Chaos w Paryżu

Pociągi na 10 z 16 paryskich liniach metrach nie wożą się pasażerów. Miasto dusi się w korkach, ludzie wybierają się na piechotę do swoich miejsc pracy. Tak wygląda francuska stolica w dniu protestu pracowników komunikacji miejskiej, którzy nie mają zamiaru przyglądać się biernie jak prezydent-marionetka wielkiego kapitału – próbuje ich pozbawić bezpieczeństwa emerytalnego.

Dwie kolejne linie mają zostać uruchomione dopiero w godzinach szczytu. Całkowicie wyłączone są także dwie ważne linie pociągów podmiejskich łączących centrum z przedmieściami, m.in. z największym we Francji lotniskiem Roissy-Charles-de-Gaulle, co potęguje chaos komunikacyjny.
Zarząd transportu miejskiego RATP w akcie desperacji proponuje mieszkańcom na piątek alternatywne sposoby przemieszczania się – hulajnogą, rowerem czy skuterem.
To będzie największy strajk w sektorze transportu w stolicy Francji 2007 roku. Związkowcy akcentują, że to ostatnie ostrzeżenie w kierunku prezydenta Macrona, który rozpoczyna jedną ze swoich najbardziej antyspołecznych reform. Głowa państwa spłaca swój dług wobec możnych tego świata, jego plan zakłada m.in. wprowadzenie „uniwersalnego systemu” emerytalnego w miejsce obecnych 42 różnych opcji emerytalnych. Dotychczasowe przepisy określają gwarancje stabilności dla niektórych urzędników, pracowników największych przedsiębiorstw publicznych oraz wielu innych grup zawodowych np. marynarzy, notariuszy, pracowników
Opery Narodowej.
Macron chce klasę pracującą tego pozbawić. Jego zdaniem stabilne emerytury zbytnio obciążają budżet państwa.
Czy protesty przyniosą efekt? Agencja Reutera zauważa, że mimo zeszłorocznej fali protestów przeciwko reformie państwowej spółki kolejowej rząd w tej sprawie nie ustąpił. Od tego czasu jednak siła polityczna Macrona słabnie z powodu serii antyrządowych demonstracji ruchu „żółtych kamizelek”, co może wzmocnić pozycje negocjacyjną protestujących.
Jeśli chodzi o pracowników transportu stołecznego, obecny system emerytalny pozwala części z nich – maszynistom i innym ludziom pracującym pod ziemią – przejść na emeryturę w wieku 52 lat, czyli 10 lat wcześniej niż przewidują to ogólne zasady.

Metafizyka

Polski internet spuchł od komentarzy po pożarze katedry Notre Dame w Paryżu. Szyku zadali głównie komentatorzy z prawicy, którzy wyciągnęli starą, wytartą teorię o tym, jakoby Pan Bóg regulował sprawy na świecie poprzez zsyłanie na ludzi plag, tragedii ekologicznych, czy w najlepszym razie zamachów.
„Znaki są do tego, żeby je odczytywać. Płonie katedra Notre Dame w Paryżu. Płonie Kościół, płonie Europa. Czas zmierzchu. Jeśli się nie nawrócimy spłoniemy wszyscy” – stwierdził Nostradamus Terlikowski.
„Ta tragedia ma wymiar metafizyczny. Nie wierzę, by francuskie państwo w obecnym stanie mogło zagwarantować uczciwe śledztwo co do przyczyn pożaru” – poparł go Rafał „RAZ” Ziemkiewicz, z którym z kolei zgodziła się Magdalena Ogórek, pełna obaw o to, że w miejscu spalonej katedry powstanie meczet.
Nieśmiertelna posłanka Pawłowicz widzi już w pożarze ślady działalności piekielnej: „Diabelstwo… Ginie 800-letnia gotycka Katedra Notre Dame w Paryżu trawioną potężnym ogniem… We Francji już niemal co dzień albo burzą kolejne stare katolickie kościoły albo przekazują je muzułmanom lub na galerie handlowe…Nasza europejska cywilizacja bezpowrotnie ginie”.
Drodzy metafizycy od siedmiu boleści, którym tryb „boskiej interwencji” włącza się podejrzanie wybiórczo: zastanówcie się, zanim wypuścicie do internetu jakieś treści z ustawieniem „publiczne”.
Samoloty spadają, kościoły płoną. Wojny wybuchają. Ludzie wynalazki i technologie bywają zawodne. W tym wypadku cieszyć się należy, ze na biednego nie trafiło. Jeśli koniecznie chcecie odczytywać pożar w konwencji znaków, proroctw i Wielkiego Tygodnia, zróbcie sobie postanowienie: przynajmniej do niedzieli odpuśćcie sobie społecznościówki i kontemplujcie w ciszy.
Jedyne, o co mam żal to o to, że jeszcze nikomu nie wpadło do głowy, żeby pożar na serio wpisać w antykremlowską narrację. Jestem zawiedziona, że jeszcze nikt z „naszych” nie podniósł larum na temat Władimira Putina rozwalającego Europę, począwszy od jej serca – Paryża.

Bigos tygodniowy

Spłonęła katedra Notre-Dame w Paryżu – ikona Francji. To nie była tylko gotycka katedra chrześcijańska, lecz być może najważniejsza budowla Francji jako takiej. Potworna strata dla światowego dziedzictwa kulturowego. To tak jakby w Polsce spłonął Wawel. Miałem tę katedrę w wyobraźni od najwcześniejszego dzieciństwa, a lata później po raz pierwszy zobaczyłem ją na własne oczy. Ukazanie się powieści Wiktora Hugo „Notre-Dame de Paris” (1831) wpłynęło na decyzję o pierwszym wielkim remoncie tej budowli w jej dziejach. I właśnie w tej powieści jest scena pożaru w katedrze. Niesamowite zdarzenie, jakby rodem z wielkiej literatury francuskiej, z najbardziej ponurych, apokaliptycznych fantazji. Nieszczęśliwy przypadek czy zakamuflowany akt terrorystyczny?

*****
Prawicowy publicysta Piotra Zaręba, za którym jego środowisko nie przepada, bo wolny jest od serwilizmu Karnowskich i dęcia w propisowską trąbkę propagandową powiedział, że jeśli strajk spełznie na niczym, to szkoły przepełnione rozgoryczonymi nauczycielami staną się „fortecami antypisizmu”. Coś jest na rzeczy. Nie bez wpływu na to będą też obrazki z egzaminów, na których widać ściągniętych pomagierów w sutannach, przywodzące na myśl szkołę we frankistowskiej Hiszpanii i salazarowskiej Portugalii. Tam kler odgrywał rolę bezpośredniego sojusznika opresyjnych reżymów klerykalno-nacjonalistycznych. Jednak o roli mediatora w konflikcie nauczyciele-rząd PiS, kler, po swojej wszechstronnej kompromitacji, mógłby już tylko pomarzyć. I to też jest miarą nowej sytuacji w Polsce.

*****
Jolanta Hajdasz, wiceprezeska prawicowego Stowarzyszenia dziennikarzy Polskich opowiada się za likwidacją opresyjnego wobec dziennikarzy kagańcowego paragrafu 212 kodeksu karnego. Proszę bardzo, jestem za, ale zróbmy to samo z represyjnym paragrafem o tzw. obrazie uczuć religijnych.

*****
Proboszcz parafii Miłosierdzia Bożego w Lublinie, ksiądz Eugeniusz Szymański modlił się podczas nabożeństwa o „opamiętanie się nauczycieli”. Dodał, że „kiedyś nauczyciele uczyli za darmo i oddawali życie za swoich uczniów”. W reakcji na to kilka osób wyszło z kościoła. Ksiądz Szymański miał też problem z frekwencją na rekolekcjach, więc rzekł do obecnych uczniów: „Przecież nie chodzicie do szkoły, bo jest strajk i tym bardziej powinno być was więcej”. Jak zwykle więc oberwało się nie wagarowiczom, lecz tym Bogu ducha winnym, którzy nie zwagarowali. „Ci co nie przyszli, zapłacą wysoką cenę za nieobecność. Zwłaszcza po śmierci” – dodał proboszcz Szymański. Po pierwsze, Bóg zapłać. Po drugie, ksiądz może tego nie wie, ale argument odnoszący się do tego, co po śmierci, akurat na młodzież szkolną działa słabo. Przy okazji dorocznych rekolekcji wraca nieodmiennie kwestia służbowego angażowania nauczycieli do odprowadzania uczniów do kościoła, tam i z powrotem. Na przykład w Szkole Podstawowej nr 21 im. Królowej Jadwigi, w Lublinie jest to zapisane w harmonogramie zajęć w czasie rekolekcji. Podobnie jest oczywiście w setkach, jeśli nie tysiącach szkół w całym kraju. Jeśli nauczyciel nie zgłasza sprzeciwu, to – powiedzmy – nie ma problemu. Jeśli jednak jako ateista trzyma się z dala od obrzędów religijnych, to co?

*****
Oto jeden z przejawów klasyki pisiorstwa. Skoro strajk nauczycieli utrudnił przeprowadzenie w normalnym trybie egzaminów w szkołach, to pani minister Zalewska ze swoim otoczeniem wymyślili, żeby do przeprowadzenia egzaminów zaangażować kogo popadnie, a kto wyrazi zgodę: emerytów, wojskowych, strażaków i kogo tam jeszcze, czyli z totalna pogarda dla prawa, które bardzo ściśle określa uprawnienia do bycia egzaminatorem. Czyli pospolite pisowskie ruszenie według zasady „nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie egzaminatora”. Kto wie czy egzaminatorów nie łapali z ulicy. Przypomina to scenę z radzieckiego filmu „Czapajewa”. Brakowało lekarzy i Czapajew kazał łapać pierwszych z brzegu felczerów i pielęgniarzy, żeby podejmowali praktykę lekarską i robili operacje. Kiedy mu tłumaczono, że uzyskanie dyplomu lekarskiego wymaga studiów i zdania surowego egzaminu. „Przeegzaminować i wydać” – odpowiedział na to Czapajew.

*****
Leon Knabit od lat kreowany w TVP na miłą twarz kleru polskiego, objawił ostatnio prawdziwą, czyli mordę niemiłą. Uznał strajk nauczycieli za „antypaństwowy” i wzywa do interwencji prokuratora generalnego. Nie spodobał mu się też protest pod hasłem „Hańba biskupia” i stwierdził, że klesza pedofilia to jakieś nędzne promile. Z klechy zawsze na ostatek wyjdzie klecha, mimo to nie rozstaję się z warunkową i umiarkowaną sympatią do nielicznych przedstawicieli kleru.

*****
Przemysław Czarnek, wojewoda lubelski, to najbardziej zideologizowany wojewoda w kraju, stały gość w „Studiu Polska” w TVPiS u Ogórkowej. Za jego zniewagi pod adresem LGBT („obrzydliwe obnoszenie po ulicach zboczeń i dewiacji”) została mu wytoczona sprawa sądowa. No, ale przecież to Pan Bóg pana Czarneka (podobno nazwisk się nie odmienia) stworzył płciowość, i tę hetero i tę homoseksualną. Jak może być obrzydliwe to, co stworzył Stwórca?

*****
Jeśli więc prezes Broniarz i strajkujący nauczyciele uważają, że o ile pisiorom udało się przeskoczyć barierę związaną z egzaminami, o tyle nie przeskoczą kwestii klasyfikacji uczniów, to odradzałbym im taki optymizm. A cóż to dla pisiorskiego MEN wydać rozporządzenie, które pozwoli przekazać uprawnienia rady pedagogicznej trzyosobowym komisjom powołanym przez kuratoria, a jeśliby zabrakło ludzi, to dać kuratorom jednoosobowe uprawnienia do dokonania hurtowej klasyfikacji. A ileż to roboty? Pisiory dadzą radę.

*****
Kolejna regionalna konwencja PiS odbyła się w minioną sobotę w Lublinie. Prezes tym razem nie zaryzykował wystąpienia z kolejną „piątką”, bo po pierwsze, mieszek jest opróżniony, a poza tym licho nie śpi i mogłoby to pobudzić do protestów kolejne grupy zawodowe, które uświadomiłyby sobie że w pisowskich planach robienia dobrze, dla nich jednak miejsca zabrakło. Konwencja ograniczyła się do pełnego chełpliwości i dowcipkowania przemówienia Młodego Morawieckiego oraz zarzekania się Prezesa przeciw przyjęciu przez Polskę waluty euro, bo to „spowoduje wzrost cen”. Sęk w tym, że wzrost cen postępuje i bez euro, a 500 plus to dziś w najlepszym razie realnie 450 plus i szybko to idzie do siły nabywczej 400 plus.

*****
Dorota Buchwald nie jest już dyrektorką Instytutu Teatralnego. Pożal się Boże Minister Kultury Gliński pozbył się „wrażej” dyrektorki i zastąpił ją Elżbietą Wrotnowską-Gmyz, nota bene żoną Cezarego Gmyza, korespondenta TVPiS (wstydu nie mają w tej nepotycznej ostentacji!). A kiedy w ubiegłym roku na pisałem o zamiarach Glińskiego, to z jego resortu przyszło pismo bezczelnie wymuszające na redakcji „Trybuny” sprostowanie pod pretekstem czysto formalnej nieścisłości w przekazie. A wyszło na moje, bo jak zwał tak zwał, ale Gliński chciał się Doroty Buchwald pozbyć i się pozbył. Więc po co był ten bezczelny myk z żądaniem sprostowania?

Niewiele dało się uratować

Gigantyczny pożar, który strawił symbol Paryża i Francji – katedrę Notre-Dame, wstrząsnął całym światem.

Jak informują media, ogień miał się pojawić około godziny 18.50, gdzieś na terenie objętym pracami remontowymi, które zaczęły się stosunkowo niedawno. Jak informują media, nie można wykluczyć, że przyczyna pożaru związana jest z zaniedbaniami właśnie związanymi z remontem.
Pierwsi strażacy zareagowali już po sześciu minutach. Jednak ich działanie na niewiele się zdało, ponieważ musieli czekać jeszcze długo na specjalistyczny sprzęt.
Pożar, jak wynika ze początkowych ustaleń, zaczął się w górnych partiach budynku, przez co rozprzestrzeniał się bardzo prędko, doprowadzając w krótkim czasie do upadku iglicy kościoła oraz ogarnięciu płomieniami niemal całego dachu, który wkrótce runął.
Wnętrze katedry było pełne dzieł sztuki o nieocenionej wartości oraz istotnych dla wyznawców chrześcijaństwa symbolami – m.in.. relikwiami. Część z nich udało się, jak się później okazało, uratować. Niemniej szkody są bardzo poważne. Wygląda na to, że nie było ofiar, poza jednym ciężko rannym strażakiem i że konstrukcja nośna ocalała, co pozwoli myśleć o rekonstrukcji budynku. Jednak zajmie ona nie mniej niż 10 lat.
Jak się również okazało, w godzinach wieczornych, 16 rzeźb (12 apostołów i cztery rzeźby ewangelistów), zdobiących do tej pory dach zabytku, zostało uratowanych, ponieważ zostały wcześniej zdjęte i przeznaczone do renowacji.
Wstępne ustalenia na razie wykluczają umyślne podpalenie; przyczyny mogą tkwić w nieprzestrzeganiu norm technicznych podczas prac.
Część obserwatorów twierdzi, iż akcja ratownicza mogłaby się zacząć wcześniej, gdyby tylko niedofinansowana francuska straż posiadała w większej liczbie choćby odpowiednio wysokie drabiny. Na stronie Żółtych Kamizelek na portalu społecznościowym Facebook, pojawiły się uwagi pod adresem władz miasta, że do ratowania katedry wysyła tylko 400 strażaków, a do tłumienia ich protestów wiele tysięcy policjantów.

Gniew żółtych kamizelek

Korespondencja z Paryża

 

To nie była demonstracja paryżan. Ich na manifestacji było stosunkowo mało, jeśli już – to klasy średnie zbiedniałe. Przedmieścia ludowo-imigranckie były bardzo słabo reprezentowane, poza paroma grupkami młodych. Widziałem również kilka kobiet w chustkach – bez problemy mieszały się z tłumem. Panowała atmosfera wzajemnej życzliwości, która przerodziła się w gniew dopiero wtedy, gdy policja zaczęła rozpędzać tłum brutalnymi metodami, także przy pomocy trujących gazów importowanych z Niemiec. Pierwszy raz zetknąłem się z takimi metodami na manifestacji lewicowej, antyimperialistycznej, w Monachium w 1993 r. Za Sarkozy’ego takie twarde metody importowano na ulice Paryża. Widocznie stare sojusze z czasów Vichy i Petaina na salonach mieszczuchów przetrwały.

 

Manifestanci w dużej mierze pochodzili z prowincji.

Wielu było zabiedzonych emerytów oraz drobnych prekariuszy, którzy muszą dojeżdżać do pracy samochodem, bo linie kolejowe zostały zlikwidowane.

Stąd bunt przeciwko cenom paliwa i diesla… To nie są „rzecznicy samochodów i konsumpcji”, jak ich oskarżają centrolewicowi, „ekologiczni” mieszczanie, którzy owszem jeżdżą rowerami, ale lubią spalać tony paliwa na swoje lotnicze wyprawy „konferencyjno-intelektualno-polityczno-urlopowe” lub importować w zimie chilijskie truskawki. Spotkałem też licznych robotników z małych miast, drobnych sprzedawców produktów rolnych, młodych gniewnych prekariuszy. Szli w grupach zakładowych kolegów, Francuzi, migranci z krajów arabskich i przybyli z Hiszpanii. Dużo było bardzo konkretnych rozmów o tym, kto za co żyje, ile zarabia i w jaki sposób musi dorabiać. Popularny sposób? Uprawianie różnych warzyw i owoców na poletkach obok domów. Kwestia dorabiania nurtowała także emerytów. Niektórzy z nich z trudem wiążą koniec z końcem, inni pomagają bezrobotnym dzieciom lub wnukom. Takie realia „rozwiniętej” Francji B.

Słyszałem tę prowincję w języku. Jeden z młodych manifestantów zwrócił się do mnie: Przepraszam pana, czy pan może się posunąć, bardzo proszę, muszę przejść, budować barykadę! W języku paryskim nie da się już czegoś takiego usłyszeć.

Wieś, małe miasteczka i średnie miasta poszły na spotkanie „wielkiej stolicy”, w której wielu z nich wcześniej nie było nigdy. Stąd idea, by manifestować na Polach Elizejskich i obok Pałacu Elizejskiego, czyli prezydenckiego. Tradycyjnie paryska lewica demonstruje wokół placów Republiki, Narodu i Bastylii, co już nie przeszkadza burżuazji.

 

Żółte kamizelki o tym nie wiedziały.

Wkroczyły na tereny, gdzie wielka burżuazja się bawi, bo właśnie te miejsca ludziom z daleka kojarzyły się z Paryżem. Lud ze słomą wychodzącą z butów wszedł z butami na salony „cywilizowanych” burżujów i zagranicznych oligarchów (amerykańsko-arabsko-izraelsko-rosyjskich) – i nawet pojął to dopiero po czasie, jak można było sądzić po rozmowach. Dopiero wtedy, gdy był już na tych prestiżowych ulicach, już dekorowanych i oświetlonych na cześć zimowego święta konsumpcji, nazywanego nie wiadomo dlaczego Bożym Narodzeniem.

 

Cała przemoc na manifestacji pochodziła od policji.

Zebrani byli nastawieni całkiem pokojowi, powiedziałbym – dobrodusznie. Dopiero, gdy użyty został gaz i wjechały armatki wodne, demonstranci zaczęli spontanicznie budować barykady z czego popadło i palić ogniska, żeby pokazać swój gniew. Znamiennie – troszczyli się przy tym, by pożar nie dotarł do otaczających budynków.

Na Polach Elizejskich są bogate hotele, banki, drogie restauracje. Żadne z tych miejsc nie zostało tknięte przez manifestantów.

Mimo całego gniewu wobec bogaczy i próżniaków z całego świata, którzy tam się zwykle gromadzą. To należy podkreślić – chociaż ja sam zastanawiam się, czy nie należało raczej okupować obiektów należących do banksterów i służących im mediów.

Na całej demonstracji widziałem jednego jedynego przedstawiciela skrajnej prawicy. Niósł hasło „Front Narodowy was popiera” – sam chyba nawet nie wiedział, że Front zmienił nazwy już parę miesięcy temu. Dużo więcej było lewicowców – byli raczej przychylnie przyjęci. Widziałem trochę czerwonych flag, kilka portretów Che Guevary i kilka chustek palestyńskich. W skali całego wydarzenia było ich jednak niewiele. Większość uczestników nie miała wyraźnych afiliacji politycznych. Lider Nieuległej Francji Jean-Luc Melenchon apelował na Twitterze o poparcie manifestacji, ale widziałem tylko jednego posła z tego ugrupowania, Ruffina. Spokojnie rozmawiał, debatował z demonstrantami.

 

Nikt nie przyszedł z hasłami i partyjnymi znakami – z żadnego zresztą ugrupowania.

Tzw. „komuniści” mieli w ten dzień swój zjazd – doskonały pretekst, by nikogo nie wysyłać i ograniczyć się tylko do słownego „poparcia manifestantów”. Nowa Partia Antykapitalistyczna (NPA) też nie przyszła, ale to nie zdziwiło. Ta grupa już od kilku lat woli zebrania salonowe i umoralniające przemowy niż kontakt z masami i działalność wśród dołów społecznych, wśród realnie istniejącego ludu. Małe a liczne inne ugrupowania „lewackie”, których we Francji jest mnóstwo, także się nie pojawiły. Jeśli nawet ktoś z tego grona był w tłumie, to starał się trzymać linię „pozornej apolityczności”. Według (niestety) przyjętego dziś standardu.

Manifestanci byli więc głównie ze środowisk, które dotąd nie były upolitycznione. Dopiero się uczą, dotychczas byli bierni, dopóki nie ogarnął ich gniew. Tym bardziej byli zszokowani tym, co w Paryżu znamy od dawna – z hipokryzją mediów i przemocą policyjną. Dopiero teraz się z nią zetknęli, zobaczyli kontrast między prawdą i medialnym obrazem na własne oczy. Dużo było dyskusji miedzy manifestantami. Każdy się w biegu uczył myśleć politycznie. Dzięki Macronowi !!! Wielkie jemu za to dzięki !!!

Tak więc brzmiały główne wątki – zasłyszane, zauważone, wykrzyczane:

Media kłamią! Macron musi odejść! Bankierzy kradną! Zabić banksterów! Długi są niesprawiedliwe! Trzeba atakować raje podatkowe! Kontrolować łamanie prawa podatkowego przez bogatych! Kontrolować eksport kapitału! Trzeba podnieść poziom życia, zabierając bogatym! Nie dajemy rady żyć z takimi pensjami! Nie walczymy dla siebie, ale o prawo do życia naszych dzieci! Koniec z kosztownymi wojnami w Afryce i krajach arabskich! Precz z handlarzami broni! Oskarżają nas o faszyzm, bo nie mają argumentów!

I dalej:

Wszyscy żyjemy we Francji, musimy razem walczyć! O nasze prawa do godnych zarobków i pracy! Mamy nadzieję, że przedmieścia (imigranckie – przyp. BD) się włączą, wtedy dopiero będzie prawdziwa walka! Partie polityczne i związki zawodowe zawaliły, my byliśmy grzeczni, a teraz trzeba być poważnym i się zorganizować! Dotychczas był bunt, czas przejść do rewolucji! Obalić system!

 

Obalić Macrona, obalić rząd, obalić system!

Nic o UE, nic o NATO. Widziałem jeszcze hasło: Społeczeństwo obywatelskie do parlamentu! Słyszałem też Marsyliankę. Fragment, gdzie śpiewa się „niech nieczysta krew użyźni naszą ziemię”. Tyle, że demonstranci przerabiali to na „krew Macrona”.

Zapamiętałem też dobrze jedną scenę. Jedna z libańskich stacji TV prowadziła wywiady z manifestantami. Nagle jeden z nich, widząc kamerę, zawołał: „Pierdolone media! Media prostytutki!”. Ale z tłumu ktoś odpowiedział: to Libańczycy, pozwól im robić swoją robotę, dzięki nim ludzie się dowiedzą, co tu naprawdę się dzieje. Media francuskie kłamią!

Na to znowu ktoś inny: Libańczycy już wiedzą, co to szczucie jednych na drugich w imię religii i rasy, my tu takiego czegoś nie chcemy, wszyscy mamy być razem, żeby walczyć o godną pracę w naszej wspólnej Francji!

Libańczycy byli rozradowani, uśmiechnięci… Za to dziennikarzy francuskich było bardzo mało. Widać, że się bali reakcji ludzi. Kiedy zbliżyła się ekipa prorządowej BFM TV, ludzi do niej krzyczeli: „Będziecie zadawać pytania, a potem tak to potniecie, że wyjdziemy na faszystów lub prowokatorów. Umiecie tylko kręcić i kłamać! Czy wam nie wstyd ?” Ekipa uciekła potem przed tlumem… A ci bardziej niby lewicujący, jak „Le Quotidien”? Gdy starali się nawiązać rozmowę, mówili coś w rodzaju: „No dobrze, wiecie, ze tak naprawdę Macron odejść nie może, bo takie są reguły demokracji. Więc co konkretnie chcecie, żeby zrobił ?”

 

Około 80 proc. Francuzów popiera „żółte kamizelki”.

To wynik oficjalnych sondaży, który potwierdza się w terenie, nawet, gdy rozmawia się z policjantami. Oni też często myślami są po stronie manifestantów. To oznacza, że wśród manifestantów musiało być wielu takich, którzy głosowali na Macrona i na Le Pen. Ale ogólna atmosfera na proteście nawiązuje do pamięci o rewolucji francuskiej. Nikt otwarcie nie wypowiadał się w duchu prawicowym. W żadnej rozmowie nie usłyszałem niczego rasistowskiego czy w duchu Le Pen… Nie twierdzę, że tego nie ma, ale to znaczy, że oni wiedzą, że nie mogą wyjść ze swoimi poglądami, bo to nie „ich teren”. Słyszałem w bocznej ulicy rozmowę grupy młodych: „Musicie zrozumieć, trzeba przestać glosować na tę k… Le Pen jako na niby-opozycję. Dokładnie tego życzy sobie Macron!”. Co do Le Pen, z jednej strony chciała ona przejąć ten ruch, z drugiej – boi się go.

Nowe warstwy ludowe, biedni i średnio biedni, wchodzą do boju i kształcą się politycznie w sposób spontaniczny, w wielkiej próżni. Bo co się dzieje z lewicą? Wspomniany zjazd Francuskiej Partii Komunistycznej przyjął nowe logo. Bez sierpa i młota, z mapą Francji w kształcie podobnym do czerwonej gwiazdy, ukoronowanej ekologicznym drzewkiem … Nieuległa Francja już niemal definitywnie podzieliła się między radykałami, którzy chcą włączyć się do konkretnej walki klasowej i budować coś trwałego na dole, a tymi, co dążą do instytucjonalnego przejęcia resztek Partii Socjalistycznej i są gotowi do „kompromisów” w imię tzw. „realizmu” …

Generalna Konfederacja Pracy przygotowuje swój zjazd – tam też wyraźnie spór miedzy bazą lewicową, która chce znowu klasowego związku i powrotu do Światowej Federacji ZZ, a prawicą, która podtrzymuje linie Europejskiej Konfederacji ZZ i Międzynarodowej Konfederacji ZZ. Inne „umiarkowane” związki, szczególnie CFDT, są przeciwko manifestantom, poparcia udzieliła tylko jedna federacja Force Ouvriere. Ważne kiedyś ugrupowania trockizujące, anarchizujące, maoizujące, ekologizujące stały się w dużej mierze klubami dyskusyjnymi emerytów politycznych.

 

Tymczasem młodzież buduje od podstaw swoją wizję przez stowarzyszenia,

które zaczynają się na nowo dzielić na lewicujące i prawicujące, od rojalistow po ultra-maoistow lub „apolitycznych”. Coraz bardziej widać podział miedzy „lewicą moralną”, salonową, hasłową, intelektualno-mieszczańską, instytucjonalną, a „lewicą społeczną”, klasową, oddolną, ludową, skłonną do poniesienia ryzyka swych decyzji.

Ultraprawica także się odbudowuje. Konfrontacja wydaje się nieuniknione, ale nie z padającym Zgromadzeniem Narodowym Marine Le Pen, ale z twardogłowymi rzecznikami „tożsamości”, białej lub tej islamistycznej. Ci są na razie wyizolowani od mas, które chodzą bardziej twardo po ziemi i kalkulują na bazie interesów materialnych, niezależnie od tego, czy wierzą w Boga muzułmanów, katolików czy jakiegoś innego. Proces więc trwa, a „żółte kamizelki” przyspieszają okres dojrzewania. Rozgniewana ludność musiała się sama rzucić na ulice, bo awangardy nie było…

Historia Francji uczy, że lud najpierw debatuje w kawiarniach i na ulicy, gdy wychodzi protestować, główkuje samodzielnie, a potem dryfuje na lewo. Rozumie, że ludzie to ludzie, a ludzie pracy to ludzie pracy, nie ma ograniczeń rasowych, narodowościowych, religijnym. Traf chciał, że najbardziej rozbudowane myślenie zauważyłem wczoraj wśród robotników, w tym z zakładów na prowincji. Ten fakt potwierdza to, co lewica wie od mniej więcej 150 lat – świadomość bazuje na stosunkach produkcji.

Protesty trwają…

Wolni z wolnymi! równi z równymi! Prekariusze wszystkich krajów, łączcie się!

Jak to się robi w Paryżu?

Taka okazja zdarza się raz w życiu, więc tym razem na obchody 11 Listopada postanowiłem wybrać się do Paryża, jako że to nie w Warszawie, lecz pod francuskim Compiègne dokonał się 100 lat temu najważniejszy akt wojskowo-polityczny w Europie. Liczyłem na – zamiast hałaśliwego i cuchnącego dymem rac tzw. „Marszu Niepodległości” w Warszawie – wspaniałą, barwną defiladę na Polach Elizejskich i na wysłuchanie „Marsylianki”, ale Emmanuel Macron zrobił mnie w konia i defiladę odwołał.

 

Początkowo brałem pod uwagę wyjazd podCompiègne, kilkadziesiąt kilometrów od Paryża, gdzie 100 lat temu, w położonym o kilkanaście kilometrów od tegoż Compiègne lasku Rethondes, rozciąga się tzw. Clairière de l’Armistice, rodzaj rozległej, wybetonowanej i ozdobionej pomnikami polany, swoiste mauzoleum, gdzie 11 listopada 1918 roku, w wagonie kolejowym, Niemcy podpisali przed marszałkiem Francji Ferdynandem Fochem akt kapitulacji kończący Wielką Wojnę 1914-1918, nazwaną później I wojną światową. Jednak okazało się, że dostanie się tego dnia do tego historycznego miejscu będzie niemożliwe, jako że będą tam pan prezydent Francji i pani kanclerz Niemiec Angela Merkel, więc teren zostanie tak szczelnie otoczony przez policję, że mysz się nie przeciśnie. Na krótko przed odlotem do Paryża dowiedziałem się także, że spodziewanej przeze mnie wojskowej defilady nie będzie. Prezydent Macron, zwany tu złośliwie „małym Napoleonem”, uzasadnił swoją decyzję o rezygnacji z niej względami – powiedzmy – psychologicznymi. Uznał bowiem, że defilada zwycięstwa byłaby niepotrzebną formą upokorzenia Niemców. Wydała mi się ta argumentacja trochę dziwna, jako wyraz nadmiaru poprawności historycznej i zbytek delikatności, bo to ostatecznie Niemcy wywołali tę straszliwą wojnę, ale cóż było robić…

 

Akademia w Champagne-sur-Seine

W przeddzień rocznicy nadarzyła się okazja osłodzenia sobie tego rozczarowania. W niewielkim podparyskim, sennym miasteczku Champagne-sur-Seine, w departamencie Seine et Marne, w którym zamieszkałem, w miejscowym ośrodku kultury odbyła się otwarta dla wszystkich chętnych lokalna, uroczysta akademia rocznicowa. Typową salę kinowo-widowiskową wypełniła, prawie w całości, publiczność na ogół w wieku 50 plus. Na scenie zainstalowano skromną scenografię w postaci płóciennych worków i drewnianych skrzynek „na amunicję”, rekwizytów nawiązujących do akcesoriów wojennych, do okopów. W tle wyświetlano fragmenty archiwalnych kronik z pól bitewnych. Aktorzy-amatorzy odczytywali fragmenty pisanych na froncie listów żołnierzy do bliskich, miejscowy chór damsko-męski śpiewał smętne chorały ku czci poległych, a dla kontrapunktu zaserwowano też serię wesołych, dziarskich piosenek ludowych ze słynną „La Madelon” (taki odpowiednik naszej „Przybyli ułani pod okienko…”) na czele, odśpiewanych przez solistkę Karin w kaszkiecie à la Gavroche. Co znamienne, w „La Madelon” wokalistka opuściła zwrotkę opiewającą chwałę wodzów walczącej Francji („Joffre, Foch et Clemenceau”). Niejaka „depersonalizacja” tej wojny, unikanie kultu ówczesnych wodzów i położenie akcentu na udział i cierpienia zwykłych ludzi był charakterystycznym rysem klimatu tych obchodów. Zwykli, anonimowi żołnierze, a nie marszałkowie, generałowie czy ministrowie spoglądali też z okładek okolicznościowych, historycznych magazynów. Na wspomnianej akademii było też kilka krótkich oficjalnych przemówień, podziękowań, a w hallu po uroczystości czekał na widzów skromny poczęstunek w postaci szampana, napojów i słodyczy.

 

A nazajutrz…

Nazajutrz rano ruszyłem do Paryża, w nadziei, że coś jednak da się uszczknąć z oficjalnej uroczystości pod Łukiem Triumfalnym przy placu Charles de Gaulle – Étoile, gdzie ustawiono wielkie namioty dla oficjeli i akredytowanych dziennikarzy oraz fotoreporterów. Nic z tego. Plac szczelnie odgrodzono metalowymi barierkami i to z dużym zapasem przestrzeni. Media mówiły o Paryżu jako o „mieście-fortecy”, jako że poza prezydentem USA Donaldem Trumpem przybył tu m.in. także prezydent Rosji Władimir Putin. Zrobiłem w deszczu rundę wokół barierek, a potem jak niepyszny wróciłem na Pola Elizejskie, udekorowane trójkolorowymi flagami i naszpikowane uzbrojonymi funkcjonariuszami policji i wojska. Jedyne, co udało mi się zobaczyć, to „Bestię”, limuzynę full wypas wiozącą Trumpa w otoczeniu licznej obstawy, a jedyne co usłyszeć, to dalekie odgłosy odegranej „Marsylianki”. Moja paryska przyjaciółka, z Polski rodem mówi, że ta skłonność do izolacji uroczystości, które na zdrowy rozum powinno się zorganizować dla szerokiej publiczności, a nie dla zamkniętej elity, jest jednym z rysów prezydentury Macrona, o którym mówi się tu jako o człowieku bardzo apodyktycznym, aroganckim, o skłonnościach dyktatorskich.

 

„Trump c’est la guerre”

I właśnie Trumpowi „poświęcona” została antytrumpowa manifestacja przy placu Republiki, na którą przemieściłem się z Pól Elizejskich, nie bez trudności, bo pozamykano szereg stacji metra. Hasło manifestacji brzmiało: „Trump = guerre” (Trump równa się wojna) i trzeba przyznać, że nie była ona liczna. Nad placem, tuż obok pomnika-posągu Republiki unosił się wielki, barwny balon przedstawiający karykaturę Trumpa, z charakterystyczną, żółtą grzywą, jako bobasa w pieluszce podpiętej agrafką. Ta manifestacja została jednak zdominowana przez ciemnoskórych imigrantów, którzy podkręcając animusz afrykańskimi rytmami wygrywanymi na bębnach domagali się praw, „papierów” i mieszkań.

 

Paryż paryżanom – ofiarom wojny

Rozczarowanie brakiem dostępu do głównej uroczystości oficjalnej zrekompensowałem sobie uczestnictwem w wieczornej uroczystości pod murem cmentarza Père Lachaise od strony bulwaru Ménilmontant. Poświęcona ona była paryżanom, ofiarom Wielkiej Wojny, w sumie 94.415, głównie żołnierzom, którzy zginęli na froncie, choć podczas niemieckich bombardowań stolicy, choćby w marcu 1918 roku zginęli także cywile, między innymi kilkudziesięciu uczestników nabożeństwa w kościele Saint Gervais – Saint Protais. Na 280 metrach muru cmentarza umieszczono tablice-panneau z nazwiskami ofiar, a całość, na czas uroczystości, podświetlono „tricolore” (barwami Francji) i zapalono znicze. Na telebimie wyświetlano fragmenty archiwalnych kronik wojennych, pojawił się też aktor odczytujący na tle tablicy fragmenty frontowych listów żołnierzy. Obecna była mer Paryża, Anne Hidalgo, ustrojona w trójkolorową szarfę, która przemaszerowała wzdłuż muru, a także obok mnie, na wyciągnięcie ręki. Orkiestra wojskowa zagrała „Marsyliankę” i „Le Chant du Départ” (pieśń wymarszu z 1792 roku). Licznie zgromadzeni paryżanie, mimo deszczowej pogody, ze wzruszeniem uczestniczyli w tej skromnej, ale przejmującej uroczystości.

 

Atmosfera zadumy

To co uderzało w tych francuskich uroczystościach, to atmosfera zadumy i – choć była to rocznica militarnego zwycięstwa nad Niemcami – brak akcentów buńczucznych, tyrtejskich, bojowych, silnie nacjonalistycznych. Ci, którzy mają Francuzom za złe ich „brak waleczności” w roku 1940 powinni pamiętać, że w czasie bezsensownej I wojny, toczonej głównie w monstrualnym błocie okopów nad Marną i pod Verdun, zginęło ponad półtora miliona młodych, francuskich mężczyzn. Była to straszliwa hekatomba, której ślady w postaci cmentarzy, tablic i pomników można napotkać w większości francuskich miast, miasteczek i wsi. Doświadczenie la Grande Guerre usposobiło Francuzów sceptycznie do walki, choć już kilkanaście lat po drugiej wojnie światowej zaplątali się w brudną, kolonialną wojnę w Algierii.

 

Francja zrobiła swoje, Francja może odejść

A co we Francji poza uroczystościami rocznicowymi? Robi ten kraj, nie od dziś, wrażenie zmęczonego, przygaszonego. Przejawów dawnej, galijskiej wesołości daremnie tu szukać. Mój przyjaciel-gospodarz, Polak zamieszkały na stałe na podparyskiej prowincji zwraca uwagę na obniżenie się ambicji ogółu Francuzów. Nie mają już poczucia, że są obywatelami mocarstwa i że przed ich krajem jest świetlana przyszłość. Standard życia nie rośnie tu już od dawna, ale że też gwałtownie nie spada, a już dawno usytuował się na dość wysokim poziomie, więc ludzie żyją sobie na ogół dostatnio, choć bez fajerwerków. Wokół tematu ekonomicznej, politycznej, duchowej kondycji Francji obecnej powstało już sporo artykułów i książek, w tym proza powieściowa Michela Houellebecqa. Można było w nich natrafić na takie tytuły jak „Francuskie samobójstwo” Erica Zemmoura czy na frazę „Francja zrobiła swoje, Francja może odejść”. Te wymowne sformułowania nawiązują właśnie do owego, wyraźnego w dawnej, „słodkiej Francji” klimatu swoistej dekadencji i przekonania, że Francja nie jest już tą dawną cywilizacją, która przez mniej więcej trzy stulecia promieniowała na cały świat w sferze kultury, sztuki, filozofii czy obyczajów, że ta jej dawna rola już się zakończyła, że nie jest już natchnieniem świata, w tym dla Polski. Także Paryż wydaje się nie mieć już dawnego splendoru i animuszu. Jest przygaszony, jak jego mieszkańcy. Próżno szukać dawnych, legendarnych elegantów i elegantek paryskich. W odróżnieniu od Polski, w której panuje skłonność do unowocześniania wszystkiego co się da, czy trzeba czy nie trzeba, tu dominuje rodzaj abnegacji. Słynne, uważane za prestiżowe muzeum wnętrz z XVIII wieku, Nissim de Camondo, wygląda jak prowincjonalna, przykurzona ekspozycja starych eksponatów, niedbale pilnowana przez znudzoną obsługę. Na dziedzińcu stoi sfatygowana latarnia z wybitą szybką, której najwyraźniej nikt nie kwapi się naprawić. Trochę mi te niedbałości i niedoróbki przypominają przykurzone zaniedbanie, charakterystyczne dla PRL. Nie jest to skojarzenie zupełnie pozbawione sensu, jako że pewien dowcipny Francuz określił kiedyś Francję jako „Związek Radziecki, któremu się udało”. Prowincja też jest smutnawa, spacerując przez kilka dni ulicami Champagne-sur-Seine zauważyłem, że za dnia i wieczorem jest pustawe. Odkąd zamknięto fabrykę, w której pracowało około 3000 ludzi, co rano na peronie małego dworca kolejowego smutni, zaspani ludzie czekają na pociągi do Paryża przez Melun, wiozące ich do pracy w metropolii, rzecz jasna. Wracają do swoich domów po kilkunastu godzinach, aby następnego dnia, z rana stawić się na peronie. A nadto, jak powiedział mój gospodarz, „ludziom niewiele się chce, zamykają się w domach”.

 

Vive la France!

A może to listopad, ten zły miesiąc dla Polaków, spowodował że zobaczyłem Francję smutną i zmęczoną? A może ten obraz jest nazbyt ponury, a przez to nie w pełni prawdziwy? Żeby jednak nie wyszło na to, że wyłazi ze mnie zadufany Polak, dodam, że jest we Francji sporo rzeczy, które można byłoby przenieść do Polski, choćby system transportu publicznego, dobrze zorganizowany, tani i przyjazny ludziom. A także prężne, markowe branże przemysłowe, których możemy tylko pozazdrościć i państwo, które mimo trudności nie jest „teoretyczne”. Mimo objawów pewnego rozprzężenia, ten kraj nadal ma silną, wypracowaną przez stulecia, pozycję w Europie oraz poziom życia, do którego jeszcze sporo nam brakuje. A poza tym na wystawach paryskich księgarń dominuje wielka klasyka, a nie jak w Polsce, współczesna tandeta. A zatem, mimo wszystko: Vive la France!

Nasza chata z kraja

Bo jak z takim podejściem znaleźć wspólny język z resztą kontynentu?  Bo o zmarnowaniu okazji, żeby być w miejscu, gdzie gromadzi się reszta świata, jako o błędzie czysto taktycznym, szkoda nawet mówić. Cóż – pan Prezydent i Pan Premier woleli maszerować w Warszawie.

 

By uczcić stulecie zakończenia I wojny światowej w Paryżu pojawiło się 60 głów państw i szefów rządów. Tak spadkobierców państw Ententy, jak i państw centralnych. Polska była reprezentowana tylko na szczeblu ministerialnym – w języku dyplomacji oznacza to czysto rutynowe zaznaczenie, że w ogóle Warszawa tę okazję zauważyła, nie przywiązuje jednak do niej większej wagi.

 

Nasza chata z kraja.

Choć niby lubimy łudzić się wyobrażeniem, że Polska to „Serce Europy”.
Fakt – I wojna światowa w polskiej pamięci zbiorowej zajmuje dziwne miejsce. Nie była to „nasza wojna”. Stronami w niej były państwa zaborcze, więc trudno oczekiwać, żeby Polacy pamiętali ją jako „swoją” wojnę.
Jeśli już – to jako wojnę, w której efekcie, na skutek niebywałego zrządzenia dziejowego upadły wszystkie trzy – bo w 1918 r. nie było już ani imperialnych Niemiec, ani dualnej monarchii austro-węgierskiej, ani carskiej Rosji.
Co więcej – na wschodzie Europy sytuacja była ustabilizowana, bo Lenin miał w 1918 r. większe problemy niż kontynuowanie wojny z państwami centralnymi, której wielkiego sensu kontynuowania nie widział, woląc zawrzeć taktyczny pokój. I na tym polska refleksja nad „wojną prowadzoną po to, aby zakończyć wojny” się zwykle kończy. Czasem dodaje się tylko trochę frazesów o Polakach walczących na jej frontach pod cudzymi sztandarami, o taktycznych sojuszach różnych opcji.
To, żeby I wojna światowa – choć wojen nie zakończyła, lecz zaowocowała kolejną, jeszcze straszniejszą – miała dla dzisiejszej Europy konstytutywny charakter, umyka naszej refleksji całkowicie. Związek pomiędzy hekatombą na Polach Flandrii, między przeoraniem tkanki społecznej we wszystkich biorących udział w konflikcie państwach, między rewolucją bolszewicką w Rosji – przypomnijmy choćby na marginesie niechętnie przywoływany w dziś obowiązującej narracji fakt, że to Rosja Radziecka jako jedno z pierwszych państw uznała prawo Polaków do samostanowienia – między tym wszystkim, co stanowiło faktycznie o końcu dziewiętnastowiecznego świata – jest w dla nas przynajmniej nieoczywisty. Starczyła nam niepodległość.
Rzecz jasna – niepodległość znaczyła wiele, bardzo wiele. Trudno spodziewać się, żebyśmy wówczas, mając pilniejsze sprawy na głowie, przeżywali tak bardzo to, co działo się z resztą Europy, ale żeby to aż tak ignorować w późniejszym okresie – wydaje się mimo wszystko niezrozumiałe. Nie tylko niezrozumiałe, ale i szkodliwe, bo czyni Polskę wyobcowaną, wyłączoną ze wspólnoty – i to wspólnoty szerszej niż tylko Unia Europejska, ale w skali całego kontynentu.
Domniemana unikalność polskiego doświadczenia tego ani nie tłumaczy, ani nie usprawiedliwia.
Niezrozumienie doświadczenia pierwszowojennego w Polsce jest jednak kluczem do całego szeregu mentalnych pułapek, w które jak bardzo skłonni jesteśmy wpadać – czy to rozkoszując się myślą o tym, jak to zostaliśmy zdradzeni (o świcie, lub nie), osaczeni przez wrogów, w naszej samotności wobec klęsk znajdując perwersyjną wręcz przyjemność. Bo istotą jego niezrozumienia jest to, że widziana z polskiej perspektywy wojna może być tylko „nasza” (czyli słuszna) i „nie nasza” – czyli pozbawiona znaczenia. A ta wpada w tę drugą kategorię.
W moich uneskowych czasach tak się składało, że przez szereg lat z rzędu 11 listopada spędzałem w Paryżu.
Wtedy jeszcze żyli nieliczni weterani Grande Guerre. Z roku na rok ich szpaler ustawiony przed Łukiem Triumfalnym robił się jednak z nieuniknionych powodów coraz krótszy i krótszy. Dziś – według mojej wiedzy – nie ma wśród żyjących ani jednego, choćby najmłodszego.

 

We Francji

pamięć o I wojnie światowej trwała zawsze.
Diametralnie inaczej niż w Polsce – to była „ich wojna”. O konkretną sprawę. Choćby o zmazanie klęski pod Sedanem w 1870 r., o odzyskanie Alzacji i Lotaryngii. Element patriotycznej interpretacji w wyobrażeniach Francuzów był niezwykle silny. Silniejszy pewnie, niż w jakimkolwiek innym kraju. Ale i w tym kraju pamięć o latach 1914-1918 zmieniała się, i tak jak odchodzili na wieczną wartę ostatni, którzy pamiętali błotniste okopy zachodniego frontu, którego przesunięcie o kilkaset metrów w tę czy drugą stronę okupywane były dziesiątkami tysięcy zabitych, tak i w świadomości Francuzów coraz bardziej dominować zaczął inny punkt widzenia, wcześniej obecny, na przykład, w Wielkiej Brytanii – że była to wojna okrutna i bezsensowna, pełna traumy i cierpienia, będąca efektem beztroskiej polityki przywódców przełomu wieków i rozbuchanych sprzeczności wąsko rozumianych interesów.
Bo dziś nie da się już o tej wojnie w Europie opowiadać językiem sztandarów, werbli i uwielbienia dla tej czy innej monarchii.
Kto by tak czynił, popadałby w groteskowe naśladownictwo tytułowego bohatera „Przygód dobrego wojaka Szwejka”, gdy wygłaszał swoje patetyczno-patriotyczne cymbalstwa o tym, jak to pięknie jest polec za Najjaśniejszego Pana. W ten sposób dziedzictwo I wojny światowej, już za jej trwania trudnej do wytłumaczenia obywatelom, po stu latach ma tylko jeden wymiar – właśnie głęboko antywojenny. Nie jako wojny „naszej” lub „nie naszej”, ale takiej, w której wszystko jedno, kto w jakim mundurze został zabity i czy miał na głowie pikelhaubę czy hełm Adriana.

 

Europa tę drogę refleksji przeszła.

Dzięki temu 11 listopada 2018 r. w historycznym wagonie w Compiègne – replice tego, w którym w 1918 r. podpisano zawieszenie broni i w 1940 r. kapitulację Francji – mogli pojawić się prezydent Francji Emmanuel Macron i kanclerz Niemiec Angela Merkel i usiąść w nim obok siebie – nie naprzeciw. Mogli pochylać się nad ofiarami i tym samym umacniać w Europie perspektywę dalszych lat pokoju i integracji.
Obchody te dla Rosji były na tyle ważne, żeby pojawił się na nich prezydent Władimir Putin, swoją obecnością przypominając, że I wojna światowa to nie tylko koszmar frontu zachodniego, ale i dramat, jaki rozgrywał się na Wschodzie.
A Polski w tej obróconej w przyszłość narracji nie ma.
Jest cały czas anachroniczny sposób postrzegania tej wojny „nie naszej”. I wybiórczo traktowanej pamięci, w której zapisane są jeśli nie heroiczne – ale tylko nasze – klęski, to zdarzenia, które da się ubrać w kostium makabryczno-heroicznej zabawy połączonej z patriotycznym pobrzękiwaniem szabelką, albo choć pałką lub racą.
Skansen minionej epoki – epoki, której początek końca miał właśnie miejsce w 1918 r.

 

To źle rokuje.

Bo jak z takim podejściem znaleźć wspólny język z resztą kontynentu?
Bo o zmarnowaniu okazji, żeby być w miejscu, gdzie gromadzi się reszta świata, jako o błędzie czysto taktycznym, szkoda nawet mówić. Cóż – pan Prezydent i Pan Premier woleli maszerować w Warszawie.
Ciekawe, czy zadali sobie pytanie, jak by wyglądała niepodległość Polski, gdyby w 1919 r. polski rząd zignorował konferencję wersalską? Uważając, że nas to nie dotyczy.

Nie ma pasaży poza Paryżem… Recenzja

…czyli paryżanin prażaninem.

 

Krzysztof Rutkowski (nie mylić ze sławnym, ekscentrycznym detektywem prywatnym) powiedział niedawno w wywiadzie dla „Nowych Książek”, że w gruncie rzeczy żałuje swojej repatriacji z Paryża do Warszawy w roku 2010, po trzydziestu latach pobytu nad Sekwaną. Że jego miejscem na Ziemi jest jednak Paryż. Ja się żalowi Krzysztofa nie dziwię, bo i ja właściwie nieustannie podskórnie do Paryża tęsknię. To miasto-narkotyk, którego nie sposób mieć nigdy dość, choćby na wskroś znało się jego wszystkie wady. Styl Krzysztofa, absolutnie unikalny sposób obrazowania przez niego świata oraz myśli i wrażeń od lat wielbię, pławię się w nim jak kot w walerianie od czasu lektur „Paryskich pasaży”. Przed erudycją Krzysztofa i jej twórczym wykorzystaniem zawsze padam plackiem, jak przed sułtanem. Dlatego pomny rozkoszy lektury jego „paryskich pasaży” i „męczennic z Saint Denis” rzuciłem się jak tygrys na świeże mięso na jego „Warszawskie pasaże”. Jednak po lekturze pierwszego akapitu, z którego można by wywnioskować, że będzie to prawdziwa „wątróbka po warszawsku”, okazuje się ta nadzieja złudną. Bo ledwo Krzysztof napisał o widoku z jego balkonu na Grochowie na Park Skaryszewski i Jezioro Kamionkowskie, już przeskakuje do paryskiej kloaki z 1925 roku i współczuje Mironowi Białoszewskiemu, że nie miał do dyspozycji takich „zejść do piekieł i studzienek ściekowych na sny” jak Walter Benjamin. A potem jeszcze Baudelaire penetrujący rynsztoki i dopiero na sam finał pasażu I, na otarcie łez, wytrysk ze studzienki na roku Brzeskiej i Ząbkowskiej. A już zupełny skandal z pasażem II, gdzie: „Na ulicy Grochowskiej zatrzymał się fiat Punto, z którego wysiadł efeb”, ale potem już do końca pasażu tylko Dionizos, Apollin, Pytie, Sybille i Nietzsche. I tak właściwie jest we wszystkich 43 pasażach, acz w niektórych tego Grochowa odrobinę więcej, ale tylko odrobinę. To zresztą, po prawdzie, pasaże nie warszawskie, lecz lokalne, praskie, i to z Pragi-Północ. Żadnego innego poletka warszawskiego ani dudu, ani Starówki, ani Śródmieścia, ani Woli, ani Ochoty, ani Mokotowa, ani Wilanowa, ani, ani. Jako paryżanin, mimo pewnych skłonności do lokalnego patriotyzmu, był Krzysztof obywatelem całego Paryża (le citoyen de Paris). Jako warszawiak jest tylko prażaninem i to północnym, grochowskim, zakutym, prowincjonalnym, jak napotykani co rusz menele, choćby w krzakach przy Dworcu Wschodnim (po francusku: Gare de l’Est, ale to jednak nie to samo). No więc czyta się te „Warszawskie pasaże” z przyjemnością wielką, jak to Krzysztofa zawsze, stylistę fenomenalnego, ale Warszawy w nich tyle, co kot napłakał. Inna sprawa, że w odautorskim wstępie Krzysztof uczciwie i lojalnie, acz złowieszczo przestrzega: „Okazało się rychło, że techniki wypracowane w Paryżu do niczego nie przydadzą się nad Wisłą. Inny świat – zupełnie inny świat, inne powietrze, inne przebudzenia od śmierci do życia, odpadania od życia od życia ku śmierci, przejścia inaczej tajemne”. Mi tego Krzysztof nie musiałby mówić, mnie nie musiałby ostrzegać, śmiem powiedzieć, że akurat tego, co jak co, ale tego jestem świadom nie mniej niż on. I nawet jeśli i ja odczułem odrobinę rozczarowania, to przecież w końcu nie mogę mieć Krzysztofowi za złe, że to nie jego klimaty Jarosława Marka Rymkiewiczowe wędrowanie wyobraźnią śladami duchów warszawskich jakobińskich wieszatieli, insurgentów 1794 czy króla Stasia i dostrzeganie ich wyrazistych cieni nawet na świeżo wymienionym trotuarze Krakowskiego Przedmieścia z okna biblioteki PAN. Zostawmy zatem w świętym spokoju Warszawę i nie udawajmy że o nią chodzi, a nie o Paryż. A skoro o Paryż chodzi, to cytuję z „Warszawskich pasaży” taki oto passus: „Tu ruiny i tam ruiny. Na Grochowskiej i w Paryżu. Pamiętam kwartał trzynastej dzielnicy sprzed lat trzydziestu pięciu, jeszcze spokojny i cichy, malwy w ogródkach, grajków na dachu i cymbalistę z wiaduktu nad ulicą Chevaleret. Teraz Dom Świętego Kazimierza osaczyły betonowe ściany i przeszklone tafle. Dom się broni, chociaż gęsia skóra coraz częściej wyziera z tynku. Wokół domu piętrzą się ruiny w budowie”.

Mój Boże! Toż to wejście w przestrzeń topograficzną moich wspomnień z pierwszego pobytu w Paryżu, 37 lat temu, bo „trzynastka” była pierwszą dzielnicą Paryża do której dotarłem w pierwszy w moim życiu paryski, sierpniowy wieczór roku 1981. Wieczór, który naznaczył mnie na całe życie i żyje we mnie do dziś. A więc i ja widziałem tamtą ulicę Chevaleret i Dom Świętego Kazimierza, choć nie zauważyłem ani grajków na dachu ani cymbalisty na wiadukcie. Ale malwami z ogródków chyba pachniało, bo ulica była zupełnie inna, przedmiejska, może nawet małomiasteczkowa w klimacie, z oskubanym, szarym murem (opisał go w jednym z wierszy poeta Józef Czechowicz, który był tam w latach trzydziestych) oddzielającym ją od torów kolejowych murem, z którego nic już lub prawie nic nie zostało. Ale wracam tam za każdym pobytem w Paryżu. I w te wakacje też powrócę wrócę. Żeby znów ukąsić proustowskiej magdalenki.

 

Krzysztof Rutkowski – „Warszawskie pasaże”, wyd. Słowo-Obraz-Terytoria, Gdańsk 2018, str. 151, ISBN 978-83-7453-489-5.