Gospodarka 48 godzin

Rząd oszczędza na 500 plus
PiS-owska ekipa szuka sposobu, by zmniejszyć strumień pieniędzy przekazywany rodzinom w ramach świadczenia 500 plus, a jednocześnie nie stracić poparcia wyborców. Nie wiadomo, czy to się uda, bo nowy pomysł rządu zmierza do wprowadzenia utrudnień w pobieraniu tego świadczenia przez uboższych i gorzej wykształconych Polaków – a właśnie oni są jądrem elektoratu Prawa i Sprawiedliwości. Rząd chce wprowadzić obowiązek składania wniosków o 500 plus wyłącznie w sposób elektroniczny. Wypłata tego świadczenia nastąpi zaś jedynie w formie bezgotówkowej. Dziś wnioski można składać także pisemnie, a pieniądze odbierać na poczcie albo w urzędzie gminy. Z tych możliwości chętnie korzystają właśnie osoby uboższe, słabiej wykształcone i wykluczone informatycznie, nie mające komputera, konta w banku ani karty bankomatowej. Część tych osób przynajmniej przez jakiś czas nie będzie mogła złożyć wniosku internetowego bądź odebrać świadczenia – i zapewne na te oszczędności liczy rząd PiS. „Mając na względzie ogromną skalę programu oraz ponoszone na niego nakłady finansowe, zasadnym jest weryfikacja i optymalizacja procesu przyznawania i obsługi świadczenia 500 plus /../ Zakłada się wykorzystanie wyłącznie elektronicznych kanałów składania wniosków i wypłatę świadczeń jedynie w formie bezgotówkowej” – podkreśla rząd. Nowe ograniczenia w programie 500 plus przygotowało Ministerstwo Rodziny, które zadbało także o udzielenie wsparcia bankom komercyjnym. Dzięki decyzjom rządu PiS część świadczeniobiorców zostanie bowiem zmuszona do założenia rachunków bankowych, na czym skorzysta sektor bankowy. Rząd PiS oczekuje, że za sprawą ograniczeń w programie 500 plus uzyska znaczące oszczędności finansowe, mogące wynieść nawet 3,1 mld zł w ciągu dziesięciolecia 2022 – 2031.

Zwycięski tornister
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów przetestował szereg modeli tornistrów. Wprawdzie uczniowie przeważnie korzystają z plecaczków, ale może w wyniku zainteresowania ze strony UOKiK – bo przecież nie testuje się produktów bez znaczenia – nastąpi ożywienie w branży tornistrowej (choć raczej nie w krajowej, bo tornistry to przeważnie import z Chin). Specjaliści gruntownie badali, czy tornistry mają odblaski, jak funkcjonalne są ich uchwyty, szelki i budowa, ile ważą, czy wytrzymują upadki z wysokości oraz obciążenia, czy zapewniają bezpie­czeństwo dla kręgosłupa dziecka. „Tornister to podstawowy punkt na liście wyprawki szkolnej. Spe­cjaliści z laboratorium UOKiK ocenili tor­nistry pod kątem ich funkcjonalności i wytrzymałości. Spraw­dzili też, ile waży każdy model, i czy spody tornistrów są wodoodporne” – podkreśla prezes UOKiK Tomasz Chróstny. Tornistry wybierano na podstawie gruntownego badania rynku wykonanego przez Inspekcję Handlową w sklepach internetowych i stacjonarnych w całej Polsce. Zbadano je w specjalistycznym laboratorium UOKiK. Przeszły 190 testów, podczas których uzyskano 1723 wyniki cząstkowe, poddane gruntownej analizie przez ekspertów z UOKiK. Dla uzyskania stuprocentowo wiarygodnych wyników, badania wszystkich modeli wykonano w tych samych warunkach. „W 6 badanych kategoriach przyznaliśmy określoną liczbę punktów. Po zsumowaniu okazało się, że liderem został tornister marki Kayokki” – oświadczył UOKiK. Ta rekomendacja ze strony ważnego urzędu państwowego ma duże znaczenie reklamowe dla zwycięskiej marki.

Witajcie w ciężkich czasach

Pandemia wywarła dotkliwy wpływ na sytuację gospodarczą Polski i perspektywy jej rozwoju w najbliższych latach.

Zakażenia koronawirusem trwają w Polsce od początku marca ubiegłego roku. Pierwszy przypadek w naszym kraju miał miejsce 4 marca 2020 r i wirus ten szybko rozprzestrzenił się na cały kraj. Do końca lipca ilość dobowych zakażeń praktycznie nie przekraczała 500 osób i kilka, kilkanaście zgonów. Od końca lipca do końca drugiej dekady września ilość dobowych zakażeń nie przekraczała tysiąca osób.
Od końca września stopniowo zwiększała się ilość zachorowań, osiągając kulminację w dniach 5 -7 listopada – ponad 27 tys. osób na dobę i kilkaset zgonów (300 – 600). W grudniu sytuacja ustabilizowała się na poziomie około10 tys. zakażeń na dobę.
W końcu grudnia 2020 r. w Polsce odnotowano w sumie ponad 1 300 tys. zachorowań i ponad 28 tys. zmarłych (obecnie już ponad 37 tys.), a na świecie ponad 83 mln zachorowań, zaś liczba zmarłych zbliżała się do 2 mln osób (obecnie ponad 2,2 mln).
Aby zapobiec rozprzestrzenianiu się zakażeń, rząd podejmował decyzje ograniczające aktywność gospodarczą i osobistą obywateli. Szczególne ograniczenia dotyczyły branż usługowych – gastronomii, hotelarstwa, branży fitness. Branże te były czasowo wyłączane z działalności.
Ograniczenia dotyczące ludności to przede wszystkim nakaz używania maseczek – w okresie mniejszego nasilenia zakażeń tylko w pomieszczeniach zamkniętych, a w okresie intensywnych zakażeń – również na otwartej przestrzeni. Kolejne obostrzenia to ograniczenia ilości osób na spotkaniach prywatnych i służbowych.
Ograniczenia działalności gospodarczej powodowały groźbę utraty pracy przez osoby zatrudnione w branżach wyłączonych z działalności oraz niemożność wywiązywania się firm z zobowiązań finansowych. W związku z tym podejmowane były decyzje o pomocy finansowej firmom dotkniętym obostrzeniami. Formy pomocy: umorzenie składek ZUS, bezzwrotna mikropożyczka, świadczenia postojowe, dofinansowanie prowadzenia działalności gospodarczej dla samozatrudnionych, dofinansowanie wynagrodzeń pracowników z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowników, dofinansowanie części kosztów wynagrodzeń pracowników.
Łączna wartość pomocy finansowej w 2020 r to ponad 212 mld zł na ochronę miejsc pracy i gospodarki oraz około 100 mld zł dodatkowych środków. Dzięki działaniom osłonowym bezrobocie w Polsce jest po Czechach najmniejsze w Europie (3 proc. w listopadzie 2020 r).
Przemożny okazał się wpływ pandemii na gospodarkę poszczególnych krajów. Ze względu na przeciwdziałanie rozszerzaniu się zachorowań, rządy wyłączały z działalności całe branże, a nawet całą gospodarkę, zapewniając zaopatrzenie tylko w niezbędne do życia obywateli artykuły (sklepy spożywcze, apteki, drogerie, sprzedaż książek i prasy).
Obserwując wpływ działań obniżających aktywność gospodarczą, już na pierwszy rzut oka widać, że kraje naszego regionu (Europy środkowo – wschodniej) zostały mniej dotknięte pandemią. Najwyższe spadki produktu krajowego brutto – powyżej 9 proc. – wykazują kraje południa Europy – Hiszpania, Włochy, Portugalia, Francja, Grecja, Chorwacja. Jest to związane z tym, że w krajach tych znaczącą rolę w gospodarce odgrywa turystyka, która w niektórych okresach 2020 r. niemal całkowicie została zatrzymana. Spośród krajów północy Europy najgorzej radzi sobie z pandemią Wielka Brytania, która w drugim kwartale 2020 r ma rekordowy spadek PKB – o 19,8 proc.
Ogólnie rzecz biorąc polska gospodarka lepiej radzi sobie z pandemią niż kraje zachodniej Europy. Spadek PKB na koniec 2020 r to 3,6 proc. Przewiduje się więc pewne zmniejszenie dystansu Polski wobec tych krajów. Korzystną rolę odegra tu eksport polskiego przemysłu.
Najszybciej z pandemii wyszły Chiny. Jest to jedyny kraj, dla którego prognoza na koniec 2020 roku wykazywała wzrost PKB (1,9 proc.). Należy zauważyć, że prognoza spadku PKB jako średnia dla wszystkich krajów świata za 2020 r. wynosiła minus 4,4 proc.
Spośród krajów naszego regionu najlepiej poradziły sobie gospodarki Litwy i Polski. Pogłębił się niekorzystny stan gospodarki Ukrainy (minus 7,2 proc.), która w okresie trzydziestolecia transformacji gospodarczej miała w naszym regionie najgorsze wyniki.
Sytuacja społeczno – polityczna w Polsce nie jest stabilna. Są zarzuty wobec Zjednoczonej Prawicy, że większą uwagę poświęca sprawom ideologicznym niż rozwiązywaniem problemów gospodarczych. Drugi zarzut to „niefrasobliwe wydawanie pieniędzy”, nie licząc się z trudną sytuacją wynikającą z pandemii.
Prognozy Eurostatu na 2021 r. dla Polski są korzystne. Również budżet państwa przewiduje korzystne kształtowanie się wskaźników ekonomicznych: wzrost PKB o 4 proc., deficyt budżetu państwa wynoszący 6 proc. PKB, dług publiczny 64,7 proc. PKB, stopa bezrobocia 7,5 proc., wzrost cen 1,8 proc.
Jeśli chodzi o prognozę na 2021 r., to Eurostat przewiduje wzrosty dla gospodarek krajów Europy od 2 do 5 proc. PKB. Wzrost 5 proc. przewidywany jest dla krajów, które miały najwyższe spadki. Wyraźnie widać, że przewiduje się odrodzenie turystyki. Prognoza na 2021 r jest podawana jako wielkość minimum – dla wszystkich krajów przewiduje się możliwość wyższych wzrostów.
Rezultaty gospodarek europejskich i światowych w najbliższych latach będą oczywiście zależeć od wygaszania pandemii. Nadzieją na ten proces jest dostępna już szczepionka. Spośród krajów europejskich, pierwsza Wielka Brytania rozpoczęła szczepienia swoich obywateli – w połowie grudnia 2020 r. Pozostałe kraje, w tym Polska, rozpoczęły szczepienia w końcu grudnia 2020 r.
Po tych wszystkich przewidywaniach spróbujmy odpowiedzieć na pytanie: Jak i kiedy wyjdziemy z kryzysu? Przytoczę tu opinie, które sformułował prof. Grzegorz Kołodko.
Przede wszystkim należy rozróżniać pojęcia kryzysu i recesji. Recesja trwa krótko, kryzys to proces wieloletni. Można prognozować, że z recesją uporamy się w 2021 r. – kiedy zostaną pokonane trudności po stronie popytowej i podażowej. Natomiast obecnie mamy do czynienia z systemowym kryzysem współczesnego kapitalizmu. Prof. Kołodko – w odróżnieniu od Wielkiego Kryzysu lat 1929 – 1933 – nazywa ten kryzys Jeszcze Większym Kryzysem (JWK). Kryzysu tego nie da się pokonać instrumentami tradycyjnej polityki gospodarczej. Musi powstać innowacyjna teoria ekonomiczna zorientowana na strategię potrójnie zrównoważonego rozwoju społeczno – gospodarczo – ekologicznego, co oznacza zerwanie z dotychczasowym ukierunkowaniem na wzrost PKB. Ta zmiana celu prowadzenia działalności gospodarczej może potrwać całą najbliższą dekadę.
To była opinia na temat zjawisk globalnych. Jeżeli zaś chodzi o Polskę, to po wyjściu z recesji Polska wpada w kryzysy: strukturalny, instytucjonalny, polityczny i kulturowy. Pokonanie tych kryzysów to zadanie wieloletnie. Jeżeli byśmy mieli zejść do poziomu prozy wskaźników ekonomicznych, to – jak stwierdza prof. Kołodko – odczujemy, że będzie lepiej, jeśli spełnione zostaną warunki „3 razy 3”, tzn.:

  • tempo wzrostu PKB będzie powyżej 3 proc.,
  • stopa inflacji będzie poniżej 3 proc.,
  • deficyt systemu finansowego w stosunku do rosnącego PKB będzie poniżej 3 proc.
    Gdybym miał skomentować powyższe warunki, to powiedziałbym, że najłatwiej spełnić warunek pierwszy – PKB powyżej 3 proc. może wzrosnąć już w 2021 r. Istnieje szansa na utrzymanie inflacji w granicach 3 proc. Będzie to jednak zależało między innymi od tego, kiedy nadejdzie możliwość normalnego funkcjonowania branż usługowych (gastronomia, hotelarstwo) i jak dalece te branże będą chciały „odbić” sobie wzrostem cen okres obostrzeń. Bieżąca polityka Narodowego Banku Polskiego może tu odegrać rolę znaczącą.
    Prognozowanie wysokości inflacji w tym momencie jest czynnością dość ryzykowną.. Najtrudniej będzie osiągnąć prawdziwą, a nie kreatywną równowagę w systemie finansowym. Prognozuję ten okres na co najmniej siedem lat.
    Wszystko będzie zależało od wielu czynników, ale wymieniłbym dwa najważniejsze: równowaga i mądrość sprawowanej władzy oraz przywrócenie spójności społecznej, na co zwraca uwagę prof. Kołodko. Jeśli do zadań do wykonania dołączymy pokonanie wymienionych wyżej czterech kryzysów, to biorąc pod uwagę aktualny stopień rozchwiania społecznego i politycznego, będzie to zadanie niezwykle trudne, jeżeli w ogóle wykonalne.

Przedsiębiorcy, wracajcie do pracy!

Administracja, zamiast – co najłatwiejsze – wprowadzać kolejne blokady działalności gospodarczej, powinna wreszcie znaleźć sposoby na jej ożywianie, mimo panującej epidemii.
Rząd musi natychmiast rozbudować Tarczę Antykryzysową o spójny program powrotu do pracy. Bez tego zaprzepaścimy nie tylko pieniądze przeznaczone na pomoc dla firm i pracowników, ale też dorobek lat odbudowy Polski – uważa Związek Przedsiębiorców i Pracodawców, który w związku z tym przedstawił program powrotów Polaków do pracy.
Recepty na ożywienie gospodarki nic bowiem nie dadzą, jeśli przedsiębiorstwa nie powrócą do pracy. Państwo nie ma żadnych własnych pieniędzy i długo nie wytrzyma odcięte od wpływów podatkowych. Podatki same się nie płacą. Podatki płacą pracujący ludzie i firmy. Firmy muszą zatem wrócić do pracy. Inaczej zbankrutujemy – niezależnie od podatków, jakie zostaną wymyślone i nałożone oraz od deklarowanych programów pomocowych dla firm i pracowników.
Z szacunków Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) wynika, że polska gospodarka na skutek zamknięcia może być jednym z najbardziej dotkniętych rynków świata. Każdy kolejny tydzień to cofanie się w czasie, do epoki dwucyfrowego bezrobocia, pauperyzacji znacznej części społeczeństwa i przekreślonych szans kolejnego pokolenia młodych ludzi. Wirus w końcu zostanie pokonany i znakomita większość społeczeństwa nigdy nie znajdzie się nawet w grupie podwyższonego ryzyka. Większość nauczy się je minimalizować. Recesja natomiast zostanie w pamięci społecznej po wsze czasy – jako symbol rządów obecnej formacji politycznej.
ZPIP przygotował plan powrotu gospodarki do pracy. Plan składa się z trzech części, dotyczących: 1. przywracania działalności gospodarczej, 2. działania w zakresie zapobiegania i ograniczenia pandemii oraz 3. stworzenia Rządowego Centrum Zarządzania Sytuacją Kryzysową. Jak widać, przedsiębiorcy negatywnie oceniają dotychczasowe urzędy tego typu, czyli Rządowe Centrum Bezpieczeństwa, Zespół Zarządzania Kryzysowego i Centrum Zarządzania Kryzysowego.
Co do przywracania działalności gospodarczej, to puktem wyjścia jest konstatacja, że obecny kryzys gospodarczy, będący wynikiem epidemii, został spowodowany wymuszonym przez okoliczności i decyzje administracyjne zatrzymaniem działalności gospodarczej znacznej części przedsiębiorstw.
W fabrykach, centrach logistycznych, firmach usługowych i transportowych pozostał „martwy majątek” (kapitał ruchomy i nieruchomy), który był ożywiany pracą zatrudnionych tam osób. Jednocześnie została większość zobowiązań, stanowiących koszty stałe, obciążających przedsiębiorstwa i przedsiębiorców. Utrzymanie takiego stanu grozi powszechnym bankructwem nie tylko całych sektorów gospodarki narodowej, ale wręcz państwa polskiego.
Dlatego też, zważywszy na poniesione straty w realnej gospodarce, ograniczenia kapitałowe i przeciążenie sektora finansów publicznych, powinny zostać stworzone warunki do mobilizacji wszystkich posiadanych w kraju zasobów pracy i możliwie efektywnego jej wykorzystania. Jak słusznie zauważył Adam Smith, to praca jest źródłem bogactwa narodów.
Szczęśliwie mamy w kraju duże grupy dobrze wykształconych i posiadających ogromne doświadczenie zawodowe pracowników. Należą do nich zwalniani obecnie pracownicy firm, które zatrzymały lub znacząco ograniczyły swoją działalność, młodzi emeryci i renciści, studenci oraz uczniowie techników i szkół branżowych. A także Polacy, którzy wrócili do kraju ze względu na pandemię w krajach dotychczasowego pobytu i pracownicy zagraniczni, przede wszystkim z państw naszych wschodnich sąsiadów.
Wszyscy oni stanowią niebagatelne zasoby dla gospodarki narodowej, które właściwie zaangażowane mogą nie tylko pozwolić na wyjście z kryzysu, ale również przywrócić właściwy potencjał wzrostu PKB.
Należy przyjąć harmonogram powrotów do pracy, biorąc pod uwagę dalsze ryzyko rozprzestrzeniania wirusa, wprowadzone obecnie obostrzenia w Polsce, oraz punkty odniesienia w postaci planów restartu gospodarek w innych państwach – uważa ZPiP, który rekomenduje trzy obszary działań:

  1. Wyznaczenie koordynatorów wojewódzkich, którzy na terenie danego województwa lub jego części określą regionalne standardy zachowania w wariantach dużego, średniego i małego zagrożenia. Większe obostrzenia funkcjonować powinny czasowo, jedynie na obszarach o większym ryzyku epidemiologicznym. Jednocześnie, rząd powinien luzować obostrzenia centralne, zgodnie z przyjętym wcześniej harmonogramem.
  2. Przyjęcie kalendarza „restartu” gospodarki i odejścia od wprowadzonych ograniczeń. Generalnie, zdaniem ZPiP, wszelkie ograniczenia dotyczące zarówno funkcjonowania przedsiębiorstw jak i zachowania się obywateli, powinny zostać całkowicie zniesione, w terminie od jednego do najwyżej pięciu tygodni. Jedynym wyjątkiem, który może pozostać na dłuższy okres jest ograniczenie odwiedzin w szpitalach i ośrodkach opiekuńczych.
  3. Konieczność powrotu dzieci do szkół i przeszkoli. Pozostaje oczywistym, że rodzice, nie będą mogli w pełnym stopniu powrócić do pracy w momencie, gdy pod swoją opieką posiadają potomstwo. Rekomenduje się zatem działania mające na celu pełne przywrócenie działania placówek oświatowych i wychowawczych. Jednakże w okresie powrotu do szkół powinny być wdrożone obostrzenia w postaci wprowadzenia stałej zmianowości klas (nauki na dwie zmiany), wyszkolenia personelu oświatowego, uczniów oraz studentów w zakresie środków zachowania bezpieczeństwa epidemiologicznego, powszechnych testów dla uczniów i studentów oraz szybkiej izolacji osób podejrzewanych o zarażenie.
    Dla zapobiegania i ograniczenia pandemii konieczne jest usprawnienie i doposażenie służby zdrowia: wprowadzenie powszechnych testów dla obywateli, rygorystyczne standardy sanitarne kontrolowane przez Sanepid w każdym szpitalu i lecznicy, zapewnienie darmowych środków do dezynfekcji, ochrony osobiste, dalsze promocja tele-medycyny w udzielaniu świadczeń medycznych, rozbudowa izolatoriów tak aby kwarantanną nie obejmować całych rodzin, dostęp do nieograniczonych testów dla służb medycznych tak aby jak najszybciej opuszczali kwarantanny lub aby do niej nie dochodziło (opracowanie szczegółowych wytycznych dotyczących powszechnego stosowania różnych rodzajów testów przez GIS).
    Inny problem to wypracowanie standardów bezpieczeństwa epidemiologicznego w miejscu pracy. Każdy pracodawca szacując skalę oraz ryzyko zachorowania, wraz z pracownikami powinien mieć standardy bezpieczeństwa, uwzględniające zwiększenie odstępów między stanowiskami pracy, dostępność maseczek, rękawiczek, środków dezynfekcyjnych, przyłbic i ekranów ochronnych, wprowadzenie częstych przerw sanitarnych, udostępnienie środków ochrony pracownikom także poza miejscem pracy oraz w drodze do i z pracy.
    Pożądane byłoby powszechniejsze wprowadzenie rotacji załóg, tak aby różne zmiany i zespoły nie miały ze sobą fizycznego kontaktu, wprowadzanie pracy zdalnej, łatwy dostęp do infolinii i wsparcia informacyjnego dla pracodawców i pracowników.
    Zdaniem przedsiębiorców z ZpiP, każda sytuacja kryzysowa, wymaga dostosowania programów i metod zarządczych do skali zagrożenia oraz powołania jednego, zintegrowanego centrum dowodzenia. Centrum to powinno przejąć inicjatywę w planowaniu i zarządzaniu strategicznym. Powinno być również ośrodkiem decyzyjnym dla jednostek wykonawczych, będących zarówno we własnych, jak i obcych zasobach. Takie rozwiązanie funkcjonalne i organizacyjne powinno być zastosowane przez polski rząd, poprzez utworzenie Rządowego Centrum Zarządzania Sytuacją Kryzysową.
    Centrum takie, zbudowane ponad istniejącymi urzędami i instytucjami państwowymi, będące swego rodzaju sztabem przygotowującym i przekazującym zadania do realizacji całemu aparatowi administracyjnemu państwa, powinno podlegać bezpośrednio pod naczelny organ władzy wykonawczej w państwie.
    Oceniając wszystkie te zamysły, można stwierdzić: łatwo to pomyśleć, ale znacznie trudniej wykonać.

Skończmy z nieuzasadnionym uprzywilejowaniem krezusów

Ludzie mający naprawdę lewicowe poglądy, nie powinni występować przeciwko projektowi zniesienia ograniczeń w płaceniu składek na ZUS. Szkoda, że sami go nie zaproponowali.

Rzecz jest oczywista: ci, którzy zarabiają bardzo dobrze, powinni płacić większe składki na ZUS niż ci, którzy zarabiają gorzej. I tak się zresztą do pewnego momentu dzieje, bo składki stanowią stały procent zarobków.
Niestety, gdy zarobki przekraczają 142 950,00 zł rocznie (trzydzieści średnich pensji), pojawia się niczym nieuzasadnione uprzywilejowanie najbogatszych. Po pokonaniu tej granicy dochodowej już nie muszą oni płacić wyższych składek – choćby ich dochody osiągały niebotyczne wartości.

W naszym dzikim kapitaliźmie

Państwo powinno raczej wspierać uboższych. W Polsce jest jednak odwrotnie: bogaci mają górę pieniędzy, a państwo jeszcze dosypuje im kasy, nie chcąc pobierać od nich wyższych składek, stosownych do dochodów.
Przepisy, które stanowią, że najbogatsi Polacy mogą płacić stałe składki niezależnie od tego, jak wysokie są ich dochody, stanowią wieloletni już skandal. Bo przecież logiczne i sprawiedliwe byłoby to, żeby także i ludzie zarabiający ponad 142 950 zł, byli obciążani składkami rosnącymi w miarę dalszego wzrostu dochodów.
Limit uniemożliwiający podnoszenie składek od zarobków przekraczających tę granicę, to jeden z wielu przykładów tego, że w polskim dzikim kapitaliźmie państwo i prawo wspiera bogatych kosztem biednych. To nie tylko kwestia składek na ZUS, ale na przykład i podatku dochodowego – bogaci mogli zarabiać miliony, a i tak ich dochody były opodatkowane liniowo, według stawki 32 proc. (w przyszłym roku ma dojść dodatkowe 4 proc. od dochodu powyżej 1 mln zł).
Generalnie, przepisy w Polsce są tak skonstruowane, że bogaci są uprzywilejowani w bardzo wielu dziedzinach życia – a biedni, w bardzo wielu są dyskryminowani. Wystarczy wymienić choćby edukację, ochronę zdrowia, procedury sądowe, podatek od towarów i usług (z samej swej istoty bardziej obciążający niezamożnych) czy gospodarkę mieszkaniową.

Festiwal obłudy

Nie ma powodu, by ludzie bogaci, osiągający dochód powyżej wspomnianych 142 950 zł rocznie, byli dodatkowo premiowani przywilejem płacenia niskich składek.
Tym bardziej, że to iż powinni płacić większe składki nie oznacza przecież, że ktokolwiek chciałby im cokolwiek zabierać. Nieco później odbiorą sobie te składki w postaci wyższych emerytur, będą mogli żyć super dostatnio, wspierać bliskich i dodawać kolorów swej jesieni życia.
Ta miła perspektywa jakoś jednak nie cieszy najbogatszych Polaków i wynajętych przez nich lobbystów wraz z ich pseudodziennikarskimi propagandystami. Zamiast tego, mamy do czynienia z krytyką pełną zakłamania i hipokryzji.
Pojawia się więc fałszywa troska o polski system emerytalny, który ponoć miałby się zawalić akurat przez to, że grupie najzamożniejszych Polaków (nie wiadomo jak dużej, bo podawane liczby, rosnące stopniowo już do 370 tysięcy, nie grzeszą wiarygodnością ) trzeba będzie wypłacać większe świadczenia. Jakby to właśnie ponura perspektywa dostawania wyższych emerytur skłaniała najbogatszych do protestowania przeciw zniesieniu limitu.
Pojawiają się ostrzeżenia przed szokującym zróżnicowaniem emerytur, mającym spowodować, iż emeryci nieco biedniejsi szczezną z żalu, że ci od których ściągnięto wyższe składki, zaczną dostawać więcej pieniędzy.
Słyszymy biadolenie, jak to nasza gospodarka i cały kraj stracą na tym, że część informatyków zacznie odprowadzać wyższe składki na ZUS w celu uzyskiwania wyższych emerytur. Z jakichś niewiadomych powodów, ta załgana propaganda upodobała sobie bowiem właśnie informatyków, załamując ręce nad emigracją wywołaną ucieczką przed głodem, który niechybnie ich czeka, jeśli nieco podniosą im składki.
W całym tym festiwalu obłudy prawdziwa i nieudawana jest jedynie złość bogatych wraz z ich różnymi pomagierami medialnymi, o to, że ich olbrzymie dochody zostaną uszczuplone o jakiś minimalny procent w wyniku płacenia wyższych składek. Powtórzmy, uszczuplone czasowo, bo przecież te pobrane pieniądze zostaną im zwrócone w formie emerytur, w dodatku powiększonych o waloryzację.

Sprawiedliwość dla najbogatszych

Wszystkie ataki na projekt zniesienia limitu w płaceniu składek na ZUS, mają jeden podstawowy cel – chodzi o to, żeby interes najzamożniejszej warstwy Polaków w żaden sposób nie został naruszony.
Wiadomo przecież, że uszczerbek ich dochodów – powtórzmy po raz kolejny: tylko czasowy – będzie niemal nieodczuwalny przez tych bardzo bogatych ludzi. Tak samo będzie niemal nieodczuwalny i dla grupki pracodawców, którym przyjdzie odprowadzać nieco wyższe składki (stanowiące wszak koszt, pomniejszający przychód i podatek), jeśli ktoś z ich pracowników przekroczy 142 950 zł rocznie.
W walce najbogatszej kasty przeciwko zniesieniu limitu chodzi jednak o zasadę: przecież nie może być tak, żeby w Polsce, państwie latynoskiego kapitalizmu, gdzie ludzie zamożni mają więcej praw niż ubodzy, ktokolwiek ośmielił się przyjmować przepisy, które ludziom zamożnym mogłyby się nie spodobać. Na taki precedens nie wolno pozwolić.
I tak właśnie wygląda w praktyce realizowanie konstytucyjnego zapisu, że Rzeczpospolita Polska urzeczywistnia zasady sprawiedliwości społecznej. Niestety, sprawiedliwość społeczna w Polsce jest zwykle tylko dla najbogatszych.

Test na lewicowość

Konkludując: uczciwy człowiek, niezależnie od poglądów i sympatii politycznych nie powinien występować przeciwko projektowi zniesienia ograniczeń w płaceniu składek na ZUS.
Tym bardziej, nie może tego robić nikt z grona lewicy, gdyż w ten sposób dowiódłby, że jego lewicowość jest z gruntu fałszywa. No, chyba, że należy do licznej niestety, kawiorowej lewicy, skutecznie okazującej swą solidarność klasową z gronem najbogatszych Polaków.
I cóż, że ten projekt zgłosiło Prawo i Sprawiedliwość. Było zgłosić go samemu.
PiS oczywiście nie zrobiło tego z miłości do zasad sprawiedliwości społecznej lecz dla ratowania trzeszczącego budżetu. Nie zmienia to jednak faktu, że ubocznym skutkiem zniesienia limitu składek na ZUS będzie sprawiedliwsze i bardziej moralne rozłożenie obciążeń emerytalnych, a także i pożądany spadek dotacji budżetowych do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych.

Czas na zniesienie restrykcji w obrocie ziemią

Trzy lata temu działacze PiS wprowadzili, dla celów propagandowych, ustawę ograniczającą handel gruntami rolnymi. Szkody, jakie wciąż ona przynosi są jednak jak najbardziej realne.

Prawo i Sprawiedliwość nie jest ugrupowaniem, które przyznawałoby się do popełnionych błędów. Bodaj pierwszym przypadkiem, gdy tak się stało, jest obecna nowelizacja ustawy z 14 kwietnia 2016 r., bardzo ograniczającej obrót ziemią w Polsce.
Nowelizacja, łagodząca restrykcyjne regulacje wprowadzone w 2016 roku trafiła właśnie na biurko prezydenta RP.

Żeby pokazać jak PiS się troszczy

Jeśli prezydent podpisze nową ustawę – a na pewno tak się stanie – to działki rolne do 1 hektara i znajdujące się w obrębie miast będą mogły być kupowane bez ograniczeń przez osoby, które nie są rolnikami.
Obecna nowelizacja ustawy zakłada, że nie będzie ograniczeń co do liczby kupowanych działek w mieście, natomiast na terenie wiejskim na cele nierolne będzie można kupić tylko jedną działkę do 1 ha bez posiadania uprawnień rolniczych (zamiast 0,3 ha, jak dotychczas).
Gdy natomiast powierzchnia nabytej ziemi przekroczy 1 ha, trzeba będzie prowadzić działalność rolniczą. Takiej nieruchomości nie będzie można zbyć przez 5 lat (a nie przez 10 lat jak obecnie).
Tak więc, nowelizacja przywraca normalność w obrocie ziemią, którą całkowicie zlikwidowała PiS-owska ustawa z 2016 r. Tamta ustawa była przyjęta tylko i wyłącznie w celach propagandowych, po by pokazać publiczności, jak to rzekomo PiS dba o to, by polska, święta ziemia nie przechodziła w obce ręce.
Wszyscy poważni eksperci przestrzegali, że przyjęte wtedy rozwiązania są szkodliwe, ale to dla PiS nie miało żadnego znaczenia, bo nie chodziło o przyjęcie rozumnych i potrzebnych przepisów, lecz o uzyskanie odpowiedniego efektu na słupkach sondażowych.

Minister i tak wie lepiej

Wprowadzone w 2016 r. nowe przepisy praktycznie uniemożliwiły racjonalne gospodarowanie ziemią rolną w Polsce. Przede wszystkim na pięć lat wstrzymano sprzedaż nieruchomości rolnych z Zasobu Własności Rolnej Skarbu Państwa o powierzchni powyżej 2 ha, a dominującą formą dysponowania państwową ziemią stała się dzierżawa.
Osoba fizyczna chcąca kupić gospodarstwo rolne musiała być rolnikiem. W przypadku nie-rolników wymagana była zgoda dyrektora generalnego Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa (dotychczas rozpatrzono 24 tysięcy wniosków o zgodę na zakup, dotyczących nieruchomości rolnych o łącznej powierzchni ok. 70 tys. ha, a pozytywne decyzje wydano w prawie 90% przypadków).
Nabywca musiał osobiście prowadzić gospodarstwo przez co najmniej 10 lat i zamieszkiwać na terenie gminy w której było położone. Jeśli chciał sprzedać kupioną ziemię przed upływem 10 lat, wymagana była zgoda sądu.
Ograniczenia te spotkały się z powszechną i ostrą krytyką. Konsultacje społeczne, które PiS przez zapomnienie nieopatrznie przeprowadził w 2016 r. potwierdzały zbyt restrykcyjny charakter przepisów regulujących obrót nieruchomościami rolnymi. Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi po prostu nie uwzględnił więc tych opinii.

Pisanie na Berdyczów

Rzecznik Praw Obywatelskich także już na etapie prac legislacyjnych zwracał uwagę na niekonstytucyjność części obowiązujących przepisów, ponieważ jego zdaniem naruszały one wolność gospodarczą i majątkową obywateli.
W 2016 r. Rzecznik Praw Obywatelskich skierował wniosek do Trybunału Konstytucyjnego o stwierdzenie niezgodności niektórych zapisów ustawy z Konstytucją RP. Pod rządami PiS odwoływanie się do Trybunału Konstytucyjnego jest jednak pisaniem na Berdyczów – więc wniosek Rzecznika wciąż czeka na rozpatrzenie.
Niejako w zastępstwie RPO wypowiedział się Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi – który odrzucił zarzuty Rzecznika, stwierdzając, że wprowadzone zmiany w prawie są „zgodne z krajowym porządkiem prawnym”. I koniec. Roma locuta causa finita.
I oczywiście spełniły się wówczas wszystkie najgorsze przewidywania specjalistów. Niekorzystne zmiany w przepisach regulujących obrót ziemią zahamowały tempo wzrostu cen gruntów rolnych i spowodowały zmniejszenie liczby transakcji sprzedaży oraz obniżenie wysokości czynszu dzierżawnego, także i gruntów z Zasobu Własności Rolnej Skarbu Państwa. Nie tylko wstrzymano sprzedaż gruntów należących do ZWRSP, ale też wprowadzono ograniczenia w obrocie prywatnym.
Wszyscy na tym stracili, a niekorzystna struktura obszarowa w rolnictwie, która pod rządami PO zaczynała sie stopniowo zmieniać na lepsze, od 2016 r. została zabetonowana.

Przywracanie normalności

Widząc, jakie skutki przynosi funkcjonowanie przepisów z 2016 r., ekipa rządząca zaczęła skłaniać się ku poglądowi, że konieczne jest złagodzenie ograniczeń.
Najwyższa Izba Kontroli zbadała, jak wyglądało gospodarowanie ziemią w Polsce pod rządami restrykcyjnych (wciąż obowiązujących) przepisów wprowadzonych trzy lata temu.
W okresie od 1 stycznia 2016 r. do 30 czerwca 2018 r., w Zasobie Własności Rolnej Skarbu Państwa znajdowało się około 10% użytków rolnych w Polsce.
Agencja Nieruchomości Rolnych od początku swojej działalności, czyli od 1992 roku, przejęła ze wszystkich źródeł do ZWRSP nieco mniej niż 5 mln ha, w tym głównie z byłych PGR-ów – prawie 4 mln ha (80%).
Na koniec 2018 r. Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa dysponował 1,4 mln ha, z tego w dzierżawie znajdowało się około 73% (1 mln ha).
W ciągu 26 lat, to jest od 1992 do końca 2018 r. z ZWRSP sprzedano prawie 3 mln ha gruntów, czyli 57% powierzchni przejętej do Zasobu od czasu jego utworzenia.
Największa sprzedaż gruntów Zasobu miała miejsce w 1996 r. (prawie 193 tys. ha).
W 2016 r. sprzedano 17 tys. ha ziem należących do Skarbu Państwa, w 2017 r. sprzedaż spadła do 3,5 tys. ha, a w 2018 r. do zaledwie 2,5 tys. ha.
W latach 1992-2018 cena gruntów rolnych ZWRSP wzrosła ponad 50-krotnie, od 500 zł za hektar w 1992 r. do ponad 32 tys. zł za hektar w 2016 r. Ograniczenie sprzedaży sprawiło, że cena gruntów rolnych ZWRSP w ubiegłym roku w porównaniu do 2016 r. spadła o 15%, do około 26 tys. zł za ha.
Handel ziemią zaczął być prowadzony „na gębę”, bez zawierania umów notarialnych. W połowie 2018 r. ponad 18 tys. ha nieruchomości ZWRSP użytkowano bez tytułu prawnego – o ponad połowę więcej niż w 2016 r. Coraz trudniej jest też wyegzekwować należności z tytułu bezumownego użytkowania gruntów.
W przyszłości, gdy znowelizowana ustawa wejdzie w życie, zacznie się wreszcie powolne naprawianie nieprawidłowości w gospodarowaniu ziemią, do których doprowadziła ekipa z PiS.

Polski biznes pocztą stoi

Ze skarg przedsiębiorców wynika, że polska gospodarka może się zawalić, jeśli wprowadzony zostanie zakaz prowadzenia usług sklepowo-pocztowych w dni świąteczne.

 

Przedsiębiorcy krytykują pomysł dalszego ograniczania świątecznego handlu. Ograniczenia mają objąć te firmy, które pod płaszczykiem usług pocztowych, prowadziły normalną sprzedaż sklepową.
Ich zdaniem, planowana nowelizacja ustawy o ograniczaniu handlu w niedziele i święta oraz niektóre inne dni jest przykładem nieprzemyślanych działań legislacyjnych, których negatywne skutki odczują zarówno przedsiębiorcy, jak i konsumenci.

 

Usługi pocztowe są potrzebne

Przedsiębiorcy żalą się, że skoro mieli oni podpisane umowy z operatorem pocztowym na długo przed wejściem w życie przepisów o ograniczeniu handlu, to z pewnością nie było ich intencją obchodzenie prawa, które wówczas jeszcze nie istniało.
„Wprowadzane nowelizacją obostrzenia, uniemożliwiające handel w niedzielę przedsiębiorcom świadczącym – zgodnie z prawem – usługi pocztowe podważa zaufanie obywatela do państwa i stanowionej przez nie legislacji” – wskazują. A przecież, stabilność prawa stanowi kluczową wartość dla prowadzenia biznesu, planowania jego rozwoju i długofalowych inwestycji. Prawo wprowadzane bez zachowania właściwego vacatio legis, pochopnie i bez rzetelnej oceny stanowi zaprzeczenie zasad działania demokratycznego państwa służącego obywatelom.
Nie tylko przedsiębiorcy są przeciwni zmianom w ustawie, ale również ponoć i konsumenci. Ostatnie sondaże (wykonane na zamówienie przedsiębiorców) mają pokazywać, że 71 proc. Polaków uznaje zakaz handlu za naruszenie ich swobody konsumenckiej, a aż 65 proc. jest za postulatem – wielokrotnie podnoszonym przez branżę handlową – aby wprowadzić regulacje umożliwiające pracownikom korzystanie z dwóch wolnych niedziel przy jednoczesnym zachowaniu możliwości robienia zakupów.

 

Doprowadzicie nas do bankructwa

Już są sygnały świadczące o zbliżającym się zakończeniu cyklu wysokiej koniunktury gospodarczej, dynamika sprzedaży spada – więc nie można liczyć, że zmiany prawne przypadające na szczyt koniunkturalny pozostaną bez wpływu na gospodarkę narodową, gdy sytuacja ekonomiczna się pogorszy. – wskazują przedsiębiorcy.
Tymczasem, uchwalane właśnie prawo będzie mieć długofalowy wpływ na rodzimych przedsiębiorców, którzy przez wiele lat pracowali na rozwój swoich biznesów i z pewnością nie chcieliby, aby zła legislacja doprowadziła ich do bankructwa. Wciąż nie przedstawiono analiz ekonomicznych dotyczących wpływu dotychczasowych ograniczeń na gospodarkę – a już są planowane następne.

 

Pozwólcie sprzedawać znaczki

Przedsiębiorcy zarzucają też rządowi, że zmiany dotyczące sklepów świadczących usługi pocztowe są całkowicie sprzeczne z ideą Konstytucji Biznesu, która wyraźnie mówi, że co nie jest prawnie zabronione jest dozwolone.
Podnoszą, że uparte dążenie do zaostrzenia ustawy jest lekceważeniem głosu społecznego, racji ekonomicznych, a nawet prawnych. Wprowadzanie obostrzeń bez rzetelnej oceny obecnych zmian legislacyjnych i ich skutków jest działaniem pochopnym i stoi w sprzeczności z konstytucyjną zasadą państwa prawa.
Według nich, nowelizowanie ustawy o ograniczaniu handlu w niedziele i święta oraz niektóre inne dni jest „krótkowzrocznym łataniem złej regulacji w imię bieżących potrzeb”. Apelują zatem o zawieszenie prac nad nowelizacją ustawy, która od początku była przykładem złego i społecznie szkodliwego prawodawstwa.
Jak wynika z wszystkich tych wywodów, prowadzenie świątecznych usług pocztowych to być albo nie być dla większości polskich przedsiębiorców. Kto by to pomyślał?

Dla kogo te apteki?

Pod rządami PiS nie zniknęły największe problemy polskiego rynku farmaceutycznego, takie jak wysokie ceny leków nie refundowanych, nielegalny eksport czy kiepskie zaopatrzenie placówek aptecznych. Bardzo wzrosła za to liczba zgonów.

Prawie rok minął od wprowadzenia w życie rozwiązania „apteka dla aptekarzy” przygotowanego przez rząd Prawa i Sprawiedliwości. To okres, po którym można już się pokusić o pierwsze podsumowania – i oceny tego, jak funkcjonuje nowy system.
Jego wdrożenie, poprzedzone wieloma dykusjami i polemikami, spowodowało znaczące zmiany w organizacji polskiego rynku farmaceutycznego.

Zamykanie rynku

Nowelizację ustawy prawo farmaceutyczne, która weszła w życie 25 czerwca ubiegłego roku, najbardziej odczuli właściciele pojedynczych aptek.
Przed nowelizacją, w naszym kraju funkcjonował system otwarty, w którym każdy mógł zakładać i prowadzić aptekę tam gdzie chciał. Rynek był wysoce konkurencyjny, na czym korzystały zwłaszcza duże sieci apteczne, mające odpowiednie mozliwości finansowe by skutecznie toczyć walki o klientów z aptekami rodzinnymi.
Zmiana prawa farmaceutycznego sprawiła, iż dziś apteki pracują w ramach systemu znacznie bardziej zamkniętego. Jednocześnie, obowiązują w nim restrykcyjne ograniczenia właścicielskie, ilościowe oraz geograficzne i demograficzne.
Właścicielem apteki może zostać teraz jedynie farmaceuta posiadający jednocześnie prawo wykonywania zawodu (a więc nie każdy farmaceuta). Oznacza to, że możliwość nabycia lub otwarcia apteki przysługiwać będzie jedynie grupie członków korporacji zawodowej – wobec kilkunastu milionów Polaków, którzy teroertycznie mogli zostawać dotychczas właścicielami aptek.

Sieci mogą mieć gorzej

Wprowadzenie zasady „apteki dla aptekarza” miało, zgodnie z intencjami projektodawców ustawy, doprowadzić do rozwiązania rozmaitych problemów polskiego rynku farmaceutycznego.
Zwolennicy wprowadzenia „apteki dla aptekarza”, a w tym i obecna ekipa rządząca, powoływali się na zagrożenie monopolizacją rynku usług farmaceutycznych i przejęcia go przez duże, międzynarodowe podmioty, ze szkodą dla aptek rodzinnych. Tymczasem jak wskazano w raporcie Fundacji Republikańskiej z września 2016 roku, takie zagrożenie było w istocie niewielkie – jeżeli w ogóle istniało.
Wówczas, w 2016 r., apteki sieciowe (około 390 konkurujących ze sobą, po części zagranicznych i działających niezależnie od siebie sieci, posiadających pięć i więcej aptek) stanowiły około 30 proc. rynku aptecznego. Dziś, w pierwszej połowie 2018 r., ta struktura nadal jest podobna.
Ponadto, przedsiębiorcy, a konkretnie Związek Przedsiębiorców i Pracodawców, uważają, że rozwój sieci aptecznych to bynajmniej nic złego.
„Ograniczenia własnościowe i ilościowe wprowadzone „apteką dla aptekarza” stoją w rażącej sprzeczności z celami wyrażonymi w „Planie Morawieckiego”, a ich wejście w życie skutkuje zahamowaniem rozwoju sieci aptecznych. Należy przypomnieć, że sieci apteczne to w ogromnej mierze przedsiębiorstwa polskie – firmy rodzinne, często będące własnością farmaceutów, rozwijane od wielu lat wysiłkiem i pomysłowością swoich właścicieli, a także podmioty, które powstały i rozwinęły się w wyniku nabywania aptek od Skarbu Państwa, w ramach prywatyzacji Cefarmów” – wskazuje ZPiP.
Oczywiście właściciele obecnych aptek rodzinnych mają inne zdanie i boją się zagrożenia ze strony sieci aptecznych.
Natomiast wspomnianych, zagranicznych aptek, było i wciąż jest bardzo niewiele w Polsce. Własnością firm z udziałem kapitału zagranicznego było i jest zaledwie pięć sieci aptecznych (we wspomnianym raporcie wskazano, że łącznie do sieci z udziałem kapitału zagranicznego należało 600 spośród 14 780 aptek, czyli około 4 proc .polskiego rynku).
Na pewno została ograniczona konkurencja w branży aptecznej. A z punktu widzenia klientów aptek, nie jest to dobre zjawisko.

Aptek jeszcze przybywa

Innym ważnym argumentem na rzecz wprowadzenia ograniczeń własnościowych, było zwalczanie nielegalnego procederu wywozu leków z Polski. Takie przeciwdziałanie okazało się jednak nieskuteczne.
Najlepiej świadczyła o tym konieczność skierowania niedawno do parlamentu rządowych projektów, dotyczących monitorowania drogowego przewozu leków, a także kolejnej nowelizacji prawa farmaceutycznego. Obie ustawy wprowadzają szereg instrumentów prawnych wymierzonych właśnie w tzw. „odwrócony łańcuch dystrybucji” – czyli wywożenie za granicę leków z cenami refundowanymi przez państwo (czyli podatników).
Jedną z obaw, zgłaszanych w związku z wprowadzeniem reguły „apteka dla aptekarza” było zagrożenie, iż spadnie liczba aptek w naszym kraju. Siłą rzeczy powinny to bowiem spowodować ograniczenia terytorialne i własnościowe. Tymczasem, okazało się, że nic takiego nie nastąpiło.
Owszem, po wprowadzeniu w życie restrykcyjnych przepisów zmniejszyła się nieco liczba aptek w centrach miast. Wzrosła jednak w mniej zaludnionych regionach kraju – i per saldo, aptek w Polsce przybyło.
Stało się tak dzięki temu, że do czerwca 2017 roku, a więc jeszcze przed zamknięciem rynku aptecznego, złożono ponad tysiąc wniosków o otwarcie nowej apteki. Z naddatkiem zamortyzowało to spadek liczby aptek, wymuszony nowymi przepisami.
Złożone w ubiegłym roku wnioski są sukcesywnie realizowane, powodując, że wciąż otwiera się w Polsce około 30 nowych aptek miesięcznie.
To wprawdzie mniej niż przed zmianą zasad, kiedy otwierało się ich prawie 100 miesięcznie – ale to cały czas jest przyrost, na bardzo przecież nasyconym, polskim rynku aptecznym. Wkrótce się on jednak skończy. Okazało się bowiem, że wniosków o otwarcie apteki na nowych zasadach złożono w okresie lipiec 2017 – styczeń 2018 zaledwie 22 na terenie całego kraju!.
Nie ma wprawdzie jeszcze zweryfikowanych tegorocznych danych, które zapewne powiedzą o znacznym wzroście liczby wniosków – co będzie spowodowane tym, że potencjalni właściciele aptek zaczną coraz lepiej dostosowywać swoje działania do zmienionych przepisów, zaś przepisy te już przestaną być kłopotliwą nowością.
Tym niemniej, nie można oczekiwać, że liczba wniosków o otwarcie apteki wróci do poziomu z pierwszej połowy ubiegłego roku. Tymczasem, w drugiej połowie 2017 r. liczba zamknięć aptek utrzymywała się na zwykłym, wcześniejszym poziomie – około 80 miesięcznie na terenie całego kraju.
Może się więc okazać, że po wyczerpaniu rezerwuaru starszych wniosków złożonych przed zamknięciem rynku, czeka nas spadek liczby aptek w Polsce. Jest on już dziś zauważalny w niektórych największych miastach, zwłaszcza jeśli chodzi o apteki całodobowe. Stanowi to oczywiste utrudnienie dla mieszkańców, którzy muszą w nocy odbywać dłuższe podróże w celu zdobycia przepisanego specyfiku.

Na wsi trochę gęściej

Zwiększyła się nieco natomiast liczba aptek w małych miejscowościach. Przedstawiciele samorządu aptekarskiego na konferencji w Ministerstwie Zdrowia poinformowali o otwarciu ponad 200 aptek i punktów aptecznych na terenach wiejskich.
Ta liczba, choć w skali całego kraju niewielka, oczywiście cieszy. Nie jest jednak wykluczone, że to tylko jednorazowe wydarzenie, wnikające z chęci ucieczki przedsiębiorców przed restrykcyjną regulacją, a nie trwały proces. Przed wejściem w życie nowych przepisów, kto mógł, otwierał aptekę gdzie się dało, także na wsiach.
Można natomiast oczekiwać, że na wsiach będzie zwiększać się liczba punktów aptecznych (bo tylko tam wolno je otwierać), które regulacji „apteka dla aptekarza” nie podlegają.
Zapewne z czasem będą się one po cichu coraz bardziej upodabniać do zwykłych aptek – choć nie do końca, gdyż zgodnie z przepisami, punkt apteczny nie prowadzi sprzedaży leków w ampułkach, narkotycznych i psychotropowych, oraz zaliczanych do grupy leków bardzo silnie działających. Wiadomo jednak, że u nas przepisy sobie, a życie sobie, zaś sieci kontrolne są mocno nieszczelne.

Rządy PiS powodują wzrost zgonów

Niekorzystnymi symptomami są z pewnością są oznaki wzrostu cen leków nierefundowanych. Zauważalne jest też pogorszenie zaopatrzenia aptek. Praktycznie niemal nie zdarza się, że ktoś, kto ma zapisane trzy czy cztery leki, zdoła je wszystkie wykupić podczas jednej wizyty w aptece. Zwykle musi przychodzić następnego dnia – albo szukać innej apteki. Przydałoby się, gdyby rząd zwrócił uwagę na te problemy rynku farmaceutycznego.
Trudno jednak tego oczekiwać, skoro obecna ekipa wprowadza cięcia w wydatkach na leczenie Polaków, co szczególnie dotkliwie widać na przykładzie nowoczesnych leków onkologicznych.
Efekty już odczuwamy – w 2017 r. w Polsce skróciła się średnia długość życia i zanotowano aż 403 tys. zgonów. (o 15 tys. więcej niż rok wcześniej). Większa liczba osób w naszym kraju zmarła tylko w 1991 r., kiedy działał niszczący „Plan Balcerowicza”.