Gniew demonstrantów

Setki Kubańczyków wyszły na ulice miast w protestach przeciwko pogarszającym się warunkom życia. W ostatnich miesiącach gospodarka kraju znalazła się w największym kryzysie od lat. W sklepach zabrakło podstawowych produktów, w kraju brakuje prądu i artykułów medycznych a sytuacja jest szczególnie zła na prowincji. W demonstracjach udział biorą głównie młodzi ludzie a protesty przybrały charakter antyrządowy.

Demonstranci są zdesperowani, mają dość obecnej sytuacji, ciągłych niedoborów, braków wszystkiego i niepewności. Niektórzy demonstranci obrzucili policję brukówkami, starli się ze zwolennikami rządu i skandowali hasła „Wolność”, „Równość” lub imię Fidel!, co ma podkreślić, że chodzi tu o przypomnienie rządowi o podstawowych wartościach rewolucji. Wśród zatrzymanych przez policję znaleźli się uczestniczący w protestach działacze lewicy, w tym znany komunistyczny bloger Frank Garcia Hernandez albo dziennikarze lewicowej gazety internetowej Tremenda Nota walczącego o prawa osób LGBT. Demonstranci mają za złe prezydentowi Miguelowi Díaz-Canelowi, że w reakcji na protesty, zamiast próbować rozmawiać z demonstrantami, wezwał rewolucjonistów (zwolenników rządu) do wyjścia na ulice i przeciwstawienia się demonstrantom. Taka postawa może dodatkowo podzielić Kubańczyków i doprowadzić do rozszerzenia się fali przemocy a potem być wykorzystana przez wrogów Kuby jako pretekst do interwencji. W momencie pisania tego artykułu media donoszą o pierwszej ofierze śmiertelnej po stronie demonstrantów.
Fala demonstracji została z zadowoleniem odnotowana w Stanach Zjednoczonych, gdzie prawicowo-mafijna opozycja emigracyjna zorganizowała w Miami „pikiety solidarnościowe”. Choć prezydent Joe Biden zapowiadał wcześniej dążenie do normalizacji stosunków z Kubą, to politycy wokół niego próbują wykorzystywać protesty do delegitymizacji rządu w Havanie. Delegacja USA w ONZ głosowała przeciwko wnioskowi o zniesienie trwającego sześć dekad embargo i znalazła się w tej sprawie w haniebnej mniejszości zaledwie trzech państw.
Ze strony polityków w innych krajach płyną ostrzeżenia by nie podsycać nastrojów i pozwolić Kubańczykom rozwiązać te problemy bez przemocy. Meksykański prezydent Andrés Manuel López Obrador przestrzegał USA przed próbami interwencji i mówił, że ma nadzieję na pokojowe rozwiązanie kryzysu. „Kubańczycy sami muszą zdecydować, bo Kuba jest wolnym, niezależnym i suwerennym krajem – nie może być interwencji” – mówił.
Kuba stoi w obliczu bardzo poważnych wyzwań. Wyspa była dławiona amerykańską blokadą przez dekady, ale w ostatnich miesiącach kłopoty kraju się dramatycznie spotęgowały. Po pierwsze na skutek pandemii sparaliżowany został krajowy sektor turystyczny. Z tropikalnych kurortów odwiedzanych przez zachodnich turystów płynęły znaczące przychody dla gospodarki kraju. Pandemia to uniemożliwiła. Ale jeszcze poważniejszym powodem kryzysu jest polityka Stanów Zjednoczonych. Prezydent Donald Trump wprowadził dławiące embargo, jakiego wyspa nie widziała od dziesięcioleci. Rząd kraju bezpodstawnie oskarżono o „wspieranie terroryzmu”. Embargo oznacza, że każda firma na świecie, która wejdzie w jakiekolwiek stosunki handlowe z Kubą, musi się liczyć z sankcjami USA. Władze USA znacząco utrudniły też możliwość legalnego podróżowania na wyspę. Amerykańscy obywatele przez 50 lat mieli ze strony swojego rządu zakaz podróżowania na Kubę a w sytuacji złamania zakazu musieli się liczyć po powrocie do USA z potencjalną karą więzienia. Zakaz zniesiono dopiero w 1999 roku. Ale administracja Trumpa przywróciła go de facto, zakazując obywatelom korzystania z większości hoteli i miejsc turystycznych na wyspie. Embargo dotyczy też wszystkich zagranicznych firm turystycznych.
Amerykańska blokada uderza bezpośrednio w obywateli Kuby. Na wyspę nie można sprowadzić żadnych niezbędnych produktów, w tym najpotrzebniejszych artykułów medycznych, nawet strzykawek i igieł. Wyjątkowym skandalem było zablokowanie przez USA możliwości dostarczenia na wyspę sprzętu potrzebnego do walki z coronawirusem. Statek, który przybył na wyspę z dostawą maseczek chirurgicznych, respiratorów czy kondensatorów tlenu nie mógł dostarczyć sprzętu, bo uniemożliwiała to amerykańska blokada.
Bieda i niedostatki na Kubie istnieją faktycznie. Kuba mogła wyzbyć się tych problemów wiele lat temu, gdyby nie amerykańska blokada. Ale celem USA jest pogłębienie tych problemów i pokazywanie, że zbuntowany przeciw USA kraj nie może sobie poradzić i skazany jest na biedę. Starania USA mają jedną poważną słabostkę. W okolicach Kuby nie ma pozytywnego przykładu na państwo, które słuchając zaleceń USA zapewniło społeczeństwu dobrobyt, bezpieczeństwo i rozwój społeczny. Podburzenie Kubańczyków nie będzie proste, bo USA nie mają pozytywnych przykładów na zastosowanie swoich recept w Ameryce Południowej. Dyktatury, tortury, masakry, zamachy stanu, wyzysk, nędza i skorumpowane junty – z tym kojarzy się obecność USA w Ameryce Południowej. W rzeczywistości to kubańska edukacja i rewelacyjna służba zdrowia stały się wizytówkami kraju. „Eksport rewolucji”, którym straszy od lat rząd USA jest tak naprawdę wysyłaniem kubańskich lekarzy lub nauczycieli do najbiedniejszych części Ameryki Południowej, gdzie ludzie często przez całe życie nie widzieli lekarza a proamerykańskie państwo nigdy nie zapewniło dzieciom podstawowej edukacji. Znamienne jest nawet to, że na biednej, blokowanej Kubie dostęp do służby zdrowia mają wszyscy a w najbogatszym kraju świata, w USA, miliony najbiedniejszych ludzi były przez lata pozbawione tego przywileju i sytuację tę poprawiła dopiero ustawa znana jako Obama Care.
Głównym celem polityki USA wobec Kuby jest oczywiście od dekad nadzieja na wywołanie fermentu, niezadowolenia, buntu i gniewu wśród mieszkańców Kuby. W dzisiejszych czasach stało się to łatwiejsze dzięki internetowi i mediom społecznościowym. USA tworzyły nawet specjalne aplikacje skierowane do Kubańczyków by za ich pośrednictwem rozpowszechniać fake newsy, dezinformację i kłamstwa. Jedna z takich aplikacji powstała już w 2014 roku. Amerykańskie służby wypuściły za pośrednictwem fundacji USAid aplikację o nazwie ZunZuneo, nazywaną potocznie „kubańskim Twitterem”. Formalnie miała to być platforma prezentująca mało kontrowersyjne informacje, takie jak futbol, wydarzenia muzyczne, czy informacje pogodowe. Strona internetowa umożliwiała komentowanie postów i wysyłanie darmowych wiadomości. W założeniu miała ona jednak, po osiągnięciu wystarczającej popularności, pomóc w mobilizowaniu Kubańczyków do zamieszek i wystąpień. Administracja USA miała nadzieję, na doprowadzenie do „kubańskiej wiosny”. Twórcy aplikacji dołożyli wielkich starań, by nie wyszło na jaw, że za stworzeniem aplikacji stoi rząd USA. W tym celu grupa operacyjna zajmująca się tworzeniem aplikacji rezydowała w Barcelonie, wykorzystywała skomplikowaną sieć powiązań między firmami zarejestrowanymi w rajach podatkowych i korzystała z konta bankowego zarejestrowanego na Kajmanach. Proces rozsyłania informacji i redagowania serwisu informacyjnego prowadzono z lokali operacyjnych w stolicach Nikaragui i Kostaryki. Całą operację organizowano w czasie, gdy relacje między USA i Kubą się poprawiały a Kuba w coraz większym stopniu dostosowywała się do warunków międzynarodowej współpracy gospodarczej z Zachodem. Platformie udało się zgromadzić kilkadziesiąt tysięcy użytkowników, ale po pierwsze skończyły się pieniądze na projekt i władze USA zrezygnowały z jego kontynuacji a po drugie Kubańczycy zorientowali się, że za projektem stoi rząd USA i zainteresowanie nim spadło.
Okazuje się jednak, że obecna fala protestów także nie jest przypadkowa i ponownie wspiera je rząd USA przy pomocy fake newsów i dezinformacji. Dla przykładu, w ostatnich dniach w mediach społecznościowych pojawiły się zdjęcia lub nagrania pokazujące kibiców piłkarskich z Egiptu lub Brazylii a opisanych jako demonstranci w Havanie.
Cytowane przez niektóre media hiszpański analityk internetowy Julian Macias Tovar wykrył znaczną liczbę fałszywych kont w mediach społecznościowych, powiązanych z grupą prawicowych argentyńczyków, których konta wykorzystywane były przy akcjach dezinformacyjnych wymierzonych w lewicowych polityków w Ameryce Południowej, między innymi w prezydenta Evo Moralesa. Operacja wykorzystuje specjalnie stworzone internetowe boty, algorytmy i fałszywe konta by spotęgować przekaz kubańskiej opozycji. Operacja koordynowana jest przez prawicową, południowoamerykańską organizację o nazwie Freedom Foundation, która oficjalnie zajmuje się „promocją koncepcji społeczeństwa wolnorynkowego” i ma wsparcie ze strony amerykańskich fundacji republikańskich i o której wiadomo, że jest powiązana z CIA.
Zwolennicy obecnej fali protestów na Kubie posługują się w mediach społecznościowych hashtagiem SOSCuba. Według Tovara, pierwsze konto otagowane hashtagiem SOSCuba było zlokalizowane w Hiszpanii. Z tego konta wyszło 1000 tweetów antykubańskich w dniach 10 i 11 lipca a publikowane były z częstotliwością 5 tweetów na sekundę. Pojawienie się tych tweetów miało stworzyć wrażenie szerokiej akcji obywatelskiej. Ale struktura tych wiadomości sugeruje, że była to skoordynowana akcja rozsyłania tresci przez fałszywe konta a Tova sugeruje, że możliwość tworzenia takich kont ma armia USA.
Trzeba tu podkreślić jeszcze raz: Kubańczycy mają wiele powodów by protestować i odczuwać gniew w związku z sytuacją w kraju a obecne protesty są prawdziwe i należy uznać je za uzasadnione. Ale osobną sprawą jest podsycanie ich przez USA. Międzynarodowa lewica z jednej strony powinna starać się przekonać rząd Kuby by potraktował gniew obywateli poważnie i przystąpił do negocjacji z nimi a z drugiej strony trzeba domagać się zakończenia haniebnej i agresywnej blokady USA, która jest głównym powodem nędzy na Kubie.

Kryzysowy Polski Ład

Jarosław Kaczyński i jego towarzysze postanowili efektownymi przedwyborczymi obietnicami przykryć całą serię przykrych dla nich informacji.
Recesja gospodarcza panująca w Polsce, wraz z szybkim wzrostem cen, to dwa czynniki wpędzające mieszkańców naszego kraju w biedę. Jak podał Główny Urząd Statystyczny, ceny towarów i usług konsumpcyjnych w kwietniu 2021 r. w porównaniu z takim samym miesiącem ubiegłego roku wzrosły o 4,3 proc.
Pod względem drożyzny, nasz kraj pod panowaniem Prawa i Sprawiedliwości pobił już wszelkie unijne rekordy. Od miesięcy inflacja w Polsce jest najwyższa w całej Unii Europejskiej, czym oczywiście nie chwali się PiS-owska propaganda sukcesu, rozwijana przez media „publiczne”. U nas wzrost cen wyniósł wspomniane 4,3 proc., podczas gdy w całej UE w marcu zaledwie 1,7 proc. (i tylko dlatego był tak wysoki, że to Polska zawyżała tę średnią). Czy ktoś mógłby kiedykolwiek przewidzieć, że PiS-owscy prominenci rządzący Polską doprowadzą do tego, że w naszym niezamożnym kraju ceny będą rosnąć ponad dwa razy szybciej, niż w pozostałych państwach UE?.
Bardzo szybki był w Polsce zwłaszcza wzrost cen wszelkich usług, wynoszący średnio 6,8 proc. W tym obszarze, szczególnie drastycznie skoczyły ceny usług transportowych – aż o 16,2 proc. w porównaniu z kwietniem ubiegłego roku. Nieco wolniej wzrosła średnia cena towarów konsumpcyjnych, która zwiększyła się o 3,6 proc.
Ruch cen w górę nabrał już zdecydowanie trwałego charakteru. W stosunku do marca tego roku ceny towarów i usług wzrosły o 0,8 proc. (w tym towarów – o 0,9 proc. oraz usług o 0,3 proc. ). W kwietniu tradycyjnie, największy wpływ na wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych ogółem miały wyższe ceny żywności. Ta drożyzna najbardziej uderza w uboższych mieszkańców naszego kraju, którym zakupy żywności pochłaniają dużo większą część zarobków w porównaniu z zamożniejszymi grupami obywateli.
Powszechnej drożyźnie, systematycznie zmniejszającej realne dochody Polaków, towarzyszy też kryzys gospodarczy. Według obliczeń GUS, polski produkt krajowy brutto w pierwszym kwartale 2021 r. zmniejszył się realnie o 1,7 proc. w porównaniu z pierwszym kwartałem ubiegłego roku. Tego regresu nie wyrównuje to, że nasz PKB zwiększył się o 0,9 proc. w stosunku do czwartego kwartału 2020 r. (trudno zresztą porównywać ostatni kwartał jakiegoś roku z pierwszym kwartałem roku następnego).
Wymowa tych danych gospodarczych jest nader mało optymistyczna. W dodatku w tym samym czasie pojawiły się miażdżące zarzuty Najwyższej Izby Kontroli, mówiące o łamaniu prawa przez PiS-owskich prominentów w związku z przygotowywaniem niedoszłych wyborów prezydenckich, oraz o drastycznej niegospodarności, która doprowadziła do bezsensownego zmarnowania prawie 60 mln zł publicznych pieniędzy.
Nic więc dziwnego, że Jarosław Kaczyński postanowił przykryć wszystkie te ponure konkrety jakimiś efektownymi obietnicami. Dlatego właśnie wystąpił z zapowiedziami tzw. Polskiego Ładu. Ten kolejny zestaw obietnic to czysta propaganda, mająca doprowadzić Prawo i Sprawiedliwość do zwycięstwa w najbliższych wyborach. Aż dziw, że ów koncert życzeń nie nosi nazwy Polski Ład plus – ale z drugiej strony można to zrozumieć, bo w dotychczasowych PIS-owskich obietnicach było już tak wiele plusów, które w istocie stawały się minusami (bądź zupełnymi zerami), że wicepremier Kaczyński postanowił zrezygnować z tego, budzącego już uśmiech politowania, plusowego dodatku.
Szef Prawa i Sprawiedliwości sam wystąpił tym razem w roli głównego bajarza (storytellera). Nie ma sensu merytoryczne odnoszenie się do obietnic zawartych w Polskim Ładzie. Są to bowiem albo bajki pozbawione jakiegokolwiek związku z rzeczywistością – albo propozycje, które także są nierealne ale w dodatku, jeżeli (co wątpliwe) kiedykolwiek zostaną skonkretyzowane, to będą wyglądać zupełnie inaczej niż w wersji opowiadanej przez Jarosława Kaczyńskiego oraz premiera Mateusza Morawieckiego, dotychczas etatowego opowiadacza bajek na użytek polskiej publiczności.
Dlatego nie ma co się na przykład zastanawiać, czy i skąd władza zdobędzie te 650 czy ile tam miliardów złotych na zrealizowanie Polskiego Ładu. Równie dobrze tą wymienioną sumą mogłoby być 650 bilionów, a wśród obietnic mogłoby się np. znaleźć polskie auto elektryczne dla każdego emeryta za darmo. To naprawdę nie ma znaczenia, jakie zapisy znalazły się, czy też może dopiero się znajdą w Polskim Ładzie.
Nie ma też sensu zastanawianie się, jakie będą ewentualne skutki Polskiego Ładu. Tu chodzi tylko o jeden skutek – wyborczy. Jeśli więc bajki zawarte w Polskim Ładzie będą na tyle efektowne dla wyborców, że sprawią, iż PiS mimo wszystkich swoich afer, przekrętów i nepotyzmu zachowa jednak władzę i utrzyma się przy żłobie – to program Polski Ład trzeba będzie ocenić bardzo wysoko i z pokorą uznać jego skuteczność.
Bo taki właśnie ma być ten skutek: sukces wyborczy Prawa i Sprawiedliwości oraz dalsze korzystanie przez prominentów tego ugrupowania i ich sojuszników z uroków „dojnej Polski”. To jedno zawsze wychodzi im bardzo dobrze.

Gospodarka 48 godzin

Wspieranie przez wykluczanie
Rada Ministrów przyjęła projekt nowelizacji ustawy o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej. Wspieranie rodziny ma polegać na tym, że rząd będzie mógł określić w rozporządzeniu (i z pewnością to zrobi), iż składanie wniosku i załączników do wniosku o przyznanie świadczeń, a także wnoszenie innych pism w sprawie świadczeń odbywać się może wyłącznie w drodze elektronicznej, tylko za pomocą systemów teleinformatycznych określonych w rozporządzeniu Rady Ministrów. Ponieważ spora część najbiedniejszych rodzin jest wykluczona cyfrowo, więc nowe przepisy skutecznie spowodują, że zmniejszy się liczba osób ubiegających się o rozmaite świadczenia. Rada Ministrów wprawdzie zaznacza, że organ realizujący świadczenia „będzie musiał zapewnić – w swojej siedzibie, oddziale lub innej wyznaczonej jednostce organizacyjnej – dostęp do środków technicznych umożliwiających złożenie wniosku i odbiór korespondencji oraz pomoc przy wnoszeniu i odbiorze dokumentów”. Ten zapis najprawdopodobniej pozostanie jednak tylko teorią.

Trwa pandemiczny kryzys
Po dokładnym podsumowaniu tegorocznego stycznia Główny Urząd Statystyczny stwierdził, że w pierwszym miesiącu roku sprzedaż detaliczna w cenach stałych była niższa niż przed rokiem o 6,0 proc. (wobec wzrostu o 3,5 proc. w styczniu 2020 r.). Kryzys przesuwa się więc także na bieżący rok, a będzie jeszcze głębszy, bo kolejna fala pandemii powoduje w Polsce prawdziwe spustoszenie. W porównaniu z grudniem 2020 r. miał miejsce spadek sprzedaży detalicznej aż o 24,9 proc. W styczniu 2021 r. najgłębszy spadek sprzedaży detalicznej odnotowały podobnie jak w poprzednich miesiącach podmioty handlujące tekstyliami, odzieżą i obuwiem (o 40,8 proc. wobec wzrostu o 10,5 proc. przed rokiem). Mniejsza była także między innymi sprzedaż paliw (o 16,4 proc, co jest związane z spowolnieniem gospodarczym w Polsce) oraz prasy i książek (o 15,3 proc. – Polacy nie należą do narodów o rozwiniętym czytelnictwie, więc gdy biednieją, łatwo rezygnują z podobnych wydatków). Wzrost sprzedaży wykazały jedynie, z nie do końca jasnych powodów, placówki handlujące meblami oraz sprzętem rtv i agd (o 7,1 proc.). Zapewne zakupom sprzyjał poświąteczny spadek cen tych produktów oraz przypuszczenie, że przy kolejnej fali pandemii zamknięta zostanie część sklepów więc warto zrobić zakupy zawczasu. W styczniu 2021 r. w porównaniu z grudniem 2020 r. odnotowano spadek wartości sprzedaży detalicznej przez Internet (o 18,9 proc. ). Natomiast udział tej sprzedaży stale rośnie i zwiększył się z 9,1 proc. w grudniu ubiegłego roku do 9,8 proc. w styczniu 2021. Wzrost udziału sprzedaży przez Internet zaobserwowano w większości grup, a największy w przedsiębiorstwach zaklasyfikowanych do grupy „tekstylia, odzież, obuwie”. W styczniu niższa też była produkcja budowlano – montażowa w całym kraju (w przedsiębiorstwach budowlanych o liczbie pracujących powyżej 9 osób) – spadła o 10,0 proc. w porównaniu z styczniem ubiegłego roku. Przed rokiem jej wzrost wyniósł zaś 6,4 proc. Tu jednak powodem regresu jest nie tyle kryzys, co surowsza w tym roku zima.

Koronawirus to największe ryzyko biznesowe

Przedsiębiorcy i eksperci ankietowani w naszym kraju wskazali także na nowe niebezpieczeństwa, które dotychczas nie pojawiały się w zestawieniach i trafiły na listę zagrożeń dopiero pod rządami Prawa i Sprawiedliwości: ryzyko polityczne oraz przemoc.

Przerwy w działalności biznesowej oraz sam wybuch pandemii, to zdaniem przedsiębiorców największe zagrożenia dla działalności gospodarczej w tym roku. Oba zagrożenia wiążą się ze sobą. Niewiele ustępują im ataki i incydenty cybernetyczne, zajmując trzecie miejsce.
Takie wyniki przynosi Barometr Ryzyk Allianz 2021, odzwierciedlając potencjalne scenariusze zakłóceń i strat, z którymi borykają się firmy na świecie i w Polsce. To badanie objęło opinie 2769 ekspertów z 92 krajów. Wzięli w nim udział członkowie zarządów, menedżerowie, brokerzy, eksperci ubezpieczeniowi.
Tak więc, kryzys spowodowany COVID-19 nadal stanowi bezpośrednie niebezpieczeństwo zarówno dla bezpieczeństwa indywidualnego, jak i dla przedsiębiorstw. Na dwa czołowe zagrożenia wskazało odpowiednio 41 proc i 40 proc. ankietowanych.
To odzwierciedla powód, dla którego wybuch pandemii zajął drugie miejsce w tym rankingu. Do tej pory, wedle wskazań badanych, żadna pandemia jako zagrożenie nigdy nie zajęła w Barometrze Ryzyka (mierzonym od dziesięciu lat) wyższego miejsca niż 16. Dziś koronawirus znajduje się wśród trzech największych zagrożeń na wszystkich kontynentach.
Ponadto, rośnie ryzyko wzrostu wskaźników niewypłacalności po pandemii. Według Euler Hermes, większość niewypłacalności nastąpi właśnie w 2021 r. Eksperci szacują, że w przypadku kredytów kupieckich wskaźnik niewypłacalności osiągnie rekordowy poziom, bo aż 35 proc. do końca 2021 r. Największe wzrosty bankructw spodziewane są w USA, Brazylii, Chinach i głównych krajach europejskich.
Incydenty cybernetyczne znajdują się w pierwszej trójce zagrożeń w wielu krajach, w tym m.in. w Brazylii, Francji, Niemczech, Indiach, Włoszech, Japonii, RPA, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Przyspieszenie cyfryzacji i rozwój pracy zdalnej wywołane przez pandemię dodatkowo zwiększają podatność na niebezpieczeństwa. Warto zauważyć, że już na początku pierwszej fali pandemii w kwietniu 2020 r. FBI odnotowało aż 300 proc. wzrost liczby cyber-incydentów w USA. Szacuje się, że w ubiegłym roku cyberprzestępczość kosztowała światową gospodarkę około 1 bilion dolarów, czyli o prawie 50 proc. więcej niż dwa lata temu.
Inne zagrożenia obejmują zmiany makroekonomiczne (8 miejsce z 13 proc. wskazań) oraz ryzyka polityczne i przemoc (10 miejsce, 11 proc. wskazań), które są w niemałej mierze również konsekwencją wybuchu pandemii koronawirusa. Mniej groźne okazują się natomiast zmiany w przepisach prawa i regulacjach, katastrofy naturalne, pożary i wybuchy, a także zmiany klimatu (dopiero 9 miejsce na liście zagrożeń, co wskazuje, że tak naprawdę mało kto traktuje serio rzekome nieszczęścia, jakie mają jakoby spaść na świat w związku ze zmianami klimatycznymi). Wszystkie te zagrożenia zostały wyraźnie zdominowane przez obawy związane z pandemią.
W Polsce wybuch pandemii jest już na pierwszym miejscu listy zagrożeń, co pokazuje, że rodzimi eksperci raczej dość nisko oceniają skuteczność pomocy dla gospodarki ze strony rządu Prawa i Sprawiedliwości. – Nie jest zaskoczeniem, że wybuch pandemii znajduje się na samym szczycie zestawienia w 2021 roku według polskich ekspertów. Zaznaczyli oni, że drugim największym ryzykiem biznesowym w tym roku są przerwy w działalności. A to ma bezpośredni związek właśnie z obostrzeniami związanymi z koronawirusem – mówi Tomasz Kryłowicz z Allianz Polska.
Na trzecim miejscu wśród największych polskich zagrożeń znalazły się zmiany w ustawodawstwie i przepisach, będące swoistą „specjalnością” rządu PiS. Incydenty cybernetyczne, wcześniej uznawane za jedno z trzech największych ryzyk, w tym roku zajmują dopiero piątą pozycję w Polsce.
Ankietowani w naszym kraju wskazali także na nowe zagrożenia, które do tej pory nie pojawiały się w zestawieniach – ryzyko polityczne oraz przemoc. To także uznać należy za rezultat sprawowania władzy przez Prawo i Sprawiedliwość

Witajcie w ciężkich czasach

Pandemia wywarła dotkliwy wpływ na sytuację gospodarczą Polski i perspektywy jej rozwoju w najbliższych latach.

Zakażenia koronawirusem trwają w Polsce od początku marca ubiegłego roku. Pierwszy przypadek w naszym kraju miał miejsce 4 marca 2020 r i wirus ten szybko rozprzestrzenił się na cały kraj. Do końca lipca ilość dobowych zakażeń praktycznie nie przekraczała 500 osób i kilka, kilkanaście zgonów. Od końca lipca do końca drugiej dekady września ilość dobowych zakażeń nie przekraczała tysiąca osób.
Od końca września stopniowo zwiększała się ilość zachorowań, osiągając kulminację w dniach 5 -7 listopada – ponad 27 tys. osób na dobę i kilkaset zgonów (300 – 600). W grudniu sytuacja ustabilizowała się na poziomie około10 tys. zakażeń na dobę.
W końcu grudnia 2020 r. w Polsce odnotowano w sumie ponad 1 300 tys. zachorowań i ponad 28 tys. zmarłych (obecnie już ponad 37 tys.), a na świecie ponad 83 mln zachorowań, zaś liczba zmarłych zbliżała się do 2 mln osób (obecnie ponad 2,2 mln).
Aby zapobiec rozprzestrzenianiu się zakażeń, rząd podejmował decyzje ograniczające aktywność gospodarczą i osobistą obywateli. Szczególne ograniczenia dotyczyły branż usługowych – gastronomii, hotelarstwa, branży fitness. Branże te były czasowo wyłączane z działalności.
Ograniczenia dotyczące ludności to przede wszystkim nakaz używania maseczek – w okresie mniejszego nasilenia zakażeń tylko w pomieszczeniach zamkniętych, a w okresie intensywnych zakażeń – również na otwartej przestrzeni. Kolejne obostrzenia to ograniczenia ilości osób na spotkaniach prywatnych i służbowych.
Ograniczenia działalności gospodarczej powodowały groźbę utraty pracy przez osoby zatrudnione w branżach wyłączonych z działalności oraz niemożność wywiązywania się firm z zobowiązań finansowych. W związku z tym podejmowane były decyzje o pomocy finansowej firmom dotkniętym obostrzeniami. Formy pomocy: umorzenie składek ZUS, bezzwrotna mikropożyczka, świadczenia postojowe, dofinansowanie prowadzenia działalności gospodarczej dla samozatrudnionych, dofinansowanie wynagrodzeń pracowników z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowników, dofinansowanie części kosztów wynagrodzeń pracowników.
Łączna wartość pomocy finansowej w 2020 r to ponad 212 mld zł na ochronę miejsc pracy i gospodarki oraz około 100 mld zł dodatkowych środków. Dzięki działaniom osłonowym bezrobocie w Polsce jest po Czechach najmniejsze w Europie (3 proc. w listopadzie 2020 r).
Przemożny okazał się wpływ pandemii na gospodarkę poszczególnych krajów. Ze względu na przeciwdziałanie rozszerzaniu się zachorowań, rządy wyłączały z działalności całe branże, a nawet całą gospodarkę, zapewniając zaopatrzenie tylko w niezbędne do życia obywateli artykuły (sklepy spożywcze, apteki, drogerie, sprzedaż książek i prasy).
Obserwując wpływ działań obniżających aktywność gospodarczą, już na pierwszy rzut oka widać, że kraje naszego regionu (Europy środkowo – wschodniej) zostały mniej dotknięte pandemią. Najwyższe spadki produktu krajowego brutto – powyżej 9 proc. – wykazują kraje południa Europy – Hiszpania, Włochy, Portugalia, Francja, Grecja, Chorwacja. Jest to związane z tym, że w krajach tych znaczącą rolę w gospodarce odgrywa turystyka, która w niektórych okresach 2020 r. niemal całkowicie została zatrzymana. Spośród krajów północy Europy najgorzej radzi sobie z pandemią Wielka Brytania, która w drugim kwartale 2020 r ma rekordowy spadek PKB – o 19,8 proc.
Ogólnie rzecz biorąc polska gospodarka lepiej radzi sobie z pandemią niż kraje zachodniej Europy. Spadek PKB na koniec 2020 r to 3,6 proc. Przewiduje się więc pewne zmniejszenie dystansu Polski wobec tych krajów. Korzystną rolę odegra tu eksport polskiego przemysłu.
Najszybciej z pandemii wyszły Chiny. Jest to jedyny kraj, dla którego prognoza na koniec 2020 roku wykazywała wzrost PKB (1,9 proc.). Należy zauważyć, że prognoza spadku PKB jako średnia dla wszystkich krajów świata za 2020 r. wynosiła minus 4,4 proc.
Spośród krajów naszego regionu najlepiej poradziły sobie gospodarki Litwy i Polski. Pogłębił się niekorzystny stan gospodarki Ukrainy (minus 7,2 proc.), która w okresie trzydziestolecia transformacji gospodarczej miała w naszym regionie najgorsze wyniki.
Sytuacja społeczno – polityczna w Polsce nie jest stabilna. Są zarzuty wobec Zjednoczonej Prawicy, że większą uwagę poświęca sprawom ideologicznym niż rozwiązywaniem problemów gospodarczych. Drugi zarzut to „niefrasobliwe wydawanie pieniędzy”, nie licząc się z trudną sytuacją wynikającą z pandemii.
Prognozy Eurostatu na 2021 r. dla Polski są korzystne. Również budżet państwa przewiduje korzystne kształtowanie się wskaźników ekonomicznych: wzrost PKB o 4 proc., deficyt budżetu państwa wynoszący 6 proc. PKB, dług publiczny 64,7 proc. PKB, stopa bezrobocia 7,5 proc., wzrost cen 1,8 proc.
Jeśli chodzi o prognozę na 2021 r., to Eurostat przewiduje wzrosty dla gospodarek krajów Europy od 2 do 5 proc. PKB. Wzrost 5 proc. przewidywany jest dla krajów, które miały najwyższe spadki. Wyraźnie widać, że przewiduje się odrodzenie turystyki. Prognoza na 2021 r jest podawana jako wielkość minimum – dla wszystkich krajów przewiduje się możliwość wyższych wzrostów.
Rezultaty gospodarek europejskich i światowych w najbliższych latach będą oczywiście zależeć od wygaszania pandemii. Nadzieją na ten proces jest dostępna już szczepionka. Spośród krajów europejskich, pierwsza Wielka Brytania rozpoczęła szczepienia swoich obywateli – w połowie grudnia 2020 r. Pozostałe kraje, w tym Polska, rozpoczęły szczepienia w końcu grudnia 2020 r.
Po tych wszystkich przewidywaniach spróbujmy odpowiedzieć na pytanie: Jak i kiedy wyjdziemy z kryzysu? Przytoczę tu opinie, które sformułował prof. Grzegorz Kołodko.
Przede wszystkim należy rozróżniać pojęcia kryzysu i recesji. Recesja trwa krótko, kryzys to proces wieloletni. Można prognozować, że z recesją uporamy się w 2021 r. – kiedy zostaną pokonane trudności po stronie popytowej i podażowej. Natomiast obecnie mamy do czynienia z systemowym kryzysem współczesnego kapitalizmu. Prof. Kołodko – w odróżnieniu od Wielkiego Kryzysu lat 1929 – 1933 – nazywa ten kryzys Jeszcze Większym Kryzysem (JWK). Kryzysu tego nie da się pokonać instrumentami tradycyjnej polityki gospodarczej. Musi powstać innowacyjna teoria ekonomiczna zorientowana na strategię potrójnie zrównoważonego rozwoju społeczno – gospodarczo – ekologicznego, co oznacza zerwanie z dotychczasowym ukierunkowaniem na wzrost PKB. Ta zmiana celu prowadzenia działalności gospodarczej może potrwać całą najbliższą dekadę.
To była opinia na temat zjawisk globalnych. Jeżeli zaś chodzi o Polskę, to po wyjściu z recesji Polska wpada w kryzysy: strukturalny, instytucjonalny, polityczny i kulturowy. Pokonanie tych kryzysów to zadanie wieloletnie. Jeżeli byśmy mieli zejść do poziomu prozy wskaźników ekonomicznych, to – jak stwierdza prof. Kołodko – odczujemy, że będzie lepiej, jeśli spełnione zostaną warunki „3 razy 3”, tzn.:

  • tempo wzrostu PKB będzie powyżej 3 proc.,
  • stopa inflacji będzie poniżej 3 proc.,
  • deficyt systemu finansowego w stosunku do rosnącego PKB będzie poniżej 3 proc.
    Gdybym miał skomentować powyższe warunki, to powiedziałbym, że najłatwiej spełnić warunek pierwszy – PKB powyżej 3 proc. może wzrosnąć już w 2021 r. Istnieje szansa na utrzymanie inflacji w granicach 3 proc. Będzie to jednak zależało między innymi od tego, kiedy nadejdzie możliwość normalnego funkcjonowania branż usługowych (gastronomia, hotelarstwo) i jak dalece te branże będą chciały „odbić” sobie wzrostem cen okres obostrzeń. Bieżąca polityka Narodowego Banku Polskiego może tu odegrać rolę znaczącą.
    Prognozowanie wysokości inflacji w tym momencie jest czynnością dość ryzykowną.. Najtrudniej będzie osiągnąć prawdziwą, a nie kreatywną równowagę w systemie finansowym. Prognozuję ten okres na co najmniej siedem lat.
    Wszystko będzie zależało od wielu czynników, ale wymieniłbym dwa najważniejsze: równowaga i mądrość sprawowanej władzy oraz przywrócenie spójności społecznej, na co zwraca uwagę prof. Kołodko. Jeśli do zadań do wykonania dołączymy pokonanie wymienionych wyżej czterech kryzysów, to biorąc pod uwagę aktualny stopień rozchwiania społecznego i politycznego, będzie to zadanie niezwykle trudne, jeżeli w ogóle wykonalne.

Cofamy się w rozwoju o dekadę

Niektóre z państw europejskich dość łatwo decydują się na zamknięcie gospodarki, gdyż jest to dla nich ekonomicznie trudny, ale nie zabójczy ruch. Dla polskiej gospodarki może jednak być zabójczy.
Przedsiębiorcy w Polsce są w coraz większej desperacji i zaczynają łamać narzucone przez rząd ograniczenia w prowadzeniu działalności gospodarczej, korzystając z tego, że nie mają one właściwej podstawy prawnej. Zaczęło się to w branży turystycznej i gastronomicznej, ale protest wobec polskiego lockdownu narasta niemal z każdym dniem.
Wyrazem nastrojów ludzi działających w gospodarce stał się między innymi list otwarty prezesa Związku Przedsiębiorców i Pracodawców Cezarego Kaźmierczaka do premiera Mateusza Morawieckiego. Szef ZPiP pisze co następuje:
„Szanowny Panie Premierze, zwracam się do Pana z apelem o przywrócenie ogłoszonej w listopadzie mapy drogowej dotyczącej gospodarki w czasie pandemii. Ogłoszona mapa spotkała się z bardzo dobrym przyjęciem, wskazywała jasne kryteria, którymi będzie kierował się rząd w zarządzaniu kryzysem COVID-19.
Niestety, na skutek jakichś wróżb – rząd bez słowa wytłumaczenia, wycofał się z mapy ogłaszając pełny lockdown. Czemu wróżb? Nie istnieje chyba żaden oficjalny dokument, badanie czy analiza, które wskazywałoby konieczność takiego rozwiązania. Pytałem o to wielu osób – nikt o niczym takim nie wie i nie słyszał.
Ja oczywiście rozumiem tą atmosferę, w której kompetencje i fachowość budowane są przez to kto głośniej i mocniej straszy. Ale naprawdę może czas się od tego wyzwolić – korzystając z rady Jacka Welcha: „Wierzymy Panu Bogu, pozostali proszeni są o pokazanie dowodów”. Pan poprosi ich o dowody. Puszczanie sobie filmów, to trochę za mało.
Wszystko wskazuje na to, że z pandemią przyjdzie nam jeszcze żyć jakiś czas. I trzeba mieć odwagę spojrzeć faktom w oczy – musimy się nauczyć z nią żyć. Albo cofnąć się w poziomie życia i rozwoju o dekadę lub dwie.
Panie Premierze! Nie stać nas dalej. Nie jesteśmy bogatym krajem zachodnim. Cena lockdownu (liczona jako ubytek produktu krajowego brutto) w Niemczech to 3,5 miliarda euro tygodniowo. Hipotetycznie zatem, dwa lata zamknięcia gospodarki to dla Niemców koszt około 360 miliardów euro. PKB per capita zmniejszyłby się z poziomu ok. 41 tysięcy euro do ok. 37 tysięcy euro.
Nominalny PKB per capita Polski w 2019 roku wynosił ok. 13 tysięcy euro. Innymi słowy, po dwóch latach lockdownu Niemcy zbiednieliby, ale wciąż byliby nominalnie prawie trzykrotnie zamożniejsi od Polaków w szczycie koniunktury – to pokazuje, że niektóre z państw europejskich stosunkowo łatwo decydują się na zamknięcie gospodarki, ponieważ jest to dla nich ekonomicznie trudny, ale nie zabójczy ruch.
Według deklaracji wicepremiera Jarosława Gowina, miesiąc lockdownu w Polsce to koszt 100 mld zł. Nawet zakładając, że realnie byłby on o połowę niższy i zbliżony do tego podawanego w szacunkach dla Niemiec, czyli wynosił 50 mld zł, skutkiem zamykania gospodarki jest w naszym przypadku nie względne zubożenie, lecz cofnięcie się w gospodarczym rozwoju o dekadę.
Przyjmując powyższą wartość możemy założyć, że każdy miesiąc lockdownu prowadzi do obniżenia PKB per capita o 2 proc. Innymi słowy, każdy kolejny miesiąc utrzymywania ograniczeń oznacza pogrzebanie połowy wzrostu gospodarczego osiągniętego w 2019 roku. Tak dalej się nie da. Z czego to sfinansujecie?
Nie zamkniecie COVID-19 w domach i zamkniętych firmach. Obok kryzysu pandemicznego fundujemy sobie gigantyczny kryzys gospodarczy. Jesteśmy na krawędzi rozlania się zarazy poza 50 dotkniętych sektorów. Czas biegnie w tygodniach, nie w miesiącach. Czas wracać do pracy (w reżimie DDM – czyli dystans, dezynfekcja, maseczka). Zróbmy to korzystając z listopadowej mapy. Z poważaniem”.
Ten apel szefa Związku Przedsiębiorców i Pracodawców najprawdopodobniej pozostanie bez należytego odzewu. Rząd PiS nie zwykł bowiem wysłuchiwać uwag partnerów społecznych – a gdyby nawet zechciał wziąć je pod uwagę, to nieudolność obecnej ekipy nie pozwoli na racjonalne odmrożenie polskiej gospodarki.

Zacznij od Keynesa

Społeczna gospodarka rynkowa to model ustroju, mogący sprostać wyzwaniom dokonującego się przełomu cywilizacyjnego – wskazuje analiza Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.
Politycy gospodarczy i ich doradcy są w znacznej mierze bezradni wobec problemu wyboru i implementacji polityki społeczno‑gospodarczej, dostosowanej do wręcz dramatycznie narastających wyzwań współczesności, zwłaszcza pogłębiających się nierówności społecznych – w tym dochodowych, światowego zagrożenia ekologicznego, pandemii COVID‑19 i innych.
Z doświadczeń bliższej i dalszej przeszłości wynika zaś, że niezbyt pomocne albo wręcz szkodliwe mogą okazać takie koncepcje jak merkantylizm i neomerkantylizm, leseferyzm, kapitalistyczna gospodarka centralnie zarządzana czy neoliberalna koncepcja ekonomii podażowej i monetaryzmu (Chicago School of Economics).
Nie jest też godna polecenia, pozbawiona jakiejkolwiek wiodącej idei, czysto pragmatyczna polityka gospodarcza. Reaguje ona ex post, dosłownie od przypadku do przypadku, selektywnie, na pojawiającą się w różnych obszarach procesu gospodarowania nierównowagę gospodarczą, społeczną i ekologiczną. Politykę tego typu cechuje krótki czy wręcz bardzo krótki horyzont czasowy. Stąd też, zamiast porządkować i stabilizować przebieg rynkowego procesu gospodarowania, generuje ona dalszą nierównowagę i chaos. Dlatego też nie można tego typu polityki uznać za przydatną do rozwiązywania zasadniczych, wysoce złożonych i długofalowych problemów stojących przed współczesnymi społeczeństwami.
Z tej listy współcześnie zakwestionowanych koncepcji polityki społeczno‑gospodarczej wyjęty został keynesizm. Po okresie swoistego „królowania” tej koncepcji od lat Wielkiego Kryzysu (1929–1933) aż do kryzysu rynków ropy naftowej w połowie lat 70. XX wieku, keynesizm poddawany był bezwzględnej krytyce ze strony przedstawicieli neoliberalnej szkoły myślenia. Wytykano różne prawdziwe i wyimaginowane słabości idei wielkiego brytyjskiego myśliciela.
Niezaprzeczalnym faktem pozostaje jednak to, że nauka Johna Maynarda Keynesa okazywała się dla polityków gospodarczych swoistym „pasem ratunkowym”, w sytuacji gdy gospodarkom rynkowym z powodu niedostatecznych rozmiarów popytu groziło głębokie załamanie koniunktury. Keynesowska koncepcja sprawdziła się jako remedium na kryzys okresu międzywojennego, zaś w końcowej fazie kryzysu lat 2007/2009 na corocznych obradach World Economic Forum w Davos nie brakowało głosów ekonomistów o światowej renomie, przyznających, że „znów wszyscy jesteśmy teraz keynesistami”.
Keynesizm zdaje się potwierdzać swą użyteczność także obecnie, jako narzędzie przeciwdziałania głębokiemu załamaniu popytu w USA, Unii Europejskiej i innych krajach, spowodowanemu pandemią. Przejawem tego jest między innymi uruchamianie specjalnych funduszy ratunkowych, sięgających bilionów euro oraz planowanie programów inwestycji publicznych. Mają one stymulować wydatki poszczególnych państw, podmiotów gospodarczych i osób prywatnych, kreując w ten sposób niezbędny dla ożywienia gospodarczego dodatkowy popyt.
Istotne jest tu przypomnienie, że koryfeusze ordoliberalizmu i społecznej gospodarki rynkowej, negując przydatność koncepcji Keynesa dla prowadzenia długookresowej polityki społeczno‑gospodarczej, zarazem dostrzegali jednak jej zalety jako skutecznej terapii w sytuacjach charakteryzujących się gwałtownym załamaniem gospodarki. Metaforycznie można określić Keynesa jako lekarza na szpitalnym oddziale intensywnej opieki medycznej. Natomiast owi koryfeusze ordoliberalizmu, tj. przede wszystkim Walter Eucken, ale także Ludwig Erhard, Wilhelm Röpke, Alexander Rüstow i inni, występują w tym modelu głównie w roli terapeutów i lekarzy starających się przede wszystkim o to, ażeby jak najmniej pacjentów musiało być kierowanych do doktora Keynesa.
W tym punkcie jesteśmy przy ordoliberalnej koncepcji społecznej gospodarki rynkowej (w ordoliberalizmie uznaje się potrzebę aktywności państwa, przede wszystkim w kształtowaniu i ochronie porządku rynkowego i podporządkowywaniu mechanizmu wolnego rynku celowi dobrobytu społecznego). W odróżnieniu od keynesizmu cechuje się ona długim horyzontem czasowym.
Koncepcja społecznej gospodarki rynkowej ma także, utracony w większości innych koncepcji polityki społeczno‑gospodarczej, fundament etyczny. Warto powołać się tu na wypowiedź Waltera Euckena o podwójnym celu jego działalności badawczej. Ekonomista ten stawiał sobie za zadanie stworzenie ładu gospodarczego zabezpieczającego gospodarce rynkowej funkcjonalną sprawność działania, a ludziom życie w wolności zgodnie z zasadami etyki.
Ludwig Erhard określał społeczną gospodarkę rynkową mianem wolnościowego ładu społeczno‑gospodarczego, ukierunkowanego – w drodze uruchomienia konkurencji rynkowej – na osiągnięcie „dobrobytu dla wszystkich”. Społeczna gospodarka rynkowa jest koncepcją polityki społeczno‑gospodarczej, która należycie spełniła związane z nią oczekiwania społeczeństwa w okresie prawie dwóch dekad zachodnioniemieckiego „cudu gospodarczego” (1948–1966) w RFN.
Po kolejnych kilku dekadach raczej niezbyt udanych prób wzbogacenia tej koncepcji o modne w tym czasie w krajach anglosaskich idee keynesizmu, a następnie neoliberalizmu i szkoły chicagowskiej, nastąpił w pierwszym dziesięcioleciu XXI wieku częściowy powrót w Niemczech do pierwotnej koncepcji społecznej gospodarki rynkowej, przynajmniej w odniesieniu do uczestników rynku pracy.
Znalazło to wyraz w programie reform realizowanych pod hasłem „Agenda 2010”. Wiodącą ideą tej „Agendy” stało się hasło „wspierać i wymagać”. Zgodnie z tym, uzyskanie przez kogokolwiek wsparcia socjalnego uwarunkowane było spełnieniem ściśle określonych w „Agendzie 2010” wymagań. Polityka społeczno‑gospodarcza zaczęła tym samym realizować wobec beneficjentów pomocy socjalnej funkcję wychowawczą.
Oczekiwane rezultaty takiego podejścia, niepozbawionego zresztą kontrowersji, nastąpiły co prawda z pewnym opóźnieniem, ale jednak nadeszły. O ile w roku 2005 wskaźnik bezrobocia w Niemczech przekroczył 11 proc., to w roku 2017 spadł poniżej 4 proc. Gospodarka niemiecka, w znacznej mierze podporządkowana regułom społecznej gospodarki rynkowej, przezwyciężyła różnorodne trudności związane ze zjednoczeniem kraju i jest obecnie nie tylko największą gospodarką uE, ale także najważniejszym czynnikiem stabilizującym gospodarczo oraz finansowo Unię Europejską i strefę euro.
Wszystko to uzasadnia rozpatrywanie koncepcji społecznej gospodarki rynkowej jako modelu ustroju, mogącego sprostać wyzwaniom dokonującego się przełomu cywilizacyjnego oraz potrzebom przywracania ładu społeczno‑gospodarczego w wielu krajach. Nie oznacza to oczywiście możliwości prostej implementacji tego modelu w poszczególnych krajach w jego oryginalnym kształcie. Niebywały dynamizm przemian współczesnego świata wymusza bowiem także konieczność modyfikacji polityki opartej na koncepcji społecznej gospodarki rynkowej, stosownie do wymogów zmieniającej się rzeczywistości.

Kiedy wyjdziemy z kryzysu?

Tezy wystąpienia na webinarium w Akademii Leona Koźmińskiego
Gdy pada pytanie o to, kiedy i jak wyjdziemy z kryzysu, najczęściej myśli nań odpowiadających biegną w stronę przezwyciężania recesji. W takim ujęciu odpowiedź jest w miarę prosta: w 2021 roku. Ogólnie i przeciętnie, ponieważ także w następnych kwartałach będą firmy, sektory i gospodarki narodowe (nieliczne), w których wartość produkcji i świadczonych usług będzie spadała – ale ogólnie gospodarka światowa wróci na ścieżkę reprodukcji rozszerzonej.
Problem w tym, że od wskaźników średnich występują ogromne odchylenia, z wszystkim tego konsekwencjami dla zatrudnienia i bezrobocia, dla nierówności dochodowych, inwestycji oraz stanu finansów publicznych.
Nie można utożsamiać kryzysu z recesją – i na odwrót. Może mieć miejsce płytka, krótkotrwała recesja, która nie jest kryzysem; częściej zdarza się, że on nas ogarnia, choć nie odnotowujemy recesji (przykład: Polska w latach 2009-11).
Teraz, wskutek nakładania się licznych negatywnych megatrendów oraz słabości strukturalnych i instytucjonalnych, mamy do czynienia z systemowym kryzysem współczesnego kapitalizmu. Ulega mu zarówno kapitalizm neoliberalny, jak i państwowy, a w miarę obronną ręką wychodzi jedynie społeczna gospodarka rynkowa i chinizm.
Ten współczesny kryzys, w nawiązaniu do Wielkiego Kryzysu lat 1929-1933, nazywam Jeszcze Większym Kryzysem (JWK). Jego fundamentalne cechy aksjologiczne, strukturalne, instytucjonalne i polityczne wymagają innowacyjnej teorii ekonomicznej, na której opierać musi się zorientowana na przyszłość, poPKB-owska strategia potrójnie zrównoważonego rozwoju społeczno-gospodarczo-ekologicznego. Naprzeciw temu imperatywowi wychodzi nowy pragmatyzm.
Tak jak pandemii covid-19 nie da się przezwyciężyć szczepionką na grypę, tak wytrącenia z równowagi i dynamiki powodowanej JWK nie da się pokonać instrumentami tradycyjnej polityki gospodarczej. O ile przeto wychodzenie z recesji nastąpi w miarę szybko, gdy tylko pokonane zostaną trudności po stronie popytowej i zakłócenia po stronie podaży, o tyle z Jeszcze Większego Kryzysu wychodzić będziemy przez całą następną dekadę.
Obecny kryzys nastąpiłby nawet, gdyby nie dotknął nas szok związany z pandemią covid-19, jego przyczyny bowiem są zdecydowanie głębsze, systemowe. W szczególności chodzi tu o:
1) nieusunięcie źródeł poprzedniego kryzysu finansowego z lat 2008-2009;
2) nadal znaczne wpływy neoliberalnej doktryny;
3) falę populizmu;
4) degradację środowiska naturalnego;
5) wzrost nierówności dochodowych i majątkowych;
6) nierównowagę demograficzną.
Nawarstwiające się pokłady problemów powodują, że do stosunków gospodarczych wkradła się ogromna, niespotykana w pokojowych czasach doza nie tylko niepewności, lecz wręcz nerwowości. Jedno i drugie wzmacniane jeszcze jest przez nieudolną politykę.
Sytuacja ta prowadzi do zaostrzania się sporów i sprzeczności, które przebiegają na płaszczyznach:
a) sektor prywatny versus publiczny;
b) polityka państwa vs. spontaniczność rynku;
c) regulacja prawna vs. mechaniczna autonomiczność;
d) troska o poczucie bezpieczeństwa vs. priorytet dla materialnej zasobności;
e) mieć więcej vs. czuć się lepiej;
f) wolność i swoboda vs. kontrola i nadzór.
Konflikty te istniały od wielu lat, ale współcześnie dają o sobie znać ze szczególnym natężeniem.

Najgorszy kryzys od dekad i gigantyczna fala społecznych protestów

Największa gospodarka Azji Południowo – Wschodniej znalazła się w najgorszym kryzysie od lat. Głównie na skutek pandemii, gospodarka Indonezji znalazła się w recesji jakiej nie widziała od czasu azjatyckiego kryzysu finansowego w 1998 roku. Władze Indonezji przewidują, że 3,5 miliona osób może stracić pracę.

Główną branżą indonezyjskiej gospodarki jest rolnictwo, ale duża część kraju jest uzależniona od dochodów z turystyki i każdego roku miliony turystów odwiedzają indonezyjskie wyspy. Od kiedy w związku z pandemią rząd zamknął granice dla osób z zewnątrz, turystów nie ma i nie zostawiają tu potrzebnych gospodarce dolarów. W kryzysie znalazł się też handel, bo władze zmuszone były wprowadzać lockdowny, szczególnie w dużych miastach. Zamknięto też część fabryk i kopalń, wysyłając pracowników do domu bez środków do życia. Duży wskaźnik zachorowań spowodował przeciążenie służby zdrowia a rząd zmuszony został do przeznaczenia dodatkowych środków na pomoc szpitalom.

Kryzys gospodarczy i ofensywa władz

W wielu krajach Zachodu reakcją na kryzys były rządowe programy mające ograniczyć skutki kryzysu. Były to zasiłki, zapomogi czy zwolnienia podatkowe. W Indonezji jest inaczej. Na początku października rząd wprowadził pakiet rozwiązań prawnych o nazwie „Prawo na rzecz Tworzenia Miejsc Pracy – UU Cipta Kerja)” nazywany w Indonezji „Omnibus Law” ze względu na wielość wątków i zagadnień, które obejmuje. Jest to zbiór poprawek do istniejących przepisów prawnych spisany na ponad 1000 stron i wprowadzony w życie bez konsultacji społecznych ani debat. W historii Indonezji znane były takie projekty prawne, celowo tworzone na setkach stron i poruszające różne zagadnienia, w celu ukrycia w nich kontrowersyjnych poprawek czy projektów ustaw. Tak też jest w tym przypadku.

Formalnie „Omnibus Law” z 2020 roku tworzone jest w celu ułatwienia tworzenia miejsc pracy, zwiększenia inwestycji zagranicznych i wewnętrznych poprzez ograniczanie przepisów regulacyjnych dla biznesu i ułatwień w procesie nabywania ziemi. Brzmi to niewinnie, ale to co się kryje w szczegółach jest bardzo kontrowersyjne. Ustawa uderza bowiem w prawa pracownicze, prawa ludności tubylczej do własnej ziemi, wpłynie na pogorszenie wylesienia indonezyjskich dżungli poprzez redukcję ustaw na rzecz ochrony środowiska i doprowadzi do zwiększania obszarów nędzy.

Nowe prawo znosi minimalną płacę ustaloną dla poszczególnych sektorów gospodarki i znosi kary dla pracodawców za spóźnienie z wypłatami dla pracowników. Prawo zezwala teraz na ustalanie struktury i skal płacowych w dużych firmach na podstawie „możliwości i wydajności” przedsiębiorstwa, co daje pole do wyzysku i nadużyć, gdyż decydować ma o tym pracodawca. Dodatkowo, wprowadza się zasady wynagrodzeń typowe dla kontraktów śmieciowych – zamiast płacy miesięcznej, wprowadza się wynagrodzenie godzinowe.

Ułatwiono proces zwalniania pracowników z pracy i zlikwidowano trybunał do którego pracownik mógł się bezpłatnie odwołać w takiej sytuacji. Zredukowana zostaje wysokość odpraw pieniężnych dla zwalnianych pracowników, zniesione są dodatki za wysługę lat, zniesione zostają korzystne regulacje dotyczące nadgodzin, znosi się dwudniowy weekend na rzecz jednego dnia wolnego w tygodniu. Zniesiony zostaje też płatny urlop macierzyński. Przypomnieć tu trzeba, że mowa o kraju, w którym płace są tak niskie, że już wcześniej trudno było za nie przeżyć. Obniżono wysokość opodatkowania dla korporacji ale klienci serwisów internetowych takich jak Netflix, Spotify czy Steam będą obciążeni nowym, dodatkowym podatkiem w wysokości 10%.

Duże kontrowersje budzi deregulacja przepisów dotyczących ochrony środowiska. Warto tu przypomnieć, że Indonezja straciła już większość swoich unikalnych lasów deszczowych wraz z fauną na skutek wypalania i wycinki pod tworzone na Sumatrze czy Borneo plantacje palm olejowych zaopatrujących światowe koncerny kosmetyczne i spożywcze albo na rzecz przedsiębiorstw wydobywczych, na przykład amerykańskich kopalń na Papui. Do tej pory istniały jednak pewne ograniczenia dotyczące skali dewastacji środowiska naturalnego. Nowe prawo znosi część z tych ograniczeń, więc międzynarodowym korporacjom łatwiej będzie uzyskać licencje na wycinkę a nawet legalne wypalanie lasów na obszarach dzikiej przyrody. Do tej pory przy przyznawaniu licencji na działalność gospodarczą o wysokim ryzyku, wymagana była opinia ekspertów specjalizujących się w dziedzinie ryzyka i zagrożeń przemysłowych. Od teraz taka opinia ekspertów nie jest wymagana i eksperci nie będą już zapraszani do procesu tworzenia analiz zagrożenia dla środowiska przy przyznawaniu licencji na budowę kopalń, fabryk czy plantacji. Oznacza to na przykład, że już nic nie stoi na przeszkodzie, żeby chińska firma zainteresowana produkcją cementu otrzymała licencję na działalność na jednej z wysepek na północ od Sulawesi, gdzie występuje jedna z najbogatszych i unikalnych raf koralowych świata. Do tej pory eksperci od zagrożeń środowiska wydawali negatywne opinie w takiej sprawie i trudno było o takie pozwolenia.

Presja ze strony państwa

Rząd przeznaczył znaczne środki na promocję ustawy. W sieci pojawiły się nie tylko rządowe spoty reklamujące nowe prawo ale nawet popularni influencerzy wypuścili w mediach społecznościowych swoje nagrania oznaczone hashtagiem (w tłumaczeniu) „Indonezja potrzebuje miejsc pracy”. Niektórzy z nich otwarcie przyznali potem, że byli opłaceni przez rząd za stworzenie tych nagrań.

Gdy opór społeczny przeciw Omnibus Law zaczął narastać, władze wystosowały specjalny komunikat do studentów, zniechęcający ich do udziału w protestach, pod groźbą sankcji na uczelniach. Policja przystąpiła do „patroli cybernetycznych” czyli przeszukiwania internetu w poszukiwaniu treści niekorzystnych dla narracji rządu. Organizatorzy protestów odwiedzani byli przez policjantów w celu przeprowadzania nieformalnych rozmów, podczas których oficerowie przekonywali o bezzasadności prowadzenia działalności politycznej. Studentów ostrzegano, że mogą się znaleźć na czarnych listach a pracownicy byli aresztowani za udział w nielegalnych strajkach. Do uznania strajków za nielegalne wykorzystywane są przepisy antycovidowe.

Politycy obozu rządzącego sugerują też, że za protestami stoją „ciemne siły” manipulujące uczestnikami tych protestów. Tego typu insynuacje były charakterystyczne dla czasów reżimu Suharto, gdy wszelką opozycję przedstawiano jako marionetki zewnętrznych aktorów. Niespotykana od lat jest też brutalność policji. Doniesienia mówią o policjantach bijących demonstrantów, rozpylających gaz, atakujących medyków czy dziennikarzy. Aresztowano ponad sześć tysięcy osób.

Opór

Nie zdało się to na wiele. Choć po stronie ustawy stanęły potężne organizacje pracodawców-miliarderów, w tym zagraniczne organizacje wielkiego biznesu, takie jak na przykład British Chamber of Commerce in Indonesia czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy, to po drugiej stronie barykady stanęła reszta społeczeństwa. Największe federacje związkowe zrzeszające 32 związki zawodowe wezwały do trzydniowego strajku generalnego. Do strajku przystąpiły setki tysięcy pracowników, głównie w zagłębiach przemysłowych. W wielu miejscach doszło do demonstracji i burzliwych starć z policją, która próbowała zakazać zgromadzeń pod pretekstem obostrzeń pandemicznych. Do demonstracji dołączyli studenci i uczniowie z transparentami typu „Omnibus Law rujnuje życie naszych wnuków” albo „kolonizacja się zakończyła ale kolonizacja pracowników się rozpoczęła”.

Konfederacja Indonezyjskich Związków Zawodowych (KSPI) złożyła w Sądzie Konstytucyjnym wniosek o zbadanie zgodności z konstytucją przegłosowanych przepisów. We wniosku napisano między innymi: „Żądamy, żeby Sąd Konstytucyjny przeprowadzający kontrolę sądową Prawa na rzecz Tworzenia Miejsc Pracy zwrócił uwagę na aspiracje wyrażane przez miliony indonezyjskich pracowników”.

Przepisy Omnibus Law krytykuje też Nahdlatul Ulama (NU), największa indonezyjska organizacja islamska, będąca jednocześnie największą organizacją pozarządową w Indonezji i też największą niezależną organizacją islamską na świecie. Przywódca tej organizacji, Said Aqil Siroj stwierdził wprost, że na nowym prawie skorzystają wyłącznie kapitaliści, inwestorzy i konglomeraty a zwykli ludzie zostaną „zdeptani”.

W sprawie sytuacji w Indonezji głos zabrała Międzynarodowa Konfederacja Związków Zawodowych (ITUC). Konfederacja ostrzega, że ustawa spowoduje cięcia płacowe, zniesie zasiłki chorobowe i inne gwarancje i podminuje bezpieczeństwo pracy. „To szokujące, że w czasie gdy Indonezja, jak inne kraje, stoi w obliczu dewastacji ze strony pandemii Covid-19, rząd próbuje w większym stopniu zdestabilizować życia ludzkie i zrujnować ich dochody, po to by zagraniczne firmy mogły wyciskać bogactwo z kraju” – napisała w oświadczeniu sekretarz generalna ITUC, Sharan Burrow.

Nawet wielkie firmy inwestycyjne mają swoje obiekcje wobec ustawy. Przedstawiciele 35 największych firm inwestycyjnych operujących na rynku indonezyjskim wystosowali do rządu list, w którym przestrzegają przed skutkami deregulacji w dziedzinie ochrony środowiska. Zdaniem tej branży, ustawa może mieć poważne reperkusje, które „odbiją się na atrakcyjności indonezyjskich rynków”. Zamiast likwidacji regulacji ekologicznych, firmy zachęcają rząd do zwiększenia ochrony nad lasami i bagnami i wprowadzenia planu „zielonej odbudowy”.

Indonezja idzie w prawo

Ustawa została przegłosowana szybko, w czasie gdy parlament, media i rząd skupieni byli na pogarszającej się sytuacji wokół pandemii. Sposób w jaki uchwalono Omnibus Law przywodzi na myśl antydemokratyczne praktyki z okresu dyktatury generała Suharto. Po tym jak w 1998 roku obalono tamten reżim i wprowadzono demokrację, zapanował pluralizm polityczny, przeprowadzono reformy, związki zawodowe podniosły głowę. W kontrze do nowego rozdania pozostały elity indonezyjskiej armii, które w demokratycznej Indonezji nie miały już do powiedzenia tyle co wcześniej. Stara generalicja związana ze starym reżimem, sympatyzuje z partiami prawicy i współpracuje z miejscowymi oligarchami, oczekując na swój moment.

Obecny prezydent Indonezji, Joko Widodo, powszechnie znany jako Jokowi, doszedł do władzy w 2014 roku na fali ludowego wsparcia, utożsamiany z demokratyczną i postępową zmianą, uwielbiany przez indonezyjską, lewicową młodzież. W oczach wielu ludzi jawił się jako „człowiek z ludu”, bez elitowo-establiszmentowych powiązań i co najważniejsze bez powiązań ze starym reżimem. Dzisiaj Jokowi zadaje swoim wyborcom i miłośnikom cios jako autor ustawy Omnibus. W opozycji do nowego prawa występują właśnie ci, którzy stanowili trzon jego wyborczej bazy. Ale Jokowi już wcześniej dla utrzymania stabilności swoich rządów zmuszony został do kompromisów i ustępstw względem potężnego lobby związanego z armią.

W ostatnich wyborach w 2019 roku konkurentem Widodo był prawicowy polityk związany z armią, prywatnie zięć dyktatora Suharto, Prabowo Subianto, przez zwolenników często nazywano po prostu Prabowo. Warto tu wspomnieć o tej osobie, bo w indonezyjskiej polityce odgrywa on rolę większą nawet, niż sam prezydent Joko Widodo.

Szkolony przez amerykańską armię, Prabowo Subianto był w czasach dyktatury dowódcą niesławnej grupy sił specjalnych o nazwie Kopassus. Żołnierze tych jednostek, oprócz pełnienia roli sił specjalnych, wykonywali wiele hańbiących operacji na żądanie reżimu. Pacyfikowali wsie podejrzewane o sprzyjanie lewicy lub ruchom autonomicznym, wymordowali blisko pół miliona działaczy społecznych podejrzewanych o przynależność do partii komunistycznej, odpowiedzialni byli za falę zbrodni i terroru w okupowanym Timorze Wschodnim, terroryzowali ludność na Zachodniej Papui, zabijali dziennikarzy, porywali, mordowali i gwałcili przeciwników reżimu, przeprowadzali czystki etniczne w zbuntowanych prowincjach Indonezji.

Pod koniec lat 90-tych, gdy w Indonezji zaczął dojrzewać kryzys polityczny, który ostatecznie zmiótł reżim Suharto, żołnierzami Kopassus dowodził właśnie Prabowo Subianto. Również w tym czasie jednostki te prowadziły brutalne działania przeciwko opozycji. W latach 1997-1998, niemal w przeddzień zakończenia dyktatury, funkcjonariusze Kopassus porwali kilkadziesiąt osób związanych z ruchem na rzecz demokracji. Porwani byli brutalnie przesłuchiwani, torturowani a część z nich zniknęła bez wieści i do tej pory nie wiadomo co się z nimi stało. Gdy w kwietniu 1998 roku w kilku dużych miastach Indonezji doszło do masowych protestów studenckich i walk z policją, reżim postanowił odwrócić uwagę protestujących i sprowokować walki etniczne. Uwagę zbuntowanej ulicy skierowano przeciwko chińskiej mniejszości, tradycyjnie najbogatszej, posiadającej hotele, supermarkety, restauracje, salony samochodowe i banki. Tłumy rabusiów zaatakowały należące do chińskich Indonezyjczyków lokale. Rabowano je, podpalano a właścicicieli zabijano. Napadano na kobiety i zbiorowo je gwałcono. Ofiarą tych orgii przemocy padło kilka tysięcy osób, zgwałconych zostało kilkaset kobiet. Organizacje praw człowieka są zdania, że za podsycaniem tych nastrojów stali funkcjonariusze Kopassus. Oni też inicjowali brutalne, zbiorowe gwałty na miejscowych Chinkach, fotografowali te zajścia i rozpowszehniali fotografie celem dalszego podsycania napięcia między Indonezyjczykami. Celem było odwrócenie uwagi od rządu i przerzucenie winy za kryzys na miejscową mniejszość chińską. Strategia ta znana jest oczywiście od dawna. W Europie, w historii przyjmowała na przykład formę pogromów antysemickich a w Azji Południowo – Wschodniej, gdy rządy chciały odwrócić uwagę od swojej nieudolności w rządzeniu, lub od kryzysu ekonomicznego, inicjowano pogromy antychińskie. W tym właśnie czasie na czele Kopassus stał Prabowo Subianto, dzisiaj popularny polityk prawicy i czołowy oponent Joko Widodo w ostatnich wyborach.

W czasie kampanii wyborczej 2019, zainspirowany politycznym awanturnictwem Donalda Trumpa, Subianto obiecywał, że chce “ponownie uczynić Indonezję wielką” (hasło wyborcze było w języku angielskim i brzmiało dosłownie: “Make Indonesia Great Again”) . Należy się obawiać, że miał na myśli powrót do sytuacji sprzed 1998 roku. Gdy w ostatnich wyborach ponownie przegrał z Jokowi, ogłosił, że wybory zostały sfałszowane. Jego agresywni zwolennicy wyszli na ulice i zorganizowali szereg burzliwych protestów, które doprowadziły do zamieszek, eskalacji aktów przemocy i śmierci kilku osób. Zagoniony do kąta Jokowi, zamiast przeciwstawić się awanturnictwu prawicowego rywala, zgodził się dokooptować go do swojego rządu, w charakterze.. Ministra Obrony.

Jednak nawet będąc członkiem gabinetu Jokowiego, Prabowo Subianto prowadzi swoją własną grę polityczną, rozbudowując wpływy. W ostatnim czasie otrzymał na przykład zaproszenie do Waszyngtonu od Donalda Trumpa. Takiego zaproszenia nie dostał prezydent Joko Widodo. Samo zaproszenie Prabowo do Waszyngtonu jest kontrowersyjne. Do tej pory Prabowo był na liście osób z zakazem wjazdu do USA w związku ze swoim udziałem w łamaniu praw człowieka i zarzutami o udział w działalności przestępczej. Administracja Trumpa pogwałciła tu własne, amerykańskie zasady. Jest ku temu jednak ważny powód. Otóż Indonezja planuje właśnie zakup nowych samolotów bojowych i Stany Zjednoczone są żywo zainteresowane dostarczeniem ich. Do przetargu chce przystąpić Rosja, więc wybiórcze, amerykańskie standardy dotyczące praw człowieka musiały odejść tu na dalszy plan.

Ustawa Omnibus jest korzystna dla zaplecza indonezyjskiej prawicy. Wśród tego zaplecza są miejscowe i zagraniczne, w tym amerykańskie korporacje wydobywcze i sieci plantacji. Są też gigantyczni inwestorzy z Chin, którzy już teraz na masową skalę unowocześniają infrastrukturę kraju, ale czynią to przecież dla zysku. Rząd odczuwa presję z każdej strony i nie może się cofnąć na krok, tym bardziej, że do kolejnych wyborów jest jeszcze kilka lat, więc presja kalendarza wyborczego na razie nie jest silna.

Globalny problem

Choć Indonezja wydaje się być krajem odległym od Europy, to odgrywa ona ogromne znaczenie nie tylko w tym sensie, że jest największą gospodarką Azji Południowo – Wschodniej i trzecią największą demokracją świata, której rola polityczna i ekonomiczna rośnie. Ważna jest też dlatego, że dewastacja przyrody, w tym niszczenie lasów deszczowych ma bezpośredni wpływ na globalny klimat, w tym pośrednio na temperatury i powietrze, którymi się cieszymy w Europie. Być może zmiana na stanowisku prezydenta w USA zaowocuje większą troską o skuteczne działanie międzynarodowych porozumień i tym sposobem wpłynie na kierunek zmian klimatycznych w Indonezji. Jeśli nie, to cały ciężar walki z dewastacją indonezyjskiej przyrody i po części światowego klimatu, leży w rękach miejscowych aktywistów.

Ponadto prawicowy zwrot w polityce tak ważnego kraju jest zagrożeniem dla światowej demokracji i bezpieczeństwa. Już dzisiaj na świecie mamy szereg autorytarnych i populistycznych rządów w dużych, ważnych krajach – od Brazylii, poprzez Filipiny, coraz bardziej autorytarne Indie i wreszcie Stany Zjednoczone, gdzie wprawdzie udało się pokonać w wyborach Donalda Trumpa, ale połowa Amerykanów jest gorąco oddana jego agresywnemu i populistycznemu nacjonalizmowi i nie należy się spodziewać, że te nastroje się zmienią. Prawicowy zwrot w polityce tak ważnego kraju jak Indonezja doda wiatru w żagle różnym mniejszym ruchom populistycznym na świecie, także tym w Europie Środkowej. Dlatego demokratyczną walkę indonezyjskiej ulicy należy postrzegać jako część światowej walki o demokrację, pokój i postęp.

Księga Wyjścia (66)

Ballada o polityce.

Jesień nie odpuszcza, uwięziony w domu staram się uciec w świat wyobraźni, nie jest łatwo, nawet cholernie trudno. Ale gdy już się uda, to nie chce się stamtąd wracać. Kto i dlaczego popsuł świat. Za wysoki level. Zejdźmy więc niżej.
Kto i dlaczego popsuł kraj? Nie będę referował historii afer trzeciej RP, nie będę już wracał do tego co było. Zostawmy to, ewentualnie odłóżmy na półkę. Przynajmniej na chwilę.
Większość z nas oberwała po łbie od kapitalizmu, nie wiem czemu mylnego z demokracją. Kapitalizmu, który jest najbardziej zbrodniczym system na świecie. Najwięcej zbrodni, mordów, wojen, intryg, zdrad czy sprzeniewierzeń powodowała chęć zysku. Wszystko dla, i za pieniądze.
Katoliku, jeśli wierzysz że ktoś taki jak Jezus istniał naprawdę, musisz uznać go za socjalistę. Natomiast według jednej z ewangelii zwolennikiem kapitalizmu był Judasz, który za trzydzieści srebrników sprzedał go władzom. To fragment chrześcijańskich wierzeń zawartych w Nowym Testamencie, ponieważ niektórzy wciąż je wyznają, a ostatnią rzeczą jaka zamierzam jest obraza ich uczuć, będę pisał dużymi literami wszelkie istotne dla tej wiary określenia i tytuły.
Może wiec tą drogą przekonam Was gdzie jest granica. Nie będę cytował Marksa, Lenina, Trockiego czy współczesnych twórców myśli socjalistycznej. Żyjemy w świecie postindustrialnym i większość przekazu trzeba uaktualnić. Podobnie jak robi to kościół z „Pismem Świętym”. Interpretuje i wybiera. Nie będę też zagłębiał się w dobór ewangelii w Nowym Testamencie, to też już nie jest istotne.
Ale bardzo istotnym jest to, że byt pod nazwą „Trójca Święta” wymyślił rzymski cesarz Konstantyn. Zrobił to, by ludzie mogli pojąć w jaki sposób Bóg jest jeden, ale ma syna, który też jest Bogiem i w zanadrzu jeszcze Ducha Świętego o równie boskim statusie. W całej treści wszystkich ksiąg, nie znajdziecie wzmianki o Trójcy Świętej. Tak właśnie cesarz Konstantyn zaktualizował system operacyjny o nazwie „chrześcijaństwo trzy, nowej ery”, a że przyjęło się świetnie i zostało zrozumiane, funkcjonuje więc doskonale do dzisiaj. Dlaczego o tym piszę w felietonie o kapitalizmie jako systemie nie gospodarczym, a społecznym.
Z prostej przyczyny, też należy go zaktualizować, tak by na bieżąco docierać do ludzi, którzy są naturalnym elektoratem lewicy, czyli nieświadomych socjalistów, głosujących na wciskających im kit – kapitalistów. Szef na wczasach gdzieś na Kajmanach, tobie dał dwie stówy premii, a wiesz ile zapłacił za kolację? Napiwek był wyższy, niż twoja premia biedny pracowniku.
System ten, zamiast zostać w granicach świata dziewiętnastowiecznej gospodarki, pod maską demokracji i dobrobytu wkradł się w codzienność dwudziestego pierwszego wieku, do tego stopnia, że najbiedniejsi dostają drgawek gdy słyszą słowo socjalizm. Czym wiec jest ten kapitalizm w sferze społecznej.
Czytałem kiedyś wspomnienia córki Trumpa, Tiffani czy Ivanki – nieważne. Opisywała swój wieczór z ojcem.
Ponieważ były prezydent USA, a w opisywanym przez nią czasie jeszcze niedoszły – nigdy nie zarobił jakiś większych pieniędzy. Wszystkie inwestycje przynosiły straty, a majątek to zwykły piar podlewany przez nieustanne kredyty. Cóż, facet jest sprytny, miał rodziców, dał radę.
Wspomniana córka wspominała, jak idąc pewnego dnia z ojcem zobaczyła żebraka, Trump również go dostrzegł. Wskazał palcem na człowieka i zwrócił się do niej: „widzisz tego żebraka? Jest o osiem miliardów dolarów bogatszy ode mnie”. Powiedziała wzruszona i podzieliła się tym jaki poczuła wtedy smutek i jak wtedy zrobiło się jej żal ojca.
O bezdomnym nic – powietrze. Wtedy zaświeciła mi się lampka, jeśli tak, to czemu nie ten żebrak, ale biedniejszy od niego Trump z córką wydają kilka tysięcy baksów na żarcie, które zafundował im ten „bogaty żebrak”, trochę jak z Rydzykiem i samochodami.
Tylko żebrak Rydzyka był świadomy darowizny, natomiast żebrak Trumpa nie miał o tym pojęcia. Nie wiedział, że zwyczajnie systemowo został okradziony, że nic nie wiedząc zapłacił za jadło i napitek „troskliwego ojca” i jego córki.
Podobnie jak wielu jego towarzyszy niedoli nie miał pojęcia, ze facet w limuzynie i najdroższych ciuchach, jest na jego utrzymaniu – to było zanim został prezydentem. Osiem miliardów dolarów, to kwota, której równowartość przekracza budżet wielu państw.
I to jest chyba współczesna kwintesencja kapitalizmu no i furtka, którą ten ściek przemknął ze świata finansów, do życia społecznego.
Czy można ją teraz zamknąć? Czy da się rozdzielić władzę, publiczne pieniądze od prywatnego kapitału? Teoretycznie tak, ale w praktyce będzie to trudniejsze niż rozdział kościoła od państwa.
Co teraz mamy: zrujnowany kraj, skłóconych ludzi, a jedyną zadowolona grupą społeczną są politycy, którzy skrzętnie pilnują, by ludzie pozostali w ciągłym chaosie.
Dlaczego? Przecież opozycja parlamentarna zawsze popiera wszelkie społeczne protesty, wyłuskuje jednostki, które mami a potem przechwytuje. Obecny podział społeczny powinien przebiegać wzdłuż linii politycy i obywatele.
Kłótnie i swary to igrzyska, podczas protestów uwagę skupiamy na stojących w kordonie policjantach, podczas gdy politycy piją wspólnie kawę i zerkają przez okna luksusowych apartamentów jak ktoś kogoś tłucze, jak to policja szarpie uczestników itp. Uśmiechając się ukradkiem.
Zamiast kierować wściekłość na mundurowych, którzy stoją bo taki dostali rozkaz, trzeba wyłapać z tłumu gości z ABW.
Pamietam jak wiele lat temu, po jakiejś zadymie wbiegłem do pierwszej lepszej bramy, natknąłem się tam na jakiegoś szczyla z naszą, czerwoną flagą pod pachą, przez radio przekazywał relację przełożonym. To było jeszcze w czasach gdy zamiast ABW był UOP.
Zapewniam Was drodzy czytelnicy, że za cholerę nie domyślacie się kto jest ich wtyką w Waszych szeregach.
A w meistrimie gra pozorów i gejzer wzajemnej nienawiści, by po zgaszeniu świateł i wyłączeniu kamer wspólnie wypić kawę w studyjnym barku, lub w dobrej komitywie pojechać razem na wódkę. To nie jest wojna miedzy PiS a PO, to jest wojna miedzy społeczeństwem a politykami. Ich jest kilkuset, nas kilka milionów, zróbmy reset poglądów, zapomnijmy o nich bo inaczej nigdy nic się nie zmieni.
Wyobraźcie sobie, że jesteśmy my – ludzie i oni – politycy. Jesteśmy jak dwa psy zamknięte w tej samej klatce z jedną miską. Politycy wyłapują liderów i tym samym przechwytują społeczne protesty.
Z pierwotnego Strajku Kobiet co zostało? Marta Lempart? Jeśli potraficie odrzucić ich umizgi, niektórych – w ten czy inny sposób – przekupują, jeśli potraficie zapomnieć na chwilę o swoich sympatiach i antypatiach.
Potraktować poglądy jak powietrze, to może byłaby szansa. Wtedy nowa ordynacja i nowe wybory, by to naprawić musimy wrócić do punktu w którym wszystko zostało zepsute.
Wyobraźmy sobie Sejm bez d’Honta i progu. Po prostu okręgi wyborcze, a w każdym określona liczba mandatów. Zakaz prowadzenia kampanii, poza tą finansowaną z pieniędzy publicznych, lista wyborcza jedna i alfabetyczna.
Gdy kiedyś wrzuciłem ten pomysł na FB natychmiast zrobił się szum, że już tak było, że Sejm był rozdrobniony i rząd ledwo sobie radził. No i dobrze. Od tego jest rząd, dlaczego mam się tym martwić, że muszą dogadać się z reprezentantem każdego polskiego środowiska – bo im bardziej rozdrobniony Sejm – tym więcej do powiedzenia ma zwykły obywatel.
Umniejszymy tym oczywiście miłość własną posłów, ale zyskamy zainteresowanie naszymi sprawami. Daliśmy się napuścić, że trzeba wprowadzić próg i system d’Honta, bo rozdrobniony Sejm jest nieprzewidywalny i niesterowalny. Rząd ma kłopoty, nie może dojść do porozumienia, bo jest w centrum interesów wszystkich grup społecznych, nie tylko tych, które za pomocą pieniędzy osiągnęły dobry wynik, ale tez musi dogadać się z lokalnymi politykami dbającymi o swoje okręgi.
Nie chcę już posłów, którymi steruje jakiś klub lub partia. Chcę parlamentarzystów, którymi sterują sami wyborcy. Nie chcę rządu, który stworzył iluzoryczne państwo, znudzony podejmowaniem i przyklepywaniem tych samych decyzji, które wcześniej premier ustalił ze swoją partią, lub dostał wytyczne od jej prezesa. Chcę premiera i rządu, którzy zdołali przekonać 460 posłów, reprezentujących interesy 460 społecznych i regionalnych grup, by powierzyć im ten urząd.
Nie chcę zakulisowych gierek, chcę przejrzystości, jasności, bez możliwości interpretacji w wygodną dla urzędnika stronę.
Oczywiście, nie można wykluczyć, że ten i ów nie zechce połakomić się na łapówkę, może da się skorumpować. Czasem nie potrzeba do tego pieniędzy. Każdy z nas jest w jakimś stopniu próżnym, wystarczy więc odpowiednio podejść, tak by dolać benzyny do ognia narcyzmu.
Będzie to jednak znacznie trudniejsze. Lobbyści zamiast z jednym, będą musieli przekonać – przekupić – większość. Jeśli mądrze wybierzemy, to im się to nie uda. A jeżeli nawet kupią sobie pięciu, trudno, ale tych pięciu już będzie widać, drugi raz nie zasiądą w poselskich ławach. Ich wyborcy to dostrzegą w największym nawet chaosie.
Czy tak wyobrażam sobie świat idealny? Nie, ale od czegoś powinniśmy zacząć. Potem możemy wznowić wojnę na dole, tylko chyba już nie będzie takiej potrzeby.