Ci odlatują, ci zostają

Coraz trudniejsze warunki życia w Polsce sprawiają, że mimo dobrej sytuacji na rynku pracy, wciąż więcej ludzi wyjeżdża z kraju niż do niego wraca.

Pod rządami Prawa i Sprawiedliwości, tylko w latach 2015 – 2017 liczba osób które wyjechały z naszego kraju zwiększyła się o prawie 290 tys. Można oczekiwać, że rosnące uciążliwości życia w Polsce nie zmieniły tej tendencji i w ubiegłym roku.
Rząd PiS doprowadził do zapaści w dostępie do opieki medycznej, spadku liczby narodzin, skrócenia długości naszego życia, coraz większej umieralności Polaków, rosnącego zanieczyszczenia powietrza, pogorszenia warunków edukacji i wychowywania dzieci, wzrostu inflacji zjadającej płace. Tak wymieniać można długo – a przecież oprócz tych najbardziej konkretnych przyczyn utrudniających i skracających życie Polaków, są i te trudniej mierzalne, ale także dotkliwe.
Rosnący nadzór i inwigilowanie obywateli, ich coraz coraz słabsza pozycja wobec wszechmocy władzy, nepotyzm, mowa nienawiści, promowanie zachowań ksenofobicznych, szczucie na myślących i zachowujących się inaczej niż większość – w takim kraju coraz trudniej normalnie żyć i pracować.

Powrócą tu?

Jak na wyjazdy zarobkowe rodaków wpłynęło niskie bezrobocie w Polsce? Czy jednak zamierzają wracać, czy raczej zostaną za granicą? Jakie są i jak się zmieniają ich więzi z krajem? Na te i inne pytania odpowiada najnowszy raport Narodowego Banku Polskiego.
Jak stwierdza NBP, dobra sytuacja na polskim rynku pracy ograniczyła tendencję do powiększania się liczby obywateli polskich przebywających za granicą. Jednak ujemne saldo migracji osób z polskim obywatelstwem wciąż było obserwowane w 2017 roku i prawdopodobnie także w 2018 r. (choć ubiegłorocznych danych jeszcze nie ma). Czyli, nadal więcej z nas wyjeżdża niż wraca.
Natomiast bezrobocie jest wprawdzie oficjalnie niskie, ale NBP poczynił zaskakującą i udokumentowaną obserwację, iż nowi migranci w Niemczech i Wielkiej Brytanii znacznie częściej, niż ich koledzy z dłuższym stażem migracyjnym, wskazywali na brak pracy w Polsce jako główny powód wyjazdu.
„Biorąc jednak pod uwagę aktualną sytuację na polskim rynku pracy i rekordowo niski poziom bezrobocia, można przypuszczać, że chodzi raczej o brak pracy zgodnej z kwalifikacjami i niespełniającej oczekiwań osób, które zdecydowały się na wyjazd niż brak możliwości podjęcia jakiejkolwiek pracy” – tłumaczy Narodowy Bank Polski, także rządzony przecież przez ekipę z nadania PiS i nie będący przesadnie krytyczny wobec niej. Oczywiście, jakąkolwiek pracę nie tak trudno w Polsce znaleźć – ale nie przez wszystkich i wciąż nierzadko za głodowe uposażenie.
Wyniki badań NBP wskazują też, że niskie bezrobocie w Polsce ograniczyło wyjazdy „nowych” emigrantów do głównych krajów, które były dotychczas tradycyjnym miejscem migracji zarobkowej, takich jak Wielka Brytania, Irlandia czy Niemcy. Pojawiły się zaś stosunkowo nowe, coraz popularniejsze kierunki, na przykład Norwegia.
Badanie ankietowe emigrantów z Polski zostało zrealizowane w okresie listopad-grudzień 2018 roku. We wszystkich badanych krajach nieco większy jest udział kobiet niż mężczyzn. Udział pań wśród nowych emigrantów był rekordowo wysoki w przypadku Holandii, gdzie wyniósł aż 61,3 proc.
Najważniejszą motywacją wyjazdów i pozostawania na emigracji pozostają wynagrodzenia, których mediany za granicą są około dwukrotnie wyższe niż w Polsce. Natomiast dominanty (czyli najczęstsze wynagrodzenia) są nawet i 3,6 raza wyższe niż w Polsce.
Dobra sytuacja gospodarcza w naszym kraju wpłynęła na ograniczenie odsetka Polaków planujących pozostanie na emigracji na stałe, natomiast zwiększyła liczebność tych, którzy planują kiedyś powrót do Polski (nie wcześniej niż za minimum 3 lata). Tym niemniej, tylko około 15 proc. imigrantów jest zdecydowanych wracać do Polski w przyszłości (jednak bliżej nieokreślonej), niezależnie od różnicy w poziomie wynagrodzeń.
Wraz z długością przebywania na emigracji zmniejsza się naturalnie skłonność do przekazywania środków pieniężnych do Polski (bo są coraz potrzebniejsze tam, gdzie się żyje i pracuje). Jest to jednak zróżnicowane zależnie od kraju.

Tam uciekają najmądrzejsi

Emigranci z Polski do Wielkiej Brytanii pochodzą na ogół ze średnich i największych miast i są najlepiej wykształceni w porównaniu z innymi państwami objętymi ankietą. Jedna trzecia z nich posiada wykształcenie wyższe. Wielka Brytania najbardziej więc korzysta na drenażu mózgów z Polski.
Jedynie 10 proc. ankietowanych w Wielkiej Brytanii zadeklarowało skrócenie planowanego pobytu na emigracji z powodu konsekwencji brexitu. Zdecydowana większość emigrantów (85 proc. ) spełniałaby bowiem warunki pozostania w Wielkiej Brytanii po brexicie, po relatywnie prostej procedurze administracyjnej.
NBP stwierdza: „Obserwowana ostatnio zwiększona emigracja do Norwegii to głównie osoby w wieku najwyższej aktywności zawodowej, ze średnim wykształceniem, które stosunkowo często przekazują pieniądze do Polski i dość rzadko wykorzystują świadczenia społeczne”.
Do tego zdania warto wnieść poprawkę, bo emigracja do Norwegii nie jest zwiększona „ostatnio”, lecz co najmniej od dziesięciu lat. Według szacunków GUS, liczba Polaków przebywających w Norwegii na przestrzeni lat 2010 –2017 wzrosła o 70 proc.
Norwegia dołączyła do listy najbardziej popularnych kierunków wyjazdów zarobkowych, zastępując Irlandię, której znaczenie od kilku lat systematycznie spadało. Liczba emigrantów z Polski do Irlandii znacznie zmniejszyła się po kryzysie w 2008 r., stabilizując się na poziomie nieco ponad 110 tys. osób
Większość z około 85 tys. polskich emigrantów z Polski w Norwegii to ludzie, którzy wyjechali z Polski po 2015 roku. To głównie osoby młode, ze średnim wykształceniem. Przeważnie pracują one w przemyśle lub służbie zdrowia i przy opiece nad osobami starszymi. Także i do Holandii najczęściej wyjeżdżają ludzie młodzi ze średnim wykształceniem.
Natomiast migracja zarobkowa w Niemczech jest najstarsza i najsłabiej wykształcona. Osoby z wykształceniem zawodowym najczęściej wybierają właśnie Niemcy jako kierunek migracji. Częściej są to osoby z małych miast i wsi (co wykazuje podobieństwo z migracją do Stanów Zjednoczonych).
Zauważyć należy, że zwiększenie się ogółu liczby emigrantów z Polski w 2017 roku nastąpiło w całości przez emigrację do krajów europejskich. Europa jest pod wieloma względami znacznie dogodniejsza do życia niż kraje zamorskie. A poza tym, rząd PiS nie potrafi spowodować, by nasz największy sojusznik zniósł wreszcie wizy, co także hamuje wyjazdy do USA (gdzie nawiasem mówiąc, coraz łatwiej znaleźć śmierć od kuli, zamiast dobrobytu).

Mają co robić

Polscy emigranci są na ogół bardzo aktywni zawodowo. Ich pozycja na zagranicznych rynkach pracy stabilizuje się. Coraz częściej mają regularną pracę zamiast zajęć sezonowych. Zmniejsza się udział emigrantów narzekających na pracę poniżej kwalifikacji, wciąż bardzo duże są różnice pomiędzy ich wynagrodzeniami, a płacami w Polsce. Pracują normalnie, coraz rzadziej muszą korzystać za granicą ze świadczeń społecznych.
NBP stwierdza: „Sytuacja polskich emigrantów na zagranicznych rynkach pracy jest lepsza i w większym stopniu wykorzystują oni swoje kwalifikacje. Dane te świadczą o coraz większym dopasowaniu emigrantów do lokalnych rynków pracy na emigracji, co zwiększa prawdopodobieństwo pozostania przez te osoby na emigracji w przyszłości”.
Wszystko to, w połączeniu z rzeczywistością rządów PiS, sprawia, że rzeczywiście, brakuje powodów, które skłaniałyby ich do powrotu nad Wisłę.

Nasze miliardy

To będą najdroższe wybory w historii. Obawiając się porażki, Jarosław Kaczyński położył na stole 40 miliardów.

„Piątka Kaczyńskiego” skutecznie wyeliminowała z debaty publicznej temat dwóch wieżowców, które zamierzał zbudować w Warszawie prezes PiS-u. I o to chodziło. Zostawmy na chwilę sprawę zapowiedzianych transferów społecznych. I ich bardziej lub mniej entuzjastyczne przyjęcie przez środowiska lewicy. Skupmy się wyłącznie na pieniądzach. I jak twierdzi prawica: „prezencie Kaczyńskiego”. Czy taka hojność rządzących może mieć wpływ na miliardy naszych oszczędności? Tych osobistych. I tych będących naszym wspólnym dorobkiem.

Pół biliona

Zacznijmy od naszych prywatnych kont. Dwa tygodnie temu portal analizy.pl opublikował dane dotyczące struktury oszczędności gospodarstw domowych. Na koniec 2018 roku Polacy zgromadzili 1 448 mld złotych. Tak – półtora biliona złotych. To równowartość czteroletnich wpływów do budżetu państwa.

Te ogromne liczby mogą wprowadzać w błąd. Jedna trzecia wszystkich oszczędności to stan rachunków bieżących. Tam trafiają wypłaty wynagrodzeń, emerytur i innych świadczeń. Znaczna część środków znajdujących się na takich rachunkach przeznaczana jest na bieżące wydatki i faktycznie nie stanowi oszczędności. Druga wątpliwa pozycja, to gotówka w obiegu. Wartość banknotów i monet będących w obiegu przekracza 203 miliardy złotych. Trudno ocenić jaka część tych pieniędzy znajduje się w portmonetkach, a jaka jest oszczędnościami trzymanymi „w skarpecie”. No i na koniec oszczędności w OFE. W końcówce ubiegłego roku było tego 157 mld zł. Ale wystarczy jedno nocne posiedzenie Sejmu i podpis prezydenta by te miliardy zmieniły właściciela. Jak to się robi, pokazał już kilka lat temu rząd Donalda Tuska.

Podsumujmy pozostałe pozycje, będące z pewnością oszczędnościami Polek i Polaków. Na lokatach bankowych znajduje się około 300 miliardów złotych. Wartość środków ulokowanych w funduszach inwestycyjnych (poza OFE) wyniosła na koniec 2018 roku 134 mld zł. W akcjach spółek publicznych – 55 mld zł. W ubezpieczeniowych funduszach kapitałowych – 50 mld zł. I najmniej w obligacjach – zaledwie 20 mld zł. W sumie daje to grubo ponad pół bilona złotych, dokładnie 559 miliardów.

Ważne to je

„Ważne to je, co je moje” – śpiewał przed laty Kazimierz Grześkowiak. Te ponad pół biliona złotych (plus ewentualne oszczędności na rachunkach bieżących i „w skarpetach”) są poza zasięgiem polityków. To obywatele i obywatelki decydują, gdzie je ulokować. Kiedy i na co wydać. I na dzień dzisiejszy nasze osobiste oszczędności wydają się być bezpieczne. Chociaż…

Gospodarka, ekonomia, finanse – to system naczyń połączonych. Gdyby rządzący zaczęli mnożyć różne przedwyborcze „piątki”, może to doprowadzić do wzrostu inflacji. I w konsekwencji do spadku wartości oszczędności przez lata gromadzonych na lokatach. Gdyby na potrzeby bieżących wydatków chciano pilnie spieniężyć ponad 150 mld zł ulokowane w akcjach będących w posiadaniu Otwartych Funduszy Emerytalnych – zapaść na giełdzie byłaby nie do uniknięcia. A spadek wartości akcji na GPW i wartości jednostek funduszy inwestycyjnych – trudny do wyobrażenia.

Wenezuela. Nie – nie ma najmniejszych podobieństw z sytuacją w naszym kraju. Jeśli przywołałem ten kraj, to tylko po to, by ostrzec, że nic nie jest dane raz na zawsze. Jeszcze kilka lat temu – do roku 2013 – Wenezuela była najszybciej rozwijającym się krajem Ameryki Łacińskiej. A prezydenta Hugo Cháveza stać było na „piątki”, o których Kaczyński może tylko pomarzyć. Ostatnio media podały, że inflacja w Wenezueli zbliżyła się do dwóch milionów procent w skali roku.

Publiczne miliardy

To że politycy decydują o wydatkach budżetowych – wiemy. I potrafią robić w tym budżecie dziury – też wiemy. Ale nie zawsze zdajemy sobie sprawę, że mają również bezpośredni lub pośredni wpływ na setki miliardów znajdujące się poza budżetem. To przede wszystkim rezerwy walutowe – nad którymi kontrolę sprawuje Narodowy Bank Polski. A ponadto: Fundusz Ubezpieczeń Społecznych, Fundusz Rezerwy Demograficznej, Otwarte Fundusze Emerytalne. I najmłodsze dziecko Morawieckiego: Pracownicze Plany Kapitałowe. Suma pieniędzy jakimi obracają te instytucje to kwota rzędu 800 miliardów złotych.

Na początek najbogatszy. I zarazem najbiedniejszy. Fundusz Ubezpieczeń Społecznych.

FUS

Po budżecie państwa to największy beneficjent naszych podatków i składek. Na konta Funduszu Ubezpieczeń Społecznych rocznie wpływa niemal 200 miliardów złotych. Ale to, co otrzymujemy z ZUS jako stan naszych składek emerytalnych, to wyłącznie zapis księgowy. Bo każdego roku wydatki Funduszu są o kilkadziesiąt miliardów wyższe niż wpływy. Dziura zwykle jest łatana dotacją z budżetu państwa.

Rządzący chwalą się rewelacyjnymi wynikami FUS za ubiegły rok. To prawda, dobra koniunktura spowodowała, że wpływy z tytułu składek były wyższe od zaplanowanych. Ale „sukces” przypomina nieco anegdotę o rabinie i kozie. W ustawie budżetowej na rok 2018 zaplanowano kwotę 46,6 mld zł jako dotację dla Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Fundusz wykorzystał jedynie 35,8 mld zł z pieniędzy otrzymanych z budżetu. I właśnie dzięki tym „znalezionym” 10 miliardom uda się sfinansować tegoroczną „trzynastkę” dla emerytów i rencistów.

Ale „trzynastka” ma cieszyć emerytów tylko w roku wyborczym. W kolejnych latach dziura w budżecie FUS będzie rosła. Według średnich prognoz ZUS, w 2023 roku wyniesie 58,1 mld zł. W wariancie pesymistycznym, nawet 77,3 mld zł. Dwa razy więcej niż obecnie. I to bez wypłacania „trzynastek”.

FRD

Fundusz Rezerwy Demograficznej powstał w 2002 roku, aby gromadzić środki na dopłaty do emerytur i przyszłą pomoc ZUS-owi. Pieniądze miały być uruchomione dopiero po 2025 roku. Na rachunku powinna znajdować się kwota rzędu stu miliardów złotych. Jest: 27 mld zł.

Absolutny „dołek” Fundusz zaliczył w 2014 roku, gdy na rachunku FRD znalazło się zaledwie 14,7 mld zł. Był to skutek nieodpowiedzialności ministra Jacka Rostowskiego, który z pieniędzy przeznaczonych dla przyszłych pokoleń uczynił sobie wygodne źródełko służące zasypywaniu dziury budżetowej. W sumie w latach 2010-14 „podebrano” z FUS 16,9 mld zł.

Fakt, obecny rząd zadbał o odbudowanie zasobów Funduszu Rezerwy Demograficznej. Jednak trzeba rządzącym patrzeć na ręce. By obecna lub kolejna „piątka” Kaczyńskiego nie doprowadziła do ponownego „podkradania” pieniędzy z FRD.

OFE

Pomijam fakt ewidentnych skandali związanych z funkcjonowaniem Otwartych Funduszy Emerytalnych. Jak choćby pobieranie gigantycznych prowizji przez zarządzających funduszami. Skupmy się na pieniądzach. Połowę składek emerytów (twierdzę, że to były nasze pieniądze, nie publiczne) znacjonalizował rząd Donalda Tuska. Zamiast oszczędności, otrzymaliśmy świstek papieru z ZUS-u z zapisaną kwotą wirtualnych składek.

Drugi etap „reformy OFE” zapowiedział ponad dwa lata temu premier Mateusz Morawiecki. Wedle ówczesnych założeń, 75 proc. aktywów OFE miało trafić na prywatne konta emerytalne. Reszta byłaby de facto znacjonalizowana i przekazana do Funduszu Rezerwy Demograficznej. Ale w sprawie dalszych losów OFE rządzący nabrali wody w usta.

Jedną z przyczyn odstąpienia od planów dotyczących OFE może być obawa o konsekwencje na rynku kapitałowym. Po przekazaniu 153 miliardów z OFE do ZUS w 2014 roku, w funduszu pozostały już tylko akcje – o wartości ponad 150 mld zł. Próba spieniężenia znacznej liczby tych akcji, by gotówkę przekazać na konta przyszłych emerytów, skończyłaby się totalną zapaścią giełdy.

Druga przyczyna zatrzymania reformy OFE może być bardziej prozaiczna. Rządzący doszli do wniosku, że nie warto ot tak sobie oddawać pieniędzy ubezpieczonym. Znacznie lepiej zostawić rezerwę na kolejne „piątki” Kaczyńskiego. Lub jego następcy. I kiedyś przerobić te miliardy na kiełbasę wyborczą. Niezależnie od krytycznego stosunku lewicy do OFE, pieniądze które wpłacili ubezpieczeni, są ich pieniędzmi. I żaden rząd nie musi dawać ich im w prezencie.

PPK

Zaaferowani wynagrodzeniami pań dyrektorek w NBP i niezbudowanymi przez Kaczyńskiego wieżowcami, mało interesujemy się nowym wcieleniem OFE. Pracownicze Plany Kapitałowe. Nowe OFE rozpoczęło swój żywot 1 stycznia. Warto kiedyś dokładniej przyjrzeć się pomysłowi Morawieckiego. Dzisiaj krótko. To zupełnie nowy podatek, obciążający zarówno pracownika (składka 2 proc.), jak i pracodawcę (1,5 proc.). Ma być dobrowolny. Ale jednocześnie jest tak skonstruowany, by wypisanie się z PPK jak najbardziej skomplikować.

Cel nowego podatku jest taki sam jak w przypadku OFE. By stać nas było na emeryturę spędzaną pod palmami. Lub przynajmniej pod palmą. W doniczce. Poważnie? Prawdziwy cel wprowadzenia PPK wyjawił przypadkiem były szef KNF Marek Chrzanowski w nagranej rozmowie z Leszkiem Czarneckim. Jeśli budżet będzie miał kłopoty, zawsze „dziurę” będzie można zasypać pieniędzmi z Pracowniczych Planów Kapitałowych. Nic nowego pod słońcem.

W bieżącym roku wpływy z PPK mogą sięgnąć 5 mld zł, w kolejnym – 10 mld zł. Wypada więc zgodzić się z Kaczyńskim – są pieniądze na „prezenty”. Hipokryzję rządzących ilustruje następujące wyliczenie. Zapowiedziana obniżka PIT z 18 do 17 proc. oznacza zmniejszenie podatku dochodowego o około 194 złote w skali roku dla pracownika otrzymującego płacę minimalną. W tym samym czasie składki odprowadzone przez pracownika i pracodawcę na konto PPK wyniosą netto 695 złotych.

Rezerwy walutowe

Na koniec waga ciężka. Niemal pół biliona złotych. Stan aktywów rezerwowych Polski na koniec stycznia wyniósł 98,987 mld euro. Po przeliczeniu na złotówki daje to astronomiczną kwotę 422 miliardów złotych. Odpowiadającą rocznemu budżetowi Polski. Rezerwy walutowe są ważnym elementem stabilizacji sytuacji gospodarczo-finansowej kraju. Ale czy tak wysokie rezerwy walutowe są konieczne? Zwłaszcza że poziom polskich rezerw walutowych przekracza wskaźniki uznawane przez ekonomistów jako bezpieczne. Niech o tym decydują fachowcy.

Mnie ciarki przechodzą po plecach, gdy pomyślę, że o miliardach polskich oszczędności ulokowanych w dolarach, euro i złocie może decydować najbliższy kumpel Kaczyńskiego. Pokazujący jednocześnie, jak lekką ręką jest w stanie wydawać wielkie pieniądze dla swoich zaufanych koleżanek zatrudnionych w NBP. Kierowany przez Glapińskiego bank zapewne będzie w tym roku jednym z istotnych ogniw finansujących „piątkę” Kaczyńskiego.

Pieniądze z zysku NBP nie zostały zapisane w budżecie na rok 2019. Niemniej ekonomiści spodziewają się, że w sprawozdaniu finansowym za rok 2018 Narodowy Bank Polski pokaże zysk. I zgodnie z przepisami prawa, 95 proc. tego zysku przeleje do budżetu. Będzie to prawdopodobnie kwota rzędu 4-5 mld zł. Tak potrzebna rządzącym w roku wyborczym.

Zasilanie budżetu zyskiem NBP od lat budzi kontrowersje. Bowiem lwia część zysku wynika z różnic kursowych, a nie z realnie zarobionych pieniędzy. Nominalnie bank centralny ma pełną niezależność. Ale nigdy nie możemy być w 100 procentach pewni, że na takie czy inne decyzje dotyczące inwestycji związanych z rezerwami walutowymi nie ma wpływu polityka. I przemożna chęć, aby zyski pojawiały się wtedy, gdy są rządzącym politykom najbardziej potrzebne.

Bezpieczniejszą sytuacją, moim zdaniem, byłaby pełna autonomia banku centralnego w zakresie obrotu powierzonymi aktywami – bez konieczności dzielenia się zyskiem z budżetem. Tymczasem od roku 2001 Narodowy Bank Polski przelał do budżetu w sumie 45 mld zł.

Nasze miliardy

Uff! Nie zmieściłem się na jednej stronie w wyliczance naszych – prywatnych i publicznych – miliardowych oszczędności. Ale zależało mi, abyśmy w roku wyborczym spojrzeli na politykę trochę szerzej. Gra nie toczy się o to, czy dyrektorki Glapińskiego będą zarabiały mniej? Czy Kaczyński postawi dwa wieżowce? Czy Bartłomiej M. zostanie skazany, czy wyratuje go z opresji Rydzyk?

Dobre rządy to takie, które potrafią zapewnić bezpieczeństwo tego, co udało nam się zgromadzić przez dziesięciolecia wytężonej pracy. I ten dorobek pomnażać. Cieszy mnie większa ilość pieniędzy, którą rodzice dostaną na wychowanie dzieci. Ale nie mam zaufania do Kaczyńskiego. I do jego „piątki”. Przekonania, że to część spójnego i długofalowego programu socjalnego państwa. A nie jedynie miliardy naszych pieniędzy, które mają ułatwić zwycięstwo wyborcze ich partii.