawiam się jednak, że za jego intencjami co do ilości debat, kryje się coś jeszcze.

Przed pierwszym debatowym starciem, organizacje monitorujące wolność słowa przestrzegały, że na antenie TVP, urzędujący prezydent może dostać fory, tj. zjeść rosół przed wszystkimi, poznając pytania wcześniej. Może więc być tak, że dlatego Duda nie chce iść do TVN-u teraz, bo czuje, że tam nikt go ulgowo nie potraktuje i że w zderzeniu wyników obu debat-TVN versus TVP, o ile do dwóch by doszło, porażka w TVN-ie mogłaby być nie do odrobienia na antenie TVP. I że lepiej grać na zwłokę, uderzając w słuszny, skąd inąd, ton, że po co mnożyć byty, kiedy wystarczy się dogadać. Bo zgoda buduje.
Chciałbym wierzyć że tak właśnie jest. Że prezydentowi zależy na czasie Polaków, którego nie chce im zabierać ponad to, co musi. Czyli niezbędne, debatowe minimum. Ale wierzyć mi się nie chce. Kiedy ktoś przez pięć lat nauczony jest tylko wygrywać i to podług reguł ustanowionych pod niego, ciężko mu zaakceptować nawet cień porażki. Do tego ostry.

Po boju przedostatnim

Pierwsza tura wyborów prezydenckich zakończyła się zgodnie z oczekiwaniami i wynikami przedwyborczych sondaży. Szewc Fabisiak zwrócił jednak uwagę na to, że najlepsze wyniki osiągnęli ci, którzy zaprezentowali najgorsze spoty wyborcze, natomiast kandydat mający najlepszy spot zajął ostatnie miejsce wśród czołowej piątki.

Andrzej Duda skoncentrował się na atakowaniu swoich konkurentów. Przypominając po raz kolejny wiekopomne transfery socjalne usiłował przekonywać, że w przypadku zwycięstwa jego konkurenta – w domyśle Rafała Trzaskowskiego – zostaną one odebrane. Rzecz jednak w tym, że ani Trzaskowski ani żaden inny kandydat nic podobnego nie deklarował. Przyjmując nawet, że była to ściema wyborcza, to trzeba by jednak wziąć po uwagę to, że ewentualny przyszły prezydent nie będzie na tyle bezmyślnym samobójcą aby coś takiego proponować. Pogrążyłoby to bowiem politycznie jego samego oraz formację z którą jest utożsamiany. A gdyby nawet, to wszelkie tego typu pomysły natychmiast uwaliłby Sejm nad którym to nie prezydent a jeden z prezesów dzierży władzę. Swój image grzmiącego i robiącego groźne miny przywódcy prezydent starał się zrównoważyć ckliwymi obrazkami obcowania z dziećmi, co szewc Fabisiak uważa za raczej żałosną próbę złagodzenia owego wizerunku. Coś na kształt dwa w jednym jak w znanej ongiś reklamie.

Z kolei Rafał Trzaskowski w swoim spocie mówił głównie o sobie. W sferze domysłów pozostaje to czy wynikało to z jego megalomanii, choć po tym względem daleko mu do Dudy, czy też z chęci zaprezentowania siebie jak zwykłego człowieka – takiego jak większość wyborców. Przy całej sympatii dla zwierząt szewc Fabisiak powątpiewa w to czy wyborców jakoś szczególnie interesuje ile psów i papug zamieszka w Pałacu Prezydenckim.
Również Szymonowi Hołowni przydarzyło się coś, co w założeniu miało świadczyć o jego koncyliacyjnym charakterze co jednak szewc Fabisiak odczytał całkiem odwrotnie. Hołownia swoim spocie perorował, iż łączy w sobie lewicowość i prawicowość oraz konserwatyzm i liberalizm. Zapewne miało to być oznaką jego otwartości i wzniesieniu się ponad politycznymi podziałami. Tymczasem szewc Fabisiak zwraca uwagę na to, że jeśli połączy się dwa przeciwieństwa w jedno czyli, ujmując to matematycznie, doda plus do minusa to wychodzi z tego zero.

Zdaniem szewca Fabisiak, niezbyt przekonywującą wypadł również Krzysztof Bosak. Mówił o nowoczesnym patriotyzmie nie precyzując czym ma się różnić od patriotyzmu tradycyjnego, któremu jego Konfederacja zdaje się hołdować. Z kolei jako przykład zdrowego stylu życia zaprezentował gibanie się na żaglówce. Znakomita oferta dla większości wyborców zwłaszcza w tzw. wieku senioralnym.

Natomiast najlepszy spot wyborczy zaprezentował Robert Biedroń wypunktowując kilka konkretnych kwestii, które powinny zainteresować wyborców. A jednak nie zainteresowały. Podobnie jak postulat przeznaczenia 7, 2 proc. PKB na służbę zdrowia czy też propozycja rozwoju na szeroką skalę budownictwa mieszkaniowego.

Wnioski z powyższych obserwacji szewc Fabisiak wyciąga dwojakie. Albo wyborcy nie oglądają telewizyjnych audycji wyborczych – przy czym niska oglądalności jakoś nie idzie tu w parze z dużym zainteresowaniem wyborami czego przejawem jest nadzwyczaj wysoka jak na polskie warunki frekwencja – albo też wiedzą swoje i już zawczasu zadecydowali na kogo będą głosować, co z kolei potwierdza duża zgodność wyników pierwszej tury z przedwyborczymi sondażami. Dużo do myślenia mogą dać ponadto wahania preferencji wyborczych. Przejawem tego jest raptowny spadek poparcia dla Kosiniaka-Kamysza i Biedronia, choć obaj mieli dość konkretne programy oraz reprezentowali ugrupowania mające, zdawałoby się, ugruntowany elektorat. Szewc Fabisiak domniemywa, iż spora część głosujących dała się wmanipulować w zero jedynkowy układ PoPisowski traktując pierwszą turę jako decydującą mimo tego, że nie było ku temu racjonalnych przesłanek. W drugiej układ będzie znacznie czytelniejszy, co dla wyborców oznacza też znacznie łatwiejszą myślówę niż w pierwszorundowym boju przedostatnim. Natomiast dla obydwu konkurentów będzie to bój ich ostatni. Zwłaszcza dla Andrzeja Dudy, gdyby w tym boju poległ.

Sanacja sanacji

Wy już wiecie, a ja nie, jak rozmawiać trzeba z lu-dem. Żeby się rymowało. Ja wiem, że trzeba staroświecko, że mocno, że prostolinijnie i zachowawczo. A Wy, że nowocześnie, progresywnie; żeby pytać i czekać na odpowiedź, żeby nie wiecować, tylko zarażać ideami i programem. Owoż, jeszcze nie dziś, Panie i Panowie, nie w tej Polsce. Albo raczej, nie z tym, co trzeba.

Kiedy będziecie czytać ten tekst jako pierwsi, ja będę prawdopodobnie biegał z samego rana po bezdrożach Warmii i słuchał za pomocą bezprzewodowych słuchawek punk-rocka albo ska. Ja też, podobnie jak i Wy, będę już znał wyniki wyborów. W pierwszej turze. Bo, pisząc te słowa, wiem jak tu siedzę, że druga tura będzie. I wejdzie do niej Andrzej Duda i Rafał Trzaskowski. Robert Biedroń nie wejdzie.

Gdyby nie covid, wszystko było by inaczej, powie jeden. A ja Wam powiem, że, czy z covidem czy bez, Duda wygrałby 10 maja i tak, w regulaminowym czasie gry, bez dogrywki. Tak by było. Jako ktoś pamiętać nie chce, albo ma krótką pamięć, niech sięgnie do internetów i przypomni sobie, jak się sprawy miały w sondażach i w badaniu nastrojów społecznych przed marcem 2020. Oprócz Dudy liczył się Kosiniak-Kamysz, może Hołownia. Reszta, łącznie z Małgorzatą Kidawą-Błońską, była kwiatkiem do kożucha. Statystami. Czy się to komu podoba czy nie, tak właśnie było. I w przypadku lewicy, tak pozostało. Wykonana została wielka praca z której zebrano mizerny plon. I w życiu nie uwierzę, tak jak Dudzie, że w przyszłości to biedroniowe poparcie zamieni się w realne głosy za wspólną sprawę w następnych elekcjach. Bo źleśmy uczynili, stawiając na Biedronia.

Nie lubię pisać ani mówić: „a nie mówiłem”, ale w tym przypadku będę zrzędliwym starcem, który właśnie Wam tak powie. Pamiętam jak dziś, jak prorokowałem w końcówce października albo na początku listopada, że wystawianie na kandydata na prezydenta jednego z trójki spośród liderów świeżej lewicy parlamentarnej, tj, Biedroń-Zandberg-ktoś z SLD, no bo nie Czarzasty, nie jest dobrym pomysłem. Mało tego, pisałem; jest to pomysł nad wyraz zły. Bo nawet, przy całej sympatii dla kandydata oraz przy maksymalnym zaangażowaniu wewnętrznym frakcji, będzie On cały czas postrzegany jako lider jednego ze skrzydeł, a nie lider całej formacji. Nie przeskoczymy tych podziałów w głowach, że ludzie z Razem nie będą oddawać pełni swoich sił w walkę za człowieka Wiosny/SLD i odwrotnie. Że trzeba nam, ludziom lewicy, człowieka spoza naszych partii i organizacji. Człowieka oddanego sprawie, ale jednocześnie na tyle rozpoznawalnego i cenionego w Polsce, który całym sobą i swoim życiorysem, wsparłby myśl lewicową na kolejne miesiące i lata. Bo po październiku 2019, było szansownie. Lewica miała wtedy wiatr w żaglach. Przypomnieć można choćby słynne wystąpienie Adriana Zandberga przed głosowaniem nad wotum zaufania dla rządu Morawieckiego. To naprawdę było coś. I to coś należało złapać i wycisnąć zeń esencję; iskrę czerwoną, która by, puszczona na wyschnięte ściernisko idei w Polsce, rozpaliła serca i umysły. Sięgnięto tymczasem po zabieg znany i do trzewi sprawdzony w postaci lidera formacji, który zgłosił akces. Nic bardziej przewidywalnego. A od lewicy w Polsce, w tym czasi i tej przestrzeni, oczekiwano czegoś ponad przewidywalność i przeciętność.

Czy zapytał ktoś wyborców lewicy, kogo chcą jako kandydata na prezydenta? Czy, wbrew temu co robi prawica na nasiadówkach na Nowogrodzkiej, ktoś wyszedł do ludzi i rozpoczął dyskusję, na wskroś ideową, kto powinien być lewicowym kandydatem na prezydenta? Niestety. Nic podobnego się nie zadziało. Czekaliśmy tygodnie, żeby usłyszeć to, co w kuluarach było wiadome od dawna; że to Robert Biedroń. Bo Robert Biedroń jest Robertem Biedroniem i przez wysługę lat oraz przymioty osobiste zasłużył na nominację, a Wam, maluczcy, nic do tego. Centrala zdecydowała. A jak zdecydowała, to widocznie wiedzieć musiała. Amen.
Była jeszcze trzecia droga. Była. Ten obcy, jak z lektury dla klas szóstych. Człowiek spoza partyjnej nomenklatury. Z dorobkiem. Z nazwiskiem. Ze spuścizną. Bez zarzutów. Choćby nepotyzmu, albo braku wywiązywania się obietnic wyborczych. Zdecydowano inaczej. Tzn. ktoś zdecydował. Kto? Idę o zakład, że można dojść, kto. Kto był personalnie odpowiedzialny za wystawienie tej, a nie innej kandydatury. A jeśli idzie taką odpowiedzialność ustalić, po wyborach, przy rozliczaniu kampanii, należałoby się rozliczyć i z pomysłodawcą. Choćby był to sam zainteresowany. Trzeba. Dla czystości sytuacji. Da nowego otwarcia. Bez znaczenia z kim pod żyrandolem.

Aleksander Kwaśniewski: Wynik, który trudno będzie powtórzyć

Pierwsza tura wyborów prezydenckich w roku 2000 miała miejsce 8 października. O ile pamiętam frekwencja wyniosła niewiele ponad 60 proc. Bezapelacyjnym zwycięzcą okazał się prezydent Aleksander Kwaśniewski.

Głosował na niego blisko 9,5 mln osób. Czyli 53,3 proc. Daleko w polu zostali Andrzej Olechowski i lider AWS Marian Krzaklewski, dla którego ta porażka była ostatecznym końcem politycznej kariery. Legenda Solidarności, były prezydent Lech Wałęsa, musiał zadowolić się zaledwie 187 tysiącami głosów. Co ostatecznie przekonało go, że czas na emeryturę. Druga tura wyborów okazała się niepotrzebna.

Od miesięcy sondaże wykazywały miażdżącą przewagę Kwaśniewskiego nad rywalami. W pewnym momencie chciało na niego głosować nawet 70 proc. ankietowanych. Nawet na Podkarpaciu, które zawsze wspierało prawicę urzędujący prezydent mógł liczyć na wygraną. Tamtego dnia poprało go tu niewiele ponad 39 proc. głosujących – co było najsłabszym wynikiem w kraju – ale wystarczyło by pokonać pozostałych kontrkandydatów.

Dziś widać wyraźnie jak bardzo prezydent Andrzej Duda różni się od Aleksandra Kwaśniewskiego.

Nie przepadamy za politykami, którzy zbytnio zawracają nam głowę. Chcemy, by Prezydent, który reprezentuje majestat Rzeczpospolitej zachowywał się godnie. A już broń Boże nie podnosił głosu i krzyczał! Powinien strzec Konstytucji i być samodzielną ważną, postacią na politycznej scenie. Nie wypada mu uczestniczyć w bieżących politycznych awanturach. Uważamy, że to domena posłów, ministrów, premiera i liderów opozycji. Aleksander Kwaśniewski taki właśnie był.

W przeciwieństwie do Andrzeja Dudy, nie podpisywał ustaw jak leci. Rządzący do końca nie mogli być pewni jaką podejmie decyzję. A obywatele wiedzieli, że uczyni to po głębokim namyśle.

Nie starał się – jak Lech Wałęsa – zastępować rządu. Nie składał obietnic, których nie mógł spełnić. Czynnie angażował się w bieżącą politykę tylko w ostateczności. Czynił to z godnością, wyraźnie odróżniając się od reszty tzw. klasy politycznej. Dzięki temu był skuteczny.

Siłą prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego było też jego otoczenie. W jego kancelarii pracowali między innymi Danuta Waniek, Ryszard Kalisz, Danuta Hübner, Barbara Labuda, Jolanta Szymanek – Deresz. Prezydent chętnie korzystał z wiedzy i doświadczenia naukowców, ludzi kultury i Kościoła, działaczy społecznych. Umiejętnie budował swój autorytet w społeczeństwie.

Pamiętam tamtą kampanię. Pamiętam mieszkańców Rzeszowa i innych miejscowości na Podkarpaciu, którzy licznie przybywali na spotkanie z Aleksandrem Kwaśniewskim. Nikomu do głowy nie przychodziło by autokarami zwozić sympatyków. Nie było takiej potrzeby.

Nie musiał też przed wyborami zabiegać o spotkanie z ówczesnym prezydentem Stanów Zjednoczonych Billem Clintonem. Miał z nim bardzo dobre relacje. Równie dobre umiał zbudować z jego następcą, Georgem W. Bushem.

Polityka zagraniczna była bardzo mocną stroną prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego. Za jego pierwszej kadencji Polska weszła do NATO, a za drugiej, w roku 2004, stała się członkiem Unii Europejskiej. Dziś, gdy większość europejskich przywódców traktuje nasz kraj jako nieprzyjemny problem, mam wrażenie, że dwadzieścia lat temu, liczyliśmy się na arenie międzynarodowej bardziej niż mogłoby to wynikać z siły naszej armii i gospodarki.

Jakże żałośnie na tym tle wyglądają „sukcesy” i „wstawanie z kolan” Prawa i Sprawiedliwości.

Nie wierzę, że prezydent Andrzej Duda nie zdaje sobie z tego sprawy. Że nie rozumie, iż od pierwszego dnia był pionkiem w grze prowadzonej przez kogoś innego. Jeśli jego poprzednika, Bronisława Komorowskiego nazywano „strażnikiem żyrandola” to jak nazwać prezydenta Dudę? „Długopisem”?

Aleksander Kwaśniewski nie musiał też obawiać się rodaków. Policjanci nie uganiali za osobnikami noszącymi jego kukły. Co prawda działacze Ligi Republikańskiej, na czele której stał obecny minister spraw wewnętrznych Mariusz Kamiński, starali się organizować incydenty, lecz większość z nas przyjmowała je z zażenowaniem.

Pewnie dlatego, że w tamtych latach w polskiej polityce nie doszło do takiego zdziczenia obyczajów jak dziś. Jarosław Kaczyński nie używał na Wiejskiej słów takich jak „kanalie” czy „mordy zdradzieckie”. Nikt ich nie używał.

To, że prezydent Andrzej Duda podnosi głos, krzyczy na wiecach, straszy Polaków LGBT a wpływowy członek jego sztabu dowodzi, że tacy osobnicy nie są równi ludziom normalnym i powinniśmy skończyć ze słuchaniem idiotyzmów o prawach człowieka dowodzi, jak wielki jest strach w obozie prawicy. Oni dobrze wiedzą, że już dawno złamali wszelkie zasady, i prędzej czy później przyjdzie im za to zapłacić. Wie o tym też prezydent Andrzej Duda. Wie też, że nigdy nie dorówna swemu poprzednikowi.

Gdy kończyła się druga kadencja Aleksandra Kwaśniewskiego, pojawił się sondaż, z którego wynikało, że gdyby mógł ubiegać się o trzecią, to bez wysiłku pokonałby ewentualnych konkurentów.

Opuszczał Pałac Namiestnikowski ciesząc się sympatią ogromnej większości Polaków. To smutne, lecz prezydent Duda nie może liczyć na podobne traktowanie. Gdyż jest jednym z tych polityków, którzy radykalnie podzielili kraj. I takim zostanie zapomniany. Niestety…

Skorupa nie zagłosuje na Dudę

Ruch LGBT stał się celem ataku ze strony walczącego o reelekcję prezydenta Andrzeja Dudy. Wśród osób potępiających go za te nieprzystające do powagi urzędu homofobiczne wypowiedzi znalazła się też znakomita siatkarka, 150-krotna reprezentantka Polski Katarzyna Skorupa. Przed rokiem jeszcze jako zawodniczka włoskiego klubu Saugella Team Monza dokonała coming outu potwierdzając, że jest w związku z występującą w zespole Imoco Volley Conegliano Paolą Egonu. „Prezydent straszy i dzieli ludzi, wykorzystując ich nieświadomość. Straszy mną, robi ze mnie zagrożenie dla polskiej tradycyjnej rodziny. A ja też jestem polską, tradycyjną rodziną” – przekonuje Skorupa. I zapowiada, że weźmie udział w niedzielnych wyborach, ale z pewnością nie odda swojego głosu na Andrzeja Dudę.

Podczas wiecu wyborczego w Brzegu na Opolszczyźnie prezydent Duda porównał LGBT do ideologii komunistycznej. „Przez cały okres komunizmu w szkołach dzieciom wciskano komunistyczną ideologię. To był bolszewizm. Dzisiaj też próbuje nam się i naszym dzieciom wciskać ideologię, tylko inną, zupełnie nową. To jest taki neobolszewizm” – wykrzyczał do swoich zwolenników. Ta jego wypowiedź, nawiasem mówiąc bynajmniej nie pierwsza o LGBT, odbiła się szerokim echem nie tylko w Polsce, ale też na świecie, wszędzie wywołując negatywne oceny, więc trochę tym przestraszony próbował się potem tłumaczyć za pośrednictwem Twittera, pisząc iż jego słowa wyrwano z kontekstu. „Szczerze wierzę w różnorodność i równość” – zapewniał Duda w swoich wpisach. Ale rozpętanej burzy protestów tym nie stłumił.
Coming out trochę wymuszony
Środowisko sportowe w Polsce na ogół unikają angażowania się w polityczne spory, zwłaszcza gdy tematycznie zahaczają o sprawy obyczajowe. Wygodnym pretekstem jest zasada apolityczności narzucana przez międzynarodowe i krajowe organizacje. Na szczęście nie wszyscy sportowcy są konformistami, a do nielicznego grona odważnych z pewnością zalicza się Katarzyna Skorupa. Inna sprawa, że nie zawsze taka była, zmusiły ją do tego okoliczności.
Pod koniec 2018 roku dziennik „La Gazzetta dello Sport” opublikował zdjęcie Skorupy całującej się z gwiazdą włoskiej siatkówki nigeryjskiego pochodzenia Paolą Egonu. Obie siatkarki po jakimś czasie dokonały coming outu i przyznały, że są parą. Przed rokiem Skorupa udzieliła obszernego wywiadu na łamach tygodnika „Wprost”, przyznając w nim, że jest homoseksualistką i z tego powodu czuje się dyskryminowana w środowisku sportowym. „Jeśli chodzi o moje zdjęcie,to wydarzeniem tamtego wieczoru powinien być mecz o Superpuchar Włoch, tymczasem sensacją stał się pocałunek dwóch osób tej samej płci. Redakcja La Gazzetta dello Sport przeprosiła nas później za tę sytuację i uznałyśmy temat za zamknięty” – opowiadała nasza znakomita siatkarka.
Sportowa podróżniczka
Skorupa w 2012 roku zrezygnowała z gry w reprezentacji Polski, w której zaliczyła 150 występów i występ na igrzyskach olimpijskich w Pekinie. W naszej lidze grała w latach 2002-2011 w zespołach Skry Warszawa, PTPS Nafta-Gaz Piła i BKS Aluprof Bielsko-Biała. Z tego ostatniego klubu wyjechała latem 2011 roku do włoskiego klubu Chateau d’Ax Urbino, potem na dwa sezony (2012-2014) przeniosła się do azerskiej drużyny Rabita Baku,, potem na rok wróciła do Italii, gdzie występowała w ekipie Pomi Casalmaggiore, następnie na jeden sezon wyskoczyła do Turcji, do zespołu Fenerbahce, lecz już w 2016 roku ponownie grała w lidze włoskiej, w latach 2016–2017 w Imoco Volley Conegliano, 2017–2018 w Igor Gorgonzola Novara, w 2018-2019 ponownie w Pomi Casalmaggiore, a ostatni sezon do wybuchu pandemii spędziła w drużynie Saugella Team Monza.
W tej chwili 36-letnia rozgrywająca jest w trakcie poszukiwania nowego pracodawcy. „Wyjazd za granicę był w moim życiu przełomem. Otworzyły się dla mnie drzwi do nowego świata, nowych możliwości i marzeń. Dzisiaj czuję się spełniona, nikomu nic nie muszę udowadniać i wciąż kocham siatkówkę” – zapewnia.
Nie żałuje ujawnienia swojej orientacji sekcualnej, chociaż nie kryje, że zdecydowanie wygodniej było jej w życiu, gdy to ukrywała przed światem. „Homoseksualiści są często dyskryminowani przez kluby czy federacje, a nawet kolegów i koleżanki z boiska, choć to ostatnie zjawisko, jeśli występuje, to zdecydowanie częściej w męskim sporcie. Zdarza się jednak, że lesbijka jest drugim wyborem trenerów, nawet jeżeli swoją postawą na boisku pokazuje, że powinna być pierwszym. Oczywiście z wyjątkiem sytuacji, kiedy siedzi cicho, wtedy na taką można przymknąć oko. Sama tego doświadczyłam. Myślę, że jest to temat bardzo złożony. Jeśli chodzi o męski sport, homoseksualizm wśród sportowców jest bardziej piętnowany przez nich samych. Poza tym społeczeństwo postrzega ich przez pryzmat wysportowanych, silnych ciał, testosteronu i automatycznie zakłada ich heteroseksualizm. To jest stereotyp” – wyjawiła w jakiś czas temu w wywiadzie udzielonym Onetowi.
Przełamywanie barier
Była reprezentantka Polski należy do nielicznych sportsmenek, które zdecydowała się na coming out. W środowisku sportowym homoseksualizm wciąż pozostaje tematem tabu. „Dosyć szybko zrozumiałam, że jestem lesbijką, choć łatwo nie było. Nie było powszechnego dostępu do internetu, tylu dostępnych informacji, kampanii na rzecz osób LGBT, nie wspominając nawet o edukacji seksualnej, bo rzetelnej nie ma do dziś. Homofobia karmi się niewiedzą i strachem. Problem leży u podstaw. Niestety w większości przypadków homofobiczni rodzice wychowują homofobiczne dzieci, które wyśmiewają i znęcają się nad swoimi rówieśnikami w szkole. W taki sposób młody człowiek rośnie w przekonaniu, że to, kim jest, stanowi powód do wstydu, jest czymś złym, niechcianym, czymś, o czym należy milczeć – mówi zawodniczka. W Polsce nie ma mnie od wielu lat, ale wiem od znajomych, że nic się nie zmieniło. Osób nieheteroseksualnych w sporcie jest sporo, tak jak w każdej innej dziedzinie życia, dotyczy to również polskiego środowiska siatkarskiego. Coming out jest rzeczą indywidualną i nie należy nikogo naciskać ani oceniać. Każdy podejmuje swoje decyzje i ponosi konsekwencje. Fakt, że jestem jedyną wśród polskich siatkarek i jedną z nielicznych sportowców, którzy mieli odwagę sie ujawnić, mówi wiele o sile dyskryminacji. Swoje przeszłam, dokonywałam wyborów, czasami dramatycznych, za które płaciłam słoną cenę, ale dla mnie istnieje coś ważniejszego niż strach. Żyjemy w ksenofobicznym, homofobicznym, zamkniętym, patriarchalnym społeczeństwie – jeden model rodziny, jeden język, jeden kolor, jedna wiara… Oczywiście większa akceptacja dla każdej mniejszości jest w większych miastach, gdzie siłą rzeczy różnorodność mieszkańców też jest większa. Zdaję sobie sprawę, że nieco generalizuję, bo nie każdy jest taki sam i ma takie same przekonania. Zauważyłam też, że włoskie społeczeństwo dużo się od naszego nie różni” – podkreśla Katarzyna Skorupa.
Poczucie dyskryminacji
Dla niej największym brzemieniem jest poczucie dyskryminacji. „Z hejtem spotykam się codziennie. Nie chodzi tylko o obrażanie ludzi w internecie czy na ulicy. Jako obywatelka Polski nie mam praw, które mają inni. A teraz jeszcze słyszę, jak urzędujący prezydent straszy i dzieli ludzi, wykorzystując ich nieświadomość. Straszy mną. Odczłowiecza mnie, demonizuje, robi ze mnie zagrożenie dla polskiej tradycyjnej rodziny. A ja też jestem polską, tradycyjną rodziną. W takiej się wychowałam” – przekonuje Katarzyna Skorupa.
I odpowiada Andrzejowi Dudzie. „Nie znam go osobiście, ale myślę, że jemu nie trzeba chyba wyjaśniać, że bycie LGBT nie jest wyborem, bo tacy się rodzimy. Tak samo jak rodzimy się leworęczni, z niebieskimi oczami czy z ciemną skórą. Leworęczność nie jest ideologią, homoseksualizm czy transpłciowość też nie. A takie krzywdzące opinie polskich polityków o LBGT jako ideologii nie poprawiają wizerunku naszego kraju na arenie międzynarodowej. Utrwalają tylko opinię, że wciąż jesteśmy zacofanym obyczajowo i społecznie krajem byłego bloku wschodniego” – twierdzi siatkarka.
Ale zapewnia, że weźmie udział w niedzielnych wyborach prezydenckich. Na kogo zagłosuje? „Na pewno nie na Andrzeja Dudę” – zapowiedziała Katarzyna Skorupa, 150-krotna reprezentantka Polski w siatkówce, mistrzyni Polski, Włoch i Azerbejdżanu.
A już za Odrą jest normalnie
Póki co może tylko pozazdrościć dawnej rywalce z boiska, byłej reprezentantce Niemiec Lisie Thomsen, dwukrotnej wicemistrzyni Europy z 2011 i 2013 roku, która właśnie w miniony wtorek poślubiła swoją wieloletnią partnerkę. W Niemczech małżeństwa osób tej samej płci są możliwe od 30 czerwca 2017 roku. Zgodę na to wyraził tamtejszy parlament, wprowadzając odpowiedni zapis do kodeksu cywilnego. Thomsen obecnie jest menedżerką niemieckiej kadry siatkarek. Władze federacji na oficjalnym profilu na Instagramie pod opublikowanym zdjęciem młodej pary napisały: „Nasza była reprezentantka, a dzisiaj kierownik drużyny narodowej Lisa Thomsen wzięła ślub. Gratulacje dla was obu!”. Można? Jak widać można
Kiedy u nas takie reakcje również staną się społeczną normą? Jeśli najbliższe wybory wygra Andrzej Duda, to na pewno nie za jego drugiej kadencji. Z wszystkich zgłoszonych w wyborach kandydatów tylko reprezentant Lewicy Robert Biedroń jednoznacznie zapowiada, że jeśli zostanie wybrany na urząd prezydenta, podejmie próby wprowadzenia postępowych zmian w polskim prawie.