Czytać, nie czyta?

Tytuł jest oczywiście prowokacją. Nie ma przecież innej odpowiedzi niż – CZYTAĆ! W dodatku czytać do końca.

Uważni Czytelnicy Trybuny zapewne pamiętają mój felieton „Klub czytających książki do końca”. Wywołany był on wypowiedzią tego, kto winien być przykładem i zachętą dla wszystkich obywateli, aby czytali jak najwięcej i jak najczęściej. A ktoś ten był łaskaw powiedzieć, że książki polskiej noblistki nie przeczytał do końca… Gdyby ją przeczytał, tę i inne Jej książki, zapewne rozumiałby także Jej wypowiedzi, nawet te nie do końca zręcznie i wiernie przetłumaczone. Także te wyrwane z kontekstu, no chyba że miałby zasadę nieczytania kontekstów.

Prawicowe media, czytając bez zrozumienia wywiad Olgi Tokarczuk zaczęły Ją szkalować i namawiać swoich czytelników, by zwracali Autorce posiadane książki. „Odeślij Oldze książkę” – zaczęto powtarzać w prawicowych portalach. Okazało się, że po upływie miesiąca od początku rozsyłania tych apeli, na adres Fundacji Olgi Tokarczuk wpłynęło 31 egzemplarzy jej książek. Jakie wnioski można wyciągnąć z tej informacji? Różne, nie zawsze spójne. Po pierwsze, że apele „prawaków” nie odniosły skutku. Trzydzieści jeden egzemplarzy to nawet nie kropla w morzu ilości książek podsiadanych przez nasze społeczeństwo. Wynieśli z czasów minionych szacunek do słowa drukowanego, do tradycyjnej formy edycji literatury w formie papierowej. Po drugie, że być może „prawacy” po prostu nie posiadają książek Olgi Tokarczuk, nie mają więc ich w swoich bibliotekach (może nawet nie mają bibliotek), a przecież nie będą kupować, by odsyłać. A może kupili tylko te 31 książki Pani Olgi?

Zastanawia mnie dlaczego wspomniany wyżej pan nie zaprotestował przeciwko tej akcji. To nic, że nie przeczytał żadnej książki noblistki do końca, czytał na pewno inne, sam nawet kilka napisał, jest profesorem socjologii. Może jest tak zaambarasowany problemami sportu, że odpuścił sobie kulturę i czytelnictwo… Chociaż, jak słyszymy, muzeami i galeriami (Zachęta!) ostatnio zajął się.

Trzydzieści jeden książek odesłano. Nie jest to jak pisałem dużo, jest to wręcz bardzo mało jak na skalę propagowania akcji „Odeślij książkę Oldze”. Przeczytali – odesłali, może nawet nie przeczytali i odesłali, trudno. Nie każdy przecież wie, jak się należy zachować. Nie każdy otrzymał ku temu odpowiednią edukację, a szkoda. Ale protest i oburzenie budzi fakt, że książki te zostały przed odesłaniem zniszczone. Pobazgrane, podarte, pomięte, opatrzone wulgarnymi słowami i sformułowaniami. To budzi fatalne skojarzenia. Najgorsze. W 1933 roku niemieccy faszyści zaczęli palić na stosach książki. Pamiętamy incydent sprzed dwóch lat, gdy w Gdańsku po mszy spalono książki, z których treścią nie zgadzali się miejscowi księża. Fala oburzenia zmusiła księdza inicjatora do publicznych przeprosin i wyrażenia skruchy. Dobre i to.

Wielkie uznanie dla kierujących Fundacją Olgi Tokarczuk, za pomysł, by książki zwrócone wystawić na aukcję, a zebrane środki przeznaczyć na cel dla „prawaków” wstrętny, sprzeczny z ich postrzeganiem świata, dla organizacji wspierających społeczność LGBT. Ale może należałoby kilka egzemplarzy tak zniszczonych książek zachować. Może kiedyś ktoś zorganizuje wystawę obrazującą dzieje głupoty w Polsce, dzieje barbarzyństwa wobec dzieł kultury. Eksponat w sam raz.

Książka jest symbolem ludzkiej myśli. Nie wolno jej unicestwiać choćby jej treść była komukolwiek obca i nawet wręcz wroga. Można jej nie czytać, nie sprzedawać i nie kupować, nie reklamować i nie wypożyczyć. Ale nie niszczyć.

Pani Olgo, miliony Polaków czytają Pani książki, są one tłumaczone na wiele języków i wydawane w wielu krajach. Trzydziestu jeden niedoszłych czytelników w tej skali to promil, a nawet jego cząstka. Bolesny, wymagający reakcji i potępienia, ale promil. Wierzę, że dożyję czasów gdy minister edukacji wprowadzi Pani książki do spisu szkolnych lektur, a ministrem kultury zostanie ktoś, kto czyta Pani książki. Do końca.

Jesteśmy tu po to, żeby czytać

Zbiór szkiców i wykładów Olgi Tokarczuk „Czuły narrator” to przede wszystkim wielka pochwała czytania i pisania, niezastępowalnej roli literatury, a w szczególności powieści.

Pisarka odsłania przed swymi czytelnikami dzieje swojego dojrzewania do literatury, swoich narodzin, po pierwsze, jako czytelniczki, a po wtóre, pisarki, dla której treścią życia stało się składanie liter i budowanie nowych sensów.
Samo w sobie to niezwykle ciekawe, zwłaszcza dla tych, którzy rozsmakowali się w jej pisarstwie, wyprawiać się śladami lektur, pierwszych i późniejszych, dojrzałych już fascynacji literackich autorki. Ciekawe również dowiadywać się, jak wygląda warsztat psiarki, zwłaszcza jako autorki powieści historycznej, monumentalnych „Ksiąg Jakubowych”. Gromadzenie materiałów o schizmie frankistów, liczne lektury, wyprawy terenowe, tworzenie map i pierwszych struktur, a potem wiązanie tych różnorodnych elementów w całość przypomina wytężoną pracę architekta, który musi zadbać o kształt całości i wycyzelowanie każdego elementu z osobna.
Ale choć to tematy poruszające wyobraźnię, jeszcze ciekawsze wydają się próby zdefiniowania przez pisarkę zadań literatury, jej miejsca w życiu społeczeństw, roli przypisywanej i rzeczywistej, kto wie, czy nie koła ratunkowego, zwłaszcza w sytuacji obecnej, kiedy wszyscy czujemy, że następuje kres świata, jaki znaliśmy do tej pory, a obraz tego, co nastąpi, wciąż rysuje się mgliście.
„Rezultatów pandemii – pisze Olga Tokarczuk – jest w końcu wiele i są one bardzo różnorodne. Najważniejszym jednak wydaje mi się załamanie głęboko uwewnętrznionej narracji, że kontrolujemy świat i jesteśmy panami stworzenia”. Nie jest to może szczególnie odkrywcze stwierdzenie, ale dla pisarki niesie daleko idące konsekwencje. Skoro bowiem człowiek jest detronizowany, skoro dawne jego zwyczaje i ugruntowane przekonania sypią się na naszych oczach, trzeba szukać innych perspektyw i innych fundamentów. Tu właśnie z pomocą przychodzi literatura ze swoją „ekscentrycznością”, jak to Tokarczuk nazywa. Nie chodzi jednak o ekscentryczność w potocznym tego słowa znaczeniu, czyli o różnego rodzaju dziwactwo, odstawanie od normy, ale spojrzenie spoza centrum, niejako z boku, z ukosa, z innego wymiaru chciałoby się rzec, aby na te same zjawiska i procesy popatrzeć z innego dystansu. I w ten sposób szukać innych możliwości interpretowania świata. Niekoniecznie ufundowanego na uroszczeniu, że człowiek jest panem stworzenia poza wszelką dyskusją i jego interesy (nawet te dojutrkowskie) mają być traktowane poważniej niż interesy innych udziałowców naszej biosfery.
Nie chcę sugerować, że Tokarczuk wybiera irracjonalizm jako obronę przed bezradnością nauki czy rozumu. To raczej próba powiększenia, wzmocnienia naszych władz poznawczych. Stąd zapewne inspiracja, jaką czerpie z niecodziennej książki Johna Maxella Coetzeego „Żywoty zwierząt”, nawiązującej do ruchu walki o prawa zwierząt. W gruncie rzeczy chodzi tu bowiem o prawo humanisty do stawiania pytań moralnych i użycie literatury jako narzędzia „ekscentrycznego poznania”.
„Żywoty” to zapis wykładów pisarza (nieprzypadkowe jest to podobieństwo do znacznej części tekstów „Czułego narratora”, będących też wykładami), wygłoszonych na Uniwersytecie Princeton o osobliwej formie fikcji literackiej. Wykłady te bowiem są opowiadaniem o gościnnych wykładach (wykład w wykładzie, niczym chwyt teatru w teatrze – oto pisarz w podwójnej masce) starzejącej się pisarki (postaci fikcyjnej), Elizabeth Costello, występującej przeciw okrucieństwu ludzi wobec zwierząt. Zaproszona przez władze Appleton College, na uczelnię, gdzie pracuje jej syn i synowa, niezbyt pisarce przyjazna, głosi radykalne tezy, przyrównując codzienną rzeź dokonywaną na zwierzętach do holocaustu.
Pisarz, a ściślej jego bohaterka, odwraca znane porównanie masakry Żydów w obozach koncentracyjnych do rzezi bydła. To szokujące porównanie budzi niesmak starego poety, Abrahama Sterna, który w liście do pisarki sprzeciwia się takiemu porównaniu: „to odwrócenie pojęć obraża pamięć pomordowanych i w tandetny sposób kupczy przerażającą historią obozów śmierci”. Mimo te słowa Elizabeth nie zmienia swojego stanowiska, niepokojąc słuchaczy swoimi słabo uargumentowanymi, a jednak dającymi do myślenia sądami, odwołującymi się krytycznie do myśli dawnych i współczesnych filozofów, m.in. wtedy, gdy próbuje dowieść, że władztwo rozumu to wcale nie najważniejszy wyróżnik wolności, której odmawiamy zwierzętom. Synowa oskarża Costello o hipokryzję, ale syn, choć nie podziela jej radykalizmu, rozumie trwogę matki na każdym kroku dostrzegającej „dowody zbrodni”. Nie może się z tym pogodzić – książkę kończy wymowna scena: stara pisarka szlocha w ramionach syna, który tylko w śmierci widzi wyzwolenie od jej niepokojów: „Spokojnie. Niedługo będzie po wszystkim”.
Majorie Graber, krytyk literacki, profesor Uniwersytetu Harvard dowodzi, że głęboki utwór Coetzeego w równej mierze dotyczy relacji ludzi i zwierząt, co i literatury, jej roli w przekształcaniu świata. O to właśnie pyta swą matkę pisarkę, Elizabeth Costello, jej syn John Bernard: „Naprawdę sądzisz, że zajęcia z poezji przyczynią się do zamknięcia rzeźni?”. Matka zaprzecza. A jednak chyba w to wierzy.
Olga Tokarczuk chyba też wierzy w sprawczą moc literatury, podzielając intuicje Coetzeego. „Wydaje mi się – argumentuje – że literatura jako nieustanny proces snucia opowieści o świecie ma większą niż cokolwiek innego możliwość ukazania świata z całością perspektywy wzajemnych wpływów i powiązań. Rozumiana szeroko, jak najszerzej, jest ze swojej natury siecią, która łączy i ukazuje ogrom korespondencji między wszystkimi uczestnikami bytu. To bardzo wyrafinowany i szczególny sposób komunikacji międzyludzkiej, precyzyjny i zarazem totalny”.
Pewnie dlatego głosi chwałę tłumaczy, bo za ich sprawą następuje nieustanne poszerzanie ludzkich horyzontów i wtapianie do krwiobiegu współczesności nawet najstarszych tekstów, takich jak pierwszy podpisany utwór literacki w dziejach ludzkości Hymn do Inanny, dzieło Enheduanny, akadyjskiej bogini Inanny. „Dzięki tłumaczeniu – wyjaśnia Tokarczuk – ze swej natury uwspółcześniającemu język, ten tekst jest doskonale rozumiany i przeżywany przez współczesnego czytelnika, ponieważ przekazuje głębokie, niezwykle intymne do doświadczenie, które wędruje przez czas i pozostaje bez wątpienia uniwersalne”. Warto przypomnieć, że fascynacja tym tekstem i sumeryjską kosmogonią stało się inspiracją do powstania jej porywającej powieści „Anna In w grobowcach świata”.
„Ludzie, którzy czytają powieści, są niejako „więksi”, mają szerszą świadomość, żyli bowiem żywotami innych ludzi, choćby na chwilę” – przekonuje Noblistka. Poddawanie się oddziaływaniu powieści, wchodzenie w ich świat, w psychikę bohaterów sprawia, że nasze doświadczenie staje się bogatsze. Co więcej, może okazać się „szczepionką”, jak zapewnia pisarka, „przeciwko wizji świata tworzonej doraźnie i traktowanej instrumentalnie”, którą nieustannie wytwarza propaganda.
Dlatego warto czytać. I pisać. Toteż w esejach Olgi Tokarczuk znalazło się takie oto posłanie skierowane do sióstr i braci po piórze:
„Drodzy koledzy i koleżanki po piórze, młodzi adepci tego dziwnego zawodu, pisanie jest piekłem, ciągłą torturą, gotowaniem się w smole. Męczy, niszczy kręgosłupy, neurotyzuje, każe stawać w jakieś szranki, być nominowanym, aplikować, komentować, życzyć źle wrednemu recenzentowi, a w zdenerwowaniu po nieprzyjemnej recenzji gryźć palce. Ale pisanie jest jednocześnie niebem – daje poczucie mocy, zmienia życie w ciągłe uprawianie hobby, pozwala obcować z mądrymi, interesującymi sprawami i ludźmi, zmusza do myślenia i podchodzenia do różnych spraw z nietypowej strony, każe stawiać sobie ciągle pytania o to, kim się jest, rozwija empatię i sprawia, że lepiej rozumiemy innych”.

CZUŁY NARRATOR Olga Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020.

Kwarantanna z Tokarczuk: „Anna In w grobowcach świata”

Ta niezwykła opowieść, rozpięta między mitologią i fantastyką, bywa stawiana najwyżej wśród dzieł Olgi Tokarczuk. Ceniona nawet wyżej niż monumentalne „Księgi Jakubowe”. Opowieść o udręce i pokusie nieśmiertelności.

Zachwycony Przemysław Czapliński pisał o niej tak: „Olga Tokarczuk na tę jedną książkę wymyśliła gatunek, język i zupełnie nowy sposób mówienia. I osiągnęła niebywały rezultat. W języku polskim zadźwięczała nuta tak czysta, że dech w piersiach zapiera. Tak brzmi wielka literatura”.
Sumerskie źródła
„Anna In w grobowcach świata” (2006) powstała jako powieść „na obstalunek”. Międzynarodową serię „Mity” zaprojektował brytyjski wydawca Canongate, zapraszając do udziału w przedsięwzięciu pisarzy ze wszystkich stron świata. Chodziło o stworzenie nowych opowieści o dawnych mitach. Olga Tokarczuk wybrała mit o wędrówce sumerskiej bogini Inanny do krainy zmarłych. Zamówienie, jak mówiła pisarka, zbiegło się z jej zainteresowaniem najodleglejszymi w historii mitami, a w szczególności pierwszą znaną z imienia poetką, autorką kilku pieśni o Inannie, akadyjską kapłanką i księżniczką, Enhudanną, która pod imieniem Anny Enhudu pojawi się w powieści.
Choć zadanie polegało na „przepisaniu” dawnej historii, nadaniu jej współczesnej formy, to w rezultacie powstała oryginalna opowieść, nowy mit, idący w głąb sensów zawartych w ocalałych śladach mitu Inanny, zbuntowanej bogini-kobiety. To ona miała odmienić oblicze świata, scalić jego podzielone części i obdarzyć ludzkość wieloma umiejętnościami (w mitologii sumerskiej me). Prometeusz wygląda przy niej jak skromny, szeregowy wyrobnik.
Sumerskie źródła przejawiają się w powieści Tokarczuk na wiele sposobów. Po pierwsze, pisarka nawiązuje do straceńczej wędrówki bogini Innany do Krainy Umarłych, gdzie zmierza na spotkanie z siostrą władającą podziemiami. Dociekliwi interpretatorzy sugerowali, że Inanna chciała pokonać swoją siostrę i zawładnąć całym światem, tym na ziemi i tym pod ziemią. Siostra jednak odkryła jej zamiary. U Tokarczuk to bardziej skomplikowane i psychologicznie powikłane. Siostry do siebie lgną i się odpychają. Dochodzą tu do głosu pasje psychoanalityczne autorki, jej fascynacja Jungiem. Bogini Miłości i Pani Podziemia są do siebie bliźniaczo podobne, a zarazem pozostają kontrastowo inne, są jak „orzeł i reszka”, dwie strony osobowości, jasna i ciemna. Kiedy Pani Drugiej Strony uśmierci siostrę, sama cierpi fizyczne katusze. Siostry nie mogą bez siebie żyć ani umrzeć.
Po drugie, sumerskie źródła oferują całą galerię mitycznych postaci, przejętych przez pisarkę, ale doposażonych w wiele indywidualnych fascynujących cech. Przede wszystkim zwraca uwagę drepcząca u boku boskiej Inanny, zwanej w powieści Anną In, jej przyjaciółka, powiernica i przyboczna Nina Szubur (w sumerskim micie to służka Szuburanna). To główna narratorka w powieści, oddana Annie In bez reszty. Ale są też Ojcowie założyciele, pierwsi bogowie, a wśród nich wszechmogący Enki. Bogowie narysowani kreską karykaturzystki, dostrzegającej ich gasnącą energię i obojętność okazywaną stworzonemu światu.
Jest bogini podziemia i jej mroczne otoczenie, sędziowie i demony. I jej ospały sługa, strażnik siedmiu bram krainy umarłych, Neti. Wygląda jak dobroduszny, wymęczony nieśmiertelnością ochroniarz w znoszonym swetrze, który wiecznie mu się pruje, Strudzony Neti musi wciąż łatać ten sweter, by samemu się nie rozsypać. To jemu powierzy pisarka rolę rzecznika praw podziemia i wyroczni konserwatyzmu:
„Wielka jest nasza odpowiedzialność, pilnujemy świata, który został stworzony na samym początku. Być tam na gorze, ścigać się i walczyć, zakładać rodziny i rodzić, obsiewać pola, budować miasta, kopać kanały – to nie dla nas, tak bym jej powiedział, tej In Annie, Annie In. Każdy, kto ma trochę rozumu będzie pytał: Po co? Po co to, skoro i tak wszystko się straci. My mamy Nic od razu, od świętego początku, a więc Nic nie tracimy”.
Po trzecie, do źródeł sumeryjskich prowadzi uformowanie języka, liczne powtórzenia, refreny, rytmizacje, chiazmy, tak charakterystyczne dla tych pieśni. Dość przytoczyć taki fragment opowieści Szuberanny o wędrówce Inanny spisanej z glinianych tabliczek:
„Moja pani opuściła niebiosa, opuściła ziemię, zeszła do kur,
Inana opuściła niebiosa, opuściła ziemię, zeszła do kur,
zostawiła władanie, zostawiła panowanie, zeszła do kur”.
Ten sam rytm słychać w czułej narracji Niny Szuber z powieści Olgi Tokarczuk:
„Piękną jest kobietą Anna In, In Anna. Znam ją od zawsze. Pamiętam jej wszystkie szaleństwa, wszystkie podróże i awantury. Gdy ma randki, usuwam się w cień, siadam gdzieś przy barze i spokojnie czekam. Mieszkam w jej domu, piję z jej kieliszków. Ja, Nina Szuber, ja, która opowiadam, ja każda”.
Daje to specyficzny efekt rytmu odwiecznej pieśni, odczytywanej i wciąż dopisywanej do biblioteki glinianych tabliczek.
Między pradziejami a przyszłością
Świat powieści Tokarczuk ma wielu narratorów, to nie jest opowieść snuta z jednego punktu widzenia. Ten sposób narracji pisarka zapowiada na samym początku ustami Niny Szuber: „świat składa się z punktów widzenia, ja jestem jednym z nich”.
Dzięki wielości spojrzeń, wewnętrznemu systemowi opowieści-luster wciąż dochodzi do łączenia przeciwieństw – przestrzeni otwartej i zamkniętej, klaustrofobii i bezkresu. Wielkie połacie sąsiadują tu z maleńkimi prześwitami, świetlikami, przez które widać niebo, a właściwie skrawek nieba. Ogrody tworzone na każdym wolnym skrawku, i przerażające metalowe konstrukcje, wciąż sunące ze zgrzytliwym piskiem windy (także poziome, ukośne, a jakże) przedzierające się wśród plątaniny miast i światów. Tak jakby miasta niczym grzybnia huby rosły na sobie, żerowały, jakby to były nieorganiczne słoje, zapadliska odeszłych cywilizacji, a jednocześnie, każde miasto-piętro im wyżej usytuowane, tym jego świat stawał się bliższy Ojcom założycielom, swobodzie bezkresów natury, gdzie królują bogowie.
Dziwni to Ojcowie, dwuwymiarowi, zrośnięci ze swymi funkcjami jak stwory, które tworzą, a właściwie tylko projektują, bo utracili już zdolność kreowania materii ożywionej. Przypominają przeżartych rutyną urzędników. To buchalterzy, technicy komputerowi, znużeni prawodawcy zmęczeni władzą. Zapominają nawet o swojej mocy zmieniania losów świata… Przestrzegają praw, które zaprowadzili, choć w każdej chwili mogą je uchylić. Stracili „napęd”. Ale Anna In nie utraciła woli zmiany. Dlatego mierzy się ze swoją siostrą, ale i swymi Ojcami i nie ustępuje pola. Kiedy jej martwe ciało zawiśnie na haku w podziemiach, walkę w jej imieniu – aż do skutku – toczy Anna Szuber. To jej hartowi ducha Anna In zawdzięcza ocalenie. Ideał oddanej przyjaciółki.
Nieśmiertelni i ich zabawki
Ojcowie okazują obojętność, zniecierpliwienie, niechęć do interwencji. Anna In wiedziała, czym grozi wtargnięcie do świata umarłych, tłumaczą natrętnej Szuber. Tak naprawdę interesują się tylko sobą. Dopiero szantaż zmusi ich do działania, kiedy bogini Ninma, Matka Anny In zagrozi zatrzymaniem życia na ziemi i wyposaży Annę Szuber w kosz, kryjący wszystkie plagi świata.
Wtedy Enki z brudu pod paznokciami i śmieci (dosłownie!) uformuje rój sztucznych much (mini-robotów?), ani żywych, ani martwych, które ruszą na pomoc uwięzionej bogini In. Ale to spisek kobiet doprowadza do zwycięstwa nad śmiercią, choć powrót Anny In na ziemię nie będzie wcale triumfalny. Nie dlatego, że towarzyszą jej demony, a ciało nosi ślady rozkładu. Dlatego, że wróci do świata, który okaże się inny, niż jej się wcześniej wydawał. Dowie się, że nikt (prawie) nie zauważył jej nieobecności.
To ważna nauka pokory; skoro nawet potężna bogini może zniknąć i natychmiast zostać zapomniana, jaki los czeka szeregowych zjadaczy chleba? Ale dowie się też, że w potrzebie może liczyć na pomoc przyjaciółki, na współczucie matki. Na mężczyzn lepiej nie liczyć. Nawet jeśli to ojcowie. Chociaż kto wie, jak jest: „świat składa się z punktów widzenia”.

ANNA IN W GROBOWCACH ŚWIATA Olgi Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie 2019.

Noblista też obywatel

Ministerstwo Finansów przedstawiło projekt rozporządzenia, które zakłada zaniechanie poboru podatku dochodowego od laureatów Nagrody Nobla.

„Zaniechanie poboru podatku od laureatów Nagrody Nobla i Nagrody Banku Szwecji im. Alfreda Nobla jest uzasadnione interesem publicznym. Zwolnienie podatkowe stanowi wyraz podziękowania za wysiłek twórczy, zaangażowanie docenione w skali globalnej i rozsławienie Polski na arenie międzynarodowej” – czytamy w rozporządzeniu, które ukazało się na stronie Rządowego Centrum Legislacji.

Nagroda dla Tokarczuk wyniosła 9 mln koron szwedzkich, czyli ponad 3,58 mln zł, a w ocenie skutków regulacji napisano, że szacowany podatek dochodowy oraz danina solidarnościowa od laureatów Nagrody wyniósłby ok. 1,25 mln zł. Ministerstwo postanowiło zwolnić pisarkę od podatku, chociaż samo przyznaje w rozporządzeniu, że Nagroda Nobla podlega opodatkowaniu na ogólnych zasadach według skali podatkowej i ustawa PIT nie przewiduje zwolnienia od podatku tego rodzaju nagród.

Podatki są dla wszystkich

Przyznanie Nobla Oldze Tokarczuk jest niewątpliwie jej wielkim osiągnięciem, a przy okazji sukcesem wizerunkowym dla Polski. Być może dzięki nagrodzie polskiej pisarki wzrośnie w naszym kraju czytelnictwo. Przy okazji bawi irytacja prawicowych komentatorów, którzy nie lubią i nie rozumieją Tokarczuk, ale czują, że nie wypada teraz nadmiernie jej atakować (chociaż w zasadzie wyczerpali już limit takich ataków na łamach „niepokornych tygodników”).

Wszystko to jednak nie zmienia faktu, że trudno uzasadnić pański gest ministra zwalniający z podatku wybraną osobę. Nawet gdyby Tokarczuk zapłaciła 1,25 mln zł podatku, zostanie jej w kieszeni ponad 2,3 mln zł. To gigantyczne pieniądze, niedostępne dla 99,99 proc. Polaków i Polek. Kwota 3,58 mln zł to równowartość prawie 1600 płac minimalnych (120 lat pracy!).

Pielęgniarki też zwolnimy?

Ale nawet nie to jest najistotniejsze. Niezależnie od wysokości i rangi Nagrody Nobla w demokratycznym państwie prawa płacenie podatków dotyczy wszystkich obywateli, niezależnie od ich zasług. Jeżeli bowiem mielibyśmy ustalać wartość obciążeń fiskalnych w zależności od interesu publicznego danej pracy, to pielęgniarki czy nauczyciele również powinni być zwolnieni od podatku albo płacić niższe podatki niż przedstawiciele innych, mniej ważnych społecznie zawodów.

Olga Tokarczuk zyskała wielki sukces, sławę, a przy okazji olbrzymie pieniądze. Waga jej osiągnięcia nie będzie jednak mniejsza, jeżeli część środków z jej nagrody zostanie wydana na niedofinansowaną służbę zdrowia, szkolnictwo, w którym część kadry otrzymuje wynagrodzenie na poziomie płacy minimalnej, czy niemal nieobecną w Polsce opiekę senioralną.

Niech jedzą ciastka

Przeczytałem raport pokontrolny Państwowej Inspekcji Handlowej z wizyty w sklepach, którego skutkiem było kilkadziesiąt doniesień o niedopełnieniu należytej staranności przez producentów żywności, a w konsekwencji, pokaźna liczba mandatów karnych. I dobrze. Jak się ludzi tnie na jedzeniu, to trzeba bić oszustów po kieszeni.

Gorzej, kiedy mandat za zepsute ciastka nie uchroni mnie przed salmonellą.

Inspektorzy wzięli pod lupę produkty oferowane luzem, głównie pieczywo i głęboko mrożone ryby oraz skorupiaki. Ponad 60 proc. skontrolowanej żywności wzbudziło zastrzeżenia. Ciasta i ciastka miały w sobie strzępki pleśni, a te, reklamowane jako „domowe” – emulgatory, barwniki i polepszacze. Ryby nie miały pełnego opisu i zaznaczonego kraju pochodzenia. Dorsz nie zawsze był dorszem atlantyckim a krewetka tygrysia, krewetką królewską. Niby głupie głupoty, detale, życia nie odbiorą, ale uprzykrzyć mogą…

Nie oglądałem debaty prawyborczej w PO, bo i nie było sensu. Wynik starcia jest z góry przesądzony. Wybierają elektorzy na posiedzeniu Rady Krajowej, a nie członkowie partii. Gdyby wybierali wszyscy, byłoby ciekawiej, a tak, nuda. Jak w polskim filmie. Takie prawybory-nieprawybory. Żeby potem ludzie nie gadali. Jakież to polskie i dobrze znane.

Pod tym względem dużo bardziej podoba mi się postawa narodowców (nie sądziłem, że to kiedykolwiek to powiem). Wybierają zarejestrowani sympatycy, trochę jak w Ameryce. Inna sprawa, jak na polskiej ziemi wyjdzie im tych głosów zliczanie i czy nie będzie manipulacji, bo jak rozróżnić, czy ktoś jest sympatykiem prawdziwym czy malowanym. Tak czy inaczej, chłopcy i dziewczęta od Korwina i Winnickiego przynajmniej udają, jak ciastka na wagę w polskich sklepach, że na czymś im zależy. Platforma nie ma już nawet siły udawać. Grzegorz Schetyna nawet specjalnie nie kryje, że walczy nie o prezydenturę dla swojego kandydata, co o życie w partii dla samego siebie. Zastanawia mnie, czy gdyby, tak jak w Konfederacji, pozwolić sympatykom Platformy głosować w prawyborach, ktokolwiek z ulicy oddałby głos? Czy PO ma w ogóle jeszcze jakichś sympatyków?

Nie obejrzałem też przemówienia Olgi Tokarczuk w państwowej telewizji, podobnie jak Państwo. Telewizja publiczna, utrzymywana z pieniędzy podatnika, w swojej miałkości i małości postanowiła, że literacka Nagroda Nobla dla polskiego literata nie jest wystarczającym powodem, żeby pokazać je rodakom. Myślałem tak na początku. Później doczytałem, że to Szwedzi z Komitetu Noblowskiego mogli się nie zgodzić, żeby w ogóle transmitować coś do tej czy innej stacji, choć oczywiście, w większości polskich mediów, na stronach internetowych, można było prześledzić całą uroczystość na bieżąco. Ale nie na stronie TVP. We wtorek ma odbyć się ceremonia wręczenia Nagrody Nobla. Wszystko wskazuje na to, że Telewizja Polska również nie podejmie się pokazania tegoż na swoich antenach, choć bardziej doniosłego momentu trudno w historii ostatniej, polskiej pięciolatki, się doszukać. Naprawdę, nie sądziłem, że w ludziach może drzemać tyle zacietrzewienia.

Przekonałem się na własnej skórze, że milionowy tłum na festiwalu PolandRock to niewystarczające audytorium w oczach TVP, aby można było pokazać je Polsce i Polakom na żywo, ale już Sylwester i finałowy koncert z Zenkiem i Marylą-jak najbardziej. Chyba więc akcja z Tokarczuk nie powinna mnie dziwić. Ale jednak, mimo wszystko, dziwi i dziwić nie przestanie.

Nieprzewidywalność Recenzja

Zbiór tych dziesięciu opowiadań Olga Tokarczuk nazwała dziwacznie: „Opowiadania bizarne”. Po angielsku i po francusku ‘bizarre’ znaczy tyle, co dziwaczny, cudaczny, kapryśny. Tytuł może rozbudzać ciekawość czytelnika anglojęzycznego albo frankofona, ale po polsku brzmi kulawo. Może właśnie o to chodziło autorce, ale tego nie wiem. Jedno jest pewne, to przednia proza, pełna refleksji, zadumy, której jądrem jest odsłanianie dziwności naszego świata.

 

Pisarka sięga po wiele konwencji literackich, z równą biegłością posługując się prozą modelowaną na pamiętnik z czasów baroku, nowelę science fiction, opowiadanie fantasy, tradycyjną obyczajową nowelę realistyczną, horror czy mit. W każdej z tych form trzyma na wodzy ciekawość czytelnika, który niczym w dobrze skrojonym kryminale nerwowo szuka odpowiedzi na pytanie, kto zabił.

Akcja tych opowieści toczy się w rozmaitych miejscach i różnym czasie; w samolocie, na kresach wschodnich Rzeczypospolitej dręczonej potopem szwedzkim, w nieokreślonej przyszłości, którą włada ucieleśniony mit powtarzalnej ofiary Minotaura, w Szwajcarii, gdzie u boku klasztoru przygotowuje się dziwne eksperymenty na dzieciach, w świecie, gdzie medycyna dokonuje cudu „transfugacji”, czyli zmiany formy bytu, w Indiach, Tajlandii, w jakimś niby cywilizowanym, ale dzikim kraju, gdzie człowiek bez dokumentów staje się śmieciem.

Wszędzie, gdzie poprowadzi nas autorka, zdarzają się dziwne, niespodziewane wypadki, świat staje dęba albo nic nie jest takie, jak się na pierwszy rzut oka może wydawać. Tokarczuk zachęca do namysłu, do bardziej uważnego rozglądania się wokół siebie, dostrzegając wszędzie pęknięcia, rysy, szczeliny, które odsłaniają inną perspektywę oglądu świata.

Czasem opowieść rozpoczyna się banalnie, ale niech to nikogo nie zmyli. Oto jakaś kobieta (opowiadanie „Prawdziwa historia”) upada na schodach ruchomych w metrze i leży nieprzytomna, starannie omijana przez spieszących się ludzi. Tylko jeden z nich próbuje pomoc – to profesor, obcokrajowiec, który przyjechał do tego kraju na konferencję naukową. Właśnie wygłosił referat o związkach nauki i sztuki, bardzo dobrze przyjęty, a teraz zadowolony włóczył się trochę po mieście w oczekiwaniu na wieczorny bankiet w hotelu. Pochylił się nad kobietą, a kiedy zobaczył, że krwawi, podłożył jej marynarkę pod głowę i wołał o pomoc. I wtedy się zaczęło. Próbując ratować nieznaną kobietę unurzał we krwi koszulę, przywołani policjanci wzięli go za mordercę. Z człowieka niosącego pomoc w jednej chwili sam stał się ofiarą, ściganą i pozbawioną szans. Jak w gęstniejącym thrillerze jego sytuacja okaże się bezwyjściowa – za empatię płaci poniżeniem, a kto wie, czy nie zapłaci życiem.

Dziwna przypowieść, choć mieszcząca się w granicach przeciętnego doświadczenia. Więcej jednak w tych opowiadaniach sytuacji bardziej złożonych i trudnych do zrozumienia. Bo właściwe – na przykład – co sprawia, zastanawia się bohaterka „Trasfugacji”, że jej starsza siostra zapragnęła porzucić ciało człowieka i poddać się procedurze przeistoczenia? Albo dlaczego na Wołyniu pojawiają się zielone dzieci, najwyraźniej bliższe naturze niż kulturze? Tokarczuk umie to obrazowo ująć – zgodnie zresztą z zasadą wyłożoną wprost w opowiadaniu „Wizyta”: „Język, słowa tylko wtedy mają moc, kiedy stoją za nimi obrazy”. Tak właśnie jest w „Wizycie”, której bohaterka -narratorka rysuje historie obrazkowe, należąc do dziwnej rodziny złożonej z „egonów” (rodzaj klonów) w absolutnie uporządkowanym świecie, gdzie obowiązują inne reguły do tych, do których przywykliśmy. Tajemnice ich związków odsłaniają się powoli, autorka się nie spieszy, dozując sygnały, że opisuje świat inaczej ułożony, trochę żartując z żelaznych reguł prozy fantastyczno-naukowej. W wycieczkach w nieznane obszary fantazji naukowej, futurologii możemy czuć się w miarę bezpiecznie zdystansowani, ale kryje się za nimi pewien niepokój. Tokarczuk odsłania kryzys związków emocjonalnych, dojmującą samotność człowieka, zmęczenie cywilizacji, lęk o przyszłość świata, w którym ludzie będą mieli coraz mniej do zrobienia. A jednocześnie ukazuje kruchość ludzkiego życia i jego mozolnie budowanych machin obronnych – najczęściej okazują się niebezpiecznymi pułapkami.

 

OPOWIADANIA BIZARNE Olgi Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018, ISBN 978-83-08-06498-6

Głos lewicy

Protest zawieszony

Marcin Ilski z Fundacji „Polska Myśląca” komentuje zawieszenie protestu niepełnosprawnych w Sejmie:

Najbardziej przeraża mnie to, że sprawę rodziców osób niepełnosprawnych i samych niepełnosprawnych spokojnie można było rozwiązać tak, że i rządzący wyszliby na empatycznych i sami zainteresowaniu otrzymaliby to, czego zwyczajnie potrzebują. Dlaczego mnie to przeraża? Bo ważniejsza okazała się partyjna polityka, skrajna nieufność wobec intencji obywateli i wizja państwa, które obywatelami zarządza, a nie tworzy z nimi relację partnerską. No i okazało się, że rządzą nami osoby bez wyobraźni, bez umiejętności myślenia strategicznego, bez jakiejkolwiek wizji realnego, a nie symbolicznego tylko państwa dodatkowo zamknięte mentalnie w syndromie oblężonej przez wrogów twierdzy. I że nawet nie umieją one zatrudnić dobrych fachowców od negocjacji.

 

Prestiż niepatriotyczny

Czesław Cyrul tym razem komentuje życie kulturalne:

Olga Tokarczuk otrzymała prestiżową nagrodę Bookera za powieść „Bieguni”. To prawie Nobel. Ale nasza prawica rada by zapomnieć o tej postępowej pisarce. Swego czasu powiedziała, w wywiadzie telewizyjnym, że Polacy powinni swoją historię i zachowania względem mniejszości narodowych poważnie zweryfikować. Bardzo to nie spodobało się „Noworudzkim patriotom”, młodzieży chowanej na wzór nacjonalistyczno-patriotyczny z domieszką kibolstwa. Owi patrioci domagali się od władz miasta, by te pozbawiły pisarki honorowego obywatelstwa Nowej Rudy, bo jest ona tego niegodna. …Pisze za żydowskie pieniądze jest ukraińską k.. i takie tam podobne określenia kierowano pod adresem Olgi Tokarczuk. Pisarka w pobliżu Nowej Rudy ma swój dom. Nie sądzę, aby noworudzcy patrioci czytali jakieś książki pisarki, oni kierują się wytycznymi swoich politycznych mentorów. W minionym roku organizowali historyczną rekonstrukcję. Patronatem objął ją prezydent Andrzej Duda i to wiele wyjaśnia. Nie wiem czy pogratulował on pisarce tej prestiżowej nagrody.
Prawica reprezentowana w wysokiej kulturze jest dość ubogo. Zdecydowana większość twórców odcina się od obecnej „dobrej zmiany”. Ta władza marzy o kulturze na wysokie „c” z domieszką aktualnej polityki historycznej. Były takie plany, ale jakoś o ich realizacji cicho. Wyprodukowano film o Smoleńsku, ale czym prędzej schowano go do szafy. Było jeszcze kilka innych, ”słusznych” prób z podobnym skutkiem. Wrocławski Teatr Polski przejęty przez prawicowego dyrektora i popierany przez prawicowe władze popadł w zapomnienie, a był czołową sceną w kraju. I tak można sypać przykładami. W kulturze za co prawica się weźmie to to zaraz w nicość się obraca. Czy obywatelom nie zależy na dobrych książkach, dobrych filmach i spektaklach, bo widać, że choć PiS ma duże poparcie to do kultury w wydaniu tej partii obywatele się nie garną. Jest więc jakaś nadzieja, że przyszła władza, bo nie ta, będzie nagradzać twórców za dobre książki, spektakle i filmy zamiast topić pieniądze w patriotycznych jasełkach.

 

W kupie siła

Działacz lewicowy Piotr Ciszewski proponuje na Facebooku receptę na uleczenie problemów trawiących rozproszoną lewicę przed wyborami:

Mam pomysł – siądźmy wreszcie w realu i porozmawiajmy jak można by ogarnąć ekipę na zdrowych zasadach (bez gwiazdorstwa i „znanych działaczy”) i zacząć wreszcie robić jakąś zorganizowaną grupę polityczną mającą podstawy programowe i plan akcji. Nie da się skutecznie działać jako „wolne elektrony” czy też różne komitety występujące od mobilizacji do mobilizacji.
(…) Niestety, ale koalicje na wybory to trzeba było robić pół roku temu, a teraz zaraz przyjdzie sezon wakacyjny i we wrześniu wszyscy obudzą się z ręką w nocniku. W Warszawie będziemy mieli co najmniej 3 lewicowych czy okołolewicowych kandydatów na prezydenta (Ikonowicz, Śpiewak, kandytdat/kandydatka ruchów miejskich, kandydat/kandydatka SLD) i po kilka konkurujących list do rad dzielnic i rady miasta.