Kryzys władzy autorytarnej?

Na kilka dni przed inauguracją nowej kadencji Sejmu i Senatu pojawiły się zaskakujące symptomy nadciągającego kryzysu polskiej wersji „nowego autorytaryzmu”.

Odtrąbione jako zwycięstwo „Prawa i Sprawiedliwości” październikowe wybory, choć przyniosły porażkę demokratycznej opozycji, okazują się bardziej początkiem końca niż fundamentem przyszłych sukcesów ustanowionej w 2015 roku władzy.
Pierwszym sygnałem niepokojącym z punktu widzenia rządzącej partii symptomem nadciągającego kryzysu jest fiasko intensywnie czynionych prób przeciągnięcia na jej stronę senatorów opozycyjnych. Pamiętamy, ze po zeszłorocznych wyborach samorządowych „Prawo i Sprawiedliwość” zdołało znacząco poprawić swoją pozycję w sejmikach wojewódzkich przeciągając na swoją stronę bezpartyjnych samorządowców, czy też kupując za stanowisko wicemarszałka jednego ze śląskich radnych. Teraz też tego próbowano, ale bez powodzenia. Jest to, rzecz prosta, konsekwencja wyższych standardów moralnych obecnych senatorów, ale w jakiejś mierze także tego, że stosunkowo słaby wynik uzyskany przez PiS zniechęca do wiązania się z tą formacją. Jaki bowiem sens miałoby wsiadanie do statku zmierzającego ku mieliźnie?
Drugim sygnałem kłopotów obozu rządzącego jest wybijanie się na względną niezależność sojuszników PiS: „Solidarnej Polski” a zwłaszcza „Porozumienia”. Wicepremier Gowin sygnalizuje, że jego posłowie nie poprą zmiany w ustawie znoszącej limit poboru składek ZUS od najlepiej zarabiających. Niezależnie od tego, czy zmiana ta byłaby słuszna weto zadeklarowane przez koalicjanta godzi w politykę budżetową rządu i musi być odczytane jako niebezpieczny sygnał na przyszłość.
Zwłaszcza, że w parze z tym idzie trzeci sygnał: dziwne manewry wokół osoby prezesa NIK. Okazuje się, że powołane do tego służby o podejrzanych operacjach finansowych byłego ministra finansów Banasia wiedziały już na początku tego roku. Czy celowo nie informowały o tym premiera? Jeśli nie był to po prostu przejaw skrajnej niekompetencji, nasuwa się przypuszczenie, że komuś zależało na tym, by Mateusz Morawiecki znalazł się w kłopotliwej i osłabiającej go sytuacji. A jeśli tak, to tym kimś musiał być wpływowy polityk obozu władzy.
Czwartym sygnałem jest ujawnienie zamiaru wybrania do Trybunału Konstytucyjnego dwójki szczególnie skompromitowanych byłych posłów Krystyny Pawłowicz i Stanisława Piotrowicza. Ktoś, kto wpadł na ten pomysł, musi wiedzieć, że stawia Andrzeja Dudę w bardzo niezręcznej sytuacji. Jeśli ta dwójka zostanie wybrana, prezydent stanie przed niewygodną alternatywą: przyjąć od nich ślubowanie czy przyjęcia odmówić. Nie będzie mógł się zasłonić tym, że Konstytucja nakłada na niego obowiązek przyjęcia ślubowania, gdyż sam stworzył groźny precedens odmawiając przyjęcia ślubowania od legalnie wybranych sędziów Trybunału Konstytucyjnego w 2015 roku. Jeśli zaś przyjmie ślubowanie od Pawłowicz i Piotrowicza, da wspaniały prezent opozycji, która będzie mogła wykorzystać to w kampanii prezydenckiej. I znów nasuwa się pytanie: czy jest to bezmyślność, czy świadome działanie na szkodę Andrzeja Dudy, który ma w obozie rządzącym nie tylko przyjaciół.
Są to sygnały nadciągających problemów wewnętrznych, które zaczynają osłabiać obóz rządzący. Towarzyszą im coraz poważniejsze prognozy ostrzegawcze mówiące o niedopinaniu się budżetu i wysoce prawdopodobnym pogorszeniu koniunktury gospodarczej. Dotychczasowa polityka gospodarczo-społeczna PiS opierała się na optymistycznym założeniu, że dobra koniunktura trwać będzie bardzo długo i że budżet państwa poradzi sobie z rozbuchanymi inicjatywami, nie tylko socjalnymi, ale także inwestycyjnymi, wśród których prym wiedzie księżycowy pomysł budowy wielkiego lotniska, które miałoby skutecznie rywalizować z Frankfurtem. To nieźle grało w czasie kampanii wyborczej, ale teraz zbliża się moment, gdy trzeba będzie stanąć twarzą w twarz z realiami ekonomicznymi. Te zaś nie podlegają woli wszechwładnego Prezesa.
Wszystko to oznacza, że polityka polska nie jest tak przewidywalna, jak można było sądzić w wieczór wyborczy.
Trzeba jednak pamiętać, że sytuacja polityczna zależy nie tylko od kondycji obozu rządzącego. Jak w nowej sytuacji będzie sobie radziła opozycja? Czy potrafi wykorzystać słabości obozu rządzącego i przeciwstawić im mądrą, atrakcyjną alternatywę? Jest to możliwe i wysoce prawdopodobne, ale tylko pod warunkiem, że przywódcy tej opozycji zrozumieją, dlaczego ponosili kolejne porażki i wyciągną z tego trafne wnioski. To nie jest sprawa partyjnego interesu opozycji. Tu idzie o interes Polski, o jej system demokratyczny, o jej godne i bezpieczne miejsce we wspólnocie państw demokratycznych.

10 fundamentalnych pytań do prof. Grzegorza Kołodki

W nowej serii pt. „10 pytań do…” Filip Lamański rozmawia z prof. Grzegorzem W. Kołodko, który opowiada m.in. o tym w którym kierunku zmierza nasz świat, jak powinny wyglądać relacje między Chinami i USA oraz czy ludzkość poradzi sobie z kryzysem klimatycznym?

Dokąd zmierza świat?

G.W.K. Hmm… Starałem się odpowiedzieć na to pytanie całą książką, 448 stron, zatytułowaną „Dokąd zmierza świat. Ekonomia polityczna przyszłości”, ale tak najkrócej to do epoki chaosu. Każda epoka jednakże mija, przejdzie zatem i ten okres zamętu, choć zajmie to wiele dziesięcioleci. Narastać będą napięcia, sytuacja będzie nieustannie konfliktogenna, ale wielkich otwartych konfliktów może udać się uniknąć. Nadzieja w tym, że piętrzące się przed ludzkością i współczesną cywilizacją problemy – łącznie z ich potężną piątką, czyli zmianami klimatycznymi, wyczerpywaniem się nieodnawialnych zasobów Ziemi, masowymi migracjami ludności, nierównościami warunków życia oraz konfliktami zbrojnymi – są rozwiązywalne. Rozwiązywalne wszak nie oznacza, że będę rozwiązane.

Czy narastające nacjonalizmy, o których pisze Pan w swoich książkach, mogą zatrzymać globalizację?

Nie. Narastające nacjonalizmy – tak te stare, jak w Indiach czy Rosji, jak i te nowe, skierowane przeciwko globalizacji – oraz populizm to złe odpowiedzi na neoliberalizm i niesprawiedliwą odsłonę globalizacji. Nie walczy się złem ze złem, jedną głupotą z inną. Nasza szansa na znośną, a może nawet dużo lepszą przyszłość musi polegać na globalizacji inkluzyjnej, sprawiedliwiej dzielącej efekty zintegrowanego rozwoju gospodarczego. O tym właśnie mówi Nowy Pragmatyzm. Nacjonalizmy i populizmy – i ten prawicowy, współcześnie silniejszy, i ten lewacki – dodatkowo komplikują funkcjonowanie światowej gospodarki i hamują proces globalizacji, ale ze względu na globalne łańcuchy dostaw, siłę transferów kapitałowych, umiędzynarodowienie produkcji i handlu, potęgę transnarodowych firm, a także ze względów kulturowych (podróże, wymiana kulturalna, kontakty międzyludzkie) globalizacji nie zatrzymają. W długim okresie jest to proces nieodwracalny. I dobrze, gdyż jego korzystne strony przeważają nad ułomnościami.

Czy Chiny będą w stanie przeciwstawić się w dłuższej perspektywie USA i czy czeka nas zmiana światowego hegemona?

I o tym napisałem książkę – o połowę krótszą, bo dokładnie 224 strony – pod prowokacyjnym tytułem „Czy Chiny zbawią świat?”. Otóż nie zbawią, ale odegrają niepomierną rolę w tym, by się nie wywrócił. Chiny nie zepchną też Stanów Zjednoczonych na drugi tor i nie staną się światowym hegemonem, ale nieuchronnie będą coraz potężniejsze. Świat jest pojemny i da się w nim pomieścić więcej niż jedną superpotegę. Rozpętanie przez USA wojny handlowej to brak rozsądku, a nakręcanie przezeń spirali zbrojeń i nowej zimnej wojny to szaleństwo. Chinom nie należy się antagonistycznie przeciwstawiać, ale trzeba z nimi po partnersku się układać; nie tylko w sprawach dwustronnych, lecz także globalnych, odnoszących się do mechanizmów pokojowego rozwoju całego świata.

Czy czeka nas po raz kolejny polaryzacja świata, jak to miało miejsce w czasie I Zimnej Wojny?

Niekoniecznie. Nieracjonalne zachowania obecnej administracji amerykańskiej miną wraz z prezydenturą Donalda Trumpa, Unia Europejska postępuje rozsądnie, Indie, Rosja i inni globalni gracze oraz regionalne potęgi, takie jak Pakistan, Turcja, Nigeria, Brazylia, Meksyk, nie są zainteresowane zimną wojną, bo bynajmniej nie sprzyja to ich gospodarczemu rozwojowi. Oczywiście, kluczowe są i będą stosunki chińsko-amerykańskie i dlatego z uwagą trzeba obserwować ich ewolucję, a nade wszystko sprzyjać łagodzeniu napięć i poszukiwaniu nowych sposobów sterowania współzależną, wewnętrznie sprzężoną w wyniku globalizacji gospodarką XXI wieku. Ogromne przy tym znaczenie ma ułożenie się wielostronnych stosunków chińsko-rosyjskich. Obecna zimna wojna (nazwałem ją kiedyś II zimną wojną, zob. „Nowy pragmatyzm z chińską charakterystyką”, ledwie się rozkręca, ale bynajmniej nie musi trwać podobnie długo, jak ta poprzednia (o której teraz już możemy mówić I zimna wojna).

Zmiany w europejskiej demografii mogą wymagać od nas „sprowadzenia” rąk do pracy z innych kontynentów. Czy jesteśmy skazani na imigrację?

Tak. Trwać będą wewnątrz europejskie wędrówki ludów (więcej rodaków do kraju wróci niż stąd wyjedzie), jak i zwłaszcza imigracja do Europy. To jedno z największych wyzwań, przed jakimi stoimy, zresztą nie tylko w naszej części świata. Nieuchronna jest zarówno większa tolerancja, otwarcie i wielokulturowość, jak i zasadniczo zwiększona pomoc rozwojowa (finansowa, edukacyjna, polityczna) dla krajów biedniejszych, uwikłanych w konflikty etniczne i zbrojne oraz dewastowanych przez zmiany klimatyczne.

Z drugiej strony rosnące koszty pracy w Europie i Azji mogą doprowadzić do „przeniesienia przemysłu” do krajów afrykańskich. Czy Afryka może być dla Zachodu tym, czym dotychczas były Chiny?

Nie. Ze względów klimatycznych i kulturowych. Tylko część produkcji tam trafi. Już to się dzieje w niektórych krajach – tak subsaharyjskich, jak Lesotho, Tanzania, Kenia czy Etiopia, jak i arabskich, jak Egipt, Tunezja, Algieria czy Maroko – podobnie jak przejmowanie niektórych sektorów wytwórczych i usługowych przez uboższe azjatyckie kraje (a więc i z tańszą siłą roboczą), jak Wietnam, Bangladesz, Pakistan czy Myanmar. Nie przesadzajmy z tym „przenoszeniem przemysłu”, gdyż występują tu znaczące ograniczenia, zwłaszcza w gałęziach bardziej nasyconych zaawansowaną technologią. One muszą być ulokowane w klastrach zasobnych w wykwalifikowaną siłę roboczą, z odpowiednią infrastrukturą i otoczeniem instytucjonalnym. Nie da się przenieść przemysłu elektronicznego z Shenzhen do Lagos, ale da się alokować fabrykę konfekcji z przedmieść Chengdu na peryferie Dar es Salam. Co zaś do Afryki, to powoli i tam autonomicznie rozwijać będą się rozmaite rodzaje przemysłów przetwórczych; już to się dzieje. Jednakże Afryka to nie będą „drugie Chiny”.

Czy ciągły wzrost gospodarczy ma szanse mieć miejsce w długiej perspektywie, mając na uwadze wyczerpujące się zasoby i coraz większa degradację Ziemi?

Bynajmniej. Trzeba odejść od ekonomii i polityki nieustannego wzrostu gospodarczego. Jak pokazuje to Nowy Pragmatyzm, jesteśmy już w poPKBowskiej rzeczywistości, co wymaga poPKBowskiej teorii ekonomii i opartej na niej poPKBowskiej polityki zintegrowanego, czyli potrójnie – ekonomicznie, ekologicznie i społecznie – zrównoważonego rozwoju. W przyszłości coraz większą uwagę trzeba będzie zwracać na imperatyw równowagi, relatywnie mniej natomiast przeć na szybki ilościowy wzrost produkcji. W skali świata wymaga to zróżnicowanego tempa wzrostu. Trzeba zachować dostateczną przestrzeń ekologiczną do szybkiego wzrostu gospodarczego narodów na dorobku, co zarazem wymaga kontrolowanego – i trwałego – jego spowolnienia w krajach, które już się dorobiły. W innym przypadku światowa gospodarka napotka nie tylko bariery surowcowe i ekologiczne, lecz także społeczne i polityczne. To droga do megakryzysu – czy też, jak to określiłem w „Wędrującym świecie”, Jeszcze Większego Kryzysu, JWK – który z dzisiejszej perspektywy jest jeszcze wciąż możliwy do uniknięcia. Nałożenie się na siebie eskalujących faz kryzysów ekonomicznego, demograficznego i klimatycznego to kataklizm.

Jak Pan widzi przyszłość UE i strefy euro? Czy ten projekt będzie dalej się rozwijał, czy może z czasem dojdzie do jego rozpadu? Czy Polska, Czechy, Węgry, Szwecja i Dania w końcu dołączą do strefy euro, czy będą twardo stać na straży niezależności walutowej i odkładać ten proces?

Z realistycznym optymizmem. Unia Europejska poszerzy się o kraje bałkańskie, z czasem może także o Norwegię i Islandię. Nie wejdzie w jej skład ani Turcja, ani Ukraina i z zupełnie innych przyczyn również Szwajcaria. Integracja europejska będzie pogłębiać się na wszystkich płaszczyznach – gospodarczej, kulturowej, społecznej i politycznej – ale będzie to wspólnota narodów, a nie unia w pełnym tego słowa znaczeniu. Mało będzie federacji, dużo koordynacji. Zgrzytać będzie nieustannie, od czasu do czasu przeżywać będziemy rozmaite kryzysy – bardzo poważne też – których rozumne przezwyciężanie będzie z czasem wzmacniać integrację. Unia Europejska, to wiodące w skali świata ugrupowanie zrzeszające ponad pół miliarda ludzi, będzie skutecznie konkurować zarówno ze Stanami Zjednoczonymi, jak i z Chinami, stanowiąc trzeci główny filar globalnego układu.
Oczywiście, w odróżnieniu od rozpadu USA, do którego dojść nie może, nie można wykluczyć rozpadu UE, ale jest to wariant na tyle mało prawdopodobny, że w scenariuszach na przyszłość można go spokojnie nie brać pod uwagę. Większe natomiast – choć wciąż bardzo znikome – jest prawdopodobieństwo rozkładu strefy wspólnej waluty euro. Uważam jednak, że nie tylko przetrwa ono okres obecnych trudności, ale wyjdzie z nich wzmocnione. Z czasem udział euro w zasobach światowych rezerw walutowych będzie rósł (skądinąd podobnie jak chińskiego juana, a w obu przypadkach kosztem amerykańskiego dolara). Przez czas jakiś jeszcze – warunkowany raz to politycznie, kiedy indziej ekonomicznie – niektóre kraje członkowskie UE będą pozostawały poza obszarem euro, ale w końcu doń przystąpią. Chorwacja już niedługo, nieco później Bułgaria, później kolejne kraje, w tym Polska w drugiej połowie dekady 2020. Sądzę, że też Dania – jedyny kraj (poza Wielką Brytanią opuszczającą Unię) na mocy traktatowej mogący pozostawać poza unią walutową – dołączy do tego grona. Za kilkanaście lat Unia Europejska może liczyć ponad 30 członków i wszystkie one będą miały w obiegu euro. Mogą, nie muszą.
W przypadku krajów małych i średnich nie ma lepszego sposobu na stawianie czoła wyzwaniom globalizacji – maksymalizacji płynących zeń korzyści i minimalizacji nieodzownie towarzyszących jej kosztów – jak regionalna integracja opierająca się na instytucjach społecznej gospodarki rynkowej.

Jakie rozwiązać te wszystkie problemy Wędrującego Świata, z którymi już musimy się mierzyć lub przyjdzie nam się mierzyć w niedalekiej przyszłości?

Jeden z rozdziałów „Wędrującego świata” zaczynam maksymą: „Dojść do idealnego świata nie sposób, ale iść trzeba.” Otóż wszystkich problemów rozwiązać się nie da, ale niejeden jak najbardziej. Sztuka polityki – także tej ponadnarodowej, a w przypadku wielkich tego świata wręcz globalnej – polega z jednej strony na wykorzystywaniu nadarzających się okazji, a z drugiej na unikaniu przeradzania się sytuacji konfliktowych w otwarte konflikty – od gospodarczych do zbrojnych. Największe wyzwanie, przed jakim stoi ludzkość w XXI wieku, to reinstytucjonalizacja globalizacji. Skoro ta jest nieodwracalna, to już wyłoniona współzależna gospodarka światowa wymaga odpowiedniego sterowania. Nie rządzenia czy kierowania, ale właśnie sterowania. Po angielsku powiedziałbym, że chodzi o global governance.
Rozpętana przez amerykańskiego prezydenta wojna handlowa i podsycanie nowej zimnej wojny to zaprzeczenie tego, na czym nam musi zależeć, jeśli naprawdę mamy na uwadze dobrą przyszłość całej cywilizcji. Gra powinna iść o global publico bono. Świat potrzebuje nowego ładu, a tymczasem nieudaczni politycy tu i tam serwują mu nowy chaos. Negocjacje, przeformułowanie ponadnarodowych reguł gry i ich przestrzeganie, tworzenie przyczółków globalnej spójności społecznej, ratowanie liberalnej demokracji przed kryzysem, który sama sobie zafundowała flirtowaniem z cynicznym neoliberalizmem, oraz zdroworozsądkowe ograniczanie nacjonalizmów i populizmów – to droga na przyszłość. Na gruncie ekonomicznym trzeba opierać się na Nowym Pragmatyzmie. On też świata nie zbawi, ale trochę pomóc mu może.

Jak Pan wyobraża sobie świat i ludzkość za 100 lat? Czy poradzimy sobie z postępującą dewastacją środowiska naturalnego oraz globalnym ociepleniem?

To będzie lepszy świat niż też nam dany. Za 100 lat będzie nas 10 miliardów i choć już teraz moglibyśmy wyeliminować ubóstwo, to i wtedy jeszcze jakiś miliard będzie żył w biedzie i nędzy. Wciąż w niektórych miejscach ludzi będzie za mało i może nie starczać rąk (a raczej) głów do pracy, gdzie indziej nieustannie będzie ich zbyt wiele. Z postępującą dewastacją środowiska naturalnego oraz globalnym ociepleniem sobie poradzimy; ludzkość nie popełni masowego samobójstwa. Pomoże nam w tym technologia i polityka polegająca na globalnym sterowaniu masowymi działaniami. Niezbywalne są przy tym stosowne przemiany kulturowe zmierzające do coraz większej dozy spójności społecznej i wypierania mentalności w stylu „moja chata z kraja”.

Neoliberalne utopie głoszące, że rynek samodzielnie rozwiąże i te problemy, należy wreszcie wyrzucić na śmietnik historii. Następne 100 lat (i później też) to okres nieustannych poszukiwań i doskonalenia twórczej synergii potęg rynku i regulacji, tym razem już ponadpaństwowej, a w niektórych sferach wręcz ogólnoświatowej. To nie jest łatwe, ale jest to możliwe. I choć podkreślam, że ani rynek nie wyklucza nieuczciwości, ani demokracja nie eliminuje głupoty, to wiem, iż w przyszłości jednego i drugiego może być mniej. Oby!

Prof. Grzegorz W. Kołodko, najczęściej na świecie cytowany polski ekonomista, członek Europejskiej Akademii Nauk, wykładowca Akademii Leona Koźmińskiego, czterokrotnie wicepremier i minister finansów w latach 1994-97 i 2002-03. Autor ekonomicznych bestsellerów

Gonimy, ale wciąż jest daleko

Polacy od kilkudziesięciu lat ciągle słyszą, że aktualnej generacji rodaków będzie się jeszcze żyło skromnie, ale za to ich dzieci i wnuki powinny już opływać w dostatki takie, jak w państwach bogatego Zachodu.

 

Polska stopniowo zmniejsza dystans dzielący nas od najbogatszych państw Unii Europejskiej. Jeżeli chcemy żeby nasze dzieci i wnuki w 2050 żyły na równym poziomie co najbogatsze narody Europy to musimy mocno przyspieszyć – taki wniosek, jak się wydaje, dość oczywisty, wynika z raportu Warsaw Enterprise Institute.
Podobno średnia europejska jest już dziś w zasięgu ręki. Mimo to, żeby przekroczyć ją w roku 2030 nie wystarczy trwać na obecnym tempie rozwoju.

 

Daleko za czołówką

Ponieważ jednak nie zapowiada się, by nasza gospodarka była zdolna do przyśpieszenia, powinniśmy raczej zapomnieć o doszlusowaniu do przeciętnego unijnego poziomu zamożności już za 12 lat. Tym bardziej, że w ogólnoeuropejskim rankingu zajmujemy odległe 21. miejsce.
Polski dochód narodowy na głowę wprawdzie zbliża się do najwyżej rozwiniętych państw w Europie – ale jest to, umówmy się, raczej żółwie tempo.
Na przykład, Polska sukcesywnie goni Niemcy – jednak nasz dochód na głowę to wciąż niecałe 57 proc. poziomu niemieckiego.
Trochę bliżej nam do dwóch innych europejskich potentatów. W stosunku do Francji i Wielkiej Brytanii polski dochód narodowy na głowę osiągnął poziom 66 proc. a w minionym roku poprawiliśmy nasz wynik kolejno o około 1,5 punktu procentowego oraz o ok. 3 pkt. proc. Warto zauważyć, że PKB na głowę Czech już przekroczył 70 proc. niemieckiego.
Takim krajom, jak Polska, Węgry czy Łotwa osiągnięcie poziomu per capita Francji czy Wielkiej Brytanii zajmie – jak dobrze pójdzie – 15-20 lat. „Następne pokolenia Polaków powinny już żyć na podobnym poziomie, co Francuzi czy Brytyjczycy” – optymistycznie uważa WEI.
Doganianie Niemiec zajmie jednak znacznie więcej czasu, około 40-45 lat, przy założeniu zachowania obecnej dynamiki rozwoju Polski (którego to założenia raczej nie da się zrealizować).
Bardzo dobrze byłoby, gdybyśmy dogonili choć Czechy – ale i do nich sporo nam brakuje. Zwłaszcza, że Czechy to jedno z najmniej zadłużonych państw Europy (102 proc. produktu krajowego brutto), wyprzedzające nas także pod tym względem (zadłużenie Polski – 126 proc. PKB).

 

Uciec spod dobrej zmiany

Innym negatywnym dla nas czynnikiem jest wysoki poziom migracji. Polacy coraz chętniej wyjeżdżają, by uciec spod rządów „dobrej zmiany”.
Jak podaje WEI, w Polsce skala wyjazdów zwiększyła się w stosunku do 2016 roku (do Wielkiej Brytanii o 9,36 proc., do Niemiec o 3,15 proc., do Holandii – o 9,52 proc.). W stosunku do 2016 roku, Polskę opuściło dodatkowe 255 tys. obywateli. Łącznie już ponad 6,5 proc. obywateli Polski mieszka obecnie w innym kraju UE.
Wysoka migracja to jeden z czynników osłabiających zdolność naszej gospodarki do szybkiego rozwoju – i jej znaczenie w Unii. Pod tym względem wciąż jesteśmy kopciuszkiem.
W 2017 r. produkt krajowy brutto Unii Europejskiej – wyrażony w cenach bieżących – wyniósł prawie 15,3 bln euro i był wyższy niż rok wcześniej o 417,4 mld euro.
Ponad połowę PKB wygenerowały trzy państwa członkowskie, a najwięcej Niemcy. Ich wkład w PKB Unii wyniósł w 2017 r. prawie 3,3 bln euro, czyli ponad jedną piątą (21,3 proc.). Wielka Brytania wypracowała 15,2 proc., a Francja 14,9 proc.
Na kolejnych miejscach znalazły się Włochy (z udziałem 11,2 proc.), Hiszpania (7,6 proc.), Holandia (4,8 proc.), Szwecja (3,1 proc.), a następnie Polska (z zaledwie 3-procentowym udziałem w PKB UE).

 

Wśród unijnych słabeuszy

19 państw członkowskich, które tworzą strefę euro, wypracowało PKB w wysokości 11,2 bln euro w 2017 r. Strefa euro to 72,9 proc. unijnego PKB. Trzy czwarte PKB strefy euro to zasługa Niemiec (29,2 proc. strefy euro), następnie Francji (20,5 proc.), Włoch (15,4 proc.) i Hiszpanii (10,4 proc.).
My ani nie jesteśmy w strefie euro, ani – z naszymi 3 proc. – nie liczymy się w Unii gospodarczo.
Nic więc dziwnego, że, niezależnie od wyskoków naszych pożal się Boże, polityków, pozycja Polski w Unii jest bardzo słaba.
Swoją drogą, to trochę wstyd, że duży 38-milionowy kraj, ma mniejszą gospodarkę niż Holandia czy słabo zaludniona Szwecja.
Ostatnie dziesięć lat charakteryzowało się w Unii Europejskiej wzrostem PKB per capita, poza nielicznymi wyjątkami, takimi jak nieskora do wydajnej pracy Grecja.
Tendencja ta uległa zachwianiu w latach kryzysowych (kryzys osiągnął apogeum w latach 2008–2009). Jego skutki silnie odczuła strefa euro, co w wielu przypadkach przełożyło się na spadek PKB.
Unia Europejska, jak wskazuje WEI, doświadczyła w zasadzie w ostatnich latach dwóch kryzysów, których efektem był spadek realnego PKB. Pierwszy rozpoczął się w I kwartale 2008 r. i trwał ponad dwa lata. Drugi kryzys został spowodowany przez zadłużenie strefy euro. Realny, przedkryzysowy poziom PKB został osiągnięty w Unii Europejskiej dopiero w II kwartale 2015 roku.
Kryzys uderzył praktycznie we wszystkie kraje europejskie, a do najłagodniej potraktowanych należała Polska. Najmocniej doświadczyła go Grecja, kraje południa Europy, a z nowych członków UE – kraje bałtyckie, gdzie realny PKB spadł nawet o 20 proc.

 

Bogatsi idą wolniej

Dziś kraje Nowej Unii powoli odrabiają zaległości do gospodarek Europy Zachodniej. Nie wszystkie robią to w jednakowym tempie.
Liderami wzrostu PKB na głowę były w 2017 roku Rumunia, Łotwa i Litwa. W pierwszym przypadku, tempo sięgnęło aż 7,3 punktów procentowych, w drugim i trzecim – przekraczało 6 pkt proc.
Jednak Rumunia, przez ostatnich kilka lat uważana za „gospodarczego tygrysa” Europy, ze znakomitym tempem rozwoju (spadek bezrobocia poniżej 5 proc.), w połowie zeszłego roku dostała zadyszki i nie wiadomo, czy jej znakomite parametry są nadal do utrzymania. Według prognoz Komisji Europejskiej, w 2018 r. tempo PKB ma zmniejszyć się o połowę w porównaniu z 2017, a deficyt publiczny w Rumunii w 2020 roku będzie najwyższy w całej Unii.
Kolejną grupę, z również wysokim wzrostem, przekraczającym 5 pkt proc., tworzą: Estonia, Słowenia i Polska.
W granicach 4 pkt proc. zwiększyło się PKB per capita Chorwacji i Malty, a 3 pkt proc. – Hiszpanii, Cypru, Danii, Irlandii, Węgier, Bułgarii i Czech.
W grupie z 2-proc. wzrostem, znalazła się m.in. Słowacja obok Niemiec i Francji.
PKB na głowę praktycznie nie zmienił się w ciągu roku w Wielkiej Brytanii, Szwecji i w Luksemburgu – czyli tam, gdzie w Unii żyje się najzamożniej. Generalnie, co normalne, najbogatsze kraje nie rozwijały się tak szybko jak reszta Unii.

 

Obietnica dla przyszłych pokoleń

Następne pokolenie wielu państw Europy Środkowo-Wschodniej, a także Portugalczycy i Grecy, powinni żyć mniej więcej na takim samym poziomie jak Francuzi czy Brytyjczycy – uważa WEI. Jest to jednak raczej płonną nadzieją.
Oczywiście, żeby dystans się zmniejszał, potrzebny jest stabilny rozwój – wolniejszy państw dobrze rozwiniętych i szybszy, tych na niższym poziomie gospodarczym.
Unia Europejska to system naczyń połączonych, w którym dobra kondycja jednych zależy w znacznym stopniu od drugich. Tak jest w przypadku Niemiec, do których trafia znaczna część europejskiego eksportu.
Ekonomiści przewidują spowolnienie tej gospodarki, co odbije się też na wynikach Polski, Węgier czy Rumunii. Okres wysokich wzrostów gospodarka niemiecka ma już za sobą: PKB Niemiec spadł w trzecim kwartale o 0,2 proc. w porównaniu z kwartałem drugim. W skali roku, tj. w porównaniu z trzecim kwartałem 2017 PKB wzrósł zaledwie o 1,1 proc.

 

Ich nie dogonimy?

Mimo spodziewanych problemów, 2018 rok i następny nie zapowiadają się najgorzej dla UE, i to zarówno dla głównych graczy, jak i mniejszych, którzy ścigają liderów. Tendencja nadal jest wzrostowa, choć tempo słabnie.
Gdy czołówka zwalnia, reszta peletonu ma szansę do niego dołączyć. Do tej pory bywało jednak tak, że po chwilowym spowolnieniu te największe gospodarki znowu nabierały tempa – i reszta Europy zostawała w tyle.
Czy i teraz będzie podobnie? WEI wskazuje, że wiele zależy od tego, czy słabsze i mniejsze gospodarki będą w stanie wykorzystać prosperity na inwestowanie w te gałęzie gospodarki, które stwarzają największe możliwości rozwoju.
Inwestycje w badania i rozwój, poprawa infrastruktury, inwestowanie w kapitał ludzki i społeczny mogą zwiększyć tempo pościgu za najbogatszymi krajami Europy Zachodniej. Ale z tym wszystkim w Polsce jest akurat bardzo słabo.

 

Ku pamięci i przestrodze

W tym roku mija właśnie 85 lat, od jednego z najtragiczniejszych wydarzeń w historii ludzkości: w Niemczech doszedł do władzy niejaki Adolf Hitler. Wydaje się niepojęte, w jaki sposób u steru nawy państwowej dużego europejskiego państwa znalazły się siły jawnie nawołujące do fizycznej rozprawy z przeciwnikami politycznymi, podnoszące przemoc i mord do rangi sankcjonowanego przez prawo elementu prowadzenia dysputy publicznej. Dodajmy: przy braku reakcji, jeżeli nie przy milczącej akceptacji, takiego stanu rzeczy przez resztę tzw. „cywilizowanego świata”. Jak zatem do tego doszło?

 

Prolog

By zrozumieć ówczesne wydarzenia wypadnie nam się cofnąć w czasie do 1918 roku.
W Europie szalała wojna nazwana przez potomnych Wielką Wojną. Niemieckie armie nadal stały głęboko na terytorium przeciwnika a początek roku, przyniósł bodajże najbardziej efektowne sukcesy Państw Centralnych, w toczących się od czterech lat zmaganiach. Po klęsce Rumunii i wypadnięciu z wojny Rosji podpisano traktaty pokojowe w Brześciu Litewskim i Bukareszcie gruntujące wpływy Niemiec w Europie Wschodniej.
Zakończenie wojny na dwa fronty zaowocowało rozpoczętą 21 marca 1918 roku największą w tej wojnie niemiecką ofensywą. Generał Erich Ludendorff, serią uderzeń odepchnął wojska Ententy i od Paryża dzieliło go tylko nieco ponad 70 kilometrów. Wydawać by się mogło, że Niemcy mają zwycięstwo w ręku i takimi informacjami karmiono tam społeczeństwo. Faktyczny stan rzeczy, jakim było wyczerpanie możliwości dalszego prowadzenia działań wojennych, skrzętnie ukrywano przed opinią publiczną, toteż informacja, że rząd poprosił o podanie mu przez Aliantów warunków zawieszenia broni była dla Niemców szokiem! W Berlinie wybuchła rewolucja, kajzer abdykował, a na czele nowego rządu stanęły demokratyczne partie Reichstagu pod kierownictwem socjaldemokratów. 9 listopada z balkonu Reichstagu proklamowano Republikę, czym udało się nieco uspokoić nastroje tłumów.
Naczelne Dowództwo z Ludendorffem na czele, które wymusiło na rządzie decyzję o kapitulacji, nie tylko post factum zrzuciło nań za to całą odpowiedzialność, ale i odcięło się od wynikających z tego konsekwencji. Tak oto wyhodowano mit o niezwyciężonej armii, której to zdradziecki rząd „wbił nóż w plecy” i – jak pokazał dalszy bieg wydarzeń – „ciemny lud to kupił”! Prawica ukuła slogan mówiący, że lojalność wobec Ojczyzny wymaga nielojalności wobec Republiki. Taka propaganda trafiała w nastroje znacznej części Niemców tym bardziej, że rzeczywistość rysowała się w czarnych barwach. Próbowano obalić Republikę w drodze zamachu, do którego doszło 13 marca 1920 roku z użyciem wojsk garnizonu berlińskiego – co ciekawe armia odmówiła wystąpienia po stronie prawowitego rządu przeciw zamachowcom! Ostatecznie ponieśli oni klęskę tylko dzięki proklamowanemu przez SPD i związki zawodowe strajkowi generalnemu.

 

Część I – Czarne chmury

Narastające lawinowo kłopoty gospodarcze skłoniły rząd niemiecki do zwrócenia się do Aliantów o moratorium w spłacie odszkodowań, a po fiasku rokowań, do zaprzestania płatności kolejnych rat. Reakcja zwycięzców była bardzo zdecydowana. Wojska francuskie zajęły będące sercem niemieckiej gospodarki Zagłębie Ruhry. Zadało to śmiertelny cios niemieckiej marce. Najlepiej ilustrować to spadkiem jej wartości: w 1918 roku 1 dolar był wart 4 marki, latem 1921 roku stosunek ów wynosił 1:75, rok później 1:400, początek roku 1923 było to już 1: 7000, a po zajęciu Zagłębia Ruhry zaczęła się prawdziwa „jazda bez trzymanki”: 1 lipca – 1:160000, 1 sierpnia 1923 r. było jeden do miliona, by 1 listopada osiągnąć jeden do… 130 miliardów!
Gospodarczemu tornado towarzyszyła dekompozycja sceny politycznej. Codziennością stały się morderstwa polityczne: 26 sierpnia 1921 roku zamordowano Matthiasa Erzbergera, który kierował delegacją niemiecką w czasie rozmów pokojowych z Ententą, 24 czerwca 1922 roku zastrzelono na ulicy ministra spraw zagranicznych Walthera Rathenau’a… Jak obliczono prawicowa ekstrema ponosi odpowiedzialność za 354 zamachy polityczne dokonane w latach 1918 – 1922.
W takiej atmosferze łatwo podgrzewać nastroje tłumów. Jednym z owych zbawców ojczyzny mienił się być niejaki Adolf Hitler. Kim był ów agitator z monachijskich piwiarni? Najkrócej rzecz ujmując jego dotychczasowe życie trudno byłoby określić jako nieustające pasmo sukcesów. Nasz bohater przyszedł na świat 20 kwietnia 1889 roku w maleńkiej miejscowości Braunau nad rzeką Inn, leżącej na granicy Austrii i Bawarii, w rodzinie urzędnika. Po pięcioletniej nauce w szkole przygotowawczej, 11 letni Adolf we wrześniu 1900 roku rozpoczął naukę w gimnazjum realnym w Linzu. Z powodu kiepskich postępów w nauce był zmuszony zmienić szkołę, by ostatecznie zakończyć swoją edukację w wieku 16 lat. Z tego okresu pozostał mu worek kompleksów wobec ludzi światłych i wykształconych, który z czasem przekształcił się w nienawiść i pogardę. Owe kompleksy zostały dodatkowo ugruntowane próbą dostania się do wiedeńskiej Akademii Sztuk Pięknych, zakończoną żałosnym fiaskiem. Pomimo trudnej niewątpliwie sytuacji materialnej nawet nie próbował znaleźć w Wiedniu jakiejkolwiek pracy, żyjąc z dorywczych zajęć, pomocy otrzymywanej od rodziny i mieszkając w przytułku dla bezdomnych. Wybuch I wojny światowej zastaje go w Monachium gdzie zostaje zmobilizowany. Przez całą wojnę służy jako goniec – po zakończeniu działań wraca do Monachium, by powiększyć tam armię zdemobilizowanych, bezrobotnych mężczyzn. Po próbie rewolucji komunistycznej, denuncjuje przed wojskową komisją śledczą zwolenników przewrotu, zapewne w nagrodę dostaje pracę w Biurze Prasowo–Informacyjnym Departamentu Politycznego Dowództwa VII Okręgu ( Monachium ), gdzie po skończeniu kursu dla wojskowych instruktorów politycznych, znajduje zatrudnienie jako wychowawca polityczny (Bildungsoffizier) z zadaniem „leczenia” ludzi z idei socjalistycznych, demokratycznych i pacyfizmu. Był to dla niego istotny krok naprzód, gdyż pozwolił mu uwierzyć we własne zdolności polityczne. Pewnie nadal dorabiał sobie jeszcze wówczas także jako konfident (jak wiemy, niejedna piękna kariera tak się zaczynała!), gdyż we wrześniu 1919 roku polecono mu śledzić małą grupkę zbierającą się w Monachium – Niemiecką Partię Robotniczą. Wkrótce został jej członkiem i po wystąpieniu z wojska całkowicie poświęcił się działalności politycznej.
Partia zmieniła nazwę na : NSDAP (Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotnicza), a jej pomysł został zapożyczony od Burmistrza Wiednia – Karla Luegera, który stworzył ugrupowanie łączące masowość, jaką zapewniał program socjalny, z tak popularnym wśród Niemców i Austriaków nacjonalizmem. W swej działalności politycznej dążył do zjednania sobie warstw społecznych, których zagrożona egzystencja raczej pobudzała do walki, niż paraliżowała ich wolę. Lueger opierając się na drobnomieszczaństwie i wykorzystując tradycyjną lojalność ludu wobec Korony i Ołtarza doszedł do najważniejszego wybieralnego stanowiska w monarchii Habsburgów i wygrywał bez trudu kolejne wybory.
Wobec ograniczenia traktatem liczebności niemieckich sił zbrojnych (Reichswehry) do 100 tysięcy żołnierzy, jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać przeróżne ligi obrony, organizacje strzeleckie i sportowe przygotowujące pod tą przykrywką kadry dla przyszłej armii, mającej kiedyś wziąć srogi rewanż za klęskę i upokorzenie. W rozbudowie partii pomagali Hitlerowi dawni koledzy z wojska, którzy kierowali do niej ludzi z tych organizacji i starych żołnierzy – to właśnie z nich rekrutowały się pierwsze bojówki, będące zalążkiem późniejszej S.A.
Popularność nowemu ruchowi przynosiły hasła rewanżu i „ powstania z kolan”(!) narodu niemieckiego oraz kreowanie winnych przegranej wojny i wynikłych stąd konsekwencji. Winni byli komuniści, Żydzi, socjaldemokraci i demokratyczna Republika. Niewinny i pokrzywdzony był tylko NARÓD NIEMIECKI! Ludzie słyszeli z ust nazistów to, co CHCIELI usłyszeć – nic dziwnego, że coraz więcej zaczęło się z nimi identyfikować. Hitler był z pewnością największym demagogiem swoich czasów, warto zatem zapoznać się z jego receptami na dotarcie do tłumów:
Nigdy się nie wahać, nigdy nie łagodzić tego co się mówi, nigdy nawet na cal nie ustępować (…) wszystkie przeciwieństwa odmalowywać w biało-czarnych kolorach.
Możliwości percepcji mas są bardzo ograniczone, a ich zdolność rozumienia – słaba. Każda skuteczna propaganda powinna zatem ograniczać się do paru rzeczy niezbędnych i musi być wyrażona w kilku stereotypowych frazesach.
Tylko ciągłe powtarzanie doprowadzi w końcu do wbicia jakiejś idei w pamięć tłumu. Dla tego samego powodu lepiej jest trwać przy raz ustalonym programie, nawet gdyby niektóre jego punkty stały się nieaktualne. Zawsze trudniej jest walczyć z wiarą niż z wiedzą.
Kluczem (do serc tłumu) jest stanowcza wola poparta, jeżeli trzeba, siłą.
Gwałt i terror mają własną wartość propagandową, manifestowanie siły fizycznej jest równie pociągające jak odpychające…
Kiedy się kłamie, kłamstwo musi być wielkie. W wielkim kłamstwie zawsze jest element wiarygodności (…) najbardziej bezczelne kłamstwo zawsze zostawia po sobie ślad, nawet gdyby je przygwożdżono.
Ruch narodowo-socjalistyczny będzie bezlitośnie zapobiegał – w razie potrzeby przy użyciu siły – wszystkim zebraniom i odczytom, które mogłyby wprowadzić rozterkę w umysły naszych rodaków. (Jak w tym kontekście nie wspomnieć o niedawnej wizycie policji na organizowanej przez Uniwersytet Szczeciński konferencji naukowej poświęconej filozofii K. Marksa!?)
Dla zdrajców ojczyzny i dla donosicieli jedynym właściwym miejscem jest szubienica.
Naturalnie, jakiekolwiek podobieństwo głoszonych haseł, zachowań i prezentowanych powyżej recept, do działań obserwowanych współcześnie (także w naszym kraju) jest całkowicie przypadkowe…
Grzechem pierworodnym Republiki Weimarskiej była organiczna niemożność zapewnienia rządowi stabilnej większości parlamentarnej, umożliwiającej efektywne rządzenie państwem. Pomimo tego, rząd kierowany przez kanclerza Gustava Stresemanna zanotował kilka znaczących sukcesów. Po uchyleniu zakazu dostaw reparacyjnych dla Francji i Belgii udało się ustabilizować walutę, zawarto nowy układ w sprawie odszkodowań wojennych, doprowadzono do zakończenia okupacji Zagłębia Ruhry, Niemcy zostały przyjęte do Ligi Narodów, bezrobocie spadło do 650 tysięcy osób.
Nie były to dobre wieści dla nazistów, których polityczne credo najpełniej wyraził jeden z ich ideologów – Gregor Strasser na łamach „Nationalsozialistische Briefe”: Popieramy wszystko co szkodzi istniejącemu ustrojowi. Dopomagamy każdej katastrofalnej polityce, bo tylko katastrofa, to znaczy upadek liberalnego systemu rządów utoruje drogę nowemu porządkowi. Wszystko co przyspiesza katastrofę panującego ustroju, każdy strajk, każdy kryzys rządowy, każde zakłócenie porządku publicznego, każde osłabienie systemu, jest dobre, bardzo dobre dla nas i rewolucji niemieckiej. Wszyscy, którzy przeżyli tzw. „Karnawał Solidarności” z obowiązującym wówczas wśród solidarnościowych elit hasłem „im gorzej, tym lepiej”, doskonale zrozumieją, co to oznacza w praktyce … I wtedy na horyzoncie pojawił się Wielki Kryzys…
Jego skutki były dla podnoszącej się z dna upadku niemieckiej gospodarki katastrofalne. Ograniczenie handlu spowodowało ograniczenie produkcji, a co za tym idzie – wzrost bezrobocia Przestano udzielać pożyczek oraz wycofano już udzielone, spadły ceny i zarobki, zaczęły się masowe bankructwa i zamykanie zakładów pracy… Niemcy, żyjące – podobnie jak dzisiaj – z eksportu, zaczęły odczuwać kolosalne kłopoty z bilansem. Narastanie fali kryzysu znakomicie ilustruje wzrost bezrobocia: IX. 1929 – 1 320 000; IX. 1930 – 3 000 000; IX. 1931 – 4 350 000; IX.1932 – 5 102 000, by w szczytowym momencie, w 1933 roku, osiągnąć 6 000 000. Naturalnie podane dane dotyczyły tylko ZAREJESTROWANYCH bezrobotnych…
W przeprowadzonych w 1930 roku wyborach do Reichstagu dziesięć partii uzyskało ponad milion głosów każda, co misję utworzenia stabilnej większości czyniło zadaniem niewykonalnym. W takiej sytuacji każdy rząd skazany był na rządzenie w oparciu o doraźnie zawierane sojusze, wymagające często od koalicjantów wykonywania politycznego szpagatu. Liderzy zasiadających w Reichstagu partii nie byli tym szczególnie zmartwieni, gdyż słaby rząd łatwiej ulegał presji i ustępował przed szantażem. Wszechobecne intrygi partyjne i polityczne przetargi, ogół niemieckiego społeczeństwa owego czasu obrazowo określał jako Kuhhandel (handel bydłem). Zabawa trwała w najlepsze aż do końca, co znakomicie ilustruje dalekowzroczność ówczesnych niemieckich elit…
Taką właśnie sytuację zastał dr Heinrich Brüning, który pod koniec marca 1930 objął urząd kanclerza. W tym czasie nie można było już sklecić żadnej koalicji i nowy szef rządu przy każdym akcie ustawodawczym mógł polegać wyłącznie na przypadkowej i niepewnej, doraźnie zmontowanej większości w Reichstagu. Oczywiście ten taniec na linie nie mógł trwać długo. Krach nastąpił 16 lipca 1930 roku, kiedy to Reichstag stosunkiem głosów 256:193 odrzucił część rządowej ustawy budżetowej. W odpowiedzi Prezydent, w oparciu o nadzwyczajne uprawnienia przyznane mu w art.48 Konstytucji Weimarskiej, wprowadził w życie projekt kanclerza mocą dekretu. Ten kamyk pociągnął za sobą lawinę. Reichstag zakwestionował konstytucyjność prezydenckiego aktu, na co kanclerz w odpowiedzi rozwiązał parlament. Nietrudno było przewidzieć, że o ile kolejne wybory nie wyłonią stabilnej większości (co było oczywiste!), to demokratycznej formie rządów grozi po prostu kompromitacja.
Najwięcej na powstającym chaosie mogli wygrać naziści, którzy od początku konsekwentnie pluli na Republikę i demokratyczne formy rządzenia. Grupą docelową, na której naziści zamierzali się oprzeć w nadchodzących wyborach, byli mieszkańcy wsi i małych miasteczek i program wyborczy ich partii dla tych właśnie grup, ujrzał światło dzienne już 6 marca 1930 roku. O tym, że był to przysłowiowy strzał w dziesiątkę niech świadczy fakt poparcia, jakiego te grupy społeczne udzielały nazistom, aż do samego końca. Społeczeństwu ofiarowano swojski rodzaj ekstremizmu, radykalny, antysemicki odwołujący się do powszechnego w Niemczech nacjonalizmu i ksenofobii. Ludziom imponowała energia i dyscyplina nazistów, zrozumienie i silny rezonans społeczny, znajdowały hasła wymierzone w postanowienia Traktatu Wersalskiego oraz ataki na „system” nie dający obywatelom pracy i możliwości rozwoju. Udało się wbić do głów „ciemnego ludu”, że dokonać dzieła odrodzenia narodowego może tylko NOWY ruch i NOWI, nie obciążeni przeszłością ludzie. Jeżeli ekonomiści mówią, że to i owo jest niemożliwe, do diabła z ekonomistami! Liczy się tylko wola, jeżeli nasza wola będzie bezwzględna i nieugięta zdziałamy wszystko. (…) Zbudźcie się Niemcy i stańcie się znów wolne, przypomnijcie sobie dawną wielkość i odzyskajcie dawną pozycję w świecie. A zacznijcie od wypędzenia tej starej zgrai w Berlinie – takie mowy Adolfa Hitlera i innych przywódców nazistowskich wygłaszane na setkach wieców wyborczych w całym kraju znakomicie trafiały w nastroje Niemców, a zasiane nimi ziarno pogardy i nienawiści dało nadspodziewanie obfity plon. W przeprowadzonym 16 września 1930 r. głosowaniu udział wzięło 30 milionów Niemców, 4 miliony więcej niż w wyborach 1928 roku, a wyniki zaskoczyły nawet Hitlera, liczącego na 50-60 mandatów. Tymczasem naziści zebrali 6 409 600 głosów (wobec 810 000 w 1928 roku) i ze 107 mandatami stali się drugą siłą polityczną w kraju! Ich wódz w ciągu jednej nocy z lekceważonego wiecowego krzykacza wyrósł nagle na polityka rangi europejskiej!
Co ciekawe, tzw. cywilizowana Europa bez oporów przyjęła nazistów i ich przywódcę „na salony”, czego dowodem artykuł lorda Rothermere w „Daily Mail”, w którym autor z radością(!) wita ich sukces widząc w nim… „wzmocnienie obrony przeciwko bolszewizmowi”! Ta obsesja będzie trwać do samego wybuchu wojny (a nawet krótko po rozpoczęciu działań zbrojnych!), torując zbrodniarzom drogę ku nowym podbojom. Wspomniany artykuł zabawnie kontrastuje z przedwyborczymi wypowiedziami Führera, który mówił: To nie parlamentarne większości kształtują los narodów. Wiemy jednak, że w tych wyborach demokracja musi być pokonana orężem demokracji… To wcale niedwuznaczne przesłanie pozostało programowo niezauważone… W warunkach szalejącego kryzysu rząd Brüninga mógł nadal trwać tylko dzięki nieoficjalnemu poparciu jakiego udzielali mu w Reichstagu socjaldemokraci oraz korzystaniu przez prezydenta z wyjątkowych uprawnień art.48 konstytucji, pozwalającego podpisywać potrzebne rządowi dekrety. Stwarzało to jednak istotne zagrożenie. Anormalna sytuacja, wymuszająca rządzenie przy pomocy dekretów, wobec braku możliwości oparcia się na większości parlamentarnej, ogniskowała całą władzę w państwie w rękach niewielkiej grupy osób: prezydenta – starego feldmarszałka Paula von Hindenburga (w 1931 roku 84-letniego już człowieka) oraz kilku osób z jego najbliższego otoczenia : gen. Kurta von Schleichera, syna prezydenta – Oskara von Hindenburga(pełniącego funkcję adiutanta głowy państwa) i kanclerza. Zadaniem Hitlera było zatem najpierw przekonanie tych ludzi do tego, by uznali go za partnera, a następnie upoważnili do rządzenia krajem przy pomocy prezydenckich dekretów, co zwalniało z konieczności zebrania większości parlamentarnej. Z pozoru zadanie niewykonalne, ale… Głównym rozgrywającym w obozie władzy był w tym czasie generał Kurt von Schleicher. Stosunkowo młody (rocznik 1882), zajmował specjalnie dla niego utworzone stanowisko politycznego łącznika pomiędzy rządem a armią. Inteligentny i obrotny, w gąszczu polityki czuł się bez porównania pewniej niż jego koledzy z armii. Równocześnie w świecie polityków dysponował tą szczególną, nieuchwytną przewagą, jaką dawały mu w niemieckim społeczeństwie generalskie szlify. Stary prezydent, krew z krwi i kość z kości niemieckiej armii, cieszył się w niej ogromnym autorytetem i posłuchem, ale też bardzo liczył się z jej zdaniem. To szczególne sprzężenie zwrotne decydowało o wszystkim w niemieckiej polityce, w której bez zgody sił zbrojnych niepodobna było nic zrobić.

 

Wielkie manewry

Długotrwały kryzys parlamentarny oraz sukces wyborczy NSDAP, nasunął generałowi Schleicherowi ideę… pozyskania nazistów do rządu! W ten sposób – rozumował – rząd znajdzie oparcie w stabilnej większości parlamentarnej, a wejście do rządu zmusi to ugrupowanie do firmowania niezbędnych, niepopularnych decyzji i „ucywilizuje”. Z drugiej strony Hitler miał dla swych potencjalnych sojuszników „marchewkę” w postaci 6,5 milionowego poparcia w wyborach i „kij” w postaci groźby zamachu stanu, gdyby nie udało mu się dojść do władzy w inny sposób. Paradoks sytuacji polegał na tym, że swego poparcia nie mógł on nigdy zamienić w konieczną do rządzenia większość, zaś pucz w celu przejęcia władzy nigdy nie leżał w jego planach! Swej rewolucji zamierzał dokonać pod osłoną instytucji państwa, a nie przeciwko niemu! Tylko znajomość owej układanki pozwala zrozumieć przyczyny kolejnych rozmów przedstawicieli obozu rządowego z nazistami, będących kamieniami milowymi w ich marszu po władzę.
Dalszy bieg wydarzeń śmiało może pretendować do miana politycznego thrillera wszechczasów. Pierwszą jaskółką wprowadzania w życie planu „osiodłania” nazistów było spotkanie gen. von Schleichera z Hitlerem, jakie miało miejsce wczesną jesienią 1931 roku. Po nim generał namówił prezydenta i kanclerza by także odbyli rozmowy z przywódcą nazistów. Początki były jednak mało obiecujące – obie rozmowy skończyły się na niczym. Kryzys grał jednak na korzyść nazistów, którzy gwałtownie zaczęli zyskiwać na popularności. W kolejnych ośmiu wyborach regionalnych, na NSDAP głosowało przeciętnie 35 proc. wyborców, w porównaniu z 18 proc. w wyborach parlamentarnych, które przełożyły się na przeszło 6 mln głosów. Zarówno kij jak i marchewka nabierały coraz bardziej realnych kształtów, co sprawiło, że w listopadzie i grudniu kontynuowano rozpoczęte rozmowy. W obozie rządowym pod wpływem argumentacji, że wobec siły jaką reprezentuje Hitler, jedynym wyjściem jest pozyskanie go do współpracy i wykorzystanie, zaczęto duchowo godzić się z myślą o jakiejś formie kompromisu z nazistami. Rzecz ciekawa, przy konstruowaniu owych planów, kompletnie ignorowano publiczne wypowiedzi Führera, w których całkowicie i jednoznacznie mówił, co zamierza zrobić po dojściu do władzy: Fundamentalna zasada demokracji głosi (że) władza pochodzi od narodu (lub – jak kto woli – suwerena!); (…) to naród, nikt inny ustala konstytucję; (…) jeżeli naród niemiecki upoważni kiedyś ruch narodowo – socjalistyczny do wprowadzenia konstytucji innej niż dzisiejsza, to wtedy (nikt) nic nie poradzi …”
Kanclerz patrzył na sprawy bardziej trzeźwo, ale by przetrwać, rozpaczliwie potrzebował poprawy koniunktury lub jakiegoś sukcesu w polityce zagranicznej. Ponadto niezbędny był ponowny wybór Paula von Hindenburga na urząd prezydenta, co nie budziło entuzjazmu starego feldmarszałka, który zgodził się kandydować jedynie pod warunkiem podjęcia próby doprowadzenia do porozumienia z przywódcami partii w Reichstagu, pozwalającego zapewnić większość 2/3 głosów niezbędnych do przedłużenia kadencji prezydenta bez ponownych wyborów. Będąc pod taką presją – pomimo jasnej oceny sytuacji – kanclerz także zgodził się na podjęcie rozmów z Hitlerem. Rozpoczęto paktowanie z diabłem…

 

(Ciąg dalszy w kolejnych wydaniach weekendowych „Dziennika Trybuna”)

 

Demokracja liberalna i jej pułapki

Wynik wyborów prezydenckich w Wenezueli był łatwy do przewidzenia.

Przy bojkocie niemal całej opozycji i frekwencji poniżej 50 proc., urzędujący prezydent Nicolás Maduro zdobył niemal 68 proc. wszystkich głosów. O wiele trudniej natomiast przewidzieć rozwój sytuacji w tym targanym kryzysem gospodarczym państwie.

Nieudany następca Cháveza

Stany Zjednoczone nazwały wybory prezydenckie fikcją. Podobną opinię wyraziły Kanada oraz większość państw Ameryki Południowej, które już zapowiedziały, że odwołają swoich ambasadorów w Caracas na konsultacje. „Ostatnie wybory w Wenezueli nie spełniły nawet minimalnych standardów prawdziwej demokracji. Wyniki są nieprawowite i nie odzwierciedlają prawdziwej i niezależnej woli narodu wenezuelskiego” – napisał w specjalnym oświadczeniu prezydent Chile Sebastián Piñera.
Wenezuela, której złoża ropy naftowej szacowane są na jedne z największych na świecie, znajduje się w nieustannym kryzysie od śmierci Hugo Cháveza w marcu 2013 r. Uwielbiany przez biedotę i znienawidzony przez kapitalistów, kontrowersyjny prezydent znacjonalizował przemysł, a pozyskane fundusze przeznaczył na walkę z ubóstwem. Nałożone wówczas na Wenezuelę międzynarodowe sankcje zahamowały rozwój gospodarczy, jednak znaczny odsetek społeczeństwa po raz pierwszy otrzymał darmową służbę zdrowia i dostęp do edukacji.
Chociaż Maduro wciąż odwołuje się do dziedzictwa Cháveza, brakuje mu jego zdolności i charyzmy. To jego nietrafione decyzje doprowadziły do skurczenia się gospodarki o kilkadziesiąt procent przy inflacji szybko zbliżającej się do 10 tys. procent. Ceny podstawowych produktów sięgnęły niebotycznych kwot. Jak donosi CNN, na czarnym rynku tuzin kurzych jaj wycenia się na kilkaset dolarów amerykańskich. Większość zakupów dokonuje się bez pieniędzy, poprzez wymianę towarów lub usług. Nic więc dziwnego, że z Wenezueli już uciekło ponad 800 tys. osób, a kolejne setki tysięcy zapewne pójdzie w ich ślady. Obserwatorzy ostrzegają przed wybuchem kryzysu migracyjnego o skali znacznie przewyższającej niedawną falę uchodźców w Europie.
Zapewne wyniki wyborów w Wenezueli nie wzbudziłyby takich kontrowersji na świecie, gdyby nie jej złoża ropy. Nacjonalizacja przemysłu i wyrzucenie zachodnich korporacji przez Cháveza doprowadziły do międzynarodowych sankcji. Tłumaczono je niedemokratycznym systemem rządów lewicowego prezydenta, lecz w rzeczywistości miały one na celu przede wszystkim wymuszenie zgody na powrót zagranicznego biznesu na wenezuelski rynek. Wszak istnieje wiele państw, nie tylko w regionie, z bardziej autorytarną władzą, które mimo to posiadają doskonałe stosunki z USA i UE.

Burundi idzie w ślady Rosji

Wynik wyborów prezydenckich w Wenezueli był łatwy do przewidzenia nie tylko ze względu na ich bojkot przez opozycję i ręczne sterowanie. Od wielu miesięcy na świecie demokratyczne hasła znajdują się w odwrocie, a władzę umacniają lokalni satrapowie. W tym samym czasie, kiedy Maduro zapewniał sobie drugą kadencję, w afrykańskim Burundi przeprowadzono referendum, dzięki któremu urzędujący prezydent Pierre Nkurunziza może sprawować urząd do 2034 r. Oczywiście pod warunkiem, że wygra kolejne wybory, co – jak udowodniono w Wenezueli – jest całkiem proste.
Międzynarodowi obserwatorzy donoszą o licznych nadużyciach ze strony zwolenników prezydenta Nkurunzizy. Według relacji Human Rights Watch, wiele z kart do głosowania zostało wypełnionych znacznie wcześniej, a komisarze wyborczy pilnowali, aby ostateczny wynik referendum pozostał zgodny z oczekiwaniami władzy. Opozycja nie była tolerowana również w okresie poprzedzającym głosowanie. Tuż przed referendum odnotowano 15 zabójstw i sześć gwałtów – za które, zdaniem mediów, odpowiadają siły rządowe.

Nieliberalna demokracja we Włoszech

Nieliberalna demokracja ma się dobrze również w Europie. Do Rosji, Węgier i Polski mają szansę dołączyć właśnie Włochy, gdzie w miniony poniedziałek ogłoszono powstanie egzotycznej koalicji skrajnie prawicowej Ligii Północnej i populistycznego Ruchu Pięciu Gwiazd. Nowy rząd ma skończyć z polityką oszczędności, wprowadzając w zamian system m.in. dochód gwarantowany dla najbiedniejszych obywateli. Jednocześnie zapowiedziano zaostrzenie polityki imigracyjnej, co zapewne oznacza koniec włoskiej pomocy na Morzu Śródziemnym dla tonących uchodźców z Afryki i Bliskiego Wschodu.
Chociaż Wenezuelę, Burundi, Włochy, czy też Polskę i Węgry, więcej dzieli niż łączy, we wszystkich tych państwach demokracja przeżywa poważny kryzys lub zupełnie odeszła już do lamusa. Rządy silnej ręki przybierają różne barwy – od socjalizmu po narodowy konserwatyzm. W większości są to jedynie puste hasła, mające zapewnić utrzymanie władzy. Świat przyzwyczaił się do nieliberalnej demokracji.