Martwi, ale suwerenni

Suwerenność to modus operandi polskich władców. Za każdym razem obsesja na punkcie niezależności ośrodków władzy kończyła się tragicznie. Odmowa przyjęcia modernizacyjnych trendów i bezkrytyczne zadowolenie ze „szlacheckiej wolności” doprowadziło do katastrofy Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Suwerenna jak jasna cholera była też II Rzeczpospolita. Tak bardzo, że kiedy w 1939 roku wybuchła wojna, okazało się, że może liczyć tylko na siebie. Teraz dowiadujemy się, że Polska nie zamierza uczestniczyć w ratowaniu planety przez klimatyczną zagładą, bo rezygnacja z węgla stoi w sprzeczności z „suwerennością energetyczną”.
Taką informacją uraczył nas sam prezydent. Andrzej Duda jest jednym z najczęściej cytowanych polityków szczytu COP24. Politycy, aktywiści, pracownicy organizacji pozarządowych z ust polskiej głowy państwa mają okazję usłyszeć stwierdzenia niespotykane na takim szczeblu. Duda oznajmił, że porzucenie węgla byłoby z punktu widzenia polityki, którą realizuje nasze państwo – dziwne. Tego samego dnia, gdy Bank Światowy poinformował o przekazaniu 200 miliardów USD na transformację energetyczną gospodarek rozwijających się, a przedstawiciele organizacji chroniących klimat apelowali o przyspieszenie rezygnacji z paliw kopalnych, Andrzej Duda z przekonaniem stwierdził, że nasz kraj stać będzie czarnym kruszcem i żadne siły nie przekonają nas do zboczenia z tego kursu. W efekcie Katowice znalazły się na ustach całego świata. Nie tylko z powodu szczytu, ale również z uwagi na to, czym gospodarze się szczycą. A szczycą się dokładnie tym, z czym szczyt klimatyczny walczy – oporem podpartym ignorancją i partykularyzmem. Hasło promującym stolicę województwa śląskiego brzmiało do niedawna „Katowice – dla odmiany”. I chyba jeszcze nigdy nie było tak dosłowne. W Katowicach bowiem, gdy cała społeczność międzynarodowa skupia wysiłki na ochronie klimatu, polski prezydent, dla odmiany postanowił się tym nie przejmować.
Polska, na europejskiej mapie zanieczyszczenia powietrzna nie jest już czerwoną plamą, oznaczającą krytyczny stopień zawartości toksycznych pyłów i substancji. Kontury naszego kraju pokrywają się z obłokiem koloru fioletowego. Działacze Alarmu Smogowego zaprezentowali niedawno nagrania z centrów polskich miast przedstawiające „dopuszczalne” stężenie zanieczyszczeń. Wygląda to tak, że nic nie wygląda, bo trująca mgła jest tak gęsta. że spod Novotelu nie widać Pałacu Kultury. „Nie mamy płuc ze stali” – apelują aktywiści. Rządzący mają ich jednak w dupie, bo co tam ludzie zdrowie, życie i wzrastająca temperatura planety, kiedy my tu walczymy o obronę polskiego interesu narodowego. Jak zawsze, w miarę intensyfikacji walki o suwerenność, pogłębia się koszmar zwykłego człowieka, mającego nieszczęście zamieszkiwać te ziemie.
Obecnie, każdego roku od chorób układu krążenia i oddechowego spowodowanych zanieczyszczeniem powietrza umiera w naszym kraju prawie 50 tysięcy osób. To tylko trochę mniej od populacji Bełchatowa – miasta, w którym znajduje się zakład produkcji energii, oczywiście węglowy, trzeci największy truciciel Starego Kontynentu. Plan ministra Krzysztofa Tchórzewskiego zakłada rozprawienie się z wiatrową produkcją energii do roku 2035, a kolejne węglowe siłownie wyrastają jak grzyby po deszczu, jest zatem szansa, że roczna liczba ofiar złożonych na ołtarzu suwerenności przebije wkrótce bełchatowską społeczność.
Andrzej Duda w wigilię rozpoczęcia COP24 spotkał się z Sekretarzem Generalnym ONZ. Dla Antonio Guterresa była to okazja nie tylko do tego, by posłuchać karbonowych mądrości polskiego przywódcy, ale również do przyjrzenia się nietypowej prezencji naszego prezydenta. Duda miał na sobie strój górala z charakterystycznymi parzenicami. Pewnie było to nawet ciekawe złamanie oficjalnej uniformizacji, ale biorąc pod uwagę, że powiaty tatrzańskie należą do najbardziej skażonych, outfit nabiera szczególnie niefrasobliwego wymiaru. Duda podlizuje się góralom, udając jednego z nich. Jednego dnia zapewnia górników, że żadne siły nie doprowadzą do wygaszenia polskiego przemysłu wydobywczego. Drugiego podpisuje deklarację o sprawiedliwej transformacji, z której wynika, że jednak za kilkadziesiąt lat kopalnie zamkniemy, z tym, że państwo mądrze ten proces zaplanuje i zapewni zwalnianym inne zajęcie. Wnioski niestety nasuwają się przykre. Po raz kolejny nasza prawica generuje tylko puste komunikaty, które w jej mniemaniu w danym momencie zapewnią wzrost słupków poparcia. Refleksji długoterminowej – ani społecznej, ani ekologicznej – nie ma po jej stronie żadnej.
Andrzej, zrozum – Polacy nie są sami na tym świecie. Jesteśmy drugim największym producentem węgla w Unii Europejskiej. 80 procent energii wytwarzanej w tym kraju pochodzi z węgla. Kiedy następnym razem zaczniesz mamrotać coś o suwerenności, weź po uwagę, że nasze uzależnienie od węgla jest tak duże, że musimy importować ten surowiec, o zgrozo, z Federacji Rosyjskiej. Zdaję sobie sprawę, że zatruwanie Niemców Łużyckich, Słowaków, Czechów oraz ryb w oceanach nieszczególnie Cię niepokoi, ale pomyśl o tych dzieciach,co dzięki pięciu stówom przychodzą teraz na świat. Polskie to dzieci. Koniecznie chcesz je ukatrupić?

Nasza ekologiczna kompromitacja

Górnicza orkiestra grająca na powitanie, poczęstunek z mięsa dzika i jelenia, jednorazowe kubki i serwetki, prezydent Duda mówiący o tym, że węgiel nie szkodzi klimatowi… a to Polska właśnie.

 

– Mamy węgla na 200 lat i trudno, żebyśmy z tego naszego surowca, który daje nam suwerenność energetyczną, zrezygnowali. (…) Użytkowanie własnych zasobów naturalnych, czyli w przypadku Polski węgla, i opieraniu o te zasoby bezpieczeństwa energetycznego nie stoi w sprzeczności z ochroną klimatu i z postępem w dziedzinie ochrony klimatu — taką myślą podzieliła się głowa polskiego państwa 3 grudnia.
Natychmiast zareagowało Greenpeace: „Ta wypowiedź stoi również w całkowitej sprzeczności ze stanem nauki. Wszyscy naukowcy na świecie, wszyscy ludzie, którzy zajmują się klimatem mówią, że jest odwrotnie niż mówi prezydent Duda. (…) Kraje rozwinięte, takie jak Polska, muszą odejść od węgla już do 2030 roku. Wypowiedź prezydenta jest afrontem wobec osób, które przyjechały na negocjacje klimatyczne po, to żeby znaleźć sposób na zatrzymanie tej gigantycznej katastrofy, która będzie zagrażać setkom milionów ludzi na całym świecie”. Sytuację musiał ratować również minister środowiska Henryk Kowalczyk, do którego z opóźnieniem dotarło, co właśnie nawygadywał Andrzej Duda: — Nie będzie zwiększane spalanie węgla. Natomiast przez następne lata będziemy rozwijać energetykę bezemisyjną. To jest zresztą nasze wyzwanie i temu musimy sprostać — plątał się w TVN24, próbując złagodzić słowa prezydenta. — Teraz mamy gospodarkę opartą na węglu i to jest fakt. Na pewno jeszcze przez wiele lat będzie oparta na węglu, chociaż ten udział będzie malał.
Po internecie krążą już dziesiątki memów z Andrzejem Dudą i Arnoldem Schwarzeneggerem, aktorem i byłym gubernatorem Kalifornii, znanym z zaangażowania na rzecz ochrony środowiska i klimatu. Zarówno Arnie, jak i David Attenborough, znany w Polsce lektor filmów przyrodniczych nadawanych w telewizji publicznej, musieli słowa Dudy słyszeć i jeśli nie było dla nich jeszcze jasne, dlaczego w polskim szczycie nie wzięli udziału najważniejsi światowi przywódcy (Putin, Macron, Merkel), to po tej wypowiedzi takim się stało.
Polskie stoiska na COP24 obfitowały w poczęstunek z mięsa dzika i jelenia, dekoracje zrobione z węgla kamiennego (mogliśmy sobie na to pozwolić, w końcu mamy zapasy na 2 stulecia), a także zdjęcia przedstawiające wycinkę drzew (rząd pochwalił się, jak świetną gospodarkę drzewną prowadzą Lasy Państwowe), jednorazowe kubki i serwetki. Zgromadzonym gościom ze 190 krajów zagrała górnicza orkiestra.
A to dopiero początek szczytu COP24, który potrwa 2 tygodnie. Czekają nas zatem jeszcze 2 tygodnie dalszego kompromitowania się przed europejskimi i pozaeuropejskimi sąsiadami. Jeszcze 2 tygodnie zastanawiania się, czy nasi uprawiają trolling idei przyświecających szczytowi sami z siebie, czy może ktoś im za to płaci.
Według Andrzeja Dudy Polska gospodarzy szczytowi „po to, żeby mówić prawdę w sposób wolny od politycznej poprawności dyktowanej przez nie nasze, nie polskie interesy”. To stanowisko zbieżne z poglądami wyrażonymi na antenie TVN24 przez Mariana Piłkę, który uparcie udowadniał, że kiedy jest cieplej i lato trwa dłużej, to ludziom na Ziemi żyje się przyjemniej.
To tak, jakby na światową konferencję zaprosić gremium najbardziej cenionych w świecie specjalistów od chirurgii dziecięcej i forsować na nim pomysł, że operacje są zbędną ingerencją w ciało człowieka.
Polska znów postrzegana będzie jak kuzyn z żółtymi papierami, którego nie należy traktować poważnie, ale śmiechu dostarcza co niemiara. Na 200 kolejnych lat.

Głos prawicy

Tymczasem w Królestwie Jezusa Chrystusa

 

Trzeba nam o Chrystusie powiedzieć wprost, o Niego zawalczyć, o Chrystusie przekonać. Trwać dla Niego na Jego drodze, a to jest często droga krzyża – mówił w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie – Łagiewnikach ks. abp Andrzej Dzięga. Metropolita szczecińsko – kamieński przewodniczył Mszy św. w drugą rocznicę przyjęcia Jubileuszowego Aktu Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana.
W homilii duchowny zaznaczył, że należy zadać sobie pytanie na ile, każdy z nas, przyjmuje Chrystusa jako Syna Bożego, mesjasza i zbawiciela.
– A więc jako Pana, jako Chrystusa namaszczonego, Władcę, Księcia pokoju, Dawcę prawa. Tego, który ma zgromadzić cały świat i złożyć u stóp Ojca, gdy już wszystko zgromadzi, wszystko złoży u stóp Ojca. I nastąpi jedno wielkie i powszechne Królestwo. Przecież ja w to wierzę, dlatego gdy dotykami tajemnicy Chrystusa Króla, Króla królujących i Pana panujących, to przede wszystkim pytamy o naszą własną wiarę, o naszą własną pewność i o to jak się ta tajemnica już wpisuje w nasze osobiste życie – akcentował metropolita szczecińsko – kamieński.
Ks. abp Andrzej Dzięga wskazał, że przykładem tego w jaki sposób należy przyjąć Chrystusa mogą być dla nas Matka Boża, św. Józef, Jan Chrzciciel czy Piotr Apostoł.
Metropolita szczecińsko – kamieński wskazywał, też na potrzebę jednoznacznego stanięcia przy Chrystusie.
– Każde pokolenie, które było wierne Chrystusowi, było pokoleniem mocnym duchowo, mocnym kulturowo, politycznie i gospodarczo. Każde pokolenie, które odchodziło od Chrystusa, mówiąc „Daj spokój Panie, my sobie poradzimy sami” – słabło. Słabło również kulturowo, politycznie i gospodarczo. Trzeba nam przy Chrystusie stanąć jednoznacznie. O Chrystusie powiedzieć wprost, o Niego zawalczyć, o Chrystusie przekonać i dla Niego trwać na Jego drodze, a to jest często droga krzyża – podkreślał ksiądz arcybiskup.
Akt Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana został proklamowany 19. listopada 2016 r. w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie – Łagiewnikach. Uczestniczył w nim m.in. prezydent Andrzej Duda.
Obchody zgromadziły wówczas blisko 100 tys. wiernych i były zwieńczeniem nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia oraz 1050. rocznicy Chrztu Polski.

Info za: Radio Maryja.

Elgiebete mocno śpi

Są rzeczy, których nie mówi się głośno, będąc prezydentem 40-milionowego kraju w środku Europy, nawet wtedy, kiedy twojej partii spada poparcie tak mocno, jak teraz spada PiS-owi. I nawet jak boli cię z tego powodu serduszko.
Nie wiadomo, czy Andrzej Duda sam z siebie postanowił nagle bez wazeliny wejść w tyłki skrajnie konserwatywnych, katolickich środowisk, czy może to doradcy prezesa, przekonani, że to jedyna możliwa strategia, jaka pozostała im po stracie wyborcy centrowego, szepnęli mu na uszko: „Andrzejek, a weź teraz powiedz coś, co może się spodobać kibolom”. Grunt, że pan prezydent dostał wzmożenia bogobojności i rozgadał się dziennikarzom „Niedzieli” oraz „Naszego Dziennika”, że tylko czeka, aby poprzeć ustawy o zakazie „aborcji eugenicznej” i „propagandy homoseksualnej”. Bo właśnie to jest Polsce potrzebne najbardziej w tygodniu poprzedzającym pierwszą rozprawę dotycząca praworządności przed TSUE.

Chciałabym teraz zobaczyć minę Rafała Wosia, któremu jeszcze niedawno marzyło się wychowywanie polityków PiS do równości i szacunku do odmienności. Chyba że współpraca ta miałaby polegać na wspólnej pogoni za odszczepieńcami pod hasłem „bić pedała!”, ale o taką formę wyrażania lewicowej solidarności z klasą ludową redaktora Wosia nie posądzam. Niestety, znów przekonaliśmy się dobitnie, że jakkolwiek by nie pudrować homo – i ksenofobii obecnych rządzących, ona bulgocze pod powierzchnią i oficjalnie trzyma się ją w szafie jako arsenał awaryjny, gdy poparcie osiągnie punkt krytyczny. Osobiście myślę, że wypowiedź Dudy mogła być częścią przedmarszowej gry z narodowcami, nastawionej na ich uspokojenie przed 11 listopada i puszczeniem do nich oka: „spokojnie, wasz prezydent też nie jest za pedałami i ciapatymi”.
Swoją drogą, zupełnie hipotetycznie, ciekawe jak pan prezydent sobie taki zakaz „homopropagandy” wyobraża. Co musiałoby znaleźć się w ustawie, aby zaspokoić najtwardszy elektorat? Przymusowa deportacja Roberta Biedronia? Likwidacja fundacji walczących o prawa osób LGBT? Zakaz transmisji we wszystkich stacjach telewizyjnych zagranicznych uroczystości, na których pojawiają się politycy tej samej płci?

Wypowiedź Andrzeja Dudy powinna być dla lewicy ostatecznym dowodem na to, że jakakolwiek współpraca czy choćby miligram kredytu zaufania dla jego formacji nie powinien mieć racji bytu. Duda udowodnił bowiem, że jeśli będzie tego wymagała polityczna kalkulacja, nie zawaha się poszczuć na najsłabszych. Kiedy głowa państwa, wykształcony człowiek, świadomie gra na ukrytych lękach, że wraz z przyswojeniem rozwinięcia skrótu LGBT polskie dzieci przyswoją sobie zamiłowanie do rozpusty – to jest to podobny mechanizm do tego, za pomocą którego w latach dwudziestych trzydziestych podsycano lęki wokół przerabiania niemowląt na macę. Zawsze i wszędzie takie działania zasługują na potępienie ze strony wszystkich lewicowo myślących ludzi. Nie wyobrażam sobie, aby ktoś teraz powiedział wszystkim osobom nieheteronormatywnym, czy osobom transpłciowym, żeby taką wypowiedź puściły mimo uszu, bo ich prawa są dopiero na dwudziestym miejscu planu „udomowienia” prawicy.

Bajaderka 2 – zamiast Flaczków

Prezydentopodobny Produkt Prezesa (dalej PPP) miotał się w minionym tygodniu wyjątkowo nawet jak na standard, do którego nas wcześniej przyzwyczaił. Najpierw zaprosił „cały naród” do udziału w tzw. Marszu Niepodległości, a kiedy okazało się, że zawiadujące tym marszem towarzystwo spod ciemnej gwiazdy nie zamierza dostosować się do jego oczekiwań i ograniczyć emblematyki marszu do biało-czerwonych flag, ogłosił rejteradę i zrezygnował z udziału. Na tym tylko przykładzie widać, że świętą rację mieli ci, którzy nie od dziś ostrzegali, że hołubienie grup faszyzujących kiboli i nie-kiboli skończy się dla PiS tak, że stanie się ich zakładnikiem, a ogon zacznie machać psem. I stało się. To nie PPP stawiał warunki naziolom ze Stowarzyszenia Marsz Niepodległości, ale oni jemu, a skończyło się na tym, że musiał wycofać się z podwiniętym ogonem. Naziole rządzą! Grzegorze Dyndały same tego chciały!

***

PPP miotał się też w sprawie wymyślonego przez PiS w nagłym trybie dnia wolnego od pracy, tu i ówdzie nazwanego „kacowym”. Nawiasem mówiąc, niby rozsądne głosy, że PiS powinno na długo wcześniej wyjść z tym projektem, jeśli miał mieć ręce i nogi, nie uwzględnia natury działania pisiorów. A skąd oni mogli wiedzieć rok czy dwa lata temu, że przyjdzie im ponosić dodatkowe koszty poparcia wyborczego, skoro miało być z tym lepiej i tylko lepiej? Gdyby nie potrzeba ubicia kilku dodatkowych punktów w drugiej turze wyborów samorządowych, raczej by na pomysł wolnego 12 listopada nie wpadli. A co do miotania się PPP: najpierw znów się nadął jak purchawka i udawał, że zamierza namyślać się czy podpisać ustawę o dniu wolnym po przeanalizowaniu jej, ale już tego samego dnia wieczorem zrejterował i w ciemno oświadczył (ustami przybocznego Spychalskiego), że ją podpisze na pniu, bez czytania. Panie PPP, doprawdy człowiek niezłomny tak się nie zachowuje.

***

Kolejna ex-„lwica lewicy”, Genowefa Grabowska znów wysługiwała się pisiorom na portalu „w potylicę” Karnowskich i broniła racji demokraty Ziobry przed uzurpacją ze strony TSUE.

***

Ucichł coś Stary Morawiecki, który ostatnimi czasy nie schodził ze ekranów telewizyjnych. Charakterystyczne, że ucichł po swoich proputinowskich deklaracjach. Syn ochrzanił go za to jak święty Michał diabła i Stary skorzystał z okazji by zamilczeć. Syn miał rację, bo w kontekście „rosyjskich śladów” Macierewicza odkrytych przez Tomasza Piątka, wynurzenia Ojca mogą wybrzmiewać dość dwuznacznie.

***

Każdy, kto obejrzał w TVN rozmowę Katarzyny Kolendy-Zaleskiej z komendantem (tak kazał się rozmówczyni nazywać) Służby Ochrony Państwa (następczyni BOR) generałem Tomaszem Miłkowskim, ten ma powód by lękać się o bezpieczeństwo VIP-ów, nawet jeśli za nimi nie przepada, jak piszący te słowa. Miłkowski objawił tak piramidalną niekompetencję w zakresie działania kierowanej przez siebie instytucji i taką nieporadność myślową, że nawet Kolenda-Zaleska, która nie ma w sobie drapieżności Moniki Olejnik sprawiła, że pod naporem jej pytań Miłkowski wił się jak piskorz, plótł jak Piekarski na mękach, a pot spływał mu po twarzy strugami, co na ekranach telewizyjnych prezentujących obraz szczególnie wysokiej jakości jawiło się bardzo realistycznie. Miał chłop szczęście, że nie trafił tego dnia do „Kropki nad i”, bo Olejnik zrobiłaby z niego flaczki z majerankiem lepsze niż u Gesslerowej. Dla Miłkowskiego było na przykład normalnym bieganie PPP po jezdni po potrąceniu dziecka na pasach. Tymczasem nawet dla takiego laika w tej dziedzinie jak ja, jest oczywiste, że po niespodziewanym zatrzymaniu się kolumny, dwóch oficerów ochrony powinno błyskawicznie stanąć przy tylnych drzwiach po obu stronach auta PPP, by profilaktycznie zablokować do niego dostęp z zewnątrz, a jednocześnie uniemożliwić Dostojnemu Pasażerowi spontaniczne wydostanie się z auta.

***

Jak donoszą (choć nie nazbyt wyczerpująco i obficie) pewne źródła, Ziobro wymyślił, żeby na 100 rocznicę Niepodległości sprawić prezent Nieboszczykowi JP2 i wystąpić z projektem ustawy o całkowitym zakazie aborcji. Miałoby się pod nią podpisać 15 posłów, a oficjalną sakrę miałby dać Ojciec Inwestor z Torunia. Podobno Prezes już się zirytował i zagroził ewentualnym projektodawcom i sygnatariuszom wyrzucenie z partii. Co do reakcji Prezesa, to wiadomo: przed laty już pozbył się z PiS jednego antyaborcyjnego ultrasa Marka Jurka, a Czarny Protest sprzed dwóch lat tak go przeraził, że – by tak rzec – własnoręcznie z sejmowej trybuny zdezawuował fanatyczny projekt Ordo Iuris i doprowadził do jego utrącenia. Ziobro wszystko to doskonale wie, podobnie jak wie, że próba wyjścia z tym projektem na forum Sejmu wywoła potężną burzę na skalę krajową, więc jego pomysł ma znamiona prowokacji w stosunku do prezesa, rządu i sojuszniczej partii PiS. Dlaczego więc to robi, on, raczej niespecjalnie kojarzony z kręgami antyaborcyjnych ultrasów? Wśród spekulacji wokół przyczyn tego wybryku jest i taki, że Ziobro czuje, iż jego czas na stanowisku Ministra Sprawiedliwości jest policzony, bo Młody Morawiecki go nienawidzi i nie od wczoraj chce się go pozbyć jako konkurenta do schedy po Prezesie. Niektórzy też mówią, że gdyby ostatni wynik wyborczy był bardziej zadowalający i osiągnął wymarzone 40 procent, to Prezes rzuciłby Ziobrę Morawieckiemu na pożarcie w akcie wdzięczności za taki sukces. Do wyrzucenia Ziobry asumpt dałyby mu też bardzo – delikatnie mówiąc – połowiczne efekty „reformy” sądownictwa, a z punktu widzenia wydźwięku politycznego jej klapa, zwłaszcza w Sądzie Najwyższym i w obliczu coraz bardziej stanowczych działań europejskich sądów i trybunałów. Niedostatecznie zadowalający wynik wyborczy co najmniej odwlekł ten moment i uratował Ziobrze głowę. Ten, mimo to, czuje się coraz bardziej zagrożony, więc co rusz wyskakuje z jakimś prewencyjnym posunięciem, jak choćby z wnioskiem do „TK” Przyłębskiej w sprawie uprawnień sędziów do kierowania pytań prejudycjalnych. Nic też dziwnego, że po ogłoszeniu „taśm Morawieckiego” wielu komentatorów spiritus movens tego wydarzenia upatruje we wpływach Ziobry. Posunięcie z zakazem aborcji wygląda na okazanie polisy ubezpieczeniowej wystawionej mu w Toruniu.

***

Wszyscy rzucili się na PiS z krytyką, że zmarnowało pieniądze przeznaczone na organizację obchodów 100-lecia Niepodległości, że zabrakło jednego wyjątkowo spektakularnego wyrazu tych obchodów. No jak to? A odsłonięcie pomnika Lecha Kaczyńskiego na placu Piłsudskiego? To jest crème de la crème tych obchodów, ukoronowanie dążeń prezesa PiS. Niestety, jak na mój gust ten pomnik jest zbyt skromny, zbyt niepokaźny. Uważam, że pomnik Lecha Kaczyńskiego powinien być tak wielki, by między jego nogami mógł zmieścić się obiekt wielkości Pałacu Kultury i Nauki.

***

Aha, jeszcze jeden akcent tych obchodów świadczący o stanie ducha obozu władzy – NSZZ „Solidarność” pójdzie w „Marszu Niepodległości” z naziolami. Ciągnie swój do swego.

Głos prawicy

Biedny Duda

Prezydentowi Andrzejowi Dudzie zależało żeby ten marsz był marszem wspólnotowym, pod flagą białą-czerwoną, bez emblematów, to się nie udało – przyznał Krzysztof Szczerski, gość programu „Kwadrans polityczny” TVP1.

– Będą obchody stulecia niepodległości w Warszawie, ale prezydentowi Dudzie zależało, żeby każdy miał możliwość świętowania u siebie, w całej Polsce – podkreślił.

Minister odniósł się m.in. do zapowiedzi przedstawicieli opozycji, którzy zapowiedzieli, że nie będą świętować wspólnie z rządem.

– Jeżeli ktoś myśli, że zyska politycznie na tym, że nie będzie wspólnie świętował obchodów stulecia niepodległości, to znaczy, że budowanie konfliktu jest ważniejsze niż to święto – stwierdził.

– Prezydent Duda chce świętować stulecie niepodległości ze wszystkimi Polakami, a Platforma nazywa Polaków tępymi cepami i szarańczą – dodał.

Dopytywany, kto z przedstawicieli innych państw weźmie udział w obchodach 100-lecia niepodległości 11 listopada, przyznał: Na razie nie mamy potwierdzeń, kto na oficjalnych obchodach stulecia niepodległości się pojawi.

W rozmowie pojawił się również wątek postanowienia TSUE.

– By postanowienie TSUE w sprawie Sądu Najwyższego mogło zadziałać w Polsce, najpierw musi zostać znowelizowana ustawa, ono nie działa automatycznie – przyznał.

Info za: wpolityce.pl

 

Sędziowie przywróceni

Sędziowie nie mogą się sami przywrócić – mówi „Dziennikowi Gazecie Prawnej” Paweł Mucha, wiceszef Kancelarii Prezydenta RP w kontekście postanowienia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej dot. sytuacji sędziów, którzy – na mocy ustawy o Sądzie Najwyższym – przeszli w stan spoczynku.

Paweł Mucha pytany w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej” o to, „jaki będzie wkład prezydenta do ustawy nowelizującej Sąd Najwyższy”, przypomina, że „po wydaniu postanowienia mamy jako strona polska termin do 19 listopada na udzielenie odpowiedzi”.

Przez to rozumiem też swego rodzaju wykonanie postanowienia TSUE – zastrzega.

Analiza z naszej strony wykazała, że postanowienie trybunału nie jest samowykonalne. To znaczy, ono samo z siebie nie rodzi żadnych skutków prawnych w zakresie prawa krajowego i wszelkie wypowiedzi innego rodzaju nie polegają na prawdzie, są nieścisłe i nierzetelne – zaznacza Paweł Mucha.

Na uwagę, że „sędziowie nie mogą się sami przywrócić”, prezydencki minister przyznaje, że „nie mogą”.

TSUE potwierdza, że sędziowie przeszli w stan spoczynku. Natomiast zwracam uwagę na kilka pobocznych okoliczności, które także mają znaczenie – wskazuje Paweł Mucha.

Po pierwsze, to postanowienie jest po dwakroć tymczasowe. Samo w sobie, co do swej istoty, jest postanowieniem dotyczącym zastosowania środków tymczasowych. Po drugie, w swojej treści zawiera stwierdzenie, że zostało wydane bez uwzględnienia stanowiska polskiego – zauważa Paweł Mucha.

Tak więc postanowienie TSUE być może zostanie jeszcze zmienione na skutek refleksji, która – jest taka szansa – pojawi się po zapoznaniu się z treścią polskiego wystąpienia – stwierdza prezydencki minister.

Zastrzega także, że „termin rozprawy w sprawie skargi Komisji Europejskiej oraz pytań prejudycjalnych, bo te sprawy zostały połączone, został wyznaczony na luty 2019 r”.

Dlatego też, jeżeli myślimy o nowelizacji ustawy, to pojawia się pytanie o jej epizodyczność. Nie wiemy przecież, jakie będzie ostateczne rozstrzygnięcie TSUE ani czy postanowienie zabezpieczające nie zostanie w najbliższym czasie zmienione – ocenia Paweł Mucha.

Na pytanie, czy – w takiej sytuacji – „nowelizacji nie będzie”, Paweł Mucha odpowiada: Nie wiem, czy nie będzie, bo jest duży kłopot, jak to wykonać bez nowelizacji.
To jest o tyle absurdalna sytuacja, że działania polskiego ustawodawcy nie mogą przesądzać zasadności skargi, którą kwestionujemy – zauważa.

Pytany, czy jego zdaniem postanowienie TSUE odnosi się również do sędziów Naczelnego Sądu Administracyjnego, ponieważ – jak zaznacza gazeta – wrócili oni już do pracy, nie czekając na żadną nowelizację, Paweł Mucha odpowiada: Absolutnie nie ma czegoś takiego jak przywrócenie się sędziów samych przez siebie.

Info za Radio Maryja

Daremny trud

Berlińska wizyta polskiego prezydenta Andrzeja Dudy to desperacka próba odwrócenia nieodwracalnego. Stanowisko Niemiec w sprawie gazociągu Nord Stream 2, Trójmorza i reparacji raczej się nie zmieni.

 

– Zdecydowanie uważamy, że inwestycja, jaką jest gazociąg Nord Stream 2, nie powinna mieć miejsca.Uważamy, że zaburzy w przyszłości stosunki energetyczne w Europie w momencie, w którym gaz będzie do Unii Europejskiej tym gazociągiem dostarczany, że powoduje dominację na rynku europejskim jednego dostawcy, a przede wszystkim stawia w trudnej sytuacji, jeśli chodzi o bezpieczeństwo energetyczne, co najmniej kilka państw Europy Środkowej – oświadczył prezydent Andrzej Duda podczas wspólnej konferencji prasowej z prezydentem Niemiec Frankiem-Walterem Steinmeierem. – Podtrzymujemy, że jest to projekt absolutnie o charakterze politycznym i strategicznym, a nie biznesowym i trudno jest nam to zrozumieć. Nie widzimy tutaj takiej solidarności, która jest tu potrzebna – dodał.

– Niemcy oraz cała UE pilnie potrzebują silnej, demokratycznej i proeuropejskiej Polski, aby przezwyciężyć kryzys i wspólnie kształtować, zdobyć i utrzymać europejską przyszłość – te słowa niemieckiego prezydenta dobrze odzwierciedlają stanowisko Berlina wobec wschodniego sąsiada, która zasadza się na równoczesnym zachęcaniu Warszawy do respektowania regulacji prawnych UE, przy równoczesnej krytyce działań polskiego rządu. Chodzi tu głównie o będące przedmiotem decyzji Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej zmiany w systemie sądownictwa. – Mam nadzieję, że Polska, polski rząd podejdzie do tej decyzji w sposób świadczący o respektowaniu unijnego prawodawstwa – powiedział Steinmeier, odnosząc się do decyzji TSUE

Ogólnikowe okolicznościowe frazesy o przyjaźni, wygłaszane podczas konferencji w związku z obchodami setnej rocznicy niepodległości Polski, będącej oficjalnym powodem do wizyty polskiego prezydenta oraz uwagi typu „łączy nas więcej niż dzieli”, pewnie w zamierzeniu mające „dosłodzić” krytykę, wypowiedziane przez prezydenta Steinmeiera, niezbyt dobrze przykrywają stosunki polsko-niemieckie w ostatnim okresie, w których pojawia się coraz więcej rozbieżności i chłodu. Jeszcze przed wizytą prezydenta Dudy niemiecka prasa sceptycznie odnosiła się do tego, czy wizyta ta wiele zmieni. „Poczucie euforii po upadku muru (berlińskiego) i fascynacja z powodu odkrycia pozostającego przez długi czas w ukryciu sąsiedztwa przemieniły się w żmudną pracę, która ostatnio często kończy się frustracją” – napisał publicysta dziennika „Tagesspiegel” Christoph von Marschall. I należy uznać, że miał rację.

Głos prawicy

Perekińczyki

– Opozycja, liderzy opozycji to są takie perekińczyki (…) Mówili: na te programy społeczne absolutnie nie ma pieniędzy, jesteśmy za biednymi. Podwyższali podatki i pozwali hulać mafiom VAT-owskim po naszej ojczyźnie, a dzisiaj mówią, że oni jeszcze dołożą do tych programów społecznych. To właśnie perekińczyk. A my chcemy iść drogą Lecha Kaczyńskiego, który w 2005 roku, przed Zgromadzeniem Narodowym powiedział, że musimy odbudowywać nasze państwo w oparciu o ideę solidarności, sprawiedliwości i uczciwości. To źródła naszej siły – tłumaczył premier Mateusz Morawiecki podczas konwencji PiS podczas konwencji PiS pod Rzeszowem – donosi na swojej stronie internetowej tygodznik „Do Rzeczy”. – PiS jest partią polską. Mam też taką głęboką ekumeniczną nadzieję, że i inne partie będą partiami polskimi, że będą szły w ślady naprawy RP. Tamtych naszych wielkich przodków, ale też nas, skromnych naśladowców, patriotycznych współczesnych czasów, którzy w ramach możliwości, potykając się, popełniając na pewno błędy, staramy się naprawiać RP w sposób realny, jak najbardziej widoczny – dodał.

 

Chcesz odszkodowania – jesteś prostytutką

– Jestem pewien, że teraz panienki, jedna przez drugą, na wyścigi będą sobie przypominać, jak to były molestowane. (…) Miliona złotych to taka panienka jedna z drugą przez całe życie może nie zarobić, a tutaj za jednego sztosa. No to żadne k…rwy nie są tak wynagradzane na całym świecie. Nie wiem jak nasz biedny kraj to wytrzyma – skomentował w felietonie wideo związany „Radiem Maryja” publicysta Stanisław Michalkiewicz komentując niedawny wyrok sądu nakazujący Towarzystwu Chrystusowemu zapłacić milionowe odszkodowanie ofierze molestowania seksualnego przez członka zgromadzenia. – Dostać milion złotych, za to, że ktoś kiedyś wsadził rękę pod spódniczkę, no któż by nie chciał. Wiele pań za znacznie mniejsze pieniądze spódniczki podciąga, a tutaj milion złotych i dożywotnia renta – z lubością eksplorował Michalkiewicz mokre wizje przyjemności i korzyści jakie pewnie w jego mniemaniu są udziałem dziewcząt, którym lubieżni kapłani wsadzają łapy między uda.

 

Moc Dudy

– Jechałem tam po to, by wytyczyć wspólnie z prezydentem Stanów Zjednoczonych kierunki, które w efekcie dadzą amerykańskie inwestycje w Polsce, w tym także militarne. A także zacieśnianie relacji, które na wielu płaszczyznach będą budowały bezpieczeństwo Rzeczypospolitej. I tak się stało. Każdy mógł usłyszeć to choćby w trakcie wystąpienia prezydenta Trumpa przed Zgromadzeniem Ogólnym Narodów Zjednoczonych, gdzie Polska została wymieniona jako jeden z kluczowych partnerów strategicznych USA, w towarzystwie takich krajów jak Arabia Saudyjska i Izrael. Wygłoszony tam opis naszego kraju jest rewelacyjny: wiarygodny sojusznik, solidny partner, wzór dla innych – stwierdził prezydent Andrzej Duda w opublikowanej przez tygodnik „Sieci Prawdy” rozmowie z Jackiem i Michałem Karnowskimi. Chcę mocno podkreślić, że to inwestycja w nasze bezpieczeństwo. Pieniądze wydane na utworzenie stałej bazy wojsk amerykańskich to środki wydane tu na miejscu, w Polsce. Po to, żeby Polska i Polacy byli jeszcze bardziej bezpieczni. Jeśli chodzi o konkrety, to na takie przygotowanie terenu, infrastruktury, wszystkiego, co jest potrzebne, żeby ta baza mogła funkcjonować, żeby była profesjonalna, nie różniła się standardami od innych takich baz wojsk amerykańskich – dodał.

– To mój główny cel: poprawić los ciężko pracujących ludzi, czy to na roli, czy w zakładach pracy, poprawić życie polskich rodzin. To ci ludzie są w centrum mojego myślenia, mojej pracy, a nie beneficjenci fruktów rozdawanych rozmaitym elitom – stwierdził odnosząc się do swojej koncepcji prezydentury.

Donald Trump a Polska

Stosunki polsko-amerykańskie od kilku lat są w dołku. Krytycznie o sytuacji w Polsce wyraził się Barack Obama. Jego następca Donald Trump wprawdzie nie krytykuje Polski, ale nie czyni wiele by poprawić relacje na linii Warszawa-Waszyngton.

 

Po raz pierwszy od 1989 r. prezydent Polski dopiero po trzech latach sprawowania urzędu doprosił się zaproszenia do złożenia wizyty w Waszyngtonie. Powstała szansa poprawienia stosunków Polski z USA, ale została zmarnowana. Prezydent Duda wprawdzie uśmiechał się w rozmowie z prezydentem Trumpem nawet, gdy ten krytycznie wypowiadał się o Polsce czy o Unii Europejskiej. Prezydent Duda nie miał odwagi podjąć polemiki z amerykańskim prezydentem, ponieważ PiS zachowuje się ulegle wobec Ameryki. Ku zadowoleniu Trumpa, Duda zaproponował 2 mld dol. na zainstalowanie bazy amerykańskiej w Polsce. Amerykański prezydent dał jednak do zrozumienia, że oczekuje większej sumy. Polski prezydent nie podjął żadnej polemiki z Trumpem, kiedy ten ostro zaatakował Unie Europejską, której jesteśmy członkiem.

Na zakończenie wizyty obaj prezydenci podpisali deklarację zatytułowaną pompatycznie „Obrona Wolności i budowanie dobrobytu poprzez polsko-amerykańskie partnerstwo strategiczne”. Potrzebę partnerstwa strategicznego uznano za ważne „w obliczu wyzwań wobec, których stoi porządek międzynarodowy”. Deklaracja jest pełna ogólników. Konkretna jest zapowiedź zwiększenia współpracy polsko-amerykańskiej w zakresie obronności oraz energetyki. Poprzednia deklaracja polsko-amerykańska z 2008 r. zawierała więcej konkretów.

Prezydent Trump w swoim wystąpieniu na Placu Krasińskich w Warszawie mało uwagi poświęcał stosunkom bilateralnym polsko-amerykańskim i problemom współczesnego świata. O Rosji napomknął tylko w kontekście Ukrainy i Bliskiego Wschodu: „Zachęcamy Rosję, aby wstrzymała swoja działalność na rzecz destabilizacji Ukrainy i innych krajów i jej wsparcie dla wrogich reżimów, w tym Syrii i Iranu oraz by zamiast tego przyłączyła się do wspólnoty narodów odpowiedzialnych, walczących przeciwko wspólnym wrogom, a w Syrii broniących cywilizacji jako takiej. (…)

Musimy pracować razem, aby stawić czoła siłom niezależnie od tego, czy wewnętrznym czy zewnętrznym, z południa czy z północy, czy ze wschodu, które chcą podkopać nasze wartości i zniszczyć więzi kultury, wiary i tradycji, które czynią nas tymi, którymi jesteśmy”.

Wspomniał o artykule 5 układu waszyngtońskiego o NATO i zażądał, aby wszyscy członkowie NATO wywiązali się z zobowiązań na rzecz obrony. Pochwalił Polskę za jej wkład w obronność „Dlatego – powiedział – właśnie chylimy czoła przed Polską za jej decyzje, aby w tym tygodniu ruszyć z zakupem od USA sprawdzonych w boju rakiet Patriot, najlepszych na całym świecie. (…) Dziękuję Wam, dziękuję ci Polsko. Muszę powiedzieć, że przykład, który pokazaliście jest naprawdę wspaniały. Dziękuję ci Polsko”.

W końcowej części przemówienia Trump mówił o zagrożeniach dla współczesnej cywilizacji i o potrzebie obrony jej „w obliczy tych, którzy chcieliby ją sobie podporządkować i zniszczyć” I pytał: czy Zachód ma wolę przetrwania? W końcowej części wystąpienia prezydent Trump powiedział: „Nasza wolność, nasza cywilizacja i nasze przeżycia zależą od naszych więzi, historii, kultury i pamięci. Dziś, tak samo jak kiedykolwiek, Polska jest w naszym sercu. Dokładnie tak, jak Polski nie udało się złamać – mówię to dzisiaj, by usłyszał to cały świat – Zachód nigdy, przenigdy nie pozwoli się złamać. Nasze wartości zatriumfują, nasze narody będą rozkwitać.

Więc razem walczymy wszyscy tak, jak Polacy: za rodzinę, za wolność, za kraj i za Boga. Dziękuję Wam, niech was Bóg błogosławi, niech Bóg błogosławi Polaków, niech Bóg błogosławi naszych sojuszników i niech Bóg błogosławi Stany Zjednoczone Ameryki”.

Przemówienie Trumpa było wielokrotnie przerywane sterowanymi oklaskami zgromadzonych tłumów co wyraźnie sprawiło zadowolenie mówcy. Były też okrzyki zgromadzonych, atakujące Lecha Wałęsę i obecnych na spotkaniu polityków opozycji. Trump wyraźnie był skonfundowany tymi okrzykami. Wyraźnie nie rozumiał, dlaczego on chwalił Wałęsę, a tłum PiS-owski na placu głośno protestował przy jego nazwisku. Trzeba przyznać, że inicjatorzy protestu zachowując się tak, na takiej imprezie dali przykład braku kultury politycznej.

Klakierskie przyjęcie jakie władze Prawa i Sprawiedliwości zorganizowały prezydentowi Trumpowi z pewnością zadowoliło wyolbrzymione ego amerykańskiego prezydenta. Takiego przyjęcia z jakim spotkał się w Polsce, nie spotkał się dotąd ani w Stanach Zjednoczonych ani w żadnym państwie, w którym składał wizyty.

Komplementy jakie Trump skierował pod adresem Polski rządząca partia Prawa i Sprawiedliwości interpretowała jako poparcie dla jej polityki również wewnętrznej. Nic więc dziwnego, że parę tygodni po wyjeździe Trumpa rząd przedłożył w Sejmie projekty ustaw, które ograniczały niezależność władzy sądowniczej i poddawały ją zwieszonej kontroli partii rządzącej.

Nie trzeba było długo czekać na reakcje rządu Stanów Zjednoczonych. Departament Stanu w deklaracji 21 lipca uznał, że „działania polskiego, rządu podważają niezależność sądownictwa i osłabiają rządy prawa w Polsce”, a także zaapelowali, aby „reforma sądownictwa nie pogwałciła polskiej konstytucji, międzynarodowych zobowiązań kraju oraz przestrzegała zasady oddzielania organów władzy”.

Rząd PiS był zaskoczony stanowiskiem amerykańskim. Potwierdziło to oświadczenie Ministerstwa Spraw Zagranicznych. W czasie prezydentury Trumpa Departament Stanu wyraził „obawy o praworządność i rozwój sytuacji w Polsce” i podkreślał potrzebę poszanowania władzy sądowniczej, jako jedna z trzech gałęzi obok władzy ustawodawczej i wykonawczej będących fundamentem demokracji. Departament Stanu wyraził również 12 grudnia zaniepokojenie kierunkiem rozwoju sytuacji w Polsce i krytykował uchwałę Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji o nałożeniu kary finansowej na TVN.

Strona polska oczekiwała wówczas i nadal oczekuje dziś deklaracji rządu USA, że wojska amerykańskie będą bezterminowo stacjonowały w Polsce i na wschodniej flance NATO. Oczekujemy również przyspieszenia budowy amerykańskiej bazy antyrakietowej w Radzikowie. Rząd polski oczekuje od Waszyngtonu ostrzejszej krytyki polityki rosyjskiej i zagrożenia jakie Rosja stanowi nie tylko dla Europy Środkowo-Wschodniej. Rząd PiS nalegał, aby administracja Trumpa uniemożliwiła Rosji budowę po dnie Bałtyku drugiej nitki gazociągu Nord Stream 2.

Polska w rozmowach z administracją Trumpa wykazywała zainteresowanie dostawami amerykańskiego gazu skroplonego po to, aby uniezależnić się od gazu rosyjskiego mimo, że gaz amerykański jest droższy od rosyjskiego. Amerykanie z zadowoleniem podjęli rozmowy na ten temat ponieważ mają nadwyżki w produkcji tego surowca. Rząd Polski zabiegał o stała bazę wojskową w Polsce, w miejsce rotacyjnej obecności wojska amerykańskich w Polsce. Trump jednak obiecał, że o sprawie tej rozstrzygnie Kongres w przyszłym roku. Obecnie w Polsce stacjonuje ok. 4 tysiące żołnierzy amerykańskich na zasadzie rotacji.

Prezydent Trump jako biznesmen był otwarty na rozmowy na temat współpracy gospodarczej i w dziedzinie obronności. Osobiście Trump oraz jego współpracownicy podkreślali, że zakup amerykańskiego sprzętu wojskowego powinien odbywać się wyłącznie na zasadach rynkowych.

W końcu 2017 r., kiedy Donald Trump zasiadał w Białym Domu wybuchła kłopotliwa dla Trumpa sprawa zatrudnienia przez jego firmę w budownictwie, w latach 1980-tych na czarno polskich robotników. Kiedy robotnicy chcieli podać Trumpa do sądu za skandaliczne warunki pracy, on zagroził im, jako nielegalnie przebywającym w USA deportacją do Polski.

Andrzej Duda przelotnie spotkał się z Donaldem Trumpem wcześniej. Były to bardzo krótkie rozmowy, chociaż kancelaria polskiego prezydenta starała się nadać tym dość przypadkowym spotkaniom merytoryczny charakter. M.in. po takim spotkaniu na forum ekonomicznym w Davos, w styczniu 2018 r. kancelaria prezydenta Dudy informowała samochwalczo, ż obaj prezydenci rozmawiali o współpracy gospodarczej polsko-amerykańskiej „szczególnie w obszarze energetyki oraz inwestycji amerykańskich firm w Polsce”. Prezydenci potwierdzili bardzo dobry stan relacji politycznych obu krajów oraz osobistą wzajemną sympatię.

Do przelotnego przypadkowego spotkania prezydenta Dudy z prezydentem Trumpem doszło w czasie szczytu NATO w Brukseli, w lipcu 2018 r. Kancelaria polskiego prezydenta uczyniła z tego zdarzenia ważne merytorycznie wydarzenie informując, że obaj prezydenci omawiali sprawę wzmocnienia polsko-amerykańskiej współpracy militarnej m.in. w zakresie sprzętu wojskowego oraz o współpracy jednostek wojskowych obu krajów.

Należy jednak pamiętać, że prezydent Donald Trump jest nieprzewidywalny i zmienny w swoich poglądach. W odstępie kilku dni potrafi wygłosić różne poglądy na ten sam temat. Jest podatny na różne sprzeczne ze sobą naciski zewnętrzne. Brakuje mu dalekosiężnej wizji zarówno polityki wewnętrznej jak i zagranicznej Stanów Zjednoczonych.

 

Autor jest profesorem w Akademii Finansów i Biznesu Vistula, b. posłem na Sejm (1993-2001) i b. marszałkiem Senatu (2001-2005).

Flaczki tygodnia

Czy napakowany Murzyn wraz ze śliniącym się „ciapatym”, dowodzeni przez Żyda, będą bronić narodowo-katolickich rubieżny Najjaśniejszej IV Rzeczpospolitej? Dziedzictwa białej, chrześcijańskiej Europy?

***

Podczas spotkania z prezydentem USA Donaldem Trumpem pan prezydent Andrzej Duda zaprezentował nową doktrynę obronną IV RP stworzoną przez najwybitniejsze umysły elit PiS. Doktrynę „Fort Trump”.

***

Ojcem duchowym tej doktryny jest były prezydent RP Lech Kaczyński. Prezydent słaby, choć lepszy już od Andrzeja Dudy. Ofiara katastrofy lotniczej, do której sam się przyczynił. Autor słów „Dziś Gruzja, jutro Ukraina, później może Polska”.
Elity umysłowe PiS uznały je za proroctwo godne Wernyhory. Dokonując małego, ale istotnego przekłamania. Dziś przypominane proroctwo zwykle brzmi: „Dziś Gruzja, jutro Ukraina, później Polska”. Brak „może”, brak wiecowej atmosfery, kiedy padły te słowa, co zmienia pierwotny sens wypowiedzi.

***

Ale nie o prawdę tu chodzi. Ostatni wyrok sądowy dotyczący wypowiedzi pana premiera potwierdził, że PiS i prawda to oksymoron. Bo elity PiS budują swe poparcie na strachu. Strachu wyborców przed grożącymi Polsce wrogami. Prawdziwymi, których jest niewielu. I kreowanymi przez kaczystów na potęgę.
Gdyby wszystkich ich zsumować, to dalsze życie w IV RP straciłoby sens. Strach z domu wyjść, bo czyhają: ojkofobiczne elity, dżenderowskie feministki, ludobójcy banderowcy, antypolonistyczni Żydzi, chamscy Francuzi, komuniści i złodzieje, sędziowie na telefon, nazistowscy Niemcy, spedaleni Skandynawowie, światowe lewactwo, agresywne wielkopowierzchniowe obiekty handlowe, watahy barbarzyńskich uchodźców, POstkomuna, podstępne filipińskie gosposie, wojujący islam. Wszyscy to sojusznicy genetycznie antypolskiego Putina.

***

Rządzona przez prezydenta Putina Rosja jest idealnym „strachem na Lachy”, podstawą doktryny „Fort Trump”. Bo to Rosja modernizująca swą armię. Skuteczny gracz na międzynarodowej arenie, tworzący strefy wpływów w sąsiadujących państwach. Anektujący części ich terytoriów nawet.
Taka Rosja potrzebna jest elitom PiS do prowadzenia polityki „zarządzania strachem”. Gdyby prezydenta Putina nie było, to podległe panu prezesowi Kaczyńskiemu narodowo-katolickie media musiały by podobnego Złego wymyślić.

***

Każdy inteligentny wojskowy, nawet polski, przyzna, że putinowska Rosja nie ma potrzeby ani zamiaru napadania na Polskę. Wojny z 1920 i 1939 roku nie powtórzą się. Dzisiaj władze Rosji nie zgłaszają pretensji do polskich ziem. Ani ziem innych państw należnych do NATO i Unii Europejskiej. Spór Rosja – NATO toczy się o rozszerzenie NATO na terytoria Ukrainy i Gruzji. Spór jest o budowane bazy NATO na terytoriach państw byłego Układu Warszawskiego.

***

Warto przypomnieć, że pod koniec XX wieku, w czasie przyjmowania tych państw do NATO, kierownictwo polityczne Sojuszu Atlantyckiego obiecało władzom Rosji, że takie bazy tam nie powstaną. Budowa „Tarczy antyrakietowej” w Rumunii i Polsce jest złamaniem tamtych obietnic.

***

Wykreowany przez elity PiS strach przed „jutrzejszą” rosyjską agresją dał powszechną akceptację wzrostu wydatków na „obronę narodową” z deficytowego budżetu państwa. W ciągu trzech lat wydatki rzeczywiście wzrosły, ale armii polskiej nie zmodernizowano. Przeciwnie uległa dalszej technologicznej, organizacyjnej i moralnej degradacji. Pieniądze wydano na ochotnicze oddziały wojsk obrony terytorialnej, widząc w nich zorganizowane grupy wyborców PiS, na samoloty dla elit politycznych oraz święta, defilady i parady.

***

Ale wzrost tych wydatków uczynił z IV RP amerykańskiego prymusa wśród europejskich państw NATO. Skłóceni z brukselskimi elitami prominenci PiS znaleźli sobie nowego Wielkiego Brata i protektora. Ogłosili, że za pieniądze wszystkich polskich podatników wynajmą sobie amerykańską ochronę. Zbudują „Fort Trump” i obsadzą go cudzoziemskimi zaciężnymi wojskami.

***

Oczywiście wartość militarna takiego „Fortu” będzie znikoma. Gdyby Rosjanie zdecydowaliby się napaść na NATO, ów fort jedynie przyciągnąłby rosyjskie rakiety. Ale w założeniu wspomnianej doktryny, ów fort miałby wartość przede wszystkim polityczną. Atak na fort oznaczałby atak na USA. Nie byłoby mowy o wojnie lokalnej czy hybrydowej.

***

Wynajęcie zaciężnych wojsk będzie kosztowne. To koszty budowy Fortu, zakupu chroniących go baterii rakiet „Patriot”, budowy infrastruktury dla żołnierzy i ich rodzin. Miasteczka wyjętego spod polskiego prawa. Jeśli jakiś obrońca IV RP zgwałci powabną, białą Polkę to wie, że uniknie tu kary.

***

Oczywiście, Rosja nie zamierza napadać na Polskę. W jej interesie jest osłabiać spójność Unii Polsko – Europejskiej. Blokować tworzenie wspólnej armii Unii. Skłócać Warszawę z Berlinem i Paryżem. Berlin i Paryż z Waszyngtonem. Dlatego doktryna polityczna „Fort Trump” jest w swej istocie proputinowska. Elity PiS za pieniądze polskich podatników chcą realizować rosyjskie interesy.

***

Rosja nie zaatakuje Polski, kiedy Polska będzie ściśle zintegrowana z Unią Europejską. Będzie w strefie euro, bo wówczas Paryż i Berlin będą zmuszone „umierać za Gdańsk”. Kiedy polska armia stanie się częścią armii Unii. Kiedy będziemy wspólnie produkować europejską broń, jak teraz samochody. Pieniądze wydane na wzmocnienie Unii, czyli Polski, mają większy sens, niż finansowanie armii zaciężnej.

***

Ciekawe co zrobi PiS policja, kiedy na kolejnym Marszu Niepodległości znowu pojawią się rasistowskie polskich nazioli? Rezerwujące Polskę jedynie dla białych, tylko dla Polaków. Hasła antyamerykańskie, bo plugawiące też wielorasową armię USA?

 

PS. Prosimy o upowszechniania informacji, że redaktor Piotr Gadzinowski kandyduję do Rady Miasta Warszawy z Ursynowa i Wilanowa. Z tej samej partii co zawsze.