Telewizja Dziewcząt i Chłopców Sentymentalna podróż do krainy dzieciństwa

Jest! Zapowiadana przez nas w ubiegłym roku i oczekiwana przez wielu książka Sławomira W. Malinowskiego o niezapomnianych programach Telewizji Dziewcząt i Chłopców ukazała się w sprzedaży nakładem krakowskiej Oficyny Wydawniczej „Impuls”. Jakby nie patrzeć programy tworzone przez Macieja Zimińskiego, Michała Sumińskiego i Bohdana Sienkiewicza odcisnęły piętno i ukształtowały kilka pokoleń dziewcząt i chłopców. To w „Ekranie z Bratkiem”, „Klubie Pancernych”, „Latającym Holendrze” czy „Zwierzyńcu” – by wymienić zaledwie kilka – dzieci uczyły się zaradności, empatii, miłości do przyrody, działania w grupie, odpowiedzialności i to właśnie te programy kształtowały w dzieciach postawy prospołeczne.

Już od dnia premiery książka Sławomira W. Malinowskiego (objęta patronatem „Trybuny”) została określona mianem niezwykłej. Nie tylko dzięki tytułowi: „Telewizja Dziewcząt i Chłopców (1957-1993). Historia niczym baśń z innego świata”. Ta 358-stronicowa pozycja w twardej, szytej oprawie, na kremowym papierze z bogactwem ilustracji, przywołuje z przeszłości najpiękniejsze programy Telewizji Polskiej oraz akcje w których brały udział miliony dziewcząt i chłopców z całej Polski. W wielu wzbudzi piękne wspomnienia, szczery uśmiech, tęsknotę za minionym dzieciństwem. Ta książka uczy, bawi i… wzrusza. Przepojona jest empatią, szacunkiem do innych, bezinteresownością. Jest wyjątkowa również dlatego, że po brzegi wypełnia ją dziecięca dobroć i piękne uczynki płynące z głębi serca. A to dzisiaj raczej niespotykane.
Prof. Maria Szyszkowska z Uniwersytetu Warszawskiego stwierdziła:
Książka ta oparta o fakty, opatrzona przypisami i bogatą bibliografią jest niewątpliwie dokumentem i zarazem pracą naukową, którą powinni zgłębiać przyszli dziennikarze, jak również pedagodzy i psychologowie oraz socjologowie. Zresztą powinien ją przeczytać każdy, kto głębiej zastanawia się nad życiem.
Jak zaznaczył w swej recenzji prof. Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego z Bydgoszczy dr hab. Przemysław Paweł Grzybowski: Mimo że autor nie jest pedagogiem i nie powołuje się na literaturę pedagogiczną, można uznać jego monografię za jedną z najważniejszych książek pedagogicznych ostatnich lat i polecić jej lekturę nie tylko miłośnikom wspomnień, ale także pedagogom, nauczycielom, studentom, rodzicom i tym wszystkim, którzy poszukują dobrych wzorców edukacji.
I rzeczywiście takimi wzorcami książka jest przepełniona.
Telewizja Dziewcząt i Chłopców kierowała się filozofią swych twórców: Macieja Zimińskiego, Włodzimierza Grzelaka i Jacka Kubskiego. Wszyscy trzej wywodzili się z harcerstwa. Pracowali z młodzieżą, rozumieli dziewczęta i chłopców, potrafili z nimi rozmawiać.
Pomysł swoich programów oparli na nadzwyczaj prostym fundamencie – dzieci należy traktować z szacunkiem, po partnersku, oczywiście jako młodszych, ale przecież kolegów.
Maciej Zimiński zawsze podkreślał:

  • Ale co jest istotne, była to telewizja nie dla dziewcząt i chłopców… tylko ich telewizja. I oni to wiedzieli. A my nigdy nie przekroczyliśmy tej niewidzialnej granicy, traktując naszych widzów jako pełnoprawnych i najważniejszych jej twórców.
    „Telewizja Dziewcząt i Chłopców…” – podkreśla prof. Maria Szyszkowska – powinna stać się wzorem dla dzisiejszych metod edukacyjnych i wychowawczych. Powinno się z tej książki czerpać przykłady kształtowania kolejnego pokolenia. Uczyła ona nie tylko postaw, ale przede wszystkim właściwego wewnętrznego nastawienia do drugiego człowieka, w tym starszego, bezradnego, ubogiego. Istotne jest, że bez moralizowania zachęcała do wyrabiania w sobie bezinteresowności.
    „Niewidzialna Ręka” jedyna i niepowtarzalna akcja telewizyjna w skali świata polegająca na bezinteresownym oraz anonimowym czynieniu dobra. Sztab sugerował: Na szlaku NR możecie wykonać coś dla jednej osoby, a także dla wielu (np. zreperować mostek, zrobić tablicę ogłoszeń przy Gromadzkiej Radzie Narodowej, urządzić kwietnik na podwórku, albo piaskownicę dla małych dzieci). Był wszakże jeden warunek: To, co zrobicie, musi być pożyteczne. Niewidzialni powinni też działać zawsze wtedy, kiedy ktoś potrzebuje ich pomocy.
    I działali. Co istotne to dzieci same decydowały komu i jak pomóc. Naciągali staruszkom wody ze studni, reperowali furtki i płoty, pomagali zwieźć zboże z pola, opiekowali się grobami żołnierzy poległych podczas II wojny światowej, naprawiali inwalidom wózki, nieśli pomoc chorym, wyposażali szkolne gabinety w pomoce naukowe.
    Ale jeden z uczynków był wyjątkowy. Przeszedł do historii i obrósł legendą. Jego bohaterem był jedenastoletni Antek Koszyk z Gorlic.
    Chłopiec zorientował się, że niedaleko, w Zagórzanach, jest Państwowy Dom Dziecka. Stamtąd zaś bardzo blisko, bo o „rzut beretem”, leży Szymbark, wieś, która nie należy do najbiedniejszych. By nie pokazać twarzy, zatelefonował do dyrektora Jana Bochenka i przedstawił się jako „Niewidzialny” o numerze 13128. Czy pan dyrektor zgodzi się, żeby mieszkańcy Szymbarku wzięli dzieci na ferie? – zapytał. – Zgadzam się, ale pod warunkiem, że przyjdą z dowodami osobistymi – padła odpowiedź.
    Napisał listy do mieszkańców Szymbarku prosząc o przyjęcie do rodzinnego grona sieroty z Państwowego Domu Dziecka. Każdy opatrywał własnoręcznym rysunkiem i prostą rymowanką w której słowo „chatka” rymowało się z „matka”.
    Było trzydzieścioro kilkoro dzieci. Przyszło po nie ponad czterdziestu chętnych: Wąsowie, Górscy, Krzemińscy, Cetnarowscy, Tomasikowie… Dzieciary spędziły u nich najpierw wakacje, a później kolejne ferie i święta.
    Włodzimierz Pacek, emerytowany oficer Marynarki Wojennej i handlowej po przeczytaniu książki nie krył wzruszenia: Większą część swojego dorosłego życia spędziłem na morzu, które powinno hartować, kształtować charakter człowieka. Po otrzymaniu tej książki, na chybił trafił, otworzyłem na rozdziale „Niewidzialna Ręka”. Zacząłem czytać na głos, tak aby żona słyszała. Doszedłem do pięknej historii Antka Koszyka. Trzy, cztery zdania i głos zaczął mi drżeć. – Czytaj kochanie dalej – podałem książkę żonie – coś mnie gardło boli. Po kilku zdaniach rozpłakała się na głos.
    Podczas całej telewizyjnej „Niewidzialnej Ręki” rozesłano prawie 2 mln biletów wizytowych, którymi dzieci podpisywały swe dobre uczynki. Biorąc pod uwagę, że za każdym kryła się grupa rówieśnicza licząca przeciętnie od 3 do 5 osób, a niejednokrotnie więcej, w czynienie dobra było zaangażowanych około 8 mln dziewcząt i chłopców. Mówimy jednak tylko o tych, którzy zgłosili się do Sztabu. Drugie, a może nawet trzecie tyle, działało samodzielnie. I też robili piękne rzeczy.
    A „Klub Pancernych”? Kolejna piękna karta w historii Telewizji Polskiej.
    Zabawa w Janka, Gustlika, Grzesia i Olgierda była tylko pretekstem do aktywizowania prospołecznych poczynań maluchów. Jeden z pierwszych rozkazów brzmiał: ocieplamy psie budy na zimę. Dzieci szybko uporały się z zadaniem, i to na piątkę. Założyły „pancerz przeciwmrozowy” na prawie dziewięciu tysiącach psich domków. Meldunki opatrzone były podpisami członków załóg oraz odciskami zwierzęcych łap i łapek. Dzieci miejskie wykonały wiele tysięcy legowisk dla psów domowych, zadbały o czystość psich misek – podkreślał w „Trybunie Mazowieckiej” Tadeusz Jaszczyk. – Batalię, której nie udało się przeprowadzić Towarzystwu Przyjaciół Zwierząt, wygrał „Klub Pancernych”.
    Odszukiwano kombatantów II wojny światowej spisując ich wspomnienia, ustalano datę wyzwolenia rodzinnej miejscowości i opisywano pierwszy dzień wolności, przygotowywano prezenty dla chorych dzieci z sanatoriów, propagowano dbanie o porządek w domu i pomoc rodzicom, zimą oczyszczano chodniki i ścieżki ze śniegu, robiono lodowiska w bezpiecznych miejscach, likwidowano zjazdy i tory saneczkowe kończące się na ulicach, walczono z paleniem papierosów, idt, itd.
    Prof. Przemysław Grzybowski dodaje: Monografia autorstwa Sławomira W. Malinowskiego „Telewizja Dziewcząt i Chłopców (1957–1993). Historia niczym baśń z innego świata”, to książka niezwykła. Mimo że jej tytuł sugeruje kronikarskie opracowanie na temat jednej z redakcji polskiej telewizji publicznej, to w rzeczywistości jest to opowieść (auto) biograficzna. Posiłkując się fragmentami wywiadów, publikacji oraz dokumentów związanych z programami telewizyjnymi i audycjami radiowymi, autor przedstawia okoliczności, w których działania i doświadczenia redaktorów Telewizji Dziewcząt i Chłopców (TDC) wzbogaciły życie tysięcy dzieci i młodzieży, ich rodzin, znajomych, podopiecznych w masowych akcjach. Jest to więc wielobarwna mozaika osobistych historii, podana w formie gawędy, którą charakteryzuje przystępność języka, lekkość stylu i czytelność przykładów.
    Andrzej Starzec, autor i wykonawca tytułowej piosenki „Latającego Holendra” puentuje krótko: Od razu nadałem Sławkowi indiańskie imię Lekkie Pióro. Czyta się to znakomicie.
    „Telewizja Dziewcząt i Chłopców (1957–1993). Historia niczym baśń z innego świata” Sławomira W. Malinowskiego obejmuje swoim zasięgiem niemal cztery dekady historii polskich powojennych mediów – napisała dr hab. Joanna Szydłowska, prof. UWM z Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. – I już tylko dlatego jest pozycją cenną i godną popularyzacji. Autor postawił sobie bardzo ambitny cel. Podjął się komplementarnego opisu pewnego fenomenu kulturowego i medialnego, jakim był blok programów skierowanych do dzieci i młodzieży wyprodukowanych przez Telewizję Polską. Pomysł zrealizowany został ręką dziennikarza i producenta filmowego, członka środowiska, który od wielu lat jest związany z dziennikarstwem prasowym, radiowym i telewizyjnym. I właśnie ta środowiskowa perspektywa nadaje narracji piętna wyjątkowości. Sławomir W. Malinowski zaproponował współczesnemu odbiorcy fascynującą podróż w przeszłość zorientowaną na przywołanie dawno wygaszonych emocji i fascynacji związanych z percepcją komunikatów medialnych młodych ludzi. A to spojrzenie z punktu widzenia odbiorcy uzupełnił perspektywą badacza, rekonstruktora, dokumentalisty. Bezcenne poznawczo są partie, w których autor przywołuje opinie dziennikarzy i osób odpowiedzialnych za emisję programów, w których zdradza się sekrety produkcji, opowiada o warsztacie, zdradza spektakularne „wpadki”. Dostęp do tych wartościowych źródeł mógł mieć tylko człowiek mocno wpisany w środowisko.
    Iluż żeglarzy, kapitanów marynarki handlowej i wojennej oraz ludzi rozumiejących i kochających morze wyszło spod skrzydeł „Latającego Holendra”? Trudno zliczyć. Ale „Latający Holender” był wielką szkoła patriotyzmu opartą na fundamentach sformułowanych jeszcze przez
    gen. Mariusza Zaruskiego. Jednym z jego kapitanów był Adam Jasser i to właśnie on wpadł na pomysł eksperymentu resocjalizacyjnego – rejsów dla wychowanków zakładów poprawczych. Idei przyklasnęło Ministerstwo Oświaty i Wychowania. Chciał dać im szanse. Wierzył w sukces:
    Takiej sprawy nie można przegrać – mówił. – Dwa plus dwa jest cztery. Żaglowiec robi z człowieka człowieka. Nie ja do tego doszedłem. To jest wiadome.
    Dostał dziewięciu frajerów i dziewięciu gitów. Bilans kont z gatunku średnich: uszkodzenie ciała, gwałt, reszta kradzieże. Jasser, mówiąc delikatnie, zadowolony nie był.
    Michał Dąbrowski:
    – Przyjechała grupa chacharów, takich git-ludzi, co to do nich świat należy. Jeden w drugiego hardy, butny, arogancki, bez kija nie podchodź i od razu: on tego nie będzie robił, on tu jest, by wypocząć, a nie zasuwać, to frajerów robota lubi, a on frajerem nie jest.
    Towarzystwo trzeba było okiełznać. Jasser zebrał więc wszystkich na pokładzie i zaczął wyjaśniać podstawowe zasady:
    – Na żaglowcu nie ma niepotrzebnych zakazów. Nie ma także nakazów bez sensu. Jest tylko prawda. To, co pozorne, opada, jak cumy.
    Był pragmatykiem:
    Zakazaliśmy nie tylko gwizdu, ale i grypsery, bo kadra zawodowa jej nie rozumie. Powiedziałem – wy będziecie używać grypsery, my będziemy rozmawiać po angielsku. Musicie się tu zresztą uczyć gorszej grypsery grotbombramsztakseli. Wyjaśniliśmy, że nie interesuje nas, kto jest git, a kto frajer, ale nie będziemy tolerować podziałów, bo wszelki podział na żaglowcu uniemożliwia wykonanie zadania. Na żaglowcu każdy jest wart, ile jest wart naprawdę.

Po kilku dniach chłopcy wykonywali swoje obowiązki bez szemrania, z rzadka tylko coś burczeli pod nosem. Wielu zaczęło się to nawet podobać. Program rejsu był bogaty, co tym ważniejsze, że nikt nie zamierzał ukrywać ich w kubryku.
Kapitan Adam Jasser:
– Obiecaliśmy im, że tylko oni i my wiemy o tym, że są z poprawczaków. Daliśmy im wspaniałe racje żywnościowe. Mieli nawet czekoladę. W portach szli, gdzie kto chciał, i wracali na piętnaście minut przed ustaloną godziną. To było przykre. Byli zbyt potulni.
Tak to wówczas oceniał Jasser. Według mnie, byli, ot tak, po prostu, wdzięczni. Wdzięczni, że wreszcie ktoś dostrzegł w nich nie tylko chłopaków z marginesu, że choć wymagał, to traktował z szacunkiem, że w końcu obdarzył ich zaufaniem i dał im szansę.
Na pożegnanie raz jeszcze kapitan zebrał na pokładzie „Rutka” tych git ludzi i frajerów. Mówił z serca. Mówił, że jest z nich dumny, że jeśli z podobnym zaangażowaniem będą pracowali po wyjściu na wolność, to nie wrócą za kraty, że wszystko jest w ich rękach. Na koniec rzucił hasło: „Trzymajcie kurs chłopcy!”.
Nie zapomnieli swego kapitana.
Wielu z nich, po latach, niekiedy będąc po dwóch piwach, dzwoniło do niego w środku nocy, mówiąc z lekkim wzruszeniem: „Trzymamy kurs, panie kapitanie!”.
Andrzej Superat, jeden z pierwszych załogantów „Latającego Holendra” napisał list do autora książki:
Rzeczywiście tak było i nikt nam tego nie odbierze. Wiesz, jestem pełen uznania dla  Twojej pasji zbierania tych okruchów naszej młodości w pewną całość, dokumentowania czasu który już przeminął a budzący tyle wspomnień i wzruszeń … i tak mi się nasuwa takie porównanie do jeszcze starszych czasów z epoki gdy nie było filmów, radia, telewizji, prasy a jednak byli ludzie którzy z mrówczą cierpliwością spisywali za pomocą gęsiego pióra wydarzenia tamtych czasów by kolejne pokolenia nie zapomniały dziejów naszych praojców, dziejów narodu. Mam oczywiście na myśli kronikarzy. Za jakiś czas ktoś powie: kochani – przyjdźcie  do mnie, pokażę wam kroniki z XX i XXI wieku spisane przez znanego niezłomnego kronikarza Sławka Malinowskiego, ukazującego  jak kształtował się narybek narodu polskiego w zamierzchłym dziwnym czasie  dwudziestego stulecia.
Książka „Telewizja Dziewcząt i Chłopców…” niezwykle rzetelnie, a przy tym w ciepłej, gawędziarskiej formie, opisuje 40 lat programów dla dzieci i młodzieży z okresu PRL. Dostrzegają i doceniają to czytelnicy Prof. Cezary Żekanowski kierownik Pracowni Neurogenetyki Instytutu Medycyny Doświadczalnej i Klinicznej Polskiej Akademii Nauk napisał:
Książka jest wspaniała, pokazuje istotę tamtych – niedalekich przecież – czasów. A co ważniejsze pokazuje projekt szerszy niż TDC, niezrealizowany nigdy do końca i brutalnie przerwany. Doceniany przez młodych – wtedy, a dziś jakże często “wymagający tłumaczenia”, “zastrzeżeń”, ze strony tych samych, podstarzałych odbiorców. W tym kontekście mocno brzmią słowa Artura Barcisia: ”Słuchajcie maluchy, Pankracy zdechł.” Dziś równie profetycznie i złowieszczo, jak “Wielki Pan umarł” Tammuza, za panowania cesarza Tyberiusza…
Jakże inna Pana książka od Wasilewskiego “Niewidzialnej ręki” czy Rosiaka “Biało-czerwonego”, pisanych z nieukrywaną intencją spostponowania okresu Polski Ludowej. Pomijam już nowoczesną manierę pseudo-reportażu, niezrozumiałą dla mnie, wychowanego na “Beethovenie” Georga Marka. Pana książka, dokumentująca i rzetelna – nie zestarzeje się i przeniesie dobrą pamięć oraz empatię w przyszłość. Przeniesie, i pozwoli tej przyszłości zaistnieć.
Raz jeszcze dziękuję i serdecznie pozdrawiam!
I jeszcze raz prof. Maria Szyszkowska:
Wartości, które zaszczepiała Telewizja Dziewcząt i Chłopców są w pełni aktualne z czego zdała sobie sprawę francuska stacja telewizyjna PLANETE. Otóż w 2009 roku Sławomir W. Malinowski zrealizował dla tej stacji dziewięć filmów o najlepszych programach Telewizji Dziewcząt i Chłopców oraz ich twórcach. Należy żałować, że polska telewizja nie poszła tym tropem. Zwłaszcza, że Telewizja Dziewcząt i Chłopców wyrabiała patriotyzm pojęty jako służba wobec ojczyzny. Sławomir W. Malinowski wykazał więc faktyczną możliwość pozytywnego oddziaływania telewizji.
Na zakończenie chcę podkreślić talent literacki Autora i bogatą, piękną, rzadko dziś spotykaną polszczyznę, którą się posługuje.
Red. Maciej Zimiński, twórca Telewizji Dziewcząt i Chłopców, po obejrzeniu filmów Sławomira W. Malinowskiego o TDC napisał:
…to fenomenalna dokumentacja dwóch rzeczy: po pierwsze, że tak było, a po drugie, że tak można robić telewizję dla ludzi młodych, a nie spychać ich w świat reklam i filmów niekoniecznie wychowujących. Pokazałem niedawno mojemu przyjacielowi, równolatkowi, również jak ja staruchowi film o „Niewidzialnej Ręce”. On obejrzawszy zatelefonował do mnie i powiada: „.. Maciek, tego nikt nie zrozumie, to jest bajka Andersena, to jest w ogóle z innego świata, to jest dzisiaj niemożliwe!” A dlaczego jest niemożliwe? – to już nie mnie sądzić. Nie ja zmieniam świat. Ja kiedyś ten świat, mówiąc nieskromnie, współtworzyłem z naszymi widzami. Ówczesny świat wspólnoty, świat kształtowania dobra, świat służenia innym… to było nasze główne zadanie. Ale także staraliśmy się różnymi sposobami wzbogacać o nim wiedzę dzieci.
To (książka) o tym, że można być dobrym człowiekiem, że TV może wpływać na to by ludzie byli lepsi, żeby przypomnieli sobie takie magiczne słowa jak: proszę, przepraszam, dziękuję.
Jakże by to było piękne…
Cóż nam pozostaje na zakończenie? Zachęcić Państwa do sięgnięcia po tę książkę, by wyruszyć w podróż do krainy mądrej telewizji i pięknego dzieciństwa. Sławomir W. Malinowski we wstępie do „Telewizji Dziewcząt i Chłopców (1957-1993). Historia niczym baśń z innego świata” napisał:
Drogi Czytelniku, wybacz brak skromności, ale dla wielu – być może, i dla Ciebie – będzie to książka niezwykła. Nie tylko dlatego, że dzięki niej wyruszysz w podróż do krainy dzieciństwa. Również nie dlatego, że przeczytasz o jednej z najpiękniejszych kart Telewizji Polskiej; i nie tylko dlatego, że po brzegi wypełniona jest dobrocią, przyjaźnią i szacunkiem do innych. Po prostu w tej książce odnajdziesz siebie, swoich rodziców lub dziadków. Odnajdziesz brata lub siostrę, kolegę z bloku, koleżankę z podwórka, kumpli z klasy czy sympatię z wakacji. Właśnie dlatego. Bo to książka o Tobie.
„Telewizji Dziewcząt i Chłopców (1957-1993). Historia niczym baśń z innego świata”
Wydanie I, Kraków 2020
Format B5
Objętość 358 stron
Oprawa twarda, szyta

Książka do nabycia wyłącznie w sprzedaży bezpośredniej. Można ją zamówić na stronie www.impulsoficyna.com.pl; telefonicznie +48 12 422 41 80 / 506 624 220 lub
e-maile’em: impuls@impulsoficyna.com.pl

Niech powrócą wspomnienia (8)

Powstaje książka o Telewizji Dziewcząt i Chłopców! Zanim się ukaże prezentujemy Czytelnikom jej fragmenty. Dzisiaj przypominamy twórcę TDC – Macieja Zimińskiego.

Maciej Zimiński był chłopakiem z Woli. Z warszawskiej Woli. Zawsze podkreślał, że mówiąc o sobie najchętniej by opowiadał o szczęściu i przypadku, bo obie te rzeczy przez całe życie mu towarzyszyły. Szczęście zwykle pozytywnie, natomiast przypadki bywały także i w ciemnych barwach.
W wieku 7 lat wyjechał z rodzicami do Wilna, albowiem jego tata awansował na szefa nowego wileńskiego oddziału „Naszej Księgarni”.
W Wilnie Maciej rozpoczął edukację, a że był nad wiek oczytany i jego wiedza daleko wykraczała poza pierwszy oddział, więc od razu poszedł do klasy drugiej. Nauka szła mu dobrze, ze zdrowiem znacznie gorzej. W lutym 1938 zachorował na szkarlatynę. Była to wówczas bardzo ciężka choroba.
„Moja mama, jak to dobra, kochająca mama, nie oszczędzając się, pielęgnowała mnie – wspomina. – W rezultacie sama się rozchorowała na płuca i w końcu kwietnia ’38 zmarła. W czerwcu 1939 wróciliśmy z tatą do Warszawy”.
Wybuch wojny i niemiecka okupacja nie przerwała edukacji Macieja.
„To świadectwo ukończenia klasy 7 opatrzone datą 1944. Mam na nim wszystkie oceny bardzo dobre. Faktycznie jednak 7 klasę ukończyłem w roku 1943. Cenzurkę mi wręczono po czym zabrano i zakomunikowano: zostajesz na drugi rok! No, skoro tak zdecydowano, to we wrześniu stawiłem się na lekcje. Jak przystało, wręczono mi legitymację uczniowską i… zakazano pokazywania się w szkole. Cały trick polegał bowiem na tym, żeby fikcyjnie uczynić ze mnie jeszcze przez rok ucznia, bo to dawało pewną ochronę przed mało przyjaznymi władzami niemieckimi”.
Któregoś dnia, pod wpływem kolegów, którzy namawiali go aby wstąpił do Zawiszaków, czyli najmłodszej grupy konspiracyjnego harcerstwa, poszedł do swego nauczyciela zwierzyć się i zapytać o radę.
„Wiesz co – powiedział Maćkowi – nie wstępuj do Zawiszaków, będziesz żołnierzem w naszym batalionie. I tak mając lat 13 i pół zostałem, no chyba muszę powiedzieć to w cudzysłowie, „żołnierzem” batalionu Armii Krajowej Kiliński”.
28 lipca ‘44 w gmachu szkoły przy ulicy Miedzianej 8 wziął udział w zgrupowaniu kompani. Ostatnim przed wybuchem powstania.
„To był piątek – wspomina – a w sobotę wraz z tatą, który też miał swoje kontakty i wiedział, że powstanie wybuchnie lada dzień, pojechaliśmy do Józefowa pożegnać się z bliskimi. Nazajutrz mieliśmy wracać do Warszawy. Tymczasem w niedzielę o 6 rano byliśmy już wyzwoleni i owego 30 lipca ‘44 z dwoma kolegami wieszaliśmy na stacji Józefów biało-czerwoną flagę.
Słowo szczęście może zabrzmi tutaj dla kogoś mało elegancko – dodaje – ale dla mnie cudownie, bo całe powstanie spędziłem poza Warszawą. Może dzięki temu siedzę tu Sławeczku z tobą i mogę opowiedzieć o tamtych dniach. Moi koledzy z plutonu, najbliżsi przyjaciele, nie mieli tyle szczęścia. Zginęli w domu Marszałkowska róg Siennej na który spadła bomba”.
W końcu stycznia ‘45 roku razem z ojcem, przez skutą lodem Wisłę, dotarł do Warszawy. Widok, jaki ukazał się ich oczom, był przerażający. Nie było miasta, nie było ich domu, ale dziwnym trafem przy Mokotowskiej ocalała księgarnia jego taty. Tam się zatrzymali. Ojciec cudem zdobył żelazny piecyk, zwany kozą. Na szczęście za kontuarami zachował się fragment drewnianej podłogi, więc urządzili sobie na nim legowisko.
Wiosną ‘45 zobaczył na murze jakiejś kamienicy napisane ręcznie ogłoszenie, że przy ulicy Rakowieckiej 23 wznawia działalność Gimnazjum i Liceum Rejtana. Pobiegł tam szybciutko, by wpisać się na listę uczniów.
„To zabrzmi dzisiaj zabawnie, ale warunkiem przyjęcia do gimnazjum było przyniesienie własnego krzesełka! Właśnie krzesełka, bo w szkole nie było żadnych mebli – wspomina. – Przed wojną faktycznie mieścił się tam Rejtan, lecz w czasie okupacji działały w tym budynku niemieckie zakłady wyrobów skórzanych. Przez pierwsze tygodnie mieliśmy wielkie sprzątanie: wynoszenie ścinków, wstawianie okien, kitowanie szyb, słowem – przygotowania do rozpoczęcia lekcji”.
Wkrótce z kolegami reaktywował słynną „Czarną Jedynkę” – pierwszą warszawską drużynę harcerską. Maciejowi powierzono funkcję sekretarza.
„Załatwiałem formalności z wręczeniem krzyży harcerskich i przez zupełny przypadek, bo nie ma w tym żadnej mojej zasługi, zostałem posiadaczem, co jest uwidocznione w książeczce służbowej, odznaki serii pierwszej numer pierwszy z roku 1945. Całkowicie żartem mogę więc powiedzieć, że jestem pierwszym powojennym harcerzem” – mówi.
Po maturze zdał egzaminy do Szkoły Głównej Handlowej, przemianowaną później na Szkołę Główną Planowania i Statystyki, tak więc, chcąc nie chcąc, skończył SGPiS.
„Moją specjalizacją była organizacja i technika handlu – dodaje. – Czyli mógłbym zostać ekspedientem w sklepie. Ale równocześnie zacząłem studiować dziennikarstwo. Najpierw w Akademii Nauk Politycznych, bo tam było Studium Dziennikarskie, potem na Uniwersytecie. W 1952 roku zostałem absolwentem do kwadratu: i SGPiS-u i Uniwersytetu Warszawskiego”.
Pamiętajmy, że były to czasy, gdy absolwentom wyższych uczelni wręczano nakazy pracy. Maciej czynił usilne zabiegi, aby dostać skierowanie do „Naszej Księgarni”, z którą współpracował od 1949 roku, ale początkowo nie układało się po jego myśli. Otrzymał przydział do Referatu Prasowego Ministerstwa Szkół Wyższych. Wybronił się jakoś i ostatecznie trafił do upragnionego wydawnictwa:
„Gdy przyniosłem nakaz pracy, trzeba było rozwiązać ze mną wcześniej podpisaną umowę. Traf chciał, że na Placu Unii spotkałem kolegę, który był zastępcą naczelnego redaktora „Świata Młodych”. Zapytał: Maciek, czy nie przyszedłbyś do nas do pracy? Ja, wykorzystując chytrze, ale może nie całkiem zgodnie z prawem fakt, że dostałem już wypowiedzenie, a nakaz jeszcze nie zaczął obowiązywać, uciekłem do tej harcerskiej gazety”.
I tak jesienią 1952 Maciej Zimiński z dwoma dyplomami w kieszeni – organizacji i techniki handlu oraz dziennikarstwa – rozpoczął pracę w „Świecie Młodych”. Pasja i talent pozwoliły mu szybko awansować. Został sekretarzem redakcji. Był lubiany przez koleżanki i kolegów. Potwierdza to Stanisław Borowiecki, który pod jego okiem stawiał pierwsze dziennikarskie kroki:
„Maciek był dla nas i kolegą i autorytetem. Czuliśmy przed nim respekt. Gdy nie wiedzieliśmy jak ugryźć temat, on zaledwie dwoma, trzema słowami naprowadzał na właściwy tor. Naprawdę szkoda, że odszedł do telewizji, bo był dla „Świata Młodych” cennym nabytkiem z olbrzymim workiem fantastycznych pomysłów, a także jednym z filarów redakcji”.
W 1964 znowu dały o sobie znać: przypadek i szczęście. Tym razem uosabiał je Włodek Grzelak, kolega Macieja, który w telewizji piastował funkcję szefa programów dla dzieci:
„Włodek najzwyczajniej w świecie wziął mnie za rękę i sprowadził na Plac Powstańców” – wspomina.
W tym samym czasie rozpoczęła tam pracę Zofia Chećko:
„Stanowili zgraną ekipę. Mieli wspólne poglądy na wychowanie, na kształtowanie postaw z tym, że Maciej wyróżniał się umiejętnością przełożenia tej całej ideologii na konkretny program.
Pierwszą i najważniejszą zasadą jaką wprowadził był szacunek do widza oraz traktowanie go bardzo serio.
„Rzeczywiście – przyznaje Zofia Chećko – dbał, abyśmy rozmawiając z dziećmi nie kucali i nie szczebiotali”.
Był wulkanem pomysłów. Wymyślił „Ekran z Bratkiem”, wymyślił „Teleranek”, wymyślił „Zwierzyniec”, wymyślił „Teleferie”, wymyślił „Ligę Entuzjastów Wakacji” i wiele innych. Te programy tworzyły całą instytucję, którą była Telewizja Dziewcząt i Chłopców. Oprócz tego funkcjonowała jeszcze Telewizja Najmłodszych i Telewizja Młodych w ramach jednej wielkiej Naczelnej Redakcji Programów Dziecięcych i Młodzieżowych.
„Była jedna zasada, wręcz świętość, której musieliśmy się twardo trzymać – podkreśla red. Zofia Chećko. Nasz widz miał być wychowywany na człowieka aktywnego, odpowiedzialnego i pomysłowego. Zdarzało się, że szef przyjmując ode mnie scenariusz pytał: no dobrze, ale co widz z tego będzie miał? Czy on się czegoś nauczy, czy on się czegoś niezwykłego dowie? Trzeba się było starać”.

Książka o programach Telewizji Dziewcząt i Chłopców oraz jest już napisana. Jej autorem jest Sławomir W. Malinowski, dziennikarz, autor kilku książek o tematyce społeczno-politycznej i kilkudziesięciu filmów dokumentalnych, między innymi cyklu „Śladami Arkadego Fiedlera” z niezapomnianym „Dywizjonem 303”. To prawie czterysta stron maszynopisu, faktów, zdjęć, wzruszających wspomnień, anegdot i telewizyjnej kuchni, która stała się udziałem wielu z nas. Zwracamy się do Państwa o wsparcie jej wydania. Możecie to uczynić na portalu zrzutka.pl/tdc lub tradycyjnym przelewem na konto nr: 31 1750 1312 6889 3991 0275 1372; odbiorca: Zrzutka.pl sp. z o. o.; adres: al. Karkonoska 59; 53-015 Wrocław; wpłata na: wydanie książki o Telewizji Dziewcząt i Chłopców. Naszym pragnieniem jest aby książka ukazała się w sprzedaży jeszcze w tym roku. Liczy się każdy gest. Dziękujemy.

Niech powrócą wspomnienia (7)

Powstaje książka o Telewizji Dziewcząt i Chłopców! Zanim się ukaże prezentujemy Czytelnikom jej fragmenty.
Dzisiaj przypominamy „Piątek z Pankracym”.

Pierwszy odcinek „Piątku z Pankracym” nadano w marcu 1978. „Piątku…”, ponieważ był emitowany w każdy piątek o godz. 16.30. Wszystko działo się w pokoju Pankracego. Stało tam pianino, fotel i duża czarodziejska trąba. Odzywała się co jakiś czas przypominając, że pora na piosenkę. Nad pianinem wisiał portrecik kota, do którego Pankracy od czasu do czasu warczał. Wówczas Pan tłumaczył mu, że kotki są również bardzo sympatycznymi zwierzętami i na ich widok dobrze wychowanemu psu, bardziej od warczenia, przystoi przyjacielskie machanie ogonkiem.
„Formuła programu była oparta na dialogach aktora z psem” – Maciej Zimiński, który wymyślił „Pankracego” i był autorem programu, poruszał lalką psa wyciągniętą z walizki stojącej pod biurkiem, a pyszczek Pankracego naśladuje jego słowa – w którego, od pierwszego do ostatniego odcinka, wcielał się wspaniały Hubert Antoszewski.
Pankracy rozdziawia mordkę w uśmiechu.
Wełniany psiak zawładnął wyobraźnią maluchów, a one pokochały go bezwarunkowo swymi małymi serduszkami. Ten pełen ironii zwierzak z nietypowym poczuciem humoru był ich przyjacielem, doradcą, towarzyszem zabaw. Dzieci pisały do niego listy dzieląc się swymi troskami i radościami, a Pankracy zawsze na nie reagował wyciągając do nich swą życzliwą kudłatą łapę. Stąd i takie wyznania…
„Kochany Pankracku – pisała Jola z I b – oglądam cię w każdy piątek. Kocham cię z całego mojego serduszka”.
Mama Sary nie kryła uczuć córeczki:
„Panie Arturze i ty Pankracku! Moja córeczka Sara, gdy tylko pojawicie się na ekranie, całuje Was i przytula swą buzię do szklanego ekranu. Po tym przywitaniu szybciutko siada na moje kolana i razem oglądamy ten najlepszy z programów dla dzieci. Dziś po spotkaniu z Wami postanowiła Was narysować. Jej praca bardzo mi się spodobała. Postanowiłam ją Wam przesłać. Pozdrawiamy Was serdecznie! P.S. Myślę, że jesteście nią zachwyceni. Sara ma dokładnie 3 lata i 3 miesiące”.
Nie zachowały się pierwsze założenia programowe „Piątku z Pankracym”. Lecz na podstawie sporządzonych przez Macieja Zimińskiego planów realizacyjnych sezonu 1988/1989, które określały, że: „celem programu będzie rozwijanie wątków wychowawczych…” można je w całości odtworzyć. Skupiały się głównie wokół: „umacniania więzi rodzinnych ze szczególną ekspozycją stosunku do babci i dziadka; budzenie ambicji dzieci wokół ich samodzielności w domu (samoobsługa i prosta pomoc innym); rozwijanie wyobraźni twórczej w formie inspirowania przez program pisania i rysowania prostych książeczek dla Pankracego; inspirowanie społecznego stosunku do wspólnego podwórka” oraz „tworzenie właściwego stosunku do zwierząt domowych / także wiejskich”.
Każdy „Piątek z Pankracym” rozpoczynał się od piosenki „Łapy, łapy, cztery łapy” napisanej przez Macieja Zimińskiego. Prosty, niezwykle ciepły tekst w połączeniu z wesołą muzyką, zrobił z niej dziecięcy przebój.
A szło to tak:
Poprzez miedze,
Poprzez łąki,
Poprzez leśne ścieżki wąskie
Cztery łapy psa unoszą w świat!
Łapy, łapy,
Cztery łapy,
A na łapach
Pies kudłaty –
Kto dogoni psa?
Może ty… Może ty…
Może jednak ja?
Pankracy wymyślał coraz to nowsze zabawy. Na przykład zaproponował, by wszystkie zwierzęta oglądające program, napisały o swoich „paniach” i „panach”.
W archiwum Pana Macieja zachował się list od „konia”:
„Pankracku, tylu masz znajomych, powiedz im proszę, że nie tylko psy są przyjaciółmi człowieka, ale i my, konie od wieków towarzyszymy mu w pracy, odpoczynku, sporcie, że zawsze jesteśmy wierne, chętne do pracy, przywiązane do ludzi, tylko trzeba nas traktować delikatnie. Niektórzy ludzie postępują z nami brutalnie, zamiast wytłumaczyć, czego od nas wymagają, biją, często bardzo źle nas traktują, a wtedy nic dziwnego, że stajemy się nerwowe i narowiste.
Wiem, że Ty potrafisz stanąć w naszej obronie, tak, jak to robisz w obronie psów i nauczysz dzieci, jak należy z nami postępować, żeby ludzie zawsze mogli polegać na swych koniach, a konie ufać swym właścicielom”.
W programie oprócz Pankracego oraz jego Pana, brały udział także postacie, których nie było widać, tak zwane osoby dramatu. Była Pani Babcia Sąsiadka, był Pan Dziadek Podwórkowy oraz dwoje dzieci: Kuba i Zuzia.
Kiedyś twórcom programu przyszło do głowy, że Pani Babci trzeba na gwiazdkę przygotować jakiś prezent. No i zaczęły nadchodzić paczki zabawek na choinkę, kartony wypełnione rysunkami i wylepiankami z plasteliny.
Jedna z góralskich szkół nadesłała kilkadziesiąt par wełnianych rękawiczek, szaliki i futrzane czapki.
Maciej Zimiński:
„Zawieźliśmy je do domu pogodnej starości w prezencie gwiazdkowym od naszych kochanych dzieciarów. Potem o wszystkim opowiedzieliśmy w programie, aby były dumne, iż komuś zrobiły przyjemność, wywołały uśmiech i wzruszenie.
Miała tam miejsce zabawna historia. Jej bohaterem był oczywiście Pankracy. Kłapał pyszczkiem opowiadając o kulisach realizacji programu, otrzymywanych listach oraz podwórkowym życiu.
W pewnej chwili wstała siedząca w pierwszym rzędzie starsza pani:
– Bardzo przepraszam – powiedziała – ale muszę na moment wyjść do pokoju po swego kota, bo chcę żeby też zobaczył Pankracego.
Po chwili wróciła, położyła go sobie na kolanach i oboje, jak zaczarowani, do końca wpatrywali się w naszego psiaka”.
Wspomnienia byłych widzów „Piątku z Pankracym” przepełnione są ciepłem, radością, serdecznością, zwykłym ludzkim dobrem, które niósł i propagował program Macieja Zimińskiego. Rzecz niezwykła, bowiem magazyn pełen był przecież różnych treści pedagogiczno-edukacyjnych. Jakże więc mądrze był redagowany i realizowany, skoro dzieci uznawały to za dobrą zabawę: rozmowę z przyjacielem, ciekawą przygodę, a nie obowiązkową i nudną naukę.
„…realizując hasło programowe „zdrowie” – podjęto akcję inspirującą ćwiczenie stóp przeciw płaskostopiu. Formą akcji było zbieranie rysunków, rysowanych „lewą nogą”. Szło o ćwiczenie stóp w trakcie rysowania. Wpłynęło około 12 tys. rysunków. Wpłynęły listy od przedszkolanek z podziękowaniem za pomoc w realizacji gimnastyki korekcyjnej, która stała się bardziej atrakcyjna”.
Na tym jednak nie poprzestano:
„… po udanej zabawie w rysowanie lewą nogą przygotowujemy zabawę w prostowanie kręgosłupa. Medyczny konsultant programu przygotowuje nam zestaw ćwiczeń, które wprowadzimy do programu, a także wydrukowane będą w Okienku”.
Dzieci niezwykle poważnie podchodziły do programu, darząc Pankracego wielkim zaufaniem. Często traktowały go jak najbliższego przyjaciela, powiernika, bratnią duszę, która ze zrozumieniem wysłucha i ukoi zranione uczucia. Pewna dziewczynka napisała:
„Mam 11 lat i chodzę do V klasy Szkoły Podstawowej nr 50 w Bydgoszczy. Kilka dni temu zachorowałam. Miałam silny katar i kaszel, nie mogłam wychodzić z łóżka. Było mi bardzo smutno i nudziłam się okropnie. Oczekiwałam przyjaciółki, która miała mi przynieść zeszyty szkolne. Na próżno jednak czekałam. Nie mam na myśli, aby przychodziła do mnie codziennie i przynosiła podarki, ale żeby posiedziała chwilę, pobawiła się, porozmawiała. Bo jednak, gdy człowiek jest sam odsunięty od innych, nawet wizyta człowieka niezbyt lubianego jest dla niego radością”.
Jedenastoletnia Hania na tym jednak listu nie zakończyła. Dalsza część świadczy o dojrzałości dziewczynki, a całość o zaufaniem jakim obdarzała twórców programu:
„Są dzieci, które myślą, że przyjaciel bądź przyjaciółka powinna być bogata, niegruba, bez piegów i bez okularów. Właśnie nie w tym rzecz. Na człowieka powinno się patrzeć z innej strony, nie jak wygląda lecz jaki ma charakter. Może ktoś być gruby, a koleżeński, dobry i wierny. Może po przeczytaniu tego listu wiele dzieci zastanowi się nad tym, jaki – jego zdaniem – jest prawdziwy przyjaciel”.
I taki był ukochany psiak Pankracy. Takimi też byli niezapomniani twórcy programu, pośród wielu innych: Maciej Zimiński, Hubert Antoszewski, Zygmunt Kęstowicz i Artur Barciś.

Książka o programach Telewizji Dziewcząt i Chłopców oraz jest już napisana. Jej autorem jest Sławomir W. Malinowski, dziennikarz, autor kilku książek o tematyce społeczno-politycznej i kilkudziesięciu filmów dokumentalnych, między innymi cyklu „Śladami Arkadego Fiedlera” z niezapomnianym „Dywizjonem 303”. To prawie czterysta stron maszynopisu, faktów, zdjęć, wzruszających wspomnień, anegdot i telewizyjnej kuchni, która stała się udziałem wielu z nas. Zwracamy się do Państwa o wsparcie jej wydania. Możecie to uczynić na portalu zrzutka.pl/tdc lub tradycyjnym przelewem na konto nr: 31 1750 1312 6889 3991 0275 1372; odbiorca: Zrzutka.pl sp. z o. o.; adres: al. Karkonoska 59; 53-015 Wrocław; wpłata na: wydanie książki o Telewizji Dziewcząt i Chłopców. Naszym pragnieniem jest aby książka ukazała się w sprzedaży jeszcze w tym roku. Liczy się każdy gest. Dziękujemy.