Ludzie Dudy zarobią więcej

Kryzys, nie kryzys, Kancelaria Prezydenta się wyżywi. I to całkiem nieźle, bo 400 urzędników z otoczenia głowy państwa otrzyma od września porządne podwyżki wynagrodzeń. W tym samym czasie miliony Polaków pracują za obniżoną pensję.

Podczas kampanii wyborczej Andrzeja Dudy nawet opozycyjne media podkreślały, że PiS „karmi polską duszę”. Mówiono też o „redystrybucji godności”. Prezydent starał się ukazać jako polityk rozumiejący problemy i potrzeby zwykłego człowieka.

Od wyborów minął miesiąc. W czasie gdy miliony polskich pracowników haruje za obniżoną z okazji kryzysu pensję, drży o utratę zatrudnienia, albo zapożycza się u lichwiarzy na bezrobociu, Kancelaria Prezydenta zdecydowała się podwyższyć pensje.

Najwięcej dostaną oczywiście dyrektorzy i elitarni doradcy głowy państwa. Ich wynagrodzenia wzrosną nawet o 2000 zł, czyli mniej więcej tyle, ile wynosi w Polsce płaca minimalna na rękę. Najmniej – referenci, którzy na podwyżkach zyskają tylko 500 zł. Pensje zastępców dyrektorów wzrosną zaś o 1500 zł.

Podwyżki wejdą w życie od 1 września.

„Nieoficjalnie urzędnicy Kancelarii Prezydenta tłumaczą, że 6-proc. rezerwową podwyżkę wynagrodzeń zakładano w budżecie na ten rok. W zależności od stanu finansów państwa albo z tego mieliśmy skorzystać, albo nie” – tłumaczy w rozmowie z „Rzeczpospolitą” jeden z urzędników Kancelarii.

„Urząd zaoszczędził też sporo na epidemii – zrezygnowano z wielu kosztownych wyjazdów zagranicznych, uroczystości planowanych jeszcze rok wcześniej” – podała gazeta.

W poniedziałek wieczorem Senat opowiedział się przeciw zmianom w prawie podwyższającym wynagrodzenia dla samorządowców, parlamentarzystów i osób zajmujących kierownicze stanowiska w państwie. Wcześniej za głosowanie za przyjęciem ustawy w Sejmie przeprosili w przedstawiciele Platformy Obywatelskiej i Lewicy.

Rąsia boga

Wybory prezydenckie roku 2020 były nieuczciwe, ale są ważne.

Ostatnie polskie wybory prezydenckie można porównać do meczu piłki kopanej Argentyna – Anglia w czasie mistrzostw świata w Meksyku.
Wówczas bramkę decydującą o wejściu Argentyny do finału rozgrywek i zwycięstwie Argentyny w turnieju zdobył Diego Maradona.
Dodatkowo tamte zwycięstwo Argentyny miało też smak politycznej, nacjonalistycznej zemsty. Turniej odbywał się cztery lata po przegranej przez Argentynę wojny z Wielką Brytanią o archipelag Falklandy- Malwiny.
Decydującą bramkę zdobył Maradona nieuczciwie. Wykorzystał do tego swą rękę, co w piłce nożnej jest zabronione. Sędzia, w przeciwieństwie do telewizyjnych widzów i komentatorów, przewinienia zawodnika nie zobaczył i gola uznał.
Już po turnieju Maradona przyznał się do gry ręką. Ale uznał ją za „La mano de dios”, czyli „Rękę boga”. Uważał, że to nieuczciwe zwycięstwo zwyczajnie się Argentynie należało.
Pan prezydent Duda został wybrany przy pomocy rąsi innego boga. Przede wszystkim TVPiS, która jest przedłużeniem ramienia jaśniepana prezesa Kaczyńskiego. Traktowanego przez wyznawców PiS jak boga.
Pomimo tej, i licznych innych nieuczciwości, wybory prezydenckie roku 2020 są ważne. A pan prezydent Andrzej Duda legalnym prezydentem RP. Co uznali najbardziej rzetelni na świecie sędziowie- obserwatorzy OBWE.
Skoro pan prezydent Andrzej Duda jest legalnym prezydentem RP to w jego zaprzysiężeniu powinni brać udział parlamentarzyści klubu Lewicy.
Bo parlamentaryzm to gra zespołowa. Nie jest dla herbertowskich politycznych estetów. Bo są oni częścią konstytucyjnego Zgromadzenia Narodowego przed którym nowo wybrany prezydent musi złożyć przysięgę.
Poza tym powinni to zrobić by okazać szacunek dla 10 milionów wyborców pana prezydenta Dudy.
W tej, zaplanowanej na 6 sierpnia, uroczystości nie musza za to brać udziału lewicowi posłowie do Parlamentu Europejskiego. Nie stanowią Zgromadzenia Narodowego. Nie będą oni, w przeciwieństwie do parlamentarzystów krajowych, musieli współpracować z panem prezydentem Dudą przez najbliższe lata.
Mogą zatem demonstracyjnie zbojkotować to pandemiczne zaprzysiężenie. Przypominać wszystkim i wszędzie swe moralne obrzydzenie do prezydenta nieuczciwie wybranego.
Zresztą panu prezydentowi Dudzie też 6 sierpnia lekko nie będzie. Jako człek deklarujący swą wiarę w boga, już podczas swego zaprzysiężenia, poczuje złowrogi, ostry cień mgły boskiego fatum.
Kłamstwo pandemiczne uprawiane w czasie prezydenckiej kampanii wyborczej przez elity PiS sprawiło, że mamy nawrót zarazy. Zachorowania nawet wśród krajowych elit politycznych.
Mamy nowe ognisko zarazy w Senacie RP. Być może mamy je też w mieszczącym się w tym samym gmachu Sejmie RP. Tylko nie mamy informacji o nim, bo kłamstwa są fundamentem polityki elit PiS.
To wszystko sprawia, że jeszcze we wtorek nie znane były szczegóły czwartkowego zaprzysiężenia. Nie było publicznie wiadome przed jak licznym Zgromadzeniem Narodowym pan prezydent będzie swą przysięgę składał. Aby legalnie rozpocząć swą nową kadencję.
Wiemy za to już, że grupa polskich konstytucjonalistów już kwestionuje ważność złożenia prezydenckiej przysięgi przed tylko częściowo obecnym na Sali Plenarnej Zgromadzeniem Narodowym.
To może być powodem, że pan prezydent Duda będzie miał skazę nieuczciwego wyboru i niekonstytucyjnie złożonej przysięgi. Co może być powodem do przyszłego bojkotowania go przez liczne instytucje i obywateli RP.
Diego Maradona przyznał po turnieju, po zdobyciu Pucharu, że zagrał nieuczciwie. Kibice wybaczyli mu, bo był on także jednym z najlepszych piłkarzy w historii światowego futbolu.
Pan prezydent Duda jako urzędujący prezydent nigdy poziomu Maradony nie osiągnął.
Przeciwnie ma szansę być najgorszym z dotychczasowych wybranych prezydentów RP. I dodatkowo jeszcze ze skazą nieuczciwego wyboru i nie konstytucyjnego zaprzysiężenia.

Już nas chcą wziąć za łeb

Jeszcze nie opadł kurz wyborczej kampanii, gdy mogliśmy się dowiedzieć, że już szykują pętle na szyję swoim oponentom.

W wieczór wyborczy 12 lipca, zwłaszcza u jego schyłku, przyznam że nieco masochistycznie, szukałem w internecie tekstu, który potwierdziłby moje czarne prognozy co do wielce prawdopodobnego przebiegu wydarzeń w Polsce po zwycięstwie Dudy i domknięciu systemu władzy PiS („Demokracja albo (jej) śmierć”, „Dziennik Trybuna”, nr 134-135/20). I znalazłem – na portalu Wirtualna Polska, tekst autorstwa Michała Wróblewskiego. Muszę niestety, z ciężkim sercem i bez cienia satysfakcji, zauważyć, że zacytowane przez niego wypowiedzi i sformułowane na ich podstawie wnioski korelują niemal idealnie z moimi przedwyborczymi zapowiedziami. W gruncie rzeczy nie byłem zaskoczony, a jeśli coś mnie nieco zdziwiło, to błyskawiczne tempo, w jakim potwierdziły się moje prognozy.

„Koniec miękkiej gry”

„Uderzenie w media, głębokie zmiany w wymiarze sprawiedliwości z naciskiem na sądy, reforma samorządów, zmiana prawa aborcyjnego. To tylko kilka obszarów, w których obóz rządzący po zwycięstwie Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich będzie chciał zaostrzyć kurs – już w dniu wyborów i to w czasie ciszy wyborczej zapowiadali ludzie zbiorowej „Solidarnej Polski”, części obozu PiS. „Ponad 10 mln ludzi poparło naszą agendę. Mamy silny mandat, żeby ją realizować” – tak referuje dziennikarz WP zamiary władzy.

W czasie gdy wygrany Duda oraz jego żona i córka wygłaszali, w stylu „kochajmy się”, pseudokoncyliacyjne deklaracje w Pułtusku, poseł „Solidarnej Polski” Mariusz Kałużny napisał na twitterze: „Wybór jest prosty. Idzie o to, czy Polacy będą zbierać szparagi w Niemczech czy Niemcy z Francuzami będą zbierać jabłka w Polsce. Tylko Polska! Precz z lewactwem, komuną, precz z volksdeutschami!”. Radny SP, też współpracownik Ziobry, Dariusz Matecki, także na twitterze napisał: „Jakim cudem prawie 50 proc. społeczeństwa głosuje przeciwko Polsce? To lata działalności Michnika, to lata upadlania Polaków, to lata pracy niemieckich mediów, to lata niszczenia Polski i polskości w Polakach”. Z kolei wiceminister pisowskiego rządu z ramienia Solidarnej Polski Kowalski Janusz napisał, także na twitterze: „Wniosek musi być jeden: koniec niuansowania, koniec miękkiej gry, koniec przymilania się przez niektórych obozowi III RP. Czas na dokończenie reform: wymiaru sprawiedliwości, rynku mediów, unijnego systemu handlu emisjami i zakończenie reprywatyzacji. Czas na NIE dla „Green Deal” (…) Na nic jęki III RP!”. Te wpisy dziennikarz Michał Szułdrzyński skomentował jako zapowiedź „dorzynanie watahy w wersji Zjednoczonej Prawicy”.

„Postawa polityków Solidarnej Polski i mocne uderzenie w politycznych przeciwników w pierwszych godzinach po ogłoszeniu wyników wyborów prezydenckich może zwiastować zaostrzenie kursu Zjednoczonej Prawicy – napisał dalej Wróblewski – Zwycięstwo Andrzeja Dudy ma dać obozowi władzy nowy tlen. Politycy z formacji Zbigniewa Ziobry czują się pewnie, co widać w mediach. Przedstawiciele Solidarnej Polski są przekonani, że swoim zaangażowaniem w kampanii Andrzeja Dudy pomogli przyciągnąć wyborców Konfederacji i Krzysztofa Bosaka. Sam lider Solidarnej Polski i minister sprawiedliwości jako jeden z ostatnich opuszczał wieczór wyborczy Zjednoczonej Prawicy w Pułtusku, wcześniej długo udzielając wywiadów. To zresztą Zbigniew Ziobro jako pierwszy przedstawiciel obozu władzy w ostatnim czasie zapowiedział „wzięcie za łeb” przez rząd mediów z zagranicznym kapitałem. – Musimy powoli zastanowić się nad sytuacją mediów w Polsce, bo to, co się teraz tu dzieje, to jest coś, nad czym nie można przejść do porządku dziennego. Mam nadzieję, że po kampanii prezydenckiej wyciągniemy wnioski – mówił kilka dni temu lider Solidarnej Polski, komentując m.in. publikacje jednego z tabloidów na temat Andrzeja Dudy”.

W sytuacji, gdy TVP stała się jawnym, regularnym, a do tego najbardziej agresywnym segmentem kampanii wyborczej Dudy, Ziobro miał czelność powiedzieć: „Nie powinno być tak, że część mediów staje się tak naprawdę sztabem wyborczym Rafała Trzaskowskiego. Nie możemy udawać, że tego nie widzimy”.

„Przekaz Zbigniewa Ziobry – tuż przed końcem kampanii – powtarzał sam Jarosław Kaczyński – zauważył dalej Wróblewski – Nie możemy się zgadzać na to, żeby część naszego narodowego systemu nerwowego, a system nerwowy jest zwieńczony przez mózg, była w obcych rękach. Ci wszyscy, którzy twierdzą, że to nie ma żadnego znaczenia, że kapitał nie ma narodowości, po prostu cynicznie kłamią – mówił o mediach w Polsce prezes PiS w Telewizji Trwam”. To współgrało z antyniemieckimi okrzykami Dudy po publikacji w „Fakcie” artykułu, który zdemaskował jego ułaskawienie pedofila. („Niemcy chcą nam wybierać prezydenta? To jest podłość”.)

W powyborczy poniedziałek doradca Dudy Zybertowicz w radiu TOK FM stwierdził, że opowiada się za „ograniczeniem roli mediów niezależnych od rozumu” i że sam doradziłby Andrzejowi Dudzie podpisanie ustawy „przeciwko mediom grającym nie fair przez zagraniczne kapitały”.
Cytowany wyżej ziobrysta Kowalski zapowiedział ostry kurs w stosunku do samorządów. Niektóre z nich nazwał „wielkomiejskimi księstewkami PO”. Nie łudźmy się, że ten atak ominie samorządy rządzone przez inne segmenty opozycji, w tym przez samorządowców z lewicy.

„Zjednoczona Prawica może uszczuplić samorządom kompetencje, ściąć budżety, radykalnie ograniczyć działania, całkowicie centralizując państwo. Wszystko zależy od politycznej woli i determinacji. Ta po wygranej Andrzeja Dudy jest duża – napisał Wróblewski – Do głębszych zmian dojdzie także w wymiarze sprawiedliwości. Politycy opozycji przestrzegają, że obóz Zjednoczonej Prawicy – po przejęciu Trybunału Konstytucyjnego i odzyskaniem kontroli nad Sądem Najwyższym – całkowicie podporządkuje sobie sądy w Polsce. Jarosław Kaczyński w mediach ojca Tadeusza Rydzyka sugerował również ostatnio, iż nie wyklucza, że jego formacja – wraz z koalicjantami – przy poparciu Konfederacji będzie dążyć do zaostrzenia prawa aborcyjnego. Prezes PiS – wraz z większością posłów swojego klubu parlamentarnego – chciałby usunąć tzw. przesłankę eugeniczną z prawa o aborcji. Zmiany póki co wstrzymuje TK (bo tak Kaczyńskiemu wygodniej), więc temat realnie na razie nie istnieje. Ale – jak twierdzą w PiS – do czasu. Wszystkie te zmiany – niewprowadzone w pierwszej kadencji rządów Zjednoczonej Prawicy – mogą zostać dokonane w najbliższych latach, być może w najbliższych miesiącach. Reelekcja Andrzeja Dudy cały obóz rządzący utwierdziła w przekonaniu, że twardy kurs i brak „miękkiej gry” z rywalami jest przez wyborców pożądany”.

Cóż można do tego dodać? Na pewno, o czym prawie się nie mówi, ostro zostanie zaatakowane środowisko naukowe, en general niechętne rządzącemu obozowi. Odmówienie przez nie rekomendacji dla profesury Zybertowicza na pewno będzie zapamiętane przez Dudę i PiS jako upokorzenie, które zechcą pomścić tę zniewagę. Zostanie ono zaatakowane w pakiecie, w którym znajdują się także ludzie kultury, ale główne ostrze ataku pójdzie na media, bo to one, a nie relatywnie wąski świat nauki i kultury, mają masowy wpływ na opinię publiczną. Poza tym, jako się rzekło, na celowniku, znajdą się samorządy, prawa człowieka, w tym prawa kobiet, a na dokładkę organizacje pozarządowe, także będące solą w oku władzy PiS. Tych czterech sfer władza PiS najbardziej się boi i najbardziej nienawidzi: wolnych mediów, samorządów, niezależnych organizacji i praw człowieka. Idą straszne czasy. Ja w każdy razie potwierdzam swoją przynależność do powołanego jakiś czas temu ruchu „ośmiu gwiazd”, choć prawdę mówiąc od dawna już do niego należę.

Przed Kaczyńskim i PiS, nie „przed Bogiem, Narodem i Historią”

U schyłku wieczoru wyborczego, m.in. pod wpływem pułtuskiego przemówienia Dudy, i jego wcześniejszego sformułowania o „odpowiedzialności przed Bogiem, Narodem i Historią”, po stronie opozycji pojawiły się sformułowania znamionujące złudzenia co do jego przyszłej roli jako prezydenta. Zasygnalizował te naiwne złudzenia nawet jego przegrany rywal, mniejsza o to czy szczerze. Można je sprowadzić do wiary w emancypację, usamodzielnienie się Dudy w ramach rządzącego obozu, której źródłem miałoby być „wyzwolenie” od konieczności baczenia na perspektywę kolejnej kadencji. Radzę pozbyć się tych daremnych iluzji. Pominę tu już wzgląd czysto psychologiczno-charakterologiczny: on nie jest do tego zdolny w tym wymiarze. Istotniejszy jest jednak inny czynnik.

Kończąc swoją drugą kadencję Duda będzie miał 53 lata. Nie będzie to ani wiek emerytalny, ani też wiek poręczny do wznawiania przez niego kariery uniwersyteckiej. Delikty Dudy w zakresie łamania prawa bardzo mu też mogą utrudnić zainstalowanie się na rynku usług prawniczych (radcowskich czy adwokackich), choć zawsze może aspirować n.p. do Trybunału Konstytucyjnego, od razu na funkcję prezesa. W tej sytuacji jedynym środowiskiem, które może zapewnić mu jakąś formę wygodnego, na miarę aspiracji byłego prezydenta, lądowania po prezydenturze (n.p. miejsce na liście poselskiej lub jakiś rodzaj synekury) będzie środowisko PiS. Dlatego Duda nie będzie miał innego wyjścia, niż bezwzględnie, lojalnie i do końca mu służyć. Tylko to w połączeniu z prezydencką emeryturą zapewni mu godziwą egzystencję. Duda będzie zatem niezmiennie, także w drugiej kadencji, zachowywał się ze świadomością, że jest odpowiedzialny nie „przed Bogiem, Narodem i Historią”, lecz po prostu przed Kaczyńskim i PiS-em.

Czas rozstać się z iluzjami…

… i przestać powtarzać obiegowe, dające fałszywą nadzieję, dykteryjki. Uzyskane w niedzielnych wyborach 51,2 proc. to nie był „niewielki margines zwycięstwa Andrzeja Dudy”.

To był nokaut, który przypieczętował władzę PiS na okres najbliższej kadencji. Prawo i Sprawiedliwość wygrało nie tylko poprzednie i te wybory. Ono wygrało bitwę o sposób postrzegania polityki i sposób rozumienia polityki przez większość społeczeństwa.

Punkt wyjścia

W minioną niedzielę po raz kolejny zatoczyliśmy błędne koło i jesteśmy w tym samym miejscu: jesteśmy pod władzą PiS, jesteśmy peryferyjnym krajem, który własnemu społeczeństwu i otaczającemu światu może jedynie zaoferować tanią siłę roboczą, strukturalny wyzysk i ewentualne możliwości emigracji. Rozhuśtywanie nastrojów społecznych wyparło niemal wszystko, co polityczne. Udało się sprowadzić społeczeństwo do roli ofiary przemocy domowej, która wybiera tych, którzy robią mu krzywdę. I nie zadaje sobie fundamentalnych pytań. Taki jest smutny bilans 30-letniego kapitalistycznego eksperymentu, który najwyraźniej się nie powiódł, skoro ponad połowa społeczeństwa po raz kolejny daje do zrozumienia, że nie widzi potrzeby bronić takich stosunków społecznych i takiej demokracji.

Prawo i Sprawiedliwość wytworzyło skutecznie wrażenie, że jakoby było jednym reprezentantem politycznym ludzi pokrzywdzonych, biednych, wykluczonych, nie wpasują się skutecznie w ten nowoczesny ład. Wrażenie jest mocniejsze niż fakty, bo prawdziwi reprezentanci pracującej większości społeczeństwa nigdy nie upokorzyliby rodziców osób niepełnosprawnych czy strajkujących nauczycieli tak, jak zrobił to PiS. Także tarcze antykryzysowe dobitnie pokazują, że pokrzywdzonych przez transformację wspierano tylko wtedy, gdy mogło się to przełożyć na szybki polityczny zysk.

I jeżeli nie postawimy pytania teraz „co dalej”, to ta agonia będzie trwała. Nigdy nie wyemancypujemy się z tej patologii bez odpowiedzi, jaką droga możemy podążać, żeby przestać wreszcie wybierać miedzy 500 plus a prawem do aborcji. I jak zbudować społeczeństwo, w którym każdy znajdzie dla siebie miejsce, godną przyszłość i satysfakcję. Na razie po przepełnionej irracjonalną retoryką kampanii, w której obaj kandydaci licytowali się na obrzydzenie społeczeństwu rywala, zwyciężył ten, który miał za sobą silniejszą propagandę.

Kandydaci bez wizji

Mówi się, że Rafał Trzaskowski przegrał, bo nie przedstawił żadnej wizji. To oczywiście prawda. Klepaniem o Polsce przyjaznej i uśmiechniętej oraz (wątpliwej jakości) popisami znajomości mowy Woltera wyborów się nie wygrywa. Nie w czasach niepewności i kryzysu. Ale pomysłu na Polskę nie przedstawił też Andrzej Duda. Wygrał, bo przy wsparciu całego aparatu władzy i przekształceniu TVP w sztab wyborczy przekonał Polaków, że alternatywą jest “kandydat niemiecki”, który za chwilę zabierze się za przekazywanie dzieci gejom do adopcji i przymuszanie ich do masturbacji w szkołach.

U Trzaskowskiego wybrzmiewały nieznośne nuty elitarystyczne, a kandydat zachowywał się tak, jakby problemy milionów Polaków – drożyzna mieszkaniowa, katastrofa ochrony zdrowia, załamanie wzrostu wynagrodzeń – zupełnie nie istniały. Z drugiej strony Duda może i objechał wszystkie powiaty, jednak nie zaoferował społeczeństwu niczego wartościowego. Obietnica „obrony Polski plus” to żadna łaska, a raczej sygnał, że nowych programów socjalnych już nie będzie, a lud ma się cieszyć, że władza nie zabierze mu tego, co dostał. Będą za to cięcia, bo wpływy z podatków pikują, a władza na kredyt zasponsorowała prywatny biznes podczas pandemii. Zapowiedź wprowadzenie estońskiego CIT, czyli zwolnienia z podatku dochodowego kapitalistów z dochodami do 40 mld zł, pokazuje, że dobry kontakt obozu PiS, ze zwykłym człowiekiem polega na tym, że partia potrafi im dobrze wcisnąć ściemę.

Najgorszy scenariusz

PiS i PO zirracjonalizowały determinanty postaw politycznych i na wykrzywionej rzeczywistości zbijają kapitał polityczny. Jedni klasistowskie wynurzenia tłumaczą troską o demokrację, drudzy, głosząc hasła antyelitarne i obrony normalności, fundują nam wczesne stadium prawicowej dyktatury, państwa nowej elity, która w kolejnych trzech latach opanuje całkowicie sądownictwo, chwyci za mordę opozycyjne media i organizacje pozarządowe, a działaczy na rzecz praw człowieka uzna za obcych agentów lub promotorów pedofilii.

Lewica będzie dociskana do ściany przez reżimowe media, służby, prokuraturę i sądy. To będzie ciężki czas dla wszystkich, którzy mają w sercu wartości egalitarne i demokratyczne. Nie możemy jednak wykonać żadnego kroku wstecz. Nie możemy odsunąć się od tych, którym już obiecaliśmy walkę o ich prawa i sprawiedliwą społecznie Polskę. Potrzebne jest jednak większe zaangażowanie – na poziomie działalności politycznej, ale również oddolnej – w ruchach społecznych, dzielnicowych, klimatycznych, mądre działania organizacji pozarządowych oraz inwestycje w lewicowe media.

Wielka odpowiedzialność spoczywa też na sejmowej Lewicy. To ich zadaniem jest usprawnienie przekazu, który powinien być sprofilowany zarówno regionalnie, umiejętnie odpowiadający na interesy grup prześladowanych, wyzyskiwanych i obywateli, którzy chcą po prostu stabilnie żyć w sprawiedliwym państwie.. Bo Lewica, w zdemolowanym przez prawicową paranoję kraju jest jedyną nadzieją na przywrócenie normalności.

Wojna gangów

– Nawet jeśli uwierzymy, że Andrzej Duda uznał, że kampania ma swoje prawa i wymaga, aby stosować zaostrzony język, a teraz będzie już kierować się innymi wartościami, to i tak to jest straszne, bo mówi nam wiele o jego wyborcach – mówi prof. Marek Migalski, politolog, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

Jest pan zaskoczony wynikiem?

Nie, jeszcze przed wyborami przewidywałem właśnie taki wynik, ponieważ Rafał Trzaskowski popełnił dwa błędy. Po pierwsze nie pojechał do Końskich. Przy całym zrozumieniu, że to była ustawka Dudy i Kurskiego, to była to najlepsza okazja do pozyskania tych kilkuset tysięcy głosów. Można było przyjść i narzucić narrację od początku. W momencie, kiedy sytuacja przestawała być równoważna, mógł wyjść, zerwać debatę lub obnażyć jej wiecowy charakter. Można było przyjechać na drugi dzień do Końskich, na dwie godziny i pogadać z ludźmi na rynku.

Drugi błąd to niewykorzystanie sprawy ułaskawienia pedofila; i tu albo standardy moralne sztabu Trzaskowskiego na to nie pozwalały, albo brak zrozumienia, że to jest prawdziwa bomba. To mogło nie tyle dać nowych wyborców Trzaskowskiemu, co obniżyć mobilizację elektoratu Dudy.
Reklama

To była historia prosta, bulwersująca i do opowiedzenia w windzie przez 30 sekund. Historia stojąca w całkowitej sprzeczności z obrazem Dudy jako obrońcy polskiej tradycyjnej rodziny.

Dlatego ja już w środę, kiedy było wiadomo o jednym i o drugim, napisałem prognozę, że to się nie uda.

Prezydent złagodził wyraźnie język. Czy wierzy pan w tę zmianę i w emancypację Andrzeja Dudy? On sam powiedział, że prezydent odpowiada tylko przed Bogiem i historią. Przyznam, że ja tego nie kupuję…

Dwie uwagi – nawet jeśli uwierzymy, że Andrzej Duda uznał, że kampania ma swoje prawa i wymaga, aby stosować zaostrzony język, a teraz będzie już kierować się innymi wartościami, to i tak to jest straszne, bo mówi nam wiele o wyborcach Andrzeja Dudy. Nawet jeśli uwierzymy, że on nie myślał wcale, że to Niemcy wybierają nam prezydenta, że trzeba szczuć na osoby LGBT, na wolne media, że nie trzeba nas bronić przed roszczeniami żydowskimi, to taki język podoba się jego wyborcom. A to oznacza, że jest jeszcze gorzej. Okazuje się, że 10 mln wyborców chce tego języka, a przynajmniej im nie przeszkadza. To o wiele gorsza informacja, niż ta, że sam Andrzej Duda ma takie poglądy.

Co do języka koncyliacyjnego, to uważam, że ta zmiana jest możliwa. Być może on rzeczywiście poczuł się zwolniony z tego łańcucha, który w swym ręku dzierżył Jarosław Kaczyński.

Są dwie rzeczy, które wskazują, że ten proces emancypacyjny może się zacząć – pierwsze to, co pani wskazała, czyli że wśród tych, przed którymi będzie odpowiadał, nie ma prezesa Kaczyńskiego. Po drugie w swoim przemówieniu od razu podziękował Mastalerkowi, który wiadomo, że został wyeliminowany z polityki na osobiste polecenie Jarosława Kaczyńskiego.

Te dwa sygnały mogą wskazywać, że w drugiej kadencji będzie bardziej samodzielny, niż w pierwszej. Wierzę w to nie dlatego, że Andrzej Duda jest taki sympatyczny, tylko że to jest w jego interesie. Gdy on skończy kadencję za 5 lat, będzie miał 53 lata, zatem musi zacząć myśleć o swojej przyszłości. Sądzę, że będzie myślał o jakiejś karierze międzynarodowej, zatem musi zaistnieć w świadomości społecznej nie jako jeden ze środkowo-europejskich populistów i autorytarystów, tylko aby wejść w krwiobieg świata zachodniego, musi pokazać swoją niezależność, samodzielność i bardziej przyjazne oblicze, niż przez ostatnie 5 lat. Ja to kupuję, bo to jest w interesie Dudy, ale jednocześnie zwiastuje wojnę w obozie władzy.

Pojawiły się spekulacje, że teraz czas na zmiany w rządzie, łącznie z wymianą premiera.

Czeka nas wojna gangów lub, jak kto woli, w gangu. Jest oczywiste, że dziś tam wszyscy rzucą się sobie do gardeł, bo taki jest rachunek krzywd, które są niewyrównane, zatem czeka nas konflikt między Gowinem, Kaczyńskim, Ziobrą, Morawieckim i Dudą. Przyznam się, że to jest powód, dlaczego jutro ogłoszę swoje odejście z komentatorstwa politycznego. Aparat politologa jest nieprzydatny przy wojnie gangów. Przez najbliższe 3 lata de facto w Polsce zniknie polityka, a rozpocznie się wojna wewnątrz obozu władzy, oczywiście z jakimiś gestami w stronę opozycji.

Przewiduję, że to będzie próba zaproszenia do współrządzenia PSL albo Konfederacji, kiedy np. będzie się trzeba pozbyć Gowina, być może z jakimś umizgami do innych podmiotów. Zaczną się też rozliczenia w opozycji, w PSL, na Lewicy, jak i w samej PO.

W polityce dla politologa nie będzie wiele do roboty, a obserwowanie obozu władzy zacznie przypominać coś, co kiedyś określano jako kremlinologię. To była specjalna quasi-nauka, która polegała na tym, że ponieważ z ZSRR nie wychodziły żadne informacje, to byli specjaliści, którzy z tego, w jakiej kolejności byli prezentowani liderzy partii komunistycznej na trybunie honorowej w czasie pochodu pierwszomajowego, wnioskowali, jaki jest układ sił we władzy. To jest powód, dla którego przestaję od jutra komentować politykę na bieżąco, także w mediach społecznościowych. Jest wiele książek do przeczytania, do napisania, wiele krajów do odwiedzenia i moich studentów do nauczenia i tym będę się zajmował przez najbliższe 3 lata.

Czy pana zdaniem te wybory były równe i demokratyczne?

Jako obserwator międzynarodowy często jeździłem do Azji, Afryki i głównym przesłaniem wynikającym z naszych raportów było to, czy wybory były free and fair – wolne i uczciwe. Polskie wybory były free but not fair, czyli były wolne, ale nieuczciwe. Mam na myśli to, że każdy mógł oddać głos, ale instytucje państwa z rządem oraz mediami rządowymi na czele uczyniły te wybory nieuczciwymi.

Cały aparat państwowy, łącznie z mediami publicznymi – finansowanymi przez nas wszystkich – działały na korzyść jednego z kandydatów – Andrzeja Dudy. W tym znaczeniu panowała totalna nierównowaga w tej walce politycznej.

Zatem czy w takiej konfiguracji opozycja ma w ogóle szanse wygrać wybory?

Dlatego zaangażowałem się jako kandydat KO pół roku temu w wyborach do Senatu, bo uważałem, że wybory parlamentarne i prezydenckie są ostatnim momentem, kiedy w Polsce jest możliwe obronienie demokracji. Niestety w obu tych elekcjach opozycja przegrała, co oznacza, że wkraczamy w okres miękkiego autorytaryzmu. Stawką tych wyborów było to, czy Polacy opowiedzą się za liberalną demokracją ze wszystkimi jej wadami, czy za autorytaryzmem ze wszystkimi jego zaletami. Już dziś wiemy, że Polacy niewielka większością wybrali miękki autorytaryzm z zaletami, takimi jak transfery społeczne czy silne karanie przestępców itp. Gdybym miał być konsekwentny, to powiedziałbym, że nigdy już nie będzie w Polsce demokratycznych, wolnych wyborów, ale ironicznie dodam, że to jest Polska i tu nic nie jest na poważnie i do końca. Tu nie udała się liberalna demokracja, przed wojną tu nie udał się faszyzm, a po wojnie nie udał się komunizm. Ten miękki autorytaryzm też się nie uda.

Ta wojna gangów doprowadzi do tego, że wcześniej czy później ta władza upadnie, oczywiście nie wiem, czy za 3, czy 13 lat, ale w końcu ten miękki autorytaryzm, w którym się znaleźliśmy umrze, a politycy, którzy go tworzą, odejdą z polityki.

Czy zatem ten emancypujący się Andrzej Duda nie może temu zapobiec?

On będzie rozszczelniał ten system, który moim zdaniem wczoraj się domknął. Dziś jesteśmy pod pełną władzą obozu PiS, tylko że teraz zaczną się wojny wewnętrzne, tak jak kiedyś między puławianami a natolińczykami w PZPR. Tak jak upadł komunizm, tak i skończy się ten miękki autorytaryzm, właśnie również dzięki napięciom w obozie władzy, a jednym z autorów będzie Andrzej Duda. Jestem pewien, że ten obóz zacznie trzeszczeć.

Mamy praktycznie pół na pół: 10 mln tych, którym nie przeszkadza dyskurs antysemicki, homofobiczny, germanofobiczny, i 10 mln miłośników liberalnej demokracji. Jak dalej żyć?

Ja dodał bym do tego jeszcze jedne 10 mln – tych, którym to wszystko jest obojętne. To jest równie przerażające, że 1/3 wyborców kompletnie się nie interesuje, czy będzie żyła w demokracji, czy w autorytaryzmie, czy będzie żyła pod rządami PO, czy PiS. Mamy wobec tego też 10 mln nadwiślańskich niewolników, którym jest wszystko obojętne. To nie jest optymistyczny obraz.

Oczywiście nie wszyscy z 10 mln wyborców Dudy to antysemici, germanofobowie, osoby, którym się podobało szczucie na LGBT. Trzeba liczyć na to, że w pewnym momencie niektórzy z nich zobaczą, co sobie i innym zafundowali i odwrócą się od tego obozu, zwłaszcza gdyby był kryzys gospodarczy i władza nie miałaby już dla nich cukierków.

W jakimś sensie ten obóz wygrał dzięki transferom socjalnym i gdy one zostaną ograniczone, to może przegrać. Oczywiście zostaną tam antysemici i nacjonaliści, ale może się też okazać, że znajdą oni swoich reprezentantów w jeszcze bardziej obrzydliwej partii – Konfederacji. Muszą następować zmiany, ponieważ te 10 mln ludzi, którzy zagłosowali na Andrzeja Dudę, to nie jest jednolity elektorat. Ich można pozyskać zarówno z jednej, jak i z drugiej strony, i tym zajmie się na pewno demokratyczna opozycja, jak i ta parafaszystowska. Tu w końcu nastąpi erozja.

Czy ten podział, niemalże pół na pół, skłoni obóz rządzący do refleksji?

Pytanie, jaki wyciągną wniosek. Opozycja też musi to zrobić i odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego mimo ich starań większość społeczeństwa aktywnego politycznie jest przeciwko nim. Obóz władzy powinien wyciągnąć wnioski z tego, że połowa wyborców jest negatywnie nastawiona do tego, co robią. Jeśli chcieliby, żeby państwo było silne na arenie międzynarodowej i żeby rządzenie było akceptowalne przez większość, to muszą zrozumieć, że połowa aktywnych politycznie Polaków nie może czuć się w kraju jak w psychicznym więzieniu. Pytanie, czy są do tego zdolni.

Na pewno część polityków obozu władzy stwierdzi, że „słychać wycie – znakomicie” i trzeba robić to samo, co teraz, tylko mocniej i ostrzej.

Tam na pewno ukształtują się skrzydła jastrzębi i gołębi, dokładnie tak samo jak w PZPR.

Prezydenckie zawołanie

Słuchałem i nie wierzyłem: on naprawdę tak powiedział. Tzn. On, prezydent mego kraju. Że potanieje musztarda. Jak Gomółka, kiedy mówił o taniejących lokomotywach. I kiedy myślałem, że nic już mnie z ust Andrzeja Dudy w tej kampanii nie zaskoczy, zobaczyłem to…

Rzecz miała miejsce chyba w Nowej Soli. Stoi prezydent, gestykuluje, widać że buzują emocje, nakręca się z każdym słowem. I nagle bam: mówi, jakby nigdy nic, zapętlony w słowotoku, że „podpaski higieniczne”, że „tampony higieniczne”, że kto ma kobiety w domu to wie ile, na to idzie, czy jakoś tak. Oniemiałem. Potem posłuchałem jeszcze raz. I jeszcze raz. Do dziś nie bardzo wiem, jak nazwać pierwszą myśl, która przyszła mi do głowy, kiedy słuchałem prezydenckich wynurzeń o podpaskach. I nie tyle sama treść mnie uwiodła, bo w tej od razu wyczułem ogromny potencjał wiralowy i socialmediowy, ale forma. Lub bardziej-forma samego mówcy.

Skrosowałem sobie od razu w pamięci przemówienie prezydenta z Nowej Soli z przemówieniem innego prezydenta w Białogardzie. Ongiś, Aleksander Kwaśniewski, na wiecu Lewicy i Demokratów, wzywał Ludwika Dorna i Sabę do porzucenia obranej przezeń drogi. Wówczas również forma zawołania prezydenckiego wzbudziła w słuchaczach i komentatorach pewne wątpliwości, co do prezydenckiego stanu. Zawołałem przed ekran moich kolegów, z którymi biesiadowałem tego wieczora, kiedy Andrzej Duda mówił o tanich podpaskach, aby rozwiali lub potwierdzili moje wątpliwości. Co należy zaznaczyć, koledzy, jak i ja, byliśmy wówczas jeszcze zupełnie trzeźwi. Wiele bowiem razy bywaliśmy w odmiennych stanach świadomości. Doskonale wiemy więc, jak zachowuje się ciało, poddane na działanie środków. W jaki sposób zmienia się mimika twarzy, gesty, a co najważniejsze, jak zachowuje się zmysł mowy. Wszyscy koledzy przyznali, że w prezydenckim przemówieniu z Nowej Soli, odnajdują bliźniacze podobieństwo do szoł Aleksandra Kwaśniewskiego z Białogardu. Czyli się nie pomyliłem, coś było rzeczy jest.

Nie jest żadną tajemnicą, że człowiek przemęczony, permanentnie niewyspany i odarty z wypoczynku, zachowuje się dla postronnych tak, jakby mógłby być pod wpływem. Miesza mu się w głowie, nie wie co mówi, a co równie ważne, nie wie też, jak mówi. Może więc niepotrzebnie podnosić głos, blekotać, mamrotać coś pod nosem. Ludziom wydaje się wtedy, że jest po spożyciu, a on sam, trzeźwy jak dziecko, jest po prostu wykończony. Sam tak mam dzisiaj, kiedy piszę ten tekst. Wczoraj przejechałem autem z Warmii do Warszawy. Przespałem się 8 godzin, żeby po śniadaniu wsiąść za kółko i prowadzić dalej, z Warszawy w Beskidy. Nikomu nie polecam. Rozumiem więc doskonale, że będąc w ciągłej trasie można być daleko od OK z własną psychofizycznością. Ba, sam też, w erze przed covidem, bywałem w trasach. Koncertowych. Wiem z samego bywania, że na trasie jest ciężko. Ale, i tu złota rada dla pana prezydenta, co było na trasie, zostaje na trasie. Po przekroczeniu progu busa, człowiek przywdziewa właściwą swojej profesji maskę. W busie można, choćby dla zabicia czasu, napić się czegoś dobrego na frasunek; bo daleko od domu, bo rozłąka z żoną, albo ze szczęścia, że w końcu z dala od niej, ale gdy się z puszki wychodzi, trzeba grać swoje. Najlepiej jak się umie. A po robocie, wiadomo, można sobie dać lejce na reset. A nawet trzeba.

Szczerze mówiąc, to mam to gdzieś, czy prezydent był w Nowej Soli po trzy przed. Więcej napiszę, gdyby wyszedł w kampanii do ludzi i spotkał się na piwie z kim innym, niż z premierem, tylko z prostym człowiekiem, zyskał by dużo więcej w oczach swoich współbraci w wierze w sukces. Bo nie w moich. Jak facet pije piwo z sokiem, to już nie ma dla niego ratunku.

Każdy głos będzie się liczył

Druga tura wyborów prezydenckich nie ma faworyta. W praktycznie wszystkich sondażach przeprowadzanych w ostatnich dniach jeden z kandydatów wygrywa z rywalem o włos.

Nowy sondaż pracowni Kantar, opublikowany 3 lipca, daje 47 proc. wskazań Rafałowi Trzaskowskiemu i 46 proc. – Andrzejowi Dudzie. Pozostała grupa ankietowanych nadal nie podjęła decyzji. Co znaczące, w porównaniu z poprzednim sondażem wzrosły notowania polityka KO, który zdobył dodatkowe 2,3 punktu procentowego. Dla porównania urzędujących prezydent dodał do swojej puli tylko 0.6 nowych zwolenników.

Sondaż IPSOS opublikowany na łamach oko.press również daje większe szanse Rafałowi Trzaskowskiemu. W badaniu tej pracowni 49 proc. głosów padło na kandydata Koalicji Obywatelskiej. Andrzeja Dudę wskazało minimalnie mniej, bo 48 proc.

Z kolei w sondażu IBRiS dla Onetu, opublikowanym 2 lipca, to Andrzej Duda zbliża się do granicy 50 proc. – odnotował 49 proc. wskazań. Rafał Trzaskowski ma w tym badaniu poparcie 46,4 proc. 4,6 proc. wyborców jeszcze się zastanawia, do kogo z kandydatów im bliżej.

Według badania IBRiS Rafał Trzaskowski przejmie 75 proc. osób, które w I turze poparły kandydata Lewicy Roberta Biedronia. Podobnie 3/4 wyborców Władysława Kosiniaka-Kamysza zamierza opowiedzieć się za zmian urzędującego prezydenta. Jeszcze bardziej stanowczy jest elektorat Szymona Hołowni – tu na Andrzeja Dudę zamierza głosować jedynie 10 proc. jego wyborców. Nieco wyraźniej podzieleni zdają się tylko sympatycy Krzysztofa Bosaka. 67 proc. z nich chce głosować na Andrzeja Dudę, a 27 proc. – na Trzaskowskiego.

Pracownia Indicator w opublikowanym 4 lipca sondażu minimalnie wskazuje na Dudę. Walczący o reelekcję polityk według tych szacunków uzyska 50,7 proc. głosów, wyprzedzając prezydenta Warszawy o mniej niż dwa punkty procentowe.

Najwyższą przewagę Dudzie daje sondaż opublikowany 1 lipca przez pracownię Social Changes i przygotowany na zlecenie prawicowego portalu wpolityce.pl. W tym badaniu, przeprowadzonym jeszcze przed ogłoszeniem wyników I tury, urzędujący prezydent zyskał 53 proc. wskazań. Równocześnie zamiar głosowania w wyborach potwierdziło 64 proc. ankietowanych.

Obydwaj kandydaci kontynuują swoje kampanie, podróżując po Polsce i dużo obiecując. Od jednego i drugiego polityka usłyszeliśmy już np. sprzeciw wobec podnoszenia podatków.

Mocne karty Dudy, ale rozgrywa opozycja

W polskich realiach zdecydowany lider sondaży prawie zawsze uzyskuje w wyborach wynik znacząco słabszy od średniej notowań sondażowych, jednak w pierwszej turze wyborów prezydenckich tej zależności nie zaobserwowano.

Co więcej, ośrodki sondażowe z reguły zawyżały notowania słabszych kandydatów i zaniżały notowania kandydatów mocniejszych. Przeprowadzone w ostatnich kilkunastu dniach sondaże dotyczące drugiej tury wyborów prezydenckich nie wskazują jednoznacznie ani na zwycięstwo Andrzeja Dudy, ani na zwycięstwo Rafała Trzaskowskiego. Jednakże sondaże dotyczące pierwszej tury w nieco większym stopniu zaniżały notowania Dudy, ponadto zabrakło mu zaledwie 6,50 punktu procentowego do zwycięstwa, a kandydaci szeroko rozumianej antypisowskiej opozycji nie uzyskali w sumie bezwzględnej większości głosów.

Bardzo duże znaczenie może mieć oddziaływanie przegranych w pierwszej turze kandydatów na swoje elektoraty. Wszystko wskazuje na to, że Szymon Hołownia, Władysław Kosiniak-Kamysz i Robert Biedroń (18,45 proc. głosów, podczas gdy przewaga Dudy nad Trzaskowskim wyniosła 13,04 proc. głosów) udzielą poparcia Rafałowi Trzaskowskiemu, zaś Krzysztof Bosak zaapeluje do swych wyborców (których znaczna część sympatyzuje z Trzaskowskim, a inna część nie zamierza pójść na drugą turę wyborów prezydenckich), aby zagłosowali w drugiej turze zgodnie z własnymi przekonaniami.

Zastanawiające jest to, czy Koalicja Obywatelska rozważa rozwiązanie alternatywne. W sondażach dotyczących drugiej tury wyborów prezydenckich Szymon Hołownia uzyskiwał zdecydowanie większe poparcie od Andrzeja Dudy. Jeżeli tuż przed 12 lipca notowania sondażowe nie dadzą Rafałowi Trzaskowskiemu znaczącej przewagi, będzie najlepiej dla Polski, gdy Trzaskowski zrezygnuje z kandydowania. Zgodnie z zasadami wynikającymi z polskiego prawa wyborczego, druga tura zostanie wtedy przesunięta na 26. lipca, a wystartują w niej Hołownia i Duda.
Może być bardzo różnie. W najgorszym razie, antypisowska opozycja odegra się za trzy lata, podczas wyborów samorządowych oraz parlamentarnych.

Nikt ci tyle nie da ile Duda obiecuje

Andrzej Duda podczas kampanii wyborczej rzuca na lewo i prawo obietnicami, czasem bezsensownymi. Najświeższy przykład – podczas wizyty w Szczawnie-Zdroju zapowiedział odbudowę stadionu Górnika Wałbrzych i zapewnił, że załatwił na ten cel 24 mln złotych.

Być może w Wałbrzychu jest pod rządami PiS-u tak świetnie, że trzeba jego mieszkańcom wyszukiwać problemy do rozwiązania. Sztab wyborczy prezydenta Dudy na potrzeby jego kampanii w tym regionie przygotował listę inwestycji, jakie mogą zostać tam przeprowadzone w najbliższych latach. Oczywiście nie trzeba dodawać, że każda z nich opatrzona jest klauzulą „ da się zrobić tylko pod warunkiem, że Andrzej Duda nadal będzie prezydentem”.
Nie wiadomo kto z jego sztabu wymyślił, że sympatię wyborców w Wałbrzychu i okolicach prezydent zyska obietnicą budowy nowego stadionu akurat dla klubu Górnik Wałbrzych, który owszem, dawno temu (lata 1983-1989) występował w najwyższej klasie rozgrywkowej i nawet raz zajął w niej szóste miejsce, co jest jego najcenniejszym ligowym osiągnięcie, a ponadto dwukrotnie dotarł do finału Pucharu Polski, lecz po zmianie ustrojowej podupadał z taką samą szybkością, jak spadało zapotrzebowanie na wydobywany w tym regionie węgiel. W 2015 roku Górnik Wałbrzych występował po raz ostatni w rozgrywkach centralnych, w II lidze, która w Polsce jest trzecim poziomem rozgrywek, ale potem z zaczął podupadać finansowo w takim tempie, że przed obecnym sezonem władze klubu z powodu braku pieniędzy wycofały zespół z rozgrywek amatorskiej IV ligi (szósty poziom rozgrywkowy w Polsce) i zgłosiły go do kompletnie amatorskich rozgrywek w lokalnej A-klasie.
Największym problemem Górnika Wałbrzych nie jest zatem brak nowoczesnego stadionu, lecz sponsorów i mecenasów skłonnych go wesprzeć z własnej kieszeni, co jest zazwyczaj efektem kompletnego braku zainteresowania lokalnej społeczności losami klubu. Niezrażony tym prezydent Duda na wiecu wyborczym obiecał jednak, że jak nadal będzie prezydentem, to dopilnuje, żeby część środków z rządowej pomocy dla samorządów, związanej z zapobieganiem skutkom gospodarczym epidemii koronawirusa, przekazano na remont stadionu Górnika. Miasto ma otrzymać z tego tytułu 24,5 mln złotych, a brakującą kwotę dorzuci ministerstwo sportu. Problem w tym, że nowoczesny stadion sportowy to lekko licząc koszt co najmniej 150-160 mln złotych.

Boniek ocenił elektorat prezydenta

Prezes PZPN Zbigniew Boniek po raz kolejny wywołał burzę na Twitterze. Tym razem nie zaczepił jednak celebryty, dziennikarza czy któregoś z polityków „lżejszego kalibru”, tylko skomentował wyniki pierwszej tury wyborów prezydenckich. Ale tak źle dobrał słowa, że jego wpis odebrano jako obraźliwy dla wyborców Andrzeja Dudy.

Boniek w swoim wpisie na Twitterze napisał: „Prezydent Polski dzisiaj może być wybrany głosami ludzi środowiska wiejskiego, głosami emerytów i ludzi z podstawowym wykształceniem. To chyba trochę dziwne w tak pięknym i rozwijającym się kraju jak nasza Polska”. Prezes PZPN często wypowiada się na tym portalu społecznościowym i przez lata aktywności dorobił się ponad miliona odbiorców jego postów. Jego wypowiedź nie mogła zatem przejść bez echa, a już na pewno zlekceważona przez obóz polityczny obecnego prezydenta. Na Bońka głównie z tej strony sceny politycznej posypały się krytyczne opinie, głos zabrał nawet Jan Tomaszewski, kiedyś zawzięty antagonista Bońka, a dzisiaj jego gorący wielbiciel. Legendarny bramkarz to jednak także były poseł PiS-u, więc jego ocena nie mogła być pozytywna. „Uważam, że mój przyjaciel z boiska po prostu trochę przeholował. Mieszanie się prezesa największego sportowego związku do polityki jest niefortunne” – stwierdził Tomaszewski.
Ta lawina krytyki, także ze strony wielu zwykłych użytkowników Twittera, chyba trochę Bońka zaskoczyła, ale zareagował błyskawicznie udzielając w zaprzyjaźnionych mediach obszernych wywiadów. Na przykład w rozmowie z Cezarym Kowalskim z Polsatu Sport prezes PZPN tłumaczył się tak: „Ja przecież napisałem jedynie to co przeczytałem w gazecie. Że 70 procent elektoratu jednego z kandydatów to ludzie ze środowisk wiejskich, z podstawowym wykształceniem i emerytów. Przecież to nic obraźliwego, jedynie stwierdzenie faktu. Jesteśmy jednak tak podzieleni, że jakakolwiek ocena wywołuje lawinę emocji”.
Na wynik wyborów opinia Bońka raczej nie wpłynie, więc i jemu też zapewne specjalnie nie zaszkodzi. Póki w reprezentacji grają tacy znani na świecie gracze, jak Robert Lewandowski, Wojciech Szczęsny czy Arkadiusz Milik, politycy będą zabiegać o miejsca w lożach dla VIP-ów na Stadionie Narodowym. Barwy polityczne nie mają tu żadnego znaczenia. Boniek doskonale o tym wie, bo odkąd ma coś do powiedzenia w PZPN, trochę darmowych wejściówek różnym wpływowym osobom rozdał.