Witajcie w ciężkich czasach

NBP przewiduje wolniejsze tempo rozwoju gospodarczego, pogorszenie w inwestycjach, wzrost cen energii elektrycznej dla osób prywatnych o 8 proc. rocznie.

Listopadowe przewidywania dotyczące inflacji i produktu krajowego brutto nie przyniosła dużych niespodzianek. Raport Narodowego Banku Polskiego uwzględnił planowane podwyżki płacy minimalnej, wypłaty trzynastej emerytury, brak zmian w płatności składki ZUS oraz podwyżkę cen energii elektrycznej dla gospodarstw domowych wynoszącą po 8 proc. w 2020 i 2021 roku.
Wszystkie te założenia nie spowodowały znaczących zmian ścieżki inflacji przez najbliższe dwa lata. W scenariuszu bazowym NBP inflacja jest nadal pod kontrolą, co będzie stanowiło silny argument dla członków Rady Polityki Pieniężnej do utrzymania stóp procentowych na niezmienionym poziomie przez najbliższe kwartały.

Uratuje nas konsumpcja?

Kluczowe dla projekcji NBP na temat inflacji i PKB są założenia dotyczące czynników zewnętrznych. Uwzględnione zostało głębsze spowolnienie w sektorze przemysłowym oraz budowlanym krajów Unii Europejskiej.
Jak wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich, przedłużający się okres niekorzystnej sytuacji w sektorze produkcyjnym, w tym szczególnie w sektorze samochodowym, może odbić się negatywnie na polskiej gospodarce. Efekty spowolnienia mogą dotknąć polską gospodarkę bardziej, niż dzisiaj widzą to analitycy NBP – co składa się na jeden z czynników ryzyka listopadowej projekcji.
Oczywiście działania podejmowane przez rządy krajów strefy euro mogą tę sytuację zmienić, jednak w tej chwili zaskoczenie tempem pogarszania się sytuacji w krajach UE jest spore. Dowodem na to może być duża rewizja w dół dynamiki PKB w Niemczech – z 1,2 proc. do 0,6 proc. – jaką uwzględnili w swoim modelu analitycy NBP. Fakt ten może budzić zaniepokojenie wśród polskich przedsiębiorców, szczególnie eksporterów.
W ocenie Towarzystwa Ekonomistów Polskich, koniunkturę w Polsce podtrzymuje konsumpcja gospodarstw domowych, jednak mając na uwadze skalę stymulacji fiskalnej, można byłoby oczekiwać nieco lepszych wyników. W projekcji na kolejne lata będzie ona stanowiła nadal główny czynnik wzrostu aktywności gospodarczej.
Należy jednak podkreślić, że oczekiwane spadki liczby pracujących oraz mniejsze tempo dynamiki płac nie będzie sprzyjało podtrzymaniu konsumpcji w dłuższym okresie. W tej sytuacji wzrost płacy minimalnej w 2020 i 2021 roku i w efekcie wzrost funduszu płac może częściowo podtrzymać wzrostowe tendencje w konsumpcji.

Inwestycje z ciężką zadyszką

Według oceny NBP, wzrost płacy minimalnej nie powinien spowodować wyraźnego impulsu inflacyjnego. Według scenariusza banku centralnego, przedsiębiorcy będą starali się przede wszystkim wpływać na wzrost wydajności pracy oraz obniżenie pozapłacowych kosztów pracy.
Listopadowy raport o inflacji wskazuje na malejące znaczenie inwestycji współfinansowanych ze środków unijnych. Dynamika napływu środków unijnych będzie słabsza, co w połączeniu z malejącymi oczekiwaniami wobec prywatnych inwestycji daje obraz nieco bardziej niepokojący.
Bank centralny oczekuje spadku dynamiki inwestycji z 7,1 proc. w 2019 roku do odpowiednio 4,0 proc. i 1,9 proc. w latach 2020-2021. Pocieszeniem może być fakt, że z uwagi na cenową konkurencyjność polskiej gospodarki (z punktu widzenia kosztów pracy), duża orientacja na konsumpcję może ograniczyć negatywny scenariusz spowolnienia aktywności gospodarczej.
W sumie NBP oczekuje, że dynamika wzrostu PKB zmniejszy się z 4,3 proc. w tym roku do 3,6 proc. w 2020 roku oraz do 3,3 proc. w 2021 roku.
O podwyższonej inflacji w bieżącym roku decydują dwa czynniki: ceny żywności i ceny usług. Analitycy NBP uważają, że w najbliższych kwartałach będziemy mieli do czynienia z efektem wygaśnięcia czynnika pogodowego, zwiększającego ceny żywności.
Z kolei wzrost kosztów usług, który wynika głównie z rosnących kosztów pracy oraz wzrost cen wywozu śmieci, nie stanowi większego zagrożenia w średnim okresie. W obu przypadkach, po przejściowych wzrostach cen, należy oczekiwać ich stabilizacji.
Według oceny banku centralnego, wpływ podwyżki płacy minimalnej na procesy inflacyjne (inflację bazową) jest ograniczony, tym bardziej, że rekompensowany jest niższą presją popytową. Wydaje się, że efekt tego czynnika może być niedoszacowany.

Skok cen prądu

Dla inflacji w 2020 roku ważne będą decyzje rządu dotyczące cen energii. W projekcji NBP założono wzrost cen energii dla gospodarstw domowych o 8 proc. w przyszłym roku i kolejne 8 proc. w 2021 roku. Taki scenariusz wydaje się dziś mało prawdopodobny.
Z jednej strony trudno założyć, że rząd podejmie decyzje o tak wysokim wzroście cen energii, a z drugiej, założenie o utrzymaniu kosztów wytwarzania energii elektrycznej na niezmienionym poziomie jest założeniem bardzo konserwatywnym. Obniżka aktywności gospodarcza będzie bowiem sprzyjała niższej inflacji, w tym również spadkowi kosztów produkcji energii.
Bank centralny założył brak wyraźnych, proinflacyjnych zmian ceny energii na światowych rynkach. W modelu NBP przyjęto niewielkie obniżenie cen ropy i niewielkie wzrosty cen gazu.
W sumie, w scenariuszu bazowym inflacja nie przekroczy w przyszłym roku górnej granicy przedziału jej wahań, czyli 3,5 proc. Na koniec 2020 roku ma wynieść 2,8 proc. oraz 2,6 proc. na koniec 2021 roku. Inflacja bazowa będzie rosnąć do połowy 2020 r., aby następnie w kolejnych okresach zwolnić.
Zarówno w przypadku projekcji NBP dotyczącej inflacji, jak i dynamiki PKB tzw. bilans ryzyk jest ujemny – co oznacza, że mamy do czynienia z większym prawdopodobieństwem niższego tempa wzrostu inflacji i PKB od tego, co przedstawiono w scenariuszu bazowym.

Budujemy – i wciąż brakuje

W polskim sektorze budowlanym mamy z jednej strony fazę silnego ożywienia, a z drugiej ograniczone zasoby, zwiększającą się konkurencję oraz rosnące koszty – no i ceny.

Ożywienie w branży budowlanej wynika z kumulacji wysokiego popytu w budownictwie ogólnym i sektorze nieruchomości komercyjnych. Główne przyczyny wysokiego popytu to unijne projekty w sferze infrastruktury, a także stały, strukturalny niedobór mieszkań w dużych miastach – takie wnioski płyną z raportu Narodowego Banku Polskiego.
Do tych czynników, sprzyjających koniunkturze, dochodzą niskie stopy procentowe w naszym kraju i w strefie euro, co zachęca do poszukiwania innych, alternatywnych form inwestycji środków finansowych, takich jak właśnie nieruchomości komercyjne, służące do zarabiania pieniędzy (biura, apartamentowce, parkingi itp.).

Drogo, coraz drożej

Skutkiem wszystkich tych tendencji jest to, że w Polsce rosną koszty budownictwa, ceny obiektów, jak również stawki czynszów oraz średnie ceny ofertowe i transakcyjne metra kwadratowego mieszkań na rynkach pierwotnych i wtórnych rosły. Ceny w Warszawie i 9 największych miastach przekroczyły najwyższe poziomy notowane w okresie napięć na rynku (2006-2008). Jednakże dochody gospodarstw domowych rosły szybciej od cen nieruchomości. Oznacza to, że, jak stwierdza NBP: „indeksy cen mieszkań deflowanych wynagrodzeniami nadal wskazywały ujemne wartości”.
Najwyższe nominalne ceny metra kwadratowego mieszkań jak zwykle notowano w Warszawie oraz w Gdańsku, Gdyni, Krakowie, Wrocławiu i Poznaniu. Tam na ogół wyższe ceny dotyczyły mieszkań małych o powierzchni do 40 mkw. oraz największych, powyżej 80 mkw. Natomiast na rynkach pozostałych większych miast, najwyższe ceny metra notowano tylko dla mieszkań małych.
Średnie stawki najmu (zarówno ofertowe i transakcyjne) w ubiegłym roku wrosły w porównaniu z 2017 r. Ofertowe o 4 proc., a transakcyjne aż o 10,4 proc., co stanowiło czynnik skłaniający zamożniejsze gospodarstwa domowe do inwestycyjnego zakupu mieszkań na wynajem.
Przy obecnym poziomie stawek czynszów, podmioty inwestujące w mieszkania na wynajem osiągały wyższe nominalne stopy zwrotu (liczone jako różnice w poziomach stóp procentowych) niż osiągane z obligacji skarbowych lub depozytów bankowych (oraz podobne do zyskiwanych z inwestycji w nieruchomości komercyjne).
W rezultacie, ludzie bogaci, których stać na takie inwestycje, robią się w Polsce szybko coraz bogatsi – co widać, po dużej liczbie prominentów Prawa i Sprawiedliwości posiadających kamienice i liczne mieszkania.
W przypadku nieruchomości komercyjnych stopa zysku jest o tyle wyższa, że często są one finansowane bardzo nisko oprocentowanymi kredytami w euro. Należy jednak zwrócić też uwagę na nieporównanie wyższy poziom ryzyka inwestycji w takie obiekty, w porównaniu z lokatami bankowymi czy obligacjami państwowymi.
Na rynku nieruchomości biurowych mamy stały wzrost popytu, przy także wysokiej podaży. Jednakże rosnąca podaż powierzchni biurowych może wywołać spadki czynszów, zwłaszcza w budynkach starszych lub niekorzystnie położonych, co wpłynie na dochody właścicieli oraz może utrudnić im spłaty zobowiązań – prognozuje NBP.
Natomiast na rynku powierzchni handlowych kolejny rok z rzędu zmniejsza się udział nowo oddanej powierzchni. Może to oznaczać, że zaspokojony jest popyt na takie obiekty.

Państwo nie pomaga

W polskich miastach cięgle rośnie popyt na mieszkania. Jest to związane z brakiem jakiegokolwiek rządowego wsparcia dla zakupu pierwszego własnego M, oraz z niepowodzeniem PiS-owskiego programu budowy tanich mieszkań na wynajem.
Narodowy Bank Polski oględnie mówi o „nieco mniejszej podaży na pierwotnym rynku mieszkaniowym”, nie chcąc oczywiście rozwijać tematu nieskuteczności działań mieszkaniowych obecnej ekipy.
Ponadto, wysoki popyt na mieszkania jest konsekwencją silnego wzrostu wynagrodzeń gospodarstw domowych, utrzymywania przez banki drastycznie niskich stóp procentowych (zarówno depozytów, jak i kredytów), a także wyczerpywania się środków na dopłaty do nabywania mieszkań w ramach rządowego programu Mieszkanie dla Młodych.
Program ten, stworzony przez rząd Platformy Obywatelskiej, z powodzeniem funkcjonował od 2014 r, ale PiS go wstrzymał, uznając, że dzieło wrogów nie może być dłużej kontynuowane. Zastąpiono go propagandowym programem Mieszkanie Plus, czyli w rzeczywistości niczym. Warto też zwrócić uwagę na to, że w 2018 r. zwiększyła się akcja kredytowa banków (aż o 11,8 proc.). Saldo złotowych kredytów mieszkaniowych wzrosło o 30,3 mld zł, do 287,7 mld zł.
NBP podkreśla, iż kredyty walutowe są regularnie spłacane, a dodatkowo poprzez wzrost ceny złotego, wartość zadłużenia walutowego wyrażonego w złotych zmniejszyła się w porównaniu z 2017 r. o 2,4 proc. czyli o 3,1 mld zł (do 127,9 mld zł). Oznacza to, że pogłoski o dramatycznej sytuacji frankowiczów są generalnie, według naszego banku centralnego, nieco przesadzone.
Mieszkania nie rozchodzą się jak ciepłe bułeczki, ale są sprzedawane dość szybko, średnio w czasie (na koniec 2018 r.) około 3,1 kwartału. „Nadal oznacza to szybką sprzedaż pojawiających się ofert i ograniczenie możliwości wyboru mieszkań dla nabywców” – zauważa NBP.
Natomiast czas sprzedaży mieszkań na rynkach wtórnych (używanych), uwzględniający tylko transakcje zakończone sprzedażą, na koniec 2018 r. na wszystkich rynkach oscylował wokół czterech miesięcy, czyli zmniejszył się względem poprzedniego roku o ok. 0,5 – 1 miesiąc.
Mimo braku wsparcia ze strony rządu, popyt w Polsce na mieszkania jest tak duży, że powoduje też stopniowy wzrost liczby budowanych budynków – oczywiście kosztem ogromnych wyrzeczeń finansowych polskich rodzin.
W 2018 r. oddano do użytkowania ponad 184,8 tys. nowych mieszkań, (wzrost rok do roku o 2,0 proc.). Rozpoczęto budowę ok. 222 tys. nowych obiektów (wzrost r/r o 7,7 proc.) oraz wydano ok. 257 tys. pozwoleń na budowę (wzrost o 2,7 proc.). „Aktywność budownictwa mieszkaniowego kształtowała się na rekordowym poziomie, jednak ze względu na wysoki popyt i sprzedaż nie zaobserwowano nadwyżki podaży mieszkań na rynku” – stwierdza NBP.

Deweloperzy łupią skórę

Ogromny głód mieszkań i utrzymujący się wysoki popyt wpływał bardzo pozytywnie na sytuację ekonomiczną firm deweloperskich, zwłaszcza tych największych.
Udział ich zysku w cenie nowych mieszkań nadal utrzymywał się na bardzo wysokim poziomie. „Oznacza to, że firmom deweloperskim udało się w znaczącym stopniu przerzucić na nabywców szybko rosnące koszty budowy mieszkań” – podkreśla NBP.
Tak więc, rosnące ceny robót budowlano-montażowych oraz braki kadrowe są odczuwane głównie przez nabywców mieszkań. Podobnie jak i rosnące ceny ziemi pod budownictwo wielorodzinne, które szczególnie w największych miastach znacząco wzrosły w 2018 r.
Jak zauważa w swym raporcie NBP, mimo tego skoku cen ziemi, deweloperzy nie przewidują, aby w okresie najbliższych lat miało zabraknąć ziemi pod budownictwo mieszkaniowe. „Oznacza to, że deweloperzy zakładają akceptację coraz wyższych cen przez kupujących” – wskazuje raport.
Firmom deweloperskim pieniędzy nie brakuje, finansują się kapitałem własnym, przedpłatami klientów, obligacjami i kredytami, a także tym, że… z opóźnieniem regulują swoje zobowiązania. Nie muszą więc brać kredytów (ich udział w finansowaniu budów jest niewielki i nie przekracza ok. 10 proc.).
Zgodnie z zasadą, że nawet dziadowski handelek jest lepszy niż złoty szpadelek, korzystna koniunktura na rynku mieszkaniowym sprawia, że deweloperzy zarabiają krocie, ale firmom budowlanym nie przyniosła jak dotąd znaczących korzyści ekonomicznych. Ponoszą one straty w wyniku wzrostu kosztów materiałów budowlanych i kosztów pracy. Nowe kontrakty są podpisywane na krótsze etapy prac, co lepiej uwzględnia rosnące ryzyko kosztów budowy.
W Polsce zwiększa się liczba mieszkańców największych miast, natomiast w mniejszych ośrodkach następuje wyludnienie, co jest zgodne z obserwowanymi trendami światowymi. Występuje też ciągle przenoszenie się mieszkańców poza granice administracyjne miast (szczególnie widoczne w Poznaniu), mimo coraz większych kłopotów z dojazdami.

Przerwa w boomie?

Po bardzo dobrym drugim kwartale bieżącego roku, w budownictwie ponownie nastąpił wzrost liczby firm mających problemy. Wśród nich są zarówno przedsiębiorstwa infrastruktury drogowej (zajmujące się np. kanalizacją czy pracami elektrycznymi), jak i budownictwa ogólnego (co jest pewną niespodzianką zważywszy na popyt na rynku mieszkaniowym), a także stawiające biura czy magazyny.
W sierpniu – czyli w środku sezonu budowlanego – łącznie 13 firm budowlanych ogłosiło swoją niewypłacalność – informuje Euler Hermes. Niewypłacalność oznacza niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, czego skutkiem jest upadłość bądź któraś z form postępowania restrukturyzacyjnego.
Wygląda na to, że budownictwo notuje przerwę w boomie. Pytanie, czy krótkotrwałą? Na rynku budowlanym kontraktów i pieniędzy jest i będzie w najbliższych miesiącach trochę mniej. Obecnie rozpisywane przetargi zaczną wchodzić w fazę realizacji najwcześniej pod koniec przyszłego roku. Zmniejszyła się więc pula zleceń i firmy zaczęły ponownie o nie mocno konkurować. Tymczasem zaś, koszty pracy i materiałów utrzymują się na wysokim poziomie, co jest dla wykonawców coraz większym problemem.

 

Spokojna jak rada pieniężna

Jeśli nie wpadniemy w kryzys, stopy procentowe powinny zostać na obecnym poziomie.

Rada Polityki Pieniężna pozostawiła bez zmian wysokość podstawowych stóp procentowych. Najważniejsza z nich, stopa referencyjna, nadal wynosi 1,5 proc. Polityka pieniężna w Polsce jest nad wyraz spokojna, jednak skala niepewności dotycząca wpływu czynników krajowych i zagranicznych na polski rynek finansowy jest coraz większa.
Jak ocenia Towarzystwo Ekonomistów Polskich, stopy procentowe w Polsce pozostaną zapewne na niezmienionym poziomie przez dłuższy czas. RPP jest gotowa na wszystkie scenariusza, aczkolwiek na ten moment skorzystanie z dodatkowych instrumentów polityki pieniężnej jest mało prawdopodobne.
Z publikowanych przez Radę Polityki Pieniężną dokumentów wynika, że polityka pieniężna w najbliższych miesiącach prawdopodobnie nie będzie ulegała zmianie.
Jednak coraz wyraźniej widać, że członkowie RPP zdają sobie sprawę ze zmieniającej się sytuacji gospodarczej oraz ryzyk wynikających m.in. z wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej z końcem października, wyraźnego wyhamowania aktywności gospodarczej w Niemczech i widocznego spowolnienia w polskiej gospodarce. A także z konsekwencji wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie kredytów frankowych, oraz niewiadomej związanej z konsekwencjami wpływu podwyżek płacy minimalnej na inflację. Większość z tych czynników została wymieniona przez RPP w opublikowanym we wrześniu dokumencie „Założenia polityki pieniężnej na rok 2020”. W rozdziale dotyczącym uwarunkowań polityki pieniężnej w 2020 r. wśród głównych czynników ryzyka dla polskiego wzrostu gospodarczego i inflacji wymieniono „skalę i trwałość spowolnienia gospodarczego na świecie”.
Pierwsze symptomy spowolnienia są zresztą już widoczne, a mogą się jeszcze z większą siłą urzeczywistnić w przypadku, gdy wyjście Wielkiej Brytanii z UE nastąpi bez porozumienia. Do takiego scenariusza obie strony nie są do końca przygotowane, a co najważniejsze, nikt nie jest w stanie ocenić z jaką skalą niepewności będziemy mieli do czynienia na rynkach finansach w sytuacji Brexitu bez porozumienia. Zdarzenie to, jak i wszystkie inne czynniki niepewności powinny być brane pod uwagę przez członków RPP w najbliższych miesiącach.
O ile spowolnienie aktywności gospodarczej może wpłynąć na spowolnienie dynamiki inflacji, to już kursy walutowe, ceny surowców energetycznych, czy też sytuacja na rynku pracy i dynamika płac, mogą wpłynąć na szybszy wzrost cen w najbliższych kwartałach. W sytuacji coraz większego spowolnienia gospodarczego na świecie i w Polsce, RPP może stanąć przed dylematem, czy zwracać bardziej uwagę na nieco wyższą inflację, czy też na ryzyko spowolnienia koniunktury gospodarczej w naszym kraju. Jest to jednak scenariusz hipotetyczny, który może pojawić się w dalszej przyszłości.
W październikowym komunikacie po posiedzeniu RPP wyraźnie wskazano, że „perspektywy krajowej koniunktury pozostają korzystne a dynamika produktu krajowego brutto – mimo oczekiwanego obniżenia – utrzyma się w najbliższych latach na relatywnie wysokim poziomie”. RPP zauważa równocześnie wzrost niepewności dotyczącej „skali i trwałości osłabienia koniunktury za granicą oraz jego wpływu na krajową aktywność gospodarczą”.
NBP ocenia, że dynamika PKB w Polsce spowolni do 4,3 proc. w tym roku, a inflacja wyniesie 2,3 proc. Według członków RPP inflacja powróci w pobliże tego wskaźnika w połowie przyszłego roku. Większość z nich jest przekonana, że polityka fiskalna sprzyja stabilnej polityce pieniężnej. Optymistyczny scenariusz, przedstawiony przez RPP może się urzeczywistnić, powinniśmy jednak pamiętać, że wiele czynników, które mogą wpłynąć na przyszłą inflację są trudne dziś do oceny z uwagi na niepewność z jaką mamy do czynienia.
Ewentualne wątpliwości dotyczące kształtowania się koniunktury gospodarczej i inflacji będą mogły zostać rozwiane w listopadzie, kiedy członkowie RPP będą dysponowali nową projekcją PKB i inflacji.
Trudno jednak sobie wyobrazić, aby doszło do gwałtownych zmian w polityce pieniężnej. Jeżeli nie wystąpi sytuacja kryzysowa, będzie to mało prawdopodobne.

Ci odlatują, ci zostają

Coraz trudniejsze warunki życia w Polsce sprawiają, że mimo dobrej sytuacji na rynku pracy, wciąż więcej ludzi wyjeżdża z kraju niż do niego wraca.

Pod rządami Prawa i Sprawiedliwości, tylko w latach 2015 – 2017 liczba osób które wyjechały z naszego kraju zwiększyła się o prawie 290 tys. Można oczekiwać, że rosnące uciążliwości życia w Polsce nie zmieniły tej tendencji i w ubiegłym roku.
Rząd PiS doprowadził do zapaści w dostępie do opieki medycznej, spadku liczby narodzin, skrócenia długości naszego życia, coraz większej umieralności Polaków, rosnącego zanieczyszczenia powietrza, pogorszenia warunków edukacji i wychowywania dzieci, wzrostu inflacji zjadającej płace. Tak wymieniać można długo – a przecież oprócz tych najbardziej konkretnych przyczyn utrudniających i skracających życie Polaków, są i te trudniej mierzalne, ale także dotkliwe.
Rosnący nadzór i inwigilowanie obywateli, ich coraz coraz słabsza pozycja wobec wszechmocy władzy, nepotyzm, mowa nienawiści, promowanie zachowań ksenofobicznych, szczucie na myślących i zachowujących się inaczej niż większość – w takim kraju coraz trudniej normalnie żyć i pracować.

Powrócą tu?

Jak na wyjazdy zarobkowe rodaków wpłynęło niskie bezrobocie w Polsce? Czy jednak zamierzają wracać, czy raczej zostaną za granicą? Jakie są i jak się zmieniają ich więzi z krajem? Na te i inne pytania odpowiada najnowszy raport Narodowego Banku Polskiego.
Jak stwierdza NBP, dobra sytuacja na polskim rynku pracy ograniczyła tendencję do powiększania się liczby obywateli polskich przebywających za granicą. Jednak ujemne saldo migracji osób z polskim obywatelstwem wciąż było obserwowane w 2017 roku i prawdopodobnie także w 2018 r. (choć ubiegłorocznych danych jeszcze nie ma). Czyli, nadal więcej z nas wyjeżdża niż wraca.
Natomiast bezrobocie jest wprawdzie oficjalnie niskie, ale NBP poczynił zaskakującą i udokumentowaną obserwację, iż nowi migranci w Niemczech i Wielkiej Brytanii znacznie częściej, niż ich koledzy z dłuższym stażem migracyjnym, wskazywali na brak pracy w Polsce jako główny powód wyjazdu.
„Biorąc jednak pod uwagę aktualną sytuację na polskim rynku pracy i rekordowo niski poziom bezrobocia, można przypuszczać, że chodzi raczej o brak pracy zgodnej z kwalifikacjami i niespełniającej oczekiwań osób, które zdecydowały się na wyjazd niż brak możliwości podjęcia jakiejkolwiek pracy” – tłumaczy Narodowy Bank Polski, także rządzony przecież przez ekipę z nadania PiS i nie będący przesadnie krytyczny wobec niej. Oczywiście, jakąkolwiek pracę nie tak trudno w Polsce znaleźć – ale nie przez wszystkich i wciąż nierzadko za głodowe uposażenie.
Wyniki badań NBP wskazują też, że niskie bezrobocie w Polsce ograniczyło wyjazdy „nowych” emigrantów do głównych krajów, które były dotychczas tradycyjnym miejscem migracji zarobkowej, takich jak Wielka Brytania, Irlandia czy Niemcy. Pojawiły się zaś stosunkowo nowe, coraz popularniejsze kierunki, na przykład Norwegia.
Badanie ankietowe emigrantów z Polski zostało zrealizowane w okresie listopad-grudzień 2018 roku. We wszystkich badanych krajach nieco większy jest udział kobiet niż mężczyzn. Udział pań wśród nowych emigrantów był rekordowo wysoki w przypadku Holandii, gdzie wyniósł aż 61,3 proc.
Najważniejszą motywacją wyjazdów i pozostawania na emigracji pozostają wynagrodzenia, których mediany za granicą są około dwukrotnie wyższe niż w Polsce. Natomiast dominanty (czyli najczęstsze wynagrodzenia) są nawet i 3,6 raza wyższe niż w Polsce.
Dobra sytuacja gospodarcza w naszym kraju wpłynęła na ograniczenie odsetka Polaków planujących pozostanie na emigracji na stałe, natomiast zwiększyła liczebność tych, którzy planują kiedyś powrót do Polski (nie wcześniej niż za minimum 3 lata). Tym niemniej, tylko około 15 proc. imigrantów jest zdecydowanych wracać do Polski w przyszłości (jednak bliżej nieokreślonej), niezależnie od różnicy w poziomie wynagrodzeń.
Wraz z długością przebywania na emigracji zmniejsza się naturalnie skłonność do przekazywania środków pieniężnych do Polski (bo są coraz potrzebniejsze tam, gdzie się żyje i pracuje). Jest to jednak zróżnicowane zależnie od kraju.

Tam uciekają najmądrzejsi

Emigranci z Polski do Wielkiej Brytanii pochodzą na ogół ze średnich i największych miast i są najlepiej wykształceni w porównaniu z innymi państwami objętymi ankietą. Jedna trzecia z nich posiada wykształcenie wyższe. Wielka Brytania najbardziej więc korzysta na drenażu mózgów z Polski.
Jedynie 10 proc. ankietowanych w Wielkiej Brytanii zadeklarowało skrócenie planowanego pobytu na emigracji z powodu konsekwencji brexitu. Zdecydowana większość emigrantów (85 proc. ) spełniałaby bowiem warunki pozostania w Wielkiej Brytanii po brexicie, po relatywnie prostej procedurze administracyjnej.
NBP stwierdza: „Obserwowana ostatnio zwiększona emigracja do Norwegii to głównie osoby w wieku najwyższej aktywności zawodowej, ze średnim wykształceniem, które stosunkowo często przekazują pieniądze do Polski i dość rzadko wykorzystują świadczenia społeczne”.
Do tego zdania warto wnieść poprawkę, bo emigracja do Norwegii nie jest zwiększona „ostatnio”, lecz co najmniej od dziesięciu lat. Według szacunków GUS, liczba Polaków przebywających w Norwegii na przestrzeni lat 2010 –2017 wzrosła o 70 proc.
Norwegia dołączyła do listy najbardziej popularnych kierunków wyjazdów zarobkowych, zastępując Irlandię, której znaczenie od kilku lat systematycznie spadało. Liczba emigrantów z Polski do Irlandii znacznie zmniejszyła się po kryzysie w 2008 r., stabilizując się na poziomie nieco ponad 110 tys. osób
Większość z około 85 tys. polskich emigrantów z Polski w Norwegii to ludzie, którzy wyjechali z Polski po 2015 roku. To głównie osoby młode, ze średnim wykształceniem. Przeważnie pracują one w przemyśle lub służbie zdrowia i przy opiece nad osobami starszymi. Także i do Holandii najczęściej wyjeżdżają ludzie młodzi ze średnim wykształceniem.
Natomiast migracja zarobkowa w Niemczech jest najstarsza i najsłabiej wykształcona. Osoby z wykształceniem zawodowym najczęściej wybierają właśnie Niemcy jako kierunek migracji. Częściej są to osoby z małych miast i wsi (co wykazuje podobieństwo z migracją do Stanów Zjednoczonych).
Zauważyć należy, że zwiększenie się ogółu liczby emigrantów z Polski w 2017 roku nastąpiło w całości przez emigrację do krajów europejskich. Europa jest pod wieloma względami znacznie dogodniejsza do życia niż kraje zamorskie. A poza tym, rząd PiS nie potrafi spowodować, by nasz największy sojusznik zniósł wreszcie wizy, co także hamuje wyjazdy do USA (gdzie nawiasem mówiąc, coraz łatwiej znaleźć śmierć od kuli, zamiast dobrobytu).

Mają co robić

Polscy emigranci są na ogół bardzo aktywni zawodowo. Ich pozycja na zagranicznych rynkach pracy stabilizuje się. Coraz częściej mają regularną pracę zamiast zajęć sezonowych. Zmniejsza się udział emigrantów narzekających na pracę poniżej kwalifikacji, wciąż bardzo duże są różnice pomiędzy ich wynagrodzeniami, a płacami w Polsce. Pracują normalnie, coraz rzadziej muszą korzystać za granicą ze świadczeń społecznych.
NBP stwierdza: „Sytuacja polskich emigrantów na zagranicznych rynkach pracy jest lepsza i w większym stopniu wykorzystują oni swoje kwalifikacje. Dane te świadczą o coraz większym dopasowaniu emigrantów do lokalnych rynków pracy na emigracji, co zwiększa prawdopodobieństwo pozostania przez te osoby na emigracji w przyszłości”.
Wszystko to, w połączeniu z rzeczywistością rządów PiS, sprawia, że rzeczywiście, brakuje powodów, które skłaniałyby ich do powrotu nad Wisłę.

Nasze miliardy

To będą najdroższe wybory w historii. Obawiając się porażki, Jarosław Kaczyński położył na stole 40 miliardów.

„Piątka Kaczyńskiego” skutecznie wyeliminowała z debaty publicznej temat dwóch wieżowców, które zamierzał zbudować w Warszawie prezes PiS-u. I o to chodziło. Zostawmy na chwilę sprawę zapowiedzianych transferów społecznych. I ich bardziej lub mniej entuzjastyczne przyjęcie przez środowiska lewicy. Skupmy się wyłącznie na pieniądzach. I jak twierdzi prawica: „prezencie Kaczyńskiego”. Czy taka hojność rządzących może mieć wpływ na miliardy naszych oszczędności? Tych osobistych. I tych będących naszym wspólnym dorobkiem.

Pół biliona

Zacznijmy od naszych prywatnych kont. Dwa tygodnie temu portal analizy.pl opublikował dane dotyczące struktury oszczędności gospodarstw domowych. Na koniec 2018 roku Polacy zgromadzili 1 448 mld złotych. Tak – półtora biliona złotych. To równowartość czteroletnich wpływów do budżetu państwa.

Te ogromne liczby mogą wprowadzać w błąd. Jedna trzecia wszystkich oszczędności to stan rachunków bieżących. Tam trafiają wypłaty wynagrodzeń, emerytur i innych świadczeń. Znaczna część środków znajdujących się na takich rachunkach przeznaczana jest na bieżące wydatki i faktycznie nie stanowi oszczędności. Druga wątpliwa pozycja, to gotówka w obiegu. Wartość banknotów i monet będących w obiegu przekracza 203 miliardy złotych. Trudno ocenić jaka część tych pieniędzy znajduje się w portmonetkach, a jaka jest oszczędnościami trzymanymi „w skarpecie”. No i na koniec oszczędności w OFE. W końcówce ubiegłego roku było tego 157 mld zł. Ale wystarczy jedno nocne posiedzenie Sejmu i podpis prezydenta by te miliardy zmieniły właściciela. Jak to się robi, pokazał już kilka lat temu rząd Donalda Tuska.

Podsumujmy pozostałe pozycje, będące z pewnością oszczędnościami Polek i Polaków. Na lokatach bankowych znajduje się około 300 miliardów złotych. Wartość środków ulokowanych w funduszach inwestycyjnych (poza OFE) wyniosła na koniec 2018 roku 134 mld zł. W akcjach spółek publicznych – 55 mld zł. W ubezpieczeniowych funduszach kapitałowych – 50 mld zł. I najmniej w obligacjach – zaledwie 20 mld zł. W sumie daje to grubo ponad pół bilona złotych, dokładnie 559 miliardów.

Ważne to je

„Ważne to je, co je moje” – śpiewał przed laty Kazimierz Grześkowiak. Te ponad pół biliona złotych (plus ewentualne oszczędności na rachunkach bieżących i „w skarpetach”) są poza zasięgiem polityków. To obywatele i obywatelki decydują, gdzie je ulokować. Kiedy i na co wydać. I na dzień dzisiejszy nasze osobiste oszczędności wydają się być bezpieczne. Chociaż…

Gospodarka, ekonomia, finanse – to system naczyń połączonych. Gdyby rządzący zaczęli mnożyć różne przedwyborcze „piątki”, może to doprowadzić do wzrostu inflacji. I w konsekwencji do spadku wartości oszczędności przez lata gromadzonych na lokatach. Gdyby na potrzeby bieżących wydatków chciano pilnie spieniężyć ponad 150 mld zł ulokowane w akcjach będących w posiadaniu Otwartych Funduszy Emerytalnych – zapaść na giełdzie byłaby nie do uniknięcia. A spadek wartości akcji na GPW i wartości jednostek funduszy inwestycyjnych – trudny do wyobrażenia.

Wenezuela. Nie – nie ma najmniejszych podobieństw z sytuacją w naszym kraju. Jeśli przywołałem ten kraj, to tylko po to, by ostrzec, że nic nie jest dane raz na zawsze. Jeszcze kilka lat temu – do roku 2013 – Wenezuela była najszybciej rozwijającym się krajem Ameryki Łacińskiej. A prezydenta Hugo Cháveza stać było na „piątki”, o których Kaczyński może tylko pomarzyć. Ostatnio media podały, że inflacja w Wenezueli zbliżyła się do dwóch milionów procent w skali roku.

Publiczne miliardy

To że politycy decydują o wydatkach budżetowych – wiemy. I potrafią robić w tym budżecie dziury – też wiemy. Ale nie zawsze zdajemy sobie sprawę, że mają również bezpośredni lub pośredni wpływ na setki miliardów znajdujące się poza budżetem. To przede wszystkim rezerwy walutowe – nad którymi kontrolę sprawuje Narodowy Bank Polski. A ponadto: Fundusz Ubezpieczeń Społecznych, Fundusz Rezerwy Demograficznej, Otwarte Fundusze Emerytalne. I najmłodsze dziecko Morawieckiego: Pracownicze Plany Kapitałowe. Suma pieniędzy jakimi obracają te instytucje to kwota rzędu 800 miliardów złotych.

Na początek najbogatszy. I zarazem najbiedniejszy. Fundusz Ubezpieczeń Społecznych.

FUS

Po budżecie państwa to największy beneficjent naszych podatków i składek. Na konta Funduszu Ubezpieczeń Społecznych rocznie wpływa niemal 200 miliardów złotych. Ale to, co otrzymujemy z ZUS jako stan naszych składek emerytalnych, to wyłącznie zapis księgowy. Bo każdego roku wydatki Funduszu są o kilkadziesiąt miliardów wyższe niż wpływy. Dziura zwykle jest łatana dotacją z budżetu państwa.

Rządzący chwalą się rewelacyjnymi wynikami FUS za ubiegły rok. To prawda, dobra koniunktura spowodowała, że wpływy z tytułu składek były wyższe od zaplanowanych. Ale „sukces” przypomina nieco anegdotę o rabinie i kozie. W ustawie budżetowej na rok 2018 zaplanowano kwotę 46,6 mld zł jako dotację dla Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Fundusz wykorzystał jedynie 35,8 mld zł z pieniędzy otrzymanych z budżetu. I właśnie dzięki tym „znalezionym” 10 miliardom uda się sfinansować tegoroczną „trzynastkę” dla emerytów i rencistów.

Ale „trzynastka” ma cieszyć emerytów tylko w roku wyborczym. W kolejnych latach dziura w budżecie FUS będzie rosła. Według średnich prognoz ZUS, w 2023 roku wyniesie 58,1 mld zł. W wariancie pesymistycznym, nawet 77,3 mld zł. Dwa razy więcej niż obecnie. I to bez wypłacania „trzynastek”.

FRD

Fundusz Rezerwy Demograficznej powstał w 2002 roku, aby gromadzić środki na dopłaty do emerytur i przyszłą pomoc ZUS-owi. Pieniądze miały być uruchomione dopiero po 2025 roku. Na rachunku powinna znajdować się kwota rzędu stu miliardów złotych. Jest: 27 mld zł.

Absolutny „dołek” Fundusz zaliczył w 2014 roku, gdy na rachunku FRD znalazło się zaledwie 14,7 mld zł. Był to skutek nieodpowiedzialności ministra Jacka Rostowskiego, który z pieniędzy przeznaczonych dla przyszłych pokoleń uczynił sobie wygodne źródełko służące zasypywaniu dziury budżetowej. W sumie w latach 2010-14 „podebrano” z FUS 16,9 mld zł.

Fakt, obecny rząd zadbał o odbudowanie zasobów Funduszu Rezerwy Demograficznej. Jednak trzeba rządzącym patrzeć na ręce. By obecna lub kolejna „piątka” Kaczyńskiego nie doprowadziła do ponownego „podkradania” pieniędzy z FRD.

OFE

Pomijam fakt ewidentnych skandali związanych z funkcjonowaniem Otwartych Funduszy Emerytalnych. Jak choćby pobieranie gigantycznych prowizji przez zarządzających funduszami. Skupmy się na pieniądzach. Połowę składek emerytów (twierdzę, że to były nasze pieniądze, nie publiczne) znacjonalizował rząd Donalda Tuska. Zamiast oszczędności, otrzymaliśmy świstek papieru z ZUS-u z zapisaną kwotą wirtualnych składek.

Drugi etap „reformy OFE” zapowiedział ponad dwa lata temu premier Mateusz Morawiecki. Wedle ówczesnych założeń, 75 proc. aktywów OFE miało trafić na prywatne konta emerytalne. Reszta byłaby de facto znacjonalizowana i przekazana do Funduszu Rezerwy Demograficznej. Ale w sprawie dalszych losów OFE rządzący nabrali wody w usta.

Jedną z przyczyn odstąpienia od planów dotyczących OFE może być obawa o konsekwencje na rynku kapitałowym. Po przekazaniu 153 miliardów z OFE do ZUS w 2014 roku, w funduszu pozostały już tylko akcje – o wartości ponad 150 mld zł. Próba spieniężenia znacznej liczby tych akcji, by gotówkę przekazać na konta przyszłych emerytów, skończyłaby się totalną zapaścią giełdy.

Druga przyczyna zatrzymania reformy OFE może być bardziej prozaiczna. Rządzący doszli do wniosku, że nie warto ot tak sobie oddawać pieniędzy ubezpieczonym. Znacznie lepiej zostawić rezerwę na kolejne „piątki” Kaczyńskiego. Lub jego następcy. I kiedyś przerobić te miliardy na kiełbasę wyborczą. Niezależnie od krytycznego stosunku lewicy do OFE, pieniądze które wpłacili ubezpieczeni, są ich pieniędzmi. I żaden rząd nie musi dawać ich im w prezencie.

PPK

Zaaferowani wynagrodzeniami pań dyrektorek w NBP i niezbudowanymi przez Kaczyńskiego wieżowcami, mało interesujemy się nowym wcieleniem OFE. Pracownicze Plany Kapitałowe. Nowe OFE rozpoczęło swój żywot 1 stycznia. Warto kiedyś dokładniej przyjrzeć się pomysłowi Morawieckiego. Dzisiaj krótko. To zupełnie nowy podatek, obciążający zarówno pracownika (składka 2 proc.), jak i pracodawcę (1,5 proc.). Ma być dobrowolny. Ale jednocześnie jest tak skonstruowany, by wypisanie się z PPK jak najbardziej skomplikować.

Cel nowego podatku jest taki sam jak w przypadku OFE. By stać nas było na emeryturę spędzaną pod palmami. Lub przynajmniej pod palmą. W doniczce. Poważnie? Prawdziwy cel wprowadzenia PPK wyjawił przypadkiem były szef KNF Marek Chrzanowski w nagranej rozmowie z Leszkiem Czarneckim. Jeśli budżet będzie miał kłopoty, zawsze „dziurę” będzie można zasypać pieniędzmi z Pracowniczych Planów Kapitałowych. Nic nowego pod słońcem.

W bieżącym roku wpływy z PPK mogą sięgnąć 5 mld zł, w kolejnym – 10 mld zł. Wypada więc zgodzić się z Kaczyńskim – są pieniądze na „prezenty”. Hipokryzję rządzących ilustruje następujące wyliczenie. Zapowiedziana obniżka PIT z 18 do 17 proc. oznacza zmniejszenie podatku dochodowego o około 194 złote w skali roku dla pracownika otrzymującego płacę minimalną. W tym samym czasie składki odprowadzone przez pracownika i pracodawcę na konto PPK wyniosą netto 695 złotych.

Rezerwy walutowe

Na koniec waga ciężka. Niemal pół biliona złotych. Stan aktywów rezerwowych Polski na koniec stycznia wyniósł 98,987 mld euro. Po przeliczeniu na złotówki daje to astronomiczną kwotę 422 miliardów złotych. Odpowiadającą rocznemu budżetowi Polski. Rezerwy walutowe są ważnym elementem stabilizacji sytuacji gospodarczo-finansowej kraju. Ale czy tak wysokie rezerwy walutowe są konieczne? Zwłaszcza że poziom polskich rezerw walutowych przekracza wskaźniki uznawane przez ekonomistów jako bezpieczne. Niech o tym decydują fachowcy.

Mnie ciarki przechodzą po plecach, gdy pomyślę, że o miliardach polskich oszczędności ulokowanych w dolarach, euro i złocie może decydować najbliższy kumpel Kaczyńskiego. Pokazujący jednocześnie, jak lekką ręką jest w stanie wydawać wielkie pieniądze dla swoich zaufanych koleżanek zatrudnionych w NBP. Kierowany przez Glapińskiego bank zapewne będzie w tym roku jednym z istotnych ogniw finansujących „piątkę” Kaczyńskiego.

Pieniądze z zysku NBP nie zostały zapisane w budżecie na rok 2019. Niemniej ekonomiści spodziewają się, że w sprawozdaniu finansowym za rok 2018 Narodowy Bank Polski pokaże zysk. I zgodnie z przepisami prawa, 95 proc. tego zysku przeleje do budżetu. Będzie to prawdopodobnie kwota rzędu 4-5 mld zł. Tak potrzebna rządzącym w roku wyborczym.

Zasilanie budżetu zyskiem NBP od lat budzi kontrowersje. Bowiem lwia część zysku wynika z różnic kursowych, a nie z realnie zarobionych pieniędzy. Nominalnie bank centralny ma pełną niezależność. Ale nigdy nie możemy być w 100 procentach pewni, że na takie czy inne decyzje dotyczące inwestycji związanych z rezerwami walutowymi nie ma wpływu polityka. I przemożna chęć, aby zyski pojawiały się wtedy, gdy są rządzącym politykom najbardziej potrzebne.

Bezpieczniejszą sytuacją, moim zdaniem, byłaby pełna autonomia banku centralnego w zakresie obrotu powierzonymi aktywami – bez konieczności dzielenia się zyskiem z budżetem. Tymczasem od roku 2001 Narodowy Bank Polski przelał do budżetu w sumie 45 mld zł.

Nasze miliardy

Uff! Nie zmieściłem się na jednej stronie w wyliczance naszych – prywatnych i publicznych – miliardowych oszczędności. Ale zależało mi, abyśmy w roku wyborczym spojrzeli na politykę trochę szerzej. Gra nie toczy się o to, czy dyrektorki Glapińskiego będą zarabiały mniej? Czy Kaczyński postawi dwa wieżowce? Czy Bartłomiej M. zostanie skazany, czy wyratuje go z opresji Rydzyk?

Dobre rządy to takie, które potrafią zapewnić bezpieczeństwo tego, co udało nam się zgromadzić przez dziesięciolecia wytężonej pracy. I ten dorobek pomnażać. Cieszy mnie większa ilość pieniędzy, którą rodzice dostaną na wychowanie dzieci. Ale nie mam zaufania do Kaczyńskiego. I do jego „piątki”. Przekonania, że to część spójnego i długofalowego programu socjalnego państwa. A nie jedynie miliardy naszych pieniędzy, które mają ułatwić zwycięstwo wyborcze ich partii.

Zniechęcanie do gotówki

Bankierzy zarabiają kokosy na rozwijaniu obrotu bezgotówkowego. Chcą więc maksymalnie utrudnić Polakom korzystanie z monet i banknotów.

W tym tygodniu, we wtorek 5 kwietnia, obchodziliśmy po raz pierwszy w Polsce „Dzień bez płacenia gotówką”. Był to element ogólnoeuropejskiej kampanii „No Cash Day”, która uzyskała patronat Parlamentu Europejskiego. Idea, aby jednego dnia w roku płacić wyłącznie bezgotówkowo, jest zapisana również w programie rozwoju obrotu bezgotówkowego w Polsce (istnieje taki program!) na lata 2014-2020. To wciąż za mało Płatności bezgotówkowe w Polsce stanowią jedynie 20 proc w stosunku do 80 proc. transakcji nadal realizowanych w gotówce – podczas gdy w Unii Europejskiej te wskaźniki wynoszą, według szacunków Eeuropejskiego Banku Centralnego z 2012 r., odpowiednio 40 i 60 proc, a od tamtego czasu obrót bezgotówkowy najprawdopodobniej znacząco wzrósł. Liczba rachunków bieżących polskich osób fizycznych na koniec grudnia 2015 r. sięgnęła 39,7 mln. Tak zwane ubankowienie polskiego społeczeństwa, liczone odsetkiem osób dorosłych posiadających rachunek w banku lub spółdzielczej kasie oszczędnościowo- kredytowej, jest szacowane na około 80 proc. (dane Banku Światowego z 2014 r.). Średni poziom ubankowienia w krajach UE jest nieco wyższy i wynosi 90 proc. W portfelach Polaków znajduje się 35,2 mln kart płatniczych (dane Narodowego Banku Polskiego za IV kwartał 2015 r.). Liczba kart płatniczych na jednego mieszkańca w Polsce w porównaniu do innych krajów UE wynosi 0,94, podczas gdy średnio w UE współczynnik ten wynosi 1,5 (najnowsze dostępne dane za 2014 r). Polacy nie używają kart tak aktywnie jak mieszkańcy innych państw UE. W 2014 r. liczba transakcji kartą płatniczą na jednego mieszkańca w Polsce wyniosła 48,7, podczas gdy średnia w UE była na poziomie 93,2, czyli blisko dwukrotnie wyższym. Wiele instytucji, w tym NBP, podejmuje więc działania mające na celu upowszechnienie w Polsce elektronicznych instrumentów płatniczych, tak jak to ma miejsce w wielu krajach UE. Stawiamy na zbliżenia Polska wyróżnia się natomiast wśród krajów europejskich pod względem popularności kart z funkcją zbliżeniową, które stanowią obecnie 79,8 proc wszystkich kart w Polsce. Wcześniej NBP rekomendował bankierom w naszym kraju zwiększenie bezpieczeństwa kart płatniczych z tą funkcją (które pozostawiało wiele do życzenia). Być może przyczyniło się to do wzrostu popularności kart zbliżeniowych. Coraz powszechniejsze stają się również płatności mobilne, telefoniczne, oraz przelewy natychmiastowe, pozwalające na szybkie przekazanie pieniędzy innemu podmiotowi. Czynnikiem, który znacząco wpłynął ostatnio na rozwój obrotu bezgotówkowego, było ograniczenie jednej z najważniejszych barier w stosowaniu kart płatniczych, czyli obniżenie poziomu opłaty interchange w Polsce, ściąganej przez banki od każdej transakcji bezgotówkowej. Jeszcze w 2012 roku opłaty interchange były jedne z najwyższych w Europie i sięgały 1,6 proc średniej wartości transakcji za pomocą karty debetowej. Poprzez ustawowe obniżenie do 0,5 proc. od lipca 2014 r., a następnie do 0,2-0,3 proc od stycznia 2015 r., poziom opłaty interchange spadł do jednego z najniższych w UE. Obecnie ten poziom jest już wspólny dla wszystkich krajów UE. Wprowadzone w Polsce zmiany znacząco zwiększyły zakres transakcji bezgotówkowych. Liczba placówek akceptujących karty płatnicze wzrosła do poziomu 364 tys. na koniec 2015 r. w stosunku do 279 tys. W połowie 2014 r. Liczba terminali obsługujących karty na koniec 2015 r. wyniosła 465 tys. (w stosunku do 357 tys. na koniec czerwca 2014 r.). NBP razem z bankierami Instytucją, która aktywnie promuje obrót bezgotówkowy jest Narodowy Bank Polski. NBP jest też członkiem Koalicji na rzecz Obrotu Bezgotówkowego i Mikropłatności, skupiającej ponad 70 podmiotów i instytucji popierających upowszechnienie płatności bezgotówkowych w Polsce. – Obrót bezgotówkowy niesie ze sobą szereg wymiernych korzyści dla wszystkich uczestników rynku płatniczego. Dla gospodarki i państwa oznacza nie tylko istotną redukcję kosztów obsługi płatności, ale także pozytywny wpływ na wzrost gospodarczy, większą przejrzystość życia gospodarczego oraz niwelowanie szarej strefy. Dla społeczeństwa i indywidualnego konsumenta, bezgotówkowe instrumenty płatnicze oznaczają bezpieczeństwo, wygodę użycia oraz oszczędność czasu – mówi Adam Tochmański, dyrektor Departamentu Systemu Płatniczego. Pan dyrektor, zapewne przez przeoczenie, nie wspomniał jednak, że transakcje bezgotówkowe są korzystne przede wszystkim dla banków komercyjnych działających w Polsce. Banki zarabiają na nich dwojako – obniżają swoje koszty działalności związane z liczeniem, przewozem i ochroną gotówki; a przede wszystkim, ściągają opłaty od każdej transakcji bezgotówkowej. Takich transakcji wykonuje się zaś w Polsce rocznie prawie dwa miliardy. Zyski banków z tego tytułu są wiec gigantyczne – a przy tym zupełnie nieuzasadnione, bo banki nie ponoszą żadnych kosztów w związku z rozwojem płatności bezgotówkowych, lecz przeciwnie, dzięki nim oszczędzają. Pan dyrektor wspomniał też o korzyściach dla społeczeństwa, takich jak bezpieczeństwo, wygoda użycia oraz oszczędność czasu. Prawdą jest tu tylko to, że korzystanie z bankowości internetowej pozwala dowolnie wybrać moment dokonania transakcji co rzeczywiście oszczędza czas. Trudno jednak mówić o wygodzie, a zwłaszcza o bezpieczeństwie klientów, skoro dokonywanie płatności bezgotówkowych wymaga od nich maksymalnej koncentracji i uwagi. Komunikaty – także i bankowe – o zagrożeniach ze strony złodziei włamujących się do kont internetowych, są zaś coraz bardziej alarmujące..