Komuniści a niepodległość Polski

Uwagi na marginesie książki Andrzeja Friszke

Na stanowisku komunistów polskich w kwestii niepodległości polski na przełomie XIX i XX wieku ciążył błąd Róży Luksemburg, która uważała, że ziemie polskie w wyniku przemian kapitalistycznych tak już zrosły się z gospodarkami zaborców, że odbudowanie państwa narodowego jest niemożliwe. Poglądy Róży Luksemburg w kwestii narodowej były sprzeczne z wyrażanymi wcześniej poglądami Marksa i Engelsa, a nawet Jerzego Plechanowa. Stały się też obiektem krytyki ze strony Lenina. Można powiedzieć, że sprawa polska przypominała dylemat współczesnego narodu kurdyjskiego, który zamieszkuje głównie tereny Turcji, Iraku, Iranu i Syrii i nie posiada własnego państwa.

Pod koniec opisywanego przez Andrzeja Friszke okresu, komuniści polscy o istniejącym państwie polskim wyrażali się „w kategoriach ideologicznych, klasowych, negując sam fakt niepodległości jako kategorię polityczną mijającego świata burżuazyjnego” (s. 442). W ich ocenie państwo polskie realizowało klasowe interesy burżuazji i kapitału międzynarodowego. Uważali, że endecja obiecująca niepodległość, dostosowuje się do żądań ententy, czyli głównie Francji, Anglii i Stanów Zjednoczonych. Komuniści zarzucali socjalistom, że zdradzili interesy polskiej i międzynarodowej klasy robotniczej. Wydaje się dziś, że mieli rację zarzucając socjalistom obronę państwa „burżuazyjnego”. Komuniści na cały świecie traktowali rewolucję w Rosji jako konflikt klasowy, jako rewolucję międzynarodową, jako swoją rewolucję, którą należy wspierać wszelkimi sposobami. Polacy walczący po stronie bolszewików traktowali rewolucję październikową jako wspólne zwycięstwo nad caratem, jako początek rewolucji światowej. Przecież po stronie rewolucji październikowej walczyli przedstawiciele wielu narodów i narodowości. W szeregach Armii Czerwonej walczyło ponad 100 tysięcy Polaków, tworzyli całe pułki, piastowali najwyższe stanowiska partyjne i państwowe. Józef Stalin był Gruzinem. Bunt lewicowych eserowców przeciwko polityce bolszewików został stłumiony głównie przez odziały łotewskie. Komisarzem w Armii Czerwonej był Czech Jaroslaw Hašek, autor Przygód dzielnego wojaka Szwejka podczas wojny światowej. Rewolucyjne wrzenie ogarnęło w ówczesnym okresie setki milionów ludzi na całym świecie.

Ujawniane dokumenty pokazują, że alternatywa dla rewolucyjnego rozwiązania kwestii narodowej i socjalnej, wbrew temu co pisze Andrzej Friszke, była. Fakt, że nie powiodły się rewolucje w Niemczech, na Węgrzech czy w innych krajach nie przeczył możliwości rewolucji w Polsce. Tylko bowiem zbieg różnych okoliczności sprawił, że ta alternatywa się nie ziściła. Sprawy te rozstrzygano wszak przy huku armat, z karabinem i ulotką agitacyjną w ręku. Gdybyśmy takiej alternatywy nie dopuszczali, uznalibyśmy ówczesnych ludzi, za istoty bezmyślne, skazane na wykonywanie „wyroków historii” nie wiadomo przez kogo wydanych. Wszak historia pokazała, że to, co nie stało się w 1920, ziściło się w 1945 i trwało przez dwa pokolenia. Jednak Andrzej Friszke poprzez ukazanie niektórych sprzeczności, dostarcza współczesnemu czytelnikowi dowodów, jak złożona była sytuacja i że różne kierunki jej rozwoju były możliwe. W książce swojej prezentuje nie tylko świetny warsztat naukowy, ale także określone sympatie polityczne.

W wypowiedziach o wojnie polsko-radzieckiej dominuje od lat na poły hagiograficzna narracja. Pokpiwa się z Komunistycznej Partii Robotniczej Polski, kiedy w swych ulotkach i materiałach propagandowych określała wojnę ze strony polskiej, jako toczonej w interesie imperializmu i polskiego ziemiaństwa. Komunistom zarzuca się, że byli właściwie agentami i szpiegami bolszewików, działali na szkodę armii polskiej. Opowiada się legendy o tym, że poza komunistami społeczeństwo polskie jak jeden mąż popierało wojnę i stawiało się do armii w obronie ojczyzny. W momencie szczególnego zagrożenia wszyscy byli za powołaniem Rządu Obrony Narodowej i udzielili mu bezwarunkowego poparcia, nawet Polska Partia Socjalistyczna, z której wywodził się Józef Piłsudski. W takiej uproszczonej narracji ówczesne społeczeństwo wydaje się działać jak dobrze naoliwiona maszyna historii, bez żadnych wątpliwości i rozterek.

Andrzej Friszke, zachowując antykomunistyczne oceny ówczesnej sytuacji i działań, ukazuje szereg sprzeczności, które wzbogacają obraz społeczeństwa polskiego.

Sprzeczności wśród samych komunistów

Komuniści byli generalnie zgodni w ocenie ówczesnej polityki rządu polskiego, jego burżuazyjno-imperialistycznego charakteru. Uważali zatem, że powinni działać na rzecz Armii Czerwonej i osłabiać ducha walki w armii polskiej. Nie uważali za dyskwalifikujące ich ewentualne objęcie władzy dzięki radzieckim bagnetom.

Na tym tle interesujące wydają się poglądy i działania Juliana Marchlewskiego, który rozważał różne możliwe warianty rozwoju sytuacji. Uważał, że polskie terytorium narodowe rozciąga się od Karpat po ujście Wisły oraz od Odry po Bug. Przewidywał, że Śląsk stanie się przedmiotem rywalizacji polsko-niemieckiej. Opanowanie jego etnograficznie polskiej części mogło stać się warunkiem rozwoju przemysłu polskiego. Jego zdaniem, przemysł polski nie mógł się też odrodzić bez rosyjskich surowców i rynków zbytu. A przemysł rosyjski potrzebował więzi z polskim. Relacjonując poglądy Marchlewskiego Friszke pisał: „Zniesienie granic w wyniku rewolucji dałoby ogromne możliwości rozwoju przemysłu Górnego Śląska – mógłby zaopatrywać w węgiel, żelazo, cynk, artykuły chemiczne Polskę, wschodnią część Niemiec, Litwę, Ukrainę, Białoruś, Węgry. Natomiast kapitalistyczna Polska stałaby się rywalką Niemiec i Czech, a jednocześnie dążyłaby do ekspansji na wschód – na ziemie Litwy, Białorusi, Ukrainy. »Odrodzona kapitalistyczna Polska może stać się jednym z najbardziej niebezpiecznych dla pokoju elementów Europy«” (s. 449).
Marchlewski po powrocie z Niemiec do Polski wystąpił z inicjatywą zabezpieczenia tyłów Armii Czerwonej na froncie zachodnim, aby mogła rozwinąć ofensywę w walce z Denikinem i Kołczakiem. Nie wszyscy polscy komuniści taką taktykę popierali, gdyż, przynajmniej przejściowo, skazywało to ich na własne siły.

Tajne rokowania jakie prowadził Marchlewski w imieniu bolszewików z Piłsudskim, pozwoliły im przerzucić część oddziałów wojskowych do pokonania Kołczaka i Denikina, by następnie powrócić do zmagań z Polską.
Powstaje pytanie, dlaczego Piłsudski wstrzymał ofensywę przeciwko Armii Czerwonej, aby pokonała ona oddziały białych? Wolał bowiem, aby zwycięstwo odnieśli bolszewicy, bo przynajmniej formalnie opowiadali się za prawem narodów do samostanowienia. Natomiast uważał, że ich przeciwnicy dążyli do zapewnienia odrodzenia Rosji w dawnych carskich granicach. Piłsudski wolał przejściowy sojusz z bolszewikami, gdyż nie wierzył w gwarancje dawane przez ententę, że Denikin zgodzi się na odrodzenie państwa polskiego. Negocjacje były podjęte wbrew stanowisku ententy, która zabraniała jakichkolwiek rozmów z Rosją Radziecką. Historia nieraz lubi zaskakiwać jej uczestników. Niezależnie od tego jakie intencje miał Marchlewski przyczynił się do odzyskania przez Polskę niepodległości.

Imperialistyczny charakter wojny

Taka ocena wojny przez polskich komunistów spotyka się z największą ironią publicystów i historyków, których niesie fala polskiego nacjonalizmu. Ale, jak pisze Andrzej Friszke, kiedy Armia Czerwona zbliżała się do ziem etnicznie polskich, premier Władysław Grabski szukał ratunku podczas konferencji w Spa 9-10 lipca 1920 roku. Od przedstawicieli Wielkiej Brytanii, Francji, Włoch „Usłyszał, że pomoc Polsce może być udzielona tylko pod warunkiem, że zrezygnuje ona ze swojej imperialistycznej i aneksjonistycznej polityki oraz zgodzi się pozostawić decyzję o jej granicach w rękach państw ententy” (s. 489). Ponadto, Grabski zgodził się na granicę państwa polskiego wzdłuż linii Curzona, oddanie Wilna Litwie, a także na rezygnację z plebiscytów na Śląsku Cieszyńskim, Orawie i Spiszu.
W tym czasie socjaliści na zachodzie Europy występowali w obronie Rosji Radzieckiej, dokerzy portowi odmawiali załadowywania na statki broni przeznaczonej dla Polski i zastępować ich musieli żołnierze. A socjaliści polscy weszli w skład Rządu Obrony Narodowej. Ale nie była to decyzja tak oczywista, jak się niektórym wydaje, gdyż naruszała zasady wcześniej głoszone przez PPS. Decyzja o wejściu w skład rządu zapadła na posiedzeniu Centralnego Komitetu Wykonawczego PPS stosunkiem głosów 37 do 14. „Wielu działaczy […] uważało wejście do rządu wraz z endekami za błąd, odstąpienie od pryncypialnego stanowiska i pośrednio rozgrzeszanie prawicy. Wielu działaczy oceniało, że taki kompromis będzie niezrozumiany przez robotników. Pamięć represji, uciekanie się do sił porządkowych przeciw strajkującym, nierozliczone zajścia kończące się śmiercią lub ranami, złośliwe działania w walce ze strajkującymi, jak choćby w czasie strajku robotników miejskich Warszawy, wszystko to budowało mur niechęci i głęboką nieufność do endecji, ale też innych ugrupowań prawicowych. Istniała zarazem na lewicy pokusa, by w dramatycznej sytuacji wrócić do koncepcji rządu ludowego, połączyć obronę kraju z jednoznacznie lewicowym programem” (s. 496-497).

We współczesnych publikacjach pisze się o masowym napływie ochotników do polskiej armii. Ale w rzeczywistości proces ten nie przebiegał tak bezboleśnie. Wielu mężczyzn w wieku poborowym ukrywało się w domach, a po ulicach krążyły patrole wojskowe wyłapujące dekowników. „W lutym 1920 roku w powiecie łomżyńskim stawiło się do wojska 60 procent powołanych, w ostrołęckim zaledwie 40 procent. W następnych miesiącach sytuacja jeszcze się pogorszyła”. Do Armii Ochotniczej generała Józefa Hallera zgłaszali się głównie inteligenci, urzędnicy, nauczyciele, studenci, młodzież gimnazjalna i harcerze. Andrzej Friszke powołując się na raporty Oddziału II Ministerstwa Spraw Wojskowych pisze, że wiadomości o porażkach wojska polskiego większość ludności chłopskiej przyjmowała z obojętnością, ukrywała dezerterów. Hasło zaciągu ochotniczego natrafiło na wsi na niepodatny grunt. „W powiecie zamojskim zgłosiło się zaledwie 30 procent poborowych, w dodatku 90 procent z nich poprosiło o odroczenie służby. O niektórych wsiach pisano, że są wręcz »zbolszewizowane«. W Krośnie do poboru miało się stawić 28 gmin, stawiła się jedna” (s. 502). Podobne opory przed wstąpieniem do armii polskiej występowały w środowisku robotników. „W obliczu zagrożenia działania władz lokalnych w wielu miejscowościach kierowały się przeciw wszelkim potencjalnym elementom »wywrotowym«, zamykano lokale związkowe, partyjne, zawieszano pisma, następowały aresztowania podejrzanych. Wśród tak represjonowanych byli działacze PPS, związków zawodowych, zwłaszcza robotników rolnych” (s. 499). Robotników z różnym powodzeniem rekrutowano na masowych wiecach, strasząc ich bolszewickim terrorem, odebraniem ośmiogodzinnego dnia pracy. Identyfikacja chłopów i robotników z państwem polskim nie przebiegała więc bezproblemowo, ich postawy zmieniały się stopniowo.

97 procent ochotników deklarowało się jako „chrześcijanie”. Było jednak tysiące ochotników wyznania mojżeszowego. Nacjonalistyczna propaganda endecji doprowadziła jednak do zaostrzenia stosunków społecznych. Endecka propaganda tworzyła antylewicową histerię, utożsamiała bowiem socjalistów z komunistami, a tych z Żydami. Efektem tego były pogromy, w których zamordowano wielu Żydów. Minister spraw wojskowych generał Antoni Listowski musiał wydać dowódcom okręgów generalnych rozkaz piętnujący ustawiczne ekscesy antyżydowskie i nakładający na dowódców wojskowych obowiązek dbania o dyscyplinę i karania takich występków nawet sądem polowym. Ale w armii też miały miejsce działania nie przynoszące chluby: „Internowano około tysiąca wojskowych, głównie pochodzenia żydowskiego, a młodzież ochotniczą skierowano do kompanii karnych. Około 10 tysięcy Żydów ochotników i poborowych osadzono w obozie w Jabłonnie” (s. 502). Do obozu trafiali nawet Żydzi służący wcześniej w Legionach. Po bitwie warszawskiej istnienie takiego obozu uznano za skandal i przejaw segregowanie obywateli ze względu na wyznawaną religię. Likwidacji obozu i rehabilitacji przetrzymywanych w nim żołnierzy domagali się między innymi Stefan Żeromski i Ludwik Krzywicki.

Rola komunistów polskich

Komuniści polscy byli inwigilowani już przez policje państw zaborczych. Andrzej Friszke pisze, że jeszcze przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości, żandarmeria podległa Radzie Regencyjnej opracowała listę „działaczy bolszewickich” w Warszawie obejmującą 129 osób. „W kwietniu 1919 roku Biuro Wywiadowcze dysponowało listą 856 osób” (s. 460). Postępowania przeciwko polskim komunistom prowadził także Oddział II (wywiad wojskowy), Oddział Śledczy Żandarmerii Wojskowej, Oddział Wywiadowczy Milicji Ludowej, a także policja komunalna. Widzimy więc, że stosunkowo duża liczba instytucji i osób, jak na odradzające się państwo polskie, zajmowała się śledzeniem działań „nic nie znaczących” komunistów. Działania przeciwko komunistom zostały „skoncentrowane w utworzonym w październiku 1919 roku Inspektoracie Defensywy Politycznej. Odrębnie działał nadal Oddział II Sztabu Generalnego, czyli wywiad, zbierający także informacje za granicą, w tym od partnerskich wywiadów Francji i Anglii” (s. 460). Widzimy więc, że komuniści byli „wrogiem publicznym” numer jeden – inwigilowani byli przez wszystkie państwa, niezależnie od tego, czy prowadziły ze sobą wojnę.
Represje, aresztowania, przetrzymywanie w więzieniach bez sądu i morderstwa pozwoliły stosunkowo szybko sparaliżować działania komunistów. Jednak osądzić ich za głoszenie poglądów i działalność polityczną było trudno, zwłaszcza w „młodej demokracji”. Oskarżano więc ich w związku z tym o dążenie do obalenia istniejącego w państwie ustroju. Andrzej Friszke przytacza interesujące uzasadnienie wyroku sędziego Michała Gumińskiego przeciwko Kazimierzowi Stein-Kamińskiemu (Domski).

Sędzia ten z jednej strony uznał, że dążenie do zniesienia istniejących nierówności i przywilejów w drodze dyktatury jednej warstwy nie może mieć ochrony prawnej, a z drugiej uznał, że „Taka walka musi być zabroniona w interesie ogólnym, w interesie całkowitej równości”. Z jednej strony uznał, że „w ogóle walka z ustrojem tzw. burżuazyjno-kapitalistycznym obecnych społeczeństw ma pod wielu względami całkowitą słuszność”, a z drugiej widział niesłusznym skoro chciano „na jego zwaliskach zbudować gmach nowych przywilejów […] tylko z korzyścią innych grup”. Z jednej strony uznał, że „nie można zgodzić się na to, aby wolność jednostki stawiono ponad interes ogólnospołeczny i państwowy”, a z drugiej – „Państwo polskie musi atoli pamiętać o tym, że winno być na wskroś demokratyczne tj. nie może krępować jednostki w granicach jej czynów, nie może atoli krępować niczyich przekonań jako symbolu interesu ogólnego”. Sędzia uważał, że komuniści z jednej strony poprzez organizowanie strajków i podburzanie tłumów osłabiają państwo polskie, z drugiej kończył uzasadnienie, że państwo „Na krytykę ustroju i jego zbawienne leczenie zgodzić się musi” (s. 463-464). Sędzia uznał przynależność do partii komunistycznej za przestępstwo, a ponieważ prokurator nie był w stanie udowodnić członkostwa w partii, więc za samą działalność dziennikarską obywatela nie skazał.

Uzasadnienie wyroku jest pełne sprzeczności. Są one typowe dla demokracji liberalnej. Nie wiemy czy sędzia odczuwał sympatie do komunizmu, czy lęk przed opinią publiczną. Inne sądy w ferowaniu wyroków przeciwko komunistom nie miały tych wątpliwości.

Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski

W miarę stabilizowania się sytuacji w Rosji Radzieckiej komuniści polscy byli zmuszani do działania w ramach Rosyjskiej Komunistycznej Partii Bolszewików [RKP(b)]. Przy KC RKP(b) działało Biuro Polskie, którego kierownicy byli mianowani. Ta reorganizacja, zdaniem Andrzeja Friszke, oznaczała likwidację nawet pozorów autonomii komunistów polskich. Zlikwidowano także polskie biura werbunkowe do Dywizji Strzelców w Rosji. Z nazw pułków usunięto odwołania do nazw miast polskich.

Okazuje się, że na powołanie 23 lipca 1920 roku Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski w Smoleńsku, komuniści działający na terenie kraju nie mieli żadnego wpływu. Nie mieli też wpływu na ogłoszenie odezwy 30 lipca 1920 roku w Wilnie (Białymstoku). Przynależność Białegostoku do Polski była przez wielu mieszkańców kwestionowana. Kadry do obsadzania różnych stanowisk miały przybyć z Rosji Radzieckiej. Zdaniem Andrzeja Friszke Julian Marchlewski dążył do ograniczenia represji na zajętym przez bolszewików terytorium i liczył na „zachowanie odrębności przez komunistyczną Polskę” (s. 509). Komitet działał właściwie tylko przez kilka tygodni – 22 sierpnia Komitet już opuścił Białystok. A komuniści polscy na terenach nie zajętych przez Armię Czerwoną żadnych istotnych działań nie podjęli, nie wywołali żadnego powstania, czy nawet manifestacji ulicznej, gdyż działalność ich była praktycznie sparaliżowana. Propaganda oficjalna miała jednak tendencję do wyolbrzymiania ich działań i wpływów. W świadomość społeczeństwa polskiego wtłoczono stereotyp, że komunizm związany jest z Rosją i dążeniem do odebrania niepodległości, komuniści zaś są zdrajcami narodu i obcymi dywersantami. Zrobiono tak, chociaż doskonale wiedziano, że idea komunizmu zrodziła się na Zachodzie przed pojawieniem się Marksa i Engelsa na scenie politycznej, że Marks i Engels byli za przyznaniem Polsce niepodległości. Organizująca się nowa władza państwowa potrzebowała jednak swego wroga, aby legitymizować swoje panowanie, i budować tożsamość swoich zwolenników. To urabianie świadomości społecznej miało miejsce dawniej, i ma miejsce dzisiaj.
Odwet na komunistach, rzekomych komunistach i Żydach
W 1919 i 1920 roku mogło dojść do aresztowania około 2 tysięcy komunistów i osób podejrzanych o sympatyzowanie komunizmowi lub kolaborację. Wiele osób więziono na podstawie decyzji administracyjnych, bez postawienia przed sądem. Dochodziło do samosądów i fałszywych oskarżeń szczególnie przeciwko ludności żydowskiej. Utrwalano fałszywe wyobrażenie o tożsamości Żyda i komunisty, które w wielu środowiskach funkcjonuje do dzisiaj. W wyniku działalności sądów doraźnych rozstrzeliwano około 150-osób, a ponadto dezerterów i kryminalistów. Robotników rolnych i służbę folwarczną często poddawano chłoście. Robotnikom rolnym zarzucano popełnienie przestępstw przeciwko władzy państwowej, podczas, gdy mogły to być jedynie wystąpienia przeciwko pracodawcom, nie podlegające zatem wysokim karom. Prasa endecka wzywała do sporządzania list osób sympatyzujących z „bolszewizmem”, co przypomina współczesne listy osób podejrzanych o terroryzm. Rozpoczęła się endecka narracja o „cudzie nad Wisłą” oraz krytyka Piłsudskiego i jego otoczenia. Aresztowanych komunistów wymieniano na zakładników wziętych przez wycofującą się Armię Czerwoną, ale los komunistów w ZSRR nie stał się bezpieczniejszy.

Można powiedzieć, że Piłsudski dzięki pomocy państw ententy, jak na ironię, zrealizował koncepcję Dmowskiego. W granicach państwa polskiego znalazło się od 30-40 procent mniejszości narodowych, z właściwymi dla takiego państwa ograniczeniami narodowościowymi, sprzecznościami i nacjonalizmami.

Ramy chronologiczne książki

Książka Andrzeja Friszke jest bardzo ważną, obejmującą ponad 500 stron tekstu pracą, obfitującą w wiele wątków i problemów politycznych, ale wbrew sugestii zawartej w tytule, nie jest historią tylko komunistów polskich. Powstaje jednak pytanie: dlaczego autor sięgając w przeszłość i pisząc o komunistach polskich, ograniczył się tylko do 1892 roku, kiedy powstała Polska Partia Socjalistyczna, a nie do roku 1882, kiedy powstała pierwsza odwołująca się do marksizmu partia – Międzynarodowa Socjalno-Rewolucyjna Partia Proletariat? Można uznać racje Andrzeja Friszke, że to socjaliści jako pierwsi sformułowali program niepodległościowy. Ale to w Wielkim Proletariacie zawiązały się już podstawowe spory ideologiczne, typowe dla komunistów i socjalistów. Czy fakt powstania jako pierwszej partii wyraźnie klasowej, nie świadczył o tym, że ucisk klasowy był wówczas bardziej odczuwany niż narodowościowy?

Można przypomnieć, że w sierpniu 1885 rozpoczął się w Warszawie proces 29 „proletariatczyków”. W grudniu ogłoszono wyrok skazujący sześciu z nich na karę śmierci, osiemnastu na 16 lat katorgi, dwóch na 8 lat katorgi, zaś dwóch na osiedlenie na Syberii. Po odwołaniach karę śmierci utrzymano dla Piotra Bardowskiego, Jana Pietrusińskiego, Stanisława Kunickiego i Michała Ossowskiego, a wyrok wykonano 28 stycznia 1886, na stokach Cytadeli w Warszawie. Były to pierwsze po powstaniu styczniowym wyroki śmierci, wydane z przyczyn politycznych w zaborze rosyjskim. Można jednak zrozumieć, że partia ta wyłamuje się pewnym wygodnym schematom…

Edward Karolczuk – doktor nauk humanistycznych.

W Czyścu

Druga część tryptyku. Pierwsza – W Niebie – była opublikowana w Trybunie z dnia 6.07.1019 r.

W jednym z zaniedbanych bloków mieszkalnych Czyśca, położonych tuż przy strefie ochronnej, oddzielającej go od Nieba, stał w oknie bardzo przystojny duch mężczyzny, w pustynnym, piaskowym mundurze, ozdobionym tylko zawieszonym pod szyją niemieckim krzyżem żelaznym z brylantami. Patrzył przez lornetkę na palmy widocznego po drugiej stronie ogrodu granicznej, niebiańskiej kawiarni Dyktatorskiej. Mój Bożę – myślał – tylu dobrych znajomych, z którymi chętnie bym pogadał, a także duchów facetów, których chciałbym poznać. Ale bardzo rzadko dają mi przepustki na tamtą stronę, a skorzystać z nielegalnych wycieczek do Nieba mi nie wypada. No i kary są uciążliwe. Odbierają na kilka miesięcy kartki na alkohol i na lepsze zakąski.
Westchnął ze smutkiem, bo właśnie zobaczył jak do kawiarni wchodziło rozbawione towarzystwo. Na czele szedł Churchill, zarażający wszystkich dobrym humorem, za nim Canaris, hrabia Ciano, Einstein, Onassis i Castro.

Zmartwienie starego pilota

Usłyszał, że ktoś bez pukania wszedł do jego kawalerki – typowej w Ćzyścu, zaledwie 15 metrowej. Zawsze wpadał w depresję, jak pomyślał, że w tych warunkach ma spędzić jeszcze ponad 20 lat, bo na pobyt w Czyścu skazano go – jak wszystkich samobójców – na 100 lat.
Odwrócił się. Z rozłożonymi powitalnie rękami szedł do niego uśmiechnięty duch grubego faceta, w wyjątkowo ozdobnym mundurze.
Serwus – Herman – powiedział. Nic nie chudniesz na tym niemal więziennym wikcie. Ale – jak widzę – humor masz dobry.
A ty Rommel – jak zawsze smutny. Marszałek, z krystaliczną opinią i pięknym przydomkiem „lisa pustyni”, powinien być przykładem radości. W końcu w Czyścu nie jest tak źle – mnie najbardziej denerwuje niedostatek alkoholu, obowiązkowy udział w codziennych mszach i te niemiłosiernie fałszujące chóry anielskie. Ale – w przeciwieństwie do Ciebie – ja mam powody do zmartwień. Ci prokuratorzy od Gabriela ciągle mnie gnębią, chcą bezwzględnej realizacji wyroku skazującego mnie na piekło i uważają, że powinienem, do czasu rozpatrzenia mego odwołania, już siedzieć tam z Adolfem i jego towarzystwem.
No właśnie. Miałeś mieć wstępną rozprawę apelacyjną. Widocznie Ci się udało, jeśli nadal widzę cię w Czyścu?
Mam doskonałego obrońcę, takiego młodego podarchanioła. Użył trzech argumentów. Po pierwsze – że jest teraz precedens niewykonywania wyroków, bo na ziemi, w Polsce, administracja państwowa przestała wykonywać wyroki najwyższych sądów.
Jak to – przecież Polska jest demokratycznym państwem prawa?
Była. Ale panująca od czterech lat władza wprowadziła nowe rozwiązania ustrojowe, które można nazwać „autokratyzmem demokratycznym”. Mają takiego niskiego autokratę i jak ona powie, że wyroku lepiej nie wykonywać – to znajdują „demokratyczne” sposoby, aby spełnić jego życzenie.
Ale wróćmy do mnie. Drugim argumentem było to, że ja nie zajmowałem się obozami koncentracyjnymi, w żadnym nie byłem i nie widziałem, co tam wyprawia ten sadysta Himmler. No i po trzecie – Wydałem rozkazy, aby przyzwoicie traktowano alianckich pilotów, którzy dostali się do niewoli i w ogóle zawsze byłem przyjacielem wszystkich lotników – także wrogów. I do tego ostatniego argumentu ściągnął dobrego świadka z Nieba.

Kogo?

Naszą słynną pilotkę – Hanię Reitsch. Ona wprawdzie była wielbicielką Adolfa, nawet wylądowała pod Bramą Brandenburską, kiedy Rosjanie już byli w mieście i chciała go ewakuować, ale nie zapisała się do partii, nigdy, nikomu nie zrobiła nic złego, po wojnie przyjmował ją nawet Kennedy – a teraz, jak mi mówiono, jest w przyjaźni jego duchem. \
I co ona zeznała?
Że była w 1942 roku na lotniczej imprezie alkoholowej z moim udziałem. Siedziała mi na kolanie, a ja chwaliłem angielskich i rosyjskich pilotów, a nawet zaśpiewałem refren piosenki z takiej filmowej komedii rosyjskiej, propagującej lotnictwo. Zaraz – jak to szło – „Pierwom diełom, pierwom diełom – samolioty! A diewuszki? A diewuszki patom!”. Kazali mi to zaśpiewać na tej rozprawie. To tak rozbawiło archaniołów – sędziów, że odrzucili wniosek o przeniesienie mnie do Piekła – aż do czasu rozpatrzenia odwołania. A jak wiesz – tutaj się nie spieszą. To może trwać nawet sto lat.
Rommel podniósł lornetkę i znowu popatrzył na odległą kawiarnię po drugiej stronie granicy.
Popatrz – Goring – jak to się tutaj wszystko miesza. Widzę, że w Dyktatorskiej zbiera się dzisiaj także damskie towarzystwo. Jest księżna Diana, Merilyn Monroe, Margaret Thatcher, wspomniana przez Ciebie Hania, a nawet Dolores Ibarruri i Wandzia Wasilewska. Oczywiście. Nikomu nie zaszkodziła i wierzyła w słuszność idei. A to się liczy przy wyroku. O – wchodzi jeszcze ta plotkara Helena z Troi. Będzie większa popijawa. Mają dobrze, bo u nich alkohol jest w pakiecie i bez ograniczeń. Nie potrzebują żadnych kartek.

W nędznej piwiarni

No właśnie – Rommel – przyszedłem, żeby Cię zabrać na męskie, wojskowe spotkanie w tym naszym rachitycznym parku. Przy piwie, – bo na kartki można go więcej dostać.
Mogę pójść – a kto tam będzie?
Z naszej dzielnicy Żukow, ten pechowiec Patton, Rokossowski i Franco. Może także Kadafi. Z odległych historycznie dzielnic Czyśca dojdzie może Olek Macedończyk.
To ciekawe towarzystwo. Nie lubię tylko Franco. Taki z niego generał, jak ze Stalina.
Ale to nie koniec! Na zaproszenie Rokossowskiego przyjdą jeszcze podobno z Nieba Bradley, Montgomery i dwaj Polacy – Anders i Berling. W Niebie dają im przepustki bez trudu, bo nie mają obaw, że ktoś będzie chciał zostać nielegalnie w Czyścu.
To miło. Z Montgomerym jestem w przyjaźni – w końcu to on wymyślił ten mój przydomek, bo go chytrze – jak lis – zaplątałem w Afryce. A kto to ten Berling – nazwisko gdzieś mi się obiło, ale dokładniej nie kojarzę.
To też taki generał, który zebrał w Rosji armię z zesłanych Polaków i uciekinierów, ale zrobił to później niż Anders. Andersa z jego armią Stalin wypuścił do Iranu i trochę nam zaszkodzili w Afryce, a potem w kampanii włoskiej. A tego Berlinga już nie wypuścili – dołączyli jego armię do sowieckiej i posłali na front wschodni. Stoczyli z nami kilka większych bitew i doszli aż do Berlina.
To on z Andersem pewnie się nie lubią.
Odwrotnie – są w wielkiej przyjaźni, Teraz zresztą wszyscy współczują temu Berlingowi, bo jego pomnik w Warszawie, co jakiś czas oblewają farbą, a ostatnio nawet go wywrócili. Ja też mu przesłałem wyrazy ubolewania – w końcu to nasz kolega po fachu.
Nie rozumiem – zasłużonemu generałowi we własnym kraju wywracają pomnik? Kto to robi?
Jacyś prawicowi, młodzi Polacy, którzy każdego, kto współpracował z Sowietami uważają za zdrajcę. Ja się nie dziwię, bo trochę znam Polaków. Oni zawsze dużo mówią o jedności, ale ich polityczne ugrupowania obrzucają się obelgami. Ten autokrata, który teraz dowodzi ich rządzącą partią, wszystkich przeciwników nazywa „drugim sortem”. Lekceważy ich. Uważa za mniej od niego inteligentnych. Powtarza błąd Mussoliniego.

Agresywna prawica

Właściwie – Herman – skąd ty tak dużo wiesz o Polakach?
W okresie międzywojennym bywałem u nich na polowaniach, w tej ich puszczy białowieskiej. Niektóre były bardzo udane – w 1938 roku ustrzeliłem aż 13 dzików i dwa lisy! No i poznałem wielu ludzi. Zapraszał mnie zawsze i też bywał na tych polowaniach ich prezydent – Mościcki. To bardzo miły i kulturalny pan, wojnę przeżył w Szwajcarii. W 1938r. podarowałem mu z wdzięczności myśliwskiego Mercedesa. – oczywiście kupionego z pieniędzy Rzeszy, a nie moich. Wizytowałem marszałka Piłsudskiego, spotykałem się z Rydzem – Śmigłym, z ich kolejnymi premierami i ministrem spraw zagranicznych, Beckem.
I jakie miałeś wrażenia?
U nich zawsze – odwrotnie niż w wielu krajach Europy – prawica była bardziej napastliwa od lewicy. Lewica wykazywała się pewnym umiarem. A prawicowy idiota zastrzelił im, krótko po pierwszej wojnie, świeżo wybranego prezydenta. Nazywał się Narutowicz.
Rzeczywiście. To pamiętam, bo akurat byłem Gdańsku!
No widzisz. Moi adiutanci, którzy na tych wyjazdach ostro popijali, przynosili mi plotki, że Piłsudski nie lubił Mościckiego, a ten się skarżył, że właściwie wszystkie ważne stanowiska były obsadzane przez oficerów z jego Legionów. Ale odłóż w końcu tą lornetkę i chodźmy, bo się na nas obrażą.
W pabie nazywanym „Marszałkowskim”, część towarzystwa już była. Zajęli duży, drewniany stół z okalająca go z drewniana ławką. Po chwili doszli też goście z Nieba. Nawet Żukow, znany z raczej odpychającego charakteru, uściskał Berlinga i wyraził oburzenie wiadomością o pomniku.
Podstarzałe anielice wprawdzie nalewały piwo z beczek do kufli, ale trzeba je było samemu przynosić do stolika. W końcu to Czyściec i mieszkańcy nie mogą być rozpieszczani. Wypili po jednym kuflu i poszli po drugie, nie oszczędzając kartek. Nastrój zaczął się nieco poprawiać. Rozmawiano o historycznych przygodach, o aktualnym konflikcie rosyjsko – ukraińskim, o Anglikach, bezsensownie opuszczających Unię Europejską. Rommel, którego żona pochodziła z Gdańska, wrócił jednak do spraw Polski.

Neomarksizm

Panowie oficerowie – oglądam dość często polską telewizję, chociaż tu, w Czyścu, dają nam tylko stare telewizory z czarno – białym obrazem. Herman mi trochę wyjaśnił, ale wielu spraw nadal nie rozumiem. Ostatnio u nich prawicowi politycy i kapłani bez przerwy powtarzają, że zagraża im neomarksizm. Co to jest? Jakaś nowa odmiana marksizmu? Jak byłem na przepustce w Niebie, to pytałem Dolores – nie wiedziała. Była tak uprzejma, że poszła do Karola Marksa, chociaż to daleko, w jednej z tych najlepszych dzielnic Nieba dla naukowców. On powiedział, że nic nie wie o jakiejś nowej wersji socjalizmu naukowego. Przypuszcza, że obawiają się po prostu powrotu jego idei. A przecież sami ją częściowo realizują, bo rozdają pieniądze za to, że się ma i rodzi dzieci. Czyli – teoretycznie, zgodnie z zasadami ekonomii – płacą za pracę przy ich powstawaniu!! Uznał, że chyba nie czytali „Kapitału”, ale sam pomysł płacenia za efektywne „bzykanie” jest interesujący. Ubolewał, że sam już nie może z tego skorzystać.
Pośmiali się chwilę, a potem Rommel kontynuował.
Teraz w Polsce weszli w okres przedwyborczy. W ich telewizji przebija się jeszcze temat drugiego niebezpieczeństwa – ideologii tzw. LGBT, czyli – mówiąc prościej – homoseksualistów. Adolf też nienawidził homoseksualistów, prawie tak, jak Żydów. Nie mogę wyjść z podziwu, że właśnie w Polsce można kontynuować tą nienawiść. Oni chyba nie zdają sobie sprawy, że wpadają w pętlę czasu i zaczynają bezwiednie powtarzać historię!
Panowie – przerwał mu Patton. Dość płakania nad Polakami. Też mi sprawiali kłopoty. Mieli taką brygadę partyzancką, nazywaną święto .. krzy…. – jakoś tak, ale to jest nie do wymówienia. Ona w Czechach zetknęła się z moją drugą dywizją piechoty. Oficerowie dywizji uważali, że polski, uzbrojony oddział nie mógł się tam dostać bez współpracy z Niemcami. Nie wiedzieliśmy, co z nimi zrobić. Pamiętasz – Anders, że do Ciebie wtedy dzwoniłem, bo był pomysł, aby dołączyli do Twojego Korpusu. Ale Anglicy się nie zgodzili, bo ich wywiad też uważał, że kolaborowali z Niemcami. Zanim wyszli z Polski rozbili też kilka polskich, lewicowych, i rosyjskich oddziałów partyzanckich i dywersyjnych. Dużo ludzi zabili. Twoi prawnicy i generałowie – Żukow – chcieli ich przejąć i osądzić. Oni natomiast chwalili się, że w Czechach rozbroili strażników małego, kobiecego obozu koncentracyjnego, który i tak zajęliśmy następnego dnia. Potem robili awantury, bili się z czeską policją i nowym wojskiem. Tak mnie to wszystko wkur….. ze w sierpniu 45 porozumiałem się z kim trzeba i kazałem tą brygadę rozwiązać, rozbroić, dać żołnierzom cywilne dokumenty i możliwość wstąpienia do naszych sił pomocniczych, pracy w Niemczech, albo wyjazdu do Polski lub innego kraju. Meldowano mi, że do sił pomocniczych zgłosiło się około 400 osób, czyli jedna trzecia stanu tej jednostki.
Pamiętam tą sprawę – powiedział Montgomery. Obiła się i o mnie. Teraz Polacy ciągle podkreślają, że są suwerennym państwem. Mają wybory – to niech sobie wybiorą to, co wydaje się im najlepsze. A my tutaj, kochani, mamy swoje zmartwienia. Musimy podjąć też suwerenną i ważną decyzję – czy zamawiamy trzeci kufel piwa?!