Bigos tygodniowy

Wicepremier do spraw bezpieczeństwa Jaro K. był bohaterem jednegoz nielicznych posiedzeń Sejmu RP w 2020.Koalicja Obywatelska i Lewica złożyły wniosek o votum nieufności wobec jego osoby. W czasie posiedzenia posłowie opozycji grzmieli o jego przewinach, z kolei Mateo w wyjątkowo wazeliniarski sposób udowadniał, że nic lepszego niż Jaro nie mogło nas Polaków i Polski spotkać. Opozycja miała rację, ale nic z tego oczywiście nie wyniknęło, bo tzw. nieubłagana arytmetyka sejmowa spowodowała, że Jaro pozostał wicepremierem i nawet dostał kwiatki od wzruszonych tym sukcesem posłanek Zjednoczonej Prawicy. Faktycznie, negatywna rola Jaro K. w życiu naszego społeczeństwa jest wielka, bardzo wielka. Jednak należy zauważyć, że nie działa on sam, otaczają go chmary wyznawców, którzy czasem bezrefleksyjnie, czasem cynicznie, realizują jego, niejednokroć od czapy, pomysły. Skąd się bierze ten czar nielubiącego bliźnich i świata człowieka? Czy tak naprawdę o czar tu chodzi, czy może o umiejętność skupienia wokół siebie określonego typu ludzi, którzy aby funkcjonować muszą mieć mentora, choćby kieszonkowego?

*****

W Brukseli toczone były negocjacje w sprawie budżetu Unii Europejskiej 2021-2027 i Funduszu Odbudowy. Zgodnie z początkowym planem mieliśmy zgarnąć niezły kawałek eurotortu, ale „nasi” zaczęli brykać, bo ci dziwni Europejczycy, przedstawiciele 25 krajów, chcieli powiązać szmal z praworządnością. ”Nasi” buńczucznie, przy wsparciu Viktora O. z bratnich Węgier, zapowiedzieli veto, rujnujące plany naszego i innych krajów. Niedługo trwali w tym zamiarze, bo zaczęły napływać niesympatyczne informacje, że Bruksela się wściekła i możemy dostać figę z makiem z Funduszu Odbudowy i jakieś ochłapy z budżetu. Rozpoczęły się gorączkowe rozmowy na linii Warszawa-Budapeszt, które przy udziale Berlina, ostatecznie pozwoliły na wypracowanie kompromisu, polegającego na wyjście z tej sytuacji i z kasą i z twarzą, a właściwie z jej resztką. I tak rozporządzenie wprowadzające mechanizm wiążący pieniądze z praworządnością opakowano w ”Konkluzje interpretujące”, co spowodowało, że Mateo wycofał się rakiem ze swoich planów zawetowania budżetu. Następnie wrócił do kraju i ogłosił sukces negocjacyjny. Ziober i jego kompani, którzy wzywali do veta albo śmierci, fundamentalnie nie zgadzają się z tym przekazem, negując sukces negocjatora. I ciekawe było, co w tej sytuacji zrobią? Wyjdą ze Zjednoczonej Prawicy? A jeśli tak, to dokąd pójdą, ściślej do kogo? I co będzie z tymi miłymi fruktami władzy, które tak cieszą, a które trzeba by było porzucić? Otóż wszystko stało się jasne już w sobotę, zebrali się na tzw. zarządzie i łaskawie uradzili, że jednak zostają w koalicji i Ziober i Kowalski i wielu innych, ale będą kontestować przyjęte przez Mateo rozwiązania. I ciekawe, jak w tej sytuacji Mateo zamierza rządzić?

*****

Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego poinformował, że w 2019 roku w niedzielnych mszach uczestniczyło 36,9 % wiernych, 16,7% z nich przystępowało do komunii, zaś 87,6% uczniów uczestniczyło w lekcjach religii w placówkach edukacyjnych. Suchy komunikat nie podaje przyczyn tego stanu rzeczy, ale nie ulega wątpliwości, że Kościół Katolicki w Polsce jest w ciężkim kryzysie, a 2020. przyniesie jeszcze gorsze dane. Stanowisko zajmowane przez część wcale niemałą polskich biskupów i księży, choćby w sprawie pedofilii, pełne buty, braku szacunku dla ofiar przestępców w sutannach, walnie się do tego przyczyni.

*****

7 grudnia 2020r. koncern Orlen, kierowany przez Daniela Obajtka, ogłosił, że kupuje 100 % udziałów w grupie Polska Press. W tej grupie jest 20 dzienników regionalnych, 120 lokalnych tygodników i 500 portali internetowych, które codziennie czytuje około 17 milionów osób. Nie ulega wątpliwości, że PiS kupując od Niemców Polska Press rozpoczął akcję „repolonizacji mediów”. Ma do zaoferowania liczne stanowiska redaktorów naczelnych, ich zastępców, naczelnych portali internetowych, szefów oddziałów regionalnych, szefów drukarni. Te wszystkie stołki będą dla swoich, którzy sumiennie i z pasją zrealizują linię partii, stając się po TVPiS kolejną tubą propagandową, która zostanie przez pisowskich sztabowców cynicznie wykorzystana. Towarzystwo Dziennikarskie zamierza monitorować zwolnienia pracowników mediów zakupionych przez prezesa Daniela, deklarując nagłaśnianie takich przypadków i pomoc prawną. Bigos tygodniowy będzie bacznie obserwował rozwój sytuacji na rynku mediów, bo już jest niepokojąco groźna, a jak się zdaje sektor energetyczny nie powiedział ostatniego słowa.

*****

Dworczyk Michał ogłosił, że w naszym kraju w ramach Narodowego Programu Szczepień w 8319 zespołach wykonujących szczepienia będzie można zaszczepić 3,4 mln obywateli miesięcznie. W jaki sposób minister Dworczyk obliczył tak gigantyczną liczbę szczepionych? Nie wiadomo, bo póki co do opinii publicznej docierają alarmujące informacje o braku wykwalifikowanej kadry, gotowej wykonać to zadanie, o niedostatecznym technicznym wyposażeniu punktów szczepień, w tym braku chłodziarek niezbędnych do przechowywania preparatu firmy Pfitzer. W tej sprawie nie wystarczy być przekonanym, że jakoś to będzie i przedstawić w połowie grudnia strategię NPS, w tej sprawie wszystko musi zadziałać jak szwajcarski zegarek, bo dotyczy zdrowia i życia obywateli. Problem jest palący, bo Mateo obiecuje start NPS w styczniu 2021r.

Flaczki tygodnia

PiS ocalił węgierskich złodziei. Oligarchów Wiktora Orbana, którzy miękko w gaciach mieli, bo ukradli Węgrom pieniądze ze wspólnego budżetu Unii Europejskiej. Spryciarz z tego Orbana. Na Węgrzech ma swoich Szajerów, a w Polsce frajerów.

Warto przypomnieć, że węgierscy złodzieje, okradający nasz wspólny budżet Unii Europejskiej, kradną również nasze, polskie pieniądze. Dlatego oligarchowie PiS osłaniając bratnich złodziei działają też na szkodę Polek i Polaków.

„Flaczki” będą teraz cierpliwie obserwować wygibasy braci Karnowskich, Tomasza Sakiewicza, Jacka Kurskiego i innych propagandowych szczujów prześcigających się w opiewaniu „Wiktorii brukselskiej” pan premiera Morawieckiego. Ale aby sprawiedliwości stało się zadość, trzeba też odnotować jedno zwycięstwo pana premiera. Przegrana Morawieckiego w Brukseli, to jednocześnie jego wygrana z panem ministrem Ziobro w krajowych partyjnych rozgrywkach.

O brukselskiej klęsce pana premiera otwarcie mówi pan minister Ziobro, lider Solidarnej Polski. Twierdzi, że wynegocjowane „konkluzje” do rozporządzenia Rady Europejskiej nie są dokumentem prawnym. Co oznacza, że oligarchia PiS nadal może być karana finansowo i politycznie za łamanie praworządności w Polsce przez praworządnych partnerów z naszej Unii Europejskiej. Zwrócił na to też uwagę Donald Tusk. Pierwszy raz od wielu lat pan minister Ziobro i Donald Tusk zgodzili się ze sobą.

Czas teraz zaprezentować istotę brukselskiego kompromisu. Nie było obiecywanych polskich i węgierskich wet do budżetu, bo w efekcie niemieckiej mediacji powstały „konkluzje” na które radośnie zgodzili się pan premier Morawiecki i Wiktor Orban. W konkluzjach nie znalazły się żadne poprawki do rozporządzenia o mechanizmie praworządności. Zaproponowano jedynie warunki pod jakimi będzie można go stosować. Po pierwsze Komisja Europejska będzie miała dwa lata na ewentualne wstrzymanie niekorzystnego dla państwa członkowskiego wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Po drugie dodano zapis, że „Rada Europejska będzie dążyła do wypracowania wspólnego stanowiska”, kiedy ukarany kraj będzie chciał przedyskutować stawiany mu zarzut. Czyli wzmocniono prawo oskarżonego państwa do obrony. I wreszcie ustalono, że karanie za łamanie prawa będzie miało zastosowanie wyłącznie do nowego budżetu UE na lata 2021-2027 oraz do nowego funduszu odbudowy. To oznacza, że rozliczanie wcześniej otrzymanych z naszej Unii pieniędzy, nie będą mu podlegały.

Od samego początku, czyli od lipca 2020 roku, spór PiS z UE na temat mechanizmu praworządności miał dla oligarchii PiS jedynie wymiar symboliczny. Ale i tak nie udało im się zmienić w spornym rozporządzeniu ani przecinka. Pozostała tam kwestionowana przez nich ściśle określona definicja praworządności i jej przestrzegania. Niczego, poza propagsndową, nieskuteczną „walką o suwerenność”, politycy PiS nie zyskali.

Na polskich szantażach zyskali za to oligarchowie węgierscy. Od kilku lat toczący spór z UE o poważne zarzuty złodziejstwa podczas wydatkowania wspólnotowych funduszy. To węgierskim złodziejom groziło realne i natychmiastowe zastosowanie mechanizmu praworządności. Dlatego już sam zapis o możliwości zakwestionowania przed TSUE decyzji Komisji Europejskiej daje orbanowskim złodziejom dwa lata spokoju. Jest też wielkim zwycięstwem premiera Orbána, bo w 2022 roku będzie miał kampanię wyborczą i starał się o przedłużenie swej władzy.

Premier Orbán i jego sługa pan premier Morawiecki zapowiedzieli już, że zwrócą się do TSUE z zapytaniem negującym stosowania mechanizmu praworządności w sporach o wydawanie pieniędzy z naszego budżetu UE. Tak to Polska po raz kolejny staje się wasalem węgierskich złodziei.

„Panie Ministrze Sprawiedliwości Zbigniew Ziobro! Dziękuję jako Polka i matka za obronę naszej Ojczyzny przed poniewierką, upokarzaniem i łajaniem przez Niemców, Holendrów, Francuzów i innych. Właśnie uroczyście oddaliśmy suwerenność pod rządy obcych państw – z uśmiechem, oprawą PR-ową i ku radości tych, którzy nigdy Polski nie mieli w sercu. Ale „Jeszcze Polska nie zginęła” dopóki są tacy jak Pan. Widzimy już, że „przemysł pogardy” Pana dopadł i poniewiera. Zapewniamy, że razem z Panem będziemy wiernie stać na straży niepodległości Polski i zniesiemy każde upokorzenie. Dla naszej Ojczyzny i przyszłości dzieci – warto”, pisze z Brukseli euro deputowana PiS pani Beata Kempa.

„Veto albo śmierć!”, wzywał pan minister Janusz Kowalski na Twitterze już w lipcu tego roku. A potem powtarzał to hasło wielokrotnie, ostatnio podczas konferencji prasowej w listopadzie. „Niemcy chcą skolonizować Polskę. Nie mam co do tego żadnej wątpliwości. W czasie pandemii Niemcy chcą złamać traktat i bezprawnie odebrać nam suwerenność” –tweetował 11 listopad wspierając swego wodza, pana ministra Ziobrę. Jeszcze 10 grudnia zdążył sflekować panią poseł PiS, która skrytykowała stanowisko pana ministra Ziobry dotyczący weta. „Może Jadwiga Emilewicz nie wie, co to są „konkluzje” Rady Europejskiej. To nie jest prawo – to wyłącznie stanowisko polityczne”, bił bez pardonu koalicyjną miękiszonkę.

Teraz wiemy, że weta nie będzie. Co teraz uczyni pan minister Janusz Kowalski? Wybierze honorowe rozwiązanie? Popełni samobójstwo jak przedwojenny oficer?
Nie oczekujcie tego od notorycznego kłamcy.

Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało. I znów Ziobrowcy, pomimo licznych upokorzeń, pozostali w koalicji rządzącej. Bóg, honor, kasa. Kasa przede wszystkim.

„Kto jest polskim Józefem Szajerem?”, pytanie zadane tu niedawno nie znalazło jeszcze odpowiedzi. Ale pewne znaki na prawicowym niebie sugerują, że taka odpowiedź padnie. Czeka tylko na odpowiedni moment w przyszłych sporach oligarchów PiS z buntownikami Solidarnej Polski.

Sushi con carne

Przecieki z okolic Nowogrodzkiej pokazują, że kuluary polsko-węgierskiego veta wyglądały nieco inaczej niż się powszechnie sądzi. Dowodzi tego ostatnia wizyta Orbana, ta z zamaskowanym po czubek oczy Kaczyńskim. Orban przyleciał, bo nasi zaczęli się za jego plecami dogadywać z prezydencją niemiecką.
Niemcy wyciągnęli bowiem na stół coś, z czego upojeni narracją suwerennościowo-ideologiczną Kaczyński z Morawieckim nie wiedzieli. Dostali więc teczkę z wynikami unijnego śledztwa dotyczącego rozdysponowywania unijnych funduszy na Węgrzech. Załącznikiem do teczki było pytanie, czy partia nazywająca się Prawo i Sprawiedliwość chce mieć dorobioną przez europejskie media twarz obrońcy złodziei i łapówkarzy.
W teczce było o firmach związanych z rodziną węgierskiego premiera, które zarobiły w ostatnich latach dziesiątki milionów euro, głównie dzięki inwestycjom finansowanym z unijnych funduszy. Jak spółka Dolomit, której prezesem by ojciec premiera Győző a także firmy transportowe Arona i Gyozo jr. – braci Viktora Orbana.
Było o finansowanym przez UE 100 mln euro projekcie budowy systemu oczyszczania ścieków w Erd. Firma zarejestrowana przez Gyozo Orbana nie uczestniczyła w żadnym przetargu, ale dziwnym trafem stała się dostawcą kamieni i cementu dla głównych wykonawców – firm związanych z przyjaciółmi premiera Orbana. Współpraca zaskoczzyła, mimo iż oferta Dolomit była ok. 30 proc. wyższa od propozycji konkurencji.
Inne kwity dotyczyły budowy systemów kanalizacji w Budapeszcie, a także cementowni i stacji kolejowych w innych miejscowościach. Tylko w latach 2010-17, czyli za rządów Orbana Dolomit, największa z rodzzinnych firm, zaliczyła wzrost przychodów o 330 procent, a przyrosty zysków były nawet kilkunastokrotne.
Podobnych kwiatków było w unijnych materiałach kilkanaście. Plus wyliczenie, że liczba nieprawidłowości w wydatkowaniu europejskich funduszy na Węgrzech dziesięciokrotnie przekracza średnią unijną.
Najgorsze jednak dla Brukseli było to, że dzięki opanowaniu węgierskiego sądownictwa przez Fidesz, żaden tamtejszy są nie zrobił z tymi fantami nic. Każda skarga odbijała się od obranowskiego wymiaru sprawiedliwości jak od ściany.
Polskie przewiny Kaczyńskiego, Ziobry i Morawieckiego w stosunku do sądownictwa, to przy przegięciu węgierskim, były małym Pikusiem. Na nasze tłumienie praworządności i demokracji były sklonne przymknąć oko nawet Holandia, czy Dania. Nie wiązało się to bowiem z okradaniem tamtejszych podatników.
Dowody te przekonały wierchuszkę Zjednoczonej Prawicy do złagodzenia stanowiska i próby dopracowania definicji praworządności, tak aby dotyczyła wyłącznie kwestii związanych z aferami w rozdziale unijnych środków. Na to zgadzali się wszyscy.
Z wyjątkiem Viktora Orbana. Ten przyleciał i jedyne co wywalczył, to kilka detali w definicjach rozliczania unijnych dotacji.
O suwerenności, brukselskim kołchozie i nowym RWPG premier Węgier na spotkaniu z Kaczyńskim i Morawieckim nie wspominał. Ale ponieważ szefostwu PiS Wegry jeszcze się na forum europejskim przydać mogą, to udawano, że wszystko jest cacy jak zwykle.
Gdy oddajemy Trybunę do druku, nie znamy wyników uzgodnień brukselskich. Nie wiemy więc czy odpuszczenie praworządności w Polsce przez Unię przeszło.

A gdyby przeszło, to znaczyłoby, że bezczelność PIS rządzi. Chyba, że to nie bezczelność, ale głupota. A rzecz w tym, że trzy dni przed negocjacjami premiera w Brukseli ogłoszono, że państwowy, czyli należący do PiS Orlen, za 120 mln zł kupił od Niemców całą polską lokalną prasę wraz z przyległymi portalami internetowymi.
Podanie takiej informacji, gdy wiadomo, że Unia jest cięta na Orbana, za przekręty ale i likwidację wolnych mediów, a na nas za TVP i sądy była albo więc bezczelnością, albo głupotą. Bo nawet największy europejski miłośnik Kaczyńskiego w Brukseli nie mógł nie zauważyć, że to kolejny krok do całkowitego podporzadkowania Polski partii Kaczyńskiego. Krok jak widać skuteczny, bo Bruksela na przejęciu przez PiS kolejnych mediów nawet się nie zająknęła.
Wynikałoby z tego, że PiS wie, że prawdziwe miękiszony są właśnie w Brukseli. Gdyby nie byli tego świadomi, to w obawie, przed usztywnieniem stanowiska negocjacyjnego, kazanoby prezesowi Orlenu Obajtkowi poczekać z ogłoszeniem przejęcia tytułów, do powrotu z Brukseli. Bo po co drażnic misia?
Miś ma jednak Polskę i jej władze głęboko gdzieś, w przeciwieństwie do chęci bezproblemowegouchwalenia budżetu i wspólnego zaciągnięcia 750 miliardów euro na ratowanie gospodarek.
Widać Bruksela stosuje stare chińskie powiedzenie, żeby nic nie robić i czekać, aż zwłoki wrogów same spłyną z nurtem rzeki.

Bigos tygodniowy

Część stacji telewizyjnych pokazała wicemarszałka Sejmu Włodzimierza Czarzastego, jak z powagą, zza maseczki, opowiadał o najważniejszej decyzji Dudy w drugiej kadencji. Łamiącym głosem, nieomal ze łzami w oczach dziękował mu za otwarcie możliwości poszusowania na Podhalu, ale nie tylko. Dla przypomnienia Gowin, wicepremier z Krakowa, kilka dni wcześniej poinformował publikę, że stoki narciarskie będą zamknięte, ze względu na szalejącą pandemię. Jak się okazało tylko mu się tak wydawało, żartował. Z rozkoszną szczerością przyznał na oczach i uszach telewidzów, że zadzwonił do niego Duda i oświadczył stanowczo, że w żadnym razie nie zaakceptuje zamknięcia stoków. I proszę, stoki narciarskie będą otwarte mimo szalejącej pandemii. Byłoby śmiesznie, gdyby nie było strasznie.


Nie tylko Marszałek Czarzasty zauważył wiekopomną decyzję pierwszego narciarza RP. Odezwał się Terlecki Ryszard, kiedyś wolny człowiek z Krakowa, dzisiaj niefajny pisowski wicemarszałek Sejmu, choć trzeba przyznać, że czasami szczery. Nie ukrywał, że Duda jest „miłośnikiem narciarstwa, więc zrozumiałe, że jest zainteresowany tym, żeby wyciągi działały”. Lud walczy o przetrwanie, ciężko jest, ale zawsze dzięki Dudzie może sobie wyskoczyć rankiem na relaks w góry, a wieczorkiem ściągnąć do domu, bo w górach hotele, tak jak w całej Polsce, zamknięte.


Dzielna policja państwowa ścigając groźnych bandytów, w osobach między innymi studentów, uczestniczących w demonstracji Strajku Kobiet wdarła się na teren Politechniki Warszawskiej. Rektor uczelni prof. Krzysztof Zaremba zażądał pilnych wyjaśnień od Komendanta Stołecznego Policji nadinspektora Dobrodzieja Pawła, zwracając uwagę, że takich aktów naruszeń autonomii uczelni nie notowano od wielu lat. Ten aspirujący podobno do roli pierwszego policjanta RP funkcjonariusz wydał z siebie pismo, z którego treści wynika że:”Policjanci, którzy dostali się na teren Politechniki Warszawskiej opuścili go niezwłocznie po tym, gdy zostali poinformowani o fakcie przebywania w jej obrębie. Nie zmienia to faktu, że taka sytuacja nie powinna mieć miejsca”. No, cóż święta prawda panie Dobrodzieju, tylko dlaczego policjanci w ogóle wchodzili na teren uczelni, czyżby mieli braki w wyszkoleniu? A gdzie byli dowódcy tej udanej akcji, czyżby też mieli braki w wyszkoleniu? Bo przecież trudno uznać, za nieocenionym rzecznikiem KSP Marczakiem Sylwestrem, że to nieznajomość topografii spowodowała ten skandaliczny najazd na teren uczelni i pogwałcenie prawa.


Pandemia trwa, umierają pacjenci, ale umierają także medycy. W minionym tygodniu podano, że w czasie zarazy zmarło już 43 lekarzy, 32 pielęgniarki, 6 dentystów, 3 farmaceutów, 2 ratowników medycznych i 2 położne. Lista nieobecności budzi grozę, a uniki pisowskiej władzy nie chcącej płacić godziwie przedstawicielom służby zdrowia, walczącym o nasze zdrowia na pierwszej linii, oburzenie. Czy naprawdę państwa polskiego, które według rządzących jest potęgą gospodarczą, mogącą sobie poradzić choćby bez unijnych funduszy, nie stać na to, aby ludziom codziennie ryzykującym życie i zdrowie, po prostu uczciwe płacić?


Europa przygotowuje się do rozpoczęcia szczepienia na Covid -19. W tym tygodniu szczepienia zaczęli Brytyjczycy, w drugiej połowie grudnia szczepienia zaczynają Francuzi, Niemcy będą szczepić od połowy stycznia 2021 roku. A my? No cóż, najpierw z ust Mateo naród usłyszał, że 18 stycznia 2021r. zaczynamy Narodowy Program Szczepień (NPS), ale nie minął nawet tydzień i koncepcja się zmieniła, teraz szczepienia rozpoczniemy na przełomie stycznia i lutego 2021 roku. Trudno jakoś w to uwierzyć, tym bardziej gdy zerknie się na nielubianego sąsiada z zachodu. Niemcy już w październiku mieli precyzyjne plany odnośnie przeprowadzenia styczniowej akcji. My-dumni Polacy natomiast jesteśmy w przysłowiowym proszku, nie mamy tak naprawdę żadnego planu, bo i po co? Chłodziarki, w których ma być przechowywany preparat kupi się od handlarza bronią, tylko jak załatwić lekarzy i pielęgniarki w liczbie skromnie licząc kilkudziesięciu tysięcy osób gotowych wykonać NPS, gdy medycy urobieni są po pachy przy zarazie? E, tam, coś się wymyśli, jakoś to będzie, bo Polak potrafi.


W Toruniu odbyła się uroczystość z okazji 29.rocznicy powstania Radia Maryja. Jak wynika z relacji w telewizji Trwam, uroczystości były skromniejsze niż w latach minionych, nie odnotowano zbiorowych pląsów, choć liczba uczestników mszy była znaczna. Nie to jednak przyciągnęło uwagę obserwatorów. Okazuje się, że redemptoryści za nic mają obostrzenia epidemiologiczne, wprowadzone przez państwo, limity osób mogących przebywać w kościele, odległości pomiędzy uczestnikami ceremonii, maseczki. Po prostu w tym zgromadzeniu zakonnym przepisy ważne w czasach zarazy, nie przyjęły się. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że w uroczystościach brał udział oberprokurator Ziobro, ale jak się zdaje nic nie widział. Nieoceniona Joanna Scheuring-Wielgus (Lewica) zapowiedziała złożenie zawiadomienia do prokuratury, z żądaniem przeprowadzenia w tej sprawie dochodzenia. Ciekawe, czy prokurator poprowadzi sprawę i ciekawe jak ją skończy? Umorzeniem? I co na to toruński sanepid?


„Biskup Edward Janiak to współczesny męczennik mediów” miał powiedzieć Rydzyk w czasie mszy rocznicowej w Toruniu, o skompromitowanym tuszowaniem afery pedofilskiej hierarsze Kościoła Katolickiego. Dla przypomnienia w październiku 2020r. Watykan przyjął rezygnację Janiaka z urzędu biskupa kaliskiego i nakazał mu przebywanie poza diecezją. Sprawa zatem jest arcypoważna i z medialnym męczeństwem biskupa nie ma nic, ale to nic wspólnego, a wygłaszanie przez Rydzyka takich oświadczeń oburza i obraża ofiary pedofili w sutannach.


Dzisiaj ważny dzień w Brukseli, nasz Mateo z wiernym przyjacielem Viktorem O. stanie naprzeciw szefów 25 państw Unii Europejskiej i będzie się bić o budżet na lata 2021-2027 i Fundusz Odbudowy. Nie jest wykluczone, że cwany Viktor w ostatniej chwili pryśnie na z góry upatrzone pozycje, zostawiając naszego Mateo na placu boju. Wiadomo Polak lubi się bić, choć nie zawsze wiadomo o co. Unia wydaje się być zirytowana postawą Polski i Węgier, blokujących powiązanie wypłat z nowego budżetu i Funduszu Odbudowy z praworządnością. Jak wieść niesie, przygotowywane są awaryjne rozwiązania, które mogą doprowadzić do powstania Funduszu Odbudowy dla 25 krajów, z pominięciem Polski i przyjęcia prowizorium budżetowego, oznaczającego znacznie mniejsze wypłat na naszą rzecz. To naprawdę to nie są żarty, już za chwilę wszyscy możemy stracić kupę kasy, jakże potrzebnej w tej covidowej rzeczywistości choćby przedsiębiorcom czy służbie zdrowia. Czy naprawdę nas stać na taką pokazówkę na unijnym forum? I kto odpowie za tę piękną katastrofę, jeżeli faktycznie Mateo krzyknie veto?

Zgulaszowane bratanki

Łukaszenka i Kaczyński, od Orbana dowiedzieli się, że takimi bzdurami jak demonstracje, nie ma się co przejmować.

Orban miał szczęście. Po tym jak w 2006 r. socjalistyczny rząd Węgier przyznał, że kraj jest niemal niewypłacalny, przyszedł czas, kiedy władza musiała coś z deficytem zrobić. Przez 4 lata robiła to tak jak wszędzie. Zamrożenie płac w budżetówce, cięcia socjalne i podnoszenie podatków. To jeszcze i tak nic, bo w 2008 roku wybuchł światowy kryzys i wciąż socjalistyczny rząd musiał Węgrów cisnąć jeszcze bardziej.
Idol Kaczyńskiego
Dlatego nie było zaskoczeniem, gdy po wyborach 2010 roku koalicja Orbana uzyskała ponad 2/3 głosów w Parlamencie. Węgierski suweren miał po prostu dość. Orban dawał szansę na wyjście z finansowej kaszany. Ludzi nie interesowało, jakie hasła polityczne miał wypisane na sztandarach. Zwłaszcza, że wcale ich wiele nie było. Partia Fidesz odnosiła się głównie do gospodarki. Przemiaukiwano co prawda, że trzeba zrobić porządek z ustawami, ale miało to służyć wyłącznie usprawnieniu działań ekonomicznych i spowodowaniu – uwaga – żeby było sprawiedliwiej.
Zaczęto od odpraw w firmach należących do państwa. W październiku wprowadzono od nich 98-procentowy podatek i to taki który miał działać wstecznie, bo od stycznia. Nie pasowało to Trybunałowi Konstytucyjnemu. No to Orban wprowadził w konstytucji zmianę uniemożliwiającą Trybunałowi Konstytucyjnemu unieważnianie w przyszłości ustaw okołobudżetowych.
Miłośnicy demokracji się wściekli. Na ulice wyszło ponad 100 tys. osób. Całkiem jak u nas. Co zrobił w związku z tym Fidesz? To co Kaczyński. Nie zwrócił na protesty uwagi. A ponieważ miał większość konstytucyjną, to skoncentrował się na pisaniu nowej ustawy zasadniczej. Takiej zaczynającej się pierwszymi słowami hymnu węgierskiego „Boże, pobłogosław Węgry”.
Idol rynków
Oprócz tego Orban robił coś, co każdego suwerena zabolałoby mocno. Wydłużył wiek emerytalny dla obu płci do 65 lat, zlikwidował 13-te emerytury i 13-te pensje w sektorze publicznym. Żeby tam, ograniczył prawo do strajku, pozwolił na zmniejszenie wynagrodzeń przy wydłużonym czasie pracy, zmniejszył wynagrodzenia za godziny nadliczbowe i ograniczył zasiłki socjalne. Obniżył też podatki PIT i CIT. Dzięki czemu zyskali najwięcej zarabiający i podniósł do 27 proc. VAT, co z kolei powodowało, że po kieszeni dostali najbiedniejsi. Nie odczuli tego jednak, bo równocześnie, w 2011 r. wprowadzono kwotę wolną od podatku uzależnioną od liczby dzieci. I jak ktoś miał jedno lub dwoje dzieci, to miesięcznie zyskiwał ok. 140 zł. Zyski tych, którzy mieli co najmniej trójkę wynosiły zaś ok. 470 zł miesięcznie. A ponieważ z ulgi mogli korzystać, ci co pracowali i płacili podatki, to Węgrzy zamiast kombinować szmalec pod stołem, jak w przypadku naszego 500 plus, do roboty się garnęli. Bo wszak Orban ma szczęście i to większe niż Kaczyński. Nie musiał kupować sobie głosów wsi, która PIT nie płaci i nie był po słowie z zaprzyjaźnionymi związkowcami, którzy chcieli, żeby wiek emerytalny był taki, jak pół wieku wcześniej.
No i oczywiście, żadna z orbanowych reform ekonomicznych ludzi na ulice w akcie protestu nie wyganiała.
Kto by chciał walczyć z podatkami nałożonymi na sektory gospodarki, które były w rękach kapitału zagranicznego? Komu przy zdrowych zmysłach – oprócz neoliberałów – nie spodobałaby się narracja Fideszu, że silna władza państwowa nadzorująca strategiczne działy gospodarki jak banki, sektor energetyczny, czy paliwowy i stwarzająca preferencje dla krajowych przedsiębiorstw, sprzyja szybkiemu wzrostowi gospodarki? A że preferencje były dla niektórych firm krajowych i to tylko tych zaprzyjaźnionych z politykami Fideszu? Znakomitej większości suwerena to latało i powiewało. Tak samo jak zatrważający – zdaniem ekonomistów – spadek ocen jakości instytucji wpływających na konkurencyjność gospodarki, takich jak ochrona prawa własności, zakres konkurencji na rynku krajowym, niezależność wymiaru sprawiedliwości czy faworyzowanie przez władze wybranych podmiotów gospodarczych.
A najśmieszniejsze, że te oceny speców od gospodarki mieli głęboko gdzieś inwestorzy zagraniczni, zaś dla światowych instytucji finansowych, na które Orban się przecież wypiął, jego sukcesy w walce z deficytem finansów publicznych zaczęły budzić zachwyt.
Idol statystycznego obywatela
W latach 2010-2014 uchwalanie 90. ustaw – od wniesienia projektu do przegłosowania – trwało na Węgrzech nie dłużej niż tydzień. W przypadku 13. ustaw, procedowanie parlamentarne kończyło się najpóźniej następnego dnia od wniesienia projektu. Jak choćby węgierską ustawę medialną, dzięki której Fidesz nie musi się borykać z jakąś Agorą, czy TVN-em. Tyle, że ataki na wolności obywatelskie zawsze wyciągały na ulice tysiące demonstrantów. Ale tylko przez 8 miesięcy. Z powodu niezwracanie na nie przez rządowe media i te zaprzyjaźnione z rządem – uwagi, frekwencja w nich spadała.
Ale w 2012 roku wzrosła. W Budapeszcie znowu doliczono się 100 tys protestujących. Tym razem przeciwko uchwalonej przez Fidesz konstytucji. Orban nie tylko to zignorował, ale postanowił z demonstrującymi popogrywać. I dlatego w kolejnych dwóch latach wprowadzał do ustawy zasadniczej kilka poprawek. Każda z nich była przyczynkiem do demonstrowania. Przy ostatniej doliczono się ledwie 3 tysięcy protestantów. Ludziom, nieprzynoszące niczego demonstrowanie, zwyczajnie się znudziło.
Zwłaszcza, że Fidesz tak pokombinował w konstytucji, że zmiana uchwalonego przez obecną władzę prawa, nie będzie prawnie możliwa. Wymagać ma bowiem co najmniej 2/3 głosów w Parlamencie. W wyborach, do którego też zresztą zmieniono zasady gry wyborczej.
Przed wyborami parlamentarnymi w 2014 r. Fidesz zmniejszył liczbę posłów z 386 do 199, zredefiniował okręgi wyborcze, i ograniczył proporcjonalność systemu wyborczego. No i choć uzyskał w 2014 roku 8 proc mniej głosów niż 4 lata wcześniej, to miał tylko o 1,3 proc mniej mandatów. Choć i tak więcej niż konstytucyjne 2/3. Mimo, że na partię Orbana głosowało niecałe 45 proc. Węgrów.
Pół roku po tych wyborach węgierski rząd wpadł na pomysł opodatkowania internetu, konkretnie – transferu danych w sieci. Zaczęła się jazda, jakiej Orban nie przewidział. Setki tysięcy demonstrantów przez parę dni. Więcej niż przy jakiejkolwiek reformie, czy konstytucji. Ale ponieważ, za protestami nie stała żadna partia opozycyjna, to premier Węgier od podatku odstąpił i nadymał się w mediach, że to przecież normalne, bo suwerena trza słuchać. Efekt jest prosty – Fidesz zyskał, opozycja zaś – jak zwykle.
Faworyt Putina
I gdy miesiąc później wezwała Węgrów do protestu przeciwko korumpowaniu przez rząd urzędników i prowadzeniu polityki zbliżenia z Rosją, to tylko organizatorzy doliczyli się 10 tys. uczestników.
W lutym 2016 znów po Budapeszcie przespacerowało się 10 tys osób. Tym razem nie podobała im się reforma szkolnictwa. Ale za to w kwietniu 2017 na okoliczność zamknięcia uczelni Sorosa, suweren zareagował 80 tys. demonstrantów.
Po tegorocznych, kwietniowych wyborach, znowu demonstrowano. I znowu frekwencja sięgnęła dziesiątek tysięcy osób. Tyle, że tydzień wcześniej partia Orbana zdobyła prawie 50 proc. głosów przy prawie 70-procentowej frekwencji, co dało jej po raz kolejny konstytucyjną większość.
Tuptanie i wykrzykiwanie antyorbanowskich haseł węgierski wyborca ma widać gdzieś. Jemu wystarczy świadomość, że od kiedy rządzi Orban bezrobocie spadło z 11,4 do 3,8 proc. W tym czasie dług publiczny spadł o 6 punktów procentowych, a deficyt budżetowy jest niższy o połowę. A przy tym wszystkim PKB wzrosło Węgrom z 0,7 do 4 proc. w 2017 roku. I nawet płace w tym czasie wzrosły o ponad 10 proc.
Madziar wie też, że nad Dunajem Volkswagen produkuje Audi, a Deimler Mercedesa. I że Opel też tam jest. I wcale węgierskiemu suwerenowi nie przeszkadza, że Putin sprzedaje mu korzystnie gaz w zamian za poparcie dla gazociągu South Stream, a rosyjski kapitał zaangażował się w budowę elektrowni atomowej na Węgrzech.
Po plajcie sprzed lat, Węgier naprawdę potrafi docenić swoją małą stabilizację. Oraz jej twórcę i gwaranta – Victora Orbana.

Cień dyktatury nad Budapesztem

,,Tak umiera wolność. Wśród burzy oklasków…” – ta trafna uwaga pada z ust bohaterki sagi Gwiezdnych Wojen Padmé Amidali, kiedy demoniczny kanclerz Palpatine, przy entuzjastycznej aprobacie zmanipulowanego senatu nadaje sobie specjalne uprawnienia i przekształca Republikę w Imperium Galaktyczne, poddane jego niepodzielnej władzy. Treść jej słów oddaje trafnie nie tylko zdarzenia ,,dawno dawno temu w odległej galaktyce”, ale również to, co stało się na naszych oczach – w poniedziałek, 30 marca, w Europie Środkowej, w przepięknym gmachu węgierskiego parlamentu.

Węgierscy deputowani większością 2/3 głosów (137 do 53) przyjęli ustawę przyznającą premierowi Viktorowi Orbanowi bardzo szerokie nadzwyczajne pełnomocnictwa. Po uchwaleniu posłowie Fideszu i inni sympatycy Orbana uczcili nawet szefa rządu gromkimi oklaskami na stojąco. Jako oficjalne uzasadnienie tych działań podano konieczność walki z koronawirusem oraz zapewnienie ,,sprawnego funkcjonowania państwa” w czasie epidemii. Wystarczy jednak choćby rzucić okiem na wprowadzone zmiany, by bez problemu zrozumieć ich prawdziwy cel – ostateczne ugruntowanie niepodzielnej dyktatury Orbana i jego Fideszu oraz zakończenie wieloletniego procesu całkowitej pacyfikacji węgierskiej opozycji.
Deputowani przedłużyli trwający od 11 marca stan wyjątkowy i dodatkowo przyznali Orbanowi prawo do rządzenia za pomocą dekretów i to nawet w trakcie trwania sesji parlamentu. Co najważniejsze, nie została przewidziana data wygaśnięcia tych uprawnień, ma je więc premier bezterminowo. Odebrać mu może je jedynie większość 2/3 głosów parlamentu – tak, dokładnie ci sami posłuszni szefowi rządu deputowani, którzy teraz z nieskrywaną radością mu tę władzę ofiarowali. Viktor Orban będzie rządził Węgrami kierując się jedynie swoją wolą tak długo, aż sam zdecyduje się łaskawie oddać uprawnienia. A przecież nie po to się o nie starał, by łatwo rezygnować.
W uchwalonym prawie znalazły się artykuły pozwalające władzom ,,zawieszać stosowanie niektórych ustaw, odstępować od zapisów ustaw i podejmować inne nadzwyczajne kroki w celu zagwarantowania życia i zdrowia obywateli, bezpieczeństwa prawnego i stabilności gospodarki narodowej”. Zapisy te, brzmiące jak żywcem wyjęte z nazistowskiego dekretu „O ochronie narodu i państwa” (który legł u podstaw obalenia Republiki Weimarskiej i powstania III Rzeszy), pozwalają rządowi na bezkarne łamanie w zasadzie każdego prawa. Oczywiście o tym, co służy ,,zagwarantowaniu życia i zdrowia obywateli”, będą decydowali sami rządzący. Już dawno bowiem na Węgrzech, od kiedy Orban podporządkował sobie sądy i prokuraturę oraz zmienił pod swoje dyktando konstytucję, wszelka instytucjonalna kontrola działań rządu przestała istnieć.
Oczywistym działaniem każdej autorytarnej władzy jest także chęć zamknięcia ust krytykom i opozycjonistom. Również i na tym polu Viktor Orban nie przegapił danej mu przez los okazji. Uchwalona ustawa wprowadza nowy rodzaj przestępstwa – rozpowszechnianie „fałszywych lub zniekształconych faktów, które blokują skuteczną ochronę społeczeństwa” oraz „alarmują lub podburzają społeczeństwo”. Grozić za to będzie nawet do 5 lat więzienia. Widzimy znów ten sam schemat – ogólnikowy i nieścisły zapis, dający się w oficjalnych komunikatach przedstawić jako służący walce z pandemią, a za kulisami – pozwalający prześladować opozycyjne media i brutalnie uciszać wszystkich krytyków rządu. Epidemia COVID – 19 i lęk jaki wywołała w społeczeństwie dały więc niestety węgierskiemu rządowi doskonałą i długo wyczekiwaną okazję do dokończenia procesu ostatecznego demontażu demokracji, przy bardzo nikłym społecznym oporze. Już antyczny ateński historyk Tukidydes zauważył bowiem: ,,zwykle to bywa u ludzi, że ze strachu gotowi są zachować karność”.
Niedawno minęła 101 rocznica powstania Węgierskiej Republiki Rad. Mimo iż przetrwała ona tylko 4 miesiące, lewicowemu rządowi udało się przeprowadzić wiele prospołecznych reform: wprowadzono ośmiogodzinny dzień pracy, podniesiono płace, położono podwaliny pod powszechny system edukacji i przeprowadzono reformę rolną. Niestety już w sierpniu 1919 roku Republikę obaliła brutalna interwencja wojsk rumuńskich, które restaurowały królestwo i oddały władzę w kraju w ręce admirała Miklosa Horthy’ego. Kiedy więc u progu lat dwudziestych wyzwolone z okowów wielkich imperiów narody Europy Środkowej budowały swoje demokratyczne republiki, nad Węgrami już roztaczała się ciemna chmura dyktatury admirała – regenta. Niestety niedługo później miało się jednak okazać, iż to Madziarzy odegrali rolę ustrojowych pionierów. Twarda siła autorytarnych rządów zatriumfowała w prawie wszystkich państwach regionu.
Czy historia może się powtórzyć? Miejmy to na uwadze, szczególnie teraz, w obliczu działań rządu PiS. Musimy się mieć na baczności, aby tym razem dyktatorskie zapędy i bezprawne działania Viktora Orbana nie okazały się ponurym proroctwem dla innych środkowoeuropejskich demokracji.

Węgierscy nauczyciele nie chcą uczyć faszyzmu

Węgierscy nauczyciele zrzeszeni w Demokratycznym Związku Nauczycieli są oburzeni nową podstawą programową, która z rządowej inicjatywy właśnie jest wprowadzana do szkół. Nie chcą wychowywać uczniów na nacjonalistów i przekazywać im jednostronnego obrazu węgierskiej literatury i historii.

„Nie będę uczyć faszyzmu” – to hasło, pod którym wystosowano we wtorek protest dotyczący nowego obowiązkowego programu nauczania.
Demokratyczny Związek Nauczycieli (PDSZ) i inne organizacje pedagogów przekonują, że nie ma w nim cienia przesady. Ostrzegają, że ogłoszona w piątek podstawa programowa dla szkół podstawowych i średnich oznacza totalną ideologizację kształcenia. Szczególnie oburzeni są nauczyciele historii i literatury węgierskiej.
– Program zakłada nieustanne deklarowanie poglądów moralnych i ideologicznych – komentuje Gyorgy Fenyo, zastępca przewodniczącego Stowarzyszenia Nauczycieli Literatury. – Nie pozostawia swobody, wprost dyktuje, co trzeba myśleć.
Węgierscy nauczyciele i nauczycielki, którzy się na to nie godzą, umieszczają w mediach społecznościowych swoje zdjęcia z hasłami protestacyjnymi i hasztagiem #noNAT.
Wśród 10 najwybitniejszych pisarzy węgierskich, których twórczość uczeń będzie musiał poznawać, nie znalazł się jedyny węgierski noblista z literatury Imre Kertesz, Ocalony z Zagłady, autor m.in. Losu utraconego, powieści opisującej jego własne doświadczenia z uwięzienia w Auschwitz-Birkenau i Buchenwaldzie.
Na liście lektur są za to prace Ferenca Herczega, pisarza tworzącego w końcu XIX w. i w I poł. XX w., konserwatywnego działacza i miłośnika Benito Mussoliniego.
Rząd Viktora Orbana jest bardzo zadowolony z opracowanego programu. Minister zasobów ludzkich Miklos Kasler stwierdził, że jego rewizja była niezbędna, a nowa podstawa opiera się na wartościach węgierskich i europejskich.
Prace nad zmianami w wykazie obowiązkowych treści szkolnego nauczania trwały w Budapeszcie od 2017 r.
Pierwsza wersja nowej podstawy programowej była gotowa w sierpniu 2018 r., lecz rząd jej nie zaakceptował – jak informowały lokalne media, uznał program nauczania języka węgierskiego i historii za „niedostatecznie narodowy”.

TSUE przyhamuje autorytaryzm Orbana?

Stwierdzenie niezgodności z prawem Unii Europejskiej ustawy utrudniającej finansowanie organizacji niewygodnych dla władz zapowiedział rzecznik Trybunału Sprawiedliwości UE Manuel Campos Sánchez-Bordona.Jego opinia jest zapowiedzią wyroku, który niebawem wyda najwyższa prawna instytucja wspólnoty. Oznacza to, że organizacje pozarządowe nad Balatonem nie będą pozbawione środków z zagranicy.

W obliczu słabości politycznej opozycji na Węgrzech, organizacje pozarządowe w ostatnich latach były najsilniejszymi ośrodkami występującymi w obronie praw obywatelskich i praw człowieka. Podczas kryzysu migracyjnego, kiedy rząd Victora Orbana umieszczał uchodźców w obozach koncentracyjnych, obywatelom grożąc karami za udzielenie im schronienia, a na bilbordach pojawiały się hasła szczujące na przybyszy z krajów ogarniętych wojną i głodem, to właśnie NGOsy demaskowały działania władzy najskuteczniej,
W odpowiedzi, w 2017 r. Węgry przyjęły ustawę dotyczącą finansowania organizacji obywatelskich, otrzymujących wsparcie z zagranicy. Rząd przepychając ustawę przez parlament, wskazywał, że zagrożeniem jest „obca agentura”, której głównym patronem jest złowrogi finansista George Soros. Zgodnie z literą ustawy, organizacje podlegają rejestracji przez węgierskie organy jako „organizacje otrzymujące wsparcie zagraniczne”, gdy wysokość darowizn otrzymanych w danym roku osiągnie określony próg.
NGOsy muszą wyszczególniać nazwiska lub nazwy darczyńców, od których wsparcie wynosi co najmniej 500 tys. forintów (ok. 1,5 tys. euro), oraz podawać dokładną kwotę wsparcia. Informacje te podlegają następnie ogłoszeniu na platformie elektronicznej, do której dostęp jest publiczny i bezpłatny. Oprócz tego dane organizacje obywatelskie muszę podać na swojej stronie internetowej i w swoich publikacjach, że są „organizacją otrzymująca wsparcie zagraniczne”.
Ustawę do TSUE zaskarżyła Komisja Europejska, której zdaniem prawo ustanowione przez Budapeszt narusza szereg praw chronionych Kartą praw podstawowych Unii Europejskiej. Chodzi o przepisy chroniące prywatność, dane osobowe i wolność zrzeszania się.
Rzecznik TSUE podzielił opinię KE, co jest niejako zapowiedzią wyroku, który zostanie ogłoszony w ciągu najbliższych tygodni. Węgry będą musiały zmodyfikować swoje przepisy tak, aby nie stały w sprzeczności z prawem unijnym.

Co jest w głowie Orbana?

Przywódca, który zbudował nowy system.

Biblioteka „Przeglądu” tym razem prezentuje czytelnikom wnikliwy i obiektywny portret intelektualny premiera Węgier.
Lektura książki „Co ma Viktor Orban w głowie” pozwala prześledzić drogę, jaką przebył student urzeczony w latach osiemdziesiątych polską Solidarnością (pracę magisterską napisał właśnie na jej temat), a później szef partii politycznej i wieloletni premier.
Orban to jedna z najbardziej wyrazistych i kontrowersyjnych postaci europejskiej sceny politycznej. Autorka, francuska dziennikarka Amelie Poinssot specjalizująca się w problematyce Europy Środkowej i Wschodniej, próbuje zrozumieć jego wybory ideowe i strategie, genezę poglądów i decyzji politycznych, przyczyny porażek (nielicznych) oraz sukcesów.
Wszystko to składa się na fascynujący wizerunek Viktora Orbana – człowieka, który już w 1998 r., w wieku 35 lat został premierem Węgier.
W 2002 r., po nikłej porażce z której umiał wyciągnąć wnioski, przeszedł do opozycji parlamentarnej (posłem został w pierwszych wolnych wyborach węgierskich w 1990 r.). Jego ugrupowanie wygrało w 2010 r. i od tego czasu Orban jest niekwestionowanym przywódcą swego kraju, szefem rządu i partii rządzącej.
Ma on wiele w głowie. To człowiek o licznych talentach, energiczny, umiejący skutecznie działać, mający znakomite wyczucie miejsca i czasu. Jego kariera zaczęła się w 1989 r., gdy jako jeden z założycieli Fideszu wygłosił przemówienie na wielkiej manifestacji podczas uroczystego pogrzebu bohaterów rewolucji węgierskiej 1956 r.
Autorka zauważa, że „orbanizm” rozmnożył się w Europie Środkowej na gruzach transformacji pokomunistycznej – i przypomina opinię Adama Michnika, który stwierdził, że Orban jest bardzo inteligentny, dynamiczny i odważny.
Wypada dodać, że trudno, aby człowiek o takich cechach nie wykazywał skłonności autorytarnych.
Jak wskazuje więc Amelie Poinssot, skutecznie zbudował on system całkowicie nowy, który pod naskórkiem demokracji opiera się na woli jednego człowieka – a w jego świecie zawsze musi być jakiś przeciwnik. „Polityka jest dla niego polem walki. Potrafi doskonale iść do ataku z niezwykle zimną krwią, usuwać ludzi i niszczyć idee /…/ Eliminować konkurentów i równocześnie utrzymywać wygodnych przeciwników: taka jest metoda Orbana” – czytamy.
Siłą rzeczy rodzi się pytanie o podobieństwa sytuacji na Węgrzech i w Polsce. Bo przecież tak jak i u nas, u naszych bratanków powstał – tu cytat z książki – „paternalistyczny model, w którym władza, partia i państwo są skoncentrowane wokół osoby Viktora Orbana”, zaś krajowi dziennikarze „występują w roli przekaźników informacji napływających z rządu, bądź są opozycjonistami, z którymi się nie rozmawia”.
Różnice są jednak niebagatelne. Orban nie kieruje Węgrami z tylnego siedzenia, nie ponosząc za nic odpowiedzialności jak Jarosław Kaczyński.
Węgierski przywódca wprowadził swój kraj do NATO, jako premier rozpoczął skuteczne negocjacje o wstąpieniu do Unii Europejskiej – i choć krytykuje ją nieustannie, to jednak w relacjach z władzami unijnymi potrafi unikać konfliktów będących udziałem Polski. To on ożywił Grupę Wyszehradzką, umiejętnie współpracuje też z sąsiadami Węgier oraz z Rosją i Izraelem. Na gruncie gospodarczym nie dochodzi zaś do nieracjonalnego faworyzowania firm państwowych oraz ciągłego składania bombastycznych obietnic.
Viktor Orban gra w piłkę nożną (lepiej niż Donald Tusk), ma niebrzydką żonę i pięcioro dzieci, był na stypendium w Oxfordzie, u siebie doskonale umie rozmawiać z tzw. zwykłymi ludźmi, zaś w Brukseli – dyskutować w płynnym angielskim z zagranicznymi liderami.
Zna świat, a na krajowym boisku triumfuje nieprzerwanie od dziesięciu lat, nie przejmując się zbytnio demokracją. Jak długo jeszcze będzie wygrywać?

Węgry: Pluralizmu mediów już nie ma

Wolne media nad Balatonem w zasadzie już nie istnieją. Większość stacji znajduje się w rękach oligarchów związanych ze strukturą władzy partii Fidesz. Opublikowany właśnie raport organizacji broniących swobody publikacji zawiera ponure wnioski.

Znaczenie rynkowe mediów krytycznie nastawionych wobec rządu jest marginalne – zauważają autorzy raportu na temat kondycji węgierskiej wolności prasy. Opracowanie zostało stworzone przy współpracy z Reporterami Bez Granic.
Eksperci wskazują, że choć rząd Węgier nie stosuje przemocy fizycznej ani nie wsadza dziennikarzy do więzienia, to ma „jasną strategię, której celem jest uciszenie krytycznej prasy poprzez umyślne manipulowanie rynkiem medialnym”, a „budowanie prorządowego imperium medialnego służy jako wielka machina propagandowa” – uznali autorzy.
Ostatni dziennik ogólnokrajowy sprzeciwiający się Orbanowi został kupiony przez jego zaufanego biznesmena w 2017 roku. Również dwa lata temu przejęte zostały ostatnie niezależne dzienniki regionalne „Hajdú-Bihari Napló”, „Észak-Magyarország” i „Kelet-Magyarország”. Co ciekawe, nowym wydawcą został, lecz austriacki magnat Heinrich Pecina, który mocną pozycję zawdzięcza przyjaźni z premierem Orbanem. W tym samym okresie dwie inne gazety „Kisaföld” i „Délmagyarország” znalazły się w rękach właściciela kasyn i potentata medialnego Andy’ego Vajnę, również nieformalnego współpracownika szefa rządu. Obaj biznesmeni są oczywiście hojnymi sponsorami kampanii wyborczej Fideszu – partii panującej niepodzielnie na Węgrzech.
Jak do tego doszło? Nad Balatonem udało się, to o czym marzy PiS – ustawę o koncentracji mediów zmieniono na korzyść węgierskich nadawców. W efekcie wielu zagranicznych koncernów medialnych podjęło decyzję o wycofaniu się z Węgier. Np. niemiecki koncern Funke Mediengruppe z Essen pozbył się udziałów w dzienniku ekonomicznym „HVG”, który był krytyczny wobec rządu, a grupa medialna z Monachium pozbyła się kanału telewizyjnego TV2.
Organizacja Reporterzy bez Granic umieściła Węgry na 87. miejscu na liście 180 państw sklasyfikowanych w rankingu wolności prasy. Podkreśliła, że rząd w Budapeszcie stara się w coraz większym stopniu poddać media swojej kontroli.