Czy będziemy musieli dłużej pracować?

Zła wiadomość jest taka, że bez podniesienia wieku emerytalnego do 67 lat odsetek osób pobierających tylko emeryturę minimalną wzrośnie z obecnych 40 proc. do 70 proc. Dobra – że nastąpi to dopiero za 40 lat, a potem sytuacja się nie zmieni co najmniej przez kolejne 30 lat. I jeszcze jedna dobra – nie sposób dokładnie przewidzieć tego, co będzie za kilkadziesiąt lat, więc nie warto martwić się na zapas.
Nie unikniemy podwyższenia wieku emerytalnego – wskazuje Centrum Analiz Społeczno Ekonomicznych. Takie są wnioski z seminarium mBank-CASE zorganizowanego 29 października 2020 r., którego tematem był wpływ wieku emerytalnego na obecną i przyszłą sytuację polskiego rynku pracy, wzrost gospodarczy oraz finanse publiczne.
Ustawowy wiek emerytalny, ale przede wszystkim faktyczny wiek przechodzenia na emeryturę, mają istotny wpływ na rynek pracy i gospodarkę. Jak mówi prof. Agnieszka Chłoń-Domińczak z SGH, w wielu krajach rozwiniętych, w tym w Polsce, wiek emerytalny stał się instrumentem polityki społecznej oraz rynku pracy. Przejawem jest np. zróżnicowanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn i upowszechnienie wcześniejszych emerytur traktowanego jako sposób na zmniejszenia podaży pracy.
Do 2008 roku (kiedy to ograniczono uprawnienia do wcześniejszego przechodzenia na emeryturę) faktyczny wiek emerytalny był o kilka lat niższy od ustawowego i dopiero po 2008 roku zaczął on znacząco rosnąć, dochodząc już obecnie do wieku ustawowego. Po decyzji politycznej o powrocie do wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn (odpowiednio 60 i 65 lat) trudno się w nadchodzących latach spodziewać podniesienia ustawowego wieku emerytalnego. Jednocześnie ponad połowa Polaków w wieku 50 plus deklaruje chęć przejścia na emeryturę tak szybko, jak to będzie możliwe.
Rezygnacja z procesu podnoszenia i zrównywania wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn sprawia, że w 2050 roku Polska prawdopodobnie będzie krajem o najniższym w Unii Europejskiej ustawowym wieku emerytalnym. W innych krajach wiek ten albo już teraz jest wyższy niż Polsce, albo też będzie podnoszony. Jeśli wiek ustawowy zostałby utrzymany na obecnym poziomie, to do 2070 roku zasób siły roboczej w Polsce skurczy się o ok. 35 proc., zaś wskaźnik obciążenia demograficznego wzrośnie z obecnych 30 proc. do ok. 80 proc.
Prof. Chłoń-Domińczak podkreśla, że eliminacja uprawnień do wcześniejszych emerytur doprowadziła do znacznego wzrostu aktywności zawodowej kobiet w wieku okołoemerytalnym, co przełożyło się na znaczący wzrost ich kapitału emerytalnego. Mimo tego, przy utrzymaniu obecnego ustawowego wieku emerytalnego kobiet, będą one otrzymywały o ok. 40 proc. niższą emeryturę od mężczyzn, podczas gdy jego podniesienie do 65 roku życia ograniczyłoby tę lukę do około 8 pkt. proc.
System emerytalny ma to do siebie, że powinien być stabilny nie tylko w sensie ekonomicznym, ale również w sensie politycznym. Oznacza to, że większość społeczeństwa powinna chcieć, aby system pozostał taki, jaki jest – uważa dr Michał Rutkowski z Banku Światowego.
Do podniesienia faktycznego wieku przechodzenia na emeryturę nie wystarczą zachęty finansowe w postaci wzrostu świadczenia za każdy dodatkowy rok pracy zawodowej po osiągnięciu minimalnego wieku emerytalnego. Zdaniem dr. Rutkowskiego większość ludzi zachowuje się krótkowzrocznie i przechodzi na emeryturę od razu po osiągnięciu minimalnego wieku, więc istotne wydłużenie aktywności zawodowej osób w wieku okołoemerytalnym bez podniesienia minimalnego wieku przechodzenia na emeryturę nie wydaje się możliwe.
Według prof. Joanny Tyrowicz z Uniwersytetu Warszawskiego, obecny polski system emerytalny w założeniu miał być zbilansowany, ale w rzeczywistości nie jest. Wynika to przede wszystkim z konieczności dopłat do emerytur minimalnych, co po obniżeniu wieku emerytalnego w 2017 roku kosztuje budżet państwa aż 4,5 proc. PKB.
Z modeli szacowanych przez jej zespół wynika, że w przypadku utrzymania obecnego ustawowego wieku emerytalnego (odpowiednio 60 i 65 lat) odsetek osób pobierających emeryturę minimalną będzie sukcesywnie rósł w ciągu najbliższych 40 lat z obecnych 40 proc. do 70 proc., a następnie utrzyma się na tym poziomie przez kolejne 30 lat. Jeśli jednak wiek emerytalny zostałby podniesiony do 67 lat dla obu płci, to odsetek ten nie wzrósłby.
Utrzymanie obecnego wieku emerytalnego będzie więc miało negatywny wpływ na stan budżetu państwa i w efekcie również na PKB. Z punktu widzenia świadczeniobiorców najbardziej poszkodowane będą najwięcej zarabiające kobiety, bo ich emerytury będą o 30 – 40 proc. niższe względem tych, jakie otrzymałyby pracując do 67 roku życia. Negatywne skutki dla mężczyzn będą dużo słabsze – ci najlepiej zarabiający będą mieć świadczenie niższe o 7 – 12 proc.
Wynika z tego, że na dziś kluczowe wydaje się podniesienie wieku emerytalnego kobiet do 65 roku życia, zaś dalsze jego podnoszenie do 67 lat ma już mniejsze znaczenie.
Prof. Filip Chybalski (Politechnika Łódzka) zwraca uwagę, że niska aktywność zawodowa osób w wieku okołoemerytalnym współwystępuje z ich gorszym stanem zdrowia. Skłania to do dofinansowania działań stymulujących zachowania prozdrowotne. Politykę promującą przedłużanie aktywności zawodowej warto ukierunkować na konkretne zawody lub grupy zawodów.
Wprawdzie tego, co nastąpi za kilkadziesiąt lat nie sposób precyzyjnie przewidzieć, ale jak uważa prof. Marek Góra (Szkoła Główna Handlowa), jedno jest pewne – za około 30 lat wiek emerytalny będzie dużo wyższy niż teraz. Wprawdzie obecnie wiek emerytalny jest wykorzystywany jako narzędzie walki politycznej i dlatego jest obniżany, ale nie będzie to możliwe w perspektywie kilkudziesięciu lat. Wiek emerytalny będzie więc wyższy i na to trzeba się odpowiednio przygotować.
W tym kontekście istotne są dwie zasadnicze cechy polskiego systemu emerytalnego, które różnią go od systemów w innych krajach. Po pierwsze w polskim systemie nie mamy klasycznego wieku emerytalnego, tylko wiek minimalny, który nie pełni funkcji fiskalnej, a jedynie społeczną. Wiek minimalny jest ustanowiony po to, żeby uchronić ludzi przed błędnymi decyzjami, które mogłyby mieć negatywne skutki społeczne.
Po drugie, wysokość emerytury minimalnej nie jest w żaden sposób gwarantowana, tak jak to było w starym systemie emerytalnym. Może więc podlegać bieżącej regulacji. W przyszłości o wysokości minimalnej emerytury będzie decydowała siła przetargowa pokolenia osób młodych względem starszych oraz bieżąca sytuacja budżetowa.
Prof. Góra podkreśla, że należy już teraz informować młodych ludzi, że będą w przyszłości pracowali dużo dłużej od swoich rodziców. Muszą to wiedzieć dziś, żeby mogli się do tego odpowiednio przygotować, np. inwestując w długookresowe podtrzymywanie dobrego stanu zdrowia i zmienność swoich kwalifikacji zawodowych. Według niego ostatnie obniżenie ustawowego wieku emerytalnego (czyli powrót do 60 i 65 lat) wyrządziło ludziom dużą szkodę, bo przekazało im fałszywą informację, że nie muszą się przygotowywać do dłuższej pracy w przyszłości.

Pandemia nie zwalnia uścisku

Po ożywieniu gospodarczym w trzecim kwartale, widmo niemal całkowitego lockdownu grozi pogłębieniem kryzysu. Przyszłoroczne przewidywania są jednak optymistyczne.
Napływające dane potwierdziły, że po silnym spadku globalnego produktu krajowego brutto w drugim kwartale bieżącego roku, w trzecim nastąpiło ożywienie aktywności gospodarczej. Poprawie koniunktury sprzyjało dokonane wcześniej poluzowanie restrykcji epidemicznych, podjęte działania fiskalne, a także towarzyszące im poluzowanie polityki pieniężnej, w tym obniżenie stóp procentowych oraz skup aktywów przez banki centralne – oświadczyła Rada Polityki Pieniężnej.
Jak było do przewidzenia, w listopadzie RPP po raz kolejny podjęła decyzję o utrzymaniu stóp procentowych Narodowego Banku Polskiego na niezmienionym poziomie, co oznacza, że podstawowa stopa referencyjna wynosi 0,10 proc.. a stopa depozytowa 0,00 proc.
Rada wskazała na oczywisty fakt, że mimo poprawy koniunktury, aktywność gospodarcza w większości krajów pozostała poniżej poziomu sprzed wybuchu pandemii. Ponadto, w ostatnim okresie odnotowano silny wzrost liczby zakażeń COVID-19. W efekcie wiele państw ponownie zaostrzyło restrykcje epidemiczne. Jednocześnie, wzrosła niepewność dotycząca dalszego przebiegu pandemii, a także obawy o perspektywy globalnej koniunktury.
Wzrost liczby zakażeń przyczynił się także do pogorszenia nastrojów na międzynarodowych rynkach finansowych, co znalazło odzwierciedlenie między innymi w osłabieniu walut gospodarek wschodzących, czyli także i Polski. Ceny surowców na rynkach światowych pozostają wyraźnie niższe niż na początku bieżącego roku. Wraz z obniżoną aktywnością gospodarczą oddziałuje to w kierunku utrzymywania się niskiej dynamiki cen w wielu krajach, w tym u głównych partnerów handlowych Polski, co utrudnia nasz rozwój gospodarczy.
Dane z naszego kraju także potwierdzają, że w III kwartale nastąpiło wyraźne ożywienie aktywności gospodarczej po silnym spadku PKB w II kwartale. Wskazują na to zwłaszcza informacje o sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej we wrześniu.
Tym pozytywnym sygnałom towarzyszyła pewna poprawa sytuacji na rynku pracy, w tym wzrost dynamiki wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw. Jednocześnie inflacja w październiku – według szybkiego szacunku Głównego Urzędu Statystycznego – obniżyła się do 3,0 proc w porównaniu z pażdziernikiem ubiegłego roku (wobec 3,2 proc. rok do roku we wrześniu).
W ostatnim czasie nastąpił jednak w Polsce silny wzrost liczby zakażeń COVID-19 oraz liczby zgonów. W tragicznej, dziennej statystyce śmiertelności, nasz kraj dość regularnie jest już na trzecim miejscu w Europie, z większą liczbą zgonów, niż państwa ludniejsze od nas. Rząd zareagował na to zaostrzeniem restrykcji epidemicznych, co przyczynia się do ponownego wyraźnego osłabienia koniunktury w IV kwartale roku.
RPP zwróciła uwagę, że szczególnie negatywnie na krajową koniunkturę wpływają: obniżenie aktywności w sektorze usług, wprowadzone ograniczenia w handlu, zwiększona niepewność dotycząca dalszego przebiegu i skutków pandemii oraz pogorszenie nastrojów podmiotów gospodarczych.
Krajowa aktywność gospodarcza może być także ograniczania przez pogorszenie koniunktury w otoczeniu polskiej gospodarki oraz brak wyraźnego i trwalszego dostosowania kursu złotego do globalnego wstrząsu wywołanego pandemią. Spadek aktywności gospodarczej w Polsce może natomiast być ograniczany przez działania ze strony polityki gospodarczej, w tym dokonane poluzowanie polityki pieniężnej NBP.
Rada odniosła się do wyników listopadowych przewidywań dotyczących inflacji i PKB w Polsce. Zgodnie z tą projekcją – przygotowaną przy założeniu niezmienionych stóp procentowych NBP – roczna dynamika cen znajdzie się z 50-procentowym prawdopodobieństwem w przedziale od 3,4 do 3,5 proc. w bieżącym roku, 1,8 – 3,2 proc. w przyszłym, oraz 1,6 – 3,6 proc. w 2022 r. Warto zauważyć, iż pięćdziesięcioprocentowe prawdopodobieństwo oznacza, że równie dobrze te liczby mogą być inne.
Z kolei roczne tempo wzrostu PKB według tej projekcji znajdzie się, także z 50-procentowym prawdopodobieństwem, w przedziale od minus 4,1 proc. do minus 3,0 proc. w bieżącym roku, od 0,8 do 4,5 proc. w przyszłym oraz od 3,8 do aż 7,8 proc. w 2022 r.
RPP oświadczyła też, że NBP będzie nadal prowadził zakup obligacji Skarbu Państwa na rynku wtórnym. Celem tych operacji ma być poprawa płynności w sektorze bankowym oraz skuteczniejsze oddziaływanie obniżenia stóp procentowych na gospodarkę (które dotychczas nie jest wielkie). Uczenie nazywa się to wzmocnieniem mechanizmu transmisji monetarnej.
NBP będzie także nadal oferował kredyt przeznaczony na refinansowanie kredytów udzielanych przedsiębiorcom przez banki, co ma łagodzić negatywne skutki pandemii, wspierać aktywność gospodarczą, stabilizować inflację oraz pozytywnie wpływać na sytuację finansową kredytobiorców.

Kryzysowy, ale jakże optymistyczny

Rada Ministrów przewiduje, że wprawdzie w tym roku polski produkt krajowy brutto spadnie o 4,6 proc., ale już w przyszłym, wzrośnie o 4 proc. Czyli po recesji niemal nie będzie śladu.
Rząd przyjął projekt budżetu państwa na 2021 r. To typowy projekt kryzysowy, przygotowany już z uwzględnieniem sytuacji związanej z pandemią COVID-19, która przyczyniła się do wywołania światowego kryzysu gospodarczego – ale zarazem niepoprawnie optymistyczny, jak wszelkie plany ekipy z Prawa i Sprawiedliwości.
Rząd zapewnia, że w 2021 r. będzie działał „w kierunku możliwie szybkiej odbudowy wzrostu gospodarczego Polski”.
Kontynuowana będzie dotychczasowa polityka budżetowa poprzez wspieranie ożywienia gospodarczego tak, aby dążyć do niezwłocznego wyjścia z recesji (która nastąpiła przy dotychczasowej polityce budżetowej polegającej na wspieraniu ożywienia gospodarczego). Tak więc, to wspieranie ożywienia w wykonaniu rządu PiS okazuje się nieszczególnie skuteczne.
Co do konkretów, to przewiduje się, że w 2021 r. dochody budżetu państwa wyniosą 404,4 mld zł. Wydatki zostały zaplanowane na 486,7 mld zł. Tak więc, deficyt budżetu ma wynieść nie więcej niż 82,3 mld zł.
Produkt krajowy brutto w 2020 r. spadnie o 4,6 proc., aby w 2021 r. wzrosnąć o 4,0 proc. (to hurraoptymistyczne założenie). Głównym czynnikiem tego wzrostu pozostanie popyt krajowy. Rząd zaplanował, że w 2020 r. spożycie prywatne spadnie realnie o 4,2 proc., a w kolejnym roku wzrośnie o 4,4 proc.
W tym roku nastąpi spadek przeciętnego zatrudnienia w gospodarce narodowej o 2,4 proc, a w 2021 r. o 0,7 proc. Przewiduje się, że stopa rejestrowanego bezrobocia wzrośnie z 5,2 proc. w grudniu 2019 r. do 8,0 proc. na koniec 2020 r. Natomiast w 2021 r. stopa bezrobocia wyniesie 7,5 proc.
W następnych latach bezrobocie powinno powoli spadać wraz z poprawą sytuacji na rynku pracy – ale decydujący będzie tu proces demograficzny powodujący zmniejszenie się liczby siły roboczej (co może wskazywać na to, że pod rządami PiS rośnie śmiertelność Polaków).
Przyjęto, że w 2020 r. nominalne tempo wzrostu przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej wyniesie 3,5 proc. Natomiast w 2021 r. przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej zwiększy się o 3,4 proc.
Oznacza to, ze po uwzględnieniu wzrostu cen, faktyczny wzrost zarobków będzie praktycznie zerowy (co oczywiście nie dotyczy PiS-owskich nominatów, którzy obsadzili wszelkie intratne posady). Rząd widzi to jednak w znacznie bardziej różowych barwach i zakłada średnioroczny wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych o 3,3 proc. w 2020 r – i tylko o 1,8 proc. w 2021 r.
Nasz eksport i import będą nadal się zmniejszać. W warunkach obserwowanego załamania koniunktury światowej Rada Ministrów zakłada, że w 2020 r. polski eksport spadnie o 9,3 proc. w ujęciu realnym, aby w 2021 r. wzrosnąć o 6,9 proc. „Powinno się to przełożyć na dalszy wzrost udziałów polskiego eksportu w światowym handlu” – stwierdza rząd. Czyli, nasz eksport spadnie, ale jego udział miałby wzrosnąć.
Spadek konsumpcji prywatnej oraz mniejszy eksport w tym roku przełożą się na spadek importu o 10,2 proc. w 2020 r. Odbudowa popytu, mająca jakoby nastąpić w przyszłym roku, powinna przyczynić się do wzrostu importu o 7,3 proc.
Rada Ministrów ma świadomość, że wszystkie te plany są na wodzie pisane. Dlatego podkreśla, że poziom dochodów budżetu państwa w 2021 r. będzie zależeć od przewidywanego powrotu gospodarki na ścieżkę wzrostu. Oprócz sytuacji makroekonomicznej, na stronę dochodową budżetu państwa wpływ będą miały kontynuowane oraz rozmaite nowe działania dotyczące wspierania odbudowy wzrostu gospodarczego, a także uszczelnienie systemu podatkowego. Jak widać, dużo jest tych warunków, które musiałyby jednocześnie wystąpić, aby spełniły się optymistyczne założenia ekipy PiS-owskiej.
W prognozie dochodów uwzględniono m.in. planowaną zmianę dotyczącą podatku dochodowego od osób prawnych (tzw. estoński CIT). Istotą tego rozwiązania – które nie wiadomo, kiedy zostanie wprowadzone przez polskie władze – będzie przesunięcie czasu poboru podatku na moment wypływu zysków z przedsiębiorstwa.
Przyszłoroczny rok zapowiada się dosyć chudo. Tym niemniej rząd obiecuje, że w 2021 r. „zabezpieczył środki” na kontynuację najważniejszych dotychczasowych działań oraz na realizację nowych.
Budżet państwa na przyszły rok uwzględniać ma zatem m.in.: finansowanie Programu „Rodzina 500+” (w 2021 r. na realizację tego programu zostanie przeznaczone 41,0 mld zł); zwiększenie nakładów na finansowanie ochrony zdrowia o ok. 11,6 mld zł w porównaniu do roku 2020 (ochrona zdrowia to polski fenomen – rząd utrzymuje, że wydaje na nią coraz więcej pieniędzy, a funkcjonuje ona coraz gorzej); doroczną waloryzację świadczeń emerytalno-rentowych (od 1 marca 2021 r. o 3,84 proc., co ma kosztować ok. 9,6 mld zł); a przede wszystkim – finansowanie „potrzeb obronnych” Polski na poziomie zwiększonym do do 2,2 proc. PKB.
Jest też kilka innych, znacznie mniej realnych zamysłów, takich jak zwiększanie wydatków w obszarze szkolnictwa wyższego i nauki, finansowanie zadań dotyczących mieszkalnictwa i transportu lądowego, realizacja rządowego programu budowy regionalnych mostów. No i oczywiście dalsza budowa kanału łączącego Zalew Wiślany z Zatoką Gdańską.
Ponadto w projekcie przewidziano umorzenie pożyczki udzielonej Funduszowi Solidarnościowemu z Funduszu Rezerwy Demograficznej w 2019 r. oraz umorzenie pożyczki udzielonej Państwowemu Gospodarstwu Wodnemu Wody Polskie, co jakoby umożliwi „realizację licznych przedsięwzięć inwestycyjnych zapobiegających skutkom suszy i powodzi”.
Wszystko to finansowane będzie kosztem obywateli. Ograniczone bowiem zostaną wydatki jednostek sektora finansów publicznych, w tym budżetu państwa, na zakładowy fundusz świadczeń socjalnych dla pracowników, na fundusze socjalne dla mundurowych emerytów i rencistów, oraz dla nauczycieli.
Fundusz wynagrodzeń w jednostkach i podmiotach sektora finansów publicznych pozostawiony będzie na poziomie z 2020 r. Rząd, nie chcąc jednak zrazić elektoratu, ulokowanego w wielu organach i agendach „ojczyzny dojnej” obiecuje, że takie ograniczenie będzie funkcjonować tylko „co do zasady” – czyli nastąpi fura wyjątków dla swoich. Ale generalnie, utrzymanie wynagrodzeń w 2021 r. na poziomie z 2020 r. ma objąć całą sferę budżetową.
Rząd podkreśla, że w 2021 r. planuje się również utrzymanie wynagrodzeń na poziomie z obecnego roku dla sędziów, prokuratorów, asesorów i referendarzy sądowych oraz sędziów i prokuratorów w stanie spoczynku. Chodzi oczywiście o średnie dochody – a więc wiadomo, że sędziowie i prokuratorzy posłuszni władzy dostaną podwyżki, a ci, którzy kontestują jej wskazówki, powinni spodziewać się cięć.
W nadchodzących latach polskie finanse publiczne będą coraz bardziej zadłużone. Relacja państwowego długu publicznego do PKB wyniesie na koniec 2020 r. 50,4 proc., po czym wzrośnie do 52,7 proc. na koniec 2021 r.
Rząd jednak ma nadzieję, że w kolejnych latach objętych prognozą, relacja długu publicznego do PKB będzie spadała i na koniec 2024 r. osiągnie poziom 48,1 proc. Natomiast relacja długu sektora instytucji rządowych i samorządowych do PKB wyniesie w latach 2020 – 2021 odpowiednio 61,9 proc. i 64,1 proc., a następne będzie się obniżać i osiągnie poziom 59,5 proc.
Wszystko to oznacza oczywiście przekroczenie w latach 2020-2023, zawartej w traktacie z Maastricht, relacji długu do PKB na poziomie 60 proc. Jednak w związku z obserwowanym w całej Unii Europejskiej poważnym spowolnieniem gospodarczym wywołanym pandemią koronawirusa, Komisja Europejska uruchomiła klauzulę, przewidzianą w Pakcie Stabilności i Wzrostu, umożliwiającą przekroczenie tego wskaźnika.
Polski dług publiczny zatem wzrośnie, ale według rządu, koszty obsługi tego długu ulegną obniżeniu z 1,33 proc. w 2020 r. do 1,19 proc. w 2021 r. – a potem nawet do poziomu 0,75 – 0,76 proc.

Deficyt na gigancie

Pandemia koronawirusa pozwala rządowi na „przykrycie” wielu problemów w finansach publicznych, które istniały już przed kryzysem.
Liczba 590 kojarzy się z kodem kreskowym produktów pochodzących z Polski. Ale ta liczba to także numer druku sejmowego kolejnej ustawy COVID-owej. Najnowsza rządowa ustawa COVID-owa przynosi zaskakujące rozwiązania: pozwala przenosić w dużej skali wydatki budżetowe z 2020 roku… na rok 2021! Po co? Jaka jest skala wydatków, które zostaną przeniesione? Z powodu pandemii państwa dostały wyjątkowe „przyzwolenie” na wysoki deficyt w roku 2020. Polski rząd chce z tego wyjątku skorzystać podwójnie, bo budżet ugina się pod ogromnym deficytem strukturalnym.
COVID pozwala „przykryć” wiele problemów strukturalnych w finansach publicznych, które były już przed kryzysem. Dodatkową konsekwencją jest to, że przez dwa lata nie będzie dokładnie wiadomo, jaki jest naprawdę deficyt budżetowy w konkretnym roku. W rezultacie rzeczywisty stan finansów publicznych stanie się jasny i klarowny dopiero… na początku 2022 roku! – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Resort finansów zbudował fundamenty tej operacji, składając „Projekt ustawy o zmianie niektórych ustaw w celu przeciwdziałania społeczno-gospodarczym skutkom COVID-19 – Druk 590”, a także autopoprawkę do tego projektu. W nowelizacji budżetu zapisano już m.in. zasilenie Funduszu Ubezpieczeń Społecznych i Funduszu Sprawiedliwości kwotą 38 mld zł na poczet wydatków w 2021 r.
Poza tym, jak wskazuje TEP w projekcie i autopoprawce umieszczono szereg mechanizmów, które pozwalają na dalsze przesuwanie wydatków na kolejny rok. Zawierają one możliwości „upychania” z pomocą dotacji budżetowych „zapasów” w różnych funduszach pozabudżetowych, w tym tych nieobjętych regułą wydatkową. Mimo że stan epidemii pozwala na zastosowanie „klauzuli wyjścia” i przekroczenie reguły wydatkowej, to operacja kreatywnej księgowości trwa na dobre.
W ramach tych projektów przewidziano m.in.:
– zasilenie z budżetu państwa Polskich Linii Kolejowych i Funduszu Dróg Samorządowych, które zapewne będę te środki wydawać w roku przyszłym,
– wydłużono realizowanie tak zwanych wydatków „niewygasających”, czyli takich, które wymagały dokończenia na początku kolejnego roku budżetowego – do tej pory trzeba było je zakończyć do marca, teraz będzie można aż do listopada. A to oznacza, że budżet na rok 2020 tak naprawdę wygaśnie pod koniec roku 2021.
– możliwość wsparcia z budżetu Funduszu Wsparcia Policji, Funduszu Wsparcia Straży Granicznej, Funduszu Wsparcia Państwowej Straży Pożarnej oraz Funduszu Modernizacji Sił Zbrojnych. A te fundusze – podobnie jak w przypadku Funduszu Ubezpieczeń Społecznych i Funduszu Sprawiedliwości – będą mogły przesunąć wydatki na rok kolejny,
– możliwość przekazywania obligacji skarbowych spółkom morskim – taki zabieg, stosowany już w odniesieniu do uczelni czy telewizji publicznej, pozwala na ominięcie reguły wydatkowej.
Te operacje są możliwe, ponieważ w roku 2020 nie obowiązuje w Polsce reguła wydatkowa, a rynki finansowe we wszystkich krajach na świecie zaakceptowały wysoki deficyt w bieżącym roku. To absolutnie wyjątkowa sytuacja. Jednorazowe „zielone światło” do zwiększenia deficytu w celu ratowania gospodarek przed kryzysem po pandemii. Jednak finanse publiczne Polski bez COVID-19 i tak już nie były w dobrej kondycji. Stąd zapewne wzięła się pokusa, by wyjątek roku 2020 wykorzystać dwa razy – zwraca uwagę TEP.
Wymyślono strategię „zapakowania” do maksimum tegorocznego budżetu wydatkami na papierze, których choćby ze względu na brak czasu nie da się zrealizować w ciągu ostatniego kwartału. W księgach będą one wykazane w roku bieżącym, ale rzeczywiste wydatki nastąpią w przyszłym. W ten sposób budżet na rok 2021 otrzyma gigantyczne „doładowanie”, które formalnie będzie przypisane budżetowi na rok 2020.
Nowelizacja złożona przez Ministerstwo Finansów jest więc logicznym uzupełnieniem dotychczasowych elementów „budżetowej układanki”. Wszyscy ekonomiści byli bowiem zaskoczeni niedawnym ogłoszeniem ogromnego deficytu budżetu centralnego w wysokości 110 mld zł. Tej góry pieniędzy nijak nie można było dopasować do wydatków w 2020 roku. Teraz sytuacja się wyjaśniła.
Nie zmienia to jednak faktu, że deficyt całego sektora finansów publicznych na lata 2020-2021 będzie gigantyczny. Według metodologii unijnej ma wynieść w bieżącym roku ponad 270 mld zł, tj. 12 proc. PKB. Dodatkowo rząd wkrótce wyśle do Sejmu projekt budżetu na 2021 r., w którym zakłada utrzymanie wysokiego deficytu w budżecie centralnym (82 mld zł).
Deficyt całego sektora ma na koniec 2021 r. wynieść 140 mld zł, czyli 6 proc. PKB, a dług publiczny przebije 1,5 biliona złotych (65 proc. PKB). Łącznie więc deficyt całego sektora finansów publicznych w dwuletnim budżecie to 410 mld zł! To wiemy, ale jak to się rozłoży na lata 2020 i 2021 wie tylko Minister Finansów.
Dyrektor ds. Europy Wschodzącej Fitch Ratings Paul Gamble skomentował, że wysokość deficytu sektora finansów publicznych Polski na 2020-21 jest „dość interesująca” na tle innych państw. W języku angielskim ma to sarkastyczne, negatywne zabarwienie, choć przekazane w sposób dyplomatyczny.
Określenie użyte przez Paula Gamble’a jest bardzo trafne. Tak naprawdę nie wiemy bowiem, z jakim stanem finansów publicznych skończymy w 2021 r. Zarówno deficyt w 2020, jak i w 2021 r. są nieprawdziwe. Minister Finansów otworzył sobie wszystkie furtki do swobodnego kształtowania budżetu w latach 2020-2021. Oczywiście elastyczność jest konieczna. Ale jaki jest stan finansów publicznych? Czy znowu musimy łamać wszystkie reguły księgowe, nawet te poluzowane?
W zasadzie rok budżetowy nie istnieje. Jakakolwiek dyskusja publiczna czy w Sejmie o osobnych budżetach na lata 2020 oraz 2021 jest w tej sytuacji jałowa. Nie wiadomo, jaka będzie struktura wydatków w 2021 r., jak w szczegółach zostaną rozdysponowane zakładki i rezerwy poupychane w budżecie roku 2020. Jaki będzie faktyczny deficyt w 2021 r.? 7 proc., 8 proc., a może 9 proc. PKB (wobec 6 proc. zaplanowanych, ale bez przesunięć)? Jest to bardzo ważna informacja dla opinii publicznej, gdyż pozwoli określić nam, jaki jest poziom nadmiernego deficytu, który w kolejnych latach będziemy musieli zredukować. Już teraz widzimy wiele działań konsolidacyjnych. W budżecie na 2021 r. zaplanowano wzrost podatków o ok. 11 mld zł, a ostatnio w przestrzeni publicznej pojawiły się dalsze propozycje zwiększenia podatków. Chodzi o CIT dla spółek komandytowych, objęcie składkami wszystkich umów zlecenia czy wzrost akcyzy na samochody używane.
Co ważne, wysoki deficyt w 2021 r. będzie efektem nie tylko walki z COVID-19, ale też obietnic i programów socjalnych sprzed kryzysu. Nie miały one bowiem żadnego pokrycia w trwałych dochodach lub były pokrywane „papierową” ściągalnością z VAT albo dochodami jednorazowymi.
Już przed kryzysem ostrzegałem, że w spowolnienie gospodarcze wchodzimy z deficytem strukturalnym na poziomie 3 proc. Warto jednak podkreślić, że było to jeszcze bez 14-tej emerytury i kolejnych trwałych wydatków. Tłumaczenie, że wzrost podatków jest po to, aby sfinansować tarcze antykryzysowe, jest ogromnym nadużyciem. Tarcze były jednorazowe, a podatki są na stałe. Ich celem jest pokrycie trwałych obietnic socjalnych sprzed kryzysu.

Gospodarka 48 godzin

Rozkład kolejowo-autobusowy

W niedzielę, 30 sierpnia, zmienił się rozkład jazdy PKP, choć raczej należy tu mówić o rozkładzie autobusowym. I tak, autobusy zamiast pociągów zaczęły kursować na odcinku Zgierz – Kutno. Składy PKP Intercity z Łodzi do Kutna jeżdzą zmienioną okrężną trasą przez Koluszki i Łowicz. Pod koniec sierpnia ruszyły roboty na jednotorowej linii na odcinku Zgierz – Ozorków – Łęczyca. Od 10 września na odcinkach Kraków – Zakopane oraz Sucha Beskidzka – Szaflary za pociągi również będą kursować autobusy. Autobusowa komunikacja zastępcza jest też na odcinku Kraków Płaszów – Bielsko Biała. Jak widać, odradzanie polskich kolei polega na tym, że coraz częściej zastępują ją autobusy. Są też jednak i naprawdę dobre zmiany. Między Lublinem a Dęblinem pociągi zaczęły kursować po drugim zmodernizowanym torze. Tym samym na całym odcinku Lublin – Pilawa ruch się wreszcie odbywa po obu torach. Wróciły też pociągi na odcinek Otwock – Pilawa. Bezpośrednio, bez przesiadek na autobusy, można jeździć już z Kłodzka do Wałbrzycha. Codziennie zaczął kursować pociąg Olsztyn – Kołobrzeg – Olsztyn, pojawiło się wieczorne połączenie pomiędzy Warszawą i Krakowem oraz skład Warmia relacji Olsztyn – Kraków.

Wymuszona nowelizacja
Rada Ministrów musiała znowelizować tegoroczny budżet. Pierwotne plany nie wytrzymały konfrontacji z pandemią. Rząd twierdzi, że rozprzestrzenianie się koronawirusa przyczyniło się do największego kryzysu gospodarczego ostatnich lat, który wpłynął na gwałtowne wyhamowanie aktywności gospodarczej w Polsce i innych krajach dotkniętych pandemią. Rada Ministrów zachowuje jednak urzędowy optymizm i chwali się, że: „W rezultacie działań rządu skala załamania PKB w Polsce w II kwartale 2020 r. była zdecydowanie mniejsza, a zakładana, prognozowana siła odbicia w III kwartale br. będzie odpowiednio większa”. Nie bardzo jednak wiadomo, od czego była mniejsza i od czego ma być odpowiednio większa.
Rząd przewiduje, że w 2020 r. dochody budżetu państwa będą niższe od zaplanowanych pierwotnie w ustawie budżetowej na ten rok o 36,7 mld zł i wyniosą 398,7 mld zł. Wydatki budżetu zostały zaś zaplanowane na 508,0 mld zł, co oznacza, że będą one wyższe o 72,7 mld zł od wcześniej przewidzianych w budżecie na 2020 r. Deficyt budżetu państwa ma wynieść aż 109,3 mld zł, wobec zakładanego pierwotnie zerowego deficytu. Rząd prognozuje, że w całym 2020 r. nasz produkt krajowy brutto obniży się o 4,6 proc, wobec wzrostu o 4,1 proc. rok wcześniej (i wzrostu 3,7 proc. zakładanego w ustawie budżetowej na 2020 r.). Rozmaici eksperci dość zgodnie przewidywali spadek PKB w tym roku o 3,8-3,5 proc. Bardziej wiarygodne okazały się jednak prognozy Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Komisji Europejskiej, które mówiły, że polska gospodarka skurczy się właśnie o 4,6 proc. Spadnie też zatrudnienie w gospodarce narodowej – o 2,4 proc. (wobec wzrostu o 1,5 proc. w 2019 r. i 0,5 proc. zakładanych wcześniej w tegorocznej ustawie budżetowej). Na koniec roku Rada Ministrów przewiduje wzrost bezrobocia do 8 proc., z 5,2 proc. na koniec 2019 r. (oraz 5,1 proc. założonych w budżecie na 2020 r.). Przeciętna inflacja powinna zwiększyć się do 3,3 proc., wobec 2,3 proc. rok wcześniej.

Rząd się wyżywi

Ta riposta Jerzego Urbana, wówczas rzecznika rządu gen. Jaruzelskiego , wypowiedziana w latach osiemdziesiątych, przeszła do historii jako symbol arogancji władzy. Teraz ciśnie się na usta na nowo.

W piątek 14 lipca 2020 spotkały się dwie wiadomości.

Pierwsza to ogłoszone przez GUS wstępne wyniki gospodarcze za drugi kwartał 2020, z których wynika, że PKB skurczyło się w II kwartale b.r. o ponad 8 proc. Druga to informacja o uchwaleniu przez Sejm ustawy o podwyżce od 40 proc. do ponad 50 proc. wynagrodzeń osób pełniących najważniejsze funkcje w państwie: prezydenta, marszałków Sejmu i Senatu, posłów i senatorów, ministrów i v-ce ministrów, wojewodów itp.. Koincydencja czasowa tych dwóch wiadomości chyba nie jest przypadkowa i nasuwa skojarzenia o których piszę dalej.

Za uchwaleniem ustawy głosowali posłowie PiS, ale także znaczna część posłów opozycji.

Niedawno Sejm, również głosami części opozycji przegłosował ustawy t.zw tarcza antykryzysowa, w której rzekomo w celu ratowania gospodarki zapisano możliwość obniżania wynagrodzeń dla zatrudnionych. Wielu przedsiębiorców skwapliwie z tego skorzystało.

Jako wyjątkową perfidię trzeba więc traktować stwierdzenie, które znalazło się w uzasadnieniu projektu wygłoszonego przez posła PiS Jarosława Zielińskiego.

„Wniosek spełnia oczekiwania, żeby państwo było skromne, ale wynagrodzenia odnosiły się do tego co się dzieje na rynku” Poseł miał tu na myśli wzrost wynagrodzeń w gospodarce w ostatnich dwóch latach. Zapomniał dodać, że w świetle ostatnich statystyk to już przeszłość.

PiS oczekuje od społeczeństwa zaciskania pasa, ale uważa, że nie dotyczy to rządowych elit.

PiS liczy, często słusznie na krótką pamięć wyborców. Dwa lata temu w imię populistycznych haseł i autopromocji Prezesa Kaczyńskiego, wynikającej z oburzenia wyborców na przyznanie sobie przez rząd Beaty Szydło olbrzymich nagród, obniżono pensje posłów i senatorów oraz członków rządu o 20 proc.

Przy okazji obniżono też odgórnie wynagrodzenia samorządowców, o których wysokości ,w imię zasad samorządności, powinny decydować organy samorządu.

PiS będąc w opozycji uważał, że dotacje dla partii politycznych są za duże. Teraz, bez żenady, uchwalił ich znaczące podwyższenie.

Dziwi tylko, że swoim zwyczajem PiS nie umieścił zapisów proponowanej ustawy w zapisach dotyczących walki z pandemią. Nietrudno przecież uzasadnić, że podwyżki te spowodują lepszą pracę tych, których dotyczą i dzięki temu sprawniej będą przeciwdziałać skutkom gospodarczym pandemii. Żartuję sobie- myślę, że niekoniecznie.

Oburzenie budzi, że znaczna część opozycji, mając na co dzień usta pełne frazesów o pazerności członków obozu rządzącego, często zresztą bardzo słusznych, dała się przekupić w imię własnych korzyści finansowych. Jeśli dali się raz masowo przekupić to w przyszłości niektórzy z nich mogą czuć się usprawiedliwieni, że ulegną obietnicom PiS i zasilą ten obóz w imię nowych korzyści.

Opozycjo- dałaś się złapać w sprytnie zastawione sidła.
Nie znajduję zrozumienia dla faktu, że za ustawą głosowała znaczna część posłów lewicowych.

Niestety, stosunkowo krótko po wyborach, lewica pokazuje, że daleko jej do zwartości i zachowania pryncypialności w głoszonych poglądach.

Po co im to było?

Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej w czasie pandemii nie odbędzie się bez strat i kłopotów dla mieszkańców dumnego Albionu.

Nawet przed epidemią koronawirusa gospodarka Zjednoczonego Królestwa znajdowała się w nienajlepszej sytuacji, nie odnotowując wzrostu w IV kwartale 2019 r. Na początku roku wskaźniki wskazywały na spadek inswestycji i handlu poniżej normalnego poziomu, oczywiście w związku z brexitem, bo koronawirus okazał się zagrożeniem dopiero od marca. Obecnie, oszacowanie PKB w I kwartale br. pokazuje powszechne spadki w działalności gospodarczej. Sam PKB zmniejszył się o 1,6 proc.,w porównaniu z pierwszym kwartałem ubiegłego roku, konsumpcja brytyjskich gospodarstw spadła o 1,7 proc., a inwestycje o 1,0 proc. Nie są to poważne spadki, ale inne dane wskazują, że może być dużo gorzej. Brytyjski eksport spadł bowiem o 10,8 proc., a import o 5,3 proc. Tylko w samym marcu produkcja w Wlk. Brytanii obniżyła się o 5,8 proc., z czego największy spadek nastąpił w sektorze usług (minus 6,2 proc) i budowlanym (minus 5,8 proc.).
Eksperci (np. z Euler Hermes) spodziewają się, że brytyjski PKB w II kwartale obniży się o około 20 proc. ponieważ przywracanie normalnej działalności jest tam wolniejsze niż w innych krajach Europy. Dane dotyczące energii elektrycznej pokazują spadek średnio o 21 proc. ,zarówno w produkcji energii, jak i jej konsumpcji (w stosunku do minus 17 proc. we Francji i minus 11 proc. w Niemczech. Wskaźnik koniunktury dla budownictwa obniżył się w kwietniu do 8,2, z 39,3 w marcu (to znacznie poniżej poziomu strefy euro wynoszącej 13,6). Przedsiębiorcy brytyjscy przyjęli ostrożne podejście i zamknęli wiele placów budów, a firmy budowlane zachowują pesymizm.
Braki surowców będą ograniczać ożywienie gospodarcze w Zjednoczonym Królestwie. Sektor usług zapewne nie wróci do poziomu sprzed kryzysu w ciągu najbliższych 12 miesięcy, a produkcja i budownictwo w najlepszym wypadku powrócą do tego poziomu na koniec bieżącego roku. Wydatki konsumenckie obniżą się o około 15 proc. w całym 2020 r. Nastąpił już spadek sprzedaży nowych samochodów blisko o 20 proc. w stosunku do poprzedniego roku. Stopa bezrobocia prawdopodobnie zwiększy się do ponad 10 proc. w III kwartale (z 3,8 proc.w 2019 r.).
Cały czas utrzymuje się podwyższona niepewność związana z brexitem, oraz prawdopodobieństwo ryzyka braku porozumienia handlowego na koniec 2020 r. Zapewne dłuższy okres przejściowy będzie konieczny – co najmniej do połowy 2021 r., Wielka Brytania nie zdoła opuścić Unii Europejskiej bez strat i kłopotów.

Czego nie mówią rządowe plany?

Już przed epidemią załamały się wpływy z VAT, co pokazało fikcję rzekomej PiS-owskiej walki z „mafiami VAT-owskimi”.
Obecnie jeszcze nie znamy pełnych konsekwencji gospodarczych pandemii koronawirusa oraz działań rządów mających je ograniczyć. W efekcie, prognozy makroekonomiczne są obarczone bardzo dużą niepewnością – z marcowej ankiety ekonomistów Narodowego Banku Polskiego wynikało, że z 50 proc. prawdopodobieństwem realny wzrost produktu krajowu brutto w tym roku będzie w przedziale między minus 4,5 proc. a minus 0,5 proc.
Polski rząd opublikował Program Konwergencji, który z powodu niepewności związanej z dalszym przebiegiem epidemii koronawirusa oraz wciąż zmienianymi programami pomocowymi jest dokumentem skróconym. W obecnej sytuacji wszelkie prognozy są obarczone dużą niepewnością, jednak w dokumencie szczególnie zwraca uwagę pominięcie wpływu na finanse publiczne tarczy finansowej oraz funduszu przeciwdziałania COVID-19, oraz brak refleksji nad podwyższoną ścieżką wydatków publicznych także po 2020 roku – zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Rząd tworząc Program Konwergencji przyjmuje, że realne PKB spadnie o 3,4 proc., a nominalne o 0,3 proc. Jednocześnie zaznacza, że jest istotne ryzyko większego spadku.
Recesja spowodowana pandemią koronawirusa i ograniczeniem aktywności gospodarczej, będzie oznaczać spadek dochodów państwa, który w planie rządowym może być niedoszacowany.
Według założeń rządowych, dochody podatkowe mają, rok do roku spaść o ponad 5 proc. (czyli o ok. 25 mld zł). Choć spadek wynika przede wszystkim ze skutków recesji, to należy podkreślić, że jeszcze przed nią plany rządowe wydawały się nadmiernie optymistyczne.
O ile w całym 2020 roku rząd zakładał wzrost dochodów z VAT o 9 proc. r/r, to w ciągu ostatnich czterech miesięcy przed pandemią (listopad 2019 – luty 2020) wzrost w stosunku do analogicznego okresu roku poprzedniego wynosił symboliczne 0,2 proc. Doświadczenia poprzednich spowolnień wskazują, że spadek dochodów z VAT może być jeszcze większy od zakładanych przez rząd.
W przypadku równie istotnych składek na ubezpieczenie społeczne, zakładany jest symboliczny wzrost, ale to efekt sposobu konstrukcji programów pomocowych – składki do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych za pracowników firm z nich zwolnionych zapłaci sektor publiczny. Można jednak odnieść wrażenie, że w tym miejscu niedoszacowane jest ryzyko zmian na rynku pracy – będzie mniej umów o pracę, a więcej niżej oskładkowanych nietypowych form zatrudnienia.
Według szacunków rządowych, koszty działań antykryzysowych mają wynieść ok. 3,2 proc. PKB – jednak szacunki te nie uwzględniają szeregu działań i przez to są niedoszacowane. Rząd wprost liczy koszty tzw. tarczy antykryzysowej, jednak pomija koszty realizowanej przez Polski Fundusz Rozwoju tzw. tarczy finansowej oraz mającego funkcjonować w Banku Gospodarstwa Krajowego funduszu przeciwdziałania COVID-19.
O ile rząd może manipulować krajową definicją długu publicznego i zamieść te pozycje pod dywan, to najpewniej Eurostat uwzględni je w statystykach sektora finansów publicznych, co będzie skutkowało silniejszym wzrostem długu publicznego, według szacunków dr. Sławomira Dudka nawet o 9 punktów procentowych. Ponadto należy pamiętać, że rząd wciąż pracuje nad kolejnymi rozszerzeniami tarczy antykryzysowej, które mogą zwiększyć jej koszt.
Według szacunków rządu, spadek dochodów oraz nowe wydatki kryzysowe mają łącznie podbić dług publiczny według metodologii unijnej do 55,2 proc. PKB. Jednak uwzględnienie długu ukrytego w PFR oraz w BGK może podbić tę relację nawet powyżej 60 proc.
Rządowy dokument, poza stwierdzeniem o oczekiwanym odbiciu gospodarki w 2021 roku oraz zapowiedzią nowych dochodów podatkowych, nie odnosi się do następnego roku.
Oczekiwania co do wzrostu w przyszłym roku są bardzo mgliste i mówią o odbiciu przekraczającym spadek w tym roku. Przyjęcie takiego założenia oznaczałoby, że w 2021 roku nominalny PKB będzie o jakieś 5-6 proc. wyższy niż w 2019 roku (łączny efekt spadku o 0,3 proc. w 2020 roku i wzrostu rzędu 5-6 proc. w 2021 roku). Tymczasem szereg pozycji wydatkowych wzrośnie w tym czasie znacznie bardziej.
Same wydatki administrowanego przez ZUS Funduszu Ubezpieczeń Społecznych oraz Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego mają w 2020 roku wzrosnąć o ok. 6-7 proc. Nawet przy czysto inflacyjnej waloryzacji oraz wzroście liczby emerytów proporcjonalnej do starzenia się społeczeństwa w 2021 roku, wzrosną one o kolejne 5 proc. W efekcie wydatki na emerytury i renty w relacji do PKB wzrosną z 11,6 proc. do 12,3 proc.
Podobnych efektów, choć na mniejszą skalę, można spodziewać się także w innych obszarach wydatków publicznych, np. w planie konwergencji rząd szacuje, że wydatki na płace w sektorze publicznym wzrosną z 10,2 proc. PKB w 2019 roku do 10,7 proc. PKB w 2020 roku. Pytanie, o ile uda się rządowi obniżyć ich dynamikę poniżej dynamiki PKB w 2021 roku?. Te mechanizmy oraz wcześniej uchwalone już nowe wydatki (np. wzrost wydatków na ochronę zdrowia) oznaczają, że nawet po wycofaniu wydatków na programy antykryzysowe wydatki publiczne w 2021 roku będą o 2-3 proc. PKB wyższe, niż w 2019 roku.
Nawet przy optymistycznym założeniu, że dochody w relacji do PKB tak szybko wrócą do poprzedniego poziomu, będzie to oznaczało wyższy deficyt – stawiając rząd przed wyborem nowych podatków (już zapowiedziano podatek od handlu) lub ograniczenia wydatków.

Czy tak musiało się stać?

Plan Balcerowicza spowodował, że w Polsce nastąpił największy spadek produktu krajowego brutto spośród krajów naszego regionu.

Omawiając wyzwania przed jakimi stanął rząd premiera Mazowieckiego w 1989 r., Leszek Balcerowicz wymieniał: stan gospodarczej katastrofy, ceny galopowały 23-30 proc. miesięcznie, potężne kolejki, gospodarka się kurczyła, kraj był bankrutem. Stwierdził też: „dodatkowo w PRL pobrano od ludzi przedpłaty na samochody i mieszkania, które rząd wykupi z pieniędzy budżetowych”.

Istotnie takie były z grubsza  fakty. Z jego wypowiedzi wynika, że musiał stawić czoła takiej sytuacji i stosować drastyczne środki. Ale analizując działania L. Balcerowicza widać, że w dużej części taka sytuacja była wywołana właśnie przez niego. .

Tak, ceny galopowały ale dlaczego? Ano dlatego, że pod pozorem walki z inflacją w ramach planu Balcerowicza dokonano kolejnego uwolnienia cen (pierwsze uwolnienie nastąpiło jeszcze przed Balcerowiczem). Ceny mogły sobie hulać, a więc poszybowały w górę.

Przeciwdziałaniem tej sytuacji powinno być podjęcie energicznych działań dla zwiększenia produkcji rynkowej i usług dla ludności. Tymczasem L. Balcerowicz podejmował działania odwrotne. Polegały one na ograniczeniu podaży produkcji i usług rodzimych przedsiębiorstw. Produkcja przemysłowa w latach 1990-1991 zaczęła raptownie spadać, poprzez prywatyzację i niszczenie (prywatyzowanie) rodzimych przedsiębiorstw, gloryfikowanie kapitału obcego, zwolnienie go z podatków, przekazywanie przedsiębiorstw za bezcen, przekazywanie praw własności jeszcze przed sprzedażą, po zapłaceniu pierwszej raty. I nie zawsze egzekwowano wpłaty wszystkich rat.

Czy sprzedaż za złotówki, a nie za dolary (przy chronicznym braku dewiz i rosnącym zasłużeniem zagranicznym) i płacenie dolarami wygórowanych cen za usługi firm konsultingowych, to też było narzędzie pomocne dla pokonania powyższych wyzwań?

Z drugiej zaś strony mamy gnębienie, jeszcze polskich przedsiębiorstw, nałożonymi dodatkowymi podatkami: tzw. dywidenda państwowa płacona od wartości majątku trwałego (uprzednio znacznie podwyższonego w wyniku aktualizacji podwyżek cen) po tzw. skomercjalizowaniu (przygotowaniu do prywatyzacji), podatek od ponadnormatywnych wynagrodzeń tzw. popiwek, wpłaty z zysku netto, bezwzględne egzekwowanie zaciągniętych wcześniej kredytów (ciągle zwiększających się wskutek zwiększania oprocentowania).

Przedsiębiorstwa zaciągały kredyty na działalność przy oprocentowaniu normalnym. Po zwiększeniu stóp procentowych przez L Balcewicza nagle banki domagały się (wtedy jeszcze państwowe) horrendalnie wysokich odsetek: kilkadziesiąt, kilkaset procent, w tym za zaległości przeterminowane jeszcze wyższych. Żadne przedsiębiorstwo w normalnych warunkach nie jest w stanie udźwignąć tego ciężaru. Dochodziło do blokady udzielania nowych kredytów przez banki jeszcze państwowe na kontynuowanie działalności państwowym podmiotom – co przecież prowadziło do hamowania produkcji, bankructwa i w konsekwencji do złodziejskiej prywatyzacji (często likwidacji). Wszystko to jest opisane szczegółowo w książkach R. Ślązaka oraz W. Kieżuna. Z opisów tych wynika, że działania w tym okresie nie miały nić wspólnego z przezwyciężeniem wyzwań stojących przed gospodarką – realizowały zupełnie inne cele (głównie uwłaszczenie nomenklatury i likwidację przedsiębiorstw). Do tego dochodził skrajny brak ochrony rynku  wewnętrznego (likwidacja ceł w marcu 1990 r.) i w rezultacie uwolnienie importu. Spowodowało to zalewanie naszego rynku towarami przemysłowymi i importowaną żywnością dotowaną przez ówczesną EWG. 

Ten masowy import był dodatkowym elementem, oprócz wyżej wymienionych, do unicestwiania polskich producentów – na przykład wyroby dziewiarskie i pończosznicze z Chin, Indii, Tajlandii, Turcji i Włoch często bez oznaczeń firmowych ani jakościowych. Nie trzymanie wymogów jakościowych umożliwiało sprzedaż na rynku polskim po relatywnie niskich cenach. (co zresztą trwa do dzisiaj w supermarketach – specjalna produkcja  z przeznaczeniem na polski rynek).

W tym miejscu warto zacytować trafne spostrzeżenie A. Dryszela: ”Naukowe, jedynie racjonalne podejście opiera się na przeświadczeniu, jeżeli coś się zdarzyło, to znaczy, że musiało się zdarzyć – czego dowodem jest właśnie to, że się zdarzyło. Wydaje się, że Leszek Balcerowicz powinien to rozumieć, skoro sam o sobie mówi, że jest człowiekiem, który stara się opierać na empirii”. Dodajmy: skoro sam uprawia naukę i jest doktorem habilitowanym.

Koncepcje polskiej transformacji powstały nie w Polsce. Polskie propozycje polskich ekspertów były odrzucane (szczegółowo jest o tym mowa w książce W. Kieżuna i T. Kowalika). Były one dziełem  George’a Sorosa i Jeffrya Sachsa. Pisze o tym bardziej szczegółowo M. Barański. L. Balcerowicz był twórczym realizatorem tej  koncepcji. George Soros włączał się do uruchomienia transformacji finansując Fundację Batorego, która popierała tak realizowaną transformację (fundacja działa do dziś). Jedynie Jeffrey Sachs był wyrocznią, z którym rozmawiano i którego słuchano.

Pełna lista kroków cytowana jest w  książce W. Kiezuna (str. 123-126) jako „Program  J. Sachsa i D. Liptona” . W ramach twórczej adaptacji L. Balcerowicz nieznacznie go zmienił, na przykład nie zlikwidował popiwku dla przedsiębiorstw państwowych. Skutkowało to m. in. tym, że załogi dążąc do zwiększenia zarobków przychylnie odnosiły się do prywatyzacji, ponieważ było to droga do pominięcia bariery wzrostu wynagrodzeń.

Warto przytoczyć opinię laureata nagrody Nobla Miltona Friedmana (liberała): „Kontrola płac nie ma nic wspólnego ze zwalczaniem inflacji. Przeciwnie pogłębia ją, ponieważ powoduje nieefektywne rozmieszczenie sił roboczej, spadek produkcji pogorszenie sytuacji społeczeństwa. Kontrola plac przy jednoczesnym swobodnym kształtowaniu się cen prowadzi w prostej drodze do katastrofy” (za W. Kieżunem str. 185). Tak więc wyzwania, z którymi przyszło stawić czoła L. Balcerowiczowi były wywołane jego polityką, a nie zastanym stanem.

Autor wyżej wymienionych działań zaznacza, że „gospodarka została zliberalizowana” i można było podejmować własną działalność gospodarczą”. Przytacza przykład owej liberalizacji: „legalnie można było importować dobra” Jak widać, podawany przykład – że można było zalewać rynek importem ze wszystkimi tego konsekwencjami (eliminowanie polskiej produkcji, generowanie bezrobocia itd.) – może być odbierany jako efekt pozytywny.

L. Balcerowicz stwierdza, że na kolejne zmiany trzeba było więcej czasu, żeby rozwój sektora prywatnego przewyższył kurczenie się starego. Sektor prywatny zwiększał się wskutek prywatyzacji przez kapitał zagraniczny i rodzimą oligarchię, likwidacji ulegał  polski sektor prywatny (rzemiosło). Podkreślił też, że produkt krajowy brutto zaczął rosnąć w połowie 1991 r. Aby podkreślić skuteczność jego reform, przytoczył przykład Wielkiej Brytanii: że podobne reformy Margaret Thatcher przyniosły pierwsze efekty dopiero po trzech latach.

Chwyt narracyjny, że PKB zaczął rosnąć w połowie 1991 r. przykrył rzeczywistość, która została opisana w artykule A. Jakubowicza, stwierdzającym, iż spadek PKB w latach 1990-1991 w stosunku do 1989 wynosił aż 22,7 proc., a w 4-leciu (1990-1994) 19,1 proc. Spadek ten był największy spośród krajów naszego regionu. L. Balcerowicz jednak dodaje, że spadek statystycznego PKB w dużej mierze wynikał z tego, że GUS nie był w stanie mierzyć tego, co rosło, czyli sektora prywatnego, bo dopiero później udoskonalono metody liczenia. To jest gołosłowne podważanie wiarygodności statystyki, bez żadnego uzasadnienia.

Na uwagę, że jednak nie wszyscy identyfikują Plan Balcerowicza z pozytywami, bo wiele osób straciło pracę i trudno było im się odnaleźć w nowej rzeczywistości, Leszek Balcerowicz odpowiada: „Gdybyśmy zbyt wolno zmieniali naszą gospodarkę jak Łukaszenka na Białorusi, to efekty reform z pewnością byłyby mniej dotkliwe niż efekty ich braku /…/ Można to sprawdzić, jadąc np. na Białoruś”.

Porównanie do Białorusi całej patologii związanej z likwidacją PGR i bezrobociem oraz wykluczeniem mówi samo za siebie. Można tylko dodać, że dzięki temu na Białorusi nie było bezrobocia takiego jak u nas ze wszystkimi tego konsekwencjami. To myśmy kupowali od Białorusi traktory „Mińsk” po tym jak osaczono zakłady Ursusa reformami L. Balcerowicza. Zresztą, argumentacja ta jest kulą w płot. PKB Białorusi przyjmując rok 1995 za 100 proc. wzrósł o 299,6 proc. w roku 2018, czyli prawie 3-krotnie, zaś polski 249,7 proc. czyli prawie 2,5-krotnie w tymże 2018 r. (vide A. Jakubowicz w artykułach w Trybunie).

L. Balcerowicz powtarza: „Polska na tle innych krajów postsocjalistycznych osiągnęła najlepsze wyniki pod względem rozwoju gospodarki”. Odnosząc się do tego, że na Śląsku nie wspomina się dobrze tej reformy, podkreśla, iż  górnicy wcale nie chcieli, żeby ich synowie pracowali w niewydajnych i niebezpiecznych kopalniach – a dziś wiele osób pracuje tu w nowoczesnych usługach, jak w każdym prosperującym europejskim regionie.

K. Duda  opisując losy ludzi pozbawionych pracy na przykładzie Katowic Załęże, m.in. podaje, że pozbawieni pracy mężczyźni znajdowali pracę w firmach ochroniarskich, a kobiety w firmach sprzątających, które powstały z eliminowania tego rodzaju usług na zewnątrz. Hinduski właściciel Arcelor Mittal,  niezlikwidowanej części polskiego hutnictwa (m.in. dwóch największych hut w Polsce w tym Nowej Huty) wyłączył jedyny wielki piec w krakowskim kombinacie. Czy to miałby być koniec koniec hutnictwa w Polsce?

 Nie sposób się zgodzić się z tym, że usługi ochroniarskie, lub sprzątanie są nowoczesnym usługami. Ani z tym, że w wyniku reform efektem pozytywnym ma być to, że nie mamy dziś polskiego hutnictwa ze wszystkimi ujemnymi tego konsekwencjami tego.

Nie sposób pominąć milczeniem, w świetle dyskusji w Trybunie, wypowiedzi M. Zielińskiego w Gazecie Wyborczej z 2 stycznia 2020. To już jest szczyt hipokryzji, bowiem tytuł artykułu brzmi „30-lecie planu Balcerowicza Tak Polskę zbudowano”. I podtytuł „Dane liczbowe nie pozostawiają wątpliwości; bilans polskich reform po 1989 r jest jednoznacznie pozytywny”.

Przytaczane dane PKB zostały wyrwane z kontekstu innych danych. Jak wiadomo, już uznano, że podawanie samych wielkości PKB nie może być miarą wzrostu stanu gospodarki bez szeregu innych danych (bezrobocia, emigracji, poziomu zasobności, plac, potencjału gospodarczego, innowacyjności itp.). W ten sposób autor zdyskredytował wyniki badań z cytowanych przez siebie opracowań. O poziomie argumentacji niech świadczy następująca fraza: „Pierwsze rządy po 1989 r. musiały zmierzyć się ze spuścizną ponad czterech dekad socjalizmu, której przejawami były chociażby hiperinflacja, dominacja państwowych monopoli, brak cen rynkowych”. Odsyłam autora do książki zespołu autorskiego A. Karpiński. St. Paradysz, P. Soroka, W. Żółtowski pt. „Od uprzemysławiania w PRL do deindustrializacjl Kraju” oraz do prac, przynajmniej w części cytowanych w Trybunie, uznanych autorytetów polskiej ekonomii. Z lektury tej autor zrozumie, kto zbudował Polskę, a kto zrujnował (i kiedy została zbudowana, a kiedy zrujnowaną).

Z tekstów publikowanych w Trybunie autor zrozumie też, kiedy i dlaczego była hiperinflacja, kiedy ceny rynkowe prowadziły do biedy szerokich rzesz obywateli, z jaką spuścizną potencjału gospodarczego miał do czynienia L. Balcerowicz w 1989 r.  

Opisany wyżej sposób narracji o „sukcesie” transformacji jest przykrywką jej katastrofy. Nie są tam prezentowane wyniki badań ani analiza liczbowa łącznych wskaźników obrazujących gospodarkę. Jeżeli już, to tyko wielkości PKB, które bez kontekstu z innymi wskaźnikami nie dają rzeczywistego obrazu gospodarki.

 Cytowane wyżej prace pokazują PKB wraz z innymi wskaźnikami. Powtórzę jeszcze raz: L. Balcerowicz i jego apologeci nie podjęli rzeczowej polemiki z tymi publikacjami. Nie powołują się na badania, o których wspomina z dumą L Balcerowicz (które rzekomo mają być dla niego źródłem oceny sukcesu transformacji). O faktycznym braku takich badań świadczy fakt, że w dyskusji posługują się ogólnikami i inwektywami.

Chińska gospodarka stabilna jak zawsze

Dzięki stabilności i postępowi, gospodarka Chin ma warunki do osiągnięcia oczekiwanych celów.

Według danych opublikowanych 16 grudnia przez Państwowy Urząd Statystyczny Chin, funkcjonowanie gospodarki krajowej wykazało pozytywne zmiany w listopadzie, a główne wskaźniki gospodarcze były lepsze niż oczekiwano, gospodarka narodowa utrzymała stabilny i progresywny trend rozwojowy. W obliczu złożonej sytuacji rosnącego ryzyka i wyzwań w kraju i za granicą, dane te pokazują silną odporność, potencjał i pole manewru chińskiej gospodarki, a także wskazują, że podstawowy trend stabilności gospodarczej i długoterminowej poprawy gospodarki w Chinach nie uległ zmianie.
Gospodarka chińska utrzymuje stabilny postęp, a odzwierciedleniem tego jest sytuacja dotycząca zatrudnienia. W pierwszych 11 miesiącach bieżącego roku w miastach i miasteczkach w całym kraju pojawiło się 12,79 miliona nowych miejsc pracy, co stanowi 116,3 proc. rocznego celu. Patrząc na cały rok, oczekuje się, że w kolejnym roku poziom wzrostu nowych miejsc pracy osiągnie ponad 13 milionów . Gdy zatrudnienie się ustabilizuje, środki do życia i i podstawa wzrostu gospodarczego Chin zostaną ustabilizowane.
Stabilność dotyczy także handlu zagranicznego i inwestycji zagranicznych. Do końca listopada ogólne obroty importu i eksportu Chin wzrosły o 2,4 proc. w porównaniu z analogicznym okresem 2018 roku, z czego całkowita wartość importu i eksportu z krajami ASEAN wzrosła o 12,7 proc. , a wartość ta z krajami wzdłuż „Pasa i Szlaku” wzrosła o 9,9 proc. . Ponadto, w kontekście globalnego spowolnienia inwestycji, faktyczne wykorzystanie przez Chiny inwestycji zagranicznych w 11 miesiącach 2019 roku wzrosło o 6 proc. w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Stały wzrost handlu zagranicznego i inwestycji zagranicznych pokazuje, że stopień integracji między rynkiem globalnym a chińską gospodarką nadal się pogłębia i będzie nadal pomagał chińskiej gospodarce w dalszym rozwoju.
Gospodarka chińska utrzymuje stabilny postęp, co oznacza ciągłą optymalizację  struktury gospodarczej, a rola popytu wewnętrznego w napędzaniu wzrostu gospodarczego Chin nadal rośnie. Do listopada krajowe inwestycje w środki trwałe (wykluczając rolnictwo) wzrosły o 5,2 proc. w porównaniu z analogicznym okresem 2018 roku, a całkowita sprzedaż detaliczna towarów konsumpcyjnych wzrosła o 8,0 proc. rok do roku. Tempo wzrostu inwestycji i konsumpcji jest znacznie wyższe niż tempo wzrostu eksportu, co wskazuje, że motorem wzrostu gospodarczego Chin jest w coraz większym stopniu popyt wewnętrzny, który sprzyja silnemu rynkowi wewnętrznemu. Jednocześnie wzrost konsumpcji jest szybszy niż wzrost inwestycji, co wskazuje, że struktura popytu krajowego jest nadal optymalizowana.
Ponieważ konsumpcja mieszkańców stale rośnie, wymagania Chińczyków dotyczące jakości tradycyjnych towarów wzrastają, podobnie jak popyt na usługi takie jak turystyka, opieka zdrowotna, edukacja i usługi emerytalne. Według wstępnych szacunków Państwowego Urzędu Statystycznego Chin, konsumpcja usług stanowi obecnie prawie 50 proc. konsumpcji gospodarstw domowych. Można przewidzieć, że siła konsumpcyjna o wyższej jakości będzie odgrywać coraz ważniejszą rolę w napędzaniu chińskiej gospodarki.
Jednocześnie postęp gospodarki chińskiej znajduje odzwierciedlenie w ciągłej optymalizacji struktury przemysłowej i pojawianiu się nowego impetu. W listopadzie wzrost sektorów zaawansowanych technologii i produkcji sprzętu wyniósł odpowiednio 8,9 proc. i 8,5 proc. , ci jest szybsze  niż wzrost gałęzi przemysłu powyżej wyznaczonych oczekiwań; rozwój nowoczesnych sektorów usług, takich jak technologie informacyjne, transmisja oprogramowania, usługi handlowe i leasingowe rosną szybciej niż indeksy produkcji wszystkich przemysłów usługowych. Warto zauważyć, że indeks PMI dla przemysłu produkcyjnego w Chinach wyniósł w listopadzie 50,2 proc. , co stanowi wzrost o 0,9 punktu procentowego w porównaniu z poprzednim miesiącem. Wskaźnik PMI dla sektorów nieprodukcyjnych i usługowych wyniósł odpowiednio 54,4 proc. i 53,5 proc. , oba są znacząco wyższe niż w poprzednim miesiącu. To pokazuje, że koncepcja rozwoju napędzanego innowacjami,  gromadzi stały strumień nowego impulsu dla chińskiej gospodarki, a oczekiwania rynku również stale się poprawiają.
Przy obecnym spowolnieniu wzrostu gospodarczego na świecie oraz wewnętrznej transformacji i modernizacji gospodarki nie jest łatwo gospodarce chińskiej uzyskać tak dobre efekty. Wynika to z ogromnej przewagi rynkowej Chin i potencjału popytu wewnętrznego, a także ogromnego kapitału i zasobów ludzkich, a także skoordynowanego wykorzystania przez rząd chiński solidnych polityk makroekonomicznych i elastycznych polityk mikro.
Od 2019 roku Chiny wprowadziły zakrojone na szeroką skalę środki obniżające podatki i opłaty, których łączna wartość za cały rok przekroczy 2 biliony juanów. Jednocześnie Chiny nieustannie wprowadzają środki ułatwiające handel. Na przykład w dalszym ciągu zmniejszyły negatywne listy dostępu do rynku inwestorów zagranicznych, budowały wiodącą strefę demonstracyjną Shenzhen, Nowy Obszar Lingang w Szanghajskiej Strefy Wolnego Handlu oraz  założyły 6 nowych stref pilotażowych wolnego handlu, aby stale optymalizować otoczenie biznesowe i wzmocnić żywotność rynku. W pierwszych 10 miesiącach 2019 roku średnia dzienna liczba nowo zarejestrowanych przedsiębiorstw w Chinach wynosiła blisko 20 000. W porównaniu z całym ubiegłym rokiem średnia dzienna liczba nowo powstałych przedsiębiorstw wzrosła o 7,1 proc. . To pokazuje, że chińskie i zagraniczne firmy są pełne zaufania do chińskich perspektyw gospodarczych.
Pozytywne zmiany w najnowszych danych ekonomicznych dodatkowo pokazują, że Chiny mają podstawy i warunki do osiągnięcia oczekiwanego celu wzrostu na 2019 rok. W przyszłości Chiny nadal będą trzymać się zasadę stabilności, dążyć do postępu, przestrzegać polityki reform i otwarcia, promując rozwój wysokiej jakości, przyczyniając się do wzrostu gospodarczego na świecie.

Liu Dong
Tłumaczenie: Zhong Lei