Nieciekawie tuż za płotem

Obwód zakarpacki, jeden z 24 obwodów Ukrainy, graniczący z Polską, Słowacją, Węgrami i Rumunią, z 12-procentową mniejszością węgierską, znowu staje się tłem napięć. 30 listopada 2020 r. Służba Bezpieczeństwa Ukrainy dokonała przeszukań w siedzibie Partii Węgrów Ukrainy (KMKS) w Berehowem, w domu jej lidera i działacza Zakarpackiej Rady Regionalnej Wasyla Brenzowicza, w  biurze fundacji Egan Ede a także w budynku Węgierskiego Instytutu im. Ferenca Rakoczego.

To w ostatnich 18 miesiącach powtórna taka akcja sił bezpieczeństwa Ukrainy. Kijów podejrzewa Węgrów z Zakarpacia o tendencje separatystyczne, oskarża Budapeszt o to, że dąży do restytuowania Wielkich Węgier, tych sprzed traktatu w Trianon. Węgrzy z Zakarpacia w referendum 1991 r. domagali się autonomii, lecz głos ten został zignorowany, chociaż za Węgierskim Okręgiem Autonomicznym było 74 proc. mieszkańców obwodu.
Tymczasem Budapeszt rozdaje obywatelom Ukrainy, którzy udowodnią odpowiednie powodzenie, węgierskie paszporty, a wspomniana fundacja Egan Ede, oprócz wspierania instytucji kulturalnych i edukacyjnych, od 2016 roku udzieliła kilkanaście tysięcy pożyczek i dotacji o łącznej sumie ok. 100 milionów euro.
Na terenach, gdzie mniejszość węgierska jest widoczna, Budapeszt inwestuje w budowę infrastruktury publicznej (nowocześnie wyposażone szkoły, niezłe szpitale), wspiera drobny biznes. A równocześnie grozi zablokowaniem starań Kijowa o członkostwo w UE i NATO, systematycznie od 2017 r. oprotestowując ukraińskie ustawy nakazujące używanie w szkolnictwie, czy szerzej w przestrzeni publicznej, jedynie języka państwowego, kosztem języków mniejszości.
Bez Węgrów nie da się zarządzać Zakarpaciem. Po ostatnich wyborach lokalnych (25 października) rada obwodu zakarpackiego jest podzielona: Sługa Ludu Zełenskiego wygrał 11 mandatów, lokalny komitet „Zakarpacka rodzina”- 12, „Europejska Solidarność” Poroszenki i Platforma Opozycyjna Medwedczuka – po 6 mandatów.
Złoty głos ma Partia Zakarpackich Węgrów, której 10 miejsc w radzie może przesądzać o wyniku każdego głosowania. Oni to wiedzą – dlatego czują się na tyle pewnie, że w niektórych gminach, gdzie zdominowali lokalne rady wiszą na budynkach lokalnej administracji flagi węgierskie (obok ukraińskich), a w niektórych miejscowościach radni rozpoczęli swoją kadencje odśpiewaniem hymnu węgierskiego (po ukraińskim). Nacjonaliści w Kijowie uważają ten fakt za obrazę godności Ukrainy i grożą „zemstą”. Prawy Sektor – szowinistyczna, parafaszystowska formacja działająca jawnie nad Dnieprem – opublikowała na YouTube film z zamaskowany mężczyzną, grożącym zakarpackim Węgrom śmiercią, pozującym na tle wjazdu do Berehowego. Film usunięto 1 grudnia, a wszechwładny minister Arsen Awakow od razu podkreślił, iż konflikt został zainspirowany daleko poza granicami Ukrainy. Nie trzeba chyba dodawać, gdzie. Tymczasem jak podaje Oleg Chavych (za lokalnymi, zakarpackimi mediami) w regionie krążą informacje, iż władze przygotowują się do zakazania działalności KMKS z racji działań „separatystycznych”.
Prawda tymczasem może być dużo bardziej prozaiczna: geopolityka i wielkie sprawy swoją drogą, a tymczasem niektórzy komentatorzy podejrzewają, że inicjatorem akcji SBU wobec zakarpackich Węgrów są machinacje ustępującego gubernatora, byłego generała SBU Aleksija Petrowa  (stronnika Petra Poroszenki), który chciałby zostać przewodniczącym rady obwodu i mieć za sobą stabilną koalicję.
Czyli Węgrów posłusznych, a nie targujących się przy każdym głosowaniu. Taka koalicja miałaby możliwość wyboru swojego gubernatora i obsady miejscowych urzędów swoimi ludźmi, a to oznacza, że położyłaby ręce na środkach płynących do regionu z Węgier. A jeszcze bardziej nieoficjalnie mogłaby też uzyskiwać korzyści z masowo uprawianej kontrabandy, która kwitnie na styku granic Ukrainy i Węgier (czyli UE)…
Wersja prozaiczno-biznesowa wydaje się przy tym wcale nienajgorsza. Bo jeśli inicjatorem działań SBU byłby Petrow, to mocodawcą mógłby być równie dobrze sam Petro Poroszenko, działający przez lojalnego miejscowego urzędnika. Zaostrzenie nastrojów w wielonarodowym regionie i równocześnie doprowadzenie do nowego kryzysu w relacjach węgiersko-ukraińskich miałoby być wkładaniem kija w szprychy i tak coraz wolniej jadącego Sługi Ludu. Gdyby zaś Sługa upadł, Poroszenko miałby przynajmniej szanse na powrót do władzy. Jeszcze inną wersję sugeruje Giennadij Moskal, słynny były gubernator Zakarpacia: w jego przekonaniu to partia Zełenskiego, za pośrednictwem służb, chce przymusić Węgrów do koalicji i do posłuszeństwa. Rozwiązywałoby to za jednym zamachem i kwestię korzyści z zawiązania takiej koalicji, i kwestię uspokojenia newralgicznie położonego regionu.
Gdy jedne domysły gonią inne, pewne jest tylko jedno: pełzający konflikt, nawet jeśli ciągle nie jest „gorący”, ciągnie się już niebezpiecznie długo. A w Kijowie ciągle nie widzą, że podgrzewanie tych narodowych, religijnych i językowych różnic celem uzyskania doraźnych politycznych korzyści prowadzi tak naprawdę do rozluźniania związków między regionami a stolicą, z czego na dłuższą metę nie będzie nic dobrego. Pokojowe współistnienie w wielonarodowościowym kraju jest możliwe. Jednak nie wtedy, gdy systematycznie podważany jest jego sens.

Turcy IV Rzeczpospolitej

W maju 1958 roku prasa niemiecka informowała o niezwykle miłej uroczystości. Oto na dworcu w Berlinie radośnie przywitano stutysięcznego gastarbeitera przybyłego z Portugalii. I wręczono mu okolicznościowy prezent. Elegancki motocykl.
Jednak pomimo tak atrakcyjnych zachęt strumień importowanych portugalskich robotników szybko wysechł. Wtedy rządy ówczesnej Republiki Federalnej Niemiec zaczęły zapraszać gastarbeiterów z Grecji, Włoch, Hiszpanii i Jugosławii. Ci też nie wystarczali dla dynamicznie rozwijającej się niemieckiej gospodarki. Dlatego w 1961 roku niemiecki rząd zwrócił uwagę na Turków, których dwa tysiące już pracowało na dobrobyt Republiki Federalnej. W tamtym roku odpisano niemiecko – turecką umowę regulującą prawnie pobyt tureckich pracowników w Niemieckiej Republice Federalnej. Wszyscy oni mieli być jedynie czasowymi pracownikami – gośćmi niemieckiego państwa. Dwanaście lat później było ich tam już 700 tysięcy, choć żaden z nich motocykla za przyjazd do Niemiec nie dostał. Pomimo tego wielu z nich osiedliło się tam na stałe, jeszcze sprowadziło swych bliskich z Turcji.
Obecnie mieszka w Niemczech ponad 3 miliony Turków i tureckich Kurdów. Tylko cześć z nich uważa się za w pełni zasymilowanych obywateli RFN.

W Polsce przebywa obecnie ponad milion Ukraińców przybyłych w ostatnich latach z sąsiedniej Ukrainy. Są stałymi już „sezonowymi pracownikami”, licznymi studentami, a także rodzinami zatrudnionych w Polsce ukraińskich specjalistów. Wielu z nich ma wsparcie mieszkających tutaj „od zawsze” Ukraińców i Polaków świadomych swych ukraińskich korzeni. Nie wiemy ilu dokładnie mieszka obecnie w Polsce Ukraińców. Spisy ludności z lat 2002 i 2011 były tak przeprowadzane, aby maksymalnie zniechęcać wszystkich obywateli III Rzeczpospolitej do ujawniania swych niepolskich korzeni. Do ukrywania innej, niż katolicka, religii.
Dodatkowo, pomimo trzydziestoletniego istnienia III Rzeczpospolitej żaden z jej rządów nie opracował jeszcze kompleksowej, spójnej polityki migracyjnej. Nawet rządy uważane za lewicowe.

Elity związane z „Prawem i Sprawiedliwością” wpisały na swe polityczne sztandary specyficzną wrogość do niepolskich rządów i narodów oraz konieczność minimalizowania przyjmowanych migrantów ekonomicznych.
Hasła obrony Polski przed zalewem obcych znakomicie podbijały popularność PiS w czasie kampanii wyborczych.

Ale prognozy demograficzne i gospodarcze są dla rządzących nieubłagane i jednoznaczne. Populacja polskiej ludności będzie się zmniejszać, a społeczeństwo polskie statystycznie starzeć.
Nie pomogą programy 500+. Nie pomogą patriotyczne wezwania władz do Polaków – emigrantów, aby powrócili oni na Ojczyzny łono.
Polska gospodarka nie wyjdzie z „pułapki średniego rozwoju” bez pozyskania kilku milionów zagranicznych pracowników.

Elity gospodarcze PiS doskonale o tym wiedzą. Aby oszukać swój przysłowiowy „ciemny lud” wyborczy kreują mity o repatriacjach Polaków ze Wschodu, czyli z byłych republik byłego ZSRR. Stworzono „Kartę Polaka” – dokument ułatwiający przyjazd do Polski obywatelom Ukrainy, Białorusi, Rosji, Kazachstanu, posiadającym polskie korzenie. Dzisiaj taka Karta jest już często tylko przykrywką dla ukrytego drenażu mózgów i muskułów z tamtych państw dla polskiej gospodarki. Każdy bowiem obywatel mieszkający na terenach byłego ZSRR może mieć „polskie korzenie”. Przez tysiące lat byliśmy przecież sąsiadami, a czasem też bywaliśmy tu i tam „u siebie”.

Nie trzeba być prorokiem, aby przyjąć, że liczba ludności ukraińskiej, a także białoruskiej, rosyjskiej i innej „cudzoziemskiej”, będzie w Polsce rosnąć. Tego domaga się stale głodna siły roboczej rosnąca polska gospodarka.
Tego wymaga też polityka. Warto przypomnieć, że im więcej ma państwo polskie obywateli, tym bardziej jego ranga i znaczenie w Unii Europejskiej rośnie. Więcej obywateli PR to więcej dla Polski pieniędzy z wszelkich funduszy przeznaczonych na integrację naszej Unii. Więcej obywateli RP to także większa reprezentacja naszego państwa w Parlamencie Europejskim i innych unijnych instytucjach. Im więcej obywateli będzie miało państwo polskie, tym mniejsze będzie też zagrożenie wyludniania się części terenów Polski. Pustynnienia ich. Zagrożenie realne, już opisane, ale nadal ignorowane przez polskie elity polityczne i media.

Ten ponad milion Ukraińców w Polsce, taki Milion + społeczności ukraińskiej, to obecnie, realnie już ponad 3 procent mieszkańców naszego kraju. To procentowo tyle samo ilu Turków mieszka obecnie w RFN.

Pomimo tego polskie państwo, podobnie jak niemieckie w latach sześćdziesiątych w stosunku do przyrastającej populacji Turków, udaje, że nie się nie dzieje. Problemu nie ma. Że jedynie przyjechali do nas sezonowi pracownicy i sezonowi studenci. Nie trzeba wiele myśleć i robić, bo przecież studenci kiedyś wyjadą, a sezonowi pracownicy też na starość wrócą do siebie. Albo pojadą do Niemiec, gdzie już ich zapraszają. I problem sam się rozwiąże.

Rzetelne sondaże przeprowadzane wśród społeczności ukraińskiej mieszkającej w Polsce wskazują na odwrotne trendy. Wielu studentów ukraińskich chce pozostać w Polsce, podobnie jak wielu „pracowników sezonowych”. Niemcy, choć oferują im lepsze zarobki, przegrywają ze względów kulturowych. No i nie leżą w tak bliskim sąsiedztwie Ukrainy jak Polska.
Dlatego, zgodnie z doświadczeniami innych emigracji, powinniśmy oczekiwać procesów odwrotnych od oczekiwanych i głoszonych przez elity PiS.

Społeczność ukraińska będzie się w Polsce wzmacniać i samoorganizować. Emancypować kulturowo najpierw. Potem politycznie.
Jednym z pierwszych przejawów tego jest społeczna, kulturowa akcja Kateryny Kruk, ukraińskiej artystki mieszkającej w Polsce, postulującej aby polskie media przestały używać zwrotu „na Ukrainie”. Bo to sugeruje ukraińską poległość wobec dominującego społeczeństwa polskiego.
Nieuchronne jest powstawanie stowarzyszeń i partii politycznych reprezentujących przybyłą do Polski społeczność ukraińską. Nie zapominajmy, że Ukraińcom z „polskimi korzeniami” łatwo jest uzyskać polskie obywatelstwo. W Polsce można mieć też podwójne obywatelstwo, co też ułatwia decyzję o jego przyjmowaniu. Emancypacja społeczności ukraińskiej w Polsce będzie też miała religijny charakter. Zwłaszcza, że polski kościół katolicki jest w głębokim kryzysie moralnym i intelektualnym.
Pozostaje pytanie: czy ten Milion + społeczności ukraińskiej wzmocni teraz kościół prawosławny w Polsce? Czy przeniesie do Polski toczoną na Ukrainie wojnę religijną między stara cerkwią moskiewską, z która sympatyzuje nadal polska cerkiew, i nowo powstałą cerkwią ukraińską?

W czasie ostatnich wyborów prezydenckich w Ukrainie mieszkający w Polsce Ukraińcy stali w wielogodzinnych kolejkach by zagłosować na swego kandydata. To dowodzi ich aspiracji politycznych. Ale też budzi obawy, czy taka polityczna aktywność nie spowoduje przenoszenia z Ukrainy tamtejszych konfliktów kulturalnych, religijnych, politycznych, zwłaszcza z obszaru polityki historycznej, na teren państwa polskiego? Jak obecność tego ukraińskiego Miliona + będzie wpływać na relacje Polska – Rosja?
W przyszłości rzecz jasna, bo obecnie relacje są wyjątkowo złe, bez szczególnego udziału społeczności ukraińskiej.

Pomimo zaklęć i totumfackich deklaracji PiS nasz kraj będzie w XXI wieku wielonarodowy i wielokulturowy. Czas przestać okłamywać się. Udawać, że nie ma problemu, że wszystko jakoś „samo się”. Czas zacząć poważną dyskusję o programach adaptacyjnych, asymilacyjnych dla narastających społeczności emigrantów.
Przecież do hasła „Ukraińcy na Madagaskar” już nie wrócimy.