Opozycja nie jest bez szans

„Przeniesienie ciężaru kampanii wyborczej na kwestie światopoglądowe i obyczajowe to marzenie Kaczyńskiego. On znowu chce ze swoimi wiernymi druhami podzielić Polskę na tych, którzy chcą deprawować polski naród, i tych, którzy bohatersko go bronią” – mówi w rozmowie z Kamilą Terpiał (wiadomo.co) były szef rządu, obecnie eurodeputowany Leszek Miller.

KAMILA TERPIAŁ: Żyje pan już bardziej sprawami europejskimi czy nadal polskimi?
LESZEK MILLER: Polskimi coraz mniej, ale trudno całkowicie odciąć się od polskiej polityki. Jednym okiem i jednym uchem patrzę i słucham, co się dzieje.

Przeraziło pana to, co działo się na ulicach Białegostoku podczas Marszu Równości?
Przeraziło i wzbudziło oczekiwanie mocnej reakcji ze strony rządzących.
Spodziewałem się, że po takich wydarzeniach zobaczę panią minister spraw wewnętrznych i administracji, która na konferencji prasowej poinformuje o tym, jak ocenia działania policji, oraz potępi chuliganów i bandytów. A zaraz potem zobaczę na konferencji prasowej ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, który poinformuje o wszczęciu postępowań i także potępi te wydarzenia. Ani jednego, ani drugiego nie zauważyłem.

Minister Elżbieta Witek wystąpiła na konferencji prasowej dzień po wydarzeniach. Za późno?
W takich sytuacjach trzeba działać natychmiast. Jeżeli występuje się z taką zwłoką, to występuje podejrzenie o jakiś koniunkturalizm albo wahanie, które nie powinno mieć miejsca.

Pan jako premier jak by zareagował?
Reakcja premiera nie jest konieczna. Wystarczy reakcja odpowiednich ministrów. Spodziewałbym się także ostrego oświadczenia przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski. To akurat miało miejsce, chociaż wystąpił nie ksiądz biskup, tylko rzecznik.
Jest jeszcze jedna osoba, która powinna zabrać głos – arcybiskup białostocki. Jego wcześniejsze wypowiedzi mogły ośmielać chuliganów i sprawiać wrażenie parasola ochronnego otworzonego przez kościół.

Były nawet podziękowania dla tych wszystkich, “którzy w ostatnim czasie w jakikolwiek sposób włączyli się w obronę wartości chrześcijańskich i ogólnoludzkich, chroniąc nasze miasto”. To fragment oświadczenia, które po wydarzeniach znalazło się na stronie internetowej parafii Świętej Jadwigi Królowej w Białymstoku.
Postawa Kościoła w tych sprawach nie powinna niestety nikogo zdumiewać. Oczywiste jest, że polski Kościół od lat ma tendencję wspierania wszystkich ruchów i sił politycznych, które walczą z tzw. lewactwem. Przypominam sobie dramatyczny wiersz Juliana Tuwima napisany po zabójstwie prezydenta Gabriela Narutowicza i zwrot “krzyż mieliście na piersi, a brauning w kieszeni”. Aktualne.
Polski kościół zresztą dosyć swoiście pojmuje ewangelizację. Jest to widoczne nawet w słownictwie – rycerze, hufce, miecze, przysięgi – i sugeruje czynną walkę, czyli ewangelizację za pomocą miecza. A prawdziwa nauka kościoła nie opiera się na przemocy. Ja przynajmniej tak ją rozumiem.

To, co się stało, jest winą Kościoła i rządzących?
Tak. Między państwem i Kościołem w tej sprawie jest swego rodzaju porozumienie.

Paweł Śpiewak, dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego mówi, że to “początek faszyzmu, a wiemy, jaki jest koniec faszyzmu”. Zgadza się pan z taką opinią?
Jestem zwolennikiem opinii Tomasza Nałęcza, że w tej sprawie należy uważać z ciężkimi słowami. Kiedy uderzamy w dzwon na trwogę i wołamy “faszyzm!”, to kiedy on naprawdę by nadszedł, to nikt go nie usłyszy.

To jak teraz mówić o niebezpieczeństwie?
Najwięcej do powiedzenia mają przedstawiciele rządu. Na zmianę w Kościele nie liczę. To powinny być jasne sygnały świadczące o tym, że w takich sprawach nie ma żadnej tolerancji i żadnego flirtu między oficjalnymi czynnikami rządowymi a środowiskami kibolskimi, chuligańskimi czy zwykłą bandyterką.
Każdy, kto wszczyna takie zamieszki, nie może liczyć na żadną osłonę czy sympatię. Może tylko liczyć na bardzo stanowczą reakcję sił porządkowych i wymiaru sprawiedliwości. A ona była niewystarczająca.
To jeszcze cytat z ministra edukacji narodowej Dariusza Piontkowskiego: „warto się zastanowić, czy w przyszłości tego typu imprezy powinny być organizowane, ponieważ budzą ogromny opór”.
W każdych innych okolicznościach w demokratycznym kraju premier zdymisjonowałby takiego ministra w mgnieniu oka. I taka powinna być reakcja premiera, bo wypowiada się członek rządu. Mateusz Morawiecki powinien powiedzieć wprost, że nie widzi możliwości współpracy z kimś o takich poglądach.

Wspomniał pan Tomasza Nałęcza, który w wywiadzie dla wiadomo.co przestrzegał przyjaciół z lewej strony, aby “nie próbowali ze stosunku do ludzi LGBT zrobić osi głównych polemik wyborczych, bo to jest dmuchanie w trąbę PiS-u i wielkie marzenie Kaczyńskiego”. W tym przypadku też ma rację?
Podzielam ten pogląd. Przeniesienie ciężaru kampanii wyborczej na kwestie światopoglądowe i obyczajowe to marzenie Kaczyńskiego. On znowu chce ze swoimi wiernymi druhami podzielić Polskę na tych, którzy chcą deprawować polski naród, i tych, którzy bohatersko go bronią. A to jest droga do sukcesu wyborczego.

Co powinno być główną osią kampanii po drugiej stronie?
Koncentrowanie się na tym, co doskwiera ludziom. Opozycja już o tym mówi i trafnie diagnozuje problemy – brak leków, chaos w edukacji, panoszenie się pisowskich urzędników. Trzeba mówić o tym, co ludzi denerwuje i boli.
Wybrać kilka płaszczyzn i mówić także o tym, co opozycja zrobi, jak dojdzie do władzy. To musi być powtarzane do znudzenia, aby wbiło się w pamięć i stało identyfikacją ruchów opozycyjnych.

Szkoda panu Koalicji Europejskiej? Wierzył pan, że się uda?
Wierzyłem. Wprawdzie z rozczarowaniem przyjąłem fakt, że Koalicja Europejska przegrała 7 punktami ze zjednoczoną prawicą, ale to w sumie tylko 7 punktów. Po stronie opozycyjnej nie ma dzisiaj innej formacji, która jest w stanie nawiązać równorzędną walkę z PiS-em.

Za rozpad koalicji należy winić Grzegorza Schetynę?
Nie zgadzam się z takimi zarzutami. Pierwszą cegłę z muru, który był fundamentem tej koalicji, wyjął Władysław Kosiniak-Kamysz. Winny jest ten, kto pierwszy podważył sens istnienia takiej koalicji. Grzegorz Schetyna mógł próbować zachować koalicję bez PSL-u, tylko że aparat PO bał się, że wtedy partia skręci za bardzo na lewo. Pewnie te czynniki przekonały Schetynę. Z jednej strony jest mi żal, a z drugiej dobrze, że istnieje jakiekolwiek porozumienie trzech ugrupowań lewicowych.

Nie boi się pan powtórki z 2015 roku?
Wtedy zabrakło pół punktu procentowego do przekroczenia progu wyborczego. Lewica przegrała o włos.

Ale przegrała.
Te same wyzwania stoją teraz przed tą trójką. Najważniejsza jest odpowiedź na pytanie, w jakiej formule wystartują. Czy będzie to koalicja, czy nie. Ale wydaje mi się, że oczekiwanie, aby na listy SLD wpisali się politycy Wiosny i Razem, jest mało realistyczne. To oznaczałoby, że zgadzają się na zatarcie swojej tożsamości.
4 lata temu Partia Razem nie weszła do koalicji, teraz Adrian Zandberg jest w środku, więc szanse na przekroczenie progu wyborczego są większe. Ale jak wiadomo, łaska wyborców na pstrym koniu jeździ.

Jest szansa, że w kampanii wyborczej opozycja nie będzie ze sobą walczyć?
Tak powinno być. Wystarczy już napaści na PO i Grzegorza Schetynę, ale także na SLD. Jest tyle spraw, na których można się koncentrować i podchodzić pozytywnie, a nie wzajemnie się atakować. Niestety, kampania wyborcza to tropik, czyli wyjątkowo gorąca atmosfera, i nie wszyscy potrafią opanować swoje języki.

Pan będzie uczestniczył w kampanii?
Będę wspierał ludzi SLD w moim okręgu wyborczym, bo oni też pomogli mi bardzo w kampanii. To jest dług wdzięczności, który mam do spłacenia.

Jest pan optymistą w sprawie wyniku wyborów?
Uważam, że szansa na pokonanie PiS-u jest. Partia rządząca ma szansę na wygranie wyborów, ale nie ma żadnej gwarancji, że tak się stanie. Jest jeszcze trochę czasu.
W polskiej polityce tydzień potrafi oznaczać miesiące gdzie indziej. Opozycja nie jest bez szans. Ma olbrzymie możliwości, które trzeba uruchomić.
Ale to wymaga pomysłu, sił i środków. Inteligentnie pomyślana kampania, przy użyciu nowoczesnych instrumentów, daje szansę. Są przykłady, w których kandydaci startowali z niskiego poziomu, a wygrywali wybory.

Jakie?
Chociażby prezydent Francji, nowy prezydent Ukrainy czy pani prezydent Słowacji…
Tylko w tych krajach ludzie mieli dosyć rządzących. A w Polsce sondaże na to nie wskazują.
To prawda. Podczas prowadzenia kampanii do PE spotykałem ludzi, którzy wprost przyznawali, że będą głosować na PiS. Ale zauważyłem, że nawet oni dostrzegają ciemne strony tych rządów, zwłaszcza w aspekcie nadużywania władzy, niekompetencji czy nieprofesjonalizmu. To nie jest im w smak, natomiast tłumaczą, że nawet jeżeli władza kradnie, to przynajmniej się dzieli. W związku z tym, dopóki się dzielą, to wyborcy będą im bardzo wiele wybaczać.

Zmieni się jeszcze przed wyborami polityka europejska PiS-u?
Myślę, że nie.
W wyborach do europarlamentu PiS wygrał w Polsce, ale przegrał w Europie.
Niewybranie Zdzisława Krasnodębskiego na wiceszefa PE czy dwukrotna porażka Beaty Szydło w walce o fotel szefa komisji, trudna sprawa z komisarzem – to nie bierze się z powietrza, ale przekonania, że do Polski są uzasadnione pretensje dotyczące nieprzestrzegania wartości europejskich i praworządności. A przedstawiciele partii, która jest podejrzewana o naruszanie podstawowych norm, nie powinni otrzymywać wysokich stanowisk. Te porażki to skutek takiego właśnie klimatu panującego w Brukseli.

W czwartek w Warszawie wizytę złożyła nowa przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen. Z relacji Mateusza Morawieckiego wiemy, że podczas rozmowy nie zostały poruszone sprawy dotyczące praworządności. Wierzy pan w to?
To niemożliwe. Znamy relację pana Morawickiego, ale nie znamy relacji pani von der Leyen. Gdyby tak się stało, to byłaby pierwsza poważna wpadka nowej przewodniczącej. Ja w to nie wierzę. Przecież ma świadomość tego, czym grozi dla jej planów utworzenia nowej komisji obchodzenie tego tematu, zwłaszcza w Polsce. Podczas jej wystąpienia w PE padły bardzo poważne deklaracje.

Mowa była o unijnym komisarzu. Myśli pan, że Ursula von der Leyen przekonała Mateusza Morawieckiego do wystawienia kandydatki, a nie kandydata? PiS ma już jakiś plan?
Problem unijnego komisarza będzie bardzo trudny do rozwiązania. Jeżeli pani Ursula von der Leyen zaakceptuje najprawdopodobniej kandydatkę, a nie musi, to ta osoba i tak będzie jeszcze przesłuchiwana na komisjach parlamentarnych i to nie będzie spacer piękną uliczką. Myślę o klimacie, który tu panuje. Potem jest jeszcze głosowanie.
Zdarzyć się mogą różne rzeczy, mało przyjemne dla polskiego rządu. Dlatego premier powinien uciekać od kandydatury, która ma silne konotacje polityczne.

Była premier Beata Szydło odpada?
Zdecydowanie. Jeżeli chce zwiększyć szanse kandydatki lub kandydata, to powinien szukać nie wśród polityków, tylko na przykład zespołu ekspertów.

Polska będzie nadal izolowana w Unii?
Przede wszystkim Polsce grozi nałożenie sankcji związanych z uruchomieniem artykułu 7 i polityką orzecznictwa Trybunału Sprawiedliwości UE. Poza tym w Parlamencie Europejskim jest silna tendencja, aby doprowadzić do powiązania wysokości przekazanych środków z oceną praworządności. Teraz trwa tylko dyskusja, jak to zrobić, aby nie karać społeczeństw. Ale gdyby głosowanie odbyło się dzisiaj, to taki projekt by przeszedł.

Minął się pan już na unijnych korytarzach z Donaldem Tuskiem?
Nie widziałem się z nim, rozmawiałem telefonicznie z ludźmi z jego otoczenia.

Podejmie ryzyko powrotu do Polski?
Myślę, że uzależnia to od tego, co wydarzy się w październiku.
Gdyby opozycja odniosła sukces, to wpłynie na większą ochotę na ubieganie si o urząd prezydenta.
Ale gdyby wybory skończyły się porażką, to go zniechęci. Posłużyłbym się w tym wypadku pewną metaforą – ptak, nawet jeśli idzie, to czuje, że ma skrzydła. I Donald Tusk jest właśnie w takiej sytuacji. Nawet jak nie ma takiej determinacji, żeby wystartować, to wie, że może spróbować i ma skrzydła, które może rozwinąć.

Głos lewicy

SLD odniósł sukces

Przemówienie Marcina Kulaska, sekretarza generalnego SLD podczas zebrania Rady Krajowej 9 czerwca 2019:
Koleżanki i Koledzy!
26 maja Sojusz Lewicy Demokratycznej odniósł sukces.
Jako partia, która od blisko czterech lat jest poza Sejmem i Senatem, wprowadziliśmy do Parlamentu Europejskiego pięciu eurodeputowanych, doskonale przygotowanych, mądrych, z których dumni będziemy nie tylko my, zgromadzeni na tej sali, ale także wszyscy Polacy. Pięć mandatów dla Sojuszu Lewicy Demokratycznej w Parlamencie Europejskim to tyle samo, ile udało nam się zdobyć pięć lat temu, w 2014 r. Ktoś może powiedzieć, że nie jest to w końcu tak dużo. Tak, to prawda. Są w Polsce dwie partie, którym udało się zdobyć lepszy wynik: to Prawo i Sprawiedliwość oraz Platforma Obywatelska. Ta sztuka jednak nie udała się innym formacjom parlamentarnym: Polskiemu Stronnictwu Ludowemu, które zdobyło tylko trzy mandaty, ruchowi Kukiz ‚15 i Nowoczesnej, które – mimo tego, że mają swoich przedstawicieli na Wiejskiej, że codziennie obecni są w mediach – nie wprowadziły ani jednego posła do Parlamentu Europejskiego.
Ten sukces to jednak nie tylko wybory i ciężka praca wszystkich kandydatów w kampanii, ale także praca, którą wykonaliśmy przed ogłoszeniem powstania Koalicji Europejskiej.
Stało przed nami zadanie podwójnie trudne. Musieliśmy usiąść do rozmów z partnerami, których dotychczas mieliśmy za swoich przeciwników, z partnerami, którzy mają inne niż nasze biografie polityczne, inny styl uprawiania polityki. Musieliśmy też zmierzyć się z kalendarzem. Czasu, jak nigdy, mieliśmy bardzo mało. Ale udało się.
Udało się wynegocjować dobre miejsca na listach dla naszych kandydatek i kandydatów. Lepsze niż mieli kandydaci PSL, Nowoczesnej i Zielonych, ale też często lepsze niż te, z których startowali obecni europosłowie Platformy Obywatelskiej. Jedynki, dwójki, trójki z SLD zrobiły dobre wyniki i nie mówię tu tylko o obecnych europosłach. 15 przedstawicielek i przedstawicieli rekomendowanych przez SLD zdobyło 23% głosów na Koalicję Europejską. Ten wynik mówi sam za siebie, bo koledzy z PSL zebrali tylko 12%, a z Nowoczesnej – 1%, mniej niż zdobyła Partia Zieloni.
Udało się wynegocjować dobre warunki finansowe naszego udziału w koalicji.
To wszystko, co powiedziałem pokazuje, że Koalicja Europejska miała realnie dwa filary: Platformę Obywatelską i Sojusz Lewicy Demokratycznej. To te dwie partie zdobyły lwią część głosów, to te dwie partie sfinansowały wspólną kampanię Koalicji Europejskiej. Byliśmy dla siebie trudnymi, ale odpowiedzialnymi partnerami.
26 maja Sojusz Lewicy Demokratycznej odniósł sukces. Pokazaliśmy, że jesteśmy formacją, która ma dobrą, mądrą ofertę dla społeczeństwa, która ma świetnych kandydatów, cenionych i szanowanych przez wyborców. Pokazaliśmy też, że jesteśmy sprawdzonym i poważnym partnerem dla naszych koalicjantów. To bardzo dużo. Dużo, jak na dobry początek drogi, która – o czym jestem przekonany – za niewiele ponad cztery miesiące zaprowadzi nas z powrotem do Sejmu i Senatu!

List Marka Falenty

– Kiedy przeczytałem ten list, to pomyślałem, że on jest tak napisany, żeby prezydent Duda nie mógł ułaskawić autora tego listu. To wygląda na szantaż i gdyby prezydent postąpił zgodnie z intencją autora tego listu, to by się naraził na bardzo poważną krytykę – mówił Leszek Miller na antenie TVN24.
Na uwagę prowadzącego program, że w założeniu list nie miał być publikowany, Miller odpowiedział: – Nigdy nie można zakładać, że jak coś się napisze, to to nigdy nie ujrzy światła dziennego, zwłaszcza jeżeli list ma przejść całą procedurę. Jeśli pan Falenta uważał, że to nigdy nie zostanie podane do publicznej wiadomości, to tylko potwierdzał swoją naiwność – dodał. Miller przypomniał też, że „Falenta jest skazany na 2,5 roku więzienia”. – W tej sytuacji każdy robi wszystko to co może, żeby się z tego więzienia wydostać przed terminem – podkreślił.
W ocenie gościa „Rozmowy Piaseckiego” „dwie możliwości są w miarę realne”. – Albo Falenta zaczął to [nagrywanie w aferze podsłuchowej – przyp. red.], bo liczył na profity w biznesie, bo dobrze wiedzieć, co biznesmeni czynią, jakie mają plany, albo miał jakiś kontakt ze służbami specjalnymi. Tylko jest pytanie, jakimi – skomentował eurodeputowany SLD.
Źródło: sld.org.pl
– Jeżeli by się okazało, że zleceniodawcy są jasno określeni, że był to czynnik polityczny, który użył tej sprawy do walki politycznej, to by był bardzo poważny problem dla PiS-u – ocenił były premier.

tytuł do lewicy
tekst

„Europa socjalna” nie może być pustym hasłem

Z Leszkiem Millerem rozmawiają Weronika Książek i Grzegorz Waliński.

Jest Pan jednym z architektów członkostwa Polski w Unii Europejskiej. Nie boli Pana, że po piętnastu latach jej miejsce w Europie jest marginalne?
Ono jeszcze niedawno było bardzo mocne – na pewno wtedy, kiedy do Unii wchodziliśmy. W Kopenhadze w roku 2002 i przez kilka kolejnych lat ta pozycja była również silna. Problemem jest to, co się stało w ostatnich latach, bo niewątpliwie nasza pozycja bardzo osłabła i jest widoczne we wszystkich obszarach – i w negocjacjach, jakie przedstawiciele rządu prowadzą w różnych sprawach, na przykład w kwestii polityki transportowej, w zarzutach pod naszym adresem, jeśli chodzi o przestrzeganie praworządności. Kiedy więc dojdzie do dyskusji o nowej perspektywie finansowej pod rządami nowego Parlamentu Europejskiego i nowej Komisji Europejskiej, to należy się bardzo poważnie obawiać, że propozycja finansowa dla Polski będzie bardzo mizerna.
Czyli obciąża Pan za to odpowiedzialnością ekipę obecnie rządzącą Polską, ale czy i wcześniej nie zostały popełnione błędy? Jak choćby budowanie w wyobrażeniach Polaków świadomości, że UE to przede wszystkim maszyna do wypłacania pieniędzy.
Tak, to tylko i wyłącznie „zasługa” obecnej ekipy. Owszem, jesteśmy krajem, który cały czas więcej pieniędzy z UE absorbuje, bez porównania z sześcioma krajami, które płacą najwięcej do wspólnego budżetu. Uważam, że pierwsze lata po wejściu Polski do Unii Europejskiej były całkiem w porządku. To, co osłabiło nasza pozycję to jest kwestia ostatnich lat i rządów PiS, który doczekał się zarzutów, iż Polska nie jest krajem praworządnym, gdzie sądownictwo nie jest niezawisłe. To był początek bardzo poważnego osłabienia naszej rangi i to osłabienie utrzymuje się do dziś.
Startuje Pan z listy Koalicji Europejskiej. Co to oznacza? Bo przecież partie formujące tę koalicję są Parlamencie Europejskim w różnych frakcjach. W wielu sprawach wybranym z tej listy europosłom będzie nie po drodze.
Będziemy w dwóch frakcjach. My, lewica, oczywiście u socjalistów, koledzy we frakcji ludowej. To nie jest aż tak rażący podział. Proszę też zwrócić uwagę, że i jedni i drudzy będą w najbardziej znaczących frakcjach PE, tych, które będą decydowały o jego przyszłej polityce. To nas zdecydowanie różni od PiS. Jego politycy wylądują we frakcjach marginalnych. One się jeszcze nawet nie ukształtowały do końca, ale na pewno nie będą to siły o dużym znaczeniu.
Ale takie obawy jeszcze niedawno były. Że Salvini zbuduje sobie twierdzę populistów.
Nawet jeżeli to będzie „aż” 20 czy 25 procent, to będzie to jednak „tylko” 25 procent. Obawiam się tego w innym znaczeniu. To będą grupy małe liczebnie, ale na pewno bardzo krzykliwe i demagogiczne. Będą usiłowały paraliżować pracę Parlamentu Europejskiego. W tym sensie będzie to dokuczliwe, ale bardziej organizacyjnie niż politycznie.
UE stworzyła wspólną przestrzeń gospodarczą. Ale – nazwijmy to tak – głębokość tej przestrzeni jest taka, że jej beneficjentami są przedsiębiorcy. Pracownicy w mniejszym stopniu – o ile nie wybiorą emigracji do bardziej rozwiniętych krajów UE. Co europejska lewica chciałaby zrobić, aby Europa stała się również przestrzenią wspólnych standardów socjalnych i standardów zatrudnienia? Czy europejska płaca minimalna jest na to rozwiązaniem? Jak powinna być konstruowana – czy jako konkretna kwota, czy też dla różnych krajów, a może i regionów ważona w oparciu o ceny koszyka podstawowych artykułów?
Jestem absolutnie za wprowadzeniem europejskiej płacy minimalnej. Dziś płaca minimalna w Polsce wynosi 3 razy mniej niż we Francji czy w Niemczech. Przede wszystkim trzeba zacząć od wyrównania tego. To wymaga oczywiście dużych środków, ale UE jest na tyle bogata, że te środki powinna wyasygnować. Ja w ogóle uważam, że nowy PE powinien zerwać z polityką, która była stosowana w ciągu ostatnich lat: austerity – czyli oszczędność, surowość, oszczędzanie. Jak trzeba było zmniejszać deficyt budżetowy lub dług publiczny to cięło się wydatki socjalne. Z tym trzeba skończyć, bo to właśnie jest źródłem tworzenia się różnych tendencji populistycznych.
Hasło „Europa socjalna” nie może być tylko pustym dźwiękiem, ale musi być wypełniona określoną treścią. Zwłaszcza frakcja demokratów i socjalistów powinna wziąć to pod uwagę i zająć się tym, żeby Europa socjalna istniała nie tylko na papierze ale i w praktyce.
Polska stoi z boku dyskusji o dalszej ewolucji europejskiego systemu. Wpisany w traktaty stan równowagi pomiędzy Unią jako związkiem państw członkowskich i Unią jako wspólnotą jej obywateli wydaje się ulegać zachwianiu. Jak byśmy go chcieli widzieć? Czy poprzez większą centralizację, jako superpaństwo? Czy europejskie instytucje powinny mieć większy wpływ, bardziej bezpośredni na nasze życie?
Powinno się zmierzać w kierunku pogłębienia integracji. Instytucje unijne powinny mieć większy wpływ na nasze życie – jestem przeciwny starej koncepcji de Gaulle’a forsowanej dziś m.in. przez PiS – Europy ojczyzn, a więc takiej Europy, gdzie instytucje europejskie znaczą coraz mniej na rzecz instytucji narodowych. To prosta droga do tego, by Polska miała coraz mniej do powiedzenia. Europa ojczyzn to większe znaczenie krajów, które dominują. Nie należy promować najsilniejszych, ale iść w kierunku wzmocnienia europejskich instytucji i struktur. Głębsza integracja to silniejszy głos Polski.
Pojawiają się cały czas koncepcje reformy UE w duchu albo „Europy dwóch prędkości”, albo takie jak plan Macrona. Dzielące Unię na jej centrum i peryferie. Czy to nie regres europejskiej idei? Z drugiej strony nawet największe gospodarki unijne zdają sobie sprawę, że samotnie nie mają szans w rywalizacji z Chinami, Stanami Zjednoczonymi, a może nawet i z Rosją. Którędy zatem wiedzie droga do przekształcenia UE w jeden organizm, który w stosunku do zewnętrznych partnerów będzie mówił jednym głosem?
Europa dwóch prędkości to proces nieunikniony i nie do zatrzymania. Tak to już będzie, że główne jądro europejskie to będzie strefa euro i wszystko, co wokół strefy euro będzie powstawać łącznie z wydzielonym budżetem tej strefy. Recepta jest jedna – większa integracja gospodarcza z wejściem do strefy euro włącznie. Powinniśmy dążyć do wspólnej waluty z powodów nie tylko ekonomicznych, ale i politycznych. Kraje spoza strefy euro będą miały coraz mniej do powiedzenia. Nie jest przypadkiem, że spośród 10 krajów, które razem z nami wchodziły do strefy euro 10 maja 2004 roku, 7 jest w strefie euro: poza Czechami, Polską i Węgrami. Dochód narodowy w tych 7 krajach jest wyższy niż u nas. Nie należy się więc obrażać na dwie prędkości, tylko dążyć do tego, by Polska stała się krajem pierwszej prędkości.
Brexit. To doświadczenie pokazuje – na obecnym etapie chyba nawet jeszcze nie do końca, bo nie znamy tak naprawdę dalszego ciągu i konsekwencji np. brexitu bezumownego – jak bardzo niebezpieczna może być to droga. Czy będzie to nauczka dla pozostałych państw UE, a także dla samej Brukseli?
Brexit nas uczy, że nie wolno igrać z losem. Premier Cameron, mając problemy wewnętrzne, zorganizował referendum, myśląc, że ono umocni jego pozycję. Tymczasem wyszło inaczej, bo demagodzy i populiści wykorzystali różne problemy brytyjskiego społeczeństwa przeciwko Unii Europejskiej. Gdy analizujemy brexit, nie można mieć pretensji do Brukseli, a tylko do Londynu. Grupy niewydarzonych populistycznych polityków zagrały antyunijną kartą i przegrały. Teraz nie wiedzą, co z tym zrobić.
Nawiasem mówiąc okazuje się, że na Wyspach odbędą się wybory do PE, to groteska. Uważam, że liderzy europejscy popełnili błąd przeciągając ten taniec w czasie. 30 marca, zgodnie z pierwotnym kalendarzem, Wielka Brytania powinna być już odcięta. Te wszystkie tańce, fokstroty i kontredanse są już naprawdę tragikomiczne.
Wspólne, europejskie instytucje obronne. W tym zakresie integracja europejska jest dość słaba. Czego by nie mówić, UE nie jest systemem zbiorowego bezpieczeństwa. Ten projekt to uzupełnienie czy alternatywa dla NATO? Czy Europa może taki system zbiorowego bezpieczeństwa zbudować bez Stanów Zjednoczonych?
Te dyskusje trwają od dawna, trwały jeszcze kiedy byłem premierem. Były zawsze dwa główne problemy hamujące inicjatywę w tym względzie. Po pierwsze: czy te nowe siły mają być konkurencyjne czy komplementarne do NATO? Po drugie: jak szeroko ta koncepcja ma obejmować kraje unijne w sytuacji, gdy istnieją kraje, które na pewno się na to nie zgodzą? Z tych powodów ten temat wydaje mi się niemożliwy do zrealizowania w perspektywie najbliższej przyszłości.
Wiadomo, że praca europarlamentarzysty wymaga specjalizacji. A w Pana przypadku to pytanie jeszcze bardziej zasadnicze, bo chociaż eurodeputowani są równi, byłych premierów nie ma wśród nich wielu. Ktoś taki w Parlamencie Europejskim jest niejako predestynowany aby stać się liderem prowadzącym konkretne tematy. W jakich dziedzinach widziałby Pan swoją rolę? W jakich komisjach? Wokół jakich spraw obracają się Pana główne zainteresowania związane z Unią?
Byli premierzy w PE się zdarzają. Nie ma prezydentów, natomiast ministrowie, premierzy – tak. Ja patrzę na mój udział przez pryzmat sytuacji w Wielkopolsce. Zależy mi, żeby moją bytność w Parlamencie Europejskim najlepiej wykorzystać dla regionu w kwestiach takich jak: ochrona zdrowia, problemy infrastruktury drogowo-kolejowej, sprawa konińskiego zagłębia energetycznego – jak rekultywować te tereny, środowisko naturalne, ochrona przed smogiem, problemy rolnictwa. W tych kwestiach chciałbym się ogniskować – we współpracy z samorządem. Jeśli zostanę wybrany, odbędę wizyty we wszystkich samorządach powiatowych i naszkicuję kalendarz współpracy.
Parlament Europejski jest ważną, ciężko pracującą instytucją. Zatrudniająca wielu pracowników, posiadającą fundusze na promocje. Ale w Europie, a zwłaszcza w Polsce, postrzegany jest jedynie jak dom spokojnej, politycznej starości, rozgadane niewiele znaczące ciało. Czemu grono tak znakomitych, doświadczonych ludzi zgromadzonych w PE akceptuje tak kiepską politykę informacyjną?
Mało się wie o Parlamencie Europejskim. Na przykład mało kto wie, że 60 proc. prawa stanowionego przez Sejm i Senat musi być zgodne z dyrektywami i prawem europejskim. Jakość tego prawa ma bezpośredni wpływ na jakość prawa krajowego. Pod rządami obecnej ekipy następuje systematyczne psucie prawa. Jeśli w Sejmie jest permanentny tryb przyspieszonego nocnego tworzenia prawa bez namysłu, to oczywiste, że będzie ono marnej jakości.

Nie przeszkadzać!

Ja tam nie chcę nic mówić, ale – na naszych oczach – właśnie dogasa epoka.
Epoka „kolegów z solidarnościowej piaskownicy”, którzy postanowili pourywać sobie głowy wraz z szyjami i kawałkiem barku. Gdy skończą, na plac boju wkroczą nowi, młodzi, pełni zapału do porządkowania świata – mężczyźni, rzadziej – kobiety. Przy czym, najwytrwalsi z nich, skończą tak jak ci dzisiaj. Okładając się kłonicami.
Kwiat Jednej Nocy żyje przez jedną noc, motylki – kilka dni, a zwarta formacja polityczna tyle co pokolenie – w blasku i bitewnym zgiełku trwa tyle, ile żył Chrystus. Trzydzieści lat z okładem.
I te trzydzieści lat właśnie mija.
Jednego dnia gazeta, co z braku rządowych ogłoszeń, przestała głosić chwalbę samozaradności, widząc przed sobą jeno przepaść, chce, aby elektorat przeciwnika wbił sobie do głowy iż jej lider jest „niebywale bogaty”, tak bogaty, że zbudował w środku stolicy wieżowiec, a zapłacić murarzom nie chce (piszę o przekazie docelowym).
Na to strona rządowa, głosami swych pretorian, zwanych dla niepoznaki dziennikarzami, pozbawia znanego Stefka nazwiska w pełnym brzmieniu, ale i tak wiadomo, że chodzi o osobnika spod znaku: „Szczaw i mirabelki”. Stefek, w zamian za ułatwianie interesów, podobno popadł w grzech rozpusty, pozwalając, aby opłacano jego trudy łóżkiem w kiepskim stanie, z nałożnicami, o których nic nie wiemy, ale się na pewno, jak nie dziś to jutro, dowiemy.
Ba, i żeby to był koniec młócki. Kłopot w tym, że to dopiero pierwsze takty uwertury.
Klasyk gatunku, Leszek Miller, był łaskaw powiedzieć, że prawdziwego mężczyznę poznać po tym, jak kończy, a nie jak zaczyna (budowanie domu? sadzenie drzewa? bo z płodzeniem syna to i sąsiad sobie poradzi).
Mężczyźni z „solidarnościowej piaskownicy” właśnie kończą.
Co robić?
Na poznańskiej Widzie zwykle w takich okolicznościach podpowiadano:
Nie przeszkadzać.

Głos lewicy

Nie rozumiem Barbary Nowackiej

Inicjatywa Polska miała być progresywną siłą lewicową. Dlaczego to się nie udało, o to trzeba liderkę pytać – stwierdził Andrzej Rozenek, komentując informację o przyłączeniu się Inicjatywy Polskiej do Koalicji Obywatelskiej. Kandydat na prezydenta Warszawy, zaznaczył, że nie rozumie działania Barbary Nowackiej.
– Poczekajmy. Aż nie chce mi się wierzyć, że Barbara Nowacka będzie wspólnie z Grzegorzem Schetyną realizować jakiś projekt – ocenił Rozenek.
Polityk potwierdził także w TOK FM, że Sebastian Wierzbicki, przewodniczący SLD w Warszawie, namawia Paulinę Piechnę-Więckiewicz do powrotu.
– Jestem najlepszym dowodem na to, że można wrócić do Sojuszu. Po latach, po różnych zakrętach i wypowiedzianych słowach. Jest się przyjętym w sposób godny i naprawdę umożliwiający działanie – podkreślił polityk. Dodał też, że „SLD się zmieniło i warto wrócić”.
Gość TOK FM stwierdził, że „miejsce na listach pewnie by się znalazło” dla Pauliny Piechny-Więckiewicz. Jest cały czas lewicową działaczką, nie zmieniła swoich poglądów, a ostatnimi dniami dowodzi, że ma naprawdę dużo do powiedzenia w Warszawie – wyjaśniał Andrzej Rozenek.

 

Będzie proces

– Po pierwsze, skandaliczny artykuł. Po drugie, to dobrze, że redaktor naczelny podał się do dymisji i przeproszono. Po trzecie, to dobrze, że pan premier Leszek Miller zdecydował się na proces w tej sprawie – ocenił Włodzimierz Czarzasty skandal z okładką gazety „Fakt”, która ukazała się po tragicznej śmierci syna byłego premiera.
– Wszystko po to, aby „Fakt” oraz inne gazety były mądrzejsze w opisywaniu ludzkiej tragedii – podkreślił przewodniczący Sojuszu na antenie Polsat News.
– Będziemy premiera Millera wspierać, ale to są jego decyzje oraz rodzina, jego prywatna sprawa. Ja jestem do dyspozycji, SLD jest do dyspozycji, ale Leszek Miller będzie decydować w jakim zakresie mamy mu pomóc – poinformował Czarzasty.

Referendum akcesyjne My, socjaliści

W ostatnich dniach b. premier – Leszek Miller przypomniał, że przed 15 laty, 7 i 8 czerwca 2013 roku odbyło się ogólnokrajowe referendum akcesyjne, które zadecydowało o przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej. Podobnie, jak w przypadku Konstytucji 1997 roku, naród suwerennie podjął decyzję, której dziś nikt nie jest w stanie zmienić, obalić… Polacy odpowiadali wówczas „tak” lub „nie” na pytanie: „Czy wyraża Pani / Pan zgodę na przystąpienie Rzeczypospolitej Polskiej do Unii Europejskiej?
Proces integracyjny Polski z Unią Europejską, którego jednym z etapów było przypomniane referendum, rozpoczął się wiele lat wcześniej, szczególnie w polskiej myśli socjalistycznej na emigracji. Trzeba jednak przypomnieć, że socjaliści w swoich dokumentach już w latach 30. przywoływali związki Polski i Polaków z Europą, jej kulturą i tradycją. W 1949 r. powstała Unia Socjalistyczna krajów Europy środkowo­wschodniej, sfederalizowana później z Międzynarodówką Socjalistyczną, której przewodniczącym został Zygmunt Zaremba. Ten znany polityk PPS z okresu przed II wojną światową, związany z emigracyjnym ośrodkiem londyńskim i później paryskim, po rozejściu się w poglądach z Adamem Ciołkoszem, był zwolennikiem federalizacji Europy. W jego nurcie poszukiwań publicystycznych mieściła się idea Stanów Zjednoczonych Europy, jako socjaldemokratycznej siły przełamującej dwubiegunowy podział świata na bloki komunistyczny i kapitalistyczny. Federalizm Zaremby miał charakter internacjonalistyczny nie zaś kosmopolityczny, podmiotem pozostawały narody, a nie abstrakcyjna społeczność międzynarodowa. Można przypuszczać, że poglądy te miały wpływ na późniejszy kształt integracji i są oryginalnym wkładem Polaków w dzisiejszy kształt Unii Europejskiej.
Wracając do referendum w 2008 roku trzeba przypomnieć, że do lokali referendalnych poszło wówczas 17,5 mln Polek i Polaków z czego 77 proc. (13,5 mln.) poparło przystąpienie do UE. Frekwencja była prawie o 9 proc. wyższa ponad niezbędne minimum, co czyniło z referendum akt stanowiący.
Okres poprzedzający głosowanie był niezwykle burzliwy, toczyła się ostra walka polityczna. Wygrała pozytywnie odnosząca się do idei zintegrowanej Europy większość, która po okresie kilkunastoletnich doświadczeń wcale nie maleje. Polacy – jak wspomina Leszek Miller – nie ulegli kampanii strachów i lęków. Wzięli udział w prawdziwie pospolitym ruszeniu na rzecz Polski postępowej, zamożnej, otwartej i tolerancyjnej. Z dwóch czerwcowych dni uczynili ważną datę w swojej historii. Otworzyli wielką inwestycję we własną przyszłość.
Wynik referendum akcesyjnego ma ogromne znaczenie w polskiej tradycji demokratycznej i historii. Wiąże się to z powodu zakresu i formy z jego znaczeniem i powagą. O wejściu Polski do Unii zadecydował cały naród. Dziś nikt w praktyce politycznej i sztywnych zasad polskiego parlamentaryzmu uwarunkowanego zapisami Konstytucji nie jest w stanie kwestionować tej decyzji. Pojawiające się głosy i działania po stronie rządzącej, konserwatywnej prawicy, krytyczne wobec udziału Polski w Unii, są z punktu widzenia praktyki demokratycznego stanowienia prawa w Polsce, bez wartości. Większość Polaków, bez względu na swoją orientację i sympatie polityczne, jest za obecnością w Unii Europejskiej. Decyzje referendum akcesyjnego z 2008 roku może zmienić tylko inne ważne referendum stanowiące. Nie widzę jednak odważnych polityków po prawej stronie, którzy chcieliby je organizować i podjąć ryzyko destabilizacji państwa.
Polska polityka europejska i międzynarodowa wydaje się być dziś efektem przypadków, a nie przemyślanej strategii uwarunkowanej interesem narodowym.
Sam uważam, że wiele w Unii trzeba zmienić, nie do zniesienia wydają się na przykład obyczaje i praktyka biurokracji brukselskiej. Trzeba to jednak robić wspólnie z innymi, suwerennie planując strategię działania.
Mimo wielu powodów do niezadowolenia, podstawowy interes Polski tkwi w dobrych relacjach z demokratyczną Unią.

To już 15 lat!

Mija piętnaście lat od ogólnokrajowego referendum akcesyjnego. W dniach 7 i 8 czerwca 2003 roku Polacy odpowiadali „tak” lub „nie” na pytanie: „Czy wyraża Pani / Pan zgodę na przystąpienie Rzeczypospolitej Polskiej do Unii Europejskiej?”. Aby referendum mogło być wygrane, trzeba było spełnić dwa warunki. Większość głosujących musiała odpowiedzieć „tak”, przy udziale co najmniej połowy uprawnionych do głosowania. I jedno i drugie zostało zrealizowane.

 

Do lokali referendalnych udało się 17,5 mln Polek i Polaków z czego 77 proc. (13,5 mln.) – poparło przystąpienie do UE. Frekwencja była prawie 9 proc. wyższa poza niezbędne minimum, co czyniło z referendum akt stanowiący. Tygodnie poprzedzające głosowanie były widownią ostrej walki politycznej, w której zwłaszcza przeciwnicy akcesji nie przebierali w środkach. Twierdzili, że po wejściu do Unii, Rzeczpospolita straci suwerenność, Polacy przestaną być Polakami i staną się narodem bez własnego państwa. Ostrzegali, że głos za przystąpieniem do europejskiej wspólnoty oznacza utratę Ziem Zachodnich, likwidację rolnictwa i resztek przemysłu, przymusowe odłogowanie uprawnej ziemi. Głosili, że nastąpi legalizacja eutanazji, aborcji i sterylizacji oraz propagowanie zmniejszenia liczby narodzin. Że otworzy się raj dla korupcji, przestępczości i narkomanii. A w ogóle Unia Europejska znaczy tyle co targowica i nowe zniewolenie.

W festiwalu bzdur prym wiedli znani politycy. W debacie sejmowej Antoni Stryjewski oświadczył, że Sejm podejmując decyzję o referendum staje się Sejmem zdrady narodowej. Jan Łopuszański wołał, że jeśli przystąpienie do Unii Europejskiej jest wyrazem patriotyzmu to tylko w takim sensie, w jakim wyrazem patriotyzmu była targowica. Zdzisław Podkański ironizował, że na miejsce sloganu z lat 40-tych „Co to za szkatułka, wrzucasz Mikołajczyka, a wyskakuje Gomułka” powstał nowy „Dwa dni trzeba, żeby wynik ściągnąć z nieba˝. Antoni Macierewicz dedykował posłom i wszystkim zwolennikom Unii fraszkę Stefana Kisielewskiego „Tylko kaczka, głupi ptak, mówi: tak, tak, tak”.

Polacy nie ulegli kampanii strachów i lęków. Wzięli udział w prawdziwie pospolitym ruszeniu na rzecz Polski postępowej, zamożnej, otwartej i tolerancyjnej. Z dwóch czerwcowych dni uczynili ważną datę w swojej historii. Otworzyli wielką inwestycję we własną przyszłość.

Myślę więc jestem – Dziennik Trybuna rozmawia z Leszkiem Millerem

A o panu ciągle głośno. Tym razem zarzucają panu, że zerka pan w stronę Prawa i Sprawiedliwości. Wizyta w TV Republika, komentarze na prawicowych portalach – czy jest coś na rzeczy?

– Zabieram głos przy każdej okazji, uważam bowiem, że lewica powinna być suwerenna i umieć wyrazić swoje zdanie w sposób autonomiczny, nie bacząc, czy to się komuś podoba, czy nie. Moje opinie znajdują potwierdzenie w różnych środowiskach, także w Platformie Obywatelskiej. Kilka dni temu słyszałem, jak pan Grzegorz Schetyna powiedział, że w Polsce nie ma żadnego zamachu stanu, chociaż jeszcze kilka dni temu mówił coś przeciwnego. Ja to mówię od dawna. W Polsce, jak dotąd, były dwa zamachy stanu. W 1919 roku płk. Januszajtisa – to zamach operetkowy, mimo że zamachowcom udało się na krótko aresztować ówczesnego premiera i kilku ministrów, i w 1926 r. – tragiczny zamach stanu Piłsudskiego, który obalił legalny rząd Witosa i pociągnął za sobą ok. 400 ofiar zarówno pośród wojskowych jak i cywilów. Chodzi mi o to, że klasyczna definicja zamachu mówi, że to jest działanie wymierzone w legalny rząd, w legalną władzę. A przecież tą legalną władzą jest PiS – trudno powiedzieć, że PiS dokonuje zamachu na samego siebie.

To jakby pan nazwał to, co się dzieje?

– W Polsce mamy do czynienia z deplatformizacją układu PO-PSL, który od ośmiu lat rządzi krajem, przejął kontrolę nad wszystkimi ogniwami państwa. W poprzedniej kadencji Sejmu, to my – SLD, zwracaliśmy na to wielokrotnie uwagę i to my – SLD, mówiliśmy, że w wielu urzędach centralnych, wojewódzkich, sejmikach, nie można zostać sprzątaczką, jeśli nie ma się legitymacji PSL, czy PO. Teraz PiS, który wygrał wybory, będzie robił wszystko, żeby w miejsce poprzedniej stabilizacji wprowadzić nową, będącą odzwierciedleniem wyniku wyborczego. Tak jest we wszystkich demokracjach.

Trzeba było nie siedzieć w domu, ale iść i głosować. Nie byłoby dziś tego płaczu i chlipania.

– No, właśnie.

Jednak oprócz tej pańskiej zimnej logiki są jeszcze gorące emocje. Także w środowiskach eseldowskich. Ma się mianowicie panu za złe, że tak zdecydowanie i jednoznacznie krytycznie patrzy pan na to, co w każdą sobotę dzieje się na ulicach. Czytam na przykład za portalem „Na Temat”:

[LM] jasno deklaruje, że na marsz KOD-u nie pójdzie, bo to fałsz i hipokryzja, a Platforma odrzucała różne projekty ustaw już w pierwszym czytaniu. (…) Podsumował też, że Trybunał Konstytucyjny, to nie Biblia i całe zamieszanie jest przesadzone

Otóż powiem panu, że w szeregach SLD jest całkiem sporo takich, którym spodobało się, że jest ciepła woda w kranie i są wdzięczni, że do tego kranu zostali dopuszczeni. Nie wszyscy w SLD przyjmują więc pańskie słowa z aprobatą. Wiele głów kiwa się z niedowierzaniem, na wielu twarzach maluje się zdumienie, na niektórych nawet bunt.

– Nie pierwszy raz tak się dzieje. SLD zawsze miał problemy z odrzuceniem skłonności do bycia partią koncesjonowaną. Przypomnę, że wiele, wiele lat temu wpływowe środowiska orzekły, że SLD mniej wolno. Byli i są ludzie, którzy uważają, że rzeczywiście tak jest, i że Sojusz musi zawsze przytulać się do tej części elit, które uważają się za słusznie predysponowane do sprawowania władzy w Polsce. W tej sprawie zawsze miałem inne zdanie. Uważam, że SLD musi mówić własnym głosem i musi mieć dystans zarówno do jednego prawicowego obozu, jak i do drugiego. Ja po prostu uważam, że nikt nie jest wyłączony spod krytyki – również politycy PO i całe to ich środowisko. Jeśli mówią głupstwa, lub mówią rzeczy nieprawdziwe, to trzeba o tym mówić niezależnie od konsekwencji, choćby nawet i przykrych.

Platforma była butna i arogancka, nie powinna się więc dziwić bucie i arogancji PiS?

– Pierwsze demonstracje KOD-u, były zdominowane przez polityków PO i PSL. Oni przemawiali, protestowali przeciwko lekceważeniu głosów obywateli. A ja przecież pamiętam, mam nadzieję, że moi koledzy też – jak próbowaliśmy forsować rozmaite rozwiązania w Sejmie – prospołeczne, probywatelskie…

Na przykład podatek bankowy.

– W pierwszym już czytaniu odrzucony głosami PO i PSL. Na przykład kwestia dotycząca podwyższenia płacy minimalnej, podwyższenia stawki godzinowej. Popieraliśmy projekty obywatelskie dotyczące referendum w sprawie obniżenia wieku emerytalnego. Wszystko było odrzucane w pierwszym czytaniu, bez żadnej dyskusji. Słyszeliśmy pełen szyderstwa głos: wygrajcie wybory, to sobie będziecie to wprowadzać. Nie wygraliśmy, to prawda, ale inni wygrali i oni realizują tę sugestię. Jeśli ja potem na manifestacji KOD widzę tych samych ludzi, którzy dziś mają usta pełne frazesów o demokracji i społeczeństwie obywatelskim, to jaki ja mogę mieć do tego stosunek?

W sobotę odbyły się demonstracje w sprawie wolności słowa. Miałem podobne odczucia widząc panów Kurskiego i Blumsztajna wołających o wolność słowa. Przypominała mi się niesławnej pamięci, akcja „Wyborczej”, znana jako „afera Rywina”. Nikt wtedy nie słyszał jeszcze o „Sowie i Przyjaciołach”, kiedy redaktor naczelny „Gazety” w praktyce zaczął stosować „niekonwencjonalne” metody dziennikarskie. Nie wiem dlaczego, ale pamięć przywoływała też informacje o tym, że „Gazeta Wyborcza” otrzymała od rządu PO-PSL ponad 50 proc. ze 120 milionowej puli wydanej w latach 2004-2012 przez rząd na promocję i reklamę. Na ich miejsce też broniłbym takiej wolności.

– Dwa razy w historii III RP obalono dwa lewicowe rządy za pomocą metod, które w żadnym wypadku nie można uznać za parlamentarne. Obalono dlatego, że w normalny, demokratyczny sposób to by się nie udało. Raz, kiedy zmontowano tzw. „aferę Olina” i dorowadzono do upadku rządu Oleksego i drugi raz, kiedy wymyślono „aferę Rywina”, żeby doprowadzić do upadku mój rząd. Prawica wiedziała, że z nami normalnie się wygrać nie da, więc uciekano się do takich metod. Ludzie SLD też powinni o tym pamiętać.

Ale wracając do rzeczy – oczywiście nie podoba mi się, że minister rządu mianuje szefa publicznej telewizji i radia. Wyobraźmy sobie, że oto jest rok 2003 i minister skarbu, Wisław Kaczmarek, wręcza nominację Robertowi Kwiatkowskiemu na szefa telewizji. To nawet trudno sobie wyobrazić, co by się działo. Ale po 14 latach, ten „obyczaj” jest faktem. To też pokazuje, że w miarę oddalania się od 89 roku wiele dobrych rozwiązań dotyczących demokracji i kontroli Sejmu nad rządem, zostało przez obóz prawicy – mówię tu o PO i o PiS – zglajszachtowanych i wyrzuconych na śmietnik. Zanim w 1993 roku zostałem ministrem pracy, byłem przesłuchiwany przez odpowiednią komisję sejmową. Gdy w 2001 powstawała Komisja do Spraw Służb Specjalnych, to przyjęliśmy zasadę, że jej szefem jest zawsze przedstawiciel opozycji. Kto dziś zawraca sobie takimi „głupstwami” głowę? Widać wyraźnie jak prawica rozstawała się po kolei z tymi dobrymi, pro-demokratycznym zwyczajami. Prawica tylko mówi o demokracji, w praktyce demokracja częściej jej przeszkadza niż pomaga. Apogeum tego trendu politycznego nastąpiło w trakcie ostatniej kadencji, kiedy całkowicie odwrócono zasady relacji między Sejmem a rządem. Zgodnie z Konstytucją, to Sejm sprawuje kontrolne funkcje nad rządem, ale w praktyce to rząd kontrolował Sejm. W imię poprawności politycznej, ja mam teraz o tym wszystkim zapomnieć? No, nie! Trzeba o tym mówić i zachęcam do tego moje koleżanki i kolegów, żeby o tym mówili. Zwłaszcza tych, którzy obserwowali to z bliska. Na przykład tych, którzy pisali liczne protesty w imieniu SLD do szefa telewizji publicznej, czy do szefa Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, wskazujących na to, że różne nasze inicjatywy ważne dla obywateli są systematycznie pomijane. Jak na przykład Sejmiki Kobiet Lewicy, które w opinii ówczesnych redaktorów telewizji publicznej nie zasługiwały na żadne wzmianki. Mamy udawać, że tego nie pamiętamy, że tego nie było? Było!

Są jednak chętni, którzy łatwo puszczają to w niepamięć. Jak skomentować tę przeklętą, istniejącą od ćwierć wieku skłonność lewicy eseldowskiej do łaszenia się do środowisk dawnej Unii Wolności, teraz PO, do kręgów „Gazety Wyborczej” Jak skomentować to wypatrywanie aprobaty i biletu dostępu do kranu z ciepłą wodą?

– Mają koledzy wyraźną skłonność do tego, żeby mieć jakiegoś pana, jakiś ośrodek dyspozycyjny. Co więcej przez te ćwierć wieku wszyscy się do tego przyzwyczaili – i dysponent łask i ten, kto odbiera dyspozycje.

Czyli co – nie taki PiS straszny, a przynajmniej nie tak straszny, jak go Platforma i KOD malują?

– PiS oczywiście zachowuje się nieodpowiednio, podejmując decyzje i finalizując je w nocy, łamiąc regulamin Sejmu, dobre obyczaje itd. Odnoszę wrażenie, że to jest jakaś przemożna potrzeba rewanżu, za to, że ta partia była w ostatnich latach ośmieszana, marginalizowana. No i teraz jest chęć odreagowania, pokazania, kto tu naprawdę rządzi. To oczywiście jest szkodliwe dla państwa, to nie służy polskiej racji stanu. Mam wrażenie, że oni lepiej czują się w opozycji niż będąc władzą. Ale trudno jednak powiedzieć, że żyjemy w państwie totalitarnym. Na razie nie żyjemy. I trzeba się miarkować, trzeba obserwować, bić na alarm, jeśli jest taka potrzeba, ale nie powinno się histeryzować. Bo jeśli dziś używa się słów ostatecznych, to jakich słów trzeba będzie użyć, gdyby sytuacja naprawdę zmierzała w stronę jakiegoś rzeczywistego reżimu. Chodzi o umiar.

Czy nie czuje pan, że składając daninę zdrowemu rozsądkowi nolens volens staje się pan sojusznikiem pani Pawłowicz, pana Piotrowicza, pana Suskiego i innych równie sympatycznych pań i panów z PiS?

– Nie jestem żadnym sojusznikiem kogokolwiek. Jestem sojusznikiem zdrowego rozsądku i polskiej racji stanu. Polska demokracja i jej mechanizmy są zbyt głęboko zakorzenione wśród Polaków i w polskim życiu państwowym, by ktokolwiek mógł je zburzyć. Natomiast jestem przeciw histerii, bo on pcha do działań nieobliczalnych. Dla lewicy, dla nowego kierownictwa SLD, musi być jasne, że SLD powinno być stać na własne zdanie, na wypracowanie swojego punktu widzenia na to, co się dziś dzieje, a nie małpowanie i potarzanie słów i gestów płynących z jednego bądź drugiego obozu. Jeśli SLD nie będzie stać na suwerenne zachowania, to nikomu taka partia nie będzie potrzebna. SLD musi odnaleźć swoją własną narrację, swoje własne oceny i musi się nimi posługiwać. Tu nie ma mowy o żadnych sojuszach, doraźnych, czy długofalowych. Tu chodzi o coś znacznie więcej. Tak na marginesie – SLD tylko raz zawarł sojusz z PiS. Była to koalicja medialna, chodziło o telewizję. Została zawarta wtedy, gdy przewodniczącym SLD był Grzegorz Napieralski, dzisiejszy senator Platformy Obywatelskiej. Wówczas był kandydatem SLD na prezydenta i medialna koalicja z PiS-em pomogła mu w uzyskaniu dobrego wyniku.

Dziękujemy za rozmowę

{loadposition social}
{loadposition zobacz_takze}