Po co im to było?

Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej w czasie pandemii nie odbędzie się bez strat i kłopotów dla mieszkańców dumnego Albionu.

Nawet przed epidemią koronawirusa gospodarka Zjednoczonego Królestwa znajdowała się w nienajlepszej sytuacji, nie odnotowując wzrostu w IV kwartale 2019 r. Na początku roku wskaźniki wskazywały na spadek inswestycji i handlu poniżej normalnego poziomu, oczywiście w związku z brexitem, bo koronawirus okazał się zagrożeniem dopiero od marca. Obecnie, oszacowanie PKB w I kwartale br. pokazuje powszechne spadki w działalności gospodarczej. Sam PKB zmniejszył się o 1,6 proc.,w porównaniu z pierwszym kwartałem ubiegłego roku, konsumpcja brytyjskich gospodarstw spadła o 1,7 proc., a inwestycje o 1,0 proc. Nie są to poważne spadki, ale inne dane wskazują, że może być dużo gorzej. Brytyjski eksport spadł bowiem o 10,8 proc., a import o 5,3 proc. Tylko w samym marcu produkcja w Wlk. Brytanii obniżyła się o 5,8 proc., z czego największy spadek nastąpił w sektorze usług (minus 6,2 proc) i budowlanym (minus 5,8 proc.).
Eksperci (np. z Euler Hermes) spodziewają się, że brytyjski PKB w II kwartale obniży się o około 20 proc. ponieważ przywracanie normalnej działalności jest tam wolniejsze niż w innych krajach Europy. Dane dotyczące energii elektrycznej pokazują spadek średnio o 21 proc. ,zarówno w produkcji energii, jak i jej konsumpcji (w stosunku do minus 17 proc. we Francji i minus 11 proc. w Niemczech. Wskaźnik koniunktury dla budownictwa obniżył się w kwietniu do 8,2, z 39,3 w marcu (to znacznie poniżej poziomu strefy euro wynoszącej 13,6). Przedsiębiorcy brytyjscy przyjęli ostrożne podejście i zamknęli wiele placów budów, a firmy budowlane zachowują pesymizm.
Braki surowców będą ograniczać ożywienie gospodarcze w Zjednoczonym Królestwie. Sektor usług zapewne nie wróci do poziomu sprzed kryzysu w ciągu najbliższych 12 miesięcy, a produkcja i budownictwo w najlepszym wypadku powrócą do tego poziomu na koniec bieżącego roku. Wydatki konsumenckie obniżą się o około 15 proc. w całym 2020 r. Nastąpił już spadek sprzedaży nowych samochodów blisko o 20 proc. w stosunku do poprzedniego roku. Stopa bezrobocia prawdopodobnie zwiększy się do ponad 10 proc. w III kwartale (z 3,8 proc.w 2019 r.).
Cały czas utrzymuje się podwyższona niepewność związana z brexitem, oraz prawdopodobieństwo ryzyka braku porozumienia handlowego na koniec 2020 r. Zapewne dłuższy okres przejściowy będzie konieczny – co najmniej do połowy 2021 r., Wielka Brytania nie zdoła opuścić Unii Europejskiej bez strat i kłopotów.

Czego nie mówią rządowe plany?

Już przed epidemią załamały się wpływy z VAT, co pokazało fikcję rzekomej PiS-owskiej walki z „mafiami VAT-owskimi”.
Obecnie jeszcze nie znamy pełnych konsekwencji gospodarczych pandemii koronawirusa oraz działań rządów mających je ograniczyć. W efekcie, prognozy makroekonomiczne są obarczone bardzo dużą niepewnością – z marcowej ankiety ekonomistów Narodowego Banku Polskiego wynikało, że z 50 proc. prawdopodobieństwem realny wzrost produktu krajowu brutto w tym roku będzie w przedziale między minus 4,5 proc. a minus 0,5 proc.
Polski rząd opublikował Program Konwergencji, który z powodu niepewności związanej z dalszym przebiegiem epidemii koronawirusa oraz wciąż zmienianymi programami pomocowymi jest dokumentem skróconym. W obecnej sytuacji wszelkie prognozy są obarczone dużą niepewnością, jednak w dokumencie szczególnie zwraca uwagę pominięcie wpływu na finanse publiczne tarczy finansowej oraz funduszu przeciwdziałania COVID-19, oraz brak refleksji nad podwyższoną ścieżką wydatków publicznych także po 2020 roku – zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Rząd tworząc Program Konwergencji przyjmuje, że realne PKB spadnie o 3,4 proc., a nominalne o 0,3 proc. Jednocześnie zaznacza, że jest istotne ryzyko większego spadku.
Recesja spowodowana pandemią koronawirusa i ograniczeniem aktywności gospodarczej, będzie oznaczać spadek dochodów państwa, który w planie rządowym może być niedoszacowany.
Według założeń rządowych, dochody podatkowe mają, rok do roku spaść o ponad 5 proc. (czyli o ok. 25 mld zł). Choć spadek wynika przede wszystkim ze skutków recesji, to należy podkreślić, że jeszcze przed nią plany rządowe wydawały się nadmiernie optymistyczne.
O ile w całym 2020 roku rząd zakładał wzrost dochodów z VAT o 9 proc. r/r, to w ciągu ostatnich czterech miesięcy przed pandemią (listopad 2019 – luty 2020) wzrost w stosunku do analogicznego okresu roku poprzedniego wynosił symboliczne 0,2 proc. Doświadczenia poprzednich spowolnień wskazują, że spadek dochodów z VAT może być jeszcze większy od zakładanych przez rząd.
W przypadku równie istotnych składek na ubezpieczenie społeczne, zakładany jest symboliczny wzrost, ale to efekt sposobu konstrukcji programów pomocowych – składki do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych za pracowników firm z nich zwolnionych zapłaci sektor publiczny. Można jednak odnieść wrażenie, że w tym miejscu niedoszacowane jest ryzyko zmian na rynku pracy – będzie mniej umów o pracę, a więcej niżej oskładkowanych nietypowych form zatrudnienia.
Według szacunków rządowych, koszty działań antykryzysowych mają wynieść ok. 3,2 proc. PKB – jednak szacunki te nie uwzględniają szeregu działań i przez to są niedoszacowane. Rząd wprost liczy koszty tzw. tarczy antykryzysowej, jednak pomija koszty realizowanej przez Polski Fundusz Rozwoju tzw. tarczy finansowej oraz mającego funkcjonować w Banku Gospodarstwa Krajowego funduszu przeciwdziałania COVID-19.
O ile rząd może manipulować krajową definicją długu publicznego i zamieść te pozycje pod dywan, to najpewniej Eurostat uwzględni je w statystykach sektora finansów publicznych, co będzie skutkowało silniejszym wzrostem długu publicznego, według szacunków dr. Sławomira Dudka nawet o 9 punktów procentowych. Ponadto należy pamiętać, że rząd wciąż pracuje nad kolejnymi rozszerzeniami tarczy antykryzysowej, które mogą zwiększyć jej koszt.
Według szacunków rządu, spadek dochodów oraz nowe wydatki kryzysowe mają łącznie podbić dług publiczny według metodologii unijnej do 55,2 proc. PKB. Jednak uwzględnienie długu ukrytego w PFR oraz w BGK może podbić tę relację nawet powyżej 60 proc.
Rządowy dokument, poza stwierdzeniem o oczekiwanym odbiciu gospodarki w 2021 roku oraz zapowiedzią nowych dochodów podatkowych, nie odnosi się do następnego roku.
Oczekiwania co do wzrostu w przyszłym roku są bardzo mgliste i mówią o odbiciu przekraczającym spadek w tym roku. Przyjęcie takiego założenia oznaczałoby, że w 2021 roku nominalny PKB będzie o jakieś 5-6 proc. wyższy niż w 2019 roku (łączny efekt spadku o 0,3 proc. w 2020 roku i wzrostu rzędu 5-6 proc. w 2021 roku). Tymczasem szereg pozycji wydatkowych wzrośnie w tym czasie znacznie bardziej.
Same wydatki administrowanego przez ZUS Funduszu Ubezpieczeń Społecznych oraz Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego mają w 2020 roku wzrosnąć o ok. 6-7 proc. Nawet przy czysto inflacyjnej waloryzacji oraz wzroście liczby emerytów proporcjonalnej do starzenia się społeczeństwa w 2021 roku, wzrosną one o kolejne 5 proc. W efekcie wydatki na emerytury i renty w relacji do PKB wzrosną z 11,6 proc. do 12,3 proc.
Podobnych efektów, choć na mniejszą skalę, można spodziewać się także w innych obszarach wydatków publicznych, np. w planie konwergencji rząd szacuje, że wydatki na płace w sektorze publicznym wzrosną z 10,2 proc. PKB w 2019 roku do 10,7 proc. PKB w 2020 roku. Pytanie, o ile uda się rządowi obniżyć ich dynamikę poniżej dynamiki PKB w 2021 roku?. Te mechanizmy oraz wcześniej uchwalone już nowe wydatki (np. wzrost wydatków na ochronę zdrowia) oznaczają, że nawet po wycofaniu wydatków na programy antykryzysowe wydatki publiczne w 2021 roku będą o 2-3 proc. PKB wyższe, niż w 2019 roku.
Nawet przy optymistycznym założeniu, że dochody w relacji do PKB tak szybko wrócą do poprzedniego poziomu, będzie to oznaczało wyższy deficyt – stawiając rząd przed wyborem nowych podatków (już zapowiedziano podatek od handlu) lub ograniczenia wydatków.

Czy tak musiało się stać?

Plan Balcerowicza spowodował, że w Polsce nastąpił największy spadek produktu krajowego brutto spośród krajów naszego regionu.

Omawiając wyzwania przed jakimi stanął rząd premiera Mazowieckiego w 1989 r., Leszek Balcerowicz wymieniał: stan gospodarczej katastrofy, ceny galopowały 23-30 proc. miesięcznie, potężne kolejki, gospodarka się kurczyła, kraj był bankrutem. Stwierdził też: „dodatkowo w PRL pobrano od ludzi przedpłaty na samochody i mieszkania, które rząd wykupi z pieniędzy budżetowych”.

Istotnie takie były z grubsza  fakty. Z jego wypowiedzi wynika, że musiał stawić czoła takiej sytuacji i stosować drastyczne środki. Ale analizując działania L. Balcerowicza widać, że w dużej części taka sytuacja była wywołana właśnie przez niego. .

Tak, ceny galopowały ale dlaczego? Ano dlatego, że pod pozorem walki z inflacją w ramach planu Balcerowicza dokonano kolejnego uwolnienia cen (pierwsze uwolnienie nastąpiło jeszcze przed Balcerowiczem). Ceny mogły sobie hulać, a więc poszybowały w górę.

Przeciwdziałaniem tej sytuacji powinno być podjęcie energicznych działań dla zwiększenia produkcji rynkowej i usług dla ludności. Tymczasem L. Balcerowicz podejmował działania odwrotne. Polegały one na ograniczeniu podaży produkcji i usług rodzimych przedsiębiorstw. Produkcja przemysłowa w latach 1990-1991 zaczęła raptownie spadać, poprzez prywatyzację i niszczenie (prywatyzowanie) rodzimych przedsiębiorstw, gloryfikowanie kapitału obcego, zwolnienie go z podatków, przekazywanie przedsiębiorstw za bezcen, przekazywanie praw własności jeszcze przed sprzedażą, po zapłaceniu pierwszej raty. I nie zawsze egzekwowano wpłaty wszystkich rat.

Czy sprzedaż za złotówki, a nie za dolary (przy chronicznym braku dewiz i rosnącym zasłużeniem zagranicznym) i płacenie dolarami wygórowanych cen za usługi firm konsultingowych, to też było narzędzie pomocne dla pokonania powyższych wyzwań?

Z drugiej zaś strony mamy gnębienie, jeszcze polskich przedsiębiorstw, nałożonymi dodatkowymi podatkami: tzw. dywidenda państwowa płacona od wartości majątku trwałego (uprzednio znacznie podwyższonego w wyniku aktualizacji podwyżek cen) po tzw. skomercjalizowaniu (przygotowaniu do prywatyzacji), podatek od ponadnormatywnych wynagrodzeń tzw. popiwek, wpłaty z zysku netto, bezwzględne egzekwowanie zaciągniętych wcześniej kredytów (ciągle zwiększających się wskutek zwiększania oprocentowania).

Przedsiębiorstwa zaciągały kredyty na działalność przy oprocentowaniu normalnym. Po zwiększeniu stóp procentowych przez L Balcewicza nagle banki domagały się (wtedy jeszcze państwowe) horrendalnie wysokich odsetek: kilkadziesiąt, kilkaset procent, w tym za zaległości przeterminowane jeszcze wyższych. Żadne przedsiębiorstwo w normalnych warunkach nie jest w stanie udźwignąć tego ciężaru. Dochodziło do blokady udzielania nowych kredytów przez banki jeszcze państwowe na kontynuowanie działalności państwowym podmiotom – co przecież prowadziło do hamowania produkcji, bankructwa i w konsekwencji do złodziejskiej prywatyzacji (często likwidacji). Wszystko to jest opisane szczegółowo w książkach R. Ślązaka oraz W. Kieżuna. Z opisów tych wynika, że działania w tym okresie nie miały nić wspólnego z przezwyciężeniem wyzwań stojących przed gospodarką – realizowały zupełnie inne cele (głównie uwłaszczenie nomenklatury i likwidację przedsiębiorstw). Do tego dochodził skrajny brak ochrony rynku  wewnętrznego (likwidacja ceł w marcu 1990 r.) i w rezultacie uwolnienie importu. Spowodowało to zalewanie naszego rynku towarami przemysłowymi i importowaną żywnością dotowaną przez ówczesną EWG. 

Ten masowy import był dodatkowym elementem, oprócz wyżej wymienionych, do unicestwiania polskich producentów – na przykład wyroby dziewiarskie i pończosznicze z Chin, Indii, Tajlandii, Turcji i Włoch często bez oznaczeń firmowych ani jakościowych. Nie trzymanie wymogów jakościowych umożliwiało sprzedaż na rynku polskim po relatywnie niskich cenach. (co zresztą trwa do dzisiaj w supermarketach – specjalna produkcja  z przeznaczeniem na polski rynek).

W tym miejscu warto zacytować trafne spostrzeżenie A. Dryszela: ”Naukowe, jedynie racjonalne podejście opiera się na przeświadczeniu, jeżeli coś się zdarzyło, to znaczy, że musiało się zdarzyć – czego dowodem jest właśnie to, że się zdarzyło. Wydaje się, że Leszek Balcerowicz powinien to rozumieć, skoro sam o sobie mówi, że jest człowiekiem, który stara się opierać na empirii”. Dodajmy: skoro sam uprawia naukę i jest doktorem habilitowanym.

Koncepcje polskiej transformacji powstały nie w Polsce. Polskie propozycje polskich ekspertów były odrzucane (szczegółowo jest o tym mowa w książce W. Kieżuna i T. Kowalika). Były one dziełem  George’a Sorosa i Jeffrya Sachsa. Pisze o tym bardziej szczegółowo M. Barański. L. Balcerowicz był twórczym realizatorem tej  koncepcji. George Soros włączał się do uruchomienia transformacji finansując Fundację Batorego, która popierała tak realizowaną transformację (fundacja działa do dziś). Jedynie Jeffrey Sachs był wyrocznią, z którym rozmawiano i którego słuchano.

Pełna lista kroków cytowana jest w  książce W. Kiezuna (str. 123-126) jako „Program  J. Sachsa i D. Liptona” . W ramach twórczej adaptacji L. Balcerowicz nieznacznie go zmienił, na przykład nie zlikwidował popiwku dla przedsiębiorstw państwowych. Skutkowało to m. in. tym, że załogi dążąc do zwiększenia zarobków przychylnie odnosiły się do prywatyzacji, ponieważ było to droga do pominięcia bariery wzrostu wynagrodzeń.

Warto przytoczyć opinię laureata nagrody Nobla Miltona Friedmana (liberała): „Kontrola płac nie ma nic wspólnego ze zwalczaniem inflacji. Przeciwnie pogłębia ją, ponieważ powoduje nieefektywne rozmieszczenie sił roboczej, spadek produkcji pogorszenie sytuacji społeczeństwa. Kontrola plac przy jednoczesnym swobodnym kształtowaniu się cen prowadzi w prostej drodze do katastrofy” (za W. Kieżunem str. 185). Tak więc wyzwania, z którymi przyszło stawić czoła L. Balcerowiczowi były wywołane jego polityką, a nie zastanym stanem.

Autor wyżej wymienionych działań zaznacza, że „gospodarka została zliberalizowana” i można było podejmować własną działalność gospodarczą”. Przytacza przykład owej liberalizacji: „legalnie można było importować dobra” Jak widać, podawany przykład – że można było zalewać rynek importem ze wszystkimi tego konsekwencjami (eliminowanie polskiej produkcji, generowanie bezrobocia itd.) – może być odbierany jako efekt pozytywny.

L. Balcerowicz stwierdza, że na kolejne zmiany trzeba było więcej czasu, żeby rozwój sektora prywatnego przewyższył kurczenie się starego. Sektor prywatny zwiększał się wskutek prywatyzacji przez kapitał zagraniczny i rodzimą oligarchię, likwidacji ulegał  polski sektor prywatny (rzemiosło). Podkreślił też, że produkt krajowy brutto zaczął rosnąć w połowie 1991 r. Aby podkreślić skuteczność jego reform, przytoczył przykład Wielkiej Brytanii: że podobne reformy Margaret Thatcher przyniosły pierwsze efekty dopiero po trzech latach.

Chwyt narracyjny, że PKB zaczął rosnąć w połowie 1991 r. przykrył rzeczywistość, która została opisana w artykule A. Jakubowicza, stwierdzającym, iż spadek PKB w latach 1990-1991 w stosunku do 1989 wynosił aż 22,7 proc., a w 4-leciu (1990-1994) 19,1 proc. Spadek ten był największy spośród krajów naszego regionu. L. Balcerowicz jednak dodaje, że spadek statystycznego PKB w dużej mierze wynikał z tego, że GUS nie był w stanie mierzyć tego, co rosło, czyli sektora prywatnego, bo dopiero później udoskonalono metody liczenia. To jest gołosłowne podważanie wiarygodności statystyki, bez żadnego uzasadnienia.

Na uwagę, że jednak nie wszyscy identyfikują Plan Balcerowicza z pozytywami, bo wiele osób straciło pracę i trudno było im się odnaleźć w nowej rzeczywistości, Leszek Balcerowicz odpowiada: „Gdybyśmy zbyt wolno zmieniali naszą gospodarkę jak Łukaszenka na Białorusi, to efekty reform z pewnością byłyby mniej dotkliwe niż efekty ich braku /…/ Można to sprawdzić, jadąc np. na Białoruś”.

Porównanie do Białorusi całej patologii związanej z likwidacją PGR i bezrobociem oraz wykluczeniem mówi samo za siebie. Można tylko dodać, że dzięki temu na Białorusi nie było bezrobocia takiego jak u nas ze wszystkimi tego konsekwencjami. To myśmy kupowali od Białorusi traktory „Mińsk” po tym jak osaczono zakłady Ursusa reformami L. Balcerowicza. Zresztą, argumentacja ta jest kulą w płot. PKB Białorusi przyjmując rok 1995 za 100 proc. wzrósł o 299,6 proc. w roku 2018, czyli prawie 3-krotnie, zaś polski 249,7 proc. czyli prawie 2,5-krotnie w tymże 2018 r. (vide A. Jakubowicz w artykułach w Trybunie).

L. Balcerowicz powtarza: „Polska na tle innych krajów postsocjalistycznych osiągnęła najlepsze wyniki pod względem rozwoju gospodarki”. Odnosząc się do tego, że na Śląsku nie wspomina się dobrze tej reformy, podkreśla, iż  górnicy wcale nie chcieli, żeby ich synowie pracowali w niewydajnych i niebezpiecznych kopalniach – a dziś wiele osób pracuje tu w nowoczesnych usługach, jak w każdym prosperującym europejskim regionie.

K. Duda  opisując losy ludzi pozbawionych pracy na przykładzie Katowic Załęże, m.in. podaje, że pozbawieni pracy mężczyźni znajdowali pracę w firmach ochroniarskich, a kobiety w firmach sprzątających, które powstały z eliminowania tego rodzaju usług na zewnątrz. Hinduski właściciel Arcelor Mittal,  niezlikwidowanej części polskiego hutnictwa (m.in. dwóch największych hut w Polsce w tym Nowej Huty) wyłączył jedyny wielki piec w krakowskim kombinacie. Czy to miałby być koniec koniec hutnictwa w Polsce?

 Nie sposób się zgodzić się z tym, że usługi ochroniarskie, lub sprzątanie są nowoczesnym usługami. Ani z tym, że w wyniku reform efektem pozytywnym ma być to, że nie mamy dziś polskiego hutnictwa ze wszystkimi ujemnymi tego konsekwencjami tego.

Nie sposób pominąć milczeniem, w świetle dyskusji w Trybunie, wypowiedzi M. Zielińskiego w Gazecie Wyborczej z 2 stycznia 2020. To już jest szczyt hipokryzji, bowiem tytuł artykułu brzmi „30-lecie planu Balcerowicza Tak Polskę zbudowano”. I podtytuł „Dane liczbowe nie pozostawiają wątpliwości; bilans polskich reform po 1989 r jest jednoznacznie pozytywny”.

Przytaczane dane PKB zostały wyrwane z kontekstu innych danych. Jak wiadomo, już uznano, że podawanie samych wielkości PKB nie może być miarą wzrostu stanu gospodarki bez szeregu innych danych (bezrobocia, emigracji, poziomu zasobności, plac, potencjału gospodarczego, innowacyjności itp.). W ten sposób autor zdyskredytował wyniki badań z cytowanych przez siebie opracowań. O poziomie argumentacji niech świadczy następująca fraza: „Pierwsze rządy po 1989 r. musiały zmierzyć się ze spuścizną ponad czterech dekad socjalizmu, której przejawami były chociażby hiperinflacja, dominacja państwowych monopoli, brak cen rynkowych”. Odsyłam autora do książki zespołu autorskiego A. Karpiński. St. Paradysz, P. Soroka, W. Żółtowski pt. „Od uprzemysławiania w PRL do deindustrializacjl Kraju” oraz do prac, przynajmniej w części cytowanych w Trybunie, uznanych autorytetów polskiej ekonomii. Z lektury tej autor zrozumie, kto zbudował Polskę, a kto zrujnował (i kiedy została zbudowana, a kiedy zrujnowaną).

Z tekstów publikowanych w Trybunie autor zrozumie też, kiedy i dlaczego była hiperinflacja, kiedy ceny rynkowe prowadziły do biedy szerokich rzesz obywateli, z jaką spuścizną potencjału gospodarczego miał do czynienia L. Balcerowicz w 1989 r.  

Opisany wyżej sposób narracji o „sukcesie” transformacji jest przykrywką jej katastrofy. Nie są tam prezentowane wyniki badań ani analiza liczbowa łącznych wskaźników obrazujących gospodarkę. Jeżeli już, to tyko wielkości PKB, które bez kontekstu z innymi wskaźnikami nie dają rzeczywistego obrazu gospodarki.

 Cytowane wyżej prace pokazują PKB wraz z innymi wskaźnikami. Powtórzę jeszcze raz: L. Balcerowicz i jego apologeci nie podjęli rzeczowej polemiki z tymi publikacjami. Nie powołują się na badania, o których wspomina z dumą L Balcerowicz (które rzekomo mają być dla niego źródłem oceny sukcesu transformacji). O faktycznym braku takich badań świadczy fakt, że w dyskusji posługują się ogólnikami i inwektywami.

Chińska gospodarka stabilna jak zawsze

Dzięki stabilności i postępowi, gospodarka Chin ma warunki do osiągnięcia oczekiwanych celów.

Według danych opublikowanych 16 grudnia przez Państwowy Urząd Statystyczny Chin, funkcjonowanie gospodarki krajowej wykazało pozytywne zmiany w listopadzie, a główne wskaźniki gospodarcze były lepsze niż oczekiwano, gospodarka narodowa utrzymała stabilny i progresywny trend rozwojowy. W obliczu złożonej sytuacji rosnącego ryzyka i wyzwań w kraju i za granicą, dane te pokazują silną odporność, potencjał i pole manewru chińskiej gospodarki, a także wskazują, że podstawowy trend stabilności gospodarczej i długoterminowej poprawy gospodarki w Chinach nie uległ zmianie.
Gospodarka chińska utrzymuje stabilny postęp, a odzwierciedleniem tego jest sytuacja dotycząca zatrudnienia. W pierwszych 11 miesiącach bieżącego roku w miastach i miasteczkach w całym kraju pojawiło się 12,79 miliona nowych miejsc pracy, co stanowi 116,3 proc. rocznego celu. Patrząc na cały rok, oczekuje się, że w kolejnym roku poziom wzrostu nowych miejsc pracy osiągnie ponad 13 milionów . Gdy zatrudnienie się ustabilizuje, środki do życia i i podstawa wzrostu gospodarczego Chin zostaną ustabilizowane.
Stabilność dotyczy także handlu zagranicznego i inwestycji zagranicznych. Do końca listopada ogólne obroty importu i eksportu Chin wzrosły o 2,4 proc. w porównaniu z analogicznym okresem 2018 roku, z czego całkowita wartość importu i eksportu z krajami ASEAN wzrosła o 12,7 proc. , a wartość ta z krajami wzdłuż „Pasa i Szlaku” wzrosła o 9,9 proc. . Ponadto, w kontekście globalnego spowolnienia inwestycji, faktyczne wykorzystanie przez Chiny inwestycji zagranicznych w 11 miesiącach 2019 roku wzrosło o 6 proc. w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Stały wzrost handlu zagranicznego i inwestycji zagranicznych pokazuje, że stopień integracji między rynkiem globalnym a chińską gospodarką nadal się pogłębia i będzie nadal pomagał chińskiej gospodarce w dalszym rozwoju.
Gospodarka chińska utrzymuje stabilny postęp, co oznacza ciągłą optymalizację  struktury gospodarczej, a rola popytu wewnętrznego w napędzaniu wzrostu gospodarczego Chin nadal rośnie. Do listopada krajowe inwestycje w środki trwałe (wykluczając rolnictwo) wzrosły o 5,2 proc. w porównaniu z analogicznym okresem 2018 roku, a całkowita sprzedaż detaliczna towarów konsumpcyjnych wzrosła o 8,0 proc. rok do roku. Tempo wzrostu inwestycji i konsumpcji jest znacznie wyższe niż tempo wzrostu eksportu, co wskazuje, że motorem wzrostu gospodarczego Chin jest w coraz większym stopniu popyt wewnętrzny, który sprzyja silnemu rynkowi wewnętrznemu. Jednocześnie wzrost konsumpcji jest szybszy niż wzrost inwestycji, co wskazuje, że struktura popytu krajowego jest nadal optymalizowana.
Ponieważ konsumpcja mieszkańców stale rośnie, wymagania Chińczyków dotyczące jakości tradycyjnych towarów wzrastają, podobnie jak popyt na usługi takie jak turystyka, opieka zdrowotna, edukacja i usługi emerytalne. Według wstępnych szacunków Państwowego Urzędu Statystycznego Chin, konsumpcja usług stanowi obecnie prawie 50 proc. konsumpcji gospodarstw domowych. Można przewidzieć, że siła konsumpcyjna o wyższej jakości będzie odgrywać coraz ważniejszą rolę w napędzaniu chińskiej gospodarki.
Jednocześnie postęp gospodarki chińskiej znajduje odzwierciedlenie w ciągłej optymalizacji struktury przemysłowej i pojawianiu się nowego impetu. W listopadzie wzrost sektorów zaawansowanych technologii i produkcji sprzętu wyniósł odpowiednio 8,9 proc. i 8,5 proc. , ci jest szybsze  niż wzrost gałęzi przemysłu powyżej wyznaczonych oczekiwań; rozwój nowoczesnych sektorów usług, takich jak technologie informacyjne, transmisja oprogramowania, usługi handlowe i leasingowe rosną szybciej niż indeksy produkcji wszystkich przemysłów usługowych. Warto zauważyć, że indeks PMI dla przemysłu produkcyjnego w Chinach wyniósł w listopadzie 50,2 proc. , co stanowi wzrost o 0,9 punktu procentowego w porównaniu z poprzednim miesiącem. Wskaźnik PMI dla sektorów nieprodukcyjnych i usługowych wyniósł odpowiednio 54,4 proc. i 53,5 proc. , oba są znacząco wyższe niż w poprzednim miesiącu. To pokazuje, że koncepcja rozwoju napędzanego innowacjami,  gromadzi stały strumień nowego impulsu dla chińskiej gospodarki, a oczekiwania rynku również stale się poprawiają.
Przy obecnym spowolnieniu wzrostu gospodarczego na świecie oraz wewnętrznej transformacji i modernizacji gospodarki nie jest łatwo gospodarce chińskiej uzyskać tak dobre efekty. Wynika to z ogromnej przewagi rynkowej Chin i potencjału popytu wewnętrznego, a także ogromnego kapitału i zasobów ludzkich, a także skoordynowanego wykorzystania przez rząd chiński solidnych polityk makroekonomicznych i elastycznych polityk mikro.
Od 2019 roku Chiny wprowadziły zakrojone na szeroką skalę środki obniżające podatki i opłaty, których łączna wartość za cały rok przekroczy 2 biliony juanów. Jednocześnie Chiny nieustannie wprowadzają środki ułatwiające handel. Na przykład w dalszym ciągu zmniejszyły negatywne listy dostępu do rynku inwestorów zagranicznych, budowały wiodącą strefę demonstracyjną Shenzhen, Nowy Obszar Lingang w Szanghajskiej Strefy Wolnego Handlu oraz  założyły 6 nowych stref pilotażowych wolnego handlu, aby stale optymalizować otoczenie biznesowe i wzmocnić żywotność rynku. W pierwszych 10 miesiącach 2019 roku średnia dzienna liczba nowo zarejestrowanych przedsiębiorstw w Chinach wynosiła blisko 20 000. W porównaniu z całym ubiegłym rokiem średnia dzienna liczba nowo powstałych przedsiębiorstw wzrosła o 7,1 proc. . To pokazuje, że chińskie i zagraniczne firmy są pełne zaufania do chińskich perspektyw gospodarczych.
Pozytywne zmiany w najnowszych danych ekonomicznych dodatkowo pokazują, że Chiny mają podstawy i warunki do osiągnięcia oczekiwanego celu wzrostu na 2019 rok. W przyszłości Chiny nadal będą trzymać się zasadę stabilności, dążyć do postępu, przestrzegać polityki reform i otwarcia, promując rozwój wysokiej jakości, przyczyniając się do wzrostu gospodarczego na świecie.

Liu Dong
Tłumaczenie: Zhong Lei

Nasza gospodarka hamuje powoli

Polski produkt krajowy brutto w trzecim kwartale tego roku wzrósł o 3,9 proc. w porównaniu z trzecim kwartałem 2018 r. W drugim kwartale bieżącego roku rozwój był nawet nieco szybszy, bo PKB wzrósł o 4,6 proc. w stosunku do tego samego kwartału 2018 r.

Wynik trzeciego kwartału jest natomiast nieco gorszy od przewidywań ekspertów, którzy typowali wzrost wynoszący 4,1 proc. Okazuje się, że dość niskie jest zwłaszcza tempo rozwoju przemysłu i budownictwa
Prognozy polskich ekspertów ekonomicznych mają jednak to do siebie, że z reguły się nie sprawdzają. Tak więc, kompletnie nie należy się przejmować tym, że faktyczne wyniki gospodarcze są niezgodne z ich oczekiwaniami.
Mimo tego, że polska gospodarka w trzecim kwartale tego roku rozwijała się nieco wolniej niż w drugim, to w rzeczywistości mamy jednak do czynienia z jej przyśpieszeniem. Nasz produkt krajowy brutto wzrósł bowiem w trzecim kwartale tego roku o 1,3 proc. w porównaniu z drugim kwartałem br.
Oznacza to właśnie szybszy rozwój, gdyż w drugim kwartale nasz PKB wzrósł jedynie o 0,8 proc. w porównaniu z pierwszym kwartałem.
Ostatni kwartał powinien zamknąć się czteroprocentowym wzrostem PKB. Natomiast średnio w całym bieżącym roku tempo rozwoju wyniesie najprawdopodobniej 4,2 proc.
Polska gospodarka będzie wprawdzie rozwijać się już nieco wolniej, ale nie jest to żadne raptowne hamowanie, lecz spokojne zwalnianie biegu, z jakim ma się do czynienia podczas jazdy pod górkę. Sprzyja jej zaczynające się lekkie przyśpieszenie gospodarki niemieckiej oraz niezłe wyniki naszego eksportu, spowodowane dość słabym złotym.
Oby tylko ta nasza górka okazała się niezbyt duża i miała łagodne zbocza.

Sygnały coraz wolniejszego rozwoju

A jednak jeszcze się kręci – i są także pewne oznaki, mogące wskazywać, że nie w przyszłym, ale w następnych latach, będzie kręcić się raźniej.

W ubiegłym roku wartość nakładów inwestycyjnych w całej gospodarce narodowej wyniosła 302 675 mln zł, w tym nakłady na wszelkie budowle stanowiły 161 930 mln zł (53,5 proc.), na maszyny, urządzenia i narzędzia 100 241 mln zł (33,1 proc.), zaś na środki transportu 38 120 mln zł (12,6 proc.).
W porównaniu z rokiem 2017, inwestycje w Polsce zwiększyły się o 15,4 proc. Nakłady na budynki i budowle wzrosły o 18,4 proc., na maszyny, urządzenia techniczne i narzędzia o 11,1 proc., a na środki transportu o 15,2 proc.
Wzrost tempa inwestycji zaobserwowano w większości obszarów gospodarki. Najwyższy wzrost zanotowano w działalności związanej z kulturą, rozrywką i sztuką (dynamika w stosunku do roku poprzedniego wyniosła 166,3), w dostawie wody, gospodarowaniu ściekami i odpadami oraz działalności związanej z rekultywacją (dynamika 163,6) oraz w edukacji (dynamika 140,8).
Jest to ewidentny przyrost inwestycji, więc te dane były oczywiście korzystne dla polskiej gospodarki. Ale już wtedy, w ubiegłym roku, pojawiły się niepojące sygnały.
Po pierwsze, udział sektora prywatnego w nakładach inwestycyjnych ogółem spadł z 69,7 proc. do 64,4 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim. Udział sektora publicznego wzrósł natomiast odpowiednio z 30,3 proc. do 35,6 proc.

Rozwoju nie da się zadekretować

Inwestycje prywatne są najważniejsze dla gospodarki. One przesądzają o jej długofalowym rozwoju i są sygnałem, wskazującym na dobre warunki prowadzenia działalności gospodarczej. Spadek ich udziału pokazuje, że rząd PiS nie umie stworzyć takich warunków. Na wzrost inwestycji „zapracował” więc głównie sektor publiczny, w którym zwiększenie nakładów zależy w największym zakresie od decyzji administracyjnych rządzących, a nie od sytuacji na rynku. Decyzjami administracyjnymi nie da się jednak na dłużej stymulować rozwoju gospodarczego.
Po drugie, nie w całej gospodarce inwestycje w ubiegłym roku się ruszyły. Spadki wystąpiły w jej trzech istotnych obszarach: w wytwarzaniu i zaopatrywaniu w energię elektryczną, gaz i ciepło (ujemna dynamika w stosunku do roku poprzedniego, która wyniosła 99,4), w obsłudze rynku nieruchomości (dynamika 94,1) oraz w działalności finansowej i ubezpieczeniowej (dynamika 93,4).
Wreszcie, po trzecie i najgorsze, cały ten nasz przyrost inwestycji okazał się krótkotrwały. Nakłady na środki trwałe w trzecim kwartale 2019 r. zwiększyły się realnie zaledwie o 0,2 proc. – czyli niemal niezauważalnie.
Niestety, zaczął się już czwarty kwartał, w którym niknący wzrost zamienia się w regres. Bardzo niedobry sygnał dał tegoroczny październik. Produkcja budowlano – montażowa (czyli właśnie inwestycyjna) zmniejszyła się w tym miesiącu aż o 4 proc. w porównaniu z październikiem 2018 r (podczas gdy specjaliści oczekiwali wzrostu). Tak dużego spadku tej produkcji nie było od prawie trzech lat. Po stronie pozytywów można oczywiście wymienić trwały wzrost naszego produktu krajowego brutto. W III kwartale 2019 r. był on realnie wyższy o 3,9 proc., licząc rok do roku. Ale przyrost PKB w tym samym, III kwartale 2018 r. wyniósł aż 5,2 proc., a więc spowolnienie jest już ewidentne.
Głównym czynnikiem polskiego rozwoju gospodarczego był i pozostaje popyt krajowy, którego wzrost w skali roku wyniósł w III kwartale 3,3 proc.. Był on jednak niższy od tempa popytu notowanego w II kwartale 2019 r. Wpłynęło na to słabsze tempo wzrostu spożycia w sektorze gospodarstw domowych, które także było niższe niż w II kwartale 2019 r.
W efekcie, wpływ popytu krajowego na tempo wzrostu gospodarczego wyniósł 3,1 punktu procentowego wobec 4,4 pkt. proc. w II kwartale 2019 r.

Jaskółka nadziei

Tak więc, popyt krajowy już w mniejszym stopniu pobudza polski rozwój gospodarczy. Problem w tym, że nie bardzo czym można go zastąpić. Bo zapotrzebowanie na inwestycje, które w przeszłości już było niewielkie, teraz spadło jeszcze bardziej. Wpływ popytu inwestycyjnego na wzrost PKB wyniósł zaledwie 0,8 pkt. proc. (w II kwartale 2019 r. było to 1,5 pkt. proc., czyli prawie dwa razy więcej).
Innymi słowy, jeśli Polacy z różnych powodów zaczną ograniczać zakupy, odbije się to fatalnie na gospodarce, a tym samym i na dochodach Polaków, którzy jeszcze bardziej zmniejszą zakupy. Wytworzy się fatalne, samonapędzające błędne koło kryzysu. Oby do tego nie doszło…
Na razie jednak popyt krajowy w III kwartale 2019 r. wzrósł realnie o 0,8 proc. w porównaniu z II kwartałem. %. Spożycie ogółem w III kwartale 2019 r. wzrosło realnie o 1,0%, wzrost spożycia w sektorze gospodarstw domowych wyniósł realnie 0,9%. Akumulacja w III kwartale 2019 r. zmniejszyła się realnie o 0,7%.
Małą i niepewną jaskółką nadziei jest tu nasz handel zagraniczny, który w trudnych warunkach zaczął radzić sobie całkiem dobrze. W III kwartale bieżącego roku. zanotowano pozytywny wpływ eksportu netto na nasz wzrost gospodarczy, wynoszący 0,8 pkt. proc. To wprawdzie bardzo niewiele – ale zarazem to aż czterokrotnie więcej niż w II kwartale 2019 r., kiedy to ów pozytywny wpływ nie przekroczył 0,2 pkt. proc.
W porównaniu z poprzednim kwartałem tego roku, w III kwartale 2019 r. PKB wyrównany sezonowo zwiększył się realnie o 1,3 proc. Wartość dodana brutto w gospodarce narodowej w III kwartale 2019 r. zwiększyła się zaś o 1,0 proc. To także sygnały, które należy zapisać po stronie plusów, pokazujące, że polska gospodarka wciąż jeszcze zwiększa obroty, choć już coraz wolniej.

Niemcy uratują władzę PIS?

Jest jeszcze jeden korzystny sygnał, być może najważniejszy – przestała „zwijać się” gospodarka naszego wielkiego zachodniego sąsiada. Niemcom jeszcze daleko do powrotu na ścieżkę trwałego wzrostu – ale już nie ma spadków, sytuacja się ustabilizowała, właściciele firm z pewną nadzieją patrzą w przyszłość i liczą na stopniowy wzrost zamówień.
Dla Polski Niemcy są najważniejszym partnerem handlowym, a tempo wzrostu naszej gospodarki w bardzo dużym stopniu zależy od wielkości dostaw podzespołów z Polski na niemiecki rynek. Jeżeli nastąpi tu trwałe odbicie, to może się okazać, że rząd Prawa i Sprawiedliwości zdoła przejść suchą nogą przez spowolnienie, któremu nie umiał zapobiec. To natomiast może mieć z kolei ważkie znaczenie polityczne. Do kolejnych wyborów parlamentarnych nie jest przecież aż tak daleko.

Problem zdrowia My socjaliści

Amerykański slogan brzmi: „Najlepiej być młodym, zdrowym, pięknym i bogatym”. Nie wszystkim się to udaje, również w Ameryce. Problemem jest najczęściej zdrowie, którego z upływem czasu ubywa. Zorganizowane społeczeństwa współcześnie zabezpieczają się przed utratą zdrowia i tego skutkami.

Doświadczeniem naszej cywilizacji jest system ubezpieczeń społecznych. Polskie doświadczenia w systemie ochrony zdrowia społeczeństwa mają ponad wiekową tradycję i są wynikiem kompromisu przynajmniej dwóch nurtów ideowo-politycznych obecnych w naszym kraju: socjalizmu ze sztandarowym hasłem sprawiedliwości społecznej oraz liberalizmu nastawionego na swobodę działania i hasło głoszące: „radź sobie sam”.
Z czasem okazało się, że hasła i idee są dość trudno wprowadzane w życie, stąd konieczna była interwencja państwa i ustanowienie systemu ochrony zdrowia z mniejszym lub większym udziałem, obciążającego pracujących obywateli obowiązkowymi składkami.
Tylko niewielka część obywateli była w stanie poradzić sobie sama. Tak jest do dzisiaj i w Polsce, i w innych krajach.
Aktualnie palącym problemem naszego kraju jest niewydolność systemu ochrony zdrowia, co przerodziło się od co najmniej ćwierćwiecza w problem społeczny i już także polityczny. Od wielu lat żerują na nim populiści różnych maści, obiecując podwyższenie budżetu zdrowotnego państwa. Mimo trwałych podwyżek, pieniędzy od lat brakuje, a nikt nie pokusił się dotychczas o poważną analizę ich wykorzystania. Padają wyłącznie argumenty o trwałym braku środków i porównania ze społeczeństwami znacznie zasobniejszymi od naszego.
W PRL nie mówiło się jednak nigdy o zapaści, a do lekarza rzadko czekało się w kolejce dłuższej, niż kilka dni.
Dziś widać, że pełne zaangażowanie państwa w ochronę zdrowia obywateli przynosi pozytywne skutki. Doświadczenia amerykańskie, gdzie kilkadziesiąt milionów obywateli pozostaje dziś bez ubezpieczenia, są jak najbardziej odstraszające.
Ponadto widać, że społeczeństwo nie może pozostawić decyzji dotyczących zdrowia w rękach kapitału. Na szczęście posiada konstytucyjne gwarancje ochrony zdrowia, co stwarza nadzieję i szanse, ale w praktyce jednak mało to znaczy.
Widać więc po tych przykładach, że nie da się prosto, wyłącznie poprzez dofinansowanie uratować aktualnego systemu ochrony zdrowia w Polsce.
Dofinansowanie, co widać po wielu przykładach, skutkuje wzrostem dochodów sektora prywatnego w służbie zdrowia i postępującym zadłużeniem sektora państwowego i samorządowego. System wymaga rewolucyjnych zmian, wprowadzić je może wyłącznie polska lewica, która bez obrzydzenia posiłkować się będzie wartościami płynącymi z idei sprawiedliwości społecznej i wcześniejszymi doświadczeniami socjalistów.
Podstawowym problemem środowisk służby zdrowia i polityków działających w tym obszarze, a co szczególnie karygodne – lekarzy, jest to, że stały się one świadomie, lub często nieświadomie, więźniami rynku i pełnią rolę handlarzy i dystrybutorów a nie ratują ludzi za wszelką cenę.
Ani państwo dziś, ani środowiska związane ze służbą zdrowia nie zajmują się leczeniem chorych wynikającym z obowiązku pełnienia służby społecznej. W ramach tzw. usług społecznych sprzedają na rynku życie i zdrowie, a wielu z nich na tym dobrze zarabia.
Nie może być tak nadal, że w polskiej kulturze i obyczaju akceptujemy, że życie i zdrowie ludzkie jest towarem rynkowym, że można je kupować, sprzedawać, że opiera się na tym neoliberalnym paradygmacie również nasze państwo. Lewica musi walczyć z tą zasadą również w innych obszarach.
System ochrony zdrowia w Polsce trzeba zbudować od nowa pod egidą państwa. Powinno powstać ponadpartyjne porozumienie dotyczące jego przebudowy.
Do niezbędnych elementów nowego systemu zaliczyć trzeba takie generalne rozwiązania jak: bezpośrednie finansowanie ochrony zdrowia przez państwo, likwidacja NFZ i całej biurokracji, eliminacja wszelkich układów prywatno-publicznych, rozdzielenie państwowego i prywatnego systemu ochrony zdrowia, dostosowanie zarobków w służbie zdrowia do systemu państwowego, reforma systemu kształcenia lekarzy i personelu medycznego, wstrzymanie na co najmniej 10 lat inwestycji w infrastrukturę biurokratyczną służby zdrowia, przesunięcie w budżecie na rok 2021 środków na reformę służby zdrowia m.in. z budżetu MON na zakupy broni ofensywnych.

Urok nieruchomych stóp

Na razie lepiej ich nie ruszać, bo polska gospodarka ciągle funkcjonuje nieźle

Rada Polityki Pieniężnej po raz kolejny postanowiła utrzymać stopy procentowe Narodowego Banku Polskiego na niezmienionym poziomie.
Podstawowa stopa procentowa nadal będzie więc wynosić 1,50%, stopa lombardowa 2,50%, a depozytowa 0,50%.

Bezruch wymaga namysłu

Była to oczywista decyzja. Utrzymania niezmienionych stóp procentowych spodziewali się wszyscy analitycy, no a poza tym sama RPP wielokrotnie w przeszłości dawała do zrozumienia, że w 2019 r. nie będzie ich podnosić.
Stopniowo zmienia się jednak i otoczenie gospodarcze Polski, i sama kondycja naszej gospodarki. Dlatego pozostawianie stóp procentowych na niezmienionym poziomie, mimo, że wciąż jest decyzją powszechnie oczekiwaną, zaczyna powoli wymagać coraz głębszej i bardziej wnikliwej oceny naszej teraźniejszości i przyszłości gospodarczej.
Jak więc RPP tłumaczy to, że nie zamierza zmieniać wysokości stóp procentowych?
Otóż, Rada ocenia, że w Polsce wciąż utrzymuje się dobra koniunktura, choć tempo wzrostu naszego produktu krajowego brutto w pierwszym kwartale bieżącego roku było już nieco niższe niż w poprzednich kwartałach.
Wzrostowi aktywności gospodarczej sprzyja jednak rosnąca – choć także nieco wolniej niż w poprzednich kwartałach – konsumpcja, wspierana przez zwiększające się zatrudnienie i płace oraz nadal bardzo dobre nastroje konsumentów. Towarzyszy temu także stopniowy wzrost inwestycji.

Inflacja trzyma bazę

W ostatnich miesiącach zwiększyło się tempo wzrostu cen detalicznych. Jak wskazuje RPP, przyczynił się do tego wzrost cen paliw i żywności, a także wyższa inflacja bazowa. Mimo to, zdaniem Rady, inflacja utrzymuje się i utrzyma „na umiarkowanym poziomie”.
Czym dokładnie jest ta „inflacja bazowa”, nie wiadomo, co zresztą poniekąd zrozumiałe, skoro cała ekonomia, jako taka, nie jest przecież nauką. Pojęcie jednak się przyjęło – i okazało się przydatne do sporządzania długoterminowych prognoz cenowych przez różnych specjalistów.
Te prognozy często się oczywiście nie sprawdzają, no ale człowiek potrzebuje prognoz w najrozmaitszych dziedzinach, i na czymś – nieważne czy należycie wiarygodnym – trzeba je opierać.
Opiera się je więc właśnie na inflacji bazowej, czyli takiej inflacji, która teoretycznie pojawiłaby się, gdyby gospodarka rozwijała się bez zakłóceń, a rynek znajdowałby się w stanie równowagi. Żeby zaś łatwiej ją było oszacować, przy obliczaniu – czy raczej wyznaczaniu – inflacji bazowej nie bierze się pod uwagę dóbr o o dużej chwiejności cen, ani prawdopodobieństwa wystąpienia rozmaitych czynników przejściowych, które mogłyby zakłócić czystość teoretycznego obrazu.
Wszystko to jest naturalnie palcem na wodzie pisane, no ale, jak wspomniano, przyjęło się i jest stosowane do, prowadzonego całkiem na serio teoretyzowania, jakich trendów gospodarczych można się spodziewać. Rada Polityki Pieniężnej spodziewa się zaś generalnie korzystnych trendów.

Nie wyjdziemy przed orkiestrę

W ocenie RPP perspektywy krajowej koniunktury pozostają korzystne. W kolejnych kwartałach nastąpi jednak prawdopodobnie stopniowe obniżenie się tempa wzrostu PKB. Jednocześnie inflacja nie podskoczy i powinna się kształtować w pobliżu tegorocznego celu inflacyjnego – czyli 2,5 proc.
Pewien wpływ na naszą gospodarkę wywierają niezbyt korzystne tendencje globalne. Napływające dane wskazują, że w pierwszym kwartale tempo wzrostu w gospodarce światowej pozostało relatywnie niskie – choć w części największych gospodarek koniunktura nieco się poprawiła.
Jednocześnie, wciąż słabe były nastroje w sektorze przemysłowym, przy tylko nieco korzystniejszych sygnałach z branż usługowych.
W strefie euro – mimo lekkiego przyśpieszenia dynamiki PKB w stosunku do poprzedniego kwartału – tempo wzrostu aktywności gospodarczej utrzymuje się na relatywnie niskim poziomie. W Stanach Zjednoczonych koniunktura pozostaje dobra, a wzrost PKB w pierwszym kwartale była wyższy, niż w poprzednim roku. W Chinach, spadające w poprzednich latach tempo rozwoju gospodarczego, na początku roku ustabilizowało się w granicach 6-6,5 proc.
Od początku roku wzrosły ceny ropy naftowej na rynkach światowych, co przyczyniło się do pewnego podwyższenia inflacji w wielu krajach, także i w otoczeniu polskiej gospodarki, w tym w strefie euro.
Europejski Bank Centralny utrzymuje stopy procentowe na poziomie bliskim zera (a stopę depozytową nawet poniżej zera). Także i Rezerwa Federalna Stanów Zjednoczonych utrzymuje stopy procentowe na niezmienionym poziomie. Oczywiste jest więc, że nasza Rada Polityki Pieniężnej nie będzie podejmować odmiennych decyzji.
RPP ocenia, że obecny poziom stóp procentowych sprzyja utrzymaniu polskiej gospodarki na ścieżce zrównoważonego wzrostu oraz pozwala zachować równowagę makroekonomiczną.

Czym grożą obietnice prezesa?

Tak zwana „Piątka Kaczyńskiego” oznacza kolejne podatki oraz cięcia w wielu wydatkach. Nauczyciele już się o tym boleśnie przekonali.

Pomimo wysokich kosztów, nowe programy PiS nie rozwiązują żadnych istotnych problemów, a nastawione są przede wszystkim na efekt wyborczy. Wymuszają natomiast podwyżki podatków oraz ograniczenie wydatków na inne cele, przede wszystkim na usługi publiczne. Tak oceniają sytuację ekonomiści Forum Obywatelskiego Rozwoju, Aleksander Łaszek i Rafał Trzeciakowski uważając, iż mamy „Pętlę Kaczyńskiego na szyi podatnika”.
Przede wszystkim, ich zdaniem „trzynasta emerytura” nie walczy z ubóstwem emerytów i rencistów, ponieważ trafi zarówno do osób zamożnych, jak i ubogich. Nie zachęca też do dłuższej pracy, gdyż nie jest powiązana ze stażem pracy.
Rozszerzenie programu 500+ na pierwsze dziecko także nie jest efektywnym sposobem walki z ubóstwem – ponieważ świadczenia skierowane do najuboższych realizowałyby ten cel znacznie efektywniej.
W dodatku, doświadczenia innych krajów wskazują, że we wspieraniu dzietności znaczenie efektywniejsza jest dostępność wysokiej jakości usług pomagających w wychowywaniu potomstwa (żłobki, przedszkola, szkoły, szpitale), których u nas brakuje – niż transfery pieniężne.
Proponowane zmiany w PIT (wprowadzenie trzech stawek oraz zerowy podatek od dochodów niektórych osób poniżej 26 roku życia) nie rozwiązują zaś problemu wysokiego opodatkowania niskich dochodów, natomiast pogłębiają skomplikowanie naszego systemu podatkowego.
W Wieloletnim Planie Finansowym Państwa na lata 2019-2022 Ministerstwo Finansów przedstawiło, w jaki sposób rząd zamierza sfinansować nowe obietnice wyborcze. Tak więc, w bieżącym roku zakładany jest wzrost deficytu, natomiast w kolejnych latach rosnąć mają podatki i składki, przy jednoczesnym ograniczeniu wydatków publicznych w relacji do produktu krajowego brutto.
Łącznie, rząd planuje zwiększyć podatki i składki na ubezpieczenie społeczne z 36 proc. PKB w 2018 r. do 37,8 proc. w 2021 r. Nowe obietnice wyborcze PiS to dla polskich finansów publicznych roczny koszt ponad 40 mld zł. Ponadto, rząd PiS uchwalił na kolejne lata wzrost szeregu innych wydatków, na przykład na armię.
Realizacja „Piątki Kaczyńskiego” wymusi relatywne ograniczenie wydatków na inne cele oraz podwyżki różnych podatków. Polski system podatkowy zawiera szereg wyjątków i ulg, których ograniczenie może przynieść wzrost dochodów budżetu.
Tymczasem, pomimo bardzo dobrej koniunktury w 2018 roku Polska nie zlikwidowała deficytu sektora finansów publicznych, co negatywnie wyróżniało nas na tle szeregu innych państw Unii Europejskiej.
Przy realizacji „Piątki Kaczyńskiego”, ze względu na wolniejszy wzrost gospodarczy oraz wyczerpanie się szeregu rezerw, rząd ma coraz mniejsze pole manewru. Stosuje więc, zresztą nie od dziś, różne kruczki prawne. Na przykład, by uniknąć zwiększania wydatków na służbę zdrowia, do wyliczeń użyto PKB sprzed dwóch lat, w efekcie czego faktyczne wydatki na zdrowie w relacji do PKB niemal nie uległy zmianom między 2015 a 2019 rokiem. Natomiast trzynasta emerytura dla żołnierzy ma być sfinansowana w ramach budżetu Ministerstwa Obrony Narodowej, co oznacza że będzie wliczona do ustawowych 2,1 proc. PKB przeznaczanych na armię.
Premier Mateusz Morawiecki zapowiedział już, że realizacja obietnic z „Piątki Kaczyńskiego” spowoduje wzrost deficytu i zadłużenia budżetu państwa.
Niepewność, dotycząca tego, kogo obciążą podatki potrzebne na sfinansowanie tych obietnic, może pogłębić długookresowe problemy polskiej gospodarki związane z niską stopą inwestycji.

Czy Polska pójdzie śladem Brazylii​

Program wspierania rodzin, długi okres szybkiego wzrostu produktu krajowego brutto, zdywersyfikowana gospodarka i rekordowo niskie bezrobocie. To nie Polska dziś, lecz Brazylia sprzed kilku lat.

Dla Brazylijczyków nadszedł powrót do szarej rzeczywistości po karnawałowych szaleństwach. Wieloletnia ekonomiczna fiesta zakończyła się w 2014 r. dotkliwą recesją pozbawiającą zatrudnienia 12 milionów osób i gwałtownym osłabieniem lokalnej waluty.
Coś poszło nie tak w największym kraju Ameryki Łacińskiej. Teraz, po największej w historii recesji, nastąpił czas wyrzeczeń, podwyższenia wieku emerytalnego i masowej prywatyzacji.

Bolesne przebudzenie

Zaskoczenie było tym większe, że kraj w okresie prosperity był dość często chwalony za granicą. Brazylia ma względnie zdywersyfikowaną gospodarkę, której eksport opiera się zarówno na żywności czy metalach przemysłowych, jak i sprzedaży produktów sektora motoryzacyjnego. Jest również trzecim na świecie dostawcą samolotów komercyjnych (embraery). Kto jest odpowiedzialny za załamanie koniunktury, masowe bezrobocie i niepewną przyszłość kraju?
W 1985 r. Brazylia wyrwała się z objęć wojskowej dyktatury, a w 1990 r. przeprowadzono bezpośrednie wybory parlamentarne. Początek lat 90. nie był stabilny dla gospodarki, którą nękała przede wszystkim bardzo wysoka inflacja.
Galopujące ceny udało się stosunkowo szybko zastopować i kraj wszedł na ścieżkę umiarkowanego wzrostu. Natomiast olbrzymim problemem Brazylii, podobnie zresztą jak innych państw tego regionu, były nierówności społeczne. Wtedy na arenę wkroczyła szeroko propagowana przez lewicowego kandydata na prezydenta idea niewielkich pieniężnych zasiłków dla rodzin.

Miłe złego początki

Luiz Inacio Lula da Silva (znany jako Lula) wykorzystał w kampanii wyborczej (2002 r.) pomysły dr Cristovama Buarque dotyczące warunkowych transferów pieniężnych dla rodzin. Program, nazwany Bolsa Familia okazał się olbrzymim sukcesem. Rodziny otrzymywały niewielkie kwoty pieniężne (równowartości ok. 50-100 zł) za to, że dzieci chodziły do szkoły czy regularnie badały zdrowie, a rodzice poprawiali kwalifikacje zawodowe i aktywnie szukali pracy.
Program sprawił, że Lula nie tylko został prezydentem, ale stał się bohaterem narodowym i ikoną prospołecznej polityki gospodarczej.
Pierwsze lata rządów Luli przebiegały względnie spokojnie. Wzrost gospodarczy kształtował się w okolicach 4 proc., inflacja nie była szczególnie wysoka, a kraj notował nadwyżki na rachunku obrotów bieżących. Do tego bardzo dobrze działał program Bolsa Familia, redukując nierówności społeczne.
Pewne wahnięcie popularności prezydenta nastąpiło przed wyborami w 2006 r. Wynikało ono z niewielkiej, jak się wtedy wydawało, afery korupcyjnej. Członkowie partii Luli mieli przekupywać parlamentarzystów w zamian za poparcie dla sprzyjających rządowi ustaw. Otrzymywali oni „mensalão”, czyli po portugalsku miesięczne wypłaty.
Afera finalnie nie zmieniła obrazu brazylijskiej sceny politycznej. Lula łatwo wygrał wybory i kontynuował swoje rządy. Jednak wydaje się, że to właśnie skandal mensalão był jednym z głównych katalizatorów katastrofy gospodarczej Brazylii niespełna dekadę później.

Czas na populizm

Chociaż mensalão nie przeszkodziło w karierze politycznej Luli, to jednak wpłynęło na jego politykę gospodarczą. – Po aferze w 2006 r. Lula przesunął się w stronę populizmu. Potrzebował poparcia, by nie być odsuniętym ze stanowiska – oceniała dr Monica de Bolle, czołowa brazylijska ekonomistka.
Populizm ów polegał m.in. na utrzymywaniu niezwykle hojnego systemu emerytalnego, którego świadczenia nierzadko przekraczały wynagrodzenia. Dodatkowo pracownicy sektora publicznego mogli przechodzić na emerytury w wieku dużo poniżej 60 lat (kobiety po 30 latach płacenia składek, a mężczyźni po 35, co oznaczało emeryturę nawet w wieku 50 lat). Rząd ochoczo (często o kilkanaście procent rocznie) podnosił minimalne wynagrodzenia, niezależnie od koniunktury.
Władze utrzymywały także bardzo silne więzy ze spółkami skarbu państwa. Przedsiębiorstwa publiczne miały dostęp do taniego finansowania z państwowych banków. Z kolei sektor prywatny miał znacznie mniejsze możliwości dostępu do kredytu, a jego inwestycje były wypychane przez krajowe molochy.

Suchą stopą przez kryzys

Brazylijski budżet praktycznie zawsze był konstruowany z uwzględnieniem deficytu sięgającego 3-procent PKB. Nie przeszkadzało to jednak, by dzięki wyjątkowo dobrej koniunkturze w 2008 r. finanse publiczne były niemal zbilansowane.
Wysoki deficyt nie przekładał się też na znaczący wzrost wskaźników zadłużenia. Gospodarka rosła stosunkowo szybko (4-5 proc. rocznie), więc mimo kwotowego wzrostu zadłużenia, relacje zobowiązań państwa w stosunku do PKB nawet malały. W rezultacie, na początku kadencji Luli wskaźnik długu do PKB wynosił 58,5 proc., a pod koniec tylko 54,2 proc.
Sceptyczne głosy wobec prowadzenia spraw gospodarczych przez Lulę musiały zamilknąć, gdy okazało się, że światowy kryzys z lat 2007-2009 nie naruszył wyraźnie brazylijskiej gospodarki. W tych trzech latach urosła ona o ponad 12 proc.
Również okres tuż po globalnej recesji okazał się korzystny, chociaż część ekonomistów zwracała uwagę, że dobra koniunktura to wynik czynników jednorazowych (np. wysokich cen cukru, soi, miedzi oraz silnego popytu w Chinach na te surowce). Niezaprzeczalny jednak był fakt, że brazylijska gospodarka rosła, a grono sceptyków malało.
Pod koniec 2010 r. Lula oddaje władzę swojej partyjnej koleżance Dilmie Rousseff. Odchodząc ze stanowiska po dwóch kadencjach, miał nawet 80 proc. poparcia
W swoim orędziu mówił: „Jak wszyscy wiemy, Brazylia żyje dziś w magicznym okresie, ekonomicznego wzrostu, włączenia społecznego, wysokiego zatrudnienia, dystrybucji dochodu i zmniejszenia się regionalnych nierówności. Jestem przekonany, że w kolejnych latach Brazylia pozostanie krajem szans i prosperity, przekształcając się w kraj rozwinięty”.
Dilma Rousseff miała jednak znacznie mniej szczęścia niż Lula. Popyt z Chin na surowce zaczął słabnąć i ceny się obniżyły. Stare i sprawdzone metody stymulacji fiskalnej z poprzedniej dekady przestały działać, a strukturalne problemy zaczęły ciążyć nad rozwojem i podwyższać ceny.

Koniec gospodarczej fiesty

Ekipa Dilmy mimo piętrzących się problemów nie dawała za wygraną. Postanowiono zamrozić rosnące ceny elektryczności. Wyższe rachunki za prąd zaczęło rekompensować państwo. W 2013 r. na dotacje do energii elektrycznej wydano 10,6 mld dolarów.
Dobre porównanie skali dopłat do rachunków za prąd zrobiła licząca się brazylijska gazeta „Folha de S.Paulo”. Redakcja zwracała uwagę, że w 2013 r. wydano więcej na dopłaty do elektryczności niż na budowę stadionów przed Mistrzostwami Świata w piłce nożnej zaplanowanymi na 2014 r.
Regulowanie cen przez państwo miało też inny efekt. Nie tylko zmniejszało koszty ponoszone przez gospodarstwa domowe, ale i obniżało wskaźnik inflacji. Z kolei dzięki niższemu wskaźnikowi inflacji wyższy był realny wzrost gospodarczy, co w dodatku ładnie wyglądało w oficjalnych statystykach.
W 2014 r., akurat po Mistrzostwach Świata (na których Brazylia przegrała 1:7 z Niemcami), wyczerpało się paliwo do dalszego, sztucznie stymulowanego wzrostu PKB. Deficyt sektora finansów publicznych eksplodował, osiągając w 2015 r. ponad 10 proc. produktu krajowego brutto, według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego. W kolejnych trzech latach przekraczał średnio 8 proc. W rezultacie dług wystrzelił do 88,4 proc. PKB.
PKB skurczył się podczas dwuletniej recesji o 7,5 proc., co było najgorszym okresem w historii brazylijskiej gospodarki.
Chaos w finansach publicznych spowodował spadek ratingu kraju do poziomu śmieciowego, a brazylijski real w półtora roku stracił połowę wartości. Bezrobocie, które pod koniec 2014 r. wynosiło 4,6 proc., wzrosło w szczytowym momencie do 13,3 proc.

Drastyczne reformy

Załamanie gospodarcze zbiegło się z ujawnieniem afery korupcyjnej, obrazującej patologiczne powiązania parlamentarzystów ze spółkami skarbu państwa, a także i z zaprzyjaźnionymi firmami prywatnymi (np. z sektora budowlanego).
Afera przeorała życie polityczne w kraju, a jej bezpośrednim skutkiem było wybranie w 2018 r. przez Brazylijczyków na prezydenta skrajnie prawicowego Jaira Bolsonaro. Mimo, że zwykle uwagę przykuwają jego silnie zabarwione ideologią wypowiedzi, to dużo ważniejsze są plany gospodarcze.
Nominowany przez niego minister finansów Paulo Guedes jest ortodoksyjnym liberałem. W brazylijskim kongresie procedowana jest obecnie ustawa o podniesieniu wieku emerytalnego (do 62 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn) i likwidacji przywilejów. Oszczędności związane z reformami mają wynieść ponad 1 bilion reali, czyli prawie 300 mld dolarów w ciągu najbliższej dekady.
Zakładana jest także szeroka prywatyzacja, która ma przeciąć patologię nieefektywnie zarządzanych spółek skarbu państwa. Brazylia ma też obniżyć chroniące ją do tej pory relatywnie wysokie cła oraz zredukować biurokrację, by wspierać konkurencję i rozwój.

To nie cud, lecz zła polityka

Utrzymująca się gdzieś zaskakująco długo, wbrew sytuacji gospodarczej w innych krajach, dobra koniunktura jest często nazywana cudem gospodarczym. Nie inaczej było w Brazylii.
Ten cud w przypadku latynoamerykańskiego państwa był jednak tylko i wyłącznie ułudą, związaną ze zbyt silną i pogłębiającą narastanie nierównowagi gospodarczej stymulacją fiskalną oraz sprzyjającymi eksportowi wysokimi cenami surowców – ocenia Cinkciarz.pl.
Wysoki wzrost produktu krajowego i konsumpcji ukrywały z kolei słabości gospodarki, czyli niski poziom inwestycji prywatnych, brak reform strukturalnych, zaburzoną konkurencję, ingerowanie państwa w ceny energii elektrycznej oraz paliw.
Z brazylijskiej lekcji warto wysnuć wnioski. Jeżeli szybki wzrost PKB nie wynika ze strukturalnych reform oraz inwestycji, lecz jest rezultatem zbyt silnej i mało produktywnej ingerencji państwa w gospodarkę, to cud wcześniej czy później zamienia się w koszmar.