Skończmy z nieuzasadnionym uprzywilejowaniem krezusów

Ludzie mający naprawdę lewicowe poglądy, nie powinni występować przeciwko projektowi zniesienia ograniczeń w płaceniu składek na ZUS. Szkoda, że sami go nie zaproponowali.

Rzecz jest oczywista: ci, którzy zarabiają bardzo dobrze, powinni płacić większe składki na ZUS niż ci, którzy zarabiają gorzej. I tak się zresztą do pewnego momentu dzieje, bo składki stanowią stały procent zarobków.
Niestety, gdy zarobki przekraczają 142 950,00 zł rocznie (trzydzieści średnich pensji), pojawia się niczym nieuzasadnione uprzywilejowanie najbogatszych. Po pokonaniu tej granicy dochodowej już nie muszą oni płacić wyższych składek – choćby ich dochody osiągały niebotyczne wartości.

W naszym dzikim kapitaliźmie

Państwo powinno raczej wspierać uboższych. W Polsce jest jednak odwrotnie: bogaci mają górę pieniędzy, a państwo jeszcze dosypuje im kasy, nie chcąc pobierać od nich wyższych składek, stosownych do dochodów.
Przepisy, które stanowią, że najbogatsi Polacy mogą płacić stałe składki niezależnie od tego, jak wysokie są ich dochody, stanowią wieloletni już skandal. Bo przecież logiczne i sprawiedliwe byłoby to, żeby także i ludzie zarabiający ponad 142 950 zł, byli obciążani składkami rosnącymi w miarę dalszego wzrostu dochodów.
Limit uniemożliwiający podnoszenie składek od zarobków przekraczających tę granicę, to jeden z wielu przykładów tego, że w polskim dzikim kapitaliźmie państwo i prawo wspiera bogatych kosztem biednych. To nie tylko kwestia składek na ZUS, ale na przykład i podatku dochodowego – bogaci mogli zarabiać miliony, a i tak ich dochody były opodatkowane liniowo, według stawki 32 proc. (w przyszłym roku ma dojść dodatkowe 4 proc. od dochodu powyżej 1 mln zł).
Generalnie, przepisy w Polsce są tak skonstruowane, że bogaci są uprzywilejowani w bardzo wielu dziedzinach życia – a biedni, w bardzo wielu są dyskryminowani. Wystarczy wymienić choćby edukację, ochronę zdrowia, procedury sądowe, podatek od towarów i usług (z samej swej istoty bardziej obciążający niezamożnych) czy gospodarkę mieszkaniową.

Festiwal obłudy

Nie ma powodu, by ludzie bogaci, osiągający dochód powyżej wspomnianych 142 950 zł rocznie, byli dodatkowo premiowani przywilejem płacenia niskich składek.
Tym bardziej, że to iż powinni płacić większe składki nie oznacza przecież, że ktokolwiek chciałby im cokolwiek zabierać. Nieco później odbiorą sobie te składki w postaci wyższych emerytur, będą mogli żyć super dostatnio, wspierać bliskich i dodawać kolorów swej jesieni życia.
Ta miła perspektywa jakoś jednak nie cieszy najbogatszych Polaków i wynajętych przez nich lobbystów wraz z ich pseudodziennikarskimi propagandystami. Zamiast tego, mamy do czynienia z krytyką pełną zakłamania i hipokryzji.
Pojawia się więc fałszywa troska o polski system emerytalny, który ponoć miałby się zawalić akurat przez to, że grupie najzamożniejszych Polaków (nie wiadomo jak dużej, bo podawane liczby, rosnące stopniowo już do 370 tysięcy, nie grzeszą wiarygodnością ) trzeba będzie wypłacać większe świadczenia. Jakby to właśnie ponura perspektywa dostawania wyższych emerytur skłaniała najbogatszych do protestowania przeciw zniesieniu limitu.
Pojawiają się ostrzeżenia przed szokującym zróżnicowaniem emerytur, mającym spowodować, iż emeryci nieco biedniejsi szczezną z żalu, że ci od których ściągnięto wyższe składki, zaczną dostawać więcej pieniędzy.
Słyszymy biadolenie, jak to nasza gospodarka i cały kraj stracą na tym, że część informatyków zacznie odprowadzać wyższe składki na ZUS w celu uzyskiwania wyższych emerytur. Z jakichś niewiadomych powodów, ta załgana propaganda upodobała sobie bowiem właśnie informatyków, załamując ręce nad emigracją wywołaną ucieczką przed głodem, który niechybnie ich czeka, jeśli nieco podniosą im składki.
W całym tym festiwalu obłudy prawdziwa i nieudawana jest jedynie złość bogatych wraz z ich różnymi pomagierami medialnymi, o to, że ich olbrzymie dochody zostaną uszczuplone o jakiś minimalny procent w wyniku płacenia wyższych składek. Powtórzmy, uszczuplone czasowo, bo przecież te pobrane pieniądze zostaną im zwrócone w formie emerytur, w dodatku powiększonych o waloryzację.

Sprawiedliwość dla najbogatszych

Wszystkie ataki na projekt zniesienia limitu w płaceniu składek na ZUS, mają jeden podstawowy cel – chodzi o to, żeby interes najzamożniejszej warstwy Polaków w żaden sposób nie został naruszony.
Wiadomo przecież, że uszczerbek ich dochodów – powtórzmy po raz kolejny: tylko czasowy – będzie niemal nieodczuwalny przez tych bardzo bogatych ludzi. Tak samo będzie niemal nieodczuwalny i dla grupki pracodawców, którym przyjdzie odprowadzać nieco wyższe składki (stanowiące wszak koszt, pomniejszający przychód i podatek), jeśli ktoś z ich pracowników przekroczy 142 950 zł rocznie.
W walce najbogatszej kasty przeciwko zniesieniu limitu chodzi jednak o zasadę: przecież nie może być tak, żeby w Polsce, państwie latynoskiego kapitalizmu, gdzie ludzie zamożni mają więcej praw niż ubodzy, ktokolwiek ośmielił się przyjmować przepisy, które ludziom zamożnym mogłyby się nie spodobać. Na taki precedens nie wolno pozwolić.
I tak właśnie wygląda w praktyce realizowanie konstytucyjnego zapisu, że Rzeczpospolita Polska urzeczywistnia zasady sprawiedliwości społecznej. Niestety, sprawiedliwość społeczna w Polsce jest zwykle tylko dla najbogatszych.

Test na lewicowość

Konkludując: uczciwy człowiek, niezależnie od poglądów i sympatii politycznych nie powinien występować przeciwko projektowi zniesienia ograniczeń w płaceniu składek na ZUS.
Tym bardziej, nie może tego robić nikt z grona lewicy, gdyż w ten sposób dowiódłby, że jego lewicowość jest z gruntu fałszywa. No, chyba, że należy do licznej niestety, kawiorowej lewicy, skutecznie okazującej swą solidarność klasową z gronem najbogatszych Polaków.
I cóż, że ten projekt zgłosiło Prawo i Sprawiedliwość. Było zgłosić go samemu.
PiS oczywiście nie zrobiło tego z miłości do zasad sprawiedliwości społecznej lecz dla ratowania trzeszczącego budżetu. Nie zmienia to jednak faktu, że ubocznym skutkiem zniesienia limitu składek na ZUS będzie sprawiedliwsze i bardziej moralne rozłożenie obciążeń emerytalnych, a także i pożądany spadek dotacji budżetowych do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych.

Czas na zniesienie restrykcji w obrocie ziemią

Trzy lata temu działacze PiS wprowadzili, dla celów propagandowych, ustawę ograniczającą handel gruntami rolnymi. Szkody, jakie wciąż ona przynosi są jednak jak najbardziej realne.

Prawo i Sprawiedliwość nie jest ugrupowaniem, które przyznawałoby się do popełnionych błędów. Bodaj pierwszym przypadkiem, gdy tak się stało, jest obecna nowelizacja ustawy z 14 kwietnia 2016 r., bardzo ograniczającej obrót ziemią w Polsce.
Nowelizacja, łagodząca restrykcyjne regulacje wprowadzone w 2016 roku trafiła właśnie na biurko prezydenta RP.

Żeby pokazać jak PiS się troszczy

Jeśli prezydent podpisze nową ustawę – a na pewno tak się stanie – to działki rolne do 1 hektara i znajdujące się w obrębie miast będą mogły być kupowane bez ograniczeń przez osoby, które nie są rolnikami.
Obecna nowelizacja ustawy zakłada, że nie będzie ograniczeń co do liczby kupowanych działek w mieście, natomiast na terenie wiejskim na cele nierolne będzie można kupić tylko jedną działkę do 1 ha bez posiadania uprawnień rolniczych (zamiast 0,3 ha, jak dotychczas).
Gdy natomiast powierzchnia nabytej ziemi przekroczy 1 ha, trzeba będzie prowadzić działalność rolniczą. Takiej nieruchomości nie będzie można zbyć przez 5 lat (a nie przez 10 lat jak obecnie).
Tak więc, nowelizacja przywraca normalność w obrocie ziemią, którą całkowicie zlikwidowała PiS-owska ustawa z 2016 r. Tamta ustawa była przyjęta tylko i wyłącznie w celach propagandowych, po by pokazać publiczności, jak to rzekomo PiS dba o to, by polska, święta ziemia nie przechodziła w obce ręce.
Wszyscy poważni eksperci przestrzegali, że przyjęte wtedy rozwiązania są szkodliwe, ale to dla PiS nie miało żadnego znaczenia, bo nie chodziło o przyjęcie rozumnych i potrzebnych przepisów, lecz o uzyskanie odpowiedniego efektu na słupkach sondażowych.

Minister i tak wie lepiej

Wprowadzone w 2016 r. nowe przepisy praktycznie uniemożliwiły racjonalne gospodarowanie ziemią rolną w Polsce. Przede wszystkim na pięć lat wstrzymano sprzedaż nieruchomości rolnych z Zasobu Własności Rolnej Skarbu Państwa o powierzchni powyżej 2 ha, a dominującą formą dysponowania państwową ziemią stała się dzierżawa.
Osoba fizyczna chcąca kupić gospodarstwo rolne musiała być rolnikiem. W przypadku nie-rolników wymagana była zgoda dyrektora generalnego Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa (dotychczas rozpatrzono 24 tysięcy wniosków o zgodę na zakup, dotyczących nieruchomości rolnych o łącznej powierzchni ok. 70 tys. ha, a pozytywne decyzje wydano w prawie 90% przypadków).
Nabywca musiał osobiście prowadzić gospodarstwo przez co najmniej 10 lat i zamieszkiwać na terenie gminy w której było położone. Jeśli chciał sprzedać kupioną ziemię przed upływem 10 lat, wymagana była zgoda sądu.
Ograniczenia te spotkały się z powszechną i ostrą krytyką. Konsultacje społeczne, które PiS przez zapomnienie nieopatrznie przeprowadził w 2016 r. potwierdzały zbyt restrykcyjny charakter przepisów regulujących obrót nieruchomościami rolnymi. Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi po prostu nie uwzględnił więc tych opinii.

Pisanie na Berdyczów

Rzecznik Praw Obywatelskich także już na etapie prac legislacyjnych zwracał uwagę na niekonstytucyjność części obowiązujących przepisów, ponieważ jego zdaniem naruszały one wolność gospodarczą i majątkową obywateli.
W 2016 r. Rzecznik Praw Obywatelskich skierował wniosek do Trybunału Konstytucyjnego o stwierdzenie niezgodności niektórych zapisów ustawy z Konstytucją RP. Pod rządami PiS odwoływanie się do Trybunału Konstytucyjnego jest jednak pisaniem na Berdyczów – więc wniosek Rzecznika wciąż czeka na rozpatrzenie.
Niejako w zastępstwie RPO wypowiedział się Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi – który odrzucił zarzuty Rzecznika, stwierdzając, że wprowadzone zmiany w prawie są „zgodne z krajowym porządkiem prawnym”. I koniec. Roma locuta causa finita.
I oczywiście spełniły się wówczas wszystkie najgorsze przewidywania specjalistów. Niekorzystne zmiany w przepisach regulujących obrót ziemią zahamowały tempo wzrostu cen gruntów rolnych i spowodowały zmniejszenie liczby transakcji sprzedaży oraz obniżenie wysokości czynszu dzierżawnego, także i gruntów z Zasobu Własności Rolnej Skarbu Państwa. Nie tylko wstrzymano sprzedaż gruntów należących do ZWRSP, ale też wprowadzono ograniczenia w obrocie prywatnym.
Wszyscy na tym stracili, a niekorzystna struktura obszarowa w rolnictwie, która pod rządami PO zaczynała sie stopniowo zmieniać na lepsze, od 2016 r. została zabetonowana.

Przywracanie normalności

Widząc, jakie skutki przynosi funkcjonowanie przepisów z 2016 r., ekipa rządząca zaczęła skłaniać się ku poglądowi, że konieczne jest złagodzenie ograniczeń.
Najwyższa Izba Kontroli zbadała, jak wyglądało gospodarowanie ziemią w Polsce pod rządami restrykcyjnych (wciąż obowiązujących) przepisów wprowadzonych trzy lata temu.
W okresie od 1 stycznia 2016 r. do 30 czerwca 2018 r., w Zasobie Własności Rolnej Skarbu Państwa znajdowało się około 10% użytków rolnych w Polsce.
Agencja Nieruchomości Rolnych od początku swojej działalności, czyli od 1992 roku, przejęła ze wszystkich źródeł do ZWRSP nieco mniej niż 5 mln ha, w tym głównie z byłych PGR-ów – prawie 4 mln ha (80%).
Na koniec 2018 r. Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa dysponował 1,4 mln ha, z tego w dzierżawie znajdowało się około 73% (1 mln ha).
W ciągu 26 lat, to jest od 1992 do końca 2018 r. z ZWRSP sprzedano prawie 3 mln ha gruntów, czyli 57% powierzchni przejętej do Zasobu od czasu jego utworzenia.
Największa sprzedaż gruntów Zasobu miała miejsce w 1996 r. (prawie 193 tys. ha).
W 2016 r. sprzedano 17 tys. ha ziem należących do Skarbu Państwa, w 2017 r. sprzedaż spadła do 3,5 tys. ha, a w 2018 r. do zaledwie 2,5 tys. ha.
W latach 1992-2018 cena gruntów rolnych ZWRSP wzrosła ponad 50-krotnie, od 500 zł za hektar w 1992 r. do ponad 32 tys. zł za hektar w 2016 r. Ograniczenie sprzedaży sprawiło, że cena gruntów rolnych ZWRSP w ubiegłym roku w porównaniu do 2016 r. spadła o 15%, do około 26 tys. zł za ha.
Handel ziemią zaczął być prowadzony „na gębę”, bez zawierania umów notarialnych. W połowie 2018 r. ponad 18 tys. ha nieruchomości ZWRSP użytkowano bez tytułu prawnego – o ponad połowę więcej niż w 2016 r. Coraz trudniej jest też wyegzekwować należności z tytułu bezumownego użytkowania gruntów.
W przyszłości, gdy znowelizowana ustawa wejdzie w życie, zacznie się wreszcie powolne naprawianie nieprawidłowości w gospodarowaniu ziemią, do których doprowadziła ekipa z PiS.

Polski biznes pocztą stoi

Ze skarg przedsiębiorców wynika, że polska gospodarka może się zawalić, jeśli wprowadzony zostanie zakaz prowadzenia usług sklepowo-pocztowych w dni świąteczne.

 

Przedsiębiorcy krytykują pomysł dalszego ograniczania świątecznego handlu. Ograniczenia mają objąć te firmy, które pod płaszczykiem usług pocztowych, prowadziły normalną sprzedaż sklepową.
Ich zdaniem, planowana nowelizacja ustawy o ograniczaniu handlu w niedziele i święta oraz niektóre inne dni jest przykładem nieprzemyślanych działań legislacyjnych, których negatywne skutki odczują zarówno przedsiębiorcy, jak i konsumenci.

 

Usługi pocztowe są potrzebne

Przedsiębiorcy żalą się, że skoro mieli oni podpisane umowy z operatorem pocztowym na długo przed wejściem w życie przepisów o ograniczeniu handlu, to z pewnością nie było ich intencją obchodzenie prawa, które wówczas jeszcze nie istniało.
„Wprowadzane nowelizacją obostrzenia, uniemożliwiające handel w niedzielę przedsiębiorcom świadczącym – zgodnie z prawem – usługi pocztowe podważa zaufanie obywatela do państwa i stanowionej przez nie legislacji” – wskazują. A przecież, stabilność prawa stanowi kluczową wartość dla prowadzenia biznesu, planowania jego rozwoju i długofalowych inwestycji. Prawo wprowadzane bez zachowania właściwego vacatio legis, pochopnie i bez rzetelnej oceny stanowi zaprzeczenie zasad działania demokratycznego państwa służącego obywatelom.
Nie tylko przedsiębiorcy są przeciwni zmianom w ustawie, ale również ponoć i konsumenci. Ostatnie sondaże (wykonane na zamówienie przedsiębiorców) mają pokazywać, że 71 proc. Polaków uznaje zakaz handlu za naruszenie ich swobody konsumenckiej, a aż 65 proc. jest za postulatem – wielokrotnie podnoszonym przez branżę handlową – aby wprowadzić regulacje umożliwiające pracownikom korzystanie z dwóch wolnych niedziel przy jednoczesnym zachowaniu możliwości robienia zakupów.

 

Doprowadzicie nas do bankructwa

Już są sygnały świadczące o zbliżającym się zakończeniu cyklu wysokiej koniunktury gospodarczej, dynamika sprzedaży spada – więc nie można liczyć, że zmiany prawne przypadające na szczyt koniunkturalny pozostaną bez wpływu na gospodarkę narodową, gdy sytuacja ekonomiczna się pogorszy. – wskazują przedsiębiorcy.
Tymczasem, uchwalane właśnie prawo będzie mieć długofalowy wpływ na rodzimych przedsiębiorców, którzy przez wiele lat pracowali na rozwój swoich biznesów i z pewnością nie chcieliby, aby zła legislacja doprowadziła ich do bankructwa. Wciąż nie przedstawiono analiz ekonomicznych dotyczących wpływu dotychczasowych ograniczeń na gospodarkę – a już są planowane następne.

 

Pozwólcie sprzedawać znaczki

Przedsiębiorcy zarzucają też rządowi, że zmiany dotyczące sklepów świadczących usługi pocztowe są całkowicie sprzeczne z ideą Konstytucji Biznesu, która wyraźnie mówi, że co nie jest prawnie zabronione jest dozwolone.
Podnoszą, że uparte dążenie do zaostrzenia ustawy jest lekceważeniem głosu społecznego, racji ekonomicznych, a nawet prawnych. Wprowadzanie obostrzeń bez rzetelnej oceny obecnych zmian legislacyjnych i ich skutków jest działaniem pochopnym i stoi w sprzeczności z konstytucyjną zasadą państwa prawa.
Według nich, nowelizowanie ustawy o ograniczaniu handlu w niedziele i święta oraz niektóre inne dni jest „krótkowzrocznym łataniem złej regulacji w imię bieżących potrzeb”. Apelują zatem o zawieszenie prac nad nowelizacją ustawy, która od początku była przykładem złego i społecznie szkodliwego prawodawstwa.
Jak wynika z wszystkich tych wywodów, prowadzenie świątecznych usług pocztowych to być albo nie być dla większości polskich przedsiębiorców. Kto by to pomyślał?

Dla kogo te apteki?

Pod rządami PiS nie zniknęły największe problemy polskiego rynku farmaceutycznego, takie jak wysokie ceny leków nie refundowanych, nielegalny eksport czy kiepskie zaopatrzenie placówek aptecznych. Bardzo wzrosła za to liczba zgonów.

Prawie rok minął od wprowadzenia w życie rozwiązania „apteka dla aptekarzy” przygotowanego przez rząd Prawa i Sprawiedliwości. To okres, po którym można już się pokusić o pierwsze podsumowania – i oceny tego, jak funkcjonuje nowy system.
Jego wdrożenie, poprzedzone wieloma dykusjami i polemikami, spowodowało znaczące zmiany w organizacji polskiego rynku farmaceutycznego.

Zamykanie rynku

Nowelizację ustawy prawo farmaceutyczne, która weszła w życie 25 czerwca ubiegłego roku, najbardziej odczuli właściciele pojedynczych aptek.
Przed nowelizacją, w naszym kraju funkcjonował system otwarty, w którym każdy mógł zakładać i prowadzić aptekę tam gdzie chciał. Rynek był wysoce konkurencyjny, na czym korzystały zwłaszcza duże sieci apteczne, mające odpowiednie mozliwości finansowe by skutecznie toczyć walki o klientów z aptekami rodzinnymi.
Zmiana prawa farmaceutycznego sprawiła, iż dziś apteki pracują w ramach systemu znacznie bardziej zamkniętego. Jednocześnie, obowiązują w nim restrykcyjne ograniczenia właścicielskie, ilościowe oraz geograficzne i demograficzne.
Właścicielem apteki może zostać teraz jedynie farmaceuta posiadający jednocześnie prawo wykonywania zawodu (a więc nie każdy farmaceuta). Oznacza to, że możliwość nabycia lub otwarcia apteki przysługiwać będzie jedynie grupie członków korporacji zawodowej – wobec kilkunastu milionów Polaków, którzy teroertycznie mogli zostawać dotychczas właścicielami aptek.

Sieci mogą mieć gorzej

Wprowadzenie zasady „apteki dla aptekarza” miało, zgodnie z intencjami projektodawców ustawy, doprowadzić do rozwiązania rozmaitych problemów polskiego rynku farmaceutycznego.
Zwolennicy wprowadzenia „apteki dla aptekarza”, a w tym i obecna ekipa rządząca, powoływali się na zagrożenie monopolizacją rynku usług farmaceutycznych i przejęcia go przez duże, międzynarodowe podmioty, ze szkodą dla aptek rodzinnych. Tymczasem jak wskazano w raporcie Fundacji Republikańskiej z września 2016 roku, takie zagrożenie było w istocie niewielkie – jeżeli w ogóle istniało.
Wówczas, w 2016 r., apteki sieciowe (około 390 konkurujących ze sobą, po części zagranicznych i działających niezależnie od siebie sieci, posiadających pięć i więcej aptek) stanowiły około 30 proc. rynku aptecznego. Dziś, w pierwszej połowie 2018 r., ta struktura nadal jest podobna.
Ponadto, przedsiębiorcy, a konkretnie Związek Przedsiębiorców i Pracodawców, uważają, że rozwój sieci aptecznych to bynajmniej nic złego.
„Ograniczenia własnościowe i ilościowe wprowadzone „apteką dla aptekarza” stoją w rażącej sprzeczności z celami wyrażonymi w „Planie Morawieckiego”, a ich wejście w życie skutkuje zahamowaniem rozwoju sieci aptecznych. Należy przypomnieć, że sieci apteczne to w ogromnej mierze przedsiębiorstwa polskie – firmy rodzinne, często będące własnością farmaceutów, rozwijane od wielu lat wysiłkiem i pomysłowością swoich właścicieli, a także podmioty, które powstały i rozwinęły się w wyniku nabywania aptek od Skarbu Państwa, w ramach prywatyzacji Cefarmów” – wskazuje ZPiP.
Oczywiście właściciele obecnych aptek rodzinnych mają inne zdanie i boją się zagrożenia ze strony sieci aptecznych.
Natomiast wspomnianych, zagranicznych aptek, było i wciąż jest bardzo niewiele w Polsce. Własnością firm z udziałem kapitału zagranicznego było i jest zaledwie pięć sieci aptecznych (we wspomnianym raporcie wskazano, że łącznie do sieci z udziałem kapitału zagranicznego należało 600 spośród 14 780 aptek, czyli około 4 proc .polskiego rynku).
Na pewno została ograniczona konkurencja w branży aptecznej. A z punktu widzenia klientów aptek, nie jest to dobre zjawisko.

Aptek jeszcze przybywa

Innym ważnym argumentem na rzecz wprowadzenia ograniczeń własnościowych, było zwalczanie nielegalnego procederu wywozu leków z Polski. Takie przeciwdziałanie okazało się jednak nieskuteczne.
Najlepiej świadczyła o tym konieczność skierowania niedawno do parlamentu rządowych projektów, dotyczących monitorowania drogowego przewozu leków, a także kolejnej nowelizacji prawa farmaceutycznego. Obie ustawy wprowadzają szereg instrumentów prawnych wymierzonych właśnie w tzw. „odwrócony łańcuch dystrybucji” – czyli wywożenie za granicę leków z cenami refundowanymi przez państwo (czyli podatników).
Jedną z obaw, zgłaszanych w związku z wprowadzeniem reguły „apteka dla aptekarza” było zagrożenie, iż spadnie liczba aptek w naszym kraju. Siłą rzeczy powinny to bowiem spowodować ograniczenia terytorialne i własnościowe. Tymczasem, okazało się, że nic takiego nie nastąpiło.
Owszem, po wprowadzeniu w życie restrykcyjnych przepisów zmniejszyła się nieco liczba aptek w centrach miast. Wzrosła jednak w mniej zaludnionych regionach kraju – i per saldo, aptek w Polsce przybyło.
Stało się tak dzięki temu, że do czerwca 2017 roku, a więc jeszcze przed zamknięciem rynku aptecznego, złożono ponad tysiąc wniosków o otwarcie nowej apteki. Z naddatkiem zamortyzowało to spadek liczby aptek, wymuszony nowymi przepisami.
Złożone w ubiegłym roku wnioski są sukcesywnie realizowane, powodując, że wciąż otwiera się w Polsce około 30 nowych aptek miesięcznie.
To wprawdzie mniej niż przed zmianą zasad, kiedy otwierało się ich prawie 100 miesięcznie – ale to cały czas jest przyrost, na bardzo przecież nasyconym, polskim rynku aptecznym. Wkrótce się on jednak skończy. Okazało się bowiem, że wniosków o otwarcie apteki na nowych zasadach złożono w okresie lipiec 2017 – styczeń 2018 zaledwie 22 na terenie całego kraju!.
Nie ma wprawdzie jeszcze zweryfikowanych tegorocznych danych, które zapewne powiedzą o znacznym wzroście liczby wniosków – co będzie spowodowane tym, że potencjalni właściciele aptek zaczną coraz lepiej dostosowywać swoje działania do zmienionych przepisów, zaś przepisy te już przestaną być kłopotliwą nowością.
Tym niemniej, nie można oczekiwać, że liczba wniosków o otwarcie apteki wróci do poziomu z pierwszej połowy ubiegłego roku. Tymczasem, w drugiej połowie 2017 r. liczba zamknięć aptek utrzymywała się na zwykłym, wcześniejszym poziomie – około 80 miesięcznie na terenie całego kraju.
Może się więc okazać, że po wyczerpaniu rezerwuaru starszych wniosków złożonych przed zamknięciem rynku, czeka nas spadek liczby aptek w Polsce. Jest on już dziś zauważalny w niektórych największych miastach, zwłaszcza jeśli chodzi o apteki całodobowe. Stanowi to oczywiste utrudnienie dla mieszkańców, którzy muszą w nocy odbywać dłuższe podróże w celu zdobycia przepisanego specyfiku.

Na wsi trochę gęściej

Zwiększyła się nieco natomiast liczba aptek w małych miejscowościach. Przedstawiciele samorządu aptekarskiego na konferencji w Ministerstwie Zdrowia poinformowali o otwarciu ponad 200 aptek i punktów aptecznych na terenach wiejskich.
Ta liczba, choć w skali całego kraju niewielka, oczywiście cieszy. Nie jest jednak wykluczone, że to tylko jednorazowe wydarzenie, wnikające z chęci ucieczki przedsiębiorców przed restrykcyjną regulacją, a nie trwały proces. Przed wejściem w życie nowych przepisów, kto mógł, otwierał aptekę gdzie się dało, także na wsiach.
Można natomiast oczekiwać, że na wsiach będzie zwiększać się liczba punktów aptecznych (bo tylko tam wolno je otwierać), które regulacji „apteka dla aptekarza” nie podlegają.
Zapewne z czasem będą się one po cichu coraz bardziej upodabniać do zwykłych aptek – choć nie do końca, gdyż zgodnie z przepisami, punkt apteczny nie prowadzi sprzedaży leków w ampułkach, narkotycznych i psychotropowych, oraz zaliczanych do grupy leków bardzo silnie działających. Wiadomo jednak, że u nas przepisy sobie, a życie sobie, zaś sieci kontrolne są mocno nieszczelne.

Rządy PiS powodują wzrost zgonów

Niekorzystnymi symptomami są z pewnością są oznaki wzrostu cen leków nierefundowanych. Zauważalne jest też pogorszenie zaopatrzenia aptek. Praktycznie niemal nie zdarza się, że ktoś, kto ma zapisane trzy czy cztery leki, zdoła je wszystkie wykupić podczas jednej wizyty w aptece. Zwykle musi przychodzić następnego dnia – albo szukać innej apteki. Przydałoby się, gdyby rząd zwrócił uwagę na te problemy rynku farmaceutycznego.
Trudno jednak tego oczekiwać, skoro obecna ekipa wprowadza cięcia w wydatkach na leczenie Polaków, co szczególnie dotkliwie widać na przykładzie nowoczesnych leków onkologicznych.
Efekty już odczuwamy – w 2017 r. w Polsce skróciła się średnia długość życia i zanotowano aż 403 tys. zgonów. (o 15 tys. więcej niż rok wcześniej). Większa liczba osób w naszym kraju zmarła tylko w 1991 r., kiedy działał niszczący „Plan Balcerowicza”.