Cyfryzacja niczym wsie potiomkinowskie

Podłączone ale faktycznie nie uruchomione – czy tak będzie wyglądać realizacja PiS-owskiego programu dostarczania szybkiego internetu do szkół?
W jednym z poprzednich wydań Trybuny przestawiliśmy stan informatyzacji polskich szkół na początku bieżącego roku szkolnego. W świetle enuncjacji osób za to odpowiedzialnych, przedstawiał się on raczej pozytywnie.
Szefowie i nadzorcy Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej na niedawnej konferencji prasowej opowiadali o sukcesach programu komputeryzacji szkół, stworzonego w 2017 r., który – mimo początkowych przejściowych trudności – realizowany jest prawidłowo i zapewni, że od września do końca tego roku ponad 4000 kolejnych szkół zostanie podłączonych do szybkiego internetu. „Jesteśmy zadowoleni z procesu cyfryzacji szkolnictwa” – mówił minister Marek Zagórski. Rzeczywistość naturalnie wygląda inaczej.
Szefowie OSE sprytnie wybrali termin swego spotkania z mediami, tak by choć o parę dni uprzedzić raport Najwyższej Izby Kontroli z realizacji programu cyfryzacji szkół w ramach Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej. I mieli rację, bo ustalenia kontroli NIK wyraźnie różnią się od pełnych samozadowolenia opowieści osób odpowiedzialnych za OSE.
Jak ustaliła NIK, program OSE jest realizowany z opóźnieniami i z niepełną skutecznością. W 2016 r. ponad 40 proc. szkół korzystało z dostępu do Internetu o niskiej przepustowości, zaledwie do 10 Mb/s. Tak wolne łącza utrudniały lub wręcz uniemożliwiały korzystanie z cyfrowych narzędzi edukacyjnych. Aby uczniowie i nauczyciele mieli swobodny dostęp do materiałów multimedialnych (scenariuszy zajęć, filmów, prezentacji, gier edukacyjnych) przepustowość powinna być co najmniej 10 razy większa (przynajmniej 100 Mb/s). I tym właśnie miała się zająć Ogólnopolska Sieć Edukacyjna. Koszty budowy i utrzymania OSE oszacowano na blisko 1,3 mld zł (do 2027 r.).
Cel OSE to zapewnienie szkołom do końca 2020 r. dostępu do szybkiego, bezpłatnego i bezpiecznego Internetu. Zgodnie z założeniami – realizowanymi pod hasłem „100 Mega na 100-lecie” – program ma pozwolić na wyrównanie szans edukacyjnych, wspomagać proces kształcenia, podnieść kompetencje cyfrowe uczniów i nauczycieli. Od początku jednak robiono to ślamazarnie.
„Podłączanie kolejnych szkół do OSE przebiega z opóźnieniami. Z pierwotnych planów podłączenia 1 500 lokalizacji w 2018 roku, 12 700 lokalizacji w 2019 roku i 19 500 lokalizacji w 2020 roku niewiele zostało” – stwierdza NIK. W 2018 r. przyłączono do OSE 366 szkół w 328 miejscach (czyli lokalizacjach). Do końca sierpnia 2019 r. usługi OSE zostały uruchomione w 2 575 miejscach. Stanowiło to zaledwie 20 proc. przyłączeń zaplanowanych do końca 2019 roku.
Na przełomie 2018 i 2019 operator OSE – Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa – wdrożył plan naprawczy. W wyniku reformy oświaty i likwidacji gimnazjów zmniejszyła się także liczba szkół (z ponad 30 tys. do ok. 23 tys.) co powinno pomóc w sprawniejszej realizacji programu. „Jednak nawet to nie wpłynęło na znaczący postęp prac” – zauważa NIK. W 2019 r. tempo przyłączania szkół do sieci OSE wprawdzie nieco przyspieszyło – nie na tyle jednak, aby wyeliminować ryzyko niepodłączenia wszystkich zaplanowanych szkół do OSE na koniec bieżącego roku.
Według danych zamieszczonych na stronie ose.gov.pl, do 13 stycznia 2020 r. Ogólnopolska Sieć Edukacyjna została doprowadzona do 5 779 szkół, czyli objęła 25 proc. szkół wstępnie planowanych do podłączenia na koniec 2020 r. Minister Cyfryzacji wskazał zaś w swoim stanowisku z 15 kwietnia 2020 r., że do 9 kwietnia br. do OSE było podłączonych 12 627 szkół. Tyle, że samo podłączenie jeszcze nie oznacza faktycznego uruchomienia!
NIK wykryła, że nie wszystkie szkoły wyposażone w urządzenia OSE miały uruchomione usługi OSE. Część z nich wciąż oczekiwała na udostępnienie szybkiego łącza do Internetu przez operatorów telekomunikacyjnych. Oznacza to, że cała sieć OSE zaczyna nieco przypominać pozorne wsie potiomkinowskie. W rezultacie opóźnienia – w sierpniu 2019 r. – „były tak znaczące, że nie mogły pozostać bez wpływu na całość projektu i termin jego
Teraz prace nieco przyspieszyły, wciąż jednak przebiegają wolniej niż planowano. Opóźnienia przy tego typu przedsięwzięciach się wprawdzie zdarzają. „Jednak w tym wypadku są na tyle duże, że nawet pomimo przyspieszenia – wciąż istnieje ryzyko niepodłączenia usług OSE do wszystkich zainteresowanych szkół do końca 2020 r.” – podkreśla NIK.
Jest kilka podstawowych przyczyn tych opóźnień. NIK wymienia między innymi to, że NASK zbyt późno dostrzegła niektóre zagrożenia i nie zawsze wystarczająco szybko i odpowiednio na nie reagowała np. takie jak niewystarczające zainteresowanie szkół przyłączeniem do OSE czy fluktuację kadr. Sprawnej realizacji prac nie sprzyjała rotacja pracowników NASK odpowiedzialnych za realizację OSE. W pierwszych dwóch latach (2017 i 2018) stan zatrudnienia był niedoszacowany. W realizację trzeba było zaangażować więcej pracowników niż zaplanowano. Z kolei planu zatrudnienia na rok 2019 (190 etatów) nie wypełniono nawet w połowie. Nie bez znaczenia dla tempa prac był też brak całościowego harmonogramu dla programu OSE, który ułatwiałby bieżące nadzorowanie zaawansowania programu.
W dodatku odpowiedzialny za projekt OSE Minister Cyfryzacji nie zadbał o to, by została sporządzona kompletna, jednolita dokumentacja inicjująca prace nad OSE. Minister nie zapewnił też sobie niezależnej oceny prawidłowości przygotowanej przez NASK koncepcji wykonania tej sieci oraz weryfikacji kosztorysu prac. „Tym samym, Minister Cyfryzacji nie wiedział, czy zaproponowany przez NASK sposób prac nad OSE i szacowane koszty są właściwe” – podkreśla NIK. Tak więc, szef resortu cyfryzacji przyjął wszystko na wiarę – bo wiara ma duże znaczenie w funkcjonowaniu PiS-owskiej administracji.
Błędy kryją się też w samych założeniach programu OSE. Jak wskazuje NIK, oferowane przez NASK warunki korzystania z Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej nie są dla szkół wystarczająco korzystne. NASK nie zagwarantował szkołom przede wszystkim należytego poziomu dostępności sieci.
Regularny, stały i bezpieczny dostęp do internetu jest podstawą wdrażania i rozwijania edukacji cyfrowej w szkołach. Tymczasem w podpisywanych umowach zapewniano dostępność sieci na poziomie 96 proc. w skali miesięcznej. W ocenie NIK, tak niskie wartości dostępności sieci OSE to zdecydowanie za mało, aby zapewnić możliwość nieprzerwanego, cyklicznego prowadzenia zajęć dydaktycznych, bez obaw o dostęp do kolejnych zaplanowanych materiałów czy choćby korzystania z elektronicznego dziennika.
96 proc. dostępności w skali miesięcznej oznacza bowiem, że sieć może być niedostępna przez 28 godzin i 48 minut w ciągu miesiąca, czyli ponad siedem godzin w każdym tygodniu. W niesprzyjających okolicznościach szkoła mogłaby więc zostać pozbawiona dostępu do sieci przez cały jeden dzień roboczy w każdym tygodniu.
W ocenie NIK zbyt długi jest także – przyjęty w umowach ze szkołami – czas na usunięcie przez NASK zarejestrowanych awarii OSE: aż 28 godzin roboczych, liczonych od 8.00 do 17.00. Zgodnie z zapisami umów usunięcie awarii może więc zająć nawet trzy dni robocze. Takie sytuacje mogłyby zupełnie zdezorganizować pracę uczniów i nauczycieli.
I niestety już dezorganizują, bo czasowe problemy w działaniu sieci OSE występowały dotychczas niemal w połowie badanych szkół (45 proc.), a w części (17 proc.) dostarczana prędkość internetu była niższa od zamówionej.
Tymczasem problemy w działaniu sieci OSE, nawet jeśli są niewielkie, często bardzo mocno utrudniają sprawne prowadzenie lekcji. W efekcie aż 41 proc. kontrolowanych szkół – już tych podłączonych do OSE – utrzymywało i opłacało równocześnie dodatkowe, komercyjne łącza internetowe.
To oczywiście podważa cały sens wyrzucania państwowych miliardów na nieskuteczną, Ogólnopolską Sieć (czy raczej siateczkę) Edukacyjną. Dyrektorzy, którzy zdecydowali się na utrzymywanie zapasowego łącza komercyjnego wyjaśniali, że nieprzerwany dostęp do Internetu jest dla szkoły bardzo istotny, między innymi dlatego, że nauczyciele posługują się elektronicznym dziennikiem lekcyjnym. Wskazywali także, że na łączności internetowej bazuje praca księgowości i sekretariatów.
Nie wiadomo, czy Ogólnopolska Sieć Edukacyjna rzeczywiście do końca roku podłączy ponad 4 tysiące szkół do szybkiego internetu. Ale nawet jak podłączy, będzie to w niemałej mierze działanie pozorne. Przezorni dyrektorzy, tak jak dotychczas powinni więc zadbać o dodatkowy, skuteczny dostęp do sieci dla swoich szkół.

Za 13 lat, jak dobrze pójdzie?

Elektrowni jądrowej u nas nie ma i nie wiadomo czy kiedykolwiek powstanie, ale dzięki niej od lat rzesza urzędników żyje bardzo dobrze.
Już dosyć dawno, bo na początku 2009 r. polski rząd podjął decyzję o budowie elektrowni atomowej. Dziś do zbudowania tej elektrowni jest równie daleko co w 2009 r. – i znacznie dalej niż w zamierzchłych czasach PRL-owskiego Żarnowca. Przypomnijmy, że ówczesna decyzja rządu o budowie elektrowni atomowej zapadła w sierpniu 1971 r.
Przez kolejne lata koncepcja rozwoju energetyki jądrowej w Polsce przewijała się – mniej lub bardziej enigmatycznie – w enuncjacjach kolejnych rządów. Przywykliśmy już do tych rytualnych, wspaniale niekonkretnych zapowiedzi, z których nigdy nic nie wynikało.
W ów nurt wpisały się także baśnie premiera Mateusza Morawieckiego, opublikowane pod tytułem „Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, w których premier zapowiada zbudowanie nawet dwóch elektrowni atomowych („Kiedyś tam, kiedyś tam”).
Wreszcie jednak w jądrowych opowieściach PiS-owskich notabli pojawił się pewien konkret. Oto minister klimatu Michał Kurtyka podczas ważnego spotkania zorganizowanego przez Bloomberg New Energy Finance, w którym uczestniczył również wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans, oświadczył oficjalnie, że energetyka jądrowa jest zaplanowana w Polsce do wdrożenia od 2033 r. Czyli za 13 lat!
Warto poważnie zastanowić się nad tym oświadczeniem polskiego ministra. Czy oznacza ono, że w naszym kraju już za trzynaście lat ma zacząć działać pierwsza elektrownia atomowa? Oczywiście nie. Jest to całkowicie niemożliwe, skoro nie wiadomo nawet, gdzie miałaby ona zostać zbudowana.
Wprawdzie nad rozwojem energetyki jądrowej od lat pracują u nas rzesze mniej lub bardziej ważnych urzędników, którzy zarabiają dzięki temu bardzo przyzwoite pieniądze i żyją dostatnio – ale przecież trudno od nich oczekiwać, by swoje prace zintensyfikowali do tego stopnia, by po zaledwie jedenastu latach (licząc od 2009 r.) od rozpoczęcia ich prac można już było mówić o wybraniu lokalizacji dla pierwszej polskiej elektrowni atomowej.
Zrozumiałe też, że wspomniani urzędnicy, zatrudnieni głównie w Departamencie Energii Jądrowej Ministerstwa Klimatu (jak wiadomo, choćby z przykładu Czarnobyla, energetyka jądrowa może mieć bardzo znaczący wpływ na klimat) oraz w państwowej Polskiej Grupie Energetycznej, nie będą się przesadnie śpieszyć z wykonywaniem swych atomowych obowiązków – żeby nie podcinać gałęzi na której od dawna siedzą wygodnie.
Nie można jednak zarzucić ministrowi Michałowi Kurtyce, że minął się z prawdą w swojej zapowiedzi, uznającej 2033 r. za początek energetyki jądrowej w Polsce. Przecież wdrożenie energetyki jądrowej, o czym mówił Minister Klimatu, to bynajmniej nie o samo co rozpoczęcie pracy elektrowni jądrowej.
Z powodzeniem możemy bowiem wdrożyć energetykę jądrową – i stosować prąd wyprodukowany w elektrowniach jądrowych – bez posiadania własnej elektrowni jądrowej. Będzie to tym prostsze, że wszyscy nasi sąsiedzi mają już elektrownie atomowe. Wystarczy po prostu importować od nich prąd – i można przypuścić, że właśnie taki import energii mógł mieć na myśli Minister Klimatu, mówiąc o wdrożeniu energetyki jądrowej od 2033 r.
Najważniejsze zaś, że minister Michał Kurtyka nigdy nie obiecywał, że w 2033 r. w Polsce zacznie płynąć prąd wytworzony przez elektrownię atomową. On powiedział jedynie, że to jest zaplanowane – ale przecież tylko ktoś naiwny może uznać, że w Polsce zaplanowanie jest równoznaczne z realizacją.
Jak oświadczył Michał Kurtyka, w ciągu pięciu ostatnich lat moc zainstalowana instalacji fotowoltaicznych wzrosła w Polsce 16-krotnie. Natomiast całkowita moc odnawialnych źródeł energii w polskim systemie elektroenergetycznym przekroczyła 10 Gigawatów, czyli ponad 20 proc. krajowych zdolności wytwórczych.
Polskie plany zakładają, że kierunek ten zostanie utrzymany i w 2030 r. OZE będą stanowiły już ponad 40 proc. zainstalowanych krajowych mocy. Minister bardziej niż na atom, stawia na wiatr. W jego opinii szansą na przełomową systemową zmianę może być wprowadzenie morskiej energetyki wiatrowej, stanowiącej stosunkowo stabilne źródło energii odnawialnej. Jest to ponadto innowacyjna branża, umożliwiwiająca zaangażowanie lokalnego przemysłu i szeroką współpracę międzynarodową.
Zdaniem Michała Kurtyki, państwa Europy Środkowo-Wschodniej mogą w najbliższym czasie stać się „motorem zielonej odbudowy”. Oznacza to jednak rosnącą odpowiedzialność za przeprowadzenie transformacji energetycznej w sprawiedliwy oraz solidarny sposób – i wymusza bezprecedensowe zmiany w dotychczasowym sposobie życia.
„Musimy nie tylko zmienić sposób produkowania energii, lecz również przemieszczania się, mieszkania, a nawet żywienia” – oświadczył Minister Klimatu. I zapowiedział konieczność wprowadzenia „zielonego ożywienia” po pandemii COVID-19. Ciekawe, czy kiedykolwiek doczekamy się konkretów?

Ko(s)miczne wizje rządu – i rzeczywistość

Pod rządami PiS w naszym kraju, wedle ocen Europejskiej Agencji Kosmicznej, firmy sektora kosmicznego „znajdują się na najniższym poziomie rozwoju”.

Jak powszechnie wiadomo, sektor kosmiczny jest jednym z najbardziej innowacyjnych i zaawansowanych technologicznie obszarów w gospodarce europejskiej i światowej. Mało kto chyba natomiast wie, że w naszym kraju istnieje coś takiego jak Polska Strategia Kosmiczna.
Wydawać by się mogło, że nasza, delikatnie mówiąc, niespecjalnie nowoczesna gospodarka, nie bardzo ma czego szukać w przestrzeni kosmicznej. A jednak, mamy ambicje w tej dziedzinie. W rezultacie, w listopadzie 2012 r., za rządów PO, Polska przystąpiła do Europejskiej Agencji Kosmicznej.
Natomiast w lutym 2017 r., już za czasów PiS, formalnie weszła w życie wspomniana Polska Strategia Kosmiczna, ustalająca cele rozwoju naszego sektora kosmicznego (który ponoć wykazuje jakieś oznaki aktywności). To jednak, że weszła w życie, nie oznacza, że przynosi jakiekolwiek efekty. Najważniejsze jest, że działa u nas stosowny urząd – Polska Agencja Kosmiczna z suto opłacanymi stanowiskami. To wspaniała robota, wolna od pośpiechu i odpowiedzialności!
W Polskiej Strategii Kosmicznej wyznaczone zostały trzy cele strategiczne oraz pięć celów szczegółowych, które powinny zostać osiągnięte do 2030 r. Jest to więc perspektywa bezpieczna, bo na tyle odległa, że PiS, zgodnie ze swą metodą działania, może obiecywać co chce, nie troszcząc się o realizację obietnic. Koordynatorem realizacji Strategii jest minister właściwy do spraw gospodarki. Nie przepracowuje się, skoro realizacji nie ma.
Cele strategiczne mają doprowadzić do tego, że polski sektor kosmiczny będzie zdolny do skutecznego konkurowania na rynku europejskim, a jego obroty wyniosą co najmniej 3 proc. ogólnych obrotów tego rynku (proporcjonalnie do polskiego potencjału gospodarczego).
Ponadto, polska administracja publiczna będzie wykorzystywać dane satelitarne dla szybszej i skuteczniejszej realizacji swoich zadań, a krajowe przedsiębiorstwa będą w stanie w pełni zaspokoić popyt wewnętrzny na tego typu usługi oraz eksportować je na inne rynki.
Polska gospodarka i instytucje publiczne mają zaś posiadać dostęp do infrastruktury satelitarnej, umożliwiający zaspokojenie ich potrzeb, zwłaszcza w dziedzinie bezpieczeństwa i obronności.
Natomiast cele szczegółowe obejmują: 1 – Wzrost konkurencyjności polskiego sektora kosmicznego i zwiększenie jego udziału w obrotach europejskiego sektora kosmicznego.
2 – Rozwój aplikacji satelitarnych, co ma stanowić wkład w budowę gospodarki cyfrowej.
3 – Rozbudowę zdolności zapewnienia bezpieczeństwa i obronności państwa z wykorzystaniem technologii kosmicznych i technik.
4 – Stworzenie sprzyjających warunków do rozwoju sektora kosmicznego w Polsce.
5 – Budowę kadr dla potrzeb polskiego sektora kosmicznego.
Jak widać więc, zarówno cele strategiczne jak i szczegółowe, są na tyle niekonkretne i … pozbawione szczegółów, iż trudno będzie komukolwiek czynić zarzuty, że nie zostaną zrealizowane. Trudno zaś cokolwiek zrealizować, jeśli wszystkie te cele stanowią propagandową lipę, mającą pokazać elektoratowi, jak to PiS-owska władza śmiało buduje w Polsce innowacyjną gospodarkę przyszłości.
W rzeczywistości, nikt tu niczego nie buduje i nawet nie próbuje. Najwyższa Izba Kontroli stwierdziła właśnie, że w Polskiej Strategii Kosmicznej nie zapisano jakimi instrumentami minister właściwy do spraw gospodarki miałby wykonywać zadania związane z realizacją celów strategicznych i szczegółowych.
A ponieważ nie zapisano, więc minister nie podjął żadnych działań i nie stworzył systemu wykonania tej strategii. Nie przypisał też odpowiednim instytucjom celów i kierunków, które mają realizować. Nie zobowiązał również nikogo, a w szczególności kierowników jednostek uczestniczących w strategii kosmicznej, do okresowej oceny stopnia wykonania wspomnianych celów. W rezultacie, nikt nic nie wie i niczym się nie przejmuje.
„Podjęta przez Ministra w październiku 2019 r. (w czasie kontroli NIK) próba uzyskania całościowej wiedzy o stanie realizacji projektów wymienionych w PSK okazała się bezskuteczna” – stwierdza Najwyższa Izba Kontroli (chodzi o Jadwigę Emilewicz).
Kiepsko wygląda także proces tworzenia ram prawnych dla rozwoju sektora gospodarki kosmicznej. Polska jest stroną trzech traktatów tworzących międzynarodowy system prawa kosmicznego. Wszystkie te umowy nakładają na nasz kraj konieczność uregulowania w krajowym prawie takich kwestii jak: zasady wyrażania zgody na działalność w przestrzeni kosmicznej przez podmioty krajowe oraz wyznaczenie organu odpowiedzialnego za nadzór nad tego rodzaju działalnością; zasady prowadzenia krajowego rejestru obiektów kosmicznych; zagadnienia dotyczące odpowiedzialności państwa oraz kwestie odszkodowawcze.
Oczywiście nic z tego nie zostało wykonane. Nie ukończono prac legislacyjnych nad projektem ustawy o działalności kosmicznej i Krajowym Rejestrze Obiektów Kosmicznych. Prace nad tymi regulacjami zapoczątkowane zostały już w 2013 r., za rządów PO. Ale dwa lata później w wyborach wygrało Prawo i Sprawiedliwość i prace ustawodawcze zarzucono.
Konsekwencją braku ustawy jest niewykonywanie części zadań przez Polską Agencję Kosmiczną oraz nie wypełnianie przez nasz kraj zobowiązań międzynarodowych dotyczących rejestracji obiektów kosmicznych. Między innymi, nie zarejestrowane były dwa polskie satelity (czyli latają wokół Ziemi „na dziko”).
„Nierealizowanie zobowiązań wynikających z prawa międzynarodowego może negatywnie wpływać na wizerunek Polski, jako kraju, który pretenduje do aktywnego udziału w europejskiej polityce kosmicznej” – ubolewa NIK. Tu akurat Izba trochę przesadza, bo jest wiele czynników znacznie bardziej negatywnie wpływających dziś na wizerunek Polski, niż niewykonywanie zobowiązań międzynarodowych.
Nie zmienia to faktu, że Polska wedle ocen Europejskiej Agencji Kosmicznej znajdowała się na najniższym poziomie rozwoju firm sektora kosmicznego. W przypadku Polski raczej trudno zresztą mówić o jakimkolwiek rozwoju skoro, jak stwierdza NIK, minister nie wypracował kryteriów oceny wzrostu kompetencji polskiego sektora kosmicznego – a tym samym nie monitorował wpływu wydatków ponoszonych z budżetu państwa na wzrost efektywności sektora.
Wygląda to na przemyślaną strategię rządową, dzięki której można ciągnąć kasę od państwa, nie przejmując się żadnymi wynikami. A kasa jest niemała, bo w skontrolowanym prez NIK okresie od 1 stycznia 2016 r. do 30 czerwca 2019 r., dla polskiego sektora kosmicznego przeznaczono z budżetu państwa łącznie 157 mln zł oraz jeszcze aż 136 milionów euro uzyskanych od Unii Europejskiej. Jeszcze więcej Polska musi płacić w ramach składki członkowskiej do Europejskiej Agencji Kosmicznej. W latach 2016-2019 Polska wpłaciła do tej agencji łącznie 165,4 mln euro, to jest ok. 620 mln zł.
Jakie rezultaty przyniosły wszystkie te wydatki? Najprawdopodobniej żadne (oczywiście oprócz wysokich apanaży dla urzędników rządowych zajmujących się naszą „ekspansją kosmiczną”). „Minister nie przeprowadzał ani nie dysponował wynikami analiz, które pozwoliłyby na ocenę, w jakim stopniu firmy sektora kosmicznego przybliżyły się w tym czasie do wyższego poziomu rozwoju” – stwierdza jednoznacznie NIK.
Nie został też przyjęty Krajowy Program Kosmiczny – a zgodnie z zapisami Strategii miał być podstawowym narzędziem realizacji jej celów. Jak wykryła NIK, w 2018 r. Polska Agencja Kosmiczna odpowiedzialna za opracowanie tego dokumentu, nierzetelnie przygotowała finansową jego część. Przede wszystkim nie uzyskała żadnego potwierdzenia gotowości do zaangażowania finansowego w realizację Programu Kosmicznego.
Zdaniem NIK, brak Krajowego Programu Kosmicznego jest postrzegany przez przedsiębiorców, jako jedno z najpoważniejszych zagrożeń dla rozwoju sektora kosmicznego w Polsce. Poniewczasie, w byłym już Ministerstwie Przedsiębiorczości i Technologii jego szefowa (a obecnie wicepremierka) Jadwiga Emilewicz podjęła próbę wypracowania właściwego trybu przyjęcia programu kosmicznego, tak aby możliwe było rozpoczęcie finansowania jakichś zadań. Była to jednak próba nieudana, a resort przedsiębiorczości i technologii nawet nie był w stanie stanie stworzyć podstaw prawnych do zatwierdzenia takiego dokumentu przez jakikolwiek organ. W rezultacie, przez lata projekt Krajowego Programu Kosmicznego już się kompletnie zdezaktualizował.
Najwyższa Izba Kontroli przeprowadziła ankietę wśród jednostek naukowo-badawczych oraz firm z sektora kosmicznego (mamy w Polsce nawet Związek Pracodawców Sektora Kosmicznego!). Ankietowani wskazali na podstawowe bariery utrudniające rozwój polskiego sektora kosmicznego.
Te najważniejsze bariery to: brak Krajowego Programu Kosmicznego; brak efektywnych mechanizmów finansowania; preferencyjne podejście do firm prywatnych kosztem jednostek badawczych, które mogą najczęściej pełnić jedynie rolę podwykonawcy usług badawczych; brak długofalowej wizji rozwoju; brak wiedzy merytorycznej; brak urządzeń do przetwarzania danych; wybór ekspertów do Europejskiej Agencji Kosmicznej spośród urzędników a nie naukowców lub fachowców-praktyków.
Ostatni zarzut jest kompetnie naiwny. Czy ktoś naprawdę mógłby uważać, że strona polska zechce delegować specjalistów na intratne stanowiska w Europejskiej Agencji Kosmicznej, zamiast urzędników, będących z reguły krewnymi i znajomymi królika? Przecież jak w Polsce ktoś jest urzędnikiem, w dodatku jeszcze odpowiednio umocowanym politycznie i towarzysko, to siłą rzeczy jest też ekspertem, nadającym się na wszelkie posady zagraniczne.
I tak właśnie wygląda nasz podbój kosmosu w wydaniu Prawa i Sprawiedliwości.

Władza nawet nie udaje sprzeciwu wobec Nord Stream 2

PiS-owscy prominenci w rozmowach z członkami władz Niemiec czy Rosji boją się, nomen omen, choćby pis-nąć, że są przeciwni budowie drugiej nitki gazociągu z Rosji do Niemiec.
Od pięciu lat polski Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów prowadzi, mocno rozreklamowane postępowanie, mające ponoć zapobiec budowie gazociągu Nord Stream 2, biegnącego pod dnem Bałtyku z Rosji do Niemiec.
„Ponoć” – bo rzekome polskie starania o storpedowanie budowy drugiej nitki Nord Stream 2 to wyłącznie propaganda, która ma pokazać, jak to rząd PiS walczy o polskie interesy energetyczne. W rzeczywistości jest to jedynie teatr odgrywany przez prominentów PiS na użytek krajowy, bo na forum międzynarodowym, podczas spotkań z członkami władz Niemiec czy Rosji, przedstawiciele PiS-owskiego rządu boją się, nomen omen, choćby pis-nąć, że chcą wstrzymać budowę tego gazociągu.
Oficjalnie, władze Niemiec czy Rosji nawet nie wiedzą, że strona polska jest przeciwna tej budowie, bo przecież nikt z rządu PiS nie ośmielił się ich o tym zawiadomić w formalny sposób. Raz, miesiąc temu, na wspólnej konferencji prasowej polskiego i niemieckiego Ministra Spraw Zagranicznych w Warszawie, Jacek Czaputowicz w obecności szefa niemieckiego MSZ Heiko Maasa oświadczył, iż gazociąg Nord Stream 2 jest krytycznie oceniany przez Polskę, gdyż nie zapewnia bezpieczeństwa energetycznego Europie, uzależniając dostawy dużych ilości gazu od jednego dostawcy, jakim jest Gazprom.
Jednocześnie, polski minister stwierdził jednak, iż Polska dywersyfikuje dostawy gazu, popierając budowę gazociągu Baltic Pipe i sprowadzając gaz statkami do gazoportu w Świnoujściu. W ten sposób Jacek Czaputowicz osłabił swe wątlutkie „zdanie odrębne”, no bo skoro Polska kupuje coraz więcej gazu od dostawców innych, niż Gazprom, to uruchomienie Nord Stream 2 raczej jej nie zaszkodzi.
Znając faktyczną uległość PiS-owskiej ekipy wobec Niemiec, wydaje się zresztą, że wypowiedzenie tej jednej, krytycznej uwagi wobec Nord Stream 2 zostało uzgodnione ze stroną niemiecką – po to, żeby rząd PiS mógł zachować twarz i nie zmagał się z zarzutami, że nic nie robi dla zablokowania dokończenia budowy gazociągu.
W rzeczywistości, Niemcy i Rosja oczywiście wiedzą, że Polsce nie podoba się Nord Stream 2 – ale wiedzą to dzięki protestowi ekipy Platformy Obywatelskiej, która naprawdę, a nie tylko propagandowo, wystąpiła przeciwko budowie Nord Stream 2.
W 2017 r, Donald Tusk ówczesny przewodniczący Rady Europejskiej, napisał list do Jean-Claude Junckera, stwierdzając, iż gazociąg rosyjski będzie szkodliwy nie tylko dla Polski, ale dla całej Unii Europejskiej, gdyż jeszcze bardziej zwiększy uzależnienie Europy od rosyjskiego gazu i umocni pozycję Gazpromu jako dominującego dostawcy gazu do UE. Natomiast polska komisarz Elżbieta Bieńkowska, jako jedyna w całej Komisji Europejskiej jednoznacznie sprzeciwiła się budowie Nord Stream 2.
PIS-owscy prominenci nigdy nie odważą się na takie wystąpienia. Oni są mocni tylko w słowach, na krajowym podwórku – a nie w negocjacjach z reprezentantami władz innych państw.
W ten scenariusz lękliwego zaniechania dobrze wpisują się poczynania – czy raczej ich brak – Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.
Wedle oświadczeń szefostwa UOKiK, aktywność tego urzędu wygląda tak, że w czerwcu bieżącego roku prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów wszczął postępowanie przeciw Gazpromowi za „brak współpracy” podczas prowadzonego dochodzenia antymonopolowego.
Ów brak współpracy, to niechęć rosyjskiego koncernu do udzielania prezesowi UOKiK-owi jakichkolwiek informacji. Gazpromowi, jak straszy UOKiK, za ów brak udzielenia informacji grozi kara w wysokości do 50 mln EUR, niezależna od konsekwencji wynikających z postępowania o dokonanie koncentracji firm budujących Nord Stream 2 bez zgody prezesa UOKiK.
Rzecz w tym, że Gazprom ma w głębokim poważaniu i polskie kary za „brak współpracy”, i rzekome „konsekwencje” mogące być efektem jakiegoś postępowania antymonopolowego w sprawie Nord Stream 2, prowadzonego jakoby przez UOKiK.
Jak zapewnia UOKiK, postępowanie w sprawie budowy gazociągu Nord Stream 2 rozpoczęło się w 2015 r. Wtedy to do UOKiK wpłynął, wymagany formalnie przez prawo unijne, wniosek sześciu spółek (Gazprom, Engie Energy, Uniper, OMV, Shell oraz Wintershall) o wydanie zgody na utworzenie wspólnego przedsiębiorstwa odpowiedzialnego za budowę i eksploatację gazociągu Nord Stream 2.
W 2016 r. UOKiK wydał zastrzeżenia do koncentracji, w których uznał, że planowana transakcja mogłaby doprowadzić do ograniczenia konkurencji i przedstawił swoje zastrzeżenia. PiS-owska propaganda sukcesu zaczęła zaś rozgłaszać, jak to dzięki skutecznym staraniom nowych władz, nasz kraj zatrzyma budowę Nord Stream 2. Zagraniczni przedsiębiorcy wycofali wniosek, co w teorii miało oznaczać brak połączenia. Tyle, że nie przejęli się oni zastrzeżeniami polskiego UOKiKu – i mimo to sześć spółek podpisało umowę na finansowanie gazociągu. Nasz urząd nie miał o tym pojęcia, dowiedział się o wszystkim dzięki informacjom z mediów.
W rezultacie, UOKiK powiadomił, iż rozpoczyna kolejne postępowanie przeciw Gazpromowi i jego pięciu kontrahentom – tym razem o dokonanie transakcji finansowania budowy gazociągu bez zgody UOKiK. Długo to trwało, ale wreszcie, po wystąpieniu Donalda Tuska i Elżbiety Bieńkowskiej, rząd PiS uznał, że trzeba pokazać, iż coś się robi w sprawie Nord Stream 2. Tak więc, w 2018 r. UOKiK postawił sześciu wspomnianym spółkom zarzuty finansowania budowy gazociągu bez wymaganej prawnie zgody.
Te przedsiębiorstwa naturalnie nie przejęły się doniesieniami o „zarzutach” jakie miał im postawić UOKiK – i dalej robiły swoje. Postępowanie, które w rzeczywistości nie zostało naprawdę rozpoczęte, odłożono zaś ad acta.
Czas jednak płynął, a polska opinia publiczna coraz wyraźniej zauważała zaś, że PiS-owska władza, wbrew swoim deklaracjom, nic nie robi, by zablokować Nord Stream 2. Trzeba było pokazać jakiś cień aktywności – więc po wielu miesiącach bezczynności, na początku 2020 r. prezes UOKiK zwrócił się do Gazpromu o przekazanie stronie polskiej dokumentów istotnych dla sprawy.
Chodziło tu o kontrakty zawarte przez spółkę zależną Gazpromu z pozostałymi firmami finansującymi budowę Nord Stream 2. Były to przede wszystkim umowy przesyłu, dystrybucji, sprzedaży, dostaw i magazynowania paliw gazowych. Oczywiście Gazprom olał polska prośbę. „Pomimo ciążącego na nim obowiązku współpracy z Urzędem przedsiębiorca nie przekazał tych informacji” – żalił się UOKiK.
Jak powiedział prezes UOKiK Tomasz Chróstny, przepisy są jasne i takie same dla wszystkich, jednak Gazprom kilkukrotnie odmówił przekazania dokumentów istotnych dla prowadzonego przez nas dochodzenia.
„Rosyjski potentat gazowy nie może działać ponad prawem, dlatego wszcząłem przeciwko Gazpromowi postępowanie w sprawie nałożenia kary za nieudzielenie informacji podczas prowadzonego postępowania. Zgodnie z prawem spółce grozi sankcja finansowa do wysokości 50 mln euro” – oświadczył Tomasz Chróstny.
Dodał on, że jeśli transakcja ma wpływ na krajowy rynek lub grupa kapitałowa osiąga na nim odpowiedni obrót, to także zagraniczny przedsiębiorca ma obowiązek zgłosić transakcję do urzędu antymonopolowego danego kraju i odpowiedzieć na jego wezwania. Podstawą tychże obowiązków są przepisy europejskie, na których opiera się polska ustawa o ochronie konkurencji i konsumentów.
Nie trzeba dodawać, że Gazprom przejął się tym wystąpieniem Tomasza Chróstnego dokładnie tak samo, jak i innymi poczynaniami UOKiK w sprawie Nord Stream 2. Podobnie zachowują się i inni uczestnicy konsorcjum sześciu spółek. Gazprom to bowiem kolejna firma, która nie współpracowała z UOKiK w toku postępowania dotyczącego bezprawnego utworzenia podmiotu finansującego Nord Stream 2.
W ubiegłym roku UOKiK nałożył 172 mln zł kary na spółkę Engie Energy, która nie przekazała Urzędowi informacji o paliwach gazowych, m.in. umów przesyłu, dystrybucji, sprzedaży, dostaw czy magazynowania. Oczywiście wspomniana spółka także nie przejęła się tą karą – i nie zamierza płacić ani grosza. Strona polska ma zresztą tego świadomość, więc prezes UOKiK oświadczył, że urząd będzie się starał zrobić wszystko, by tę karę wyegzekwować – ale jak dodał, kara jest precedensowa, więc sposób jej egzekucji będzie też precedensowy. Dopowiedzmy tu, że po prostu żadnej egzekucji nie będzie.
Dziś prezes UOKiK próbuje robić dobrą minę do gry, w której nie ma szans na zwycięstwo. Oświadcza więc, że szczególnie naganne jest to, iż wielkie, międzynarodowe koncerny nie stosują się do obowiązujących przepisów prawa – ale zapewnia też, że jeśli ów brak współpracy miał spowolnić działania UOKiK w sprawie budowy Nord Stream 2, to te koncerny nie osiągnęły swego celu.
„Mamy już odpowiedni materiał dowodowy i zbliżamy się do końca dochodzenia w sprawie koncentracji bez uzyskania zgody UOKiK – mówi prezes Tomasz Chróstny. Przypomina, że za naruszenie zakazu dokonania koncentracji bez uzyskania zgody prezesa krajowego UOKiK grozi kara do 10 proc. rocznego obrotu przedsiębiorcy (co w przypadku tych sześciu spółek oznaczałoby gigantyczne sumy). Ponadto, jeżeli koncentracja została dokonana, a przywrócenie konkurencji na rynku nie jest możliwe, prezes Urzędu może nakazać zbycie całości lub części majątku przedsiębiorcy, udziałów lub akcji zapewniających kontrolę nad przedsiębiorcą, a także rozwiązanie spółki, nad którą przedsiębiorcy sprawują wspólną kontrolę.
Cóż, wszystko to być może, ale w rzeczywistości, te groźby UOKiK należy między bajki włożyć. Prezes Tomasz Chróstny ma tego świadomość, więc ostrożnie nie mówi, jaki może być ów koniec dochodzenia w sprawie UOKiK.
A prawda jest taka – o czym wszyscy wiedzą – że tylko ewentualne sankcje ze strony prezydenta Stanów Zjednoczonych mogą zagrozić dokończeniu drugiej nitki gazociągu z Rosji do Niemiec, nie zaś jakiekolwiek postępowanie podjęte przez UOKiK. Na cichy, dyskretny pisk PiS-owskiej ekipy nikt przecież nie zwraca uwagi.

Dobrze powiedziane, źle przepisane

Poruszające wystąpienie red. Mariana Turskiego podczas uroczystości wyzwolenia obozu Auschwitz zostało zaprezentowane w wielu mediach. Niestety, jego słowa powszechnie zacytowano z błędem, czego nie ustrzegła się nawet „Polityka”, macierzysta redakcja red. Turskiego. Błędu ustrzegła się natomiast redakcja „Trybuny”.
Na łamach „Polityki” (we fragmencie, w którym red. Turski mówi o Dzielnicy Bawarskiej) czytamy więc następujące słowa: „Mieszkali tam Albert Einstein, noblistka Nelly Sachs, przemysłowiec, polityk, minister spraw zagranicznych Walter Altenau”.
Tymczasem, jak wiadomo, nie było żadnego ministra Waltera Altenaua. Był natomiast minister Walter Rathenau. Oczywiście red. Marian Turski nie popełnił błędu i powiedział prawidłowo: „Rathenau”. Ktoś gdzieś jednak niechlujnie przepisał jego słowa, robiąc błąd – i puścił w świat swoją pomyłkę. A wszyscy (no, jak widać, prawie wszyscy) bezmyślnie to powtórzyli za niechlujnym przepisywaczem.

Jacek Sasin, minister bezradny

Jedną z przyczyn utrzymującego się poparcia dla Prawa i Sprawiedliwości jest sprawczość partii rządzącej. Nawet jeżeli PiS popełnia błędy, to części elektoratu podoba się, że władza bierze odpowiedzialność za funkcjonowanie kluczowych wymiarów życia społecznego.

Okazuje się jednak, że gdy chodzi o przestrzeganie praw pracowniczych, mamy do czynienia z całkowitą bezradnością najwyższych urzędników partii rządzącej. Gdy kilka tygodni temu napisałem do ministra infrastruktury, Andrzeja Adamczyka o patologiach w Państwowych Portach Lotniczych, otrzymałem odpowiedź, że „PPL jest samodzielną i samofinansującą się jednostką organizacyjną”. Minister z rozbrajającą szczerością oznajmił, że nie jest władny, aby interweniować odnośnie nadużywania uprawnień przez prezesa firmy Mariusza Szpikowskiego, wykorzystywania przez niego CBA dla własnych korzyści czy masowych zwolnień wysokiej klasy specjalistów. Nie było to dla mnie zaskoczenie, gdyż Adamczyk nie jest politykiem o silnej pozycji. W partii rządzącej uchodzi raczej za osobę wykonującą polecenia zwierzchników. Trudno więc było się spodziewać, aby podjął stanowcze kroki wobec szefa dużej firmy państwowej, który objął stanowisko z nadania partyjnego.

Jako związkowcy mieliśmy jednak nadzieję, że sytuacja się zmieni, gdy tekę Ministra Aktywów Państwowych obejmie Jacek Sasin. Sasin to PiS-owska pierwsza liga, człowiek od zadań specjalnych, zaufany Jarosława Kaczyńskiego. Trudno go lubić, ale wydawało się, że to człowiek, który będzie umiał podejmować stanowcze decyzje. Dlatego Związkowa Alternatywa zwróciła się do niego z wnioskiem o interwencję w sprawie zwolnienia dyscyplinarnego lidera Wolnego Związków Pracowników Poczty Piotra Moniuszki, którego sprawę opisywaliśmy m.in. na łamach „Dziennika Trybuna”. Pisaliśmy: „Liczymy też na Pana pilną interwencję w Poczcie Polskiej, której prezes, Przemysław Sypniewski zwolnił dyscyplinarne lidera związkowego, a zarazem ojca samotnie wychowującego dziecko, Piotra Moniuszkę, za wyrażone przez niego podejrzenie, że firma może ogłosić upadłość. Zapewne Pan wie, że kilka tygodni temu swój niepokój o kondycję Poczty wyraziło Centrum Analiz Strategicznych. CAS przyznało, że firmie grozi utrata płynności, a tymczasem Moniuszko wciąż nie został przywrócony do pracy”. Nie tylko więc chodziło o zwolnienie dyscyplinarne związkowca, ale też o to, że powodem zwolnienia była wygłoszona przez niego opinia pokrywająca się ze stanowiskiem instytucji… rządowej.

Na naszą skargę odnośnie bezzasadnego zwolnienia dyscyplinarnego związkowca otrzymaliśmy odpowiedź: „Ingerencja w relacje Zarządu Poczty Polskiej S.A. z pracownikami Spółki, w tym rozstrzyganie sporów pracowniczych, wykracza poza uprawnienia Ministra Aktywów Państwowych”. Okazało się, że potężny, bliski premierowi i prezesowi minister powołany do sprawowania nadzoru nad spółkami skarbu państwa bezradnie rozkłada ręce, gdy dowiaduje się o patologiach w konkretnej spółce skarbu państwa! Nie odnosi się nawet do diagnozy, którą wyraziło rządowe Centrum Analiz Strategicznych! Na dodatek minister, tradycyjnie już, odesłał nas do pogardzanych przez partię rządzącą sądów. „W sprawach spornych dotyczących stosunków pracowniczych należy zwrócić się do Państwowej Inspekcji Pracy lub właściwego sądu pracy” – czytamy w odpowiedzi ministerstwa. Okazuje się więc, że rząd jest sprawczy tylko wtedy, gdy w grę wchodzi zawłaszczanie kluczowych instytucji wymiaru sprawiedliwości. Gdy trzeba pomóc pracownikowi albo zmierzyć się z niewygodnymi faktami odnośnie spółek skarbu państwa, okazuje się, że państwo pozostaje całkowicie bezradne.

Szokujące informacje, związki z przestępcami

Byli ministrowie finansów napisali list otwarty do prezydenta RP w sprawie Mariana Banasia.

Ujawnione w ostatnich dniach szokujące informacje o Marianie Banasiu, byłym Ministrze Finansów i byłym szefie Krajowej Administracji Skarbowej, są wysoce niepokojące i wymagają natychmiastowych działań.
Przedstawione w mediach relacje biznesowe byłego Ministra Finansów ze światem przestępczym podważają moralną podstawę zaufania obywateli do administracji skarbowej. Jak podatnicy (krajowi i zagraniczni) mieliby ufać polskiemu aparatowi skarbowemu i uważać go za rzetelny, kiedy związki jego byłego szefa z przestępcami pozostają niewyjaśnione. Pracownicy administracji skarbowej nie mogą być pewni uczciwości decyzji swoich przełożonych, kiedy w sprawie ich byłego przełożonego pojawiają się tak poważne wątpliwości.
Jednak sprawa Mariana Banasia daleko wykracza poza Ministerstwo Finansów. Dotyka ona bowiem podstawowej kwestii – uczciwości osób sprawujących wysokie urzędy w państwie oraz zachowania służb, których ustawowym zadaniem jest sprawdzanie przeszłości kandydatów na wysokie urzędy. Dlatego, pytania które wymagają natychmiastowego i szczegółowego wyjaśnienia są następujące:
– Jaki był faktyczny związek Ministra Banasia z osobami prowadzącymi hotel na godziny w kamienicy w Krakowie?
– Dlaczego w oświadczeniu majątkowym wykazał mało wiarygodną kwotę z wynajmu kamienicy? Czy w związku z tym Minister Banaś nie popełnił przestępstwa, poświadczając nieprawdę poprzez zaniżanie dochodu do opodatkowania?
– Czy Minister Banaś wiedział i aprobował niewydawanie paragonów za wynajem pokoi na godziny w swojej kamienicy i czy nieodprowadzenie należnego podatku VAT było tam normalną praktyką?
– Dlaczego CBA przez 8 miesięcy bada oświadczenie majątkowe Ministra Banasia i czy powody tej przewlekłości dotyczą kamienicy w Krakowie?
– Na ile czyjaś wiedza o niejasnościach w oświadczeniu majątkowym mogła stanowić czynnik ograniczający zdolność podejmowania przez Ministra Banasia niezależnych decyzji w organach którymi kierował?
– Kto z najważniejszych osób w państwie posiadał taką wiedzę i dlaczego nie stanowiła ona przeszkody przy kolejnych awansach w karierze Ministra Banasia?
Oczekujemy podjęcia natychmiastowych działań szczegółowo wyjaśniających ww. okoliczności przez właściwe organy państwa. Jest ewidentne, że kontrola oświadczenia Ministra Banasia przez CBA w tak długim czasie jest niewystarczającym środkiem zaradczym w sprawie takiej wagi. Kontrola ta, trwająca już osiem miesięcy, nie odkryła faktów, do których dotarli dziennikarze TVN w ciągu kilku tygodni. Tym samym nie zapobiegła powołaniu Ministra Banasia na trzy wysokie stanowiska państwowe.

Leszek Balcerowicz, Jarosław Bauc, Marek Belka, Marek Borowski, Mirosław Gronicki, Andrzej Olechowski, Jacek Rostowski, Mateusz Szczurek

Prominenci PiS trzęsą portkami przed Niemcami

Propaganda Prawa i Sprawiedliwości jest jednak skuteczna.

Tej propagandzie czasami dają wiarę nawet i mądrzy ludzie, jak choćby prof. Bronisław Łagowski, który w tygodniku „Przegląd” napisał: „Polski rząd występuje z żądaniem odszkodowań od Niemiec za szkody wyrządzone Polsce w czasie wojny”.
A tymczasem prawda jest taka, że rząd Prawa i Sprawiedliwości nigdy NIE wystąpił, nie występuje i nie wystąpi z żądaniem jakiegokolwiek odszkodowania wojennego od Niemiec.
Co więcej, nigdy żaden przedstawiciel rządu, czy choćby szeroko pojętej administracji PiS-owskiej, nawet słowem nie pisnął o domaganiu się reparacji podczas jakichkolwiek spotkań z udziałem oficjalnych przedstawicieli władz niemieckich.
Rzekome domaganie się reparacji od Niemiec przez PiS to wyłącznie propagandowy teatr, odgrywany na użytek naiwnej krajowej publiczności – żeby wmówić jej, iż obecna ekipa twardo walczy o polskie interesy, podnosi kraj z kolan i żąda tego, co się nam słusznie należy. Ale to wszystko lipa.
W rzeczywistości o odszkodowaniach wojennych od Niemiec czasami mówią posłuszni posłowie i wynajęci publicyści, ale oczywiście w kraju. Polski rząd nawet i w kraju milczy o tym konsekwentnie.
Raz jeden, półtora roku temu, nasz minister spraw zagranicznych, po spotkaniu z swym niemieckim odpowiednikiem, oświadczył na wspólnej konferencji prasowej, że obaj zgodzili się, by o reparacjach rozmawiali eksperci. Był to – bez złośliwości – akt niesłychanej odwagi ze strony szefa polskiej dyplomacji, bo prominenci PiS boją się władz niemieckich jak diabeł święconej wody. Nawet prezes Jarosław Kaczyński, grzmiąc niedawno, iż Polsce należą się odszkodowania wojenne, powiedział, że należą się one od „niektórych” – gdyż bał się wspomnieć, że od Niemców.
Należy się domyślać, że polski minister spraw zagranicznych nie działał pochopnie i w afekcie, gdy odważył się na zuchwalstwo, polegające na wypowiedzeniu słowa „reparacje” w obecności ministra niemieckiego. Zapewne doszło do tego w ten sposób, że najpierw strona polska poprosiła stronę niemiecką o pozwolenie, tłumacząc, że to tylko tak, dla potrzeb polskiej opinii publicznej, i że, broń Boże, nikt z polskiego rządu nigdy nie będzie zawracać głowy reparacjami niemieckim kolegom.
I Niemcy łaskawie się zgodzili – ale na tej samej wspólnej konferencji prasowej niemiecki minister dla porządku dodał, iż sprawa reparacji jest prawnie zakończona i zamknięta, po to żeby nikt w Polsce nie snuł rojeń, że z zapowiedzianych półtora roku temu „rozmów ekspertów” mogłoby cokolwiek wyniknąć.
A i sam polski minister wkrótce potem oświadczył, iż temat reparacji nie istnieje w relacjach między rządami Polski i Niemiec. Miał rację – nie istnieje i nie zaistnieje, bo rząd PiS boi się władz Niemiec, co widać także i w innych sprawach, na przykład przy okazji budowy rosyjsko-niemieckiego gazociągu Nord Stream 2 pod Bałtykiem. Tu także rząd lęka się wspomnieć Niemcom, iż chciałby zażądać wstrzymania budowy gazociągu.
Niełatwo dociec przyczyn tego organicznego lęku PiS-owskich władz przed reprezentantami państwa niemieckiego. Trudno silić się tu o jakiekolwiek zawiłe wyjaśnienia psychologiczne, więc chyba wystarczy ograniczyć się do mądrych słów Poety: „Gdy wieje wiatr historii, ludziom jak pięknym ptakom rosną skrzydła, natomiast trzęsą się portki pętakom”.

Dość arogancji

W imieniu OPZZ wysłaliśmy pismo do ministra infrastruktury, Andrzeja Adamczyka z wnioskiem o natychmiastową interwencję w Państwowych Portach Lotniczych. Prezes Mariusz Szpikowski nie tylko walczy ze związkami zawodowymi, ale też lekceważy dialog społeczny i grozi procesami za propozycję dyskusji o sytuacji w firmie. Poniżej treść wysłanego dzisiaj pisma do ministra.

Szanowny Pani Ministrze
Apeluję o natychmiastową interwencję w Państwowych Portach Lotniczych. Sytuacja w firmie jest coraz gorsza. Za rządów obecnego prezesa doszło do olbrzymiej liczby zwolnień dyscyplinarnych, związki zawodowe informują, że są zastraszane i mobbingowane. Obecnie prezes uzależnia wypłatę corocznych premii od odstąpienia jednego ze związków od sporu zbiorowego, co również stanowi dyskryminację związkową. Ponadto Pan Szpikowski otwarcie atakuje związkowców, którzy walczą o swoje prawa, na wiele sposób próbując zniechęcić do nich załogę.
Prezes Państwowych Portów Lotniczych odmawia również współpracy z Wojewódzką Radą Dialogu Społecznego, podważa jej kompetencje, a na dodatek grozi procesami sądowymi ze pomysł przedyskutowania problemów PPL na forum plenarnym WRDS-u. Mazowiecka WRDS zaprosiła prezesa firmy na posiedzenie, a on nie tylko odmówił przyjścia, ale zagroził mi, jako wiceprzewodniczącemu WRDS, pozwem za zgłoszenie wniosku o omówienie sytuacji w Państwowych Portach Lotniczych. To skandaliczny przykład lekceważenia ustawy o Radzie Dialogu Społecznego i arogancji prezesa firmy państwowej. Takie zachowania w demokratycznym państwie prawa, w którym dialog między partnerami społecznymi stanowi zasadę konstytucyjną, nie mogą być akceptowane.
W tej sytuacji oczekujemy od Pana pilnej interwencji w Państwowych Portach Lotniczych. Kontynuacja obecnej polityki prezesa PPL grozi eskalacją konfliktu i dalszym pogarszaniem się wizerunku firmy.

Cudze dokonania – to nasze sukcesy

Rząd PiS chwali się oddaniem do użytku drogi, która została zaprojektowana i w głównej mierze zbudowana za czasów rządu PO.

 

Z wielką pompą i udziałem ministra inwestycji i rozwoju Jerzego Kwiecińskiego odbyło się oddanie do użytku drogi łączącej lotnisko w podrzeszowskiej Jasionce z siecią dróg szybkiego ruchu w kierunku Lublina i Warszawy oraz Krakowa.
Z tej okazji minister oświadczył, że: „Na infrastrukturę drogową w makroregionie przeznaczyliśmy ponad 2 mld zł z Programu Polska Wschodnia”.
Rzecz w tym, że i ta droga, licząca zresztą zaledwie 7,8 km, i cały Program Polska Wschodnia to dzieło rządu Platformy Obywatelskiej. Wtedy bowiem powstał ów program, a w jego ramach także projekt wspomnianej drogi.
Drogę do lotniska w Jasionce zaczęto budować w 2014 r.
Rok później były jednak wybory, władzę objęło Prawo i Sprawiedliwość – zaś ugrupowanie to, delikatnie mówiąc, nie ma dobrej ręki do szybkiej budowy dróg.
W rezultacie prace zaczęły się ślimaczyć, koszty sięgnęły 80 mln zł, a niespełna ośmiokilometrowy odcinek drogi (która zresztą na odcinku ponad 5,5 km nie była budowana od zera lecz tylko poszerzana) został ukończony dopiero w sierpniu bieżącego roku.
Co jednak nie przeszkadza, by rządowa propaganda przedstawiła to jako kolejny wielki sukces obecnej ekipy rządzącej.