Księga wyjścia (21)

Ballada o pewności siebie

Jak to nazwać, gdy wszystkie najmocniejsze słowa już padły, jak przeciwstawić się agresji w momencie gdy większość społeczeństwa jest już tym zmęczona i wykazuje bierność, kiedy cała potencjalna energia społeczna poszła w gwizdek przez polityków i KOD, który wyprowadził ludzi na ulice zanim była ku temu realna potrzeba. Jak to możliwe, że tysiące ludzi wychodziły w największy mróz broniąc sądów, których nie widzieli i sędziów których nie znali.
Gdy natomiast wychodziły na ulicę konkretne grupy zawodowe upominać się o poprawę warunków pracy i podwyżki reakcja była już zupełnie inna. A to ktoś wspomniał o przywilejach nauczycieli, a to komuś się wypsnęło, że lekarze rezydenci zarabiają krocie. I nawet bym się temu nie dziwił, gdyby informacje te spływały z rządowych mediów, ale nie, ten przekaz szedł ze stacji nawołującej do masowych protestów w obronie sądów, konstytucji czy demokracji. Klasyczny przypadek napuszczania jednych na drugich i w efekcie sprowadzania do wniosku „ja to mam gorzej”. Żeby taki przekaz był skuteczny, nigdy nie może być powiedziany wprost, najlepiej zrobić to w jakiś okrężny sposób, tak by widzowi się wydawało, że sam doszedł do takiego wniosku. Wtedy sukces murowany. Protestujący pozostaną sami, a stacje pozornie im przychylne nadal będą wybiórczo relacjonować, zacierając jednocześnie ręce, że jednak nic nie udało się wywalczyć.
Wychodziłem już z przychodni i punktu terapii substytucyjnej, gdzie co dwa tygodnie odbieram swoją porcję leków, gdy zawołał mnie doktor Andrzej Kaciuba. Trochę mi się śpieszyło, ale po pierwsze to było bardzo miłe i lubię z nim rozmawiać, a po drugie, nie wołałby mnie gdyby nie było to ważne. Zajmę ci tylko chwilę – powiedział – chciałbym, żebyś pamiętał o zagrożeniach i nie poczuł się zbyt pewnie. Pewność siebie – to pułapka dla nałogowca. Mimo, że naprawdę akurat tego dnia czas mnie gonił, bardzo mi się śpieszyło, gdy tylko wyszedłem przysiadłem chwilę na ławce zastanawiając się skąd wie, jak się domyślił tego, czego sam nawet nie dostrzegłem. To jedno zdanie wryło mi się w pamięć i choć coraz mniej piszę o nałogach – w końcu to księga wyjścia, więc i z pisania o uzależnieniach staram odchodzić. Tym razem postanowiłem jednak od tego właśnie zacząć.
Chorzy na nienawiść – gdybym miał określić polskie społeczeństwo chyba tych właśnie słów bym użył.
Bezkarność, ciche wsparcie polityków i znacznie głośniejsze kościoła? Zastanawiam się nad przyczyną, powodem aż takiej agresji podczas ubiegłotygodniowego marszu równości. Część agresorów potraktowała to zapewne jak zwykła ustawkę meczową, bezkarną zadymę, ale tym razem było to skierowane nie przeciwko innym kibolom, którzy przyjechali właśnie po to, by nawzajem lać się po mordach lecz nienawiścią do zwykłych, pokojowo nastawionych ludzi. Ludzi, którzy mieli odwagę wyjść, by sprzeciwić się dyskryminacji i pokazać, że przecież każdy ma prawo do swojego życia. Już sam fakt, że w XXI wieku w środku Europy ludzie, ryzykując zdrowiem, a być może i życiem, idą by powiedzieć innym, że każdy ma prawo do życia – jest czymś nieprawdopodobnym. Czy naprawdę trzeba demonstrować w obronie równości? Praw przypisanych każdemu człowiekowi? Okazuje się, że w Polsce tak.
W przeciwieństwie do tego, co próbuje wmówić ludziom kościół, a wraz z nim większość polityków PiS-u, nie ma czegoś takiego jak ideologia LGBT. Za każdą z tych liter kryje się człowiek, konkretny człowiek, który jedyne czego chce, to spokojnie żyć na takich samych prawach, jakie mają inni. Chce wyjść z ukrycia, nie oglądać się za siebie w obawie, że oberwie kamieniem. Jeśli więc mówimy o ideologii LGBT to jest nią jedynie pragnienie spokoju i bezpieczeństwa. Życia bez strachu, że ktoś podpali mieszkanie, napadnie na ulicy i pobije. Ot i cała tajemnica tego ideologicznego „demona” o którym tak wrzeszczą rządzący i kościół.
Nie, to niemożliwe – tak zapewne pomyśli większość społeczeństwa, to incydentalne wypadki które nie będą miały żadnych dalszych konsekwencji. Przecież europejska cywilizacja jest na takim poziomie, że wydaje się niemożliwym, by zagrożenie było realne. Ja już tę pewność straciłem. Nie tak dawno, gdy w Białym Domu wybuchła afera z Moniką Levinski, by przykryć skandal natychmiast znalazł się powód zbombardowania Jugosławii – to tylko skrótowa dygresja, która mi się przy okazji nasunęła.
Kościół oczywiście zrobi wszystko, by po chwilowym szumie wokół pedofilii w swoich strukturach skierować uwagę społeczeństwa w zupełnie innym kierunku, stawiając siebie w roli obrońcy rodziny, tradycji i wartości. Teraz okazuje się, że to nie zboczeńcy w sutannach są zagrożeniem dla dzieci, ale dorośli ludzie, którzy chcą jedynie żyć po swojemu. Społeczeństwo zostało zasypane „groźną ideologią”, powielanymi z ambon i mediów bzdurami, pewna gazeta wypuściła niepozorne niby naklejki. To początek podsycania nienawiści, a że trafia na podatny grunt, to zasiane ziarno szybko przynosi obfite owoce.
Wydawało się, że film braci Sekielskich będzie przełomem. Teraz już wiem, że choćby powstało sto takich filmów, a Sekielscy codziennie wpuszczali do sieci nowe dowody przestępstw seksualnych zboczeńców w sutannach chronionych przez swoich przełożonych, to i tak zostanie to w ten czy inny sposób rozmyte.
Oczywiście PiS tworząc komisję do spraw pedofilii, wyciął z nazwy kościół. Prokurator nie zbada komputerów w kuriach czy dekanatach, a sprawa rozejdzie się po kościach jako przedawniona. Okaże się, że większość sprawców już nie żyje. Obecne ofiary zostaną w większości zagłuszone, presją społeczną, pieniędzmi lub z obawy o ostracyzm powiedzą o tym dopiero za kilkanaście lat.
W końcu komisja uzna, że w kościele problemu nie ma i zaczną badać obozy harcerskie, a jedyny namacalny efekt będzie taki, że dyskretnie zniknie kilka pomników, a z kilku innych odetną od Wojtyły całującego go w pierścień pedofila. Ściganiem pedofilii zajmuje się policja i prokuratura, komisja miała zbadać obszar niedostępny organom ścigania. Ale jak widać nie ma woli politycznej i są inne – znacznie większe „zagrożenia” – takie jak gender i LGBT.
Polski kościół funkcjonuje zupełnie inaczej niż kościoły na całym świecie, jest całkowicie niezależny od Watykanu, a jego wpływy polityczno biznesowe są tak ogromne, że tak czy inaczej wyjdzie z tego obronną ręką. Nawet jeśli PiS przegra wybory.
Wakacje w mediach to zazwyczaj sezon ogórkowy. Czyli nic się nie dzieje, a telewizje na siłę wypełniają swoje ramówki głównie powtórkami lub „analizą struktury buraka”, gazety wymyślają coraz to głupsze „cudowne diety” na wszystko, a jeśli wydarzy się jakaś sensacja to wałkują ją do znudzenia zapraszając do studia najróżniejszych, często zapomnianych już ekspertów. Wszystko po to, by w jakiś sposób wypełnić ramówkę i podtrzymać oglądalność.
W tym roku jest trochę inaczej i prawdę mówiąc pisząc ten felieton miałem problem, by wybrać jeden z wielu tematów, które wydarzyły się w ciągu ostatniego tygodnia. Czy pisać o dziwnej „lewicowej” koalicji powstałej zupełnie przypadkiem tylko dlatego, że Schetyna nie dogadał się z Czarzastym? Marszu równości i festiwalu nienawiści, zmieszaniu w szkołach i bucie ministra edukacji? Czy może o kuriozalnym pomyśle PiS-u dotyczącym powołania komisji do spraw pedofilii? Miałem też ochotę napisać coś o spotkaniu z Mateuszem Piskorskim, który po trzyletniej odsiadce politycznej – kuriozalnym przypadku przetrzymywaniu bez aktu oskarżenia i wyroku – wyszedł wreszcie na wolność, wprawdzie ograniczoną, a że był w okolicy to mieliśmy okazję się spotkać, poznać i pogadać. Czasami jest tak, że kogoś się lubi albo nie od pierwszego spotkania. Mateusza trudno nie polubić, ale zostawię to już na kolejny felieton.
Po krótkiej analizie, jak zawsze zdałem się na emocje i przelałem na wirtualny papier to co najbardziej mną poruszyło.
Strach budzi agresję, boimy się tego, czego nie rozumiemy. A nie rozumiemy, ponieważ nikt nie wszczepia już chęci poznawania. Winnych możemy szukać we wszystkich rządach od czasów przełomu 1989 roku. Zubożenie społeczeństwa zarówno materialne jak i mentalne daje taki właśnie efekt. Ludzie wzajemnie dają się na siebie napuszczać, zamiast kierować gniew w stronę rządzących.
Tak w skrócie można zdiagnozować atak faszystów na pokojowy marsz równości. Poza oczywiście wspomnianą wcześniej chęcią prawie legalnej zadymy. Większość stadionowych chuliganów doskonale wie, że mandat, który ewentualnie dostaną nie jest żadną karą i wcale nie muszą go płacić. Po roku się przedawnia. Tak, do trzech mandatów rocznie spokojnie można olać. Zgodnie z prawem po roku mamy znowu czystą kartę. Więc jeśli ktoś się cieszy, że przynajmniej napastnicy dostaną po kieszeni – jest w błędzie. Oni pozostaną bezkarni. Chyba, że będzie to grzywna, ale już większość wyłapanych napastników odeszła z mandatami, które wylądowały w najbliższym koszu na śmieci.
Wielokrotnie pisałem, że nie jestem zwolennikiem tej formy protestu jakim jest marsz, czy demonstracja, ponieważ jeszcze nigdy niczego to nie zmieniło. Przynajmniej w Polsce.
Pomimo tego, że zaangażowane w to środowiska polityczne są zupełnie nie z mojej bajki, to wybieram się w sobotę na marsz „Warszawa przeciw przemocy. Solidarni z Białymstokiem”.
Przemoc i nienawiść to jedyne co może skłonić mnie bym ruszył w jednym szeregu z ludźmi, których na co dzień nie darzę sympatią. Taka koalicja antyfaszystowska. Chociaż doskonale pamiętam jak większość „oburzonych” sytuacją w Białymstoku nie miała nic przeciwko, gdy w latach dziewięćdziesiątych leciały w nas różne przedmioty podczas pochodów pierwszomajowych czy lewicowych demonstracji, mało tego, niektórzy brali w tym czynny udział, a telewizja oczywiście jakoś te najdrastyczniejsze momenty ominęła. Podobnie jak próżno było szukać w internetowym serwisie TVN informacji o zamieszkach w Białymstoku.
Wybieram się również z innego powodu. Przez chwilę również myślałem, że jest to problem marginalny, taki buraczany folklor, gdzie wystarczy napisać kila postów sprzeciwu, felieton pełen oburzenia, bo jak pisałem wyżej: przecież żyjemy w Europie w XXI wieku… i wtedy przypomniały mi się słowa doktora Kaciuby „Niech nie zgubi cię pewność siebie”.

Księga Wyjścia (11)

Ballada o dawnym przyjacielu

Ktoś z bliskich – wbrew pozorom, są takie osoby – wytknął mi, że w każdym z tekstów pojawia się temat narkomanii lub alkoholizmu. Zwrócił również na to uwagę dr Andrzej Kaciuba, którego chyba stałym czytelnikom przedstawiać nie muszę.

W zasadzie leitmotiv cyklu tych felietonów dotyczy trzeźwienia, więc chcąc nie chcąc wspomniane tematy, wzmianki są nieodłącznym elementem – myślałem. Po głębszej refleksji doszedłem do wniosku, że mają rację. Nałogi tak głęboko się u mnie zakorzeniły, że nawet pisząc o czymś innym zawsze musiałem o temat ten przynajmniej zahaczyć. Poza ostatnim odcinkiem, gdzie już świadomie go omijałem.
Ponieważ jest to „Księga Wyjścia”, postaram się wychodzić również i z tego, a kolejnym krokiem będzie wyrugowanie wszelkich alkoholicko-narkomańskich treści. Podnosi to trochę poprzeczkę, bo w przypadku braku pomysłu mogłem opisać jakąś barwną historię z szarego życia nałogowca. Ten felieton jest ostatnim, w którym poruszam ten temat. Po pierwsze dlatego, że zaplanowałem go dwa tygodnie temu, po drugie – historia ta niech będzie takim epitafium literackiego nawrotu i wreszcie po trzecie – być może, zapobiegnie lub da do myślenia osobom, którzy dopiero zaczynają. Uprzedzę wątpliwość jaka nasunęła się zapewne niektórym czytelnikom, że młodzież nie czyta prasy. Być może, ale jest szansa, że przeczytają na FB? Poza tym uzależnić można się w każdym wieku. Ja zachwyciłem się narkotykami mając ponad trzydzieści lat, ale znam też takich, którzy zaczęli po czterdziestce.
Minął już mój miodowy miesiąc, czyli okres zachwytu i fascynacji trzeźwością. Z tych wszystkich miodowych miesięcy jakie miałem, uzbierałbym sobie zapewne z rok. Ale to na tak marginesie. Siłą rozpędu i z mocnym postanowieniem, że tym razem się uda, zacząłem urządzać życie na nowo. Z nadzieją patrząc w przyszłość zrobiłem totalną rewolucję w mieszkaniu, pozbywając się starych mebli i zaopatrując w nowe.
W przychodni leczenia uzależnień, gdzie znajduje się punkt terapii substytucyjnej – czyli miejsce wydawania Metadonu i Suboxonu (Tam gdzie w kiblu jest czerwona żarówka, ci co czytali przedostatni odcinek wiedzą o co chodzi) funkcjonują grupy terapeutyczno-samopomocowe. Przychodzą tam ludzie, nie tylko w celach terapeutycznych. Przychodzą tam, bo to jedyne miejsce, gdzie nikt ich nie wyprosi, nie wytknie palcem. Większość ma HIV, część już AIDS o HCV nie wspominając, prawie wszyscy bladoziemiste cery, zamglone oczy i ciała pokryte ranami nakłuć, tak, że nawet koszule tego nie skrywają.
Jakież było moje zdziwienie gdy zobaczyłem tam mojego dawnego kumpla, którego nie widziałem od kilkunastu lat. Nazwijmy go J. Na początku go nie poznałem, wiedziałem wprawdzie, że nie stroni od dragów, ale nie spodziewałem się, że aż tak bardzo i że aż tak bardzo go zmienią. Dopiero gdy, ktoś go zawołał po imieniu, zaświeciła się lampka i na wychudzonej, obciągniętej bladą jak pergamin twarzy rozpoznałem rysy dawnego, dobrego kumpla.
On nie mnie również nie poznał, ale cóż się dziwić, minęło wiele lat, wtedy miałem długie włosy, a po ostatnim detoksie mój organizm zaczął się gwałtownie zmieniać. W ciągu miesiąca przytyłem ponad dwadzieścia pięć kilo, co nawet mnie ucieszyło, bo od jakiegoś czasu miałem sporą niedowagę. Mając metr osiemdziesiąt dwa, ku mojej radości z niecałych sześćdziesięciu, skoczyło na osiemdziesiąt pięć. Musiałem wymienić garderobę, wszystko było za ciasne. Gdy zaopatrzyłem się w nowe ciuchy, znowu zacząłem chudnąć. Szlag by to – pomyślałem, przeglądając nowe spodnie, bluzy i koszule. Chcąc nie chcąc wyjąłem z szafy stare ubrania, a te upchnąłem w jednej z nowych szafek. Po dwóch czy trzech tygodniach chudnięcia zorientowałem się, że mam problem z założeniem spodni. Przyjrzałem się sobie, stanąłem na wagę i okazało się, że strzałka znowu przekroczyła osiemdziesiąt. Bardzo to dziwne – pomyślałem i przez głowę przeszło mi, że to może jakaś choroba. Ale gdy wychodziłem w lutym ze szpitala zrobili mi kompleksowe badania i wszystko było w porządku. Tak więc jak na razie przywykam do tego, że czasem wbiegam na czwarte piętro bez najmniejszego problemu, a czasami ledwo się tam wtaczam. A te turbulencje masy ciała spowodowane są zapewne trzeźwieniem i Suboxonem. Jeśli tak, to terapia substytucyjna nie dość, że zapobiega i chroni mnie przed narkotycznymi ciągami, to pozwala mi również utrzymać prawidłową wagę. Najlepszy efekt uboczny jaki mógłbym sobie wymarzyć.
Wracając jednak do mojego spotkania z J. rozpoznaliśmy się w końcu, co wywołało zdziwienie, szok i radość. Gadaliśmy jeden przez drugiego wzajemnie ciekawi tych lat, gdy nie mieliśmy kontaktu. W punkcie nie było jednak możliwości na dłuższą rozmowę, więc wymieniliśmy się numerami telefonów.
Zadzwoniłem do niego po dwóch czy trzech dniach. Okazało się, że nawet niedaleko siebie mieszkamy. Licząc krokami pewnie ze dwieście metrów. Tym bardziej dziwne, że nie trafiliśmy na siebie w okresie ciągów, dna, dykty i podłych narkotyków. Może to i lepiej, dzięki temu – mimo, że fizycznie bardzo się zmienił – to w pamięci pozostał tym J. jakiego pamiętałem. A pamiętałem go w sposób najcieplejszy w jaki można kogoś zapamiętać. Zawsze był duszą towarzystwa, przez wszystkich lubiany, nie zadzierający nosa i zawsze pomocny. Mieliśmy wspólną „paczkę” i często wspólnie imprezowaliśmy. Oczywiście każdy miał swoje życie, ale mimo wszystko trzymaliśmy się razem.
J. dużo jeździł po Europie, miał znajomych wszędzie, a zwłaszcza w Holandii, czasami przywoził LSD. W tamtych czasach cała nasza grupa sporadycznie zażywała kwasa – sporadycznie czyli raz, dwa razy do roku. Nie przywoził tego dużo, najlepiej bawiliśmy się przy piwie i to nam wystarczało. Czasem, od wielkiego dzwonu ktoś zapalił i puścił w kółko blanta. Nigdy jednak nie lubiłem tej fazy i gdy nadchodziła moja kolej, to po prostu podawałem dalej nie biorąc nawet do ust. Gandzia za bardzo mnie przymula i zamiast się bawić to zwyczajnie zasypiałem tracąc dalszą część imprezy. To był jedyny nasz kontakt z narkotykami.
Pod koniec lat dziewięćdziesiątych J. przeprowadził się do Warszawy. Dostał pracę w jednej z firm realizujących jakiś popularny programy rozrywkowe dla Polsatu. Ja przeniosłem się z „Dziennika Wschodniego” do tygodnika „NIE” i w sposób naturalny kontakt nam się zaczął urywać. Spotkaliśmy się jeszcze kilka razy, gdy przypadkowo zgrały nam się terminy i obaj byliśmy w Puławach. Spotkania te wyglądały już jednak zupełnie inaczej. Utrzymywałem wprawdzie kontakt z naszą starą „paczką”, ponieważ jednak całkowicie przestałem pić, to przestałem też być atrakcyjny towarzysko, i gdy przyjeżdżałem na kilka dni z delegacji do domu, to zazwyczaj nadrabiałem zaległości rodzinne. Tyle z przeszłości, nafaszerowanej zabawą i rozrywką.
W momencie gdy powinniśmy stać się dorośli i wziąć odpowiedzialność za własne życie, zarówno J. jak i ja zwyczajnie coś popsuliśmy. Z tego co wiem, to cała reszta prowadzi normalne życie.
Teraz druga część życia J., którą mi opowiedział gdy spotkaliśmy się na kawie.
Opowieść J.:
To było w dwutysięcznym, pokłóciłem się z szefem w Polsacie i bałem się, że moje dni są już policzone. Wprawdzie nikt mnie nie wyrzucił, ale już dostałem sygnały.
Chciałem uprzedzić krok, by nie zostać na lodzie, zadzwoniłem do znajomego Holendra, ma firmę i wiedziałem, że szukał pracowników. To była środa. Holender powiedział, żebym przyjechał w sobotę i od razu dostanę pracę. Nie było jeszcze tanich linii lotniczych i do Amsterdamu mogłem dostać się jedynie busem, obdzwoniłem wszystkich przewoźników, jedyny bilet jaki był dostępny, to właśnie na sobotę. Kupiłem, złożyłem wymówienie z pracy, spakowałem i w drogę.
Do Holandii dojechałem w niedzielę, wysiadłem z autobusu, w taksówkę i pojechałem prosto do tego znajomego. Wiesz jak wtedy było z komórkami, roamingiem – opowiada. Nawet nie miałem jak zadzwonić i powiedzieć, że będę w niedzielę. Na miejscu okazało się, że czekał na mnie wczoraj, a ponieważ nie przyjechałem, to na moje miejsce zatrudnił już jakiegoś chłopaka. Zatrzymałem się u znajomych i zacząłem szukać pracy. Skończyły się pieniądze, siedziałem im na głowie, karmili, ale też brali. I to na ostro. Wtedy ja też zacząłem brać dożylnie.
Przerwał na chwilę – gdy sięgał po kawę, zauważyłem cienkie, czerwone kreski – ewidentnie żyletka. Chyba jesteś już za stary na sznyty – zapytałem – spojrzał na rękę, potem podniósł wzrok i powiedział – to nie sznyty. Nie udało się, bo od ciągłych iniekcji mam zanik żył. Wiedziałem co miał na myśli, chciał popełnić samobójstwo. Czemu – zapytałem. Od dziesięciu lat mieszkam sam, w pewnym momencie nie wytrzymałem. Przestałem brać, już od ośmiu lat jestem tylko na Metadonie, trzeźwość mnie przygniotła.
Wciąż wiele nas łączy, odpowiedziałem, niedawno też próbowałem. Z tego samego powodu. Skończyło się na toksykologii. Potem detoks i program substytucyjny – odpowiedziałem mu, chcąc go jakoś pocieszyć. Zmieniliśmy temat i szukaliśmy przyczyny czemu nie udało nam się spotkać w naszym, lokalnym narkomańskim światku. Nie było sensu roztrząsać dlaczego spieprzyliśmy sobie życie. Utrzymujemy kontakt, wprawdzie się nie spotykamy – chyba że przypadkiem w punkcie – ale często do siebie dzwonimy. Wierzcie mi lub nie, czasami taki telefon wart jest więcej niż kumulacja w totku, świadomość, że zawsze mogę wybrać numer, gdzie odezwie się ktoś, kto znajdzie czas by wysłuchać, nawet milczenia. Bo cóż nowego możemy sobie powiedzieć? Ale świadomość, że można po ten telefon sięgnąć daje pewnego rodzaju spokój. A to ogromna ulga. Przecież nic nowego sobie nie powiemy. Czy to przyjaźń, czy jedynie wzajemne zrozumienie? Tego nie wiem. Podobno wśród narkomanów ona nie istnieje. Nie chcę w to wierzyć i na tym zostańmy.
To był ostatni tekst, w którym pojawiły się narkotyki i alkohol, czas podnieść poprzeczkę. Wchodzimy na kolejny etap trzeźwienia. Cdn.

Korespondencja z Piekła (10)

Poemat o pozach i życiu – czyli o codzienności.

„Problem z tobą polega na tym, że nie mogę wypuścić cię z oddziału, dopóki nie będę miał pewności, że będziesz miał wypełniony czas, że nie zamkniesz się w czterech ścianach i wyjdziesz do ludzi. A do tego musisz mieć też jakiś cel” – powiedział do mnie ordynator. Faktycznie, powrót do pustego mieszkania nie napawa niedoszłego samobójcę optymizmem – to chyba najgorszy ze scenariuszy. Jestem tu już dwa miesiące i niebawem pobiję rekord oddziału.
Oczywiście celem głównym jest książka, ale wydanie kolejnej wymaga rozmachu, a lekarzowi chodziło o drobne, te najmniejsze kroki. I z tym mam największy problem, jak zorganizować sobie zwykły szary dzień.
Teoretycznie mógłbym już wyjść, bo farmakologia sprawiła, że jestem stabilny, ale stabilny jestem jedynie w tym miejscu. Zderzenie z rzeczywistością może spowodować trzęsienie ziemi. Wciąż się zastanawiam, co będzie, gdy już zamknę za sobą drzwi mieszkania i rozejrzę się po meblach i ścianach.
Ustaliliśmy, że ordynator wypuści mnie dopiero wtedy, gdy przedstawię mu dokładnie, co i jak zamierzam ze sobą zrobić. Samo pisanie do „DT” nie wystarczy, chociaż poza tym, że spełniam się i literacko i zawodowo, to jest to również świetna forma terapii. Trochę za mało. Na oddziale jestem pod ciągłą kontrolą i tutaj przynajmniej coś się dzieje.
Wczoraj miałem wizytę policji, przesłuchali mnie odnośnie mojej próby samobójczej. Spodziewałem się jakiegoś przesłuchania, podchwytliwych pytań itp. W Korei Północnej nie miałbym najmniejszego problemu, tam próba samobójcza karana jest śmiercią, czyli jeśli obywatel coś schrzani, to państwo przybędzie mu z pomocą. W krajach muzułmańskich trafiłbym do pierdla, bo tam samobójstwo jest przestępstwem. W starożytnych Atenach można było legalnie popełnić samobójstwo, ale jedynie za zgodą państwa, w przeciwnym wypadku delikwenta, który bez pytania targnął się na własne życie chowali za miastem, bez oficjalnego pogrzebu, mogiły, ani nagrobka. Nie wiem dokładnie jak wygląda to w Polsce, miałem jednak nadzieję, że nie dostanę mandatu, a jeśli już, to nie będzie to jakaś kwota, która ponownie skłoni mnie do szukania najbliższej gałęzi.
Ale nie, zostałem potraktowany największą atencją. Wypytywali jedynie czy nikt mnie do tego nie nakłaniał, czy nie było udziału osób trzecich, czy może w wyniku hejtu w internecie itp. Rozmowa całkiem przyjemna, protokół podpisałem, czynności jakieś podjęli i jak się okazuje jestem świadkiem i ofiarą w sprawie swojej niedoszłej śmierci.
Kolejną ciekawostką warta odnotowania była dzisiejsza afera z czajnikiem.
Od kiedy pamiętam, czyli od kiedy pierwszy raz pojawiłem się na tym detoksie, zawsze był kłopot z czajnikiem. Narkoman ma bowiem taką konstrukcję, że potrafi zepsuć wszystko, nawet to czego teoretycznie zepsuć się nie da. Ot, choćby taki czajnik elektryczny z termostatem i automatycznym wyłącznikiem. A to zablokuje wyłącznik zapałką, bo ubzdura sobie, że woda na herbatę musi gotować się osiem minut. Pół biedy, gdyby jeszcze odczekał i wyłączył po tych ośmiu minutach, ale gdzie tam, zwykle zasypia w narkotycznym zwisie i jeśli jest sam w świetlicy, to po jakimś czasie obudzi się, gdy pomieszczenie wypełni już dym spalonego plastiku. Kiedyś kilku „mądrych” postanowiło ugotować ryż w nowo kupionym czajniku. Ktoś im naopowiadał, że wtedy rosną mięśnie, więc chłopaki wykombinowali, że sobie ten ryż ugotują. Skończyło się na tym, że czajnik przyspawał się do podstawki i już w żaden sposób nie dało się go naprawić.
Tym razem, gdy przyjechałem czajnik miał już zepsuty wyłącznik i po zagotowaniu wody trzeba było go zdjąć z podstawki i postawić obok. Paradoksalnie nie było to takie złe, bo wszyscy dmuchaliśmy i chuchaliśmy na ten czajnik, bo to jedyne urządzenie na oddziale, przy pomocy którego możemy zrobić sobie kawę lub herbatę. Nie wiem, jak długo przed moim przyjściem przycisk się zepsuł, ale czajnik wytrzymał jeszcze ponad dwa miesiące mojego pobytu – do dzisiaj. Co i tak stanowiło już rekord.
Nie wiadomo, czy ktoś go zepsuł, czy sam zmarł naturalną śmiercią przedmiotów potrzebnych. Niezależnie jednak od tego jak było, zamiast zastanowić się nad rozwiązaniem problemu, to oczywiście z miejsca zaczęto szukać winnego, by natychmiast go zlinczować. Oczywiście, główne i jedyne podejrzenie padło na Ślizgacza. Przypomnę, że to częściowo sparaliżowany chłopak z objawami parkinsonizmu i zatrucia manganem. Ślizgacz to najłatwiejszy cel i ofiara jednocześnie, bo i bronić specjalnie się nie może i łatwo go zakrzyczeć. Oczywiście, teoria szybko upadła, bo okazało się, że chłopak był w zupełni innym miejscu i zbyt wielu wątpiło w jego winę.
Pojawił się w końcu głos rozsądku, że zamiast szukać winnego, lepiej zastanowić się, co zrobić, by ten problem jakoś rozwiązać. Zrobiliśmy zrzutkę, zebraliśmy ponad stówę i jeden z terapeutów kupił nam nowe urządzenie do gotowania wody (i tylko wody, co zostało podkreślone).
Pisałem już kiedyś, że warto być szczerym, bo gdy mieszka się wspólnie na kilkudziesięciu metrach kwadratowych, to nie ma siły, by te drobne i większe kłamstewka nie wyszły na światło dzienne. Są jednak ludzie, którzy tego nie dostrzegają. Pacjenci najczęściej przyjmują rolę milionerów, potrafią godzinami opowiadać o swoim majątku, by w końcu zwrócić się do kogoś „daj papierosa”. Tutaj papierosy zwykle się pożycza, więc odpowiedź brzmi: „dobra, pożyczę ci do najbliższych zakupów” (trzy razy w tygodniu terapeuta z dwoma pacjentami idą do sklepu i robią zakupy wszystkim, którzy czegoś potrzebują i napisali to na specjalnej liście). Tu pojawia się konsternacja „ale wiesz, pakowałem się na szybko i kasy nie wziąłem, oddam gdy żona przyśle paczkę”. Tak to tu mniej więcej wygląda, ale trafiają się ludzie szczerzy. Bardziej lubiany jest bezdomny, który nie udaje kogoś, kim nie jest, niż pseudobiznesmen od „daj papierosa”. Bezdomny zazwyczaj dostaje.
Detoks to świat w pigułce, świat zwykłej prozy i zwyczajnej pozy. Zdarzają się ludzie, którzy w życiu nic nie osiągnęli, ale chętnie opowiadają o wyimaginowanych sukcesach, ludzie którzy stracili wszystko i tacy, którzy maja jeszcze wszystko do stracenia. Różnica polega jedynie na postrzeganiu. To, co w skali świata jest niezauważalne, tu wyraźne, że aż razi. Są tutaj wszyscy, cały przekrój społeczny – inwalidzi, fizycznie mniej lub bardziej sprawni, biedni i zamożni, ładni i brzydcy, sympatyczni i odpychający, mądrzy i głupi, wykształceni i nie. To miejsce daje naprawdę świetną perspektywę, by spojrzeć nawet na samego siebie. A co do pozy, Carl Gustav Jung twierdził, że wszyscy nosimy maski, rzecz w tym, by maska była jak najbardziej spójna z naszym prawdziwym obliczem. Oczywiście, Jungowi chodziło o inny rodzaj autoprezentacji, ale skoro upraszczam tu świat, to czemu nie uprościć Junga.
Jednym z warunków regulaminu jest abstynencja seksualna. Za jej złamanie para zostaje z oddziału wyrzucona. Nie raz bywało, że pielęgniarka zupełnie przypadkiem weszła do Sali w „nieodpowiednim” momencie, przyłapując parę na gorącym uczynku. Ten zakaz obowiązuje także małżeństwa, które tu przyjeżdżają.
Są jednak pacjenci – płci obojga – którzy znają jedynie ten sposób zarabiania pieniędzy. Wykorzystują to oczywiście jako handel wymienny, rzadziej z miłości, a znając rozkład dnia, pracy pielęgniarek i salowych, niektórzy desperaci podejmują to ryzyko.
Podczas jednego z moich pobytów tutaj – nie piszę, którego by uniemożliwić identyfikację – była dziewczyna, która znała tylko dwa sposoby na zdobycie potrzebnej rzeczy – kradzież, na której została tu przyłapana, lub handel ciałem. W ten sposób, od najmłodszych lat zdobywała pieniądze na narkotyki.
Ponieważ ściany nie są zbyt grube, a drzwi mało szczelne, byliśmy świadkami pewnego dialogu: Ona: „Masz jeszcze papierosy?” On: „Tak, zostało mi jeszcze piętnaście sztuk, jak mi zrobisz loda, to ci dam”. Ona: „OK”. Po kilku minutach dało się usłyszeć lekko przytłumione jęki, aż zapadła cisza. Po kilku minutach – On: „Zrób to jeszcze raz”. Ona: „To dorzuć coś”. On: „Mam jeszcze pasztet drobiowy.” Ona: „OK”.
Sytuacja i straszna i śmieszna. W tym wypadku parsknęliśmy śmiechem, bo owa dziewczyna nie stroniła od intryg, kłamstw, pomówień i w zasadzie chyba nie było nikogo, komu nie zrobiłaby przykrości.
To jedna strona medalu. Kilka tygodni temu pisałem o pięknej i czystej miłości Izy i Marcina. Tu jedno z drugim się nie wyklucza. Ze społecznego punktu widzenia detoks nie jest ani dobry, ani zły – jak pisałem wcześniej – świat w pigułce. Z medycznego to oczywiste, że jest nie tylko dobry, ale wręcz niezbędny.
Tyle, że społecznie jest to świat bez hamulców. Teraz też zacząłem od poważnego tematu powrotu do domu po próbie samobójczej, by przez czajnik, milionerów fantastów dojść do odrażającego kurewstwa.
Ale na tym gnoju co jakiś czas wyrastają piękne związki, trzeźwi ludzie i dlatego fajnie, że ten oddział istnieje. A ja wciąż wierzę, że zdecydowana większość ludzi, którzy stąd wychodzą, potrafią poukładać sobie życie. Może nie każdy za pierwszym razem, ale w końcu udaje się trafić na odpowiednią kontynuację leczenia – bo jak już wielokrotnie pisałem, detoks nie leczy z narkotyków.

Korespondencja z Piekła (4)

Poemat o Gacku

 

„C o słychać bracie?” – zagadnął do mnie ksiądz, którego obwód w pasie zbliżony był do obwodu warszawskiego ronda de Gaulle’a. „Nie jesteśmy braćmi” – odpowiedziałem mało uprzejmie, na tyle mało, że rondo zamarło na chwilę w bezruchu. „Ależ forma brat/siostra przyjęta jest także wśród osób świeckich” – odpowiedział. „Tak, ale jedynie wśród osób bliskich, choć najczęściej w kontaktach z bazarowymi naciągaczami, bo to zazwyczaj taki naciągacz, poklepując klienta mówi – będziesz bracie zadowolony z zakupu. To skraca dystans i tworzy pozory zażyłości, numer stary jak świat i jego pierwszy bazar, a jednak wciąż działa” – skonstatowałem. „Proszę mnie również nie określać osobą świecką – dodałem – bo to słowo pochodzi z waszej, kościelnej nomenklatury, z którą nic mnie nie łączy. Ani braterstwo, ani siostrzeństwo, ani świeckość, ateizm czy agnostycyzm. Nie jestem antykrasnoludkiem, jedynie dlatego, że krasnoludków nie ma. Nie chodzę po ulicach mówiąc, że nie wierzę w krasnoludki, bo wiem, że podobnie jak boga – jakkolwiek pojmowanego, że tak użyję neofickiej formy – również nie ma”. Na tym skończyła się moja rozmowa z lokalnym kapelanem szpitala neuropsychiatrycznego w Lublinie, na którego przypadkiem wpadłem idąc na palarnię. „Możemy mówić sobie po imieniu, używać grzecznościowej formy pan/pani, ale najlepiej jak w ogóle nie będziemy zwracać na siebie uwagi” – odpowiedziałem i zgodnie z zasadami ruchu drogowego, skręciłem w lewo, by na przedostatnim zjeździe odbić w prawo na świetlicę, gdzie znajduje się palarnia.
Powoli tracę przywileje, które z racji uprawianego zawodu, były niezbędne by pisać ten cykl. Zaraz wrócę, na korytarzu jakaś poważna awantura. Zobaczę co się dzieje. Już jestem. Minęły prawie dwie godziny, spieszę więc zrelacjonować wydarzenia tych kilkudziesięciu minut.
Przyłapano dziewczynę na kradzieży papierosów. Niby nic wielkiego, ale okradła inną dziewczynę, częściowo sparaliżowaną, z objawami parkinsonizmu po sudafecie. Zrobiła się ogromna awantura, dowody były tak oczywiste, że przyłapana nie miała możliwości by się wykręcić i musiała się przyznać.
Przez prawie dwie godziny trwała dyskusja, co z tym pasztetem zrobić. Z jednej strony powinna wylecieć jak agresor, który pobił poprzedniego dnia pobił chłopaka, z drugiej jednak waga przestępstwa jest znacznie mniejsza. Przypomniano przy okazji wszystkie wyimaginowane i prawdziwe kradzieże. Dziewczyna odegrała kilka tanich scen, że jeśli jej nie chcemy, to natychmiast opuści oddział i teatralnie wychodziła ze świetlicy informując, że idzie się pakować, by po chwili wrócić i błagać o kolejną szansę. Oczywiście, jak to na takich zebraniach bywa, każdy ma masę różnych rzeczy do powiedzenia. Niekoniecznie na temat, ale grunt to zabrać głos. Im krzykliwiej tym lepiej, a jeśli nie dotyczy to żadnej sprawy, to już idealnie. Stanęło w końcu na tym, że złapana złodziejka prześpi się na korytarzu, a decyzję w jej sprawie podejmie jutro sam ordynator. Faktycznie, żal byłoby wyrzucać na mróz i zaśnieżoną ulicę 33 letnią dziewczynę. To prawda ze złamała jeden z głównych punktów regulaminu, ale ciężar gatunkowy kradzieży i pobicia jest nieporównywalny. Włączyłem się w końcu do dyskusji, mówiąc, ze jeśli pozwolimy jej zostać, nic w tym czasie nie zginie, ponieważ sama nic nie ruszy, a jednocześnie będzie pilnować, by nikomu ni nie zginęło, ponieważ wtedy odpowiedzialność spada na nią. To również ciekawa postać, do której zapewne kiedyś wrócę.
Przez jakiś czas sądziłem, że wszystkie dotychczasowe awantury o pączka, bułkę, ciastka, paluszki czy bibułkę do papierosów miały jedynie odwrócić uwagę od kradzieży właściwych. Wystarczy pobiec do terapeuty z dobrze udawana wściekłością, powiedzieć, że ktoś ukradł czekoladę, a chwilę wcześniej buchnąć markowy zegarek i podać wspólnikowi przez okno. Oddział mieści się na parterze, więc nawet kraty przez które można podać flaszkę, nie stanowią problemu. Jednak – poza wspomnianymi pierdołami nikt nie zgłaszał kradzieży – więc teoria się sypnęła.
Życie jednak płata figle. Po zakończeniu serii felietonów „Z dna” publikowanych na portalach strajk.eu, lewica.pl, wolnemedia.com i dziesiątek innych, które nie zawracały sobie głowy kurtuazyjnym pytaniem o zgodę na wykorzystanie treści moich felietonów (ale niech tam, niech idzie w świat myśl nowa blaski promiennemi), po wydaniu książki o tym samym tytule i dziesiątkach (jak nie setkach) publikacji, spotkań autorskich i pogadanek w różnego rodzaju stowarzyszeniach i organizacjach, obiecałem sobie, że ponieważ temat wyczerpałem, to więcej o uzależnieniach pisać nie będę. Trudno jednak przebywać na detoksie, w oku cyklonu narkomanii i ten temat pominąć. Spróbuje jednak jakoś się z tym uporać pisząc jak najmniej o narkotykach i alkoholu, a bardziej skupię się na ludziach, ich relacjach i lokalnych zjawiskach.
Głównym bohaterem tego felietonu będzie Gacek. Jest to postać na tyle ciekawa, że wcale się nie zdziwię, gdy niebawem powstaną o nim poważne prace naukowe – od magisterskich, po dysertacje doktorskie. Ale po kolei.

 

Gacek

Jeżeli istnieje coś takiego jak narkocelbryta, to w Lublinie jest nim z pewnością Gacek – rocznik 77. Poznałem go wiele lat temu, gdy pierwszy raz leżałem na tym detoksie, potem spotykałem go tam niemal za każdym razem. Widywaliśmy się również w miejscach, gdzie się handluje towarem, albo pod punktem metadonowym. Niewątpliwie wyróżnia się wyglądem starego punka, z irokezem. Obcina się tak od 15 roku życia i nigdy fryzury nie zmienił. Od tamtego czasu zaczął też ćpać. Zaczęło się jednak od problemów z alkoholem. Wyprowadził się wtedy od rodziców i mimo że był nieletni, zamieszkał w Tomaszowie Lubelskim. Tam zajął się dochodową produkcja kompotu – czyli polskiej heroiny. Wiodło mu się dobrze, ale męczyła go stałość, wrócił do Lublina i znalazł skłot. Wyremontował budynek i w nim zamieszkał. „Dobrzy” ludzie postanowili mu go jednak spalić. Znowu był w punkcie wyjścia, zamieszkał na ulicy. Utrzymywał się z żebractwa, sprzedawał swoje rysunki i obrazy. Nawet nieźle mu szło, był utalentowanym malarzem, planował studia w tym kierunku, ale zawalił egzaminy. Po trzyletnim pobycie na lubelskich ulicach, skorzystał z zaproszenia znajomego i zamieszkał w jego domu. Teraz, gdy jego matka podupadła na zdrowiu wprowadził się do niej, by w miarę możliwości jej pomóc. Mimo, że ma gdzie mieszkać, to i tak częściej można spotkać go na ulicy lub na detoksie niż u matki. Mam wrażenie, że te dwa miejsca są jego prawdziwym domem. Przez jakiś czas, gdy jeszcze był bezdomny, doktor Kaciuba wziął go pod swój dach, żeby pokazać mu inne życie, rozbudzić ambicję – gdyby się udało, byłoby z pewnością sukcesem terapeutycznym. Ale Gacek jest niereformowalny, wiecznie uśmiechnięty lub lekko śnięty – zależy co akurat wziął. Mimo, że ma 41 lat, wciąż nosi irokeza z wyglądem i stylem starego punka. Ludziom w jego wieku taki image, raczej nie pasuje, wydają się śmieszni, on odwrotnie. Wygląda dosyć młodo, na pewno nie na tyle lat, co ma naprawdę. Zapytałem go, czy podjął kiedykolwiek leczenie, uśmiechnął się i powiedział, że tak. Postanowił zmienić swoje życie i pojechać do ośrodka w Krakowie. W Warszawie miał przesiadkę i umówił się tam z koleżanką. Przyszła punktualnie, a na pożegnanie przyniosła 20 centów heroiny. Przyćpali do następnego pociągu i wszystkich kolejnych, które w kierunku ośrodka jechały. Ćpali kilka dni, po których wrócił w miejsce gdzie czuł się najlepiej, czyli do Lublina, a o ośrodku zapomniał.
Znam wielu narkomanów w jego wieku i nawet młodszych, którzy wyglądają znacznie starzej, dużo gorzej, a wszelkie choroby, które zwykle maja widać z daleka. Gacek ma zarówno HIV jak i HCV. Zapytałem w jaki sposób utrzymuje się w tak świetnej formie, odpowiedział, że nie bierze retrowirusów. Ale przecież one podtrzymują życie, dzięki nim nosiciele mogą w miarę normalnie funkcjonować do późnej starości – dopytywałem. To spójrz na nich i na mnie – odpowiedział ze śmiechem. Nie chciałem być niemiły, ale znam kilka osób, które wyglądają świetnie mimo tej paskudnej choroby, chociaż są znacznie młodsi od Gacka. Między innymi Iza, która będzie bohaterką kolejnego felietonu.
Gacek przesiedział łącznie ponad siedem lat. Raz nawet próbował uciekać. Niewiele brakowało a osiągnąłby cel, tylko zawisł na drutach i strażnicy więzienni otworzyli do niego ogień. Po chwili został otoczony i w tym miejscu skończyła się ucieczka. Pechowe druty – skwitował ze śmiechem.
Największym jego marzeniem jest powrót do malarstwa i rysunku. Twierdzi jednak, że to niemożliwe, brak synchronizacji rąk i problem z błędnikiem eliminują precyzję. Marzenie pozostanie więc niezrealizowane – dodaje.
Gacek utrzymuje się z renty, dostaje niecałe 1100 złotych miesięcznie. To jedyny jego dochód, nie handluje towarem, żyje skromnie i w zasadzie nikt – nawet on sam nie wie – dlaczego jest takim lubelskim ćpuńskim celebrytą.
Skończyliśmy rozmowę na jakiś kwadrans przed wyjściem Gacka z oddziału. Spotkamy się pewnie jeszcze niejednokrotnie. Jestem na programie i biorę subotex. Wydają go w tym samym miejscu co metadon, który z kolei utrzymuje przy życiu Gacka. Chciałem napisać, że jeszcze nie raz spotkamy się na detoksie, ale mam nadzieje więcej tu nie trafić. Przynajmniej w roli pacjenta. Gacek jednak – ze względu na metadon – raz w roku musi przeleżeć tu kilkanaście dni…

Korespondencja z Piekła (3)

Poemat o dzieciaku

 

Życie na detoksie wróciło do normy. Znowu zaczął się czas awantur o wszystko, ale głównie o wyimaginowane kradzieże, każdy podejrzewa każdego o kradzież wszystkiego, nawet tego czego nie ma i nigdy nie było. Eskalacja nieporozumień sięgnęła zenitu, doszło nawet do poważnego pobicia, agresor oczywiście od razu wyleciał, ofiara prawdopodobnie ocaliła zęby. Choć nie wiem, czy wszystkie. Podzieliło to również pensjonariuszy. Jedni stanęli w obronie bijącego, inni bitego. Nie szukam jednak sensacji, więc nie będę plotkował o tym wydarzeniu, ale do tematu jeszcze wrócę, ponieważ ściśle dotyczy on tego tekstu.
Kolejnym bardzo ważnym elementem oddziałowego życia, są różnego rodzaju dile, te osadzone w miejscowych realiach, jak i olbrzymie biznesy zaplanowane zaraz po wyjściu z oddziału. Lokalne – oddziałowe interesy są zwykle niewielkie, ale bywają dochodowe. Polegają głównie na wymianie papierosów za wartościowe przedmioty od pacjentów, którym akurat szlugi się skończyły, lub dopiero przyjechali na oddział i w roztargnieniu lub z braku pieniędzy nie mogli ich kupić.
Mając papierosy i clonazepam, który jest jeszcze cenniejszy, można zrobić tutaj majątek. Majątek na miarę krezusa detoksu. Dzieje się tak na każdym detoksie w Polsce. Większość pacjentów wcale nie przychodzi tutaj, by przestać ćpać, chodzi im głównie o wejście na program metadonowy, lub trochę odpocząć i się odwirować przed kolejnym ciągiem. W tej grupie jest jednak jakiś procent, który autentycznie chce się wyleczyć. I właśnie dla tych kilku procent warto prowadzić takie oddziały. Personel robi wszystko, by udaremnić handel pozornym pacjentom (pozorny pacjent to taki który przyszedł tu, by wejść na program i generalnie ma w dupie leczenie), których celem jest nie dać się złapać. Te zawody zawsze kończą się remisem, a przyłapany pacjent od razu zostaje wyrzucony z oddziału.
Clonazepam to lek stosunkowo tani. W w aptece opakowanie kosztuje jakieś dziesięć złotych, a jeśli kupowany jest z ryczałtową zniżką, wtedy cena wynosi jakieś 4 złote. Na oddziale przebitka może wynieść nawet tysiąc procent. Bywa że na detoksie sprzedają po 25 złotych za tabletkę, czyli 750 złotych za opakowanie. Gdy cena jest tak wysoka oznacza, że jest mało towaru. Normalnie sprzedają jednego klona, za paczkę papierosów. To też świetny interes.
O ile te małe detoksowe interesy zwykle się udają , o ile nie dojdzie do wpadki, to te wielkie interesy planowane po wyjściu ze szpitala kończą się co najwyżej kilkudniowym wspólnym ćpaniem. I ewentualnie wyrwaniem kartki z zeszytu w celu zrobienia biznesplanu. Po kilku dniach narkotykowego ciągu na kartce która miała posłużyć rozpoczęciu „pewnego” biznesu, drżące ręce rysują plan trasy do najbliższego aśramu. Każdy narkoman przynajmniej raz w życiu musi „poważnie” zaplanować życie w aśramie, podobnie jak muzułmanin musi odwiedzić Mekkę.
Ale – jak w każdej minispołeczności – niepodzielną królową wszystkiego jest plotka. Przy wyobraźni i fantazji narkomanów, najdrobniejsza nawet pierdoła rośnie do gigantycznych rozmiarów. Mija więc czas na oskarżeniach o kradzieże, dochodzeniach i obgadywaniu każdego, kogo akurat nie ma w pobliżu. Czasami pojawiają się nowi pacjenci, czasami odchodzą. Jedni planowo, inni na własne żądanie. Nie wytrzymują bez ćpania i zwykle ten właśnie argument podają. Jeszcze inni wylatują.
Zdeklarowany narkoman ma ten komfort, że nie zawsze musi udawać czy oszukiwać. Bo, że z oddziału wyciąga ich narkotykowy głód, jest dla wszystkich oczywiste.
Rozmawiałem z wieloma pacjentami, zgodzili się na opublikowanie ich historii, pod własnym imieniem i bez zmian uniemożliwiających identyfikację. Rozumiem starych ćpunów jak Gacek, który jest pokoleniem punkrocka, mniej więcej w moim wieku, serdeczny i koleżeński. Poznalem go wiele lat temu, podczas pierwszego mojego pobytu tutaj. Ale zdziwiło mnie że zgodę wyraził również dziewiętnastoletni Arek – chłopak z dobrego domu, mówiący biegle w trzech językach, który maturę zdawał po hiszpańsku.
Każda historia jest inna, ale każda fascynuje. Na oddziale leży dziewiętnaścioro pacjentów, wciaż dochodzą nowi Nieważne więc jak długo zostanę na oddziale, pewne jest to, że tematów nie zabraknie.
Dziewiętnastolatkowie na wózkach inwalidzkich! Siedemnastoletnie dzieciaki z parkinsonizmem – choroba o tyle gorsza od Parkinsona, że kompletnie nieuleczalna. Albo wcale nie mówią, albo usiłują coś wybełkotać, mają nieskoordynowane ruchy, zachowują się jak sparaliżowani. Ci którzy próbują poruszać się o własnych siłach, łapią się ścian by pokonać kilka kroków. To wcale nie efekt zażywania dopalaczy, ale jednego z najłatwiej dostępnych narkotyków, popularnego leku na katar, który można kupić w każdej aptece bez recepty. Przy dodaniu odrobiny octu i nadmanganianu potasu, wyjdzie narkotyk, który swym działaniem przypomina kokainę połączoną z amfetaminą. Jego zażycie daje wrażenie sprawczości, czujemy że złapaliśmy boga za nogi, a świat leży u naszych stóp. Tych samych stóp, które po kilkunastu miesiącach nie są w stanie pokonać kilku kroków i muszą wspomagać się wózkiem inwalidzkim. Zrobienie tego narkotyku wymaga jednak pewnej wiedzy. Wiem – w dobie internetu to żaden problem. Są też jednak bezreceptowe leki narkotyczne, które nie wymagają żadnych chemicznych przeróbek. Gotowe do spożycia od razu po kupieniu, nawet pod apteką.
Czasy szkolnych dilerów już dawno przeszły do lamusa, a najlepszym dostawcą narkotyków jest sympatyczna pani magister z pobliskiej apteki. Jeśli już zna klienta, sprzeda mu dowolną liczbę opakowań. Nie muszę wspierać się tu żadnymi relacjami narkomanów, ponieważ sam tak kupowałem.
Ludzie podniecają się, gdy w transporcie bananów policja czy celnicy znajdą kilkadziesiąt kilogramów kokainy. Każdy udaremniony przemyt jest szeroko głoszonym sukcesem, każdy rozbity gang zajmuje czołówki stacji telewizyjnych i prasowych jedynek. Waga i ilość wszystkich nielegalnie sprzedawanych narkotyków, to niewielka część twardych, a nawet najtwardszych narkotyków sprzedawanych legalnie w polskich aptekach. Bez recepty oczywiście. Jestem pewien, że „legalna” sprzedaż lekarstw, które pozornie mają leczyć kaszel czy katar jest wielokrotnie wyższa niż cały czarny rynek narkotyków. Bez problemu można kupić morfinę czy speeda, którego działanie jest równie wystrzałowe? Pozwala to sądzić, że właściwości lecznicze są najmniej istotnym punktem produkcji.
Po co więc zwalczać tzw. bossów narkotycznego podziemia, skoro prawdziwy problem leży zupełnie gdzie indziej. To nie dilerzy narkotykowi sa źródłem największego zagrożenia narkomanią wśród młodzieży, ale koncerny farmaceutyczne i apteki. Dlaczego więc państwo chroni koncerny farmaceutyczne, wybijając im konkurencję? Jestem pewien, że firma Unia, produkująca Thiocodin zbankrutowałaby, gdyby lek ten był na receptę. Oczywiście, kodeina, która w organizmie metabolizuje się w morfinę, nie ma wpływu na to, że młodzież – i nie tylko – żre to garściami’. Z róbcie drodzy czytelnicy pewien eksperyment, w słoneczny , letni dzień, postójcie chwilę pod apteką i zwróćcie uwagę jak wielu ludzi kupuje te tabletki na kaszel, mimo, że będzie to środek upalnego lata. Bez trudu znajdziecie blistry i opakowania po tym leku poniewierają się w okołolicealnych koszach. Ale nie tylko tzw. gimbaza go kupuje. Gdy jeszcze sam jadłem Thiocodin i łaziłem po niego od apteki do apteki, regularne spotykałem staruszkę, która kupowała dokładnie to samo co ja, czyli bardzo silny narkotyk dostępny bez recepty.
Ministerstwo Zdrowia pozoruje jakieś działania, ograniczając możliwość zakupu do jednego opakowania. Producent Thiocodinu wyszedł jednak temu naprzeciw i produkował opakowania zawierające nie dziesięć – jak poprzednio – tabletek, a po dwadzieścia.
Po jakimś czasie ktoś z resortu zdrowia zorientował się jednak, że firma bez problemu ominęła zakaz sprzedaży więcej niż jednego opakowania, zwiększając pudełka i pakując w nich dwa razy więcej tabletek niż poprzednio. Znowu pomajstrowali coś w przepisach i teraz koncern farmaceutyczny Unia pakuje nie dziesięć, ale i nie dwadzieścia tabletek. Znaleziono kompromis – pakować można 16 sztuk, zmniejszając jednocześnie drugi składnik leku – sulfogwajakol – który narkomanowi nie jest do niczego potrzebny. Specjalnej szkody też nie wyrządza, ale po cholerę inwestować w środek na kaszel w leku, którego na kaszel prawie nikt nie używa. Zatem, w jednej tabletce Thiocodinu jest 15 mg kodeiny. Opakowanie zawierające 16 sztuk zawiera 180 mg. Trzy takie opakowania dają ponad pół grama bardzo silnego narkotyku, który organizm, przerabia na czyściutką morfinę.
Wprawdzie kolejny przepis nakłada na apteki zakaz sprzedaży więcej niż jednej paczki, ale ponieważ żyjemy w kraju lombardów i aptek, to wystarczy przejść kilkadziesiąt metrów, by kupić nie trzy, a pięć opakowań. A to do już prawie gram kodeiny. Nie mówiąc o tym, że osiedlowe apteki często takich dylematów nie mają, a sympatyczna pani magister sprzeda nawet dziesięć opakowań znajomemu klientowi. Musi jedynie dziesięć razy nabić na kasę osobny paragon.
Kodeinę zawiera także przeciwbólowy lek o nazwie Antidol. Zawarta w nim duża dawka paracetamolu skutecznie odstrasza, bo przy zjedzeniu 40 tabletek, w której każda zawiera 500 mg paracetamolu, konsekwencje mogą być nieprzyjemne. Oczywiście, jest sposób by oddzielić jedno od drugiego, ale wymaga to powrotu do domu i kilkunastu minut cierpliwości. A tej narkoman nigdy nie ma, a Thiocodin można połknąć zaraz po kupieniu, nawet pod apteką, jeśli tylko będzie czym popić.
Thiocodin odkrył też wspomniany Arek, zafascynowany amerykańskim rapem, miał zaledwie szesnaście lat gdy po raz pierwszy sięgnął po ten narkotyk. Podobnie jak ja, opracował sobie listę aptek, by zbyt często nie kupować w tych samych punktach. No chyba, że u osiedlowej pani magister, ale tam cena jest zwykle ciut wyższa. Igor potrzebował już dziesięć, jedenaście opakowań dziennie. Więc skrupulatnie liczył każdą złotówkę Wychodził wtedy z domu dwie godziny przed planowanymi zajęciami i robił rundę po mieście, kupując po jednym opakowaniu.
Po roku, już gdy był w liceum, uznał, że Thiocodin jest jednak za słaby. Chciał mocniejszych wrażeń. Wsiadł w pociąg i pojechał do Warszawy szukać heroiny. Wysiadł na dworcu i swoim wyglądem zadbanego młodzieńca, dziecinną buźką i markowym ubraniem uzbierał 250 złotych. Wystarczyło na gram heroiny. Odnalezienie miejsca, gdzie można ją kupić, nie sprawiło mu już większego problemu. Był tak żądny wrażeń, ze nie miał oporów by samemu podać sobie w żyłę. Siedział w stolicy dwa dni ciągle ćpając kupiony towar.
W końcu szkoła zorientowała się w jego problemie, kilka dni przed studniówką został z niej wyrzucony. Dzięki staraniom rodziców podszedł do matury w prywatnym liceum. Zdał ją celująco, w dodatku zdawał egzamin po hiszpańsku. To jeden z trzech języków, które zna.
Teraz ma dziewiętnaście lat, nie ma planów ani pomysłu na życie. To właśnie on został dzisiaj ciężko pobity w jednej z sal, sprawca został wprawdzie usunięty, ale to nie koniec szykan. Pozostali pacjenci wyrzucili jego rzeczy z pokoju informując, że ma stamtąd wypierdalać. Próbowaliśmy zrobić wraz z terapeutą jakąś roszadę, by przynajmniej w nocy czuł się bezpieczny. Był tak zastraszony, że bał się nawet zbliżyć do swojej sali. W końcu udało się umieścić największego z pacjentów na łóżku wyrzuconego agresora, dodało to chłopakowi otuchy i przyhamowało chęć zemsty pozostałych pacjentów.
Arek już drugi raz przyjechał się odtruć od heroiny, tym razem wszedł na program metadonowy. To znaczy, nie wiem czy wszedł, bo z tego co mówił, planował wyjechać z detoksu następnego dnia rano. Jak będzie, czas pokaże.
Arek to typowy dzieciak klasy średniej, przekonany że wszystko mu się należy Sytuację pogarszają również jego rodzice, spełniając wszelkie jego zachcianki. Nawet podczas matury matka dyskretnie podawała mu niewielkie ilości narkotyku. Uległa szantażowi, że bez tego nie zda matury.
P.S. Arek na własną prośbę opuścił oddział. Czarno widzę jego przyszłość.