Europejska płaca minimalna to fundament eurointegracji

My, związkowcy z różnych branż zrzeszeni w organizacji Związkowa Alternatywa, jesteśmy zdumieni i zbulwersowani listem organizacji pracodawców, w tym Związku Pracodawców i Przedsiębiorców, przeciwko przepisom na rzecz uregulowania płacy minimalnej na poziomie unijnym.

List ten jest dostępny pod adresem: https://zpp.net.pl/wp-content/uploads/2021/04/23.04.2021-List-ws.-Europejskiej-P%C5%82acy-Minimalnej.pdf).

Inicjatywa Komisji Europejskiej, by ustalić standardy minimalnego wynagrodzenia w całej UE to ważny element procesu integracji europejskiej, a zarazem wyraz jakże ważnej i potrzebnej troski o prawa osób o najniższych dochodach. Inicjatywa KE jest tym bardziej istotna, że działania instytucji unijnych wciąż przywiązują zbyt małą wagę do praw pracowniczych.

Zarazem cele Komisji są bardzo umiarkowane:
w projekcie unijnej dyrektywy o płacy minimalnej znalazł się zapis, że najniższa krajowa nie powinna być niższa niż 60 proc. mediany (środkowa wartość płacy w gospodarce) lub 50 proc. średniego wynagrodzenia w danym kraju. To dobry kierunek zmian, który dałby niskoopłacanym pracownikom elementarną przewidywalność co do minimalnych standardów płacowych w kolejnych latach. I, doprawdy, ciągle nie jest to dużo.

Jednocześnie przyjęcie konkretnych kryteriów dotyczących ustalania poziomu płacy minimalnej częściowo uniezależniałoby jej poziom od koniunktury politycznej.

Warto w tym kontekście zauważyć, że płaca minimalna w Polsce przekracza obecnie poziom 50 proc. średniego wynagrodzenia. Czemu wobec tego nie tylko wielu pracodawców, ale też rząd sprzeciwia się pomysłom unijnym? Najwyraźniej chcą, by w kolejnych latach można było
skokowo obniżyć minimalne wynagrodzenie i dowolnie manipulować jego poziomem, w zależności od kaprysów władzy politycznej i ekonomicznej. Naszym zdaniem to bardzo zły kierunek myślenia.

Pracodawcy twierdzą, że płaca minimalna może mieć negatywny wpływ na konkurencyjność firm, pozbawić pracy część osób o niskich dochodach i zwiększyć liczbę osób zatrudnionych nieformalnie. Uważają też, że unijne regulacje płacowe mogłyby zaburzyć obowiązujące systemy rokowań zbiorowych.

Trudno pojąć, skąd te argumenty. Dane empiryczne nie potwierdzają tezy, że wysoka płaca minimalna prowadzi do wzrostu bezrobocia czy zwiększenia skali szarej strefy. Nie ma takiej korelacji ani w Polsce, ani w innych krajach. Co więcej, w latach, gdy wzrost płacy minimalnej był najszybszy, stopa bezrobocia w Polsce znacznie spadała.

Nie ma też związku między wysokością płacy minimalnej i szarą strefą.
Ponadto warto pamiętać, że KE chce korelacji między płacą minimalną i średnią/medianą, a nie arbitralnego wzrostu minimalnego wynagrodzenia niezależnie od sytuacji na rynku pracy. W tym kontekście pismo ZPP jest tym bardziej niezrozumiałe. Wydaje się raczej, że pracodawcy grożą łamaniem prawa w razie przyjęcia systemowych regulacji odnośnie płacy minimalnej. To podejście naganne i nie do zaakceptowania. Skoro zaś są przedsiębiorcy, którzy nie chcą płacić pracownikom przynajmniej minimalnego wynagrodzenia, to znaczy, że nie nadają się do prowadzenia działalności gospodarczej i powinni zniknąć z rynku. Trudno też zgodzić się z opinią, że wysoka płaca minimalna zaburzy rokowania zbiorowe, tym bardziej, że w Polsce skala układów zbiorowych należy do najniższych w Unii Europejskiej. Skoro zaś ich nie ma, to tym bardziej ważne jest, by obowiązywały precyzyjne zapisy dotyczące całego rynku pracy.

W czasie kryzysu związanego z epidemią koronawirusa jest bardzo ważne, by podjąć działania na rzecz stabilizacji rynku pracy i zwiększenia bezpieczeństwa zatrudnienia. Ten cel powinien być ważny tak dla władz krajowych, jak i unijnych. Z całą pewnością ustanowienie płacy minimalnej na godnym poziomie powinno być elementem realizacji tego celu.

Znowu uderzą w pracowników?

Z oburzeniem podchodzimy do propozycji części organizacji pracodawców, by zróżnicować terytorialnie wysokość płacy minimalnej. To pomysł niesprawiedliwy, szkodliwy dla rynku pracy i sprzeczny z Konstytucją.

W przyszłym roku miesięczna płaca minimalna ma wynosić 2800 zł brutto. Oznacza to, że rząd Prawa i Sprawiedliwości nie dotrzymał obietnic z kampanii wyborczej, w której liderzy PiS przekonywali, że minimalne wynagrodzenie w 2021 r. będzie wynosić co najmniej 3000 zł. Pracownicy o najniższych dochodach i tak więc zostali oszukani przez partię rządzącą. Dopuszczenie niższych stawek niż 2800 zł byłoby kolejnym ciosem w najgorzej zarabiających pracowników. Jednocześnie byłoby to prawne usankcjonowanie dyskryminacji pracowników z najbiedniejszych części kraju. Tego typu rozwiązania dałyby też możliwość wielu firmom na omijanie prawa i rejestrowanie działalności w regionach, w których płaca minimalna byłaby najniższa.

W tej sytuacji zdecydowanie sprzeciwiamy się wszelkim pomysłom mającym na celu regionalne różnicowanie poziomu płacy minimalnej. Prawo powinno dotyczyć wszystkich obywateli w tym samym stopniu. Dotyczy to też rynku pracy. Dlatego uważamy, że zamiast różnicować terytorialnie wysokość płacy minimalnej rząd powinien zrobić wszystko, aby ograniczyć różnice w poziomie rozwoju między poszczególnymi regionami kraju. Innym pilnym zadaniem władz centralnych powinno być uniemożliwienie omijania płacy minimalnej. Z danych Państwowej Inspekcji Pracy wynika, że łamanie przepisów o minimalnym wynagrodzeniu wciąż jest plagą polskiego rynku pracy. Zamiast więc sankcjonować bezprawie lepiej podjąć z nim walkę.

Zamrożą płacę minimalną?

Tego właśnie oczekują od rządu – obok nowych pomysłów na wspieranie biznesu – organizacje pracodawców.

W ostatnich latach najniższe przewidywane prawem wynagrodzenie systematycznie rosło. W 2020 r. wynosiło 2600 zł brutto, co daje 1920 zł netto. W przypadku umów cywilnoprawnych („śmieciowych”) minimalna stawka godzinowa ustalona została na poziomie 17 zł (netto – 11). Wzrost płacy minimalnej w porównaniu z rokiem poprzednim wyniósł 15,6 proc. i ta tendencja miała się utrzymywać. W 2021 r. rząd obiecywał wynagrodzenie minimalne 3000 zł brutto (2150 na rękę).

Pracodawcy: żadnych podwyżek!

Pojawił się jednak koronawirus, na rynku pracy ruszyły zwolnienia i obniżki płac, a przedsiębiorcy zrzeszeni w Konfederacji Lewiatan bardzo nie chcą, by państwo zobowiązało ich do poniesienia wynagrodzeń najsłabiej opłacanych pracowników. Twierdzą, że w obecnej sytuacji nie ma miejsca na żadne ruchy, które zwiększałyby koszty pracy. Ich postulat jest prosty: niech płaca minimalna zostanie w czasie epidemii zamrożona. Podobnie proste stanowisko wyrażali w mediach eksperci Pracodawców RP. – Poczekajmy na liczby i fakty, ale jestem przekonany, że pokażą one, iż nie ma przestrzeni dla podwyżek – tłumaczył w money.pl Sławomir Dudek, główny ekonomista organizacji.

Wymagałoby to nadzwyczajnego zainterweniowania w samą ustawę dotyczącą płacy minimalnej, bo przewiduje ona gwarancję jej podwyższania w oparciu o prognozę wskaźnika cen. A te już w bieżącym roku szły w górę…

Na inicjatywę pracodawców z oburzeniem zareagował związek zawodowy Związkowa Alternatywa. Domaga się on, by rząd zrealizował swoje wcześniejsze obietnice niezależnie od kryzysu i podniósł płacę minimalną w 2012 r. do 3000 zł brutto.

Związki: wzrośnie ubóstwo!

– W czasie kryzysu istotne jest, by zachować dynamikę popytu wewnętrznego i poziom konsumpcji. Obniżanie płac niewątpliwie przyczyniłoby się do pogłębienia negatywnych zjawisk na rynku pracy i gospodarce – komentuje Piotr Szumlewicz, przewodniczący ZA. W jego ocenie ratowanie miejsc pracy to nie wszystko. Ludzie muszą jeszcze dysponować środkami, za które opłacą mieszkanie, media, a także będą w stanie nabywać produkty i usługi. Gdy upadnie popyt, firmy i tak staną się nierentowne, niezależnie od tego, jak bardzo zaoszczędzono na ich pracownikach.

– Roczny poziom inflacji wciąż przekracza 3 proc., a ceny żywności wzrosły w ciągu ostatniego roku o blisko 8 proc.. Zamrożenie płacy minimalnej oznoaczałoby zatem spadek realnych płac najgorzej opłacanych pracowników i wzrost skali ubóstwa wśród osób pracujących.w przyszłym roku do 3000 zł brutto – alarmują związkowcy.

Jeszcze pod koniec kwietnia o możliwe zamrożenie płacy minimalnej pytała Ministerstwo Finansów posłanka Katarzyna Osos (KO). Otrzymała cokolwiek wymijającą odpowiedź. Po przedstawieniu całej procedury wyliczania płacy minimalnej podsekretarz stanu w resorcie finansów stwierdził jedynie, że minister rodziny, pracy i polityki społecznej przedstawi projekt w tej sprawie najpierw pod obrady rządu, a potem na forum Rady Dialogu Społecznego z opóźnieniem. Wywołanym, oczywiście, koronawirusem. Na wydanie rozporządzenia w sprawie wysokości płacy rząd ma czas do września.

Stracona szansa na rynku pracy

Eksperci się zgadzają: czas dobrej koniunktury i szybkiego rozwoju gospodarczego się skończył.

Gospodarka zwalnia, przybywa coraz mniej miejsc pracy, spada dynamika wzrostu płac, inwestycji i konsumpcji. Coraz więcej komentatorów mówi, że kończy się okres prosperity, a sytuacja pracowników w wielu branżach będzie się pogarszać.

Lepiej już było

PiS miał szczęście. Przez cały okres pierwszej kadencji rządów Jarosława Kaczyńskiego w całej Unii Europejskiej rósł Produkt Krajowy Brutto, spadało bezrobocie, poprawiały się wskaźniki jakości życia, rosły inwestycje. Był to czas, w którym polski rząd mógł wprowadzać rozwiązania legislacyjne korzystne dla pracowników. Niestety jednak rząd nie skorzystał z okazji. Przez ponad cztery lata władza nie znalazła czasu, aby zadbać o prawa pracownicze i poprawić sytuację świata pracy, o którym tak wiele mówiono w trakcie kampanii wyborczych. Od 2015 roku nie wprowadzono praktycznie żadnych całościowych rozwiązań, które pozwoliłyby trwale poprawić sytuację ludzi pracy.

Rozkwit śmieciówek, wegetacja PIP

Prawo i Sprawiedliwość nie wdrożyło żadnych rozwiązań na rzecz ograniczenia umów cywilno-prawnych. Nie zmieniło ani nie uszczelniło na tym polu przepisów, nie zwiększyło uprawnień Państwowej Inspekcji Pracy, nie zwiększyło skali kontroli ani nie podniosło kar dla nieuczciwych pracodawców. Na dodatek umowy niestandardowe rozlały się po kolejnych obszarach rynku pracy nadzorowanych przez rząd, w tym chociażby rozpowszechniły się w służbie zdrowia czy transporcie lotniczym. Masowe łamanie Kodeksu pracy i zatrudnianie na umowę zlecenie lub samozatrudnienie, gdy są spełnione wszystkie wymogi pracy etatowej, najwyraźniej nie przeszkadza partii, która zdobyła władzę na krytyce ekonomicznych liberałów.

Gdzie podwyżki?

Nie ma też przełomu w polityce płacowej. Zarobki w sferze samorządowej i budżetowej w ciągu ostatnich 4 lat rosły wolniej niż w całej gospodarce, a godne podwyżki dotyczyły jedynie pracowników nielicznych profesji, których władza uznała za swój elektorat. Również wzrost płacy minimalnej, chociaż dość znaczny, nie został w żadnej sposób usankcjonowany ustawowo, co oznacza, że przy kryzysie gospodarczym władza nie będzie zobligowana do dalszego podnoszenia minimalnego wynagrodzenia. Jednocześnie nie wprowadzono żadnych innych bodźców na rzecz wyższych płac poprzez całościową politykę podatkową czy inwestycyjną.

Związki wciąż słabe

Rząd Prawa i Sprawiedliwości nie wprowadził żadnych istotnych rozwiązań, które pozwoliłyby wzmocnić związki zawodowe. Nie zwiększył ich uprawnień i kompetencji na obszarze zakładu pracy, nie zrobił nic, aby rozpowszechnić układy zbiorowe na poziomie branży, a na poziomie państwa całkowicie zmarginalizował dialog społeczny. Wzrosła jedynie rola Solidarności, ale tylko dlatego, że jest to dziś przybudówka partii rządzącej.
PiS wiele mówił o transparentności, a nie wprowadził jawności płac, ani nawet nie przegłosował ustawy o jawności płac przy ogłoszeniach o pracy. Rząd nie przeforsował też, ani nawet nie poddał dyskusji żadnych rozwiązań na rzecz przeciwdziałania nierównościom płacowym.

Wsparcie dla swoich

Wreszcie odnośnie jakości zarządzania spółkami skarbu państwa i przedsiębiorstwami państwowymi nie tylko nie było dobrej zmiany, ale wręcz nastąpił daleko idący regres. PiS-owscy prezesi na masową skalę zwalniali niewygodnych pracowników, obsadzali kluczowe stanowiska swoimi znajomymi, dyskryminowali krytyczne związki zawodowe. Miała być dobra zmiana na rynku pracy, a są zmarnowane cztery lata i zwalanie winy za patologie na poprzednie rządy.

PiS dusi Rzecznika Praw Obywatelskich

W biurze Rzecznika Praw Obywatelskich już teraz pracownicy zarabiają w okolicach najniższej krajowej. Powód? W 2019 roku rząd obciął środki na budżet płac o 2,5 miliona złotych.

Rząd Mateusza Morawieckiego, podobno „prospołeczny” i „propracowniczy”, wypowiadając wojnę Rzecznikowi Praw Obywatelskich, wziął na zakładników właśnie pracowników tej instytucji. W 2019 roku część zatrudnianych przez RPO odbierało pensję na najniższym możliwym poziomie, czyli 2250 zł. Budżet się z trudem dopinał. Po wzroście minimalnego wynagrodzenia do 2600 zł brutto od 1 stycznia, instytucja ma problem z zagwarantowaniem zatrudnionym nawet tego poziomu. Biuro alarmuje, że w kasie brakuje 1,7 mln zł.

Więcej zadań, mniej pieniędzy

– W 2019 roku zmniejszono fundusz wynagrodzeń o prawie 2,5 mln zł – mówi Agnieszka Jędrzejczyk z biura Rzecznika Praw Obywatelskich. – Parlament, nakładając na nas nowe zadania nie przeznaczył na ten cel żadnych środków. Z biura odchodzą osoby o wysokich kwalifikacjach ze względu na wynagrodzenie. Poziom zatrudnienia jest obecnie niższy niż w 2016 roku – podkreśla.

O jakie nowe zadania chodzi? – Ośmiu pracowników potrzebnych jest do zadań wynikających z ustawy o Sądzie Najwyższym, tj. skargi nadzwyczajnej. Kolejnych ośmiu zaś do pozostałych zespołów wnioskowych – w tym do Krajowego Mechanizmu Prewencji – wylicza Jędrzejczyk. Podkreśla, że biuro było świadome problemu, chciało zatrudniać dodatkowe osoby i myślało o podwyżkach dla tych, które już stanowią jego załogę. To jednak nie od niego zależy, a rząd najwyraźniej nie ma najmniejszego zamiaru ułatwiać życia Adamowi Bodnarowi, który wielokrotnie odważnie występował z krytyką jego poszczególnych pomysłów.

– Wielokrotnie już występowaliśmy o dodatkowe środki na utworzenie nowych etatów, za każdym razem jednak były one rozpatrywane negatywnie – podsumowuje Jędrzejczyk.

Kto ucierpi?

Dramatyczna sytuacja biura RPO może się przełożyć na brak wsparcia dla osób, których prawa są łamanie. Biuro już teraz nie ma adekwatnych środków m.in. na utrzymanie zespołu monitorującego zjawisko tortur i poniżającego traktowania. A to oznacza, że nie będzie komu przyglądać się sytuacji osób narażonych na przemoc, jakimi są w Polsce więźniowie i osoby zatrzymane przez służby mundurowe.

PiS „się przyjrzy”

Henryk Kowalczyk (PiS), szef sejmowej komisji finansów publicznych powiedział, że sprawie się przyjrzy. – Każdy budżet ustalany przez rząd będziemy prześwietlali, a co do minimalnych pensji, to oczywiście trzeba je zapewnić – wyjaśnił poseł PiS.

Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, ekonomistka z Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego, uważa, że w momencie, gdy rząd proponował podniesienie płacy minimalnej, powinien przygotować ocenę skutków regulacji, w której wskazałby skutki wprowadzenia podwyżek dla poszczególnych sektorów gospodarki, a zwłaszcza dla tych, za które odpowiada – czyli przede wszystkim zdrowia, oświaty i sądownictwa.

– Powinny się w niej znaleźć wyliczenia, ile pracuje tam osób o najniższych wynagrodzeniach i wyższych, bo przecież podwyżki trzeba zapewnić również innym pracownikom, aby zachować proporcje w pensjach ludzi o różnych kwalifikacjach – podkreśla Starczewska-Krzysztoszek. – Tego niestety nikt nie zrobił, a rzucanie w przestrzeń kwot 2,6 tys., 3, 4 tys. zł bez sprawdzenia, ile więcej pieniędzy z tytułu takich podwyżek trzeba zabezpieczyć w budżetach, jest nieodpowiedzialne – dodaje.

Jeśli RPO nie wypłaci zatrudnionym pensji na ustawowym poziomie, może zostać ukarane grzywną od 1 do 30 tys. zł. Czyżby rząd tylko na to czekał?

Jak się kończy zabawa z płacą minimalną

Zwolnienia z pracy, protesty zarówno pracowników jak i pracodawców, próby omijania przepisów. Takie są skutki eksperymentu południowokoreańskiego prezydenta z drastycznym podniesieniem najniższej płacy.

Na świecie trudno znaleźć lepszy przykład sukcesu gospodarczego niż Korea Południowa.
Nieprzerwany od 20 lat wzrost PKB łączy się z niskim zadłużeniem publicznym i utrzymującą się od ponad dekady wysoką nadwyżką na rachunku obrotów bieżących.

Przedwyborcza obietnica

Co więcej, Seul może pochwalić się globalnymi championami w przemyśle motoryzacyjnym czy elektronice użytkowej, a także niezwykle wysokimi wydatkami na badania i rozwój, które znacznie zwiększają szanse długotrwałego utrzymania dobrej koniunktury.
Jednak nawet tak silna i latami dobrze zarządzana gospodarka nie jest odporna na fatalne decyzje polityczne. Jedną z nich była kampanijna obietnica o podniesieniu pensji minimalnej.
Ubiegający się o fotel prezydenta Moon Jae-in szedł po władzę, zapewniając, że najniższe wynagrodzenie wzrośnie o ok. 55 proc w zaledwie trzy lata. Podobne tempo podwyżek obiecują rządzący w Polsce.
Po impeachmencie i skazaniu na wieloletnie więzienie byłej prezydent Korei Park Geun-hye w 2017 r. Moon miał szeroko otwarte drzwi do Błękitnego Domu.

Po 10 tys dla każdego

Lewicowy kandydat popełnił niestety kardynalny błąd i wbrew zdrowemu rozsądkowi, a nawet chłodnej kalkulacji politycznej, obiecał dokonać niemożliwego. Chciał podnieść do 2020 r. godzinowe wynagrodzenie minimalne z 6,47 tys. do 10 tys. wonów, czyli do równowartości niespełna 9 dolarów amerykańskich (poziom znacznie wyższy niż w USA).
Według szacunków obejmujących oczekiwany wzrost płacy w całej gospodarce minimalna wypłata stanowiłaby ok. 70 proc. mediany i 60 proc. średniego wynagrodzenia, czyli najwięcej w OECD.
Na nic się zdały protesty Federacji Mikroprzedsiębiorców, których 92 proc. ankietowanych członków w połowie 2017 r. sprzeciwiało się tak drastycznej podwyżce wynagrodzeń. Głosy rozsądku i opamiętania napływały jednak nie tylko z kraju, ale i z zagranicy.
Krótko po decyzji o podniesieniu najniższego wynagrodzenia o 16 proc. na rok 2018 głos zabrał Międzynarodowy Fundusz Walutowy. W listopadzie 2017 r. szef misji MFW dla Korei Tarhan Feyzioglu mówił, że rząd powinien znacznie zmniejszyć tempo podwyżek, gdyż może to negatywnie wpływać na konkurencyjność kraju oraz zatrudnienie.
W kolejnych miesiącach negatywnie na temat decyzji Moona wypowiadała się także Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), sugerując, że zbyt wysokie minimalne wynagrodzenie może zaszkodzić zatrudnieniu, jeżeli wyższe koszty pracy nie będą związane z poprawą produktywności.
Nawet publiczny think-tank Korean Development Institute przygotował opracowanie dotyczące wpływu wzrostu płacy minimalnej na zatrudnienie (Employment Effect of Minimum Wage Increase), w którym krytycznie odnosił się do szybkiego wzrostu wynagrodzeń. Wskazywał, że utrzymanie tempa wzrostu pensji minimalnej spowoduje utratę 96 tys. miejsc pracy w 2019 r. i 144 tys. w 2020 r.

Zamiast wzrostu – zwolnienia

Na te wszystkie głosy prezydent Moon był głuchy i kontynuował swoją kontrowersyjną politykę gospodarczą stymulującą rozwój m.in. wyższymi płacami. Zderzenie z rzeczywistością przyszło jednak bardzo szybko.
Jeszcze w połowie 2017 r. ogólny poziom zatrudnienia w ujęciu rok do roku rósł w Korei Południowej o 1,5 proc. Po kilku miesiącach tempo wzrostu zatrudnienia obniżyło się do mniej niż 1 proc., a pod koniec 2018 r. wyhamowało do 0,1 proc.
Najbardziej ucierpieli pracownicy, którzy otrzymywali wynagrodzenia minimalne lub bliskie tej wartości (handel, restauracje i hotele). Pomiędzy październikiem 2017 r. a październikiem 2018 r. zatrudnienie w tych branżach spadło z 6,1 miliona do 5,91 mln, czyli o prawie 200 tys. osób (dane Statistics Korea).
Reuters pisał swojej analizie, że strategia gospodarcza rządu, zamiast spowodować wzrost wynagrodzeń, skutkowała mniejszymi wypłatami (krótszy tydzień pracy) i brakiem możliwości dorobienia podczas nadgodzin (ograniczenie kosztów przedsiębiorstw).
Tak negatywnie zmiany na rynku pracy nie mogły zostać zignorowane. Co więc zrobił prezydent Moon?

Przeprosiny i niskie płace

Masowe zwolnienia spowodowały, że tempo wzrostu minimalnego wynagrodzenia zostało zmniejszone, ale stawka na 2019 r. i tak była podniesiona o prawie 11 proc. do 8350 wonów. Jednak już w momencie ogłoszenia tej decyzji (druga połowa 2018 r.) było wiadomo, że sytuacja gospodarcza nie pozwoli na zwiększenie najniższej pensji do 10 tys. wonów w 2020 r.
Prezydent wtedy przeprosił, obiecując przy tym, że 10 tys. zostanie „osiągnięte w najbliższym możliwym czasie”. Ta obietnica jednak także, nie będzie szybko zrealizowana (na pewno nie w trakcie bieżącej kadencji Moona).
Obecnie wiadomo, że w przyszłym roku wzrost minimalnego wynagrodzenia wyniesie tylko 2,9 proc, czyli będzie najwolniejszy w minionej dekadzie i trzeci z najsłabszych w ostatnim 30-leciu.
Jak ocenia Cinkciarz.pl, wydarzenia w Korei Południowej jasno pokazują, że zbyt gwałtowne i niepowiązane z poprawą kwalifikacji pracowników podnoszenie minimalnego wynagrodzenia powoduje wyłącznie problemy. Skutkuje ono zwolnieniami oraz protestami najpierw mikroprzedsiębiorców, a potem zawiedzionych pracowników (dziesiątki tysięcy osób demonstrowały w Korei Południowej w 2018 i 2019 r.) lecz w żaden sposób nie wspomaga wzrostu gospodarczego.
Zresztą, w przeszłości inne kraje również eksperymentowały z gwałtownym wzrostem najniższych płac: Francja w latach 1997-2005 czy Węgry w latach 2000-2002. I w żadnym przypadku nie była to dobra decyzja.

Powtórzymy nieudany eksperyment?

Kampanijne zapowiedzi w Polsce również zakładały gwałtowną podwyżkę minimalnego wynagrodzenia, którego procentowe wzrosty i relacja do mediany czy średniej wypłaty mają być analogiczne do tych obiecywanych przez Moona. Skutki dla naszego kraju mogą być jeszcze gorsze niż dla fundamentalnie silnej Korei Południowej. Dlaczego?
W Polsce ponad 20 proc. zatrudnionych (najwięcej w Unii Europejskiej) nie zarabia więcej niż 110 proc. pensji minimalnej. Silne skupienie się wynagrodzeń blisko najniższej krajowej oznacza drastyczne podwyżki dla dużej grupy osób. Te podwyżki nie są powiązane z poprawą kwalifikacji tych osób, różnicami kosztów życia pomiędzy regionami czy wiekiem – zauważa Cinkciarz.pl.
Brak zależności wynagrodzenia od produktywności i umiejętności będzie oznaczać konieczność zwolnień. Wzrośnie również pokusa do omijania regulacji, jak to miało miejsce w Korei Południowej.
Relatywnie wysokie wynagrodzenie może także oznaczać wzrost bierności zawodowej młodych ludzi, gdyż pracodawcy za narzucone z góry zbyt wysokie koszty pracy będą wymagali wygórowanych kompetencji w relacji do wieku kandydata.
Polska jest więc narażona na znacznie dotkliwsze konsekwencje zbyt szybkiego wzrostu minimalnego wynagrodzenia niż Korea Południowa.

 

Rząd zarobi na niezamożnych

Zapowiadany przez PiS wzrost płacy minimalnej spowoduje, że budżet ściągnie o ponad 350 zł miesięcznie więcej z każdej osoby, która będzie osiągać to minimum.

Od ponad 20 lat płacę podatki i ZUS, kupuję masę usług, przy okazji dając pracę prawnikom i księgowym. To nie jest tekst o mnie. Ale moja refleksja po 30 latach wolności, którą to rocznicę w tym roku świętujemy jest taka, że Polska zmieniła się w tym czasie nie do poznania. Dokonaliśmy największego skoku ze wszystkich państw startujących z naszego poziomu.
Ale dziś, w 2019 roku ciągle jesteśmy siódmym najbiedniejszym krajem Unii Europejskiej. Ten fakt nie zmieni się za sprawą rządowych nakazów, nowych regulacji czy transferów socjalnych.

Niskie płace wysoko opodatkowane

Kampanie wyborcze przebiegają pod znakiem prezentów, które politycy obiecują w nadziei na poparcie. Osoby potrzebujące istnieją i wymagają wsparcia, ale nie są na tyle liczne, aby ich głosy przynosiły wygraną w wyborach. Uwaga polityków skupia się więc na szerokich grupach społecznych.
Jednak za każdym razem zapominana jest grupa najważniejsza – ci, którzy ciężko pracują nie prosząc o przywileje, ani pieniądze innych ludzi, ale których praca tworzy dobrobyt Polski i te obietnice polityków finansuje. To my, ludzie pracy, którym zamiast prezentów politycy rzucają kłody pod nogi – rekordowo czasochłonny system podatkowy z rekordowymi karami, rekordowe opodatkowanie rekordowo wysokiej płacy minimalnej, kolejne ograniczenia i zakazy.
Polski system podatkowy należy do najbardziej czasochłonnych w UE – polski przedsiębiorca przez dodatkowe 20 dni rocznie zamiast rozwijać swoją firmę musi walczyć z dłuższymi i bardziej skomplikowanymi formularzami niż w innych krajach – wskazuje Forum Obywatelskiego Rozwoju. A każdy błąd może go słono kosztować – nigdzie kary nie są tak srogie jak w Polsce. Na przykład, gdy w innych krajach maksymalna kara za brak raportowania tzw. schematów podatkowych średnio wynosi niecałe 0,2 mln euro, to w Polsce grozi za to ponad 5 mln euro kary!
Polskie państwo nie rozpieszcza ludzi pracy – już pensja minimalna jest obłożona 39 proc. podatków i składek. Na świecie mało kto tak mocno opodatkowuje osoby o najniższych dochodach. Można płacić mniej kombinując z samozatrudnieniem czy umowami cywilnoprawnymi, ale znowu oznacza to, że energia ludzi jest marnowana na szukanie luk w systemie.

Tylko rząd skorzysta

Przed wyborami premier Morawiecki ogłosił pakiet ustaw kosztujących ponad 40 mld zł, za które zapłacą pracujący Polacy – ale tylko 10 mld z tej kwoty ma zostać przeznaczone na obniżenie podatków dla pracujących.
I o ile obniżka podatków została uchwalona przed wyborami, to po wyborach pracujący będą musieli zapłacić składki ZUS wyższe o ponad 11 mld zł.
Podnosząc płacę minimalną rząd stawia przeciwko sobie wszystkich ludzi pracy – pracowników i pracodawców jednocześnie, sam będąc tak naprawdę jedynym beneficjentem tych zmian.

System nieprzyjazny pracy

Wzrost płacy minimalnej do 3 tys. zł, po uwzględnieniu podatków i składek oznacza, że pracodawcy będą musieli zapłacić za każdy etat o co najmniej 900 zł więcej. Ale pracownik z tej kwoty zobaczy niecałe 550 zł, bo ponad 350 zł pójdzie na wyższe podatki i składki.
Bardzo nieprzyjazny dla pracy jest nasz system. I ten rząd czyni go coraz bardziej nieprzyjaznym.
To my pracujemy na wzrost, który premier może pokazywać w swoich kolejnych power pointach. Ale któregoś dnia może nam się już przestać chcieć. Możemy mieć dość bycia karanym za uczciwość i chęć życia w swoim, rozwijającym się kraju.

 

Maksymalne minimum Kaczyńskiego

Mądrze osadzone w realiach minimum płacowe, może spełniać dwie bardzo ważne funkcje. Stymulować rozwój technologiczny a równocześnie zabezpieczać pracowników przed zakusami nieuczciwych pracodawców. Tyle teoria. Zamiast niej, właśnie bijemy rekord świata w wyborczym podnoszeniu minimalnych wynagrodzeń.

Po zapowiedzi Kaczyńskiego, że płaca minimalna będzie wynosić 3 tys. zł brutto w 2020 r. i 4 tys. zł w 2023 r. w mediach niepisowskich rozpoczął się festiwal lamentu opozycyjnych polityków, ekonomistów i organizacji pracodawców.

Praca dla Polaków

PiS broni swojej obietnicy dla najmniej zarabiających opowiadaniem, że taki skok w płaceniu pracownikom zmusi przedsiębiorców do inwestowania w technologie nie wymagające drogiej pracy człowieka.
Koncepcja ta na pozór jest słuszna. Dzięki nowoczesnym liniom produkcyjnym ci, którzy będą mieli robotę, zarobią dużo więcej, zaś ludzie, którzy w związku z tym stracą pracę, znajdą ją gdzie indziej, za dużo większe pieniądze. W domyśle takiego rozumowania, tkwi bowiem przekonanie, że na naszym rynku pracy jest ponoć 1,5 mln wakatów.
To bajka. Gdyby bowiem tak było, to nowoczesna, zautomatyzowana i świetnie zorganizowana gospodarka Niemiec, nie przerzucałaby części swoich zakładów do Polski, Czech, czy na Węgry. Biznesmeni zza Odry zainwestowaliby przecież u siebie w takie maszyny, które same robiłyby wszystko.
Praktyka pokazuje jednak, że to tak nie działa. Roboty nie są w stanie zastąpić robotników. Ci zaś, tańsi niż za Odrą są właśnie u nas. Wypracowują oni zyski dla niemieckich firm, te zaś zasilają niemieckiego fiskusa. I jeśli w Polsce praca podrożeje tak jak chce PiS, to niemieckie koncerny przerzucą się z Polski, na Białoruś, czy inną Ukrainę. Tamtejsi robotnicy będą mieć zajęcie, zaś państwo niemieckie takie same zyski z opodatkowania swoich koncernów – jak wcześniej.
Stracą tylko Polacy. I to zarówno bezpośrednio – bo niektórzy zostaną bez roboty, jak i pośrednio – bo nie będzie kto miał płacić VAT, PIT i CIT.
A jeśli komuś w PiS marzy się, że dzięki zastosowaniu w Polsce niewymagających ludzi technologii, pozbędziemy się 1,5 mln gastarbeitrów z Ukrainy, to się myli. Nigdzie na świecie tak nie było. Rodowity, Francuz, Belg, czy Niemiec gdy raz przestał zamiatać ulice w swoim kraju, już nigdy do tego zajęcia nie wrócił. Robili to tam Arabowie, Murzyni, Polacy i Rumuni. I robią do dziś.
W opowieściach o inwestowaniu w nowoczesne technologie, spowodowanym windowaniem płacy minimalnej jest jeszcze jeden błąd. Zasadniczy. Tam bowiem, gdzie można by zastosować nowoczesną infrastrukturę, czyli w przemyśle i przetwórstwie, to po pierwsze już ona jest. A po drugie, w tych branżach od dawna każdy robotnik dostaje wynagrodzenie znacznie wyższe od minimalnego.

Wycisnąć prywaciarza

Najniższe płace dominują w sektorach na automatyzację zupełnie niepodatnych. A na dodatek, nie otrzymuje ich – tak jak to pokazują statystyki – 14 proc. zatrudnionych w Polsce. Czyli dwa razy więcej, niż wynosi przeciętna unijna. Czyli 7 razy więcej niż w Czechach.
Te zastraszające dane biorą się oczywiście z oficjalnych deklaracji pracodawców. Zarówno tych dużych, jak i małych. Mali zaś nader często prowadzą swoje biznesy na pograniczu legalności i szarej strefy. I wcale nie chodzi o handel narkotykami, nierząd, czy działalność gangsterską. Szara strefa to głównie płacenie pod stołem, niewystawianie faktur i nie wykazywanie znakomitej części przychodów.
Mali biznesmeni zatrudniający pracowników, najczęściej umawiają się z nimi na oficjalny etat z wynagrodzeniem, na poziomie minimum krajowego. Natomiast pod stołem osoby takie dostają na rękę dwa, a nawet trzy razy tyle. Oszczędzają i oni, i pracodawcy. Po kieszeni dostają ZUS i fiskus.
Ze statystyk wynika, że wśród zarabiających minimum ustawowe połowa pracuje w takich właśnie mikro firmach, w sektorach takich jak usługi, budownictwo i rolnictwo. Przy dzisiejszym rynku pracy, w którym pracownik jest na wagę złota, takie dane brzmią bardziej niż niewiarygodnie. Gdyby jednak od oficjalnej liczby minimalnie zarabiających odjąć tę grupę, to zostałoby dokładnie tyle, ile osób uposażonych na najniższym poziomie jest w Unii.
Jeśliby PiS wygrało wybory i podnosiło ustawowo minimum, to grupa ta, nie tylko wciąż wisiałaby w statystykach minimalizmu płacowego, ale nawet (w większości) nie odnotowałaby żadnej zmiany w swoich prawdziwych zarobkach. Pracodawcy płaciliby im jak dotąd – nad i pod stołem. A popłynęliby wyłącznie na tym, że teraz składki i PIT musieliby odprowadzać od kwot wyższych.
I tak naprawdę rządowi chodzi właśnie o to. O ściągnięcie do budżetu kolejnych miliardów. Nie, zaś o jakieś wydumany skok technologiczny, czy państwo dobrobytu.

Kij na samorząd

Bo o państwie właśnie, świadczy pozostała część zarabiających minimalnie. I to realnie minimalnie. Tym osobom nikt nie wypłaca drugiej pensji pod stołem, bo nie ma takich środków. Nie ma zaś dlatego, że jest jednostką budżetową. Czy to samorządową, czy państwową, czy jakąkolwiek inną instytucją publiczną.
Tych zarabiających dziś realnie w okolicach 1700 zł na rękę, dość łatwo zresztą wymienić. To pracownicy tak szacownych instytucji jak sądy i prokuratury. To osoby zatrudnione w urzędach wszystkich szczebli na stanowiskach recepcjonistów, sprzątaczek, czy ochroniarzy. To ludzie tyrający w szkołach i przedszkolach na etatach administracyjnych. To szpitalny personel sprzątający, kierowcy ambulansów, sekretarki medyczne, personel kuchenny, część personelu technicznego, a także ochrona. To ludzie pracujący w pomocy społecznej.
Wszystkich ich obowiązują widełki płacowe wymyślane przez urzędników i posłów. Każdemu z nich, odpowiednim rozporządzeniem, czy ustawą można by zatem uwłaczającą wysokość wynagrodzenia zmienić. A jednak państwo tego nie robi. Woli spektakularny zabieg podwyższający płacę minimalną. Dlaczego? To proste, bo przynajmniej część z tych podwyżek zostanie sfinansowana przez oszukujących na zarobkach pracowników prywaciarzy.
Ta część, która odnosi się do ludzi zatrudnionych przez administrację państwową. Co jednak, z administracją samorządową i podległymi jej służbami socjalnymi? I co z pracownikami zadłużającej się coraz bardziej służby zdrowia?
Tym będzie musiał zająć się samorząd. Co może być interesujące w obliczu zapowiadanego przez PiS obniżania stawek PIT, podnoszenia kwoty wolnej i zwolnienia podatkowego dla młodych osób. A właśnie z podatku od dochodów osobistych pochodzi lwia część przychodów samorządów.
Skłócona z centralą, władza lokalna na kasę od państwa nie ma co liczyć. Skąd zatem weźmie kasę? Z podniesienia cen biletów komunikacji miejskiej, opłat za żłobki i przedszkola, czy rezygnacji z zajmowania się pielęgnowaniem parków i sprzątaniem ulic?

Z głowy na nogi

Na te pytania, które po enuncjacjach PiS się pojawiają, odpowiedzi nie ma. Jest za to kuriozalna zapowiedź Koalicji Obywatelskiej dopłacania do najniższych wynagrodzeń co miesiąc 600 zł.
Gdyby miała zostać wcielona w życie, to można być pewnym jednego. Że liczba pracujących za minimalne wynagrodzenie, z ok 1,5 miliona skoczyłaby pewnie dwakroć. Bo każdy prywatny biznesmen skorzystałby z okazji, aby wszyscy podatnicy zrzucali się to co on ma płacić ludziom. Dzięki czemu, taki prywaciarz zatrudniający 5 osób, byłby co miesiąc bogatszy o 3 tys. zł.
Do licytacji wysokości minimum płacowego włączyli się wszyscy uczestnicy kampanii wyborczej. Nikt z nich nie zająknął się jednak, żeby rzecz ustawić na nogach raz na zawsze. I zapisać ustawowo, że minimalne wynagrodzenie rząd ma określić raz w połowie roku. Na poziomie – na przykład – 66 proc. średnich zarobków wyliczanych przez GUS. I wtedy każdy będzie wiedział co i jak. A przede wszystkim ci, którzy chcieliby zatrudniać pracowników za miskę ryżu.

Radźcie sobie sami

Podwyżka płacy minimalnej deklarowana przez partię władzy budzi kontrowersje. Wizja kraju dobrobytu roztaczana przez PiS możliwa jest jednak do wyobrażenia jedynie przez tych, którzy nie mają w życiu nic do stracenia.

Poruszanie się w terminologii płacy minimalnej wydaje się jednak wprowadzać w błąd przeciętnego odbiorcę programu wyborczego PiS. To nie płaca minimalna, a średnie zarobki jest tym wskaźnikiem, który właściwie oddaje poziom zamożności społeczeństwa, o który pozorny wzrost tak zabiega PiS. Choć premier Morawiecki zapewnia inaczej, analizując poziom średnich zarobków w UE, nasuwa się logiczny wniosek, że jeszcze dużo wody w Wiśle upłynie, zanim Polska rzeczywiście stanie się tym krajem, który dogoni Zachodnią Europę. Przykładowo, gdyby Polska rozwijała się w równie szybkim tempie jak obecnie, średnie zarobki Niemiec moglibyśmy dogonić za 18 lat, Francuzów za 14 lat, a Norwegów za lat 34. Nie ulega wątpliwości przecież, że Polska nie będzie wiecznie rozwijała się w takim tempie jak obecnie. Choćby więc PiS stanął na głowie, Polacy będą jeszcze przez wiele lat uznawali Niemcy czy inne kraje Europy za bardziej atrakcyjne ekonomicznie. Tym bardziej interesujący jest jeden z argumentów szczodrych pomysłodawców podwyżki, jakoby dzięki niej mieliby powrócić do kraju polscy emigranci. Tak się niestety składa, że polscy emigranci, zwłaszcza ci wykwalifikowani, nie zamierzają wracać. Zgodnie z najświeższymi raportami to właśnie obecna sytuacja polityczna najbardziej zniechęca Polaków do podjęcia decyzji o przeniesieniu się do Polski. Sytuacja ekonomiczna czy sytuacja w branży w której mogliby ewentualnie podjąć pracę wpływają na ich decyzję w znacznie mniejszym stopniu. Gdyby jednak zdecydowali się wrócić i założyć swoją własna działalność gospodarczą, perspektywa podwyżki płac minimalnych mogłaby ich jeszcze bardziej zniechęcić.
Podwyżka to jednak nie tylko zagrożenie dla przedsiębiorców, szczególnie tych małych i średnich zatrudniających niewielką liczbę osób, a które mogą być jeszcze na etapie wczesnego rozwoju. Nieprzemyślane konsekwencje skokowego wzrostu płacy minimalnej uderzą w znacznym stopniu również w służbę zdrowia. Wiele już obecnie zadłużonych placówek będzie potrzebowało znacznie większych środków do utrzymania się, a co się z tym wiąże będą zmuszeni do podniesienia cen odpłatnych świadczeń medycznych. W sytuacji, kiedy państwowa służba zdrowia absolutnie już i tak nie radzi sobie z realizacją usług, taki scenariusz może odbić się już tylko na pacjencie, który nie będzie mógł ostatecznie skorzystać z opieki medycznej na rozsądnych warunkach, zarówno korzystając z państwowych jak i prywatnych usług. Kolejnym aspektem jaki warto podjąć pod rozwagę, jest brak możliwości uniknięcia spłaszczenia się siatki wynagrodzeń, na skutek czego wykwalifikowany pracownik, na przykład fizjoterapeuta, może odebrać pensję równą wynagrodzeniu mniej wykształconej salowej, która na skutek administracyjnej decyzji będzie objęta nową ustawą o płacy minimalnej. Oczywiście możemy spodziewać się, że ostatecznie pensja każdego z nich będzie musiała proporcjonalnie wzrosnąć, jednak środki na ten cel placówka medyczna będzie musiała znaleźć we własnym zakresie.
Dotychczasowa wysokość płacy minimalnej była jednak czasem jedynym argumentem do tego, aby nisko wykwalifikowany pracownik otrzymał umowę o pracę z pełnym zakresem świadczeń, a nie umowę śmieciową, której jestem przeciwnikiem. Biorąc pod uwagę wszelkie rozważania, tak radykalna podwyżka, która miałaby zadziać się już 1 stycznia jest niesprawiedliwa. Niesprawiedliwa dla każdego pracodawcy, dla samorządów, dla instytucji, które muszą wygenerować środki na ostatnią chwilę. Dobrze prosperujące firmy, pracodawcy z doświadczeniem, choć to o ich potencjalnych problemach mówi się najwięcej, rzeczywiście mogą poradzić sobie i z tym wyzwaniem.
Argument aby w Polsce nie budować grupy ludzi, którzy zarabiają bardzo źle, co podkreśla w swoich uzasadnieniach Kaczyński wydaje się być racjonalny. Tak samo jak i ten, aby Polska  nie była dla innych krajów zasobem taniej siły roboczej. Jednak decyzje w tym zakresie nie powinny być realizowane na poziomie administracyjnym, zmuszając niejako pracodawców do poddania się nowym zasadom. Ustalanie płacy minimalnej to decyzja w żadnym wypadku nie polityczna, a ekonomiczno-społeczna. To mądrze prowadzona gospodarka ma stanowić zapewnienie dla przedsiębiorcy do tego, że podnosząc płacę minimalną, będzie w stanie zatrudniać pracownika na długookresowe umowy bez zagrożenia koniecznością jego przedterminowego zwolnienia. Mając jednak na uwadze przykład z Węgier, gdzie idol prezesa wprowadził podobny system podwyżek, zwolnienia są jak najbardziej prawdopodobne. Wkład wnoszony przez pracownika musi przecież odpowiadać kosztom jakie pracodawca ponosi w związku jego zatrudnieniem.
Bez względu na moc podjętych do tej pory argumentów negujących jak też potwierdzających słuszność przyjęcia programu PiS, nikt nie poddaje pod wątpliwość rzeczywistych intencji pomysłodawców. Podwyżka płacy minimalnej trafia przecież w punkt do elektoratu PiS, który zdecydowanie nie zastanawia się nad tym co stanie się z nim w kolejnych latach. Mając w perspektywie tak znaczącą dla siebie podwyżkę, rozsądnie pouczony przez swoich braci w sutannach bez zająknięcia pójdzie na wybory i zagłosuje.

Milionerzy

Czy wyborcze obietnice PiS-u zmienią Polskę w kraj mlekiem i miodem płynący?

Wszyscy chcielibyśmy być piękni, młodzi i bogaci. Bogactwo obiecuje nam PiS. Prezes Kaczyński już zapowiedział, że dzięki polityce rządu Mateusza Morawieckiego wkrótce dogonimy Niemy. Profesor Grzegorz Kołodko w Faktach po Faktach TVN24 zaproponował politycznym populistom zupełnie nowy gatunek wyborczej kiełbasy. „Niech obiecają, że jak wygrają wybory, za rok wszyscy będziemy o rok młodsi” – powiedział Kołodko. Zaczynam w tonie nieco żartobliwym. Ale sprawa jest śmiertelnie poważna. Jesteśmy bowiem świadkami przekroczenia populistycznego rubikonu. Chcesz wygrać wybory – przelicytuj swego konkurenta. A po nas – choćby potop.

Milionerzy

„Nie będzie płacy minimalnej cztery tysiące złotych w 2023 roku” – zapewnił profesor Kołodko. Przynajmniej w takim rozumieniu tych pieniędzy jak dzisiaj.
Niektórym z nas jeszcze nie zatarły się w pamięci tamte ceny. Kilogram chleba – 1000 zł. Schab – po 12 tysięcy zł. Kilogram żółtego sera – 6,5 tysiąca. I płaca – nawet ta najniższa – sięgająca miliona złotych. Wszyscy byliśmy wtedy milionerami.
Gdy po zapowiedzi prezesa Kaczyńskiego radykalnej podwyżki wszystkich wynagrodzeń napisałem na Facebooku o ryzyku wzrostu inflacji – podniosły się głosy krytyki. Tak – wszystkich wynagrodzeń. Bo tylko naiwni mogą sądzić, że jeśli najsłabiej zarabiający dostaną 4000 zł, pracownicy dotychczas tyle zarabiający nie zażądają paru tysięcy złotych podwyżki. Zgadzam się, że płace w Polsce są niskie. Zwłaszcza te najniższe. Ale czy należy pozwolić na niezwykle ryzykowny eksperyment ekonomiczny, które zamierza przeprowadzić na Polkach i Polakach główny ekonomista PiS-u Jarosław Kaczyński. Eksperyment unikalny w skali światowej. Bo raczej nie zdarza się, by w kraju o stabilnym pieniądzu i umiarkowanym kilkuprocentowym wzroście gospodarczym płace w ciągu czterech lat wzrosły o kilkadziesiąt procent. A płaca minimalna nawet o 80 proc.
Spróbujmy podsumować plusy i minusy nowego pomysłu Prawa i Sprawiedliwości.
Inflacja
„Kaczyński gra na rozwój popytu wewnętrznego i za to akurat wyjątkowo mu chwała. Bo to popyt wewnętrzny jako jedyny może zmniejszyć skutki nadchodzącej recesji. Nawet jeśli wynagrodzenia w PL wzrosną o 100% to i tak będziemy konkurencyjni w stosunku do zachodu, gdzie wynagrodzenia są wyższe 4-6 razy” – napisał w swoim facebookowym komentarzu Piotr Żukowski. „Trzeba zwiększyć cyrkulację pieniądza” – dodała inna komentatorka, Jola Tutak.
Wzrostu inflacji nie obawia się również Iwo Augustyński, dr nauk ekonomicznych Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu. A zarazem kandydat partii Razem w nadchodzących wyborach. Przedstawiający siebie jako jednego z niewielu polskich post-keynesistów. „W takim kraju jak Polska, na inflację nie ma wpływu ilość pieniądza” – pisze dr Augustyński na blogu. Podając jako dowód napływ olbrzymich środków unijnych do Polski, który nie doprowadził do wzrostu inflacji. Nie wiem, czy to dobry przykład, bo znaczna część pieniędzy unijnych przeznaczona została na inwestycje, nie na konsumpcję. Ale jako informatyk – nie ekonomista – nie zamierzam wchodzić w spór stricte ekonomiczny.
Ja swój inflacyjny dowód mam w koszyku w markecie. Te same zakupy, za które jeszcze nie tak dawno płaciłem 200 zł, dziś kosztują kilkadziesiąt złotych więcej. I trudno uwierzyć, że gwałtowny wzrost cen nie ma żadnego związku z kilkudziesięcioma miliardami rocznie dodatkowych pieniędzy trafiających do konsumentów. A poza tym, jeśli nie ma związku inflacji z ilością pieniędzy na rynku, to czemu mamy sobie żałować. Podnieśmy płace minimalne nie do 4000 zł, a do 8000 zł. Przegonimy wtedy Niemcy już za cztery lata. Bo u nich minimalna płaca to „zaledwie” 1557 euro.

Bezrobocie

Ludzie lewicy nie należą do szczególnie wierzących. Szczególnie w tak zwaną „niewidzialną rękę rynku”. Ale też zalecany przez keynesistów interwencjonizm państwa musi być trzymany na smyczy odpowiedniej długości. Bo gdy miejsce ekonomistów zajmą pijarowcy od wyborczej propagandy – może być nieciekawie. Jadwiga Emilewicz. minister przedsiębiorczości i technologii przyznała, że nikt z PiS-u nie konsultował z nią zamiaru radykalnej podwyżki płacy minimalnej. Sądzę że te 4000 zł nie wynika z żadnych analiz ekonomicznych. Potrzeba było tylko ładnej i równej sumki. Działającej na wyobraźnię wyborców PiS-u.
Ale ta suma działa też na wyobraźnię pracodawców. Jestem przeciwnikiem budowania przyszłości Polski na fundamencie specjalnych stref ekonomicznych. I znajdujących się tam montowni. Których zyskiem jest groszowy koszt robocizny. Ale na początku tego wieku – gdy bezrobocie sięgało 20 proc. – o takich inwestorów zabiegaliśmy. Likwidacja zakładów pracy bazujących na najgorzej opłacanych pracownikach musi się odbywać w sposób bezpieczny dla tychże pracowników. Koncerny dadzą sobie radę. Taśmy montowni mają to do siebie, że w dwa miesiące można je przenieść gdzieś indziej. Tylko czy wtedy w biedniejszych regionach Polski zamiast wizji 4000 zł, nie pojawi się wizja bezrobocia.
To ciekawe doświadczenie. Rozmawiałem ostatnio z kilkoma potencjalnymi beneficjentami zaordynowanej przez Kaczyńskiego podwyżki płacy minimalnej. O dziwo nie strzelały korki od szampanów. Dominował strach. Bo rachunek jest prosty. Dziś na stróżówce jest nas dwóch. Za marne 2250 zł brutto. Po podwyżce PiS-u jeden dostanie niemal dwa razy tyle. Ale drugi będzie musiał szukać roboty gdzie indziej. Kto kiedyś pracował na etacie, wie, czym jest strach przed zwolnieniami.

Na szarym końcu

„W Polsce udział wynagrodzeń w PKB jest żałośnie niski” – napisał Piotr Żukowski, jeden z moich kolejnych komentatorów facebookowych. Tak – to prawda. Wraz ze Słowacją, Węgrami i Irlandią jesteśmy w ogonie Europy. Udział płac w PKB w Polsce to zaledwie 48 proc. To istotnie mniej od średniej unijnej – wynoszącej 55 proc. Powoli rośnie. W bieżącym roku ma wynieść 48,9 proc. Pytanie, czy da się ten niekorzystną sytuację zmienić jedną ustawą rządu Morawieckiego? Moim zdaniem, nie.
O udziale płac w PKB decydują dwa czynniki: ogólny poziom płac i struktura zatrudnienia. Jeśli wszyscy bylibyśmy informatykami, pewnie udział płac w PKB byłby w europejskiej szpicy (chociaż – po co nam tylu informatyków). Jeśli wszyscy pracowalibyśmy w montowniach – byłoby odwrotnie. Nie ma skuteczniejszej drogi do lepszych płac niż rozwój nowoczesnej i innowacyjnej gospodarki. Oferującej dobrze płatne miejsca pracy dla wykwalifikowanych pracowników.
Rezerwy w podnoszeniu ogólnego poziomu płac (w tym płacy minimalnej) z pewnością są. Należy je wykorzystywać, aby również pracownicy o niższych kwalifikacjach mogli otrzymywać wynagrodzenia pozwalające na godne życie. Ale z pewnością nie może o tym decydować przedwyborcza licytacja.

Pod stołem

Mądrością związków zawodowych w sporze z pracodawcą jest wynegocjowanie najlepszych warunków pracy. Ale jednocześnie takich, by firma mogła normalnie i zyskownie funkcjonować. Dramatem propozycji płacowych Kaczyńskiego jest to, że nikt żadnych negocjacji z pracodawcami nie prowadził. Pomysł 4000 zł urodził się w gabinecie prezesa PiS-u na Nowogrodzkiej.
Jak zareagują przedsiębiorcy? Duzi raczej sobie poradzą. Choć pewnie nie obejdzie się bez podwyżek cen – z jednej strony. I redukcji zatrudnienia – z drugiej. Póki co mamy ogromny deficyt pracowników. Więc ci zwalniani nie powinni obawiać się masowego bezrobocia.
Nikt natomiast nie jest w stanie przewidzieć, jak zareagują na wzrost płacy minimalnej najmniejsze firmy. Być może zmieni się tylko sposób wypłat. Wiadomo, że dzisiaj w wielu branżach model jest następujący: minimalna krajowa na papierze. Plus reszta „pod stołem”. Zwiększenie płacy minimalnej zmniejszy (lub zlikwiduje) to co „pod stołem”. Podrażając oczywiście koszty pracodawcy o podatek i ZUS kwoty wypłacanej dotychczas „pod stołem”. Ale koniec końców, byłby to scenariusz pozytywny.
Gorzej, jeśli przedsiębiorcy zaczną masowo likwidować zakłady pracy. Nie będąc w stanie prowadzić dalej działalności gospodarczej przy narzuconym administracyjnie poziomie wynagrodzeń. „Zarżnięcie” drobnej przedsiębiorczości – to możliwa konsekwencja tak niespodziewanych i wysokich podwyżek płac. Mogę to opisać na własnym przykładzie. Prowadząc przed laty małą drukarnię, bazowałem na wieloletnich umowach z kontrahentami. Podejrzewam, że nie byłbym w stanie w tak szybkim tempie dostosować się do zupełnie nowych warunków ekonomicznych funkcjonowania firmy.

Kredytobiorcy

Kolejnymi, którzy mogą sobie nie poradzić – to kredytobiorcy. Jeśli wskutek podwyżek płac inflacja wzrosłaby do 6-7 proc. w skali roku, to oprocentowanie kredytów złotówkowych (szczególnie hipotecznych) sięgnęłoby niemalże 10 proc. A to oznacza, że przy kredycie mieszkaniowym rzędu 350 tys. zł, do spłaty byłoby co najmniej 30 tysięcy samych odsetek rocznie. Wraz ze spłatą kapitału, miesięczna rata przekroczyłaby 3000 zł.
Lewica mówi w swoim programie o budowie mieszkań na wynajem z pieniędzy publicznych. Ale to dopiero przyszłość. Dzisiaj rynek mieszkaniowy w znacznej mierze funkcjonuje dzięki kredytom hipotecznym. A te z kolei – dzięki niskim stopom procentowym. Dr Augustyński przekonuje, że wskutek radykalnego wzrostu płac inflacja nie wzrośnie. Ale jeśli by wzrosła –oznaczałoby to zapaść na rynku budownictwa mieszkaniowego. Plus tragiczną sytuację kredytobiorców spłacających kredyty mieszkaniowe. Ryzykujemy, że los „frankowiczów” może stać się udziałem również „złotówkowiczów”.

W telewizji

A teraz puenta. Gdyby w radiu lub telewizji zapytali mnie: co Pan sądzi o podwyżce płacy minimalnej. Co bym powiedział w dwóch zdaniach? Popieram podwyżkę płacy minimalnej do 2600 zł w roku 2020. Lewica proponowała nawet 2700 zł. A 3000 zł? 4000 zł? To wyłącznie kiełbasa wyborcza. Której celem jest wygranie wyborów. A nie polepszenie życia najmniej zarabiającym. Tyle.