Kosztowne zabawki

Andrzej Duda pojechał niedawno do Waszyngtonu i zachowywał się, jakby właśnie wbił do galerii handlowej podczas Black Friday. Wrócił m.in. z obietnicą zakupu floty 30 myśliwców F-35 za „jedyne” 17 mld zł. Norweskie doświadczenia pokazują, że koszty te mogą być w rzeczywistości dużo wyższe. Jeżeli w ogóle uda się je ustalić.

Lewicowi politycy i komentatorzy w Norwegii zgodnie twierdzą, że chaos dotyczący kosztów związanych z zakupem i eksploatacją myśliwców F-35, które mają być kręgosłupem tamtejszej obrony powietrznej, jest „absurdalny”.
Interweniowała parlamentarna komisja ds. kontroli i porządku konstytucyjnego. Zwróciła się do ministra obrony Franka Bekke-Jansena o określenie końcowej ceny F-35 w oparciu aktualny kurs dolara. Minister zaś odpowiada, że jest to „bardzo czasochłonny proces”, może potrwać ponoć nawet pięć miesięcy.
Cytowany przez dziennik „Dagbladet” Bekke-Jansen wyjaśnia: „Takie testy angażują zarówno stronę amerykańską jak i norweską. Przeprowadzenie takich precyzyjnych analiz wymaga ok. 10 tys godzin pracy”. Dodał również, że konieczne będzie powołanie specjalnego zespołu roboczego złożonego z co najmniej 30 osób, który będzie pracował minimum jeden rok. Obiecał on jednocześnie dostarczyć precyzyjną analizę, jednak zaznaczył, że na pewno nie powstanie ona w bieżącym roku budżetowym.
Podczas konferencji prasowej, indagowany przez dziennikarzy Bekke-Jansen tłumaczył dziennikarzom, że nie da się przeprowadzić dokładnego wyliczenia kosztów szybciej, jeśli ma to być opracowanie dokładne, ujawniające pełne ceny, a nie powierzchowne.
– Uważam, że postępujemy bardzo rozsądnie próbując precyzyjnie opracować koszty, ryzyko i wynikające z tego potrzeby budżetowe. Mamy do czynienia z programem zakupu na sumę 85 mld koron [ok. 10 mld dolarów – przyp. red.] i rocznych płatnościach w kwocie około 7 mld koron – powiedział m. in. norweski minister obrony.
Torgeir Knag Fylkesnes, lewicowy deputowany z norweskiej Partii Socjalistycznej Lewicy zasiadający w komisji parlamentarnej, która wezwała Bekke-Jansena do ostatecznego określenia kosztów, powiedział dziennikarzom, że sytuacja jest „absurdalna”, a fakt, iż „minister potrzebuje 10 tys. godzin do tego, żeby dowiedzieć się ile realnie kosztują te samoloty pokazuje, że nikt nie ma nad tym żadnej kontroli i że nikt tego dotychczas nie zbadał”.
Norweska lewica nalega uważa, że rząd kluczy w sprawie współpracy z Amerykanami i próbuje ukryć lub pomniejszyć sumy związane z zakupem i eksploatacją F-35.
– Czerwone światełka alarmowe zapaliły się już dawno temu! To skandaliczny i bezmyślny zakup. Centroprawicowy rząd, przy wsparciu konserwatystów, chce kupić bardzo drogi amerykański sprzęt wojskowy, który być może jest dobrze przystosowany do amerykańskiego modelu prowadzenia ataków z powietrza, ale zupełnie nie nadaje się do obrony powietrznej w warunkach norweskich – skomentował sprawę inny norweski lewicowy polityk Bjørnar Moxnes, szef partii Rødt (Czerwoni).
Skandal związany z ukrytymi kosztami przy zakupie myśliwców F-35 wybuchł po tym, jak dziennikarze gazety „Bergens Tidende” przeprowadzili, przy wsparciu ekspertów, pogłębione wyliczenia i krytycznie ocenili sprawozdanie rządu w tej sprawie. Według autorów tego opracowania ukryta „luka cenowa” wynosi co najmniej 16 mld koron, czyli około 2 mld dolarów. Część tych kalkulacji została zakwestionowana przez norweski resort sił zbrojnych.
Na doniesienia te natychmiast zareagowała lewica. Pierwszy głos zabrał Audun Bjørlo Lysbakken, przewodniczący Partii Socjalistycznej Lewicy. Zażądał specjalnego publicznego wysłuchania parlamentarnego dla ministra obrony.
Warto dodać, że wszystko to dzieje się w kontekście gruntownej przebudowy norweskich sił powietrznych. Centroprawicowy rząd w Oslo ma ambicje stać się czołowym użytkownikiem F-35 w Europie. Ich flota w norweskiej armii liczyć ma 52 samoloty. Do tej pory USA dostarczyły ich dziewięć.
W awangardzie walki przeciw militarystycznej ekstrawagancji norweskiego rządu występuje lewica. W Polsce lewica lubi F-35 i NATO, więc Duda może kupić nawet 100 takich samolotów, a nikt nawet nie spyta o to, czy cena, którą podyktowali „nasi najważniejsi sojusznicy” jest rzeczywistym kosztem.

Chcemy czego inni nie chcą

Wizyta prezydenta Andrzeja Dudy w USA potwierdziła kurs polityki zagranicznej RP polegający na wasalizacji wobec Stanów Zjednoczonych. Podpisane porozumienie o współpracy obronnej ma przede wszystkim charakter propagandowy.

4,5 tysiąca żołnierzy, którzy docelowo mają znaleźć się w Polsce to element przejmowania dominacji wojskowej nad Europą Środkową i nowego wyścigu zbrojeń. Bazy wojskowe USA mają wymiar bardziej polityczny niż militarny. Stanowią element wzmacniania „wschodniej flanki NATO”, czyli postępowania wojsk amerykańskich na wschód, którego kolejnym etapem będzie zapewne zwiększanie obecności również w państwach bałtyckich, na Ukrainie, w Gruzji i innych krajach byłego ZSRR.
Za podpisanym porozumieniem stoją interesy wielkiego kapitału. Podczas spotkania Andrzeja Dudy z Donaldem Trumpem polskiemu prezydentowi zaprezentowano samoloty F-35 – najnowszy produkt koncernu Lockheed Martin. Przeleciały one nad Białym Domem podczas wspólnego spaceru prezydentów. Takie zaaranżowanie wydarzenia dowodzi, że Trumpowi chodziło o pochwalenie się nie przed partnerem w polityce zagranicznej, lecz wasalem, podatnym na sugestię i propagandę.
Po pokazie polskie media zaczęły określać myśliwiec mianem najlepszego rozwiązania dla rozwoju rodzimego lotnictwa. Chwalono nowoczesność oraz wielozadaniowość F-35, zapominając o wymiarze ekonomicznym propozycji.
Lockheed Martin to koncern, który z Polski uczynił centrum swojej działalności w Europie Środkowej. Zawarł z rządem PiS umowę na dostawy systemów rakietowych HIMARS – intratną dla strony amerykańskiej. Koncern uzyskał duże zyski kosztem polskiego przemysłu obronnego. Pod wpływem politycznych nacisków rząd PiS zakupił zagraniczne rozwiązania, nie domagając się nawet inwestycji offsetowych. Zyski z serwisowania zakupionych systemów również będą trafiać do Lockheed Martin. Dodatkowo wybór amerykańskiego systemu oferowanego jako gotowe rozwiązanie stanowi zagrożenie dla rozwoju polskich technologii.
Podobnie przedstawia się oferta F-35. Strona amerykańska nie udostępni wraz z nim technologii pozwalających na serwisowanie czy wytwarzanie części zamiennych. Polskie zakłady będą wyłączone z procesu dostaw, gdyż Polska nie należy do międzynarodowej sieci współpracy stworzonej przy okazji produkcji i wdrażania F-35. Sugestia włączenia polskich podmiotów do niej nawet się nie pojawiała w kontekście informacji o planowanym zakupie. Dodatkowo pojawi się konieczność unowocześniania infrastruktury oraz rozbudowy baz lotniczych, na czym również skorzystają amerykańscy dostawcy sprzętu. Lockheed Martin zyska również na szkoleniu załóg nowych maszyn.
Dodać też trzeba, że choć bez wątpienia F-35 jest konstrukcją nowoczesną, cierpi na rozmaite „choroby dziecięce” – usterki techniczne i konstrukcyjne wykrywane tych maszynach kilkakrotnie powodowały ich uziemienie. Nie jest to także myśliwiec przewagi powietrznej – choć niektórzy komentatorzy wychwalający planowany zakup tak go określają – jak starszy F-22, który nie jest oferowany na sprzedaż: jego wyłącznym użytkownikiem jest i ma pozostać lotnictwo USA.
Osobną jeszcze kwestią jest porównanie F-35 z nowymi konstrukcjami rosyjskimi i chińskimi, które – co bardzo prawdopodobne – mogą okazać się znacznie bardziej zaawansowane. Warto zauważyć, że propozycję kupna F-35 odrzuciły Niemcy, które prawdopodobnie zdecydują się raczej zaangażować w projekt nowego myśliwca Airbusa. Francja nawet zakupu F-35 nie rozważała, skupiając się na rozwoju rodzimego Rafale wersji F4. Oba kraje planują wspólnie produkować myśliwiec VI generacji bez udziału Amerykanów – miałby on wejść do służby około 2035 roku.
Zakup myśliwców stanowi ogromne obciążenie dla budżetu państwa, w sytuacji gdy coraz poważniejsze jest niedoinwestowanie służby zdrowia czy systemu edukacji. Według informacji Lockheed Martin, cena jednego samolotu F-35 w przyszłym roku ma wynieść około 80 mln USD. Minister Obrony Narodowej Mariusz Błaszczak zapowiedział już, że rozważany jest zakup 32 takich maszyn (n.b. właśnie tylu maszyn nie dostanie prawdopodobnie Turcja, ukarana w ten sposób za zakup rosyjskich systemów obrony przeciwlotniczej S-400), realizowany w kilku partiach. Dla amerykańskiego koncernu będzie to ogromny dopływ gotówki i istotny kontrakt. Prezydencki minister Andrzej Dera zapowiedział, że wydatki na zakup F-35 będą finansowane z dodatkowego funduszu, a nie środków MON, co jest równoznaczne z ogromnym wzrostem wydatków zbrojeniowych.
Zapłacą polscy obywatele potrzebujący dostępu do publicznej służby zdrowia oraz posyłający dzieci do szkół publicznych.
Za imperializmem politycznym idzie więc również ekonomiczny, polegający na kolonizacji dokonywanej przez wielkie koncerny zbrojeniowe, głównie z USA.
Tymczasem na lotnisku Le Bourget pod Paryżem, gdzie odbywa się największy na świecie salon lotniczy, Turcy pokazali z wielką pompą projekt własnego samolotu bojowego TF-X, który ma być „najlepszym myśliwcem w Europie”. Ma to być odpowiedź na amerykańskie groźby, że nie dostarczą samolotów F-35, w budowie których Turcja uczestniczy. USA są zdenerwowane, że Turcy kupili rosyjski system antyrakietowy S-400, zamiast przestarzałego i bardzo drogiego systemu amerykańskiego Patriot.
TF-X ma budować publiczny koncern Turkish Aerospace, który do tej pory uczestniczył w budowie F-35 dostarczając centralną część kadłuba. Samolot ma być produkowany seryjnie od 2025 r., już za sześć lat, co wielu obserwatorom wydaje się bardzo ambitne, ale trudne do spełnienia. Na początek maszyna będzie mieć silniki General Electric, dopóki nie ruszy własna produkcja z własnym, tureckim silnikiem. W każdym razie Turcja odpowiada w ten sposób na ultimatum Donalda Trumpa nakazującego kupować Patrioty, których nikt, oprócz Polski, nie chce już kupować.
Polska jednak, kupując amerykański system antyrakietowy, który będzie w stanie o ok. 16 minut przedłużyć naszą obronę w razie oczekiwanej przez rząd rosyjskiej napaści, będzie mogła wydać następne miliardy na F-35. W sprzyjających warunkach pozwolą one przedłużyć ewentualną obronę nawet o kilka godzin.
„Rozwój własnego przemysłu obronnego i samowystarczalność w tym względzie pozostaje priorytetem rządu tureckiego” – oświadczył szef Turkish Aerospace Temel Koti w Paryżu.

Polska zapłaci

Biznesy z Andrzejem Dudą to musi być czysta przyjemność dla jego kontrahentów. Polski prezydent podpisał deklarację, z której wynika, że do kraju sprowadzonych zostanie 1 tys. albo więcej amerykańskich wojskowych, a Stany Zjednoczone nie poniosą żadnych kosztów.

„Polska planuje zapewnić i utrzymywać wspólnie uzgodnioną infrastrukturę przeznaczoną dla wstępnego pakietu dodatkowych projektów wymienionych poniżej, bez kosztów dla Stanów Zjednoczonych i z uwzględnieniem planowanego poziomu jej wykorzystania przez Siły Zbrojne USA” – czytamy w dokumencie sygnowanym przez Dudę i Trumpa. Na tym gorliwość polskiej strony się nie kończy: „Polska planuje również zapewnić dodatkowe wsparcie Siłom Zbrojnym USA, wykraczające poza obowiązujący w NATO standard wsparcia przez państwo-gospodarza”.
Według doniesień mediów chodzi m.in. o utworzenie Wysuniętego Dowództwa Dywizyjnego USA w Polsce oraz utworzenie i wspólne wykorzystywanie przez Siły Zbrojne USA i Siły Zbrojne RP Centrum Szkolenia Bojowego w Drawsku Pomorskim i docelowo w kilku innych lokalizacjach.
„Stany Zjednoczone zamierzają kontynuować wsparcie dla Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej w utworzeniu CSB przez zapewnienie obecności amerykańskich doradców” – stwierdza się w deklaracji.
Dokument zapowiada także utworzenie w Polsce eskadry amerykańskich dronów zwiadowczych MQ-9. Jednak w dokumencie uczyniono specjalne zastrzeżenie, z którego jasno wynika, że Polska nie będzie miała dostępu do danych gromadzonych przez te urządzenia; ewentualnie będzie to dostęp bardzo ograniczony, „stosownie do okoliczności”. „Stany Zjednoczone zamierzają udostępniać Polsce, stosownie do okoliczności, informacje uzyskane w wyniku działań tej eskadry w celu wspierania naszych założeń obronnych” – głosi deklaracja.
W dokumencie wskazano także chęć stworzenia infrastruktury wspierającej obecność w Polsce amerykańskiej pancernej brygadowej grupy bojowej, lotniczej brygady bojowej i batalionu wsparcia logistycznego.
Podpisanie deklaracji miało miejsce w czasie rozpoczętej 12 czerwca wizyty polskiego prezydenta w Waszyngtonie.
Deklarację to jednak nie wszystko – choć umowy w tej sprawie nie podpisano, potwierdziły się zapowiedzi o intencji Polski zakupu myśliwców V generacji F-35 „Lightning II”)– ma być ich 32, czyli tyle, ile zamierzała zakupić Turcja, zanim transakcja nie została zablokowana przez Pentagon w ramach restrykcji za zakup rosyjskich systemów przeciwlotniczych S-400. Jaki będzie koszt tej transakcji – oficjalnie podany i rzeczywisty – można tylko spekulować.
Podpisanie deklaracji jako pierwszy pochwalił sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg. Europa natomiast milczy – co nie dziwi, bo po raz kolejny Polska dokonała wyłomu w stosunku do stanowiska większości europejskich członków NATO, godząc się na ponadstandardowe w stosunku do Amerykanów warunki zapewniane przez gospodarza i biorąc na siebie gros kosztów – czyli czyniąc to, przeciwko czemu zdecydowanie opierają się Niemcy.
Dodać trzeba, że obok wymiaru militarnego wizyty prezydenta Dudy, pojawiały w jej czasie także wątki energetyczne. Tuż przed wizytą podpisany został kontrakt między PGNiG a amerykańską firmą Venture Global powiększający import gazu do 3,5 mln ton rocznie. Będzie nas to kosztować 8 mld dolarów. Podpisane zostało także porozumienie o współpracy w dziedzinie energii nuklearnej – jedno i drugie pod hasłem uniezależniania się od importu surowców energetycznych od Rosji, co działa jak wytrych, jeśli Polsce chce się coś sprzedać. W rezultacie zatem, ile zapłacimy za wizytę Andrzeja Dudy w – dopiero się okaże.

Głos prawicy

Odwal się pan, panie ministrze!

Dziennikarz TVP Adrian Klarenbach zaliczył megawpadkę. Pisze o niej „Do Rezczy”:
W Wielki Piątek w Pruchniku na Podkarpaciu odbył się „sąd nad Judaszem”. Kukłę z pejsami, jarmułką i długim nosem włóczono po ulicach, bito kijami, a na końcu obcięto głowę, spalono i wrzucono do rzeki. W wydarzeniu uczestniczyły dzieci.
Rytuał potępił Światowy Kongres Żydów, nazywając go „antysemicką manifestacją”, a Episkopat Polski wydał oświadczenie, w którym wyraził „dezaprobatę wobec praktyk godzących w godność człowieka”.
Głos w sprawie wydarzeń w Pruchniku zabrał minister spraw wewnętrznych i administracji Joachim Brudziński. „Ważne oświadczenie Episkopatu. Pytanie, jacy ‚szatan’ byli w Pruchniku czynni, że po latach przerwy i wezwań miejscowego proboszcza, ktoś reaktywował idiotyczną, pseudoreligijna hucpę? Koszta wizerunkowe dla Kościoła, Polski i Polaków olbrzymie” – ocenił szef MSWiA.
Ministrowi w zaskakującym stylu odpowiedział dziennikarz TVP Info, Adrian Klarenbach. „Nie znam tradycji zachodniopomorskiej, ale Panie Brudziński odwal się Pan od podkarpackiej. Judasz był żydem, chyba że chcesz Pan zmieniać historię. Strażacy nie mają wątpliwości, a u Pana takowe skąd?” – napisał.
Potem dziennikarz przeprosił ministra. „Ja szczerze,tak od serca. Tradycja dla mnie rzecz święta. Ale widzę,że politykę ktoś mi idzie uprawiać. A na to się nie godzę, Panie Brudziński przepraszam za ‚zwrot….się Pan’, bo widzę, że mi tu tałatajstwo biznes polityczny idzie robić” – oświadczył Klarenbach na Twitterze.

Dobry sondaż

Ale prawica ma też powód do radości:
Pozytywnie o prezydenturze Andrzeja Dudy wypowiada się 60 proc. badanych, przeciwnego zdania jest 30 proc.; pozytywnie pracę Sejmu ocenia 29 proc., negatywnie 53 proc.; o pracy Senatu dobre zdanie ma 30 proc., a złe 42 proc. – wynika z sondażu CBOS.
W porównaniu do marca odsetek pozytywnych opinii na temat prezydentury Andrzeja Dudy nie zmienił się znacząco. O 1 punkt procentowy spadł odsetek respondentów pozytywnie oceniających działalność prezydenta. Odsetek niezadowolonych z tego, jak Andrzej Duda pełni obowiązki głowy państw nie zmienił się w ciągu ostatniego miesiąca. Wyrobionej opinii na ten temat nie ma 10 proc. (wzrost o 1 punkt procentowy).
W kwietniu działalność Sejmu pozytywnie oceniało 29 proc. badanych. Od marca odsetek badanych pozytywnie oceniających pracę posłów spadł o 3 punkty procentowe. Negatywnie o działalności Sejmu wypowiadało się w kwietniu 53 proc. (wzrost o 2 punkty). Zdania na ten temat nie miało 18 proc. (wzrost o 1 punkt procentowy).
Pracę senatorów chwaliło w kwietniu 30 proc. respondentów. Od marca odsetek zadowolonych z pracy senatorów spadł o 3 punkty. Niezadowolonych z działalności drugiej izby parlamentu było w kwietniu 42 proc. (spadek o 1 punkt procentowy). Wyrobionej opinii na temat pracy senatorów nie miało 28 proc. (wzrost o 4 punkty procentowe).
CBOS przeprowadził sondaż w dniach 4–11 kwietnia 2019 roku na liczącej 1125 osób reprezentatywnej próbie losowej dorosłych mieszkańców Polski.
Źródło: wpolityce.pl

Żadnego euro!

– Wysłałem liderom partii projekt deklaracji, by zadeklarowali oni, że po wyborach nie dojdzie do przyjęcia euro. To ponadpartyjna deklaracja, która odnosi się do interesów finansowych naszych obywateli – powiedział Prezes Jarosław Kaczyński w swoim oświadczeniu.
Źródło:pis.org.pl

Bigos tygodniowy

Powiedzieć, że Adrian Niezłomny podpisał ustawę cofającą deformę Sądu Najwyższego, ale się nie cieszył, to nic nie powiedzieć. Z wściekłości i mściwości przetrzymał do ostatniej minuty moment złożenia podpisu czyli de facto moment wypicia piwa, które sam nawarzył. Jednak po podpisaniu nie zdzierżył i dostał ataku histerycznej, infantylnej agresji. Wykipiała z niego złość i upokorzenie. Krzyczał o „bezkarnej kaście” i „anarchii” sędziów. Wydzierał się, pretensjonalnie modulował głos, robił miny, przewracał oczami. Zachował się, jak to on, jak infantylny, histeryczny, katolicki maminsynek. Na koniec wydał dyspozycję, by najdłużej jak to możliwe zwlekać z publikacją ustawy. Zuch, mołodiec!

 

***

Strzeż się księdza, bo może być przyczyną wielu groźnych chorób. Do niezliczonych szkodliwych i niebezpiecznych przedmiotów, substancji itp. dołączyli księża. Wszyscy pamiętamy rozmaite ostrzeżenia, a to, że „zapałki w ręku dziecka to pożar”, a to tabliczki z trupią główką i napisem „baczność, urządzenie elektryczne”, a to że należy myć ręce przed posiłkiem i po wyjściu z toalety, a to, że należy chronić się przed ogniskami chorobotwórczych bakterii, starannie myć owoce i warzywa przed spożyciem, strzec się przed chorobami wenerycznymi i a to, że nie wolno przewozić środkami komunikacji publicznej substancji żrących, toksycznych, śmierdzących oraz przedmiotów odrażających. Okazuje się, że także kontakt z księdzem „może być przyczyną wielu groźnych chorób”, a osobie ukąszonej przez księdza może grozić „seria bolesnych zastrzyków”. Jeśli kto ma życzenie, można by to porównać do nazistowskich afiszy antysemickich o „wszach i tyfusie plamistym”. Do listy niebezpieczeństw dołączą księża diecezji płockiej, bo wszedł w życie specjalny kodeks biskupa Piotra Libery dotyczący pracy z nieletnimi. Zapracowali Wielebni na ten godny status. Gratulacje i powinszowania! Ale, ale, te przepisy sanitarne powinny wejść w życie w całej Polsce, bo kapłani przecież są równi wobec prawa.

 

***

Aliści, jeszcze nie ostygł film „Kler” i instrukcja Libery, a tu już klechy bezczelnie otworzyli mordy, zamiast skorzystać z okazji i trzymać je zamknięte szczelnie na kłódkę. I tak Głódź gdański wziął w obronę doszczętnie zdemoralizowanego prałata Jankowskiego, a Nycz warszawski obrażał się z powodu braku całkowitego zakazu aborcji. Im naprawdę się wydaje, że są jeszcze moralnymi autorytetami. „Kleru” na nich nie ma – obłudników. Natomiast w błazeńskim wywiadzie dla Polsat News, abp poznański Gądecki objawił dobre samopoczucie i po porównaniu filmu „Kler” do nazistowskiego „Żyda Süssa” stwierdził, że „film ten nie będzie miał wpływu na praktyki religijne Polaków, bo przywiązanie do nich jest oczywiste”. Biedny błazen chyba niczego nie czyta w tej swojej wieży z kości słoniowej. Nie wie, że polskie młode pokolenie jest światowym czempionem w tempie laicyzacji, czyli jego przywiązanie do religii gwałtownie topnieje, a poparcie dla prawa do wolnej aborcji do 12 tygodnia zwiększyło się z 18 procent na początku 2016 roku, po „czarnym proteście” wzrosło do 42 procent, a teraz zwiększyło się do 69 procent. Niech Gądecki podziękuje za to swoim sojusznikom, Kai Godek i Ordo Iuris.

 

***

Szef MSZ Czaputowicz pozazdrościł poprzednikowi Waszczykowskiemu głupawych wybryków i nazwał Francję „chorym człowiekiem Europy ciągnącym ją w dół”, przeciwstawiając jej pisowską Polskę jako „jasny punkt na mapie Europy ciągnący ją w górę”. To prawda, że Francja nie jest dziś jako kraj w zbyt dobrej formie, ale chciałbym, żebyśmy tu nad Wisłą byli już tak chorzy jak Francja. To – mimo wszystkich kłopotów – cywilizacja ciągle z innej niż Polska półki. Konie kują, a megalomańska żaba podstawia nogę.

 

***

Bracia Karnowscy to prawdziwi ekscentrycy. Widać też, że to i owo przeczytali z klasycznej literatury. Wyraźnie z „Folwarku zwierzęcego” Orwella zaczerpnęli ideę, która przyświeca formule ich nagrody dla „Człowieka wolności”. Tak jak u Orwella aparat represji nazywał się Ministerstwem Miłości, a aparat kłamliwej propagandy – Ministerstwem Prawdy, tak w roku 2016 tytułem „Człowieka Wolności” uhonorowali nagrodą „Sieci” prezesa PiS, w 2017 – Przyłębską, a w 2018 – ministra kultury Glińskiego. Jednak nie tylko ekscentryzm powoduje Karnowskimi. Oni wiedzą za Karolem Marksem, że „wolność jest uświadomioną koniecznością”.

 

***

Cokolwiek dziwny wyrok w sprawie niemieckiego serialu „Nasze matki, nasi ojcowie” wydał krakowski sąd. Emocjonalną konfuzję i gorycz bogu ducha winnego, bardzo sędziwego kombatanta AK, który podał do sądu twórców serialu, można zrozumieć. Pokazano tam bowiem akowców jako antysemitów, a on antysemitą się nie czuje i pewnie nie jest. Jednak istnieją udokumentowane świadectwa, że postawy antysemickie w polskim podziemiu niepodległościowym w okresie okupacji, w tym tak licznej organizacji, jaką była AK, występowały. Świadczy o tym choćby sprawa mordu na ludziach akowskiego Biura Informacji Prasowej, Makowieckiego i Widerszala w czerwcu 1944 roku. Przede wszystkim jednak mamy do czynienia z fabularnym serialem, z fikcyjną, zmyśloną akcją, w której uprawnione są rozmaite ujęcia, uogólnienia czy uszczegółowienia zgodne z ideą artystyczną utworu. Równie dobrze można by bowiem podawać do sądu twórców „Stawki większej niż życie” za to, że postać hauptsturmführera Hermanna Brunnera stawia gestapo w świetle bardziej negatywnym niż na to zasługiwało, względnie że jest jako esesman pokazany zbyt sympatycznie, a autorów „Czterech pancernych i psa” oskarżać o pokazywanie sowieckich wrogów jako ciepłych sojuszników.

 

***

Nie po raz pierwszy ujawniają się tzw. „murzyńskie” cechy części narodu polskiego, przy czym „murzyńskość” należy tu rozumieć w aspekcie mentalnym, a nie koloru skóry. To archaiczna mentalność, która nakazywała kiedyś oszukiwanym plemionom afrykańskim przyjmowanie w dobrej wierze paciorków od białych kolonizatorów. Ten sam mechanizm powodował tymi, którzy przed laty, za rządu PO-PSL, uwierzyli złoty deszcz od arabskiego inwestora. Jeszcze wcześniej katolicki naród porzucił katolickich nudziarzy politycznych, Wałęsę i Mazowieckiego i uwierzył w syreni śpiew cudotwórcy z Peru, Stanisława Tymińskiego. Potem wierzył w rozmaitych stadionowych uzdrowicieli. Teraz ta naiwna „murzyńskość” (przepraszam wszystkich inteligentnych czarnoskórych) kazała poważnym, jak można by przypuszczać, działaczom i funkcjonariuszom z KS Wisła Kraków uwierzyć, jak w dobroczynną wartość ofiarowanych paciorków, w uczciwe intencje jakiegoś azjatyckiego kombinatora na milę cuchnącego szachrajem i kryjącego wizerunek jak przestępca w sądzie. Również niedawny pisowski ekspres z prądem w Sejmie i Senacie, to już przewidywalna i nudna nowa świecka tradycja.

 

***

I tak miałem nie wpuścić do mieszkania klechy łażącego po tzw. kolędzie, czyli za świeżą kasą na nowy rok, ale gdy zobaczyłem na klatce schodowej dwóch małoletnich (góra lat dziesięć) ministrantów-niewolników, pozostawionych przez niego bez opieki i wyczekujących na swojego pryncypała, właśnie obchodzącego lokale za kasą, nie wpuściłem go tym bardziej. Zastanawiam się od lat, czy w dobie czyhających na młodych ludzi(także tych ubranych w bielutkie komże) niebezpieczeństwa jest jakiś sens w ich narażania na niewłaściwe zachowania ze strony niektórych przedstawicieli naszego ultrakatolickiego społeczeństwa? Czy w ogóle jest jakiś sens aby klesze towarzyszyła (przed domem wiernego-wiernej) taka obstawa?

 

***

A już na koniec… Wszystkim PT Czytelnikom Bigosu tygodniowego życzę wszelkiej pomyślności w Nowym Roku i do zobaczenia na łamach naszej gazety.

Martwi, ale suwerenni

Suwerenność to modus operandi polskich władców. Za każdym razem obsesja na punkcie niezależności ośrodków władzy kończyła się tragicznie. Odmowa przyjęcia modernizacyjnych trendów i bezkrytyczne zadowolenie ze „szlacheckiej wolności” doprowadziło do katastrofy Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Suwerenna jak jasna cholera była też II Rzeczpospolita. Tak bardzo, że kiedy w 1939 roku wybuchła wojna, okazało się, że może liczyć tylko na siebie. Teraz dowiadujemy się, że Polska nie zamierza uczestniczyć w ratowaniu planety przez klimatyczną zagładą, bo rezygnacja z węgla stoi w sprzeczności z „suwerennością energetyczną”.
Taką informacją uraczył nas sam prezydent. Andrzej Duda jest jednym z najczęściej cytowanych polityków szczytu COP24. Politycy, aktywiści, pracownicy organizacji pozarządowych z ust polskiej głowy państwa mają okazję usłyszeć stwierdzenia niespotykane na takim szczeblu. Duda oznajmił, że porzucenie węgla byłoby z punktu widzenia polityki, którą realizuje nasze państwo – dziwne. Tego samego dnia, gdy Bank Światowy poinformował o przekazaniu 200 miliardów USD na transformację energetyczną gospodarek rozwijających się, a przedstawiciele organizacji chroniących klimat apelowali o przyspieszenie rezygnacji z paliw kopalnych, Andrzej Duda z przekonaniem stwierdził, że nasz kraj stać będzie czarnym kruszcem i żadne siły nie przekonają nas do zboczenia z tego kursu. W efekcie Katowice znalazły się na ustach całego świata. Nie tylko z powodu szczytu, ale również z uwagi na to, czym gospodarze się szczycą. A szczycą się dokładnie tym, z czym szczyt klimatyczny walczy – oporem podpartym ignorancją i partykularyzmem. Hasło promującym stolicę województwa śląskiego brzmiało do niedawna „Katowice – dla odmiany”. I chyba jeszcze nigdy nie było tak dosłowne. W Katowicach bowiem, gdy cała społeczność międzynarodowa skupia wysiłki na ochronie klimatu, polski prezydent, dla odmiany postanowił się tym nie przejmować.
Polska, na europejskiej mapie zanieczyszczenia powietrzna nie jest już czerwoną plamą, oznaczającą krytyczny stopień zawartości toksycznych pyłów i substancji. Kontury naszego kraju pokrywają się z obłokiem koloru fioletowego. Działacze Alarmu Smogowego zaprezentowali niedawno nagrania z centrów polskich miast przedstawiające „dopuszczalne” stężenie zanieczyszczeń. Wygląda to tak, że nic nie wygląda, bo trująca mgła jest tak gęsta. że spod Novotelu nie widać Pałacu Kultury. „Nie mamy płuc ze stali” – apelują aktywiści. Rządzący mają ich jednak w dupie, bo co tam ludzie zdrowie, życie i wzrastająca temperatura planety, kiedy my tu walczymy o obronę polskiego interesu narodowego. Jak zawsze, w miarę intensyfikacji walki o suwerenność, pogłębia się koszmar zwykłego człowieka, mającego nieszczęście zamieszkiwać te ziemie.
Obecnie, każdego roku od chorób układu krążenia i oddechowego spowodowanych zanieczyszczeniem powietrza umiera w naszym kraju prawie 50 tysięcy osób. To tylko trochę mniej od populacji Bełchatowa – miasta, w którym znajduje się zakład produkcji energii, oczywiście węglowy, trzeci największy truciciel Starego Kontynentu. Plan ministra Krzysztofa Tchórzewskiego zakłada rozprawienie się z wiatrową produkcją energii do roku 2035, a kolejne węglowe siłownie wyrastają jak grzyby po deszczu, jest zatem szansa, że roczna liczba ofiar złożonych na ołtarzu suwerenności przebije wkrótce bełchatowską społeczność.
Andrzej Duda w wigilię rozpoczęcia COP24 spotkał się z Sekretarzem Generalnym ONZ. Dla Antonio Guterresa była to okazja nie tylko do tego, by posłuchać karbonowych mądrości polskiego przywódcy, ale również do przyjrzenia się nietypowej prezencji naszego prezydenta. Duda miał na sobie strój górala z charakterystycznymi parzenicami. Pewnie było to nawet ciekawe złamanie oficjalnej uniformizacji, ale biorąc pod uwagę, że powiaty tatrzańskie należą do najbardziej skażonych, outfit nabiera szczególnie niefrasobliwego wymiaru. Duda podlizuje się góralom, udając jednego z nich. Jednego dnia zapewnia górników, że żadne siły nie doprowadzą do wygaszenia polskiego przemysłu wydobywczego. Drugiego podpisuje deklarację o sprawiedliwej transformacji, z której wynika, że jednak za kilkadziesiąt lat kopalnie zamkniemy, z tym, że państwo mądrze ten proces zaplanuje i zapewni zwalnianym inne zajęcie. Wnioski niestety nasuwają się przykre. Po raz kolejny nasza prawica generuje tylko puste komunikaty, które w jej mniemaniu w danym momencie zapewnią wzrost słupków poparcia. Refleksji długoterminowej – ani społecznej, ani ekologicznej – nie ma po jej stronie żadnej.
Andrzej, zrozum – Polacy nie są sami na tym świecie. Jesteśmy drugim największym producentem węgla w Unii Europejskiej. 80 procent energii wytwarzanej w tym kraju pochodzi z węgla. Kiedy następnym razem zaczniesz mamrotać coś o suwerenności, weź po uwagę, że nasze uzależnienie od węgla jest tak duże, że musimy importować ten surowiec, o zgrozo, z Federacji Rosyjskiej. Zdaję sobie sprawę, że zatruwanie Niemców Łużyckich, Słowaków, Czechów oraz ryb w oceanach nieszczególnie Cię niepokoi, ale pomyśl o tych dzieciach,co dzięki pięciu stówom przychodzą teraz na świat. Polskie to dzieci. Koniecznie chcesz je ukatrupić?

Nasza ekologiczna kompromitacja

Górnicza orkiestra grająca na powitanie, poczęstunek z mięsa dzika i jelenia, jednorazowe kubki i serwetki, prezydent Duda mówiący o tym, że węgiel nie szkodzi klimatowi… a to Polska właśnie.

 

– Mamy węgla na 200 lat i trudno, żebyśmy z tego naszego surowca, który daje nam suwerenność energetyczną, zrezygnowali. (…) Użytkowanie własnych zasobów naturalnych, czyli w przypadku Polski węgla, i opieraniu o te zasoby bezpieczeństwa energetycznego nie stoi w sprzeczności z ochroną klimatu i z postępem w dziedzinie ochrony klimatu — taką myślą podzieliła się głowa polskiego państwa 3 grudnia.
Natychmiast zareagowało Greenpeace: „Ta wypowiedź stoi również w całkowitej sprzeczności ze stanem nauki. Wszyscy naukowcy na świecie, wszyscy ludzie, którzy zajmują się klimatem mówią, że jest odwrotnie niż mówi prezydent Duda. (…) Kraje rozwinięte, takie jak Polska, muszą odejść od węgla już do 2030 roku. Wypowiedź prezydenta jest afrontem wobec osób, które przyjechały na negocjacje klimatyczne po, to żeby znaleźć sposób na zatrzymanie tej gigantycznej katastrofy, która będzie zagrażać setkom milionów ludzi na całym świecie”. Sytuację musiał ratować również minister środowiska Henryk Kowalczyk, do którego z opóźnieniem dotarło, co właśnie nawygadywał Andrzej Duda: — Nie będzie zwiększane spalanie węgla. Natomiast przez następne lata będziemy rozwijać energetykę bezemisyjną. To jest zresztą nasze wyzwanie i temu musimy sprostać — plątał się w TVN24, próbując złagodzić słowa prezydenta. — Teraz mamy gospodarkę opartą na węglu i to jest fakt. Na pewno jeszcze przez wiele lat będzie oparta na węglu, chociaż ten udział będzie malał.
Po internecie krążą już dziesiątki memów z Andrzejem Dudą i Arnoldem Schwarzeneggerem, aktorem i byłym gubernatorem Kalifornii, znanym z zaangażowania na rzecz ochrony środowiska i klimatu. Zarówno Arnie, jak i David Attenborough, znany w Polsce lektor filmów przyrodniczych nadawanych w telewizji publicznej, musieli słowa Dudy słyszeć i jeśli nie było dla nich jeszcze jasne, dlaczego w polskim szczycie nie wzięli udziału najważniejsi światowi przywódcy (Putin, Macron, Merkel), to po tej wypowiedzi takim się stało.
Polskie stoiska na COP24 obfitowały w poczęstunek z mięsa dzika i jelenia, dekoracje zrobione z węgla kamiennego (mogliśmy sobie na to pozwolić, w końcu mamy zapasy na 2 stulecia), a także zdjęcia przedstawiające wycinkę drzew (rząd pochwalił się, jak świetną gospodarkę drzewną prowadzą Lasy Państwowe), jednorazowe kubki i serwetki. Zgromadzonym gościom ze 190 krajów zagrała górnicza orkiestra.
A to dopiero początek szczytu COP24, który potrwa 2 tygodnie. Czekają nas zatem jeszcze 2 tygodnie dalszego kompromitowania się przed europejskimi i pozaeuropejskimi sąsiadami. Jeszcze 2 tygodnie zastanawiania się, czy nasi uprawiają trolling idei przyświecających szczytowi sami z siebie, czy może ktoś im za to płaci.
Według Andrzeja Dudy Polska gospodarzy szczytowi „po to, żeby mówić prawdę w sposób wolny od politycznej poprawności dyktowanej przez nie nasze, nie polskie interesy”. To stanowisko zbieżne z poglądami wyrażonymi na antenie TVN24 przez Mariana Piłkę, który uparcie udowadniał, że kiedy jest cieplej i lato trwa dłużej, to ludziom na Ziemi żyje się przyjemniej.
To tak, jakby na światową konferencję zaprosić gremium najbardziej cenionych w świecie specjalistów od chirurgii dziecięcej i forsować na nim pomysł, że operacje są zbędną ingerencją w ciało człowieka.
Polska znów postrzegana będzie jak kuzyn z żółtymi papierami, którego nie należy traktować poważnie, ale śmiechu dostarcza co niemiara. Na 200 kolejnych lat.

Głos prawicy

Tymczasem w Królestwie Jezusa Chrystusa

 

Trzeba nam o Chrystusie powiedzieć wprost, o Niego zawalczyć, o Chrystusie przekonać. Trwać dla Niego na Jego drodze, a to jest często droga krzyża – mówił w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie – Łagiewnikach ks. abp Andrzej Dzięga. Metropolita szczecińsko – kamieński przewodniczył Mszy św. w drugą rocznicę przyjęcia Jubileuszowego Aktu Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana.
W homilii duchowny zaznaczył, że należy zadać sobie pytanie na ile, każdy z nas, przyjmuje Chrystusa jako Syna Bożego, mesjasza i zbawiciela.
– A więc jako Pana, jako Chrystusa namaszczonego, Władcę, Księcia pokoju, Dawcę prawa. Tego, który ma zgromadzić cały świat i złożyć u stóp Ojca, gdy już wszystko zgromadzi, wszystko złoży u stóp Ojca. I nastąpi jedno wielkie i powszechne Królestwo. Przecież ja w to wierzę, dlatego gdy dotykami tajemnicy Chrystusa Króla, Króla królujących i Pana panujących, to przede wszystkim pytamy o naszą własną wiarę, o naszą własną pewność i o to jak się ta tajemnica już wpisuje w nasze osobiste życie – akcentował metropolita szczecińsko – kamieński.
Ks. abp Andrzej Dzięga wskazał, że przykładem tego w jaki sposób należy przyjąć Chrystusa mogą być dla nas Matka Boża, św. Józef, Jan Chrzciciel czy Piotr Apostoł.
Metropolita szczecińsko – kamieński wskazywał, też na potrzebę jednoznacznego stanięcia przy Chrystusie.
– Każde pokolenie, które było wierne Chrystusowi, było pokoleniem mocnym duchowo, mocnym kulturowo, politycznie i gospodarczo. Każde pokolenie, które odchodziło od Chrystusa, mówiąc „Daj spokój Panie, my sobie poradzimy sami” – słabło. Słabło również kulturowo, politycznie i gospodarczo. Trzeba nam przy Chrystusie stanąć jednoznacznie. O Chrystusie powiedzieć wprost, o Niego zawalczyć, o Chrystusie przekonać i dla Niego trwać na Jego drodze, a to jest często droga krzyża – podkreślał ksiądz arcybiskup.
Akt Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana został proklamowany 19. listopada 2016 r. w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie – Łagiewnikach. Uczestniczył w nim m.in. prezydent Andrzej Duda.
Obchody zgromadziły wówczas blisko 100 tys. wiernych i były zwieńczeniem nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia oraz 1050. rocznicy Chrztu Polski.

Info za: Radio Maryja.

Elgiebete mocno śpi

Są rzeczy, których nie mówi się głośno, będąc prezydentem 40-milionowego kraju w środku Europy, nawet wtedy, kiedy twojej partii spada poparcie tak mocno, jak teraz spada PiS-owi. I nawet jak boli cię z tego powodu serduszko.
Nie wiadomo, czy Andrzej Duda sam z siebie postanowił nagle bez wazeliny wejść w tyłki skrajnie konserwatywnych, katolickich środowisk, czy może to doradcy prezesa, przekonani, że to jedyna możliwa strategia, jaka pozostała im po stracie wyborcy centrowego, szepnęli mu na uszko: „Andrzejek, a weź teraz powiedz coś, co może się spodobać kibolom”. Grunt, że pan prezydent dostał wzmożenia bogobojności i rozgadał się dziennikarzom „Niedzieli” oraz „Naszego Dziennika”, że tylko czeka, aby poprzeć ustawy o zakazie „aborcji eugenicznej” i „propagandy homoseksualnej”. Bo właśnie to jest Polsce potrzebne najbardziej w tygodniu poprzedzającym pierwszą rozprawę dotycząca praworządności przed TSUE.

Chciałabym teraz zobaczyć minę Rafała Wosia, któremu jeszcze niedawno marzyło się wychowywanie polityków PiS do równości i szacunku do odmienności. Chyba że współpraca ta miałaby polegać na wspólnej pogoni za odszczepieńcami pod hasłem „bić pedała!”, ale o taką formę wyrażania lewicowej solidarności z klasą ludową redaktora Wosia nie posądzam. Niestety, znów przekonaliśmy się dobitnie, że jakkolwiek by nie pudrować homo – i ksenofobii obecnych rządzących, ona bulgocze pod powierzchnią i oficjalnie trzyma się ją w szafie jako arsenał awaryjny, gdy poparcie osiągnie punkt krytyczny. Osobiście myślę, że wypowiedź Dudy mogła być częścią przedmarszowej gry z narodowcami, nastawionej na ich uspokojenie przed 11 listopada i puszczeniem do nich oka: „spokojnie, wasz prezydent też nie jest za pedałami i ciapatymi”.
Swoją drogą, zupełnie hipotetycznie, ciekawe jak pan prezydent sobie taki zakaz „homopropagandy” wyobraża. Co musiałoby znaleźć się w ustawie, aby zaspokoić najtwardszy elektorat? Przymusowa deportacja Roberta Biedronia? Likwidacja fundacji walczących o prawa osób LGBT? Zakaz transmisji we wszystkich stacjach telewizyjnych zagranicznych uroczystości, na których pojawiają się politycy tej samej płci?

Wypowiedź Andrzeja Dudy powinna być dla lewicy ostatecznym dowodem na to, że jakakolwiek współpraca czy choćby miligram kredytu zaufania dla jego formacji nie powinien mieć racji bytu. Duda udowodnił bowiem, że jeśli będzie tego wymagała polityczna kalkulacja, nie zawaha się poszczuć na najsłabszych. Kiedy głowa państwa, wykształcony człowiek, świadomie gra na ukrytych lękach, że wraz z przyswojeniem rozwinięcia skrótu LGBT polskie dzieci przyswoją sobie zamiłowanie do rozpusty – to jest to podobny mechanizm do tego, za pomocą którego w latach dwudziestych trzydziestych podsycano lęki wokół przerabiania niemowląt na macę. Zawsze i wszędzie takie działania zasługują na potępienie ze strony wszystkich lewicowo myślących ludzi. Nie wyobrażam sobie, aby ktoś teraz powiedział wszystkim osobom nieheteronormatywnym, czy osobom transpłciowym, żeby taką wypowiedź puściły mimo uszu, bo ich prawa są dopiero na dwudziestym miejscu planu „udomowienia” prawicy.

Bajaderka 2 – zamiast Flaczków

Prezydentopodobny Produkt Prezesa (dalej PPP) miotał się w minionym tygodniu wyjątkowo nawet jak na standard, do którego nas wcześniej przyzwyczaił. Najpierw zaprosił „cały naród” do udziału w tzw. Marszu Niepodległości, a kiedy okazało się, że zawiadujące tym marszem towarzystwo spod ciemnej gwiazdy nie zamierza dostosować się do jego oczekiwań i ograniczyć emblematyki marszu do biało-czerwonych flag, ogłosił rejteradę i zrezygnował z udziału. Na tym tylko przykładzie widać, że świętą rację mieli ci, którzy nie od dziś ostrzegali, że hołubienie grup faszyzujących kiboli i nie-kiboli skończy się dla PiS tak, że stanie się ich zakładnikiem, a ogon zacznie machać psem. I stało się. To nie PPP stawiał warunki naziolom ze Stowarzyszenia Marsz Niepodległości, ale oni jemu, a skończyło się na tym, że musiał wycofać się z podwiniętym ogonem. Naziole rządzą! Grzegorze Dyndały same tego chciały!

***

PPP miotał się też w sprawie wymyślonego przez PiS w nagłym trybie dnia wolnego od pracy, tu i ówdzie nazwanego „kacowym”. Nawiasem mówiąc, niby rozsądne głosy, że PiS powinno na długo wcześniej wyjść z tym projektem, jeśli miał mieć ręce i nogi, nie uwzględnia natury działania pisiorów. A skąd oni mogli wiedzieć rok czy dwa lata temu, że przyjdzie im ponosić dodatkowe koszty poparcia wyborczego, skoro miało być z tym lepiej i tylko lepiej? Gdyby nie potrzeba ubicia kilku dodatkowych punktów w drugiej turze wyborów samorządowych, raczej by na pomysł wolnego 12 listopada nie wpadli. A co do miotania się PPP: najpierw znów się nadął jak purchawka i udawał, że zamierza namyślać się czy podpisać ustawę o dniu wolnym po przeanalizowaniu jej, ale już tego samego dnia wieczorem zrejterował i w ciemno oświadczył (ustami przybocznego Spychalskiego), że ją podpisze na pniu, bez czytania. Panie PPP, doprawdy człowiek niezłomny tak się nie zachowuje.

***

Kolejna ex-„lwica lewicy”, Genowefa Grabowska znów wysługiwała się pisiorom na portalu „w potylicę” Karnowskich i broniła racji demokraty Ziobry przed uzurpacją ze strony TSUE.

***

Ucichł coś Stary Morawiecki, który ostatnimi czasy nie schodził ze ekranów telewizyjnych. Charakterystyczne, że ucichł po swoich proputinowskich deklaracjach. Syn ochrzanił go za to jak święty Michał diabła i Stary skorzystał z okazji by zamilczeć. Syn miał rację, bo w kontekście „rosyjskich śladów” Macierewicza odkrytych przez Tomasza Piątka, wynurzenia Ojca mogą wybrzmiewać dość dwuznacznie.

***

Każdy, kto obejrzał w TVN rozmowę Katarzyny Kolendy-Zaleskiej z komendantem (tak kazał się rozmówczyni nazywać) Służby Ochrony Państwa (następczyni BOR) generałem Tomaszem Miłkowskim, ten ma powód by lękać się o bezpieczeństwo VIP-ów, nawet jeśli za nimi nie przepada, jak piszący te słowa. Miłkowski objawił tak piramidalną niekompetencję w zakresie działania kierowanej przez siebie instytucji i taką nieporadność myślową, że nawet Kolenda-Zaleska, która nie ma w sobie drapieżności Moniki Olejnik sprawiła, że pod naporem jej pytań Miłkowski wił się jak piskorz, plótł jak Piekarski na mękach, a pot spływał mu po twarzy strugami, co na ekranach telewizyjnych prezentujących obraz szczególnie wysokiej jakości jawiło się bardzo realistycznie. Miał chłop szczęście, że nie trafił tego dnia do „Kropki nad i”, bo Olejnik zrobiłaby z niego flaczki z majerankiem lepsze niż u Gesslerowej. Dla Miłkowskiego było na przykład normalnym bieganie PPP po jezdni po potrąceniu dziecka na pasach. Tymczasem nawet dla takiego laika w tej dziedzinie jak ja, jest oczywiste, że po niespodziewanym zatrzymaniu się kolumny, dwóch oficerów ochrony powinno błyskawicznie stanąć przy tylnych drzwiach po obu stronach auta PPP, by profilaktycznie zablokować do niego dostęp z zewnątrz, a jednocześnie uniemożliwić Dostojnemu Pasażerowi spontaniczne wydostanie się z auta.

***

Jak donoszą (choć nie nazbyt wyczerpująco i obficie) pewne źródła, Ziobro wymyślił, żeby na 100 rocznicę Niepodległości sprawić prezent Nieboszczykowi JP2 i wystąpić z projektem ustawy o całkowitym zakazie aborcji. Miałoby się pod nią podpisać 15 posłów, a oficjalną sakrę miałby dać Ojciec Inwestor z Torunia. Podobno Prezes już się zirytował i zagroził ewentualnym projektodawcom i sygnatariuszom wyrzucenie z partii. Co do reakcji Prezesa, to wiadomo: przed laty już pozbył się z PiS jednego antyaborcyjnego ultrasa Marka Jurka, a Czarny Protest sprzed dwóch lat tak go przeraził, że – by tak rzec – własnoręcznie z sejmowej trybuny zdezawuował fanatyczny projekt Ordo Iuris i doprowadził do jego utrącenia. Ziobro wszystko to doskonale wie, podobnie jak wie, że próba wyjścia z tym projektem na forum Sejmu wywoła potężną burzę na skalę krajową, więc jego pomysł ma znamiona prowokacji w stosunku do prezesa, rządu i sojuszniczej partii PiS. Dlaczego więc to robi, on, raczej niespecjalnie kojarzony z kręgami antyaborcyjnych ultrasów? Wśród spekulacji wokół przyczyn tego wybryku jest i taki, że Ziobro czuje, iż jego czas na stanowisku Ministra Sprawiedliwości jest policzony, bo Młody Morawiecki go nienawidzi i nie od wczoraj chce się go pozbyć jako konkurenta do schedy po Prezesie. Niektórzy też mówią, że gdyby ostatni wynik wyborczy był bardziej zadowalający i osiągnął wymarzone 40 procent, to Prezes rzuciłby Ziobrę Morawieckiemu na pożarcie w akcie wdzięczności za taki sukces. Do wyrzucenia Ziobry asumpt dałyby mu też bardzo – delikatnie mówiąc – połowiczne efekty „reformy” sądownictwa, a z punktu widzenia wydźwięku politycznego jej klapa, zwłaszcza w Sądzie Najwyższym i w obliczu coraz bardziej stanowczych działań europejskich sądów i trybunałów. Niedostatecznie zadowalający wynik wyborczy co najmniej odwlekł ten moment i uratował Ziobrze głowę. Ten, mimo to, czuje się coraz bardziej zagrożony, więc co rusz wyskakuje z jakimś prewencyjnym posunięciem, jak choćby z wnioskiem do „TK” Przyłębskiej w sprawie uprawnień sędziów do kierowania pytań prejudycjalnych. Nic też dziwnego, że po ogłoszeniu „taśm Morawieckiego” wielu komentatorów spiritus movens tego wydarzenia upatruje we wpływach Ziobry. Posunięcie z zakazem aborcji wygląda na okazanie polisy ubezpieczeniowej wystawionej mu w Toruniu.

***

Wszyscy rzucili się na PiS z krytyką, że zmarnowało pieniądze przeznaczone na organizację obchodów 100-lecia Niepodległości, że zabrakło jednego wyjątkowo spektakularnego wyrazu tych obchodów. No jak to? A odsłonięcie pomnika Lecha Kaczyńskiego na placu Piłsudskiego? To jest crème de la crème tych obchodów, ukoronowanie dążeń prezesa PiS. Niestety, jak na mój gust ten pomnik jest zbyt skromny, zbyt niepokaźny. Uważam, że pomnik Lecha Kaczyńskiego powinien być tak wielki, by między jego nogami mógł zmieścić się obiekt wielkości Pałacu Kultury i Nauki.

***

Aha, jeszcze jeden akcent tych obchodów świadczący o stanie ducha obozu władzy – NSZZ „Solidarność” pójdzie w „Marszu Niepodległości” z naziolami. Ciągnie swój do swego.