Trąba, bomba, kasa znikła

Ponad 10 milionów złotych zapłacili polscy podatnicy międzynarodowej szajce hochsztaplerów. Działających pod przykrywką sejmowej podkomisji ds. ponownego zbadania przyczyn okoliczności wypadku lotniczego prezydenckiego samolotu w Smoleńsku. Pamiętnego 10 kwietnia 2010 roku.
Jedenaście lat mija od katastrofy, pięć lat od pierwszego posiedzenia sejmowej podkomisji. Jej promotor i patron pan poseł Antoni Macierewicz, ówczesny minister obrony narodowej, obiecywał wreszcie ujawnić „prawdę”. Wcześniej ukrywaną rzekomo przez zauszników byłego premiera Donalda Tuska. Zblatowanego ponoć tajnym sojuszem z Władimirem Putnem. Ówczesnym premierem, dzisiejszym prezydentem Rosji.
Pewnie dlatego zausznicy pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego błyskawicznie wykreowali mit zmarłego „wybitnego polskiego prezydenta”. Profesora Lecha Kaczyńskiego. Rzekomego Wielkiego Stratega. Pierwszego polskiego Geopolityka. Proroka zapowiadającego późniejszą rosyjską ekspansję. Od tamtej pory Lech Kaczyński funkcjonuje w mediach jako wyłącznie prezydent „Świętej Pamięci”. Na wieki, wieków amen? Szybko zapomniano, że Lech Kaczyński był co prawda doktorem prawa, ale specjalistą jednie prawa pracy. Był profesorem, ale tylko „belwederskim”. Tytularnym, z nadania poprzedniego prezydenta Kwaśniewskiego. Znaczącego dorobku naukowego Lech Kaczyński nie miał.
Był rzeczywiście miłym, safandułowatym kompanem debat o polskiej historii, także koneserem wina. Ale politykiem i geopolitykiem był drugorzędnym. Kiepskim międzynarodowym strategiem, ogrywanym, wystawianym na prowokacje, przez sprytnego ówczesnego prezydenta Gruzji Saakaszwiliego.
W kwietniu 2010 roku, po pięcioletniej kadencji, poparcie dla prezydenta Lecha Kaczyńskiego oscylowało wokół 20 procent. Nie rokowało jego reelekcji. Przegrywający prezydent Kaczyński i jego ekipa rozpaczliwie szukali sposobów zwiększenia mu poparcia.
Uroczysta msza na katyńskich grobach, a potem spotkanie z „Rodzinami Katyńskimi” miały zainaugurować kampanię wyborczą przegrywającego prezydenta. Rangę wyborczego pikniku miał podnieść skład prezydenckiej delegacji. Reprezentującej wszystkie najwyższe władze partyjne, kościelne, wojskowe i państwowe.
Dlatego cynicznie złamano wszelkie przepisy i procedury. Dlatego na pokładzie jednego samolotu zgromadzono aż tylu dostojników państowych. Wbrew elementarnym zasadom bezpieczeństwa.
Sojusz tronu i kropidła
Fundamentem mitu „Świętej Pamięci prezydenta Lecha Kaczyńskiego” był pochówek pary prezydenckiej w katedrze na Wawelu. Wtedy to drugorzędny prezydent RP został pochowany w pierwszorzędnej lokalizacji. Panteonie narodowym. Tylko dlatego, że zginął w wypadku lotniczym, który zresztą jego współpracownicy zorganizowali i warunki dla tej katastrofy przygotowali.
Dlatego twórcy mitu „Świętej Pamięci Lecha Kaczyńskiego” nie mogli pozwolić, aby obywatele naszego kraju, zwłaszcza przysłowiowy „ciemny lud”, dowiedzieli się, że katastrofa smoleńska to efekt polskiego bałaganu. Sumy powszechnej w elitach ówczesnej PO i PiS pogardy dla przestrzegania prawa, procedur, konieczności rutynowych szkoleń. Prymatu chciejstwa nad kwalifikacjami.Trudno przecież polskiemu patriocie, krzewiącemu wspaniałą „ułańską fantazję”, deklarującemu, że „polski lotnik to poleci nawet na drzwiach od stodoły”, przyjąć do wiadomości, że polscy lotnicy kierujący prezydenckim samolotem byli zwyczajnie niedouczeni. Nie trenowali wystarczająco. Byli niekompetentni, podobnie jak urzędnicy improwizujący ów przelot.
Badająca przyczyny wypadku komisja stwierdziła liczne nieprawidłowości i popełnione błędy. A potem prezydent Lech Kaczyński, na wniosek ówczesnego ministra obrony Klicha z PO, pośmiertnie mianowali trójkę pasażerów na stopnie generalskie. Bo fantazja i ułański duch w Narodzie zginąć nie może.
Za wawelski pochówek pary prezydenckiej hierarchia polskiego kościoła kat. wystawiła elitom PiS stosowny rachunek. Jeszcze silniej przyssała się do budżetu państwa. Kolejny raz potwierdzając, że za pieniądze hierarchowie polskiego kościoła katolickiego wszystko uświęcą i uzasadnią.
Zwłaszcza kiedy hierarchii kościelnej grożą ujawnienia licznych pedofilskich afer. A tak hierarchowie stale pomagali elitom PiS krzewić kultu „zamachu smoleńskiego”, a elity PiS rządzące IV RP zapewne w zamian nie śpieszyły się z wyjaśnianiem pedofilskich afer w kościele kat.
Za to „ciemnemu ludowi” w TVP wyjaśniono, że statystycznie więcej jest pedofilii wśród murarzy i reżyserów filmowych, niż katolickich księży.
Bomba termobaryczna
Skoro prezydent Lech Kaczyński miał „Świętej Pamięci” być, to jak każdy porządny święty, musiał zginąć męczeńską śmiercią. A nie banalnie w wypadku komunikacyjnym. Dlatego smoleńska katastrofa w Prawicowej mitologii nie może być efektem polskiego burdelu z rosyjskim bardachen w tle. Prozaiczna prawda nie może przebić się do wiadomości potencjalnych wyborców.
Pochowany na Wawelu, zmitologizowany „Świętej Pamięci”, prezydent RP, musiał zatem zginać przynajmniej w zamachu. I to nie z rąk drugorzędnych fanatyków, tylko pierwszorzędnego mocarstwa. Ponieważ komunistyczne Chiny nie wchodziły jeszcze wtedy w grę, ani demokraci z USA, to Rosja była jak znalazł. I dlatego przez pięć lat „pracy” komisji pana przewodniczącego Macierewicza ciągle słyszeliśmy o nowych odkryciach. O „bombie termobarycznej”, o próbach parówkowych, wreszcie o ładunkach trotylowych. Pochodzenia rosyjskiego rzecz jasna.
A przy okazji międzynarodowi hochsztaplerzy zasiadający w komisji pana ministra Macierewicza za pieniądze polskich podatników spełniali sobie swe fantazje. Marzyli wcześniej aby zostać ekspertami od katastrof i zamachów, i potem hop- siup polscy podatnicy sfinansowali im ich fantazje i realizowanie swych hobby. Przy okazji zatrudniony w firmie Boeing pan Wacław Berczyński utrącił kontrakt na zakup śmigłowców przez konkurencyjny francuski koncern Caracal. Sam się tym w mediach pochwalił. Ile dostał za to prowizji od macierzystej firmy, już nie powiedział.
W efekcie tej radosnej twórczości Polska nie nadal ma nadal śmigłowców od Caracala, ani od innej firmy. Nawet amerykańskiej.
Nie ma też, po pięciu latach „pracy” komisji Macierewicza, wielokrotnie zapowiadanego już raportu ujawniającego prawdę o „zamachu smoleńskim”.
Ma za to najnowszy konflikt pan minister Macierewicz kontra pani reżyser Ewa Stankiewicz szefowa Stowarzyszenia Solidarni 2010 i jej małżonek inżynier Glenn Jorgensen, były członek komisji.
Bo małżeństwo Stankiewicz- Jorgensen koniecznie chce pokazać film o wybuchu trotylu na pokładzie prezydenckiego samolotu. Film tak fantastyczny, że nawet pan poseł Macierewicz nie chce go firmować, a pan prezes TVP Jacek Kurski, znany kłamca sejmowy i medialny, nie chce pokazać go w swej telewizji.
W sobotę 10 kwietnia zapewne ujrzymy za to w TVP relacje z kolejnej „miesięcznicy smoleńskiej”.
Msze, przemarsze, składane wieńce.
Kolejny raz kultywowanie kłamstw za nasze podatki.