Drogie narty prezydenta

Media usiłowały podsumować, ile prezydent Duda wydał na sprzęt i strój narciarski. Były to oceny pisane niestety przez osoby mające niewielkie pojęcie o sprzęcie narciarskim..

Ile więc co kosztuje? Pan prezydent używa nart Atomic typu Redster serii 9 (podejrzałem na zdjęciu w internecie). Model pośredni miedzy nartą do slalomu giganta a slalomu specjalnego (chodzi o promień skrętu) kosztują około 3800 złotych, łącznie z wiązaniami. Można kupić taniej, bo z powodu pandemii sprzęt sprzedaje się fatalnie. Ale ten model jest chyba zbyt twardy jak dla nawet dobrzej jeżdżącego amatora? Poleciłbym ten sam model, ale serii serii 7. Też dobry, a znacznie tańszy.

Buty marki Atomic, jeśli się nie mylę – serii Hawx o twardości 100 kosztują około 1500 złotych. Też można kupić o kilkaset złotych taniej. Kijki narciarskie, z włókna węglowego, pana prezydenta, też sygnowane marką Atomic, można kupić za 300 złotych albo i taniej. Rękawice 300 – 400 złotych. Kask 500 złotych. Gogle 300 – 400 złotych.

No i strój. Dobra kurtka narciarska kosztuje nawet 4 tys. złotych ( np. firmy Descente czy Spider), spodnie dwa tysiące. Skarpety i bielizna termiczna około 500 złotych. I to wszystko można nabyć w niższych cenach i wcale nie byle jakiej jakości. Dla amatora, jeżdżącego tydzień w sezonie, klasa nart nie ma większego znaczenia. Można i należy kupić znacznie tańsze. Jeszcze taniej jest na giełdach narciarskich, które w tym roku chyba upadły.
Pan prezydent nie może jeździć na tanim sprzęcie, musi i powinien mieć dobry. A że dobry sprzęt kosztuje, to go od razu zawistni go podliczają. Osobiście życzę wszystkim narciarzom, by stać ich było na sprzęt klasy prezydenckiej. Są to życzenia na przyszłość i nie na tę zimę, ale szczere. Ile to wszystko kosztuje? Podliczcie sami. Dowożenia na stok pana prezydenta nie doliczam do tego, bo to zupełnie inna i znacznie droższa bajka.

Umrzeć za psa

Mój żelazny kandydat na szefa polskiej sekcji Mensy, w końcu doczekał się wyróżnienia. Marek Suski został przewodniczącym rady programowej Polskiego Radia. Nie jest to stanowisko jego marzeń, ale od czegoś zawsze trzeba zacząć.

Parę dni temu utopił się Jan Lityński. Ratował psa, który wszedł na krę na Narwi. Kto bywał na Mazowszu, tam gdzie Narew łączy się z Bugiem, ten wie, że to bardzo zdradliwy nurt i że niejednego zabrał. Teraz wziął Lityńskiego. Gdy o tym myślę, to chyba nie wyobrażam sobie piękniejszej śmierci. O ile śmierć może być piękna. Zginąć za psa. Ratując go. Oddać życie za swojego przyjaciela. Nie człowieka, tylko psa. Takie epitafium mieć na grobie: oddał życie za psa. Nie za ojczyznę, Boga, Naród, tylko za psa.
Na swojej ścieżce zawodowej spotkałem kiedyś dziennikarza, Andrzeja Romana. Chyba nigdy przedtem ani potem nie spotkałem nikogo, kto by tak barwnie opowiadał o Polsce gomułkowskiej i o swoim w niej bytowaniu; o życiu, warszawskich salonach, wykuwaniu się zawodu, uczeniu się go, sporcie, jazzie, literaturze. Andrzej Roman dużo palił. Intensywnie. Bo, jak mawiał mój niedawno zmarły kolega, palić należy właśnie intensywnie. Jedna kawa i sześć papierosów. I Andrzej Roman tak czynił. Palił intensywnie. Żył intensywnie. Dożył był bardzo sędziwego wieku. Na starość, jak sam twierdził, rodzina chciała go nieco spatynować, ale się nie dawał. Zmarł we śnie, zaczadzony, w czasie gdy ogień trawił jego mieszkanie na Starówce. Pożar wywołał…niedopałek papierosa z którym zasnął. Piękna śmierć. Last of the playboys.

Andrzej Duda pojechał na narty. Prezydentowi wolno. Ba, każdemu wolno. Sam też byłem. Co prawda w Zieleńcu, więc prezydenta nie widziałem. Może to i lepiej. Denerwowałbym się tylko, że muszę stać w korku, w czasie, kiedy prezydencka kolumna, na bombach, rozpycha maluczkich, żeby głowa państwa mogła w spokoju dotrzeć do Warszawy, gdyż czekają na nią liczne obowiązki. Doprawdy, nie rozumiem o co tyle krzyku. Tak jak z tymi szczepionkami dla celebrytów. Każdy normalny chciałby być zaszczepiony wcześniej, niż później. Podobnie każdy normalny chciałby nie stać w korku, tylko móc go w spokoju ominąć. Ale nie wiem już, czy każdy chciałby być prezydentem. A Andrzej Duda chciał, to i może. Kto prawo stanowi, może je też wszak zmienić. Lub obejść. Na stokach Zieleńca lud i pracownicy obsługi głośno komentowali, że lada chwila zamkną cały interes na nowo. Czekać tylko, kiedy prezydent wróci z nart, bo przecież otworzyli tylko dlatego, żeby Andrzej Duda mógł sobie w spokoju pojeździć. Nie wypada głowie państwa ukrywać się jak złodziejowi po nocy, albo, nie daj Bóg, jeździć szusować za granicę. Zresztą, nawet nie bardzo jest dokąd. Chyba że na wschód. Widziałem niedawno w programie informacyjnym telewizji rządowej, tej, którą Platforma chce zlikwidować, pseudośmieszny materiał o wspólnym wypadzie na narty Władimira Putina i Aleksandra Łukaszenki. Dziennikarze, tak ich tam wciąż nazywają, stacji informacyjnej, wprost nie mogli przestać sobie dworować, jak to dwaj prezydenci sobie dogadzają na stoku i jakie interesy znowu ze sobą ubijają. Zastanawiałem się, oglądając tę relację, czy wśród wydawców, którzy puścili materiał na wizję, nie zaplątał się czasem Marek Suski. Doprawdy, trzeba mieć naprawdę dość marny horyzont intelektualno-poznawczy, żeby na parę dni po hucpie z prezydencką kolumną w Wiśle, puszczać materiał o Putinie na nartach. Ale być może to ja nic nie rozumiem, może to Polak faulował…

Umrzeć jak James Dean. Jak Zbyszek Cybulski. Umrzeć jak Jan Lityński. Jak Jolanta Brzeska. Zostawić po sobie prosty przekaz. Przecież wszystkich nas nie spalą. Przecież nie zostawię psa na lodzie. Przecież nie zostawię na lodzie przyjaciół. Zastanawiam się, czy władza obecna i szerzej, czy obecna klasa polityczna w Polsce, potrafi dostrzec przeraźliwe piękno w tych odejściach. Czuć grozę i smutek; czuć wielkość Jana Lityńskiego, który poświęca życie dla ratowania psa, ukochanego przyjaciela. Przecież to był tylko pies. Nie ten, to inny. Można przecież zawsze wziąć nowego ze schroniska. Był pies i nie ma. Zdechł. Bo nie umarł, przecież zwierzęta nie mają nieśmiertelnej duszy. Nikt po nim nie zapłacze.

Dzwoni żyrandol w prezydenckim pałacu od pustego śmiechu. Służący pucują czarne lakierki. Garderobiane prasują kir do klapy i czarny krawat. Czyszczą pośmiertny order. Kiedyś w końcu trzeba będzie Jana Lityńskiego pochować. Z honorami. Z głową państwa.

Kariera Nikodema Dyzmy

Do znakomitego tekstu Jacka Jaworskiego o Dudzie („Andrzej Duda – plusy ujemne” („Dziennik Trybuna” Nr 15/2021) właściwie nic dodać, ani nic ująć.

Wszechstronnie, precyzyjnie, plastycznie i kompletnie opisał tę figurę z jej infantylizmem, kabotynizmem, kopalnym reakcjonizmem, ostentacyjną dewocją i innymi licznymi żenującymi, żałosnymi śmiesznościami. Z jej radykalną niepowagą, groteskowością, umysłową, retoryczną tandetą i niesamodzielnością. Z jej uwielbieniem dla zaściankowości i zacofania. Z jej bezgranicznym serwilizmem i nadgorliwością wobec politycznego patrona. Z jej pustymi bajaniami i niepohamowaną logoreą. Z jej prezydenturą-ministranturą. Podpisuję się w stu procentach, bez reszty pod wszystkimi spostrzeżeniami, obserwacjami, diagnozami autora. Przypuszczam, że jego tekst pozostanie po zawstydzającej „prezydenturze” Dudy jako jej najbardziej pełny i najtrafniejszy obraz publicystyczny. Pozwolę sobie jedynie postawić obok jego tekstu metaforę.

Pamiętacie „Karierę Nikodema Dyzmy”, przedwojenną powieść Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, której tytułowy bohater z pozycji bezrobotnego, ograniczonego człowieka z ulicy wszedł na salony towarzyskie przedwojennej Warszawy, a następnie na salony władzy? Sprawił to przypadek, jakim było znalezienie, na chodniku, przez rzeczonego Dyzmę, zgubionego przez pewnego „vipa” zaproszenia na jeden ze stołecznych rautów. Dzięki temu Dyzma mógł znaleźć się na owym raucie, zachwycić towarzystwo brutalnością i krzepką dezynwolturą polegającą na zbesztaniu sprawcy (nielubianego Terkowskiego) wytrącenia mu z ręki talerza z sałatką, zdobyć „mir” wynikający z podziwu dla jego „męskiej energii”, objąć na dobry początek posadę plenipotenta pewnego prowincjonalnego aferzysty, zostać dyrektorem Banku Zbożowego, a na niefortunny finał „kariery” na wyciągnięcie ręki zbliżyć się objęcia stanowiska premiera.

Psim swędem

Dla Dudy Andrzeja odpowiednikiem momentu znalezienia przez Dyzmę zaproszenia był ten, gdy przed wyborami prezydenckimi 2015 roku kierownictwo PiS, rozglądając się za jakimś kandydatem, rywalem dla urzędującego prezydenta Bronisława Komorowskiego wydobyło działacza z trzeciego, a może nawet czwartego szeregu partii, mało znanego, figurę z dalszych szeregów, trzeciorzędną, także intelektualnie, charakterologicznie i osobowościowo. Jednak tak, jak istniało duże prawdopodobieństwo, że tak jak Dyzma ryzykował, że nie zostanie na raut wpuszczony, zdemaskowany jako osoba nieuprawniona, podszywająca się pod kogoś innego, tak wszystko wskazywało na to, że Duda nie będzie miał szans na pokonanie Komorowskiego, na którego miażdżącą przewagę wskazywały sondaże. Stało się jednak tak, że Dyzma psim swędem dostał się na raut, a Duda wygrał wybory.

„Do czego to człowiek doszedł”

Jedną z najzabawniejszych i najpyszniejszych scen z telewizyjnego serialu „Kariera Nikodema Dyzmy” z lat siedemdziesiątych jest ta, w której Dyzma, doskonale zagrany przez Romana Wilhelmiego, stoi, już jako plenipotent, w swoim pokoju, w majątku chlebodawcy Kunickiego, „galowo” ubrany i z pełną samozachwytu i satysfakcji (ze sporą jednak dozą zdziwienia takim przebiegiem zdarzeń) miną, patrząc w lustro mówi do siebie: „Do czego to człowiek doszedł!”. Odpowiednikiem tej szczęśliwej dyzmowej chwili był u Dudy ten moment jego przemówienia po zaprzysiężeniu, gdy z kabotyńskim samozachwytem nazwał samego siebie „człowiekiem niezłomnym”, a także rytualne powtarzanie przez niego przez kolejne lata kadencji słów: „Ja jako prezydent Rzeczypospolitej” wskazujące, że Duda infantylnie upaja się swoją funkcją.

Duda dudni czerstwe „mądrości”

Jedną z cech Dyzmy było wygłaszanie czerstwych „mądrości ludowych”, banałów, które wprowadzone w błąd towarzystwo brało za wyraz przewrotnego wyrafinowania człowieka „mocnego” i inteligentnego. Duda podobnie – wygłasza durne banały, które jego chwalcy przyjmują za głęboką mowę państwową. Reżyser Jan Rybkowski, dobierając wykonawcę głównej roli zdecydował się na Romana Wilhelmiego, aktora o silnym profilu „męskim” (typ „maczo”), o sposobie bycia, fizjonomii i głosie predestynujących go do ról osób charakteryzujących się siłą, zdecydowaniem, pewnością siebie, nawet pewną brutalność. Tym sposobem Rybkowski niejako „wzmocnił” ekspresję postaci, której wizerunek powieściowy nie jest aż tak wyrazisty. Wydaje się, że podobnie było w przypadku wybrania Dudy na kandydata przez jego pryncypalstwo.

Duda, typ tzw. maminsynka najwyraźniej zniewolonego psychicznie przez ultrakatolickich rodziców i uformowany przez na katolickiego dewota, typ zdecydowanie zewnątrzsterowny, wychowany w bogoojczyźnianym klimacie i posłuszeństwie, człowiek o mentalności ministranta, postanowił zaprezentować się jako „mocny człowiek” korzystając z tubalnego głosu i łatwości mówienia. Podobnie więc jak serialowy Dyzma, Duda dudni w każdym swoim przemówieniu, podnosi głos, robi, „straśne”, marsowe, „imperialne” miny w stylu Cezara i Duce (co zauważył Jacek Jaworski). To nadrabianie miną i głosem bardzo silnie kontrastuje z jego postawą subordynacji i posłuszeństwa, wobec wszystkiego, co mu wpojono i czego oczekuje od niego polityczny pryncypał. I tak dudniąc, (podniesionym głosem – co jest rzadkim połączeniem akustycznym) Duda, podobnie jak Dyzma, ani razu nie powiedział nic mądrego. Różni ich jednak to, że o ile Dyzma był świadom swoich ograniczeń i starał się je skrywać za „małomównością”, o tyle Duda nie odznacza się aż takim samokrytycyzmem i chętnie zabiera głos przy każdej nadarzającej się okazji, plotąc przy tym potoczyście i z łatwością prawdziwe „duby smalone”, mnoży pompatyczne inwokacje do zebranych, leje bogoojczyźniane frazesy, wylewa hektolitry pustosłowia i tak dudni, dudni, dudni jak pusty bęben. To, co się dodatkowo daje w jego mowach zauważyć, to bardzo słaby, zbliżony do zera background, podglebie intelektualne, w którym nie da się zauważyć śladów jakiejkolwiek, śladów jakichś głębszych przemyśleń, lektur, a choćby tylko samodzielnego myślenia. W jego tandetnej frazeologii wybijają na wierzch jedynie narodowo-katolickie szablony. I choć nie wszyscy jego prezydenccy poprzednicy imponowali intelektualnym backgroundem, to jednak tylko on zdobył prezydenturę w trybie, który jego pierwowzorem literackim czyni Nikodema Dyzmę. We wszystkich pozostałych przypadkach kandydaci prezydenci, a wcześniej kandydaci byli znaczącymi postaciami, a niekiedy liderami swojego obozu politycznego.

Człowiek bez właściwości

I jeszcze jedno (nie ostatnie) podobieństwo łączy te dwie postacie, fikcyjną i realną – ograniczenie intelektualne. Kokieteryjnie indagowany o „wyznanie” przez towarzyszące mu panie z towarzystwa (chodziło o jego stosunek do modnej wtedy wśród wyższych sfer „ezoteryki”) Dyzma odpowiada prostodusznie, nie rozumiejąc intencji pytających, że: „Rzymski katolik”, nie podejrzewając jednocześnie, że odpowiedź ta odebrana jest przez rozmówczynie za rodzaj przewrotnego, finezyjnego poczucia humoru. W przypadku Dudy odpowiednikiem tego jest choćby jego „złota myśl” z niedawno udzielonego wywiadu, gdy przekonywał, że „policja działa wzorcowo, bo nikt nie zginął”. Brak wyczucia, brak finezji, zwyczajna bezmyślność, brak odpowiedzialności za słowo, to jeszcze jedna cecha łącząca obu tych ludzi „bez właściwości”, tamtego Dyzmę z przedwojennej powieści i polskiego Nikodema Dyzmę naszych czasów. Ta pseudoprezydentura przejdzie do historii jako kolejny, zawstydzający aneks do dziejów głupoty w Polsce, historii, która nie ma końca.

Państwo parszywieje

Prezydent Duda zaproponował proste rozwiązanie dla opornych Ziobrze prokuratorów – przecież mogą pracować gdzie indziej, prywatnie, zostać notariuszami itp.

Kilka lat temu prezydent Komorowski także proponował młodemu człowiekowi zmianę zawodu lub wzięcie kredytu. Może w pałacu prezydenckim mieszka jakiś zły duch, który podpowiada jego lokatorom takie idiotyczne odpowiedzi. Niestety wypowiedź obecnego prezydenta ma głębszy sens. Podpowiada prezydent, że prokuratorów można usunąć jak sami nie zechcą odejść i nawet w odległych miejscach od swoich rodzin będą uparcie trwać na stanowiskach prokuratorskich. To samo może grozić sędziom. To nic, że ich kształcenie kosztowało państwo miliony. Kilka lat temu zlikwidowano wymogi względem służb administracji państwowej. Ostatnio tak zmieniono prawo, że ambasadorem może zostać obywatel bez wykształcenia i znajomości języków, ale swój.

Dlaczego nie ma być podobnie w wymiarze sprawiedliwości? W miejsce wygonionych sędziów czy prokuratorów da się swoich, zaufanych piotrowiczów. Sporządzi im się na kartce papieru, ale by nie było za dużo napisane, zasady postępowania na danym stanowisku, kartkę zafoliuje się, by się nie rwała i nie brudziła. Wtedy wystarczy na dłużej. Tak właśnie sposób sparszywiał Trybunał Konstytucyjny i inne organy wymiaru sprawiedliwości. Po wojnie praktyki szybkich awansów były usprawiedliwione, bo hitlerowcy wymordowali polską inteligencję, a Rosjanie swoje zrobili w Katyniu. Teraz wykształconych kadr w kraju nie brakuje. Jednak wykształceni ludzie są kulą u nogi tej władzy, bo samodzielnie myślą. Dlatego zafoliowana kartka z instrukcją i posłuszny, niekoniecznie myślący wykonawca jest ulubieńcem tej władzy.

Kto cię słucha???

Najgłupszym, co może zrobić człowiek innemu, to wmawiać mu, że wie, jak ten pierwszy się czuje, kiedy widać jak na dłoni, że nie ma o tym zielonego pojęcia. Współczuć, zasromać się, pochylać nad losem innego. Mówić: wiem jak ci ciężko. Mówić, dla mówienia. Czasami więc lepiej zamilknąć, żeby nie robić z siebie błazna.

Prezydent Polski Duda udzielił niedawno wywiadu dla telewizji komercyjnej. To już dało komentatorom życia politycznego w naszym kraju powody do zastanowienia. Czyżby próba otwarcia się na drugą stronę? Czasy są wymarzone, żeby zaczynać odrywać z siebie pisowską łatkę i stroić się we własny drelich, bo im gorzej, tym lepiej. Dość szybko jednak prezydent pokazał, że uniformu zmieniać nie zamierza i nadal będzie dziarsko maszerował, ramię w ramię, przy „Marszałku”. Taki pieszczotliwy pseudonim ma Jarosław Kaczyński u swoich najbardziej oddanych mołojców. Żeby jeszcze prezydent zaczął mówić, za co kocha Jarosława i jego partię, to niech tam sobie gada po próżnicy, bo kto go słucha, chyba babka głucha. Andrzej Duda poszedł w wywiadzie o krok dalej, i jął się silić na artykułowanie swoich własnych przemyśleń. I tu sprawa się rypła.
Zapytany o przedsiębiorców, którzy otwierają swoje biznesy wbrew zakazom, prezydent oświadczył, że rozumie ich desperację, ale łamania rządowych zakazów nie pochwala. Jak wychowawca w klasach 1-3, który napomina dziatwę: rozumiem, że troszczysz się o dobro szkoły i naskarżyłeś na Piotrusia, że nie zmienił butów, ale donosicielstwa nie lubię. Rozumiem, dobrzy ludzie, że jest Wam ciężko, 18 filmów o tym zrobiłem, ale samowolki nikt mi tu robił nie będzie. Od porządku jest policja. No właśnie, o policji też pan prezydent się zająknął. Zapytany o przemoc, gaz i teleskopowe pałki na protestach Strajku Kobiet oświadczył, że tam, gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. Innymi słowy, jak się idzie na zadymę, trzeba się liczyć z tym, że się dostanie pałą przez plecy. Tak było, jest i będzie. A na tle innych państw, nasze organa władzy milicyjnej wypadają jak harcerstwo. Niech się więc ci wszyscy, co oberwali miotaczem gazu cieszą, że się skończyło tylko tak, bo jakby trafili na francuskiego stróża prawa, co się w tańcu nie pir…oli, to inaczej byśmy rozmawiali. Jeśli jednak komuś nadal w naszym demokratycznym kraju źle, to nikt nikogo pod pistoletem nie trzyma. Jeszcze. Może zmienić otoczenie, jeśli tylko otworzą na oścież lotniska. Podobnie, jeśli komuś nie w smak bycie prokuratorem, może się przeflancować na adwokata, radcę prawnego albo komornika. Pan prezydent wie to najlepiej, bo sam odebrał gruntowne, prawnicze wykształcenie, i jeśli tylko zechce, zawsze będzie mógł wrócić do zawodu. Przecież do końca życia nie będzie prezydentem, więc z czegoś trzeba żyć na starość. Woli człowiek bardziej osiadły tryb życia, to zostaje adwokatem. Jak lubi przygodę, adrenalinę i niepewność jutra, wybiera dla siebie zawód np. prokuratora albo księdza, bo zarówno jednego jak i drugiego jego przełożeni mogą przesuwać z parafii do parafii, z prokuratury do prokuratury, kiedy zajdzie taka potrzeba. I mylą się ci wszyscy, którzy widzą w delegowaniu prokuratorów do odległych jednostki elementy politycznej dintojry. Ot, po prostu są wakaty, więc minister musi je kimś zapełnić. Przecież nie pośle do pracy piekarzy czy zdunów. O co więc ta afera? Trzeba było zostać piekarzem, to by nikt człowieka po Polsce nie ganiał, jak psa z pęcherzem.

I tak przez dzień boży cały, plótł prezydent swe pochwały. Dla rządu i rządzących ma się rozumieć. Dla stylu i poszanowania przezeń prawa i obyczaju. Zdobył się też na niemały gram empatii, zapewniając przedsiębiorców o swoim dlań ciepłym serduszku, ale cóż on, jako prezydent może zrobić. Radzi zacisnąć zęby, te które jeszcze ludziom zostały, i przeczekać w spokoju do wiosny a później się zobaczy. Wizjoner.
Jak się chodzi na wywiady do prezydenta, bo do prezydenta u nas się chodzi, a nie prezydent chodzi po telewizjach, wprzódy wywiad taki dość szczegółowo się przygotowuje. Normą na tym szczeblu jest wcześniejsze zaznajomienie pytaego z pytaniami, ewentualnie z obszarami tematycznymi, które będą w rozmowie poruszane, żeby człowiek mógł się przygotować. Zastanawiam się, czy może coś mi umknęło i dziś jest już inaczej, czy ktoś tu pokpił sprawę i nie przygotował się z prezydentem do rozmowy. A może było tak, że prezydent poszedł na żywioł i mówił, co naprawdę myśli. Ale jeśli tak właśnie miałoby być, to po tym, cośmy usłyszeli, pora umierać.

Andrzej Duda – plusy ujemne

Styczeń to czas refleksji nad politycznymi wydarzeniami minionego roku, okres podsumowań i wniosków. Tylko dla wyznawców ideologii PiS nie jest jasne, że smutną musi być refleksja nad dokonaniami prezydenta Andrzeja Dudy.

Od początku swej pierwszej kadencji A. Duda z samobójczą konsekwencją rozmieniał na drobne majestat urzędu prezydenta Rzeczypospolitej, strywializował go i ośmieszał. Po tym jak w kontekście jego osoby pojawiły się słynne leśne ruchadła, było już tylko coraz śmieszniej i straszniej. Tańcowanie z gaździnami na ważnych dla życia narodu wydarzeniach jak regionalne święto kaszy, podrygiwanie pod rybą na Górze św. Anny, zaśpiewki, żarciki i dowcipy były doprawdy ciężkostrawne i nie licujące z powagą pełnionego urzędu. Głęboką troską napawa obserwatorów jego działalności wyraźnie rysująca się, radosna chłopięcość i infantylizm prezydenta. Jak dziecko wpuszczone do pokoju dorosłych, cieszył się okazjami, gdy uchodził (w swoich oczach) za prawdziwą głowę państwa. Tak było na szczycie NATO w Brukseli, gdzie koniecznie chciał być atrakcyjny, choć wyszło jak zwykle, bo pokazywaniu kciuków towarzyszyła dziecinna wręcz radość z faktu, że chociaż na wspólnej fotografii znalazł się między najważniejszymi przywódcami Europy. Smutne, lecz w rzeczywistości, w NATO-owskim towarzystwie nie jest uznawany za szczególnie ważnego i istotnego gościa. Nawet jego rzekomy przyjaciel, prezydent USA Donald Trump dobitnie dał to do zrozumienia, nie znajdując dla A. Dudy w Białym Domu więcej jak tylko kilka chwil na krótką kuluarową rozmowę przy windzie, pomiędzy naprawdę ważnymi spotkaniami. Lecz wierni, choć groteskowi akolici z jego pałacu wydali oświadczenie, że obaj prezydenci dokonali pogłębionej analizy globalnych problemów z zakresu polityki międzynarodowej, poruszyli szeroki krąg zagadnień bilateralnych, uzgodnili wspólne stanowisko wobec zagrożeń terrorystycznych i klimatycznych, dokonali koordynacji stanowisk wobec Rosji, Chin, Iranu, i co tam jeszcze. Rzadki ubaw, jednym słowem. Choć samemu prezydentowi z pewnością nie do śmiechu było kiedy z kolei stał jak słup soli, a prezydent Barack Obama karcił go za łamanie prawa i Konstytucji.

W jego prezydenturze dostrzegalne są motywy i śmieszne i straszne. Do tych śmiesznych (wszystkich nie sposób wymienić) zaliczyć należy wyćwiczone przed lustrem miny w stylu Cezara lub Il Duce, wykrzyczane z patosem przemówienia, także taką wypowiedź jak ta o niedobrej UE, bo nie chce sprzedawać starych żarówek, albo ta, że ,,jesteśmy narodem, który ukształtował ten świat”, a także ta kiedy jako gospodarz konferencji klimatycznej zapowiedział spalanie polskiego węgla przez 200 lat. Mówił wówczas antynaukowe brednie, że człowiek nie przyczynia się do zmiany klimatu, choć każde dziecko wie, że to nieprawda. A ten niedorzeczny bełkot o bitwie polskich żołnierzy pod Monte Cassino, która miała stać się przyczyną powstania UE(!). Lecz już strasznym motywem jego przemówienia w 40. rocznicę wyborów 1989 r. była refleksja nad skażeniem demokracji III RP, czego powodem miał być brak rozlewu krwi Polaków w 1989 r., a teraz za ten brak płacimy cenę (!). Co więcej wolność upatruje nie w masowym buncie robotników, a w … modlitwach kapłanów.
Nachalnie eksponując swoją rzeczywistą czy udawaną pobożność, notorycznie klęcząc przed ołtarzami, bezwarunkowo popierając kościół i jego hierarchów, narusza zasadę bezstronności i światopoglądowej neutralności urzędu prezydenta. Wprzęgając biskupów w sprawy państwa i obywateli narusz art. 25 ust. 3 Konstytucji o rozdziale państwa i kościoła kat. Nie mógł pominąć tak niedorzecznej uroczystości w Łagiewnikach jak koronowanie Chrystusa na króla Polski. A może większość Polaków sobie po prostu nie życzy takiej średniowiecznej szopki? No tak, ale znów; przecież tata Duda nie na darmo wpajał synowi przekonanie: ,, Przecież były Śluby Jasnogórskie, oddaliśmy się w opiekę Maryi. Akt oddania się Chrystusowi Królowi powinien więc być w Polsce przyjęty”. A prezydent wciąż się uczy i chłonie wiedzę, w dużej mierze od chronicznie pobożnego taty, bo tacie zawdzięcza się najwięcej, co w tym przypadku podkreślały pikietujące pod PADem córy Radia Maryja: ,,Błogosławiony członek, który cię spłodził”. Dlatego pewnie, czcząc ojca swego, przemawia do żołnierzy WP w stylu, jaki spodobałby się zapewne Antoniemu Macierewiczowi: ,,Możecie się czuć bezpieczni, ponieważ zostaliście zawierzeni opiece Matki Przenajświętszej”.

Cóż, cały PiS, z którym utożsamia się prezydent, to taka specyficzna odmiana zwykłej głupoty, fałszywej pobożności, zacofania, rzewnej tęsknoty za zaściankową przeszłością, błazenady, groteski, niedorzeczności, absurdu i fałszu, a prezydent, zgodnie z wypracowaną wąską specjalizacją, pod tą odmianą podpisuje się, jak zawsze. Może dlatego zapytany w pisowskiej telewizji kogo wymieniłby z najwybitniejszych Polaków w historii Polski, stawia obok Jana Pawła II, … Lecha Kaczyńskiego. A propos groteski i pobożności. Trudno zapomnieć sytuacji kiedy prezydent z wyronioną koszulą, niczym nadgorliwy ministrant pełzał na czworaka między krzesłami na Jasnej Górze, w pościgu za unoszoną wiatrem hostią. Chyba każdy kto to widział, w smutnej zadumie pochylił się nad sponiewieranym majestatem RP, który prezydent ma obowiązek personifikować. To nie jedyna taka sytuacja gdzie w jego przypadku granica między dramatem a tragifarsą jest tak cienka, że praktycznie zanikła. Ze śmiechem, zdumieniem ale i z zażenowaniem patrzyliśmy na popłakującego, z drgającym podbródkiem gdy mamrotał o żołnierzach wyklętych lub do łez wzruszał się wspominając jak ładnie na defiladzie wygląda nasza kompania reprezentacyjna. A jak traktować potraktować jego dziwactwa, gdy w 2014 r. specjalnie wybrał się do Zembrzyc, by niejaka Myrna Nazzour pocąca się ,,Świętym Łojem”, wtarła mu w skórę swój tłuszcz organiczny. Ten istotny dla prezydentury fakt zdradził nie kto inny, jak porażony cudem Błogosławionych Wydzielin europoseł PiS Dominik Tarczyński.

Lecz gdyby problem naszego prezydenta polegał jedynie na braku powagi, na dziwactwach, groteskowych zachowaniach, emocjonalnej niedojrzałości, byłoby pół biedy. Podobno, jak zapewniał, wciąż się uczy. Gdyby tak nauczył się na pamięć zapisów Konstytucji, jak np. art. 126 mówiący: ,,Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej jest najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej Polskiej …”, lub też art. 132: ,,Prezydent Rzeczypospolitej nie może piastować żadnego innego urzędu ani pełnić żadnej funkcji publicznej, z wyjątkiem tych, które są związane ze sprawowanym urzędem”.

No właśnie: przedstawicielem Rzeczypospolitej Polskiej, nie rzecznikiem i adwokatem partii, która go zgłosiła do tego urzędu. Gdyby A. Duda zechciał przyjrzeć się jak ten wysoki urząd sprawowali inni, lepsi od niego, wiele mógłby się nauczyć, skoro lubi to robić, np. od Aleksandra Kwaśniewskiego. To proste, ma być dokładnie jak mówi Konstytucja: prezydent nie może pełnić żadnego innego urzędu ani pełnić innej funkcji. Niestety, widzimy w osobie prezydenta rzecznika i propagandzistę partii PiS, odgrywającego tę rolę z chłopięcym zapałem i gorliwością radzieckiego pioniera. Potwierdza to bezwstydnie, gdy posuwa się do tak infantylnych, nieprzemyślanych stwierdzeń jak to, że nie jest prezydentem wszystkich Polaków gdyż nie wszyscy na niego głosowali. I mówiąc to wydawał się niezmiernie zadowolony ze swoich słów, które najwyraźniej uznał za niezwykle odkrywcze. Niestety, A. Duda nie potrafi wyrwać się z mentalności dworskiego sługi swego pana. Którego – każdy wie. Dlatego sprzeniewierzając się zasadzie bezstronności, czynnie pozwala sobie na dyskredytowanie ludzi innych opcji politycznych, np. tzw. lewaków, choć najwyraźniej nie w pełni rozumie znaczenie tego pojęcia. Bo lewakami są u niego politycy liberalno-konserwatywnej PO, liberalnej Nowoczesnej, chadeckiego PSL-u czy social-demokratycznego SLD. To minimum wiedzy, lecz prezydent mówiący o ,,szyderstwach i napadach lewackich mediów”, powinien ją posiąść, skoro wciąż się uczy, że w czasach realnego socjalizmu lewakiem mógł stać się każdy, kto nie popierał stalinowskiej/poststalinowskiej władzy, a wyznawał jednocześnie lewicowe poglądy, łącznie z takimi ludźmi, do formatu których jest mu niezmiernie daleko, jak ś. p. Karol Modzelewski, Jacek Kuroń, Bronisław Geremek czy Adam Michnik, walczący z komuną gdy A. Duda uczył się, lecz tabliczki mnożenia. Ale też prezydentowi nie można się dziwić, skoro z domu rodzinnego wyniósł takie mądrości o jakich mówił mu tata: ,,Lewackie i libertyńskie wstecznictwo niesie tylko rozkład, szczególnie moralny. Musimy być czujni”. A w imię ojca i syna wtóruje zespół amatorski zgromadzony w pałacu prezydenckim, jak nienadzwyczajny profesor Zybertowicz, który w studio TVP cieszy się, że ,, że nie ma tutaj wśród przedstawicieli wszystkich sił politycznych żadnego lewaka”. Co tam zresztą lewacy. ,,Dojna zmiana”, czyli cała opozycja, którą Duda stara się skompromitować, jego gadka o ,,jazgocie opozycji, który nas nie powstrzyma”, ta ,,wyimaginowana wspólnota”, to ,,bajanie o UE dla maluczkich”, to zwracanie się do opozycji, tak niestosowne w ustach prezydenta – mediatora: ,,Jesteśmy po dwóch stronach barykady”, te ekspiacje o szefie Rady Europejskiej, Donaldzie Tusku, pokazujące, że nie rozumie czym jest Unia i na czym polegają obowiązki najważniejszych unijnych urzędników, te prostackie opinie, że Tusk nic nie załatwił dla Polski, że nie reprezentuje polskich interesów i nie ma szacunku do własnego kraju, bo służy Niemcom, to wszystko odbije się czkawką, kiedy przyjdzie czas rozliczenia się z urzędu. Te wszystkie dzielące Polaków opinie, czyżby naprawdę miały być potwierdzeniem jego słów z początku pierwszej kadencji i brawurowo powtórzone w drugiej, o głównym celu jego prezydentury – łączeniu Polaków ???

Choć jego podpisy widnieją na najważniejszych dokumentach, to w rzeczywistości wyrzekł się prezydenckiej podmiotowości i suwerenności, wykonując i firmując rozstrzygnięcia, które podejmowane są przez PiS z pogwałceniem Konstytucji. Funkcja pisowskiego notariusza nie zapewnia prezydentowi poważania ani w społeczeństwie, ani nawet w samym PiSie. Widać to gołym okiem. Przypomnijmy proszalną i pokorną postawę A. Dudy, gdy żebrał o uścisk dłoni Kaczyńskiego, po tym jak nieopatrznie wyrwało mu się odmienne od jego zdanie o potrzebie wzajemnego wybaczenia sobie na linii rząd – opozycja. To jasne, że PiS wystawiło Dudę do prezydentury tylko dlatego, że Kaczyński bał się przegrać z Bronisławem Komorowskim. Czwartorzędny wówczas funkcjonariusz partyjny niespodziewanie wygrał walkę wyborczą, ,,przez przypadek” (skąd to znamy?) i został wybrany na urząd prezydenta. To wyniesienie nieznanego nikomu polityka bynajmniej nie przysporzyło mu szacunku wśród starszych kolegów z PiS, wciąż traktujących go z zauważalnym lekceważeniem i pobłażaniem, a nawet z niechęcią. Bo wszelkie chłopięce przechwałki prezydenta, których nie szczędzi sobie i nam, muszą irytować nawet pisowców, są doprawdy ambarasujące i nie przystają do powagi pełnionego urzędu. Prezydenturę rozpoczął od nie mającego wiele z skromnością samookreślenia się jako człowiek niezłomny, a najnowsza jego ekspiacja dotycząca osobistej przyjaźni z D. Trumpem miała zaowocować niespełnionymi preferencjami Polski w dostawie amerykańskich szczepionek. Mści się na nim bezrefleksyjne, nie liczące się z realnymi możliwościami i brakiem poparcia swego zaplecza politycznego, sypanie obietnicami i zobowiązaniami jak te dotyczące przeprowadzenia referendum konstytucyjnego, wysuwanie kandydatury prezydenckiego ministra Szczerskiego na szefa NATO, propozycja zapisu w Konstytucji o przynależności Polski do UE i NATO czy zignorowana przez PiS jego zapowiedź o otwarciu stoków narciarskich. A kiedy w swej zamaszystej zuchowatości, z wyraźnym samozachwytem obiecał zmniejszyć kwotę wolną od podatku, a w razie nieprzyjęcia tego postulatu miał złożyć urząd, czy to przysporzyło mu powagi czy też ośmieszyło go ? Jego obietnica, której koszt wyniósłby 21 mld. zł. nie została przez PiS zauważona, lecz Duda został na stanowisku. A szkoda, wlelibyśmy by stało się odwrotnie. Lecz mało tego; taki sam los spotkał prezydencki projekt ustawy obniżającej wiek emerytalny, nigdy nie zrealizowana nonszalancka zapowiedź pomocy dla niepełnosprawnych i frankowiczów i ostatnio jego autorstwa nowelizacja ustawy aborcyjnej, całkowicie zignorowana przez PiS. Jak na prezydenckie inicjatywy, coś za dużo tych kompromitujących falstartów.
Ale przejdźmy do najważniejszych kwestii. Ucząc się wciąż i wszędzie z pewnością zapoznał się z zapisami Konstytucji. Tylko czy przeczytał ją ze zrozumieniem? Bo senacki zespół ds. monitorowania praworządności twierdzi, że podczas dokonywania zmian w Trybunale Konstytucyjnym, Sądzie Najwyższym, Krajowej Radzie Sądownictwa, a także podczas prac nad ustawą o ustroju sądów powszechnych, złamał wraz z pisowcami co najmniej 13 artykułów Konstytucji, niektóre wielokrotnie. „Ale który artykuł” – dopytywała jego małżonka w KFC, gdy dzielna dziewczyna zarzuciła prezydentowi łamanie Konstytucji. No to konkretnie i ograniczając się jedynie do artykułów Konstytucji złamanych bezpośrednio przez A. Dudę. Przede wszystkim właśnie art. 126, pkt. 2: ,,Prezydent Rzeczypospolitej czuwa nad przestrzeganiem Konstytucji”. Swoim bezzwłocznym podpisaniem ustawy o Trybunale Konstytucyjnym i sądach, mimo, że wszystkie zostały ocenione jako niekonstytucyjne przez służby prawne Sejmu i Senatu, pogwałcił Konstytucję, a zgodnie z nią mógł te ustawy zawetować lub odesłać do Trybunału.

Art. 139: ,,Prezydent Rzeczypospolitej stosuje prawo łaski”. ,,Ułaskawił” (ułaskawienie to darowanie kary winnemu) Mariusza Kamińskiego, choć wyrok w jego sprawach był nieprawomocny a sam Kamiński odwołał się do Sądu Apelacyjnego. Stwierdził absurdalnie, że ,,wyręczył sądy w ich obowiązkach”.

Art. 180 ust. 1: „Sędziowie są nieusuwalni”. Podpisał w nocy usunięcie 40% sędziów SN.

Art. 178 ust. 1: „Sędziowie w sprawowaniu swojego urzędu są niezawiśli i podlegają tylko Konstytucji oraz ustawom”, a art. 173: „Sądy i Trybunały są władzą odrębną i niezależną od innych władz”. Swoim podpisem uzależnił sądownictwo od polityków, w tym prokuratorowi gen. Ziobrze

Art. 183 ust. 3: ,,Kadencja I Prezesa Sądu Najwyższego trwa 6 lat”. Usunął sędzię Małgorzatę Gersdorf po 4 latach kadencji.

Art. 187 ust. 1: ,,W Krajowej Radzie Sądownictwa jest 15 miejsc dla przedstawicieli sędziów”. Przyłożył rękę do tego by wszystkie 15 miejsc obsadzili posłowie PiS.

Jeśli A. Duda podkreślał, że z D. Trumpem łączy go jednakowe spojrzenie na prowadzenie polityki, to musi uwzględniać dwie rzeczy: wyciągać wnioski z tego jak obecny prezydent USA kończy swą karierę i jak jest traktowany przez przywódców cywilizowanego świata oraz pamiętać, że choć w naszej Konstytucji brak zapisu o impeachmencie, to obowiązuje jej art. 145 Konstytucji: ,,Prezydent Rzeczypospolitej za naruszenie Konstytucji, ustawy lub za popełnienie przestępstwa może być pociągnięty do odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu”.

Polityczne szczepionki i mandarynki

Wydawać by się mogło, że wprowadzenie do obiegu szczepionki przeciwko wirusowi Covid-19 ma wymiar wyłącznie zdrowotny a nie polityczny. Tym nie mniej można by się tu dopatrzeć pewnych politycznych kontekstów – uważa szewc Fabisiak na podstawie obserwacji procesów wdrażania jej w różnych krajach.

Polski rząd podobno podpisał umowy na zakup szczepionki z firmami Pfizer/BioNtech, AstraZeneca oraz Johnson&Johnson nie czekając na decyzję Europejskiej Agencji Leków o dopuszczeniu określonych szczepionek na obszar UE. Ostatecznie Agencja łaskawie zezwoliła na przywóz amerykańskiej szczepionki Pfizer, mimo tego, że eksperci z zakresu epidemiologii ostrzegają przed trudnościami związanymi z przewozem tego mocno zamrożonego preparatu. Eksperci mają rację czego dowodem jest to, że w kilku miastach w niemieckiej Bawarii opóźniono akcję szczepień z powodu wątpliwości co do zachowania właściwej temperatury w pojemnikach, w których był transportowany. W Polsce po umieszczeniu szczepionki w centralnym magazynie Agencji Rezerw Materiałowych ma ona zostać odmrożona do temperatury temperatury nieco poniżej zera a następnie rozdysponowana na kraj. Szewc Fabisiak chciałby się dowiedzieć od specjalistów czy tak odmrożony preparat będzie skutecznym środkiem zapobiegawczym czy też będzie miał takie samo działanie jak wyjęty z zamrażalnika kotlet schabowy.

Należy w tym momencie zwrócić uwagę na to, że Pfizer nie jest bynajmniej jedyną wymyśloną na świecie antywirusową odtrutką. Jest jeszcze kilka innych szczepionek, które już krążą po świecie omijając starannie Unię Europejską. W Chinach już w styczniu było gotowych 30 lekarstw antywirusowych z których wybrano uznane za najbardziej skuteczne Heberon Alfa R. Produkcję tego leku rozpoczęto w pierwszych nich lutego w chińsko-kubańskiej wytwórni farmaceutycznej. Fakt, że właśnie tam ma tu istotne znacznie albowiem to właśnie w Chinach wylągł się wirus a z kolei kubańska medycyna należy do przodujących na świecie. Przed użyciem innej chińskiej szczepionki przygotowanej przez firmę Sinovac Biotech Ltd’s nie ma oporu rządzona przez mocno proamerykańskiego prezydenta Brazylia mając zamiar dopuszczenia jej do użycia w lutym. Szczepionka ta jest też testowana w Indonezji i Turcji. Ponadto gotowa jest szczepionka rosyjska, które podobnie jak Pfizer wykazuje ponad 90 procent skuteczności i nie wymaga uciążliwego i niepewnego transportu w tak niskiej temperaturze. Zakupiła ją nie tylko wspierana politycznie przez Rosję Wenezuela, lecz także Argentyna. Można się domyślać, że kraje te nie zdecydowałyby się na sprowadzanie nie do końca sprawdzonego preparatu. Natomiast nic nie wiadomo czy Europejska Agencji Leków testuje rosyjską szczepionkę. Nie byłoby nic dziwnego w tym, gdyby nie testowała. Wszak Unia jest od tego aby nakładać na Rosję sankcje a nie by sprowadzać stamtąd produkty farmaceutyczne. W ten sposób walka z wirusową pandemią przybiera niejako wymiar polityczny.

Szewc Fabisiak przypomina, że w trakcie wizyty Andrzeja Dudy w Waszyngtonie obydwaj prezydenci złożyli ustne oświadczenie, że Polska będzie jednym z pierwszych krajów, który otrzyma amerykańską szczepionkę, co w naszym kraju odtrąbiono jako wielki sukces. Zapewne obaj prezydenci nie mieli pojęcia o tym, że funkcjonuje coś pod nazwą Europejska Agencji Leków, która decyduje o tym jakie medykamenty mogą być dopuszczone na wspólnotowy rynek. Oczywiście prezydenci mają prawo tego nie wiedzieć jednak powinni mieć do dyspozycji zorientowanych w tej materii doradców. Gdyby jednak swoją wiedzę wyłuszczyli panu Dudzie i panu Trumpowi, to tym samym zepsuliby wizerunek wspaniałej polsko-amerykańskiej współpracy. W kontekście monopolu Europejskiej Agencji Leków szewc Fabisiak uważa, że jest ona wyrazistym przykładem nie mającego racjonalnego uzasadnienia rozrostu unijnej biurokracji zapewniającej lukratywne posady dla osób, które ze względu na swoją wiedzę mogłyby sobie znaleźć bardziej pożyteczne zajęcie choć może za mniejsze apanaże. Zdaniem szewca Fabisiaka o tym jaki lek można stosować na terenie danego państwa członkowskiego UE mogłyby przecież swobodnie decydować właściwe krajowe organy nie czekając na odgórne dyrektywy unijnej agencji. Jednak w scentralizowanym na przekór gospodarce wolnorynkowej systemie funkcjonowania Unii obwiązują unijne certyfikaty na sprowadzane z zewnątrz towary. I dlatego jesteśmy zobligowani do spożywania zatwierdzonych odgórnie portugalskich mandarynek a nie tych pochodzących z Abchazji, choć są one nie gorszej jakości i przypuszczalnie znacznie tańsze. Jednak Abchazja znajduje się na unijnym indeksie ponieważ śmiała się odłączyć od aspirującej do NATO i UE Gruzji a co gorsza jest popierana przez Rosję. I tak polityka rządzi nie tylko europejskim rynkiem leków, lecz także tak strategicznym towarem jak mandarynki – podsumowuje swoje obserwacje szewc Fabisiak.

Potrójne objawienie

W minionym tygodniu doznałem iluminacji trzykrotnej. Po trzykroć przekonałem się, że żyjemy w jakiejś groteskowej krainie, w której ludziom nie starcza już modlenie się do rzeźb. Przesuwają więc granicę o krok dalej i poczynają modlić się do samochodów.

To z tymi samochodami, to z Radzymina pod Warszawą. Tego samego, gdzie dawno temu cudownym zrządzeniem woli boskiej, Piłsudski zatrzymał bolszewicką barbarię. Dziś już wiadomo, że w czasie natarcia i bitwy, marszałek truchlał ze strachu przed pogromem i musiano go długo przekonywać, żeby nie porzucał towarzyszy broni, bo jego stan psychiczny daleki był od zadowalającego. W Radzyminie, w czasach zupełnie dzisiejszych, postawiono na terenie przykościelnym, w specjalnej, przeszklonej gablocie, opla vectrę, którym Jan Paweł II podróżował podczas peregrynacji do ojczyzny w latach 90. Zadbany, niebity, Niemiec płakał, jak sprzedawał. Stoi więc tak opelek, nie na giełdzie w Słomczynie, tylko w Radzyminie i cieszy oko proboszcza, wiernych i przyjezdnej gawiedzi, która żegna się przed samochodem, a pewnikiem, w maju będzie się gromadzić przed cudownym autem na cowieczornych nabożeństwach. Jak się odpali światła, o ile akumulator na chodzie, to będzie można śpiewać „majówki” do ciemnej nocy. Tu oświeciło mnie po raz pierwszy. A może raczej, oświetliło. Kolega mój, który lubował się w zbytku i życiu na pokaz, kupił sobie kiedyś, pod wpływem chwili, starego mercedesa, którym jeździł podobnież sam prałat Jankowski. Piękny, stary kabriolet w białej skórze. Zapragnął pojechać nim do Francji, na finał mistrzostw świata w piłce nożnej. Ruszył prałatowskim cabrio z Warszawy, a gdzieś pod Essen zatarł na dobre silnik. Czekał ponad tydzień na nowy, żyjąc kątem u kolegi, dwie wioseczki obok miejsca, gdzie pojazd wyzionął ducha. Na finały nie zdążył. Auto scholował mu znajomy laweciarz spod Przasnysza, bo okazało się, że zakład naprawczy u Niemców był lewizną, w którym, pod przykrywką naprawy samochodów, handlowano zielskiem i pigułami na większą skalę. Opowieść jak z enerdowskiego kryminału, jednak prawdziwa i do tego z happyendem. Ciekaw jestem, jaki rodowód ma bryczka pod pleksą z Radzymina, którą wożona „naszego” papieża. Nic bowiem, co się jego tyczy, nie jest już na tym padole bez skazy, jak papieska łza. Nawet kremówki, jak się okazuje, mogą być zatrute genem światowego pedalstwa. I tu iluminacja dopadła mnie tydzień temu po raz drugi.

Okazuje się bowiem, że słynny organizator gejowskich gang-bangów z Brukseli, z którego chaty węgierski europoseł, spuszczał się, za przeproszeniem, po rynnie, to jeden z naszych. Żeby było ciekawiej, syn wadowickiej ziemi, wnuczek piekarza, który wypiekał papieskie kremówki. Przynajmniej senior rodu tak twierdzi, bo co do wieku oraz pochodzenia tego jegomościa, pewności nie ma. Jeśli jednak wierzyć dziadkowi, chłopiec od najmłodszych lat miał mieć smykałkę do interesów, zwłaszcza tych podejrzanych, która ostatecznie zaprowadziła go przed nasze i zagraniczne sądy, skutkując wydaniem zań europejskiego nakazu aresztowania. I wtedy zilunominowało mnie po raz trzeci.

Kilka lat temu, w styczniu, bawiłem wraz z grupą młodzieżową na K. w Wadowicach. Graliśmy tam koncert w miejscowym domu kultury. Zakwaterowano nas w hotelu, dość ekskluzywnym, w którym już od wejścia, czuć było lekką spinkę, a w miarę upływu czasu, spinka tylko się pogłębiała. Po koncercie, kiedyśmy wrócili na pokoje, w recepcji, niby to półoficjalnie, dowiedzieliśmy się, że tego samego wieczoru co i my, nocować w nim będzie prezydent Duda, który od paru dni bawi na nartach nieopodal. Mimo tego zeszliśmy, ja i kolega, do hotelowego baru, który był bardzo dobrze zaopatrzony. Barman początkowo nie chciał nam sprzedawać alkoholi, oficjalnie nie mógł podać powodu, ale gdy dostał zielone światło od kierownictwa, jął lać nam co chcieliśmy, uważając na słowa. Prohibicji w Wadowicach nie ogłoszono. Była jednak nieformalna dyspozycja władz, tak przynajmniej twierdził barman, żeby nie lać wódki hotelowym gościom, w obawie przed zakłócaniem wypoczynku panu prezydentowi. Pamiętam, że staraliśmy się być cicho, choć korciło, żeby pośpiewać serenady pod oknem. Nazajutrz nie zastaliśmy pana prezydenta na śniadaniu. Inna sprawa, że posiedzieliśmy w barze długo i załapaliśmy się na końcówkę, kiedy wszystko było już przejedzone.

W minionym tygodniu prezydent oburzył się na ministra Gowina, że ten chce zamykać stoki narciarskie, kiedy naród spragniony jest szusowania, po miesiącach wyrzeczeń. Nie godzi się zabraniać ludziom dostępu do aktywności fizycznej. Akurat, na czym jak na czym, ale na szusowaniu prezydent się zna. Wie też, do jakiego hotelu się udać. Odpocząć, nabrać sił. Nie miał więc wyjścia Gowin i uległ. Stoki będą otwarte. Hotele-zamknięte. Bary hotelowe też. Wszystko się zgadza. Skoro prezydent może jeździć na nartach, to czemu by nie ja. Na początku roku wybieram się na narty z rodziną. Mamy hotel. Rezerwację. Ze strony hotelu nie dostaliśmy informacji o żadnych, dodatkowych obostrzeniach. Gdyby każdy, tak jak ja, mógł doznawać oświecenia co najmniej trzy razy w tygodniu, życie w końcu miałoby jakiś sens. Wiem już czym jeździć, na czym, gdzie, czym się żywić a czego unikać, gdzie spać, jak mnie sen zmoże. Czego i Państwu życzę.

Delfinowi wyrosły kły

Ostatnie wyskoki Ziobry, z „albo śmiercią w Brukseli” na czele, to tylko wisienka na wielopiętrowym torcie który rośnie od lat, a szczególnie po wyborach w 2015 roku.

Ziobro jest pojętnym politykiem. Po wpadce z doktorem G. nauczył się nie brylować przed kamerami. Teraz gada publicznie tylko wtedy, gdy musi, a musi rzadko. Dzięki temu zabiegowi wyrasta na myśliciela. I nie tylko…

A kto to jest Morawiecki

Drugą lekcją, którą odrobił, jest nauczenie się, że z prezesem się nie pogrywa. Udowadnia Kaczyńskiemu, że Solidarna Polska jest bardziej pisowska niż PiS.

Prezes musi to dostrzegać. W przeciwnym wypadku nie pozwalałby Ziobrze zdobywać coraz to nowych przyczółków jego władztwa. I to zarówno tych realnych jak i politycznych. A wizerunek ministra sprawiedliwości w narodzie rośnie dzięki temu, że robi porządek z głupotami, z którymi nie chciało się nic zrobić Platformie. Likwiduje bezkarność dla bogaczy mogących wynająć najlepszych prawników, czyli kontradyktoryjność w procesach karnych. Ukraca finansowe apetyty komorników. Zdejmuje z ludzi strach przed ściganiem za przedawnione lub wymyślone długi. Podnosi kary dla piratów drogowych, gwałcicieli i innych takich, których naród się boi. Wprowadza do polskiego systemu prawnego konfiskatę rozszerzoną. Uruchamia rejestr pedofilów. Zaostrza przepisy pozwalające ścigać alimenciarzy. Poszerza zakres obrony koniecznej. To wszystko ma mu dać rząd dusz.

Rząd państwa zdobywa jednak inaczej. Skorzystał choćby z tego, że w latach 2016-17 CBA gromadziło kwity na osoby współpracujące z resortem skarbu przy procesie prywatyzacji i zbycia akcji Ciechu. Kwity trafiły do podległych Ziobrze prokuratorów, najpierw z Warszawy, a w maju 2017 r. do bardziej zaufanych w Katowicach. W sprawie chodzi o zbyt tanią sprzedaż za czasów PO grupie Kulczyk Investments 37,9 proc. należących do skarbu państwa akcji Ciech SA za 619 mln zł, „czym wyrządzono państwu szkodę majątkową w wielkich rozmiarach”. Prokuratorzy wyliczyli ją na 110 mln złotych.

W lutym zatrzymano 6 osób. W tym byłego wiceministra skarbu i prezesa Giełdy Papierów Wartościowych oraz ministerialnego urzędnika. Sąd nie zgodził się na ich areszt, a prokuratura złożyła zażalenie. Pro forma raczej.
Bo Ziobrze nie o nich chodzi. Nie zależy mu też, aby proces rozpoczął się szybko. Procedury przygotowawcze mają trwać do czasu, kiedy minister sprawiedliwości dostanie decyzję, że pora pozbyć się Mateusza Morawieckiego. Od Jarosława Kaczyńskiego.

Rzecz w tym, że kierowany przez Morawieckiego bank współpracował przy prywatyzacji Ciechu. Konkretniej zaś, to Bank Zachodni WBK dał firmie Kulczyka kredyt na zakup jego akcji. Nie ma siły, by przy tej skali pożyczki w sprawie nie uczestniczył osobiście aktualny szef rządu.

W tej chwili Ziobrze i Kaczyńskiemu wystarczy, że mają na premiera haka. Przesłuchanie przez prokuratora pod kątem spekulowania na krwawicy Polaków, byłoby początkiem końca następcy Szydło. Prawdziwym finałem byłoby stannięcie Morawieckiego przed sądem w roli oskarżonego o świadomy udział w oszwabieniu skarbu państwa.

Ciech nie jest jedynym powodem, dla którego premier nie powinien drzeć kotów z Ziobrą. Bo wtedy jakiś prokurator mógłby pogrzebać w papierach i dojść do wniosku, że dom maklerski należący do kierowanego przez Morawieckiego BZ WBK pośredniczył w próbie wrogiego przejęcia polskich Azotów przez Rosjan.

Odsadzić Dudę od Trumpa

Rozgrywanie kwestii Ciechu to ledwie kolejny rozdział pokazywania jaka jest realna siła ministra sprawiedliwości. Zdobywanie realnej władzy zaczął niemal po zaprzysiężeniu gabinetu Szydło.

Dwa lata temu Ziobro zapragnął zaskarbić sobie względy wicepremiera Glińskiego. Od człowieka bliskiego wicepremierowi, szefa Reduty Dobrego Imienia – Macieja Świrskiego dostał projekt nowelizacji ustawy mający na celu „ochronę dobrego imienia Rzeczpospolitej Polskiej, w szczególności ochrony Państwa Polskiego przed oskarżeniami o współudział w zbrodniach wojennych dokonanych przez okupanta na ziemiach polskich”.
Przyjął projekt pod skrzydła swojego resortu choć Instytut Pamięci Narodowej, to byt odrębny od administracji. Ma też swoich prawników i ustawowo winien współpracować z resortem Glińskiego, lub Czaputowicza, a nie Ziobry.

Chęć pozyskania Świrskiego, czyli Glińskiego, powoduje jednak, że Ziobro wchodzi w nowelę, ale odpowiedzialnym za jej procedowanie robi swojego zastępcę Patryka Jakiego. Słusznie.

Gdy projekt ukazał się w internecie 17 lutego 2016 r. rozpoczął się festiwal wieszania na nim psów. Pretensje mieli wszyscy. Od organizacji pozarządowych, przez naukowców, po MSZ. Już w marcu 2016 na biurko Ziobry trafiały opinie, w których tylko debil nie dopatrzyłby się znamion tej zadymy, przez którą Duda miał embargo na Trumpa. Minister sprawiedliwości wiedział, że wszedł na minę. Było jednak za późno. Ziobro mógł jedynie podzielić się współautorstwem z innymi. Projekt nowelizacji stał się zatem pomysłem całego rządu i szybciutko trafił do Sejmu.

Leżał tam sobie przez 1,5 roku, bo Kaczyński, z którym Ziobro podzielił się wynikami konsultacji nowelizacji o IPN, wiedział czym to pachnie. W styczniu 2018 r. prezes uznał jednak, że taka zadyma to idealny lep na elektorat, któremu nie spodobało się wywalenie z rządu Macierewicza.
Resztę znamy, – musieliśmy się kajać po głupocie ze ściganiem po całym świecie ludzi mówiących, że Polacy nie zajmowali się podczas okupacji wyłącznie karmieniem i głaskaniem Żydów. Twarz nowelizacji dał Jaki, popłynął na tym Morawiecki, Gliński się ośmieszył, zaś Czaputowicz wykazał się nieudolnością urzędniczą. Ale Minister Sprawiedliwości – odpowiedzialny politycznie za wkurzającą pół świata nowelkę – pozostał niezbrukany.

Administracja podległa prokuratorowi

Uchronienie Ziobry przed odium ustawy o IPN to nie przypadek. Jego rola w rządach PiS jest od początku znacznie większa niż się wydaje. Dowodem jest choćby arcydrobna sprawa rozesłania w lutym 2017 roku przez zastępcę Prokuratora generalnego – czyli Ziobry – pisma, w którym przypomina, że niedopuszczalne jest przyjęcie przez Kierownika Urzędu Stanu Cywilnego oświadczenia o wstąpieniu w związek małżeński przez osoby tej samej płci. Przypomina prokuratorom, a nie kierownikom USC.
Wszechmoc ludzi Ziobry wypływa z ciągu dalszego pisma jego zastępcy: „prokuratura stoi na straży praworządności. Zadanie to realizowane jest m.in. poprzez wytaczanie powództw w sprawach cywilnych oraz składanie wniosków i udział w postępowaniu sądowym w sprawach cywilnych, z zakresu prawa pracy i ubezpieczeń społecznych, jeżeli tego wymaga ochrona praworządności, interesu społecznego, własności lub praw obywateli”. Dlatego „prokurator może żądać wszczęcia postępowania w każdej sprawie, jak również wziąć udział w każdym toczącym się już postępowaniu, jeżeli według jego oceny wymaga tego ochrona praworządności, praw obywateli lub interesu społecznego”. Czy można takie pismo interpretować inaczej niż pokazanie prokuratorom, że są ponad wszystko. A w ich kompetencjach jest kontrolowanie poczynań wszystkich urzędników państwowych. Zaś wszyscy prokuratorzy podlegają Zbigniewowi Ziobrze.

To sobie teraz posądzimy

A to i tak jeszcze nie szczyt kompetencji „pana Zbyszka”. Ten zdobył dzięki skokowi na sądownictwo. I niech nikogo nie zmyli letnia burza medialna z zawetowaniem przez Dudę ziobrowych ustaw. Po kandydatach do KRS widać kto wygrał. To „krewni i znajomi” Ziobry wybierają Sąd Najwyższy. Ziobro obsadza swoimi ludźmi stołki we wszystkich sądach. A w prokuraturach nie ma śladu po tych, którzy kiedykolwiek mu podpadli.
No i obsadzony przez ziobrowych nominatów Sąd Najwyższy będzie zatwierdzał wyniki wyborów – bądź nie zatwierdzał. Jego prokuratorzy będą oskarżać, lub umarzać. Zaś lokalni sędziowie z nadania Ziobry, równie dobrze mogą skazywać jak i obdarować zadośćuczynieniem. Jeśli to nie jest władza najbardziej realna, to co to jest?

Zanim doszło do podmiany pani Szydło na Morawieckiego, magazyn “Politico”, ogłosił ranking 28 osób z naszego kontynentu, które w 2018 roku w największym stopniu będą miały wpływ na politykę europejską. Na 14 miejscu znalazł się nie kto inny, jak polski Minister Sprawiedliwości i Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro. Jego nazwisko opatrzono proroctwem, że dzięki potężnej władzy, którą zgromadził, będzie w stanie obalić prezesa.

Tu jednak publicyści „Politico” się mylą. Gdyby Kaczyński nie był – przeczołganego po eksperymencie z Solidarną Polską – pewny Ziobry jak siebie, to nigdy nie pozwoliłby mu na zdobycie władzy niemal absolutnej. Niegdysiejszy delfin, czyli kandydat prezesa na swego następcę wrócił. To co się dzieje od paru miesięcy, chyba najlepiej to potwierdza. Dziś jasno widać, że Ziobro chce zgarnąć całą pulę.

Pechowa wizyta u prezydenta

W innych okolicznościach skutkująca przymusową kwarantanną wizyta mistrzyni French Open Igi Świątek w Pałacu Prezydenckim byłaby zapewne pożywką dla twórców kabaretowych skeczów, ale w czasach zarazy nie jest to dobry temat do żartów. Wypada mieć nadzieję, że tenisistka nie okupi zakażeniem przyznanego jej przez prezydenta Złotego Krzyża Zasługi.

Iga Świątek nie jest pierwszą przedstawicielką świata sporu uhonorowaną przez prezydenta Andrzeja Dudę za osiągnięte wyniki. Można się oczywiście spierać, czy wygranie wielkoszlemowego turnieju to już wystarczający powód, żeby 19-letnią tenisistkę od razu nagradzać Złotym Krzyżem Zasługi, nawet jeśli dokonała tego wyczynu jako pierwsza Polka w historii.
Nawet jeśli głowa naszego państwa ma jeszcze do dyspozycji kilka cenniejszych odznaczeń, to przecież istnieje ryzyko, że tenisowy talent Świątek eksploduje teraz z mocą równą piłkarskiemu talentowi Roberta Lewandowskiego czy talentowi Bartosza Zmarzlika do jeżdżenia na żużlowym torze. Nazwiska tych sportowców przytaczam nie bez przyczyny – pierwszy niedawno jako pierwszy Polak w historii został uznany za najlepszego piłkarza sezonu w Europie, a drugi jako pierwszy Polak wywalczył po raz drugi z rzędu indywidualne mistrzostwo świata na żużlu.
Nie wdając się jednak w dywagacje, na jakie oni dwaj zasłużyli odznaczenia, wróćmy do Igi Świątek. Skoro w wieku 19 lat wygrała bez straty seta wielkoszlemowy French Open, to trzeba zakładać, że może także wygrać trzy pozostałe turnieje Wielkiego Szlema, czyli Australian Open, US Open i Wimbledon czy zdobyć olimpijskie złoto w przyszłorocznych igrzyskach w Tokio (albo w 2024 roku w Paryżu, albo w 2028 roku w Los Angeles)), lub także w awansować w rankingu WTA na pierwsze miejsce. I w każdym z tych osiągnięć będzie pierwsza i jako Polka, i jako reprezentantka Polski.
Przy takim scenariuszu może prezydentowi (także następnemu lokatorowi Pałacu Prezydenckiego) zabraknąć odznaczeń do nagradzania za jej kolejne epokowe triumfy, zatem już teraz sygnalizujemy zagrożenie, że panna Iga za kilka lat może nie zostać należycie uhonorowana, a jak na złość akurat w jednym roku wygra wszystkie turnieje Wielkiego Szlema, WTA Finals i zakończy rok jako numer 1 światowej listy.
Wróćmy jednak do rzeczywistości. Prezydent Duda nie jest pierwszym politykiem, który lubi pogrzać się w blasku sportowych sukcesów. Jego poprzednik, Bronisław Komorowski, w 2013 roku także Złotym Krzyżem Zasługi uhonorował na przykład Agnieszkę Radwańską, za to tylko, że rok wcześniej doszła do finału wielkoszlemowego Wimbledonu.
A Świątek turniej Wielkiego Szlema przecież wygrała, więc uhonorowanie jej takim samym odznaczeniem ma swoja logikę. Rzecz w tym, że ceremonię wręczenia odznaczeń dla Świątek prezydent wyznaczył w mało fortunnym czasie, akurat w piątek, chociaż przecież już wcześniej było wiadomo, że w Polsce po oczywistym czwartkowym wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji rozpęta się burza. A ponieważ prezydent od razu po decyzji TK uznał ją za słuszną, było oczywiste, że także na niego spadnie lawina krytyki ze strony przeciwników aborcji. I rzeczywiście spadła, ale rykoszetem przy okazji oberwała także Iga Świątek. „Wstyd”, „Głupia”, „W takim momencie udać się do Dudy, to jak napluć większości kobiet w twarz”, „Szmaciara” – to tylko kilka przykładów obelg, jakie spadły na mistrzynię French Open w internetowych wpisach.
Nieporównywalnie większym grzechem było jednak narażenie tenisistki i jej ojca na zakażenie koronawirusem. To oczywiste, że nikt prezydenta Dudy nie posądza o lekceważenie zagrożenia zakażeniem. Dla Igi Świątek i osób z jej otoczenia kłopot z tego jest na razie tylko taki, że wszyscy muszą teraz odbyć obowiązkową kwarantannę.
Dla tych ludzi to może być szok, bo Świątek i cały jej sztab po raz ostatni przechodzi testy na obecność koronawirusa właśnie w piątek, w dniu wizyty w Pałacu Prezydenckim, bo dla nich takie badania to już rutyna i norma. W ostatnich dwóch miesiącach byli badani na obecność Covid-19 ze dwadzieścia razy. Nikt z nich nie otrzymał pozytywnego wyniku, więc mieli pełne prawo oczekiwać, że gdzie jak gdzie, ale w Pałacu Prezydenckim nic złego ich nie może spotkać, bo skoro sami regularnie poddawali się testom, to prezydent i wszyscy ludzie z jego otoczenia powinni tym bardziej.
Ale wyszło jak wyszło. „Ani ja, ani członkowie mojego teamu nie mamy objawów koronawirusa. Wykonujemy testy regularnie. Zgodnie z obowiązującymi procedurami poddajemy się kwarantannie. Badania powtórzymy za trzy dni. Życzymy wszystkim dużo zdrowia, uważajcie na siebie” – poinformowała Iga Świątek na swoim profilu w mediach społecznościowych. Oby na tym ta historia się zakończyła.