Tykająca bomba zegarowa

Na rynek, w trakcie kryzysu, wchodzi duża grupa młodych osób naznaczonych koronawirusem.
Mowa tu o tykającej bombie zegarowej, gdyż pozostawienie młodych ludzi poza rynkiem pracy na długi czas zmniejsza ich szanse znalezienia lepszej pracy w przyszłości.
Dla rządu powolnie rosnące bezrobocie rejestrowane świadczy rzekomo o skuteczności podjętych działań. Tymczasem sytuacja na rynku pracy to nie tylko dane dotyczące bezrobocia rejestrowanego. Stan rynku pracy znajduje odbicie również w liczbie i atrakcyjności ofert pracy, wysokości oferowanych wynagrodzeń i benefitów czy perspektyw inwestycyjnych firm na rynku – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich. Już badanie Diagnoza Plus , przygotowane przez Uniwersytet Warszawski, Ośrodek Badawczy GRAPE i Centrum Analiz Społeczno Ekonomicznych, pokazało jak bardzo nieadekwatne do rzeczywistości jest nasze spojrzenie na samo zjawisko bezrobocia.
Gdy wybuchła pandemia COVID-19, wiele rządów, w tym polski, zdecydowało się, w ramach specjalnych programów (w Polsce: tarcz antykryzysowych), zapobiegać zwolnieniom pracowników zatrudnionych na umowy o pracę. W ten sposób część miejsc pracy jest utrzymywana przy życiu, lecz de facto są one „martwe” – tylko czekają na odłączenie kroplówki. To tak zwane zombie jobs. Mogą w Europie stanowić nawet 6 proc. całkowitego zatrudnienia (czyli 9 mln miejsc pracy; dane na podstawie badania Allianz).
Ocena jak wiele zombie jobs istnieje w Polsce jest trudna, gdyż stan rynku pracy postrzegany jest głównie przez pryzmat bezrobocia rejestrowanego. A ono ulega zmianie powoli, bo pracownicy w firmach korzystających z tarcz antykryzysowych objęci są okresem ochronnym. Gdy on się skończy, bezrobocie będzie rosło szybciej niż dotychczas – przewiduje TEP. Poza tym, przez obniżoną aktywność gospodarczą na świecie zmniejszy się także popyt na pracę.
Polska gospodarka skurczy się w tym roku o 5,4 proc., a pod koniec roku bezrobocie mocno wzrośnie – wynika z lipcowej prognozy Narodowego Banku Polskiego „Raport o inflacji”. Kryzys, jednak nie wszystkich dotknie w równym stopniu. Daje się zauważyć, że w wyniku ograniczeń działalności gospodarczej, osoby pracujące w oparciu o różne formy zatrudnienia, w różny też sposób zostały dotknięte kryzysem. Osoby zatrudnione na umowę o dzieło czy zlecenie znacznie poważniej odczuły skutki kryzysu niż zatrudnieni na umowę o pracę. Z usług osób pracujących w oparciu o umowy cywilno-prawne z dnia na dzień można zrezygnować. Statystyki nie obejmują skali tego zjawiska.
Podobnie, w nieproporcjonalnie dotkliwy sposób dotknięte kryzysem zostały osoby młode, do 25 roku życia, stawiające pierwsze kroki na rynku pracy oraz osoby do 29 roku życia, które często wykonują pracę właśnie w ramach umów cywilno-prawnych (umowa o dzieło, zlecenie). To one są największymi ofiarami kryzysu.
Pandemia COVID-19 ma niszczycielski wpływ na zatrudnienie młodych ludzi na całym świecie. Według raportu Międzynarodowej Organizacji Pracy (ILO) pt. „COVID-19 i świat pracy. Czwarta edycja” pandemia ma nieproporcjonalnie duży wpływ na wzrost bezrobocia wśród młodzieży. W szczególności dotyka młode kobiety. Jedna osoba na sześć wśród osób młodych była zmuszonych do zaprzestania pracy już na początku epidemii. Ponad czterech na dziesięciu młodych pracowników było zatrudnionych w usługach gastronomicznych, hotelarstwie, handlu hurtowym i detalicznym – sektorach najbardziej dotkniętych kryzysem.
W Polsce rocznie niemal 400 tys. osób wchodzi na rynek pracy. Osobom poniżej 25 roku życia doskwierają nie tylko problemy w procesie edukacji (nauka zdalna wiąże się m.in. z wyzwaniami sprawdzania wiedzy, obecności, aktywności), ale również mniejsza liczba szkoleń, w związku z ciosem zadanym branży szkoleniowo-eventowej przez koronawirusa, jak i mniejszą pulą środków na szkolenia, którą dysponują pracodawcy. Młodzi odczuwają także barierę wejścia na rynek pracy w okresie stanu epidemii – nikt nie chce zatrudniać od razu osób młodych do pracy zdalnej.
Istnieje wiele obaw, że wstrząs gospodarczy wywołany pandemią może głęboko odbić się na rocznikach wchodzących na rynek pracy. Niezależnie czy nazwiemy osoby rozpoczynające teraz karierę zawodową „pokoleniem Lockdownu”, „Covidialsami” „Coronialsami”, „Kwarantanialsami” (pojęcia nawiązujące do COVID19 i koronawirusa), czy „generacją Zoom” (sformułowanie pochodzące od aplikacji do wideokonferencji), to faktem jest, że tegoroczni absolwentów szkół wyższych stracili taką szansę na budowanie swojej pozycji na rynku pracy, jaką miały poprzednie generacje.
Statystycznie, na podstawie badań osób rozpoczynających karierę zawodową w trakcie kryzysu 2008-2009, możemy powiedzieć, że wchodzący na rynek pracy w 2020 roku będą dłużej wykonywać gorzej płatne prace i więcej czasu zabierze im uzyskanie awansu – ocenia TEP. Później wezmą kredyt na mieszkanie i później zdecydują się na dzieci. Istnieją również badania na temat wzrostu awersji do ryzyka u osób dorastających w czasie pandemii, rodzące długotrwałe konsekwencje dla wzorców oszczędzania, czy zasad życia społecznego (np. dystansu w relacjach społecznych).
Z powodu swoistej konstrukcji systemu zabezpieczeń społecznych oraz przywilejów socjalnych dla osób wykonujących pracę na etat, rządowe programy utrzymywania zatrudnienia w firmach są jednocześnie kulą u nogi dla osób młodych, które pracy szukają. W ten sposób pandemia oraz działania rządu pogarszają nierówności międzypokoleniowe. Raport „COVID-19 i mobilność społeczna” opublikowany przez London School of Economics wskazuje, że przed kryzysem młodsze pokolenia już zmagały się z niskimi płacami, mniejszymi szansami na zatrudnienie, podejmowaniem pracy „na czarno”.
Co gorsza, według raportu Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) „Młodzi i COVID-19” prognozy na najbliższe dwa lata dotyczące sytuacji młodych osób na rynku pracy są fatalne. Pracodawcy mogą preferować przyjmowanie nowych pracowników na krótkie kontrakty, staże, umowy zlecenia czy o dzieło – i niechętnie będą sięgali po rozwiązanie, jakim jest umowa o pracę.

Jak długa fala tsunami

Kryzys jest dobrze widoczny na polskim rynku pracy, mimo wciąż niskiego bezrobocia.

Dane o rejestrowanym bezrobociu jeszcze nie odzwierciedlają wydarzeń ostatnich miesięcy: mnóstwo osób straciło źródło utrzymania, liczba ofert pracy na rynku zmalała i są one mniej atrakcyjne niż przed kryzysem.
Ograniczając swoją działalność w czasach kryzysu firmy rezygnują z zatrudniania nowych pracowników, redukują koszty (co odbija się na liczbie zatrudnionych pracowników i oferowanym wynagrodzeniu) oraz rezygnują z inwestycji – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Kryzys wywołany epidemią COVID-19 oraz falą regulacji destabilizujących działalność podmiotów gospodarczych jest wciąż głównym tematem debat, także dotyczących polityki społecznej. Kondycja rynku pracy, na którym zatrudnionych jest 16,5 milionów Polaków (dane Głównego Urzędu Statystycznego), często niesłusznie oceniana jest wyłącznie zero-jedynkowo – tylko na podstawie spadku bądź wzrostu rejestrowanego bezrobocia. Tymczasem poza rejestrowanym bezrobociem, kryzys jest dostrzegalny również w innych aspektach funkcjonowania rynku pracy.
Płytkie postrzeganie rynku pracy powoduje, że podstawowym celem programów rządowych (tzw. tarcz antykryzysowych) staje się „utrzymanie miejsc pracy”. Premier pod koniec kwietnia mówił o 2 milionach „uratowanych miejsc pracy”, w połowie maja (19.05) o 2,5 mln, a pod koniec maja liczba ta wzrosła do 4 milionów. Minister Marlena Maląg (14.05) oświadczała zaś, że rząd z sukcesem „ochronił” 5 mln miejsc pracy.
Informacje te wynikają z błędnej interpretacji faktu, że do ZUS i urzędów pracy wpłynęło ponad 5,8 mln wniosków o pomoc (dane z 10.06), a także z informacji z Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej z początku czerwca, wskazujących na stabilną liczbę aktywnych działalności gospodarczych (2,48 mln) – nawet większą niż na początku roku 2020.
Choć wiadomo, ile podmiotów dostało czasowe dofinansowanie, pożyczki, zabezpieczenia kredytów, to wyliczenie liczby „uratowanych miejsc pracy” jest po prostu niemożliwe. Miejsca pracy są bowiem likwidowane z różnych powodów, np. z powodu automatyzacji. Pojawiają się natomiast, gdy jest na nie zapotrzebowanie – zauważa TEP. Rząd zaś utożsamia liczbę firm, które otrzymały wsparcie płynnościowe i liczbę zatrudnionych w nich pracowników z „uratowanymi miejscami pracy”.
I co gorsza, nie widzi, że lekarstwo na kryzys na rynku pracy tylko pogłębi lub przedłuży chorobę, bo ma charakter krótkoterminowy. Podstawowe założenia działań rządu w ramach „tarcz antykryzysowych” i „tarczy finansowej” są błędne i ryzykowne – odroczą jedynie zwolnienia w czasie i sprawią, że bezrobocie rejestrowane będzie rosnąć do końca roku, także dlatego, że kryzys dotyka nie tylko Polski, ale całego świata.
Problemem są również oficjalne dane dotyczące bezrobocia. Może ono wynosić nawet ponad 10 proc. Jak wskazuje bowiem badanie „Diagnoza+” przygotowane przez Uniwersytet Warszawski, ośrodek badawczy GRAPE i Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych, jedynie nieliczni (18 proc.) zarejestrowali się w urzędach pracy. Powody stojące za takim zachowaniem są różne: utrudnienia związane z rejestracją online w urzędach pracy, zamknięte budynki urzędów pracy, ryzyko zakażenia koronawirusem, np. w środku komunikacji miejskiej. Poza tym część zwolnionych jest w trakcie okresu wypowiedzenia i wciąż potencjalnie zwleka z rejestracją.
Ponadto, niewielki zasiłek dla bezrobotnych, który nie jest automatycznie gwarantowany po rejestracji w urzędzie pracy (należy spełnić kryteria ustawowe, a zasiłek otrzymuje zaledwie 17 proc. bezrobotnych, dane Międzynarodowej Organizacji Pracy) sprawia, że część osób nie wierzy w sens podejmowania kontaktu z urzędami pracy, w tym także szukanie zatrudnienia tą drogą.
Kryzys na rynku pracy będzie przypominał długą falę tsunami i dopiero się zaczyna. W trakcie kryzysu 2008-2009, na początku roku 2009 bezrobocie rejestrowane łagodnie rosło, natomiast w drugiej połowie roku przyśpieszyło, a jego wzrost trwał do marca 2010 roku. Światowej dekoniunktury nie da się uniknąć, więc ten scenariusz jest prawdopodobny.
Jeżeli poszerzymy nasze spojrzenie na rynek pracy, to rozmiary kryzysu są widoczne w spadku popytu na pracę. Komercyjne badania (Grant Thornton) pokazują, że w kwietniu ogłoszeń o pracę było o jedną czwartą mniej niż przed rokiem, w maju – o połowę mniej. Widać wyraźnie, że pracodawcy ograniczają swoje plany zatrudnieniowe -ocenia TEP. Optymizm wyrażany przez rząd, że liczba nowych ofert pracy wzrosła w maju 2020 r. w porównaniu z kwietniem 2020 r. aż o 37,7 proc. jest nieuzasadniony. Wzrost ten wynika bowiem z sezonowości pracy i zmniejszonej liczby obcokrajowców, w szczególności zza wschodniej granicy. Ponadto, pojawiające się nowe ogłoszenia z ofertami pracy są mniej atrakcyjne, bo np. pozbawione benefitów, m.in sportowych czy abonamentów medycznych. Oferty pracy tracą na atrakcyjności, ponieważ pracodawcy szukają oszczędności i muszą ciąć koszty.
Warto też zauważyć, że szeroko rozumiany rynek pracy to również wynagrodzenia – kwiecień 2020 r. był pierwszym od siedmiu lat miesiącem, w którym Polacy zarabiali mniej (dane za GUS, 2020), a wynagrodzenia w firmach zmalały o 1,4 proc. Również z „Diagnozy+” wynika, że gospodarstwa domowe zanotowały spadek dochodów z pracy.
I jeszcze jedno ważne zjawisko: w ostatnich miesiącach następuje intensywna cyfryzacja pracy – pracownicy uczą się korzystać z oprogramowania do pracy zespołowej, wykorzystywać zalety pracy 2.0, uzyskiwać zdalny dostęp do zasobów firmowych poprzez narzędzia do pracy grupowej, a także uczestniczyć w wirtualnych spotkaniach.

Islandzki przewoźnik dla zysku igra z życiem pasażerów

Icelandair, islandzkie linie lotnicze brutalnie rozprawiły się ze stewardesami walczącymi o lepsze warunki pracy. Stawką jest bezpieczeństwo na pokładzie.

W połowie lipca islandzkie linie lotnicze ogłosiły, że zwalniają w trybie natychmiastowym wszystkie stewardesy, które prowadziły spór z pracodawcą od zeszłego miesiąca.
„Icelandair na stałe zakończy zatrudnienie swoich obecnych członków personelu pokładowego i na stałe zerwie stosunek pracy między stronami” – zakomunikował przewoźnik w specjalnie wydanym komunikacie.
Kto zatem będzie dbał o komfort i, co ważniejsze, o bezpieczeństwo pasażerów na pokładzie podczas lotu? Zdaniem Icelandair – piloci.
Istota tej decyzji polega na tym, że piloci zajmą się rozwożeniem posiłków i obsługa pasażerów, ale „na minimalnym poziomie tak, jak to miało miejsce na początku rozprzestrzeniania się COVID-19”. Natomiast oddzielna kwestią, do której nie ustosunkowały się islandzkie linie lotnicze, pozostaje bezpieczeństwo pasażerów.
Personel pokładowy pełni niesłychanie istotna rolę podczas sytuacji nadzwyczajnych. Stewardesy przechodzą długotrwałe szkolenia, by w odpowiednim momencie przeprowadzić sprawną ewakuację pasażerów. W sytuacjach nadzwyczajnych to jest, dosłownie, kwestia życia lub śmierci ludzi, którzy powierzyli swe bezpieczeństwo przewoźnikowi. Na przykład stewardesy amerykańskich linii lotniczych Delta przechodzą dwumiesięczne szkolenie, podczas którego uczą, miedzy innymi, jak ewakuować pasażerów w sytuacji awaryjnej w ciągu 90 sekund. Stewardesy pełnią też ważną rolę w zapobieganiu panice na pokładzie, w uspokajaniu pasażerów, których zachowanie może mieć wpływ na bezpieczeństwo lotu itd. Zatem trudno znaleźć racjonalne uzasadnienie brutalnych działań islandzkiego przewoźnika poza chęcią pozbycia się pracowników walczących o swoje prawa. Jest to tym bardziej dziwne, że Icelandair zmaga się z gigantycznymi problemami – w maju tego roku z usług linii skorzystało o ponad 99 proc. pasażerów mniej niż w tym samym okresie roku poprzedniego.
Portal businessinsider.com, który podał tę informację, zwrócił się z pytaniem zarówno do samych linii lotniczych, jak i do islandzkiego stowarzyszenia personelu pokładowego, islandzkiego zarządu transportu i Agencji Bezpieczeństwa Lotniczego Unii Europejskiej z pytaniem o bezpieczeństwo na pokładach islandzkiego przewoźnika. Nie dostali odpowiedzi.

Trzeba więcej solidaryzmu w dobie kryzysu

Biznes niebiorący odpowiedzialności za swoich pracowników, ich bezpieczeństwo ekonomiczne i społeczne, skazany jest na niepowodzenia.

Współczesny świat przeżywa głęboki kryzys społeczny i gospodarczy, wywołany pandemią groźnej choroby COVID-19. Szczególny rodzaj tej zakaźnej choroby wymusił stosowanie bardzo rygorystycznych zasad postępowania w codziennym życiu i obrony przed jej dalszym rozprzestrzenianiem. Wprowadzenie ścisłej izolacji ludzi wiązało się także z radykalnym wyhamowaniem gospodarki, co oznaczało m.in. masowe zamykanie i unieruchamianie tych przedsiębiorstw i wszelkich innych form życia społecznego, w których istniało największe i bezpośrednie zagrożenie masowych zakażeń.

Błyskawicznie rozprzestrzeniający się koronawirus objął swym zasięgiem wszystkie kontynenty. W ten sposób świat znalazł się w stanie kolejnego globalnego kryzysu ekonomicznego. Poprzedni kryzys miał miejsce nie tak dawno, w latach 2008-2013. Miał on jednak inne podłoże. Było nim załamanie się światowych rynków nieruchomości i powiązanych z nim rynków finansowych.

Nowy szok gospodarczy

Bezwzględne, choć często niespójne i niezrozumiałe wskazania medyczne dotyczące walki z pandemią dotknęły bardzo wielu gałęzi gospodarki. Nastąpiły drastyczne ograniczenia w produkcji przemysłowej, sektorze usług, turystyce, komunikacji i transporcie, czego następstwem stała się rosnąca fala bezrobocia. Efektem było ograniczenie aktywności zawodowej około 3 miliardów ludzi na całym świecie.

Według szacunków Międzynarodowej Organizacji Pracy, wskutek pandemii pracę może stracić nawet 25 milionów osób. Unieruchomienie gospodarki może spowodować spadek konsumpcji o około 35 procent, czego następstwem będzie gwałtowny spadek produktu krajowego brutto w każdym państwie średnio o 2 proc. miesięcznie.

Wszystko to każe obecny kryzys określić, obok Wielkiego Kryzysu Ekonomicznego z lat 1929-1933, mianem największej katastrofy gospodarczej w najnowszych dziejach Europy i świata. Zbliżoną wykładnię zaprezentował Międzynarodowy Fundusz Walutowy twierdząc, że skutki pandemii koronawirusa będzie można porównywać tylko z kryzysem sprzed 90 lat, który zaczął się od krachu na giełdzie w Nowym Jorku w 1929 roku.

Pandemia okazała się szokiem dla ludzkości ze względu na tempo rozprzestrzeniania się pomiędzy krajami i kontynentami. Jednocześnie wykazała nieskuteczność wszelkich metod leczenia i zapobiegania chorobom znanym we współczesnym świecie. Okazało się, że nawet najbardziej nowoczesne technologie są wobec koronawirusa bezbronne, a jedynymi skutecznymi metodami, co wydawać się może paradoksalne, są społeczna izolacja oraz ograniczenie do minimum ludzkiej aktywności.
W ten sposób, niemal z dnia na dzień doszło do ograniczenia podaży pracy i aktywności społecznej – zarówno z powodu zachorowań, jak i kwarantanny – oraz do zerwania łańcuchów dostaw, co w konsekwencji spowodowało braki komponentów do produkcji w każdej niemal gałęzi gospodarki. Spowodowało to spadek poziomu konsumpcji, tempa i liczby inwestycji prywatnych oraz silne załamanie najbardziej wrażliwych na skutki ścisłej izolacji sektorów: usług dla ludności, turystyki czy transportu.
W niebezpieczny sposób spada poziom dostępności kredytów dla firm, co oznacza załamanie stabilności w sektorze finansów międzynarodowych, a tym samym finansów poszczególnych państw. Międzynarodowy Fundusz Walutowy ocenia, że globalny wzrost gospodarczy w 2020 roku będzie „silnie negatywny”. Jednocześnie podkreśla, że świat żyje w „niespotykanej niepewności dotyczącej skali i okresu trwania tego kryzysu”.

Niezwykle niebezpiecznym następstwem wystąpienia w skali globalnej jest spadek poczucia bezpieczeństwa ekonomicznego i socjalnego we wszystkich grupach społecznych i zawodowych, niezależnie od państwa i poziomu jego rozwoju gospodarczego. W przypadku inwestorów i przedsiębiorców można mówić nawet o panice wywołanej gwałtownym odpływem kapitału. O skali problemu mogą świadczyć tylko niektóre dane pochodzące ze Stanów Zjednoczonych, supermocarstwa światowego, które zostało dotknięte kryzysem w sferze realnej gospodarki w większym niż w latach 2008-2013. Wówczas na amerykańskim rynku pracy zlikwidowane zostało blisko dziewięć milionów miejsc pracy. Obecnie, tylko w ciągu dwóch tygodni, na przełomie marca i kwietnia, prawie siedemnaście milionów ludzi straciło pracę.

Sytuacja wywołana pandemią jest więc groźniejsza od innych kryzysów ekonomicznych z poprzednich lat. W niespotykanej skali ogranicza aktywność gospodarczą ludzi, co jest zjawiskiem typowym raczej dla warunków wojennych.

Słabość gospodarki globalnej

Bardzo szybko okazało się, że gospodarka światowa, którą cechuje globalizm oznaczający brak silniejszych związków z realnymi potrzebami, możliwościami i potencjałem lokalnych rynków, nie jest w stanie oprzeć się postępującemu kryzysowi. Międzynarodowe korporacje i koncerny, które w walce o rynki zbytu i coraz większe zyski osiągnęły niekiedy monstrualne rozmiary i struktury, reagują na tak gwałtowne zawirowania w sposób najbardziej brutalny – ograniczając koszty poprzez drastyczne zmniejszanie poziomu zatrudnienia.

Niestety, problemy społeczeństw poszczególnych państw i ich gospodarek narodowych, dla firm o zasięgu globalnym nie mają istotnego znaczenia. W ekstremalnych sytuacjach wiele z nich nie potrafiło obronić miejsc pracy i zapobiec utracie posiadanego kapitału. Trzeba to określić mianem kompromitacji, czy wręcz bankructwa neoliberalnego modelu gospodarki negującego istotną rolę instytucji państwa w życiu ekonomicznym i społecznym.

Zbankrutowały postawy i doktryny ekonomiczne stawiające gospodarce za jej zasadniczy cel maksymalizowanie zysków bez względu na ponoszone koszty społeczne. Żaden podmiot gospodarczy bowiem nie powinien być samodzielnym i oderwanym od życia społeczeństwa bytem. Podmiotem i fundamentem jego funkcjonowania powinni być ludzie zatrudnieni w nim, jak również ich rodziny. Idąc dalej, powinno to rodzić dalsze relacje i zależności dające przede wszystkim poczucie pewności i wzajemnego zaufania.

Biznes niebiorący odpowiedzialności za swoich pracowników, ich bezpieczeństwo ekonomiczne i społeczne, skazany jest na niepowodzenia, a może nawet porażkę. Człowiek jest istotą ekonomii, a nie ekonomia celem samym dla siebie. Bez troski o człowieka ekonomia staje się zupełnie bezużyteczna, czy wręcz szkodliwa.

Stało się oczywiste, że łagodzenie skutków kryzysu nie będzie możliwe bez ingerencji instytucji państwowych polegającej przede wszystkim na uruchamianiu wszelkiego rodzaju pakietów stymulacyjnych, osłaniających gospodarkę przed katastrofą i pozwalających zachować jej dotychczasową strukturę. Kryzys obnażył słabość mechanizmów gospodarczych opartych na zasadach całkowicie wolnorynkowych. Pokazał także z wielką mocą, że podmiotem życia gospodarczego są ludzie i ich potrzeby.

Błędem fundamentalnym jest mówienie o wszechwładnej mocy „niewidzialnej ręki rynku” regulującej wszelkie procesy ekonomiczne bez ingerencji innych czynników, w tym instytucji państwowych. Dowodzą tego działania podejmowane w państwach na całym świecie, bez względu na obowiązujące modele ekonomiczne oraz poziom rozwoju gospodarczego. Nowe formy interwencjonizmu państwowego, przypominające New Deal z czasów prezydentury Franklina Delano Roosevelta, uznano powszechnie za konieczne instrumenty w obecnej polityce gospodarczej państw. Widać to m.in. w reakcjach i działaniach podjętych w najbardziej rozwiniętych państwach tworzących grupę G20. Zaplanowały one przeznaczyć 4 biliony dolarów na stymulację finansową swych gospodarek.

Taki sam mechanizm zastosowała także Polska, tworząc pakiet fiskalny w wysokości 6,2 proc. PKB. Jest on o ponad 5 punktów procentowych wyższy niż w przypadku kryzysu finansowego sprzed dziesięciu lat. Wtedy jednak nie było potrzeby uruchamiania obciążających budżet państwa instrumentów interwencyjnych. Nasz kraj pozostał bowiem wyspą umiarkowanego rozwoju wśród państw, których dotknął kryzys ekonomiczny. Pomogły w tym m.in. pieniądze Polaków pracujących za granicą, przesyłane do rodzin w kraju i tu inwestowane w dobra trwałe.
Stosunkowo dużą odporność na wstrząsy, z jakimi obecnie mamy do czynienia, wykazuje spółdzielczy sektor gospodarki, który opiera się na solidarystycznych zasadach organizacji produkcji, planowania strategii rozwoju i polityki zatrudnienia.

Najlepsi na kryzys

Walka z kryzysem stawia wielkie i trudne wyzwania daleko wykraczające poza ramy standardowych działań. Nagle świat przekonał się, że nikt i nic nie jest wstanie samodzielnie przeciwstawić się skutkom pandemii i wywołanego przez nią kryzysu. Za niezbyt szczęśliwe i trafne należy uznać stanowisko, że kryzys jest szansą dla jakichś tajemniczych, bliżej niesprecyzowanych sił w gospodarce. Kryzys jest zawsze porażką nas wszystkich. Natomiast nie ulega wątpliwości, że szansę na skuteczne zwalczanie skutków kryzysu mają podmioty najlepiej do tego przygotowane, w tym te, dla których solidaryzm gospodarczy i społeczna odpowiedzialność biznesu są codzienną praktyką, nie zaś pustymi hasłami i sloganami. Te kryteria od blisko 200 już lat spełniają podmioty spółdzielcze.
W przeszłości spółdzielczość generalnie nie tylko skutecznie przeciwstawiała się skutkom zastoju gospodarczego, ale i – poprzez rozwijanie nowych podmiotów gospodarczych w czasach kryzysu – wzmacniała formy społecznej i zawodowej aktywności ludzi, skazanych na margines przez główne nurty gospodarki. Nie ma więc żadnych racjonalnych przeciwwskazań, prócz barier ideologicznych i mentalnościowych, by również obecnie idee i wartości spółdzielcze stały się jednym z głównych narzędzi i sposobów łagodzenia skutków kryzysu, i stopniowego wychodzenia z niego.

Oczywiście nie można powiedzieć, że spółdzielczość jest w stanie poradzić sobie całkowicie samodzielnie. Konieczne jest wsparcie w ramach pakietów pomocowych stosowanych w gospodarkach całego świata. W interesie polskiej gospodarki jest mocne oparcie się na spółdzielczości przez stworzenie silnych podstaw jej funkcjonowania. Lobbowanie na rzecz spółdzielczości powinno stać się obecnie zasadniczym i fundamentalnym celem całego środowiska. Powinno ono doprowadzić do sytuacji, kiedy maksymalnemu rozszerzeniu uległby zakres mikro – , małych i średnich przedsiębiorstw korzystających z pożyczek i wszelkich form pomocy finansowej udzielanych na jak najkorzystniejszych warunkach.
Nie wolno doprowadzić do sytuacji, którą znamy z blisko trzydziestu ostatnich lat, kiedy spółdzielnie były w różnych sytuacjach pomijane i marginalizowane przy stosowaniu form wsparcia ekonomicznego. Dziś szczególnie znaczenie powinno mieć m.in. pełne korzystanie z systemu zwolnień w płaceniu składek na ubezpieczenie społeczne, ubezpieczenie zdrowotne oraz tam gdzie jest to możliwe, na Fundusz Pracy, Fundusz Solidarnościowy, Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych czy Fundusz Emerytur Pomostowych.

Spółdzielnie są podmiotami, które nie tylko wytwarzają określone dobra gospodarcze i wypracowują zysk. Wydaje się, że wartością szczególną jest ich rola społeczna, która w neoliberalnej gospodarce wolnorynkowej była i jest z uporem pomijana, a nawet dyskredytowana. Aktywność w sferze życia społecznego stawia obecnie spółdzielnie w grupie podmiotów najlepiej przygotowanych do walki ze skutkami kryzysu. Są one związane ze środowiskiem, w którym funkcjonują, odpowiadając na jego potrzeby, wymagania i oczekiwania. Najlepiej, najszybciej i najskuteczniej potrafią reagować na wszelkie zmiany zachodzące na miejscowych rynkach pracy dając zatrudnienie i będąc gwarantem bezpieczeństwa i stabilności materialnej swoich pracowników i ich rodzin. Kapitał spółdzielni nie jest anonimowy. Zostaw wytworzony w konkretnym środowisku i w nim jest pomnażany, współtworząc jego społeczny i ekonomiczny potencjał.
Stworzenie możliwie szerokiego wachlarza mechanizmów wsparcia spółdzielni musi być w obecnej sytuacji priorytetem w działaniach organów państwa kształtujących politykę gospodarczą i społeczną. Wypracowanie skutecznych instrumentów zapewni sektorowi spółdzielczemu mocne podstawy, a tym samym znaczącą rolę w łagodzeniu kryzysu w gospodarce polskiej. Możliwe jest wykazanie roli spółdzielczości w wyhamowaniu groźnych zawirowań gospodarczych. Jej odporność na kryzys jest bowiem znacznie większa niż w przypadku przedsiębiorstw i korporacji funkcjonujących na rynkach globalnych.

Coraz więcej ogłoszeń o masowych zwolnieniach

Chodzi zarówno o duże, jak i mniejsze przedsiębiorstwa. Jesień zapowiada się bardzo boleśnie dla wielu sektorów gospodarki. W Stanach Zjednoczonych linie lotnicze American Airlines (AA) ogłosiły zwolnienie w październiku 25 tys. pracowników z powodu następstw epidemii koronawirusowej, powiększając olbrzymią falę bezrobocia, która na jesieni dotknie miliony ludzi.

Jak w wielu przedsiębiorstwach na świecie, w AA uważano jeszcze niedawno, że transport lotniczy, zarówno pasażerski, jak i towarowy, odrodzi się na jesieni, „ale tak nie będzie” – zakomunikował szef AA Doug Parker. Dochody w czerwcu były o 80 proc. niższe od dochodów rok temu. Gospodarkę hamują różne środki kwarantannowe podejmowane na nowo w związku z odkrywaniem, dzięki upowszechnieniu testów, coraz więcej zarażonych osób. Choć olbrzymia większość z nich nie ma żadnych objawów choroby, obawy przed nią paraliżują zapowiadany „restart” gospodarki.
Liniom lotniczym nie pomaga pomoc państwa: dostały 25 miliardów dolarów na przetrzymanie kryzysu, ale jest on silniejszy, niż się spodziewano. Inny przewoźnik United Airlines zapowiedział rozstanie się z 36 tys. pracowników.
Kryzys sanitarny dotyka dosłownie wszystkie sektory zarówno w Ameryce, jak i w Europie, gdzie pieniądze przygotowane przez Unię na wznowienie życia gospodarczego mogą okazać się dalece niewystarczające. Zwolnienia ogłaszają nawet duże media, jak np. brytyjski The Guardian, który rozstanie się z 180 pracownikami. Rządowa BBC ma zamiar zwolnić 520 ludzi.
Główny powód narastającej fali to „perspektywy finansowe nie do wytrzymania”. W Europie, która wprowadziła w pierwszych miesiącach epidemii różne środki ochronne, bezrobocie dotyka na razie przede wszystkim wielką masę pracowników tymczasowych, w budownictwie, przemyśle i handlu. Złe wiadomości napływają nawet z Chin, gdzie zaczęły padać prywatne banki, wywołując lokalnie różne formy paniki. Jesień zapowiada się jako szczyt masowych zwolnień, który może dotknąć niemal cały świat.

Władza i kasa

Dzięki partii aktualnie i od lat rządzącej przywykamy powoli do przekonania, że politycy z górnej półki, ci z PiS-u, i nie tylko oni, nie są nędzarzami. Upubliczniono niedawno Polakom stan posiadania (dochody) wybrańców narodu. Robią wrażenie.

Coraz bardziej umacniają w przeświadczeniu, przynajmniej tych nieco myślących, że do polityki idzie się zasadniczo (ew. również) dla wpływów i pieniędzy. Że, dla czynienia dobra publicznego to taka ściema przy okazji, aby naród głosował i wybrał. Nawet ci najbardziej ideowi przestają z czasem stronić od konfitur. Jasne, że nie wszyscy politycy grzeszą pazernością, jednako polityka, zwłaszcza ta długotrwała i niepodzielna zasadniczo jak aktualnie w Polsce, korumpuje, niestety. Zapewne to nie polski wynalazek, jednako w europejskiej demokracji, do której rzekomo należymy, aspekt ten winien podlegać skutecznej kontroli, hamującej finansowe apetyty i zapędy parlamentarnych wybrańców i rządowych nominantów. Ale kto będzie kontrolował Kaczyńskiego i jego polityczną sitwę ?!
Mając przewagę w sejmie, poukładali wszystko w taki sposób, aby zapewnić sobie nietykalność prawną i polityczną. Np. zapisali w prawie, że w czasie pandemii koronawirusa urzędnicy państwa zwolnieni są: .. od odpowiedzialność za podjęte decyzje. To jakieś kuriozum, za którym można skryć każdy przekręt władzy. Przykłady cudownie znikającej grubej kasy już się pojawiają, i nikt za to nie odpowiada – maseczki i respiratory. Rodzą zasadne podejrzenia pod adresem władzy. Do beznadziejnie smutnych wniosków dochodzę obserwując rozpanoszoną prywatę i bezwstydny ciąg na kasę polityków Prawa i Sprawiedliwości, przyssanych od pięciu lat do cycka z publicznym groszem. Nie zamierzają puścić. Póki co, nie ma siły, aby ktoś im tego skutecznie zabronił. Łamią prawo ?? Skądże !! Wszystko jest legal artis. Ci, co pomstują na kasową niesprawiedliwość, grymaszą i zrzędzą, mogą im naskoczyć. Co najwyżej są w stanie się wkurzać buszując po Internecie na stronach z ujawnionymi dochodami polityków. Są tam prawdziwi rekordziści.
Jakkolwiek nie wyłącznie od Kaczyńskiego, ci od prezesa robią wrażenie szczególne, bo aktualnie i od paru lat przy korycie, jak zwykł to nazywać naród. Warto poczytać. Taki np. Zbigniew Ziobro, minister i prokurator w jednym – nie tylko on – tłucze kasę i nadyma majętność własną z godnym podziwu i pozazdroszczenia rozmachem. I niech kto spróbuje powiedzieć, że mu się nie należy. Ziobro jest żywą personifikacją zła nagrodzonego, nie tylko kasą, również rozległością przypisanych jego urzędowi uprawnień, które zaprzągł skutecznie dla prywaty m. innymi. . Zresztą, są lepsi od niego w mnożeniu kasy własnej. Przy politykach obławiają się kumple i familianci na licznych posadach zależnych od Państwa i samorządów. Pierwszy z brzegu przykład: media ostatnio donoszą, że lokalny działacz partii Kaczyńskiego, chyba z Ostrołęki lub okolic, rozwalił skutecznie w kolizji drogowej służbowy samochód należący do żony. Miał zakaz prowadzenia pojazdów. Właścicielka służbowego auta, żona sprawcy, pani Katarzyna, jest – trzeba trafu, gdyż to zapewne zdolna kobieta – wiceprezesem zarządu Energa Elektrownie Ostrołęka SA. Nie czepiam się: każdy może być wpływowym działaczem partii rządzącej, rozwalić prowadzony bez uprawnień samochód, przy tym mieć małżonkę na wypasionym stanowisku w spółce skarbu państwa. Dotąd takie wypasy przynależały wyłącznie, jak nieustannie obwieszcza propagandowa młócka, do (tfu!) komunistów. Ten przykład, jeden z mnogich w sieci wzajemnych powiązań i partyjnych zależności w Prawie i Sprawiedliwości, ukazuje patologię władzy, w której z elegancją hipopotama tapla się PiS. Tak oto rodzi się, rozrasta i krzepnie rządowy, kumpelski i familijny układ żywotnie i dożywotnio zainteresowanych rządami nominatów Prawa i Sprawiedliwości. Wszak, należy im się !! Dopisuje się do tego krąg kolejny, równie krzepki i rozległy, zadawalający się tym, co łaskawie spadnie z pańskiego stołu, pod postacią 500 plus i innych socjałów. To ostanie da się po ludzku zrozumieć, gdyż dla wielu beneficjentów są to kwoty spore, nie bez znaczenia dla domowych budżetów. Nie zmienia to faktu, że głosujący na partię Kaczyńskiego pogrążają się w myślowym letargu. Kochają Dudę i Morawieckiego, nie mówiąc o prezesie. Wcale zapewne niemała grupa miłośników Prawa i Sprawiedliwości nie ma zamiaru splamić się pracą, Po co, skoro Państwo daje. Tak trzymać. Jesteśmy na finansowej prostej typu „greckiego”. Jeśli do tego dodać wiszącą nad Polską prezydencką recydywę z Dudy, to już jakieś szaleństwo. Pozostaje tylko sprawą czasu, kiedy pogrążymy się w gospodarczej zapaści i UE będzie musiała wyciągać nas z tego bagna. Media zwane publicznymi, z TVP i jej odnogami na czele, mącą we łbach skutecznie. Doprawdy, coraz trudniej zrozumieć, jak coś takiego jest możliwe w demokratycznym, i chcącym uchodzić za wzorzec kultury rozmaitej i nieskończonej, państwie. Poczucie osobistej bezsilności wobec tego co dzieje się w polskiej polityce – wobec Dudowego zagrożenia zwłaszcza – próbuje rekompensować sobie, między innymi, zapisem jak wyżej. Uspokoić się jednak jakoś nie mogę. Niech to szlag trafi.

Duża liczba ofiar to cena walki z kryzysem?

Wyniki gospodarki brytyjskiej okazały się lepsze od oczekiwań, a spadek aktywności gospodarczej jest tam mniejszy niż w innych krajach.

Pomimo że to kraje południowej Europy – przede wszystkim Włochy i Hiszpania – skupiły na sobie większość uwagi w kontekście pandemii, to właśnie Wielka Brytania jest „antybohaterem” ostatnich tygodni, z największą liczbą śmierci spowodowanych przez koronawirusa na Starym Kontynencie.
Najnowsze dane wskazują na mniejszy niż w innych krajach spadek aktywności gospodarczej w pierwszym kwartale 2020 r., jak również na to, że gospodarka na Wyspach najprawdopodobniej ma już swój „dołek” za sobą. Ale tak drugi kwartał, jak i cały rok Wielka Brytania zakończy na minusie. Nie dziwią więc zdecydowane działania władz, jak również zapowiedzi kolejnych, tak w sferze fiskalnej, jak i monetarnej.
Opublikowane dane dotyczące brytyjskiej gospodarki w pierwszym kwartale 2020 roku okazały się lepsze od oczekiwań: spadek produktu krajowego brutto o około 2 proc. w stosunku do poprzedniego kwartału blednie w porównaniu z 5-6 proc. recesji we Francji czy Hiszpanii. Niewielka skala spadku była w dużej mierze konsekwencją relatywnie długiego zwlekania przez rząd Borisa Johnsona z wprowadzeniem lockdownu (zamknięcia gospodarki), który został ogłoszony dopiero 20 marca, czyli niemal dwa miesiące po zdiagnozowaniu pierwszego pacjenta na Wyspach zarażonego koronawirusem. Tym samym lockdown obowiązywał jedynie przez niecałe dwa ostatnie tygodnie pierwszego kwartału. Zdołał spowodować w marcu spadek PKB o 5,8 proc. w stosunku do lutego).
Drugi kwartał tego roku będzie dla gospodarki Wielkiej Brytanii znacznie gorszy. Jak zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich, ostatnie prognozy wskazują na możliwy spadek rzędu 15-25 proc. kwartał do kwartału i 10-procentową recesję w całym 2020 roku.
Choć najnowsze odczyty wskaźnika koniunktury PMI dla przemysłu i usług wzrosły odpowiednio do 27,8 i 40,6 (z 13,4 i 32,6 w kwietniu), co wskazuje na poprawę sytuacji związaną głównie z niewielkim poluzowaniem restrykcji, to główny indeks PMI wciąż pozostaje ponad 20 punktów poniżej granicznej wartości 50 – wskazuje TEP.
Utrzymująca się wysoka liczba zarażonych i zmarłych z powodu koronawirusa sprawia, że rząd nie spieszy się z „odmrażaniem” gospodarki: zapowiedział, że rozpocznie otwieranie sklepów z początkiem czerwca (wtedy też część dzieci ma wrócić do szkół), choć puby i restauracje pozostaną zamknięte co najmniej do lipca.
Kryzys gospodarczy spowodowany pandemią spotkał się ze zdecydowaną odpowiedzią rządu już w marcu, kiedy to kanclerz skarbu Rishi Sunak zapowiedział pakiet fiskalny o wartości 175 miliardów funtów na lata 2020-25 (ok. 8 proc. PKB, co czyni z programu największe luzowanie fiskalne na Wyspach od 1992 roku), z czego 32 mld funtów (1,5 proc. PKB) ma zostać wydane w bieżącym roku. Oprócz dodatkowych wydatków fiskalnych, pakiet zawierał gwarancje pożyczkowe dla przedsiębiorstw opiewające na 300 miliardów funtów (15 proc. PKB) i został później uzupełniony o odroczenia płatności VAT i program nieoprocentowanych rządowych pożyczek dla firm.
Co więcej, ogłoszono powstanie programu grantów ukierunkowanych na utrzymanie miejsc pracy, w którym rząd zobowiązał się do pokrywania 80 proc. wynagrodzenia „zawieszonych” (furloughed) pracowników i 80 proc. dochodów samozatrudnionych do wysokości 2.500 funtów miesięcznie. Bank Anglii również zareagował zdecydowanie, ścinając główną stopę procentową do 0,1 proc. i restartując program luzowania ilościowego, zamierzając skupić aktywa o wartości 200 mld funtów. Stworzył również nowy program (Term Funding Scheme), który miał na celu obniżenie kosztów uzyskiwania finansowania przez małe i średnie firmy.
W związku z przedłużającym się okresem lockdownu podejmowane są kolejne działania mające na celu ograniczenie negatywnych skutków kryzysu. Ze strony fiskalnej, rządowy program utrzymywania miejsc pracy został przedłużony do lipca, a najnowsze szacunki dotyczące potrzeb pożyczkowych netto rządu mówią o 290 miliardach funtów (14 proc. PKB) w 2020 roku – z czego za 170 miliardów odpowiadać będą programy rządowe (za resztę tzw. automatyczne stabilizatory).
Inflacja natomiast znaczne wyhamowała (do 0,9 proc. rok do roku w kwietniu), co skłoniło Bank Anglii do pierwszej w historii dyskusji o możliwości obniżenia stóp procentowych poniżej zera. Spodziewane jest też rozszerzenie skupu aktywów o kolejne 100 mld. funtów, co będzie utrzymywać długookresowe stopy procentowe na niskich poziomach (obecnie oprocentowanie dziesięcioletnich obligacji nie przekracza 0,175 proc.).
Radykalne działania fiskalne rządu (przede wszystkim nakierowane na utrzymanie miejsc pracy i zapewnienie płynności firmom) są uzasadnione – ocenia się, że ograniczą one spadek bezrobocia o co najmniej 2-3 punkty procentowe w najbliższych kwartałach. Więcej wątpliwości budzą zapowiedzi Banku Anglii dotyczące wprowadzenia ujemnych stóp procentowych. Obecna na Wyspach „dezinflacja”: to w dużej mierze pokłosie spadku cen ropy naftowej i nie jest jasne, jak dalsza obniżka stóp miałaby w tej sytuacji w znaczący sposób pobudzić wzrost cen. Ujemne stopy procentowe mogłyby okazać się per saldo kosztownym posunięciem, ponieważ oznaczałyby negatywne konsekwencje dla sektora bankowego.

Ich zysk jest większy niż twój

O tym, że zaraza koronowirusa przeorała nasze życie, każdy już wspomina. Co rusz słyszę o związanych z nią traumach. Nawet o nastaniu nowej ery w dziejach ludzkości. Czasów przed i po narodzeniu się koronawirusa.
Warto jednak przypomnieć bom mott człowieka minionej epoki. O tym, że są „plusy dodatnie i plusy ujemne”. I dziś, ku pokrzepieniu skołatanych serc, poszukać też tych dodatnich.
Zauważcie, że w czasie zarazy zniknęła propagowana przez elity PiS „polityka historyczna”. Ten rodzaj polskiej pedofilii politycznej polegającej na tym, że elity PiS traktują obywateli naszego kraju, potencjalnych wyborców, jak umysłowe dzieci. I podstępnie wykorzystują je wciskając im propagandowy kit. Dzięki wysiłkom bardzo dobrze opłacanych propagandzistów podszywającym się w narodowo- katolickich mediach pod maski ekspertów, publicystów, dziennikarzy nawet.
Jeszcze niedawno, w czasach przed zarazą bezustannie słyszałem o grożących mi śmiertelnych niebezpieczeństwach. Czyhać miał na mnie podstępny gender, w gminach czaiła się zabójcza „ideologia LGBT”, a za granicą hulała inwazja globalnego „antypolonizmu”.
Ten ostatni wysuwał się na pierwszą flankę antypolskiej agresji. Bo, jak głosili bracia Karnowscy, redaktor „Sakwa” i podobni im, cała zagranica, z wyjątkiem orbanowskich Węgier, wielce zawistnie zazdrościła Polsce jej aktualnych, epokowych sukcesów. Osiąganych rzecz jasna dzięki rządom jaśnie pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. I wiernych mu Jego współpracowników.
Dlatego bracia Karnowscy, redaktor „Sakwa” i podobni im codziennie ogłaszali, że „bronią Polski” . Za co codziennie wystawiali stosowne faktury spółkom skarbu państwa oraz innym instytucjom żyjącym z naszych podatków.
W dawnej Europie dla odpędzenia zagrażających ludzkości bezbożnych wampirów ówcześni Karnowscy polecali katolickie krzyże i przedmioty im podobne, srebrne kule oraz kołki osinowe. W narodowo- katolickiej IV Rzeczpospolitej na wysysający polską krew „antypolonizm” bracia Karnowscy, redaktor Sakwa i podobni im zalecali przedmioty pomalowane w biało- czerwone barwy. Mogły to być samoloty PLL LOT, naklejki na świninę tuszujące zarażenie afrykańskim pomorem, pseudo patriotyczne fundacje i reduty „broniące dobrego imienia” i jachty pełnomorskie. Te ostatnie, pomalowane w narodowe barwy, miały pływać po morzach i oceanach sławiąc imię IV RP. Dowodzić, że kaczyńska Polska z kolan wstała, pedagogikę wstydu porzuciła i „lewackiej” Unii Europejskiej dumny gest Lichockiej pokazała.
Przyszła jednak zaraza i obnażyła nędzę IV Rzeczpospolitej. Słabiutkie struktury naszego państwa. Okazało się, że rządzące nim elit PiS nie potrafiły zgromadzić niezbędnych zapasów medykamentów potrzebnych w czasach zarazy. Chociaż informacje o jej nadejściu otrzymały z wystarczającym wyprzedzeniem. Za to świetnie poradziła sobie rodzina pana ministra Szumowskiego i podobne im, znakomicie zarabiające na strachu Polaków przed zarazą.
Ich zysk jest większy,
niż nasz, mogą ponucić sobie teraz obywatele naszego kraju.
Okazało się, że pomimo szumnych zapowiedzi pięcioletnie rządy PiS niczego w Polsce nie zreformowały. Nie ulepszyły nawet.
Przeciwnie jeszcze bardziej zdezorganizowały i zubożyły wymagający reform system oświaty, który okazał się w czasie zarazy niezdolny do nowoczesnego, elektronicznego nauczania.
Zubożyły zasoby finansowe samorządów, a teraz obarczyły je kosztami odmrożenia życia społecznego. Zdewastowały służbę zdrowia, co wystarczająco obnażyła zaraza.
Okazało się, że jedynym ratunkiem dla zahamowania zarazy było samo uwięzienie się polskiego społeczeństwa, zamrożenie polskiej gospodarki i życia społecznego. Przeczekanie zarazy w domowych schronach.
Okazało się też, że wielu naszych sąsiadów, tak wcześniej pogardliwie traktowanych przez dumną propagandę PiS, radzi sobie lepiej niż mocarstwowa, kaczyńska Polska. Lekceważone Czechy i Słowacja skuteczniej wychodzą z zarazy niż mieniąca się liderem „Trójmorza” IV Rzeczpospolita.
Rząd firmowany przez pana premiera Morawieckiego ogłosił już czwartą „tarczę antykryzysową” dla osłony polskiej gospodarki. Produkcja takich „tarcz” staje się specjalnością tego rządu. Za miesiąc nasza gospodarka będzie miała pewnie już tuzin kolejnych, triumfalnie ogłaszanych, tarczy. Gdyby pan premier Morawiecki przypiął je wszystkie do swych dumnie wypinanych podczas konferencji prasowych piersi, to wyglądałby dostojniej niż niejeden radziecki generał.
Za to nasz, też pogardzany przez narodowo- katolicką propagandę PiS, niemiecki sąsiad wyprodukował tylko jedną antykryzysową tarczę. Pomimo takiego ich ubóstwa niemiecka gospodarka odmraża się skuteczniej.
Kasa z Unii nie śmierdzi
Jeszcze niedawno słyszałem z ust pana prezydenta Dudy, że Unia Europejska to jakaś „wyimaginowana wspólnota, z której dla nas niewiele wynika./…/ Wspólnota jest potrzebna tutaj, w Polsce, dla nas – własna, skupiająca się na naszych sprawach, bo one są dla nas sprawami najważniejszymi; kiedy nasze sprawy zostaną rozwiązane, będziemy się zajmować sprawami europejskimi. A na razie, niech nas zostawią w spokoju i pozwolą nam naprawić Polskę, bo to jest najważniejsze”, tak przekonywał.
Jeszcze niedawno pan premier Morawiecki ogłaszał, że Z Unii Europejskiej nie dostaniemy „ani centa na walkę z wirusem”. Bo to zła Bruksela jest.
Ale szybko okazało się, że ta wraża Unia nie chciała „zostawić nas w spokoju”, choć postulował to pan prezydent Duda.
Dlatego słyszę teraz w narodowo- katolickich mediach, że tylko dzięki wysłanemu listowi pana prezydenta Dudy i aktywności tam pana premiera Morawieckiego teraz Polska będzie największym beneficjentem pomocy finansowej Unii Europejskiej dla państw członkowskich poszkodowanych przez zarazę.
To oznaczą też, że jeśli władza się nie zmieni, to będzie jeszcze więcej pieniędzy dla rodzin szumowsko podobnych. Dla braci Karnowskich, redaktora „Sakwy” i podobnych im. Na odmrożoną przez PiS pedofilię polityczną. Na propagandę anty unijną w telewizji pana Kurskiego. Fundację świrsko podonych. Znajdzie się pewnie też jakiś „euro cent”| na nowy lakier dla paznokcia pani posłanki Lichockiej.
Ech, żyć nie umierać, panie prezesie.

Afryka może liczyć tylko na siebie

W Afryce myśl, że oprócz „oficjalnej” – wziętej od cywilizacji Zachodu – wiedzy, jest także wiedza alternatywna, tradycyjna, jest powszechna. W świecie, w którym ubezpieczenia społeczne prawie nie istnieją, publiczna służba zdrowia jest fatalna i niedofinansowana, prywatna – podobna do tej, jaką znamy z Europy, a zatem oferująca usługi w zakresie leczenia wrośniętego paznokcia i niewiele ponadto, a na dodatek dostępna dla nielicznych, takie alternatywy jak znachor czy cudotwórca uzdrawiający za pomocą modlitwy są bardzo kuszące. Epidemia COVID-19 wyzwoliła takie praktyki na dobre.

Jak dotąd jednak oficjalne uznanie alternatywnych praktyk medycznych miała charakter epizodyczny. Odsunięty po 22 latach rządów prezydent Gambii Yahya Jammmeh, który – na wzór dawnych władców – chełpił się uzdrowicielskimi zdolnościami, opracowywał lecznicze mikstury i twierdził, iż potrafi leczyć nawet AIDS, przy czym szereg osób korzystających z jego specyfików (lub też przymuszanych do korzystania z nich) pochorowało się jeszcze bardziej, a nawet poumierało, stanowił w Afryce kuriozum i obiekt kpin. Nie inaczej było, gdy niegdyś południowoafrykański minister zdrowia Manto Tshabalala Msimang postanowił propagować leczenie AIDS za pomocą czosnku i buraków. Wówczas też nie było do śmiechu – w ocenie badaczy z Harvarda praktyki te skróciły życie 300 tys. ludzi, w tym jednak wypadku powody stosowania osobliwej terapii były odmienne – i dużo poważniejsze – niż fantazje odrealnionego gambijskiego satrapy, chodziło bowiem po prostu o dostępność nowoczesnej farmakologii dla której desperacko poszukiwano substytutu.
Pierwsze chyba wiadomości o opracowaniu afrykańskiego leku na chorobę wywoływaną przez COVID-19 przyszły z Senegalu. W afrykańskich sieciach społecznościowych w marcu pojawił się news, jakoby w Senegalu wyprodukowano i przetestowano lekarstwo o stuprocentowej skuteczności. Jak to bywa z fake newsami, obudowany był całym szeregiem uwiarygadniających informacji o tym, jak to senegalski minister zdrowia wysłał ów preparat do Chin, aby tam go stosować (był to okres, gdy największym ogniskiem epidemii na świecie był Wuhan), o tym jak chińscy eksperci potwierdzili jego skuteczność i zaczęli stosować, jak to dzięki temu patentowi Senegal miałby stać się potentatem farmaceutycznym… Wszystko to okazało się wyssaną z palca konfabulacją, podobnie jak kilka innych „wrzutek”. Przypadek preparatu malgaskiego jest jednak prawdziwy. Wyprodukowany przez Malgaski Instytut Badań Stosowanych ziołowy tonik istnieje naprawdę.
Wspomniany instytut działa od 1957 roku i specjalizuje się w badaniu środków opartych na tradycyjnym ziołolecznictwie. Założył go skądinąd znany malgaski biolog, Albert Rakoto Ratsimamanga. Instytut nie jest więc placówką szarlatańską – na przykład, opracowany w nim środek Magedlucyl jest dopuszczony do stosowania na Madagaskarze i w szeregu innych krajów i używany w leczeniu cukrzycy.
Z tego, co wiadomo on napoju pod nazwą CVO, nowym produkcie instytutu mającym zabezpieczać przed koronawirusem, jego głównym skłądnikiem jest wyciąg z artemizji – rośliny pochodzącej z Chin, sprowadzonej w latach 70. ubiegłego wieku i obecnie uprawianej na Madagaskarze – oraz innych substancji pochodzenia roślinnego. Podobnie jak lansowana między innymi przez Donalda Trumpa cholochinina, artemizja i produkowany z niej artemisinin ma udokumentowane działanie antymalaryczne i ta akurat jej właściwość jest powszechnie uznawana, choć WHO odradza jej stosowanie jako środka przeciwko malarii ze względu na jego niewielką skuteczność wobec innych znanych metod terapii. W promocję CVO włączył się jednak prezydent Madagaskaru Andry Rajoelina. W kwietniu ogłosił publicznie, że dzięki środkowi dwie osoby wyzdrowiały. Wkrótce potem oświadczył, że przeprowadzone zostały szeroko zakrojone testy potwierdzające skuteczność środka. Póki jednak wypowiadał się w kraju, pozostało to za granicą niezauważone, jednak 29 kwietnia, podczas wideokonferencji, w której uczestniczyło dziesięciu afrykańskich prezydentów i szefów rządów, postanowił ogłosić domniemany przełom na szerszym forum.
Pierwszy anons prezydenta Rajoeliny wywołał raczej konsternację. Koledzy prezydenci, nieprzygotowani na takie rewelacje, nie wyrazili wielkiego entuzjazmu, ale też – bo przecież dobry obyczaj nakazuje uprzejmie rozmawiać z równymi sobie – nie skrytykowali go otwarcie. Od tego był już tylko krok, aby CVO zaczął robić karierę międzynarodową.
Jako pierwsza zainteresowanie specyfikiem wyraziła Gwinea Równikowa i Gwinea-Bissau, które otrzymały wkrótce jego transport z Atananariwy. Próbki trafiły następnie do Liberii, za co jej prezydent George Weah wylewnie dziękował malgaskiemu koledze. Następny w kolejności był prezydent Tanzanii John Magulufi, który wprawdzie najpierw twierdził, że najskuteczniejszą metodą zwalczenia koronawirusa będą trzydniowe modlitwy, ale też złamał się i zapowiedział, że wyśle na Madagaskar samolot po cudowny lek. 2 maja o lek poprosiła Republika Kongo, zaraz potem Niger, wreszcie, w poniedziałek, 11 maja, nigeryjskie media doniosły, że prezydent tego kraju również nakazał sprowadzenie ładunku CVO.
Błyskawiczna kariera, jaką zrobił w skali kontynentu malgaski specyfik nie zasadza się jednak na żadnych konkretach. Badania, na które powoływał się prezydent Rajoeliny – nie przedstawiając zresztą żadnych konkretów, ale kto by śmiał wątpić prawdziwość słów prezydenta i oczekiwać, że ten by miał prezentować jakieś dokumenty – trudno nawet sobie wyobrazić. Według stanu oficjalnych danych na 13 maja na Madagaskarze odnotowano zaledwie 186 przypadków zachorowania na COVID-19, zatem na jakiej próbie takie badania by miały być przeprowadzane. Do środka bardzo sceptycznie odnoszą się również autorytety medyczne, nie mówiąc o WHO, która oświadczyła, aby nie popiera stosowania terapii przy użyciu CVO, zaleca co najwyżej używanie go pod ścisłym nadzorem lekarza i stanowczo odradza samodzielne leczenie. Wywołało to, rzecz jasna, oburzenie prezydenta Rajoeliny. „Czy chodzi o to, że skuteczny lek opracowano w Afryce? Czy gdyby powstał w Europie też byłby traktowany z takim sceptycyzmem? – pytał w wywiadzie, którego udzielił francuskiej stacji France24.
Skuteczność, a prawdopodobnie raczej jej brak, cudownego malgaskiego środka jeszcze będzie miała okazję się potwierdzić, pojawiają się jednak elementy świadczące, że to dopiero początek pewnego procesu. W ostatni wtorek Izba Reprezentantów Nigerii przyjęła uchwałę, w której mówi obliguje prezydenta i rząd, aby przestali się stosować do zaleceń WHO, a za to skoncentrowali się na wykorzystaniu rodzimych metod – CVO, ale nie tylko. Deputowani wręcz prześcigali się w wymienianiu, do kogo należy się zwracać. Według nigeryjskich prawodawców władze zignorowały jakoby informację, że skuteczny środek przeciwko koronawirusowi powstał w nigeryjskim Instytucie Zasobów Biologicznych kierowanym przez prof. Maurice Iwu. Skuteczne leki na COVID-19 jakoby także opracowało Biuro Medycyny Tradycyjnej Stanu Anambra, którego szefem jest wielebny Raymond Arazu i Fundacja Iris dr. Olisaha Ojeiha – tej ostatniej podobno zajęło to zaledwie 72 godziny. To tylko kilka z wymienionych kierunków, jakie deputowani postanowili wskazać rządowi w charakterze alternatywy dla propozycji WHO.
Jakkolwiek można powątpiewać, czy którykolwiek z tych środków może być skuteczny, bo nawet stosowanie ich w leczeniu niczego nie dowiedzie – wiadomo skądinąd, że znaczny odsetek zarażonych COVID-19 przechodzi chorobę bezobjawowo lub ze stosunkowo lekkimi objawami. Czy zatem wyzdrowienie takich pacjentów (z pozytywnym testem na COVID-19) mogłoby zatem stanowić jakikolwiek dowód na skuteczność zastosowanych specyfików? O ich skuteczności zdecydować mogą dopiero badania laboratoryjne i genetyczne, w tym zakresie jednak potencjał krajów afrykańskich jest niewielki. Można założyć, że oceny skuteczności działania ich podejmowane będą w najlepszym przypadku objawowo. Zgromadzenie przyjęło jednak taką uchwałę większością głosów, co samo w sobie wiele mówi – o czym poniżej.
Cała historia z entuzjazmem Afrykanów wobec możliwości rodzimych terapii nie może być wprost przyrównywana do – wydawałoby się mających podobny charakter – ruchów antyszczepionkowców czy negacjonistów. Oczywiście, ma on swoje korzenie w głębokiej wierze, że tradycyjna medycyna ma realny potencjał, w poczuciu, że wytwory afrykańskiej cywilizacji są traktowane przez świat rozwinięty w najlepszym przypadku z pobłażaniem, ale także ze świadomości, że kiedy przyjdzie co do czego, na efektywną pomoc tegoż świata rozwiniętego nie ma co przesadnie liczyć. Historia epidemii AIDS uzmysłowiła dobrze Afrykanom, że nie można się spodziewać, że koncerny farmaceutyczne zrezygnują ze swoich zysków. A zatem – nawet jeśli skuteczne lekarstwa i szczepionki na COVID-19 powstaną w europejskich czy amerykańskich laboratoriach, czy Afrykę będzie na nie stać? Czy Afrykanie tylko z odległości sobie będą mogli popatrzeć na to, że gdzie indziej są one dostępne.
Na obecnym etapie liczby zakażeń i zgonów wywołanych przez COVID-19 w poszczególnych krajach Afryki Subsaharyjskiej w porównaniu z Europą czy Stanami Zjednoczonymi są niewielkie, ale nie można tego brać za pewnik. Przede wszystkim sytuacja z dostępem do opieki zdrowotnej w państwach afrykańskich oraz jej realne możliwości powodują, że wykonuje się niewiele testów. Wielu chorych może nigdy nie zobaczyć lekarza. Część z nich może wyzdrowieć, część umrze, ale o zagrożeniu wiedzą wszyscy i boją się wszyscy. Tak zdarzyło się w związku z zastanawiającym wzrostem liczby pochówków w ubogich dzielnicach północnonigeryjskiego miasta Kano w pierwszych dniach maja. Nigdy nie dowiemy się, czy ich przyczyną był koronawirus, czy może coś innego. Na tle innych państw afrykańskich nigeryjska służba zdrowia jest i tak stosunkowo nieźle zorganizowana. Na razie zatem uważa się, że pandemia albo z jakichś powodów Afrykę albo omija, albo też dopiero nadejdzie, nie można jednak także wykluczyć, że już jest, tylko jej rzeczywistej skali nie widać.
Stosowanie metod opierających się na samoizolacji jest w państwach afrykańskich zarówno trudne do egzekwowania, bo uboższe warstwy ich społeczeństw – czyli w każdym przypadku znaczna większość populacji – żyje w takich warunkach, że nie ma fizycznej możliwości skutecznego stosowania się do nich. Samoizolacja, kwarantanna, dystansowanie społeczne, zawieszanie działalności gospodarczej ma destrukcyjny wpływ na gospodarki i społeczeństwa świata rozwiniętego. W Afryce, w której miliony ludzi żyją z dnia na dzień, oznaczać mogą całkowitą katastrofę. Lekarstwo może być straszniejsze od śmiertelnej nawet choroby. Po znacznie krótszym niż w Europie, około miesięcznym okresie stosowania się do tych wytycznych, większość państw afrykańskich zdecydowała się poluzować restrykcje, nawet za cenę wzrostu zachorowań. Jaką logikę mogą zatem przyjąć rządzący? Wydaje się, że za ich decyzjami, nawet i tymi, żeby dopuszczać do stosowania niesprawdzone środki, stoi brutalna pragmatyka i ponury realizm: że jeśli pandemia rozwinie się na kontynencie, jedynym wyjściem będzie pogodzić się, że część ludzi umrze, ale będzie trzeba zamieść to pod dywan. A żeby wykazać, że coś się w tej sprawie robiło – uciekać się do środków takich jak medycyna tradycyjna, co do których nawet samemu pewnie ma się wątpliwości. To bardzo odległe od dziecinnej, plemiennej naiwności, jaką skłonni są Afrykanom przypisywać Europejczycy obserwujący ich wybory.

Ma być sucho, będzie sucho

I znowu, jak zawsze Polska się pali, stepowieje, stoi w obliczu niedoborów prądu, nie dba o retencję, marnuje wodę.
Mimo że zeszliśmy do najniższego w historii poziomu produkcji energii z węgla, stanowi on dalej 74 proc. naszego miksu energetycznego. Przeciągła susza sprawia, że ryzyko blackoutu, czyli rozległej awarii zasilania spowodowanej brakiem wody do chłodzenia generatorów elektrowni węglowych, jest coraz większe. Jak poradzimy sobie w czasie epidemii bez prądu?
Energetyka węglowa zużywa w Polsce 70 proc. wody trafiającej do naszej gospodarki. Jest ona wykorzystywana do chłodzenia generatorów. Dlatego też zwiększanie ilości odnawialnych źródeł energii i odchodzenie od węgla jest odpowiedzią nie tylko na kryzys klimatyczny, ale także na kryzys wodny. Do bilansowania systemu elektroenergetycznego nadaje się energetyka słoneczna, która gdy elektrownie węglowe muszą ograniczać swoją pracę ze względu na długie okresy nasłonecznienia i suszy – produkuje najwięcej prądu. Dlatego warto, żeby szpitale zaczęły stosować instalacje fotowoltaiczne, które w przypadku blackoutu mogą wesprzeć ich własne generatory prądu. Te własne generatory co najwyżej zagwarantują ciągłość systemów krytycznych – na zasilanie klimatyzacji sal chorych, zaplecza gastronomicznego czy pralni, najprawdopodobniej już nie wystarczą.
Na razie jeszcze susza się nie skończyła. Jeśli nie nawiedzą nas wielotygodniowe deszcze, może to być największa susza od 100 lat. Jak w takim razie przeciwdziałać kryzysowi wodnemu i sprawić, aby latem nie zabrakło prądu?
Według danych Straży Pożarnej niemal w całym kraju obowiązuje trzeci – najwyższy stopień zagrożenia pożarowego. W Biebrzańskim Parku Narodowym spłonęło ponad 5 tys. hektarów lasów i łąk. Jeśli radykalnie nie zmienimy swojego podejścia do gospodarki wodnej, ograniczonego do betonowania, odwadniania i wpuszczania wszystkiego w kanalizację w tym sezonie będzie płonęła nie Australia, ale Polska.
Kryzys klimatyczny wiąże się nierozerwalnie z kryzysem wodnym. Polska stepowieje – dotyczy to m.in. województwa łódzkiego (gdzie wprowadzono pierwszy stopień zagrożenia hydrologicznego) i pojezierza gnieźnieńskiego, które straciło ok. 30 proc. wody. Lustra jezior cofnęły się tam w ostatnich latach o kilka, kilkanaście metrów.
Według Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej 60 proc. wodowskazów pokazuje poziom poniżej strefy niskiej – w ubiegłym roku było to „tylko” 25 proc. Polska retencjonuje dzisiaj jedynie niewiele ponad 6 proc. swojej wody (dla porównania w Hiszpanii jest to 45 proc.).
Nie mamy pewności jakie będzie tegoroczne lato, wszystko zależy od warunków meteorologicznych w nadchodzących miesiącach. Długoterminowy trend jednak znamy – średnia temperatura w Polsce będzie rosła, opady będą coraz bardziej nieregularne, wysychać będzie też południowa i środkowa część Polski. W związku z tym, organizacje Młodzieżowy Strajk Klimatyczny oraz Miasto Jest Nasze sformułowały postulaty pod adresem zarządców gospodarką wodną, tak na poziomie samorządowym i jak centralnym.
Ich zdaniem, na pierwszym planie powinna być ochrona istniejących naturalnych cieków wodnych (kanałki, rzeczki itd.) oraz tworzenie nowych cieków i zbiorników wodnych, pozwoli na ograniczenie skutków deszczów nawalnych i retencjonowanie większej ilości wody. Priorytet dla zachowania powierzchni biologicznie czynnej przy wszystkich inwestycjach realizowanych w mieście można w praktyce osiągnąć poprzez m.in. wskazaniu w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego materiału pokrycia dachowego. Skoro możliwy jest zapis, że ma być to blacha albo dachówka w określonym kolorze, nie ma powodu, żeby opcją domyślną nie były dachy zielone umożliwiające zbieranie wody. Podobne rezultaty można osiągnąć poprzez zastosowanie odpowiednich wymagań przetargowych, co pokazała np. szkoła w Markach z bagiennym dachem.
Ważnym elementem układu gromadzenia wody są rzeki. Im bardziej są one naturalne, tym lepiej. Powolny nurt rzeki płynący zakolami, rozlewiska oraz odnogi rzeczne przytrzymują wodę. Tereny zalewowe, bagna są naturalnymi zbiornikami retencyjnymi. Bagna nie tylko retencjonują ogromne ilości wody, ale dużo skuteczniej pochłaniają dwutlenek węgla z atmosfery.
Wiele zielonych podwórek w latach dziewięćdziesiątych zamieniono w betonowe parkingi, a czasem po prostu dzikie z ubitą ziemią. Podobnie działo się z placami miejskimi. Chcemy, żeby miasto i spółdzielnie dążyły do przywrócenia podwórkom naturalnego wyglądu. Dbajmy o zieleń, która znakomicie utrzymuje wodę, a w upalne dni zapewnia cień i przeciwdziała zjawisku miejskiej wyspy ciepła. Objętość przepływu powierzchniowego na terenach biologicznie czynnych jest bowiem pięciokrotnie niższa niż na obszarach uszczelnionych.
Zarząd Zieleni Miejskiej w Krakowie zadecydował o tymczasowym zawieszeniu koszenia terenów zielonych. Również Zarząd Zieleni w Warszawie już w zeszłych latach zaprzestał częściowo koszenia terenów zielonych (m.in. na Polu Mokotowskim). W przypadku suszy działanie te należy rozszerzyć na inne miejsca i jednostki organizacyjne miast. Wysoka łąka pełni funkcje ekosystemowe lepiej (bioróżnorodność, retencja wody, oczyszczanie powietrza) niż wygolony trawnik. To m.in. w takich działaniach warto szukać oszczędności niezbędnych w związku z ograniczonymi wpływami do budżetu wynikającymi z pandemii. W razie przeciągającej się suszy, spółdzielnie, wspólnoty i osoby prywatne powinny postępować podobnie ze swoimi terenami zielonymi. Konieczne jest także dofinansowywanie instalacji retencyjnych i nawadniających. .
Szacuje się, że w Polsce co najmniej 25 proc. przesyłanej wody „znika” w związku z nielegalnymi połączeniami, nieszczelnościami rur, nieprecyzyjnym mierzeniem przepływu wody czy starą infrastrukturą. Należy na bieżąco monitorować poziom tych strat i robić wszystko, żeby je ograniczyć do minimum. Zabezpieczenie rur przed wyciekami oraz stosowanie nowych technologii do monitoringu przepływu wody jest w stanie ograniczyć straty wody – jak pokazują przykłady z miast w Europie i na świecie – o nawet 10 proc.
Gospodarka wodna w planowaniu przestrzennym w Polsce jest uwzględniana rzadko i w małym stopniu. Powinna natomiast być ważnym elementem podstawowych dokumentów planistycznych, takich jak studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego gminy oraz miejscowych planów zagospodarowania. Chodzi o to, by świadomie zarządzać zasobami wodnymi i lepiej wykorzystywać wszelkie środki ochrony przed powodzią.