Prezydent in spe Ważny tunajt

Chyba od zawsze się nad tym zastanawiam; jak to jest, że młodzi ludzie głosują na prawicę. I to nie tę skrajną, spod znaku celtyckich krzyży-to jeszcze potrafię jakoś zrozumieć. Ci skrajni dają skrajne i jaskrawe odpowiedzi oraz takąż wizję świata, która dla młodego człowieka na jego etapie rozwoju psychicznego jest atrakcyjna i wystarczająca. Czarni, biali, dobrzy, źli. Bardziej mi idzie o to, jak to jest, że pokolenie dwudziestoparolatków wybiera w wyborach z własnej woli PiS i Andrzeja Dudę?

Głosowanie na Andrzeja Dudę, to jak kupowanie budyniu w sklepie; można kupić czekoladowy, wiśniowy, z cukrem, wersję light. W zależności od dnia. Nie zmienia to jednak tego, że to ciągle będzie budyń. Mało konkretna, bezkształtna i mdła legumina, która zyskuje, kiedy potraktować ją jako uzupełnienie ciast i innych deserów. Podobnie jest z głosowanie na PiS; to tak, jakby mieć pod domem sklep z garmażerką z całego świata, i spośród udźców prosciutto, plastrów szynki parmeńskiej czy nowojorskiego pastrami, wybierać co dzień kiełbasę zwyczajną i chleb ze smalcem. Oczywiście można, ale szkoda życia na taką dietę.

Wybory prezydenckie za pasem. Kampanii na ulicy nie widać. Nie widać nawet kandydatów. Coraz głośniej po opozycyjnej stronie mówi się o wystawieniu przez Platformę, lub szerzej, przez Koalicję Obywatelską, nowego marszałka Senatu, Tomasza Grodzkiego. Profesora Tomasza Grodzkiego, jak co i rusz podkreślają jego ludzie i ludziska. Gdyby sensownie sprawę rozegrać, a orędzie profesora Grodzkiego jest udanym tegoż rozgrywania początkiem, to ta kandydatura mogłaby być całkiem sensowna i w starciu z Andrzejem Dudą niepozbawiona szans. Nazwisko niezgrane, do tego z przedrostkiem naukowym, a to sporo robi. Kandydat szerokiej, opozycyjnej ławy, dążący do zgody, z koncyliacyjnym przesłaniem i ręką wyciągniętą do zgody. Jeśli nie da się złapać na jakimś wykroku, nie wytkną mu łapownictwa etc. to na tak krótkim dystansie w wyścigu do Pałacu Prezydenckiego, profesor Grodzki, może zafiniszować skuteczniej niż dotychczasowy Pałacu lokator. Pytanie tylko, czy w drugiej turze, o ile do niej dojdzie, a zakładam, że tak, Grodzki przekona do siebie lewicowców, czy po raz kolejny ci pójdą głosować przeciw komuś. a nie za kimś.
Kogo wystawi w wyborach prezydenckich lewica, i dlaczego nie powinien to być ani Biedroń ani Zandberg? Po pierwsze dlatego, że jeden i drugi jest liderem partii politycznej, która stanowi część większej, koncepcyjnej całości. Jakby się nie starały ich sztaby i sami kandydaci, nie odkleją się od swoich macierzystych organizacji. Po drugie, ma to też wymiar praktyczny. Niezależnie który z nich zostałby kandydatem, pracować w kampanii nań będą bardziej jedni a drudzy mniej; tak to już po prostu jest; na swojego się zrzucimy, ale na, było nie było, obcego, to już mniej chętnie. I po trzecie wreszcie, zarówno Biedroń jak i Zandberg to nazwiska, które już zaznaczyły się w wyścigu do prezydentury-tej czy innej. Nazwiska i osobowości z ambicjami. Wybranie jednego a utrącenie drugiego uderza w ich osobiste ambicje i ego. Albo więc należy pozwolić startować jednemu i drugiemu, na zasadzie, macie chłopcy piłkę, tylko się nie pobijcie, albo…pomyśleć o kimś trzecim. Na tym etapie, kiedy koncept lewicy ponad podziałami dopiero zaczyna się w Polsce tworzyć, należałoby raczej skupić się na szukaniu kandydata, który połączyłby trzy lewicowe bloki i utemperował ambicje prezydentów in spe. Kiedy sobie nad tym dumałem, szukając w głowie, czy jest ktoś taki, którego nazwisko byłoby na tyle mocne, a osobowość dość silna, żeby udźwignąć wyzwanie, a w finale mu sprostać, przed oczyma stawała mi postać Karola Modzelewskiego. Niestety, z zaświatów ciężko być prezydentem. Szukałem więc dalej w pamięci. Ktoś z kartą opozycyjną, ale jednocześnie bez styropianu na marynarce albo dżinsowej koszuli. Z otwartą głową, to bezsprzecznie. Z tytułem naukowym? Czemu nie, nie zaszkodziłoby. W rywalizacji z Tomaszem Grodzkim to mogłoby zapunktować.

Raczej nikt twardo stąpający po polskiej, umęczonej ziemi nie ma specjalnych złudzeń, że kandydat lewicy na prezydenta zostanie prezydentem. Mało kto też wierzy, że wejdzie do drugiej tury, o ile ta się ziści. Ale całkiem realne już jest, że dzięki dobrej pracy w kampanii, osiągnie niezły wynik dla całej polskiej lewicy, co będzie niebagatelnym wkładem w jej mozolne odbudowywanie po latach błędów i wypaczeń. Także panowie kandydaci, ambicje do kieszeni, a rękawy do zakasania. Sporo jest jeszcze do zrobienia na gospodarstwie…

Macierewicz w szczytowej formie

Wyznaczenie przez prezydenta Dudę (choć zapewne stał za tym prezes PiS) Antoniego Macierewicza na Marszałka-Seniora Sejmu IX kadencji było sprytnym, a nawet nieco przewrotnym zabiegiem.

PAD, który de facto już prowadzi swą kampanię wyborczą, potrzebuje do zwycięstwa poparcia szerszego elektoratu aniżeli tylko prawicowy. Stąd na tle takiego polityka,jak były szef MON-radykalnego w swych poglądach, zwolennika szeregu teorii spiskowych itd. Andrzej Duda zaprezentował się w Sejmie jako „baranek” i zwolennik zasypywania głębokich podziałów politycznych. Niejeden mógł zapomnieć,iż firmował on ustawy jawnie naruszające Konstytucję RP, zwłaszcza dotyczące tzw. reformowania wymiaru sprawiedliwości. Naruszały one także standardy Rady Europy i Unii Europejskiej,co wkrótce ma potwierdzić luksemburski Trybunał Sprawiedliwości.

Macierewicz natomiast mnie NIE zawiódł.

Krótki wątek osobisty. Poznałem go przed wielu laty na seminariach dotyczących Ameryki Łacińskiej w Instytucie Historii PAN (na warszawskim Rynku Starego Miasta),na seminariach wybitnego historyka prof. Tadeusza Łepkowskiego (ojca znanej scenarzystki telewizyjnej). Pan Antoni, który miał już za sobą piękną kartę działalności w KOR-ze, zajmował się głównie Indianami z regionu andyjskiego ,zwłaszcza Keczua (stąd uczył się też ich języka). Nie znam szczegółów,ale bodaj uniemożliwiono mu otwarcie przewodu doktorskiego i (chyba) wyjazd na stypendium zagraniczne, co nie było oczywiście właściwie.

Po latach spotkaliśmy się w I kadencji demokratycznie wybranego Sejmu (1991-93), gdzie jako minister spraw wewnętrznych realizował kontrowersyjną i przygotowaną na łapu capu (m.in. z pomocą Janusza Korwina-Mikke) pierwszą uchwałę ws. tzw. dekomunizacji. Jej ofiarą stali się m.in. Lech Wałęsa i szef ówczesnej formacji Macierewicza (Akcji Katolickiej) ówczesny Marszałek Wiesław Chrzanowski.

Jako Marszałek-Senior Sejmu wytoczył najcięższe armaty.

Nie zachował się tak godnie, jak np. pełniący tę samą funkcję przed laty Aleksander Małachowski (broniący m.in. Józefa Oleksego niesłusznie pomawianego o szpiegostwo), czy przed czterema laty Kornel Morawiecki, były szef Solidarności Walczącej – spokojnie przedstawiający swe wątpliwości prawne. Macierewicz, który nie powitał ani jedynego dwukadencyjnego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego ani Rzecznika Praw Obywatelskich walił niemal na ślepo.

Zaatakował nade wszystko formułę Okrągłego Stołu, obrady którego (luty-kwiecień 1989r.),toczone między władzą i opozycją,przy udziale obserwatorów ze strony Kościoła, były ewenementem w skali nie tylko europejskiej oraz wkrótce potem (czerwiec tegoż roku) doprowadziły do częściowo wolnych wyborów. W mniemaniu byłego szefa MON (który nota bene rozwalił wojskowe służby specjalne,nie potrafił porządnie zreformować polskiej armii i tworzył kolejne kuriozalne spiskowe teorie zamachowe mające wyjaśnić katastrofę smoleńską) w Polsce nadal działa aktywnie agentura (sowiecka?) w administracji państwowej i w innych strukturach.

Główne zadanie Sejmu miałoby polegać na „zerwaniu z dziedzictwem komunistycznym”, na walce z gender i neomarksizmem?!

Szczególnie haniebne były słowa Macierewicza odnoszące się do gen. Jaruzelskiego i Wojska Polskiego. Ogłoszenie stanu wojennego (w ówcześnie obowiązującej konstytucji nie istniała kategoria „stan wyjątkowy”) było bowiem „mniejszym złem” – to pojęcie ukuł 500 lat temu Niccolo Machiavelli – niż np. dramatyczne skutki wkroczenia do naszego kraju jednostek Układu Warszawskiego. Wojsko Polskie przecież by wtedy walczyło (inaczej aniżeli było to na Węgrzech czy w Czechosłowacji), zaś liczba ofiar byłaby ogromna. Jaruzelski wziął na siebie wielką odpowiedzialność, przy czym szereg razy przepraszał za tę decyzję.Określanie zaś polskiej armii z tamtego czasu jako części radzieckich sił okupacyjnych,a jej dowódców jako „grupy przestępczej” nie zasługuje nawet na polemikę.

Antoni Macierewicz powoływał się też na Konstytucję RP, choć PiS wielokrotnie ją łamał i jeszcze częściej falandyzował.

Przywoływał m.in. jej art. 18,popełniając przy tym dość często spotykany błąd. Otóż, na co wiele razy zwracała uwagę prof. Łętowska, zawarte w nim sformułowanie, iż „małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny (…) znajduje się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej” to nie definicja małżeństwa, tylko konstatacja tego, iż taki związek jest preferowany przez władze.
Przesadne są opinie, iż poseł Macierewicz swym wystąpieniem obniżył szanse obecnego prezydenta na reelekcję. Raz jeszcze widać tylko,iż ten polityk przez pół wieku działalności publicznej nie zmienił ani na jotę swych skrajnie prawicowych, często kuriozalnych, poglądów.

Bo jak nie my to kto

Po decyzji Donalda Tuska wszyscy komentatorzy prężą swoje intelekty, fali komentarzy nie ma końca. Zresztą i bardzo słusznie bo to niekonwencjonalna decyzja zwłaszcza dla obozu władzy i Prezydenta Andrzeja Dudy, który był zdeterminowany walczyć z Tuskiem o drugą kadencję mobilizując w pełni swój elektorat i elektorat antyplaformerski.

Dla Prawa i Sprawiedliwości i obozu prezydenta ta decyzja stanowi duże wyzwanie.Już naoliwione i pachnące prochem armaty wytoczone wobec Tuska mogą być zupełnie nieskuteczne wobec innych kandydatów, a tych będzie całkiem sporo w grze. Donald Tusk nosi w sobie gen kandydata obciążonego negatywnie polityką polską. To oczywiście scheda z czasów, kiedy był premierem. Z wielką satysfakcją, wręcz euforią PiS w trakcie kampanii wyborczej wyciągnąłby nagrania, z których wynika, że Tusk jest zwolennikiem podniesienia wieku emerytalnego, który PiS obniżył. Pięknym paliwem byłoby tez przypominanie Tuska mówiącego że nie ma pieniędzy na 500 plus Ach jaka szkoda, że nie będzie komu przywalić…

W moim głębokim przekonaniu nadchodzące wybory mogą być pierwszymi wygranymi dla opozycji od wielu elekcji i to niekoniecznie musi być super trudne. Niekonwencjonalnych kandydatów, niezużytych politycznie będzie cała masa. W Platformie Obywatelskiej Grzegorz Schetyna próbuje ocalić swoją skórę i jedyną szansą na jej ocalenie wydaje się zbliżająca kampania wyborcza. Właśnie w jej przededniu Grzegorz Schetyna zapewne powie: moment, to nie jest czas na rozliczenia w Platformie, czeka nas kolejna walka – zresztą najprawdopodobniej przegrana dla samego Schetyny, sam przecież w niej nie wystartuje. Wiedział to doskonale już dużo wcześniej, w związku z tym wysunięcie na pierwszy plan Małgorzaty Kidawy-Błońskiej zdaje się mieć swoje reperkusje także w kontekście zbliżającej się kampanii. To ona najprawdopodobniej będzie kandydatką Koalicji Obywatelskiej. Rafał Trzaskowski, pewnie wytłumaczy się, że absolutnie nie chce zostawić Warszawy, że będzie wspierał etc.Walka buldogów pod dywanem będzie jednak trwała do ostatniej chwili, frakcje w PO z nieukrywaną satysfakcją będą próbowały połączyć ogień z wodą z jednej strony nie szkodząc kandydatce w wyborach, a z drugiej przywalić Schetynie.

Absolutnie ciekawa sytuacja ma miejsce nie tylko w środowisku PO ale także po skrajnie prawej stronie polskiego parlamentu. Konfederacja, narodowcy zdobywając 13 mandatów udowodnili skuteczność, a ostatnie decyzje Prezydenta Andrzeja Dudy powołujące Marszałka Seniora Antoniego Macierewicza zdają się mobilizować twardy elektorat PiS i jednocześnie demobilizować elektorat satelitarny wokół partii rządzącej; w tym także Konfederacji, której działacze widząc co się dzieje zacierając ręce i pójdą z pewnością za ciosem wystawiając swojego kandydata.
Ciekawie jest nie tylko po prawej stronie sceny politycznej, ale także centrum i na lewicy.

Wiedząc wcześniej o decyzji Tuska (zanim oczywiście dowiedział się Schetyna) i widząc co się dzieje; wiatru w żagle próbuje nabrać Władysław Kosiniak-Kamysz, który ku zaskoczeniu wszystkich i samego PSL zdobył z Kukizem blisko 10 proc.

Pan Władysław zupełnie przypadkiem nagle leci do Brukseli na zupełnie przypadkowe spotkanie z Donaldem Tuskiem, po którym oznajmia i wymownie macha chorągwią już nie tylko zieloną ale biało-czerwoną… jestem gotowy do startu w wyborach prezydenckich i to ja będę oswobodzicielem narodu…Nie Grzegorz Schetyna, przecież nie jest on absolutnie już szefem opozycji o czym Władysław Kosiniak-Kamysz raczył już wspominać wielokrotnie.

A teraz lewicowo – tu także z wrażenia można… ano właśnie oceńcie Państwo sami. Oto na naszych oczach tworzy się właśnie lewicowy konglomerat – trzech formacji, które dopiero siadają do rozmów… Kto tak naprawdę ostatecznie będzie kandydatem lewicy w wyborach prezydenckich. Choć jeden z potencjalnych kandydatów krzyczy na twitterze „Yes we can” i wprowadza wielką nerwowość u pozostałych graczy.

Czeka nas bardzo ciekawa batalio-kampania na różne modele Polski. Owa batalia rozpoczęła się 11 listopada 2019 w którym to dniu Andrzej Duda będzie prężył muskuły i pokazywał jak zasobna i mocna w świecie jest Polska za jego prezydentury.

Dla Polaków mam nadzieję nie tylko PR, wirtualna zasobność, ale i obrona Konstytucji ma na szczęście coraz większe znaczenie. I to będzie prawdziwe wyzwanie dla nowej Pani Prezydent lub nowego Pana Prezydenta.

Zatem obserwujmy, notujmy i zaopatrzmy się dużą ilość popcornu bo czeka nas niesamowita epopeja trwająca z górą 6 miesięcy. Bo jak nie my to kto to mądrze zrecenzuje i wybierze wizję Polski na kolejne 5 lat. Bardzo chcę, aby była demokratyczna i proeuropejska – czego i Państwu życzę!

Gambit prezydencki

Patrzę na tę szamotaninę i zastanawiam się: po co? Czy nie szkoda na nią nerwów? Od razu odpowiadam: szkoda, nie warto, nie ma sensu, a dlaczego, o tym w dwóch słowach poniżej.

Parę dni temu prezydencki minister od mediów, Spychalski, wyszedł przed pałac i ogłosił; swoją drogą, pamiętam gdy Spychalski odbierał nominację na rzecznika prezydenta; wyglądał wtedy jak licealista; dziś przybyło nam obywatela, zasiał się zarost, także rzecznikowanie mu służy. Ten ci Spychalski, rzecznik prezydenta, ogłosił, że marszałkiem seniorem na pierwszym posiedzeniu Sejmu zostanie Antoni Macierewicz, bo tak zdecydował jego szef z pałacu za jego plecami. Wcześniej musiał Spychalski odszczekać, to co bez konsultacji z szefem wymyślił, a co było nie po drodze z pomysłem Dudy Andrzeja, choć jak najbardziej po drodze z dotychczasową praktyką-że marszałkiem seniorem zostaje najstarszy wiekiem poseł. Lub posłanka. I metryka wskazywała tu na panią Śledzińską-Katarasińską z PO. Prezydent jednak miał inne zdanie. Bo zagrała opozycyjna karta ministra Macierewicza, jego liczne przymioty oraz głęboki patriotyzm i umiłowanie ojczyzny. Czy coś równie podobnego, na tym samy stopniu ogólności. Od razu pojawili się krytycy pomysłu. Padły argumenty o psuciu demokratycznych standardów, tak jakby przez ostatnie lata mało napsuto w tym temacie. Że Macierewicz, to polityk kontrowersyjny, i nie godzi się, żeby go tak nobilitować. To akurat wszystko prawda.

Zastanawiam się jednakowoż, po co bić pianę o laskę dla Antonioniego, skoro starszy pan pierwszego dnia ją sobie potrzyma, a później od razu zwróci. Nie jest najmłodszy, więc niech tam ma na odchodne od życia trochę splendoru, za którym pędzi, niczym ułan.

Symbole i zabawa nimi to najbardziej umiłowane poletko uprawne PiS-u. Cła ich polityka: od monetarnej po kulturalną, ma swój prapoczątek w symbolice-jak większość religii. Od „Winkelrieda narodów” po smoleńską mgłę. Nie ma sensu tłumaczyć bezsensowności tego kultu komuś, kto nie zna innej, niż ta, jedyna-właściwa, optyki. To jak rozmowa o kolorach z ociemniałym. Lepiej odpuścić sobie pomstowanie na Macierewicza na fotelu marszałka, bo sprawa jest beznadziejna, a pacjent nieuleczalny. Tak jak nie odwodzimy każdego, kto chce przekroczyć mury świątyni, od wiary w osobowego Boga i jego sens, takoż zaprzestać należy symbolicznych utarczek z PiS-em, bo dla nich Polska i polityka to jeden wielki symbol, do którego się modlą, za który przebłagują i na końcu zginą, chociaż bóstwo jest w środku puste, niczym cementowy Chrystus w Świebodzinie. Dużo większe niebezpieczeństwo czyha gdzie indziej. Nie daleko od Sejmu.

To, że towarzystwo sadza na pierwszym posiedzeniu Macierewicza na fotelu marszałka to nic przy tym, kogo nominuje do Sądu Najwyższego. Macierewicz przez jeden dzień, nawet gdyby bardzo się starał, nie rozpędzi armii ani nie zdekonspiruje agentów. Krystyna Pawłowicz i Stanisław Piotrowicz w SN przez kilka lat mogą jednak na trwałe popsuć jakość legislatury w Polsce, bo to ludzie, którzy wielokrotnie pokazali, gdzie mają poszanowanie dla prawa i obyczaju. I takie persony, najlepsze córy i synowie PiS-u, idą do Sądu Najwyższego. Będą współdecydować o kasacjach, o wynikach wyborów. A będą to robić ku uciesze tzw. twardego jądra partii, bo już dziś w badaniach wychodzi, że to właśnie ono, najbardziej prawi z prawych, religijni ortodoksi, cieszy się z decyzji o ich nominacji najmocniej. Pawłowicz i Piotrowicz w Sądzi Najwyższym i Macierewicz jako marszałek senior to ruchy dokładnie na tej samej szachownicy. Ukłon w stronę dawnego „zakonu” z PC. Nie bez znaczenia przed wyborami prezydenckimi. Zarówno więc partyjne jak i prezydenckie środowisko gra dokładnie tę samą partię. Jedni białymi, drudzy czarnymi. Na koniec i tak wszystko się wymiesza i nikt nie będzie już wiedział, kto jest kim.
[patronite]

O takcie, poczuciu humoru i żartach nie na miejscu

Jestem zażenowany. Choć w zasadzie nie powinienem już być niczym zaskoczony, a wręcz przyzwyczajonym do tego, że powaga urzędu Prezydenta RP to pojęcie z przeszłości. Od czterech lat tej powagi nie ma. Od czterech lat, im bardziej przyglądam się i analizuję tę prezydenturę, tym bardziej – posługując się postrzeganiem świata przez Kubusia Puchatka – tej powagi nie ma.

Nie chcę przypominać wcześniejszych żenujących wpadek, czy zawstydzających wypowiedzi. Nie chcę przypominać podpisów, których nie powinna składać prezydencka ręka. Nie chcę tego utrwalać ani w Państwa, ani w swojej pamięci. Nie powinienem więc pisać ani mówić nikomu o tym co przeczytałem w Internecie. Ale trudno milczeć, trudno nie reagować na kolejną prostacką i skandaliczną wypowiedź. Tym razem podczas jubileuszu AGH. Mowa gratulacyjna, mowa pochwalna, przeplatana „kontrowersyjnymi” – jak pisze Onet – dowcipami. Słowa oburzenia napisał profesor Tadeusz Gadacz. Podpisuję się pod nimi. Ale chcę dodać, że słowo „kontrowersyjny” tu nie pasuje. Kontrowersyjny to przecież, wśród wielu innych synonimów: dyskusyjny, niejednoznaczny, sporny, wątpliwy, podlegający dyskusji itd. Żarty głównego gościa uroczystości były przecież bez wątpienia nie na miejscu, nie powinny być wypowiedziane do tego audytorium, ani do żadnego innego. Bezspornie i bezdyskusyjnie nie powinny paść na tej uroczystości, ani w innym miejscu. Nie nadają się także do powtarzania, stąd piszę o nich ogólnie.
Profesor Gadacz w swym wpisie na Facebooku wyraża satysfakcję, że nie uczestniczył w Jubileuszu i nie był bezpośrednim świadkiem i słuchaczem tej wypowiedzi. Po czasie i ja się cieszę, że w Jubileuszu AGH nie uczestniczyłem, a przecież jako wnuk doktora honoris causa AGH z 1937 roku, miałem nie tylko prawo ale nawet ochotę w tej uroczystości wziąć udział. Nie wziąłem jednak i nie żałuję bo bym się wstydził za siebie, za Dziadka Witolda i za akademicką społeczność. Zapewne w stuletniej tradycji AGH nie brakuje zabawnych anegdot o profesorach i studentach. Ale te wypowiedziane podczas Jubileuszu do nich nie należą. Przyszłoroczne wybory powoli nabierają barw. Pamiętajmy by wybrać kandydata poważnego, co nie znaczy przecież, że bez poczucia humoru. Ale poziom humoru i dowcipu to kwestia smaku. Źle i wstyd gdy tego smaku brakuje.

PS. „Po wygłoszeniu specjalnego przemówienia, prezydent zdecydował, że jubileusz jest też dobrym momentem na to aby przypomnieć żart znany na uczelni kilkadziesiąt lat temu.
– To stary AGH-owski żart. (..) Jest ogólnoświatowa konferencja rektorów w Południowej Afryce i z Europy leci samolot pełen rektorów i niestety, nastąpiła awaria, samolot w okolicach Afryki Równikowej spadł do dżungli. Na szczęście większość pasażerów jakoś przeżyła, ale miejscowe plemię ogarnęło wszystkich rektorów.
Wszyscy rektorzy zostali zjedzeni, poza jednym – kontynuuje pan prezydent. – Poza panem profesorem Ryszardem Tadeusiewiczem, rektorem AGH. Dlaczego? Bo wódź plemienia był jego kolegą, na elektrycznym na AGH – spuentował prezydent cytowany przez TVN.”

Bigos tygodniowy

13 października Warszawie Budapesztu nie było, za to Warszawa zawitała do Budapesztu i władza Orbána została w stolicy Węgier ograniczona, co może być dobrą wróżba na przyszłość. Co do wyniku wyborów w Polsce, to Przewodniczący Mało generalnie je wygrał, ale: 1. utracił (przynajmniej na jakiś czas) Senat, 2. jak na kolosalny wysiłek i potężne transfery socjalne, uzyskanie identycznej jak w 2015 roku liczby mandatów, bez premii, to sukces dość problematyczny, a właściwie porażka, bo przecież PiS nie obiecywało i nie rozdawało po to, żeby nie dostać za to nagrody, 3. do parlamentu weszła Lewica, co bardzo rozjaśni i uzdrowi pejzaż polityczny, 4. wzmocnienie koalicjantów PiS, w tym Ziobra, może skutkować wewnętrzną wojną o wpływy w szeregach Zjednoczonej Prawicy, 5. w liczbie głosów wyborczych opozycja antypisowska ma przewagę nad wyborcami obozu Przewodniczącego Mało i tylko ordynacja d’Hondta niweluje tę liczbową przewagę ludu niepisowskiego nad ludem pisowskim, 6. krzyż pański będzie miał PiS nie tylko z Lewicą, ale także z „konfederatami” Korwina i Brauna. W sytuacji zwłaszcza utraty Senatu, przebieg dokończania przerwanego przed wyborami posiedzenia Sejmu może być prawdziwą jatką, bo Przewodniczący Mało na pewne przygotował jakieś awanturnicze ruchy i łamanie prawa już całkowicie „na wydrę”.

 

Z drobniejszych spraw: nie zobaczymy już w Sejmie pisowskich harcowników do zadań specjalnych: Piotrowicza, Krynickiej i Sobeckiej. Nawet lud pisowski ich nie zdzierżył. Z tego przynajmniej jakiś zysk estetyczny.

 

„Państwo mafijne PiS”, takiego sformułowania można używać po niedawnym wyroku Sądu Najwyższego.

 

Literacki Nobel dla Olgi Tokarczuk potwierdza obraz ludności polskiej jako półanalfabetycznej: umie pisać, ale nie czyta. Bo oto najsławniejszą i najbardziej prestiżową nagrodę literacką otrzymała przedstawicielka najmniej czytającego narodu europejskiego, kraju w którym czytelnictwo jest w zapaści. Co do reakcji władzy, to najwyżsi oficjele złożyli noblistce obłudne gratulacje, sugerując, że ten Nobel, to także sukces „dobrej zmiany”. Och, jaka szkoda, że Nobla nie dostali ani prozaik Wildstein Bronisław ani literat-żulnalista Ziemkiewicz Rafał. W tej sytuacji oficjele (Duda, Morawiecki, Gliński) zadziałali według zasady: „Jak się nie ma co się lubi…”. Niezależnie od tego, wielu pisowskich propagandystów w mediach nie powstrzymało się od okazania zwyczajowej nienawiści tej przebrzydłej lewaczce.

 

Traf sprawił, że wydarzenie to zbiegło się z wcześniejszym o dzień przemówieniem Przewodniczącego Mało, który zadeklarował, że będzie piętnował niechętne PiS-owi elity.

 

Szyszko Jan, były – pożal się boże – minister środowiska odszedł do Domu Ojca. Przyroda na chwilę odetchnęła. Niektórzy, bliscy New Age twierdzą, że zdarza się, iż przyroda odpłaca swoim prześladowcom pięknym za nadobne. Jednak Szyszko pozostał na liście wyborczej i można było zagłosować na trupa. Absurd sięga „Martwych dusz” Mikołaja Gogola. Sok z buraka by się uśmiał.

 

Ćwierćinteligent z tytułem profesora w randze – pożal się boże – ministra kultury, nadal blokuje nominację zwycięzcy konkursu i dotychczasowego dyrektora Muzeum Żydów Polskich Polin w Warszawie, profesora Dariusza Stoli.

 

Przewodniczący Mało zapowiedział wojnę ze „starymi elitami”. Obarczył je za wszystkie nieszczęścia Polski. Uczeni, artyści, prawnicy, dziennikarze, rozmaicie inteligenci i tym podobne gady – strzeżcie się.

 

Z bębna losu, który wyłania sędziów do prowadzenia spraw konsekwentnie wyskakuje w jednym przypadku ten sam sędzia. Chodzi o sprawy sądowe Pawłowicz Krystyny, pierwszej chamicy odchodzącego Sejmu. Na dokładkę tak się przypadkowo składa, że temu sędziemu jawnie sprzyja neo-KRS, w której zasiada rzeczona osoba.

 

Kolejny przypadek zasądzenia odszkodowania od Kościoła odszkodowania dla ofiary księżego molestowania. W pierwszym przypadku funkcjonariusza tzw. Towarzystwa Chrystusowego gwałcicielem była bestia-hetero w sutannie hetero (na dziewczynce). W drugim przypadku – bestia-homo w sutannie (na chłopcu).

 

Wyłażą kolejne brudy spod krakowskiego domu schadzek Banasia. Wyszły na jaw informacje, że na rzeczony proceder poszły także pieniądze z Unii Europejskiej.

 

Ksiądz Stanisław Małkowski, jedna ze szczególnie odrażających postaci nurtu klerofaszystowskiego oświadczył coś w tym rodzaju, że może sobie jakiś tam prymas Polak mówić i robić co chce, a my będziemy robić swoje. To kolejny pomruk wewnętrznego Kościoła kat., jego najbardziej reakcyjnego, czarnosecinnego segmentu. Prędzej czy później objawi się on z otwartą przyłbicą i niechybnie dojdzie w Polsce pewnego dnia do rozłamu, schizmy na dwa kościoły kat. – jeden „postępowy”, a drugi „zachowawczy”. Małkowskiemu nie spodobał się ogłoszony przez Polaka pomysł funduszu dla ofiar klerykalnej pedofilii, a także zdystansowanie się przez tegoż Polaka od zadeklarowania przez Przewodniczącego Mało, że poza Kościołem kat. jest w Polsce tylko „nihilizm”.

 

Generalnie zaryzykuję wróżbę na – odległą co prawda – przyszłość. Wynik wyborów jest pierwszą zapowiedzią zmierzchu potęgi PiS. To na razie oczywiście bardzo wstępna faza tego procesu, ale jak uczył Hegel, „sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu”.

„Piątka Dudy”, czyli do USA bez wiz

Po słynnym nowojorskim Greenpoincie – gdzie można było zjeść polskiego schaboszczaka, ruskie pierogi lub napić się oryginalnej polskiej wódki, znika ostatni symbol polskości nierozerwalnie związany z wyjazdami naszych rodaków do USA – wizy!

Po wielu latach starań żelazny punkt rozmów przywódców Polski i USA, utracił aktualność. Prezydent Trump podpisał stosowną decyzję, uruchamiając tym samym procedurę zniesienie urzędniczej uciążliwości dla Polaków. Prezydent Duda nie krył dumy, że to właśnie na czas jego kadencji przypadło to szczęśliwe wydarzenie.
– Długo rozmawialiśmy z prezydentem Trumpem na ten temat i cieszę się, że się udało – powiedział skromnie, ale dumnie do telewizyjnych kamer.
Rzeczywiście wydarzenie ma charakter symboliczny i to pod kilkoma względami.
Po pierwsze – cechuje je pewna trwałość. Wizy zostaną zniesione, ale procedury zachowane. Oznacza to, że oficer emigracyjny nadal będzie mógł zawrócić naszych rodaków z lotniska do domu, jeśli stwierdzi, że w jakikolwiek sposób uchybili oni amerykańskim przepisom. Od jego decyzji nadal nie będzie odwołania. Może się więc tak zdarzyć, że jak dotąd nasz „Kowalski” nawet oryginalnego hot-doga nie powącha, tylko ciupasem odesłany zostanie z powrotem do domu.
Po drugie – jest to decyzja praktyczna. Polacy znacznie rzadziej jeżdżą już do USA za pracą i są znacznie ostrożniejsi, jeśli chodzi o podejmowanie pracy „na czarno”, gdyż pracę – i to legalną – mają pod bokiem, w Europie. Jako obywatele Unii Europejskiej mają szerokie możliwości znajdowania odpowiedniego do swoich kwalifikacji i temperamentu zatrudnienia na starym kontynencie. Oficjalna praca w Unii daje ten dodatkowy profit, że gwarantuje prawa pracownicze łącznie z prawami emerytalnymi. Legalna praca w Unii, to bardzo istotny czynnik, który wpływa na spadającą liczbę chętnych na wyjazd do USA. Ponieważ chętnych jest mniej, to i odsetek odmów udzielonych starającym się o wizę, też w końcu spadł poniżej wymaganych trzech procent, co przez lata blokowało wszelkie rozmowy o ułatwieniach wizowych. No, bo kto dziś jeździ do USA, żeby pracować? Nikt, chyba.
Po trzecie – co poniekąd jest konsekwencją nowej sytuacji, czas pobytu Polaków, którzy przyjadą do USA już bez koniecznych dotąd wiz, został skrócony ze 180 dni do 90. To jest logiczne – przecież ktoś, kto przyjeżdża do USA w celach turystycznych lub biznesowych siłą rzeczy nie może tam przebywać w nieskończoność, bo musi wracać do pracy w Polsce, lub w którymś z krajów UE. Wakacje też nie trwają wiecznie – każdy urlop kiedyś się kończy, więc na co komu aż 180 dni?!
Po czwarte – skoro nie będzie już wiz, nie będzie też opłat wizowych. 160 dolarów zostanie w kieszeni każdego wyjeżdżającego do USA rodaka. Dokładnie – 146, bo jednak 14 dolarów za autoryzację w elektronicznym systemie ESTA zapłacić trzeba będzie.
Po piąte – sukces wizowy, prezentowany jako osobisty sukces pana prezydenta Dudy, jest też sukcesem Unii Europejskiej. To bowiem Komisja Europejska wszczęła przed kilku laty poważne, merytoryczne i bardzo twarde rozmowy na temat zniesieniem systemu wizowego dla obywateli wszystkich swoich krajów członkowskich. Stanom Zjednoczonym zagroziła nawet w pewnym momencie nałożeniem – gdyby ich opór w tym względzie trwał – obowiązku wizowego na obywateli amerykańskich pragnących przyjechać do Europy.
„Osiągnięcie wzajemności wizowej dla wszystkich państw członkowskich UE jest naszym głównym priorytetem. Ostatnie doświadczenia pokazują, że dalsze zaangażowanie dyplomatyczne przynosi pozytywne rezultaty, dlatego będziemy trzymać się tego podejścia również w przypadku USA. Ruch bezwizowy leży w interesie krajów po obu stronach Atlantyku i oczekujemy konkretnych działań wszystkich stron, aby przyspieszyć osiągnięcie tego celu” – mówił po zniesieniu wiz dla obywateli UE przez Kanadę, komisarz ds. migracji, spraw wewnętrznych i obywatelstwa Dimitris Awramopulos.
Należy się więc cieszyć, że pan prezydent Andrzej Duda tak umiejętnie skorzystał z postawy Unii Europejskiej.

Wszystko blokuje Polska

– to opinia o stanowisku Polski wobec unijnego programu neutralności klimatycznej wygłoszona przez prezydenta Francji Emanuela Macrona podczas rozmowy z dziennikarzami w czasie podróży na sesję ZG ONZ w Nowym Jorku.

„Niech młodzi ludzie protestujący w Europie pojadą manifestować do Polski i pomogą mi przekonać tych, których ja nie mogę” – dodał.
W czerwcu końcowe wnioski w sprawie mającego obowiązywać do 2015 r. planu zgłosiły także Czechy, Węgry i Estonia. Tłumacząc się z tego posunięcia premier Mateusz Morawiecki przyjął wykładnię, że powodem, dla którego Polska nie chce podporządkować się tym wytycznym, jest fakt, że niejako musi „doganiać” bardziej rozwiniętą część Europy. „Nie można porównywać państw, które mogły się świetnie rozwijać przez siedemdziesiąt kilka ostatnich lat, do Polski, która dopiero od niedawna może rozwijać się w miarę naturalnie i perspektywa historyczna musi być uwzględniona i o to przede wszystkim wczoraj apelowałem i to zostało przyjęte” – tłumaczył wówczas Morawiecki.
Do wypowiedzi prezydenta Francji odniósł się przebywający również w Nowym Jorku prezydent Andrzej Duda. „W słowach prezydenta Francji Emmanuela Macrona nt. Polski, która jakoby blokuje wspólne wysiłki UE na rzecz klimatu, trudno się dopatrywać uczciwych zamiarów” – skomentował prezydent. „To jest coś, co w polityce międzynarodowej jest odbierane jako nieuczciwe, czy wręcz bezczelne” – powiedział Duda. „Jest mi przykro słuchać takich wypowiedzi” – dodał.
Faktem jednak jest, że w coraz bardziej zajadłej wymianie opinii, kto jest dla klimatu szkodliwy i kto obstruuje, dokonuje się dość arbitralnych wyborów do wyliczania winnych. Kto podpowiedział ikonie młodzieżowego ruchu klimatycznego, aby wskazała palcem na Rosję i Hongkong? Jedno nie ulega wątpliwości. Klimat to nie tylko globalny problem, ale także pole rozgrywki między pań

Bigos tygodniowy

Lemoniadowy Joe nie przybył do Polski. Ku maskowanemu oczywiście rozczarowaniu PiS, że nie udało się podłączyć gościa do rydwanu wyborczego. Czy przeszkodził mu huragan nadciągający nad Florydę, a może i huragan „Piebiak” czy też przyczyna była jeszcze inna? Wiceprezydent Pence to jednak nie to samo. Nie to stanowisko, nie ta fizjonomia, nie ta swada, nie ta energia co u jego Szefa. Na otarcie łez PiS otrzymało od Pence’a komplement dla Dudy za „działania na rzecz praworządności”. Czepili się tego w propagandzie jak pijany płotu i eksploatują.

Na defiladzie z okazji 80 rocznicy wybuchu II wojny światowej Adrian bardzo tęgie stroił miny. W pojedynku na miny nikt z nim nawet nie próbował stawać w szranki. Na przeciwległym krańcu była jakby zdegustowana mina prezydentki Słowacji Zuzany Čaputowej, którą Kaja Godek nazwała „lewaczką”. Może była zszokowana tą hałaśliwą polską nacjonalistyczno-militarystyczną hucpą? Może po raz pierwszy w życiu widziała takie szopki?

Cała ta zapowiedź zrównoważonego budżetu pod rządem młodego Morawieckiego wygląda na „lipę”, na pisowską oszukańczą sztuczkę, polegającą na spyleniu dużej części wydatków na samorządy. Jeśli spylicie na sąsiada opłaty za media itp. to sobie rzeczywiście budżet zrównoważycie.

„Nie chciałbym być w jego skórze. Skończy w więzieniu albo w szpitalu psychiatrycznym” – powiedział Lech Wałęsa o Jarosławie Kaczyńskim, swoim największym kiedyś protektorze, inicjatorze „bitwy o Wałęsę”. Uwaga – nie mylić z Lechem Wałęsą, świeżo upieczonym zięciem byłego prezydenta, też Lechem, który przyjął nazwisko jego córki, czyli swojej żony. À propos, 31 sierpnia, pod Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku byłem o włos od sweet fotki z Lechem Wałęsą (tym prawdziwym), ale mój jazgotliwy pies mi go spłoszył.

Biskupi znów protestowali przeciw deprawacji dzieci przez edukację seksualną. To tak, jakby krwiożercze bestie wzywały do stosowania wegańskiej diety. Porównanie może odrobinę za ostre, ale na pewno trafne. To może łagodniej: przypomina mi to dowcip ze starej serii „szczyt czegoś”. Co to jest szczyt bezczelności? Wypróżnić się komuś na wycieraczkę, zadzwonić do drzwi i poprosić o papier toaletowy.

Syn Beaty Szydło po dwóch latach od prymicji wziął bezterminowy urlop od kapłaństwa. Nie dał rady czy ma inny pomysł na życie?

À propos. Przeciwnicy praw dla związków partnerskich ciągle powołują się na przepis konstytucyjny, że „małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny jest pod szczególną ochroną państwa”. Wywodzą z tego zakaz „małżeństw homoseksualnych”. Prawnikom zwracam jednak uwagę na słowo „JAKO”. Otóż moim zdaniem da się to interpretować tak, że „JAKO” związek kobiety i mężczyzny małżeństwo jest pod „szczególną ochroną”, natomiast w innej konfiguracji płciowej pod „szczególną ochroną” nie jest, ale w przepisie ewidentnego przeciwwskazania dla jego zaistnienia brak, a jak wiadomo, co nie jest zakazane, jest dozwolone. Gdyby konstytucja stanowiła inaczej, to owo zdanie musiałoby brzmieć: małżeństwo TO związek kobiety i mężczyzny.

„Wypełzają na główne ulice polskich miast. Odurzeni złą ideologią, zwykli nieszczęśnicy, których dopadła tęczowa zaraza (…) Już dawno zgwałcili Warszawę, Poznań, Wrocław, Gdańsk. Niedawno brutalnie zgwałcili Białystok”. Zgadnijcie kto to? Jakiś zawodowy kato-pisowski propagandysta? Nie. To profesor pedagogiki z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu Aleksander Nalaskowski w tygodniku Karnowskich. Pedagogiki! Uwierzycie? Tako rzecze pedagog! Ten pan etyce pedagoga drastycznie się sprzeniewierzył. Co na to władze UMK?

W zeszłym tygodniu byłem na Mierzei Wiślanej. Mówi się tam, że brakuje pieniędzy na przekop dla żeglugi innej niż turystyczna (łódki, żaglówki, motorówki), a więc dającej nadzieję na zwrot kosztów inwestycji. W ogóle o przekopie cicho, nawet po stronie PiS. Czyżby zostanie tylko rozległa blizna po wyciętym lesie?

Doktor Tomasz Terlikowski ubolewa, że od dawna nie ma nowych nominacji kardynalskich dla polskich arcybiskupów, bo reprezentują konserwatywne skrzydło katolicyzmu, a w Watykanie górę biorą progresywiści. Na pocieszenie polecam doktorowi Terlikowskiego polskiego kardynała Stanisława Hozjusza, którego wizerunek, zaczerpnięty z „Unii Lubelskiej” Jana Matejki stanowi winietę Bigosu. Co prawda i dawno, i, co gorsza, z moją facjatą, ale zawsze to polski kardynał. Lepszy rydz niż nic.

„Wzywam wszystkich patriotów, warszawiaków, zdrowych na umyśle, by składali kwiaty, zapalali znicze, zostawiali biało-czerwone chorągiewki przed cokołem, na którym do niedawna stał pomnik wielkiego Polaka, wyzwoliciela Warszawy i Europy spod zarazy zbrodniczej armii niemieckiej, którego trzy tysiące żołnierzy zginęło chcąc pomóc Powstaniu Warszawskiemu, którego żołnierze jako pierwsi zawiesili biało-czerwoną flagę na Bramie Brandenburskiej w Warszawie 7 maja 1945 roku – generała Zygmunta Berlinga. Pomnik ten zniszczyła faszystowska menda, spokrewniona ideowo z tą hitlerowską zarazą. Zapomniałem nazwiska tego skurwysyna i dobrze, bo musiałbym je napisać z dużej litery, a on na to nie zasługuje. Dla tych, którzy nie wiedzą, gdzie ten pomnik był, informuję, że nad Wisłą, po stronie praskiej, przy moście dawniej imieniem Zygmunta Berlinga. Błagam Was, składajcie kwiaty, niech ten protest kwiatowy będzie plunięciem w twarz inicjatorom tego faszystowskiego wandalizmu”. Ulotkę tej treści wręczył mi starszy pan, który jako dziesięciolatek, z balkonu swojego mieszkania przy ul. Dąbrowieckiej na Saskiej Kępie widział działania i śmierć berlingowców płynących pontonami na pomoc Powstaniu. Bigos dołącza się do apelu.

Flaczki tygodnia

Osiemdziesiąt lat temu, dnia pierwszego września roku 1939, dzielni, romantyczni Polacy długo patrzyli w niebo i czekali na nadchodzącą pomoc sojuszników. Nadeszli Niemcy.

Pierwszego września 2019 roku Niemcy też stawili się w komplecie. Ich prezydent i pani kanclerz. Za to Anglicy i Francuzi obniżyli rangę swych delegacji na wieść, że główny bohater uroczystości – prezydent USA Donald Trump – odwołał swą wizytę. I przyleci substytut.

Prezydent Trump od kilku dni sygnalizował swą narastającą niechęć do wizyty w Polsce. Najpierw zrezygnowano z wizytacji bazy wojskowej w Powidzu, potem skrócono jego pobyt do jednego dnia zamiast zapowiadanych dwóch. Na koniec pojawiło się alibi w postaci zagrażającego Florydzie huraganu. Żywiołu, który mógłby zmieść szanse prezydenta Trumpa na reelekcję.

Prymat kampanii wyborczej na polityką zagraniczną to dogmat znakomicie rozumiany przez elity PiS. Przecież obecna ekipa rządząca przez ostatnie cztery lata robiła jedynie nieustającą kampanię wyborczą.

Czemu prezydent Trump odwołał tak oczekiwaną przez pana prezesa Kaczyńskiego i jego ekipę tak długo zapowiadaną wizytę?
Czy naprawdę był to huragan? A może powodem była niechęć do uczestnictwa w kampanii wyborczej PiS? Albo brak jego ulubionego rosyjskiego kolegi na uroczystościach w Warszawie? Narodowcy plotkują, że to krecia robota lobby żydowskiego w Waszyngtonie? A może nagłe zanieczyszczenie Wisły warszawskimi ściekami? Czy nawet brak Grenlandii na sprzedaż w ofercie polskiej?

Krążących po Warszawie „prawdziwych” powodów jest wiele. Te prawdziwe zna amerykański prezydent. Można by go o nie zapytać, ale technicznie jest to trudne do wykonania. Na przełomie sierpnia i września poleciał na swoje pole golfowe w Wirginii, teren nieprzyjazny dla mediów. Nic tak przecież nie ułatwia koordynacji walki z huraganem jak gra w golfa.

W zastępstwie prezydenta Trumpa przyleciał jego substytut Mike Pence. Reprezentant amerykańskiej konserwy i religijnych bigotów. Widać administracja prezydenta Trumpa uznała, że polityk o takich poglądach zaspokoi potrzeby duchowe pana prezydenta Dudy i elit PiS.

Podczas warszawskich uroczystości stosowne przemówienie wygłosił pan prezydent Andrzej Duda. Był to typowy dla niego słowotok. Długi, krzykliwy, pełen typowych dla pana prezydenta banałów. Ale trzy wątki były
tam ciekawe.

Pan prezydent zacytował piosenkę Agnieszki Osieckiej z filmu „Prawo i pięść”. Reżyserii Jerzego Hoffmana i Edwarda Skórzewskiego. Filmu z 1964 roku, z czasów Polski Ludowej. I tak po raz kolejny mamy dowód zakłamania elit PiS. Z jednej strony stale opluwają dorobek Polski Ludowej, z drugiej nie potrafią do zacytowania znaleźć niczego wartościowego stworzonego przez popierany przez nich nurt narodowo – katolicki.

Pan prezydent Duda w swym słowotoku porównał prezydenta Rosji Putina do kanclerza III Rzeszy Niemieckiej Adolfa Hitlera. Łatwo mu było, bo prezydenta Putina nie zaproszono do Warszawy i nie miał szansy na polemikę.
Tworząc takie porównanie pan prezydent zachował się jak typowy narodowo-katolicki kaczysta. Stworzył zagrażającego zebranym wroga i straszył nim jak tylko potrafił. Zebrani jakoś nie podchwycili tego wątku.

I wreszcie pan prezydent Duda postanowił wykazać się odwagą i wytknąć państwom Zachodu, że nie powstrzymały ekspansji Hitlera. Że dopuściły do rozbioru Czechosłowacji. Nie wspomniał jednak, że w rozbiorze Czechosłowacji w 1938 roku uczestniczyła także sanacyjna Polska.
Ot, kolejny przykład zakłamania elit PiS.

Przysłany w zastępstwie do Polski wiceprezydent Mice Pence przemówił jak katolicki ksiądz. Na początku swego kazania wylał rzekę wazeliny podkreślając, że „Ameryka kocha Polskę i Polaków”. Potem dał zebranym wykład powojennej polskiej historii pisanej z amerykańskiej perspektywy. Dlatego skupiał się przede wszystkim na represjach radzieckich i okropnościach bezbożnego komunizmu.
Bo przecież wszystkie zło, cała ta II wojna światowa, wydarzyło się dlatego, że „Człowiek zapomniał boga”. To zacytowany przez amerykańskiego substytuta Aleksander Sołżenicyn. Rosyjski pisarz, nacjonalista i antykomunista.
Aby zadowolić gospodarzy amerykański substytut przypomniał też papieża Jana Pawła II. I ciągnąc swe kazanie powtarzał formułki, że „Człowiek nie może zrozumieć się bez Chrystusa”, że wojenne zbrodnie były efektem braku wiary w niego. To w kraju, gdzie niemieccy katoliccy żołnierze pod hasłem: „Gott mit uns” wymordowali ponad 3 miliony Żydów, tych bez Chrystusa, nie było zbyt taktowne.
Amerykański substytut rozwiązał też problem wolności w Polsce i w Europie. Zadeklarował, że „Tam gdzie jest duch pana, tam jest i wolność”.
I wyjawił przyszłość naszego kraju. Będzie dobrze, bo przecież „bóg pobłogosławi Polskę”. Amerykę czeka jeszcze lepsza przyszłość, bo bóg błogosławi ją stale.

Niestety, amerykański substytut nie ogłosił zniesienia wiz dla Polaków. Nawet kiedy bóg tak im błogosławi.

Najlepsze przemówienie wygłosił w Warszawie prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier. Bez owijania w bawełnę po raz kolejny przyznał, że to Niemcy ponoszą odpowiedzialność za wybuch II wojny światowej i zbrodnie wojenne. Po raz kolejny przeprosił za niemieckie zbrodnie i poprosił o wybaczenie.
Ale przy okazji przypomniał jakie wnioski wyciągnęły Niemcy z tej tragicznej historii.
Otóż Niemcy wyrzekły się nacjonalizmu. Wyrzekły się poczucia wywyższania ponad inne narody.
Aby nie dopuścić do kolejnej wojny Niemcy współtworzyły i współtworzą Zjednoczoną Europę. Unię Europejską. I za to dostał największe brawa zebranych.
Czyli robią wszystko to przeciwko czemu elity PiS protestują. Przeciwko czemu głosiły one narodowo-katolicką kontrrewolucję.

Oby teraz bojówki PiS nie napadły na któraś z niemieckich radiostacji.