Obiektywizm prezydenta

Wszyscy prezydenci III RP w czasie kampanii wyborczych podkreślali, że będą „prezydentami wszystkich Polaków”. Potem szybko się okazywało, że jednak czują się bardziej związani z ugrupowaniami politycznymi, z których się wywodzą.

To wobec tych ugrupowań byli mniej krytyczni. Rzadko im się zdarzało nie podpisać czegoś, na czym tym ugrupowaniom specjalnie zależało.
Z moich nieudolnych obserwacji wynika, że największy obiektywizm wykazywał Aleksander Kwaśniewski. Starał się to robić Lech Kaczyński, chociaż w w okresie, kiedy premierem był jego brat – bliźniak, niezależność prezydenta w ogóle nie była widoczna.

Prezydent dobry, czyli spolegliwy

Apogeum uzależnienia decyzji prezydenta od życzeń „partii i rządu” osiągnęliśmy jednak dopiero w czasie ostatnich czterech lat. Prezydent Andrzej Duda grzeszy wobec suwerena nie tylko łatwością podpisywania niedostatecznie przemyślanych ustaw. Jeszcze bardziej – moim zdaniem – grzeszy nienaturalną aktywnością w popieraniu rządowych koncepcji, pełnieniem roli agitatora w ich obronie przed krytyką opozycji i wątpliwościami obywateli, podsycanymi przez „ulicę i zagranicę”. Szczytem rozbieżności między deklaracjami pełnienia roli „prezydenta wszystkich Polaków” i politycznym zaangażowaniem w sankcjonowanie wątpliwych pomysłów władzy wykonawczej i ustawodawczej, jest trwająca od kilku miesięcy akcja walki z sądami i sędziami.

Atak na szeroko rozumiany wymiar sprawiedliwości ma charakter kompleksowy. Zaczął się od lekceważenia wyroków Trybunału Konstytucyjnego i opanowaniu go przez „swoich”, czyli uległych wobec rządzącej partii i jej rządu. Potem przyszła kolej na Sąd Najwyższy. Tu bitwa nie była w pełni wygrana, bastiony trzech izb pozostały niezdobyte i budząca u Prezydenta odruchy wstydu i zniecierpliwienia Pierwsza Prezes SN też pozostała na swojej barykadzie. Ale udało się stworzyć nową, wewnętrzną fortecę, której zadaniem ma być pilnowanie porządku, wyłapywanie niepokornych sędziów i ich przykładne karanie. A Pierwszej Prezes kończy się kadencja, więc postanowiono poczekać i potem doprowadzić do powołania „swojego człowieka”. Kandydaci już stoją w kolejce.

Teraz zostało zadanie najbardziej szerokie i tym samym najtrudniejsze. Podporządkować jedynie słusznej władzy i jej niesprecyzowanym ideom sądy powszechne, czyli te, które mają bezpośredni i codzienny wpływ na życie suwerena.

Sędziowie – wrogowie

Teoretyczne podstawy tych dokonanych i planowanych zmian były by śmieszne, gdyby traktowano je jako ćwiczenie akademickie z teorii zarządzania. Ale – niestety – nie są teorią, mają w realu zrewolucjonizować nasze sądownictwo. Aby zyskać przychylność obywateli, wymyślono cały pakiet argumentów, wyjaśniających nieodpartą potrzebę tej rewolucji.

Po pierwsze – wygraliśmy pierwsze i drugie wybory, bo 80 proc. społeczeństwa chciało, aby usprawnić działanie wymiaru sprawiedliwości. I to właśnie – mimo oporów ze strony „kasty” – robimy, chociaż efekty nie są na razie widoczne.Po drugie – musimy zmienić większość kadry sędziowskiej bo nie chce dobrej zmiany i nie potrafi jej wprowadzić. Pamiętajmy, że – cześć tej kadry została powołana jeszcze za czasów PRL i jest splamiona współpracą z komunistycznymi służbami i wydawaniem niesprawiedliwych wyroków na działaczy demokratycznego podziemia;
– są wśród nich ludzie nieuczciwi, korzystający z każdej okazji aby ukraść kawałek kiełbasy, kilkadziesiąt złotych albo część do jakiegoś urządzenia;
– wielu z nich wydaje wyroki zaniżone, stosując tylko prawo i nie biorąc pod uwagę społecznych nastrojów;
– uważają władzę sądowniczą za niezależną, utrudniając tworzenie ustroju, w którym życie kraju jest bezbłędnie sterowane z jednego miejsca. To miejsce jest na razie na skromnej ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie, ale dożyjemy czasów, kiedy będzie górować nad miastem w ogromnym wieżowcu. Może nawet dwuwieżowym.
Po trzecie – musimy zapewnić niezawisłość i swobodę działania nowej Krajowej Rady Sądowniczej – z trudem utworzonego organu, którego skład składa się z ludzi rozumiejących potrzebę i stosowane metody zmian. Nie możemy jednak ujawniać, kto popierał ich wybór, bo złośliwi ludzie drugiego sortu mogliby mieć do nich pretensje.
I po czwarte – nie możemy dopuścić do tego, aby totalna opozycja wykorzystywała swoje znajomości i przenosiła wewnętrzny spór za granicę – zwłaszcza do Unii Europejskiej. Jak słusznie wykrzyczał pan Prezydent Duda – „nikt nam nie będzie dyktował w obcych językach, jak mamy organizować nasz wymiar sprawiedliwości”.

Na progu kampanii wyborczej

Analizując ten bardzo uproszczony zestaw argumentów, uzasadniających partyjno – rządową koncepcję uzdrowienia systemu wymierzania sprawiedliwości, nie znalazłem żadnych znaczących sugestii poprawy jego organizacji. A – moim zdaniem – właśnie w organizacji sądownictwa i prokuratury „der Hund ist begraben”. Wprawdzie tow. Lenin mówił, że „kadry decydują o wszystkim” i tow. Stalin to powtarzał, jednak samymi zmianami kadrowymi można wprawdzie ułatwić życie ludziom sprawującym władzę, ale nie skróci się procesów sądowych, nie zmniejszy skali niesprawiedliwych wyroków i nie ograniczy biurokracji.
Pan prezydent tak bardzo przejął się zadaniem poprawy wymiaru sprawiedliwości, że w ostatnich tygodniach mówi o tym przy każdej okazji. Mam wrażenie, że z dnia na dzień pogarsza mu się ocena sytuacji w sądownictwie i traci resztki sympatii dla sędziów. Jego krzykliwe przemówienia na ten temat wywołują wrażenie, że nie jest prezydentem, tylko przedstawicielem rządu odpowiedzialnym za wprowadzenie konkretnej ustawy. Nie porównuje głosów „za” i „przeciw”, udaje, że nie widzi protestujących autorytetów w kraju i zagranicą, nie rozważa celowości i konsekwencji proponowanych ograniczeń niezawisłości sędziów. Nie zastanawia się nad innymi koncepcjami, zwłaszcza sugerowanymi „w obcych językach”. Świadomie lub podświadomie umacnia podział społeczeństwa, zwracając się przede wszystkim do tych, którzy nie lubią „obcych”, wierzą, że jesteśmy bezgrzesznym narodem wybranym, mają pretensje do wszystkich sąsiadów.

Na piwnej imprezie w Katowicach pan prezydent zwrócił się do górników i hutników o pomoc w przekonaniu społeczeństwa, że trzeba nałożyć sędziom kagańce, uniemożliwiające okazywanie nieufności wobec poglądów i życzeń nieomylnej władzy. Nie poprosił o pomoc prawników, ubolewając przy okazji, nad niezrozumieniem prawa przez profesorów, zajmujących się tą dziedziną. Współczuję. To musi być bolesne uczucie, jak dochodzi się do wniosku, że dobrzy prawnicy już odeszli do lepszego świata, albo kierują tylko odnowionym Trybunałem Konstytucyjnym.
Przez kilka takich wypowiedzi pan prezydent dał nam do zrozumienia, że już nie jest „prezydentem wszystkich Polaków”, że przystępując do bitwy o drugą kadencję, postanowił być przedstawicielem jednej, zwycięskiej partii politycznej i jej wielbicieli. Sądzę, że nie mamy co liczyć na obiektywizm i pojednawczo – rozjemcze działania Prezydenta Andrzeja Dudy, także w innych kontrowersyjnych sprawach, które na pewno pojawią się na naszym nerwowym politycznym rynku. A to oznacza, że przed wrzuceniem kartki w majowych wyborach prezydenckich, trzeba bardzo wnikliwie rozważyć zalety i wady kandydujących pań i panów. Kilku moich przyjaciół jeszcze nie wie, na kogo zagłosują. Ale już wiedzą, że na pewno nie będzie to obecny prezydent.

Mały

Niezwykle zdumiała mnie ostatnia zmiana stylu i środków wyrazu prezydenta Andrzeja Dudy podczas niedawnych wystąpień publicznych. Z budyniowego safanduły stał się tytanowym Andrzejem. Nie spodziewałem się takiej wolty, ale skłamałbym, gdybym napisał, że wolę starego, poczciwego, przymilnego Andrzejka od nowego pana Andrzeja. Tam gdzie po jednej stronie jest wyrazistość, a po drugiej jej brak, ja wybieram tą pierwszą. Tylko czy aby w tym przypadku to realna potrzeba serca czy polityczna kreacja skrojona na potrzeby?

Koledzy opowiadali mi, że kiedy załogi punkowe tworzyły się w mieście, każdy kto coś chciał znaczyć i jakoś zaistnieć weń towarzysko, musiał dorobić się ksywy. Pseudonim zazwyczaj wymyślany był przypadkiem. Wymyślał go najstarszy w grupie, albo ten, kto był obdarzony największym autorytetem, co zwykle szło w parze z wiekiem, choć niekoniecznie. Ksywy brały się więc najczęściej od przymiotów cielesnych (Mały, Duży, Chudy, Gruby, Rudy, Łysy etc.) albo właściwości charakteru (Komandos, Wariat, Lipa). Gdy się człek niczym nie wyróżniał ani nie charakteryzował, wtedy zazwyczaj szło po nazwisku. Gorzej, jeśli ktoś przedstawiał sobą obraz raczej mało wyszukany, a do tego miał jeszcze nazwisko niezbyt wdzięczne do kreacji; wtedy to już prawdziwa, czarna rozpacz.

Był pośród załogantów jeden chłopiec, który właśnie swoją osobą wpisywał się w tę prawidłowość. Nazwano go „Mały”, co i tak było dlań najmniejszym wymiarem kary. Jednak Mały nigdy do końca się nie pogodził ze swoją ksywą. No i oczywiście z tym, jak był przez nią postrzegany w grupie. Któregoś dnia przyszedł „na zbiórkę” odmieniony; nowa fryzura, ciuchy, okulary; i pewność siebie, jakby większa. Kiedy ktoś zdobył się na odwagę i zapytał go: „Mały, co z Tobą”, on dogasił papierosa, włożył okulary, splunął i powiedział: „Od dziś nie mówcie na mnie Mały. Od dziś jestem Klimat”. Koleś sam sobie wymyślił ksywkę, bo sądził, że to tak właśnie działa. No niestety, nie zadziałało.

Kiedy słucham „nowego” pana prezydenta, tego ze spotkań z wyborcami w Opolu Lubelskim, Zwoleniu czy na Śląsku, mam nieodparte wrażenie, że ktoś kiedyś opowiadał mi już podobną historię. Jest sobie człowiek niepewny siebie, zalękniony, nieprzekonany co do swojej własnej wartości. Ale posłuszny, wierzący w sprawę. Sterowalny. Podejmuje się zadania, które poczyna go przerastać, bo kiedy decyduje się zaangażować całym sobą, nie śni nawet o tym, że sukces jest możliwy. A ten przyjeżdża na pstrym koniu, nie wiadomo skąd. Sukces jednak zjada go od środka. Nie jest dla niego. Ale człowiek nie odrzuci tego, co los przyniósł mu na złotej tacy. Będzie wypełniał sobą przestrzeń, jak tylko potrafi. Niestety, przestrzeń okazuje się zbyt rozległa, a siła charakteru i odporność na stres, mizerne. Człowiek znajduje jednak w sobie dodatkową porcję boskiej mocy. Pewnego wieczoru, kiedy przegląda internet, wpada na pomysł, że musi coś w sobie zmienić. Że musi pokazać ludziom, że nie jest tylko „Mały”. Że ma ludziom naprawdę wiele do zaoferowania, ale przez ten ostatni czas trochę pokpił sprawę i teraz zamierza to wszystko nadgonić. Bierze do pomocy dwóch albo trzech tzw. fachowców. Jeden od mowy ciała, drugi od mowy polskiej a trzeci od mowy-trawy. Wespół w zespół przygotowują strategię, piszą przemówienia. Malują, ubierają, pudrują i wysyłają w Polskę. Zamiast „Małego” jedzie już „Klimat”. Mówi jak Klimat, zachowuje się jak Klimat, znakiem tego Człowiek to Klimat. Szacun na dzielni. Wizyty w zakładach pracy. Uwielbienie dam. I wszystko by się w tej układance zgadzało, gdyby nie to, że ta zmiana też kiedyś wreszcie zacznie „Małemu” ciążyć. Bo to nie jego buty. A lud zbożny to dostrzeże i szwindel się wyda. Szkoda tylko, że do czasu aż się ludzie zorientują, minie parę miesięcy. Może wystarczy. A może nie.

Andrzej, który się waha

Jak mnie gdzieś nie chcą, to się nie napraszam. Czasami jednak bardzo mi na czymś zależy. Wtedy wyglądam, a listonosza wciąż nie ma, spoglądam na telefon, a SMS przychodzi albo nie. Walczę sam ze sobą, że może to ja wykonam pierwszy krok, ale w końcu odpuszczam. Trzeba mieć choć odrobinę godności. Chociaż, oczywiście, nie należy z nią przesadzać.

Kiedy dowiedziałem się tydzień temu, że prezydent Andrzej Duda waha się, czy pojechać na obchody rocznicowe do Jerozolimy, osłupiałem. Mają być tam najwięksi z Europy, no i sam rosyjski prezydent, a nasz prezydent się waha. Jak Nike z wiersza Herberta. Andrzej, który się waha. Nad czym tu się zastanawiać, pomyślałem. Kiedy na wschód od Polski trwa w najlepsze festiwal półprawd i nieprawd względem prawd historycznych na temat tego, kto podczas II wojny światowej był okupantem, a kto okupowanym, lepszej okazji do spojrzenia w oczy Władimira Putina nie będzie. Nie nadarzy się lepsza okazja, żeby pośród największych graczy starej Europy, upomnieć się o swoje i powiedzieć, jak było naprawdę, w czym zgodzili się wszyscy w Sejmie, no, może oprócz jednego, smutnego pana w muszce. Wszyscy się zgodzili i poprali odezwę, a prezydent wciąż się waha.
Dopiero później doszły do uszu opinii publicznej dodatkowe informacje, na temat izraelskich obchodów i zaproszenia dla Polski. Zaproszenie, owszem, wystosowano, ale nie przewidziano w oficjalnej części imprezy czasu na zabranie głosu przez polskiego prezydenta. Ktokolwiek by nim nie był. Rosja owszem, bo zwycięstwo nad faszyzmem, Francja, Anglia, Ameryka, tak, bo alianci, ale Polska już niekoniecznie. Bo żaden z niej był aliant, a że obozy i piece krematoryjne hitlerowcy postawili na jej terenach? Bad luck guys. Innymi słowy: możecie sobie dzieci popatrzeć, jak dorośli rozmawiają, ale w sprawy dorosłych się nie mieszajcie, boście za smarkaci i za głupi. Jak się uda wygospodarować pięć minut dzień przed, kiedy akurat będą ustawiać zastawę i rozwijać dywany, to może sobie coś Wasz prezydent przeczytać z kartki do pustej sali, ale jak zaczniemy na poważnie imprezę, to lepiej, żeby Was tu jednak nie było. To znaczy, być sobie możecie, ale się nie odzywajcie, bo nic tu po Was i nie taka wasza rola. No i prezydent Polski na obchody nie pojechał. Nie wiem, czy kiedykolwiek zdarzyło mi się napisać coś podobnego w przypadku Andrzeja Dudy, ale dziś wiem, że dobrze zrobił.

Jestem ostatnim, który by bardziej cenił dyplomatyczne protokoły i pustosłowie wypchane honorem, narodem, dumą i godnością, niźli realną politykę i siłę miękkiej dyplomacji. Uważam, że dużo więcej można dla siebie ugrać w świecie, jeśli ocenia się swoje aktywa i pasywa w sposób do bólu politycznie merkantylny, a nie symboliczno-historyczny, jak to my lubimy i potrafimy; jesteśmy dumnym jak paw narodem, ale paw oskubany do ostatniego pawiego piórka. Należy więc jeździć tam, gdzie nas nie chcą. Rozmawiać z tymi, którzy nas nie lubią. Zaprzestać czapkowania tym, którzy mają nas gdzieś. Trzymać się blisko wrogów. Realnie oceniać przyjaciół. Tak właśnie należy czynić. Jednakowoż wszystko ma swoje granice. I w Jerozolimie tą granicę wyznaczono bardzo daleko od polskiej racji stanu.

Prezydent Polski miałby pełnić na obchodach wyzwolenia Auschwitz, wymowną funkcję niewymownego klakiera, bijącego brawo podczas toastów w imię współpracy międzynarodowej i pokoju między państwami i nacjami. Milcząco dałby do zrozumienia, że akceptuje taki stan i to, jaką wizję powojennego świata przedstawia się narodom za pomocą kremlowskiego dyskursu. Mało to komfortowa rola i nie dziwię się, że Andrzej Duda grać jej nie chcę. Sam bym nie chciał. Siedzenia cichcem na imprezie w przyciasnych butach uszytych przez administrację putinowską, może wywołać na licu, nawet tak gładkim, jak andrzejowowdudowe, grymas bólu i zażenowania, co zapewne nie byłoby fajne ani dla niego, ani dla nas, współobywateli, którzy byśmy na ten przykry spektakl spoglądali.

Prezydent nie pomoże zwolnionemu związkowcowi

Przed świętami związek zawodowy Związkowa Alternatywa starał się zainteresować prezydenta Andrzeja Dudę sprawą Piotra Moniuszki, zwolnionego z pracy na Poczcie Polskiej lidera Wolnego Związku Zawodowego Pracowników Poczty. Bezskutecznie.

Niby można się było tego spodziewa, ale kolejny dowód na to, jak polskie władze ignorują i problemy pracowników, i sygnały o patologiach w państwowych spółkach, jednak martwi i oburza.
W piśmie, które do kierownictwa ZA dotarło po Bożym Narodzeniu, przeczytać można, że „Kancelaria Prezydenta RP z powagą podchodzi do problemów zgłaszanych przez korespondentów Głowie Państwa”. Niestety, takie zagajenie nie oznaczało, że Andrzej Duda zamierza pochylić się nad związkowcem, którego zwolnienie bez zgody organizacji zakładowej jest co najmniej kontrowersyjne. Kancelaria RP stwierdziła, że prezydent może działać jedynie w ramach swoich konstytucyjnych uprawnień, a sprawy pracownicze do nich nie należą. „Uprzejmie informujemy, że wszystkie decyzje kadrowe (w tym w sprawie dalszego zatrudnienia pracownika) należą do wyłącznej właściwości pracodawców” – pouczono związkowców.

Centrala, do której należy również Wolny Związek Zawodowy Pracowników Poczty, przypominała w swoim liście, że prezes Poczty Polskiej nie tylko zignorował stanowisko związku, ale nawet nie zgodził się na rozmowę z Piotrem Moniuszką. Zauważyła także, że jako przyczynę „dyscyplinarki” wręczonej działaczowi wskazuje się jego wpis na Facebooku, w którym sugerował możliwość ogłoszenia przez pocztę upadłości. Tymczasem kilka tygodni później Centrum Analiz Strategicznych również wyraziło obawę o utratę płynności przez spółkę…

– Duda nie miał podobnych wątpliwości, gdy przed końcem procesu ułaskawiał swojego kolegę, Mariusza Kamińskiego albo gdy blokował zaprzysiężenie legalnie wybranych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Kilka dni temu znalazł też czas, aby spotkać się z Janem Śpiewakiem. Gdy trzeba pomóc zwolnionemu dyscyplinarnie pracownikowi, to nagle okazuje się, że prezydent nic nie może – nie bez rozgoryczenia komentuje sprawę Piotr Szumlewicz, przewodniczący ZA.

Nie tylko prezydent ignoruje sygnały płynące z organizacji pracowniczych. – Pisaliśmy w tej sprawie również do ministra Jacka Sasina, ale spotkaliśmy się z obojętnością. Podobne było stanowisko ministrów odnośnie patologii w Państwowych Portach Lotniczych – również pisali nam, że prawa pracownicze są poza obszarem ich kompetencji. Partia rządząca wraz z prezydentem lekceważy patologie w spółkach skarbu państwa i odsyła nas do sądów, które notabene krytykuje – podsumowuje Piotr Szumlewicz.

Zapowiedź kryzysu władzy

Wydarzenia ostatnich kilku tygodni ponownie pokazują, jak niepewna jest polityczna przyszłość i jak bardzo należy się liczyć z nieoczekiwanymi wydarzeniami.

Po październikowych wyborach (poprzedzonych wygranymi przez PiS majowymi wyborami do Parlamentu Europejskiego) wielu komentatorów wyrażało pogląd, że zmierzający do autorytaryzmu obóz władzy umocnił swą pozycję i ma przed sobą wiele lat panowania. W środowiskach opozycyjnych pesymistycznie zapatrywano się na wynik wyborów prezydenckich, a sprzyjająca opozycji prasa najchętniej rozpisywała się na temat – skądinąd dość oczywistych – błędów Grzegorza Schetyny i innych przywódców opozycji demokratycznej. Natomiast w obozie rządzącym widać było triumfalizm, wzmacniany poczuciem, że kolejne zwycięstwo jest w zasięgu ręki. To już przeszłość.

Banaś pogrąży Dudę?

Niedawno (w „Gazecie Wyborczej” z 19 grudnia) ukazał się wywiad jednego z najlepszych specjalistów badających zachowania polityczne społeczeństwa polskiego, prof. Jacka Raciborskiego, który przewiduje przegraną prezydenta Dudy w przyszłorocznych wyborach. To ciekawy sygnał. Po stronie opozycji zanika (moim zdaniem, zbyt powolnie) nastrój pesymizmu i rodzi się wola walki. Walki o zwycięstwo, o lepszą dla Polski politykę.

Dzieje się tak nie w wyniku jakiegoś spektakularnego wzmocnienia opozycji, lecz w konsekwencji wydarzeń wstrząsających obozem władzy. To, co dzieje się w ostatnich miesiącach kończącego się roku, z pozoru wydaje się serią zdumiewających błędów, ale w istocie jest zapowiedzią zbliżającego się (lub już kiełkującego) kryzysu politycznego.

.Najpierw wybuchła sprawa Mariana Banasia. Z pozoru jest ona całkowicie niewytłumaczalna. Jak bowiem mogła się zdarzyć tak wielka kompromitacja służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo państwa, w wyniku którego na jedno z najważniejszych stanowisk w państwie wybrany został człowiek obciążony bardzo poważnymi zarzutami prawnymi? Jeśli byłby to skutek zaniedbania, powinny już dawno nastąpić dymisje – i to na najwyższym, ministerialnym szczeblu. Brak tych dymisji sugeruje, że służby wywiązały się ze swych obowiązków, ale że w ośrodku kierowniczym zapadła decyzja, by mimo wszystko Banasia awansować. Czy nie dlatego, że wygodnie jest mieć na każdego „haki” pozwalające go trzymać w ryzach?

Kto stoi za Banasiem?

W tym rozumowaniu jest jednak jeden punkt niejasny. Czy ujawnienie skandalicznych działań Banasia było możliwe tylko dzięki talentowi dziennikarza? Czy nie podsunięto mu (nawet bez jego wiedzy) informacji, które mieli w ręku polityczni rywale obecnego szefa, a jeszcze bardziej premiera? Wiele na to wskazuje, zwłaszcza, że – jak w dobrej powieści kryminalnej – jest ktoś, kto ma zarówno motyw, jak i możliwości takiego działania. Jest to ambitny i poróżniony z premierem minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro.

Jeszcze nie opadł kurz po aferze Banasia, gdy „grupa posłów”, za którą w sposób oczywisty stoi Ministerstwo Sprawiedliwości, zgłosiła projekt ustawy drastycznie ograniczającej samodzielność sędziów i narażającej Polskę na nowy konflikt z Unią Europejską. Projekt ten w ekspresowym tempie przeszedł przez Sejm, ale jego dalsze losy nie są pewne. Pewne natomiast jest, że stawia on prezydenta Dudę w bardzo trudnej sytuacji. Jeśli ustawa ta zostanie uchwalona (co nie jest tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać po głosowaniu sejmowym), prezydent stanie przed bardzo trudną decyzją. Podpisanie tej ustawy do szczętu zniszczy szanse na uzyskanie przez Dudę poparcia wśród umiarkowanych wyborców prawicy – jej zawetowanie skutkować będzie odwetem radykałów.

Mamy więc do czynienia z kolejnymi wielkim błędem politycznym. Czy jednak jest to błąd, czy raczej na zimno zaplanowany ruch o dalekosiężnych konsekwencjach?

Prawica to nie monolit

Racjonalne wytłumaczenie obu tych spraw sugeruje, że w obozie rządzącym uformowała się frakcja, która już dziś stawia nie na sukces w najbliższej przyszłości, lecz na przegrupowanie polityczne wynikające z przegrania wyborów prezydenckich i z kryzysu obecnego kierownictwa obozu rządzącego. To w jej interesie byłoby tworzenie sytuacji doraźnie osłabiającej obóz rządzący, ale zarazem powodującej jego wyraźniejszą radykalizację. Polaryzacja bowiem – i tylko ona – może dać radykałom przywództwo w czasach, które przyjdą po przegranych wyborach i po odejściu od władzy Jarosława Kaczyńskiego. Frakcja ta podniosła głowę w sytuacji, w której Jarosław Kaczyński ze względu na stan zdrowia nie mógł tak skutecznie, jak dawniej, kontrolować sytuacji w jego obozie.
Kryzysy formacji rządzących najczęściej zaczynają się od fermentu wewnętrznego. Prawo i Sprawiedliwość przez wiele lat było bardzo zwartą formacja, której trzonem był „zakon” najwierniejszych. To już przeszłość. Rządzenie rodzi konflikty interesów i potęguje osobiste ambicje. Kiedyś obserwowaliśmy to w SLD, potem w PO. Dlaczego los miałby pod tym względem być dla PiS łagodniejszy?
Rok 2019 kończy się dla rządzących marnie. To jeszcze nie kryzys, ale już zwiastun nadchodzących problemów. A więc: szczęśliwego nowego roku!

Rok wyboru prezydenta

Przed nami rok 2020. Kolejny, ale też ostatni rok „wyborczego trójskoku”.

Bilans tegorocznych kampanii wyborczych jest dla lewicy korzystny. Dobrze wynegocjowane porozumienie SLD z partnerami Koalicji Europejskiej oraz dobry wynik Wiosny utrwaliły obecność polskiej lewicy w Parlamencie Europejskim.

Dodatkowo, nawet surowi polityczni krytycy, nie mogą zarzucić lewicowym europarlamentarzystom brak parlamentarnych kompetencji, a także doświadczenia politycznego. To nie lewicowi euro deputowani kompromitują Polskę w Parlamencie Europejskim. Prym wiodą w tym reprezentanci „Prawa i Sprawiedliwości”.

Sukcesem zakończyły się też wybory parlamentarne. Lewica nie tylko wróciła do Sejmu i Senatu. Została tam trzecią siłą polityczną. Symbolem wzrostu jej znaczenia są jej wicemarszałkowie obu izb.

Teraz czas na wybory prezydenckie. W styczniu 2020 lewica powinna wystawić osobę, która maksymalnie wykorzysta kampanię wyborczą do prezentowania i upowszechniania lewicowego programu. Demokratycznego, socjalnego państwa dobrobytu.

Oczywiście każdy z kandydatów na prezydenta zakłada, że to on wygra wybory. Albo przynajmniej wejdzie do drugiej ich tury. Nie zwalnia to jednak komentatorów i analityków z realistycznej oceny celów prezydenckiej kampanii.

Dlatego nie wykluczając, ewentualnego fantastycznego wyniku lewicowego kandydata/kandydatki przyjmijmy dzisiaj plan minimum. Każdy wynik powyżej 12 procent uzyskany przez lewicową kandydaturę będzie można uznać za znaczący. Nieporażkę. Zwłaszcza, że przedstawiciel lewicy powinien prowadzić nie konfrontacyjną kampanię wobec innych kandydatów demokratycznej, proeuropejskiej opozycji. Podobnej kampanii oczekuję też od demokratycznych i pro europejskich kandydatów.

Wielce prawdopodobne jest, że dojdzie do drugiej tury wyborczej. Zapewne będzie to starcie prezydenta Andrzeja Dudy i najbardziej popularnego kandydata demokratycznej i proeuropejskiej opozycji. Wówczas pozostali kandydaci opozycji powinni zaapelować do swych wyborców aby zagłosowali oni na wspólnego, demokratycznego, proeuropejskiego kandydata. Nawet jeśli będzie osobą o bardziej liberalnych gospodarczo poglądach niż lewicowe programy.

Nawet jeśli będzie osobą o bardziej konserwatywnych obyczajowo poglądach niż lewicowe standardy. Alternatywą może być konserwatywny, klerykalny „Adrian”. Czy chcecie spędzić kolejne pięć lat z panem prezydentem Andrzejem Dudą?

Po co komu rewolucjoniści

Za walkę o wyzwolenie społeczne w Imperium Rosyjskim groziło więzienie, zesłanie, wreszcie kara śmierci. Dziś poległymi rewolucjonistami zajmują się samozwańczy pisarze historii jedynej prawdziwej i albo uparcie dążą do wymazania ich z pamięci, albo przewracają ich biografie do góry nogami. Efekty widzieliśmy w ostatnich dniach w Wilnie, w Puławach – i nie tylko tam.

Gdyby Wincenty Konstanty Kalinowski, rewolucjonista, uczestnik polsko-rosyjskich organizacji antycarskich, orędownik uwłaszczenia chłopów i parcelacji wielkiej własności ziemskiej, zobaczył swój pompatyczny pogrzeb w Wilnie, byłby co najmniej zdziwiony. 22 listopada 2019 r. trumnę z jego szczątkami z katedry w stolicy Litwy na cmentarz na Rossie odprowadzały delegacje rządowe z pięciu krajów, w tym obecny prezydent Litwy Gitanas Nauseda razem z poprzedniczką, z Polski zaś – prezydent i premier. Wszyscy prześcigali się w przemowach i budowaniu paraleli między historią a współczesnością. Tyle, że z historycznych poglądów Kalinowskiego niewiele w tym wszystkim zostawało. Rewolucjonistę przykrojono do modelu, na który obecnie polskie władze zgłaszają większe zapotrzebowanie – narodowego bojownika o wyzwolenie Polski, a przy okazji narodów sąsiednich, spod rosyjskiej dominacji.

Ignorancja władcy

Gdyby Duda poczytał trochę więcej chociaż o samym powstaniu styczniowym, trafiłby zapewne na prace jego weterana Walerego Przyborowskiego „Dzieje 1863 roku” oraz „Ostatnie chwile powstania styczniowego”, a tam na charakterystykę człowieka, z którego zrobił bojownika o państwo narodowe.
„W chwili wybuchu najwybitniejszą osobą w Komitecie litewskim został Kalinowski, postać z pomiędzy tłumu spiskowców wszelkiego rodzaju tej epoki burzliwej, malująca się najdosadniejszymi i najbardziej zdecydowanymi rysami. Krańcowy Czerwieniec, z podkładką demagogiczną, wyznawca teorii wywrotu socjalnego, był człowiekiem niezaprzeczenie czystym, wielkiej energii i niezłomnego charakteru. Szlachcic z rodu, potomek tej drobnej szlachty mazurskiej, która za Rzeczypospolitej niosła w dziewicze puszcze litewskie zdobycze kultury polskiej, syn tkacza ze Świsłoczy, już w Petersburgu, jako student tamtejszego uniwersytetu, należał do wszystkich kółek rewolucyjnych, jakie na gruncie stolicy caratu przez kilka lat z rzędu powstawały. Po ukończeniu studiów, powrócił w stopniu kandydata prawa do rodzinnej Litwy i rzucił się w wir ówczesnych wypadków. Był on bezwzględnym wyznawcą teoryi demagogiczno-komunistycznych Centralizacji emigracyjnej i federacyjnych programów Hercenowskiego „Kołokola”. Nie wierzył więc w powstanie rozpoczęte, kierowane i prowadzone przez szlachtę”.

Nie z tej bajki

Kalinowski nie wierzył w powstanie, w którym nie wezmą udziału szerokie masy ani nie utożsamiał się z prosto pojmowaną walką polsko-rosyjską. Udział w ruchu antycarskim wspólnie z rosyjskimi radykałami był dla niego czymś naturalnym. Gdy wydawał, na trzy lata przed powstaniem, pismo „Mużyckaja Prauda”, drukował je w języku białoruskich chłopów, choć alfabetem łacińskim. Atakując na jego łamach „Moskali” nie kierował się antagonizmem narodowym, lecz występował przeciwko aparatowi państwa carskiego i obszarnikom. Włączył się do walki o wyzwolenie polsko-litewskiego państwa federacyjnego spod władzy Petersburga, ale z założeniem, że w państwie tym dojdzie do parcelacji wielkiej własności ziemskiej i reformy rolnej, a masy chłopskie zyskają podmiotowość. – Jednoczy nas ta sama, co ich wtedy, przed 156 laty, wspólnota pamięci i losów. Wspólnota wartości i wspólnota dążeń – mówił nad trumną Kalinowskiego Andrzej Duda. Człowiek, o którym można powiedzieć wszystko, ale nie to, by walczył o równość i dążył do wyzwolenia społecznego.
Prezydent Litwy w swoim przemówieniu manewrował, jak mógł, byle ukryć fakt, że powstanie styczniowe w narodowej historiografii litewskiej uważa się w zasadzie za zryw czysto polski, szlachecki, który po swojej przegranej tylko pogorszył sytuację małego i wciąż nie do końca ukształtowanego narodu litewskiego. – Powstanie styczniowe na Litwie przez długi czas było tematem skomplikowanym. Nie byliśmy pewni, jak nowoczesną Litwę połączyć z dziedzictwem Litwy historycznej. Pochówek szczątków powstańców pozwala nam na nowo przemyśleć XIX-wieczną historię Litwy i całego regionu – mówił Gitanas Nauseda. Odważył się też wspomnieć, że jednym z celów Kalinowskiego i towarzyszy była sprawiedliwość społeczna. Przekonywał, że to „znak otwarcia naszych narodów na nowoczesność”. Abstrahując od stopnia ukształtowania narodu litewskiego w 1863 r. – szkoda, że niepodległe Polska i Litwa, kiedy już powstały, niespecjalnie realizowały tę nowoczesną ideę w praktyce.

Co z tą Litwą?

Na wileńskich uroczystościach triumfy święciła inna idea. Doskonale ujął to we wpisie na Facebooku dyrektor muzeum X Pawilonu Cytadeli Warszawskiej Jan Engelgard: „Nad wszystkim unosi się wszechogarniająca rusofobia (co jest nieprawdą, bo czerwoni byli częścią rewolucyjnego ruchu rosyjskiego), po drugie na siłę kreuje się tezę, że w powstaniu były jeszcze strona białoruska i litewska, choć to nieprawda. Rok 1863 nigdy nie był częścią tradycji litewskiej i białoruskiej, o ukraińskiej nie mówiąc. Obecne sztuczne posługiwanie się tą tradycją ma na cele ideologicznego podbudowanie idei Międzymorza – i tyle”. By ratować podupadłe Międzymorze, zapaleni dekomunizatorzy wyciągną z kapelusza rewolucjonistę i odpowiednio ludziom wytłumaczą, o co mu tak naprawdę chodziło.
Na wewnętrznym polskim podwórku za to po staremu Kiedy już się skasowało wszystkie niewłaściwe ulice (ewentualnie przegrało w tej sprawie w sądach administracyjnych i niektóre trzeba zostawić), wyrzucono na złom tablice poświęcone strajkującym robotnikom z okresu międzywojennego, na swoje nieszczęście należącym do niewłaściwych partii, albo partyzantom o lewicowej orientacji, a wreszcie zniszczono upamiętnienia żołnierzy radzieckich – narodowi katolicy muszą sięgnąć głębiej. Radni PiS z Puław wzięli na celownik Ludwika Waryńskiego. Twórca partii Proletariat był przez jakiś czas studentem tamtejszego Instytutu Gospodarstwa Wiejskiego i Leśnictwa, z Puław (wtedy Nowej Aleksandrii) jeździł do Warszawy działać wśród robotników fabrycznych. Dlatego wystawiono mu w mieście pomnik i przyznano ulicę.

Propagowanie czegośtam

Na ipeenowskiej liście obiektów do dekomunizacji nie ma ani jednego, ani drugiego, bo być nie może: ustawa z 2016 r. zakłada walkę z przejawami „propagowania totalitaryzmu”. Rządząca prawica jeszcze nie ośmieliła się zadekretować urzędowego wycięcia w pień całej historii ruchu robotniczego i socjalistycznego na ziemiach polskich. Kiedy w początkach ulicznego szaleństwa warszawska ulica Waryńskiego znalazła się pod ostrzałem ekstremistów, Instytut Pamięci Narodowej wydał nawet opinię, w której z wyraźną niechęcią przyznawał, że jednak autor manifestu Proletariatu to nie budowniczy totalitaryzmu. „Internacjonalistyczne i proletariackie poglądy Ludwika Waryńskiego, prezentowane przez niego w latach 70. i 80. XIX wieku,  mogą wzbudzać kontrowersje i dyskusje. Jednakże trudno utożsamiać je z niosącym nową formę zniewolenia totalitarnym systemem komunistycznym, jaki w praktyce powstawał kilkadziesiąt lat po jego śmierci” – wyrzucili z siebie „eksperci od historii”.
Radny Tomasz Kraszewski, który najgłośniej przeciwko Waryńskiemu, świetnie o tym wie, bo historię studiował, a potem jej nauczał. Nie próbuje więc nawet udawać, że chce zwalczać jakiś totalitaryzm. – Ludwik Waryński był przeciwny niepodległości Polski, istnieniu państw narodowych, a popierał państwo robotników i chłopów – oznajmił polityk PiS na posiedzeniu miejskiej komisji kultury i dodał, że pomnik takiego człowieka spotwarza rosnący na tym samym skwerze Dąb Niepodległości, posadzony w 10. rocznicę powstania II Rzeczypospolitej.

A Waryński na to…

Jak piszą dobrze zorientowani dziennikarze lokalnego „Dziennika Wschodniego”, o ile pomnik Waryńskiego ma mimo wszystko szanse się obronić, to jego ulica już raczej nie. Poważną kandydatką na nową patronkę jest księżna Maria Wirtemberska zd. Czartoryska, urodzona w Puławach, zasłużona m.in. tym, że będąc arystokratką pochylała się z troską nad biednymi chłopami. Filantropia księżnej to jak widać znakomity temat do upamiętnienia, organizowanie uciśnionych, by o swoje prawa walczyli – raczej do wyrzucenia. „Aby ziemia i narzędzia pracy przeszły z rąk jednostek na wspólną własność pracujących, na własność socjalistycznego państwa”, „Aby praca najemna zamieniona była przez pracę zbiorową, zorganizowaną w stowarzyszeniach fabrycznych, rzemieślniczych i rolnych” – to fragmenty programu Waryńskiego. Tu politycy PiS żadnej „wspólnoty wartości” nie odczuwają; nie ma zapotrzebowania. Nawet ataki na carski ustrój Proletariatu nie uratują, nie zrobi się z nich antyrosyjskich bojowników o Polskę.

 

Prezydent in spe Ważny tunajt

Chyba od zawsze się nad tym zastanawiam; jak to jest, że młodzi ludzie głosują na prawicę. I to nie tę skrajną, spod znaku celtyckich krzyży-to jeszcze potrafię jakoś zrozumieć. Ci skrajni dają skrajne i jaskrawe odpowiedzi oraz takąż wizję świata, która dla młodego człowieka na jego etapie rozwoju psychicznego jest atrakcyjna i wystarczająca. Czarni, biali, dobrzy, źli. Bardziej mi idzie o to, jak to jest, że pokolenie dwudziestoparolatków wybiera w wyborach z własnej woli PiS i Andrzeja Dudę?

Głosowanie na Andrzeja Dudę, to jak kupowanie budyniu w sklepie; można kupić czekoladowy, wiśniowy, z cukrem, wersję light. W zależności od dnia. Nie zmienia to jednak tego, że to ciągle będzie budyń. Mało konkretna, bezkształtna i mdła legumina, która zyskuje, kiedy potraktować ją jako uzupełnienie ciast i innych deserów. Podobnie jest z głosowanie na PiS; to tak, jakby mieć pod domem sklep z garmażerką z całego świata, i spośród udźców prosciutto, plastrów szynki parmeńskiej czy nowojorskiego pastrami, wybierać co dzień kiełbasę zwyczajną i chleb ze smalcem. Oczywiście można, ale szkoda życia na taką dietę.

Wybory prezydenckie za pasem. Kampanii na ulicy nie widać. Nie widać nawet kandydatów. Coraz głośniej po opozycyjnej stronie mówi się o wystawieniu przez Platformę, lub szerzej, przez Koalicję Obywatelską, nowego marszałka Senatu, Tomasza Grodzkiego. Profesora Tomasza Grodzkiego, jak co i rusz podkreślają jego ludzie i ludziska. Gdyby sensownie sprawę rozegrać, a orędzie profesora Grodzkiego jest udanym tegoż rozgrywania początkiem, to ta kandydatura mogłaby być całkiem sensowna i w starciu z Andrzejem Dudą niepozbawiona szans. Nazwisko niezgrane, do tego z przedrostkiem naukowym, a to sporo robi. Kandydat szerokiej, opozycyjnej ławy, dążący do zgody, z koncyliacyjnym przesłaniem i ręką wyciągniętą do zgody. Jeśli nie da się złapać na jakimś wykroku, nie wytkną mu łapownictwa etc. to na tak krótkim dystansie w wyścigu do Pałacu Prezydenckiego, profesor Grodzki, może zafiniszować skuteczniej niż dotychczasowy Pałacu lokator. Pytanie tylko, czy w drugiej turze, o ile do niej dojdzie, a zakładam, że tak, Grodzki przekona do siebie lewicowców, czy po raz kolejny ci pójdą głosować przeciw komuś. a nie za kimś.
Kogo wystawi w wyborach prezydenckich lewica, i dlaczego nie powinien to być ani Biedroń ani Zandberg? Po pierwsze dlatego, że jeden i drugi jest liderem partii politycznej, która stanowi część większej, koncepcyjnej całości. Jakby się nie starały ich sztaby i sami kandydaci, nie odkleją się od swoich macierzystych organizacji. Po drugie, ma to też wymiar praktyczny. Niezależnie który z nich zostałby kandydatem, pracować w kampanii nań będą bardziej jedni a drudzy mniej; tak to już po prostu jest; na swojego się zrzucimy, ale na, było nie było, obcego, to już mniej chętnie. I po trzecie wreszcie, zarówno Biedroń jak i Zandberg to nazwiska, które już zaznaczyły się w wyścigu do prezydentury-tej czy innej. Nazwiska i osobowości z ambicjami. Wybranie jednego a utrącenie drugiego uderza w ich osobiste ambicje i ego. Albo więc należy pozwolić startować jednemu i drugiemu, na zasadzie, macie chłopcy piłkę, tylko się nie pobijcie, albo…pomyśleć o kimś trzecim. Na tym etapie, kiedy koncept lewicy ponad podziałami dopiero zaczyna się w Polsce tworzyć, należałoby raczej skupić się na szukaniu kandydata, który połączyłby trzy lewicowe bloki i utemperował ambicje prezydentów in spe. Kiedy sobie nad tym dumałem, szukając w głowie, czy jest ktoś taki, którego nazwisko byłoby na tyle mocne, a osobowość dość silna, żeby udźwignąć wyzwanie, a w finale mu sprostać, przed oczyma stawała mi postać Karola Modzelewskiego. Niestety, z zaświatów ciężko być prezydentem. Szukałem więc dalej w pamięci. Ktoś z kartą opozycyjną, ale jednocześnie bez styropianu na marynarce albo dżinsowej koszuli. Z otwartą głową, to bezsprzecznie. Z tytułem naukowym? Czemu nie, nie zaszkodziłoby. W rywalizacji z Tomaszem Grodzkim to mogłoby zapunktować.

Raczej nikt twardo stąpający po polskiej, umęczonej ziemi nie ma specjalnych złudzeń, że kandydat lewicy na prezydenta zostanie prezydentem. Mało kto też wierzy, że wejdzie do drugiej tury, o ile ta się ziści. Ale całkiem realne już jest, że dzięki dobrej pracy w kampanii, osiągnie niezły wynik dla całej polskiej lewicy, co będzie niebagatelnym wkładem w jej mozolne odbudowywanie po latach błędów i wypaczeń. Także panowie kandydaci, ambicje do kieszeni, a rękawy do zakasania. Sporo jest jeszcze do zrobienia na gospodarstwie…

Macierewicz w szczytowej formie

Wyznaczenie przez prezydenta Dudę (choć zapewne stał za tym prezes PiS) Antoniego Macierewicza na Marszałka-Seniora Sejmu IX kadencji było sprytnym, a nawet nieco przewrotnym zabiegiem.

PAD, który de facto już prowadzi swą kampanię wyborczą, potrzebuje do zwycięstwa poparcia szerszego elektoratu aniżeli tylko prawicowy. Stąd na tle takiego polityka,jak były szef MON-radykalnego w swych poglądach, zwolennika szeregu teorii spiskowych itd. Andrzej Duda zaprezentował się w Sejmie jako „baranek” i zwolennik zasypywania głębokich podziałów politycznych. Niejeden mógł zapomnieć,iż firmował on ustawy jawnie naruszające Konstytucję RP, zwłaszcza dotyczące tzw. reformowania wymiaru sprawiedliwości. Naruszały one także standardy Rady Europy i Unii Europejskiej,co wkrótce ma potwierdzić luksemburski Trybunał Sprawiedliwości.

Macierewicz natomiast mnie NIE zawiódł.

Krótki wątek osobisty. Poznałem go przed wielu laty na seminariach dotyczących Ameryki Łacińskiej w Instytucie Historii PAN (na warszawskim Rynku Starego Miasta),na seminariach wybitnego historyka prof. Tadeusza Łepkowskiego (ojca znanej scenarzystki telewizyjnej). Pan Antoni, który miał już za sobą piękną kartę działalności w KOR-ze, zajmował się głównie Indianami z regionu andyjskiego ,zwłaszcza Keczua (stąd uczył się też ich języka). Nie znam szczegółów,ale bodaj uniemożliwiono mu otwarcie przewodu doktorskiego i (chyba) wyjazd na stypendium zagraniczne, co nie było oczywiście właściwie.

Po latach spotkaliśmy się w I kadencji demokratycznie wybranego Sejmu (1991-93), gdzie jako minister spraw wewnętrznych realizował kontrowersyjną i przygotowaną na łapu capu (m.in. z pomocą Janusza Korwina-Mikke) pierwszą uchwałę ws. tzw. dekomunizacji. Jej ofiarą stali się m.in. Lech Wałęsa i szef ówczesnej formacji Macierewicza (Akcji Katolickiej) ówczesny Marszałek Wiesław Chrzanowski.

Jako Marszałek-Senior Sejmu wytoczył najcięższe armaty.

Nie zachował się tak godnie, jak np. pełniący tę samą funkcję przed laty Aleksander Małachowski (broniący m.in. Józefa Oleksego niesłusznie pomawianego o szpiegostwo), czy przed czterema laty Kornel Morawiecki, były szef Solidarności Walczącej – spokojnie przedstawiający swe wątpliwości prawne. Macierewicz, który nie powitał ani jedynego dwukadencyjnego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego ani Rzecznika Praw Obywatelskich walił niemal na ślepo.

Zaatakował nade wszystko formułę Okrągłego Stołu, obrady którego (luty-kwiecień 1989r.),toczone między władzą i opozycją,przy udziale obserwatorów ze strony Kościoła, były ewenementem w skali nie tylko europejskiej oraz wkrótce potem (czerwiec tegoż roku) doprowadziły do częściowo wolnych wyborów. W mniemaniu byłego szefa MON (który nota bene rozwalił wojskowe służby specjalne,nie potrafił porządnie zreformować polskiej armii i tworzył kolejne kuriozalne spiskowe teorie zamachowe mające wyjaśnić katastrofę smoleńską) w Polsce nadal działa aktywnie agentura (sowiecka?) w administracji państwowej i w innych strukturach.

Główne zadanie Sejmu miałoby polegać na „zerwaniu z dziedzictwem komunistycznym”, na walce z gender i neomarksizmem?!

Szczególnie haniebne były słowa Macierewicza odnoszące się do gen. Jaruzelskiego i Wojska Polskiego. Ogłoszenie stanu wojennego (w ówcześnie obowiązującej konstytucji nie istniała kategoria „stan wyjątkowy”) było bowiem „mniejszym złem” – to pojęcie ukuł 500 lat temu Niccolo Machiavelli – niż np. dramatyczne skutki wkroczenia do naszego kraju jednostek Układu Warszawskiego. Wojsko Polskie przecież by wtedy walczyło (inaczej aniżeli było to na Węgrzech czy w Czechosłowacji), zaś liczba ofiar byłaby ogromna. Jaruzelski wziął na siebie wielką odpowiedzialność, przy czym szereg razy przepraszał za tę decyzję.Określanie zaś polskiej armii z tamtego czasu jako części radzieckich sił okupacyjnych,a jej dowódców jako „grupy przestępczej” nie zasługuje nawet na polemikę.

Antoni Macierewicz powoływał się też na Konstytucję RP, choć PiS wielokrotnie ją łamał i jeszcze częściej falandyzował.

Przywoływał m.in. jej art. 18,popełniając przy tym dość często spotykany błąd. Otóż, na co wiele razy zwracała uwagę prof. Łętowska, zawarte w nim sformułowanie, iż „małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny (…) znajduje się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej” to nie definicja małżeństwa, tylko konstatacja tego, iż taki związek jest preferowany przez władze.
Przesadne są opinie, iż poseł Macierewicz swym wystąpieniem obniżył szanse obecnego prezydenta na reelekcję. Raz jeszcze widać tylko,iż ten polityk przez pół wieku działalności publicznej nie zmienił ani na jotę swych skrajnie prawicowych, często kuriozalnych, poglądów.

Bo jak nie my to kto

Po decyzji Donalda Tuska wszyscy komentatorzy prężą swoje intelekty, fali komentarzy nie ma końca. Zresztą i bardzo słusznie bo to niekonwencjonalna decyzja zwłaszcza dla obozu władzy i Prezydenta Andrzeja Dudy, który był zdeterminowany walczyć z Tuskiem o drugą kadencję mobilizując w pełni swój elektorat i elektorat antyplaformerski.

Dla Prawa i Sprawiedliwości i obozu prezydenta ta decyzja stanowi duże wyzwanie.Już naoliwione i pachnące prochem armaty wytoczone wobec Tuska mogą być zupełnie nieskuteczne wobec innych kandydatów, a tych będzie całkiem sporo w grze. Donald Tusk nosi w sobie gen kandydata obciążonego negatywnie polityką polską. To oczywiście scheda z czasów, kiedy był premierem. Z wielką satysfakcją, wręcz euforią PiS w trakcie kampanii wyborczej wyciągnąłby nagrania, z których wynika, że Tusk jest zwolennikiem podniesienia wieku emerytalnego, który PiS obniżył. Pięknym paliwem byłoby tez przypominanie Tuska mówiącego że nie ma pieniędzy na 500 plus Ach jaka szkoda, że nie będzie komu przywalić…

W moim głębokim przekonaniu nadchodzące wybory mogą być pierwszymi wygranymi dla opozycji od wielu elekcji i to niekoniecznie musi być super trudne. Niekonwencjonalnych kandydatów, niezużytych politycznie będzie cała masa. W Platformie Obywatelskiej Grzegorz Schetyna próbuje ocalić swoją skórę i jedyną szansą na jej ocalenie wydaje się zbliżająca kampania wyborcza. Właśnie w jej przededniu Grzegorz Schetyna zapewne powie: moment, to nie jest czas na rozliczenia w Platformie, czeka nas kolejna walka – zresztą najprawdopodobniej przegrana dla samego Schetyny, sam przecież w niej nie wystartuje. Wiedział to doskonale już dużo wcześniej, w związku z tym wysunięcie na pierwszy plan Małgorzaty Kidawy-Błońskiej zdaje się mieć swoje reperkusje także w kontekście zbliżającej się kampanii. To ona najprawdopodobniej będzie kandydatką Koalicji Obywatelskiej. Rafał Trzaskowski, pewnie wytłumaczy się, że absolutnie nie chce zostawić Warszawy, że będzie wspierał etc.Walka buldogów pod dywanem będzie jednak trwała do ostatniej chwili, frakcje w PO z nieukrywaną satysfakcją będą próbowały połączyć ogień z wodą z jednej strony nie szkodząc kandydatce w wyborach, a z drugiej przywalić Schetynie.

Absolutnie ciekawa sytuacja ma miejsce nie tylko w środowisku PO ale także po skrajnie prawej stronie polskiego parlamentu. Konfederacja, narodowcy zdobywając 13 mandatów udowodnili skuteczność, a ostatnie decyzje Prezydenta Andrzeja Dudy powołujące Marszałka Seniora Antoniego Macierewicza zdają się mobilizować twardy elektorat PiS i jednocześnie demobilizować elektorat satelitarny wokół partii rządzącej; w tym także Konfederacji, której działacze widząc co się dzieje zacierając ręce i pójdą z pewnością za ciosem wystawiając swojego kandydata.
Ciekawie jest nie tylko po prawej stronie sceny politycznej, ale także centrum i na lewicy.

Wiedząc wcześniej o decyzji Tuska (zanim oczywiście dowiedział się Schetyna) i widząc co się dzieje; wiatru w żagle próbuje nabrać Władysław Kosiniak-Kamysz, który ku zaskoczeniu wszystkich i samego PSL zdobył z Kukizem blisko 10 proc.

Pan Władysław zupełnie przypadkiem nagle leci do Brukseli na zupełnie przypadkowe spotkanie z Donaldem Tuskiem, po którym oznajmia i wymownie macha chorągwią już nie tylko zieloną ale biało-czerwoną… jestem gotowy do startu w wyborach prezydenckich i to ja będę oswobodzicielem narodu…Nie Grzegorz Schetyna, przecież nie jest on absolutnie już szefem opozycji o czym Władysław Kosiniak-Kamysz raczył już wspominać wielokrotnie.

A teraz lewicowo – tu także z wrażenia można… ano właśnie oceńcie Państwo sami. Oto na naszych oczach tworzy się właśnie lewicowy konglomerat – trzech formacji, które dopiero siadają do rozmów… Kto tak naprawdę ostatecznie będzie kandydatem lewicy w wyborach prezydenckich. Choć jeden z potencjalnych kandydatów krzyczy na twitterze „Yes we can” i wprowadza wielką nerwowość u pozostałych graczy.

Czeka nas bardzo ciekawa batalio-kampania na różne modele Polski. Owa batalia rozpoczęła się 11 listopada 2019 w którym to dniu Andrzej Duda będzie prężył muskuły i pokazywał jak zasobna i mocna w świecie jest Polska za jego prezydentury.

Dla Polaków mam nadzieję nie tylko PR, wirtualna zasobność, ale i obrona Konstytucji ma na szczęście coraz większe znaczenie. I to będzie prawdziwe wyzwanie dla nowej Pani Prezydent lub nowego Pana Prezydenta.

Zatem obserwujmy, notujmy i zaopatrzmy się dużą ilość popcornu bo czeka nas niesamowita epopeja trwająca z górą 6 miesięcy. Bo jak nie my to kto to mądrze zrecenzuje i wybierze wizję Polski na kolejne 5 lat. Bardzo chcę, aby była demokratyczna i proeuropejska – czego i Państwu życzę!