Polityczne szczepionki i mandarynki

Wydawać by się mogło, że wprowadzenie do obiegu szczepionki przeciwko wirusowi Covid-19 ma wymiar wyłącznie zdrowotny a nie polityczny. Tym nie mniej można by się tu dopatrzeć pewnych politycznych kontekstów – uważa szewc Fabisiak na podstawie obserwacji procesów wdrażania jej w różnych krajach.

Polski rząd podobno podpisał umowy na zakup szczepionki z firmami Pfizer/BioNtech, AstraZeneca oraz Johnson&Johnson nie czekając na decyzję Europejskiej Agencji Leków o dopuszczeniu określonych szczepionek na obszar UE. Ostatecznie Agencja łaskawie zezwoliła na przywóz amerykańskiej szczepionki Pfizer, mimo tego, że eksperci z zakresu epidemiologii ostrzegają przed trudnościami związanymi z przewozem tego mocno zamrożonego preparatu. Eksperci mają rację czego dowodem jest to, że w kilku miastach w niemieckiej Bawarii opóźniono akcję szczepień z powodu wątpliwości co do zachowania właściwej temperatury w pojemnikach, w których był transportowany. W Polsce po umieszczeniu szczepionki w centralnym magazynie Agencji Rezerw Materiałowych ma ona zostać odmrożona do temperatury temperatury nieco poniżej zera a następnie rozdysponowana na kraj. Szewc Fabisiak chciałby się dowiedzieć od specjalistów czy tak odmrożony preparat będzie skutecznym środkiem zapobiegawczym czy też będzie miał takie samo działanie jak wyjęty z zamrażalnika kotlet schabowy.

Należy w tym momencie zwrócić uwagę na to, że Pfizer nie jest bynajmniej jedyną wymyśloną na świecie antywirusową odtrutką. Jest jeszcze kilka innych szczepionek, które już krążą po świecie omijając starannie Unię Europejską. W Chinach już w styczniu było gotowych 30 lekarstw antywirusowych z których wybrano uznane za najbardziej skuteczne Heberon Alfa R. Produkcję tego leku rozpoczęto w pierwszych nich lutego w chińsko-kubańskiej wytwórni farmaceutycznej. Fakt, że właśnie tam ma tu istotne znacznie albowiem to właśnie w Chinach wylągł się wirus a z kolei kubańska medycyna należy do przodujących na świecie. Przed użyciem innej chińskiej szczepionki przygotowanej przez firmę Sinovac Biotech Ltd’s nie ma oporu rządzona przez mocno proamerykańskiego prezydenta Brazylia mając zamiar dopuszczenia jej do użycia w lutym. Szczepionka ta jest też testowana w Indonezji i Turcji. Ponadto gotowa jest szczepionka rosyjska, które podobnie jak Pfizer wykazuje ponad 90 procent skuteczności i nie wymaga uciążliwego i niepewnego transportu w tak niskiej temperaturze. Zakupiła ją nie tylko wspierana politycznie przez Rosję Wenezuela, lecz także Argentyna. Można się domyślać, że kraje te nie zdecydowałyby się na sprowadzanie nie do końca sprawdzonego preparatu. Natomiast nic nie wiadomo czy Europejska Agencji Leków testuje rosyjską szczepionkę. Nie byłoby nic dziwnego w tym, gdyby nie testowała. Wszak Unia jest od tego aby nakładać na Rosję sankcje a nie by sprowadzać stamtąd produkty farmaceutyczne. W ten sposób walka z wirusową pandemią przybiera niejako wymiar polityczny.

Szewc Fabisiak przypomina, że w trakcie wizyty Andrzeja Dudy w Waszyngtonie obydwaj prezydenci złożyli ustne oświadczenie, że Polska będzie jednym z pierwszych krajów, który otrzyma amerykańską szczepionkę, co w naszym kraju odtrąbiono jako wielki sukces. Zapewne obaj prezydenci nie mieli pojęcia o tym, że funkcjonuje coś pod nazwą Europejska Agencji Leków, która decyduje o tym jakie medykamenty mogą być dopuszczone na wspólnotowy rynek. Oczywiście prezydenci mają prawo tego nie wiedzieć jednak powinni mieć do dyspozycji zorientowanych w tej materii doradców. Gdyby jednak swoją wiedzę wyłuszczyli panu Dudzie i panu Trumpowi, to tym samym zepsuliby wizerunek wspaniałej polsko-amerykańskiej współpracy. W kontekście monopolu Europejskiej Agencji Leków szewc Fabisiak uważa, że jest ona wyrazistym przykładem nie mającego racjonalnego uzasadnienia rozrostu unijnej biurokracji zapewniającej lukratywne posady dla osób, które ze względu na swoją wiedzę mogłyby sobie znaleźć bardziej pożyteczne zajęcie choć może za mniejsze apanaże. Zdaniem szewca Fabisiaka o tym jaki lek można stosować na terenie danego państwa członkowskiego UE mogłyby przecież swobodnie decydować właściwe krajowe organy nie czekając na odgórne dyrektywy unijnej agencji. Jednak w scentralizowanym na przekór gospodarce wolnorynkowej systemie funkcjonowania Unii obwiązują unijne certyfikaty na sprowadzane z zewnątrz towary. I dlatego jesteśmy zobligowani do spożywania zatwierdzonych odgórnie portugalskich mandarynek a nie tych pochodzących z Abchazji, choć są one nie gorszej jakości i przypuszczalnie znacznie tańsze. Jednak Abchazja znajduje się na unijnym indeksie ponieważ śmiała się odłączyć od aspirującej do NATO i UE Gruzji a co gorsza jest popierana przez Rosję. I tak polityka rządzi nie tylko europejskim rynkiem leków, lecz także tak strategicznym towarem jak mandarynki – podsumowuje swoje obserwacje szewc Fabisiak.

Potrójne objawienie

W minionym tygodniu doznałem iluminacji trzykrotnej. Po trzykroć przekonałem się, że żyjemy w jakiejś groteskowej krainie, w której ludziom nie starcza już modlenie się do rzeźb. Przesuwają więc granicę o krok dalej i poczynają modlić się do samochodów.

To z tymi samochodami, to z Radzymina pod Warszawą. Tego samego, gdzie dawno temu cudownym zrządzeniem woli boskiej, Piłsudski zatrzymał bolszewicką barbarię. Dziś już wiadomo, że w czasie natarcia i bitwy, marszałek truchlał ze strachu przed pogromem i musiano go długo przekonywać, żeby nie porzucał towarzyszy broni, bo jego stan psychiczny daleki był od zadowalającego. W Radzyminie, w czasach zupełnie dzisiejszych, postawiono na terenie przykościelnym, w specjalnej, przeszklonej gablocie, opla vectrę, którym Jan Paweł II podróżował podczas peregrynacji do ojczyzny w latach 90. Zadbany, niebity, Niemiec płakał, jak sprzedawał. Stoi więc tak opelek, nie na giełdzie w Słomczynie, tylko w Radzyminie i cieszy oko proboszcza, wiernych i przyjezdnej gawiedzi, która żegna się przed samochodem, a pewnikiem, w maju będzie się gromadzić przed cudownym autem na cowieczornych nabożeństwach. Jak się odpali światła, o ile akumulator na chodzie, to będzie można śpiewać „majówki” do ciemnej nocy. Tu oświeciło mnie po raz pierwszy. A może raczej, oświetliło. Kolega mój, który lubował się w zbytku i życiu na pokaz, kupił sobie kiedyś, pod wpływem chwili, starego mercedesa, którym jeździł podobnież sam prałat Jankowski. Piękny, stary kabriolet w białej skórze. Zapragnął pojechać nim do Francji, na finał mistrzostw świata w piłce nożnej. Ruszył prałatowskim cabrio z Warszawy, a gdzieś pod Essen zatarł na dobre silnik. Czekał ponad tydzień na nowy, żyjąc kątem u kolegi, dwie wioseczki obok miejsca, gdzie pojazd wyzionął ducha. Na finały nie zdążył. Auto scholował mu znajomy laweciarz spod Przasnysza, bo okazało się, że zakład naprawczy u Niemców był lewizną, w którym, pod przykrywką naprawy samochodów, handlowano zielskiem i pigułami na większą skalę. Opowieść jak z enerdowskiego kryminału, jednak prawdziwa i do tego z happyendem. Ciekaw jestem, jaki rodowód ma bryczka pod pleksą z Radzymina, którą wożona „naszego” papieża. Nic bowiem, co się jego tyczy, nie jest już na tym padole bez skazy, jak papieska łza. Nawet kremówki, jak się okazuje, mogą być zatrute genem światowego pedalstwa. I tu iluminacja dopadła mnie tydzień temu po raz drugi.

Okazuje się bowiem, że słynny organizator gejowskich gang-bangów z Brukseli, z którego chaty węgierski europoseł, spuszczał się, za przeproszeniem, po rynnie, to jeden z naszych. Żeby było ciekawiej, syn wadowickiej ziemi, wnuczek piekarza, który wypiekał papieskie kremówki. Przynajmniej senior rodu tak twierdzi, bo co do wieku oraz pochodzenia tego jegomościa, pewności nie ma. Jeśli jednak wierzyć dziadkowi, chłopiec od najmłodszych lat miał mieć smykałkę do interesów, zwłaszcza tych podejrzanych, która ostatecznie zaprowadziła go przed nasze i zagraniczne sądy, skutkując wydaniem zań europejskiego nakazu aresztowania. I wtedy zilunominowało mnie po raz trzeci.

Kilka lat temu, w styczniu, bawiłem wraz z grupą młodzieżową na K. w Wadowicach. Graliśmy tam koncert w miejscowym domu kultury. Zakwaterowano nas w hotelu, dość ekskluzywnym, w którym już od wejścia, czuć było lekką spinkę, a w miarę upływu czasu, spinka tylko się pogłębiała. Po koncercie, kiedyśmy wrócili na pokoje, w recepcji, niby to półoficjalnie, dowiedzieliśmy się, że tego samego wieczoru co i my, nocować w nim będzie prezydent Duda, który od paru dni bawi na nartach nieopodal. Mimo tego zeszliśmy, ja i kolega, do hotelowego baru, który był bardzo dobrze zaopatrzony. Barman początkowo nie chciał nam sprzedawać alkoholi, oficjalnie nie mógł podać powodu, ale gdy dostał zielone światło od kierownictwa, jął lać nam co chcieliśmy, uważając na słowa. Prohibicji w Wadowicach nie ogłoszono. Była jednak nieformalna dyspozycja władz, tak przynajmniej twierdził barman, żeby nie lać wódki hotelowym gościom, w obawie przed zakłócaniem wypoczynku panu prezydentowi. Pamiętam, że staraliśmy się być cicho, choć korciło, żeby pośpiewać serenady pod oknem. Nazajutrz nie zastaliśmy pana prezydenta na śniadaniu. Inna sprawa, że posiedzieliśmy w barze długo i załapaliśmy się na końcówkę, kiedy wszystko było już przejedzone.

W minionym tygodniu prezydent oburzył się na ministra Gowina, że ten chce zamykać stoki narciarskie, kiedy naród spragniony jest szusowania, po miesiącach wyrzeczeń. Nie godzi się zabraniać ludziom dostępu do aktywności fizycznej. Akurat, na czym jak na czym, ale na szusowaniu prezydent się zna. Wie też, do jakiego hotelu się udać. Odpocząć, nabrać sił. Nie miał więc wyjścia Gowin i uległ. Stoki będą otwarte. Hotele-zamknięte. Bary hotelowe też. Wszystko się zgadza. Skoro prezydent może jeździć na nartach, to czemu by nie ja. Na początku roku wybieram się na narty z rodziną. Mamy hotel. Rezerwację. Ze strony hotelu nie dostaliśmy informacji o żadnych, dodatkowych obostrzeniach. Gdyby każdy, tak jak ja, mógł doznawać oświecenia co najmniej trzy razy w tygodniu, życie w końcu miałoby jakiś sens. Wiem już czym jeździć, na czym, gdzie, czym się żywić a czego unikać, gdzie spać, jak mnie sen zmoże. Czego i Państwu życzę.

Delfinowi wyrosły kły

Ostatnie wyskoki Ziobry, z „albo śmiercią w Brukseli” na czele, to tylko wisienka na wielopiętrowym torcie który rośnie od lat, a szczególnie po wyborach w 2015 roku.

Ziobro jest pojętnym politykiem. Po wpadce z doktorem G. nauczył się nie brylować przed kamerami. Teraz gada publicznie tylko wtedy, gdy musi, a musi rzadko. Dzięki temu zabiegowi wyrasta na myśliciela. I nie tylko…

A kto to jest Morawiecki

Drugą lekcją, którą odrobił, jest nauczenie się, że z prezesem się nie pogrywa. Udowadnia Kaczyńskiemu, że Solidarna Polska jest bardziej pisowska niż PiS.

Prezes musi to dostrzegać. W przeciwnym wypadku nie pozwalałby Ziobrze zdobywać coraz to nowych przyczółków jego władztwa. I to zarówno tych realnych jak i politycznych. A wizerunek ministra sprawiedliwości w narodzie rośnie dzięki temu, że robi porządek z głupotami, z którymi nie chciało się nic zrobić Platformie. Likwiduje bezkarność dla bogaczy mogących wynająć najlepszych prawników, czyli kontradyktoryjność w procesach karnych. Ukraca finansowe apetyty komorników. Zdejmuje z ludzi strach przed ściganiem za przedawnione lub wymyślone długi. Podnosi kary dla piratów drogowych, gwałcicieli i innych takich, których naród się boi. Wprowadza do polskiego systemu prawnego konfiskatę rozszerzoną. Uruchamia rejestr pedofilów. Zaostrza przepisy pozwalające ścigać alimenciarzy. Poszerza zakres obrony koniecznej. To wszystko ma mu dać rząd dusz.

Rząd państwa zdobywa jednak inaczej. Skorzystał choćby z tego, że w latach 2016-17 CBA gromadziło kwity na osoby współpracujące z resortem skarbu przy procesie prywatyzacji i zbycia akcji Ciechu. Kwity trafiły do podległych Ziobrze prokuratorów, najpierw z Warszawy, a w maju 2017 r. do bardziej zaufanych w Katowicach. W sprawie chodzi o zbyt tanią sprzedaż za czasów PO grupie Kulczyk Investments 37,9 proc. należących do skarbu państwa akcji Ciech SA za 619 mln zł, „czym wyrządzono państwu szkodę majątkową w wielkich rozmiarach”. Prokuratorzy wyliczyli ją na 110 mln złotych.

W lutym zatrzymano 6 osób. W tym byłego wiceministra skarbu i prezesa Giełdy Papierów Wartościowych oraz ministerialnego urzędnika. Sąd nie zgodził się na ich areszt, a prokuratura złożyła zażalenie. Pro forma raczej.
Bo Ziobrze nie o nich chodzi. Nie zależy mu też, aby proces rozpoczął się szybko. Procedury przygotowawcze mają trwać do czasu, kiedy minister sprawiedliwości dostanie decyzję, że pora pozbyć się Mateusza Morawieckiego. Od Jarosława Kaczyńskiego.

Rzecz w tym, że kierowany przez Morawieckiego bank współpracował przy prywatyzacji Ciechu. Konkretniej zaś, to Bank Zachodni WBK dał firmie Kulczyka kredyt na zakup jego akcji. Nie ma siły, by przy tej skali pożyczki w sprawie nie uczestniczył osobiście aktualny szef rządu.

W tej chwili Ziobrze i Kaczyńskiemu wystarczy, że mają na premiera haka. Przesłuchanie przez prokuratora pod kątem spekulowania na krwawicy Polaków, byłoby początkiem końca następcy Szydło. Prawdziwym finałem byłoby stannięcie Morawieckiego przed sądem w roli oskarżonego o świadomy udział w oszwabieniu skarbu państwa.

Ciech nie jest jedynym powodem, dla którego premier nie powinien drzeć kotów z Ziobrą. Bo wtedy jakiś prokurator mógłby pogrzebać w papierach i dojść do wniosku, że dom maklerski należący do kierowanego przez Morawieckiego BZ WBK pośredniczył w próbie wrogiego przejęcia polskich Azotów przez Rosjan.

Odsadzić Dudę od Trumpa

Rozgrywanie kwestii Ciechu to ledwie kolejny rozdział pokazywania jaka jest realna siła ministra sprawiedliwości. Zdobywanie realnej władzy zaczął niemal po zaprzysiężeniu gabinetu Szydło.

Dwa lata temu Ziobro zapragnął zaskarbić sobie względy wicepremiera Glińskiego. Od człowieka bliskiego wicepremierowi, szefa Reduty Dobrego Imienia – Macieja Świrskiego dostał projekt nowelizacji ustawy mający na celu „ochronę dobrego imienia Rzeczpospolitej Polskiej, w szczególności ochrony Państwa Polskiego przed oskarżeniami o współudział w zbrodniach wojennych dokonanych przez okupanta na ziemiach polskich”.
Przyjął projekt pod skrzydła swojego resortu choć Instytut Pamięci Narodowej, to byt odrębny od administracji. Ma też swoich prawników i ustawowo winien współpracować z resortem Glińskiego, lub Czaputowicza, a nie Ziobry.

Chęć pozyskania Świrskiego, czyli Glińskiego, powoduje jednak, że Ziobro wchodzi w nowelę, ale odpowiedzialnym za jej procedowanie robi swojego zastępcę Patryka Jakiego. Słusznie.

Gdy projekt ukazał się w internecie 17 lutego 2016 r. rozpoczął się festiwal wieszania na nim psów. Pretensje mieli wszyscy. Od organizacji pozarządowych, przez naukowców, po MSZ. Już w marcu 2016 na biurko Ziobry trafiały opinie, w których tylko debil nie dopatrzyłby się znamion tej zadymy, przez którą Duda miał embargo na Trumpa. Minister sprawiedliwości wiedział, że wszedł na minę. Było jednak za późno. Ziobro mógł jedynie podzielić się współautorstwem z innymi. Projekt nowelizacji stał się zatem pomysłem całego rządu i szybciutko trafił do Sejmu.

Leżał tam sobie przez 1,5 roku, bo Kaczyński, z którym Ziobro podzielił się wynikami konsultacji nowelizacji o IPN, wiedział czym to pachnie. W styczniu 2018 r. prezes uznał jednak, że taka zadyma to idealny lep na elektorat, któremu nie spodobało się wywalenie z rządu Macierewicza.
Resztę znamy, – musieliśmy się kajać po głupocie ze ściganiem po całym świecie ludzi mówiących, że Polacy nie zajmowali się podczas okupacji wyłącznie karmieniem i głaskaniem Żydów. Twarz nowelizacji dał Jaki, popłynął na tym Morawiecki, Gliński się ośmieszył, zaś Czaputowicz wykazał się nieudolnością urzędniczą. Ale Minister Sprawiedliwości – odpowiedzialny politycznie za wkurzającą pół świata nowelkę – pozostał niezbrukany.

Administracja podległa prokuratorowi

Uchronienie Ziobry przed odium ustawy o IPN to nie przypadek. Jego rola w rządach PiS jest od początku znacznie większa niż się wydaje. Dowodem jest choćby arcydrobna sprawa rozesłania w lutym 2017 roku przez zastępcę Prokuratora generalnego – czyli Ziobry – pisma, w którym przypomina, że niedopuszczalne jest przyjęcie przez Kierownika Urzędu Stanu Cywilnego oświadczenia o wstąpieniu w związek małżeński przez osoby tej samej płci. Przypomina prokuratorom, a nie kierownikom USC.
Wszechmoc ludzi Ziobry wypływa z ciągu dalszego pisma jego zastępcy: „prokuratura stoi na straży praworządności. Zadanie to realizowane jest m.in. poprzez wytaczanie powództw w sprawach cywilnych oraz składanie wniosków i udział w postępowaniu sądowym w sprawach cywilnych, z zakresu prawa pracy i ubezpieczeń społecznych, jeżeli tego wymaga ochrona praworządności, interesu społecznego, własności lub praw obywateli”. Dlatego „prokurator może żądać wszczęcia postępowania w każdej sprawie, jak również wziąć udział w każdym toczącym się już postępowaniu, jeżeli według jego oceny wymaga tego ochrona praworządności, praw obywateli lub interesu społecznego”. Czy można takie pismo interpretować inaczej niż pokazanie prokuratorom, że są ponad wszystko. A w ich kompetencjach jest kontrolowanie poczynań wszystkich urzędników państwowych. Zaś wszyscy prokuratorzy podlegają Zbigniewowi Ziobrze.

To sobie teraz posądzimy

A to i tak jeszcze nie szczyt kompetencji „pana Zbyszka”. Ten zdobył dzięki skokowi na sądownictwo. I niech nikogo nie zmyli letnia burza medialna z zawetowaniem przez Dudę ziobrowych ustaw. Po kandydatach do KRS widać kto wygrał. To „krewni i znajomi” Ziobry wybierają Sąd Najwyższy. Ziobro obsadza swoimi ludźmi stołki we wszystkich sądach. A w prokuraturach nie ma śladu po tych, którzy kiedykolwiek mu podpadli.
No i obsadzony przez ziobrowych nominatów Sąd Najwyższy będzie zatwierdzał wyniki wyborów – bądź nie zatwierdzał. Jego prokuratorzy będą oskarżać, lub umarzać. Zaś lokalni sędziowie z nadania Ziobry, równie dobrze mogą skazywać jak i obdarować zadośćuczynieniem. Jeśli to nie jest władza najbardziej realna, to co to jest?

Zanim doszło do podmiany pani Szydło na Morawieckiego, magazyn “Politico”, ogłosił ranking 28 osób z naszego kontynentu, które w 2018 roku w największym stopniu będą miały wpływ na politykę europejską. Na 14 miejscu znalazł się nie kto inny, jak polski Minister Sprawiedliwości i Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro. Jego nazwisko opatrzono proroctwem, że dzięki potężnej władzy, którą zgromadził, będzie w stanie obalić prezesa.

Tu jednak publicyści „Politico” się mylą. Gdyby Kaczyński nie był – przeczołganego po eksperymencie z Solidarną Polską – pewny Ziobry jak siebie, to nigdy nie pozwoliłby mu na zdobycie władzy niemal absolutnej. Niegdysiejszy delfin, czyli kandydat prezesa na swego następcę wrócił. To co się dzieje od paru miesięcy, chyba najlepiej to potwierdza. Dziś jasno widać, że Ziobro chce zgarnąć całą pulę.

Pechowa wizyta u prezydenta

W innych okolicznościach skutkująca przymusową kwarantanną wizyta mistrzyni French Open Igi Świątek w Pałacu Prezydenckim byłaby zapewne pożywką dla twórców kabaretowych skeczów, ale w czasach zarazy nie jest to dobry temat do żartów. Wypada mieć nadzieję, że tenisistka nie okupi zakażeniem przyznanego jej przez prezydenta Złotego Krzyża Zasługi.

Iga Świątek nie jest pierwszą przedstawicielką świata sporu uhonorowaną przez prezydenta Andrzeja Dudę za osiągnięte wyniki. Można się oczywiście spierać, czy wygranie wielkoszlemowego turnieju to już wystarczający powód, żeby 19-letnią tenisistkę od razu nagradzać Złotym Krzyżem Zasługi, nawet jeśli dokonała tego wyczynu jako pierwsza Polka w historii.
Nawet jeśli głowa naszego państwa ma jeszcze do dyspozycji kilka cenniejszych odznaczeń, to przecież istnieje ryzyko, że tenisowy talent Świątek eksploduje teraz z mocą równą piłkarskiemu talentowi Roberta Lewandowskiego czy talentowi Bartosza Zmarzlika do jeżdżenia na żużlowym torze. Nazwiska tych sportowców przytaczam nie bez przyczyny – pierwszy niedawno jako pierwszy Polak w historii został uznany za najlepszego piłkarza sezonu w Europie, a drugi jako pierwszy Polak wywalczył po raz drugi z rzędu indywidualne mistrzostwo świata na żużlu.
Nie wdając się jednak w dywagacje, na jakie oni dwaj zasłużyli odznaczenia, wróćmy do Igi Świątek. Skoro w wieku 19 lat wygrała bez straty seta wielkoszlemowy French Open, to trzeba zakładać, że może także wygrać trzy pozostałe turnieje Wielkiego Szlema, czyli Australian Open, US Open i Wimbledon czy zdobyć olimpijskie złoto w przyszłorocznych igrzyskach w Tokio (albo w 2024 roku w Paryżu, albo w 2028 roku w Los Angeles)), lub także w awansować w rankingu WTA na pierwsze miejsce. I w każdym z tych osiągnięć będzie pierwsza i jako Polka, i jako reprezentantka Polski.
Przy takim scenariuszu może prezydentowi (także następnemu lokatorowi Pałacu Prezydenckiego) zabraknąć odznaczeń do nagradzania za jej kolejne epokowe triumfy, zatem już teraz sygnalizujemy zagrożenie, że panna Iga za kilka lat może nie zostać należycie uhonorowana, a jak na złość akurat w jednym roku wygra wszystkie turnieje Wielkiego Szlema, WTA Finals i zakończy rok jako numer 1 światowej listy.
Wróćmy jednak do rzeczywistości. Prezydent Duda nie jest pierwszym politykiem, który lubi pogrzać się w blasku sportowych sukcesów. Jego poprzednik, Bronisław Komorowski, w 2013 roku także Złotym Krzyżem Zasługi uhonorował na przykład Agnieszkę Radwańską, za to tylko, że rok wcześniej doszła do finału wielkoszlemowego Wimbledonu.
A Świątek turniej Wielkiego Szlema przecież wygrała, więc uhonorowanie jej takim samym odznaczeniem ma swoja logikę. Rzecz w tym, że ceremonię wręczenia odznaczeń dla Świątek prezydent wyznaczył w mało fortunnym czasie, akurat w piątek, chociaż przecież już wcześniej było wiadomo, że w Polsce po oczywistym czwartkowym wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji rozpęta się burza. A ponieważ prezydent od razu po decyzji TK uznał ją za słuszną, było oczywiste, że także na niego spadnie lawina krytyki ze strony przeciwników aborcji. I rzeczywiście spadła, ale rykoszetem przy okazji oberwała także Iga Świątek. „Wstyd”, „Głupia”, „W takim momencie udać się do Dudy, to jak napluć większości kobiet w twarz”, „Szmaciara” – to tylko kilka przykładów obelg, jakie spadły na mistrzynię French Open w internetowych wpisach.
Nieporównywalnie większym grzechem było jednak narażenie tenisistki i jej ojca na zakażenie koronawirusem. To oczywiste, że nikt prezydenta Dudy nie posądza o lekceważenie zagrożenia zakażeniem. Dla Igi Świątek i osób z jej otoczenia kłopot z tego jest na razie tylko taki, że wszyscy muszą teraz odbyć obowiązkową kwarantannę.
Dla tych ludzi to może być szok, bo Świątek i cały jej sztab po raz ostatni przechodzi testy na obecność koronawirusa właśnie w piątek, w dniu wizyty w Pałacu Prezydenckim, bo dla nich takie badania to już rutyna i norma. W ostatnich dwóch miesiącach byli badani na obecność Covid-19 ze dwadzieścia razy. Nikt z nich nie otrzymał pozytywnego wyniku, więc mieli pełne prawo oczekiwać, że gdzie jak gdzie, ale w Pałacu Prezydenckim nic złego ich nie może spotkać, bo skoro sami regularnie poddawali się testom, to prezydent i wszyscy ludzie z jego otoczenia powinni tym bardziej.
Ale wyszło jak wyszło. „Ani ja, ani członkowie mojego teamu nie mamy objawów koronawirusa. Wykonujemy testy regularnie. Zgodnie z obowiązującymi procedurami poddajemy się kwarantannie. Badania powtórzymy za trzy dni. Życzymy wszystkim dużo zdrowia, uważajcie na siebie” – poinformowała Iga Świątek na swoim profilu w mediach społecznościowych. Oby na tym ta historia się zakończyła.

Prezydenci obu krajów łączą się

Prezydent RP ostatnio nie wykazuje aktywności nawet słownej w sprawach krajowych nawet tak ważnych jak wirusowa pandemia. Za to ochoczo wypowiada się na temat, co by nie było teoretycznego, projektu Trójmorza oraz zbiera zagraniczne pochwały pod swoim adresem. Brylując w ostatnich dniach w Tallinie a przedtem w Kijowie prezydent Duda najwyraźniej pewniej się czuje na mocnym i przyjaznym niż na grząskim krajowym gruncie – wnioskuje szewc Fabisiak.

W ubiegłym tygodniu Andrzej Duda przebywał na Ukrainie, gdzie od tamtejszego prezydenta Wołodymyra Zełenskiego mógł wysłuchać wiele krzepiących słów rewanżując mu się tym samym. Podczas wspólnej konferencji po zakończeniu dwustronnych rozmów obydwaj prezydenci wychwalali się nawzajem ciesząc się z tego, że mają identyczne antyrosyjskie stanowisko wobec Krymu, wojny w Donbasie czy też gazociągu Nord Stream 2. Zbieżność stanowisk choćby w kwestii Krymu nie jest tu niczym zaskakującym. Jednak powtarzana w kółko argumentacja też nie po raz pierwszy cechuje się logicznymi sprzecznościami – twierdzi szewc Fabisiak. Duda i Zełenskyj we wspólnym oświadczeniu podkreślili poszanowanie przez oba państwa prawa międzynarodowego. Skoro tak, to obydwa państwa powinny uszanować przyłączenie Krymu do Rosji. Było ono co prawda niezgodne z prawem ukraińskim, ale za to zgodne z mającym wyższość nad krajowym prawem międzynarodowym. Jeśli ktoś ma w tej materii jakieś wątpliwości, to niech się przyjrzy przypadkowi Kosowa – radzi szewc Fabisiak. Niepodległość Kosowa została bowiem prawnie usankcjonowana decyzją haskiego Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości. Serbia co prawda oficjalnie nie uznaje państwowości Kosowa jednak utrzymuje stosunki z władzami w Prisztinie a nawet podpisuje z nimi porozumienia jak to miało niedawno miejsce w Waszyngtonie. Natomiast Ukraina idzie w zaparte mając świadomość słownego wsparcia ze strony antyrosyjsko nastawionej Europy i Polski przede wszystkim. Porównanie stosunku Serbii do Kosowa i Ukrainy wobec Krymu wskazuje na to, że nie wszyscy zrozumieli prosty fakt, iż w polityce często ważniejsze są realia niż pryncypia – wnioskuje szewc Fabisiak. Prezydenci mówili też o prawie obywateli do decydowania o swej przyszłości w wyniku demokratycznych wyborów. A przecież takiego właśnie wyboru dokonali mieszkańcy Krymu w wyniku referendum. W kontekście Krymu zastanawiająca jest wypowiedź Andrzeja Dudy cytowana przez agencję prasową Interfax – Ukraina. Otóż, jak się wyraził, niedopuszczalne są jakiekolwiek zmiany granic po II Wojnie Światowej bez względu na narody i ich prawo do samostanowienia. Tym samym za niedopuszczalną uznał niepodległość Ukrainy uzyskaną w wyniku niedopuszczalnych zmian granic o innych równie niedopuszczalnych faktach na terenie Europy nie wspominając.

Z kolei podczas odbywającego się w Odessie polsko-ukraińskiego forum dotyczącego perspektywy współpracy w dziedzinie transportu i energetyki pojawiły się, ponieważ inaczej być nie mogło, wątki rosyjskiego gazu, którego nie chce ani Polska ani Ukrainą ale brać go muszą. W ogniu krytyki znalazł się oczywiście podbałtycki Gazociąg Północny. Prezydent Zełenskyj podziękował prezydentowi Dudzie za jego konsekwentne stanowisko w odniesieniu do budowy owego gazociągu oraz monopolu rosyjskiego Gazpromu na europejskim rynku. Słowa te mają raczej symboliczne znaczenie wzmacniając jedynie poczucie samozadowolenia obydwu panów. Polska bowiem nie ma realnego wpływu na to kto i po co będzie ciągnął tę rurę pod Bałtykiem. Tu decyduje układ między Rosją i Niemcami a Polska i Ukraina mogą jedynie wyrażać swoje „zdecydowane” stanowisko. Z kolei jeśli ukraiński prezydent mówi o rosyjskim monopolu w dostawie gazu do Europy, to wynikałoby, że nikt z jego otoczenia nie poinformował go, że Polska sprowadza coraz mniej rosyjskiego gazu, funduje sobie gazoport do przyjmowania gazu skroplonego z USA a na dodatek wchodzi tu w układy z będącą na indeksie Białorusią, która też poszukuje alternatywnych źródeł energii – zauważa szewc Fabisiak.

Ostatnie kontakty obu prezydentów nie wniosły żadnej nowej jakości w stosunkach polsko-ukraińskich. Potwierdziły jedynie to, że ku własnej satysfakcji panowie prezydenci po raz kolejny wyrazili swoje werbalne poparcie co do kwestii ważnych z punktu widzenia władz ich krajów. I tak Duda wyraził zainteresowanie współpracą z Ukrainą w ramach międzynarodowej platformy deokupacji Krymu nie precyzując jakąż to platformę miał na myśli. Z kolei Zełenskyj odwzajemnił mu się deklaracją współpracy na odcinku projektów Via Carpatia i Via Baltica w ramach Inicjatywy Trójmorza. Konkretne efekty może natomiast przynieść wspomniane dwustronne forum w Odessie o czym szerzej pisze Dariusz Szymczycha w poniedziałkowym wydaniu Trybuny. Jednak, zdaniem szewc Fabisiaka, do tego nie byłaby potrzebna ceremonialna obecność prezydentów.

Obietnice i różnice

Bilans wizyty Prezydenta Dudy w Ukrainie jest pozytywny, choć o przełomie i nowej jakości relacji bilateralnych nie można jeszcze mówić. To trzeba wypracować, w codziennym trudzie przedsiębiorców, Polsko- Ukraińskiej Izby Gospodarczej i innych organizacji, grupujących polski biznes w Ukrainie i ukraiński biznes w Polsce.

Liczymy na wsparcie administracji obu państw, zwłaszcza celników oraz instytucji bankowo- ubezpieczeniowych. Oczekujemy, że wreszcie spotka się ( po trzech latach…) Polsko- Ukraińska Komisja Rządowa ds. Współpracy Gospodarczej. W tym miejscu wypada podziękować Prezydentowi Wołodymyrowi Zełenskiemu, że w wystąpieniu na forum infrastrukturalnym w Odessie docenił działalność naszych organizacji, zaś Polsko- Ukraińską Izbę Gospodarczą wymienił na pierwszym miejscu.
Jakie ustalenia biznesowe zapadły w obecności prezydentów Polski i Ukrainy?

PGNiG poinformowało, że we współpracy z amerykańską firmą Energy Resources of Ukrainie rozpocznie poszukiwania gazu ziemnego na zachód od Lwowa, na obszarze łączącym się z eksploatowanym po polskiej stronie polem gazowym „Przemyśl”. To obiecujący biznesowo projekt, o którym PGNIG i ERU rozmawiają już z korporacjami ubezpieczeniowymi z Polski i USA.

PGNiG podpisało też umowę o zachowaniu poufności z ukraińskim Funduszem Mienia Państwowego, która umożliwi spółce ewentualny udział w procesie prywatyzacji ukraińskiego sektora energetycznego. Słowo „ewentualny” wymienione w oficjalnym komunikacie ma swoje znaczenie. Otóż kluczowe dla Ukrainy przedsiębiorstwa z sektora energii, według złożonego w Radzie Najwyższej projektu ustawy, mają być wyłączone z prywatyzacji. Zaś te firmy energetyczne, które już podlegają prywatyzacji, z reguły nie są duże i mają kiepski standing finansowy. Pewnie dlatego zaliczono je do tzw. małej prywatyzacji, w której wartość firmy nie przekracza 250 mln hrywien. W tym zasobie PGNiG-wi raczej trudno będzie znaleźć jakąś „perłę”.

Port w Gdańsku podpisał moratorium o współpracy z Administracją Portów Morskich Ukrainy. Otwiera to ciekawą perspektywę biznesową dla portów obu krajów, którą wzmocni drogowy korytarz transportowy Gdańsk- Odessa. Możliwe będzie prowadzenie przewozów intermodalnych, wykorzystujących różne środki transportu. Towar będzie można „przerzucić” z portu w Odessie, korytarzem drogowym w Ukrainie do polskich lądowych terminali przeładunkowych na granicy, i dalej przez port w Gdańsku do Skandynawii i Wielkiej Brytanii. Ukraińscy eksperci wyliczyli, że towary na trasie Odessa- Gdańsk zamiast 18 dni drogą morską, będzie można dostarczyć ciężarówką w ciągu 18 godzin. Ta trasa lądowa ma tylko 1570 km długości, podczas gdy żegluga przez Cieśninę Gibraltarską wymaga pokonania 8000 km. Ukraińscy urzędnicy twierdzą, że już trwają pracę naprawcze i inwestycje na 60 proc. gdańsko-odesskiej GO Highway. W ten sposób powstaje projekt, który wpisuje się w koncepcję Trójmorza, promowaną przez Polskę i Chorwację od 2015 roku. Eksperci naszej Izby na wielu konferencjach wskazywali, że Trójmorze- jako koncepcja współpracy regionalnej i gospodarczej- nie rozwinie się bez udziału dużych i ważnych krajów spoza Unii Europejskiej. Takimi graczami pomiędzy Adriatykiem, Bałtykiem i Morzem Czarnym są przecież Ukraina i Turcja.

I na tym protokół zbieżności można zamykać. W trakcie rozmów minister infrastruktury Ukrainy podkreślił potrzebę zapewnienia ukraińskim przewoźnikom drogowym wystarczającej liczby zezwoleń z RP na wykonywanie międzynarodowych przewozów drogowych. Strona ukraińska oczekuje, że limit polskich zezwoleń nie powinien być mniejszy niż 200 000 rocznie. Tymczasem do tej pory Polska ograniczała tę pulę- maksymalnie- do 160 000. Ukraińskie ciężarówki jechały więc dłuższymi trasami do Zachodniej Europy, przez Słowację a nawet poprzez Litwę i dalej promami morskimi do Niemiec. Ukraina dość często krytykowana jest za protekcjonizm, polegający na ograniczeniach importowych dla towarów, znajdujących ukraińską „konkurencję”. A czym, jeśli nie protekcjonizmem wobec polskich firm, jest ograniczanie swobody przewozów z Ukrainy?
Prezydenci zajęli się też polityką historyczną. Politycy Polski i Ukrainy mają tu na „sumieniu” brak właściwej empatii wobec partnerów, spierają się o sposoby upamiętnienia, oczekują zadośćuczynienia za niszczenie miejsc pamięci. W wystąpieniach podczas wizyty słychać było „godnościowe” podejście obu prezydentów, ale nie było w tym konfrontacji. To już jakiś postęp.

Wizyta prezydenta Dudy nie była hitem politycznego sezonu w Ukrainie. W ostatnich tygodniach prezydent Zełenski był bardzo aktywny na arenie międzynarodowej. Złożył wizytę na Słowacji. Uczestniczył w bardzo ważnym szczycie Ukraina- Unia Europejska. Był w Londynie, skąd przywiózł przyrzeczenie 1,25 mld funtów pożyczki na zakup kilku nowoczesnych kutrów rakietowych. Już po spotkaniu z prezydentem Dudą, Zełenski wybrał się do Turcji, która staje się strategicznym, gospodarczym partnerem Ukrainy. Nie jesteśmy już jedynym pomostem Ukrainy do Unii i biznesowego świata. Pamiętając o tym, trzeba jednak docenić wizytę prezydenta Polski w Ukrainię. Współpraca gospodarcza potrzebuje lepszego klimatu politycznego.

Tęczowa chmura nad Dudą

Andrzej Duda lubi Półwysep Apeniński. Po tym jak w 2015 roku wygrał wybory prezydenckie pojechał na urlop właśnie do Toskanii. Następnie już po przeprowadzce do Pałacu Prezydenckiego na jesieni 2015 przyjechał z oficjalną wizytą do Włoch i Watykanu. Wtedy włoskie media traktowały go jako ciekawostkę, po niespodziewanej wygranej z pewniakiem, czyli Bronisławem Komorowskim i nawet nazywali go „delfinem polskiej prawicy”, który w przyszłości być może przejmie stery i będzie rozgrywającym na polskiej arenie politycznej.

Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Włochy jednak tak szybko nie wyszły panu prezydentowi z pamięci, bo już w trakcie tegorocznej kampanii obiecał, że pierwszą wizytę zagraniczną odbędzie właśnie w Watykanie. W konsekwencji tego, niedługo po reelekcji zawitał do słonecznej Italii.

W ramach wizyty Andrzej Duda spotkał się z przedstawicielami władz Włoch, czyli z prezydentem Sergio Mattarellą, premierem Giuseppe Conte i szefem włoskiej dyplomacji Luigim Di Maio. W polskiej ambasadzie, odsłonił popiersie gen. Władysława Andersa, a także na Monte Cassino oddał hołd polskim żołnierzom. Ale jak wiadomo głównym elementem pobytu w Italii była wizyta w Watykanie, gdzie spotkał się z papieżem Franciszkiem. Kancelaria Prezydenta próbowała za wszelką cenę też przedstawić tą wizytę jako oddanie hołdu ofiarom COVID-19 na terenie Półwyspu Apenińskiego. Możliwe, ale prawda jest taka że włoskie media specjalnie nie zajmowały się tematem wizyty prezydenta Dudy, ale odnotowały przy jej okazji coś zupełnie innego.

Jeśli już włoskie media wspominały o wizycie Dudy, to z powodu rozpętanego przez jego otoczenie polityczne i polski Kościół homofobicznej nagonce. O tym jak pod koniec sierpnia Episkopat zgłosił pomysł otwarcia klinik dla „pragnących odzyskać naturalną orientację płciową”, a sam Duda użył w odniesieniu do osób LGBT określenia „ideologia zła”, powołując się na słowa Karola Wojtyły. W tekście dziennika „Domani” nie zabrakło wzmianek o kolejnych elementach współczesnej prawicowej rewolucji: „strefach wolnych od LGBT”, działalności Fundacji Ordo Iuris. Tygodnik „L’Espresso” pisze o „bezprecedensowej kampanii nienawiści” przypominając wypowiedzi prezydenta na temat LGBT z kampanii wyborczej i o tym, co się działo na ulicach Warszawy w sierpniu, a także o małych społecznościach, w których homoseksualiści po prostu czują się zagrożeni (czytaj strefy wolne od LGBT). Dziennik „La Stampa” zaczęła tekst od słów: „wszystkiemu winna tęcza”, w którym również wspomniano o pacyfikowaniu na ulicach Warszawy demonstracji aktywistów LGBT, jak i straszeniu przez Kościół wiernych „zarazą homo”, oraz o pojazdach propagujących na ulicach polskich miast hasła anty-LGBT jeżdżące często pod eskortą policji. Na sam koniec reportaż „La Stampy” kończy się słowami „przyszłość Polaków jest niepewna”. Jedyną grupą, poza parlamentarzystami z prawicowej Ligii Matteo Salviniego oraz romansującymi z faszyzmem Braćmi Włoch Giorgii Meloni, która ciepło mówiła o przyjeździe Andrzeja Dudy byli włoscy antyszczepionkowcy, a wynika to z deklaracji z debaty prezydenckiej zorganizowanej przez TVP w Końskich, podczas której prezydent poinformował, że nigdy nie szczepił się i nie zamierza tego robić w przyszłości.

Jakby nie patrzeć, nad głową prezydenta Dudy w oczach włoskiej prasy pojawiła się śledząca go podczas pobytu we Włoszech tęczowa chmura piorunami. Bo jak wiadomo, słów wypowiedzianych w trakcie kampanii nie da się zwyczajnie wymazać i nawet tysiąc wizyt w tym nie pomoże. Włoskie media dość mocno zaznaczyły, że w 2015 roku kwestia uchodźców była czynnikiem, który wykorzystano do osiągnięcia politycznego sukcesu, a że temat wygasł, to polska prawica znalazła sobie już innego wroga „polskich rodzin” – środowisko LGBT. W tej sytuacji pojawia się pytanie która kolejna grupa będzie zagrażać spokojnemu życiu obywateli. Wachlarz może być szeroki, tylko pytanie komu przypadnie rola maszyny losującej i ogłoszenie kolejnego wroga publicznego numer, jeden przed którym konserwatyści będą bronić „polskich rodzin”.

Andrzej Duda we włoskich mediach nie miał różowo, ale to właściwie nie jest dla jego otoczenia tak istotne jak zrobienie dobrego wrażenia na włoskiej Polonii jak i zaakcentowanie w polskich mediach (czytaj w TVP) wielkiego sukcesu związanego z tą wizytą. A jak jeszcze pierścień papieża ucałował, to dopiero był „news”.

Ludzie Dudy zarobią więcej

Kryzys, nie kryzys, Kancelaria Prezydenta się wyżywi. I to całkiem nieźle, bo 400 urzędników z otoczenia głowy państwa otrzyma od września porządne podwyżki wynagrodzeń. W tym samym czasie miliony Polaków pracują za obniżoną pensję.

Podczas kampanii wyborczej Andrzeja Dudy nawet opozycyjne media podkreślały, że PiS „karmi polską duszę”. Mówiono też o „redystrybucji godności”. Prezydent starał się ukazać jako polityk rozumiejący problemy i potrzeby zwykłego człowieka.

Od wyborów minął miesiąc. W czasie gdy miliony polskich pracowników haruje za obniżoną z okazji kryzysu pensję, drży o utratę zatrudnienia, albo zapożycza się u lichwiarzy na bezrobociu, Kancelaria Prezydenta zdecydowała się podwyższyć pensje.

Najwięcej dostaną oczywiście dyrektorzy i elitarni doradcy głowy państwa. Ich wynagrodzenia wzrosną nawet o 2000 zł, czyli mniej więcej tyle, ile wynosi w Polsce płaca minimalna na rękę. Najmniej – referenci, którzy na podwyżkach zyskają tylko 500 zł. Pensje zastępców dyrektorów wzrosną zaś o 1500 zł.

Podwyżki wejdą w życie od 1 września.

„Nieoficjalnie urzędnicy Kancelarii Prezydenta tłumaczą, że 6-proc. rezerwową podwyżkę wynagrodzeń zakładano w budżecie na ten rok. W zależności od stanu finansów państwa albo z tego mieliśmy skorzystać, albo nie” – tłumaczy w rozmowie z „Rzeczpospolitą” jeden z urzędników Kancelarii.

„Urząd zaoszczędził też sporo na epidemii – zrezygnowano z wielu kosztownych wyjazdów zagranicznych, uroczystości planowanych jeszcze rok wcześniej” – podała gazeta.

W poniedziałek wieczorem Senat opowiedział się przeciw zmianom w prawie podwyższającym wynagrodzenia dla samorządowców, parlamentarzystów i osób zajmujących kierownicze stanowiska w państwie. Wcześniej za głosowanie za przyjęciem ustawy w Sejmie przeprosili w przedstawiciele Platformy Obywatelskiej i Lewicy.

Rąsia boga

Wybory prezydenckie roku 2020 były nieuczciwe, ale są ważne.

Ostatnie polskie wybory prezydenckie można porównać do meczu piłki kopanej Argentyna – Anglia w czasie mistrzostw świata w Meksyku.
Wówczas bramkę decydującą o wejściu Argentyny do finału rozgrywek i zwycięstwie Argentyny w turnieju zdobył Diego Maradona.
Dodatkowo tamte zwycięstwo Argentyny miało też smak politycznej, nacjonalistycznej zemsty. Turniej odbywał się cztery lata po przegranej przez Argentynę wojny z Wielką Brytanią o archipelag Falklandy- Malwiny.
Decydującą bramkę zdobył Maradona nieuczciwie. Wykorzystał do tego swą rękę, co w piłce nożnej jest zabronione. Sędzia, w przeciwieństwie do telewizyjnych widzów i komentatorów, przewinienia zawodnika nie zobaczył i gola uznał.
Już po turnieju Maradona przyznał się do gry ręką. Ale uznał ją za „La mano de dios”, czyli „Rękę boga”. Uważał, że to nieuczciwe zwycięstwo zwyczajnie się Argentynie należało.
Pan prezydent Duda został wybrany przy pomocy rąsi innego boga. Przede wszystkim TVPiS, która jest przedłużeniem ramienia jaśniepana prezesa Kaczyńskiego. Traktowanego przez wyznawców PiS jak boga.
Pomimo tej, i licznych innych nieuczciwości, wybory prezydenckie roku 2020 są ważne. A pan prezydent Andrzej Duda legalnym prezydentem RP. Co uznali najbardziej rzetelni na świecie sędziowie- obserwatorzy OBWE.
Skoro pan prezydent Andrzej Duda jest legalnym prezydentem RP to w jego zaprzysiężeniu powinni brać udział parlamentarzyści klubu Lewicy.
Bo parlamentaryzm to gra zespołowa. Nie jest dla herbertowskich politycznych estetów. Bo są oni częścią konstytucyjnego Zgromadzenia Narodowego przed którym nowo wybrany prezydent musi złożyć przysięgę.
Poza tym powinni to zrobić by okazać szacunek dla 10 milionów wyborców pana prezydenta Dudy.
W tej, zaplanowanej na 6 sierpnia, uroczystości nie musza za to brać udziału lewicowi posłowie do Parlamentu Europejskiego. Nie stanowią Zgromadzenia Narodowego. Nie będą oni, w przeciwieństwie do parlamentarzystów krajowych, musieli współpracować z panem prezydentem Dudą przez najbliższe lata.
Mogą zatem demonstracyjnie zbojkotować to pandemiczne zaprzysiężenie. Przypominać wszystkim i wszędzie swe moralne obrzydzenie do prezydenta nieuczciwie wybranego.
Zresztą panu prezydentowi Dudzie też 6 sierpnia lekko nie będzie. Jako człek deklarujący swą wiarę w boga, już podczas swego zaprzysiężenia, poczuje złowrogi, ostry cień mgły boskiego fatum.
Kłamstwo pandemiczne uprawiane w czasie prezydenckiej kampanii wyborczej przez elity PiS sprawiło, że mamy nawrót zarazy. Zachorowania nawet wśród krajowych elit politycznych.
Mamy nowe ognisko zarazy w Senacie RP. Być może mamy je też w mieszczącym się w tym samym gmachu Sejmie RP. Tylko nie mamy informacji o nim, bo kłamstwa są fundamentem polityki elit PiS.
To wszystko sprawia, że jeszcze we wtorek nie znane były szczegóły czwartkowego zaprzysiężenia. Nie było publicznie wiadome przed jak licznym Zgromadzeniem Narodowym pan prezydent będzie swą przysięgę składał. Aby legalnie rozpocząć swą nową kadencję.
Wiemy za to już, że grupa polskich konstytucjonalistów już kwestionuje ważność złożenia prezydenckiej przysięgi przed tylko częściowo obecnym na Sali Plenarnej Zgromadzeniem Narodowym.
To może być powodem, że pan prezydent Duda będzie miał skazę nieuczciwego wyboru i niekonstytucyjnie złożonej przysięgi. Co może być powodem do przyszłego bojkotowania go przez liczne instytucje i obywateli RP.
Diego Maradona przyznał po turnieju, po zdobyciu Pucharu, że zagrał nieuczciwie. Kibice wybaczyli mu, bo był on także jednym z najlepszych piłkarzy w historii światowego futbolu.
Pan prezydent Duda jako urzędujący prezydent nigdy poziomu Maradony nie osiągnął.
Przeciwnie ma szansę być najgorszym z dotychczasowych wybranych prezydentów RP. I dodatkowo jeszcze ze skazą nieuczciwego wyboru i nie konstytucyjnego zaprzysiężenia.

Już nas chcą wziąć za łeb

Jeszcze nie opadł kurz wyborczej kampanii, gdy mogliśmy się dowiedzieć, że już szykują pętle na szyję swoim oponentom.

W wieczór wyborczy 12 lipca, zwłaszcza u jego schyłku, przyznam że nieco masochistycznie, szukałem w internecie tekstu, który potwierdziłby moje czarne prognozy co do wielce prawdopodobnego przebiegu wydarzeń w Polsce po zwycięstwie Dudy i domknięciu systemu władzy PiS („Demokracja albo (jej) śmierć”, „Dziennik Trybuna”, nr 134-135/20). I znalazłem – na portalu Wirtualna Polska, tekst autorstwa Michała Wróblewskiego. Muszę niestety, z ciężkim sercem i bez cienia satysfakcji, zauważyć, że zacytowane przez niego wypowiedzi i sformułowane na ich podstawie wnioski korelują niemal idealnie z moimi przedwyborczymi zapowiedziami. W gruncie rzeczy nie byłem zaskoczony, a jeśli coś mnie nieco zdziwiło, to błyskawiczne tempo, w jakim potwierdziły się moje prognozy.

„Koniec miękkiej gry”

„Uderzenie w media, głębokie zmiany w wymiarze sprawiedliwości z naciskiem na sądy, reforma samorządów, zmiana prawa aborcyjnego. To tylko kilka obszarów, w których obóz rządzący po zwycięstwie Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich będzie chciał zaostrzyć kurs – już w dniu wyborów i to w czasie ciszy wyborczej zapowiadali ludzie zbiorowej „Solidarnej Polski”, części obozu PiS. „Ponad 10 mln ludzi poparło naszą agendę. Mamy silny mandat, żeby ją realizować” – tak referuje dziennikarz WP zamiary władzy.

W czasie gdy wygrany Duda oraz jego żona i córka wygłaszali, w stylu „kochajmy się”, pseudokoncyliacyjne deklaracje w Pułtusku, poseł „Solidarnej Polski” Mariusz Kałużny napisał na twitterze: „Wybór jest prosty. Idzie o to, czy Polacy będą zbierać szparagi w Niemczech czy Niemcy z Francuzami będą zbierać jabłka w Polsce. Tylko Polska! Precz z lewactwem, komuną, precz z volksdeutschami!”. Radny SP, też współpracownik Ziobry, Dariusz Matecki, także na twitterze napisał: „Jakim cudem prawie 50 proc. społeczeństwa głosuje przeciwko Polsce? To lata działalności Michnika, to lata upadlania Polaków, to lata pracy niemieckich mediów, to lata niszczenia Polski i polskości w Polakach”. Z kolei wiceminister pisowskiego rządu z ramienia Solidarnej Polski Kowalski Janusz napisał, także na twitterze: „Wniosek musi być jeden: koniec niuansowania, koniec miękkiej gry, koniec przymilania się przez niektórych obozowi III RP. Czas na dokończenie reform: wymiaru sprawiedliwości, rynku mediów, unijnego systemu handlu emisjami i zakończenie reprywatyzacji. Czas na NIE dla „Green Deal” (…) Na nic jęki III RP!”. Te wpisy dziennikarz Michał Szułdrzyński skomentował jako zapowiedź „dorzynanie watahy w wersji Zjednoczonej Prawicy”.

„Postawa polityków Solidarnej Polski i mocne uderzenie w politycznych przeciwników w pierwszych godzinach po ogłoszeniu wyników wyborów prezydenckich może zwiastować zaostrzenie kursu Zjednoczonej Prawicy – napisał dalej Wróblewski – Zwycięstwo Andrzeja Dudy ma dać obozowi władzy nowy tlen. Politycy z formacji Zbigniewa Ziobry czują się pewnie, co widać w mediach. Przedstawiciele Solidarnej Polski są przekonani, że swoim zaangażowaniem w kampanii Andrzeja Dudy pomogli przyciągnąć wyborców Konfederacji i Krzysztofa Bosaka. Sam lider Solidarnej Polski i minister sprawiedliwości jako jeden z ostatnich opuszczał wieczór wyborczy Zjednoczonej Prawicy w Pułtusku, wcześniej długo udzielając wywiadów. To zresztą Zbigniew Ziobro jako pierwszy przedstawiciel obozu władzy w ostatnim czasie zapowiedział „wzięcie za łeb” przez rząd mediów z zagranicznym kapitałem. – Musimy powoli zastanowić się nad sytuacją mediów w Polsce, bo to, co się teraz tu dzieje, to jest coś, nad czym nie można przejść do porządku dziennego. Mam nadzieję, że po kampanii prezydenckiej wyciągniemy wnioski – mówił kilka dni temu lider Solidarnej Polski, komentując m.in. publikacje jednego z tabloidów na temat Andrzeja Dudy”.

W sytuacji, gdy TVP stała się jawnym, regularnym, a do tego najbardziej agresywnym segmentem kampanii wyborczej Dudy, Ziobro miał czelność powiedzieć: „Nie powinno być tak, że część mediów staje się tak naprawdę sztabem wyborczym Rafała Trzaskowskiego. Nie możemy udawać, że tego nie widzimy”.

„Przekaz Zbigniewa Ziobry – tuż przed końcem kampanii – powtarzał sam Jarosław Kaczyński – zauważył dalej Wróblewski – Nie możemy się zgadzać na to, żeby część naszego narodowego systemu nerwowego, a system nerwowy jest zwieńczony przez mózg, była w obcych rękach. Ci wszyscy, którzy twierdzą, że to nie ma żadnego znaczenia, że kapitał nie ma narodowości, po prostu cynicznie kłamią – mówił o mediach w Polsce prezes PiS w Telewizji Trwam”. To współgrało z antyniemieckimi okrzykami Dudy po publikacji w „Fakcie” artykułu, który zdemaskował jego ułaskawienie pedofila. („Niemcy chcą nam wybierać prezydenta? To jest podłość”.)

W powyborczy poniedziałek doradca Dudy Zybertowicz w radiu TOK FM stwierdził, że opowiada się za „ograniczeniem roli mediów niezależnych od rozumu” i że sam doradziłby Andrzejowi Dudzie podpisanie ustawy „przeciwko mediom grającym nie fair przez zagraniczne kapitały”.
Cytowany wyżej ziobrysta Kowalski zapowiedział ostry kurs w stosunku do samorządów. Niektóre z nich nazwał „wielkomiejskimi księstewkami PO”. Nie łudźmy się, że ten atak ominie samorządy rządzone przez inne segmenty opozycji, w tym przez samorządowców z lewicy.

„Zjednoczona Prawica może uszczuplić samorządom kompetencje, ściąć budżety, radykalnie ograniczyć działania, całkowicie centralizując państwo. Wszystko zależy od politycznej woli i determinacji. Ta po wygranej Andrzeja Dudy jest duża – napisał Wróblewski – Do głębszych zmian dojdzie także w wymiarze sprawiedliwości. Politycy opozycji przestrzegają, że obóz Zjednoczonej Prawicy – po przejęciu Trybunału Konstytucyjnego i odzyskaniem kontroli nad Sądem Najwyższym – całkowicie podporządkuje sobie sądy w Polsce. Jarosław Kaczyński w mediach ojca Tadeusza Rydzyka sugerował również ostatnio, iż nie wyklucza, że jego formacja – wraz z koalicjantami – przy poparciu Konfederacji będzie dążyć do zaostrzenia prawa aborcyjnego. Prezes PiS – wraz z większością posłów swojego klubu parlamentarnego – chciałby usunąć tzw. przesłankę eugeniczną z prawa o aborcji. Zmiany póki co wstrzymuje TK (bo tak Kaczyńskiemu wygodniej), więc temat realnie na razie nie istnieje. Ale – jak twierdzą w PiS – do czasu. Wszystkie te zmiany – niewprowadzone w pierwszej kadencji rządów Zjednoczonej Prawicy – mogą zostać dokonane w najbliższych latach, być może w najbliższych miesiącach. Reelekcja Andrzeja Dudy cały obóz rządzący utwierdziła w przekonaniu, że twardy kurs i brak „miękkiej gry” z rywalami jest przez wyborców pożądany”.

Cóż można do tego dodać? Na pewno, o czym prawie się nie mówi, ostro zostanie zaatakowane środowisko naukowe, en general niechętne rządzącemu obozowi. Odmówienie przez nie rekomendacji dla profesury Zybertowicza na pewno będzie zapamiętane przez Dudę i PiS jako upokorzenie, które zechcą pomścić tę zniewagę. Zostanie ono zaatakowane w pakiecie, w którym znajdują się także ludzie kultury, ale główne ostrze ataku pójdzie na media, bo to one, a nie relatywnie wąski świat nauki i kultury, mają masowy wpływ na opinię publiczną. Poza tym, jako się rzekło, na celowniku, znajdą się samorządy, prawa człowieka, w tym prawa kobiet, a na dokładkę organizacje pozarządowe, także będące solą w oku władzy PiS. Tych czterech sfer władza PiS najbardziej się boi i najbardziej nienawidzi: wolnych mediów, samorządów, niezależnych organizacji i praw człowieka. Idą straszne czasy. Ja w każdy razie potwierdzam swoją przynależność do powołanego jakiś czas temu ruchu „ośmiu gwiazd”, choć prawdę mówiąc od dawna już do niego należę.

Przed Kaczyńskim i PiS, nie „przed Bogiem, Narodem i Historią”

U schyłku wieczoru wyborczego, m.in. pod wpływem pułtuskiego przemówienia Dudy, i jego wcześniejszego sformułowania o „odpowiedzialności przed Bogiem, Narodem i Historią”, po stronie opozycji pojawiły się sformułowania znamionujące złudzenia co do jego przyszłej roli jako prezydenta. Zasygnalizował te naiwne złudzenia nawet jego przegrany rywal, mniejsza o to czy szczerze. Można je sprowadzić do wiary w emancypację, usamodzielnienie się Dudy w ramach rządzącego obozu, której źródłem miałoby być „wyzwolenie” od konieczności baczenia na perspektywę kolejnej kadencji. Radzę pozbyć się tych daremnych iluzji. Pominę tu już wzgląd czysto psychologiczno-charakterologiczny: on nie jest do tego zdolny w tym wymiarze. Istotniejszy jest jednak inny czynnik.

Kończąc swoją drugą kadencję Duda będzie miał 53 lata. Nie będzie to ani wiek emerytalny, ani też wiek poręczny do wznawiania przez niego kariery uniwersyteckiej. Delikty Dudy w zakresie łamania prawa bardzo mu też mogą utrudnić zainstalowanie się na rynku usług prawniczych (radcowskich czy adwokackich), choć zawsze może aspirować n.p. do Trybunału Konstytucyjnego, od razu na funkcję prezesa. W tej sytuacji jedynym środowiskiem, które może zapewnić mu jakąś formę wygodnego, na miarę aspiracji byłego prezydenta, lądowania po prezydenturze (n.p. miejsce na liście poselskiej lub jakiś rodzaj synekury) będzie środowisko PiS. Dlatego Duda nie będzie miał innego wyjścia, niż bezwzględnie, lojalnie i do końca mu służyć. Tylko to w połączeniu z prezydencką emeryturą zapewni mu godziwą egzystencję. Duda będzie zatem niezmiennie, także w drugiej kadencji, zachowywał się ze świadomością, że jest odpowiedzialny nie „przed Bogiem, Narodem i Historią”, lecz po prostu przed Kaczyńskim i PiS-em.