Piłkarskie kluby doją samorządy

Działacze mistrza Polski Piasta Gliwice wszczęli medialny zgiełk, że klub nie dostał jeszcze z budżetu miasta drugiej transzy przyznanej mu dotacji. Wrzask nie dziwi, bo nie chodzi tu o czapkę drobnych, tylko sześć milionów złotych. Ale prezydent miasta Zygmunt Frankiewicz miał poważny powód, żeby zablokować wypłatę.

Jak to przy takich awanturach bywa, przy okazji wyszło na jaw, że w drużynę kopaczy piłki władze Gliwic pompują rocznie z publicznych pieniędzy 12 milionów złotych. Ta kwota to połowa budżetu Piasta, a większość z niej trafia do kieszeni piłkarzy. Owszem, zespół w poprzednim sezonie wywalczył pierwsze w historii mistrzostwo Polski, ale już w europejskich pucharach swoją postawą rozczarował. Co zatem takiego sprawiło, że prezydent Gliwic zaczął mieć nagle węża w kieszeni? Sukcesy Piasta na krajowej arenie przysporzyły w tym roku klubowi dodatkowe profity – więcej zarobił za zdobycie mistrzostwa, z praw do transmisji, z transferów Joela Valencii i Patryka Dziczka (blisko cztery miliony euro), a także pozyskał w charakterze sponsora jedną z dużych firm bukmacherskich, dla której na logo przeznaczył centralne miejsce na koszulkach piłkarzy. Tak się składa, że wcześniej w tym miejscu umieszczane był herb Gliwic, którego w tej chwili na trykotach zawodników w ogóle nie ma.
Dlatego prezydent Frankiewicz w imieniu władz miasta, jakby nie patrzeć większościowego udziałowca gliwickiego klubu, wstrzymał wypłatę dotacji i jeszcze poprosił o przedstawienie szczegółowego wyjaśnienia, na co zostały wydane wcześniej przyznane dotacje z miejskiej kasy.

To jednak tylko burza w szklance wody. Działacze Piasta zapewne szybko naprawią błąd i umieszczą herb Gliwic na koszulkach, może nawet zdobędą się na przeprosiny. Stawiać się raczej nie będą, bo harda postawa wobec mecenasów nie jest w polskiej ekstraklasie postawą pożądaną, bo nawet tuczona rosnącymi z roku na rok, mimo słabnącego poziomu sportowego, wpływami z praw telewizyjnych i umów sponsorskich najwyższa klasa rozgrywkowa w polskim futbolu, bez żenady wyciąga łapki po pieniądze z samorządowych budżetów. W ostatnich pięciu latach do klubów ekstraklasy popłynęło z tego źródła ponad 320 mln złotych.

To nie jest świeży problem. Już w 2012 roku dotacjom dla profesjonalnych organizacji sportowych przyjrzała się Najwyższa Izba Kontroli. Według przepisów samorządy mogły dotować jedynie sport rekreacyjny, tymczasem wyszło na jaw, że cztery z sześciu skontrolowanych gmin (Poznań, Gdańsk, Wrocław, Bydgoszcz, Szczecin, Lublin i warszawska dzielnica Śródmieście) przekazały klubom sportowym 22,5 mln złotych. Skala zjawiska nie zmalała w kolejnych latach, mimo zmian we władzach samorządowych w wyniku wyborów, a nawet za rządów „dobrej zmiany”. Wręcz przeciwnie – szastający na lewo i prawo publicznymi pieniędzmi politycy PiS okazali się hojni także dla ludzi sportu. Cudze jak wiadomo zawsze wydaje się najłatwiej.

Pogląd, że samorządy powinny finansować budowę infrastruktury sportowej oraz proces szkolenie dzieci i młodzieży, jeszcze od biedy da się obronić, chociaż nie bardzo wiadomo dlaczego kluby sportowe nie partycypują w tego typu kosztach. Chociaż nie, to akurat nie jest od dawna żadną tajemnicą – polskie kluby lwią część swoich przychodów, także tych z publicznej kasy, przeznaczają na wynagrodzenia. Dla przykładu, w Miedzi Legnica, która w poprzednim sezonie spadła z ekstraklasy, pensje pochłaniały 96 procent wszystkich wydatków klubu. W Koronie Kielce, która ma niemieckich właścicieli, z miejskiej kasy płyną regularnie milionowe dotacje, a na płace idzie rocznie 86 procent dochodów. Warto w tym miejscu podkreślić, że w 2018 roku samorządy w różnych formach przekazały klubom ekstraklasy prawie 70 mln złotych bezzwrotnych dotacji, głównie pod pretekstem zapłaty za świadczone usługi promocyjne, a to oznacza, że tylko w ciągu minionej dekady ponad pół miliarda złotych z publicznych funduszy trafi do kieszeni przeciętnych na ogół piłkarskich kopaczy. Nie trzeba chyba dodawać, że są to pieniądze wydawane potem bez żadnej kontroli. A że jest to studnia bez dna, taniej raczej nie będzie. Wręcz odwrotnie. Chyba, że prezydent Frankiewicz znajdzie naśladowców.

 

Grają o Puchar Polski

Rozlosowano pary 1/32 Pucharu Polski. Obrońca tytułu Lechia Gdańsk zmierzy się w tej fazie z Gryfem Wejherowo. Najciekawsza rywalizacja zapowiada się w meczu Cracovii z Jagiellonią Białystok.

W rozgrywkach obowiązuje przepis o obowiązkowym wstawianiu do składu młodzieżowca – przynajmniej jednego piłkarza z rocznika 1998 roku lub młodszych. W Pucharze Polski w żadnej z rund nie ma meczów rewanżowych. W przypadku remisu, następuje dogrywka, a po niej rzuty karne. W dodatkowych 30 minutach trenerzy będą mogli przeprowadzić czwartą zmianę.
Zwycięzca Pucharu Polski otrzyma premię finansową w wysokości 3 milionów złotych oraz zagra w eliminacjach Ligi Europy. Finał odbędzie się 2 maja na Stadionie Narodowym w Warszawie. Przed rokiem Lechia Gdańsk zdobyła trofeum pokonując w finale Jagiellonię Białystok 1:0 po golu Artura Sobiecha.

Zestaw par 1/32 finału Pucharu Polski:
Unia Skierniewice – Piast Gliwice, Puszcza Niepołomice – Legia Warszawa, Cracovia – Jagiellonia Białystok, Gryf Wejherowo – Lechia Gdańsk, Ruch Chorzów – Stomil Olsztyn, Odra Opole – Arka Gdynia, Pogoń Siedlce – Podbeskidzie Bielsko-Biała, Chemik Police – Stal Stalowa Wola, GKS Jastrzębie – Bruk-Bet Nieciecza, Zagłębie II Lubin – Miedź Legnica, Rekord Bielsko-Biała – Concordia Elbląg, Legia II Warszawa – Wigry Suwałki, Elana Toruń – Radomiak, Chełmianka – Znicz Pruszków, Błękitni Stargard – Wisła Kraków, Chojniczanka – Raków Częstochowa, Stal Rzeszów – Pogoń Szczecin, KSZO Ostrowiec Św. – Sandecja Nowy Sącz, GKS Katowice – Warta Poznań, Gryf Słupsk – Górnik Łęczna, Widzew Łódź – Śląsk Wrocław, Hutnik Kraków – Resovia, Chemik Moderator Bydgoszcz – Wisła Płock, Stal Brzeg – Olimpia Elbląg, Stilon Gorzów – Olimpia Zambrów, Chrobry Głogów – Lech Poznań, Zagłębie Sosnowiec – ŁKS Łódź, GKS Bełchatów – GKS Tychy, Garbarnia Kraków – Bytovia, Polonia Środa Wlkp. – Górnik Zabrze, Korona Kielce – Zagłębie Lubin, Olimpia Grudziądz – Stal Mielec. Mecze rozstaną rozegrane w dniach 24-26 sierpnia.

 

Sprzedali gwiazdora za grosze

Występujący dotychczas w Piaście Gliwice Joel Valencia, najlepszy piłkarz ekstraklasy w poprzednim sezonie, został sprzedany do drugoligowego angielskiego Brentford za niespełna dwa miliony euro. 24-letni Ekwadorczyk przed dwa lat rozegrał w barwach Piasta 59 meczów i strzelił dziewięć goli.

W transferze ekwadorskiego piłkarza wszystko świadczy o słabości polskiego futbolu klubowego. Po pierwsze – cena. Brendford zapłacił za Joela Valencię 1,8 mln funtów, czyli niespełna dwa miliony euro. Nie jest to kwota powalająca. Dla porównania, 18-letni stoper Pogoni Szczecin został wykupiony przez włoski klub Cagliari Calcio za cztery miliony euro. Tylko w pięciu ostatnich oknach transferowych drożej od Valencii sprzedano aż 15 zawodników z naszej ekstraklasy.

Po drugie – termin. Ekwadorczyk jest, a w zasadzie był, kluczowym zawodnikiem w zespole trenera Waldemara Fornalika, dlatego wręcz zastanawia kto w gliwickim klubie wyraził zgodę, żeby ten piłkarz wyjechał do Wielkiej Brytanii w przededniu rewanżowego meczu II rundy kwalifikacji Ligi Europy z FC Ryga. Brendford to nie Manchester City czy FC Liverpool, tylko średniak w Championship (w poprzednim sezonie zakończył rozgrywki w angielskiej drugiej lidze na 11. miejscu), poza tym płacił grosze, można zatem było opóźnić transakcję o kilka dni. Piast na pewno jest klubem biedniejszym od Brendfordu, ale w tej chwili jak na swoje oczekiwania i potrzeby ma dosyć pieniędzy – za zdobycie mistrzostwa Polski zarobił 15 mln złotych, a za występy w rozgrywkach UEFA 2,5 mln złotych a zatem nie musiał sprzedawać swojego wiodącego gracza za 8,5 mln złotych. Zwłaszcza że Joel Valencia miał ważny kontrakt do końca czerwca 2021 roku.

Łatwość z jaką przeciętny drugoligowy angielski klub wziął sobie najlepszego zawodnika z zespołu mistrza Polski zdumiewa, ale jeszcze bardziej fakt, że mimo wyzbywania się widowiskowo grających zawodników, frekwencja w tym sezonie jest wręcz imponująca. W drugiej kolejce osiem spotkań PKO Ekstraklasy obejrzało w sumie ponad 95 tys. widzów, co daje średnią 11 955 na mecz. Była to najwyższa frekwencja od kończącej sezon 2017/2018 37. kolejki.

Najwięcej kibiców zgromadził mecz Górnika Zabrze z Zagłębiem Lubin, który obejrzało 17 067 widzów. Wysoką frekwencję zanotowano też na spotkaniach Lecha Poznań z Wisłą Płock (16 616 widzów), Lechii Gdańsk z Wisłą Kraków (13 270), Śląska Wrocław z Piastem Gliwice (12 795), Jagiellonii Białystok z Rakowem Częstochowa (12 583) i Korony Kielce z Legią Warszawa (11 692). Tylko na spotkaniach Cracovii z ŁKS Łódź liczba widzów nie przekroczyła bariery 10 tysięcy (8043) oraz Pogoni Szczecin z Arką Gdynia (3897), ale stadion „Portowców” jest w przebudowie i widownia jest tam limitowana.

Zestaw par 3. kolejki PKO Ekstraklasy
Piątek: Arka Gdynia – Korona Kielce, godz. 18:00; Zagłębie Lubin – Jagiellonia Białystok, godz. 20:30. Sobota: Raków Częstochowa – Cracovia, godz. 17:30; ŁKS Łódź – Lech Poznań, godz. 20:00. Niedziela: Wisła Płock – Lechia Gdańsk, godz. 15:00; Legia Warszawa – Śląsk Wrocław, godz. 17:30; Piast Gliwice – Pogoń Szczecin, godz. 17:30. Poniedziałek: Wisła Kraków – Górnik Zabrze, godz. 18:00.

 

Falstart gospodarzy

Legia Warszawa fatalnie rozpoczęła marsz po odzyskanie mistrzostwa Polski, przegrywając u siebie 1:2 z Pogonią Szczecin. Ale nie tylko warszawianie zaliczyli falstart w rozgrywkach na własnym boisku. W pierwszej kolejce nie wygrał żaden z ośmiu gospodarzy meczów, co jest pierwszym takim przypadkiem od sześciu lat.

Po raz ostatni taka wtopa gospodarzy miała miejsce w listopadzie 2012 roku, kiedy to w 11. kolejce goście wygrali siedem z ośmiu spotkań, a w jednym wywalczyli remis. Tym razem atutu własnego boiska nie wykorzystały zespoły aktualnego mistrza Polski Piasta Gliwice i wicemistrza Legii Warszawa, a oprócz nich jeszcze ekipy Zagłębia Lubin, Wisły Kraków, Wisły Płock, ŁKS Łódź, Rakowa Częstochowa oraz Arki Gdynia, która u siebie dała się rozgromić Jagiellonii aż 0:3.

Wysoka wygrana białostocczan zapewniła im pozycję lidera po pierwszej kolejce, ale ten sukces przytłumiły chuligańskie ekscesy dużej grupy fanów tego klubu uczestniczącej w brutalnej napaści na niedzielny marsz równości w Białymstoku. Stworzyło to spory problem dla szefów Jagiellonii, bo z jednej strony wypadało potępić takie obrzydliwe zachowania, ale z drugiej strony władze klubów naszej ekstraklasy wolą unikać jakichkolwiek zwarć z kibolami i dlatego często przyjmują strusią taktykę chowania głowy w piasek.

Od strony czysto sportowej Jagiellonia miała jednak bardzo udaną inaugurację sezonu, czego nie doświadczyła po raz kolejny w ostatnich latach stołeczna Legia.

Pretensje do Mioduskiego

W sobotę ponad 12 tysięcy widzów przeżyło rozczarowanie oglądając porażkę legionistów z Pogonią Szczecin. Gospodarze zaczęli obiecująco, bo po godzinie gry jako pierwsi strzelili gola, lecz nie zdołali dowieść tego wyniku do końca. Dla „Portowców” trafili Adam Buksa i Zvonimir Kożulj i właściciel warszawskiego klubu znów musiał wysłuchać trochę obelżywych przyśpiewek pod swoim adresem, w stylu „Hej Mioduski, co zrobiłeś, naszą Legię sp…łeś”.

Przegrywając z Pogonią zespół Legii wydłużył pauzę od ostatniego zwycięstwa na swoim stadionie do trzech miesięcy. Po raz ostatni legioniści wygrali w lidze 20 kwietnia (1:0 z Cracovią). Po przeprowadzonej latem rewolucji kadrowej zespół miał już od startu walczyć o odzyskanie mistrzostwa Polski. Rzecz jasna porażka z Pogonią jeszcze tych planów nie przekreśla, ale jak słusznie zauważył w jednym z wywiadów stoper Legii Mateusz Wieteska, po tej porażce każdy z kolejnych rywali będzie przyjeżdżał na Łazienkowską bez strachu i jak po swoje.

Po słabych meczach w I rundzie eliminacji Ligi Europy z gibraltarskim College Europa FC, trener Aleksandar Vuković wymienił linię pomocy – zostawił w niej tylko Gruzina Waleriana Gwilię, a Carlitosa, Andre Martinsa i Arvydasa Novikovasa posadził na ławce rezerwowych, zaś poobijanego Dominika Nagy’a nawet nie włączył do kadry meczowej. Szansę pokazania się dostali Brazylijczyk Luquinhas, Mateusz Praszelik i Tomasz Jodłowiec, a na skrzydło z prawej obrony został przesunięty Marko Vesović. Ten eksperyment kadrowy niespecjalnie się udał, bo dla 19-letniego Praszelika i 23-letniego Luquinhasa był to debiut w ekstraklasie i obu świadomość tego trochę plątała nogi. Tym bardziej, że słabo zagrał bardziej od nich doświadczony Jodłowiec. Legioniści mieli spore problemy z utrzymaniem się przy piłce na połowie gości, a na własnej zdarzyły im się trzy proste straty (dwie William Remy, jedna Gwilia), których „Portowcy” nie wykorzystali. Wyciągnęli jednak z tego wnioski i w końcu znaleźli sposób na pokonanie Radosława Majeckiego.

Legię w czwartek 25 lipca czeka kolejny występ w roli gospodarza, tym razem w II rundzie kwalifikacji Ligi Europy z fińskim Kuopio Palloseura. Byłoby dobrze wygrać to spotkania jak najwyżej, bo Finowie, podobnie jak gibraltarski College Europe FC, mają boisko ze sztuczną trawą. Jak pamiętamy, legioniści na wyjeździe z amatorami z Gibraltaru tylko zremisowali 0:0, a Kuopio jest chyba trochę lepszym zespołem. Lepiej nie kusić losu i nie zostawiać rozstrzygnięcia na spotkanie rewanżowe.

Pucharowicze z zadyszką

Lechia zaczęła sezon od zdobycia Superpucharu Polski, ale w pierwszym ligowym spotkaniu, na wyjeździe z beniaminkiem ŁKS Łódź, gdańszczanie wywalczyli jedynie bezbramkowy remis. Trener Piotr Stokowiec do starcia z łodzianami nie posłał na boisko m.in. Sławomira Peszki, Flavio Paixao, Rafała Wolskiego czy Tomasza Makowskiego. Być może oszczędzał tych graczy na czwartkowy mecz II rundy kwalifikacji Ligi Europy z Broendby Kopenhaga. Inna sprawa, że od 43. minuty jego zespół musiał grać w osłabieniu po czerwonej kartce dla pozyskanego latem z Zagłębia Sosnowiec Zarko Udovicicia. Te okoliczności utrudniają właściwą ocenę aktualnej formy zespołu Lechii i jego szans w starciu z duńskim rywalem.

Trzeci z naszych „pucharowiczów”, Piast Gliwice, w pierwszej kolejce u siebie z największym trudem zremisował z Lechem Poznań 1:1. Gliwiczanie są jednak w niezłej formie, która na dodatek z meczu na mecz rośnie, więc o wynik ich konfrontacji z FK Ryga możemy być chyba spokojni.

 

Tylko Legia miała szczęście w losowaniu

W losowaniu par I rundy kwalifikacji Ligi Mistrzów Piast Gliwice trafił na BATE Borysów, natomiast w I rundzie kwalifikacji Ligi Europy Cracovia zmierzy się z FC Dunajska Streda, zaś Legia Warszawa z lepszym z pary Sankt Julia (Andora) – College Europa (Gibraltar).

Ceremonia losowania odbyła się w miniony wtorek w szwajcarskiej siedzibie UEFA w Nyonie. W losowaniu par I rundy eliminacji Ligi Mistrzów Piast Gliwice, jako debiutant tych elitarnych rozgrywkach, znalazł się w grupie zespołów z niskim współczynnikiem i nie miał szans na rozstawienie. To oznaczało, że już w pierwszej rundzie może trafić na mocnego przeciwnika, ale przy odrobinie farta także na możliwego do ogrania. W zestawie możliwych rywali mistrzów Polski znalazły się drużyny BATE Borysów, NK Maribor, Rosenborg Trondheim, HJK Helsinki, Dundalk FC i New Saints FC.

Niestety, szczęście nie uśmiechnęło się do zespołu trenera Waldemara Fornalika, bo gliwiczanie wylosowali potencjalnie najgroźniejszego z możliwych przeciwników. Białoruski zespół ma na koncie występy w fazie grupowej Ligi Mistrzów – od 2008 roku aż pięciokrotnie docierał do tego etapu rywalizacji w elicie, a ponadto czterokrotnie występowała w fazie grupowej Ligi Europy. Szacuje się, że Białorusini w tym okresie zarobili w europejskich pucharach ponad 70 milionów euro. Dorobek Piasta na arenie międzynarodowej jest nieporównywalnie skromniejszy, drużyna ze Śląska dwa razy uczestniczyła w kwalifikacjach do Ligi Europy i odpadała w drugiej rundzie z Qarabagem Agdam i IFK Goteborg.

Pierwsze mecze I rundy kwalifikacji obecnej edycji Ligi Mistrzów odbędą się 9 i 10 lipca, a do rewanżów dojdzie tydzień później (16-17 lipca). Gliwiczanie rozpoczną zmagania od wyjazdu na Białoruś. Ich ewentualne niepowodzenie nie skończy tegorocznej przygody z europejskimi pucharami, bowiem przegrani w I rundzie trafią do II rundy eliminacyjnej Ligi Europy i znajdą się tam na tzw. ścieżce mistrzowskiej.
We wtorek dokonano też losowania par I rundy kwalifikacji Ligi Europy. Uczestniczyły w nich dwa polskie zespoły – Legia Warszawa i Cracovia, bo Lechia, jako zdobywca Pucharu Polski, rywalizację rozpocznie dopiero od drugiej rundy zmagań.
Szczęście nie uśmiechnęło się do Cracovii, bo ekipa „Pasów” wylosowała wicemistrza Słowacji Dunajska Stredę. Krakowianie mogli też trafić na zespoły Teuta Durres (Albania), SP La Fiorita (San Marino) lub UE Engordany (Andora), NK Siroki Brijeg (Bośnia i Hercegowina) oraz Żalgiris Kowno (Litwa), los przydzielił mim jednak przeciwnika chyba najmocniejszego w tej grupie zespołów. W poprzednim sezonie ze słowackimi drużynami w europejskich pucharach nie poradziły sobie Legia Warszawa (odpadła w kwalifikacjach Ligi Mistrzów ze Spartakiem Trnava 0:2 i 1:0) oraz Górnik Zabrze w kwalifikacjach Ligi Europy (odpadł z AS Trencin 0:1 i 1:4). Skoro ekipa Dunajskiej Stredy zdołała wywalczyć wicemistrzostwo Słowacji, musi to być mocna piłkarsko drużyna.

Cracovia w europejskich rozgrywkach wystartuje po raz czwarty. Jej dotychczasowy bilans to jedno zwycięstwo ze Sturmem Graz odniesione w 1983 roku w Pucharze Intertoto, jeden remis i osiem porażek. W tej dekadzie odpadła z Ligi Europy po dwóch spotkaniach ze Skendiją Tetowo w 2017 roku. Trudno powiedzieć czy prowadzona przez Michała Probierza ekipa „Pasów” będzie w stanie poprawić te kiepskie statystyki. Pierwszy mecz zostanie rozegrany w Krakowie.

Z trójki naszych zespołów zdecydowanie najwięcej szczęścia miała Legia Warszawa. Jej przeciwnikiem w I rundzie będzie albo zespół z Gibraltaru (College Europa), albo z Andory (Sankt Julia), które najpierw zmierzą się w preeliminacjach.
Legia jest najwyżej notowanym w rankingu UEFA polskim klubem. W europejskich pucharach reprezentuje polską ligę nieprzerwanie od 2011 roku. W poprzednim sezonie stołeczny klub stracił mistrzostwo kraju na rzecz Piasta Gliwice i dlatego obecny pucharowy sezon rozpocznie w eliminacjach Ligi Europy. Żeby dostać się do fazy grupowej tych rozgrywek warszawski zespół będzie musiał wyeliminować czterech przeciwników. Z pierwszym nie powinien mieć większych kłopotów.

 

Piast zmarnował okazję

Piast Gliwice w rozegranej w środę przedostatniej, 36. kolejce nie wykorzystał okazji do zdobycia mistrzostwa Polski, jaką stworzyła mu porażka Legii z Jagiellonią. Remisując w Szczecinie z Pogonią gliwiczanie jedynie powiększyli do dwóch punktów.

Nowego mistrza Polski poznamy zatem dopiero w niedzielę 19 maja, bo tego dnia zostaną rozegrane mecze ostatniej kolejki w grupie mistrzowskiej. Legia zagra u siebie na Łazienkowskiej z Zagłębiem Lubin, natomiast Piast podejmie Lecha. Zwycięstwo drużyny prowadzonej przez trenera Waldemara Fornalika zapewni jej pierwsze w historii mistrzostwo kraju, każdy inny wynik w przypadku wygranej Legii z „Miedziowymi” premiuje warszawski zespół. W myśl regulaminu Lotto Ekstraklasy, o kolejności przy takim samym dorobku punktowym decyduje większa liczba punktów zgromadzonych w fazie zasadniczej sezonu, a po 30 kolejkach Legia miała ich na koncie 60, zaś Piast tylko 53. Te spekulacje mają rzecz jasna sens wyłącznie przy założeniu, że Legia pokona Zagłębie Lubin. Ale w futbolu w takich rozstrzygających momentach o wynikach decydują czasem pozasportowe kwestie.

Dla jasności, nie chodzi o jakieś niegodne korupcyjne praktyki. Po prostu kluby mają różne relacje, zaś pracujący w nich ludzie różne sympatie i kalkulacje. A nie wszystkim z wielkich naszej ligi pasuje, że mistrzem może być mały Piast. To juz wolą, żeby została nim wielka Legia, bo jej wygrana mniej boli i daje lepsze alibi. Wystarczy, żeby taka myśl przeważyła w Poznaniu i Lubinie, a mistrzowskiej fety w Gliwicach może nie być. Zwłaszcza że „Miedziowi” po środowej porażce z Cracovią stracili szanse na zajęcie premiowanego awansem do kwalifikacji Ligi Europy czwartego miejsca, więc na Łazienkowskiej raczej nie będą się bić jak o niepodległość. Co prawda Lech w Gliwicach też nie będzie miał powodów do „gryzienia trawy”, bo już wcześniej odpadł z walki o europejskie puchary, lecz w przypadku „Kolejorza” może właśnie zadziałać urażona ambicja, na co chyba po cichu liczy prezes i właściciel Legii Dariusz Mioduski. Piłkarze Lecha zawiedli w tym sezonie, dlatego pokonanie pretendenta do mistrzowskiego tytułu może być dla nich dobrym sposobem na wyładowanie złości, a dla licznej grupy graczy odchodzących z klubu najlepszą formą pożegnania z nim. Zważywszy jednak na niechęć fanów poznańskiej drużyny do Legii raczej nie będą zachwyceni wsparcie dla „odwiecznego wroga”. Decydujący głos w tej sprawie będą mieli jednak szefowie poznańskiego klubu i jeśli oni zechcą pomóc Legii, to graczy Piasta czeka w niedzielę trudna walka. Jeśli nie zechcą, to już dzisiaj można gratulować gliwiczanom mistrzowskiego tytułu.

Możliwości sportowego, czyli legalnego wpływania na wynik rywalizacji jest przecież wiele. Wiadomo na przykład, że od nowego sezonu zacznie obowiązywać przepis o obowiązkowym wystawianiu do gry młodzieżowców. To zatem znakomity powód, żeby na koniec obecnych rozgrywek zrobić przegląd kadry pod tym kątem. W środowej 36. kolejce trenerzy zespołów Lotto Ekstraklasy wystawili do gry aż 35 młodzieżowców, co jest rekordem w tym sezonie. Na młodych graczy nie postawili jedynie szkoleniowcy Cracovii, Miedzi Legnica i Śląsku Wrocław, ale można ich za to usprawiedliwić, bo „Pasy” naprawdę chcą wywalczyć czwarte miejsce i zagrać w pucharach, a obie ekipy z Dolnego Śląska walczyły w bezpośrednim starciu o uniknięcie degradacji. Najbardziej zaszalał pod tym względem trener Wisły Kraków Maciej Stolarczyk, który wystawił do gry aż sześciu młodzieżowców. Pięciu zagrało też w drużynie Lecha, która pokonała Lechię 2:1 i pozbawił gdańszczan resztek nadziei na zdobycie mistrzostwa Polski. Jak widać duża liczba młodzieżowców, jakich zapewne zobaczymy w niedzielnym spotkaniu z Piastem Gliwice, wcale nie musi być jednoznaczna z opowiedzeniem się po stronie któregoś z dwóch walczących jeszcze o mistrzostwo klubów.

W przededniu ostatecznych rozstrzygnięć w Lotto Ekstraklasie Komisja Licencyjna ogłosiła swoje decyzje o przyznaniu licencji na grę w najwyższej klasie rozgrywkowej w przyszłym sezonie. Tym razem otrzymały je wszystkie kluby, nawet zadłużona po uszy Wisła Kraków, której władze Krakowa odmówiły właśnie rozłożenia na raty pięciu milionów złotych długu za wynajem stadionu. Nie dziwi więc nałożony na wiślaków nadzór finansowy, ale taki sam nadzór nałożony na Legię już tak. Stołeczny klub powszechnie uważany jest przecież za najbogatszy w ekstraklasie, a jego budżet szacowany jest na 200 mln złotych. Wpisano jedna w przychody zyski z udziału w fazie grupowej Ligi Mistrzów lub w najgorszym przypadku Ligi Europy. A że Legia z pierwszej odpadła ze słowackim Spartakiem Trnava, a z drugiej z luksemburskim FC Dudelange, to i przychody bez wpływów z UEFA miała znacznie niższe. Dziura w budżecie wynosi ponoć nawet 60 mln zł.

Tak więc w sezonie letnim nie będzie w warszawskim klubie wielkich transferów, a zatem jest właściwie bez znaczenia czy to „wielka” Legia i będzie reprezentowała nasz futbol w walce o Ligę Mistrzów, czy też „mały” Piast. Niech ekstraklasę wygra lepszy z nich.

Zestaw par ostatniej, 37. kolejki
Grupa mistrzowska (wszystkie mecze w niedzielę 19 maja,początek godz 18:00): Lechia Gdańsk – Jagiellonia Białystok, Legia Warszawa – Zagłębie Lubin, Piast Gliwice – Lech Poznań, Cracovia – Pogoń Szczecin;
Grupa spadkowa (wszystkie mecze w sobotę 18 maja, początek godz. 15:30): Wisła Kraków – Miedź Legnica, Śląsk Wrocław – Arka Gdynia, Korona Kielce – Górnik Zabrze, Wisła Płock – Zagłębie Sosnowiec.

 

Lotto Ekstraklasa: Gliwice szykują fetę

Piast Gliwice może już w środę świętować zdobycie mistrzostwa Polski. Stanie się tak, jeżeli w 36. kolejce pokonają na wyjeździe Pogoń, a wicelider Legia przegra w Białymstoku z Jagiellonią. Kibice gliwickiego klubu już wykupili wszystkie bilety na ostatni mecz sezonu z Lechem, żeby cieszyć się z pierwszego w historii mistrzowskiego tytułu ich ulubieńców.

Stadion Piasta jest nowym obiektem, ale może pomieścić niewiele ponad 10 tysięcy widzów. Większego w Gliwicach nie potrzeba, bo obecny obiekt rzadko wypełnia się do ostatniego miejsca. Jak każdy klub piłkarski w Polsce, także Piast ma swoich „ultrasów”, którzy przysparzają mu kłopotów i co jakiś czas narażają na płacenie kar finansowych za ich wybryki. W poniedziałek środowisko gliwickich kiboli zostało niespodziewanie „przetrzepane” przez funkcjonariuszy Centralnego Biura Śledczego Policji. Akcja prowadzona przez krakowski oddział CBŚP nie ma raczej związku z faktem, że zespół Piasta już w środę może wywalczyć pierwsze w historii mistrzostwo Polski.

To najprawdopodobniej kolejny etap większej akcji przeciwko pseudokibicom. Pod koniec kwietnia funkcjonariusze zatrzymali 16 osób powiązanych ze środowiskiem fanów Wisły Kraków kryjących się pod nazwą „Sharks”, a na początku maja 53 pseudokibiców Ruchu Chorzów, którym prokuratura postawiła zarzuty dotyczące ponad stu przestępstw, m. in. rozbojów i handlu narkotykami.

Wypada mieć nadzieję, że zatrzymanie łobuzów nie sprowokuje innych kiboli do jakiejś idiotycznej akcji protestacyjnej podczas niedzielnego meczu z Lechem Poznań. Niewykluczone, że wynik tego spotkania nie będzie miał już żadnego znaczenia, bo Piast może wywalczyć mistrzowski tytuł już w środę, jeśli w 36. kolejce wygra w Szczecinie z Pogonią, a Legia przegra w Białymstoku z Jagiellonią. Ciekawostką jest fakt, że w poprzedniej serii spotkań Piast potykał się z Jagiellonią, a Legia z Pogonią. I teraz „Portowcy”, którzy już o nic nie walczą, ponownie mogą „zamieszać” w rywalizacji o mistrzowski tytuł.

Niepokonani w play off

Tylko czy stać ich na powstrzymanie nakręconych perspektywą historycznego triumfu graczy Waldemara Fornalika? Fani Piasta wierzą w swój zespół i już szykują się już na niedzielną wielką fetę. „Informujemy, że w kasach nie ma już biletów na mecz Piasta Gliwice z Lechem Poznań. Wszystkie wejściówki na niedzielne spotkanie zostały wyprzedane” – pochwalił się gliwicki klub za pośrednictwem Twittera. Piast przed środowym meczem z Pogonią jest liderem ekstraklasy z dorobkiem 68 punktów i wyprzedza drugą Legię o jedno „oczko”, a trzecią Lechię Gdańsk o cztery. Podopieczni trenera Fornalika są rewelacją wiosennej rundy ekstraklasy. Od 9 lutego tego roku rozegrali 15 meczów i aż dwanaście z nich wygrali, jeden zremisowali (z Wisłą Kraków 2:2), a tylko dwukrotnie doznali porażek – z Cracovią 1:2 i Lechią 0:2). Warto podkreślić, że te osiem punktów stracili w rundzie zasadniczej. W fazie play off gliwiczanie pozostają jak dotąd niepokonani, co zapewne piłkarze Pogoni potraktują jak wyzwanie.

Potknięcia Legii w 35. kolejce nie wykorzystała drużyna Lechii, która rundę zasadniczą zakończyła na pierwszym miejscu, lecz po serii porażek spadła na trzecią pozycję i w tej chwili ma już jedynie iluzoryczne szanse na zdobycie mistrzostwa. Gdańszczanie w miniona niedzielę zremisowali u siebie 1:1 z Zagłębiem Lubin. W pięciu meczach rozegranych w ramach grupy mistrzowskiej podopieczni Piotra Stokowca odnieśli tylko jedno zwycięstwo, wygrywając z Pogonią w Szczecinie po szalonym meczu 4:3, ale stracili aż 11 bramek, co rozwiało mit o żelaznej defensywie tego zespołu. Teraz Lechia ma 64 punkty i traci cztery do Piasta i trzy do Legii. W środę gdańszczanie zmierzą się na wyjeździe z siódmym Lechem Poznań, który już o nic nie walczy i po tym sezonie pozbędzie się większości piłkarzy z obecnej kadry zespołu, ale to wbrew pozorom może być atutem „Kolejorza”, bo jego trener Dariusz Żuraw zapewne postawi na utalentowanych młodych graczy, których w kadrze poznańskiego klubu nie brakuje.

Kibice Lechii mogą jednak uznać ten sezon za udany, bo ich zespół zdobył przecież Puchar Polski, a nawet jeśli zakończy rozgrywki ligowe na trzecim miejscu, to i tak będzie to najlepsze osiągnięcie gdańskiego klubu w historii. Dzięki triumfowi biało-zielonych w Pucharze Polski wartości nabrało czwarte miejsce w ekstraklasie, bo zespół który je wywalczy w nowym sezonie wystartuje w kwalifikacjach Ligi Europy.

Kto zajmie czwartą lokatę?

Realne szanse na zajęcie tej lokaty mają jeszcze trzy zespoły – czwarta po 35. kolejkach Cracovia (54 punkty), piąta Jagiellonia (także 54 pkt) oraz szóste Zagłębie Lubin (52 pkt). W środę sporo się w tej rywalizacji wyjaśni, bo Zagłębie Lubin i Cracovia zmierzą się w bezpośrednim starciu, natomiast Jagiellonia podejmie Legię. Tylko zwycięstwo „Pasów” nad „Miedziowym” przy jednoczesnej porażce Jagiellonii zakończy ten wyścig i zapewni Cracovii start w europejskich pucharach.
Nie ma się jednak co łudzić, nawet Piast, chociaż jego postawa w tegorocznych rozgrywkach może budzić podziw, nie ma zespołu zdolnego do wywalczenia awansu nie tylko do fazy grupowej Ligi Mistrzów, ale nawet do Ligi Europy. Możemy co najwyżej liczyć na to, że nie skompromituje się odpadając już w pierwszej rundzie kwalifikacji. Podobną nadzieję wypada żywić w przypadku Legii, Lechii oraz tej drużyny, która zajmie czwartą lokatę.

Zestaw par 36. kolejki
Grupa mistrzowska (środa, 15 maja):
Lech Poznań – Lechia Gdańsk, godz. 20:30, sędziuje Bartosz Frankowski; Zagłębie Lubin – Cracovia, godz. 20:30, sędziuje Paweł Gil; Jagiellonia Białystok – Legia Warszawa, godz. 20:30, sędziuje Szymon Marciniak; Pogoń Szczecin – Piast Gliwice, godz. 20:30, sędziuje Łukasz Szczech.

 

Lotto Ekstraklasa: Lechia kończy rundę zasadniczą jako lider

Piłkarze Lechii Gdańsk wygrali u siebie z Lechem Poznań 1:0 w meczu 29. kolejki ekstraklasy i na kolejkę przed końcem sezonu zasadniczego praktycznie zapewnili sobie pierwszą lokatę w tabeli. Ale poziom spotkania był mierny – gracze obu drużyn oddali tylko po jednym celnym strzale na bramkę.

Szczęście dopisało tylko napastnikowi Lechii Arturowi Sobiechowi i po jego uderzeniu piłka znalazła się w siatce bramki „Kolejorza”. Tyle wystarczyło lechistom do zdobycia kompletu punktów. Trener poznańskiej drużyny Dariusz Żuraw, który na tym stanowisku niedawno zastąpił Adama Nawałkę, po meczu szczerze pogratulował rywalom zwycięstwa. „Lechia była o jedną bramkę od nas lepsza. Próbowaliśmy do samego końca zmienić rezultat, niestety, bezskutecznie i wracamy do domu bez punktów” – powiedział Żuraw. Teraz ekipę „Kolejorza” czeka w ostatniej kolejce mecz z Jagiellonią o utrzymanie miejsca w grupie mistrzowskiej. Lechici mają komfortową sytuację, bo rywale we wtorek zagrają w półfinale Pucharu Polski z Miedzią Legnica, więc na sobotni mecz do Poznania przyjadą nieco zmęczeni.
W takiej samej sytuacji jest też Lechia, którą w tym tygodniu czekają dwie piekielnie trudne wyjazdowe potyczki – najpierw w środę gdańszczanie zmierzą się w Częstochowie z Rakowem w półfinale Pucharu Polski, a potem w Krakowie z Cracovią. Dlatego z takim zadowoleniem trener Piotr Stokowiec przyjął zwycięstwo w spotkaniu z Lechem. Trzy punkty zapewniły lechistom de facto pozycję lidera po rundzie zasadniczej. „Najważniejsze są trzy punkty. Lech zagrał bardzo dobry mecz, ale moi zawodnicy potrafili stworzyć kilka sytuacji, a jedną z nich wykorzystać. Nie mamy czasu na świętowanie, bo musimy szykować się do meczu w Częstochowie. Chcemy zdobyć Puchar Polski i pokonanie Rakowa jest teraz naszym celem. Potem zaczniemy myśleć o meczu z Cracovią” – podkreślił trener Lechii.
Oprócz Lechii jeszcze tylko Legia Warszawa i Piast Gliwice maja już zapewnione miejsce w grupie mistrzowskiej. O pozostałe pięć miejsc walka rozstrzygnie się dopiero w ostatniej kolejce, ale najmniejsze szanse na znalezienie się w elicie ośmiu zespołów zdaje się mieć Korona Kielce, którą czeka wyjazdowa potyczka z Piastem Gliwice. Niełatwe zadanie także przed Wisłą Kraków, która po efektownym zwycięstwie nad Legią w dwóch kolejnych meczach zdobyła tylko jeden punkt, a w ostatniej serii spotkań sezonu zasadniczego zagra w Lubinie z najlepszym tej wiosny w ekstraklasie Zagłębiem. Kibiców na finiszu czeka wiec spora dawka emocji, bo w tej chwili nic jeszcze nie zostało przesądzone – ani kwestia mistrzostwa, ani też spadku z ligi.

 

Lotto Ekstraklasa: Rekordy frekwencji padają w derbach

W 26. kolejce padł rekord frekwencji w tym sezonie naszej piłkarskiej ekstraklasy. Derby Krakowa Wisła – Cracovia obejrzało 28 235 widzów. Dotychczasowy rekord, ustanowiony w derbach Trójmiasta Lechia Gdańsk – Arka Gdynia został pobity o trzy tysiące.

Wbrew pozorom rekordowa liczba widzów na stadionie Wisły w Krakowie jest tak naprawdę frekwencyjną porażką Lotto Ekstraklasy. A to dlatego, że najlepszy w tym sezonie wynik, ustanowiony dopiero w 26. kolejce po rozegraniu 206 meczów z udziałem publiczności, w poprzednim byłby dopiero na siódmym miejscu. Co prawda rekord frekwencji padł w spotkaniu 30. kolejki Lecha z Górnikiem, na które przyszło w Poznaniu 36 941 osób, ale pięć pozostałych lepszych niż w tym sezonie wyników ustanowiono wcześniej.

Wracając do 26. kolejki obecnych rozgrywek, to poza Krakowem przyzwoita liczba widzów stawiła się jeszcze tylko w Warszawie na Łazienkowskiej. Starcie Legii ze Śląskiem (1:0) obejrzało w stolicy 18 342 osób. Na pozostałych sześciu stadionach nigdzie frekwencja nie przekroczyła 10 tysięcy, nawet w Białymstoku, gdzie na spotkanie Jagiellonii z Korona Kielce stawiło się zaledwie 7 660 kibiców.

Księgowy Lecha musi rwać włosy z głowy, bo po słabych w tym roku wynikach fani „Kolejorza” obrazili się na swój zespół. Przegrany 0:3 mecz z Górnikiem Zabrze obejrzało tylko 9 881 widzów, a pamiętajmy, że stadion w Poznaniu ma ponad 42 tysiące miejsc.

Ale w naszej ekstraklasie nawet dobre wyniki nie zawsze przekładają się na wzrost frekwencji. Przekonują o tym przykłady Zagłębie Lubin (5823 widzów w spotkaniu z Arką Gdynia) i rewelacji wiosennej rundy Piasta Gliwice (5573 osoby na meczu z Miedzią Legnica). Tradycyjnie już niewielu fanów wybrało się na stadion w Płocku (2511 na przegranym 0:2 meczu z Pogonią) i w Sosnowcu (tylko 2624 widzów przyszło zobaczyć jak ich zespół gra z liderem ligi Lechią Gdańsk). Po 26. kolejkach najliczniejszą widownią może pochwalić się Legia (średnia na mecz 13 392). Druga jest Wisła Kraków (15 791), trzecia Lechia (13 892), czwarty Lech (13 183, a piąty Górnik (12 405 widzów).

 

Lotto Ekstraklasa: Lechia trwoni przewagę

Im bliżej końca fazy zasadniczej rozgrywek naszej piłkarskiej ekstraklasy, tym sytuacja w tabeli robi się bardziej zagmatwana. W dwóch ostatnich kolejkach Lechia Gdańsk zaliczyła porażkę i remis, przez co roztrwoniła siedmiopunktową przewagę nad drugą Legią.

Niewykluczone, że już w następnej kolejce Lechia będzie musiała ustąpić miejsca Legii na fotelu lidera. Gdańszczan czeka bowiem wyjazdowa potyczka z Zagłębiem Sosnowiec, a legioniści u siebie zagrają ze Śląskiem Wrocław. Ta niepewność bierze się stąd, że zespół Lechii w rundzie wiosennej gra w kratkę. W pięciu tegorocznych kolejkach gdańszczanie grali kolejno z Pogonią Szczecin (2:1), Koroną Kielce (0:0), Wisłą Kraków (1:0), Zagłębiem Lubin (1:2) i Wisłą Płock (1:1). Dwa zwycięstwa, dwa remisy i jedna porażka to może nie jest jakoś szczególnie tragiczny bilans, ale w praktyce oznacza to stratę siedmiu punktów na 15 możliwych do zdobycia. Zespołowi walczącemu o mistrzowski tytuł takie marnotrawstwo zwyczajnie nie przystoi.

Kończący 25. kolejkę poniedziałkowy mecz z Wisłą Płock potwierdził dobitnie przeciętną formę ekipy trenera Piotra Stokowca. Z boiska wiało nudą, bo „Nafciarze” skutecznie przeszkadzali gospodarzom w rozwijaniu akcji ofensywnych, a sami tylko od czasu do czasu pozwalali sobie na kontrataki. Piłkarze schodzili na przerwę przy wyniku 0:0 i żegnani gwizdami nielicznej publiczności. Niewiele ponad osiem tysięcy widzów na trybunach mającego 42 tysiące miejsce obiektu to kolejny argument za rezygnacją z rozgrywania ligowych spotkań w poniedziałkowe popołudnia.

Po zmianie stron zniecierpliwieni kibice coraz częściej gwizdami wyrażali swoją dezaprobatę dla jakości widowiska. Nudę pierwsi przerwali płocczanie. Po rzucie wolnym piłkę w bramce zmieścił Alan Uryga i Wisła, która walczy o wydostanie się ze strefy spadkowej, objęła prowadzenie i znalazła się na dobrej drodze do odniesienia drugiego w tym sezonie zwycięstwa z Lechią.

Gracze Lechii są już zmęczeni

Dwie sytuacje na boisku odmieniły przebieg spotkania. Najpierw za drugi faul czerwoną kartką zobaczył Grzegorz Kuświk i wyleciał z boiska, co pozwoliło gospodarzom na uzyskanie wyraźnej przewagi, którą w końcu przekuli na wyrównującego gola. Jake McGing sfaulował w polu karnym Artura Sobiecha, a „jedenastkę” na gola zamienił Flavio Paixao, który tym razem się nie pomylił i zaliczył 14 ligowe trafienie w obecnym sezonie. Portugalczyk ma już na koncie 14 bramek i jest wiceliderem klasyfikacji strzelców ekstraklasy. Lepszy od niego jest tylko hiszpański napastnik Górnika Zabrze Igor Angulo, który prowadzi w zestawieniu z dorobkiem 15 goli. Na trzecim miejscu jest najskuteczniejszy Polak w Lotto Ekstraklasie Marcin Robak ze Śląska Wrocław, który ma na koncie 13 trafień, za nim jest Duńczyk Christian Gytkjaer z Lecha (12), nieobecny już w Wiśle Kraków Czech Zdenek Ondrasek (11) oraz hiszpański snajper Legii Carlitos (10).

Wisła Płock ostatecznie jednak wywiozła z Gdańska jeden punkt. Trener Lechii Piotr Stokowiec słaby występ swoich podopiecznych tłumaczył… zmęczeniem. „Nie był to nasz wielki mecz. Zagraliśmy słabiej w ofensywie. Celowo nie chcieliśmy od początku rzucić się na Wisłę Płock, bo takie były nasze założenia. Wiedzieliśmy, że jakie rywale mają atuty w ofensywie. Nadziewaliśmy się na ich kontry, ale to była dobra lekcja, bo teraz wiemy, że musimy mocniej popracować nad grą ofensywną. Było widać dużo marazmu w grze niektórych moich zawodnikach, zwłaszcza tych, którzy dużo grają. Byli wyraźnie zmęczeni, ale nie chcę by traktowano te słowa jako próbę ich usprawiedliwienia. Po prostu zwracam uwagę na ten fakt” – stwierdził szkoleniowiec gdańskiej drużyny.

Legioniści szykują się do skoku

Ścigająca gdańszczan drużyna Legii też w tym roku stracił punkty. Z pięciu rozegranych meczów wygrała trzy (1:0 z Wisłą Płock, 2:0 z Miedzią Legnica i teraz 2:1 z Arką Gdynia), ale to były zespoły z grupy spadkowej. W starciach z ekipami z grupy mistrzowskie legioniści nie dali rady – przegrali na wyjeździe z Lechem 0:2 i w takim samym rozmiarze u siebie z Cracovią. Do końca fazy zasadniczej czekają ich jeszcze potyczki u siebie ze Śląskiem, Jagiellonią i Pogonią, a na wyjazdach z Górnikiem i Wisłą Kraków. Nie są to rzecz jasna rywale niemożliwi do pokonania, ale z taką grą jaką Legia pokazała w Gdyni w spotkaniu z przeżywającą kryzys Arką, na komplet punktów gracze stołecznego klubu raczej nie powinni liczyć.

Który zatem zespół ostatecznie zajmie pierwsze miejsce po rundzie zasadniczej? Pewnie któryś z dwójki Lechia, Legia, bo mają sporą przewagę nad trzecim w tabeli Piastem (Legia siedem, a Lechia 10 punktów). Ale mimo to w gronie pretendentów trzeba umieścić też gliwiczan, bo oni z pięciu rozegranych meczów przegrali tylko jeden – na inauguracje rundy wiosennej z Cracovią. W czterech kolejnych zdobyli komplet punktów i co ważniejsze, prezentując w nich równą, wysoką formę. Trener Piasta Waldemar Fornalik zdołał po nieudanym poprzednim sezonie przebudować na nowo ograbiony z najlepszych graczy zespół i wygląda na to, że w obecnych rozgrywkach gliwiczanie mogą pokusić się nawet o coś więcej niż tylko miejsce gwarantujące start w kwalifikacjach do Ligi Europy.

Zważywszy na chwiejną formę zespołów Lechii, Legii, Jagiellonii i Lecha, pierwszy mistrzowski tytuł dla Piasta w tym sezonie wydaje się możliwy do zdobycia jak nigdy wcześniej.