Wandale smoleńscy

Prokuratura Krajowa (PK) ma wyraźnie dość wygłupów tzw. „podkomisji smoleńskiej”. Wydano postanowienie, które ogranicza członkom zespołu Macierewicza dostęp do samolotu Tu 154M o numerze 102, bliźniaczej niemal kopii tego, który uległ katastrofie w 2010 r.

Prokuratorzy włączyli po prostu rzeczony samolot w poczet materiału dowodowego śledztwa ws. katastrofy smoleńskiej. To zapobiegnie samowolce ludzi Macierewicza. Śledczy ewidentnie nie mogli już wytrzymać – nie radzili sobie ze skutkami ich działalności. Teraz każda osoba, która zażyczy sobie dostępu do samolotu będzie musiała o to wnioskować w trybie przewidzianym odpowiednimi procedurami.
Decyzja ta – rzeczywiście nieco zaskakująca – zapadła ze względu na to, że podkomisyjne kadry obchodziły się z samolotem w sposób chuligański. Jak czytamy w postanowieniu Prokuratury Krajowej sejmowi „smoleńczycy” doprowadzili do „uszkodzenia krytycznych elementów siłowych konstrukcji” maszyny, a zmiany oceniono jako „trwałe i nieodwracalne”.
„Przeprowadzona inwentaryzacja przez komisję techniczną, powołaną rozkazem Dowódcy 3. Skrzydła Lotnictwa Transportowego wykazała, iż doszło do uszkodzenia krytycznych elementów siłowych konstrukcji płatowca, spowodowanych badawczą działalnością Podkomisji do Ponownego Zbadania Wypadku Lotniczego. Charakter tych zmian jest trwały i nieodwracalny […] przedmiotowy samolot podlega stopniowej dewastacji, mimo że jest istotnym źródłem informacji o przebiegu katastrofy samolotu TU-154M nr 101 w pobliżu Smoleńska” – czytamy w dokumencie.

„Jego cechy techniczne – bliźniaczy model z samolotem, który uległ katastrofie pod Smoleńskiem, brak innego dostępnego dla organów procesowych modelu tego samolotu na świecie, a więc niepowtarzalność takiego statku powietrznego stanowią, iż może on służyć jako środek dowodowy do ustalenia przyczyn i okoliczności katastrofy. Stwierdzenie takie znajduje także uzasadnienie w okoliczności, iż zarówno biegli powołani w toku śledztwa, jak i prokuratorzy, nie dysponują swobodnym dostępem do wraku samolotu znajdującego się na terenie Federacji Rosyjskiej. Badania powołanych przez prokuraturę biegłych mają charakter badań naukowych o wysokim poziomie specjalizacji. Nie można więc wykluczyć, iż przedmiotowy samolot będzie jedynym dowodem, przy użyciu którego będzie można wykonać specjalistyczne badania, symulacje, czy też eksperymenty procesowe.” – napisali również przedstawiciele Prokuratury Krajowej.
Samolot TU 154M o numerze 102 jest własnością Ministerstwa Obrony Narodowej. Znajduje się w bazie lotniczej w Mińsku Mazowieckim. Od chwili włączenia go do zbioru materiałów dowodowych dowódca tej jednostki będzie odpowiedzialny za ochronę maszyny przed jakąkolwiek ingerencją bez zgody śledczych z PK.
Postanowienie to spotkało się z przewidywalnie nieżyczliwą reakcją „smoleńczyków”. Specjalne oświadczenie dla Polskiej Agencji Prasowej w tej sprawie przygotowała niejaka Marta Palonek, sekretarz macierewiczowskiej podkomisji.
„Podkomisja wyraża zdumienie, że jej prace stają się przedmiotem ataków w sytuacji braku dowodu rzeczowego (wrak samolotu) na terenie Polski oraz braku możliwości wykonywania nieskrępowanych prac przez przedstawicieli polskich organów, w tym prokuratury, na terenie Federacji Rosyjskiej” – można przeczytać w rzeczonym oświadczeniu.
Paliwo histerii, którą zakażono całe społeczeństwo tuż po katastrofie w 2010 r. ulega – jak się zdaje – wyczerpaniu. PiS miał szansę na zapowiadane przez tyle lat „ujawnienie prawdy” przez całą ubiegłą kadencję – w rękach „Prezesa Państwa” znalazły się wszak wszystkie instytucje, a sam PiS przepoczwarzać się zaczął w korporację wchłaniającą państwo. Do swojej dyspozycji rządzący mieli cały aparat i nie zrobili niczego, tudzież nie „ujawnili” żadnej „prawdy”. Kilka razy doprowadzono jedynie do drobnych wzmożeń, to wszystko. Trudno doprawdy zinterpretować to inaczej niż jako kolejny dowód na to, że narracje uznające incydent koło Smoleńska za coś więcej niż katastrofę komunikacyjną, to zwyczajny spiskowy puc.

Zwyczajne draństwo

Poważni politolodzy i publicyści podnoszą ostatnio tą kwestię, że budowanie przez opozycję swojej pozycji na krytyce PiS jest niecelowe, niewłaściwe i nieskuteczne, gdyż PiS pozyskało sobie znaczą część elektoratu i zdobyło tych,
którzy uznali się za poszkodowanych w wyniku transformacji ustrojowej.

Nie zamierzam odmawiać zasług PIS w tym, że skutecznie odwołał się do tej części społeczeństwa, która w imię apoteozy wolnego rynku i indywidualnej przedsiębiorczości odsunięta została na margines przez elity przejmujące w 1989 r. odpowiedzialność za Polskę i jej przyszłość. Mam jednakże ogromne wątpliwości, czy ten polityczny manewr wynikał rzeczywiście z głębokich przesłanek ideowych liderów prawicy. Poważnie skłaniam się ku temu, że odwołanie się do tzw. „suwerena”, rzucenie hasła „wstawania z kolan” było wynikiem chłodnej analizy i cynicznej kalkulacji, mającej swoje pierwociny w amerykańskich doświadczeniach z Fox News, Cambridge Analytica i służyło jedynie zdobyciu i utrzymaniu władzy. Tak czy inaczej niegodziwość pisowską i draństwo należy pokazywać i opisywać. Dla potomności choćby.
Oto historia prawdziwa. Nazwa instytucji, stanowiska bohaterów i ich imiona zostały z oczywistych względów (co za czasy!) zmienione. Rzecz działa się w ważnej instytucji publicznej o nazwie, dajmy na to „Agencja”, a jej bohaterem był urzędnik o imieniu Antoni. Antoni pracuje w Agencji od ponad 20 lat – trafił do niej bezpośrednio po studiach. Przechodząc kolejne szczeble zawodowej kariery, w swoim czasie uzyskał status urzędnika Służby Cywilnej i w momencie przejęcia przez PiS władzy w 2015 r. zajmował stanowisko zastępcy kierownika oddziału. Przystępując do totalnej czystki w Agencji PiS wymieniło całe jej kierownictwo. Natrafiło jednak na problem statusu służbowego Antoniego, toteż nowe, słuszne już kierownictwo usilnie zaczęło namawiać go do zrzeczenia się statusu urzędnika SC. Antoni pozostał jednak przy swoim, nie dał się namówić. Efekt był taki, że z tytułu „zmian organizacyjnych” przeniesiono go, z zachowaniem warunków płacowych, do innej komórki organizacyjnej, na niższe oczywiście stanowisko. W Agencji urzędnicy przechodzą okresowe oceny swojej pracy, dokonywane przez ich przełożonych. Antoni również poddany został takiej ocenie przez swojego nowego zwierzchnika – z pisowskiego nota bene nadania, ale fachowca, doświadczonego pracownika Agencji. Otrzymał ocenę najwyższą z możliwych. Problemy zaczęły się w momencie odejścia tego zwierzchnika na emeryturę.
Pewnego dnia Antoni „zaszczycony” został wizytą w swoim skromnym pomieszczeniu samego, najwyższego Naczelnika. Ten, nie owijając sprawy w bawełnę, zaproponował Antoniemu, aby ten – uwaga! – ni mniej, ni więcej tylko wyraził dobrowolną zgodę na obniżenie mu jego oceny okresowej o jeden stopień. Okazało się bowiem otóż, że ta najwyższa ocena była jego trzecią najwyższą oceną z rzędu. Zgodnie natomiast z pragmatyką urzędniczą uzyskanie takiej oceny MUSI skutkować służbowym awansem – w tym przypadku na stanowisko kierownicze. PiS jednak nie może w żaden sposób dopuścić do awansowania urzędników powołanych przez z gruntu niesłuszne i nieczyste siły. Ponadto awansując Antoniego musieli by wcześniej jakieś stanowisko kierownicze oczyścić z zajmującego go pisowskiego nominata. Pan Naczelnik, najwidoczniej dbając o swoją reputację w pisowskiej para-mafijnej strukturze zdecydował się na jawny, ordynarny szantaż. Dał Antoniemu wyraźnie do zrozumienia, że nieprzyjęcie jego oferty skutkować będzie totalnym uprzykrzeniem mu pracy, niekończącymi się kontrolami, które zawsze przynieść mogą jakiś skutek i w efekcie zwolnienie dyscyplinarne z utratą wszystkich przywilejów wynikających ze statusu urzędnika Służby Cywilnej.
Antoni mając na utrzymaniu liczną rodzinę był bez wyjścia i temu szantażowi uległ. Dobrowolnie zgodził się na obniżenie mu oceny jego wieloletniej pracy.
Ilu takich Antonich jest w Polsce? Ilu złamano charaktery, kariery? W imię czego? W imię czego?

Bigos tygodniowy

Jak wynika z afery Banasia, bądź co bądź podobno głównego machera operacji „uszczelnienia luki vatowskiej”, Polska PiS nierządem i pokojami na godziny stoi. Co gorsza, Banaś zamiast zostać wyrzuconym na zbity pysk jak Piebiak, udzielił sobie urlopu, a chwilę przedtem, zrobił czystkę w kierownictwie NiK i powołał na wickę niejaką panią Motylow, jakąś znajomą Kaczyńskiej Marty. Pani Motylow była nawet podobno na którymś z niezliczonych ślubów pani Marty. Jak śpiewano przed wojną, w sanacyjnej Warszawie: „Czy pani Marta jest grzechu warta?”.

Wyjątkowo bezczelna jest narracja PiS, który powiada, że może Banaś może tam coś i mieć za uszami, ale przecież druga strona ma Nowaka, Kropiwnickiego czy Gawłowskiego. Ale ich roli nie da się nawet porównać do wagi funkcji Banasia! Żaden z nich nie był i nie jest szefem Krajowej Administracji Skarbowej, ministrem finansów ani szefem NIK. A poza tym, co łączy Banasia ze „złotym” osobnikiem z hotelu na godziny, że tak błyskawicznie odebrał od niego telefon? On, tak wysoko usytuowany dygnitarz!

Niespodziewanie furiacki atak PiS na „Sok z buraka” (TVPiS od ponad tygodnia grzeje ten temat) nie wziął się z niczego, lecz z zaniepokojenia reżymku dużym zasięgiem portalu (około miliona użytkowników). Chodzi też o wbijanie we łby publiczności komunikatu: krytyka władzy to niedopuszczalny skandal. Niepokoi ich też fakt, że poetyka „Soku z buraka” dobrze trafia do mentalności i estetyki bliskiej młodzieży, która w swojej masie, wyłączając młodzież pielgrzymkową i innych „świętych młodzianków”, na ogół lubi tzw. „bekę”.

Podobne są przyczyny wściekłego, wręcz furiackiego ataku na skromną wrocławiankę Klaudię Jachirę. Z niewinnego warzywnego żartu „Bób, hummus, włoszczyzna” i kpinek mięsno-smoleńskich w stylu odrobinę kojarzącym mi się z makabryzującą poetyką rysunków Rolanda Topora (ciała ludzkie przepuszczane przez maszynkę do mięsa itp.) zrobili zbrodnię stanu. Tu także chodzi o komunikat: z władzy drwić nie wolno. Dlatego hitlerowcy za okupacji w Warszawie tak prześladowali „zakazane piosenki” i „bekę” z hitleriady. Totalniacy najbardziej boją się śmieszności i ośmieszenia, bo na „powadze” budują swój „autorytet”.

Niestety, bardzo brzydko, nielojalnie traktują Klaudię Jachirę kandydaci Koalicji Obywatelskiej. Od Grzegorza Schetyny wszyscy pytani o nią, mniej czy bardziej wyraźnie się odcinają (w cwanym stylu: „to nie mój język”). Akurat w sprawie Jachiry nie sposób uwierzyć, że nie wiedzieli, kogo przyjmują na listę. A skoro ją przyjęli, to powinni jej lojalnie bronić lub milczeć. Nawiasem mówiąc, osobiście żałuję, że Jachira nie jest na liście Lewicy. Natomiast cieszy mnie, że nie ma na niej Moniki Jaruzelskiej, zwłaszcza po jej ostatnich, obrzydliwie plotkarsko-maglarskich wycieczkach w stronę Włodzimierza Czarzastego i Anny Marii Żukowskiej.

W cotygodniowym programie „Przegląd Rzeczypospolitej” w Polsat News (28.09), prowadzący Bogusław Chrabota, naczelny „Rzepy”, określił przeszłą reputację Banasia Mariana jako „nieposzlakowaną” czy „nieskazitelną”, bo rzeczony należał do solidarnościowej opozycji i siedział w więzieniu. Nie rozumiem tej bezkrytycznej, ryczałtowej sakralizacji solidaruchostwa i solidaruchowszczyzny. Nie rozumiem dlaczego każdy solidaruch miałby być „nieskazitelny” czy „nieposzlakowany”, od kolebki po zgon, bez względu na to co czynił po drodze, tylko dlatego, że siedział w kryminale? Podobnie jest z sakralizacją Armii Krajowej, którą tak podobno „obraziła” Jachira udziałem w słitfoci pod pomnikiem nieopodal Sejmu. AK to był półmilionowy konglomerat osób najrozmaitszego elementu. Byli w nim i idealistyczni przedwojenni podchorążowie z harcerską proweniencją, osoby pokroju Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, ale był też element kryminalny (ówczesna odmiana typa w rodzaju „złotego” znajomego Baniasia) czy faszyzująco-antysemicki (m.in. mord bandyckiej grupy Andrzeja Sudeczki na liberalno-lewicowych oficerach konspiracyjnego Biura Informacji Prasowej AK, Makowieckim i Widerszalu) i temu podobna menażeria ludzka.

W poprzedniej „Gazecie Polskiej” (co tydzień). Macierewicz i Wąsik ze służb unoszą się nad tym, jakie to „uczciwe i czyste państwo”, „troszczące się o wspólne dobro” zbudowało PiS. Po krakowskiej, burdelowej aferze Banasia („Dzwonić do Banasia”) te ich inwokacje brzmią jeszcze bardziej komicznie. No, niestety, cykl wydawania tygodnika ma swoje walory, ale i swoje wady.

„I have a dream”. Miałem sen. Śniło mi się, że jestem w obozie odosobnienia zorganizowanym przez PiS dla „gorszego sortu”. Siedzę na zewnątrz (tryb odsiadki „otwarta cela”), pod gołym niebem, na ławie, przy jakimś baraku (przestrzeń w rodzaju tej z Majdanka czy Oświęcimia) i sobie leniwie poddrzemuję. I nagle widzę przewodniczącego Mało wychodzącego z baraku po jakimś spotkaniu, z bukietem kwiatów w ręku, na pożegnanie całującego rączki pań. Już, już ma on wyjść, gdy nagle spogląda mimochodem na mnie, a ja kieruję do niego okropną minę, wrogi grymas. Przewodniczący Mało jeszcze raz spogląda na mnie z niepokojem i lękiem, jakby zobaczył upiora, wycofuje się z progu i kieruje do innego wyjścia, gdzieś wewnątrz baraku. Klnę się na Boga Żywego, że taki miałem sen. W jego poetyce było coś z nastroju filmu „O dwóch takich” Jana Batorego z udziałem braci Kaczyńskich. Byłem na nim w kinie w Lublinie, bodaj w roku 1962, jako dzieciak, więc nieco mroczny nastrój tego filmu trochę mi się wtedy udzielił.

Piotr Owczarski, były dziennikarz TVP, podobnie jak ja usunięty z TVP w roku 2016 w ramach „dobrej zmiany”, porównał atmosferę w tej instytucji do „obozu pracy w Korei Północnej”. Gruba przesada oczywiście, ale fakt, że po przyjściu pisiorów zewnętrznych i ujawnieniu się pisiorów wewnętrznych („śpiochów”) atmosfera (ja akurat byłem przy Woronicza) w tej i poprzednio niezbyt sympatycznej instytucji, zrobiła się zauważalnie ciężka, duszna, pełna podejrzliwości i wrogości. Upowszechniło się wzajemne spoglądanie „wilkiem”.

Nie jestem bezkrytyczny w stosunku do prezydenta mojego miasta Rafała Trzaskowskiego, ale z tym 500 plus to PiS sobie z nim bezczelnie i prowokacyjnie poczyna. Nie przekazali mu kasy odpowiednio wcześnie, bo właśnie chodziło im o to, by zaistniały te perturbacje z wypłatą świadczenia. Chodzi o efekt następującej demonstracji: patrzcie co będzie z 500 plus, gdyby oni wygrali wybory. Natomiast na miejscu Trzaskowskiego podałbym do sądu chama-żulnalistę Ziemkiewicza Rafała, który na Twitterze, zwracając się do niego per „pies cię trącał”, nazwał go też „złodziejem”. Niech teraz ten dziennikarski cham udowodni w sądzie, co Trzaskowski ukradł i jeśli tego nie zrobi, niech to publicznie odszczeka.

Dziwnie ucichło ( i to uderzająco, cisza aż dzwoni w uszach) wokół kościelnej pedofilii. Czyżby ktoś przestawił wajchę?

Kim pan jest, panie Macierewicz? Recenzja

W latach sześćdziesiątych krążył po polskich ekranach radziecki film „Kim pan jest doktorze Sorge?”, opowiadający o legendarnym agencie radzieckiego wywiadu w okresie II wojny światowej i przed jej wybuchem, Richardzie Sorge. Przypomniało mi się to przy lekturze najnowszej książki Tomasza Piątka, „Macierewicz. Jak to się stało”.

 

To już druga książka Tomasza Piątka o Antonim Macierewiczu. Poprzednia, „Macierewicz i jego tajemnice”, wydana w roku 2017 stała się powodem doniesienia do Prokuratury Wojskowej, jakie jej bohater, szef MON złożył na autora. Po odejściu Macierewicza z funkcji Ministra Obrony Narodowej w styczniu 2018 roku, prokuratura umorzyła postępowanie. Piątek tak wprowadza czytelników w zawartość swojej nowej książki: „Zawarte w niniejszej książce informacje i dokumenty mogą wstrząsnąć wieloma czytelnikami. Zaskoczą nawet tych, którzy przeczytali książkę „Macierewicz i jego tajemnice”. Na dalszych stronach przedstawiam bowiem nieznaną prawdę o Antonim Macierewiczu, ukrytą dotąd w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej (IPN). Znajdują się tam akta komunistycznej Służby Bezpieczeństwa (SB), które dotyczą Macierewicza. Wynika z nich, że liczne koincydencje, które łączą byłego Ministra Obrony z ludźmi Kremla, nie powstały ot tak. Nie są wynikiem przelotnego uwikłania. Nie chodzi też o doraźny, taktyczny sojusz z przeciwnikami. Nieuniknione jest przypuszczenie, że rosyjskie i PRL-owskie koneksje Antoniego Macierewicza mają znamiona głębokiej zależności, która trwa niemal od pół wieku”.
Jak wywodzi w swoim wstępie autor, zbadane przez niego dokumenty „niedwuznacznie dają do zrozumienia, że komuniści roztoczyli nad Macierewiczem specjalny parasol ochronny. I to komuniści wysokiej rangi – członkowie Biura Studiów, czyli elitarnej jednostki SB. Był to zespół wybitnych, choć fanatycznych policjantów politycznych. Pracowali oni nad rozbiciem opozycyjnego związku zawodowego „Solidarność”, gdy ten działał w podziemiu. Mieli też bliskie związki ze służbami kremlowskimi. Jeden z opiekunów Macierewicza dostał medal od KGB (sowieckie służby specjalne, przekształcone później w FSB i SWR). O tym jest ta książka”. I dalej Piątek pyta: „Jak to się stało, że jesteśmy bezbronni? Dlaczego polska armia nie ma śmigłowców, flota – okrętów podwodnych, a sztab – planów obronnych? Dlaczego setki doświadczonych generałów i wyższych oficerów odeszły do cywila? Dlaczego zastąpili ich młodzieńcy bez autorytetu, za jednym zamachem awansowani o kilka stopni? A z drugiej strony – dlaczego Ministerstwo Obrony Narodowej wydawało i wciąż wydaje gigantyczne pieniądze na tzw. Wojska Obrony Terytorialnej (WOT)? (…) Dlaczego przepuszczamy te miliardy na amatorską formację, która przed niczym nas nie obroni? Dlaczego do WOT werbowano jawnych zwolenników Władimira Putina z prokremlowskiej partii Zmiana? Dlaczego tworzenie WOT powierzono pułkownikowi Krzysztofowi Gajowi – jawnemu zwolennikowi Putina, ekspertowi prywatnej organizacji Narodowe Centrum Sudiów Strategicznych (NCSS), której prezes, Jacek Kotas jest powiązany ze współpracownikowi rosyjskiej mafii?”. Tomasz Piątek zwraca też uwagę, że „Macierewicz nadal jest „wiceprzewodniczącym partii Prawo i Sprawiedliwość. Jego główny medialny sojusznik, oligarcha Tadeusz Rydzyk, popiera go jeszcze usilniej niż przedtem. Całkiem jasno daje do zrozumienia, że w razie odejścia Macierewicza z PiS nie zagłosuje na tę partię”. Odwołując się do sprawy katastrofy smoleńskiej Piątek pisze: „Po katastrofie smoleńskiej zaczął się jeden z najbardziej niezwykłych i dwuznacznych okresów działalności Antoniego Macierewicza. Człowiek otoczony ludźmi związanymi i powiązanymi z Kremlem zarzucił Rosji spowodowanie katastrofy polskiego samolotu prezydenckiemu w Smoleńsku. (…) Tymczasem żadne badania katastrofy przeprowadzone zgodnie z naukową metodologią nie dostarczyły dowodów na zamach czy spisek. Co zrobić, żeby zbrodniarz zaczął wyglądać na ofiarę? Zarzucić mu zbrodnię, której nie popełnił. Co więcej, Macierewicz i jego „specjaliści” oskarżali Rosję o zamach w sposób, który byłby dla niej pomocny, nawet gdyby faktycznie go dokonała. Posiedzenia tzw. ekspertów smoleńskich budziły śmiech, gdy wybuch w samolocie objaśniano za pomocą pękających parówek…”. Konkludując wątek smoleński Piątek zauważa: „ Głównym jednak efektem spiskowej teorii smoleńskiej było rozbicie narodu polskiego na dwa nieprzyjazne plemiona. (…)
Oto kolejny szczebel w karierze niszczyciela. Ten, który rozbijał KOR i „Solidarność”, zaczął rozbijać jeszcze większą społeczność”. Już sam autorski wstęp do książki jest frapujący i pada w nim więcej nazwisk, wątków i pytań niż zacytowane powyżej. Lektura samej książki jest podobnie frapująca, ale po jej lekturze czuję ogromny niedosyt się właściwie bezradny. Przeszło pięćset stron wypełnił Tomasz Piątek nieprzebranym, kolosalnym materiałem, z setkami faktów, dat, nazwisk, z dziesiątkami i wątków. Nikt jednak, kto nie jest specjalistą w materii, której książka dotyczy (ja też do tej kategorii nie należę), nie będzie w stanie należycie ocenić jej treści, nie będzie w stanie z pełnym zrozumieniem poruszać się po ukazywanym przez autora labiryncie.
Przy lekturze niektórych fragmentów ogarniają mnie jednak wątpliwości natury ogólnej. I nie chodzi mi n.p. o paralelę, jaką czyni Piątek, zestawiając postacie Anglika Kima Philby’ego, słynnego agenta Kremla z Antonim Macierewiczem. Co innego mam na myśli. Oto jeden tylko z przykładów. Piątek przedstawił w swojej książce obszernie przez niego potraktowany (znany zresztą z innych, renomowanych publikacji naukowych, m.in. Petera Rainy) wątek porwania i zabójstwa w roku 1957 Bohdana Piaseckiego, syna szefa Stowarzyszenia „PAX”, przed wojną jednego z przywódców Ruchu Narodowo-Radykalnego, potocznie ale nieprecyzyjnie określanego jako ONR – Bolesława Piaseckiego, po latach członka Rady Państwa PRL. Uczynił tak m.in. dlatego, że – jak pisze – „ubek i esbek Stefan Mikołajski, który zajmował się Bolesławem Piaseckim i jego zamordowanym synem Bohdanem, w latach 80 opiekował się Macierewiczem”. Trudno nie mieć wątpliwości (podkreślam, to wątpliwości, nie polemika z autorem), czy ma sens wiązanie ze sobą w jedną konstrukcję myślową wydarzeń odległych od siebie o lat kilkadziesiąt. Można odnieść wrażenie, że przez połączenie w jedną triadę nazwisk Piasecki-Mikołajski-Macierewicz chce wzmocnić swoją argumentację natury historycznej dotyczącą pokrewieństw ról obu polityków w kontekście relacji polsko-rosyjskich, ale przynajmniej w moich czytelniczych oczach to jej wystarczająco nie uzasadnia. Zbyt szerokie kwantyfikatory podatne są na większą zawodność. Podobne wrażenie odniosłem czytając rozbudowane partie poświęcone wątkowi zabójstwa Jerzego Popiełuszki. Jednak nie moje czytelnicze wątpliwości, które, jak wyżej wspomniałem, w znacznym stopniu wynikają najzwyczajniej z braku wystarczających kompetencji niezbędnych do lektury tej pracy, są tu najważniejsze. I nie jest też istotne moje poczucie dokuczliwego dyskomfortu poznawczego, wynikające z faktu, że najzwyczajniej miałem trudności z należytym ogarnięciem materii tej książki.
Najbardziej dramatyczne pytanie z jej lektury wynikające można sformułować następująco: dlaczego dzieje się tak, że dwie obszerne, oparte na dokumentach, w tym dokumentach IPN i do tego bardzo głośne publikacje książkowe, dotyczące bądź co bądź jednej z najbardziej prominentnych postaci obozu PiS, wiceprzewodniczącego partii rządzącej, do niedawna Ministra Obrony Narodowej w rządzie Zjednoczonej Prawicy, a przy tym człowieka o bogatej, historyczne biografii, nie stały się powodem do powołania sejmowej komisji śledczej czy też złożonego ze znawców problematyki jakiegoś ciała społecznego, które zbadałoby zasadność zarzutów, jakie Tomasz Piątek stawia bohaterowi tych publikacji, nawet jeśli część zarzutów opatrzył znakami zapytania?
Dlaczego Prokuratura Wojskowa, do której wystąpił Macierewicz, umorzyła postępowanie mimo ciężaru gatunkowego zarzutów sformułowanych pod adresem szefa MON przez autora książki? Dlaczego obóz PiS i podlegające mu kierownictwo IPN, które z taką pewnością i zaciekłością dążyło i dąży do zniszczenia Lecha Wałęsy, zarzucając mu agenturalność w okresie PRL, nad sprawą Macierewicza przechodzi do porządku dziennego bez jednego słowa wyjaśnienia? Dlaczego także kierownictwo NATO nie podjęło żadnych, przynajmniej jawnych (a tylko takie w tym przypadku miałyby znaczenie) działań odnośnie – bądź co bądź – Ministra Obrony jednego z państw należących do jego struktur? Dlaczego nikt nawet nie próbuje odnieść się do zawartości książki Piątka? Dlaczego w końcu milczy sam Macierewicz? Nie jestem w tych wątpliwościach odosobniony.
Podobne odczucia towarzyszą autorowi książki, gdy w ostatnich jej akapitach pisze z goryczą: „Przypominałem, że rozmawiamy o człowieku, który rozbroił Polskę i zrobił wyłom we wschodniej flance NATO. Nieraz miałem wrażenie, że słowa te wpadają w głuchą studnię. Rzecz jasna, nie tylko dawni przyjaciele Macierewicza wybierają przyjemne bielmo na oczach. Pół Polski, pół Europy, połowa Zachodu choruje na kremlowską odmianę ślepoty. Jakich lekarstw potrzeba? Faktów, świadectw, dokumentów. Dopóki chory nie będzie wiedział tego, co powinniśmy wiedzieć, dopóki będzie wierzył w to, w co chce wierzyć – dopóty będzie chorował”.
Jeśli ktoś z czytających powyższy tekst odniósł wrażenie, że krytykuję książkę Tomasza Piątka, to nietrafnie odczytał moje intencje. Chapeau-bas przed autorem, który wykonał benedyktyńską pracę badawczą w archiwach i poza nimi, i który swoje odkrycia ułożył we frapujące studium. Nie jest bowiem winą Tomasza Piątka, że nad owocami jego imponującej pracy niezmiennie rozciąga się szklany sufit. A najważniejsze, najogólniejsze pytanie, jakie budzi lektura jego książek może brzmieć następująco: kto ten „szklany sufit” zawiesił i kto pilnuje, aby nie został przebity?

 

Tomasz Piątek„Macierewicz. Jak to się stało”, Wydawnictwo Arbitror, Warszawa 2018, str. 509, ISBN 978-83-66095-02-1.

Demolka polskiej armii

„Nie ma strategii, nie ma doktryny obronnej, czyli osobnych dokumentów, z których powinno wynikać, co powinno być przedmiotem rozwoju modernizacji zbrojeń. Nie ma również polskiej zbrojeniówki”. Z gen. Waldemarem Skrzypczakiem rozmawia Justyna Koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: Zanim na dobre rozpoczął się szczyt NATO w Brukseli Donald Trump zaszokował wypowiedzią, że trudniejsze dla niego będzie spotkanie z sojusznikami na szczycie NATO niż późniejsze spotkanie z Władimirem Putinem. Takie wypowiedzi prezydenta USA powinny martwić?

GEN. WALDEMAR SKRZYPCZAK: Takie wypowiedzi powinny martwić. Wydaje się, że Trump nadal nie ma strategii, a jego pomysły z 2016 roku nadal nie zostały zrealizowane. To, co w tej chwili mówi i robi, godzi we wszystko, co do tej pory było ważne i miało sens. Szczerze powiem, że nie rozumiem, o co Trumpowi chodzi, szczególnie jeśli chodzi o NATO.
Jeżeli on za kilka dni spotyka się z Putinem i już dziś mówi, że NATO jest słabe, a spotkania z partnerami będą dla niego dużo trudniejsze niż spotkanie z prezydentem Rosji, to można zastanawiać się, co Trump chce osiągnąć. Takie wypowiedzi na pewno nie służą wiarygodności i spójności NATO.
Mało tego, moim zdaniem to podważa jego wiarygodność. Główny gracz NATO, jakim są Stany Zjednoczone, tracą swoją wiarygodność przez stanowisko Trumpa.

 

To o co chodzi Trumpowi?

Nie sądzę, żeby chodziło tylko o nakłady na sojusz, te słynne 2 proc., bo Trump idzie na wojnę ze wszystkimi, głównie na wojnę handlową z Chinami, co moim zdaniem jest po prostu podżeganiem do wojny. Nie rozumiem zachowania czy strategii Trumpa, ale chyba podobnie czują jego doradcy, którzy zamilkli i zaczynają tracić cierpliwość.
Pewne jest jedno: to, co robi Trump, nie służy pokojowi na świecie.
Spotkanie z Putinem nic nowego nie wniesie, bo panowie spotykają się kurtuazyjnie. Trump pokazał spotkaniem z przywódcą Korei Północnej, Kim Dzong Unem, że prowadzi błędną politykę. Kim jest regionalnym kacykiem-terrorystą, a tymczasem podpisał porozumienie z największym światowym graczem, jakim są USA, kiedy przy stole nie było ani Chińczyków, ani Rosjan. Ciekawe, jak to się dalej rozwinie, bo według mnie Kim Dzong Un gra dalej Trumpem i będzie to robił tak długo, jak się da.

 

Trump krytykuje też mocno Niemców, nazywając ich zakładnikami Rosji. Pozbyli się elektrowni węglowych, elektrowni atomowych, biorą ogromne ilości ropy i gazu z Rosji. To coś, czemu trzeba się przyjrzeć – mówił Trump. To atak na głównego gracza UE?

Polityka gospodarcza Trumpa niewątpliwie współgra z chęcią osłabienia Unii Europejskiej, przecież zapowiedział cła także na towary z UE.
Widać, że ta gospodarcza wojna nie dotyczy tylko Chińczyków. Trump ma świadomość, że głównym graczem Unii są właśnie Niemcy, dlatego w nie uderza. Ja bym się z tego nie cieszył.

 

Ale krytykuje budowę Nord Stream 2, więc tu ma podobne stanowisko jak Polska.

Tylko to dzieje się zdecydowanie za późno. Teraz, gdy zainwestowane zostały już ogromne pieniądze, jest zaangażowanie zarówno polityczne, jak i finansowe, trudno oczekiwać, że ktokolwiek się z tego wycofa. To tak samo, jakby zatrzymać budowę pomnika na Pl. Piłsudskiego w połowie – wiadomo, że tego zatrzymać nie można było.
Dla Trumpa najważniejsze jest to, że jego skroplony gaz nie jest na razie konkurencją dla gazu z Rosji w Europie. Dlatego też szuka możliwości dla pozyskania rynku dla amerykańskiego gazu, którego ma bardzo dużo.

 

Panie generale, jak ocenia pan kondycję polskiego wojska? Z szumnie zapowiadanych obietnic zakupów dla wojska nic nie zostało. Nie ma okrętów, śmigłowców, rząd zdecydował się na modernizację starych czołgów.

Polskie wojsko ma pecha, bo często mamy ministrów obrony, którzy na wojsku się nie znają. Modernizacja armii na przestrzeni ostatnich lat to pasmo porażek. Mam wrażenie, że wojsko już się z tym pogodziło, że nie będzie miało dobrego sprzętu, ale to wina polityków, którzy obiecują i nic z tego nie wynika, ale też polskiego społeczeństwa, które to akceptuje. Mamienie Polaków, jaką to będziemy mieć już niedługo silną armię, jest zwykłym wprowadzaniem w błąd, także podatnika.
Politycy manipulują opinią publiczną w tym temacie, zapominając o najważniejszej kwestii, że tu chodzi o zapewnienie Polsce bezpieczeństwa militarnego. To, co widzimy, to jest demodernizacja armii, a nawet demolka armii.
Politycy powinni ponieść odpowiedzialność za to, czego nie zrobili, a co deklarowali. Ktoś musi w końcu odpowiedzieć za to, że nic nie jest robione, bo Polska mocno słabnie militarnie.

 

Poprzedni szef MON Antoni Macierewicz zerwał jednostronnie podpisany przez poprzedników kontrakt z Francuzami na dostawę śmigłowców Caracal. Fiaskiem zakończyły się również negocjacje w sprawie zakupu rakiet Homar. W ciągu dwóch lat rządu PiS MON pod kierownictwem Macierewicza nie realizował żadnego kluczowego przetargu zbrojeniowego.

Nie ma strategii, nie ma doktryny obronnej, czyli osobnych dokumentów, z których powinno wynikać to, co powinno być przedmiotem rozwoju modernizacji zbrojeń. Nie ma również polskiej zbrojeniówki. Czy deklaracje polityków obronią nas przed rosyjską agresją? Niestety nie, oni będą pierwsi, którzy w razie zagrożenia dadzą drapaka z Polski, jak w 1939 roku. Tak samo będzie teraz.
My nie mamy kompetentnych i merytorycznie przygotowanych ludzi i to jest główny problem naszego bezpieczeństwa.

 

Jeszcze 3 lata temu w wojsku byli kompetentni wojskowi, których minister Macierewicz zwolnił lub zmusił do odejścia.

Na szczęście nie wszyscy kompetentni odeszli z armii. Jest jeszcze kilku dobrych oficerów w armii. Ten ruch z generałem Rajmundem Andrzejczakiem jest moim zdaniem dobry. Znam generała Andrzejczaka, to oficer wysokich lotów, młody, to prawda, bo ma 50 lat, ale gdy ja zostawałem generałem, miałem 49 lat.
Tu jest jeszcze inny problem.
O sile armii nie stanowią tylko generałowie, ale wojsko. Oni wyczyścili jednostki operacyjne z dobrych dowódców. Wyrzucili ze sztabu generalnego dobrych oficerów, którzy znali się na planowaniu modernizacji sił zbrojnych. W tej chwili nie mamy nawet potencjału, aby zaplanować rozsądnie modernizację sił zbrojnych. Kompetentnych wyrzucono, a młodzi muszą się dopiero uczyć, a to jest proces.
Szanuję generała Andrzejczaka, znam go jako wybitnie zdolnego oficera, ale on sam „wiosny nie uczyni”, sam nie zmodernizuje armii, bo nie ma ludzi na średnim poziomie odpowiedzialności wojskowej. Moim zdaniem to jest świadome działanie rządzących i szkoda, że Trump o tym nie mówi, tylko skupia się na 2 proc. PKB. To pokazuje, że Trump jest biznesmenem, a nie politykiem. Gdyby posłuchał amerykańskich doradców, którzy mówią o osłabieniu polskiej armii, to mógłby to zrozumieć, ale niestety tego nie widzę.

 

W najnowszej „Polityce” generał Mieczysław Gocuł mówi m.in., że brak opisanej strategii modernizacji to świadome działanie, bo wówczas można by z niej rozliczyć rządzących.

Wie pani, jeszcze rok temu gen. Gocuł był szefem Sztabu Generalnego, zatem w jego ustach to brzmi jak hipokryzja.
Gdy byłem jeszcze wiceministrem, przypominałem generałowi, że warto by to zrobić. Gdy on teraz mówi, że nie ma doktryny obronnej, to dla mnie to nie jest wiarygodne.

 

Mówi też, że jesteśmy nie tylko na marginesie UE, ale i NATO.

To, że nasza pozycja w NATO słabnie, widać gołym okiem i jest efektem działania polityków, a nie wojskowych. Wie pani, naszych sojuszników musi niezmiernie bawić, mówiąc delikatnie, fakt, że Polska chce modernizować czołgi T-72. Na początku traktowali to jako żart. Gdy okazało się, że to polityczna decyzja i fakt, to pojawiło się przerażenie i pytanie, kto mógł wpaść na taki pomysł. To jest morderstwo i zbrodnia na polskich żołnierzach.
Gdyby wysłać ten czołg przeciwko rosyjskim czołgom, to w pierwszym pojedynku ogniowym z naszych czołgów nic by nie zostało. Taka decyzja polityczna to bandytyzm. Jestem czołgistą, więc mam prawo tak mówić, dla mnie ważne jest życie żołnierza, a ono znaczy bardzo wiele. Czołg T-72 jest co najmniej o 30 lat za stary. Za takie działania ktoś powinien stanąć przed sądem.
To pokazuje, że rządzący w ogóle nie wiedzą, co robią, a ci, którzy doradzają, aby te stare czołgi modernizować, powinni stanąć przed sądem i to natychmiast. Dziwię się politykom w rządzie, że nie reagują i trzymają takich doradców.

 

Nowy minister MON czyści ministerstwo z ludzi Macierewicza, więc może będzie lepiej?

Kiedy ministrem został Macierewicz, muszę przyznać, że wiele sobie obiecywałem. Mówiono o nim, że jest zdecydowany i decyzyjny, że jest człowiekiem czynu, a nie gadania. Okazało się inaczej. Teraz wszyscy czekamy, jak sprawny w tym, co mówi, będzie minister Błaszczak.

 

Pan także musiał odejść za ministra Macierewicza.

Co zrobić, żołnierz zna swoje miejsce w szyku i wie, kiedy powinien odejść i kiedy kończy się jego czas. Mój czas nadszedł właśnie wtedy, chociaż ja czuję się żołnierzem i będę nim do końca życia.