Łódź podwodna

Przypuszczam, że samopoczucie ponad połowy moich Rodaków, podobnie jak moje, zbliża się powoli do takiego, jaki mają zapewne marynarze w łodziach podwodnych (zwanych okrętami), realizujących rozkaz manewru zanurzenia po niedokończonym remoncie. Albo jeszcze gorzej – w warunkach bojowych i w akwenie pełnym wrogich sił, nierozumiejących potrzeby nowego pojmowania wolności obywatelskiej, wolności informacji, praworządności i sprawiedliwości.

Manewr zanurzania trwa już 6 lat. Zbiorniki z tlenem ulegają stopniowemu wyczerpaniu. Oddycha się coraz trudniej, zwłaszcza wtedy, kiedy trzeba wysłuchiwać coraz bardziej bezsensownych argumentów, uzasadniających wyższość stanu zanurzania nad pływaniem powierzchniowym, w słońcu i odświeżającym wiaterku. Niestety – miał rację czołowy znawca marketingu telewizyjnego mówiąc kiedyś, że „ciemny lud to kupi”.

Jak dobrze dostawać prezenty

Lud cierpiący z racji zbyt niskich dochodów nie zalicza się w większości do wykształconej inteligencji, nie wsiada do łodzi podwodnej, tylko pływa w małych łódeczkach po mieniącej się w słońcu powierzchni. Nie ma poczucia zagrożenia, może poza tym, że zauważa denerwujący wzrost cen. Ale za to cieszy się z otrzymywanych prezentów i daje sobie wmówić, że to są prezenty fundowane z zasobów obecnego rządu, tworzącej go partii i jej kochanego przywódcy. Na retoryczne pytania aktywnej ostatnio ii osoby w Państwie, ta część ludu radośnie odpowiada, że 500 plus, 300 plus, mityczne dodatkowe emerytury, i równie mityczne darmowe leki dał nam PiS i jego wspaniały rząd, ze swoich pieniędzy. Ta część ludu nie rozumie, że nie jesteśmy już w PRLu, kiedy przemysł należał do państwa i rząd zarządzał nim jak wielkim koncernem. Dzisiaj rząd ma pieniądze głównie z podatków obywateli. To, że lud wierzy, że ktoś mu daje jego własne pieniądze jest sztuką propagandy obecnej władzy. Nawet wspominany czasem przeze mnie wujcio Goebbels tego nie potrafił.

Sztandarowym przykładem pomysłowości obecnej władzy był pierwszy ze wspomnianych prezentów, czyli 500+. Teoretycznie miał przynieść wzrost urodzeń w rodzinach słusznie uznających, że gimnastyka łóżkowa jest fajnym sposobem zarabiania pieniędzy. Nie przyniósł. Przyrost naturalny mamy nadal zerowy a nawet lekko ujemny.. Ale spełnił inne ważne zadanie – stał się głównym argumentem uzasadniającym poparcie dla PIS.
Niestety – jest znaczna grupa Rodaków, którzy wpierają PIS, bo „oni dają” i mają tak uczciwego przywódcę, że nawet nie ma konta w banku. A że worem znanych dyktatorów i wspomagających ich wielbicieli, odbiera nam wolność, niszczy niezależne sądownictwo, chce zniszczyć niezależne media – to ich mało obchodzi… Mam nawet w rodzinie taki odłam, który uważa, że potrzebna mu wolność ogranicza się do wyjazdów urlopowych do Chorwacji. Nie uczestniczą w żadnych organizacjach i dyskusjach, nic nie piszą i nie opowiadają, poza wrażeniami z urlopów.

Zazdrość

Ale łódź podwodna nabiera wody także przez inne, chyba poważniejsze nieszczelności. W polityce rzadko bywają przypadki. Sądzę więc, że zamierzonym działaniem jest stopniowe wyzwalanie „w narodzie” wzmożonych uczuć zazdrości a nawet nienawiści na tle rażących różnic dochodów. Dlaczego X, Y i Z Zarabiają wielokrotnie więcej ode mnie, jeśli kończyli (albo i nie) takie same studia? Dlaczego jednym się daje nagrody i zapewnia coraz lepsze posady, a innym każe się ciężko pracować za nędzne grosze?

Ze smutkiem zauważam, że w niektórych środowiskach zaczyna wracać retoryczne pytanie z czasów wojującego komunizmu i Wielkiej Rewolucji Październikowej. „Czy ludzie mają różne żołądki? Czy nie potrzebują takich samych możliwości zaspakajania swoich potrzeb?”.Trzeba jednym odebrać i innym dodać i jeszcze stworzyć im warunki, aby mogli napawać się poczuciem władzy, która przecież działa jak narkotyk.

Wyzwalanie przez rządzących powszechnego uwielbienia dla bogacenia się „za wszelką cenę” ma jednak skutki poważniejsze niż zawiść czy nienawiść. Powoduje bowiem powstawanie atmosfery, w której nie liczą się zw. wartości, a zwłaszcza solidność i przyzwoitość. Zastępuje je korupcjogenność gospodarki i polityki, przeświadczenie, że zaspakajanie indywidualnych ambicji i tęsknoty za pieniądzem jest możliwe i dozwolone także kosztem interesów państwa. Wszyscy ostatnio byliśmy świadkami manewrów w sejmie, zdobywania poparcia za obietnice wysokich stanowisk i związanych z tym zarobków. Ośmielam się twierdzić, że PIS doprowadził Polskę niespotykanego w naszej powojennej historii stanu, w którym przywołane już niedawno przeze mnie zdanie z przemówienia przedwojennego Ministra Spraw Zagranicznych Józefa Becka o „bezcennym honorze”, przestało mieć sens. Słowo honor przechodzi w Polsce – mam nadzieje ze na krótko – tylko do słownika wyrazów obcych.

Wolność, – co to takiego?

Nasza łódź podwodna zanurza się coraz głębiej. Nie wierzę w przypadkowe występowanie takich samych zachowań. Jeśli więc są sędziowie, którzy świadomie uczestniczą w demontażu wymiaru sprawiedliwości, jeśli są osoby nazywające się dziennikarzami, które decydują się pracować w mediach tworzących atmosferę nienawiści lub operujących kłamstwami zamiast faktów – to tym samym rozszerzają nieszczelności w naszej łodzi i zwiększają niebezpieczeństwo totalnej katastrofy.

Ciągle mam nadzieję, że silniki opróżniające lub napełniając e zbiorniki balastowe są sprawne. Miejsca przecieków będziemy stopniowo uszczelniać, ale wynurzymy się na powierzchnię dopiero przed wyborami – być może wcześniejszymi, niż wynika to z konstytucyjnego harmonogramu.
Przez peryskopy oglądamy, co aktualnie dzieje się na powierzchni. W licznych, kolorowych łódkach pływają ci obywatele, którzy zajmują się tylko własnymi problemami i których nie obchodzi, kto i jak rządzi, przestrzegając lub nieprzestrzegając prawa – byle oni mieli spokój i byle coś im kapało „z pańskiego stołu”. Na tych łodziach panuje gwar i wesołość wspierana zadowoleniem z siebie i swoich osiągnięć. Ale jest też trochę skromniejszych łódek, w których siedzą emeryci i inni bardziej wiekowi obywatele, którzy nie wyglądają na zadowolonych. W podobnym nastroju jest część młodzieży, która chodzi wprawdzie w pandemicznych maseczkach, ale nie odebrano im jeszcze możliwości oddychania i zdolności samodzielnego myślenia.

Nikt w naszej łodzi nie ukrywa, że sytuacja jest trudna. Ale jeszcze kilka tygodni temu część jej pasażerów liczyła na rozsądek pana Prezydenta, który może zatrzymać wprowadzanie każdej ustawy, którą uzna za niesłuszną.. A przecież pan Prezydent w okresie wyborczym powtarzał, że będzie prezydentem wszystkich Polków, a nie tylko zwolenników popierającej go partii

Trudne życie prezydenta

Rzeczywistość okazała się jednak zbyt trudna dla Pana Prezydenta. Nie poszedł śladem większości prezydentów i królów, którzy jak mają wręczyć komuś odwołanie z ważnego rządowego stanowiska, to wcześniej zapraszają tą osobę na kawę, wyjaśniają powody, interesują się dalszymi planami, a nawet obiecują pomoc w ich realizacji. Nasz Pan Prezydent tego nie zrobił odwołując ostatnio wicepremiera. Nie ograniczył się też do grzecznościowych formułek w czasie „uroczystości” odwołania. Nasz Prezydent lubi dużo mówić. Wygłosił więc przemówienie, które w moich (i nie tylko moich) oczach było początkiem końca jego kariery politycznej. Powiedział bowiem, że z rozmową przy kawie zaczeka do czasu, kiedy będzie wiadomo, czy odwołany vpremier nadal popiera obóz rządzący, czy też przechodzi di opozycji. Bo – mimo, że jest prezydentem wszystkich Polaków – nie dopuści do tego, aby jacyś zwolennicy opozycji szlajali się po jego zamkowych salonach. Na darmową kawę mogą liczyć tylko zdeklarowani wielbiciele PISu i szukający wsparcia muzycy o miękkich kręgosłupach.

Wygłaszając tą deklaracje wierności PISowi Pan Prezydent powiedział nam, że ma w głębokim poważaniu swoje przedwyborcze deklaracje. Jak ktoś nie lubi PISu, to nie może liczyć na jego sympatię. Tym samym wyraźnie oświadczył, że nie jest już prezydentem wszystkich Polaków, tylko połowy populacji zachwyconej obecnymi metodami rządzenia i wprowadzanymi „dobrymi zmianami”.

Ale po kilku dniach Pan Prezydent, korzystając z wojskowych uroczystości, znowu przemówił. Tym razem dał do zrozumienia, że będzie bronił wolności słowa, niezależności mediów, niezawisłości sędziów i wolności przekonań. Zgłupiałem – jak zwykle, gdy staram się zrozumieć tytanów intelektu. I jakoś nie jestem przekonany, że Pan Prezydent wystąpi w roli uszczelniacza dziur w naszej łodzi podwodnej, i nie przyczyni się do jej nadmiernego zanurzenia.

Wołodja mocny i Andrzej twardy

Oglądam jednak olimpiadę; głównie z rana. W zasadzie to tylko z rana, żeby nie jeść śniadania w samotności. Kiedyś oglądałem „Ukrytą prawdę” albo „Malanowskiego”, ale kiedy grają nasz hymn, to ciągle jeszcze mi staje. I staję wtedy ja, na baczność, choć przy tegorocznych, olimpijskich zmaganiach mam po temu niewiele okazji. Nawet San Marino nas wyprzedziło w strefie medalowej.

Prawdę rzekł parę dni temu Łukasz Kadziewicz, były reprezentant Polski w siatkówce: świat nam uciekł. Sportowy świat. Ale jak tak dalej pójdzie, ucieknie nam i każdy inny. Kiedy igrzyska się zakończą, olimpijski ogień zgaśnie, zacznie się u nas stawianie stosów i palenie żywcem winnych najgorszego występu Polaków w historii olimpijskich startów. Naturalnie, pierwszym do spłonięcia, przynajmniej ze wstydu, winien być minister, odpowiedzialny za sport. Kiedyś był od tego osobny „fachowiec”, a dziś jego kompetencje przejął, zdaje się, Gliński. Ten, jak wiadomo, ogniowi się nie kłania i nawet choćby płonął jak pochodnia, krzyczał będzie, że Nowy Ład jednak się kręci. Prędzej wyjdą mu na licach plamy opadowe niźli płowe rumieńce wstydu. Bo gdyby Pan minister mógł, to by przed sobą klękał. O ile jeszcze tego nie robi. Co się zaś tyczy wstydu, uczucia nieznanego w polityce polskiej, mistrzami jego deficytu, prócz Glińskiego, zostają na najbliższe dni dwaj z pozoru różni, ale mentalnie tożsami politycy: Duda Andrzej i Czarzasty Wołodja.

Pierwszy podpisał ostatnio kwity, dzięki którym posłowie i senatorowie oraz inna, polityczna menażeria, dostaną z naszych podatków podwyżki pensji. Kiedy inflacja przekracza nienotowane od 20 lat pułapy, banda darmozjadów przyznaje sobie dodatkowe apanaże. Trzyma się to, w sumie, kupy, bo jak w kraju drożyzna, trzeba zarobić więcej, żeby rachunki w budżecie domowym się spięły. Dodaj do tego, człowieku prosty, wyrzucone na bruk rodziny i krewnych ze spółek skarbu państwa i obrazek masz jak malowanie. Nie wszyscy jednak uwierzyli w tragiczną sytuację naszych polityków, i zaczęli utyskiwać, że to niemoralne, żeby w chwilach trudnych, gdy ludziom żyje się coraz gorzej i muszą się natrudzić dwa razy tyle, żeby zarobić na chleb i oliwki, państwo senatorstwo przyznawało sobie podwyżki, a prezydent łaskawie się na to godził. Andrzej Duda szybko uciął tę dyskusję. Zupełnie inaczej, niż zwykł nas do tego ostatnio przyzwyczajać, bo z życzeniami gratulacyjnymi dla jedynych, jak do dziś, medalistek z Tokio, zeszło mu parę dni. Tym razem prezydent Duda nie kazał na siebie czekać, i podpis pod podwyżkami złożył od razu, argumentując to w sobie znanym stylu, że liczy się co prawda z protestami opinii społecznej, ale całe odium tego występku bierze na siebie. I to właśnie on, a nie kto inny, będzie musiał z tym żyć. W myśl zasady, że jeśli chcesz być prezydentem, to musisz być twardy; bo taki prezydent, to nie byle co; to bezwzględny, twardy profesjonalista, który nie może okazać grama słabości; a jak okaże, to znaczy, że się do tej roboty nie nadaje. Chyba tylko grafen albo diament może być w naszym kraju twardszy. Tak właśnie: Andrzej Duda, grafen i damasceńska stal. Gdyby MKOl dołożył do rywalizacji w Tokio dyscyplinę twardości, mamy kandydata jak się patrzy. Szkoda tylko, że już wyjechał, bo może byłoby zeń więcej pożytku, gdyby sobie w Japonii jeszcze trochę posiedział. Przynajmniej by niczego nie podpisał. To akurat prezydent też dobrze potrafi.

Ongiś, jeden z polityków SLD starszego pokolenia powiedział mi na ucho, że gdy ważyły się losy przywództwa w partii, Włodzimierz Czarzasty miał się początkowo wstrzymywać z kandydowaniem, tłumacząc się, że wątroba już nie ta. Jak się okazało, było to jeno zwykłe hamletyzowanie miłośnika żółtych swetrów, do których ja też się zaliczam. Wziął Czarzasty SLD jak Bronek ślepą Kaśkę, i nikt złego słowa nie powiedział. Ani Zandberg, ani Biedroń, ani Zawisza, ani Dziemianowicz-Bąk. Wszyscy pospuszczali oczy poniżej depresji i przyklepali czarzastową rabację w biały dzień, a trzeba być naprawdę pełnym złej woli, żeby nie widzieć nahaja w ręku oprawcy, którym poprzetrącał młodzieży kręgosłupy. Takiej, Szanowne Posłanki i Posłowie (z podwyżkami) lewicy chcecie, na której można łamać statut, terleckizować regulamin i witkować głosowania do skutku, aż wyjdzie na nasze? Ludzie to widzą i widzą Was, jak skundliliście pod butem hegemona. Jeśli chcecie dołączyć do zacnego grona bezwstydników, którzy cynizmem wypełniają półeczki na honor i własne zdanie a sejmową pengą portfel, to jesteście na bardzo dobrej ścieżce i kursie i nic nie zmieniajcie. Tyle macie w sobie buntu i woli walki z niesprawiedliwością co na ajpadach i ajfonach. Jak PiS zeszmaca ludzi to zamach na demokrację, ale jak szef ugrupowania opozycyjnego łamie demokratyczne reguły gry i pozbywa się przeciwników za pomocą cepa, to już skuteczność, ceniona bardziej nad styl. Poważnie? Adrian!

Słowacki gol prezydenta Dudy

W czasie, kiedy nasi chłopcy, pod wodzą Portugalczyka, brylowali na boisku ze Słowacją, nasz kraj, Polska, reprezentowany przez Andrzeja Dudę na konferencji międzynarodowej na Słowacji, został wreszcie zauważony. I dobrze. Bo prezydent poruszył wątek, który i mnie dość mocno ostatnio zastanawia. Dodać na koniec należy, że Polacy ze Słowakami na boisku przegrali, a w drużynie naszych rywali występował nie kto inny jak…Ondrej Duda. Prowokacja? Przypadek? Jedno i drugie? 

Zaprawdę, nie wiem jak to wszystko wytłumaczyć. Tyle dziwnych zbiegów okoliczności, za dużo jak na jeden raz. Tak czy inaczej, w Bratysławie, Andrzej Duda, Polak, nie mylić ze Słowakiem-Ondrejem, piłkarzem zawodowym, łaskaw był zawrzeć w swoim przemówieniu pewną wątpliwość, tyczącą się tego, czy to, że mamy dziś w Polsce przyrosty covidowe rzędu 200-300 przypadków dziennie, podobnie jak to miało miejsce w zeszłym roku, jest wyłącznie zasługą powszechnego programu szczepień, czy może pomaga nam w tym…geografia. Jest bowiem tak, jak przytomnie zauważył prezydent, że w zeszłym roku, kiedy nie szczepiono ludzi, bo nie było jeszcze czym, po fali zimowej i wiosennej pierwszego żniwa zarazy, w lato wirus nieco odpuścił. Ba, zrobił to na tyle roztropnie, że nawet premier dał się nabrać, i w szczycie kampanii wyborczej ogłosił, że wirusa już nie ma; poszedł sobie i nie wróci. Parę miesięcy później ten jednak znowu się pojawił, i do marca trzymał za pysk cały kraj, żeby swe apogeum osiągnąć na wiosnę, w kwietniu, dając chwilę wytchnienia po Nowym Roku. Tak to już bowiem bywa z transmisją wirusów, jak mniemał polski prezydent na słowackiej ziemi, że w niektórych krajach, tam zwłaszcza, gdzie jest klimat mieszany, ludzie zapadają na nie częściej, gdy mają nieco osłabioną odporność. Np. na grypę sezonową, zapada się w Polsce w okresach przejścia z jesieni w zimę i zimy w wiosnę.

Przypomnijmy: grypa, podobnie jak covid, też jest wirusem, więc radzi sobie u nas całkiem nieźle od wielu lat. Są wszak w sprzedaży szczepionki na grypę, ale sięga po nie jedynie dwa procent ogółu Polaków. Na covid zaszczepiło się już dużo więcej. Na szczęście. Ten jednak wciąż istnieje i zaraża. I zdradzę Państwu sekret: nadal będzie zarażał. Jest bardzo dużo szansa, że podobnie jak z grypą, na jesieni, kiedy ludzie zaczynają smarkać i kichać, covid znowu zwiększy zasięgi. Wie o tym doskonale prezydent Duda i nieśmiało daje do zrozumienia, że należy nauczyć się z tym żyć. Szczepić się oczywiście, w miarę możliwości, ale nie dać się zwieść, że pandemię zwalczymy raz na zawsze, co to, to nie. Zaczyna również podobne sygnały wysyłać i minister Niedzielski, wspominając, że jesteśmy blisko osiągnięcia odporności stadnej, bo ponad 60 proc. społeczeństwa ma już przeciwciała. Jeszcze pół roku temu, na dźwięk słów „odporność stadna” i jej przydawki, odsądzono by każdego polityka od posiadania mózgu w czaszce, a dziś sam minister zdrowia zaczyna głośno o tym mówić. Oczywiście, są na straży tępi mądrale, którzy każą się Polakom bać jak najdłużej; ot, np. Włodzimierz Cimoszewicz, który po wynurzeniach prezydenta o sprzyjającym klimacie, każe mu doczytać, jak wirus sadowił się w Indiach czy Brazylii, gdzie generalnie cały czas jest ciepło i że prezydenckie bajanie to życzeniowe myślenie pierwszoklasisty po oblanym sprawdzianie ze znajomości pór roku i nazw kontynentów. Na pozór, rzeczywiście, Cimoszewicz może w tym dwugłosie wydawać się bardziej racjonalny w myśleniu, ale to nie sama temperatura jest zwornikiem procesu szerzenia się zarazy, a właśnie wspominana odporność organizmów. W lato po prostu rzadziej chorujemy, bo nie narażamy się na kaprysy pogody-każdy chłop we wsi pod Białymstokiem to wie. Nie trzeba być Cimoszewiczem, żeby tę zależność dostrzec. Podobnie jak to, że jak się człek przemoczy w polu albo na przystanku i wiatr go wysmaga, to się choróbsko przywlecze szybciej. I tak będzie jesienią i zimą. Będzie też panika, że, o la Boga, Polacy umierają na covid, tak jakby teraz nie umierali. Jest jednak dla nas, gatunku ludzkiego, nadzieja. Aby ją posiąść, najsamprzód należy wykonać jedną, ważną czynność-nie słuchać ani nie czytać mediów głównego nurtu. Ich pieniądze i klikalność podszyte są syceniem w ludziach strachu i lęku o wszystko i przed wszystkim. Choćby jak teraz, w Wielkiej Brytanii. Pojawił się nowy szczep „Delta”, który szybko się rozprzestrzenia. Larum grają, ludzie chorują i umierają, a u nas ponoć nawet jedna zakonnica już go ma. Nic tylko czekać, jak wszyscy od niego zginiemy. Gdyby jednak ktoś zadał sobie trud, jak np. ja, i poczytał o wirusach w książkach do wirusologii, dowiedziałby się, że to, że nowy szczep rozwija się szybko, jest czymś zupełnie normalnym. Wirusy bowiem mają to do siebie, że dość prędko się demokratyzują. Chcą zakażać coraz więcej nosicieli, ale czynią to kosztem swojej mocy. Innymi słowy, każdy nowy szczep szybciej przeskakuje z człowieka na człowieka, ale wraz z jego mobilnością, maleje jego siła. Jak z grypą. Rzadko kiedy, na szczęście, ludzie przechodzą ją ciężko, a proszę mi wierzyć, to też nic fajnego, a dużo częściej kończy się na klasycznym przeziębieniu z tygodniem w łóżku i kubkiem herbaty z miodem i cytryną. Z covidem zapewne też tak będzie. Tylko za jakiś czas. Teraz, kto może niech się szczepi i korzysta z lata, bo coś czuję w swoich starych kościach, że jesienią znowu nas zamaskują i zabetonują w domach.

A, byłbym zapomniał, ten słowacki piłkarz Ondrej Duda, występował ongiś w drużynie Legii Warszawa i w związku z tym, bardzo dobrze mówi po polsku. Tu musi być coś na rzeczy!

Broszka polska

Wydawało się, że te dwa wyjątkowe okazy, którymi złośliwy los nas obdarzył – Andrzej Duda i Mateusz Morawiecki, wyczerpują panopticum polskich dziwolągów. Że tyle durnot, ile oni wygadują wystarczy za wszystkie inne aż z naddatkiem. Zwłaszcza, gdy zaczynają mówić o Unii Europejskiej tracą poczucie rzeczywistości i żeglują swobodnie w przestworzach absurdu.

Kilka przykładów dla przypomnienia.

Andrzej Duda, Kamienna Góra, rok 2018:
– Bardzo często ludzie mówią: „ach, po co nam Polska, Unia Europejska jest najważniejsza”. (…) To niech sobie ci wszyscy przypomną te 123 lata zaborów, jak Polska wtedy pod koniec XVIII wieku swoją niepodległość straciła i zniknęła z mapy. Też byli tacy, którzy mówili „A może to lepiej, swary się w końcu skończą, te rokosze, te wszystkie insurekcje, te wojny, te awantury, te konfederacje, wreszcie będzie święty spokój”;

Leżajsk 2018: – [Unia] to „wyimaginowana wspólnota, z której niewiele dla Polski wynika. (…) Niech nas zostawią w spokoju i pozwolą nam naprawić Polskę, bo to jest najważniejsze”; Zwoleń 2020: – „My, Polacy, mamy prawo sami decydować o sobie i swoich prawach. Po to walczyliśmy o demokrację. Nie będą nam tutaj w obcych językach narzucali, jaki ustrój mamy mieć w Polsce i jak mają być prowadzone polskie sprawy” …

Kłamstw, przemilczeń, przeinaczeń, przekręceń, manipulacji na temat Unii i wokół Unii autorstwa Mateusza Morawieckiego jest z kolei tyle, że starczyłoby na referat o zbłąkanej świadomości przeplatającej świat urojony z rzeczywistym w praktyce politycznej. Przypomnę więc jeden tylko przykład, ale charakterystyczny, można powiedzieć sztandarowy. Na wiecu w Dębicy (rok 2018) premier mówił:

– Pozyskaliśmy więcej środków od bandytów, mafii VAT-owskich, przestępców podatkowych. To jest w budżecie (…) więcej środków od tych bandytów, którzy swobodnie sobie hulali po państwie polskim za czasów PO i PSL; więcej środków odzyskaliśmy niż środki unijne. (…) Środki unijne są ważne, cieszymy się z nich, bo pomagają odnawiać chodniki, ale dużo więcej dobra przynosi rząd Prawa i Sprawiedliwości…

W świecie tych polityków i ich politycznych towarzyszy, sympatyków i zwolenników podobne idiotyzmy w żaden sposób nieprzystające do rzeczywistości nie zakłócają ich obywatelskiej świadomości. Mieszczą się doskonale obok jednoznacznie przeczących im faktów i gołym okiem widocznych profitów politycznych oraz materialnych, które były i są udziałem Polski w ciągu 17 lat przynależności do Unii Europejskiej. W świecie ich psychicznej odrębności i urojeń, korzyści odnoszone przez Polskę to jedno, a Polska to zupełnie coś innego – jakby nie Unia Europejska, jakiś oddzielny byt. Ten dziwaczny związek pisowskiej Polski z Europą pogłębia się z każdym rokiem od ponad pięciu już lat, a Polska coraz bardziej przypomina skołtunioną, zrzędzącą babę, wiecznie w szlafroku i w przydeptanych kapciach, która ma niekończące się pretensje, że inne są bogatsze, zadbane i domyte. Wszystko się jej należy, zaś ona sama nie poczuwa się do żadnej więzi z Unią. Przeciwnie – im więcej z Unii wydusi, tym bardziej jej nienawidzi. Podbechtywana przez kościół, wybitnego zresztą unijnego „dojarza”, hoduje w sobie coraz to nowe pokłady ignorancji i buntu przeciwko urojonym brukselskim wrogom, zamachom i nieistniejącym planom unicestwienia polskości. Nic dziwnego więc, że na takim podglebiu rosną nowe zastępy idiotów i idiotek głupich jak but pisowskich elit. Antyunijne kalki słowne, schematy myślowe, w których Unia jest wyłącznie złem, tak już im weszły w krwioobieg, że wyrósł z tego ich niby język, którym swobodnie posługują się na co dzień, często zapewne nawet nie zdając sobie sprawy, co tak naprawdę mówią. Wypowiadają niebotyczne bzdury swobodnie, bez zahamowań, perorują o najważniejszych sprawach, często wręcz żywotnych dla Polski, jak niejeden Napoleon w Tworkach o swoich zwycięskich kampaniach i przebiegłych intrygach.

Na czoło rankingu uczelni wypuszczających w świat takich właśnie orłów intelektu i myśli państwowej zdecydowanie wysuwa się Katolicki Uniwersytet Lubelski, na który polscy podatnicy łożą od dziesiątków lat milionowe dotacje. To prawdziwa kuźnia nowych elit. Niewątpliwie ich najbardziej znanym reprezentantem, jest Przemysław Czarnek, prawnik konstytucyjny, gość, którego w normalnym kraju strach byłoby obsadzić w jakiejkolwiek roli państwowej, a o ministrze oświaty on sam nawet w snach by nie marzył. W Polsce PiS jednak to, co jest normalnie nienormalne jest jak najbardziej normalne. Drugim ośrodkiem kadro twórczym jest Ordo Juris, organizacja, o której tak naprawdę niewiele wiadomo, poza tym, że to katoliccy talibowie, których kościół hoduje, ale sam za bardzo w drogę im wchodzić nie chce. Czy można się więc dziwić, że zbieramy tego owoce? Czy można się dziwić, że schizofrenia polityczna staje się u nas normą? Na przykład, że 80 proc. Polaków opowiada się za Unią, ale jednocześnie połowa uznaje, że unijne pretensje do stanu naszej praworządności po ziobrowej reformie są przesadzone? Jak jednak takie wykluczające się nawzajem przekonania mają nie zalęgać się w mózgach, które dzień w dzień kształtuje PiS-owska propaganda? Jak ludzie mają inaczej myśleć, skoro minister oświaty mówi publicznie i bez zahamowań, a potem to mocno potwierdza, iż uczniowie mają się uczyć o Traktacie lizbońskim, funkcjonowaniu Polski w ramach Unii Europejskiej i „ewolucji Unii Europejskiej z tworu praworządnego na twór niepraworządny, bo dzisiaj jest tworem niepraworządnym, który nie przestrzega własnych ram prawnych” …

Albo skoro inny profesor, Karol Karski, w telewizji Republika (25 maja br.) stawia znak równości między współpracą Unii z Polską a działaniami putinowskich tzw. „zielonych ludzików” na Krymie, to nic nikogo nie powinno już dziwić. Przesłanie takiej wypowiedzi jest przecież jednoznaczne: podstępnie zabierają nam suwerenność i na siłę przyłączają do Brukseli, jak Rosja Krym.

Inny przedstawiciel nowych elit (występujący w tym samym programie) Dobromir Sośnierz porównał z kolei współczesną prounijną opozycję do warcholstwa magnaterii i szlachty, które w XVIII wieku doprowadziły do rozbiorów Polski. Pół biedy z tym Sośnierzem, to co prawda poseł na Sejm, poprzednio nawet europarlamentarzysta, ale katecheta. Tak jak w Paryżu nie zrobią z owsa ryżu, tak w Brukseli nie zrobią z Sośnierza moreli. Zaś ten Karski to co innego, to profesor prawa. Właściwie doktor habilitowany a profesor nadzwyczajny, ale jednak. Uczony jest posłem do Parlamentu Europejskiego. W dużej mierze dzięki tej fusze jest milionerem – znaczy, jak wszyscy europosłowie PiS, kasę z Brukseli bierze, ale rękę karmiącą kąsa zajadle. Jest tam już długo, lecz kariery nie zrobił żadnej. Był kilkakrotnie kwestorem i to wszystko, czyli pilnował interesów europosłów. Na przykład, jeśli jakaś pani jest praktykującą weganką, to on powinien dopilnować, żeby przejawy jej kultury gastronomicznej znajdowały odbicie w menu parlamentarnej stołówki. Karski o wiele bardziej niż z działalności merytorycznej w PE znany jest z działalności rozrywkowej. To ten sam urwipołeć, który w towarzystwie niejakiego Zbonikowskiego, byłego posła PiS, damskiego boksera i znanego z tabloidów bohatera romansów, rozbili melexy w cypryjskim hotelu, za co tamtejszy sąd kazał im zapłacić.

Owszem, Karski zasłynął również jako prawnik. W sierpniu 2008 r. doniósł do prokuratury na pilota, który podczas wojny rosyjsko-gruzińskiej, ze względów bezpieczeństwa odmówił prezydentowi Kaczyńskiemu i innym towarzyszącym mu prezydentom lądowania w Tbilisi. Karski zarzucił pilotowi tchórzostwo, sabotowanie ważnej misji i zażądał postawienia go przed sądem, oraz odwołania ówczesnego ministra obrony. Prokuratura nawet nie wszczęła śledztwa, bo uznała to doniesienie za nic nie warte. Oto rozmiar kapelusza czołowego reprezentanta PiS-owskich elit. Zbiór jemu podobnych pań i panów jest właściwie nieprzebrany. Mówi się jednak, że to nie oni są problemem Polski, tylko ich wyborcy. I to prawda. Problemem politycznym, społecznym i socjologicznym są obywatele, którym takie właśnie poglądy odpowiadają, przyjmują je za swoje i utożsamiają się z nimi na tyle, że na tych orłów głosują. Mimo ich wielomiliardowych afer, jawnego złodziejstwa, niekompetencji, chamstwa i nieokiełznanej buty ciągle jest po ich stronie połowa wyborców. Nie większość, bo większość zapewnia im ordynacja wyborcza, ale znacząca część. Co najmniej czterdzieści kilka procent, czyli mniej więcej tyle, ile jest tych, którzy nie zarejestrowali się w kolejce do sczepień przeciw covidowych, w kolejce po życie. To prawdopodobnie są nawet ci sami – bracia i siostry w ciemnocie, wierze w banialuki, bzdury i kłamstwa. Wyznawcy teorii spiskowych, śledziennicy wiecznie nadęci, ofochani i ze wszystkiego niezadowoleni.

Przemeblowanie głów takiej masy ludzi jest bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe.

Nasz węgiel kochany

Bodaj dwa lata temu prezydent Duda, na Śląsku, zachwalał węgiel. To nasze bogactwo i dobro narodowe. Tego dobra starczy nam na 200 lat. Naprawdę tak powiedział. Ostatnio na konferencji klimatycznej oświadczył, że do 2049 roku staniemy się producentem czystej energii. Czyli węgiel pozostanie pod ziemią.

Presja świata wymusiła na prezydencie zmianę myślenia i przeskok o kilkaset lat. Podejrzewam, że mentalnie pan prezydent jednak nadal tkwi w epoce węgla kamiennego i nie tylko w kwestiach energetycznych.

Minister Tchórzewski, kiedyś właśnie od energetyki powiedział tak około cztery lata temu: …energetykę opieramy na węglu, bo takie mamy ustalenia polityczne?!…. Czyli obowiązywał wtedy prymat polityki nad zdrowym rozsądkiem.

Dlatego zablokowano budowę wiatraków. Ten prymat węgla urodził potworka w postaci zaczętej, a teraz rozbieranej elektrowni w Ostrołęce. Straty szacowane są na grubo ponad miliard złotych. Poczęty w ekonomicznym i ekologicznym grzechu projekt elektrowni jest teraz poddawany aborcji. Tamten minister Tchórzewski jest teraz doradcą premiera, ale nie wiadomo od czego. Lepiej jednak niech go premier trzyma daleko od siebie, bo znowu eksminister dopuści się nierządu i czeka nas kolejna gospodarcza aborcja. Tak więc jest jakiś PiS-woski progres w ocenie naszej rzeczywistości. Tyle, że jest to proces wymuszony, nie wynikający z założeń ideologicznych PiS.

Polska nadal jest przez cywilizowany świat zmuszana do klęczenia. I w tej kwestii niech rząd nadal klęczy i będzie przymuszany do nowoczesnych rozwiązań. Nie wyobrażam sobie, by za 200 lat, jak to sugerował prezydent, w piecach na wsi i w elektrowniach palono węglem wzmacnianym wszelkiego rodzaju śmieciem. PiS chciał nam zgotować na pokolenia taki los.

Drogie narty prezydenta

Media usiłowały podsumować, ile prezydent Duda wydał na sprzęt i strój narciarski. Były to oceny pisane niestety przez osoby mające niewielkie pojęcie o sprzęcie narciarskim..

Ile więc co kosztuje? Pan prezydent używa nart Atomic typu Redster serii 9 (podejrzałem na zdjęciu w internecie). Model pośredni miedzy nartą do slalomu giganta a slalomu specjalnego (chodzi o promień skrętu) kosztują około 3800 złotych, łącznie z wiązaniami. Można kupić taniej, bo z powodu pandemii sprzęt sprzedaje się fatalnie. Ale ten model jest chyba zbyt twardy jak dla nawet dobrzej jeżdżącego amatora? Poleciłbym ten sam model, ale serii serii 7. Też dobry, a znacznie tańszy.

Buty marki Atomic, jeśli się nie mylę – serii Hawx o twardości 100 kosztują około 1500 złotych. Też można kupić o kilkaset złotych taniej. Kijki narciarskie, z włókna węglowego, pana prezydenta, też sygnowane marką Atomic, można kupić za 300 złotych albo i taniej. Rękawice 300 – 400 złotych. Kask 500 złotych. Gogle 300 – 400 złotych.

No i strój. Dobra kurtka narciarska kosztuje nawet 4 tys. złotych ( np. firmy Descente czy Spider), spodnie dwa tysiące. Skarpety i bielizna termiczna około 500 złotych. I to wszystko można nabyć w niższych cenach i wcale nie byle jakiej jakości. Dla amatora, jeżdżącego tydzień w sezonie, klasa nart nie ma większego znaczenia. Można i należy kupić znacznie tańsze. Jeszcze taniej jest na giełdach narciarskich, które w tym roku chyba upadły.
Pan prezydent nie może jeździć na tanim sprzęcie, musi i powinien mieć dobry. A że dobry sprzęt kosztuje, to go od razu zawistni go podliczają. Osobiście życzę wszystkim narciarzom, by stać ich było na sprzęt klasy prezydenckiej. Są to życzenia na przyszłość i nie na tę zimę, ale szczere. Ile to wszystko kosztuje? Podliczcie sami. Dowożenia na stok pana prezydenta nie doliczam do tego, bo to zupełnie inna i znacznie droższa bajka.

Umrzeć za psa

Mój żelazny kandydat na szefa polskiej sekcji Mensy, w końcu doczekał się wyróżnienia. Marek Suski został przewodniczącym rady programowej Polskiego Radia. Nie jest to stanowisko jego marzeń, ale od czegoś zawsze trzeba zacząć.

Parę dni temu utopił się Jan Lityński. Ratował psa, który wszedł na krę na Narwi. Kto bywał na Mazowszu, tam gdzie Narew łączy się z Bugiem, ten wie, że to bardzo zdradliwy nurt i że niejednego zabrał. Teraz wziął Lityńskiego. Gdy o tym myślę, to chyba nie wyobrażam sobie piękniejszej śmierci. O ile śmierć może być piękna. Zginąć za psa. Ratując go. Oddać życie za swojego przyjaciela. Nie człowieka, tylko psa. Takie epitafium mieć na grobie: oddał życie za psa. Nie za ojczyznę, Boga, Naród, tylko za psa.
Na swojej ścieżce zawodowej spotkałem kiedyś dziennikarza, Andrzeja Romana. Chyba nigdy przedtem ani potem nie spotkałem nikogo, kto by tak barwnie opowiadał o Polsce gomułkowskiej i o swoim w niej bytowaniu; o życiu, warszawskich salonach, wykuwaniu się zawodu, uczeniu się go, sporcie, jazzie, literaturze. Andrzej Roman dużo palił. Intensywnie. Bo, jak mawiał mój niedawno zmarły kolega, palić należy właśnie intensywnie. Jedna kawa i sześć papierosów. I Andrzej Roman tak czynił. Palił intensywnie. Żył intensywnie. Dożył był bardzo sędziwego wieku. Na starość, jak sam twierdził, rodzina chciała go nieco spatynować, ale się nie dawał. Zmarł we śnie, zaczadzony, w czasie gdy ogień trawił jego mieszkanie na Starówce. Pożar wywołał…niedopałek papierosa z którym zasnął. Piękna śmierć. Last of the playboys.

Andrzej Duda pojechał na narty. Prezydentowi wolno. Ba, każdemu wolno. Sam też byłem. Co prawda w Zieleńcu, więc prezydenta nie widziałem. Może to i lepiej. Denerwowałbym się tylko, że muszę stać w korku, w czasie, kiedy prezydencka kolumna, na bombach, rozpycha maluczkich, żeby głowa państwa mogła w spokoju dotrzeć do Warszawy, gdyż czekają na nią liczne obowiązki. Doprawdy, nie rozumiem o co tyle krzyku. Tak jak z tymi szczepionkami dla celebrytów. Każdy normalny chciałby być zaszczepiony wcześniej, niż później. Podobnie każdy normalny chciałby nie stać w korku, tylko móc go w spokoju ominąć. Ale nie wiem już, czy każdy chciałby być prezydentem. A Andrzej Duda chciał, to i może. Kto prawo stanowi, może je też wszak zmienić. Lub obejść. Na stokach Zieleńca lud i pracownicy obsługi głośno komentowali, że lada chwila zamkną cały interes na nowo. Czekać tylko, kiedy prezydent wróci z nart, bo przecież otworzyli tylko dlatego, żeby Andrzej Duda mógł sobie w spokoju pojeździć. Nie wypada głowie państwa ukrywać się jak złodziejowi po nocy, albo, nie daj Bóg, jeździć szusować za granicę. Zresztą, nawet nie bardzo jest dokąd. Chyba że na wschód. Widziałem niedawno w programie informacyjnym telewizji rządowej, tej, którą Platforma chce zlikwidować, pseudośmieszny materiał o wspólnym wypadzie na narty Władimira Putina i Aleksandra Łukaszenki. Dziennikarze, tak ich tam wciąż nazywają, stacji informacyjnej, wprost nie mogli przestać sobie dworować, jak to dwaj prezydenci sobie dogadzają na stoku i jakie interesy znowu ze sobą ubijają. Zastanawiałem się, oglądając tę relację, czy wśród wydawców, którzy puścili materiał na wizję, nie zaplątał się czasem Marek Suski. Doprawdy, trzeba mieć naprawdę dość marny horyzont intelektualno-poznawczy, żeby na parę dni po hucpie z prezydencką kolumną w Wiśle, puszczać materiał o Putinie na nartach. Ale być może to ja nic nie rozumiem, może to Polak faulował…

Umrzeć jak James Dean. Jak Zbyszek Cybulski. Umrzeć jak Jan Lityński. Jak Jolanta Brzeska. Zostawić po sobie prosty przekaz. Przecież wszystkich nas nie spalą. Przecież nie zostawię psa na lodzie. Przecież nie zostawię na lodzie przyjaciół. Zastanawiam się, czy władza obecna i szerzej, czy obecna klasa polityczna w Polsce, potrafi dostrzec przeraźliwe piękno w tych odejściach. Czuć grozę i smutek; czuć wielkość Jana Lityńskiego, który poświęca życie dla ratowania psa, ukochanego przyjaciela. Przecież to był tylko pies. Nie ten, to inny. Można przecież zawsze wziąć nowego ze schroniska. Był pies i nie ma. Zdechł. Bo nie umarł, przecież zwierzęta nie mają nieśmiertelnej duszy. Nikt po nim nie zapłacze.

Dzwoni żyrandol w prezydenckim pałacu od pustego śmiechu. Służący pucują czarne lakierki. Garderobiane prasują kir do klapy i czarny krawat. Czyszczą pośmiertny order. Kiedyś w końcu trzeba będzie Jana Lityńskiego pochować. Z honorami. Z głową państwa.

Kariera Nikodema Dyzmy

Do znakomitego tekstu Jacka Jaworskiego o Dudzie („Andrzej Duda – plusy ujemne” („Dziennik Trybuna” Nr 15/2021) właściwie nic dodać, ani nic ująć.

Wszechstronnie, precyzyjnie, plastycznie i kompletnie opisał tę figurę z jej infantylizmem, kabotynizmem, kopalnym reakcjonizmem, ostentacyjną dewocją i innymi licznymi żenującymi, żałosnymi śmiesznościami. Z jej radykalną niepowagą, groteskowością, umysłową, retoryczną tandetą i niesamodzielnością. Z jej uwielbieniem dla zaściankowości i zacofania. Z jej bezgranicznym serwilizmem i nadgorliwością wobec politycznego patrona. Z jej pustymi bajaniami i niepohamowaną logoreą. Z jej prezydenturą-ministranturą. Podpisuję się w stu procentach, bez reszty pod wszystkimi spostrzeżeniami, obserwacjami, diagnozami autora. Przypuszczam, że jego tekst pozostanie po zawstydzającej „prezydenturze” Dudy jako jej najbardziej pełny i najtrafniejszy obraz publicystyczny. Pozwolę sobie jedynie postawić obok jego tekstu metaforę.

Pamiętacie „Karierę Nikodema Dyzmy”, przedwojenną powieść Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, której tytułowy bohater z pozycji bezrobotnego, ograniczonego człowieka z ulicy wszedł na salony towarzyskie przedwojennej Warszawy, a następnie na salony władzy? Sprawił to przypadek, jakim było znalezienie, na chodniku, przez rzeczonego Dyzmę, zgubionego przez pewnego „vipa” zaproszenia na jeden ze stołecznych rautów. Dzięki temu Dyzma mógł znaleźć się na owym raucie, zachwycić towarzystwo brutalnością i krzepką dezynwolturą polegającą na zbesztaniu sprawcy (nielubianego Terkowskiego) wytrącenia mu z ręki talerza z sałatką, zdobyć „mir” wynikający z podziwu dla jego „męskiej energii”, objąć na dobry początek posadę plenipotenta pewnego prowincjonalnego aferzysty, zostać dyrektorem Banku Zbożowego, a na niefortunny finał „kariery” na wyciągnięcie ręki zbliżyć się objęcia stanowiska premiera.

Psim swędem

Dla Dudy Andrzeja odpowiednikiem momentu znalezienia przez Dyzmę zaproszenia był ten, gdy przed wyborami prezydenckimi 2015 roku kierownictwo PiS, rozglądając się za jakimś kandydatem, rywalem dla urzędującego prezydenta Bronisława Komorowskiego wydobyło działacza z trzeciego, a może nawet czwartego szeregu partii, mało znanego, figurę z dalszych szeregów, trzeciorzędną, także intelektualnie, charakterologicznie i osobowościowo. Jednak tak, jak istniało duże prawdopodobieństwo, że tak jak Dyzma ryzykował, że nie zostanie na raut wpuszczony, zdemaskowany jako osoba nieuprawniona, podszywająca się pod kogoś innego, tak wszystko wskazywało na to, że Duda nie będzie miał szans na pokonanie Komorowskiego, na którego miażdżącą przewagę wskazywały sondaże. Stało się jednak tak, że Dyzma psim swędem dostał się na raut, a Duda wygrał wybory.

„Do czego to człowiek doszedł”

Jedną z najzabawniejszych i najpyszniejszych scen z telewizyjnego serialu „Kariera Nikodema Dyzmy” z lat siedemdziesiątych jest ta, w której Dyzma, doskonale zagrany przez Romana Wilhelmiego, stoi, już jako plenipotent, w swoim pokoju, w majątku chlebodawcy Kunickiego, „galowo” ubrany i z pełną samozachwytu i satysfakcji (ze sporą jednak dozą zdziwienia takim przebiegiem zdarzeń) miną, patrząc w lustro mówi do siebie: „Do czego to człowiek doszedł!”. Odpowiednikiem tej szczęśliwej dyzmowej chwili był u Dudy ten moment jego przemówienia po zaprzysiężeniu, gdy z kabotyńskim samozachwytem nazwał samego siebie „człowiekiem niezłomnym”, a także rytualne powtarzanie przez niego przez kolejne lata kadencji słów: „Ja jako prezydent Rzeczypospolitej” wskazujące, że Duda infantylnie upaja się swoją funkcją.

Duda dudni czerstwe „mądrości”

Jedną z cech Dyzmy było wygłaszanie czerstwych „mądrości ludowych”, banałów, które wprowadzone w błąd towarzystwo brało za wyraz przewrotnego wyrafinowania człowieka „mocnego” i inteligentnego. Duda podobnie – wygłasza durne banały, które jego chwalcy przyjmują za głęboką mowę państwową. Reżyser Jan Rybkowski, dobierając wykonawcę głównej roli zdecydował się na Romana Wilhelmiego, aktora o silnym profilu „męskim” (typ „maczo”), o sposobie bycia, fizjonomii i głosie predestynujących go do ról osób charakteryzujących się siłą, zdecydowaniem, pewnością siebie, nawet pewną brutalność. Tym sposobem Rybkowski niejako „wzmocnił” ekspresję postaci, której wizerunek powieściowy nie jest aż tak wyrazisty. Wydaje się, że podobnie było w przypadku wybrania Dudy na kandydata przez jego pryncypalstwo.

Duda, typ tzw. maminsynka najwyraźniej zniewolonego psychicznie przez ultrakatolickich rodziców i uformowany przez na katolickiego dewota, typ zdecydowanie zewnątrzsterowny, wychowany w bogoojczyźnianym klimacie i posłuszeństwie, człowiek o mentalności ministranta, postanowił zaprezentować się jako „mocny człowiek” korzystając z tubalnego głosu i łatwości mówienia. Podobnie więc jak serialowy Dyzma, Duda dudni w każdym swoim przemówieniu, podnosi głos, robi, „straśne”, marsowe, „imperialne” miny w stylu Cezara i Duce (co zauważył Jacek Jaworski). To nadrabianie miną i głosem bardzo silnie kontrastuje z jego postawą subordynacji i posłuszeństwa, wobec wszystkiego, co mu wpojono i czego oczekuje od niego polityczny pryncypał. I tak dudniąc, (podniesionym głosem – co jest rzadkim połączeniem akustycznym) Duda, podobnie jak Dyzma, ani razu nie powiedział nic mądrego. Różni ich jednak to, że o ile Dyzma był świadom swoich ograniczeń i starał się je skrywać za „małomównością”, o tyle Duda nie odznacza się aż takim samokrytycyzmem i chętnie zabiera głos przy każdej nadarzającej się okazji, plotąc przy tym potoczyście i z łatwością prawdziwe „duby smalone”, mnoży pompatyczne inwokacje do zebranych, leje bogoojczyźniane frazesy, wylewa hektolitry pustosłowia i tak dudni, dudni, dudni jak pusty bęben. To, co się dodatkowo daje w jego mowach zauważyć, to bardzo słaby, zbliżony do zera background, podglebie intelektualne, w którym nie da się zauważyć śladów jakiejkolwiek, śladów jakichś głębszych przemyśleń, lektur, a choćby tylko samodzielnego myślenia. W jego tandetnej frazeologii wybijają na wierzch jedynie narodowo-katolickie szablony. I choć nie wszyscy jego prezydenccy poprzednicy imponowali intelektualnym backgroundem, to jednak tylko on zdobył prezydenturę w trybie, który jego pierwowzorem literackim czyni Nikodema Dyzmę. We wszystkich pozostałych przypadkach kandydaci prezydenci, a wcześniej kandydaci byli znaczącymi postaciami, a niekiedy liderami swojego obozu politycznego.

Człowiek bez właściwości

I jeszcze jedno (nie ostatnie) podobieństwo łączy te dwie postacie, fikcyjną i realną – ograniczenie intelektualne. Kokieteryjnie indagowany o „wyznanie” przez towarzyszące mu panie z towarzystwa (chodziło o jego stosunek do modnej wtedy wśród wyższych sfer „ezoteryki”) Dyzma odpowiada prostodusznie, nie rozumiejąc intencji pytających, że: „Rzymski katolik”, nie podejrzewając jednocześnie, że odpowiedź ta odebrana jest przez rozmówczynie za rodzaj przewrotnego, finezyjnego poczucia humoru. W przypadku Dudy odpowiednikiem tego jest choćby jego „złota myśl” z niedawno udzielonego wywiadu, gdy przekonywał, że „policja działa wzorcowo, bo nikt nie zginął”. Brak wyczucia, brak finezji, zwyczajna bezmyślność, brak odpowiedzialności za słowo, to jeszcze jedna cecha łącząca obu tych ludzi „bez właściwości”, tamtego Dyzmę z przedwojennej powieści i polskiego Nikodema Dyzmę naszych czasów. Ta pseudoprezydentura przejdzie do historii jako kolejny, zawstydzający aneks do dziejów głupoty w Polsce, historii, która nie ma końca.

Państwo parszywieje

Prezydent Duda zaproponował proste rozwiązanie dla opornych Ziobrze prokuratorów – przecież mogą pracować gdzie indziej, prywatnie, zostać notariuszami itp.

Kilka lat temu prezydent Komorowski także proponował młodemu człowiekowi zmianę zawodu lub wzięcie kredytu. Może w pałacu prezydenckim mieszka jakiś zły duch, który podpowiada jego lokatorom takie idiotyczne odpowiedzi. Niestety wypowiedź obecnego prezydenta ma głębszy sens. Podpowiada prezydent, że prokuratorów można usunąć jak sami nie zechcą odejść i nawet w odległych miejscach od swoich rodzin będą uparcie trwać na stanowiskach prokuratorskich. To samo może grozić sędziom. To nic, że ich kształcenie kosztowało państwo miliony. Kilka lat temu zlikwidowano wymogi względem służb administracji państwowej. Ostatnio tak zmieniono prawo, że ambasadorem może zostać obywatel bez wykształcenia i znajomości języków, ale swój.

Dlaczego nie ma być podobnie w wymiarze sprawiedliwości? W miejsce wygonionych sędziów czy prokuratorów da się swoich, zaufanych piotrowiczów. Sporządzi im się na kartce papieru, ale by nie było za dużo napisane, zasady postępowania na danym stanowisku, kartkę zafoliuje się, by się nie rwała i nie brudziła. Wtedy wystarczy na dłużej. Tak właśnie sposób sparszywiał Trybunał Konstytucyjny i inne organy wymiaru sprawiedliwości. Po wojnie praktyki szybkich awansów były usprawiedliwione, bo hitlerowcy wymordowali polską inteligencję, a Rosjanie swoje zrobili w Katyniu. Teraz wykształconych kadr w kraju nie brakuje. Jednak wykształceni ludzie są kulą u nogi tej władzy, bo samodzielnie myślą. Dlatego zafoliowana kartka z instrukcją i posłuszny, niekoniecznie myślący wykonawca jest ulubieńcem tej władzy.

Kto cię słucha???

Najgłupszym, co może zrobić człowiek innemu, to wmawiać mu, że wie, jak ten pierwszy się czuje, kiedy widać jak na dłoni, że nie ma o tym zielonego pojęcia. Współczuć, zasromać się, pochylać nad losem innego. Mówić: wiem jak ci ciężko. Mówić, dla mówienia. Czasami więc lepiej zamilknąć, żeby nie robić z siebie błazna.

Prezydent Polski Duda udzielił niedawno wywiadu dla telewizji komercyjnej. To już dało komentatorom życia politycznego w naszym kraju powody do zastanowienia. Czyżby próba otwarcia się na drugą stronę? Czasy są wymarzone, żeby zaczynać odrywać z siebie pisowską łatkę i stroić się we własny drelich, bo im gorzej, tym lepiej. Dość szybko jednak prezydent pokazał, że uniformu zmieniać nie zamierza i nadal będzie dziarsko maszerował, ramię w ramię, przy „Marszałku”. Taki pieszczotliwy pseudonim ma Jarosław Kaczyński u swoich najbardziej oddanych mołojców. Żeby jeszcze prezydent zaczął mówić, za co kocha Jarosława i jego partię, to niech tam sobie gada po próżnicy, bo kto go słucha, chyba babka głucha. Andrzej Duda poszedł w wywiadzie o krok dalej, i jął się silić na artykułowanie swoich własnych przemyśleń. I tu sprawa się rypła.
Zapytany o przedsiębiorców, którzy otwierają swoje biznesy wbrew zakazom, prezydent oświadczył, że rozumie ich desperację, ale łamania rządowych zakazów nie pochwala. Jak wychowawca w klasach 1-3, który napomina dziatwę: rozumiem, że troszczysz się o dobro szkoły i naskarżyłeś na Piotrusia, że nie zmienił butów, ale donosicielstwa nie lubię. Rozumiem, dobrzy ludzie, że jest Wam ciężko, 18 filmów o tym zrobiłem, ale samowolki nikt mi tu robił nie będzie. Od porządku jest policja. No właśnie, o policji też pan prezydent się zająknął. Zapytany o przemoc, gaz i teleskopowe pałki na protestach Strajku Kobiet oświadczył, że tam, gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. Innymi słowy, jak się idzie na zadymę, trzeba się liczyć z tym, że się dostanie pałą przez plecy. Tak było, jest i będzie. A na tle innych państw, nasze organa władzy milicyjnej wypadają jak harcerstwo. Niech się więc ci wszyscy, co oberwali miotaczem gazu cieszą, że się skończyło tylko tak, bo jakby trafili na francuskiego stróża prawa, co się w tańcu nie pir…oli, to inaczej byśmy rozmawiali. Jeśli jednak komuś nadal w naszym demokratycznym kraju źle, to nikt nikogo pod pistoletem nie trzyma. Jeszcze. Może zmienić otoczenie, jeśli tylko otworzą na oścież lotniska. Podobnie, jeśli komuś nie w smak bycie prokuratorem, może się przeflancować na adwokata, radcę prawnego albo komornika. Pan prezydent wie to najlepiej, bo sam odebrał gruntowne, prawnicze wykształcenie, i jeśli tylko zechce, zawsze będzie mógł wrócić do zawodu. Przecież do końca życia nie będzie prezydentem, więc z czegoś trzeba żyć na starość. Woli człowiek bardziej osiadły tryb życia, to zostaje adwokatem. Jak lubi przygodę, adrenalinę i niepewność jutra, wybiera dla siebie zawód np. prokuratora albo księdza, bo zarówno jednego jak i drugiego jego przełożeni mogą przesuwać z parafii do parafii, z prokuratury do prokuratury, kiedy zajdzie taka potrzeba. I mylą się ci wszyscy, którzy widzą w delegowaniu prokuratorów do odległych jednostki elementy politycznej dintojry. Ot, po prostu są wakaty, więc minister musi je kimś zapełnić. Przecież nie pośle do pracy piekarzy czy zdunów. O co więc ta afera? Trzeba było zostać piekarzem, to by nikt człowieka po Polsce nie ganiał, jak psa z pęcherzem.

I tak przez dzień boży cały, plótł prezydent swe pochwały. Dla rządu i rządzących ma się rozumieć. Dla stylu i poszanowania przezeń prawa i obyczaju. Zdobył się też na niemały gram empatii, zapewniając przedsiębiorców o swoim dlań ciepłym serduszku, ale cóż on, jako prezydent może zrobić. Radzi zacisnąć zęby, te które jeszcze ludziom zostały, i przeczekać w spokoju do wiosny a później się zobaczy. Wizjoner.
Jak się chodzi na wywiady do prezydenta, bo do prezydenta u nas się chodzi, a nie prezydent chodzi po telewizjach, wprzódy wywiad taki dość szczegółowo się przygotowuje. Normą na tym szczeblu jest wcześniejsze zaznajomienie pytaego z pytaniami, ewentualnie z obszarami tematycznymi, które będą w rozmowie poruszane, żeby człowiek mógł się przygotować. Zastanawiam się, czy może coś mi umknęło i dziś jest już inaczej, czy ktoś tu pokpił sprawę i nie przygotował się z prezydentem do rozmowy. A może było tak, że prezydent poszedł na żywioł i mówił, co naprawdę myśli. Ale jeśli tak właśnie miałoby być, to po tym, cośmy usłyszeli, pora umierać.