Rząd radzi: załóż firmę!

Tzw. tarcza antykryzysowa przeszła przez Sejm, przez Senat, ponownie przez Sejm – który wyrzucił główne senackie poprawki – a na koniec podpisał ją prezydent Duda. Teraz każdy obywatel, który zastanawia się, czy mógłby skorzystać z pomocy państwa w dobie pandemii, może zapoznać się z poradami na rządowym portalu. Niektóre wprawiają w konsternację.

Na wstępie można zapoznać się z opcjami wsparcia dla biznesu, dla pracowników oraz w szczególności dla zatrudnionych w sektorach organizacji pozarządowych i kultury. Można też kliknąć w pole czwarte, „dodatkowe wsparcie”.

Najwięcej rad znalazło się w rubryce przeznaczonej dla samorządowców, których portal zawiadamia m.in. o zatrzymaniu biegu postępowań administracyjnych, o przedłużeniu terminu przygotowania planów zagospodarowania przestrzennego, wyłożenia uchwał krajobrazowych czy o możliwości zdalnej pracy rad gminnych. Przypomina się również o możliwości dofinansowania z PFRON terapii zajęciowych czy centrów pomocy dla osób z chorobami psychicznymi. Sektorowi turystycznemu, któremu ograniczenia w przemieszczaniu się i zamknięcie hoteli odebrały większość przychodów, przypomina się o mechanizmie obniżenia kosztów umowy ubezpieczenia podróży oraz o tym, że turystom odwołującym wycieczki można zaproponować voucher na później zamiast zwrotu pieniędzy. Są propozycje dla branży budowlanej i uspokajające zapewnienia dla cudzoziemców, że ich zezwolenia na pobyt czasowy w Polsce automatycznie przedłużono.

Na samym jednak początku rządowa witryna raczy wchodzących „dobrą propozycją” dla bezrobotnych. Cytujemy w całości, co ma im do powiedzenia rząd: „Poznaj korzystniejsze warunki mikropożyczki na rozpoczęcie działalności gospodarczej. Środki z pożyczki możesz przeznaczyć na wszystkie wydatki mające związek z uruchomieniem biznesu”.

Dla pewności sprawdzamy, czy w dziale dla pracowników nie ma rad dla tych, którzy właśnie pracę stracili. Niestety, nic z tych rzeczy.
– Stoimy przed ryzykiem kilkumilionowego bezrobocia, już teraz ludzie masowo tracą pracę, tymczasem co bezrobotnym ma do zaproponowania rząd w sytuacji, gdy zasiłek wynosi 800 zł, a prawo do niego nabywa 16 proc.bezrobotnych? Nie można wychodzić z domu, chyba że do sklepu (albo do roboty, rzecz jasna), nie można też zbliżać się do ludzi na odległość bliższą niż 2 metry, a bezrobotnym rząd proponuje zakładanie firm – zauważa na Facebooku Piotr Wójcik, publicysta ekonomiczny..

O tym, że rząd powinien w dobie kryzysu wyciągnąć rękę przede wszystkim do najsłabszych – pracowników, bezrobotnych, właścicieli małych biznesów – mówił 1 kwietnia w debacie w TVN24 poseł Lewicy Adrian Zandberg. Rządowi, jak widać, daleko od takiej filozofii.

Polska w ruinie

Albo wyjdziemy z kryzysu wspólnie, albo cofniemy się w rozwoju o dziesięciolecia.

Rafał Lizun, szef firmy cateringowej Ślimak do niedawna sprzedającej dziennie 70 -80 tysięcy kanapek dziennie ludziom pracującym w wielkich biurowcach Warszawy, z dnia na dzień stracił rynek. Z 200 zatrudnionych została połowa. Jeśli nic się nie zmieni, ich los jest łatwy do przewidzenia. Właściciel marki Vistula przewiduje spadek przychodów o 80 procent. Prezes marki odzieżowej 4F Igor Kleje ostrzega, że branża odzieżowa w Polsce nie przetrwa najbliższych miesięcy.
Krąży widmo
To fragmenty materiałów z popularnych portali. W Internecie wprost roi się od podobnych historii. Upadłość grozi dziesiątkom tysięcy zakładów fryzjerskich, kosmetycznych, kawiarniom, restauracjom, pizzeriom itp. Pacjentów nie przyjmują przychodnie stomatologiczne, ograniczyły swą aktywność warsztaty samochodowe. Praktycznie cała branża turystyczna leży. Tylko patrzeć jak runą firmy budowlane. Nawet rolnicy i producenci żywności, którzy w czasach kryzysowych zazwyczaj jakoś sobie radzą, bo ludzie muszą jeść, odczują uderzenie.
Koronawirus SARS-CoV-2 dosłownie sparaliżował gospodarkę. Rwą się więzy kooperacyjne, stają przedsiębiorstwa, zarządy tną koszty zaczynając od wydatków na reklamę i szkolenia by gładko przejść do ograniczania zatrudnienia. Jestem pewien, że w najbliższych miesiącach bezrobocie gwałtownie wzrośnie. Nawet do trzech milionów.
Ale dziś Polaków bardziej martwi rosnąca z dnia na dzień liczbą zakażonych i zmarłych osób. Zastanawiają się, ile jeszcze będzie ofiar i kiedy to się skończy.
Nie chcą wiedzieć, że najgorsze dopiero przed nimi. Konsekwencje załamania się gospodarki będą straszne. Ci, którzy pamiętają „Festiwal Solidarności” mogą opowiedzieć młodszym co działo się gdy od sierpnia 1980 do wprowadzenia stanu wojennego w grudniu 1981 r. strajki i tzw. przestoje sparaliżowały gospodarkę.
Z tą różnicą, że zła komunistyczna władza sumiennie każdego miesiąca wypłacała wynagrodzenie, za które co prawda nie można było wiele kupić, bo półki sklepowe świeciły pustkami. Dziś w super i hipermarketch jest i z pewnością będzie wszystko, lecz bezrobotnych na niewiele będzie stać. Proces masowych zwolnień już się zaczął a znając „przedsiębiorczość” przedsiębiorców będzie on miał charakter brutalny. Zatem jest więcej niż pewne, że wkurzony na rządzących suweren wyjdzie latem na ulice i podziękuje zbiorowo Prawu i Sprawiedliwości – a Mateuszowi Morawieckiemu indywidualnie – za wysiłek.
Droga do katastrofy
Politycy opozycji i zaprzyjaźnieni z nimi dziennikarze straszą nas perspektywą wprowadzenia przez władze stanu wyjątkowego i brania Polaków za twarz. Nie ma się czym przejmować. Pan Bóg gdy chce kogoś ukarać, spełnia jego najskrytsze marzenia. Jarosławowi Kaczyńskiemu może się śnić program „Sanacja +”. 10 maja br. – jeśli dojdzie do wyborów prezydenckich – Andrzej Duda je wygra a potem ogłosi stan wyjątkowy. CBA, dla kurażu, zamknie kilku najbardziej uciążliwych liderów opozycji. TVP dostanie kolejne miliardy na propagandę… A potem wszystko pójdzie nie tak. Bo polityczną katastrofę rządu Mateusza Morawieckiego gwarantują już dziś łatwe do przewidzenia konsekwencje gospodarcze pandemii koronowirusa.
Na zasiłkach wylądują setki tysięcy ludzi dotychczas wspierających Prawo i Sprawiedliwość. Dołączą do nich kolejne dziesiątki tysięcy osób mających do spłaty kredyty mieszkaniowe, konsumpcyjne, samochodowe itp. A także dobrze wykształceni młodzi ludzie, ze znajomością świata, języków obcych itp. W normalnych okolicznościach wyjechaliby do Wielkiej Brytanii, Niemiec czy Niderlandów.
Teraz nie wyjadą, bo granice są i pewnie długo jeszcze, będą zamknięte. Dla nich perspektywa utraty wszystkiego będzie dostatecznie silnym motywem by na ulicy wyrazić swoje niezadowolenie. Dodajmy do tego ludzi żyjących skromniej, zadowalających się płacą minimalną, przekonanych, że Prawo i Sprawiedliwość podniosło ich z kolan i dba o ich interesy. Gdy zmienią zdanie, strach będzie się bać.
100 – 200 demonstrantów policja spacyfikuje bez trudu. 100 – 200 tysięcy już nie. Suweren będzie podwójnie groźny, gdyż nie będzie miał nic do stracenia.
Premier Morawiecki reklamujący Tarczę Antykryzysową żyje w nierealnym świecie. Nie wie, albo nie chce wiedzieć, że pisowscy urzędnicy i wszelkiej maści „Misiewicze” są zbyt nieudolni, zbyt skupieni na konsumowaniu wyborczego sukcesu by poradzić sobie z tą katastrofą. Ale najgorsze jest to, że przez trzydzieści lat zbudowaliśmy taki system społeczny i gospodarczy, który nie ma prawa sprostać wyzwaniu przed jakim stoimy.
Banki już dziś ograniczają akcję kredytową, a w przyszłości całkowicie ją zamkną, by wymusić na politykach przyznanie idącej w dziesiątki miliardów złotych „pomocy”. W przyszłym roku przekonamy się, że rodzimy sektor bankowy wygenerował solidny zysk, choć hasło „Polska w ruinie” będzie lśniło wyjątkowym blaskiem…
Liderzy Prawa i Sprawiedliwości wiedzą, że nic nie uchroni ich przed rozliczeniami. Obawiam się, że brutalnymi. Strach i świadomość własnej nieudolności podpowiada im, że władzy raz zdobytej nie wolno oddać za wszelką cenę. Dlatego prą do wyborów 10 maja, a gdy zrobi się jeszcze gorzej, sięgną po rozwiązania siłowe w nadziei, że to ich ocali.
Nie ma takiej możliwości. W roku 1981 Wojciech Jaruzelski miał o wiele liczniejszą Armię, Milicję Obywatelską i Służbę Bezpieczeństwa, aktyw partyjny, Ochotnicze Rezerwy Milicji Obywatelskiej (sławne ORMO), Północną Grupę Wojsk Armii Radzieckiej z dowództwem w Legnicy oraz palących się do udzielenia „bratniej pomocy” Czechów i Demokratycznych Niemców.
Jarosław Kaczyński nie może liczyć nawet na lojalność wicepremiera Gowina i jego osiemnastu szabel w Sejmie. Właśnie dlatego PiS skazany jest na bezprzykładną klęskę. Opozycja nie musi nic robić. Wystarczy poczekać…
W nieznane
By względnie szybko wyjść z tego kryzysu potrzebne są nowe niekonwencjonalne rozwiązania. Tak zwana „Zjednoczona prawica”, nie posiada intelektualnych, profesjonalnych i merytorycznych kwalifikacji by odbudować gospodarkę. Proponuje rozdawnictwo i zaciskanie pasa. Bez żadnych warunków. Gdy okaże się, że Tarcza nie działa a suweren pali opony w Alejach Ujazdowskich przed KPRM, władza spróbuje rozwiązań siłowych, czym tylko pogorszy sytuację.
Większość Polaków, albo nie ma, albo za chwilę nie będzie miało, zaufania do rządzących. Urzędnicy administracji państwowej czując nadciągającą katastrofę nie będą chcieli nadstawiać karku. Podobnie Policjanci i pracownicy tzw. „Służb”. Kto jak kto, ale oni najlepiej wiedzą jakie będą konsekwencje dokonania złych wyborów.
Rządzenie w takich warunkach staje się nie tylko koszmarem, staje się niemożliwe. Liderzy Prawa i Sprawiedliwości zrobili bardzo wiele, byśmy przestali im wierzyć. Dlatego opozycja nie będzie paliła się do pomocy.
Na szczęście nadzwyczajne czasy kreują też nadzwyczajnych ludzi. 1 sierpnia 1980 roku jedynie garstka opozycjonistów i równie nieliczna grupa funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa znała Lecha Wałęsę. Miesiąc później dla większości Polaków stał się on bohaterem narodowym porównywanym do Józefa Piłsudskiego. Należy spodziewać się, że wśród nas żyje przyszły lider, który sam nie wie, jak ważną rolę odegra w historii.
Mądrość i solidarność
Musimy uświadomić sobie, że aby wydostać się z kryzysu potrzeba niezwykłej mądrości i autentycznej solidarności społecznej. Jeśli obowiązki i ciężary zostaną rozłożone sprawiedliwie, to względnie szybko wrócimy do normalności. Lecz jeśli zatriumfuje egoizm i hasło „śmierć frajerom”, to za rok będziemy żyli na poziomie Ukraińców i obywateli Mołdawii. Do głosu dojdą ugrupowania skrajne, gotowe posłużyć się przemocą by zdobyć władzę. Co gorsza, zamknięte granice uniemożliwią wielu niezadowolonym emigrację. Kto z takim krajem będzie chciał handlować? Kto będzie chciał inwestować?

Świat powinien zobaczyć zdyscyplinowane i zdeterminowane społeczeństwo, które nikogo nie zostawia na pastwę losu. Które gotowe jest ponieść wyrzeczenia. Jeśli zwykli pracownicy mają zrezygnować z części wynagrodzenia, to tym bardziej należy wymagać tego od właścicieli przedsiębiorstw i prezesów zarządu. Od władz Orlenu, Lotosu, KGHM i innych państwowych gigantów domagałbym się redukcji zarobków do maksymalnie 20 tysięcy złotych netto. W imię solidarności. Za to lekarzom, pielęgniarkom, ratownikom medycznym, technikom, laborantom, salowym podniósłbym wynagrodzenie dwu, a może i trzykrotnie. Godnie powinni też zarabiać nauczyciele i policjanci.
Szantaż?
By ratować miejsca pracy, przedsiębiorcy winni mieć dostęp do tanich kredytów i gwarancji. Trzeba będzie uruchomić gospodarkę, a bez pieniędzy tego się nie da. I znów rządzący powinni postawić warunki. Jeśli zwolnienia, to wyłącznie gdy nie ma innego wyjścia. Należy zakazać umów śmieciowych, a umowy o dzieło powinny być oskładkowane. Natychmiast. Musimy zrozumieć, że podatki i daniny to nie przymus, lecz nasze ubezpieczenie na przyszłość.
Przy czym właściciele firm powinni mieć wybór, jeśli chcą skorzystać z pomocy państwa, mają zrezygnować z wysokich zarobków, uczciwie płacić podatki i wynagradzać pracowników. Albo niech się ratują sami. Tak to szantaż, tak nie ma to wiele wspólnego z gospodarką wolnorynkową którą znamy, lecz nie ma innego wyjścia.
Należy też zmienić zasady funkcjonowania sektora bankowego. Nie może być tak, że banki swoje problemy nacjonalizują a zyski prywatyzują. Licencja na prowadzenie działalności bankowej to przywilej drukowania pieniędzy (można sprawdzić czym jest kreacja pieniądza bankowego) więc i zobowiązania muszą być adekwatne. Banki muszą zaoferować wszystkim, którzy będą chcieli rozpocząć działalność gospodarczą tanie kredyty, na możliwe łagodnych warunkach. Bez zbędnej zwłoki i biurokracji. Ile potrzeba by rozpocząć działalność gospodarczą? Pięćdziesiąt, sto tysięcy złotych? Ile by uratować zakład fryzjerski czy gabinet kosmetyczny? Sto tysięcy, może dwieście. Lepiej potraktować to jako inwestycję, niż zostawić pracowników na zasiłkach? By ratować firmy budowlane potrzebne będą środki na rozbudowę i remonty infrastruktury drogowej, kolejowej, miejskiej, energetycznej… Rząd powinien wyemitować obligacje. Jeśli w kraju będzie spokój a inwestorzy zauważą, że polska gospodarka wspólnym wysiłkiem wydobywa się z zapaści z pewnością je wykupią,
Ich czas minął
To oczywiste, że ekipa Morawieckiego, Prawa i Sprawiedliwości, Zjednoczonej Prawicy itp. nie ma niezbędnego kapitału społecznego, by tego dokonać. Nie ma też pomysłów. Ani realnych, ani nierealnych. Oni nas nie uratują. Ich czas minął. Lecz jeśli jako społeczeństwo nie zdobędziemy się na wysiłek, na odbudowę zaufania, na przyjęcie za oczywistość zasady, iż nawzajem jesteśmy za siebie odpowiedzialni, pogrążymy się w mrokach anarchii. Gdzie będzie obowiązywało prawo pięści. Cofniemy się w rozwoju nie o lata a o dziesięciolecia. Czy tego chcemy?

F-35 na koronawirusa

Państwo znalazło się niespodziewanie w opałach. Coraz więcej osób chorych, coraz wyraźniejsze słabości służby zdrowia – widać że państwo ma poważny problem. Ludziom zaś trwożne myśli zaprzątają głowę – co z pracą, z czego żyć? O to prof. Grzegorza Kołodkę z Akademi Leona Koźmińskiego, b. wicepremiera i ministra finansów spytał Marek Barański.

Koszty będą olbrzymie. Jeszcze ich nie znamy, podobnie jest w innych państwach świata. Już można, jak sądzę szacować, że w stosunku do planowanego przez rząd budżetu na rok 2020 pojawi się dodatkowy deficyt (mówię „dodatkowy”, bo „deficyt zerowy”, to była mrzonka obecnego rządu). Szacować go można od 6 do 8 procent. 3-4 proc. To jest skutek dodatkowych wydatków w związku z walką o ludzkie zdrowie i życie, z ochroną miejsc pracy, a także nakładów na podtrzymywanie przedsiębiorstw zwłaszcza małych i średnich, które nie są w stanie poradzić sobie same.
Drugie 3-4 proc, to jest ubytek dochodów budżetu państwa z tytułu zaniechania poboru składek na ZUS i ubytków w podatku VAT-u, bo przecież mniej wydajemy w tych czasach.
W polskich realiach „dziura” może wynieść 140 – 190 mld zł.
Skąd wziąć te pieniądze?
Są trzy są kanały ich pozyskania. Pierwszy – drukowanie pieniędzy. Bardzo dobrze, że NBP skupuje na rynku wtórnym obligacje wyemitowanie przez państwo i to jest właśnie nic innego, jak to, co ludzie nazywają drukowaniem pieniędzy. Nie ma obawy, że nadmiernie wzrośnie dług publiczny, bo on jest daleko od granicy wyznaczanej przez prawo polskie i unijne ograniczające jego skalę w stosunku do PKB.
Drugi kanał – o nim na razie się nie dyskutuje, ale to jest tylko kwestia czasu, to podniesienie podatków. Oczywiście tym, którzy będą mieli, z czego płacić, a nie biednym. Trzeba bezwzględnie odejść od fatalnych rozwiązań preferujących najlepiej wynagradzane warstwy pracowników i wszystkie dochody indywidualne skonsolidować i obłożyć je podatkiem progresywnym. Należy odejść od różnego rodzaju kontraktów menadżerskich, czy pseudo indywidualnej działalności gospodarczej, prowadzonej tylko po to, żeby płacić podatek liniowy i unikać tejże progresji.
I trzeci kanał. Chcę mocno podkreślić, że jeśli mamy troszczyć się o bezpieczeństwo społeczeństwa i ludzi, co tak bardzo podkreślają uczestnicy każdych wyborów, łącznie z obecnymi – prezydenckimi, to niech politycy i parlamentarzyści wykażą się minimalnym rozsądkiem i odwagą i zamrożą co najmniej na pięć lat tzw. wydatki obronne. Nie będziemy przecież walczyć z koronawirusem przy pomocy myśliwców F-35, nakręcając przy okazji koniunkturą amerykańskim protektorom. To lizusostwo pro-amerykańskie powinno się skończyć. Bezpieczeństwo Polski spokojnie może być zachowane przy zamrożeniu wydatków na obecnym nominalnym poziomie, a cały przewidywany przyrost powinien być skierowany na dofinansowanie profilaktyki i lecznictwa, nie tylko w obecnej walce z epidemią.
I po drugie – na sensowną, wzmacniającą spójność społeczną i nie sprzeczną z troską o efektywność gospodarczą, opiekę społeczną. Nie muszę dodawać, że przy okazji, jednym pociągnięciem pióra, skreśliłbym też z planów budowę megalomańskiego lotniska za dziesiątki miliardów złotych.
No to jest pole do popisu dla lewicy. Postulat podatku progresywnego jest stałym punktem ich programów politycznych.
Lewica, jeśli nie zgłosi przy tej okazji wniosku o zamrożenie wydatków zbrojeniowych i przesunięcie ich na obronę położenia społecznego i standardu życia ludności szczególnie zagrożonej, będącej w trudnej sytuacji materialnej, utraci moralne prawo do nazywania się lewicą. Powinna być w awangardzie zabiegów o racjonalizację sytemu fiskalnego i o prospołeczne i zarazem proefektywnościowe ukierunkowanie interwencyjnych działań rządu w tym niezwykle skomplikowanym czasie.
Skomplikowanym od strony budżetowej, ale i politycznej…
Jest oczywiste, że wybory prezydenckie, nie odbędą się 10 maja. Zapewnienia rządzących i spory z opozycją, to funta kłaków warta kolorystyka polityczna.
Należy sobie jednak uzmysłowić, że przesunięcie wyborów prezydenckich będzie niezwykle kosztowne. W następnych kwartałach sytuacja gospodarcza w Polsce będzie się pogarszać. Będą rosły napięcia społeczne, spadać będzie również poparcie dla obecnej władzy, łącznie z obecnym prezydentem. Rząd PiS, aby utrzymać swoją popularność i szanse na reelekcję A. Dudy, nie będzie szczędził pieniędzy – oczywiście pod hasłem walki z koronawirusem i z jego następstwami. Miejmy świadomość, że przez cały czas będzie także trwał gigantyczny nacisk z jednaj strony przez populistów, którzy pod pretekstem obrony najsłabszych będą domagali się gigantycznych pieniędzy na pomoc społeczną, nawet tam, gdzie można sobie poradzić bez ekstra zabiegów.
Z drugiej zaś strony możni tego świata, pod hasłem obrony miejsc pracy i ochrony przedsiębiorców, już rozpoczęli swój skok na kasę. Ile to będzie kosztowało, jeszcze nie wiemy, ale dużo.

Żywa tarcza

Nie mówmy o tarczy antykryzysowej. To, co szykuje rząd i co w formie medialnych przecieków na raty dociera do opinii publicznej, zanim zostanie przegłosowane w piątek, na tę nazwę nie zasługuje.

Prawdziwą tarczą, prawdziwym zabezpieczeniem społeczeństwa przed epidemią byłaby sprawnie działająca publiczna służba zdrowia, odpowiednio wyposażone szpitale, dobrze zarabiające pielęgniarki. Polska prawica wolała jednak zbywać pracowników medycznych obietnicami, udawać, że wszystko jest w porządku lub skrycie marzyć o prywatyzacji. Głosy socjaldemokratów, odkąd ci zaczęli głośniej upominać się o usługi publiczne na godnym poziomie, były ignorowane. Marne pocieszenie, że było tak nie tylko w Polsce: owoce cięcia wydatków publicznych w postaci niedoboru łóżek szpitalnych, respiratorów czy nawet rękawiczek zbierają właśnie Włosi i Hiszpanie. W Madrycie lewicowy rząd, w obliczu sytuacji naprawdę ekstremalnej, zamachnął się – fakt, że z założenia tymczasowo – na dogmat o własności prywatnej i ogłosił, że cała niepubliczna służba zdrowia przechodzi do dyspozycji władz regionalnych. Naszych polityków nie stać nawet na połowę takiej odwagi.

Lewica podsuwała PiS gotowe rozwiązania, by równocześnie zachować socjalną twarz i ratować polski kapitalizm. Wśród jej pięciu postulatów było objęcie pracowników na umowach śmieciowych podstawowymi gwarancjami, zwolnienie przedsiębiorców z opłat za usługi komunalne oraz wypłacanie przez państwo 75 proc. pensji, pod warunkiem, że pracodawca nikogo z pracy nie wyrzuci. Szkoda, że poza debatę w internecie czy publicystykę nie wyszły krok dalej idące pomysły, jak podstawowy dochód gwarantowany, podwyżka podatków dla określonych grup, zawieszenie spłat rat kredytowych dla zwykłych konsumentów czy powszechne ubezpieczenie zdrowotne. Warto, by sejmowi socjaldemokraci się nimi zainteresowali. Niedługo takie ruchy mogą okazać się niezbędne, by najsłabsi w ogóle przetrwali.

PiS-u nie stać nawet na tyle. Jak każda konserwatywna prawica, będzie ratować banki i większy biznes. Nie pracowników i nawet nie te małe firmy, które przez całą III RP chwalono jako najlepszy pomysł na życie. Upadną razem ze spadkiem popytu i siły nabywczej, jaką wywoła obniżenie zarobków i wydłużenie czasu pracy. A taka właśnie ma być polska tarcza antykryzysowa: obniżenie płac, wydłużenie czasu pracy, pozbawienie organizacji pracowniczych prawa głosu. Związki zawodowe nie będą mogły realnie wpłynąć na decyzje pracodawcy, jak ratować firmę.

Firma, która wpadnie w kłopoty, dostanie prawo pod pewnymi warunkami wydłużyć czas pracy do 12 godzin. Inny scenariusz ratowania biznesu? Przy spadku obrotów o 15 proc. pracodawca będzie mógł, skracając czas pracy, równocześnie obniżyć pensję do 80 proc. Jedyne, czego mu nie wolno, to zejść poniżej płacy minimalnej. Połowę tak obniżonego wynagrodzenia i tak zapłaci nasze tanie państwo ze swoich ograniczonych zasobów, ograniczonych tyleż przez tak popularne przed kryzysem „optymalizacje”, co przez trwonienie kasy na propagandę. Pamiętacie, ile kosztowała Telewizja Kurskiego? Polska Fundacja Narodowa? IPN? „Żołnierze wyklęci” nie chronią przed epidemią. Gdyby było inaczej, wirus nawet nie zbliżyłby się do polskich granic.

To zaś, co „socjalny” rząd szykuje dla osób bez umów o pracę, jest zwyczajnie haniebne. Po latach tolerowania rozkwitu śmieciówek i łamania prawa pracy nawet w okresie niezłej koniunktury, wciskania, że taka umowa jest korzystniejsza (w większości przypadków jest tylko pozornie), w momencie załamania rzuca im się nędzną jałmużnę. Samozatrudnieni, ludzie ze zleceniami i umowami o dzieło dostaną jednorazowo 80 proc. płacy minimalnej. Przypomnijmy: ona wynosiła 4000 zł tylko w przedwyborczych obietnicach PiS i w katastroficznych wizjach anty-PiS. W prawdziwym życiu nie przekroczyła 2600 zł brutto. Można policzyć, na ile teraz mogą liczyć ludzie na śmieciówkach czy samozatrudnieniu (często zresztą wymuszonym), zanim przestaną móc liczyć w ogóle na cokolwiek. O zawieszeniu programów socjalnych PiS na razie nie słychać. Ale spokojnie, niech tylko Duda wygra wybory… Kryzys uzasadnia wiele „kroków nadzwyczajnych”.

A kryzys będzie trwał. Epidemiolodzy nie mają dobrych wiadomości, jeśli chodzi o czas walki z wirusem. Państwo, które zrobi z obywateli żywą tarczę, za kilka miesięcy przekona się, że brak popytu i tak zabija firmy ratowane z takim poświęceniem publicznych pieniędzy, a tych pieniędzy, czyli możliwości interwencji publicznej, jest coraz mniej.

Było takie hasło na antykapitalistycznych demonstracjach: Nie będziemy płacić za wasz kryzys! Jeśli tarcza antykryzysowa wejdzie w życie w takiej postaci, co jest najbardziej prawdopodobne, to jednak będziemy, tak jak zapłaciliśmy za poprzedni. Podziękujmy „socjalnemu” rządowi. I szukajmy prawdziwej alternatywy, skoro neoliberalny kapitalizm wdeptuje nas w ziemię po raz kolejny.

Program rządu nas nie uratuje

Epidemia to wielkie wyzwanie dla polskiego państwa, a zarazem szansa, by przemyśleć sytuację i przyjąć odważne rozwiązania, które sprawiłyby, że jakość naszego życia mogłaby się trwale poprawić. Niestety rząd z tej szansy nie korzysta – mówi Piotr Szumlewicz, przewodniczący Związku Zawodowego Związkowa Alternatywa, w rozmowie z Małgorzatą Kulbaczewską-Figat (Strajk.eu).

W wystąpieniu poprzedzającym ogłoszenie pięciu filarów tzw. Tarczy Antykryzysowej prezydent Andrzej Duda zapewnił, że koszty kryzysu wywołanego epidemią zostaną sprawiedliwie rozłożone między przedsiębiorców, pracowników i państwo. Czy faktycznie program idzie w tym kierunku?

Koszty kryzysów prawie zawsze ponoszą przede wszystkim najsłabsi. I tym razem nie będzie inaczej. Nie usłyszałem w rządowych deklaracjach niczego o wyodrębnionych środkach na wsparcie dla osób bezrobotnych, bezdomnych, niepełnosprawnych czy pracowników zatrudnionych w ramach umów niestandardowych. Co dziwi i bardzo niepokoi, nie ma nawet wyodrębnionego wsparcia dla seniorów, których życie i zdrowie podczas epidemii jest najbardziej zagrożone. Nie ma też przygotowanego planu rozwoju usług opiekuńczych, które w czasie kryzysu są bardzo istotne.

Rząd twierdzi, że uratuje sytuację na rynku pracy, biorąc na siebie wypłacenie 40 proc. pensji osobom, które są zatrudnione w firmach dotkniętych przez kryzys (drugie 40 proc. miałby nadal płacić pracodawca). W przypadku samozatrudnienia, umów o dzieło i zlecenie padła deklaracja o 80 proc., ale potem pojawiły się sugestie, że tylko jednorazowo.

Pierwsza sprzeczność: z jednej strony słyszymy o potrzebie stymulowania popytu, z drugiej rząd wprost mówi o bardzo poważnej obniżce płac. 20 proc. to naprawdę dużo. Cóż to za stymulowanie popytu, które opiera się na obniżaniu wynagrodzeń?!

Dalej: rozwiązania wobec osób pracujących na umowach zlecenie i o dzieło oraz samozatrudnionych są ogólnikowe i bardzo ograniczone. Rząd proponuje, aby pracownicy zatrudnieni w ramach umów niestandardowych otrzymali zaledwie 80 proc. minimalnego wynagrodzenia. To głodowa stawka, która nie pozwala na zaspokojenie podstawowych potrzeb! W polskim prawie pracy mamy minimalną płacę i żaden pracownik nie powinien otrzymywać wynagrodzenia poniżej tej kwoty. Rząd jawnie dyskryminuje pracowników zatrudnionych w ramach umów niestandardowych i umacnia ich wykluczenie.

Na dodatek nie jest jasne, jak władza chce pomagać tym osobom. Czy pomoc ma być udzielana co miesiąc, czy jednorazowo? Jeśli tylko raz, to trudno to nawet skomentować. To jałmużna. Jeśli co miesiąc, to nasuwają się kolejne pytania: czy pracownicy wykonujący umowę o dzieło otrzymają uprawnienia pracowników etatowych? Czy pracodawcy, którzy wymuszali fikcyjne samozatrudnienie lub umowy zlecenia, będą ponosić jakiekolwiek koszty związane z pogorszeniem sytuacji pracowników, którzy dotychczas wykonywali dla nich pracę? Pytania są, odpowiedzi nie ma.

Czyli należałoby zadziałać bardziej stanowczo? Przyjrzeć się umowom śmieciowym i skasować je wszędzie tam, gdzie Kodeks Pracy przewidywałby etat?

Związkowa Alternatywa uważa, że kryzys powinien być wykorzystany do radykalnego ograniczenia umów niestandardowych. W Polsce setki tysięcy pracowników ochrony, handlu, gastronomii i wielu innych branż ma umowy zlecenia lub jest na samozatrudnieniu w sytuacji, gdy są spełnione wszystkie kryteria umowy etatowej. W sytuacji kryzysu widać, jak destrukcyjne są skutki utrzymywania setek tysięcy prekariuszy, pozbawionych podstawowej ochrony.

Dlatego zaproponowaliśmy abolicję dla pracodawców, którzy teraz zamienią umowy niestandardowe na etaty. Państwo nie karałoby ich za to, że dotychczas omijali umowy etatowe, a wręcz pomogłoby im w utrzymaniu nowopowstałych etatów. Gdyby jednak firmy wciąż łamały przepisy, po kilku miesiącach musiałyby zapłacić wysokie kary.

W chwili próby „solidarny” PiS okazał się neoliberalny?

Rozwiązania antykryzysowe koalicji PO-PSL były zbliżone do rozwiązań przedstawianych dziś przez rząd Mateusza Morawieckiego. Wtedy też przewidziano dopłaty dla przedsiębiorców przy jednoczesnej obniżce płac, ale też możliwość wzrostu elastyczności czasu pracy.

Lewica chce, by rząd wspierał pracodawców, ale pod warunkiem, że ci nie będą zwalniać.

Taką zasadę popieram: wsparcie dla firm pod warunkiem zachowania miejsc pracy. Obawiam się sytuacji, w której pracodawca zwolni połowę pracowników, a pozostali otrzymają niższe wynagrodzenie, na dodatek współfinansowane z budżetu. W ten sposób wzrosłoby bezrobocie, spadł poziom wynagrodzeń, a jedynym beneficjentem świadczeń rządowych byłby pracodawca.

Brakuje w rekomendacjach Lewicy rozwiązań na rzecz rozkręcenia koniunktury i stworzenia nowych miejsc pracy. Pompowanie setek miliardów złotych w upadające firmy bez perspektywy ożywienia gospodarki to tylko odraczanie katastrofy. W perspektywie miesiąca tę strategię można zrozumieć, ale jeżeli epidemia potrwa ponad trzy miesiące, czeka nas zapaść. Środki pomocowe szybko się skończą, a skala bezrobocia i upadłości firm będzie rosnąć, zaś popyt będzie spadał.

Program rządu chwilowo uratuje gospodarkę, ale jej nie uleczy. Jeżeli rząd na masową skalę pozwoli na przesunięcie płacenia składek na ubezpieczenia społeczne, odroczy spłaty rat kredytów, uruchomi program niskooprocentowanych pożyczek, będzie dopłacać do niedziałających firm, to jeżeli gospodarka szybko nie ruszy, po kilku miesiącach system rozsypie się jak domek z kart. Ani osób prywatnych, ani firm nie będzie bowiem stać na spłatę narosłych zobowiązań, a dodatkowo państwo będzie stopniowo pozbawiane możliwości interwencji. Plan rządu nie jest więc obliczony na systemowe przeciwdziałanie recesji, tylko na leczenie bieżących objawów kryzysu.

5 postulatów Lewicy na kryzys

Ratować nie banki, a firmy, które teraz tracą przychód, i ich pracowników, którzy zostają bez źródła utrzymania – wzywa Lewica. I podkreśla: wolny rynek wszystkiego nie ureguluje!

Sejmowy klub Lewicy nie ma wątpliwości: rządowa Tarcza Antykryzysowa nosi swoją nazwę mocno na wyrost. To ręka wyciągnięta głównie do banków – one właśnie otrzymają największą część wydzielonej w ramach pakietu kwoty 212 mld złotych, a także zachowają prawo do wpływania na inne składniki Tarczy. Wszak to dobra wola bankowców ma ma decydować o tym, czy i na jak długo zostaną zawieszone spłaty kredytów. Odrębną kwestią jest, czy 212 mld nie jest kwotą zupełnie wirtualną, rzuconą dla retorycznego efektu.

Włodzimierz Czarzasty i Robert Biedroń zaproponowali swoje rozwiązania na kryzys. Jak podkreślają, mają one pomóc i pracownikom, i przedsiębiorcom.

Kredyty i rachunki – zawiesić!

To nie banki powinny decydować o możliwości odroczenia spłat kredytów – podkreślają politycy Lewicy. Chcą, by spłaty zawiesić na okres sześciu miesięcy ustawowo. Przez ten sam okres państwo miałoby pokrywać przedsiębiorcom koszty leasingu, czynszów czy rachunków za media.
– Nie możemy pozwolić upaść polskim firmom, dlatego musimy być przygotowani do umorzenia – a nie odroczenia, jak proponuje rząd – niektórym podmiotom PIT, CIT, VAT oraz ZUS – to kolejny postulat Lewicy. Włodzimierz Czarzasty wytłumaczył, że dla całej grupy branż przesunięcie płatności VAT i składek na ZUS nie stanowi żadnej realnej pomocy, gdyż w czasie epidemii po prostu nie mają klientów i odbiorców.
– Mówimy o branży turystycznej, hotelarskiej, restauracyjnej, transportowej, eventowej, wszystkich tych sklepach, które nie sprzedają żywności. Te firmy od tygodnia lub dwóch nie sprzedają swoich produktów lub usług, w ogóle nie sprzedają. Nie mają ani grosza przychodu – mówił Czarzasty.

Pensja od państwa

Socjaldemokraci oczekują, że przedsiębiorcy w zamian za koło ratunkowe zachowają miejsca pracy. Państwo miałoby pokryć koszty wynagrodzeń nie niższych niż płaca minimalna, ale wtedy, gdy pracodawca nikogo nie wyrzuci. Co istotne, miałoby to dotyczyć wszystkich typów umów. Wszak w najgorszej sytuacji w czasie kryzysu znalazł się ponad milion ludzi świadczących pracę na podstawie tzw. umów śmieciowych.
Włodzimierz Czarzasty zauważył, że premier Morawiecki nie czuje realiów prowadzenia w Polsce małego biznesu.

– Czasem mam takie wrażenie, że premier Mateusz Morawiecki jest dobrym prezesem banku, ale gdyby miałby do poprowadzenia kiosk ruchu, to miałby z tym realny problem. On nie czuje biznesu, nie rozumie procesów, nie wie co to znaczy zarobić, aby utrzymać swoich pracowników, zapłacić za towar, który trzeba sprzedać lub odzyskać należności – skomentował.

Potrzeba nowych pomysłów

Piąty postulat Lewicy to powołanie instytucji antyspekulacyjnej, by powstrzymać próby zawyżania cen i robienia biznesu na kryzysie. Politycy wezwali wreszcie, by w czasach nadzwyczajnych szukać nowych rozwiązań i nie bać się wychodzić poza dotychczasowe schematy.

– Tak postępuje Wielka Brytania, tak postępują Stany Zjednoczone, Węgry i wiele innych krajów na świecie. Obawiamy się, że Tarcza Antykryzysowa może się okazać najwyżej pokrywką od garnka. Trochę nas ochroni, ale to o wiele za mało – zauważył Robert Biedroń. Podkreślił, że w czasach kryzysowych ludzie instynktownie zwracają się po pomoc do instytucji państwowych, pewniejszych niż wolny rynek. A sprawne i opiekuńcze państwo to przecież fundament programu Lewicy.

Śmieciówkowy horror

Pandemia wirusa SARS-CoV-2 obnażyła słabość współczesnych państw. Czeka nas kryzys i głęboka recesja. Im gorszą pozycję w hierarchii społecznej zajmujesz, tym mocniejsze konsekwencje zaistniałej sytuacji poniesiesz.

Model produkcji towarów i dystrybucji usług oparty o dywersyfikację ryzyka, bez dywersyfikacji zysków, wysadzi naszą gospodarkę w powietrze, a po wszystkim może nie być czego zbierać.

Bez pracy i pieniędzy

Odkąd rząd podjął decyzję o zamknięciu galerii handlowych, pracownicy drobnych usług pozostają odcięci od możliwości zarobkowania. Cierpią zatrudnieni w gastronomii, handlu, przedstawiciele branży MICE (turystyka biznesowa), przewodnicy wycieczek, organizatorzy targów i imprez masowych. Po głowie dostał transport osobowy. Czy rząd im pomoże? Przedsiębiorcom pewnie tak. Pracownicy, którzy – w większości przypadków z naruszeniem Kodeksu Pracy – faktycznie przymuszeni zostali do podpisania umowy zlecenia lub umowy o dzieło, zostali zostawieni na pastwę losu. Dochody większości zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych urwą się 14 marca 2020 r.

Rząd wiedział

Rząd PiS doskonale wie o problemie. Sam obiecywał ukrócić patologie śmieciowego rynku pracy, był adresatem licznych apeli lewicy i związków zawodowych. Przez chwilę nawet wydawało się, że ma zamiar coś z problemem zrobić, bo wprowadzenie minimalnej płacy godzinowej także dla osób zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych było ruchem dobrym. Ostatecznie jednak rządy PiS ugięły się pod naporem lobby wielkiego kapitału, a ten do perfekcji opanował indywidualizację zysków i uspołecznianie strat. Przypomnijmy, że w ogromnej większości przypadków polscy zatrudnieni na umowach zlecenie powinni mieć umowy o pracę. Gdy zleceniobiorca musiał wykonywać zlecenie w ściśle określonym miejscu i czasie i pozostawał w zależności od zleceniodawcy, gdy zlecenie nie mogło być wykonane przez osobę trzecią, gdy umowa koniecznie jest odpłatna, gdy zleceniodawca sprawuje nadzór nad zleceniobiorcą – należy się etat. Tak wynika z Kodeksu Pracy.

Kryzys uderzył w najsłabszych

Wśród zatrudnionych w oparciu o umowy cywilnoprawne, większość to osoby wykonujące proste prace, wymagające niskich kwalifikacji, próżno od nich oczekiwać doskonałej znajomości prawa pracy i własnych praw. Od kilku dni kilka milionów ludzi, z dnia na dzień, bez możliwości przygotowania się, znajduje się na przymusowym bezrobociu. Bez prawa do zasiłku, bez możliwości ubiegania się o wypłatę za czas przestoju. Gdy osoba pracuje na umowie o pracę i z niezawinionych przez nią powodów wykonanie pracy nie jest możliwe, odpowiedzialność za zaistniałą sytuację ponosi pracodawca, a prawo pracowników do wynagrodzenia podlega ochronie (Art. 81 §2 Kodeksu Pracy). Gdy nie ze swojej winy nie pracuje zatrudniony na umowie zlecenie, pracodawca tylko śmieje mu się w twarz.
Nietrudno się domyślić, że nagła utrata wynagrodzenia w sytuacji, w której osoby na śmieciówkach – czyli takie jak ja – przeznaczają średnio 50 proc. wynagrodzenia na wynajęcie mieszkania/pokoju, spowoduje, że osoby te albo nie będą miały co jeść, albo nie będą miały gdzie mieszkać. Przychylni lokatorom landlordzi zapewne zgodzą się na czasową redukcję kosztów wynajmu. Nieprzychylni – lokatorów wyrzucą.

Obok społecznego jest też aspekt czysto epidemiologiczny: niewolniczy model zatrudnienia, oparty o śmieciówki, będzie gwoździem do naszej trumny. W okresie poprzedzającym stan zagrożenia epidemicznego, osoby zatrudnione na umowy zlecenia, mimo złego samopoczucia, przychodziły do pracy. Nic to, że osoba osłabiona jest dużo bardziej podatna na infekcję koronawirusem, i – choć często przecież młoda – na rozsiewanie tego wirusa dalej. Ile osób w Polsce przychodziło do pracy i potencjalnie dalej rozsiewało koronawirusa? Gdyby osoby te objęte były ubezpieczeniem chorobowym, w przypadku wystąpienia pierwszych symptomów mogłyby poddać się domowej kwarantannie.

Prywatyzacja zysków, uspołecznienie strat

Pozostaje też sprawa zwykłej uczciwości. Pracownicy ponoszą negatywne konsekwencje spadku (braku) obrotów, natomiast w czasie, gdy te obroty rosły, nie mieli z tego tytułu żadnych korzyści. Jeżeli firma funkcjonuje przez 13h dziennie, płacąc 17 zł/h, to koszty stałe zatrudnienia wynoszą 221 zł/dzień. Dlaczego zatem, skoro pracownicy nie dostają wynagrodzenia w czasie, gdy firma nie działa, nie jest tak, że dostają pewien procent od przychodu powyżej 221 zł? System oparty o śmieciówki stworzył dla tzw. “przedsiębiorców” idealny model dywersyfikacji ryzyka bez dzielenia się potencjalnymi zyskami.

Czy czegoś nas to nauczy?

Żyjemy w państwie z kartonu i obecny kryzys powinien dać wszystkim do zrozumienia, że to się powinno zmienić. Ale czy się zmieni – wątpię. Prędzej spodziewam się narastania nastrojów ksenofobicznych, antyeuropejskich, antyglobalizacyjnych, wsobnych, zarządzania strachem. Globalizacja rozmontowała państwa z ich aparatem reagowania, zniszczyła wspólnotowość, doprowadziła do skrajnej atomizacji, w której – przez radykalnym indywidualizm – nie da się przeciwstawić poważnym zagrożeniom. Obawiam się, że odpowiedzią na ten brak wspólnotowości będzie wspólnotowość ekskluzywna, taki faszyzm 2.0.

Zagubieni przewodnicy

Amerykański gwóźdź do trumny liberalizmu gospodarczego?

Problem z programem liberalnej formacji w Polsce polega na tym, że został on już wcielony w życie. Tyle że wykreowana rzeczywistość nie dla każdego okazała się łaskawa.
Kapitalizm na rozdrożu
Nadwiślańscy liberałowie znaleźli się w potrzasku. Nowy przywódca PO jest daleki od naruszania prymatu własności prywatnej, będzie się troszczył o ludzi, ale tych, którzy zarabiają na programy socjalne, ominie długim łukiem kwestię progresji podatkowej. Ale to właśnie liberalizm gospodarczy, z jego ideałem przedsiębiorczości, wolnego rynku i tycim państwem odpowiada i za półperyferyjny status polskiej gospodarki, i za systemowy kryzys kapitalizmu. W Polsce dogmaty liberałów przybrały postać tzw. transformacji ustrojowej, wdrożonej pod przywództwem L. Balcerowicza – kataryniarza ortodoksji i pogromcy inflacji. W następstwie polskie społeczeństwo powróciło do tysiącletniej normalności tj. statusu półperyferii. Teraz jest montownią produktów finalnych na zagranicznych technologiach eksportowanych jako ‚’polskie”, krainą taniej pracy i dużego rynku zbytu dla zagranicy. Ursus zastąpiło Factory. Natomiast w skali globalnej neoliberalny, wyczynowy kapitalizm wdrożony przez państwo amerykańskie stanął na rozdrożu. Model biznesu napędzanego obłędem zysku dewastuje Ziemię. Ma coraz więcej plusów ujemnych. Protest społeczny będący następstwem eksplozji nierówności i niestabilności pracy, traktowanej jak każdy inny towar, zagraża nawet demokracji.
Trwa debata nad wariantem ustrojowym lepiej dostosowanym do limitów przyrodniczych i społecznych. Zainicjowała ją książka Thomasa Pikette`go „Kapitalizm XXI wieku”. Francuski ekonomista twierdzi, że stopa zwrotu z kapitału (lokat, akcji czy dywidend) jest wyższa niż tempo wzrostu gospodarczego. W rezultacie narastają dysproporcje w podziale dochodów, później majątków. Na poziomie światowym w r. 2010 promil najbogatszych posiadał 20 proc. całości majątku, 1 proc. około połowy światowego bogactwa (wówczas było to 45 mln posiadających przeciętnie majątek rzędu 3 mln euro, czyli piędziesięciokrotność średniego majątku), a grono 10 proc. krezusów rozporządzało wielkością zawartą między 80 a 90 proc. całości majątku. W tej sytuacji dolna połowa ludzkości musi się zadowoli mniej niż 5 proc. całości (s.540). Co gorsza, duże dysproporcje występują także między regionami świata: 80 proc. globalnej nierówności dochodu wyjaśnia kraj, a nie klasa (B. Milanović). Piketty postuluje powrót do progresji podatkowej, odbudowę przeciwwagi klas pracowniczych wobec kapitału, społeczną kontrolę nad władzą wielkich korporacji oraz, podobnie jak Mariana Mazzucato, udział społeczeństwa w zyskach osiąganych przez korporacje dzięki innowacjom powstałym w sektorze publicznym.
Wyczynowy kapitalizm
Wielkim hamulcowym kolejnej rekonfiguracji kapitalizmu jest państwo amerykańskie. Wespół w zespół politycy amerykańscy, ekonomiści katedralni i bankowi, przy wtórze medialnych trąb, wdrożyli dewastujący przyrodę i pracę model kapitalizmu. Recepturę przygotowaną przez neoklasycznych ekonomistów wdrażali sukcesywnie kolejni prezydenci: odejście w r. 1971 od systemu Bretton Woods, w konsekwencji utrata kontroli nad przepływem kapitału (R. Nixon), reformy podatkowe (R. Reagan), zniesienie ustawy Glassa-Steagalla, która oddzielała bankowość handlową od inwestycyjnej (B. Clinton). Itd. Społeczeństwo amerykańskie stało się swoistym laboratorium przedsiębiorczości i wolnego rynku, empiryczną demonstracją doktryny liberalizmu gospodarczego, aktualnym przesłaniem Manifest Destiny: „życiodajnego światła prawdy” dla błądzących narodów. Wystarczy więc przyjrzeć się mu bliżej, by dojrzeć kres drogi, którą od 4. dekad kroczą liberałowie obsługujący ideologicznie i politycznie System.
Współcześni Fordowie nie budują fabryk. Dziś taśma produkcyjna okrąża glob, kontener zastąpił taśmowy przenośnik, tylko rola systemu dystrybucji jest jeszcze większa (vide Amazon). W zglobalizowanej gospodarce dominują bowiem wielkie firmy – wydmuszki. W centrali ulokowany jest sztab zarządzający i wydziały odpowiedzialne za prace badawczo-rozwojowe. Centrala tylko koordynuje oplatającą glob sieć dostawców i podwykonawców. Powstaje łańcuch produkcji, którego pierwsze ogniwo mieści się na chińskim wybrzeżu czy w Europie Centralnej. Dotyczy to produktów, które są co prawda cudem techniki jak iPhone, ale ich montażu, z części wytworzonych osobno, dokonują coraz szybciej zręczne ręce przeszkolonych mieszkańców prowincji. Fabryki czy raczej montownie, w których powstają gadżety społeczeństwa informacyjnego, są własnością lokalnych producentów, lecz ich marża jest niewielka. Do powstania takich łańcuchów produkcji i usług, konieczne były komputery, sieć telekomunikacyjna, nowoczesna logistyka, zwłaszcza konteneryzacja transportu i poszerzenie dostępu do wykwalifikowanej, a przy tym taniej, siły roboczej. System ten nadzorują jednostronne agencje wielostronne (MFW, WTO, OECD), kierowane z tylnego siedzenia przez amerykański Departament Skarbu (J. Sachs, J. Stiglitz). W ostateczności wspiera ich operator drona albo pilot F-16.
Przewagę konkurencyjną w tym Systemie daje opanowanie możliwie dużego rynku zbytu. Dlatego stają w szranki potężne globalne firmy. Powstają oligopole jak amerykańska GAFA czy chiński BATX (Baidu, Alibaba, Tencent, Xiaomi). Sprzęga się tutaj potęga własności intelektualnej patentów z zasobami finansowymi. Dzięki rencie innowacyjności, dużym obrotom, wysokim marżom, pozycji rynkowej „wiodąca” firma ma duże rezerwy płynności, ma też łatwy dostęp do kredytów bankowych, przejmuje dużą część nadwyżki wytwarzanej w globalnej gospodarce. W cenie produktu takiej firmy aż 75 proc. stanowią „aktywa niematerialne”: opłata za badania, patent, projekt, strategię marketingową, itd. Zadania te wykonuje tzw. klasa średnia, specjaliści. W ochronie własności intelektualnej państwo nie może być zawodne. To istota tzw. gospodarki opartej na wiedzy. Dzięki dominacji na rynku firma wykupuje start-upy, dokonuje fuzji i przejęć konkurentów. Wartość fuzji i przejęć na świecie przekroczyła przed kryzysem 2008 r. 4,38 bln dolarów. Na kontroli i koordynacji produkcji, a także obrotu towarami wysokiej techniki (z kilkoma wyjątkami przemysłu wydobywczego czy zbrojeniowego) polega obecnie koncentracja kapitału. Potwierdza swoją trafność charakterystyka kapitalizmu jako wielopiętrowej konstrukcji, w której toczy się „stała gra inwestowania” (F. Braudel). Na dolnych piętrach mamy głównie rodzinne bieda-biznesy w produkcji rolnej, usługach, deweloperce, w produkcji okien. Właśnie prowadzący minifirmy w liczbie ponad 2 mln. Janusze biznesu są obiektem adoracji liberałów. Górny rejestr natomiast obejmuje coraz dłuższe przestrzennie łańcuchy produkcji i wymiany, tworzone przez wielkie korporacje. Wdrażają one innowacyjne produkty oparte na osiągnięciach nauk przyrodniczych i technicznych. Przychody 500 największych megakorporacji zbliżają się do 40 proc. światowego PKB. Blisko zatem do zdobycia pakietu kontrolnego nad światową gospodarką, w konsekwencji nad państwami, finansowanymi przez nie uczelniami i przyszłością cywilizacji.
Neoliberalny Lewiatan podporządkował też naukę potrzebom korporacji. Najpierw wprowadził na uczelniach menedżerskie zarządzanie zgodnie z ideałem nadzorującego państwa, by wymuszać przejrzystość, rozliczalność, efektywność. Słowem, value for money. Stąd duża rola socjotechniki audytu i praktyk pomiaru pracy akademickiej. Krajowe biurokracje zarządzające nauką i szkolnictwem wyższym (w Polsce reforma min. Gowina) zmierzają do tego, by ukierunkować badaczy i uniwersytety na tworzenie wiedzy, którą da się utowarowić czy sprywatyzować, choć na wyższych piętrach obiegu idei i innowacji. Zarazem ci sami, którzy z brzytwą obcinają wszelkie funkcje socjalne państwa i jego regulacyjną rolę wobec gospodarki, na potęgę wciskają je, by komenderowało badaniami i edukacją. Przedsiębiorczość ma być wolna, natomiast wolność nauki to jakaś fanaberia i pasożytnictwo. Oczywiście paradoks jest pozorny: nauka ma przynosić zyski, jeśli nie z samych badań i wdrożeń, to chociaż z obrotu informacją naukową i z wyzysku uczonych jako autorów publikacji. W rezultacie stworzony w USA model badawczego uniwersytetu umożliwia przechwytywanie przez korporacje wiedzy finansowanej ze środków publicznych.
Amerykańskie laboratorium
Dla nadwiślańskich liberałów społeczeństwo amerykańskie ucieleśniło ich marzenia o wolności gospodarczej, kreatywnej przedsiębiorczości a la Jobs, Musk czy Bezos, o ograniczeniu zadań państwa jako reprezentanta racjonalności ogólnospołecznej. To dla nich społeczeństwo-matka. Już nie Roma causa, lecz laureaci tzw. ekonomicznego nobla, a trójnóg stoi na dziedzińcu tej czy innej uczelni Ivy League. Amerykański styl życia stał się soft-power: „kulturową bronią masowego rażenia” (A. Szahaj). Amerykanie tworzą światową popkulturę, dominują militarnie, słabną gospodarczo. Narastająca hegemonia kulturowa USA idzie w parze z erozją potęgi gospodarczej i cywilizacyjnym krachem tego modelu społeczeństwa. Po raz kolejny w dziejach potwierdza się dialektyka dekadencji: przed upadkiem rozkwit wzorców agonalnych.
Dzięki potędze militarnej i soft power hegemonii kulturowej strzegą panującego ładu światowego. Zapewnia on władzę korporacjom: ich zarządcom, właścicielom, udziałowcom, posiadaczom kapitału akcyjnego, obsługującym ich specjalistom z dziedziny finansów, prawa, marketingu i reklamy. Jest to władza nad przyrodą, pracą i życiem ludzkim, produkuje bowiem depresyjnych konformistów. W tym kraju tylko 6 grup medialnych pod kontrolą akcjonariuszy decyduje o zawartości 90 proc. tego, co ludzie, oglądają i czytają, i czego słuchają. Frustracje najlepiej leczy wielostrzałowy pistolet, który można nabyć w sklepie z szyldem „Jezus cię kocha – skup i sprzedaż broni”. Z rąk różnych frustratów wyprodukowanych przez System ginie rocznie ponad 30 tys. Amerykanów. W jarmarcznej demokracji o wyborze reprezentantów decydują pakiety akcji, a nie karta wyborcza.
W amerykańskim społeczeństwie miarą skuteczności indywidualistycznej strategii życia jest konto bankowe, które umożliwia luksusową konsumpcję, najlepiej na jachcie lub we własnym samolocie. Jak przekonuje na podstawie swych badań Arlie Russell Hochschild, mieszkańcy Głębokiego Południa, wbrew empirycznej falsyfikacji, wierzą, że „wolny rynek jest niezachwianym sojusznikiem dobrych obywateli czekających w kolejce na spełnienie amerykańskiego snu”. Na przeszkodzie stoi rząd federalny, który trzyma stronę wciskających się do kolejki cwaniaków, najczęściej o ciemnym kolorze skóry. Przegrani w wyścigu szczurów nie mają racji: około 30 milionów nieubezpieczonych, kilka bieda-prac może nie wystarczyć do przeżycia miesiąca bez wsparcia opieki społecznej. Niski stopień uzwiązkowienia i ochrony pracownika – krótkie urlopy, niskie zasiłki dla bezrobotnych, brak urlopów macierzyńskich, duże zróżnicowanie płac. Pozycja pracownika jest słaba. W czasie recesji firma redukuje koszty głównie ograniczając zatrudnienie, szybko też likwiduje deficytowe działy. Współczynnik Giniego, jest bliski 0,5, co oznacza duże zróżnicowanie dochodów i majątków. Merytokracja to absolwenci prestiżowych uczelni. By się do nich dostać, mimo systemu stypendiów i pożyczek, trzeba sobie dobrze wybrać rodzinę. Edukacja na wysokim poziomie jest kosztowna od najniższych szczebli w systemie edukacyjnym. Nic dziwnego, że stać na nią 14 razy więcej synów i córek, których rodzice plasują się w gronie 20 proc. najbogatszych, niż dzieci 20 proc. najuboższych. Dlatego w konsekwencji tylko 6 proc. urodzonych w tej grupie udaje się przebić do elity, pokazują badania Brookings Instutution (T. Zalewski, Polityka 3.04-9.04 2019).
Solą w oku jest rząd federalny i jego funkcje socjalne. Stąd brak ubezpieczeń społecznych na zasadzie solidaryzmu, prywatyzacja usług publicznych (obecnie ledwo bronią się pocztowcy z USPS). Prawie 1 proc. populacji, głównie młodych Afroamerykanów, przetrzymywana jest także w sprywatyzowanych więzieniach (czterokrotny wzrost odsetka osadzonych w omawianym okresie). To też efekt gettyzacji i niskiego poziomu szkół publicznych. Prywatyzacja obejmuje coraz więcej służb publicznych. W planach prezydenta Trumpa jest prywatyzacja autostrad, opieki medycznej dla ubogich Medicare, a także rynku federalnych pożyczek studenckich.
W gospodarce dominuje akcjonariusz i spekulant, stąd rozdęty sektor finansowy i rynek kapitałowy. W trzewiach tego Globalnego Minotaura (wedle określenia Y. Veroufakisa) dokonuje się recykling nadwyżki światowej. Obsługuje on spekulację nie tylko papierami wartościowymi, ale również ropą, żywnością, nieruchomościami komercyjnymi, przedsiębiorstwami przemysłowymi, które można kupić, sprzedać, zlikwidować – stosownie do kursów akcji i strategii biznesowej. Zysk ci wszystko wybaczy. Nawet wtłaczanie 15 milionów litrów wody na jedną operację niekonwencjonalnego szczelinowania, by wycisnąć gaz ze złoża łupkowego. Nawet jeśli społeczeństwo to konsumuje czwartą część energii produkowanej na świecie, to „amerykański styl życia jest nienegocjowalny”, jak oświadczył w Rio prezydent George Bush. Ograniczanie wolnego rynku w imię klimatu byłoby wręcz zbrodnią przeciwko najszlachetniejszej części ludzkości. Tymczasem kraje unijne zmniejszyły w latach 1990-2016 zużycie energii o 2 proc. , emisję gazów cieplarnianych o 22 proc., i jednocześnie zwiększyły swoje PKB o 54 proc. .
Naśladowany na całym świecie model biznesu stworzył Walmart. Zatrudnia 2 mln pracowników, wśród nich kasjerki, które zarabiają głodowe pensje, a ich utrzymanie biorą na siebie inni. Pracownicy giganta wielkopowierzchniowego handlu korzystają bowiem z publicznych szkół, ochrony policji, publicznych dróg, kwalifikują się do publicznych systemów opieki społecznej. Te dobra fundują im inni: do każdej nisko opłacanej kasjerki Walmartu amerykańscy podatnicy dopłacają od 3 do 6 tys. dol. rocznie.
Według Economic Policy Institute produktywność pracy w USA w ciągu ostatnich 40 lat wzrosła o 80 proc. ale mediana zarobków tylko o 10 proc. . W USA już od 1973 produktywność i zarobki zaczynają się rozchodzić. W latach 1948-1973 wydajność pracy wzrosła o 95,7 proc. , wynagrodzenia zaś o 90,9 proc. . Ale w okresie neoliberalnej kontrrewolucji wydajność rosła nadal, choć w wolniejszym tempie, bo 77 proc. , ale płace ledwie drgnęły, gdyż zwiększyły się zaledwie o 12,4 proc. . Amerykańscy golden boys zarabiają 13 mln euro rocznie, na co składają się opcje na akcje, przydział darmowych akcji, często 3-4krotność podstawowego wynagrodzenia. Dążą oni do krótkoterminowych zysków finansowych (marked to market) zamiast tworzyć majątek trwały i miejsca pracy. W połowie lat 60. prezes korporacji zarabiał 24 razy więcej niż jego pracownik produkcyjny. Obecnie to 185 razy więcej. Dlatego bogaci się bogacą, a biedni biednieją. Pracująca biedota stanowi aż 21 proc. ogółu zatrudnionych. Wiarygodne są analizy laureata tzw. ekonomicznego nobla Angusa Deatona zawarte w książce Wielka ucieczka. Zdrowie, bogactwo i źródła nierówności. W 2015 r. Amerykanie na dole drabiny społecznej żyli na poziomie 36 proc. oficjalnego progu ubóstwa. Nic dziwnego, że tzw. food stamps potrzebuje 14 proc. Amerykanów, czyli około 40 mln. Połowa pracowników nie ma wystarczających dochodów, by opłacić składki emerytalne, a dwie trzecie poniżej 40. roku życia nie ma żadnych oszczędności emerytalnych. Tymczasem górne 10 proc. amerykańskiego społeczeństwa rozporządzała w r. 2011 47 proc. całkowitego dochodu, ze średnią 255 tys. dolarów, podczas gdy na dolne 20 proc. przypadło 17 proc. całkowitego dochodu (s. 224). W roku 2015 górne 20 proc. osiąga przeciętny dochód 8,3 razy większy niż 20 proc. najuboższych (w Niemczech 4,4 razy większy, w Danii tylko 3,7 razy). W tym samym roku 17 proc. społeczeństwa amerykańskiego żyło poniżej granicy ubóstwa relatywnego, w Niemczech 9,5 proc. , w Danii 5,5 proc. (za The World Bank, Nearly Half the World Lives on Less than $5.50 a Day, October 17, 2018, https://www.worldbank.org/en/news/press-release/2018/10/17/nearly-half-the-world-lives-on-less-than-550-a-day).
Kraj ten ma też na swoim terytorium własne raje podatkowe, w których niczym w czarnej dziurze znikają i tak już nisko opodatkowane zyski i dochody rentierskie. Jednak państwo nadal pełni ważną rolę w gospodarce. Za pomocą budżetu wojennego koryguje deficyty budżetowe między poszczególnymi stanami, lokując odpowiednio zakłady zbrojeniowe w mniej dynamicznych stanach. Dużą rolę w inicjowaniu i finansowaniu prac badawczo-rozwojowych odgrywa Pentagon i DARPA.
Co dalej
W miarę jak rosną nierówności społeczne, obniża się stopa życiowa klas pracowniczych, następuje degradacja środowiska naturalnego, słabnie nadzór nad neoliberalnym ładem amerykańskiego szeryfa – rodzi się magiczny czas, kiedy utopie stają się programami reform. Według badań Reutersa z roku 2018 70 proc. mieszkańców USA popiera wprowadzenie powszechnego systemu opieki zdrowotnej, w tym 52 proc. to wyborcy Republikanów. W przeciwieństwie do młodych Polaków, którzy pragną być przedsiębiorcami samych siebie na wolnym rynku, 51 proc. amerykańskich milenialsów (18-29 lat) jako lepszy do życia widzi socjalizm rozumiany jako demokratyczne państwo europejskie, państwo łączące efektywność gospodarki z bezpieczeństwem socjalnym, jak w skandynawskim społeczeństwie troski.
Czy droga dalszej modernizacji kraju nad Wisłą ma prowadzić przez atlantyckie mgły, czy raczej przez Bałtyk. Zgodnie z prognozą Josepha Schumpetera z 1942 r. kapitalizm pogrąża jego historyczny sukces. Rozmiary aparatu wytwórczego nie mieszczą się już na jedynej planecie dostępnej na razie ludzkości. Cywilizacja przemysłowa, choć nasycona technologiami obróbki informacji, wciąż przetwarza gigatony atomów, sektor tzw. korporacji technologicznych wytwarza tylko 10 proc. PKB i zatrudnia 5 proc. siły roboczej. Stała gra inwestowania i konsumpcji mogłaby się toczyć bez końca, gdyby ludzkość miała do wykorzystania kilka planet. Reguły tej gry zmieniają się na naszych oczach, a tempo tych zmian będzie coraz szybsze. Nastąpi spadek tempa wzrostu gospodarczego wskutek limitów przyrodniczych z 3 proc. do prognozowanego 1 proc.. Zmienią się mechanizmy funkcjonowania tej gospodarki (przebudowa energetyki i transportu, nacisk na recykling minerałów, zmiana rynku pracy wraz z zastosowaniami robotyki i sztucznej inteligencji, kres koncepcji życia jaku użycia, tj. konsumpcjonizmu). Możliwe są różne scenariusze tych zmian: od eksterminizmu do stopniowego uspołeczniania. Liberałowie by chcieli, żeby dobra dla garstki globalizatorów i obsługujących ich specjalistów chwila (w skali historycznej) trwała wiecznie. Nie przyjmują do wiadomości, że stali się anachroniczni historycznie, ideologicznie, w konsekwencji – politycznie. Dlatego lewica powinna zmienić swój stosunek wobec amerykańskiego stabilizatora ładu, który pogrąża i przyrodę, i całą ludzkość w postępującym kryzysie pracy, jakości życia i równowagi ekosystemu. Jednak przeciwko współczesnemu Goliatowi może stanąć tylko zbiorowy Dawid (czy może raczej Roosevelt): ludzie nie obojętni w Polsce, w Europie i na innych kontynentach. Harmonijne społeczeństwo, zestrojone ze środowiskiem naturalnym, powinno być bliskie zielonym, ruchom miejskim, rozproszonym formacjom lewicowym, związkom zawodowym, ruchom dążącym do równości płci, zapewnienia kobietom praw reprodukcyjnych, ruchom LGBT, ruchom dążącym do przezwyciężenia podziałów etnicznych czy rasowych. Tylko jak objąć tę różnorodną całość wspólną świadomością i wolą? W sumie rysuje się szansa szerokiej Koalicji Republikańskiej – trzeźwych entuzjastów lepszej wspólnoty niż dżungla jednostek-przedsiębiorców samych siebie, którzy zajadle rywalizują o resztki miejsc pracy i dostęp do coraz niższej jakości usług publicznych.

Wirusy i chińskie smoki

Prasa na całym świecie donosi o brutalnych aktach rasizmu wymierzonych w osoby chińskiego (lub innego azjatyckiego) pochodzenia w histerycznej reakcji na epidemię nowego koronawirusa. W erupcjach irracjonalnej nienawiści manifestuje się nie tylko ta konkretna psychoza – stanowią one także kolejny epizod znacznie dłuższej sekwencji, w której Chiny i ich zniekształcany wizerunek obsługują różne ideologiczne „potrzeby” zachodnich mocarstw i euroatlantyckich populacji skołowanych stanem swoich własnych systemów politycznych.

Kolejne wątki i epizody tej niekończącej się opowieści wciąż wyciągają zużyte rekwizyty starych porządków kolonialnego rasizmu i zimnowojennego antykomunizmu (w którym Pekin przejął rolę Moskwy). Orientalny despotyzm, komunistyczne okrucieństwo, jedzenie nietoperzy.
O czym nie mówimy, kiedy mówimy o Chinach
Współczesny zachodni dyskurs o Chinach jest oczywiście niebezpieczny dlatego, że przypadkowych ludzi czyni kozłami ofiarnymi w aktach bezmyślnej przemocy – do tego w ramach kampanii niepotrzebnej paniki. Ale nie tylko dlatego. Jest niebezpieczny, bo reprodukuje i utrwala systematyczną (i być może celową) niewiedzę na temat drugiego najpotężniejszego dziś państwa na świecie. Jest niebezpieczny również dlatego, że często przebiera się w szmatki dyskursu „krytycznego”, pełnego antyautorytarnych frazesów i inwokacji do praw człowieka, ponosząc jednak jako dyskurs krytyczny sromotną porażkę.
Nie kwestionuję hurtem wszystkich stawianych Chinom zarzutów – jednak kolosalna część tego „krytycznego” dyskursu stanowi zupełnie niekrytyczne, a nawet „antykrytyczne”, przekierowywanie niepokojów wynikających z postępującej degrengolady naszych własnych tzw. liberalnych demokracji, odwracanie od niej uwagi na odległe mocarstwo, którego przedstawieniami łatwo manipulować, bo jest mało znane i mówi wyjątkowo niezrozumiałym dla nas językiem. Ekscytujemy się np. kontrolą prasy i Internetu w Państwie Środka, podczas gdy nasza własna wolność słowa, informacji i prasy zarzynana jest w samych centrach „zachodniej demokracji liberalnej” – w najbardziej spektakularny sposób w postaci torturowania Juliana Assange’a i Chelsea Manning – przy minimalnym zainteresowaniu samej prasy.
Inwigilacja i algorytmy
Podgatunkiem tego dyskursu są legendy o chińskim systemie zaufania społecznego (zwanego „social credit score” w mediach anglojęzycznych). W ramach tego systemu obywatele zyskiwaliby lub tracili punkty w zależności od swojego zachowania w różnych polach społecznych, a rezultat miałby wpływ np. na dostęp do różnych dóbr i usług, np. większych podróży. Tymczasem żaden taki system na poziomie ogólnopaństwowym w Chinach nie istnieje. Istnieją regionalne i miejskie programy pilotażowe, ale żaden z nich nawet w przybliżeniu nie dysponuje taką wiedzą o poszczególnych jednostkach, jaką w ramach od dawna istniejących systemów finansowej oceny kredytowej („credit score”) o swoich klientach dysponuje pierwszy lepszy anglosaski bank. W niektórych zakątkach „anglosfery” od bankowego credit score może zależeć nie tylko, czy dostaniesz kredyt (i jak oprocentowany), ale nawet czy dostaniesz pracę w niektórych branżach, albo czy zdołasz wynająć najlichsze mieszkanie. Póki co, żaden z chińskich systemów zaufania społecznego nie ma nawet w połowie tak głębokiego wpływu na życie takich mas ludzi.
Dlaczego właściwie dostęp do np. podróży lotniczych nie mógłby być ograniczany dla jednostek aspołecznych, które ciągle powodują wypadki na drogach czy nie wywiązują się z istotnych społecznych zobowiązań (ich social credit score karnie obniżany), a zwiększany dla osób, które – powiedzmy – udzielają się społecznie (ich social credit score w nagrodę podnoszony)? W warunkach katastrofy klimatycznej, im prędzej zaczniemy pewne rzeczy (np. podróże samolotem) reglamentować, tym lepiej. Nie wylewałbym więc tego dziecka z kąpielą.
Jesteśmy wszyscy znacznie bardziej inwigilowani przez Google, Apple i Facebooka, niż Chińczycy przez istniejące jak dotąd systemy zaufania społecznego. Wiedza ta jest następnie sprzedawana korporacyjnym naciągaczom i politycznym hochsztaplerom. Groza, z jaką świat euroatlantycki lubi sobie odpowiadać o chińskich programach, to klasyczny przypadek tego, co psychoanaliza nazywa przeniesieniem, na masową skalę. Komuś to tymczasem służy, że odwracamy swoją uwagę w tak odległym kierunku.
Szpiedzy z krainy Huawei
Skoro wspomnieliśmy już o Google, Apple i Facebooku – inwigilacja technologiczna to kolejne pole, na którym Chiny – albo „Chiny” – kanalizują ideologicznie napięcia wynikające z niepokojącego stanu naszych własnych, euroatlantyckich „liberalnych demokracji” (cudzysłów coraz bardziej konieczny). Głównym straszakiem w tej reżyserowanej przez Biały Dom farsie jest chiński gigant technologiczny, Huawei.
Histeria Waszyngtonu bierze się przede wszystkim z tego, że Chińczycy wyprzedzili Amerykanów o kilka długości w rozwoju technologii 5G (już pracują nad 6G). Baśnie o tym, że Chińczycy, przy użyciu swoich telefonów i nadajników będą szpiegować cały świat, mają odwrócić naszą uwagę od faktu, że Amerykanie już od dawna to robią. Wiemy o tym od Edwarda Snowdena i Glenna Greenwalda. Rurociągi z danymi dla amerykańskiego wywiadu płyną od Google, Apple, Facebooka i innych gigantów technologicznych. Jeśli kiedykolwiek korespondowałeś elektronicznie z Amerykaninem, który był w zasięgu jakiegoś politycznego „podejrzenia”, amerykański rząd może dziś także o tobie wiedzieć więcej niż rząd twojego własnego państwa. Dopiero co dowiedzieliśmy się, że CIA była właścicielem szwajcarskiej firmy sprzedającej urządzenia szyfrujące rządom, które myślały, że się w ten sposób zabezpieczą przed szpiegowaniem. Kilka dni później wyszło na jaw, że Unia Europejska pracuje nad wielkim projektem inwigilacyjnym – do integracji z już istniejącymi systemami amerykańskimi.
Jeżeli w amerykańskich lamentach nad chińskim szpiegowaniem jest w ogóle jakiś szczery element, to chyba tylko ten, na który zwrócił uwagę południowoafrykański prezenter i satyryk, gwiazdor amerykańskiej telewizji, Trevor Noah. Amerykanie są zaniepokojeni, bo chcieliby pozostać jedynymi, którzy są w stanie szpiegować w ten sposób cały świat.
Polska specyfika
Histeria wokół Huawei odbiła się echem także w nad Wisłą, ujawniając, jak zwykle, polską specyfikę. Jest nią bezkrytyczne powtarzanie dyskursu demonizującego Chiny także przez lewicę. Partia Razem biła na alarm, strasząc infiltracją państwa przez szpiegujące technologie Huawei, milcząc na temat szpiegowania nas wszystkich przez technologie zupełnie innego imperium, któremu jesteśmy bezkrytycznie podporządkowani militarnie i dyplomatycznie na arenie międzynarodowej. Tymczasem chińskie szpiegowanie ludzkości pozostaje jedynie w najlepszym razie hipotezą (jeżeli nie fantazją), podczas gdy szpiegowanie nas przez urządzenia, systemy i służby amerykańskie jest doskonale udokumentowanym faktem.
Najbardziej niepokojące jest, kiedy powtarzając ten dyskurs polska lewica nie odsiewa nawet rasistowskich tropów, którymi jest upstrzony. Z tym mamy do czynienia w przypadku komentarzy na temat koronawirusa. Kiedy Chinom coś wymknie się spod kontroli, jest to dowodem „nieudolności reżimu”. Kiedy coś zrobią skutecznie – jego autorytaryzmu i totalitarnej wszechmocy. Czasem w jednym i tym samym komentarzu. Hipoteza, że źródłem epidemii są ekscentryczne orientalne zwyczaje żywieniowe (zupy z nietoperzy itd.), powtarzana jest jak fakt. A rząd w Pekinie oczywiście zawalił sprawę. Nie dalej jak kilka dni po utrzymanym w takich tonach komentarzu ekspertki polskiej lewicy Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) wyraziła się z uznaniem i podziwem dla wzorowej skuteczności chińskiego państwa w odpowiedzi na wybuch epidemii.
Lewica musi rozwijać swoją własną krytyczną analizę Chin i ich porządku społecznego, tym bardziej, że być może wkrótce to Państwo Środka będzie odgrywać główną rolę w określaniu przyszłości całej ludzkości. Nie może jednak sobie pozwolić, by jej internacjonalistyczny impuls był tak łatwo przechwytywany przez dyskursy dyktowane przez zupełnie kogo innego. Nie powinna pozwalać na to, by dyskurs grozy opisujący Chiny jak największe zło po prostu odwracał uwagę od zagrożeń, które czają się dosłownie za rogiem i przychodzą z zupełnie innej strony. Powinna reagować odruchem krytycznym wobec dyskursów zbyt jednogłośnie powtarzanych przez dominujące media i panujące (po obu stronach Atlantyku) siły polityczne. Powinna pytać, dlaczego inwigilacja miałaby być zła tylko wtedy, kiedy jest chińska, dlaczego mówimy dziś o koronawirusie w taki sposób, oraz komu to za każdym razem służy?
Rynek, centralne planowanie i nasze przetrwanie
Panika wokół koronawirusa obsługuje nasze lęki, bo mamy się czego bać. Przemysłowa produkcja żywności dystrybuowanej globalnie, a także nasze własne podróże i migracje, mogą mieć skutki w postaci błyskawicznie rozprzestrzeniających się pandemii. Coraz mniej antybiotyków zachowuje swoją skuteczność i póki co nie wiemy, czym zastępować te, które przestają działać. Katastrofa klimatyczna sprawi, że tropikalne choroby mogą dotrzeć w miejsca dotychczas od nich wolne, a topniejące lodowce odmrozić nieznane nam wirusy i bakterie. I tak dalej.
Boimy się jednak nie tylko zagrożeń, które nadchodzą, ale także tego, że nasze systemy ochrony zdrowia nie będą w stanie stawić im czoła. Żebyśmy nie mieli czasu zastanowić się poważnie, dlaczego nie będą w stanie – za sprawą dekad ich neoliberalnego demontażu, niedofinansowania i urynkowienia, które sprawia, że środki podążają tam, gdzie widzą szybki zysk, a nie tam, gdzie są priorytetowe potrzeby – popychani jesteśmy w stronę karmionej starymi rasistowskimi tropami paniki. Zamiast źródła problemu, neoliberalnego utowarowienia zdrowia, mamy się bać być może jedynego skutecznego rozwiązania – ucieleśnionego przez Chiny centralnego planowania.
Tak się akurat składa, że centralne planowanie jest warunkiem sine qua non rozwiązania nie tylko tego jednego problemu, ale kluczowych problemów naszych czasów w ogóle – katastrofy klimatycznej i trwającego od 2008 roku zapaści ekonomicznej. Nie przesadzając, jest warunkiem naszego zbiorowego przetrwania na tej planecie.
Żadne mechanizmy wolnorynkowe nie postawiłyby w tydzień w pełni operacyjnego szpitala, by walczyć z nowym wirusem. Żaden system oparty na chaosie sił rynkowych nie pozwoliłby na to, żeby mieszkańcom wielomilionowego miasta zalecać pozostawanie w domu przez kilka tygodni (jakież to byłyby straty!). „Niewidzialna ręka” zadowoliłaby się hossą na rynku trumien i trzymała swoich długofalowych inwestycji w leczenie zaburzeń erekcji i rozwijanie wyposażonych w sztuczną inteligencję zabawek do masturbacji. Chiny mogły takie rzeczy zrobić, bo są gospodarką centralnie planowaną, w której kapitał i rynek znajdują się pod polityczną kontrolą państwa. To odkryciu przez nas tej różnicy zapobiegać ma kreowanie wrażenia, że Chiny są w jakiś sposób odpowiedzialne albo za pojawienie się wirusa (czy też jego przejście na ludzi), albo za „nieudolność” w walce z nim.

Rozwój w epoce kryzysów

Jak, przy obecnych trudnych uwarunkowaniach, skrócić dystans strategiczny dzielący nas od czołówki?

Początki światowego kryzysu zadłużenia sięgają roku 1971, kiedy to rząd Stanów Zjednoczonych kierowany przez prezydenta Nixona, zdecydował o zerwaniu związku między dolarem amerykańskim a złotem. Do tego czasu, od końca Wojen Napoleońskich, każdy kto chciał mieć więcej pieniędzy, musiał je albo zarobić, albo – ukraść.
W roku 1971 rząd Stanów Zjednoczonych zdecydował, iż rozpocznie wydawać dolara amerykańskiego nie powiązanego ze złotem – co oznaczało, że od tego momentu dolar amerykański nie jest powiązany ze światem rzeczywistym, określonym ograniczonym czasem i ograniczonymi środkami.
Do tego czasu dochody były osiągane przez te ograniczone środki, ograniczony czas i ograniczoną wiedzę, co oznaczało, że ograniczone były także oszczędności i możliwość zadłużenia się. Realny pieniądz określał związki między przeszłością i przyszłością, dłużnikiem i wierzycielem, kupującym i dostawcą. Wskazywał też ludziom niewidzialną ręką, jak zmniejszać straty i zwiększać sprzedaż.
Tymczasem drukowane przez rząd dolary, pozwoliły na zrealizowanie pomysłu, by stymulować gospodarkę wydając bankom i ich klientom nie związane ze złotem pieniądze. Jak pisze Bill Bonner, drukowanie nielimitowanych, nie opartych o złoto dolarów, otworzyło drogę do oszustw – i do objęcia kierownictw centralnych banków przez lunatyków., którzy będą wiedzieli w gospodarce obsługującej 330 milionów obywateli, jakie oprocentowanie kredytów jest właściwe, i którzy uznają, że wprowadzenie ujemnych stóp procentowych to jest dobry pomysł.
Drukowanie dolarów nie powiązanych ze złotem pozwala w krótkim terminie osiągnąć boom – jako że klienci, biznesmeni, inwestorzy i salony samochodowe traktują te dolary jako realne pieniądze, zaś politycy są ponownie wybierani. Ten boom przenosi się oczywiście także na giełdę, gdzie pojawia się wzrost kursów akcji i innych papierów wartościowych. większych dochodów.
Pod stałą groźbą krachu
Ten sposób funkcjonowania systemu pieniężnego został przejęty także przez rządy innych krajów – i przez dziesiątki lat narastające bańki finansowe powodowały kolejne kryzysy gospodarcze, z najpoważniejszymi w roku 1929 i 2008.
Manipulowanie przez Rezerwę Federalną USA dolarem amerykańskim – walutą pełniącą również funkcje międzynarodowego środka rozliczeń – przez kolejne emisje i zmiany stopy procentowej – pozwoliły na utrzymanie gospodarki Stanów Zjednoczonych, ale także gospodarek innych krajów zachodnich, w tym Unii Europejskiej, bez recesji mimo upływu 11 lat od ostatniego kryzysu.
Skala wszystkich zadłużeń budżetu amerykańskiego, sięgających obecnie 60 bilionów dolarów, (zaś samego budżetu – 22 bilionów dolarów), przekroczyła możliwości ich spłat w przewidywalnym czasie. Dotyczy to też zadłużenia ludności w kredytach hipotecznych, studenckich i kartach kredytowych (14 bln dol). Z tego powodu kandydaci na prezydenta USA z ramienia Partii Demokratycznej zapowiadają po wygraniu wyborów prezydenckich w 2020 roku darowanie ludności tych długów nie do spłacenia.
Powszechne darowanie długów nie mieści się w kategoriach systemu kapitalistycznego. W Stanach Zjednoczonych istnieje jednak specyficzna instytucja nazywana „American Jubilee”, pochodząca z tradycji żydowskiej, a konkretnie z zapisów Biblii, które przewidują powszechne podarowanie długów i zwolnienie niewolników. Na przestrzeni dziesiątków lat zapisy o Jubilee ratowały amerykańskich dłużników, nie będących w stanie spłacić swoich długów – hipotecznych, studenckich i kredytów z kart kredytowych. Z zapisów o Jubilee skorzystał m.in. rząd amerykański w roku 1844 i prezydent Nixon w 1971.
Proces rozwierania się nożyc między majątkiem osób biednych a właścicielami przedsiębiorstw i ziemi, gromadzącymi bogactwo stale trwa. Efektem rozwierania się tych nożyc jest wzrost zadłużenia amerykańskich rodzin. Obecnie grupa biednych Amerykanów ma zadłużenie sięgające 250 proc. ich dochodów, podczas kiedy w grupie 20 proc. bogatych to zadłużenie stanowi tylko 50 proc.
Fakt, iż kandydaci na prezydenta USA w 2020 r. myślą o przeprowadzeniu operacji „American Jubilee” pokazuje, jak głęboko negatywnie jest oceniane to rozwieranie się nożyc między bogatymi a biednymi w społeczeństwie amerykańskim.
Kryzys systemu kapitalistycznego
Rozwinięty setki lat temu pod wpływem filozofii liberalizmu i neoliberalizmu system kapitalistyczny, spowodował duży rozwój gospodarczy krajów zachodnich. Szczególne sukcesy osiągnęła pod tym względem najpierw Wielka Brytania, która stała się światowym mocarstwem, a po I Wojnie Światowej – Stany Zjednoczone które wyrosły na imperium.
W poszczególnych częściach świata wykształciły się – pod wpływem różnych czynników – różne odmiany systemu kapitalistycznego. Andrzej Szahaj w książce „Kapitalizm Wyczerpany” scharakteryzował te odmiany w sposób następujący:

  • wersję anglosaską (Wielka Brytania, USA, Irlandia) cechuje minimalna rola państwa, skrajny indywidualizm, społeczna nieodpowiedzialność biznesu (zysk jest jedynym celem), powszechne urynkowienie, niskie podatki, giełda źródłem finansowania przedsięwzięć, dominacja pracodawców, duże rozwarstwienie majątkowe;
  • wersję reńską (Niemcy, Austria, Szwajcaria) cechuje umiarkowana rola państwa, walka z monopolami, umiarkowany indywidualizm, ograniczona rola rynku, społeczna odpowiedzialność biznesu, dążenie do pełnego zatrudnienia, umiarkowanie wysokie podatki, banki jako źródło finansowania przedsięwzięć, ważna rola przemysłu, wysoki poziom ochrony socjalnej, dążenie do konsensusu pomiędzy pracodawcami i pracownikami., udział pracowników w zarządzaniu przedsiębiorstwami, umiarkowane rozwarstwienie społeczne, wysokie uzwiązkowienie;
  • wersję skandynawską (Szwecja, Finlandia, Norwegia, Dania) cechuje umiarkowana rola państwa, niewielki ale silny sektor państwowy, indywidualizm harmonizowany z zobowiązaniami wspólnotowymi, ograniczona rola rynku, społeczna odpowiedzialność biznesu, wysokie podatki, banki głównym źródłem finansowania przedsięwzięć, ważna rola przemysłu, bardzo wysoki poziom ochrony socjalnej i wysokie świadczenia socjalne, pomoc w otrzymaniu mieszkania,, dominacja zbiorowych układów pracy, niskie rozwarstwienie społeczne, wysokie uzwiązkowienie;
  • wersję azjatycką cechuje duża rola państwa, duży i silny sektor państwowy, planowanie, długoterminowa polityka przemysłowa, kolektywizm (dominacja wspólnoty nad jednostką), ograniczona rola rynku, niskie podatki, ścisła współpraca przedsiębiorstw z bankami, niski poziom ochrony socjalnej, niewielkie rozwarstwienie społeczne, niskie uzwiązkowienie.
    Jak widać z tego przeglądu, pomiędzy poszczególnymi odmianami są istotne różnice, które tłumaczą odmienność napięć społecznych w poszczególnych krajach i głębokość kryzysu systemu.
    Istota kryzysu systemu kapitalistycznego polega na tym, że od kilkudziesięciu lat rośnie rozwarstwienie społeczne między pracodawcami i pracownikami, powodowane brakiem wzrostu wynagrodzeń, które np.w Stanach Zjednoczonych uległy zamrożeniu od czterech dekad.
    Michael Snyder, jeden z czołowych analityków amerykańskich, określił obecną sytuację klasy średniej w USA jako Spiralę Śmierci: ”Konsumenci nigdy nie byli głębiej w długach, a bankructwa gwałtownie rosną”.
    Michael Snyder przytoczył za Amerykańską Rezerwą Federalną informację, że w 2018 r. 10 proc. Amerykanów kontrolowało 70 proc. bogactw kraju (wzrost z 60 proc. w 1989), zaś 1 proc. kontrolował 30 proc. bogactw kraju (wzrost z 23 proc. w tym samym czasie).
    W związku z kryzysem systemu kapitalistycznego przez kraje zachodnie przewalają się fale protestów pracowników walczących o różne aspekty ich wynagradzania. W ostatnich miesiącach najbardziej uporczywe były protesty „żółtych kamizelek” w Paryżu i innych miastach Francji.
    Aby usunąć skutki szoku
    Sposób przeprowadzenia transformacji w Polsce – z socjalistycznej gospodarki planowej do kapitalistycznej gospodarki rynkowej – określony mianem terapii szokowej, oraz w trybie szokowym przeprowadzona prywatyzacja przemysłu państwowego (z likwidacją 1500 zakładów i z zwolnieniem z pracy 2 mln pracowników), spowodował ogromne straty w potencjale przemysłu i luki w sieci kooperacji przemysłowej.
    Zniknęły z polskiego horyzontu całe branże, zniknęły też jednostki zaplecza naukowo-technicznego i wdrożeniowego. Zgodnie z polityką „jak najmniej państwa” polikwidowano zespoły pracujących w resortach i zjednoczeniach specjalistów, znających specyfikę poszczególnych branż i znających się na zarządzeniu branżami przemysłu.
    Tymczasem, współczesna gospodarka wymaga profesjonalnego kierowania rozwojem przemysłu ze szczebla rządowego. Inwestorzy zwłaszcza zagraniczni, muszą być przez resorty ukierunkowani na realizację interesu narodowego, w oparciu o badania nad długofalowymi kierunkami rozwoju gospodarki.
    Konieczne działania państwa zaliczane do polityki przemysłowej opisał Andrzej Koźmiński w książce „Wyobraźnia Ekonomiczna”, powołując się na książkę Adama Nogi p.t. ”Teoria Przedsiębiorstw”.
    Wymienia on m.in.:
  • kształtowanie kierunków rozwoju gospodarki, zwłaszcza długofalowych wizji rozwoju
  • specjalne ustawodawstwo dla priorytetowych gałęzi i formułowanie dla nich konkretnych zadań,
  • organizacyjne środki wspierania wybranych gałęzi, zwłaszcza inicjowanie procesów konsolidacji, fuzji i przejęć,
  • minimalizacja ryzyka,
  • zamówienia rządowe i dotacje celowe,
  • wspieranie rozwoju technologicznego (zwłaszcza polityka naukowa i finansowanie wyselekcjonowanych programów badawczych),
  • prowadzenie badań podstawowych w laboratoriach finansowanych bezpośrednio z budżetu,
  • włączanie się państwa ad hoc w rozwiązywanie problemów technologicznych,
  • polityka przemysłowa wobec zagranicy, zwłaszcza ochrona krajowych gałęzi poprzez cła, kontyngenty i bariery pozacłowe
  • kontrola zagranicznych inwestycji bezpośrednich,
  • regulacja cen strategicznych (np. surowców i energii).
    W ciągu minionego 30-lecia zmienność rządów i resortów zajmujących się gospodarką oraz ignorancja osób powoływanych do kierowania tymi resortami, nie stworzyły warunków do realizacji wymienionych funkcji i stworzenia potrzebnych do tego odpowiednich zespołów specjalistów. Istniejące od 1990 r. Rządowe Centrum Badań strategicznych zostało w 2006 r. zlikwidowane przez rząd Kazimierza Marcinkiewicza (PiS).
    Jako najbardziej drastyczne polskie zapóźnienia trzeba wymienić:
  • w energetyce – utrzymywanie monopolu energetyki węglowej i tworzenie przeszkód dla rozwoju energetyki opartej o źródła odnawialne;
  • w chemii – brak projektów odbudowania w wielkiej skali produkcji barwników i półproduktów do barwników, środków pomocniczych, poliuretanów oraz brak chemicznej przeróbki węgla na półprodukty chemiczne,
  • w motoryzacji – brak projektu utworzenia ośrodka badań i rozwoju przemysłu motoryzacyjnego dla przygotowania w sposób profesjonalny uruchomienia w skali przemysłowej produkcji polskiego osobowego samochodu elektrycznego i polskiego nowoczesnego autobusu elektrycznego;
  • w przemyśle taboru kolejowego – brak centrum badawczo-rozwojowego i wdrożeniowego dla przygotowania uruchomienia produkcji taboru kolejowego średnich i wielkich szybkości;
  • w przemyśle stoczniowym – brak centrum badawczo-projektowego dla przygotowania uruchomienia w skali przemysłowej budowy nowoczesnych wielkich jednostek do transportu gazu skroplonego i ropy, wielkich kontenerowców, promów i hotelowców;
  • w zarządzaniu przemysłem i energetyką – brak centrum badawczo-projektowego zdolnego do opracowania programów dla gospodarki narodowej, w rodzaju programu chemizacji gospodarki i programu rozwoju energetyki odnawialnej, przy wykorzystaniu nowoczesnych systemów symulacji komputerowej.
    Energetyka najpierw
    Po trzech dekadach transformacji głównym problemem strategicznym Polski jest kryzys polskiej energetyki. Na skutek starzenia się bloków węglowych w elektrowniach, w każdej chwili grożą Polakom oraz polskiej gospodarce masowe wyłączenia prądu. Jest to skutek działania mafii węglowej, która broni utrzymania działalności przynoszących straty kopalni węgla i w ostatnich latach zablokowała rozwój energetyki opartej na odnawialnych źródłach energii.
    Skutkiem jest powstanie realnego zagrożenia dla bezpieczeństwa energetycznego i zwiększenie dystansu strategicznego dzielącego Polskę od sąsiednich Niemiec jeśli chodzi o udział energetyki opartej na źródłach odnawialnych w całym potencjale energetycznym kraju.
    W Niemczech 40 lat temu powstał wielomilionowy antyatomowy ruch obywatelski. Ruch ten wywarł tak silny nacisk na rząd Niemiec by zamknąć wszystkie pracujące elektrownie atomowe, że rząd musiał ulec. Termin końcowy tego procesu wyznaczono na 2022 r. .Wielomilionowy ruch antyatomowy działa nadal, pilnując także realizacji programu rozbudowy energetyki opartej na odnawialnych źródłach energii – i organizuje kolejne demonstracje w przypadkach opóźnień w zamykaniu elektrowni atomowych czy w realizacji programu budowy energetyki wiatrowej i słonecznej.
    W wyniku tej działalności Niemcy osiągnęły potencjał energetyki wiatrowej i fotowoltaicznej na poziomie po 40 gigawatów, konkurując skutecznie ze Stanami Zjednoczonymi i lokując się za Chinami, które przodują w tej dziedzinie, dysponując już potencjałem ok. 100 gigawatów w samej energetyce fotowoltaicznej.
    Polski rząd musi natychmiast zdecydować o zatrzymaniu prac nad przygotowaniem budowy dwóch elektrowni atomowych, i o przeznaczeniu środków rezerwowanych na ten cel na rozbudowę energetyki opartej na odnawialnych źródłach energii.
    Trzeba natychmiast znieść przepisy które zablokowały rozwój energetyki wiatrowej, wprowadzające nonsensowne normy, w jakich odległościach od zabudowań mieszkalnych wolno budować farmy wiatrowe, oraz uruchomić prace nad budową kilku elektrowni fotowoltaicznych, także o wielkiej o mocy 1 gigawata, na wzór takiej elektrowni budowanej na terenie Czernobyla przez firmy chińskie. Należy wydać też, na wzór Niemiec, przepisy promujące budowę i eksploatację milionów mikroinstalacji odnawialnych źródeł energii, by wykorzystać istniejący potencjał 3,6 miliona tych instalacji z potencjałem 16 gigawatów.