Jak Jarek Jarkowi

Panie ministrze Jarosławie Gowinie, mam dla Pana dobrą radę: jeśli chcesz być Pan wiarygodny choć na moment i pozostać zapamiętanym nie jako oportunista i
koniunkturalista, a jako człowiek, który zbłądził ale się nawrócił jako Szaweł aka Paweł, dziś masz Pan po temu najlepszą z możliwych okazji.

Jarosław Ka dopycha kolanem wybory. Wbrew logice, prawu, zdrowemu rozsądkowi i zdrowemu Polakowi razy dwadzieścia kilka milionów, bo tyle może głosować w kraju i poza jego granicami. Najnowszy pomysł prezesa to głosowanie korespondencyjne. Ten sam sposób, który ongiś prezes i jego partia totalnie krytykowali, za anachronizm i narażenie demokracji na możliwość fałszerstw na szeroką skalę. Dziś, jak się okazuje, koperta i znaczek plus listonosz wydają się być prezesowi najlepszym z możliwych wyjść z wyborczego pata. I to nic, że nawet żelazne jądro PiS-u w badaniach opinii publicznej wypowiada się cokolwiek sceptycznie nt. wyborów w obecnym stanie światowej pandemii. Prezes wie, i nawet tego nie kryje, bo zwyczajnie się nie da, że jeśli nie załatwi Andrzejowi De prezydentury teraz, później może być tylko gorzej. Sam Andrzej De zadania mu nie ułatwia. Słyszeliście zapewne jak złotouście nam wyklarował, że skoro można pójść do sklepu, to równie dobrze można i do lokalu wyborczego. Retoryka poziom hard master. Prezes zdaje się to dostrzegać i rozumie, że jak tak dalej pójdzie, to elekcja tegoroczna możne się dlań zakończyć jak pięć lat wstecz dla Bronisława Komorowskiego. Tylko ciężarna, pijana zakonnica na pasach miała go zatrzymać, a tu, patrzcie Państwo, taka niespodzianka!

Ale ja nie o Jarosławie Ka tu chciałem, tylko o Jarosławie Gie, bo ten, jak w każdej sytuacji, gdy napięcie w obozie Zjednoczonej Prawicy narasta, a narasta często, niczym Nike, która się waha, zawiesza głos i od głosu się wstrzymuje. Tym razem poszedł o krok dalej i zapowiedział, że organizowania wyborów w pierwotnym terminie nie poprze. Deklaracja nie jest ostateczna, ale padła i wzbudziła w pisowskich szeregach zamęt. A co, jeśli to Jarosław Gie ma rację, a nie Jarosław Ka, i czy w ogóle wolno nam tak myśleć?

Tydzień temu z ogonkiem poprowadziłem swoją ostatnią audycję w jednej ze stacji radiowych, z którą współpracowałem od stycznia. Miałem nadzieję, że owocna jak dotąd współpraca będzie dłuższa, ale splot wydarzeń spowodował, że już tam nie posługuję medialnie. Mój ostatni program, zważywszy na sytuację, miał być taki sam jak pozostałe. Przez dwie godziny nawijałem ludziom makaron na uszy, rozsierdzałem ich antymainstreamowymi sądami i szydziłem otwarcie z tego, z czego media pierwszego obiegu nie ważą się nawet podśmiechiwać ukradkiem. W ostatniej godzinie zaprosiłem, jak co tydzień, na antenę gościa. I to mnie zgubiło. Dzień przed programem ojciec dyrektor stacji obywatelskiej w nazwie napisał do mnie, że gość zaproszony musi nagrać zapowiedź wzywającą do wspierania medium obywatelskiego. Gość, mój kolega po fachu, muzykant, zgodzić się nie chciał, gdyż, jak twierdzi, nie namawia nigdy do wspierania tego czy innego medium, więc nie zamierza czynić wyjątków, czemu ja się nie dziwię, bo mam podobnie. Przekazałem kierownictwu stacji ustalenia. Dostałem chwilę później odpowiedź, że mam na żywo, na antenie, zmusić pana muzykanta, aby tłumaczył się z tego, dlaczego nie chce słowem wesprzeć radia obywatelskiego, i powinienem zrobić to tak, żeby mu poszło w pięty. Nie zrobiłem tego. Poprowadziłem rozmowę jak zawsze, merytorycznie, bez napastliwości i bez chamówy, której ode mnie żądano. W nagrodę kierownictwo stacji oświadczyło, że w związku z niezastosowaniem się do polecenia nie zapłaci mi wynagrodzenia za program, a jak rzecz powtórzy się w przyszłości, zakończy ze mną współpracę. Odpowiedziałem, że w moim środowisku podobne zachowania są nie do przyjęcia i nie zamierzam uginać się pod jakimkolwiek szantażem, więc kończymy współpracę już teraz, bo nie chcę przeżywać podobnych rozterek w przyszłości. Tym sposobem od środy mam jeszcze mniej pieniędzy niż dotąd. Za to czasu więcej, o zgrozo! Choć najbardziej mi szkoda radia, bo bardzo lubiłem tę robotę.

Jarosław Gie straszy Jarosława Ka, że jak wybory się odbędą, on wyjdzie z koalicji. Jarosław Ka straszy Jarosława Gie, że jak ten nie odszczeka swoich deklaracji, to wywali jego i jego ludzi z rządu. I tu moja, młodszego kolegi, dla Jarosława Gie rada: jeśli masz Pan jaja i chcesz Pan patrzeć w lustro bez grymasu bólu, trzaśnij Pan papierami i rzuć Pan to w cholerę. Za duży smród będzie z tych, pożal się Boże, wyborów z listonoszem, żeby trzymać się stołka. Zatopi Was za ten przewał ludzka wściekłość prędzej niż myślicie. Jeśli rzeczywiście jest tak, że masz Pan jakieś zasady i wyznajesz wartości, to przyzwoicie zachować się można tylko w jeden sposób. A potem możesz Pan się napić na tę okoliczność, choć wiem, że Pan nie pijesz, ale na żądanie raz można. Kieliszeczek.

Mięso wyborcze

Niektórym wydawało się, że PiS robi im dobrze. Tak im się wydawało i dalej wydaje. W rzeczywistości PiS traktuje obywateli jak mięso wyborcze.

W tych wyborach PiS oczekuje od swoich sympatyków zapłaty za otrzymane bonusy. PiS doskonale wie, że skończył się czas gospodarczego boomu. Idą czasy trudne. Trzeba wiec zrobić wszystko, by jeszcze raz zmusić, przekonać swoich wyznawców, by poszli do wyborów. Potem się zobaczy, co dalej.

Wiadomo jednak, że wyborca, któremu obojętna jest demokracja, ma przede wszystkim na uwadze swój byt codzienny i godzi się, aby pełny żołądek zagłuszył głos sumienia czy zwykłą przyzwoitość. Jak rządowych fruktów zabraknie wyborca może zacząć gryźć rękę niedawnego darczyńcy. I tego PiS bardzo się boi. Dlatego łamie kodeks wyborczy, łamie Konstytucję, oszukuje, bo wie że czasy w polityce idą niebezpieczne. Dla PiS-u nawet bardzo niebezpieczne. Nadzieja w samorządach i obywatelach, że odmówią organizacji wyborów i udziału w nich. Na bandytyzm PiS-u demokracja i przyzwoitość nic nie poradzą.

Tymczasem prowadzący kampanię wyborczą pan Prezydent udał się na Jasną Górę i tam modlił się, by Pan Bóg uchronił nasz kraj od pandemii. Pan Prezydent mógłby modlić się w pałacu prezydenckim. Najwyższy też by go wysłuchał, albo i nie. Pan Prezydent chciał się pokazać w telewizji i w świętym dla katolików miejscu. Kontakt z Bogiem miał zapewne znaczenie drugorzędne. Niestety modły Prezydenta nie zostały wysłuchane i pandemia rozwija się nadal według jej tylko znanych reguł. Tak zresztą było przez wieki, co pozwala wnioskować, że Opatrzność nie zajmuje się zarazami niszczącymi ludzkość.

Sam kościół po kilku nieodpowiedzialnych wypowiedziach, że koronawirus to kara za LGBT zamilkł. Dostrzegł śmieszność swoich wypowiedzi. Ja równie głupio mogę powiedzieć, że koronawirus to kara dla kościoła i wielu wiernych za głosowanie na PiS. Takiego myślenia nie zalecam, bo jednej głupoty nie zwalczy się głupotą inną.

Biedroń: przełożyć wybory!

Skoro rząd zamyka szkoły i uznaje spowolnienie gospodarcze, w tym utratę miejsc pracy, za nieuchronne, dlaczego upiera się przy utrzymaniu terminu wyborów prezydenckich? – pyta kandydat Lewicy.

Robert Biedroń nie ma wątpliwości: skoro rząd podjął wysiłek walki z epidemią, wprowadził nadzwyczajne ograniczenia w poruszaniu się i zgromadzeniach, powinien również przełożyć termin I tury wyborów prezydenckich. W ocenie kandydata Lewicy nie ma żadnego powodu, by Polacy mieli iść do urn akurat 10 maja, skoro są obawy, że zagrożenie do tego czasu nie minie.

Jedyny kandydat

– Kampania prezydencka jest prowadzona de facto przez jedną osobę – prezydenta Andrzeja Dudę. Tak być nie może. Polki i Polacy nie mogą stać się ofiarami determinacji prezesa, aby za wszelką cenę wnieść do życia publicznego nie urny wyborcze, ale całkiem inne urny, aby prezes Jarosław Kaczyński mógł przeprowadzić wybory 10 maja, a które się nie powinny odbyć. W tej sprawie – w sposób ostry – będziemy się domagali jak najszybszych decyzji, aby Polki i Polacy czuli się po prostu bezpiecznie i nie byli narażeni na zarażenie koronawirusem – obiecał Biedroń w wystąpieniu pokazywanym na Facebooku.

Z kandydatem Lewicy w sprawie terminu głosowania zgadza się 73 proc. Polaków – to wynik sondażu w sprawie terminu wyborów, jaki w ubiegłym tygodniu zamówiła i opublikowała „Gazeta Wyborcza”.

Elektorat PiS pójdzie do urn

To samo badanie opinii publicznej pokazało, że jest jednak grupa wyborców, której epidemia niestraszna. Przynajmniej poważna część elektoratu prawicowego zamierza udać się do lokali wyborczych. Sondaż pokazał, że 10 maja Duda wygrałby, zgarniając ok. 2/3 głosów. 10 proc. wyborców poparłoby Małgorzatę Kidawę-Błońską. Inni kandydaci dostaliby jeszcze mniej, ok. 4-6 proc. wskazań.

Praktycznie nierealny stał się scenariusz rozważany niedawno na łamach mediów liberalnych: rezygnacja wszystkich opozycyjnych kandydatów, by elekcja stała się niekonstytucyjna. Do wyścigu prezydenckiego „dołączyli” ostatnio prawicowi politycy z trzeciego szeregu, m.in. Marek Jakubiak. Twierdzą, że udało im się zebrać wymagane 100 tys. podpisów. Nie po to się pojawili, by teraz zrezygnować.

Wiarygodność i poszkodowanie

Andrzej Duda jeździ po kraju mimo panującej epidemii, a nawet pandemii. Silne osobowości są odporne na każdy rodzaj wirusa, więc A.D. podróżuje, zakładając coraz to inne stroje.

Wraz z nim wędrują po Polsce ekipy Służby Ochrony Państwa, wyżsi i niżsi urzędnicy kancelarii prezydenta, dziennikarze… Oczywiście każda taka wizyta uruchamia różnego rodzaju i różnych wielkości ekipy po stronie gospodarzy… Można się spodziewać, iż wprowadzony 20 marca stan epidemii w całym kraju podróże te zintensyfikuje, bo przecież ktoś taki jak on potrzebny jest w każdym zakątku kraju, bo jeśli nawet sam bezpośrednio nie pomoże, to mądrze doradzi, wskazówek udzieli… albo zadzwoni do prezydenta Chin, którego jak podkreśla zna osobiście (a można znać kogoś nieosobiście?) i poprosi o pomoc. Na razie 7 milionów maseczek i 200 tysięcy testów z Chin wylądowało w Pradze. Ach ci Chińczycy, Pragi im się pomyliły?

W ramach podróży po kraju Andrzej Duda odwiedził zakład Orlen Oil produkujący płyn do spryskiwaczy. Polskę obiegły zdjęcia A.D. w białym kasku i żółtej kamizelce. Relacji towarzyszyła informacja, iż zakład (wskutek wizyty oczywiście) przestawił się na produkcję płynu do dezynfekcji rąk, który dostępny będzie na stacjach Orlen. Wizytator palcem wskazującym udzielał porad jak lać płyn do pojemników. Rządowa telewizja nie mogła wyjść z podziwu. Podziwu dla dobrego gospodarza, tego w kraju i tego w Orlenie.

Cztery dni później, w sobotę, jechałem z Warszawy na sądecką wieś by tu spędzić czas przymusowej izolacji. 400 kilometrów. Zatrzymywałem się na mijanych stacjach Orlenu, chcąc kupić obiecany mi i całemu narodowi płyn i wszędzie zamiast płynu wisiały karteczki, iż będzie on dostępny w późniejszym terminie. Gdy to piszę konstatuję, iż nie złości mnie tak jak powinien brak wiarygodności oficjalnych komunikatów o dostępności płynów dezynfekcyjnych. Przyzwyczaiłem się? Do braku wiarygodności władzy? Tej władzy? Niedobrze.

Podczas tej niespiesznej podróży widziałem, że jedyne otwarte punkty sprzedaży to w zasadzie stacje benzynowe i niewielkie sklepy spożywcze. Zamknięte gospody, restauracje, kawiarnie … niewiele było też aut na zwykle mocno zatłoczonej trasie. A poza tym nie funkcjonują przecież kina, teatry, filharmonie, odwoływane są festiwale, targi książki, nawet wesela, czyli wszystkie imprezy podczas których może dojść do większych zgromadzeń. Jednak poseł Jarosław nie widzi potrzeby rozważania przesunięcia terminu majowych wyborów. Powołuje się przy tym na konstytucję, tak tę którą tyle razy krytykował i łamał lub łamania nie dostrzegał lub łamiących usprawiedliwiał. Jednocześnie ubolewał, iż najbardziej poszkodowanym kandydatem jest …. Andrzej Duda. Nikt, powiada równocześnie poseł prezes, nie ma tak doskonałego kontaktu z ludźmi, nikt nie jest tak świetnym mówca jak obecny prezydent. Sądzę, że nagrania ze spotkania ze studentami w Rzeszowie („ja się cały czas czegoś uczę”) czy z konferencji w Davos („this is, eee this is, yyy and, and, very, very, eee”) są tego niezbitym dowodem.

Przypomniałem sobie, że w mojej młodości na lekcjach wf-u była zasada dawania forów słabszym uczniom. Mogli na przykład zaczynać bieg kilka sekund wcześniej, albo ileś metrów bliżej mety. Ale czy słabszy to określenie jednoznaczne z poszkodowany? Jeśli tak to może powinniśmy przyznać już teraz temu świetnemu mówcy ileś procent głosów „tak”, z góry, zanim rozpoczną się wybory? Skoro taki poszkodowany to trzeba mu to wynagrodzić… Bo na pewno nie można babci denerwować. Kto pamięta tę piosenkę Młynarskiego? Kto pamięta kim w zamyśle autora była babcia?
Prezes Jarosław, jednego dnia powołując się na prawo nie widzi podstaw do przesunięcia terminu wyborów, a dzień, dwa później nie zważając na prawo proponuje docierać do chorych wyborców z urną. Ja bym tę propozycję uściślił: z urną tylko do wyborców PiS. To pomoże poszkodowanemu kandydatowi.

Mój starszy syn wpadł jednak na lepszy pomysł. Otóż profetycznie, żartując oczywiście, napisał do mnie iż „Z uwagi na sytuację w kraju i dobro obywateli prezes podjął decyzję by wybory prezydenckie odbyły się … bez udziału wyborców.”

Póki co widzimy wszyscy, że „najbardziej poszkodowany kandydat” wykorzystuje każdą okazję by pokazać siebie i swoją ofiarność w walce z wirusem, by co kilka dni wygłaszać kolejne orędzia i komunikaty, które powinien przekazywać nam minister zdrowia, główny inspektor sanitarny lub rzecznik prasowy.

A co na to wszystko suweren, na którego tak chętnie powołują się ludzie z Nowogrodzkiej? Siedemdziesiąt procent pytanych opowiada się za przesunięciem wyborów z majowego terminu. Czyżby tym razem suweren nie miał racji?

Na koniec uwaga jednego ze znajomych, który zestawił dane dotyczące wirusa w Polsce i w Republice Czeskiej. Ilość wykonanych testów w przybliżeniu jest taka sama (ponad 17 tys.) ale pamiętać trzeba o znaczącej różnicy w liczbie ludności (Polska 38 mln., Czechy 10,6 mln.). Ilość osób zainfekowanych w Czechach jest dwukrotnie większa niż w Polsce (blisko 1200), ilość zgonów w Czechach – 1 (słownie jeden).

Przełożyć wybory!

Prezentujemy stanowisko Porozumienia Socjalistów dotyczące sytuacji społecznej w Polsce w związku z wyborami prezydenckimi w maju 2020 oraz ogłoszoną pandemią koronawirusa.

Porozumienie Socjalistów z niepokojem obserwuje rozwój sytuacji społecznej w Polsce. Uważamy, że w wyniku trwającej walki politycznej, związanej m.in. z przygotowaniami do wyborów prezydenckich w maju 2020 roku dochodzi do przekroczenia zasad zaufania publicznego.
Ugrupowania rządzące nadużywają swojej uprzywilejowanej pozycji i próbują wykorzystać zagrożenia rodzące się na fali emocji i niepokojów związanych z koronawirusem, do zdobycia przewagi w wyścigu wyborczym.

Działania takie są sprzeczne z ordynacją wyborczą i stoją w kolizji z podstawowymi normami państwa prawa. Powodują nieuzasadnione wsparcie urzędującego prezydenta. Stawiają innych kandydatów popieranych przez ugrupowania opozycyjne w niekorzystnej sytuacji, co przeczy konstytucyjnym zasadom równości i demokracji.
Porozumienie Socjalistów stoi na stanowisku, że wybory prezydenckie zaplanowane na miesiąc maj 2020 roku należy przełożyć do czasu uporania się ze skutkami zdrowotnymi, społecznymi i gospodarczymi, jakie rodzą się pod wpływem zagrożeń wynikających z ogłoszonej pandemii.
Organizacja w tych warunkach jakichkolwiek wyborów, wymagających dopełnienia zapisów Konstytucji, nie jest możliwa.

Dlaczego Dudę chce zastąpić 40 Polaków, a Bońka tylko jeden?

Polska to dziwny kraj i dziwi w nim wiele rzeczy. Na przykład to, że o posadę prezydenta, wartą obecnie 20 138 złotych brutto miesięcznie, ubiega się aż 40 kandydatów, bo tyle komitetów wyborczych do 16 marca zarejestrowało się w Państwowej Komisji Wyborczej, natomiast do zdobycia co najmniej czterokrotnie lepiej płatnej posady prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej jak na razie jest tylko jeden chętny.

W hierarchii społecznej urząd prezydenta rzecz jasna stoi wiele szczebli wyżej od posady prezesa związku sportowego, nieporównana jest też skala ich realnej władzy. Ale w najmniejszym stopniu nie przekłada się to na oficjalne zarobki. Pod tym względem głowa naszego państwa jest mocno ograniczona ustawowymi regulacjami.
Ile zarabia prezydent RP?
Pensję prezydenta Polski można wyliczyć na podstawie ustawy z dnia 31 lipca 1981 roku o wynagrodzeniu osób zajmujących kierownicze stanowiska państwowe (Dz.U. 1981 nr 20 poz. 101). W art. 2a. pkt 1. tego dokumentu czytamy, że „wynagrodzenie Prezydenta Polski składa się z wynagrodzenia zasadniczego odpowiadającego siedmiokrotności kwoty bazowej oraz dodatku funkcyjnego odpowiadającego trzykrotności kwoty bazowej, której wysokość ustaloną według odrębnych zasad określa ustawa budżetowa”. Co prawda wysokość pensji prezydenta RP zmienia się co roku, ale nie są to duże wahania – zależą one m.in. od wskaźnika inflacji. Poza tym wysokość zarobków prezydenta ustala Sejm w trakcie głosowania nad ustawą budżetową. Obecny lokator Pałacu Prezydenckiego, Andrzej Duda, oficjalnie zarabia miesięcznie 20 138 złotych brutto, czyli niewiele ponad 14 tys. złotych netto.
Rzecz jasna trzeba do tego doliczyć jeszcze kilka „drobiazgów” finansowanych z budżetu państwa: prezydent RP ma do dyspozycji w Warszawie Pałac Prezydencki na Krakowskim Przedmieściu i apartamenty w Belwederze oraz prezydenckie wille w Wiśle, na Helu i w Ciechocinku. Nie musi się również martwić o bieżące życiowe sprawy, bo spora grupa dobrze opłacanych osób dba o jego wyżywienie, garderobę, także dla żony. Nie płaci też za transport, ma bowiem do dyspozycji limuzyny, samolot i helikopter. W sumie ubogo nie jest, ale po zakończeniu kadencji w portfelu zostaje mu tylko pensja. Rocznie jest tego mniej więcej 170 tysięcy złotych na rękę, jedna pięcioletnia kadencja to niewiele ponad 850 tysięcy złotych, a dwie pełne dają zarobek na poziomie 1,7 mln złotych, plus trzymiesięczna odprawa oraz dożywotnia „renta prezydencka” wynosząca obecnie ok. 6 tys. zł brutto, a do tego 12 tys. złotych miesięcznie na utrzymanie biura i do dyspozycji limuzyna SOP z ochroną. A zatem jest się o co bić, co tłumaczy tak liczną grupę chętnych do wyborczej rywalizacji.
Ile zarabia prezes PZPN?
Prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej aż tak dobrze nie ma, co nie znaczy, że ma gorzej. W porównaniu z prezydentem RP nie dysponuje na wyłączność samolotem i helikopterem, nie ma wystawnej siedziby ani kilku willi do dyspozycji, nie chronią go też zastępy uzbrojonych ochroniarzy. Ale poza tym niczego mu nie brakuje.
Co ciekawe, chociaż PZPN jest stowarzyszeniem, w kwestiach finansowych jest transparentne jedynie w ogólnym wymiarze, gdy publikuje w materiałach na zjazdy sprawozdawcze i wyborcze składowe swojego oficjalnego budżetu. W kwestiach płacowych wszystko w tej organizacji jest tajne łamane przez poufne, co wprowadził i żelazną ręką od ośmiu lat egzekwuje jej wszechwładny szef, Zbigniew Boniek. Dlatego oprócz niego oraz być może głównej księgowej, nikt więcej nie wie, ile obecny prezes naszego piłkarskiego związku zarabia.
Możemy więc w tej kwestii jedynie spekulować na bazie trzech punktów odniesienia. Pierwszy, to pensja sekretarza generalnego PZPN Macieja Sawickiego, której wysokość osiem lat temu jakimś cudem wyciekła do mediów. Dzisiaj pewnie jest wyższa, ale wtedy bylo to 30 tysięcy złotych brutto. Poprzednik Bońka na fotelu prezesa, Grzegorz Lato, nie potrafił ukryć swoich zarobków, więc wiemy, że pod koniec swojej kadencji zarabiał brutto 50 tys. złotych miesięcznie.
Boniek przejmując jego stołek pół żartem, pół serio stwierdził, że jest trzy razy lepszym prezesem niż Lato, zatem powinien też zarabiać trzy razy więcej. Dla jasności, dla PZPN posiadającego na koncie regularnie grubo ponad 220 mln złotych, te 150 tys. złotych dla szefa nie byłoby problemem. Sęk w tym, że mniej więcej tyle to zarabiają selekcjonerzy reprezentacji (mówimy tu o czystej gaży, bez premii za sukcesy), a jak świat światem, nigdy prezes zarządu związku nie kasował więcej od trenera kadry.
Dlatego stawiamy, że oficjalnie szef naszej futbolowej centrali pobiera wynagrodzenie na poziomie mniej więcej 80 tys. złotych miesięcznie, a do tego związek pokrywa mu koszty wynajmu apartamentu w Warszawie, utrzymania, transportu, także lotów do Rzymu, gdzie na co dzień mieszka, służbowych kart kredytowych, telefonu i co tam jeszcze można. Takie koszty można wyśrubować na dowolną wysokość, ale zakładamy, że sternicy polskiego futbolu przestrzegają nie tylko przepisy, ale też zachowują jakiś umiar.
Zarobki na poziomie piłkarzy
Nie jest jednak łatwo samemu się ograniczać, jeśli wysokość pensji uchwala jedynie zarząd związku. A wiadomo, że od ośmiu lat PZPN ma kolektywny zarząd jedynie w statutowym zapisie, bo de facto związkiem jednoosobowo rządzi prezes, który jak wieść niesie, skupił w swoim ręku wszystkie najważniejsze narzędzia sprawowania władzy i z dużą sprawnością się nimi posługuje. Nie musi, jak prezydent RP, liczyć się ze zdaniem prezesa, bo przecież sam jest prezesem. A skoro tak, to byłby frajerem, gdyby nie podyktował kilkunastu całkowicie zależnym od jego woli członkom zarządu, jakich potrzebuje środków finansowych do godnego sprawowania swojej władzy. Zważywszy na jakiej stopie żyje zakładamy, że generowane przez niego koszty to kwota co najmniej tej samej wielkości co wynagrodzenie, a zatem per saldo pan prezes jakoś do tych 150 tysięcy złotych mógł dobić. I to jak najbardziej legalnie oraz bez działania na szkodę spółki. Wszystkie finansowe sprawozdania publikowane przez PZPN jasno przecież pokazuj, że pod rządami byłego piłkarza Widzewa, Juvetusu i AS Roma nasz piłkarski związek wręcz rzyga forsą i stać go na płacenie swojemu szefowi ile tylko zechce.
Można nawet zaoszczędzić
Zbigniew Boniek w tym roku zakończy drugą czteroletnią kadencję. Przez osiem lat lekko licząc był w stanie legalnie zarobić (co nie znaczy, że zarobił, bo przecież tylko spekulujemy z braku oficjalnych danych) mniej więcej 8,5 mln złotych, czyli ponad pięciokrotnie więcej niż prezydent RP. Dlatego aż dziw bierze, że chęć przejęcia sterów w PZPN jak na razie zgłosił jedynie Marek Koźmiński, aktualnie wiceprezes ds. szkoleniowych, ponoć biznesmen w branży nieruchomości, ale zapewne także nie harujący w piłkarskim związku społecznie, jak to drzewiej bywało (zgodnie z korporacyjną logiką, jego zarobki muszą być wyższe niż sekretarza generalnego, ale niższe niż szefa, szacujemy zatem je na mniej więcej 50-60 tys. złotych brutto miesięcznie plus bonusy typu komórka, karta kredytowa, darmowe podróże itp. Koźmiński już zapowiedział, że będzie kontynuował dzieło Bońka, którego rzecz jasna widzi we władzach nowego zarządu, na stanowisku… wiceprezesa. Jeśli swój plan zrealizują, Koźmiński i Boniek zamienią się tylko miejscami, a w kwestiach finansów zrobią, co zechcą, bo przecież nikt w związku nie odważy się zaoponować.
Naprawdę, aż trudno pojąć, jakim cudem takie możliwości, taka absolutna władza, nie przyciągnęły jeszcze tłumu chętnych. Zwłaszcza, że aby zdobyć posadę prezesa PZPN, nie trzeba miesiącami jeździć po Polsce na spotkania z wyborcami i mamić ich obietnicami. Szefa piłkarskiego związku wybiera walne zgromadzenie delegatów składające się ze 118 osób. Prezesem może zostać każdy z obecnych na zjeździe delegatów, musi jednak przedstawić na piśmie zgłoszenie potwierdzone deklaracjami poparcia co najmniej 15 członków PZPN. Do zdobycia tej intratnej posady wystarczy uzyskanie poparcia 60 elektorów. Patrząc z boku wydaje się, że to łatwizna, ale ten jeden kandydat na scenie daje wiele do myślenia. I wiele wyjaśnia…

Prezydent zagrożony koronawirusem?

Zarażeni koronawirusem: minister Michał Woś oraz szczeciński radny PiS Dariusz Matecki mieli styczność z prezydentem Andrzejem Dudą. Możliwe, że już wtedy byli nosicielami.

Wszyscy, którzy w ciągu ostatnich 14 dni mieli kontakt z osobami zakażonymi (lub potencjalnie zakażonymi) koronawirusem, zostali objęci kwarantanną domową – to zalecenia Światowej Organizacji Zdrowia oraz polskiego Ministerstwa Zdrowia.

5 marca w Pałacu Prezydenckim miało miejsce zaprzysiężenie nowego ministra środowiska. 29-letni Michał Woś odebrał nominację z rąk prezydenta Andrzeja Dudy. Wśród obecnych na uroczystości były również Dariusz Matecki, radny PiS ze Szczecina, doradca polityków Solidarnej Polski oraz administrator fejsbukowego profilu Ministerstwa Sprawiedliwości.

W poniedziałek minister Woś poinformował, że badanie na obecność koronawirusa dało wynik pozytywny. W związku z tym rzecznik rządu Michał Dworczyk wydał oświadczenie o objęciu kwarantanną domową 15 członków rządu.

Rząd pracuje zdalnie

–To jest kwarantanna domowa, każdy z członków rządu pracuje na razie zdalnie. Rada Ministrów normalnie funkcjonuje, możemy podejmować decyzje w trybie obiegowym, ciągłość funkcjonowania jest zachowana – powiedział na antenie TVN24. – Przechodzimy w miarę możliwości na tryb pracy zdalnej, tak spotyka się np. sztab kryzysowy, ale nie wszystkie spotkania można odbyć w takim trybie – dodał.

Zarażony koronawirusem jest również Matecki. Wczoraj najpierw poinformował, że przebywa w szczecińskim szpitalu na Arkońskiej. Kilka godzin później okazało się, że wyniki testu na obecność koronawirusa są pozytywne. – Mam gorączkę, kaszel, ale ogólnie jest dobrze. Proszę o modlitwę i o pozostanie w domach – powiedział w rozmowie z TVP Info. Matecki w przeszłości organizował w Szczecinie „happening”, który polegał na paradowaniu w stroju epidemiologicznym i głoszeniu hasła „dezynfekcji” miasta z LGBT.

Matecki twierdzi, że zaraził się od Wosia. Woś uważa, że źródłem zarażenia był pracowników Lasów Państwowych, z którym odbył spotkanie kilka dni temu. Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych zwraca jednak uwagę, że minister może mijać się z prawdą, aby chronić prezydenta podczas kampanii wyborczej przed kwarantanną.

„Michał Woś, by chronić głowę państwa przed kwarantanną oskarżył o zarażenie leśników, z którymi się spotykał. Jednak równie dobrze mógł się zarazić wcześniej od Mateckiego i to on mógł zarazić leśników” – czytany na stronie OMZRiK.

Od 5 do 16 marca minęło 11 dni. Zgodnie z obowiązującymi wytycznymi prezydent Duda powinien więc poddać się kwarantannie.

Ten pożyteczny wirus

Trzeba przyznać, że nasza rządząca aktualnie partia ma dobre dojścia do Opatrzności. Jak tylko coś zaczęło zgrzytać w mechanizmie władzy, na spotkaniach wyborczych pana prezydenta zaczęli się pojawiać mniej zadowoleni obywatele, partia i rząd zaczęły się uginać pod ciężarem błędów i wypaczeń z prezesem Banasiem na czele – 0patrzność pospieszyła z pomocą.

Bez fanfar, dyskretnie, przekroczył nasze granice mikrob podobno chińskiego pochodzenia, o wdzięcznej nazwie „koronawirus”. Środki masowego przekazu wspierane przez polityków zrobiły mu wstępną reklamę godną najbardziej wymagającego celebryty. Nic dziwnego. Wirus jest wyjątkowo ruchliwy, łatwo przeskakuje na nowe ofiary. Jest czymś nowym, można winić za jego pojawienie zwierzęta, kosmitów albo – jak zwykle – jednego byłego premiera.

Wsparcie obozu władzy

Ugryzione ofiary korzystające z udogodnień cywilizacyjnych, drogą lotniczą, lądową i morską przeniosły go do niemal wszystkich krajów świata. Wszędzie stosunkowo łatwo zapuszczał korzenie, korzystając z tego, że konkurencyjne wirusy grypy zbierają wprawdzie nadal śmiertelne żniwa, ale marketingowo już się przejadły. Trochę ludzi się szczepi i jest wiele leków osłabiających przebieg choroby. Nowy wirus ma szanse ożywić naukowe laboratoria i przemysł farmaceutyczny, stworzyć i dłużej utrzymać atmosferę zagrożenia. A wiadomo, że w takiej atmosferze łatwiej steruje się „ciemnym ludem” drugiego sortu i wywołuje odruchy zachwytu i wdzięczności.

Łatwość zarażeń nowym wirusem, zagrożenie epidemią i ogłoszenie pandemii, spowodowały, że rządy większości krajów wsparły służby medyczne, zaczęły wprowadzać ograniczenia zgromadzeń i kontrole sanitarne na granicach. W mediach – zwłaszcza elektronicznych – zaczęły królować informacje o liczbie i stanie zdrowia zarażonych obywateli, oraz o organizacyjnych sukcesach w ograniczaniu rozszerzania „zarazy”. Ataki na rząd zanikły, kampanie wyborcze kandydatów na prezydenta osłabły i zaczęły ginąć w natłoku informacji medyczno – organizacyjnych. Pewne, krótkotrwałe ożywienie na polskiej scenie politycznej, spowodowała tylko iluzoryczna zmiana kierownictwa państwowej telewizji.
Trzeba przyznać, że nasz rząd, niesiony na ramionach siłacza (intelektualnego!) z Nowogrodzkiej, umiejętnie wykorzystał antywirusowe zamieszanie i związane z nim społeczne nastroje. Nagle złagodniał, zaczął współpracować z opozycją, przepchnął przez sejm, senat i prezydenta specjalną ustawę antywirusową dającą mu nadzwyczajne uprawnienia. Doprowadził też do tego, że prezydent podpisał kontrowersyjną ustawę, zapewniającą dofinansowanie państwowej telewizji i radia drobną kwotą 2 mld złotych mimo, że w drodze nieskomplikowanych operacji budżetowych można było ją przeznaczyć na poprawę działania służby zdrowia, w ciągle zaniedbanej sferze onkologii.

Koń prezydenta

Mimo nie do końca udanego ataku prezydenta na szefa TVP, to właśnie pan prezydent jest – przynajmniej do czasu, kiedy to piszę – największym beneficjentem pojawienia się wirusa. Jeździ na nim jak na białym koniu, odwiedza duże i małe miasta i wioski, daje do zrozumienia, że ma decydujący udział w realizacji strategii jego osłabiania.

Jest jedynym kandydatem na prezydenta, który może spokojnie prowadzić kampanię wyborczą, występując jako urzędujący prezydent. To jest lege artis i nikt nie może mieć o to pretensji. Sztab pana prezydenta nie może tylko – jak wszyscy – organizować zbyt licznych manifestacji poparcia, bo zakazano takich zgromadzeń, jako niebezpiecznych wylęgarni wirusa, przeskakującego w tłumie na nowe ofiary.

Innym kandydatom pozostało niewiele możliwości promocyjnych. Właściwie tylko kameralne zebrania i coraz rzadsze i krótsze wizyty w stacjach telewizyjnych, poświęcających większość czasu antenowego opowiadaniom o sukcesach wirusa.

Szczerze mówiąc nie wiem, jak ta istotna różnica możliwości promowania kandydatów na prezydenta, zostanie rozwiązana. W obecnych warunkach nie można twierdzić, że kandydaci mają równe możliwości „uwodzenia” elektoratu. Logicznym byłoby przeniesienie terminu wyborów na jesień 2020 roku.

Pomijając jednak komplikacje formalne, przeniesienie nie będzie korzystne dla obozu władzy. Obecny prezydent może stracić przewagę wywalczoną z pomocą wirusowej atmosfery. I to bez względu na to, jak suweren oceniać będzie obecne i przyszłe reakcje partii i rządu na komplikacje codziennego życia i problemy gospodarcze, spowodowane przez koronawirusa jest w opinii publicznej umiarkowanie pozytywna.

Wprawdzie – jak zwykle – sprawność działania administracji i służby zdrowia bardziej optymistycznie wygląda w ocenie władzy, niż w rzeczywistości. Trudno jednak zaprzeczyć, że państwo zadziałało dość sprawnie.

W każdym razie sprawniej, niż się spodziewano.

Za kilka miesięcy, jak koronawirus sam zrezygnuje, albo zwalczą go wypracowane w laboratoriach nowe leki i szczepionki, przyjdzie czas na podsumowanie tego incydentu w historii światowej i polskiej ochrony zdrowia. Jestem niemal pewien, że bilans, nawet przy uwzględnieniu śmiertelnych strat, będzie pozytywny. W Polsce obóz władzy zyska dodatkowe wsparcie w wyborach prezydenckich i w ogólnej ocenie jego działania „w warunkach kryzysu”. Z tego punktu widzenia koronawirus okaże się przyjaznym, dobrym wirusem, cichym zwolennikiem dobrych zmian.

To odwrócenie nastawienia może nastąpić szybciej, niż oczekujemy. Docierają, bowiem do nas wieści, że Chińczycy – jak zwykle – „trzymają się mocno”. Oni wypuścili wirusa i oni mogą go zatrzymać.

Nie byłbym Polakiem, gdybym nie zapytał: a może, w dowód wdzięczności, jakiś skromny pomniczek koronawirusa? Najlepiej w ogrodzie Saskim.

Dudzie spadnie? Przełożą wybory

– Dużo większa część niż wcześniej myśleliśmy, kampanii wyborczej będzie wirtualna, co jest poważną zmianą tego, co zaplanowały sztaby – mówi prof. Marek Migalski, politolog z Uniwersytetu Śląskiego, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

Justyna Koć: Mamy kampanię wyborczą w czasach zarazy. Co to oznacza?

Marek Migalski: to rzeczywiście unikalna sytuacja. Jestem w stanie zaryzykować nawet stwierdzenie, że to będzie pierwsza wirtualna kampania XXI wieku. Z taką sytuacją nie mieliśmy nigdy do czynienia, były np. powodzie na części terytorium w 1997 roku czy lokalne zawirowania, ale nie mieliśmy nigdy do czynienia z sytuacją, że kraj przestaje normalnie funkcjonować, a jednocześnie toczy się kampania wyborcza. To także unikalne zdarzenie w skali świata.

Prezydent Duda jest na lepszej pozycji? Nie mówię tylko o 2 mld na media, ale też o możliwości wygłoszenia orędzia.

Ten scenariusz by się sprawdził, gdyby rzeczywiście w ciągu dwóch miesięcy ludzie by widzieli, że wszystko działa sprawnie i nic im nie grozi. Tyle tylko, że wiemy, że tak nie będzie.

W najbliższych sondażach zaobserwujemy gromadzenie się ludzi wokół władzy, niczym oddanie się we władanie rządzących ze szczególnym uwzględnieniem Andrzeja Dudy. Tylko że w dłuższym terminie efekt będzie odwrotny. Nie trzeba być wirusologiem, aby wiedzieć, że jesteśmy na początku epidemii. To oznacza, że w najbliższych dniach, po tym jak zostaną zamknięte szkoły, uczelnie, kina, muzea i teatry, liczba chorych gwałtownie będzie wzrastać.

To znaczy, że w świadomości ludzi utrwali się obraz władzy nieskutecznej. Skoro zamknęła państwo na klucz i zachęca, aby zostawać w domach, a mimo tego liczba zachorowań wzrasta i nie daj bóg pojawią się pierwsze zgony, to będzie to dowód na to, że Andrzej Fuda, obóz rządzący, premier Morawiecki przedsięwzięli działania, które nie zapobiegły epidemii.
Po drugie, to zacznie też być uciążliwie. Na razie wszyscy będą traktować to jako coś nowego i ciekawego, ale za 2-3 tygodnie miliony rodzin będą musiały dalej kombinować, z kim zostawić dzieci w domach, nie będzie można pójść do kina, na basen, być może sklepy będą zamykane, zacznie się jeszcze większa panika i to zacznie działać przeciw obozowi władzy.
Po trzecie, poprzez przeniesienie kampanii wyborczej do internetu i mediów społecznościowych przewaga dużych, bogatych graczy, czyli Kidawy-Błońskiej i Dudy, będzie się spłaszczać, bo tylko oni mieli możliwość organizowania dużych eventów “na bogato”. Teraz szanse się wyrównują, a pieniądze inwestowane w internecie nie od razu przekładają się na głosy. Tam liczy się pomysł, zaskoczenie, viralność, zaangażowanie zwolenników i jeśli mam rację, to jest to duża szansa dla Bosaka, którego zwolennicy są raczej młodsi, aby zmniejszyć dystans do Dudy na prawej stronie.
Zwiększa się również szansa po stronie opozycyjnej na zmniejszenie dystansu między Hołownią i Biedroniem a Kidawą-Błońską. To od pomysłowości sztabów i tego, jak szybko przełożą swoje myślenie z kampanii tradycyjnej na internetową, będzie wiele zależało.

Czy zmiana terminu wyborów to realny scenariusz?

W marcu Andrzej Duda zaliczy zwyżkę w sondażach, ale jeśli w kwietniu sondaże spadną, to sądzę, że władza może zagrać w odsunięcie wyborów, gdyby okazało się, że Duda ma większe prawdopodobieństwo na przegraną. Nie mam wątpliwości, że nie zawahają się użyć wszelkich sposobów, aby nie przegrać wyborów.

Wybory nigdy jeszcze nie odbywały się w takich warunkach, co oznacza, że są nieprzewidywalne, to z kolei oznacza, że jeden gest, jedna wypowiedź, działanie może poważnie wywrócić dotychczasową dynamikę kampanii wyborczej.

Opozycja poparła specustawę, ale jednocześnie Małgorzata Kidawa-Błońska wprost krytykuje rządzących i oskarża, że ich działania są spóźnione, że nie zabezpieczyli nas przed epidemią póki był na to czas. To dobry pomysł?

Najlepszy z możliwych. Z jednej strony są deklaracje współpracy i to jest oczywiste. Gdyby opozycja nagle stanęła i zapowiedziała, że nie współpracuje z rządem, to byłby to gwóźdź do ich trumny. Z drugiej strony punktuje rząd, ale jeśli jest tak, że wykrytych mamy niecałe 30 przypadków, a w podobnej liczbowo Hiszpanii jest 1700, to oznacza, że zarażeni są jeszcze niewykryci. Jeżeli w krajach zachodnich przebadano dziesiątki tysięcy ludzi, a u nas 2000, to musi oznaczać, że wielu jeszcze nie wykryto, a jeśli tak jest, to znaczy, że te osoby dalej zarażają następne. To z kolei oznacza, że w najbliższych dniach dojdzie do gwałtownego wzrostu zarażonych, co pokaże, że rząd pewne rzeczy zaniedbał.

Rolą opozycji jest oczywiście współpraca z rządem w kryzysowych sytuacjach, ale jednocześnie punktowanie i rozliczanie rządu z tego, na ile działania podjęte przez władzę zmniejszyły lub nie liczbę zachorowań.

Pewne jest, że czeka nas test, jak funkcjonuje nasze państwo. Czy to będzie scenariusz włoski czy niemiecki?

Gdybym miał przed epidemią powiedzieć, które państwo bardziej przypomina Polskę w sposobie i mentalności rządzących, mentalności ludzi, sprawności instytucji, to oczywiście powiedziałbym, że to są raczej Włochy, niż bardzo dobrze zorganizowane i zdyscyplinowane Niemcy. To zły prognostyk.

Konflikt prezydent-prezes TVP z 2 mld w tle to dowód na to, że Jarosław Kaczyński coraz mniej panuje nad walkami buldogów pod dywanem?

Uważam, że wręcz odwrotnie. Duda postawił żądanie, Kaczyński musiał się na to zgodzić, bo zależało mu na tej ustawie – zresztą uważam, że Kaczyński błędnie założył, że telewizja Jacka Kurskiego była narzędziem do wygrania wyborów.

Bardzo szybko okazało się, że wiele musiało się zmienić, żeby wszystko zostało po staremu. Jacka Kurskiego, dzień po tym, jak przestał być prezesem, zobaczyliśmy uśmiechniętego w roli doradcy zarządu TVP, a Marzena Paczuska, która była człowiekiem dudy w zarządzie, została zawieszona. Tę wojenkę z Kaczyńskim Duda ewidentnie przegrał, a to oznacza, że Kaczyński nie stracił panowania nad swoimi buldogami, tylko musiał na chwilę się wycofać, żeby potem ośmieszyć tych, którzy stanęli mu na drodze.

Dla mnie wnioskiem najważniejszym z tego starcia jest to, że potwierdzają się moje opinie sprzed roku, kiedy twierdziłem, że Jarosław Kaczyński nie chce dudy na prezydenta, ponieważ uważa go za zbyt samodzielnego. Moim błędem było to, że uważałem, że go nie wystawi. Dzisiaj Kaczyński przyjął koncepcję sprytniejszą – wystawił Dudę, ale robi wiele, aby nie wygrał. Ten konflikt, który się zarysował, jest konfliktem absolutnie realnym, a emocje między politykami są szczerze bardzo złe. Duda Kaczyńskiego nienawidzi, Kaczyński Dudą gardzi.

Nawet jeśli Andrzej Duda zostanie wybrany, to relacje między politykami będą bardzo kiepskie, a ponieważ Duda nie będzie mógł być tak szantażowany przez PiS, jak przez ostatnie 5 lat, to możemy oczekiwać, że wojna wybuchnie na nowo. Wtedy teza, że Kaczyński stracił panowanie nad buldogami, będzie prawdziwa. Zresztą jak Duda przegra, to wojna też zostanie wywołana, tylko oczywiście nie przez niego.

Psy się gryzą pod pałacem

Kiedy patrzę na to, jak poczynają sobie prezes z prezydentem w sprawie rządowej telewizji, przypomina mi się…mój wujek ze Szklarskiej i jego dwa psy-stary i młody. Rzecz działa się 20 lat temu w Białej Dolinie, u podnóża Wielkiego Kamienia w Szklarskiej Porębie. A było to tak…

Wujek mój był już wtedy stary, ale całkiem zażywny i fizycznie sprawny. W lato, ja wraz z kolegami, przyjeżdżaliśmy do niego i rozbijaliśmy obóz tam, gdzie zwykle pasły się krowy. W 1945 r. wujek dostał bowiem od Rosjan chałupę z dobytkiem zaraz po tym, jak zeskoczył razem z nimi z czołgu, za pomocą którego chwilę wcześniej Armia Czerwona zajęła miasteczko. W chałupie byli jeszcze Niemcy, a w parniku gorące kartofle dla trzody. Trzoda i bydło rogate też jeszcze było, ale krótko, podobnie jak Niemcy. Tych Ruscy wypędzili a bydło zabrali. Wujasowi ostał się dom z pełnym wyposażeniem, w którym żył do śmierci.

Gdy 60 lat po wojnie siedzieliśmy na polanie obok wujasowej chałupy i piliśmy piwo albo wódkę z kolegami, wujek przychodził do nas, niby to przypadkiem z inspekcją, ale dobrze wiedzieliśmy, że wpadał żeby się z nami napić, kiedy akuratnie ciotka nie widziała. Pewnego razu siedział ze mną i jeszcze jednym kumplem, jak co wieczór. Polaliśmy wódkę do blaszanych kubków. Trwaliśmy tak w stuporze bez słowa i patrzyliśmy, jak na podwórku wujasa gryzą się psy: duży-podrabiany rottweiler, młody i łagodny, ale groźnie wyglądający, i stary-łańcuchowy burek, który gryzł wszystko i wszystkich. Rottweiler górował nad burkiem rozmiarami ale burek nadrabiał walecznością. Nie było dnia, żeby psy się nie gryzły. I, o dziwo, nigdy żadnemu nic się nie stało. Taka psia rozrywka na prowincji. Gdy tak siedzieliśmy i patrzyliśmy na to, pożal się Boże, tanie widowisko, wujas śmiał się pod nosem, kręcił z niedowierzaniem głową i mówił sam do siebie z uznaniem: „Ale się napierd….ją!”. Kiedy dziś sobie o tym przypominam, zawsze śmieję się, tak jak on, sam do siebie. W końcu to u nas rodzinne.

Prezydent Andrzej Duda popadł w konflikt z prezesem Jarosławem Kaczyńskim. Przedmiotem, lub raczej-podmiotem-konfliktu, jest prezes TVP Jacek Kurski. Prezydent zażądał ponoć dymisji prezesa TVP, na co prezes PiS miał, mówiąc delikatnie, wściec się jak szlag, i zagrozić wycofanie poparcia partii dla prezydenta. Wiarygodne to moim zdaniem tak samo, jak to, że Andrzej Duda poprze oficjalnie związki partnerskie, ale rzecz przedostała się do opinii publicznej i zaczęła się dyskusja: o co w tym wszystkim chodzi. Jak nie wiadomo o co chodzi, to zawsze chodzi o to samo. Prezydentowi rzekomo nie podoba się, że został postawiony przed faktem, i za pomocą wyborczej pałki wymuszono na nim 2 miliardy dla TVP, a w kampanii podpis za 2 miliardy paradoksalnie może kosztować go dużo więcej. Jeśli spojrzeć na jego oburzenie na chłodno, to nie ma tu żadnej logiki w działaniu; prezydent kwituje Kurskiemu odbiór weksla, a Kurski robi mu w rządowej tiwi kampanię na pięć fajerek załatwiając reelekcję i wszyscy są zadowoleni.

Jednakowoż pan prezydent, czemu teraz, tego akurat nie wiem, chciał się pokazać jako ten, który nie jest tylko człowiekiem od długopisu, tylko prezydentem z własnym zdaniem. Może za bardzo zabolały go docinki Donalda Tuska o jego wątłej męskości albo chce przyszpanować przed dziewczynami, nie mam pojęcia. Wiem jednak, że coś się musiało zadziać, że Andrzej Duda pokazał różki, a Jarosław Kaczyński zapomniał już, jak to jest, kiedy młody koziołek tryka go w zad. No i zaczęła się naparzanka. Jak u mojego wujasa na podwórku w Szklarskiej: psy zaczęły się napierd…ć!
Podobnie jak wtedy, tak i dzisiaj, widok ów przyprawia mnie jeno o pusty śmiech. Przecież wszyscy wiemy, że na dobrą sprawę nic z tej naparzanki nie wyniknie. Nikt nie straci zębów. Będzie co najwyżej trochę zamieszania i atrakcji dla ciżby, takiej jak my, bo walka jest jedynie pozorowana, lub w najlepszym wypadku, razy są mierzone tak, żeby nie zadać bólu ani ran. Złośliwi powiadają, że wszystko ma być obliczone na to, że prezydent z ciężkim sercem ustawę podpisze, Kurskiego odwołają na czas kampanii, że niby ta kasa to nie dla niego, a kiedy będzie po wyborach, rozpisze się nowy konkurs i Jacek Kurski go wygra na powrót, bo niby kto, a wtedy ludzie już dawno zapomną, że coś takiego, jak walki psów pod pałacem miały w ogóle miejsce. Ja jednak będę pamiętał i będę o tym przypominał, bo to szalenie śmieszne widowisko, patrzeć na nich, jak się tak między sobą napierd….ą. Wielka szkoda, że akurat nie mam w rękach kubka z wódką.