Urok nieruchomych stóp

Na razie lepiej ich nie ruszać, bo polska gospodarka ciągle funkcjonuje nieźle

Rada Polityki Pieniężnej po raz kolejny postanowiła utrzymać stopy procentowe Narodowego Banku Polskiego na niezmienionym poziomie.
Podstawowa stopa procentowa nadal będzie więc wynosić 1,50%, stopa lombardowa 2,50%, a depozytowa 0,50%.

Bezruch wymaga namysłu

Była to oczywista decyzja. Utrzymania niezmienionych stóp procentowych spodziewali się wszyscy analitycy, no a poza tym sama RPP wielokrotnie w przeszłości dawała do zrozumienia, że w 2019 r. nie będzie ich podnosić.
Stopniowo zmienia się jednak i otoczenie gospodarcze Polski, i sama kondycja naszej gospodarki. Dlatego pozostawianie stóp procentowych na niezmienionym poziomie, mimo, że wciąż jest decyzją powszechnie oczekiwaną, zaczyna powoli wymagać coraz głębszej i bardziej wnikliwej oceny naszej teraźniejszości i przyszłości gospodarczej.
Jak więc RPP tłumaczy to, że nie zamierza zmieniać wysokości stóp procentowych?
Otóż, Rada ocenia, że w Polsce wciąż utrzymuje się dobra koniunktura, choć tempo wzrostu naszego produktu krajowego brutto w pierwszym kwartale bieżącego roku było już nieco niższe niż w poprzednich kwartałach.
Wzrostowi aktywności gospodarczej sprzyja jednak rosnąca – choć także nieco wolniej niż w poprzednich kwartałach – konsumpcja, wspierana przez zwiększające się zatrudnienie i płace oraz nadal bardzo dobre nastroje konsumentów. Towarzyszy temu także stopniowy wzrost inwestycji.

Inflacja trzyma bazę

W ostatnich miesiącach zwiększyło się tempo wzrostu cen detalicznych. Jak wskazuje RPP, przyczynił się do tego wzrost cen paliw i żywności, a także wyższa inflacja bazowa. Mimo to, zdaniem Rady, inflacja utrzymuje się i utrzyma „na umiarkowanym poziomie”.
Czym dokładnie jest ta „inflacja bazowa”, nie wiadomo, co zresztą poniekąd zrozumiałe, skoro cała ekonomia, jako taka, nie jest przecież nauką. Pojęcie jednak się przyjęło – i okazało się przydatne do sporządzania długoterminowych prognoz cenowych przez różnych specjalistów.
Te prognozy często się oczywiście nie sprawdzają, no ale człowiek potrzebuje prognoz w najrozmaitszych dziedzinach, i na czymś – nieważne czy należycie wiarygodnym – trzeba je opierać.
Opiera się je więc właśnie na inflacji bazowej, czyli takiej inflacji, która teoretycznie pojawiłaby się, gdyby gospodarka rozwijała się bez zakłóceń, a rynek znajdowałby się w stanie równowagi. Żeby zaś łatwiej ją było oszacować, przy obliczaniu – czy raczej wyznaczaniu – inflacji bazowej nie bierze się pod uwagę dóbr o o dużej chwiejności cen, ani prawdopodobieństwa wystąpienia rozmaitych czynników przejściowych, które mogłyby zakłócić czystość teoretycznego obrazu.
Wszystko to jest naturalnie palcem na wodzie pisane, no ale, jak wspomniano, przyjęło się i jest stosowane do, prowadzonego całkiem na serio teoretyzowania, jakich trendów gospodarczych można się spodziewać. Rada Polityki Pieniężnej spodziewa się zaś generalnie korzystnych trendów.

Nie wyjdziemy przed orkiestrę

W ocenie RPP perspektywy krajowej koniunktury pozostają korzystne. W kolejnych kwartałach nastąpi jednak prawdopodobnie stopniowe obniżenie się tempa wzrostu PKB. Jednocześnie inflacja nie podskoczy i powinna się kształtować w pobliżu tegorocznego celu inflacyjnego – czyli 2,5 proc.
Pewien wpływ na naszą gospodarkę wywierają niezbyt korzystne tendencje globalne. Napływające dane wskazują, że w pierwszym kwartale tempo wzrostu w gospodarce światowej pozostało relatywnie niskie – choć w części największych gospodarek koniunktura nieco się poprawiła.
Jednocześnie, wciąż słabe były nastroje w sektorze przemysłowym, przy tylko nieco korzystniejszych sygnałach z branż usługowych.
W strefie euro – mimo lekkiego przyśpieszenia dynamiki PKB w stosunku do poprzedniego kwartału – tempo wzrostu aktywności gospodarczej utrzymuje się na relatywnie niskim poziomie. W Stanach Zjednoczonych koniunktura pozostaje dobra, a wzrost PKB w pierwszym kwartale była wyższy, niż w poprzednim roku. W Chinach, spadające w poprzednich latach tempo rozwoju gospodarczego, na początku roku ustabilizowało się w granicach 6-6,5 proc.
Od początku roku wzrosły ceny ropy naftowej na rynkach światowych, co przyczyniło się do pewnego podwyższenia inflacji w wielu krajach, także i w otoczeniu polskiej gospodarki, w tym w strefie euro.
Europejski Bank Centralny utrzymuje stopy procentowe na poziomie bliskim zera (a stopę depozytową nawet poniżej zera). Także i Rezerwa Federalna Stanów Zjednoczonych utrzymuje stopy procentowe na niezmienionym poziomie. Oczywiste jest więc, że nasza Rada Polityki Pieniężnej nie będzie podejmować odmiennych decyzji.
RPP ocenia, że obecny poziom stóp procentowych sprzyja utrzymaniu polskiej gospodarki na ścieżce zrównoważonego wzrostu oraz pozwala zachować równowagę makroekonomiczną.

Czym grożą obietnice prezesa?

Tak zwana „Piątka Kaczyńskiego” oznacza kolejne podatki oraz cięcia w wielu wydatkach. Nauczyciele już się o tym boleśnie przekonali.

Pomimo wysokich kosztów, nowe programy PiS nie rozwiązują żadnych istotnych problemów, a nastawione są przede wszystkim na efekt wyborczy. Wymuszają natomiast podwyżki podatków oraz ograniczenie wydatków na inne cele, przede wszystkim na usługi publiczne. Tak oceniają sytuację ekonomiści Forum Obywatelskiego Rozwoju, Aleksander Łaszek i Rafał Trzeciakowski uważając, iż mamy „Pętlę Kaczyńskiego na szyi podatnika”.
Przede wszystkim, ich zdaniem „trzynasta emerytura” nie walczy z ubóstwem emerytów i rencistów, ponieważ trafi zarówno do osób zamożnych, jak i ubogich. Nie zachęca też do dłuższej pracy, gdyż nie jest powiązana ze stażem pracy.
Rozszerzenie programu 500+ na pierwsze dziecko także nie jest efektywnym sposobem walki z ubóstwem – ponieważ świadczenia skierowane do najuboższych realizowałyby ten cel znacznie efektywniej.
W dodatku, doświadczenia innych krajów wskazują, że we wspieraniu dzietności znaczenie efektywniejsza jest dostępność wysokiej jakości usług pomagających w wychowywaniu potomstwa (żłobki, przedszkola, szkoły, szpitale), których u nas brakuje – niż transfery pieniężne.
Proponowane zmiany w PIT (wprowadzenie trzech stawek oraz zerowy podatek od dochodów niektórych osób poniżej 26 roku życia) nie rozwiązują zaś problemu wysokiego opodatkowania niskich dochodów, natomiast pogłębiają skomplikowanie naszego systemu podatkowego.
W Wieloletnim Planie Finansowym Państwa na lata 2019-2022 Ministerstwo Finansów przedstawiło, w jaki sposób rząd zamierza sfinansować nowe obietnice wyborcze. Tak więc, w bieżącym roku zakładany jest wzrost deficytu, natomiast w kolejnych latach rosnąć mają podatki i składki, przy jednoczesnym ograniczeniu wydatków publicznych w relacji do produktu krajowego brutto.
Łącznie, rząd planuje zwiększyć podatki i składki na ubezpieczenie społeczne z 36 proc. PKB w 2018 r. do 37,8 proc. w 2021 r. Nowe obietnice wyborcze PiS to dla polskich finansów publicznych roczny koszt ponad 40 mld zł. Ponadto, rząd PiS uchwalił na kolejne lata wzrost szeregu innych wydatków, na przykład na armię.
Realizacja „Piątki Kaczyńskiego” wymusi relatywne ograniczenie wydatków na inne cele oraz podwyżki różnych podatków. Polski system podatkowy zawiera szereg wyjątków i ulg, których ograniczenie może przynieść wzrost dochodów budżetu.
Tymczasem, pomimo bardzo dobrej koniunktury w 2018 roku Polska nie zlikwidowała deficytu sektora finansów publicznych, co negatywnie wyróżniało nas na tle szeregu innych państw Unii Europejskiej.
Przy realizacji „Piątki Kaczyńskiego”, ze względu na wolniejszy wzrost gospodarczy oraz wyczerpanie się szeregu rezerw, rząd ma coraz mniejsze pole manewru. Stosuje więc, zresztą nie od dziś, różne kruczki prawne. Na przykład, by uniknąć zwiększania wydatków na służbę zdrowia, do wyliczeń użyto PKB sprzed dwóch lat, w efekcie czego faktyczne wydatki na zdrowie w relacji do PKB niemal nie uległy zmianom między 2015 a 2019 rokiem. Natomiast trzynasta emerytura dla żołnierzy ma być sfinansowana w ramach budżetu Ministerstwa Obrony Narodowej, co oznacza że będzie wliczona do ustawowych 2,1 proc. PKB przeznaczanych na armię.
Premier Mateusz Morawiecki zapowiedział już, że realizacja obietnic z „Piątki Kaczyńskiego” spowoduje wzrost deficytu i zadłużenia budżetu państwa.
Niepewność, dotycząca tego, kogo obciążą podatki potrzebne na sfinansowanie tych obietnic, może pogłębić długookresowe problemy polskiej gospodarki związane z niską stopą inwestycji.

Czy Polska pójdzie śladem Brazylii​

Program wspierania rodzin, długi okres szybkiego wzrostu produktu krajowego brutto, zdywersyfikowana gospodarka i rekordowo niskie bezrobocie. To nie Polska dziś, lecz Brazylia sprzed kilku lat.

Dla Brazylijczyków nadszedł powrót do szarej rzeczywistości po karnawałowych szaleństwach. Wieloletnia ekonomiczna fiesta zakończyła się w 2014 r. dotkliwą recesją pozbawiającą zatrudnienia 12 milionów osób i gwałtownym osłabieniem lokalnej waluty.
Coś poszło nie tak w największym kraju Ameryki Łacińskiej. Teraz, po największej w historii recesji, nastąpił czas wyrzeczeń, podwyższenia wieku emerytalnego i masowej prywatyzacji.

Bolesne przebudzenie

Zaskoczenie było tym większe, że kraj w okresie prosperity był dość często chwalony za granicą. Brazylia ma względnie zdywersyfikowaną gospodarkę, której eksport opiera się zarówno na żywności czy metalach przemysłowych, jak i sprzedaży produktów sektora motoryzacyjnego. Jest również trzecim na świecie dostawcą samolotów komercyjnych (embraery). Kto jest odpowiedzialny za załamanie koniunktury, masowe bezrobocie i niepewną przyszłość kraju?
W 1985 r. Brazylia wyrwała się z objęć wojskowej dyktatury, a w 1990 r. przeprowadzono bezpośrednie wybory parlamentarne. Początek lat 90. nie był stabilny dla gospodarki, którą nękała przede wszystkim bardzo wysoka inflacja.
Galopujące ceny udało się stosunkowo szybko zastopować i kraj wszedł na ścieżkę umiarkowanego wzrostu. Natomiast olbrzymim problemem Brazylii, podobnie zresztą jak innych państw tego regionu, były nierówności społeczne. Wtedy na arenę wkroczyła szeroko propagowana przez lewicowego kandydata na prezydenta idea niewielkich pieniężnych zasiłków dla rodzin.

Miłe złego początki

Luiz Inacio Lula da Silva (znany jako Lula) wykorzystał w kampanii wyborczej (2002 r.) pomysły dr Cristovama Buarque dotyczące warunkowych transferów pieniężnych dla rodzin. Program, nazwany Bolsa Familia okazał się olbrzymim sukcesem. Rodziny otrzymywały niewielkie kwoty pieniężne (równowartości ok. 50-100 zł) za to, że dzieci chodziły do szkoły czy regularnie badały zdrowie, a rodzice poprawiali kwalifikacje zawodowe i aktywnie szukali pracy.
Program sprawił, że Lula nie tylko został prezydentem, ale stał się bohaterem narodowym i ikoną prospołecznej polityki gospodarczej.
Pierwsze lata rządów Luli przebiegały względnie spokojnie. Wzrost gospodarczy kształtował się w okolicach 4 proc., inflacja nie była szczególnie wysoka, a kraj notował nadwyżki na rachunku obrotów bieżących. Do tego bardzo dobrze działał program Bolsa Familia, redukując nierówności społeczne.
Pewne wahnięcie popularności prezydenta nastąpiło przed wyborami w 2006 r. Wynikało ono z niewielkiej, jak się wtedy wydawało, afery korupcyjnej. Członkowie partii Luli mieli przekupywać parlamentarzystów w zamian za poparcie dla sprzyjających rządowi ustaw. Otrzymywali oni „mensalão”, czyli po portugalsku miesięczne wypłaty.
Afera finalnie nie zmieniła obrazu brazylijskiej sceny politycznej. Lula łatwo wygrał wybory i kontynuował swoje rządy. Jednak wydaje się, że to właśnie skandal mensalão był jednym z głównych katalizatorów katastrofy gospodarczej Brazylii niespełna dekadę później.

Czas na populizm

Chociaż mensalão nie przeszkodziło w karierze politycznej Luli, to jednak wpłynęło na jego politykę gospodarczą. – Po aferze w 2006 r. Lula przesunął się w stronę populizmu. Potrzebował poparcia, by nie być odsuniętym ze stanowiska – oceniała dr Monica de Bolle, czołowa brazylijska ekonomistka.
Populizm ów polegał m.in. na utrzymywaniu niezwykle hojnego systemu emerytalnego, którego świadczenia nierzadko przekraczały wynagrodzenia. Dodatkowo pracownicy sektora publicznego mogli przechodzić na emerytury w wieku dużo poniżej 60 lat (kobiety po 30 latach płacenia składek, a mężczyźni po 35, co oznaczało emeryturę nawet w wieku 50 lat). Rząd ochoczo (często o kilkanaście procent rocznie) podnosił minimalne wynagrodzenia, niezależnie od koniunktury.
Władze utrzymywały także bardzo silne więzy ze spółkami skarbu państwa. Przedsiębiorstwa publiczne miały dostęp do taniego finansowania z państwowych banków. Z kolei sektor prywatny miał znacznie mniejsze możliwości dostępu do kredytu, a jego inwestycje były wypychane przez krajowe molochy.

Suchą stopą przez kryzys

Brazylijski budżet praktycznie zawsze był konstruowany z uwzględnieniem deficytu sięgającego 3-procent PKB. Nie przeszkadzało to jednak, by dzięki wyjątkowo dobrej koniunkturze w 2008 r. finanse publiczne były niemal zbilansowane.
Wysoki deficyt nie przekładał się też na znaczący wzrost wskaźników zadłużenia. Gospodarka rosła stosunkowo szybko (4-5 proc. rocznie), więc mimo kwotowego wzrostu zadłużenia, relacje zobowiązań państwa w stosunku do PKB nawet malały. W rezultacie, na początku kadencji Luli wskaźnik długu do PKB wynosił 58,5 proc., a pod koniec tylko 54,2 proc.
Sceptyczne głosy wobec prowadzenia spraw gospodarczych przez Lulę musiały zamilknąć, gdy okazało się, że światowy kryzys z lat 2007-2009 nie naruszył wyraźnie brazylijskiej gospodarki. W tych trzech latach urosła ona o ponad 12 proc.
Również okres tuż po globalnej recesji okazał się korzystny, chociaż część ekonomistów zwracała uwagę, że dobra koniunktura to wynik czynników jednorazowych (np. wysokich cen cukru, soi, miedzi oraz silnego popytu w Chinach na te surowce). Niezaprzeczalny jednak był fakt, że brazylijska gospodarka rosła, a grono sceptyków malało.
Pod koniec 2010 r. Lula oddaje władzę swojej partyjnej koleżance Dilmie Rousseff. Odchodząc ze stanowiska po dwóch kadencjach, miał nawet 80 proc. poparcia
W swoim orędziu mówił: „Jak wszyscy wiemy, Brazylia żyje dziś w magicznym okresie, ekonomicznego wzrostu, włączenia społecznego, wysokiego zatrudnienia, dystrybucji dochodu i zmniejszenia się regionalnych nierówności. Jestem przekonany, że w kolejnych latach Brazylia pozostanie krajem szans i prosperity, przekształcając się w kraj rozwinięty”.
Dilma Rousseff miała jednak znacznie mniej szczęścia niż Lula. Popyt z Chin na surowce zaczął słabnąć i ceny się obniżyły. Stare i sprawdzone metody stymulacji fiskalnej z poprzedniej dekady przestały działać, a strukturalne problemy zaczęły ciążyć nad rozwojem i podwyższać ceny.

Koniec gospodarczej fiesty

Ekipa Dilmy mimo piętrzących się problemów nie dawała za wygraną. Postanowiono zamrozić rosnące ceny elektryczności. Wyższe rachunki za prąd zaczęło rekompensować państwo. W 2013 r. na dotacje do energii elektrycznej wydano 10,6 mld dolarów.
Dobre porównanie skali dopłat do rachunków za prąd zrobiła licząca się brazylijska gazeta „Folha de S.Paulo”. Redakcja zwracała uwagę, że w 2013 r. wydano więcej na dopłaty do elektryczności niż na budowę stadionów przed Mistrzostwami Świata w piłce nożnej zaplanowanymi na 2014 r.
Regulowanie cen przez państwo miało też inny efekt. Nie tylko zmniejszało koszty ponoszone przez gospodarstwa domowe, ale i obniżało wskaźnik inflacji. Z kolei dzięki niższemu wskaźnikowi inflacji wyższy był realny wzrost gospodarczy, co w dodatku ładnie wyglądało w oficjalnych statystykach.
W 2014 r., akurat po Mistrzostwach Świata (na których Brazylia przegrała 1:7 z Niemcami), wyczerpało się paliwo do dalszego, sztucznie stymulowanego wzrostu PKB. Deficyt sektora finansów publicznych eksplodował, osiągając w 2015 r. ponad 10 proc. produktu krajowego brutto, według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego. W kolejnych trzech latach przekraczał średnio 8 proc. W rezultacie dług wystrzelił do 88,4 proc. PKB.
PKB skurczył się podczas dwuletniej recesji o 7,5 proc., co było najgorszym okresem w historii brazylijskiej gospodarki.
Chaos w finansach publicznych spowodował spadek ratingu kraju do poziomu śmieciowego, a brazylijski real w półtora roku stracił połowę wartości. Bezrobocie, które pod koniec 2014 r. wynosiło 4,6 proc., wzrosło w szczytowym momencie do 13,3 proc.

Drastyczne reformy

Załamanie gospodarcze zbiegło się z ujawnieniem afery korupcyjnej, obrazującej patologiczne powiązania parlamentarzystów ze spółkami skarbu państwa, a także i z zaprzyjaźnionymi firmami prywatnymi (np. z sektora budowlanego).
Afera przeorała życie polityczne w kraju, a jej bezpośrednim skutkiem było wybranie w 2018 r. przez Brazylijczyków na prezydenta skrajnie prawicowego Jaira Bolsonaro. Mimo, że zwykle uwagę przykuwają jego silnie zabarwione ideologią wypowiedzi, to dużo ważniejsze są plany gospodarcze.
Nominowany przez niego minister finansów Paulo Guedes jest ortodoksyjnym liberałem. W brazylijskim kongresie procedowana jest obecnie ustawa o podniesieniu wieku emerytalnego (do 62 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn) i likwidacji przywilejów. Oszczędności związane z reformami mają wynieść ponad 1 bilion reali, czyli prawie 300 mld dolarów w ciągu najbliższej dekady.
Zakładana jest także szeroka prywatyzacja, która ma przeciąć patologię nieefektywnie zarządzanych spółek skarbu państwa. Brazylia ma też obniżyć chroniące ją do tej pory relatywnie wysokie cła oraz zredukować biurokrację, by wspierać konkurencję i rozwój.

To nie cud, lecz zła polityka

Utrzymująca się gdzieś zaskakująco długo, wbrew sytuacji gospodarczej w innych krajach, dobra koniunktura jest często nazywana cudem gospodarczym. Nie inaczej było w Brazylii.
Ten cud w przypadku latynoamerykańskiego państwa był jednak tylko i wyłącznie ułudą, związaną ze zbyt silną i pogłębiającą narastanie nierównowagi gospodarczej stymulacją fiskalną oraz sprzyjającymi eksportowi wysokimi cenami surowców – ocenia Cinkciarz.pl.
Wysoki wzrost produktu krajowego i konsumpcji ukrywały z kolei słabości gospodarki, czyli niski poziom inwestycji prywatnych, brak reform strukturalnych, zaburzoną konkurencję, ingerowanie państwa w ceny energii elektrycznej oraz paliw.
Z brazylijskiej lekcji warto wysnuć wnioski. Jeżeli szybki wzrost PKB nie wynika ze strukturalnych reform oraz inwestycji, lecz jest rezultatem zbyt silnej i mało produktywnej ingerencji państwa w gospodarkę, to cud wcześniej czy później zamienia się w koszmar.

Będzie już tylko gorzej?

Fot. Pomoc unijna to ważny czynnik naszego wzrostu gospodarczego

 

 

Mija najlepszy rok polskiej gospodarki. Jego powtórzenie będzie praktycznie niemożliwe, choćby dlatego, że w przyszłości zacznie się zmniejszać wsparcie dla naszego kraju z Unii Europejskiej.

 

Szybki wzrost PKB, rekordowo niskie bezrobocie, solidny wzrost płac, dodatnie saldo migracji i umiarkowany przyrost kredytów – wszystko to składa się na wyjątkowy rok dla polskiej gospodarki.
Wprawdzie po 1989 r. zdarzały się już lata z bardziej imponującym tempem wzrostu produktu krajowego brutto – ale nasza gospodarka nigdy jeszcze nie była tak zrównoważona jak obecnie.

 

Szybciej już bywało

Nie było znaczącego ośrodka analitycznego, który pod koniec 2017 r. wskazywałby, że nasz PKB w bieżącym roku wzrośnie aż o około 5 proc. (w miarę dokładny przyrost poznamy w styczniu).
W listopadzie ubiegłego roku Narodowy Bank Polski oceniał, że krajowa gospodarka będzie rozwijać się w tempie 3,6 proc. w 2018 r. Nieco bardziej optymistyczna była Komisja Europejska, ale i tak szacowała ten wskaźnik jedynie na 3,8 proc.
Wyraźne przyspieszenie tempa rozwoju w stosunku do prognoz to jedno z największych pozytywnych zaskoczeń w tym roku. Dlaczego jednak ostatnie 12 miesięcy należy uznać za najlepsze od przynajmniej trzech dekad, skoro w ciągu tego okresu zdarzały się lata ze wzrostem PKB dochodzącym nawet do 7 proc.?
Po 1989 r. Polska przechodziła przez dwie fazy szybkiego wzrostu gospodarczego. Pierwsza nastąpiła w latach 1994-1998. Gwałtowny rozwój został wtedy obarczony inflacją, która wyraźnie przekraczała poziom 10 proc. Utrzymywało się także dwucyfrowe bezrobocie.
Dodatkowo, startowaliśmy wówczas z dość niskiego poziomu PKB na mieszkańca. W parytecie siły nabywczej, według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego, PKB na osobę wynosił zaledwie 10 tys. USD (obecnie ok. 30 tys. USD). Statystyki gospodarcze dużo łatwiej rosną, gdy start następuje z niskiego poziomu.
Drugi okres ponadprzeciętnego rozwoju przypadł na lata 2004-2007, a zwłaszcza schyłek tego okresu (2006 i 2007). Niestety, wtedy gospodarka nie była zrównoważona. Deficyt na rachunku obrotów bieżących przekraczał 6 proc. PKB w 2007 r. Państwo było bardzo silnie stymulowane kredytem.
Dane NBP sprzed dekady pokazywały, że wzrost wartości kredytów mieszkaniowych w badanym okresie sięgał momentami 60 proc. rok do roku, a konsumpcyjnych przekraczał 40 proc. r/r. Jak pamiętamy, bańka na rynku nieruchomości, którą spowodował ten wzrost zadłużenia, szybko pękła.

 

2018 nie ma konkurencji

Mniej więcej pięcioprocentowy wzrost PKB w tym roku jest szybki, a przy tym zbilansowany jak nigdy dotąd. Inflacja pozostaje wyraźnie poniżej celu wyznaczonego przez NBP. Deficyt sektora finansów publicznych prawdopodobnie będzie rekordowo niski i nie powinien przekroczyć 0,5 proc. PKB.
W porównaniu do poprzednich lat, lekkiemu pogorszeniu uległo saldo rachunku bieżącego, ale jego ujemna wartość raczej nie wyjdzie poza granicę 0,5 proc. w relacji do PKB – co ogólnie można uznać za stan zbilansowania zewnętrznego gospodarki.
Nigdy w Polsce nie było równie niskiego bezrobocia, które według Głównego Urzędu Statystycznego, w kwartalnym badaniu aktywności ekonomicznej ludności wynosiło za trzeci kwartał bieżącego roku 3,8 proc. (wyrównane sezonowo). Niskie bezrobocie sprzyja wzrostowi wynagrodzeń w okolicach średnio 7 proc. r/r.
Takie tempo wystarcza, aby większość obywateli poczuła wzrost siły nabywczej swoich zarobków, a jednocześnie nie jest to na tyle dużo, by zagrozić stabilności finansowej przedsiębiorstw.
Nie widać też specjalnych czynników ryzyka, na przykład na rynku nieruchomości. W przeciwieństwie do lat 2006-2007, kredyt rośnie w umiarkowanym tempie (3,3 proc. r/r hipoteczny i 7,9 proc. r/r konsumpcyjny w III kw. br.).
Warto także zauważyć inny aspekt ważny dla wzrostu PKB. Wreszcie zaczynamy mieć prawdopodobnie dodatnie saldo migracji, co przynajmniej minimalnie zmniejsza negatywne skutki starzenia się polskiego społeczeństwa. Dzięki napływowi do Polski Ukraińców czy Białorusinów mniejszy deficyt notuje również Fundusz Ubezpieczeń Społecznych.

 

Są też minusy

Niestety nie wszystkie informacje, napływające w tym roku z gospodarki, są pozytywne. Jak wskazuje Cinkciarz.pl cały czas skromnie wyglądają inwestycje prywatne, a to one są gwarantem trwałego wzrostu PKB. Brakuje strukturalnych reform na rynku pracy – na przykład promocji zatrudnienia osób młodych czy zbliżających się do wieku emerytalnego.
Brakuje również rozwiązań korzystnych dla kobiet, które ułatwiłyby im godzenie życia rodzinnego z zawodowym (chodzi na przykład o możliwość preferencyjnego zatrudnienia na niepełny etat).
W rezultacie, mimo bardzo niskiego bezrobocia, odsetek zatrudnionych w Polsce nadal jest wyraźnie poniżej poziomu liderów naszego regionu czy państw Europy Zachodniej. Zwiększenie zatrudnienia z poziomu 68 do okolic 75 proc. spowodowałoby wzrost zatrudnienia o 1,8 mln osób. Taki przyrost liczby miejsc pracy byłby niezwykle korzystny dla długoterminowej efektywności naszej gospodarki czy stabilności finansów publicznych, nawet w okresach gorszej koniunktury.
Wydaje się również, że złoty okres dotyczący imigracji nie został odpowiednio wykorzystany w celu jej uregulowania. Pracownicy z Ukrainy czy Białorusi są obecnie cenni i inne kraje już o nich konkurują.
Pozytywnie natomiast należy odebrać fakt, że wreszcie udało się wprowadzić optymalny program oszczędności na jesień życia w postaci Pracowniczych Planów Kapitałowych.
Istnieje więc szansa, że pierwszy raz Polska będzie się rozwijać za pomocą krajowego kapitału, a być może za lat naście, ten kapitał uda się też eksportować w postaci zagranicznych inwestycji Polaków.

 

Lata, których jeszcze nie znamy

Sięgający w tym roku 5 proc. wzrost PKB będzie niezwykle trudny do powtórzenia. Wynika to zarówno z ograniczeń demograficznych naszego kraju, jak i niewystarczających inwestycji w badania i rozwój. Zbyt niska jest aktywność zawodowa Polaków, a czas prosperity nie został odpowiednio wykorzystany do jej poprawienia. Obniżenie wieku emerytalnego oraz nietrafnie zaadresowane i zbyt kosztowne programy socjalne mogą odbić się negatywnie na wzroście PKB i zadłużeniu w kolejnych latach.
Sytuacja zewnętrzna także staje się coraz bardziej wymagająca. Strefa euro wyraźnie hamuje, a brak skutecznych mechanizmów dyscyplinujących gospodarki poszczególnych krajów, sprzyja nierównowadze ekonomicznej wewnątrz wspólnoty i zwiększa systemowe zagrożenia.
W rezultacie, najlepszy dla Polski rok od odzyskania suwerenności może się już nigdy nie powtórzyć. Na razie jednak wypada się cieszyć, że ten wyjątkowy okres jeszcze trwa, a problemami przyszłości zaczniemy się przejmować dopiero od pierwszego, a może od drugiego stycznia 2019 r.

Porzućmy wszelką nadzieję?

Według wieloletnich szacunków wzrostu gospodarczego, przygotowywanych przez Organizację Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (ostatnia pochodzi z lipca 2018 r.), potencjalny średnioroczny wzrost produktu krajowego brutto na mieszkańca w latach 2030-2060 ma wynieść w Polsce jedynie 1,3 proc.

 

To najsłabszy wynik nie tylko w UE, ale także w całym OECD. Jest to także drugi, poza Rosją – 1,2 proc. – najgorszy rezultat wśród wszystkich 46 badanych krajów. Bardzo niski wzrost przez trzy dekady oznacza, że możemy zapomnieć o dogonieniu jakiejkolwiek rozwiniętej gospodarki.
Nasz relatywny poziom zamożności mierzony PKB wyrażonym w sile nabywczej w relacji do USA praktycznie utrzyma się na podobnym poziomie, co obecnie (wzrost z 50 do 54 proc. w 2060 r.) – wskazuje portal Cinkciarz.pl. W klasyfikacji PKB na mieszkańca, w relacji do poziomu w Stanach Zjednoczonych, wyprzedzą nas wszystkie kraje regionu: Węgry – 60 proc., Słowenia – 62 proc. Słowacja – 79 proc. oraz Czechy – 77 proc. Po piętach deptać nam natomiast będą Chiny – 51 proc. oraz Indie – 44 proc.
Badania OECD wskazują, że największym problemem Polski będzie rynek pracy. Poziom zatrudnienia ma spadać o 0,2 proc. każdego roku w latach 2030-2060 (najwięcej ze wszystkich państw). Przede wszystkim jest to efekt demografii, czyli starzejącego się społeczeństwa. Problemy demograficzne obejmują jednak także inne kraje. U nas jednak, populacja w wieku produkcyjnym, w związku z wprowadzeniem niższego wieku emerytalnego zmniejszy się aż o 10 pkt proc. do 2050 r. Negatywnie na podaż siły roboczej od 2030 r. zacznie także wpływać podniesienie wieku rozpoczęcia obowiązku szkolnego.
Jak wskazuje OECD, dzietności lepiej sprzyja zastępowanie świadczeń pieniężnych świadczeniami rzeczowymi dla rodzin (np. darmowe przedszkole, żłobek), co pozwala na łatwiejszy powrót kobiet do pracy i redukuje ryzyko erozji ich umiejętności. Ponadto, wydatki na zdrowie w Polsce są drugimi najmniejszymi wśród badanych krajów, co redukuje chęć pozostawania starszych roczników na rynku pracy i zmniejsza ogólną jakość życia. Wreszcie, niewystarczający jest u nas poziom wydatków na badania i rozwój. Dziś dobra koniunktura zewnętrzna, napływ imigrantów ze wschodu czy uszczelnienie systemu podatkowego dają krótkoterminowe wytchnienie. W dłuższym terminie słabości naszej gospodarki trudno jednak będzie „łatać” doraźnymi działaniami.

Trójka z kłopotami

Coraz gorsze perspektywy dla włoskiej gospodarki, w Turcji istnieje realna groźba recesji, z problemami boryka się również Rumunia.

 

Najnowsze szacunki Komisji Europejskiej pokazują, że włoski deficyt sektora finansów publicznych sięgnie 3,1 proc. w 2020 r. To będzie najgorszy rezultat w całej Unii.
Najwyższy deficyt w całej UE łączy się z najniższym oczekiwanym wzrostem gospodarczym wśród 27 badanych krajów. W 2020 r. ma on wynieść jedynie 1,3 proc. Na kondycję Włoch negatywnie wpłyną też najwyższe w Unii koszty finansowania zadłużenia. Sięgną one 3,8 proc. PKB w 2019 r., czyli o 0,3 pkt proc. (ok. 5 mld euro) więcej, niż szacowano jeszcze wiosną.
Te złe prognozy są związane z wprowadzeniem we Włoszech dochodu gwarantowanego oraz ze zmianami w systemie emerytalnym, które ułatwiają przejście na wcześniejszą świadczenie. KE podkreśla, że „Perspektywa wzrostu jest obarczona wysoką niepewnością, ze względu na rosnące negatywne ryzyka. Utrzymujący się wysoki poziom rentowności skarbowych pogorszy warunki finansowania dla banków i zredukuje dostępność kredytu, podczas gdy wydatki publiczne mogą wypychać prywatne inwestycje”.
Chociaż Turcja nie należy do Unii, to jednak KE przedstawia jej prognozy jako kraju kandydującego do Wspólnoty. Są to pierwsze przewidywania obejmujące wszystkie ostatnie wydarzenia gospodarcze nad Bosforem.
KE spodziewa się recesji w Turcji. W przyszłym roku. PKB ma spaść o 1,5 proc. Załamaniu ulegną inwestycje, które spadną o ponad 12 proc. Wyraźnie wzrośnie bezrobocie, z 10 do niemal 13 proc., a inflacja wyniesie 15,4 proc.
Komisja podkreśla, że na sytuację gospodarczą największy wpływ wywrze wstrzymanie wielkich inwestycji infrastrukturalnych. Innym negatywnym elementem są wydarzenia na rynku nieruchomości prywatnych, gdzie przeinwestowanie z ostatnich lat powoduje konieczność przeprowadzania transakcji po znacznie niższych cenach. Czasami nieruchomości nie można sprzedać w ogóle.
Elementem ryzyka dla Turcji, związanym z obniżeniem się wartości liry o 35 proc. oraz wysoką inflacją i utrudnionym finansowaniem z zagranicy, może być pogarszanie się bilansów banków.
Rumunia jest kolejnym państwem, którego kondycja gospodarcza niepokoi – mimo wzrostu gospodarczego na poziomie 7,3 proc. w 2017 r. i spadku bezrobocia poniżej 5 proc.
O połowę ma zmniejszyć się wzrost PKB w tym roku w porównaniu do 2017 r. Deficyt na rachunku obrotów bieżących sięgnie 4,5 proc. PKB w 2020 r., chociaż jeszcze trzy lata temu wynosił zaledwie 0,8 proc. Bardzo podobnie wygląda sytuacja budżetu, który w 2015 r. był zbilansowany (wyrównany o wpływ koniunktury), a za dwa lata deficyt ma wynieść 4,6 proc. PKB.
Co do Rumunii, warto zwrócić uwagę na wzrost wynagrodzeń. Od końca 2015 r. rosną one w granicach 12-14 proc. rocznie. Dane za wrzesień pokazały wzrost 13,1 proc.
KE zwraca uwagę, że wynagrodzenia w sektorze publicznym zostały podwyższone o 25 proc., a w opiece zdrowotnej oraz w edukacji wzrosły jeszcze więcej. Nierównowagę tworzy również znaczny wzrost wskaźnika indeksacji emerytur.
Te podwyżki spowodowały wybuch konsumpcji. W 2016 r. sprzedaż detaliczna w niektórych miesiącach zwiększyła się o blisko 20 proc. rok do roku, a na przełomie lat 2017 i 2018 wzrost wynosił 15 proc. r/r. W sierpniu br. tempo wzrostu obniżyło się do 1,8 proc. r/r.
Gwałtowny wzrost płac nie nadążał za wzrostem konkurencyjności Rumunii. Deficyt w obrotach towarowych tego kraju ma sięgnąć 8 proc. PKB w 2020 r.
Jak wskazuje portal Cinkciarz.pl, w każdym z tych trzech krajów problemy gospodarcze były rezultatem decyzji rządu. Tylko w bardzo ograniczonym stopniu wynikają one z pogorszenia się zewnętrznej koniunktury – chociaż władze tych trzech państw, co znamienne, widzą sprawy odmiennie.