UEFA skubie angielskich kibiców

Obecny sezon w europejskim futbolu zwieńczą stuprocentowo angielskie finały pucharowych rozgrywek. W Lidze Mistrzów 1 czerwca w Madrycie zmierzą się FC Liverpool z Tottenhamem Hotspur, a 29 maja w Baku o triumf w Lidze Europy powalczą w derbach Londynu Arsenal i Chelsea.

Kibice wszystkich czterech angielskich finalistów póki co solidarnie protestują przeciwko nieuczciwemu ich zdaniem potraktowaniu przez UEFA. Jako pierwsi europejską federację skrytykowali fani Liverpoolu i Tottenhamu, a powodem ich niezadowolenia była liczba przyznanych im wejściówek. Stadion Wanda Metropolitano w Madrycie, na którym 1 czerwca zostanie rozegrany finał Ligi Mistrzów, może pomieścić 67 tysięcy widzów, tymczasem kibice Liverpoolu i Tottenhamu otrzymali jedynie po 16 tysięcy wejściówek. Reszta wejściówek trafiła do otwartej sprzedaży.

Jeszcze mniej biletów UEFA przyznała fanom finalistów Ligi Europy, bowiem sympatykom Arsenalu i Chelsea wydzieliła zaledwie po sześć tysięcy biletów, chociaż pojemność stadionu w Baku jest zbliżona do pojemności obiektu w Madrycie. Oba angielskie kluby złożyły już wnioski o zwiększenie puli wejściówek.

Niesprawiedliwa dystrybucja biletów to nie jedyny zarzut angielskich kibiców pod adresem UEFA. Mają pretensje także o to, że europejska federacja chce na nich zbyt dużo zarobić. Obie londyńskie drużyny, czyli także ich kibiców, dzieli od Azerbejdżanu prawie 2,5 tysiąca kilometrów, nic zatem dziwnego, że Anglicy krytykują UEFA za wybór organizatora finału. Mają też pretensje o zawyżone ceny noclegów oraz biletów lotniczych. Nawet ci, którzy rezerwacji dokonali dużo wcześniej, są zmuszeni do dokonania dopłat. „UEFA nie szanuje kibiców i jest nastawiona wyłącznie na zysk. Ta sytuacja wymaga zmiany” – piszą angielscy fani. Trudno nie przyznać im racji.

 

Gwiazdor z Korei Płd zachwyca Anglików

Pod nieobecność kontuzjowanego gwiazdora Tottenhamu Harry’ego Kane’a bohaterem kibiców londyńskiej drużyny po dwumeczu w Lidze Mistrzów z Manchesterem City został Koreańczyk Heung-Min Son, który zdobył trzy bramki.

Tottenham w pierwszym meczu z Manchesterem City zdobył zwycięską bramkę na 1:0, zaś w rozegranym w minioną środę rewanżu na stadionie rywali (3:4) zaliczył dwa trafienia. Dokonał tego wyczynu w ciągu trzech minut. Najpierw w 7. minucie strzelił wyrównującego gola na 1:1, a w 10. minucie wyprowadził swój zespół na prowadzenie 2:1. Ostatecznie „Koguty” przegrały na Etihad Stadium 3:4, lecz dzięki korzystniejszemu bilansowi bramkowemu awansowały do półfinału, w którym zmierzą się z Ajaksem Amsterdam.

A niewiele brakowało, by sławiony dzisiaj w londyńskich pubach reprezentant Korei Południowej zamiast walczyć o piłkarską sławę w Lidze Mistrzów, biegał dzisiaj po jakimś wojskowym poligonie w rodzinnym kraju. W Korei Południowej mężczyźni przed ukończeniem 28. roku życia muszą odbyć obowiązkową służbę wojskową, trwającą 21 miesięcy. Wymigać się od niej jest niezwykle trudno, bo władze niechętnie udzielają zwolnień. Jedną z możliwości stworzono sportowcom, warunkiem jednak jest osiągnięcie wybitnych sukcesów. Heung Min-Son spełnił ten warunek „rzutem na taśmę”, bo miał już wezwanie do wojska w ręku, gdy z reprezentacją Korei Południowej zdobywał jesienią ubiegłego roku złoty medal Igrzysk Azjatyckich. Dzięki temu zamiast powędrować w kamasze mógł wrócić do Tottenhamu, ku uciesze trenera londyńskiej drużyny Mauricio Pochettino.

Heung Min-Son jest popularny w swoim kraju, ale coraz głośniej jest o nim także w Wielkiej Brytanii. Kibice cenią Koreańczyka nie tylko za to jak gra w piłkę, ale też za jego optymistyczne podejście do życia. „Mój ojciec, który był moim pierwszym trenerem, powiedział mi kiedyś, że jeśli minę rywala i będę miał czystą pozycję, ale przeciwnik upadnie i dozna kontuzji, to powinienem się zatrzymać i sprawdzić co u niego. Bo jeśli jesteś dobrym piłkarzem, ale nie szanujesz innych, to jesteś nikim” – tak określił swoje podejście do futbolu. Jego mistrz i nauczycie, czyli ojciec, wciąż ma na Heunga wielki wpływ. Oboje jego rodzice mieszkają z nim w Londynie, w jego trzypokojowym mieszkaniu w Hampstead. „Poświęcili dla mnie wiele w życiu, a ja teraz spłacam wobec nich dług i staram się, żeby żyło im się lżej” – przekonuje. Nietypowy z niego gwiazdor, to fakt.

 

UEFA bogata jak nigdy

Na kongresie UEFA w Rzymie wybrano obecnego przewodniczącego tej organizacji Aleksandra Cefferina na kolejną kadencję. Słoweniec był jedynym kandydatem. Dostał pełne poparcie, bo zapełnia kasę jak nikt przed nim.

Podczas kongresu przedstawiono nowy budżet europejskiej federacji na sezon 2019-2020. Jeśli zostanie w pełni zrealizowany, do kasy UEFA wpłynie rekordowa kwota 5,72 miliardów euro. Oznacza to wzrost w porównaniu z budżetem na sezon 2018-2019 o 48 procent. Wpływy w 57 procentach pochodzić będą z rozgrywek klubowych, a w 43 procentach z Euro 2020, które wyjątkowo zorganizowane zostaną w 12 krajach.

UEFA staje się coraz bogatsza głównie dzięki wpływom ze sprzedaży praw telewizyjnych. Stanowią one 73 procent zysków organizacji. Najwięcej pieniędzy zapewniają rozgrywki Ligi Mistrzów. Po obecnym sezonie UEFA otrzyma środki z nowego kontraktu telewizyjnego, który przysporzy jej 2,85 mld euro. Dla porównania, poprzednia umowa gwarantowała piłkarskiemu molochowi 2,13 mld euro. Wpływy ze sprzedaży praw medialnych do Ligi Europy wzrosną symbolicznie. W sezonie 2017-2018 było to 372 mln euro, a w prognozowanym sezonie 2018-2019 UEFA dostanie z tego tytułu 381 mln euro.

Dobre wyniki finansowe europejskiej federacji piłkarskiej to w głównej mierze zasługa sprawnie działającej maszyny urzędniczej, stworzonej i kierowanej przez Aleksandra Cefferina. Dlatego też 51-letni Słoweniec, z zawodu prawnik, w czwartkowych wyborach na prezesa UEFA nie miał żadnego przeciwnika i był jednym kandydatem na to stanowisko. Podobna sytuacja szykuje się też w FIFA, bo obecny przewodniczący Gianni Infantino jest jedynym kandydatem w wyborach.

 

Bundesliga chwali się Lewandowskim

Fot. Robert Lewandowski

 

 

Niemcy mają problem z Robertem Lewandowskim. Jedna media wciąż podważają jego piłkarską wartość, inne na odwrót – chwalą go pod niebiosa.

 

Oficjalna strona internetowa Bundesligi podała ostatnio z dumą wyliczenie, z którego jasno wynika, że Lewandowski jest skuteczniejszy od Cristiano Ronaldo i Leo Messiego. Obliczono, że polski napastnik Bayernu Monachium potrzebuje mniej minut gry na zdobycie gola niż Argentyńczyk i Portugalczyk.

Lewandowski w ostatnich dwóch latach kalendarzowych (2017 i 2018) zdobył 87 bramek w 94 meczach, spędzając na boisku 7759 minut. Średnio na pokonanie bramkarz rywali potrzebował 89 minut. Dla porównania, Messiemu potrzebne było na to 94 minuty (zdobył 93 bramki przebywając na boisku przez 8704 minuty w 104 meczach), zaś Cristiano Ronaldo trafił co 98 minut (82 bramki, 92 mecze, 7940 minuty). „Żaden piłkarz z pięciu najlepszych lig w Europie nie może pochwalić się taką średnią” – podaje portal Bundesligi.

Warto dodać, że „Lewy” w tym sezonie jest pierwszym piłkarzem w Europie, który zdobył więcej niż 20 bramek (ma na koncie dokładnie 22 gole – 10 w Bundeslidze, osiem w Lidze Mistrzów, trzy w Superpucharze Niemiec oraz jedną w Pucharze Niemiec.

 

UEFA nie chce Superligi

Prezydent UEFA Aleksander Ceferin w publicznych wypowiedziach stanowczo sprzeciwia się pomysłowi utworzenia przez najbogatsze europejskie kluby elitarnej Superligi, alternatywy dla Ligi Mistrzów.

 

Plany stworzenia nowych rozgrywek z udziałem 16 najbogatszych europejskich klubów ujawnił portal „Football Leaks”. Okazało się, że pomysł zrodził się podczas tajnego spotkania przedstawicieli siedmiu największych klubów naszego kontynentu – Arsenalu Londyn, Barcelony, Bayernu Monachium, Juventusu Turyn, Manchesteru United, Milanu i Realu Madryt. Akces do grupy założycielskiej Superligi zgłosiły ponadto Chelsea Londyn, FC Liverpool, Manchester City i Paris Saint-Germain. Te jedenaście klubów w założeniu miałoby zagwarantowany udział w rozgrywkach przez dwadzieścia pierwszych sezonów, a stawkę uczestników w pierwszych edycjach uzupełniałyby drużyny Atletico Madryt, Borussii Dortmund, Interu Mediolan, Olympique Marsylia i AS Roma.

Narada odbyła się za plecami UEFA, co rzecz jasna od razu wywołało podejrzenia, że bogate kluby chcą zrealizować swój projekt kosztem Ligi Mistrzów. Nic dziwnego, że pomysł Superligi nie spodobał się w piłkarskim środowisku i jest mocno krytykowany. Wyraz niezadowoleniu dał między innymi prezydent europejskiej federacji Aleksander Ceferin.
„Realizacja tej idei zniszczy futbol. W zamkniętym systemie rozgrywek nie ma miejsca na solidarności i nie będzie mechanizmów stymulujących rozwój futbolu. Na dłuższym dystansie wszyscy przegrają, także kluby deklarujące chęć przystąpienia do Superligi. Dlatego zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby ona nie została powołana do życia” – zapewnił słoweński działacz w wypowiedzi udzielonej tygodnikowi „Kicker”.

 

Polscy sędziowie nie mają wakacji

Szymon Marciniak został wyznaczony na arbitra meczu o Superpuchar Europy Real Madryt – Atletico Madryt. Ale nie tylko on z naszych sędziów ma pracowite wakacje.

 

Daniel Stefański z Bydgoszczy poprowadzi rewanżowy mecz III rundy eliminacji Ligi Mistrzów Dynamo Kijów – Slavia Praga. Spotkanie odbędzie się 14 sierpnia. Asystentami Stefańskiego będą Marcin Boniek (bratanek prezesa PZPN) i Dawid Golis, zaś na sędziego technicznego UEFA wyznaczyła Zbigniewa Dobrynina.

Z kolei arbiter z Lublina Paweł Gil będzie rozjemcą w pierwszym meczu III rundy eliminacji Ligi Europy między RB Lipsk a rumuńskim Universitatea Craiova. Spotkanie odbędzie się 9 sierpnia. Asystentami lubelskiego arbitra będą jego stali współpracownicy – Konrad Sapela i Marcin Borkowski, zaś sędzią technicznym Krzysztof Jakubik.

W III rundzie kwalifikacyjnej Ligi Europy pogwiżdże też warszawski arbiter Paweł Raczkowski, którego UEFA wyznaczyła do poprowadzenia pierwszego meczu między Slovanem Bratysława a Rapidem Wiedeń. Spotkanie odbędzie się 9 sierpnia (początek godz. 21:05). Jego asystentami będą Michał Obukowicz i Radosław Siejka, a sędzią technicznym będzie Tomasz Musiał (syn znakomitego piłkarza z pamiętnej kadry Kazimierza Górskiego).

Natomiast ekipę sędziego Bartosza Frankowskiego czeka wycieczka do Turcji, bo w tym kraju w najbliższy czwartek nasi arbitrzy poprowadzą pierwszy mecz III rundy eliminacji Ligi Europy między Besiktasem Stambuł a austriackim Linzer ASK. Asystentami Frankowskiego będą Marcin Boniek oraz Jakub Winkler, a Zbigniew Dobrynin został wyznaczony na sędziego technicznego. Taka liczna reprezentacja naszych sędziów nie jest jednak efektem ich klasy, tylko raczej wakacyjnych braków kadrowych w UEFA.

 

Legia Warszawa: Pieniądze to jeszcze nie wszystko

Piłkarze Legii po raz drugi z rzędu odpadli w kwalifikacjach Ligi Mistrzów w kompromitującym stylu. Pomysł właściciela klubu Dariusza Mioduskiego, żeby sprawy sportowe oddać w ręce chorwackich trenerów, zakończył się wielką klapą. Nie wypalił też jego plan zastąpienia Chorwatów zwolnioną przez PZPN ekipą Adama Nawałki.

 

Mioduski odniósł sukces w biznesie jako prawa ręka Jana Kulczyka. W Legii już tak dobrze mu się nie powiodło, choć pojawił się w klubie w roli większościowego akcjonariusza (przejął 60 procent udziałów). Po jakimś czasie okazało się, że chociaż dwaj jego wspólnicy, Bogusław Leśnodorski i Maciej Wandzel, mieli razem jedynie 40 procent akcji, to w klubie de facto mieli więcej do powiedzenia od Mioduskiego i bez żenady z tej władzy korzystali.

Dzięki nadzwyczajnemu zbiegowi okoliczności i nieziemskiemu fartowi pod ich rządami Legia zdołała awansować do fazy grupowej Ligi Mistrzów i zarobić dzięki temu gigantyczne jak na realia naszego klubowego futbolu pieniądze, które pozwoliły uzyskać warszawskiemu klubowi finansową przewagę nad krajową konkurencją. Ta przewaga okazała się per saldo iluzoryczna, bo Leśnodorski jako prezes Legii miał nadzwyczaj lekką rękę do wydawania pieniędzy na transfery i pensje zawodników.

 

Słowacy biedniejsi, ale lepsi

Mioduski w końcu pozbył się obu wspólników odkupując ich udziały i stał się jedynym właścicielem Legii, ale w roli wszechwładnego szefa klubu jak na razie kompletnie sobie nie radzi. Na futbolu najwyraźniej się nie zna, a w każdym razie nie na tyle, żeby samemu ocenić czy jakiś trener czy piłkarz będzie wzmocnieniem Legii. Jednym z jego największych błędów było powierzenie zespołu trenerom z Chorwacji – Romeo Jozakowi, a po nim Deanowi Klafuriciowi, zaś rolę dyrektora sportowego ich rodakowi Ivanovi Kepcii.

Chorwackie rządy na beznadziejnie słabą polska ligę jeszcze wystarczyły, bo legioniści zdobyli mistrzostwo i puchar, ale w rywalizacji o awans do Ligi Mistrzów okazali się gorsi od słowackiego Spartaka Trnava, którego trenerem jest wyrzucony za słabe wyniki z Piasta Gliwice Radoslav Latal, a trzon zespołu tworzą zawodnicy, którzy nie przebili się do podstawowych składów drużyn naszej ekstraklasy. Najlepszym komentarzem do tej klęski jest przytaczane z lubością przez słowackie media wyliczenie, z którego wynika, że budżet Legii jest wyższy od budżetu całej słowackiej ligi. To oczywiście nie do końca jest prawdą, ale ładnie brzmi w tytułach.

Trudno jednak zakwestionować oczywiste fakty. Każdy z legionistów w Spartaku Trnava byłby zapewne niekwestionowaną gwiazdą, podczas gdy każdy z graczy zespołu trenera Latala miałby w Legii problem z załapaniem się nawet na ławkę rezerwowych.

 

Najważniejsza jest drużyna

Filarem linii defensywnej Legii jest uczestnik Euro 2016 i mistrzostw świata Michał Pazdan, zaś w Spartaku jego odpowiednikiem jest Boris Godal, który jako zawodnik Zagłębia Lubin zagrał w naszej ekstraklasie ledwie w sześciu meczach. W środku boiska w warszawskim zespole gra inny reprezentant Polski Krzysztof Mączyński, a w Spartaku Erik Grendel, który nie przebił się w Górniku Zabrze. No i wreszcie Legia miała w ataku pozyskanego latem z Wisły Kraków hiszpańskiego król strzelców Lotto Ekstraklasy Carlitosa, natomiast w słowackim zespole jego odpowiednikiem jest Jan Vlasko, odesłany do domu po nieudanym epizodzie Zagłębiu Lubin.

To oczywiście nie oznacza, że słowacki zespół został zbudowany z odrzutów z polskiej ekstraklasy, ale zderzenie tych kilku nazwisk powinno dać do myślenia prezesom i właścicielom polskich klubów, czy na pewno zatrudniani przez za duże pieniądze trenerzy i dyrektorzy sportowi znają się na swoim fachu. Klafurić najwyraźniej zna się słabo, skoro nie potrafił przygotować odpowiednio zespołu do rywalizacji o awans do finansowego raju jakim jest Liga Mistrzów. Jego niekompetencji dowodzi też decyzja o wystawieniu do gry w rewanżu Marko Vesovicia i Domagoja Antolicia, którzy w tym arcyważnym meczu osłabli zespół wylatując z boiska za podejrzanie kretyńskie faule.

Nie ulega wątpliwości, że Legia odpadła w starciu ze Spartakiem tylko dlatego, że Klafurić nie potrafił z grupy piłkarzy jakich miał do dyspozycji stworzyć drużyny. I przegrał, bo jego odpowiednik w słowackim klubie, Radoslav Latal, z przeciętnych graczy taką drużynę zbudował. Europy z nią raczej nie podbije, ale na wyeliminowanie mistrzów Polski sił jej w zupełności starczyło.

 

Koniec tematu Nawałki

Tuż po meczu ze Spartakiem Dariusz Mioduski przed telewizyjnymi kamerami uciął medialne spekulacje na temat zatrudnienia w Legii Adama Nawałki. Wkrótce potem obie strony lekko odsłoniły zaprzyjaźnionym żurnalistom kulisy prowadzonych negocjacji, ale teraz nie ma już w zasadzie żadnego znaczenia, czy to Nawałka odrzucił propozycje właściciela Legii, czy też właściciel Legii uznał oczekiwania byłego selekcjonera za zbyt wygórowane i postanowił poszukać tańszego trenera.
Obojętnie kto ostatecznie przejmie stery na Łazienkowskiej, Legia i tak będzie najpoważniejszym kandydatem do mistrzowskiego tytułu. Cóż jednak z tego, skoro wynika to nie z rosnącej siły stołecznego klubu, lecz wyłącznie ze słabości konkurentów.

Dariusz Mioduski na razie nie ma dobrego pomysłu na zarządzanie klubem i nie ma też dość własnych pieniędzy, żeby na dłuższą metę finansować popełniane błędy. Będzie więc musiał albo sprzedać swoje udziały, albo podzielić się władzą. Inaczej zmuszą go do tego stołeczni kibice…

 

W Legii czekają na Nawałkę?

Trener Legii Dean Klafurić przeżywa trudne dni. Chociaż zespół fatalnie wystartował, to na razie tak naprawdę przegrał tylko walkę o mało ważny Superpuchar. Mimo to media spekulują, że już w środę 1 sierpnia zastąpi go na Łazienkowskiej Adam Nawałka.

 

Niezależnie od wyniku rewanżowego meczu w kwalifikacjach Ligi Mistrzów ze Spartakiem Trnava, Klafurić zostanie w środę zdymisjonowany, a jego miejsce zajmie były selekcjoner reprezentacji Polski Adam Nawałka. Tak przynajmniej twierdzą dziennikarze sportowi „Super Expressu”. Wedle ich relacji prezes stołecznego klubu Dariusz Mioduski chciał zatrudnić Nawałkę zaraz po nieudanych dla naszej reprezentacji mistrzostwach świata, lecz on odmówił zasłaniając się koniecznością wypełnienia do końca kontraktu z PZPN, wygasającego jak się okazało dopiero z końcem lipca tego roku. A środa 1 sierpnia będzie pierwszym dniem, w którym były selekcjoner będzie mógł podjąć pracę w nowym miejscu. Tak się jednak złożyło, że dzień wcześniej legioniści stoczą rewanżowy bój ze słowackim Spartakiem Trnava. W pierwszym meczu u siebie przegrali w fatalnym stylu 0:2 i mało kto daje im szanse na odrobienie strat w rewanżu. Tej opinii nie zmieniło znacząco nawet sobotnie zwycięstwo Legii w Kielcach z Koroną (2:1).

Pod wodzą Klafuricia legioniści w tym sezonie wygrali jeszcze tylko dwa mecze w kwalifikacjach Ligi Mistrzów z półamatorskim Cork City, a trzy spotkania z silniejszymi rywalami przegrali – z Arką Gdynia o Superpuchar, z Zagłębiem Lubin w 1. kolejce ekstraklasy i u siebie ze Spartakiem. I ponoć właśnie ta ostatni porażka miała przesądzić o losie Klafuricia. „SE” podaje, że Nawałka ma zarabiać jako trener Legii co najmniej 350 tysięcy euro rocznie. Jeśli to prawda, w nowej pracy będzie miał lepiej pod tym względem niż w poprzedniej. PZPN wyceniał pracę Nawałki w ostatnich dwóch latach na ćwierć miliona euro rocznie plus premie za wyniki.

Wygrana w Kielcach może jednak tym misternym planie namieszać, bo Spartak nie jest mocniejszą drużyną od Korony, a skoro Klafuriciowi udało się wygrać, to przecież ta sztuka może mu się udać też Trnavie. I co wtedy? Zmienienie trenera, który w końcówce poprzedniego sezonu opanował kryzys w zespole i zdobył z nim podwójną koronę, a teraz mimo słabego początku znów wstąpił na zwycięską ścieżkę, zostanie uznane za błąd. Nawałka może go rzecz jasna szybko przykryć lepszymi wynikami i radykalna poprawą stylu gry zespołu Legii, tylko czy naprawdę jest w stanie tego dokonać?
To jest już jednak zmartwienie Legii. Jej rywale walczą o swoje, a po dwóch pierwszych kolejkach można wnosić, że w tym sezonie o najwyższe laury będzie się bić prowadzone przez Mariusza Lewandowskiego Zagłębie Lubin.

 

W sierpniu będzie już po europejskich pucharach

Wygląda na to, że 26 sierpnia nasze zespoły zakończą tegoroczną przygodę Ligą Europy. Jagiellonia, Lech i Górnik w 3. rundzie mogą trafić na bardzo mocnych rywali.

 

Górnik Zabrze w II rundzie trafił na słowacki AS Trencin i to już może być dla zabrzańskiej drużyny przeszkoda nie do przebycia. Ale gdyby podopieczni Marcina Brosza jednak okazali się w tej konfrontacji lepsi, to w III rundzie trafią na rywala ze znacznie wyższej półki – na czwarty zespół holenderskiej ekstraklasy w poprzednim sezonie Fyenoord Rotterdam.

Jagiellonię Białystok w II rundzie czeka potyczka z portugalskim Rio Ave, co już zapewne okaże się dla wicemistrzów Polski przeszkodą ponad ich możliwości, lecz gdyby jednak jakimś cudem ją przeszli, to w III rundzie na ich drodze stanie KAA Gent, której zawodnikiem od tego lata jest znany z występów w Legii Vadis Odidjia-Ofoe.

Na belgijską drużynę trafi też Lech Poznań, o ile rzecz jasna w II rundzie upora się białoruskim Szachtiorem Soligorsk. Kolejnym przeciwnikiem „Kolejorza” będzie zapewne KRC Genk, który drugiej rundzie eliminacji Ligi Europy rywalizuje z trzecim zespołem ekstraklasy Luksemburga CS Fola Esch i jest murowanym faworytem.

W trzeciej rundzie eliminacji Ligi Europy może też zagrać Legia Warszawa, jeśli w drugiej rundzie eliminacji Ligi Mistrzów odpadnie w rywalizacji ze Spartakiem Trnawa. W Lidze Europy mistrzów Polski czekałoby w tej sytuacji starcie ze zwycięzcą potyczki F91 Dudelange (Luksemburg) – Drita (Kosowo). Natomiast w przypadku awansu do III rundy eliminacji Ligi Mistrzów legioniści trafią albo na Crvenę Zvezdę Belgrad, albo na litewski Suduva Mariampol.

W przeszłości nasze klubowe zespoły z europejskich pucharów odpadały w starciach z rywalami z Macedonii, Mołdawii, Islandii czy Kazachstanu. Lepiej więc się nie nastawiać, że teraz dadzą radę.

 

Peszko popsuł inaugurację ekstraklasy

Koniec wakacji w polskim futbolu klubowym. W miniony weekend rozpoczęły się rozgrywki w trzech najwyższych klasach rozgrywkowych. Największe zainteresowanie rzecz jasna wzbudziła inauguracja zmagań w ekstraklasie.

 

W przededniu rozpoczęcia rozgrywek piłkarska ekstraklasa zyskała nowego sponsora. PKO BP przez trzy lata będzie partnerem głównym rozgrywek, które nadal jednak będą się odbywać pod szyldem należącej do Totalizatora Sportowego marki Lotto. Bank PKP BP zamierza w swoich długofalowych planach współpracy z ekstraklasą wspierać rozwój piłkarskich talentów. „Chcemy angażować się w proces budowy silnej ligi najpopularniejszej w Polsce dyscypliny sportu. Zależy nam na jej rozwoju a przede wszystkim wspieraniu młodych talentów. Będziemy współpracować na wielu płaszczyznach oferując dużą wiedzę ekspercką z zakresu finansów, która powinna przynieść korzyści zarówno klubom, jak i zawodnikom występującym w Ekstraklasie. Podobnie, jak w zachodnich rozgrywkach, Bank uruchomi system emerytalny dla graczy w Polsce. Wspierając Ekstraklasę chcemy być jeszcze bliżej naszych klientów” – zapowiedział w stosownym oświadczeniu prezes PKO BP Zbigniew Jagiełło.

Totalizator Sportowy natomiast przedłużył umowę sponsorską na kolejne trzy lata. Logo rozgrywek z logotypem Lotto pozostanie m.in. na koszulkach piłkarzy oraz w przestrzeni reklamowej wszystkich szesnastu stadionów. Ponadto będzie eksponowany podczas transmisji telewizyjnych z meczów w trakcie całego sezonu, a także za pośrednictwem wszelkich kanałów komunikacji prowadzonych przez kluby i ligę. Lotto jest sponsorem tytularnym Ekstraklasy od dwóch sezonów. W pierwszym sezonie Totalizator Sportowy zapłacił za to ok. 10 mln zł, a w drugim ok. 7 mln zł. Wcześniej przez dwa lata sponsorem rozgrywek była należąca do Totalizatora Sportowego marka Keno. Oprócz umów z tymi dwoma potentatami spółka Ekstraklasa SA może też pochwalić się przedłużeniem umów sponsorskich z wszystkimi dotychczasowymi partnerami. Na stadionach Lotto Ekstraklasy nadal obecne więc będą dwie marki firmy Oshee (Oshee, Combu), Henryk Kania i Aztorin. Dzięki temu budżet sponsorski rozgrywek wzrósł dwukrotnie i wynosi teraz około 30 mln złotych. Pieniądze te zostaną rozdzielone między kluby.

Nie wiadomo jednak jak te środki zostaną spożytkowane. Poziom sportowy naszej ekstraklasy wciąż pozostawia wiele do życzenia, czego dowodem są męczarnie naszych drużyn w kwalifikacjach Ligi Mistrzów (Legii) i Ligi Europy (Lecha i Górnika oraz mierne widowiska zafundowane kibicom w pierwszej kolejce nowego sezonu. Największą sensacją była rzecz jasna porażka na własnym stadionie broniącej mistrzowskiego tytułu Legii z Zagłębiem Lubin (1:3), ale większym echem odbił się brutalny faul piłkarza Lechii Gdańsk Sławomira Peszki na zawodniku Jagiellonii Arvidasie Novikovasie. Bandycki wybryk Peszki popsuł i tak niezbyt udaną inaugurację.