Władza i kasa

Dzięki partii aktualnie i od lat rządzącej przywykamy powoli do przekonania, że politycy z górnej półki, ci z PiS-u, i nie tylko oni, nie są nędzarzami. Upubliczniono niedawno Polakom stan posiadania (dochody) wybrańców narodu. Robią wrażenie.

Coraz bardziej umacniają w przeświadczeniu, przynajmniej tych nieco myślących, że do polityki idzie się zasadniczo (ew. również) dla wpływów i pieniędzy. Że, dla czynienia dobra publicznego to taka ściema przy okazji, aby naród głosował i wybrał. Nawet ci najbardziej ideowi przestają z czasem stronić od konfitur. Jasne, że nie wszyscy politycy grzeszą pazernością, jednako polityka, zwłaszcza ta długotrwała i niepodzielna zasadniczo jak aktualnie w Polsce, korumpuje, niestety. Zapewne to nie polski wynalazek, jednako w europejskiej demokracji, do której rzekomo należymy, aspekt ten winien podlegać skutecznej kontroli, hamującej finansowe apetyty i zapędy parlamentarnych wybrańców i rządowych nominantów. Ale kto będzie kontrolował Kaczyńskiego i jego polityczną sitwę ?!
Mając przewagę w sejmie, poukładali wszystko w taki sposób, aby zapewnić sobie nietykalność prawną i polityczną. Np. zapisali w prawie, że w czasie pandemii koronawirusa urzędnicy państwa zwolnieni są: .. od odpowiedzialność za podjęte decyzje. To jakieś kuriozum, za którym można skryć każdy przekręt władzy. Przykłady cudownie znikającej grubej kasy już się pojawiają, i nikt za to nie odpowiada – maseczki i respiratory. Rodzą zasadne podejrzenia pod adresem władzy. Do beznadziejnie smutnych wniosków dochodzę obserwując rozpanoszoną prywatę i bezwstydny ciąg na kasę polityków Prawa i Sprawiedliwości, przyssanych od pięciu lat do cycka z publicznym groszem. Nie zamierzają puścić. Póki co, nie ma siły, aby ktoś im tego skutecznie zabronił. Łamią prawo ?? Skądże !! Wszystko jest legal artis. Ci, co pomstują na kasową niesprawiedliwość, grymaszą i zrzędzą, mogą im naskoczyć. Co najwyżej są w stanie się wkurzać buszując po Internecie na stronach z ujawnionymi dochodami polityków. Są tam prawdziwi rekordziści.
Jakkolwiek nie wyłącznie od Kaczyńskiego, ci od prezesa robią wrażenie szczególne, bo aktualnie i od paru lat przy korycie, jak zwykł to nazywać naród. Warto poczytać. Taki np. Zbigniew Ziobro, minister i prokurator w jednym – nie tylko on – tłucze kasę i nadyma majętność własną z godnym podziwu i pozazdroszczenia rozmachem. I niech kto spróbuje powiedzieć, że mu się nie należy. Ziobro jest żywą personifikacją zła nagrodzonego, nie tylko kasą, również rozległością przypisanych jego urzędowi uprawnień, które zaprzągł skutecznie dla prywaty m. innymi. . Zresztą, są lepsi od niego w mnożeniu kasy własnej. Przy politykach obławiają się kumple i familianci na licznych posadach zależnych od Państwa i samorządów. Pierwszy z brzegu przykład: media ostatnio donoszą, że lokalny działacz partii Kaczyńskiego, chyba z Ostrołęki lub okolic, rozwalił skutecznie w kolizji drogowej służbowy samochód należący do żony. Miał zakaz prowadzenia pojazdów. Właścicielka służbowego auta, żona sprawcy, pani Katarzyna, jest – trzeba trafu, gdyż to zapewne zdolna kobieta – wiceprezesem zarządu Energa Elektrownie Ostrołęka SA. Nie czepiam się: każdy może być wpływowym działaczem partii rządzącej, rozwalić prowadzony bez uprawnień samochód, przy tym mieć małżonkę na wypasionym stanowisku w spółce skarbu państwa. Dotąd takie wypasy przynależały wyłącznie, jak nieustannie obwieszcza propagandowa młócka, do (tfu!) komunistów. Ten przykład, jeden z mnogich w sieci wzajemnych powiązań i partyjnych zależności w Prawie i Sprawiedliwości, ukazuje patologię władzy, w której z elegancją hipopotama tapla się PiS. Tak oto rodzi się, rozrasta i krzepnie rządowy, kumpelski i familijny układ żywotnie i dożywotnio zainteresowanych rządami nominatów Prawa i Sprawiedliwości. Wszak, należy im się !! Dopisuje się do tego krąg kolejny, równie krzepki i rozległy, zadawalający się tym, co łaskawie spadnie z pańskiego stołu, pod postacią 500 plus i innych socjałów. To ostanie da się po ludzku zrozumieć, gdyż dla wielu beneficjentów są to kwoty spore, nie bez znaczenia dla domowych budżetów. Nie zmienia to faktu, że głosujący na partię Kaczyńskiego pogrążają się w myślowym letargu. Kochają Dudę i Morawieckiego, nie mówiąc o prezesie. Wcale zapewne niemała grupa miłośników Prawa i Sprawiedliwości nie ma zamiaru splamić się pracą, Po co, skoro Państwo daje. Tak trzymać. Jesteśmy na finansowej prostej typu „greckiego”. Jeśli do tego dodać wiszącą nad Polską prezydencką recydywę z Dudy, to już jakieś szaleństwo. Pozostaje tylko sprawą czasu, kiedy pogrążymy się w gospodarczej zapaści i UE będzie musiała wyciągać nas z tego bagna. Media zwane publicznymi, z TVP i jej odnogami na czele, mącą we łbach skutecznie. Doprawdy, coraz trudniej zrozumieć, jak coś takiego jest możliwe w demokratycznym, i chcącym uchodzić za wzorzec kultury rozmaitej i nieskończonej, państwie. Poczucie osobistej bezsilności wobec tego co dzieje się w polskiej polityce – wobec Dudowego zagrożenia zwłaszcza – próbuje rekompensować sobie, między innymi, zapisem jak wyżej. Uspokoić się jednak jakoś nie mogę. Niech to szlag trafi.

Duża liczba ofiar to cena walki z kryzysem?

Wyniki gospodarki brytyjskiej okazały się lepsze od oczekiwań, a spadek aktywności gospodarczej jest tam mniejszy niż w innych krajach.

Pomimo że to kraje południowej Europy – przede wszystkim Włochy i Hiszpania – skupiły na sobie większość uwagi w kontekście pandemii, to właśnie Wielka Brytania jest „antybohaterem” ostatnich tygodni, z największą liczbą śmierci spowodowanych przez koronawirusa na Starym Kontynencie.
Najnowsze dane wskazują na mniejszy niż w innych krajach spadek aktywności gospodarczej w pierwszym kwartale 2020 r., jak również na to, że gospodarka na Wyspach najprawdopodobniej ma już swój „dołek” za sobą. Ale tak drugi kwartał, jak i cały rok Wielka Brytania zakończy na minusie. Nie dziwią więc zdecydowane działania władz, jak również zapowiedzi kolejnych, tak w sferze fiskalnej, jak i monetarnej.
Opublikowane dane dotyczące brytyjskiej gospodarki w pierwszym kwartale 2020 roku okazały się lepsze od oczekiwań: spadek produktu krajowego brutto o około 2 proc. w stosunku do poprzedniego kwartału blednie w porównaniu z 5-6 proc. recesji we Francji czy Hiszpanii. Niewielka skala spadku była w dużej mierze konsekwencją relatywnie długiego zwlekania przez rząd Borisa Johnsona z wprowadzeniem lockdownu (zamknięcia gospodarki), który został ogłoszony dopiero 20 marca, czyli niemal dwa miesiące po zdiagnozowaniu pierwszego pacjenta na Wyspach zarażonego koronawirusem. Tym samym lockdown obowiązywał jedynie przez niecałe dwa ostatnie tygodnie pierwszego kwartału. Zdołał spowodować w marcu spadek PKB o 5,8 proc. w stosunku do lutego).
Drugi kwartał tego roku będzie dla gospodarki Wielkiej Brytanii znacznie gorszy. Jak zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich, ostatnie prognozy wskazują na możliwy spadek rzędu 15-25 proc. kwartał do kwartału i 10-procentową recesję w całym 2020 roku.
Choć najnowsze odczyty wskaźnika koniunktury PMI dla przemysłu i usług wzrosły odpowiednio do 27,8 i 40,6 (z 13,4 i 32,6 w kwietniu), co wskazuje na poprawę sytuacji związaną głównie z niewielkim poluzowaniem restrykcji, to główny indeks PMI wciąż pozostaje ponad 20 punktów poniżej granicznej wartości 50 – wskazuje TEP.
Utrzymująca się wysoka liczba zarażonych i zmarłych z powodu koronawirusa sprawia, że rząd nie spieszy się z „odmrażaniem” gospodarki: zapowiedział, że rozpocznie otwieranie sklepów z początkiem czerwca (wtedy też część dzieci ma wrócić do szkół), choć puby i restauracje pozostaną zamknięte co najmniej do lipca.
Kryzys gospodarczy spowodowany pandemią spotkał się ze zdecydowaną odpowiedzią rządu już w marcu, kiedy to kanclerz skarbu Rishi Sunak zapowiedział pakiet fiskalny o wartości 175 miliardów funtów na lata 2020-25 (ok. 8 proc. PKB, co czyni z programu największe luzowanie fiskalne na Wyspach od 1992 roku), z czego 32 mld funtów (1,5 proc. PKB) ma zostać wydane w bieżącym roku. Oprócz dodatkowych wydatków fiskalnych, pakiet zawierał gwarancje pożyczkowe dla przedsiębiorstw opiewające na 300 miliardów funtów (15 proc. PKB) i został później uzupełniony o odroczenia płatności VAT i program nieoprocentowanych rządowych pożyczek dla firm.
Co więcej, ogłoszono powstanie programu grantów ukierunkowanych na utrzymanie miejsc pracy, w którym rząd zobowiązał się do pokrywania 80 proc. wynagrodzenia „zawieszonych” (furloughed) pracowników i 80 proc. dochodów samozatrudnionych do wysokości 2.500 funtów miesięcznie. Bank Anglii również zareagował zdecydowanie, ścinając główną stopę procentową do 0,1 proc. i restartując program luzowania ilościowego, zamierzając skupić aktywa o wartości 200 mld funtów. Stworzył również nowy program (Term Funding Scheme), który miał na celu obniżenie kosztów uzyskiwania finansowania przez małe i średnie firmy.
W związku z przedłużającym się okresem lockdownu podejmowane są kolejne działania mające na celu ograniczenie negatywnych skutków kryzysu. Ze strony fiskalnej, rządowy program utrzymywania miejsc pracy został przedłużony do lipca, a najnowsze szacunki dotyczące potrzeb pożyczkowych netto rządu mówią o 290 miliardach funtów (14 proc. PKB) w 2020 roku – z czego za 170 miliardów odpowiadać będą programy rządowe (za resztę tzw. automatyczne stabilizatory).
Inflacja natomiast znaczne wyhamowała (do 0,9 proc. rok do roku w kwietniu), co skłoniło Bank Anglii do pierwszej w historii dyskusji o możliwości obniżenia stóp procentowych poniżej zera. Spodziewane jest też rozszerzenie skupu aktywów o kolejne 100 mld. funtów, co będzie utrzymywać długookresowe stopy procentowe na niskich poziomach (obecnie oprocentowanie dziesięcioletnich obligacji nie przekracza 0,175 proc.).
Radykalne działania fiskalne rządu (przede wszystkim nakierowane na utrzymanie miejsc pracy i zapewnienie płynności firmom) są uzasadnione – ocenia się, że ograniczą one spadek bezrobocia o co najmniej 2-3 punkty procentowe w najbliższych kwartałach. Więcej wątpliwości budzą zapowiedzi Banku Anglii dotyczące wprowadzenia ujemnych stóp procentowych. Obecna na Wyspach „dezinflacja”: to w dużej mierze pokłosie spadku cen ropy naftowej i nie jest jasne, jak dalsza obniżka stóp miałaby w tej sytuacji w znaczący sposób pobudzić wzrost cen. Ujemne stopy procentowe mogłyby okazać się per saldo kosztownym posunięciem, ponieważ oznaczałyby negatywne konsekwencje dla sektora bankowego.

Ich zysk jest większy niż twój

O tym, że zaraza koronowirusa przeorała nasze życie, każdy już wspomina. Co rusz słyszę o związanych z nią traumach. Nawet o nastaniu nowej ery w dziejach ludzkości. Czasów przed i po narodzeniu się koronawirusa.
Warto jednak przypomnieć bom mott człowieka minionej epoki. O tym, że są „plusy dodatnie i plusy ujemne”. I dziś, ku pokrzepieniu skołatanych serc, poszukać też tych dodatnich.
Zauważcie, że w czasie zarazy zniknęła propagowana przez elity PiS „polityka historyczna”. Ten rodzaj polskiej pedofilii politycznej polegającej na tym, że elity PiS traktują obywateli naszego kraju, potencjalnych wyborców, jak umysłowe dzieci. I podstępnie wykorzystują je wciskając im propagandowy kit. Dzięki wysiłkom bardzo dobrze opłacanych propagandzistów podszywającym się w narodowo- katolickich mediach pod maski ekspertów, publicystów, dziennikarzy nawet.
Jeszcze niedawno, w czasach przed zarazą bezustannie słyszałem o grożących mi śmiertelnych niebezpieczeństwach. Czyhać miał na mnie podstępny gender, w gminach czaiła się zabójcza „ideologia LGBT”, a za granicą hulała inwazja globalnego „antypolonizmu”.
Ten ostatni wysuwał się na pierwszą flankę antypolskiej agresji. Bo, jak głosili bracia Karnowscy, redaktor „Sakwa” i podobni im, cała zagranica, z wyjątkiem orbanowskich Węgier, wielce zawistnie zazdrościła Polsce jej aktualnych, epokowych sukcesów. Osiąganych rzecz jasna dzięki rządom jaśnie pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. I wiernych mu Jego współpracowników.
Dlatego bracia Karnowscy, redaktor „Sakwa” i podobni im codziennie ogłaszali, że „bronią Polski” . Za co codziennie wystawiali stosowne faktury spółkom skarbu państwa oraz innym instytucjom żyjącym z naszych podatków.
W dawnej Europie dla odpędzenia zagrażających ludzkości bezbożnych wampirów ówcześni Karnowscy polecali katolickie krzyże i przedmioty im podobne, srebrne kule oraz kołki osinowe. W narodowo- katolickiej IV Rzeczpospolitej na wysysający polską krew „antypolonizm” bracia Karnowscy, redaktor Sakwa i podobni im zalecali przedmioty pomalowane w biało- czerwone barwy. Mogły to być samoloty PLL LOT, naklejki na świninę tuszujące zarażenie afrykańskim pomorem, pseudo patriotyczne fundacje i reduty „broniące dobrego imienia” i jachty pełnomorskie. Te ostatnie, pomalowane w narodowe barwy, miały pływać po morzach i oceanach sławiąc imię IV RP. Dowodzić, że kaczyńska Polska z kolan wstała, pedagogikę wstydu porzuciła i „lewackiej” Unii Europejskiej dumny gest Lichockiej pokazała.
Przyszła jednak zaraza i obnażyła nędzę IV Rzeczpospolitej. Słabiutkie struktury naszego państwa. Okazało się, że rządzące nim elit PiS nie potrafiły zgromadzić niezbędnych zapasów medykamentów potrzebnych w czasach zarazy. Chociaż informacje o jej nadejściu otrzymały z wystarczającym wyprzedzeniem. Za to świetnie poradziła sobie rodzina pana ministra Szumowskiego i podobne im, znakomicie zarabiające na strachu Polaków przed zarazą.
Ich zysk jest większy,
niż nasz, mogą ponucić sobie teraz obywatele naszego kraju.
Okazało się, że pomimo szumnych zapowiedzi pięcioletnie rządy PiS niczego w Polsce nie zreformowały. Nie ulepszyły nawet.
Przeciwnie jeszcze bardziej zdezorganizowały i zubożyły wymagający reform system oświaty, który okazał się w czasie zarazy niezdolny do nowoczesnego, elektronicznego nauczania.
Zubożyły zasoby finansowe samorządów, a teraz obarczyły je kosztami odmrożenia życia społecznego. Zdewastowały służbę zdrowia, co wystarczająco obnażyła zaraza.
Okazało się, że jedynym ratunkiem dla zahamowania zarazy było samo uwięzienie się polskiego społeczeństwa, zamrożenie polskiej gospodarki i życia społecznego. Przeczekanie zarazy w domowych schronach.
Okazało się też, że wielu naszych sąsiadów, tak wcześniej pogardliwie traktowanych przez dumną propagandę PiS, radzi sobie lepiej niż mocarstwowa, kaczyńska Polska. Lekceważone Czechy i Słowacja skuteczniej wychodzą z zarazy niż mieniąca się liderem „Trójmorza” IV Rzeczpospolita.
Rząd firmowany przez pana premiera Morawieckiego ogłosił już czwartą „tarczę antykryzysową” dla osłony polskiej gospodarki. Produkcja takich „tarcz” staje się specjalnością tego rządu. Za miesiąc nasza gospodarka będzie miała pewnie już tuzin kolejnych, triumfalnie ogłaszanych, tarczy. Gdyby pan premier Morawiecki przypiął je wszystkie do swych dumnie wypinanych podczas konferencji prasowych piersi, to wyglądałby dostojniej niż niejeden radziecki generał.
Za to nasz, też pogardzany przez narodowo- katolicką propagandę PiS, niemiecki sąsiad wyprodukował tylko jedną antykryzysową tarczę. Pomimo takiego ich ubóstwa niemiecka gospodarka odmraża się skuteczniej.
Kasa z Unii nie śmierdzi
Jeszcze niedawno słyszałem z ust pana prezydenta Dudy, że Unia Europejska to jakaś „wyimaginowana wspólnota, z której dla nas niewiele wynika./…/ Wspólnota jest potrzebna tutaj, w Polsce, dla nas – własna, skupiająca się na naszych sprawach, bo one są dla nas sprawami najważniejszymi; kiedy nasze sprawy zostaną rozwiązane, będziemy się zajmować sprawami europejskimi. A na razie, niech nas zostawią w spokoju i pozwolą nam naprawić Polskę, bo to jest najważniejsze”, tak przekonywał.
Jeszcze niedawno pan premier Morawiecki ogłaszał, że Z Unii Europejskiej nie dostaniemy „ani centa na walkę z wirusem”. Bo to zła Bruksela jest.
Ale szybko okazało się, że ta wraża Unia nie chciała „zostawić nas w spokoju”, choć postulował to pan prezydent Duda.
Dlatego słyszę teraz w narodowo- katolickich mediach, że tylko dzięki wysłanemu listowi pana prezydenta Dudy i aktywności tam pana premiera Morawieckiego teraz Polska będzie największym beneficjentem pomocy finansowej Unii Europejskiej dla państw członkowskich poszkodowanych przez zarazę.
To oznaczą też, że jeśli władza się nie zmieni, to będzie jeszcze więcej pieniędzy dla rodzin szumowsko podobnych. Dla braci Karnowskich, redaktora „Sakwy” i podobnych im. Na odmrożoną przez PiS pedofilię polityczną. Na propagandę anty unijną w telewizji pana Kurskiego. Fundację świrsko podonych. Znajdzie się pewnie też jakiś „euro cent”| na nowy lakier dla paznokcia pani posłanki Lichockiej.
Ech, żyć nie umierać, panie prezesie.

Afryka może liczyć tylko na siebie

W Afryce myśl, że oprócz „oficjalnej” – wziętej od cywilizacji Zachodu – wiedzy, jest także wiedza alternatywna, tradycyjna, jest powszechna. W świecie, w którym ubezpieczenia społeczne prawie nie istnieją, publiczna służba zdrowia jest fatalna i niedofinansowana, prywatna – podobna do tej, jaką znamy z Europy, a zatem oferująca usługi w zakresie leczenia wrośniętego paznokcia i niewiele ponadto, a na dodatek dostępna dla nielicznych, takie alternatywy jak znachor czy cudotwórca uzdrawiający za pomocą modlitwy są bardzo kuszące. Epidemia COVID-19 wyzwoliła takie praktyki na dobre.

Jak dotąd jednak oficjalne uznanie alternatywnych praktyk medycznych miała charakter epizodyczny. Odsunięty po 22 latach rządów prezydent Gambii Yahya Jammmeh, który – na wzór dawnych władców – chełpił się uzdrowicielskimi zdolnościami, opracowywał lecznicze mikstury i twierdził, iż potrafi leczyć nawet AIDS, przy czym szereg osób korzystających z jego specyfików (lub też przymuszanych do korzystania z nich) pochorowało się jeszcze bardziej, a nawet poumierało, stanowił w Afryce kuriozum i obiekt kpin. Nie inaczej było, gdy niegdyś południowoafrykański minister zdrowia Manto Tshabalala Msimang postanowił propagować leczenie AIDS za pomocą czosnku i buraków. Wówczas też nie było do śmiechu – w ocenie badaczy z Harvarda praktyki te skróciły życie 300 tys. ludzi, w tym jednak wypadku powody stosowania osobliwej terapii były odmienne – i dużo poważniejsze – niż fantazje odrealnionego gambijskiego satrapy, chodziło bowiem po prostu o dostępność nowoczesnej farmakologii dla której desperacko poszukiwano substytutu.
Pierwsze chyba wiadomości o opracowaniu afrykańskiego leku na chorobę wywoływaną przez COVID-19 przyszły z Senegalu. W afrykańskich sieciach społecznościowych w marcu pojawił się news, jakoby w Senegalu wyprodukowano i przetestowano lekarstwo o stuprocentowej skuteczności. Jak to bywa z fake newsami, obudowany był całym szeregiem uwiarygadniających informacji o tym, jak to senegalski minister zdrowia wysłał ów preparat do Chin, aby tam go stosować (był to okres, gdy największym ogniskiem epidemii na świecie był Wuhan), o tym jak chińscy eksperci potwierdzili jego skuteczność i zaczęli stosować, jak to dzięki temu patentowi Senegal miałby stać się potentatem farmaceutycznym… Wszystko to okazało się wyssaną z palca konfabulacją, podobnie jak kilka innych „wrzutek”. Przypadek preparatu malgaskiego jest jednak prawdziwy. Wyprodukowany przez Malgaski Instytut Badań Stosowanych ziołowy tonik istnieje naprawdę.
Wspomniany instytut działa od 1957 roku i specjalizuje się w badaniu środków opartych na tradycyjnym ziołolecznictwie. Założył go skądinąd znany malgaski biolog, Albert Rakoto Ratsimamanga. Instytut nie jest więc placówką szarlatańską – na przykład, opracowany w nim środek Magedlucyl jest dopuszczony do stosowania na Madagaskarze i w szeregu innych krajów i używany w leczeniu cukrzycy.
Z tego, co wiadomo on napoju pod nazwą CVO, nowym produkcie instytutu mającym zabezpieczać przed koronawirusem, jego głównym skłądnikiem jest wyciąg z artemizji – rośliny pochodzącej z Chin, sprowadzonej w latach 70. ubiegłego wieku i obecnie uprawianej na Madagaskarze – oraz innych substancji pochodzenia roślinnego. Podobnie jak lansowana między innymi przez Donalda Trumpa cholochinina, artemizja i produkowany z niej artemisinin ma udokumentowane działanie antymalaryczne i ta akurat jej właściwość jest powszechnie uznawana, choć WHO odradza jej stosowanie jako środka przeciwko malarii ze względu na jego niewielką skuteczność wobec innych znanych metod terapii. W promocję CVO włączył się jednak prezydent Madagaskaru Andry Rajoelina. W kwietniu ogłosił publicznie, że dzięki środkowi dwie osoby wyzdrowiały. Wkrótce potem oświadczył, że przeprowadzone zostały szeroko zakrojone testy potwierdzające skuteczność środka. Póki jednak wypowiadał się w kraju, pozostało to za granicą niezauważone, jednak 29 kwietnia, podczas wideokonferencji, w której uczestniczyło dziesięciu afrykańskich prezydentów i szefów rządów, postanowił ogłosić domniemany przełom na szerszym forum.
Pierwszy anons prezydenta Rajoeliny wywołał raczej konsternację. Koledzy prezydenci, nieprzygotowani na takie rewelacje, nie wyrazili wielkiego entuzjazmu, ale też – bo przecież dobry obyczaj nakazuje uprzejmie rozmawiać z równymi sobie – nie skrytykowali go otwarcie. Od tego był już tylko krok, aby CVO zaczął robić karierę międzynarodową.
Jako pierwsza zainteresowanie specyfikiem wyraziła Gwinea Równikowa i Gwinea-Bissau, które otrzymały wkrótce jego transport z Atananariwy. Próbki trafiły następnie do Liberii, za co jej prezydent George Weah wylewnie dziękował malgaskiemu koledze. Następny w kolejności był prezydent Tanzanii John Magulufi, który wprawdzie najpierw twierdził, że najskuteczniejszą metodą zwalczenia koronawirusa będą trzydniowe modlitwy, ale też złamał się i zapowiedział, że wyśle na Madagaskar samolot po cudowny lek. 2 maja o lek poprosiła Republika Kongo, zaraz potem Niger, wreszcie, w poniedziałek, 11 maja, nigeryjskie media doniosły, że prezydent tego kraju również nakazał sprowadzenie ładunku CVO.
Błyskawiczna kariera, jaką zrobił w skali kontynentu malgaski specyfik nie zasadza się jednak na żadnych konkretach. Badania, na które powoływał się prezydent Rajoeliny – nie przedstawiając zresztą żadnych konkretów, ale kto by śmiał wątpić prawdziwość słów prezydenta i oczekiwać, że ten by miał prezentować jakieś dokumenty – trudno nawet sobie wyobrazić. Według stanu oficjalnych danych na 13 maja na Madagaskarze odnotowano zaledwie 186 przypadków zachorowania na COVID-19, zatem na jakiej próbie takie badania by miały być przeprowadzane. Do środka bardzo sceptycznie odnoszą się również autorytety medyczne, nie mówiąc o WHO, która oświadczyła, aby nie popiera stosowania terapii przy użyciu CVO, zaleca co najwyżej używanie go pod ścisłym nadzorem lekarza i stanowczo odradza samodzielne leczenie. Wywołało to, rzecz jasna, oburzenie prezydenta Rajoeliny. „Czy chodzi o to, że skuteczny lek opracowano w Afryce? Czy gdyby powstał w Europie też byłby traktowany z takim sceptycyzmem? – pytał w wywiadzie, którego udzielił francuskiej stacji France24.
Skuteczność, a prawdopodobnie raczej jej brak, cudownego malgaskiego środka jeszcze będzie miała okazję się potwierdzić, pojawiają się jednak elementy świadczące, że to dopiero początek pewnego procesu. W ostatni wtorek Izba Reprezentantów Nigerii przyjęła uchwałę, w której mówi obliguje prezydenta i rząd, aby przestali się stosować do zaleceń WHO, a za to skoncentrowali się na wykorzystaniu rodzimych metod – CVO, ale nie tylko. Deputowani wręcz prześcigali się w wymienianiu, do kogo należy się zwracać. Według nigeryjskich prawodawców władze zignorowały jakoby informację, że skuteczny środek przeciwko koronawirusowi powstał w nigeryjskim Instytucie Zasobów Biologicznych kierowanym przez prof. Maurice Iwu. Skuteczne leki na COVID-19 jakoby także opracowało Biuro Medycyny Tradycyjnej Stanu Anambra, którego szefem jest wielebny Raymond Arazu i Fundacja Iris dr. Olisaha Ojeiha – tej ostatniej podobno zajęło to zaledwie 72 godziny. To tylko kilka z wymienionych kierunków, jakie deputowani postanowili wskazać rządowi w charakterze alternatywy dla propozycji WHO.
Jakkolwiek można powątpiewać, czy którykolwiek z tych środków może być skuteczny, bo nawet stosowanie ich w leczeniu niczego nie dowiedzie – wiadomo skądinąd, że znaczny odsetek zarażonych COVID-19 przechodzi chorobę bezobjawowo lub ze stosunkowo lekkimi objawami. Czy zatem wyzdrowienie takich pacjentów (z pozytywnym testem na COVID-19) mogłoby zatem stanowić jakikolwiek dowód na skuteczność zastosowanych specyfików? O ich skuteczności zdecydować mogą dopiero badania laboratoryjne i genetyczne, w tym zakresie jednak potencjał krajów afrykańskich jest niewielki. Można założyć, że oceny skuteczności działania ich podejmowane będą w najlepszym przypadku objawowo. Zgromadzenie przyjęło jednak taką uchwałę większością głosów, co samo w sobie wiele mówi – o czym poniżej.
Cała historia z entuzjazmem Afrykanów wobec możliwości rodzimych terapii nie może być wprost przyrównywana do – wydawałoby się mających podobny charakter – ruchów antyszczepionkowców czy negacjonistów. Oczywiście, ma on swoje korzenie w głębokiej wierze, że tradycyjna medycyna ma realny potencjał, w poczuciu, że wytwory afrykańskiej cywilizacji są traktowane przez świat rozwinięty w najlepszym przypadku z pobłażaniem, ale także ze świadomości, że kiedy przyjdzie co do czego, na efektywną pomoc tegoż świata rozwiniętego nie ma co przesadnie liczyć. Historia epidemii AIDS uzmysłowiła dobrze Afrykanom, że nie można się spodziewać, że koncerny farmaceutyczne zrezygnują ze swoich zysków. A zatem – nawet jeśli skuteczne lekarstwa i szczepionki na COVID-19 powstaną w europejskich czy amerykańskich laboratoriach, czy Afrykę będzie na nie stać? Czy Afrykanie tylko z odległości sobie będą mogli popatrzeć na to, że gdzie indziej są one dostępne.
Na obecnym etapie liczby zakażeń i zgonów wywołanych przez COVID-19 w poszczególnych krajach Afryki Subsaharyjskiej w porównaniu z Europą czy Stanami Zjednoczonymi są niewielkie, ale nie można tego brać za pewnik. Przede wszystkim sytuacja z dostępem do opieki zdrowotnej w państwach afrykańskich oraz jej realne możliwości powodują, że wykonuje się niewiele testów. Wielu chorych może nigdy nie zobaczyć lekarza. Część z nich może wyzdrowieć, część umrze, ale o zagrożeniu wiedzą wszyscy i boją się wszyscy. Tak zdarzyło się w związku z zastanawiającym wzrostem liczby pochówków w ubogich dzielnicach północnonigeryjskiego miasta Kano w pierwszych dniach maja. Nigdy nie dowiemy się, czy ich przyczyną był koronawirus, czy może coś innego. Na tle innych państw afrykańskich nigeryjska służba zdrowia jest i tak stosunkowo nieźle zorganizowana. Na razie zatem uważa się, że pandemia albo z jakichś powodów Afrykę albo omija, albo też dopiero nadejdzie, nie można jednak także wykluczyć, że już jest, tylko jej rzeczywistej skali nie widać.
Stosowanie metod opierających się na samoizolacji jest w państwach afrykańskich zarówno trudne do egzekwowania, bo uboższe warstwy ich społeczeństw – czyli w każdym przypadku znaczna większość populacji – żyje w takich warunkach, że nie ma fizycznej możliwości skutecznego stosowania się do nich. Samoizolacja, kwarantanna, dystansowanie społeczne, zawieszanie działalności gospodarczej ma destrukcyjny wpływ na gospodarki i społeczeństwa świata rozwiniętego. W Afryce, w której miliony ludzi żyją z dnia na dzień, oznaczać mogą całkowitą katastrofę. Lekarstwo może być straszniejsze od śmiertelnej nawet choroby. Po znacznie krótszym niż w Europie, około miesięcznym okresie stosowania się do tych wytycznych, większość państw afrykańskich zdecydowała się poluzować restrykcje, nawet za cenę wzrostu zachorowań. Jaką logikę mogą zatem przyjąć rządzący? Wydaje się, że za ich decyzjami, nawet i tymi, żeby dopuszczać do stosowania niesprawdzone środki, stoi brutalna pragmatyka i ponury realizm: że jeśli pandemia rozwinie się na kontynencie, jedynym wyjściem będzie pogodzić się, że część ludzi umrze, ale będzie trzeba zamieść to pod dywan. A żeby wykazać, że coś się w tej sprawie robiło – uciekać się do środków takich jak medycyna tradycyjna, co do których nawet samemu pewnie ma się wątpliwości. To bardzo odległe od dziecinnej, plemiennej naiwności, jaką skłonni są Afrykanom przypisywać Europejczycy obserwujący ich wybory.

Ma być sucho, będzie sucho

I znowu, jak zawsze Polska się pali, stepowieje, stoi w obliczu niedoborów prądu, nie dba o retencję, marnuje wodę.
Mimo że zeszliśmy do najniższego w historii poziomu produkcji energii z węgla, stanowi on dalej 74 proc. naszego miksu energetycznego. Przeciągła susza sprawia, że ryzyko blackoutu, czyli rozległej awarii zasilania spowodowanej brakiem wody do chłodzenia generatorów elektrowni węglowych, jest coraz większe. Jak poradzimy sobie w czasie epidemii bez prądu?
Energetyka węglowa zużywa w Polsce 70 proc. wody trafiającej do naszej gospodarki. Jest ona wykorzystywana do chłodzenia generatorów. Dlatego też zwiększanie ilości odnawialnych źródeł energii i odchodzenie od węgla jest odpowiedzią nie tylko na kryzys klimatyczny, ale także na kryzys wodny. Do bilansowania systemu elektroenergetycznego nadaje się energetyka słoneczna, która gdy elektrownie węglowe muszą ograniczać swoją pracę ze względu na długie okresy nasłonecznienia i suszy – produkuje najwięcej prądu. Dlatego warto, żeby szpitale zaczęły stosować instalacje fotowoltaiczne, które w przypadku blackoutu mogą wesprzeć ich własne generatory prądu. Te własne generatory co najwyżej zagwarantują ciągłość systemów krytycznych – na zasilanie klimatyzacji sal chorych, zaplecza gastronomicznego czy pralni, najprawdopodobniej już nie wystarczą.
Na razie jeszcze susza się nie skończyła. Jeśli nie nawiedzą nas wielotygodniowe deszcze, może to być największa susza od 100 lat. Jak w takim razie przeciwdziałać kryzysowi wodnemu i sprawić, aby latem nie zabrakło prądu?
Według danych Straży Pożarnej niemal w całym kraju obowiązuje trzeci – najwyższy stopień zagrożenia pożarowego. W Biebrzańskim Parku Narodowym spłonęło ponad 5 tys. hektarów lasów i łąk. Jeśli radykalnie nie zmienimy swojego podejścia do gospodarki wodnej, ograniczonego do betonowania, odwadniania i wpuszczania wszystkiego w kanalizację w tym sezonie będzie płonęła nie Australia, ale Polska.
Kryzys klimatyczny wiąże się nierozerwalnie z kryzysem wodnym. Polska stepowieje – dotyczy to m.in. województwa łódzkiego (gdzie wprowadzono pierwszy stopień zagrożenia hydrologicznego) i pojezierza gnieźnieńskiego, które straciło ok. 30 proc. wody. Lustra jezior cofnęły się tam w ostatnich latach o kilka, kilkanaście metrów.
Według Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej 60 proc. wodowskazów pokazuje poziom poniżej strefy niskiej – w ubiegłym roku było to „tylko” 25 proc. Polska retencjonuje dzisiaj jedynie niewiele ponad 6 proc. swojej wody (dla porównania w Hiszpanii jest to 45 proc.).
Nie mamy pewności jakie będzie tegoroczne lato, wszystko zależy od warunków meteorologicznych w nadchodzących miesiącach. Długoterminowy trend jednak znamy – średnia temperatura w Polsce będzie rosła, opady będą coraz bardziej nieregularne, wysychać będzie też południowa i środkowa część Polski. W związku z tym, organizacje Młodzieżowy Strajk Klimatyczny oraz Miasto Jest Nasze sformułowały postulaty pod adresem zarządców gospodarką wodną, tak na poziomie samorządowym i jak centralnym.
Ich zdaniem, na pierwszym planie powinna być ochrona istniejących naturalnych cieków wodnych (kanałki, rzeczki itd.) oraz tworzenie nowych cieków i zbiorników wodnych, pozwoli na ograniczenie skutków deszczów nawalnych i retencjonowanie większej ilości wody. Priorytet dla zachowania powierzchni biologicznie czynnej przy wszystkich inwestycjach realizowanych w mieście można w praktyce osiągnąć poprzez m.in. wskazaniu w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego materiału pokrycia dachowego. Skoro możliwy jest zapis, że ma być to blacha albo dachówka w określonym kolorze, nie ma powodu, żeby opcją domyślną nie były dachy zielone umożliwiające zbieranie wody. Podobne rezultaty można osiągnąć poprzez zastosowanie odpowiednich wymagań przetargowych, co pokazała np. szkoła w Markach z bagiennym dachem.
Ważnym elementem układu gromadzenia wody są rzeki. Im bardziej są one naturalne, tym lepiej. Powolny nurt rzeki płynący zakolami, rozlewiska oraz odnogi rzeczne przytrzymują wodę. Tereny zalewowe, bagna są naturalnymi zbiornikami retencyjnymi. Bagna nie tylko retencjonują ogromne ilości wody, ale dużo skuteczniej pochłaniają dwutlenek węgla z atmosfery.
Wiele zielonych podwórek w latach dziewięćdziesiątych zamieniono w betonowe parkingi, a czasem po prostu dzikie z ubitą ziemią. Podobnie działo się z placami miejskimi. Chcemy, żeby miasto i spółdzielnie dążyły do przywrócenia podwórkom naturalnego wyglądu. Dbajmy o zieleń, która znakomicie utrzymuje wodę, a w upalne dni zapewnia cień i przeciwdziała zjawisku miejskiej wyspy ciepła. Objętość przepływu powierzchniowego na terenach biologicznie czynnych jest bowiem pięciokrotnie niższa niż na obszarach uszczelnionych.
Zarząd Zieleni Miejskiej w Krakowie zadecydował o tymczasowym zawieszeniu koszenia terenów zielonych. Również Zarząd Zieleni w Warszawie już w zeszłych latach zaprzestał częściowo koszenia terenów zielonych (m.in. na Polu Mokotowskim). W przypadku suszy działanie te należy rozszerzyć na inne miejsca i jednostki organizacyjne miast. Wysoka łąka pełni funkcje ekosystemowe lepiej (bioróżnorodność, retencja wody, oczyszczanie powietrza) niż wygolony trawnik. To m.in. w takich działaniach warto szukać oszczędności niezbędnych w związku z ograniczonymi wpływami do budżetu wynikającymi z pandemii. W razie przeciągającej się suszy, spółdzielnie, wspólnoty i osoby prywatne powinny postępować podobnie ze swoimi terenami zielonymi. Konieczne jest także dofinansowywanie instalacji retencyjnych i nawadniających. .
Szacuje się, że w Polsce co najmniej 25 proc. przesyłanej wody „znika” w związku z nielegalnymi połączeniami, nieszczelnościami rur, nieprecyzyjnym mierzeniem przepływu wody czy starą infrastrukturą. Należy na bieżąco monitorować poziom tych strat i robić wszystko, żeby je ograniczyć do minimum. Zabezpieczenie rur przed wyciekami oraz stosowanie nowych technologii do monitoringu przepływu wody jest w stanie ograniczyć straty wody – jak pokazują przykłady z miast w Europie i na świecie – o nawet 10 proc.
Gospodarka wodna w planowaniu przestrzennym w Polsce jest uwzględniana rzadko i w małym stopniu. Powinna natomiast być ważnym elementem podstawowych dokumentów planistycznych, takich jak studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego gminy oraz miejscowych planów zagospodarowania. Chodzi o to, by świadomie zarządzać zasobami wodnymi i lepiej wykorzystywać wszelkie środki ochrony przed powodzią.

Bezrobocie, wirus i MMT – sposób na kryzys

W dobie dzisiejszego kryzysu spowodowanego epidemią COVID-19 zauważyć można dwa ciekawe zjawiska w sferze gospodarek Polski i państw Europy.

Zjawisko pierwsze jest żywcem wyjętą z teorii liberalnych szkół ekonomicznych – ,,zjawisko oczyszczenia’’ gospodarki z nieefektywnych przedsiębiorstw, niestety liberałowie często usprawiedliwiają ów zjawisko i system ekonomiczny, który doprowadził do przegrzania gospodarki, zapominając o tym, że gwarantem efektywności ich produkcji – pracownikach, którzy na okres kryzysu zostali pozbawieni pracy i bezpieczeństwa ekonomicznego. Najbardziej zagrożeni na utratę pracy są pracownicy na umowach śmieciowych, a także pracownicy uzależnieni od sytuacji przedsiębiorstwa w sektorze prywatnym. Szacuje się zagrożenie utraty pracy przez ponad 780 tys. osób w Polsce (wzrost do 10 proc. stopy bezrobocia, gdzie w lutym wynosił ok. 5,5 proc. ). Sytuacja osób na etacie jest bezpieczniejsza, jednak zamrażając gospodarkę na okres kwarantanny spadek efektywności ekonomicznej kraju, może spowodować zmniejszenie płac lub nawet (nie zważając na etat) utratę pracy.
Drugim charakterystycznym zjawiskiem dla gospodarek jest wywołanie nieuzasadnionego oburzenia względem państwa przez przedsiębiorców, którzy dzisiaj na kolanach błagają o pomoc (głównie finansową). Co piąte przedsiębiorstwo w Polsce jest pozbawione rezerw finansowych, a ok. 30 proc. ma zapasy na najwyżej dwa miesiące. Polski Instytut Ekonomiczny przeprowadził w pierwszych dniach kwietnia 2020 r. badania na polskich przedsiębiorstwach, wyniki wskazują, że 26 proc. firm zakłada, że posiada rezerwy finansowe pozwalające przetrwać okres powyżej 3 miesięcy, głównie są to firmy sektora średniego (33 proc. ). 22 proc. przedsiębiorstw (głównie sektora handlowego) ma środki na maksymalnie kwartał. Firmy pozbawione jakichkolwiek zapasów przeważają mikroprzedsiębiorstwa. Pod koniec marca 2020 ok. 57 proc. badanych przedsiębiorstw odnotowała spadek przychodów (wzrost kosztów) do poprzedniego miesiąca. Kryzysowa sytuacja dotyka szczególnie sektor usług (63 proc. ), a w najmniejszym sektor produkcyjny (49 proc. ). Przedsiębiorstwa w obecnej sytuacji są zmuszone do dwóch rozwiązań; obniżki wynagrodzeń dla pracowników) lub licznych zwolnień. Jedynie 36 proc. pracodawców planuje utrzymać dotychczasowe stawki płac.
Z badań Instytutu można wywnioskować fakt, że wolny rynek, który jest przyczyną pogłębiających się ekonomicznych różnic w społeczeństwie i cykliczności koniunkturalnej, nie poradził sobie z kryzysem i nie przygotował na wypadek wybuchu epidemii personelu medycznego, ani nie zagwarantował bezpieczeństwa ekonomicznego obywateli państw europejskich.
Dzisiaj, kiedy dostrzegamy rozpacz prywatnych przedsiębiorców, musimy zadać sobie pytanie – jaki jest sens wolnego rynku, skoro jest bezradny wobec kryzysu? W czasie koniunktury rządy zazwyczaj zgadzają się na rozwiązania liberalnego systemu ekonomicznego, który faktycznie napędza gospodarkę w takim okresie, lecz ten sam system powoduje wzrost inwestycji i spadek efektywności ekonomicznej. Kiedy przychodzi kryzys, lekarstwem jest interwencja państwa.
Czas na MMT
Modern Monetary Theory – czyli ,,Nowoczesna teoria monetarna” jest koncepcją, która zakłada tzw. ,,suwerenność pieniądza”. MMT jest stosunkowo nową teorią makroekonomiczną, która do tej pory była uważana za zbiór nierealnych pomysłów ekonomicznych lewicowych środowisk – błąd. MMT stawia państwo w roli monopolisty waluty, a bezrobocie wyjaśnia jako efekt nadmiernego ograniczania podaży aktywów finansowych. Według tej teorii rząd jest zobligowany do prowadzenia szerokiej polityki fiskalnej celem zmniejszania bezrobocia. Zgodnie z założeniami MMT, państwo jest bogate wówczas gdy dysponuje własną walutą i tylko wtedy nie musi zmagać się z problemem braku środków na sfinansowanie solidnej opieki zdrowotnej, edukację, zapewnienie bezpieczeństwa ekonomicznego swoim obywatelom oraz walki z epidemią. W prostych słowach Nowoczesna Teoria Monetarna polega na wydawaniu środków, by następnie zebrać z rynku zysk w postaci podatków. Państwo w przeciwieństwie do prywatnych przedsiębiorstw nie może utracić pieniędzy i ma prawo do emisji własnej waluty. Współcześnie gospodarki państwa świata w głównej mierze opierają się na pieniądzu fiducjarnym, którego wartość opiera się na zaufaniu. Z natury rzeczy państwo z pieniądzem fiducjarnym nie ma podstaw do twierdzenia, że nie stać go na utrzymanie szpitali, szkół lub dochodu podstawowego. Nieuniknione w sytuacji pełnego zatrudnienia i rządu, który dalej będzie ,,pompował’’ pieniądze, jest pojawienie się zjawiska inflacji i załamania waluty. Co jest lekarstwem? Podatki. Zgodnie z MMT ratunkiem z takiej sytuacji jest podnoszenie podatków i emisja obligacji w celu usunięcia nadmiaru pieniędzy z systemu.
Dochód podstawowy?
Okazuje się, że rządy mają odwieczny problem z wyciąganiem wniosków i znajdowaniem przyczyn, zwłaszcza teraz gdy doskwiera nam epidemia i kryzys nią związany. Miliardy publicznych pieniędzy na walkę z kryzysem pójdą (jak zwykle) do biznesu, gdzie zostaną zakiszone lub zmarnowane – tym jest ,,tarcza antykryzysowa’’, która w teorii ma pośrednio pomóc pracownikom i ich miejsc pracy, a w rzeczywistości jest to pomoc przedsiębiorcom, którzy uzależniają od siebie pracowników i ich przyszłości w branży. W jaki sposób pomóc ludziom, by środki trafiły właśnie do nich? Zgodnie z MMT – bezwarunkowy dochód podstawowy
W ostatnich dniach na światło dzienne doszła informacja – Hiszpański rząd ogłosił wprowadzenie bezwarunkowego dochodu podstawowego (jeszcze w tym roku). Hiszpańskia minister gospodarki Nadia Calvino tłumaczy, rząd podejmie wiele działań, aby nikogo nie zostawić samemu, począwszy od pracowników. Hiszpański BDP początkowo ma być w formie pilotażowej, a następnie objąć cały kraj i być wypłacany na stałe.
Nie można dać się złudzić grożeniu przedsiębiorców i zwolenników liberalnych szkół ekonomicznych, że BDP wywoła powszechną biedę i kryzys, wręcz odwrotnie – pieniądze trafiają do rąk ludzi, a państwo nie wykręca się, że go nie stać. W Polsce dochód podstawowy da się wprowadzić, o 500+ partie i ekonomiści o liberalnych poglądach mówili, że to nie możliwe, a jednak dzisiaj 500+ funkcjonuje i nie mieliśmy z tego tytułu żaden kryzys, wręcz przeciwnie efektywność ekonomiczna wzrosła i rodziny stać na kawałek chleba. 500+ jest formą BDP, teraz wystarczy, by rozciągnąć ten program dla każdego obywatela.

Księga Wyjścia (51)

Ballada o walce klas, socjalizmie i przeciętnym Polaku.

Od pierwszego maja 1890 roku obchodzono w Polsce Święto Pracy. Była to demonstracja sprzeciwu i pokaz solidarności z robotnikami, których zmasakrowała policja w USA cztery lata wcześniej (1886 roku). Z rąk przedstawicieli prawa zginęło wówczas kilkaset osób.
Do tej pory nie jest znana liczba ofiar, pomimo tego, że demonstracja była pokojowa, policja otworzyła ogień. W chaosie doszło do tego, że policjanci strzelali nawet do siebie nawzajem. Wydarzenie przeszło do historii pod nazwą Haymarket Riot.
Pochody w Polsce rownież nie zawsze były spokojne, wielokrotnie uczestnicy narażali życie i zdrowie, by przejść z czerwonymi sztandarami ulicami stolicy.
Początkowo demonstracje te ścierały się z carskim wojskiem, policją czy mało subtelnymi kozakami. W II RP te pokojowe manifestacje zamieniały się w krwawe jatki. Uczestników atakowały prawicowe, nacjonalistyczne bojówki oraz policja. Dochodziło do bardzo brutalnych starć. Wtedy rownież wielu uczestników poświęciło swoje życie.
Tylko raz w dwudziestoleciu miedzy wojennym nie było pochodu. Pierwszego maja 1939 roku. Faszyzm wisiał nad Europą i tylko lewica to widziała. Reszta swietnie się bawiła w oparach egzaltowanej dekadencji pod protekcją ważnego generała na koniu, co jakiś czas bełkocząc o jakiś guzikach, których komuś nie oddadzą.
Wojna przerwała ten czerwony marsz. Ale wreszcie po ośmiu latach przerwy w 1947 roku powrócono do tradycji. Nawet podczas stanu wojennego organizowano tego dnia demonstracje. Zarówno legalne, jak i nielegalne.
Jeszcze nie tak dawno, bo w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, pochody te nie były do końca bezpieczne, a wręcz niekiedy bardzo ryzykowne. Czasami udało się przejść bez szwanku, czasami nie.
Bywało, że w stronę maszerujących leciały zepsute warzywa, pomidory jabłka, ale rownież kamienie. Pamietam gdy grupa nacjonalistów z Ligi Republikańskiej, rzucała w maszerujących czym popadło. Nie patrzyli czy idzie ktoś z dzieckiem z wózkiem, czy trafią kogoś w podeszłym wieku, a miedzy nimi kręcił się niepozorny, mały człowieczek, ich przywódca – Mariusz Kamiński. Tak, ten sam którego PiS namaścił na szefa służb specjalnych.
Doskonale pamietam te pochody. Kilka tysięcy ludzi z czerwonymi sztandarami na ulicach Warszawy. Niewiele organizacji nadal kultywuje tę tradycję, większość wybrała wygodną i bezpieczną formę pikniku. Czyli kiełbaska i piwo. Na szczęście jeszcze w tamtym roku kilkaset czerwonych sztandarów ruszyło trasą pochodu.
Teraz po siedemdziesięciu trzech latach nieprzerwanej tradycji, wyglada na to, że przyjdzie powiesić sztandar na haczyku. Tym razem ulice bedą świeciły pustkami, ale to nie polityka, lecz pandemia powstrzymała ludzi przed organizacją święta w takiej formie.
Z tym w pełni się zgodzę, można ryzykować własnym zdrowiem i życiem, ale nie możemy narażać innych. Zamieniły się czasy i zmieniły realia, nadal jest jednak klasa robotnicza, trochę inna, ale jest. A najgorsze jest to, że ludzie którzy są jej przedstawicielami często nawet nie zdają sobie z tego sprawy i walczą o prawa kapitalistów, przedsiębiorców, bo im wmówiono, że na tym polega wolność. Podczas pandemii rozmawiałem z koleżanką, zarabiała świetnie, ale z dnia na dzień straciła pracę. Umowa śmieciowa, więc żadnych osłon ani zabezpieczeń. Powiedziała mi coś takiego: „można mieszkać w pałacu i umrzeć z głodu”. Musimy sobie uświadomić, że robotnik, to już nie tylko pracownik stojący przy maszynie, czy górnik wyjeżdżający z kopalni. To także naukowiec, nauczyciel, aktor, dziennikarz, czy nawet policjant. Współczesny robotnik, to każdy człowiek pracy najemnej.
Być może obecna pandemia otworzy niektórym oczy, zwłaszcza tym, którzy twierdzili, że są niezależni, a umowa śmieciowa jest fajna, bo można obejść jakieś opłaty, nazywali to nawet takim eufemizmem „elastyczna forma zatrudnienia”. Teraz okazało się, że z dnia na dzień zostali bez środków do życia. Ci, którzy mieli etaty mogą starać się o przestojowe, a ochroniarze, sprzątaczki, i ci wszyscy, których zmuszono do samozatrudnienia albo podsunięto lipną umowę, zostali bez grosza. Nawet jeśli chwilę wcześniej zarabiali roczną pensję sprzątaczki, cześć zżarł poziom życia, część kredyty i została ręka w nocniku.
Żeby lepiej uzmysłowić w którym miejscu drabiny społecznej jesteśmy jakiś czas temu przygotowałem pewną teorię. Zanim zaczniesz krzyczeć drogi czytelniku, że nie masz z tym nic wspólnego, wprawdzie nie jesteś miliarderem, ale nie jesteś robotnikiem, przeczytaj uważnie poniższy fragment i przemyśl czy walka klas na pewno Ciebie nie dotyczy?
Prawdziwa wolność zaczyna się tam, gdzie kończy się strach o byt i bezpieczeństwo ekonomiczne. Pamiętacie Piramidę Maslova? To hierarchia potrzeb rozrysowana w formie stożka. Na dole są potrzeby fizjologiczne, wyżej bezpieczeństwa, potem akceptacji – przynależności, uznania i wreszcie samorealizacji. Bardzo niewielu jest w stanie zrealizować potrzebę samorealizacji, w momencie, gdy nie zaspokoi najniższych szczebli, a zwłaszcza usytuowanej u samej podstawy, potrzeby jedzenia, picia czy snu.
Potrzebuje też poczucia bezpieczeństwa znajdującego się ciut wyżej w tym prostym kurhanie. I tak po kolei. Dopiero na samym szczycie możemy pokusić się o akceptację, uznanie i realizować marzenia, plany czy pasje. Z wolnością jest podobnie. Mamią nas tym iluzorycznym hasłem, mówią że wywalczyliśmy ją sobie obalając PRL. Mówią, że można bez żadnych konsekwencji głosić swoje poglądy i wyznawać dowolna religię. Niepewność jutra i pusta lodówka skutecznie jednak to wykluczają, skazują na dopasowanie swoich poglądów, przekonań i wyznania, do poglądów, przekonań i wyznania tych, od których jesteśmy zależni. ergo – współczesny system wymusza byśmy wyrzekli się swoich wartości. Nie ma prawdziwej wolności bez pełnej ekonomicznej niezależności.
To jest baza – bez której nie da się osiągnąć wolności słowa, wyznania czy przekonań. Zależność pracownika, od przełożonych, niepewność jutra, strach o podstawowe potrzeby życiowe, zmusza podwładnych, by głosili poglądy zgodne z poglądami tych, od których jesteśmy zależni materialnie. Znam przypadki, gdy osoba niewierząca, pracując w państwowej firmie, ze strachu przed utratą pracy zaczęła chodzić do kościoła. I to nie tylko w niedzielę. Ponieważ jej szef odwiedzał świątynie każdego dnia, podlegli mu pracownicy, chcąc nie chcąc, również chodzili na mszę o tej godzinie. Koleżanka zdjęła ze ściany portret Che Guevary, gdy spodziewała się wizyty swoich współpracowników, a obrazek ten byłby przyczyną kłopotów zawodowych.
Nieoficjalną, bo merytoryczny powód zawsze się znajdzie. Dostałem od niej ten portret, do dzisiaj wisi na mojej ścianie. Mnie już nic nie grozi, polski rynek pracy w moim zawodzie jest już i tak dla mnie spalony – zgodnie z powiedzeniem – „ja się nie boję, ja mam raka”. Reasumując – wolność, wywalczona przez społeczny zryw dawnej Solidarności, ograniczyła wolność wypowiedzi do tych akceptowanych w środowisku zawodowym, zgodnym z poglądami tych, którzy płacą i zatrudniają.
Rezygnujemy z własnych przekonań i opinii, na rzecz poglądów i opinii przełożonego, dostosowując je do przekonań kierownika, dyrektora czy prezesa. Zdarza się, że przyjmujemy – początkowo w deklaracjach – wyznanie religijne pracodawcy. Z czasem, mimo że wymuszone, stają się one również i naszym wyznaniem, naszą religią. I, nawet nie wiadomo kiedy stajemy się głęboko praktykującymi członkami wspólnoty kościelnej. A jedyny wybór jaki nam pozostaje, to wybór kościoła i godzina mszy na którą pójdziemy. Jeśli podczas rozmowy kwalifikacyjnej rekrutujący prezes powołuje się na społeczną naukę kościoła, dobrodziejstwa wolego rynku, niechęć do imigrantów i wyrazi zachwyt reformą Balcerowicza – usłyszy od kandydata, że Boga nie ma, kapitalizm to najgorszy system, Balcerowicz swoim eksperymentem doprowadził ludzi do skrajnej nędzy, powodując masową skalę samobójstw, no i że imigranci, to tacy sami ludzie jak my? Jak Wam się wydaje, podpisze kontrakt?
Teraz mamy szansę na zbudowanie kraju od nowa. Jeśli chociaż cześć z tych, którzy uwierzyli w „american dream” otworzy oczy i zorientuje się, że łatwiej zostać milionerem grając w totolotka, niż we wbijany nam slogan „od pucybuta do milionera”, to możemy wybudować całkiem fajny kraj. I przestańmy się wstydzić słów socjalizm, czy walka klas. Najsprytniejszą zagrywką kapitalistów było to, gdy wmówili ludziom, że każdy może zostać milionerem. Wciąż w to wierzycie?

Militaryzacja kryzysu

Świat po tym kryzysie będzie jeszcze bardziej podzielony, niesprawiedliwy i nierówny – mówi włoski ekonomista Riccaro Petrella, były doradca przy Komisji Europejskiej.

Na tym etapie pandemii personel medyczny jest nieustannie określany jako żołnierze. Mówi się o tych ludziach, że są „na linii frontu walki z chorobą”. Ciągle mówi się też o potrzebie produkcji zestawów testowych, respiratorów, kombinezonów ochronnych i szczepionek w tym sensie, że musimy być uzbrojeni przeciwko wrogowi – wirusowi . Co ta mieszanka militaryzacji i medycyny oznacza dla naszej przyszłości? Czy pomaga ona w walce z chorobą?
Użycie pojęcia wojny do określenia stanu, w jakim się znajdujemy z powodu pandemii Covid-19, jest nie tylko niewłaściwe, ale i niebezpieczne. Ta wojskowa metafora walki z koronawirusem stworzyła dość niezdrową atmosferę. Podświadomie zasugerowano nam, że u źródła całej katastrofy jest fizyczny wróg, zewnętrzny winowajca. Stąd na początku pojawiły się pretensje wobec ludzi, którzy mieliby popełnić błędy, pracując w laboratorium czy wszelkiej maści historie wietrzące spiski stojące za wybuchem epidemii.
Realistycznie rzecz ujmując można powiedzieć, że militaryzacja służy jako przykrywka, uzasadnienie lub alibi, w celu zminimalizowania lub nawet zaprzeczenia potencjalnej odpowiedzialności, jaką nasze społeczeństwa ponoszą za powstanie i mordercze rozprzestrzenianie się tej pandemii. Ma posłużyć do zmuszenia ludzi do zaakceptowania jako nieuniknionych bardzo ciężkich, negatywnych konsekwencji, jakie pandemia powoduje i będzie powodować. Chodzi o bezrobocie, utratę dochodów, zubożenie, konflikty, nierówności społeczne, niszczenie stylu życia. Ich koszty poniosą najsłabsi, najbardziej zubożali, wykluczeni, „niekonkurencyjni”.
Ostatecznie zmilitaryzowanie walki z pandemią jest przede wszystkim powtórzeniem koncepcji mówiącej, że świat jest teatrem trwałej wojny ekonomicznej o przetrwanie. Jest to, moim zdaniem, powód, dla którego biznes i oligarchie finansowe nalegają na natychmiastowy powrót do pracy i nieprzerwaną kontynuację działalności gospodarczej. Dlatego mówi się, że właśnie gospodarka ma strategiczne znaczenie dla przetrwania poszczególnych krajów.
Co oznacza pandemia i stan wyjątkowy, w który weszliśmy, dla gospodarki UE? Jakie tendencje i reformy wewnętrzne przyspieszy ten kryzys?
Wstępnej odpowiedzi udzieliło porozumienie osiągnięte wieczorem 9 kwietnia przez członków strefy euro w sprawie wspólnej reakcji na pandemię. Ta bardzo oczekiwana decyzja jest niestety przykładem nikłej solidarności między przywódcami UE. Fakt, zwiększono kwotę dostępnych środków finansowych przeznaczonych na działania antykryzysowe. Zgodzono się, że potrzebne jest złagodzenie niszczącego wpływu epidemii na zatrudnienie i dochody pracowników (tzw. pakiet SURE, dający dostęp do kredytów w wysokości 100 mld euro), wspieranie przedsiębiorstw zaprzestających działalności i tracących dochody poprzez utworzenie funduszu EBI w wysokości do 200 mld euro oraz przyznanie pomocy publicznej kwoty o wysokości do 240 mld euro w ramach Europejskiego Mechanizmu Stabilności (słynnego EMS, który od lat jest ostro krytykowany przez postępowe siły europejskie). Są też tradycyjne fundusze europejskie (rolnicze, regionalne itd.), państwom przyznano większą elastyczność w ich wykorzystaniu. Tymczasowo zrezygnowano też z ograniczeń narzuconych przez pakt stabilności, który kilka państw członkowskich uznało za zwyczajnie głupi i antyeuropejski.
W każdym razie decyzje te nie rozwiązują żadnych długoterminowych problemów strukturalnych w architekturze gospodarczej i finansowej UE, która w ostatnich latach znalazła się w centrum debaty politycznej na temat przyszłości Unii oraz politycznej i społecznej wiarygodności jej integracji jako „wspólnoty europejskiej”.
Można powiedzieć, że porozumienie z 9 kwietnia nie było szansą, na którą liczyli obywatele i obywatelki Europy, czyli momentem zainicjowania zmian strukturalnych niezbędnych do ożywienia projektu europejskiego. Europejscy przywódcy przegapili okazję do ponownego określenia roli państwa i społeczeństwa w związku z obecną przewagą prywatyzacji i monetyzacji kolejnych segmentów życia społecznego oraz usług publicznych; do zmiany kryteriów ustalania priorytetów inwestycyjnych. Co z wydatkami na cele wojskowe, czy będą one nadal dominować w wyborach krajowych i stosunkach globalnych? A co ze szkodliwymi wydatkami niszczącymi ekologię, stan gleb, lasów, wód, oceanów – czy zyski finansowe nadal będą przeważać nad prawami i zdrowiem ludzi i innych żyjących na Ziemi gatunków?.
Pozostawienie najsilniejszym państwom swobody decydowania o wykorzystaniu zasobów finansowych i zwiększenie dostępu państw do kredytów, nawet w przypadku euroobligacji gwarantowanych przez UE, zgodnie z obowiązującymi zasadami i przepisami, jest tylko niewielkim krokiem, nadal w interesie biznesu kapitałowego i finansowego. Służy to tylko utrzymaniu nieodpowiedniego i niesprawiedliwego systemu. Jest to również wkład w niszczenie dorobku integracji europejskiej.
Świat wszedł w kryzys gospodarczy, który w najlepszym wypadku będzie tak samo zły jak ten z lat 2007-2008. Nastąpiło również niezwykłe wzmożenie kontroli i represji społecznej. Co będzie oznaczać pandemia, stan wyjątkowy i kryzys gospodarczy dla praw człowieka, demokracji i projektów światowego społeczeństwa obywatelskiego, które pan rozwijał i opisywał?
Moje obawy, że świat, który po pandemii będzie jeszcze bardziej rozdrobniony, nierówny i niesprawiedliwy, są raczej uzasadnione.
Obywatele – tak zwani „ludzie na ulicach” – w reakcji na obecne dramatyczne sytuacje nie skłaniają się ku myśleniu i działaniu w skali globalnej, w kierunku perspektywy równości, ochrony praw człowieka, ratowania natury. Większość z nich troszczy się przede wszystkim o swoją przyszłość, bezpieczeństwo, przetrwanie. Nie bez powodu, biorąc pod uwagę ekonomiczne i finansowe reakcje na koronawirusa w Europie, Stanach Zjednoczonych, Brazylii, Indiach… Wydaje się, że ludzie są spychani znów w kierunku nacjonalistycznych, a nawet ksenofobicznych, rasistowskich zachowań. Opinie wyrażane przez rządzących i przez media tylko się do tego przyczyniają.
Ze względu na swoje niedoskonałości i słabości (żadne finansowe kombinacje nie mogą ich ukryć), jest bardzo prawdopodobne, że porozumienie z 9 kwietnia zostanie łatwo wykorzystane do zaostrzenia wrogości Włoch wobec Niemców i Holendrów i odwrotnie. Podobnie jak w przypadku Włoch, na przykład, pogardy i rasizmu niektórych mieszkańców Północy wobec mieszkańców i mieszkanek Południa kraju.
A co dopiero można powiedzieć o losie 2,1 miliarda ludzi, którzy nie mają dostępu do wody pitnej i 4,2 miliarda, którzy nie wiedzą, czym jest służba zdrowia? Jakie są obecnie radykalne działania mające na celu powstrzymanie czynników, które każdego roku powodują śmierć 7,9 miliona dzieci poniżej piątego roku życia z powodu chorób spowodowanych między innymi brakiem wody pitnej? Gdzie są podejmowane na szczeblu globalnym decyzje, aby powstrzymać niszczenie życia 1,7 miliarda bezdomnych i 2,1 miliarda dorosłych bez odpowiedniej pracy, którzy są wykorzystywani i niechronieni? Gdzie są decyzje o powstrzymaniu, po pandemii, wydatków wojskowych i sprzedaży prywatnemu kapitałowi praw do życia i sztucznej inteligencji?
Aby były podstawy sądzić, że świat po pandemii będzie inny niż przedtem, musiałyby pojawić się silne oznaki odwrócenia trendów. Tymczasem na razie jest jedynie tak, że nieco więcej środków publicznych zostanie wydanych na opiekę zdrowotną, środowisko, jakość życia i bezpieczeństwo w obliczu poważnych zagrożeń związanych ze skutkami trwającej katastrofy klimatycznej. To niewiele. Jeśli nie będzie mocnego zwrotu, skorzystają na tym jedynie zamożne warstwy społeczne, izolowane finansowo.
Zdaniem niektórych Chiny wygrają ten kryzys, ponieważ rozwiązały już swoje problemy z koronawirusem i obecnie angażują się w aktywną dyplomację, aby wspierać kraje europejskie w tym kryzysie. Jak będzie wyglądał system stosunków międzynarodowych po zakończeniu tego kryzysu?
Światowi przywódcy nadal kierują się logiką teraźniejszości i przyszłości świata ukształtowanego przez walkę o władzę gospodarczą i militarną między narodami i państwami. Inne scenariusze uważane są za nierealistyczne, utopijne i zbyt dalekosiężne. Tymczasem np. demograficznymi potęgami właśnie stają się kraje, które jeszcze niedawno były uznawane za państwa słabe. Prognozy dotyczące światowych potęg gospodarczych i technologicznych powiedzmy w 2050 r. są niepewne, wręcz szkicowe.
Na temat trendów gospodarczych można powiedzieć, że znacząco spadnie waga „brutto” tzw. gospodarek rozwiniętych. W pierwszej dziesiątce krajów z najwyższym PKB, krajami zaliczanymi do „zachodnich”, kierujących się liberalizmem będą tylko USA, Japonia i Wielka Brytania Jednak w pierwszej dziesiątce krajów najbardziej zaludnionych będzie się znajdować tylko jeden z nich, czyli USA. Oznacza to (i jest to tym bardziej prawdziwe, jeśli weźmiemy pod uwagę 30 najbogatszych krajów pod względem PKB), że kraje rozwinięte utrzymają swoją względną dominację pod względem siły ekonomicznej (zwłaszcza finansowej) per capita. Jeśli chodzi o kraje nazywane „wschodzącymi” (przez dominujących graczy), to interesujące jest to, że na razie scenariusze sprzyjają również kontynuacji obecnych trendów. Nic dziwnego, że do pierwszej dziesiątki należą Chiny, Indie (1. i 2.), Indonezja (4.), Brazylia (5.), Rosja (6.) i Meksyk (7.). Ale to nie oznacza że zasobność tych populacji będzie wzrastać. Może 400 milionów Hindusów z 1,6 miliarda zdoła stać się zamożnymi. Możliwe, że w Chinach nawet 500 milionów z 1,4 miliardowej populacji. Co więcej, trudno sobie wyobrazić, w obecnym stanie rzeczy, że kraje takie jak Brazylia, Indonezja, Rosja i Meksyk, które charakteryzują się ogromnymi wewnętrznymi nierównościami społecznymi, gospodarczymi i politycznymi, zdołają odwrócić tę sytuację w ciągu 30 lat. Mogłoby to nastąpić tylko wtedy, gdyby przywódcy w stylu Luli rozmnożyli się i pozostali przy władzy przez jedno lub dwa pokolenia.
Jeśli chodzi o potęgę technologiczną, za istotny wskaźnik potencjalnych możliwości techniczno-naukowych krajów uznałem liczbę zgłoszonych (i uzyskanych) patentów w dziedzinie organizmów żywych w świecie roślin, zwierząt i ludzi oraz w dziedzinie algorytmów (sztucznej inteligencji). Według najnowszego raportu WIPO (World Intellectual Property Organisation, Report 2019 The Geography of Innovation: Local Hotspots, Global Networks) USA, Japonia i kraje Unii Europejskiej (w szczególności Niemcy, Wielka Brytania, Francja, Holandia i kraje skandynawskie) stanowią 70 proc. patentów zgłoszonych w „rodzinach” patentów, które są strategicznie bardziej wrażliwe i decydujące. Tylko pięć krajów z pozostałej części świata (Chiny, Indie, Izrael, Singapur i Korea Południowa) odnotowuje wzrost liczby patentów, ale również dzięki temu, że kraje zachodnie i Japonia, ze względu na konkurencyjność i wygodę, mają tendencję do zgłaszania części swoich patentów również w tych ostatnich krajach.
Tylko uchylenie przepisów dotyczących patentów prywatnych i nienastawionych na zysk (wprowadzonych i narzuconych przez Stany Zjednoczone w 1980 r., a następnie przez Unię Europejską w 1998 r.) mogłoby powstrzymać przewagę technologiczną krajów zachodnich. Celem byłoby usunięcie logiki rynkowej i interesów globalnego kapitału finansowego z wiedzy technologicznej i naukowej. Wiedza musi stać się globalnym dobrem publicznym służącym wszystkim na Ziemi (w tym wszystkim żywym gatunkom). Jeśli tak się nie stanie, nie jestem gotów postawić nawet jednego euro na globalne rozwiązania wspólnotowe, które mogłyby nas uchronić przed przyszłymi katastrofami, których preludium odczuwamy już dziś.

Riccardo Petrella jest włoskim ekonomistą, który w latach 1979-1995 był analitykiem polityki naukowej i technologicznej przy Komisji Europejskiej, stając się świadkiem i głosem sprzeciwu wobec definicji Europy jako unii konkurencji, jaką przyjęła Komisja Europejska. Jest jednym z głównych autorów raportu „Limity konkurencji” Grupy Lizbońskiej, który krytykuje neoliberalne reformy podjęte przez Komisję Jacque’a Delorsa, które służą kapitałowi i rynkom, podważając osiągnięcia powojennej Europy. Petrella pracował w latach 1967-1975 jako sekretarz naukowy, a następnie jako dyrektor Europejskiego Centrum Koordynacji Badań i Dokumentacji w Naukach Społecznych w Wiedniu – organizacji, która doprowadziła do wymiany naukowej między Europą Wschodnią i Zachodnią w czasach, gdy była ona podzielona. Wykładał w latach 1982-2005 na Katolickim Uniwersytecie w Leuven (Belgia). W latach 2005-2006 był prezesem Water Company of Puglia (Włochy). W 1997 r. założył Międzynarodowy Komitet ds. Światowego Kontraktu Wodnego, którego prezesem jest były prezydent Portugalii Mario Soares. W 1998 r. Petrella opublikował „Manifest wodny” (najpierw w języku francuskim, a następnie angielskim w 2001 r.), w którym przedstawił swoją wizję wody jako ” dobra wspólnego”.
Rozmawiał Władimir Mitew. Materiał ukazał się na portalu Barikada-The Barricade. Tłumaczył Wojciech Łobodziński (strajk.eu).

ABC z czarnym łabędziem

5 marca , w ostatniej wersji programu Baltic Business Forum, zapisałem temat debaty otwarcia: „Wojny handlowe, syndrom czarnego łabędzia, protekcjonizm – nowe rozdanie w gospodarce światowej”. Dziś mam nieodparte wrażenie, że byłem optymistą.

„Syndrom czarnego łabędzia”, jako opis czegoś niespodziewanego w gospodarce, brzmi przecież lepiej niż to, co nas spotkało, czyli „pandemia” i „kryzys”. Konferencję Baltic Business Forum przekładamy z kwietnia na jesień 2020 roku, jednak nie odkładamy dyskusji o gospodarce, Europie i Regionie ABC, obejmującym Adriatyk, Bałtyk i Morze Czarne. Ten format geograficzny wyróżnia naszą konferencję, obejmuje państwa członkowskie Unii Europejskiej i państwa nie należące do Unii, ale ważne dla gospodarki regionu – Turcje i Ukrainę. Region ABC to więcej niż Trójmorze.
Z perspektywy M.Belki
Co zmieni się w gospodarce do jesieni? Prof. Marek Belka, który 27 kwietnia miał gościć na BBF, mówi:
– Czeka nas kryzys, głęboki i inny niż dotychczasowe. W jego efekcie globalizacja się zregionalizuje. Tracimy zaufanie do długich łańcuchów dostaw, a jednego krańca świata na drugi. Docenimy bliskość partnerów biznesowych, a więc znaczenie regionalizacji. To szansa dla Europy – przecież mamy nieźle funkcjonujący wspólny rynek, mamy unijne instytucje, potencjał badawczy i innowacyjny. Być może do tej pory brakowało determinacji, odrobiny „euroszowinizmu”, czyli odwagi do otwartego mówienia o przewagach europejskości, regionalizacji, o potrzebie budowania przewag naszego kontynentu. Teraz , jako Europejczycy, będziemy musieli wspólnie zająć się swoimi sprawami, nie czekając na „niewidzialną rękę rynku”. Jak to zrobić? W ostatnich latach w Unii modne stało się słowo – klucz „sustainability”, czyli zrównoważony rozwój. W publicznym dyskursie „sustainability” miało pewien przechył w kierunku pożądanej polityki klimatycznej. Dziś „czarne łabędzie” uzmysławiają nam , że zrównoważony rozwój ma też swój wymiar ekonomiczny i wymiar społeczny. Dziś wyraźnie widać, że służba zdrowia to nie jest koszt czy konsumpcja, ale jądro gospodarki. Poważni politycy nie będą mogli dłużej tłumaczyć, że opieka zdrowotna składa się na deficyt budżetowy.
Jednym z zagrożeń wywołanych pandemią jest przerwanie łańcucha dostaw produktów żywnościowych, zwłaszcza spoza Europy. Ograniczenia w przemieszczaniu pracowników sezonowych, z Ukrainy, Polski czy Rumunii, będą problemem dla europejskich producentów żywności. W planowanym na kwiecień BBF miał uczestniczyć Wiceminister Rozwoju Gospodarczego, Handlu i Rolnictwa Ukrainy oraz Przedstawiciel Handlowy Ukrainy Taras Kaczka. Minister oświadczył właśnie, że Ukraina może odegrać swoją rolę w przeciwdziałaniu światowemu kryzysowi żywnościowemu i zapewnieniu bezpieczeństwa żywnościowego na poziomie międzynarodowym. Możliwy jest bowiem dodatkowy eksport produktów rolnych, bez szkody dla bezpieczeństwa żywnościowego Ukrainy.
– Koncentrujemy się na możliwościach naszych prywatnych producentów – zarówno obecnych wiodących eksporterów, jak i nowych graczy – powiedział minister Kaczka.
Warto pamiętać, że Ukraina to liczący się producent żywności: w 2019 roku z wolumenem produktów o wartości 7,3 mld Euro była trzecim eksporterem na rynki Unii Europejskiej.
Perspektywa czarnomorska
Burak Pehlivan, Prezes Międzynarodowego Turecko – Ukraińskiego Stowarzyszenia Biznesu, laureat Nagrody BBF „Energia dla rozwoju”, wskazuje, że bezpieczeństwo żywnościowe staje się składnikiem bezpieczeństwa narodowego.
– Ukraina jest znanym i dobrym producentem, teraz powinna postawić na przetwarzanie żywności, pójść naszym śladem. Turcja ma podobne doświadczenie i może pomóc Ukrainie – inwestycjami i udostępniając know-how. Kluczowe znaczenie może tu mieć umowa o wolnym handlu między naszymi krajami, prezydenci Turcji i Ukrainy, na forum gospodarczym w Kijowie w lutym obiecali, że ta umowa zostanie podpisana do końca 2020 roku – mówi Burak Pehlivan.
Czarnomorskie sąsiedztwo Ukrainy i Turcji zdaniem Buraka Pehlivana jest dobrym przykładem współpracy regionalnej. W Turcji odpoczywało rocznie, 1,7 miliona Ukraińców, oba kraje łączyło ponad 200 lotów pasażerskich tygodniowo, w 2019 roku tureckie firmy były zaangażowane w 200 projektów inwestycyjnych w Ukrainie, w kooperacji przemysłu zbrojeniowego obu krajów powstał wspólny dron bojowy.
– Weszliśmy w złoty wiek relacji Ukrainy i Turcji – mówi z dumą Burak Pehlivan – i wierzę , że po trudnym bieżącym roku, w następnym nastąpi odbicie. W 2019 roku obroty handlowe między naszymi krajami wyniosły 4, 7 mld USD, możemy je podwoić.
Perspektywa znad Bałtyku
Baltic Business Forum od 12 lat organizowane jest w Świnoujściu, położonym na jednym z wierzchołków trójkąta trzech mórz – Bałtyku, Adriatyku i Morza Czarnego. Świnoujście jest dobrym miejscem do dyskusji o współpracy międzynarodowej i regionalnej. To miasto, w którym jadąc ulicą Grunwaldzką w kierunku zachodnim można przekroczyć granicę z Niemcami. To samo można zrobić idąc na zachód plażą. Wspominając o przekraczaniu granicy powinienem był napisać: można było, bo z powodu epidemii granica jest zamknięta, tak jak baza wypoczynkowa po obu jej stronach. Czy „czarny łabędź” kryzysu przyleciał do Świnoujścia?
Prezydent miasta Janusz Żmurkiewicz nie jest pesymistą.
– Świnoujście jest miastem o wielu specjalizacjach – mówi. – Począwszy od wyspiarskiego położenia, które czyni je jednym z najbardziej atrakcyjnych turystycznie miast w Polsce, po koegzystencję branży turystycznej, uzdrowiskowej i gospodarki morskiej. Z jednej strony na wyspie Uznam powstało kilkanaście nowych obiektów hotelowych, poprawiono infrastrukturę drogową , wybudowano nowe obiekty sportowe w tym obiekty dotyczące spędzania czasu wolnego , jak Promenada Zdrowia, nowe ścieżki rowerowe, siłownie na wolnym powietrzu . Z drugiej strony na wyspie Wolin zakończono budowę terminala LNG , rozbudowano terminal promowy o nowe stanowisko promowe o długości 206 m, w budowie jest parking dla około 300 TIR-ów. Rozpoczęto też modernizację dróg dojazdowych do portu w Świnoujściu.
Tak dynamiczny rozwój miasta powodował duże perturbacje w zatrudnieniu nowych pracowników, których tak jak w całym kraju brakowało, zwłaszcza w branży turystyczno – gastronomicznej i usługach. Szacuje się , że w „szeroko rozumianej turystyce” – hotele, handel, usługi, gastronomia itd. pracuje około 55-60% ogółu zatrudnionych mieszkańców miasta. Zamknięcie z powodu koronowirusa działalności branży turystycznej, handlowej i usługowej to ogromny problem dla przedsiębiorców, mieszkańców i dla samego miasta. Oczywiście „ratunkiem’ dla miasta i jego mieszkańców jest teraz gospodarka morska, w którą epidemia także uderzyła, ale w dużo mniejszym stopniu. Żadne przedsiębiorstwo gospodarki morskiej nie zamknęło swojej działalności. Dywersyfikacja działalności gospodarczej okazała się mądrym przemyślanym działaniem a kontynuacja takiej polityki w obecnej dobie tylko te założenia potwierdziła.
Co widzi „szkiełko i oko”
Jak widać, mamy dokąd wracać. Planujemy, że Baltic Business Forum zawita do Świnoujścia jesienią tego roku. Przyjedziemy, oczekując dyskusji i tęskniąc do niepowtarzalnych uroków miasta. Czy przyjedziemy mądrzejsi o doświadczenie kilku miesięcy życia z pandemią i kryzysem na karku? Profesor Michał Kleiber , przewodniczący Rady Programowej BBF, mimo wszystko stawia na „mędrca szkiełko i oko”.
– Potrzebujemy zasadniczej zmiany w rozumieniu znaczenia głębokich badań w wielu dziedzinach nauki – począwszy od medycyny i biologii, poprzez fizykę, chemię, inżynierię i informatykę aż po nauki społeczne, w szczególności socjologię, psychologię i politologię – mówi były, przez dwie kadencje, Prezes Polskiej Akademii Nauk. – Starania o wzrost gospodarczy muszą być w przyszłości lepiej równoważone troską o harmonijne funkcjonowanie społeczeństw w warunkach niespodziewanych wyzwań. Wobec zglobalizowanego świata i rosnącej mobilności ludności wydarzenia podobne do obecnego wydają się bowiem być w przyszłości nieuniknione. Typowym dla współczesnych czasów, powszechnym staraniom o gromadzenie dóbr materialnych towarzyszyć musi świadomość zagrożeń w postaci zakaźnych chorób, pogarszającego się stanu środowiska naturalnego, wyczerpywania się wielu kluczowych bogactw naturalnych, niemalejących w wielu obszarach świata nierówności społecznych i wielu innych problemów. Warto wziąć sobie głęboko do serca obecne doświadczenia i wyciągnąć z nich wnioski – tylko głębokie, naukowo wsparte rozumienie przyczyn zagrożeń i możliwości stawiania im czoła, może zapewnić powszechnie satysfakcjonujące funkcjonowanie globalnego społeczeństwa.
Zatem: globalizacja się zregionalizuje, krótsze łańcuchy dostaw to lepsze łańcuchy dostaw, dywersyfikacja ratuje przed kryzysem, pracujemy na białego łabędzia, nauka – głupcze! Z tymi myślami, i z żalem, że nie możemy teraz spotkać się w Świnoujściu, zapraszam na jesienne Baltic Business Forum.

  • autor jest wiceprezesem Międzynarodowego Stowarzyszenia Europa – Północ – Wschód, które organizuje Baltic Business Forum w Świnoujściu.

Błogosławiony wirus

Gdyby nie przyszła epidemia, a skądinąd wiadomo, że przyjść musiała, zostałaby wymyślona.

Zagrożenie zewnętrzne, a szczególnie takie, które jest trudne do zobrazowania sprzyja stabilizacji władzy. Pech, czy raczej historyczna prawidłowość, sprawił, że generalnie rządzą nami samolubni ignoranci. Oczywiście można wyszukiwać i wskazywać różnice pomiędzy rządzącymi ale tacy właśnie dominują. Próby opanowania epidemii sprzyjają wzmacnianiu władzy, zwłaszcza tam, gdzie już jest represyjna. W systemach o nominalnej demokracji środki kontroli nie zostaną całkiem cofnięte, tym bardziej, że groźba powrotu epidemii będzie realna.
Niektóre kraje, jak Węgry, robią krok w stronę lekkopółtwardej dyktatury. Podobne marzenia ma nasz najukochańszy prezes. To jego kreatury lękają się katastrofy gospodarczej. Prezes nie lęka się niczego. Są kraje, które nie muszą robić żadnych kroków, bo już mniej lub bardziej dyktaturę mają.
W systemach całkiem niedemokratycznych, wiele zależy od sprawności w walce z pandemią, bo przecież o wiele łatwiej strzelać do obywateli niż do wirusów. A ponieważ wirus przeminie , będzie można ogłosić zwycięstwo dla wszystkich, którzy przeżyją.
Dolegliwość wirusa jest wręcz idealna dla rządzących . To nie wielka pandemia, która być może nas czeka, i która zabierze 30-40 % istnień. Problemem tej w walce z Covid-19 jest brak skutecznego lekarstwa oraz oczywiście szczepionki. Chyba jeszcze większym, jest brak ustalonych procedur postępowania oraz inercja władz politycznych. Sytuacja w poszczególnych krajach, pomijając niezależne okoliczności, jest tym gorsza im niższa jest sprawność struktur państwa, niższa efektywność opieki zdrowotnej i niższy poziom zaufania do państwa.
Polegając na szczątkowych informacjach, można mieć wrażenie, że faktycznie, proporcjonalnie do wielkości populacji, wirus zaatakował nasz kraj w małym stopniu.
Z czego to wnioskuję ? Z tego,że nasza służba zdrowia jeszcze działa, choć liczba przypadków śmiertelnych oficjalnie podawana jak i liczba potwierdzonych testami zakażeń jest poddawana w wątpliwość. Tym niemniej, śmiertelność wirusa, liczona na podstawie oficjalnie podawanych, lokuje nas zdecydowanie bliżej Niemiec i Czech niż Francji czy Hiszpanii czy nie wspominając o Wielkiej Brytanii, która (na dzień 16.04) jest zdecydowanie niechlubnym liderem.
Jeśli chodzi o sprawność walki z wirusem to właśnie Czechy na dziś są liderem skuteczności z wirusem i to chyba na całym świecie.
Jednak taki nie bardzo śmiercionośny wirus, jest okazją dla reżimów takich krajów jak Białoruś, Węgry czy Polska do tego by uodpornić system na ewentualną utratę władzy. Na Węgrzech poszło błyskawicznie i obywatele tego kraju będą teraz bezpośrednio chronieni przez każdym niebezpieczeństwem, przez dekrety Premiera Orbana. Przed każdym niebezpieczeństwem jakie premier tylko będzie w stanie dostrzec.
Niestety/na szczęście nasz reżim nawet do pięt nie dorasta węgierskiemu. Niestety, bo kreuje chaos samodzielnie i tak na prawdę nie jest w stanie przeprowadzić porządnego procesu, poza procesem wyborczym. Kryzys ekonomiczny mieliśmy zaplanowany na połowę roku, a w zasadzie nie zaplanowany a biernie oczekiwany. Teraz co prawda, będzie można zwalić go na koronawirusa ale dzięki intensywnej walki z wirusem będzie bardziej dotkliwy.
Rozpatrywać go będzie można na kilku polach. System finansów publicznych czeka prawdopodobnie załamanie tak na poziomie centralnym jak i na samorządowym.
Polskie samorządy zostały wydrenowane przez budżet centralny i podobnie jak one nie posiada żadnych rezerw. Cięcie inwestycji publicznych, jakie szybko nastąpi, to tak naprawdę najmniejsza, krótkoterminowa dolegliwość. Duża liczba samorządów już dziś ma problemy z realizacją zadań własnych, czyli tak naprawdę dostarczania usług publicznych. Jesienią będą miały wszystkie.
Ograniczenia komunikacji, oświetlenia ulic, remontów to najmniej dolegliwe z trudności które nas czekają. Zmiany gospodarcze w niektórych branżach mogą się okazać względnie trwałe. Ruch turystyczny zwłaszcza ten międzynarodowy, zapewne długo nie powróci do stanu choćby sprzed roku.
Tak więc, wszelkie plany rozbudowy lotnisk, można odsunąć ad calendas graecas a koncepcję Centralnego Portu Lotniczego można odłożyć na półeczkę małej biblioteczki gdzieś na Nowogrodzkiej.
Branża turystyczna będzie, a w zasadzie już jest, największą przegraną walki z wirusem a jedyny plus to ten , że LOT nie kupi Kondora, więc nasz budżet krajowy będzie musiał utrzymać tylko naszego narodowego przewoźnika.
Duża część naszego przemysłu, jest częścią łańcucha dostaw firm europejskich i to od nich będzie zależało, czy nastąpią tam duże czy małe cięcia. Na pewno zagrożona jest branża samochodowa, która i tak w Polsce lekko się już zwija. Można się spodziewać, że teraz ten proces przyspieszy.
Naszym, być może atutem, byłby może przemysł spożywczy, gdyby nie susza. Z brakiem wody należy się oswoić bardziej niż z sezonowością koronawirusa. Czekam latem a na pewno jesienią na komunikaty o ograniczeniach dostaw wody w miastach. A w zasadzie wszędzie. Pozytyw?
Braknie wody w armatach śnieżnych i następny sezon narciarski zostanie odwołany. No i liga piłkarzy nie gra. Kibice i zawodnicy przerzucili się na fifę. To znacznie mniej szkodliwe.
Boję, się, że papież popiera koncepcję powszechnego dochodu podstawowego, żeby wreszcie to społeczeństwa finansowały mu urzędników. Dlatego konkordat powinien być wypowiedziany. Tylko nie wiem czy tego dożyję.

*obliczenia na podstawie Covid-19 Dashboard (CSSE) wg stanu na dzień 16.04.2020