TSUE przyhamuje autorytaryzm Orbana?

Stwierdzenie niezgodności z prawem Unii Europejskiej ustawy utrudniającej finansowanie organizacji niewygodnych dla władz zapowiedział rzecznik Trybunału Sprawiedliwości UE Manuel Campos Sánchez-Bordona.Jego opinia jest zapowiedzią wyroku, który niebawem wyda najwyższa prawna instytucja wspólnoty. Oznacza to, że organizacje pozarządowe nad Balatonem nie będą pozbawione środków z zagranicy.

W obliczu słabości politycznej opozycji na Węgrzech, organizacje pozarządowe w ostatnich latach były najsilniejszymi ośrodkami występującymi w obronie praw obywatelskich i praw człowieka. Podczas kryzysu migracyjnego, kiedy rząd Victora Orbana umieszczał uchodźców w obozach koncentracyjnych, obywatelom grożąc karami za udzielenie im schronienia, a na bilbordach pojawiały się hasła szczujące na przybyszy z krajów ogarniętych wojną i głodem, to właśnie NGOsy demaskowały działania władzy najskuteczniej,
W odpowiedzi, w 2017 r. Węgry przyjęły ustawę dotyczącą finansowania organizacji obywatelskich, otrzymujących wsparcie z zagranicy. Rząd przepychając ustawę przez parlament, wskazywał, że zagrożeniem jest „obca agentura”, której głównym patronem jest złowrogi finansista George Soros. Zgodnie z literą ustawy, organizacje podlegają rejestracji przez węgierskie organy jako „organizacje otrzymujące wsparcie zagraniczne”, gdy wysokość darowizn otrzymanych w danym roku osiągnie określony próg.
NGOsy muszą wyszczególniać nazwiska lub nazwy darczyńców, od których wsparcie wynosi co najmniej 500 tys. forintów (ok. 1,5 tys. euro), oraz podawać dokładną kwotę wsparcia. Informacje te podlegają następnie ogłoszeniu na platformie elektronicznej, do której dostęp jest publiczny i bezpłatny. Oprócz tego dane organizacje obywatelskie muszę podać na swojej stronie internetowej i w swoich publikacjach, że są „organizacją otrzymująca wsparcie zagraniczne”.
Ustawę do TSUE zaskarżyła Komisja Europejska, której zdaniem prawo ustanowione przez Budapeszt narusza szereg praw chronionych Kartą praw podstawowych Unii Europejskiej. Chodzi o przepisy chroniące prywatność, dane osobowe i wolność zrzeszania się.
Rzecznik TSUE podzielił opinię KE, co jest niejako zapowiedzią wyroku, który zostanie ogłoszony w ciągu najbliższych tygodni. Węgry będą musiały zmodyfikować swoje przepisy tak, aby nie stały w sprzeczności z prawem unijnym.

Co jest w głowie Orbana?

Przywódca, który zbudował nowy system.

Biblioteka „Przeglądu” tym razem prezentuje czytelnikom wnikliwy i obiektywny portret intelektualny premiera Węgier.
Lektura książki „Co ma Viktor Orban w głowie” pozwala prześledzić drogę, jaką przebył student urzeczony w latach osiemdziesiątych polską Solidarnością (pracę magisterską napisał właśnie na jej temat), a później szef partii politycznej i wieloletni premier.
Orban to jedna z najbardziej wyrazistych i kontrowersyjnych postaci europejskiej sceny politycznej. Autorka, francuska dziennikarka Amelie Poinssot specjalizująca się w problematyce Europy Środkowej i Wschodniej, próbuje zrozumieć jego wybory ideowe i strategie, genezę poglądów i decyzji politycznych, przyczyny porażek (nielicznych) oraz sukcesów.
Wszystko to składa się na fascynujący wizerunek Viktora Orbana – człowieka, który już w 1998 r., w wieku 35 lat został premierem Węgier.
W 2002 r., po nikłej porażce z której umiał wyciągnąć wnioski, przeszedł do opozycji parlamentarnej (posłem został w pierwszych wolnych wyborach węgierskich w 1990 r.). Jego ugrupowanie wygrało w 2010 r. i od tego czasu Orban jest niekwestionowanym przywódcą swego kraju, szefem rządu i partii rządzącej.
Ma on wiele w głowie. To człowiek o licznych talentach, energiczny, umiejący skutecznie działać, mający znakomite wyczucie miejsca i czasu. Jego kariera zaczęła się w 1989 r., gdy jako jeden z założycieli Fideszu wygłosił przemówienie na wielkiej manifestacji podczas uroczystego pogrzebu bohaterów rewolucji węgierskiej 1956 r.
Autorka zauważa, że „orbanizm” rozmnożył się w Europie Środkowej na gruzach transformacji pokomunistycznej – i przypomina opinię Adama Michnika, który stwierdził, że Orban jest bardzo inteligentny, dynamiczny i odważny.
Wypada dodać, że trudno, aby człowiek o takich cechach nie wykazywał skłonności autorytarnych.
Jak wskazuje więc Amelie Poinssot, skutecznie zbudował on system całkowicie nowy, który pod naskórkiem demokracji opiera się na woli jednego człowieka – a w jego świecie zawsze musi być jakiś przeciwnik. „Polityka jest dla niego polem walki. Potrafi doskonale iść do ataku z niezwykle zimną krwią, usuwać ludzi i niszczyć idee /…/ Eliminować konkurentów i równocześnie utrzymywać wygodnych przeciwników: taka jest metoda Orbana” – czytamy.
Siłą rzeczy rodzi się pytanie o podobieństwa sytuacji na Węgrzech i w Polsce. Bo przecież tak jak i u nas, u naszych bratanków powstał – tu cytat z książki – „paternalistyczny model, w którym władza, partia i państwo są skoncentrowane wokół osoby Viktora Orbana”, zaś krajowi dziennikarze „występują w roli przekaźników informacji napływających z rządu, bądź są opozycjonistami, z którymi się nie rozmawia”.
Różnice są jednak niebagatelne. Orban nie kieruje Węgrami z tylnego siedzenia, nie ponosząc za nic odpowiedzialności jak Jarosław Kaczyński.
Węgierski przywódca wprowadził swój kraj do NATO, jako premier rozpoczął skuteczne negocjacje o wstąpieniu do Unii Europejskiej – i choć krytykuje ją nieustannie, to jednak w relacjach z władzami unijnymi potrafi unikać konfliktów będących udziałem Polski. To on ożywił Grupę Wyszehradzką, umiejętnie współpracuje też z sąsiadami Węgier oraz z Rosją i Izraelem. Na gruncie gospodarczym nie dochodzi zaś do nieracjonalnego faworyzowania firm państwowych oraz ciągłego składania bombastycznych obietnic.
Viktor Orban gra w piłkę nożną (lepiej niż Donald Tusk), ma niebrzydką żonę i pięcioro dzieci, był na stypendium w Oxfordzie, u siebie doskonale umie rozmawiać z tzw. zwykłymi ludźmi, zaś w Brukseli – dyskutować w płynnym angielskim z zagranicznymi liderami.
Zna świat, a na krajowym boisku triumfuje nieprzerwanie od dziesięciu lat, nie przejmując się zbytnio demokracją. Jak długo jeszcze będzie wygrywać?

Węgry: Pluralizmu mediów już nie ma

Wolne media nad Balatonem w zasadzie już nie istnieją. Większość stacji znajduje się w rękach oligarchów związanych ze strukturą władzy partii Fidesz. Opublikowany właśnie raport organizacji broniących swobody publikacji zawiera ponure wnioski.

Znaczenie rynkowe mediów krytycznie nastawionych wobec rządu jest marginalne – zauważają autorzy raportu na temat kondycji węgierskiej wolności prasy. Opracowanie zostało stworzone przy współpracy z Reporterami Bez Granic.
Eksperci wskazują, że choć rząd Węgier nie stosuje przemocy fizycznej ani nie wsadza dziennikarzy do więzienia, to ma „jasną strategię, której celem jest uciszenie krytycznej prasy poprzez umyślne manipulowanie rynkiem medialnym”, a „budowanie prorządowego imperium medialnego służy jako wielka machina propagandowa” – uznali autorzy.
Ostatni dziennik ogólnokrajowy sprzeciwiający się Orbanowi został kupiony przez jego zaufanego biznesmena w 2017 roku. Również dwa lata temu przejęte zostały ostatnie niezależne dzienniki regionalne „Hajdú-Bihari Napló”, „Észak-Magyarország” i „Kelet-Magyarország”. Co ciekawe, nowym wydawcą został, lecz austriacki magnat Heinrich Pecina, który mocną pozycję zawdzięcza przyjaźni z premierem Orbanem. W tym samym okresie dwie inne gazety „Kisaföld” i „Délmagyarország” znalazły się w rękach właściciela kasyn i potentata medialnego Andy’ego Vajnę, również nieformalnego współpracownika szefa rządu. Obaj biznesmeni są oczywiście hojnymi sponsorami kampanii wyborczej Fideszu – partii panującej niepodzielnie na Węgrzech.
Jak do tego doszło? Nad Balatonem udało się, to o czym marzy PiS – ustawę o koncentracji mediów zmieniono na korzyść węgierskich nadawców. W efekcie wielu zagranicznych koncernów medialnych podjęło decyzję o wycofaniu się z Węgier. Np. niemiecki koncern Funke Mediengruppe z Essen pozbył się udziałów w dzienniku ekonomicznym „HVG”, który był krytyczny wobec rządu, a grupa medialna z Monachium pozbyła się kanału telewizyjnego TV2.
Organizacja Reporterzy bez Granic umieściła Węgry na 87. miejscu na liście 180 państw sklasyfikowanych w rankingu wolności prasy. Podkreśliła, że rząd w Budapeszcie stara się w coraz większym stopniu poddać media swojej kontroli.

Nieudolny plagiator Orbana

Węgierski scenariusz na długie i szczęśliwe rządzenie nad Wisłą nie wypalił.

Gdy Kaczyński wygrał w 2015 roku prezydenta, a potem obie izby Parlamentu, analogie z Węgrami nasuwały się same. Podobna retoryka, odwoływanie się do tych samych konserwatywno-nacjonalistycznych wartości, niechęć do wtrącania się Unii Europejskiej w politykę krajową i 8 lat pozostawania w opozycji. Jednak dla PiS tym, co wydawało się najistotniejsze było, że w 2014 r., po czteroletniej kadencji Fidesz Viktora Orbána zdobył po raz kolejny 2/3 parlamentu. Tym razem bez konieczności wchodzenia z kimkolwiek w układy.

Sprawdzony start

Kaczyńskiemu nie pozostawało nic innego jak czerpać z dorobku bratanka znad Dunaju. Nie mógł co prawda zmienić Konstytucji, ale na wszystko można było znaleźć sposób. Stąd szybki atak na Trybunał Konstytucyjny i sprowadzenie go do roli węgierskiego. Znaczy instrumentu w rękach władzy. Skok władzy na polskie media publiczne był jeszcze łatwiejszy niż na Węgrzech. I co prawda wzorem Orbána i u nas powstała Rada Mediów Narodowych, ale dziś w PiS nikt za bardzo nie wie po co, bo obsadzenie KRRiT oraz Woronicza swoimi ludźmi i tak zamykało temat.
Oczywiście nie obyło się u nas bez kalki próby przejęcia niechętnych PiS mediów prywatnych. Próbowano stosować kary dla TVN, czy nawet ścigać dziennikarzy tej stacji za gloryfikowanie faszyzmu. Po to, żeby jak w Budapeszcie właściciele zechcieli się takiego medialnego strupa pozbyć. U nas nie wyszło. Kapitał był amerykański i zamiast chcieć się sprzedać pobiegł z pyskiem do ambasady USA. Znaczy jedynego kraju, z którym PiS się liczy.

Morawiecki ocalił banki

Renacjonalizacja PEKAO SA i innych banków, to też kopia tego co na Węgrzech. Tak jak podatek bankowy. Niestety PiS nie mogło powtórzyć węgierskiego modelu likwidacji OFE, co to w dużej mierze zrobił już Tusk, ale zassanie do budżetu tego, co jeszcze w nich zostało i tak jest już klepnięte. Co prawda Duda i Szydło zapowiadali, że – wzorem Węgier – zrobią porządek z kredytami we frankach szwajcarskich, ale po pierwsze z badań wyszło, że frankowicze i tak nie będą lubić PiS. A po drugie – na straży dobrostanu sektora bankowego w Polsce stał Mateusz Morawiecki. Facet uchodzący w oczach aekonomicznego Kaczyńskiego za wyrocznię gospodarczą. Z frankami nie zrobiono zatem nic.

Sądy – nie, sklepy – tak

PiS wydawało się, że lepiej pójdzie z sądami. Orbán wysłał w końcu dużą część wydających nieprzychylne władzy wyroki na emerytury i sprawę rozwiązał. Nic z tego. Po węgierskim skoku na wymiar sprawiedliwości, nader cięta w tym temacie zrobiła się Bruksela. I PiS musiało ustąpić.

Nie ustąpiło za to w kwestii, którą po roku darował sobie Orbán – zakazu handlu w niedziele. Pewnie dlatego, że na Węgrzech sprawa ta nie wiązała się dla władzy z żadnym dealem politycznym. U nas zaś, głupi zakaz był jedynym postulatem NSZZ „Solidarność”, przybudówki PiS, której za lojalność należał się ten – jak się zdawało władzy – niewygórowany cenowo prezent. Najnowsze badania partyjnej sondażowni Kaczyńskiego wskazują, że nieposłuchanie Orbána w tej sprawie było błędem. Niedzielny zakaz zubożył PiS w ostatnich wyborach o jakieś 3 – 5 proc. głosów.
Kolejnym plagiatem z Orbána była nowelizacja prawa farmaceutycznego, po której apteki miały znaleźć się w polskich rękach. Się nie znalazły, a suweren nadwiślański zabiegu tego nie zauważył.
Zauważył za to burdel związany z pisowską reformą edukacji. Co PiS musiało niemile zaskoczyć, bo jak Fidesz reformował szkoły na Węgrzech, to słupki poparcia mu rosły. Najbardziej zaś u nauczycieli.

Ciekawe dlaczego po walce z mafiami vatowskimi PiS nie wykorzystał węgierskiego myku na skokowy wzrost przychodów z podatków. Orbán zwiększył bowiem tamtejszy VAT z 20 do 27 proc. bijąc w tym zakresie rekord Europy. Pisowskim ekspertom wyszło, że 23 proc. Rostowskiego absolutnie wystarczy. I nie ma co dociążać najbiedniejszych.

Ani odciążać najbogatszych jak nad Dunajem, 16 proc. podatku PIT. Dlatego u nad jest 17 proc. a dla lepiej zarabiających nawet i więcej. U Orbána zaś podatek jest wyłącznie jednostopniowy, czyli liniowy.

Większa kasa

Kaczyński usiłował przebić Orbána na polu rozdawnictwa. Czyli transferów bezpośrednich. Na Węgrzech zrobiono bowiem tylko tak, że małżeństwa mogły podpisać umowę z rządem, w której zobowiązują się do posiadania dwójki dzieci w ciągu 8 lat. I dostawały na kupno mieszkania lub domu równowartość 36 tys. złotych. Była i druga opcja, czyli 140 tys. złotych za troje dzieci w ciągu 10 lat. Przy okazjo Orbán wprowadził ulgi podatkowe dla, i tak nader niskich, podatków osobistych. Rosły one w zależności od liczby dzieci i przy trojgu, PIT-u węgierskie małżeństwo już nie płaciło.

Nasze „500 plus” dawało pieniądze, po pierwsze większej grupie, a po drugie dawało go znacznie więcej. Nie wspominając o „trzynastej emeryturze” podwyżkach minimalnego wynagrodzenia czy świadczeniach dla pań, którym przydarzyły się co najmniej 4 porody. W zakresie płacenia obywatelom, Kaczyński wyprzedził Orbána o kilka długości.

Ale musiał, bo nie mógł wzorem premiera Węgier kazać obniżyć ceny gazu i prądu o prawie 20 proc. I jednocześnie firmom produkującym i handlującym prądem i gazem podnieść podatki o 10 proc. Na Węgrzech firmy te należały bowiem do zagranicy. A u nas, do państwa.

Tak jak teraz na Węgrzech, bo po takim zaciśnięciu pasa zagraniczne spółki energetyczne grzecznie i za niewysoką cenę posprzedawały się państwu węgierskiemu i bogatym przyjaciołom Orbána.
Niemniej jednak myk z energetyką, PiS też wykorzystało. Przecież do końca roku mamy ceny prądu zamrożone na ubiegłorocznym poziomie.

Drobna zmiana

Jest jednak coś, czego Kaczyński nie zrobił. A Orbán tak, i dlatego rządzi już z miażdżącą przewagą trzecią kadencję. A wystarczyło pozmieniać, jak nad Balatonem, geografię okręgów wyborczych. Na taką, gdzie bez względu kto i jak by nie głosował, zawsze wygra Fidesz.

PiS było pewne, że wykonało to, co na Węgrzech, z transferowym naddatkiem, i wdzięczny naród da mu większość konstytucyjną. No i klapa. Nawet Senat odleciał.

Niesłychanie ciepły człowiek

Prezydent Białorusi Aleksandr Łukaszenka to „taki ciepły człowiek jest”, oświadczył w grudniu 2016 roku marszałek Senatu RP Stanisław Karczewski. Zaraz po powrocie z trzydniowej wizyty w Mińsku.
I w rozmowie z Konradem Piaseckim z „Radia Zet” pan marszałek przekonywał, że generalnie sprawy na Białorusi idą w dobrym kierunku. Bo nie ma tam już więźniów politycznych, bo po ociepleniu klimatu politycznego wszyscy zostali wypuszczeni.
Słowa marszałka Senatu RP, konstytucyjnie trzeciej osoby w IV Rzeczpospolitej, wzbudziły osłupienie. Wśród liberalnej opozycji oraz aktywu PiS.

Zły prezydent

Do tej poru o prezydencie Łukaszenko polska prawica mówiła wyłącznie źle, albo wcale. Białoruski prezydent prezentowany był w polskich mediach jako były „kierownik sowchozu”, co w polskim społeczeństwie, społeczeństwie byłych chłopów o szlacheckich ambicjach, jest wyjątkową obelgą. Poza tym w ciągu ostatnich 20 lat polskie media prezentowały go jako dyktatora, ekonomicznego zacofańca, wroga Związku Polaków na Białorusi, oddanego sojusznika prezydenta Rosji Putina.
I gdyby zrobić ranking najbardziej plugawionych przez polskie media zagranicznych polityków to prezydent Łukaszenka znalazł by się na podium. Po prezydencie Rosji Putinie i koreańskiej rodzinie Kimów.
Warto przypomnieć, że każda inna, wyrażona publicznie opinia, o prezydencie Łukaszenko albo o sytuacji na Białorusi była w polskich mediach negowana, a jej autor stygmatyzowany jako „agent Mińska”.
Z drugiej strony Białoruś od samego początku, czyli od 2009 roku, była członkiem Partnerstwa Wschodniego. Czyli programu wschodniej polityki Unii Europejskiej w ramach Europejskiej Polityki Sąsiedztwa. Projekt programu partnerstwa to efekt działań dyplomacji polskiej i szwedzkiej.
Partnerstwo dotyczy sześciu byłych republik ZSRR. Czyli Armenii, Azerbejdżanu, Białorusi, Gruzji, Mołdawii i Ukrainy. Początkowo Partnerstwo miało być pomostem dla tych państw w drodze członkowstwa w Unii Europejskiej. A nawet i w NATO. Jednak w ciągu dziesięciu lat ów pomost skurczył się do kładki. „WUniowstąpienie” tych państw zostało odłożone. Całościową akcesję zmieniono na programy sektorowych integracji. Wśród państw Partnerstwa zawsze pojawiali się okresowi „prymusi”, jak Mołdawia, Ukraina, którym Bruksela obiecywała szybszą integrację.

Zdolny, ale krnąbrny

Białoruś, czyli prezydent Łukaszenka, nigdy takim „prymusem” Partnerstwa nie był. Nie pretendował do takiej roli. I gdyby trzymać się szkolnych porównań to przypominał niesfornego ucznia, który co jakiś czas obrazi brukselskich nauczycieli, zostanie za to wyrzucony z klasy. Potem wymamrota wymuszone przeprosiny i wróci na swoje miejsce. Czyli do ostatniej ławki w klasie.
W rzeczywistości polityczne relacje Mińsk- Bruksela polegały na okresowych ociepleniach i dłuższych ochłodzeniach. Ochłodzenia następowały zwykle po białoruskich wyborach, kiedy policja prezydenta Łukaszenki traktowała białoruską opozycję w sposób „nieortodoksyjnie demokratyczny”. Czyli pałowała ich i zamykała.
Ale po takiej politycznej zimie administracja prezydenta Łukaszenki organizowała ocieplenie. Więźniów zwalniano, delegacje państw Unii Europejskiej zapraszano. Przyjmowano je niezwykle ciepło, iście po królewsku. A ponieważ obraz władz Białorusi i państwa białoruskiego w europejskich mediach też jest paskudny, to zaskoczenie gości z UE było jeszcze większe. Bo na Białorusi naprawdę pięknie i smacznie jest. Ludzie przemili, bardzo gościnni. Ciepli można rzec.

Księstwo mińskie

Każdy, kto zdążył odwiedzić Białoruś, zwłaszcza w „ciepłym okresie”, zauważył, że prezydent Łukaszenka buduje tam swoje państwo. Specyficzną tożsamość kulturalną, historyczną i gospodarczą.
Jego Białoruś nie nawiązuje do tradycji białoruskiej republiki powstałej po rozpadzie Rosji w 1918 roku. Do białoruskiej ”Pogoni”, tej z podniesionym końskim ogonem. Do postulatu wypierania języka rosyjskiego przez białoruski.
Władze Białorusi i związane z nią elity tworzą udzielne „Księstwo mińskie”. Odwołujące się do tradycji staro białoruskich, Wielkiego Księstwa Litewskiego, imperium Rosyjskiego i ZSRR.
Najłatwiej dostrzec to oglądając wystawy w odrestaurowanych przez obecne władze magnackich siedzibach w Nieświeżu i w Mirze. Zwłaszcza prezentujących białoruskie tradycje wojskowe. Miejscowi i przyjezdni mogą dowiedzieć się z nich, że wojska białoruskie zwyciężały Krzyżaków pod Grunwaldem, Tatarów nad Sinymi Wodami, Moskwę pod Orszą, Szwedów pod Połtawą, Francję pod Moskwą i III Rzeszę Niemiecką w zdobytym Berlinie. Czapki z głów!
Nietrudno też tam zauważyć, że najsłabszym walorem obecnej Białorusi jest jej gospodarka. Technologicznie wczorajsza, mocno uzależniona od wymiany handlowej z Rosją. Na preferencyjnych, nie komercyjnych warunkach.
Administracja prezydenta Łukaszenki próbowała uniezależnić się od rosyjskiego Wielkiego Brata zapraszając chińskie firmy. Te zadomowiły się na Białorusi bez politycznych warunków wstępnych. Nie wymagały demokratyzacji systemu jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Ale kooperacja z chińskimi firmami podobna jest do gry w kasynie. Da się czasem wyjść stamtąd z zyskiem, ale kasyno nigdy nie bankrutuje.
Nieliczni, białoruscy opozycjoniści wielokrotnie z przykrością przyznawali, że jedynie konieczność spłaty zaciągniętych przez administracje prezydenta Łukaszenki kredytów z Międzynarodowego Funduszu Walutowego i instytucji związanych z Unią Europejską może skłonić białoruskiego prezydenta do kolejnego politycznego ocieplenia.
I oto znów mamy front ciepły z Mińska. Właśnie rozpoczęły się tam Europejskie Igrzyska Olimpijskie. Białoruś, plasująca się do niedawna na peryferiach politycznej Europy, organizuje teraz wszystkim Europejczykom wielką imprezę sportową za dziesiątki milionów euro.
Przy okazji radykalnie liberalizuje przepisy wizowe i otwiera się na turystów. Wystarczyło kupić najtańszy bilet na byle zawody i wjechać tam bez wizy. Nawet bez obowiązku oglądania zawodów.
Bo taki wzrost turystyki pobudzi białoruską gospodarkę cierpiąca na deficyt walut wymienialnych.
Napływ gości z Zachodu nie zagrozi też stabilności władzy prezydenta Łukaszenki. Bruksela przestała już „demokratyzować” białoruski reżim. Ma teraz swoje ważniejsze problemy. Ma też swoich „dyktatorów”: Orbana i Kaczyńskiego.
Państwa starej Unii Europejskiej wolą już przewidywalnego, czasami niepokornego wobec Moskwy, teraz „ocieplonego” dyktatora Łukaszenkę, niż nowego, czyli nieprzewidywalnego. Zwłaszcza, że tak pobudzona białoruska gospodarka może wreszcie zacząć spłacać stare długi.
Pierwszego września prezydent Łukaszenka przybędzie do Warszawy aby razem z rodziną Unii Europejskiej i Partnerstwa Wschodniego uczcić rocznicę wybuchu II wojny światowej. Wtedy będzie prymusem ze Wschodu. Bo ukraiński prezydent jest dla elit PiS zbyt blisko związany z prezydentem Macronem, a prezydenta Putina w ogóle nie zaproszono.
Zapewne prezydent Łukaszenka znów wykorzysta ten efekt cieplarniany. Kasę od Brukseli weźmie i wiele obieca. I nawet jeśli obietnic nie dotrzyma, to unijni politycy ogłoszą swój sukces, a ich podatnicy za wszystko zapłacą.
Ciepło, nawet chwilowe, musi kosztować.
Maskotką igrzysk w Mińsku jest Lesik, czyli Lisek. Oficjalnie to lisek z powiastki Antoine de Saint- Exupery, który tłumaczył Małemu Księciu zasady przyjaźni.
Patrząc na szelmowski uśmiech Lesika można też dostrzec niemłodego już księcia.

Małżeństwo z rozsądku w czasach zarazy

Nie pałają do siebie miłością. Nawet za bardzo się nie lubią. Mają różne poglądy na wiele ważnych kwestii, a jednak dostają od losu niepodważalna szansę podjęcia najistotniejszej decyzji w swoim życiu. Jeżeli nie spróbują, to stracą coś wyjątkowego, co może już nigdy się nie powtórzyć, bo nic dwa razy się nie zdarza. Albo wykorzysta się to, co w danym momencie przynosi życie, albo nasz demokratyczny świat stanie się ruiną, bez szans na szybką odbudowę. Czy warto jest stracić niepowtarzalną i być może, na przestrzeni najbliższych lat, jedyną szansę na życie w demokratycznym państwie prawa?
Demokracja czy autokracja? Oto jest pytanie. Odpowiedź z pozoru wydaje się prosta, ale tylko z pozoru. Nie wszyscy to rozumieją i nie do wszystkich dociera różnica między tymi dwoma pojęciami.
PiS po kolei obdziera nas z tego, co przez 30 lat zdołaliśmy osiągnąć na drodze do pełnej demokracji – wolne sądy, swobody obywatelskie, prawa kobiet, poszanowanie polskiej Konstytucji.
Nie obrażajmy się na ludzi, którzy z nieukrywaną radością przyjmują 500 plus i trzynastą emeryturę. Skoro Beata Szydło twierdziła, że jej ministrom „te pieniądze się po prostu należały”, to dlaczego inni nie mieliby czerpać z dobrodziejstw koniunktury. Smutne jest to, że PiS w sposób cyniczny selekcjonuje grupy, którym da, a którym nie da. Łatwo jest lekką ręką rozdawać cudzą kasę.
Światowa koniunktura nie będzie trwała wiecznie. W pewnym momencie źródełko zacznie szybko wysychać, ale kto o tym myśli, gdy dostaje „wyborczy prezent”.
Kiedy przyjdzie otrzeźwienie, będzie już stanowczo za późno, a skala represji osiągnie wysoki pułap. Słaba opozycja i zdezorientowane społeczeństwo nie będzie już miało narzędzi, aby się temu przeciwstawić. Winni kryzysu zawsze się znajdą. Z uczciwych ludzi zrobi się aferzystów, z demonstrujących i strajkujących wichrzycieli. Wszystko przecież da się w odpowiedni sposób wytłumaczyć dzięki rozbudowanej propagandowej tubie.
Polska przestanie być zdrowym sercem Europy, które ktokolwiek będzie chciał jeszcze reanimować, bo zawał stanie się zbyt rozległy i niebezpieczny. Przestrogą są obecnie Węgry Orbana i Turcja Erdogana.
Jeżeli wszystkie prodemokratyczne siły w Polsce nie zrozumieją, że w przeliczniku D’Hondta nie chodzi o głosy, ale o realne mandaty, które tylko duży podmiot może jak najwięcej zdobyć, to dzień po wyborach parlamentarnych skończy się w Polsce demokracja.
Małżeństwo z rozsądku może okazać się jedyna szansą na godne życie, a o miłość nie trudno w czasach zarazy.

Fidesz zawieszony

Partia rządząca na Węgrzech, została w środę zawieszona w prawach członka największej frakcji w Parlamencie Europejskim, centroprawicowej Europejskiej Partii Ludowej (EPP). Decyzja zapadła na posiedzeniu Zgromadzenia Politycznego EPP. Za zawieszeniem Fideszu głosowało 190 europosłów, przeciwko – zaledwie 3 osoby.

Wynik jest efektem kompromisu w procesie politycznym, który początkowo zmierzał do pełnego wyrzucenia ugrupowania Orbana z frakcji. Sam węgierski premier również pierwotnie ostrzegał, że Fidesz sam się wycofa z EPP w odpowiedzi na próbę usunięcia. Ostatecznie zgodził się na przegłosowany kompromis. Poparły go też partie ze Skandynawii i krajów Beneluksu, które zainicjowały procedurę wyrzucania Fideszu. Porozumienie zakłada, że partia Orbana pozostanie zawieszona do czasu zakończenia prac przez komisję byłego szefa Rady Europejskiej Hermana van Rompuya, która ma ocenić, czy Fidesz w ogóle spełnia jeszcze warunki członkostwa w EPP. Kością niezgody jest przede wszystkim ograniczanie swobód obywatelskich i praw człowieka na Węgrzech, głównie w związku z niekończącą się antyimigrancką kampanią rządu Orbana. Wartości, które EPP ma wypisane na sztandarach to prawa człowieka, swobody polityczne, tolerancja i pluralizm.
Obecny status Fideszu odbiera im głos w wewnętrznych sprawach EPP, nie pozwala wystawiać swoich polityków na stanowiska w samej frakcji i na stanowiska unijne z ramienia EPP. Przedstawiciele partii nie mogą już brać udziału w posiedzeniach i naradach frakcji, a w tym tygodniu ma się właśnie rozpocząć zjazd przewodniczących ugrupowań tworzących EPP poprzedzający szczyt Unii Europejskiej.

Głos lewicy

Klasowa demokracja

Zachodni socjaldemokraci są jednak śmieszni. Słynny ekonomista Paul Krugman ostrzega na łamach „New York Timesa”, że Ameryka Trumpa idzie ścieżką Węgier Orbana i Polski Kaczyńskiego – i niedługo będzie krajem niedemokratycznym.
Dla mnie od zawsze było dokładnie odwrotnie – to Polska ciągle naśladowała USA w budowaniu państwa oligarchicznego. Przypomnijmy, że USA to kraj, w którym politykę zawłaszczyły dwie partie podporządkowane milionerom, w którym miliony pozbawione są opieki zdrowotnej, w którym społeczeństwo składa się na ratunek finansjery, w którym dopuszczono do tego, że liczba pustych domów przewyższa liczbę bezdomnych, w którym prawie 1% populacji siedzi w więzieniu, a 13% żyje w ubóstwie. Kraj, który nie potrafi przeprowadzić sprawnych wyborów prezydenckich, który stosuje tortury w nielegalnych ośrodkach prowadzonych przez służby socjalne, który ufundowany został na ochronie białej, męskiej uprzywilejowanej mniejszości przed wykluczoną z bogactwa i uczestnictwa większością i do dziś nie potrafi zerwać z tym dziedzictwem w stronę demokracji. Tak więc równia pochyła, o której pisze Krugman – „o rety, rety USA zaraz będzie jak Polska” – dla mnie obowiązywała zawsze w drugą stronę. Gdy kazano nam pracować na emerytury do śmierci, pozbawiano 1/3 społeczeństwa dostępu do płacy minimalnej, urlopu czy chorobowego, rozdawano korporacjom łupkowym koncesje na wiercenia na polskiej wsi, komercjalizowano szpitale i szykanowano związki zawodowe – myślałem sobie „zaraz będzie jak w USA” (wystarczyło sięgnąć po „Europejskie marzenie” Rifkina, żeby przekonać się, że Polsce bliżej do „american nightmare”). No i jest jak w USA! Ta sama anty-oligarchiczna reakcja, która w Stanach wyniosła do władzy oligarchę Trumpa, w Polsce przyniosła zwycięstwo PiS, które prowadzi oligarchiczną politykę. Sądzę, że siła obu formacji zasadza się m.in. na tym, że w odróżnieniu od swoich konkurentów nie ukrywają swoich zamiarów pod demokratycznym frazesem.
Wyjście z tego jest jedne. Wzorem Berniego Sandersa musimy wypowiedzieć wojnę oligarchiom i napełnić pojęcie demokracji klasową treścią – diagnozuje na Facebooku publicysta Łukasz Moll.

Antoni wiecznie żywy

Przewodniczący Mao, aby dowieść swojej żywotności pływał publicznie w Jangcy, królowej chińskich rzek. Pana wiecznego ministra obrony narodowej Antoniego Macierewicza też ciągnie do wody. Pomimo siedemdziesiątki na karku dalej dziarsko i stylowo skacze do wody. Na głowę nawet.
Objawienie skutecznie wypływającego na powierzchnię pana ministra Antoniego nie było przypadkowe. Uroczystą celebrę siedemdziesięciolecia wielce popularnego w PiS polityka zaszczycili nie tylko jego młodzi entuzjaści, „Misiewiczami” zwani. Sam pan prezes Kaczyński zaszczycił Wielkiego Jubilata. Zaprzeczył rozsiewanym przez wrogie ośrodki plotkom o „trafieniu i zatopieniu” pana Antoniego. W krótkich słowach zapowiedział, że pan Antoni ostatniego słowa jeszcze nie powiedział.
Warszawskie wiewiórki ćwierkają, że pan minister otrzymał nowe zadanie. Będzie dowodził desantem PiS na Brukselę. Będzie liderem PiS kandydatów w wyborach do Parlamentu Europejskiego. A potem postrachem eurodeputowanych i unijnych eurokratów.
Pan prezes Kaczyński tak skroił ordynację wyborczą do Parlamentu Europejskiego, że pozbawił szans na posiadanie eurodeputowanych radykalną prawicę, kukizowców i radykalną lewicę. Pięćdziesiąt jeden przypadających Polsce mandatów podzielą między siebie PiS i ewentualna koalicja PO – Nowoczesna – PSL. Kilka mandatów może wywalczyć jeszcze SLD – Lewica Razem.
Uchwalona przez PiS ordynacja jest sprzeczna z prawem i ideami Unii europejskiej. Dlatego może zostać oprotestowana przez największe frakcje polityczne Parlamentu Europejskiego. Chadeków-ludowców, gdzie należy już PO i PSL, socjaldemokratów, gdzie należą SLD i UP, oraz liberałów i zielonych. Do grona tych pierwszych aspiruje Nowoczesna, do grona drugich tworzona wokół Roberta Biedronia nowa partia lewicowa.
Aby spacyfikować ewentualny protest Parlamentu Europejskiego, pan prezes Kaczyński ogłosił, że w następnej kadencji Parlamentu jego PiS wstąpi do chadecko-ludowej frakcji. Skoro kolega Viktor Orbán już tam jest, to czemu pan minister Antoni Macierewicz nie mógłby się znaleźć tam?
Perspektywa posiadania prawie pięćdziesięciu eurodeputowanych z Polski, tych starych z PO-PSL i tych nowych z PiS, może skłonić kierownictwo największej frakcji politycznej europarlamentu do uznania nowej, uchwalonej przez PiS ordynacji wyborczej. Duża frakcja w PE może wiele, bardzo duża może już wszystko.
Zatem okazać się może, że latem 2019 roku grupa polska we frakcji chadecko-ludowej Parlamentu Europejskiego składać będzie się z parlamentarzystów PO, PSL i PiS.
Ponieważ PiS-owców może być więcej niż tych z PO i PSL, bo taką ordynację pan prezes Kaczyński kazał skroić, to przyszłe kierownictwo polskiej grupy w chadecko-ludowej frakcji wpadnie w ręce euro deputowanych z PiS.
Wtedy pan minister Antoni Macierewicz zostanie rzecznikiem dyscypliny w tej grupie.
I kto mu wtedy podskoczy?