Niech powrócą wspomnienia (8)

Powstaje książka o Telewizji Dziewcząt i Chłopców! Zanim się ukaże prezentujemy Czytelnikom jej fragmenty. Dzisiaj przypominamy twórcę TDC – Macieja Zimińskiego.

Maciej Zimiński był chłopakiem z Woli. Z warszawskiej Woli. Zawsze podkreślał, że mówiąc o sobie najchętniej by opowiadał o szczęściu i przypadku, bo obie te rzeczy przez całe życie mu towarzyszyły. Szczęście zwykle pozytywnie, natomiast przypadki bywały także i w ciemnych barwach.
W wieku 7 lat wyjechał z rodzicami do Wilna, albowiem jego tata awansował na szefa nowego wileńskiego oddziału „Naszej Księgarni”.
W Wilnie Maciej rozpoczął edukację, a że był nad wiek oczytany i jego wiedza daleko wykraczała poza pierwszy oddział, więc od razu poszedł do klasy drugiej. Nauka szła mu dobrze, ze zdrowiem znacznie gorzej. W lutym 1938 zachorował na szkarlatynę. Była to wówczas bardzo ciężka choroba.
„Moja mama, jak to dobra, kochająca mama, nie oszczędzając się, pielęgnowała mnie – wspomina. – W rezultacie sama się rozchorowała na płuca i w końcu kwietnia ’38 zmarła. W czerwcu 1939 wróciliśmy z tatą do Warszawy”.
Wybuch wojny i niemiecka okupacja nie przerwała edukacji Macieja.
„To świadectwo ukończenia klasy 7 opatrzone datą 1944. Mam na nim wszystkie oceny bardzo dobre. Faktycznie jednak 7 klasę ukończyłem w roku 1943. Cenzurkę mi wręczono po czym zabrano i zakomunikowano: zostajesz na drugi rok! No, skoro tak zdecydowano, to we wrześniu stawiłem się na lekcje. Jak przystało, wręczono mi legitymację uczniowską i… zakazano pokazywania się w szkole. Cały trick polegał bowiem na tym, żeby fikcyjnie uczynić ze mnie jeszcze przez rok ucznia, bo to dawało pewną ochronę przed mało przyjaznymi władzami niemieckimi”.
Któregoś dnia, pod wpływem kolegów, którzy namawiali go aby wstąpił do Zawiszaków, czyli najmłodszej grupy konspiracyjnego harcerstwa, poszedł do swego nauczyciela zwierzyć się i zapytać o radę.
„Wiesz co – powiedział Maćkowi – nie wstępuj do Zawiszaków, będziesz żołnierzem w naszym batalionie. I tak mając lat 13 i pół zostałem, no chyba muszę powiedzieć to w cudzysłowie, „żołnierzem” batalionu Armii Krajowej Kiliński”.
28 lipca ‘44 w gmachu szkoły przy ulicy Miedzianej 8 wziął udział w zgrupowaniu kompani. Ostatnim przed wybuchem powstania.
„To był piątek – wspomina – a w sobotę wraz z tatą, który też miał swoje kontakty i wiedział, że powstanie wybuchnie lada dzień, pojechaliśmy do Józefowa pożegnać się z bliskimi. Nazajutrz mieliśmy wracać do Warszawy. Tymczasem w niedzielę o 6 rano byliśmy już wyzwoleni i owego 30 lipca ‘44 z dwoma kolegami wieszaliśmy na stacji Józefów biało-czerwoną flagę.
Słowo szczęście może zabrzmi tutaj dla kogoś mało elegancko – dodaje – ale dla mnie cudownie, bo całe powstanie spędziłem poza Warszawą. Może dzięki temu siedzę tu Sławeczku z tobą i mogę opowiedzieć o tamtych dniach. Moi koledzy z plutonu, najbliżsi przyjaciele, nie mieli tyle szczęścia. Zginęli w domu Marszałkowska róg Siennej na który spadła bomba”.
W końcu stycznia ‘45 roku razem z ojcem, przez skutą lodem Wisłę, dotarł do Warszawy. Widok, jaki ukazał się ich oczom, był przerażający. Nie było miasta, nie było ich domu, ale dziwnym trafem przy Mokotowskiej ocalała księgarnia jego taty. Tam się zatrzymali. Ojciec cudem zdobył żelazny piecyk, zwany kozą. Na szczęście za kontuarami zachował się fragment drewnianej podłogi, więc urządzili sobie na nim legowisko.
Wiosną ‘45 zobaczył na murze jakiejś kamienicy napisane ręcznie ogłoszenie, że przy ulicy Rakowieckiej 23 wznawia działalność Gimnazjum i Liceum Rejtana. Pobiegł tam szybciutko, by wpisać się na listę uczniów.
„To zabrzmi dzisiaj zabawnie, ale warunkiem przyjęcia do gimnazjum było przyniesienie własnego krzesełka! Właśnie krzesełka, bo w szkole nie było żadnych mebli – wspomina. – Przed wojną faktycznie mieścił się tam Rejtan, lecz w czasie okupacji działały w tym budynku niemieckie zakłady wyrobów skórzanych. Przez pierwsze tygodnie mieliśmy wielkie sprzątanie: wynoszenie ścinków, wstawianie okien, kitowanie szyb, słowem – przygotowania do rozpoczęcia lekcji”.
Wkrótce z kolegami reaktywował słynną „Czarną Jedynkę” – pierwszą warszawską drużynę harcerską. Maciejowi powierzono funkcję sekretarza.
„Załatwiałem formalności z wręczeniem krzyży harcerskich i przez zupełny przypadek, bo nie ma w tym żadnej mojej zasługi, zostałem posiadaczem, co jest uwidocznione w książeczce służbowej, odznaki serii pierwszej numer pierwszy z roku 1945. Całkowicie żartem mogę więc powiedzieć, że jestem pierwszym powojennym harcerzem” – mówi.
Po maturze zdał egzaminy do Szkoły Głównej Handlowej, przemianowaną później na Szkołę Główną Planowania i Statystyki, tak więc, chcąc nie chcąc, skończył SGPiS.
„Moją specjalizacją była organizacja i technika handlu – dodaje. – Czyli mógłbym zostać ekspedientem w sklepie. Ale równocześnie zacząłem studiować dziennikarstwo. Najpierw w Akademii Nauk Politycznych, bo tam było Studium Dziennikarskie, potem na Uniwersytecie. W 1952 roku zostałem absolwentem do kwadratu: i SGPiS-u i Uniwersytetu Warszawskiego”.
Pamiętajmy, że były to czasy, gdy absolwentom wyższych uczelni wręczano nakazy pracy. Maciej czynił usilne zabiegi, aby dostać skierowanie do „Naszej Księgarni”, z którą współpracował od 1949 roku, ale początkowo nie układało się po jego myśli. Otrzymał przydział do Referatu Prasowego Ministerstwa Szkół Wyższych. Wybronił się jakoś i ostatecznie trafił do upragnionego wydawnictwa:
„Gdy przyniosłem nakaz pracy, trzeba było rozwiązać ze mną wcześniej podpisaną umowę. Traf chciał, że na Placu Unii spotkałem kolegę, który był zastępcą naczelnego redaktora „Świata Młodych”. Zapytał: Maciek, czy nie przyszedłbyś do nas do pracy? Ja, wykorzystując chytrze, ale może nie całkiem zgodnie z prawem fakt, że dostałem już wypowiedzenie, a nakaz jeszcze nie zaczął obowiązywać, uciekłem do tej harcerskiej gazety”.
I tak jesienią 1952 Maciej Zimiński z dwoma dyplomami w kieszeni – organizacji i techniki handlu oraz dziennikarstwa – rozpoczął pracę w „Świecie Młodych”. Pasja i talent pozwoliły mu szybko awansować. Został sekretarzem redakcji. Był lubiany przez koleżanki i kolegów. Potwierdza to Stanisław Borowiecki, który pod jego okiem stawiał pierwsze dziennikarskie kroki:
„Maciek był dla nas i kolegą i autorytetem. Czuliśmy przed nim respekt. Gdy nie wiedzieliśmy jak ugryźć temat, on zaledwie dwoma, trzema słowami naprowadzał na właściwy tor. Naprawdę szkoda, że odszedł do telewizji, bo był dla „Świata Młodych” cennym nabytkiem z olbrzymim workiem fantastycznych pomysłów, a także jednym z filarów redakcji”.
W 1964 znowu dały o sobie znać: przypadek i szczęście. Tym razem uosabiał je Włodek Grzelak, kolega Macieja, który w telewizji piastował funkcję szefa programów dla dzieci:
„Włodek najzwyczajniej w świecie wziął mnie za rękę i sprowadził na Plac Powstańców” – wspomina.
W tym samym czasie rozpoczęła tam pracę Zofia Chećko:
„Stanowili zgraną ekipę. Mieli wspólne poglądy na wychowanie, na kształtowanie postaw z tym, że Maciej wyróżniał się umiejętnością przełożenia tej całej ideologii na konkretny program.
Pierwszą i najważniejszą zasadą jaką wprowadził był szacunek do widza oraz traktowanie go bardzo serio.
„Rzeczywiście – przyznaje Zofia Chećko – dbał, abyśmy rozmawiając z dziećmi nie kucali i nie szczebiotali”.
Był wulkanem pomysłów. Wymyślił „Ekran z Bratkiem”, wymyślił „Teleranek”, wymyślił „Zwierzyniec”, wymyślił „Teleferie”, wymyślił „Ligę Entuzjastów Wakacji” i wiele innych. Te programy tworzyły całą instytucję, którą była Telewizja Dziewcząt i Chłopców. Oprócz tego funkcjonowała jeszcze Telewizja Najmłodszych i Telewizja Młodych w ramach jednej wielkiej Naczelnej Redakcji Programów Dziecięcych i Młodzieżowych.
„Była jedna zasada, wręcz świętość, której musieliśmy się twardo trzymać – podkreśla red. Zofia Chećko. Nasz widz miał być wychowywany na człowieka aktywnego, odpowiedzialnego i pomysłowego. Zdarzało się, że szef przyjmując ode mnie scenariusz pytał: no dobrze, ale co widz z tego będzie miał? Czy on się czegoś nauczy, czy on się czegoś niezwykłego dowie? Trzeba się było starać”.

Książka o programach Telewizji Dziewcząt i Chłopców oraz jest już napisana. Jej autorem jest Sławomir W. Malinowski, dziennikarz, autor kilku książek o tematyce społeczno-politycznej i kilkudziesięciu filmów dokumentalnych, między innymi cyklu „Śladami Arkadego Fiedlera” z niezapomnianym „Dywizjonem 303”. To prawie czterysta stron maszynopisu, faktów, zdjęć, wzruszających wspomnień, anegdot i telewizyjnej kuchni, która stała się udziałem wielu z nas. Zwracamy się do Państwa o wsparcie jej wydania. Możecie to uczynić na portalu zrzutka.pl/tdc lub tradycyjnym przelewem na konto nr: 31 1750 1312 6889 3991 0275 1372; odbiorca: Zrzutka.pl sp. z o. o.; adres: al. Karkonoska 59; 53-015 Wrocław; wpłata na: wydanie książki o Telewizji Dziewcząt i Chłopców. Naszym pragnieniem jest aby książka ukazała się w sprzedaży jeszcze w tym roku. Liczy się każdy gest. Dziękujemy.

Niech powrócą wspomnienia (7)

Powstaje książka o Telewizji Dziewcząt i Chłopców! Zanim się ukaże prezentujemy Czytelnikom jej fragmenty.
Dzisiaj przypominamy „Piątek z Pankracym”.

Pierwszy odcinek „Piątku z Pankracym” nadano w marcu 1978. „Piątku…”, ponieważ był emitowany w każdy piątek o godz. 16.30. Wszystko działo się w pokoju Pankracego. Stało tam pianino, fotel i duża czarodziejska trąba. Odzywała się co jakiś czas przypominając, że pora na piosenkę. Nad pianinem wisiał portrecik kota, do którego Pankracy od czasu do czasu warczał. Wówczas Pan tłumaczył mu, że kotki są również bardzo sympatycznymi zwierzętami i na ich widok dobrze wychowanemu psu, bardziej od warczenia, przystoi przyjacielskie machanie ogonkiem.
„Formuła programu była oparta na dialogach aktora z psem” – Maciej Zimiński, który wymyślił „Pankracego” i był autorem programu, poruszał lalką psa wyciągniętą z walizki stojącej pod biurkiem, a pyszczek Pankracego naśladuje jego słowa – w którego, od pierwszego do ostatniego odcinka, wcielał się wspaniały Hubert Antoszewski.
Pankracy rozdziawia mordkę w uśmiechu.
Wełniany psiak zawładnął wyobraźnią maluchów, a one pokochały go bezwarunkowo swymi małymi serduszkami. Ten pełen ironii zwierzak z nietypowym poczuciem humoru był ich przyjacielem, doradcą, towarzyszem zabaw. Dzieci pisały do niego listy dzieląc się swymi troskami i radościami, a Pankracy zawsze na nie reagował wyciągając do nich swą życzliwą kudłatą łapę. Stąd i takie wyznania…
„Kochany Pankracku – pisała Jola z I b – oglądam cię w każdy piątek. Kocham cię z całego mojego serduszka”.
Mama Sary nie kryła uczuć córeczki:
„Panie Arturze i ty Pankracku! Moja córeczka Sara, gdy tylko pojawicie się na ekranie, całuje Was i przytula swą buzię do szklanego ekranu. Po tym przywitaniu szybciutko siada na moje kolana i razem oglądamy ten najlepszy z programów dla dzieci. Dziś po spotkaniu z Wami postanowiła Was narysować. Jej praca bardzo mi się spodobała. Postanowiłam ją Wam przesłać. Pozdrawiamy Was serdecznie! P.S. Myślę, że jesteście nią zachwyceni. Sara ma dokładnie 3 lata i 3 miesiące”.
Nie zachowały się pierwsze założenia programowe „Piątku z Pankracym”. Lecz na podstawie sporządzonych przez Macieja Zimińskiego planów realizacyjnych sezonu 1988/1989, które określały, że: „celem programu będzie rozwijanie wątków wychowawczych…” można je w całości odtworzyć. Skupiały się głównie wokół: „umacniania więzi rodzinnych ze szczególną ekspozycją stosunku do babci i dziadka; budzenie ambicji dzieci wokół ich samodzielności w domu (samoobsługa i prosta pomoc innym); rozwijanie wyobraźni twórczej w formie inspirowania przez program pisania i rysowania prostych książeczek dla Pankracego; inspirowanie społecznego stosunku do wspólnego podwórka” oraz „tworzenie właściwego stosunku do zwierząt domowych / także wiejskich”.
Każdy „Piątek z Pankracym” rozpoczynał się od piosenki „Łapy, łapy, cztery łapy” napisanej przez Macieja Zimińskiego. Prosty, niezwykle ciepły tekst w połączeniu z wesołą muzyką, zrobił z niej dziecięcy przebój.
A szło to tak:
Poprzez miedze,
Poprzez łąki,
Poprzez leśne ścieżki wąskie
Cztery łapy psa unoszą w świat!
Łapy, łapy,
Cztery łapy,
A na łapach
Pies kudłaty –
Kto dogoni psa?
Może ty… Może ty…
Może jednak ja?
Pankracy wymyślał coraz to nowsze zabawy. Na przykład zaproponował, by wszystkie zwierzęta oglądające program, napisały o swoich „paniach” i „panach”.
W archiwum Pana Macieja zachował się list od „konia”:
„Pankracku, tylu masz znajomych, powiedz im proszę, że nie tylko psy są przyjaciółmi człowieka, ale i my, konie od wieków towarzyszymy mu w pracy, odpoczynku, sporcie, że zawsze jesteśmy wierne, chętne do pracy, przywiązane do ludzi, tylko trzeba nas traktować delikatnie. Niektórzy ludzie postępują z nami brutalnie, zamiast wytłumaczyć, czego od nas wymagają, biją, często bardzo źle nas traktują, a wtedy nic dziwnego, że stajemy się nerwowe i narowiste.
Wiem, że Ty potrafisz stanąć w naszej obronie, tak, jak to robisz w obronie psów i nauczysz dzieci, jak należy z nami postępować, żeby ludzie zawsze mogli polegać na swych koniach, a konie ufać swym właścicielom”.
W programie oprócz Pankracego oraz jego Pana, brały udział także postacie, których nie było widać, tak zwane osoby dramatu. Była Pani Babcia Sąsiadka, był Pan Dziadek Podwórkowy oraz dwoje dzieci: Kuba i Zuzia.
Kiedyś twórcom programu przyszło do głowy, że Pani Babci trzeba na gwiazdkę przygotować jakiś prezent. No i zaczęły nadchodzić paczki zabawek na choinkę, kartony wypełnione rysunkami i wylepiankami z plasteliny.
Jedna z góralskich szkół nadesłała kilkadziesiąt par wełnianych rękawiczek, szaliki i futrzane czapki.
Maciej Zimiński:
„Zawieźliśmy je do domu pogodnej starości w prezencie gwiazdkowym od naszych kochanych dzieciarów. Potem o wszystkim opowiedzieliśmy w programie, aby były dumne, iż komuś zrobiły przyjemność, wywołały uśmiech i wzruszenie.
Miała tam miejsce zabawna historia. Jej bohaterem był oczywiście Pankracy. Kłapał pyszczkiem opowiadając o kulisach realizacji programu, otrzymywanych listach oraz podwórkowym życiu.
W pewnej chwili wstała siedząca w pierwszym rzędzie starsza pani:
– Bardzo przepraszam – powiedziała – ale muszę na moment wyjść do pokoju po swego kota, bo chcę żeby też zobaczył Pankracego.
Po chwili wróciła, położyła go sobie na kolanach i oboje, jak zaczarowani, do końca wpatrywali się w naszego psiaka”.
Wspomnienia byłych widzów „Piątku z Pankracym” przepełnione są ciepłem, radością, serdecznością, zwykłym ludzkim dobrem, które niósł i propagował program Macieja Zimińskiego. Rzecz niezwykła, bowiem magazyn pełen był przecież różnych treści pedagogiczno-edukacyjnych. Jakże więc mądrze był redagowany i realizowany, skoro dzieci uznawały to za dobrą zabawę: rozmowę z przyjacielem, ciekawą przygodę, a nie obowiązkową i nudną naukę.
„…realizując hasło programowe „zdrowie” – podjęto akcję inspirującą ćwiczenie stóp przeciw płaskostopiu. Formą akcji było zbieranie rysunków, rysowanych „lewą nogą”. Szło o ćwiczenie stóp w trakcie rysowania. Wpłynęło około 12 tys. rysunków. Wpłynęły listy od przedszkolanek z podziękowaniem za pomoc w realizacji gimnastyki korekcyjnej, która stała się bardziej atrakcyjna”.
Na tym jednak nie poprzestano:
„… po udanej zabawie w rysowanie lewą nogą przygotowujemy zabawę w prostowanie kręgosłupa. Medyczny konsultant programu przygotowuje nam zestaw ćwiczeń, które wprowadzimy do programu, a także wydrukowane będą w Okienku”.
Dzieci niezwykle poważnie podchodziły do programu, darząc Pankracego wielkim zaufaniem. Często traktowały go jak najbliższego przyjaciela, powiernika, bratnią duszę, która ze zrozumieniem wysłucha i ukoi zranione uczucia. Pewna dziewczynka napisała:
„Mam 11 lat i chodzę do V klasy Szkoły Podstawowej nr 50 w Bydgoszczy. Kilka dni temu zachorowałam. Miałam silny katar i kaszel, nie mogłam wychodzić z łóżka. Było mi bardzo smutno i nudziłam się okropnie. Oczekiwałam przyjaciółki, która miała mi przynieść zeszyty szkolne. Na próżno jednak czekałam. Nie mam na myśli, aby przychodziła do mnie codziennie i przynosiła podarki, ale żeby posiedziała chwilę, pobawiła się, porozmawiała. Bo jednak, gdy człowiek jest sam odsunięty od innych, nawet wizyta człowieka niezbyt lubianego jest dla niego radością”.
Jedenastoletnia Hania na tym jednak listu nie zakończyła. Dalsza część świadczy o dojrzałości dziewczynki, a całość o zaufaniem jakim obdarzała twórców programu:
„Są dzieci, które myślą, że przyjaciel bądź przyjaciółka powinna być bogata, niegruba, bez piegów i bez okularów. Właśnie nie w tym rzecz. Na człowieka powinno się patrzeć z innej strony, nie jak wygląda lecz jaki ma charakter. Może ktoś być gruby, a koleżeński, dobry i wierny. Może po przeczytaniu tego listu wiele dzieci zastanowi się nad tym, jaki – jego zdaniem – jest prawdziwy przyjaciel”.
I taki był ukochany psiak Pankracy. Takimi też byli niezapomniani twórcy programu, pośród wielu innych: Maciej Zimiński, Hubert Antoszewski, Zygmunt Kęstowicz i Artur Barciś.

Książka o programach Telewizji Dziewcząt i Chłopców oraz jest już napisana. Jej autorem jest Sławomir W. Malinowski, dziennikarz, autor kilku książek o tematyce społeczno-politycznej i kilkudziesięciu filmów dokumentalnych, między innymi cyklu „Śladami Arkadego Fiedlera” z niezapomnianym „Dywizjonem 303”. To prawie czterysta stron maszynopisu, faktów, zdjęć, wzruszających wspomnień, anegdot i telewizyjnej kuchni, która stała się udziałem wielu z nas. Zwracamy się do Państwa o wsparcie jej wydania. Możecie to uczynić na portalu zrzutka.pl/tdc lub tradycyjnym przelewem na konto nr: 31 1750 1312 6889 3991 0275 1372; odbiorca: Zrzutka.pl sp. z o. o.; adres: al. Karkonoska 59; 53-015 Wrocław; wpłata na: wydanie książki o Telewizji Dziewcząt i Chłopców. Naszym pragnieniem jest aby książka ukazała się w sprzedaży jeszcze w tym roku. Liczy się każdy gest. Dziękujemy.