Nasza kochana suwerenność

Mój zaprzyjaźniony Nurek Śmietnikowy prosił mnie ostatnio, abym spróbował przystępnie opisać, co właściwie powoduje pogorszenie naszych stosunków z Unią Europejską, której przecież jesteśmy członkami z własnej woli i chęci. W naszej podwarszawskiej miejscowości ma opinię znakomitego komentatora politycznego i w czasie wizyt w śmietnikach i zabaw z zaprzyjaźnionymi psami, mieszkańcy często go o to pytają.

Pan Nurek jest dla mnie autorytetem, więc niechętnie postanowiłem wykonać to zadanie.

Dobre czasy

Przez kilkanaście lat otrzymywaliśmy z Unii znacznie więcej, niż do niej wkładaliśmy. Materialne efekty tej „wymiany” widać niemal w każdej miejscowości. Korzystaliśmy z ułatwień nawiązywania współpracy technologicznej i wymiany handlowej w ramach Unii, jeździliśmy po Europie bez granicznych formalności i nawet bez paszportów. Nasi Rodacy byli i są bardzo ważnymi urzędnikami Unii. Powoli, ale konsekwentnie, dołączaliśmy d grupy krajów wywierających największy wpływ na jej działania i politykę.

To wszystko składało się na dobrą atmosferę, która nagle zaczęła się psuć w końcówce 2020 i w 2021 roku. 

Dlaczego?

Rząd PISu i jego mentor postawili sobie za cel doprowadzenie Polski do „dobrej zmiany” w niemal wszystkich dziedzinach funkcjonowania państwa. Przypuszczam, że mieli jakiś wymyślony w czasie nieprzespanych nocy wzorzec, który wymagał wprowadzenia autokracji, z elementami narodowego socjalizmu. Autokracja była niezbędną p[odstawą nowego ustroju, ponieważ Mentor wierzy tylko w swoją mądrość i nieomylność.  Zbliżanie się do tego celu oznaczało odejście od trójpodziału władzy i stopniowe przejęcie wszystkich jej części przez rządzącą partię. Autokracja w doświadczeniach europejskich zawsze stopniowo przekształcała się w dyktaturę, więc przyszłość wydawała się twórcom pomysłu jasna i zdyscyplinowana.

 Niemiłe złego początki

Inne kraje Unii i jej „centrum zarządzające” spoglądały na te zmiany z niepokojem i podejrzliwością, ale nie podejmowały żadnych „twardych” działań. Wychodziły z założenia, że dopóki Polska będzie przestrzegać unijnych praw, a szczególnie wykonywać wyroki jej trybunałów, to jeszcze jej działania nie naruszają podstaw funkcjonowania Unii. A wyrokami można korygować największe, popełniane przez Polskę, błędy. 

Sytuacja uległa jednak zmianie z chwilą, gdy Polska oficjalnie zwątpiła w słuszność wydawanych wyroków – zwłaszcza tych, które obciążały ją karami finansowymi. Szczególnie dwie takie sprawy zainteresowały i trochę rozbawiły Europę. Jeden z wyroków nakazywał zaprzestanie działania dodatkowo powołanej izby Sądu Najwyższego, zwanej Dyscyplinarną. Miała ona karać nieposłusznych sędziów, zbyt poważnie traktujących ich niezależność, niezawisłość i immunitet.  Nowa izba mogła przerywać ich pracę, nakazowo przenosić w inne regiony kraju, obniżać ich zarobki. Międzynarodowy Trybunał uznał, że ta izba de facto nie jest sądem i została utworzona z naruszeniem prawa. Za każdy dzień jej dalszego funkcjonowania Polska ma zapłacić wysoką karę.

Druga sprawa, w kawiarnianych rozmowach prawników w Europie, stała się tematem niewybrednych żartów.  Polska ma historycznie, kulturowo i językowo bliskiego sąsiada – Republikę Czeską. Rząd PISu nawet z nią wywołał konflikt.

Niemal na samej granicy, w rejonie miejscowości Bogatynia, pracuje kopalnia węgla brunatnego Turów i wykorzystująca ten węgiel, elektrownia. Czesi od wielu lat alarmowali, że kopalnia coraz bardziej zaburza gospodarkę wodną regionu, powoduje obniżanie poziomu wód gruntowych, zanieczyszcza wodę i zakłóca zasilanie w nią okolicznych miejscowości. Podobne pretensje zgłaszali Niemcy, a ściślej terenowe władze Saksonii. Polska nie reagowała, więc Czesi poskarżyli się w UE. Unijny Trybunał Sprawiedliwości polecił wstrzymać pracę kopalni i przeprowadzić międzypaństwowe negocjacje, ustalające formę i skalę odszkodowań, oraz określające przyszłość kopalni i elektrowni. Dla Polski kombinat Turów jest ważny, bo zaspakaja ok. 5% popytu na energię i zatrudnia kilka tysięcy ludzi.

Negocjacje trwają z przerwami, ale nie dają wyniku. Turów nie przerwał pracy, więc Trybunał nałożył kary za każdy dzień jej kontynuowania, po wyroku nakazującym przerwanie działalności. 

Te dwie „sprawy” niezwykle podgrzały atmosferę naszych stosunków z komisją zarządzającą Unii. Niemal do stanu wrzenia doprowadził je jednak wyrok polskiego Trybunału Konstytucyjnego, który na wniosek premiera orzekł, że prawo krajowe oparte na naszej konstytucji jest ważniejsze niż prawo Unii, mimo, że podpisaliśmy odpowiednie traktaty zobowiązujące nas do jego stosowania. Eo Ipso – nie będziemy wykonywać wyroków unijnych trybunałów, jeśli – naszym zdaniem – są sprzeczne w konstytucją i nam się nie podobają. A więc także tych, które wymagają od nas płacenia jakiś nieuzasadnionych kar!

Powstał więc w relacjach z administracją Unii trudny do rozwiązania węzełek prawny, a nie mamy Aleksandra Macedońskiego, który by go przeciął ostrym mieczem. Wobec tego panuje stan sporu i oczekiwania na nowe decyzje.

Zapewniłem mego przyjaciela, nurka śmietnikowego, że w zasadzie wszyscy obywatele znają tą historię, zwłaszcza zaprezentowaną w takim uproszczeniu, na jakie sobie pozwoliłem. Powiedział, że to nieprawda.  Gazety czyta niewielu naszych mieszkańców, władza miesza im w głowach publiczną telewizją i znaczna ich część jest przekonana, że pogorszenie stosunków, to tylko efekt złośliwości urzędników Unii. Bo oni koniecznie chcą doprowadzić do tego, abyśmy stracili suwerenność i o wszystko musieli prosić, znowu klęcząc na bolących kolanach.

Nie oddamy suwerenności! 

Na tło tego sporu nakładają się więc tłumaczenia miłościwie panującej nam władzy, która – oczywiście -winę psucia stosunków widzi tylko po przeciwnej stronie. Zarzuty braku kompetencji, nieznajomości prawa, nielegalnego wtrącania się w nasze wewnętrzne sprawy, płyną nieprzetrwanym strumieniem z ust członków rządu i aktywu rządzącej partii. Coraz dosadniej i coraz częściej spina je właśnie zarzut prób ograniczania naszej suwerenności. Suwerenności dumnego państwa Słowian, zjednoczonych przez Mieszka Pierwszego. Wprawdzie to było tylko kilka plemion, bo inne stworzyły państwa Czechów, Słowaków, Ukraińców i Rusinów, ale nasze było geograficznie najbardziej zachodnie i musiało bez przerwy walczyć z Germanami. Utrzymaliśmy jednak naszą suwerenność i nie dopuścimy do tego, aby ktoś dyktował nam nasze prawa i ośmielał się coś nakazywać lub zakazywać. 

     Już widzę tych, którzy będą na mnie „wieszać psy” i nazwą odszczepieńcem. Staram się bowiem zachować stosowną powagę, ale – niestety – pojmowanie suwerenności w pisowskim wydaniu, od dawna budzi mój chichot. We współczesnym świecie  nie ma już takiej, wymarzonej, pełnej suwerenności, czyli sytuacji, w której suweren może robić co chce, nie oglądając się na innych. Nawet USA, najsilniejsze militarnie państwo tego świata, musi przed podjęciem ważnych decyzji brać pod uwagę, co na to powiedzą Chiny, Rosja, Unia Europejska a nawet Korea Północna. Człowiek, teoretycznie mikrosuweren, decydujący o swoim życiu, zobowiązuje się do określonych zachowań wstępując do jakiegoś klubu, a nawet wsiadając do pociągu czy samolotu. Nikt się nie dziwi, że w pociągu nie wolno się wychylać z okien w czasie jazdy i palić papierosów w przedziałach „dla niepalących”, a w samolocie zaglądać do kabiny pilotów.

Wstępując do Unii Europejskiej podpisaliśmy traktaty w pewnych sprawach nie tyle ograniczające naszą suwerenność, ile zobowiązujące do przestrzegania unijnych zasad współpracy i unijnego prawa, To przeszkadza obecnej władzy, marzącej o przestrzeganiu prawa wyłącznie takiego, jakie sama ustala. Przesiąknięci głęboką megalomanią dowódcy tej władzy byli przekonani, że naród podziela ich marzenia o władzy autokratycznej, która nikomu i z niczego nie musi się tłumaczyć. Aby to osiągnąć byli nawet gotowi wyjść z Unii Europejskiej. To błąd. Manifestacje w całym kraju, jakie odbyły się 10 października 3021 dowiodły, że naród ma inne zdanie. Chce być w Unii i chyba jest nawet gotowy, na dalszą jej federalizację. Dowiodły też, że znaczna część elektoratu chce się z obecną władzą pożegnać. I to możliwie jak najszybciej.

Pan Nurek Śmietnikowy wziął ten tekst na pendrivie, przeniósł go do znalezionego w śmietniku starego i uszkodzonego laptopa i powielił na również znalezionej drukarce Siemensa. Rozdaje egzemplarze tym okolicznym mieszkańcom, którzy wciągają go w polityczne dyskusje. Udzielił mi pochwały, którą jestem niezwykle usatysfakcjonowany, To w końcu jakaś część głosu ludu – czyli właśnie suwerena. 

Siedmiu (prze)wspaniałych

Ostrzeżenie: w tekście czasem padają wyrazy trudne i obce, a sam tekst przepełniony jest goryczą i sarkazmem, nie pozostawia też nadziei. Nie poleca się go dzieciom, młodzieży oraz jednostkom na skraju depresji.

„Stopa nieobrzezanych gniotła kark i ducha walecznych. W proch upadły, spustoszały mury świątyni, gdzie swe modły śpiewały praszczury. I dziewice płakały pod biczem eunucha. A z niebios patrzał Jahweh – niemy i ponury”. To fragment „Kaina” Leconte’a de Lisle, jaki podrzuciła mi wyszukiwarka Google, kiedy szukałem poetyckiego komentarza do naszej małopolskiej, ale i arcypolskiej tragifarsy.

Autorem, pardon, autorką, która wpadła w tragiczny zaśpiew, jest nasza przepełniona cnotami niewieścimi przenajświętsza pani małopolska kurator – przepraszam za sformułowanie – oświaty. A potem nasunęło mi się patetyczne motto należne (jak radnemu dieta) siedmiu przewspaniałym radnym poległym na posterunku (ściśle mówiąc, poległa tam uchwała sejmiku, ale przewspaniali bronili jej do ostatniej kropli potu): „Przechodniu, powiedz Sparcie (a może Prezesowi?): tu leżym, jej syny,/ prawom jej (jego?) do ostatniej posłuszni godziny”. Gdybym był bardziej wredny, niż jestem, napisałbym, że cała siódemka mogłaby przyjąć klasyczną pozycję sejmową posła/radnego Pęka…

Ale zostawmy poezję poetom, Spartę Grekom, a radnego jego dywanowi. Wracajmy do naszego bagienka, czyli polityki. Nie, nie cieszyłbym się z uchylenia przez sejmik małopolski (i świętokrzyski) własnych ideowych deklaracji, tym bardziej że Lublin jeszcze się broni jak Granada, ale w Lubelszczyźnie też zaraza się szerzy (ach ten Mickiewicz, wszędzie się wciśnie, zupełnie jak papież do programów szkolnych!). Ad rem, jak mawiał Jerzy Urban. Sprawa sejmikowych deklaracji powinna wszystkim unaocznić, że wbrew pozorom nieomal Zjednoczona Prawica nie jest taka zjednoczona. I nie chodzi mi o podziały na ziobrystów, warchołowców, morawiecczyków, kaczystów, czy postgowinowców. Realny podział jest prostszy. Z jednej strony mamy amoralnych, pozbawionych zasad i hamulców (jak niektórzy ministrowie) utylitarystów, z drugiej przewspaniałych (nie tylko przecież siedmiu) kompletnych ignorantów, odklejonych od rzeczywistości, żyjących we własnym świecie wyobrażeń, ale za to fanatycznych. Do nich oczywiście zalicza się pani małopolska kurator (braku) oświaty. Między tymi grupami płynnie lawiruje raz lewym, raz prawym halsem (lub haltem) przeuroczy profesor Terlecki. Tak na marginesie, tytuł profesorski godniej reprezentował Jan Tadeusz Stanisławski, choć od jego czasów mniemanologia rozwinęła się na potęgę i powinna być teraz taką nasza narodową dyscypliną paranaukową, o czym uprzejmie donoszę, panie ministrze Czarnek. Proszę ładować grant za grantem właśnie tutaj – na tym polu nikt nas nie pobije.

Można by sądzić, że PiS-owscy utylitaryści trochę manipulują swoimi fanatykami. Czasem jednak odnosi się wrażenie, że to ogon macha psem, a biedni „realiści” muszą potem sprzątać ten wzniesiony w powietrze tuman… kurzu. Ale Zjednoczona Prawica to taki dziwny stwór, który nie ma głowy, za to ma dwa ogony po dwóch stronach tułowia.

Nie cieszyłbym się z uchylenia uchwały sejmiku, bo jej przyjęcie nie miało bezpośrednich skutków prawnych (pośrednie, owszem, miało) i jej uchylenie też takich skutków nie musi przynieść. Obie „frakcje” Zjednoczonej Prawicy przecież traktują wszystkich jak idiotów. W Polsce niemal wszyscy się z tym pogodzili. W Europie niekoniecznie, a w dodatku tam się tego bardzo nie lubi.

Nawet jeśli Komisja Europejska uzna, że zniknął formalny powód uniemożliwiający wypłatę wstrzymanych funduszy i negocjowanie kolejnych, to niesmak i nieufność pozostały. Należy się liczyć z powolnym procedowaniem programów, drobiazgowym analizowaniem przedstawionych projektów oraz podobnie rygorystyczną kontrolą przedkładanych rozliczeń. O ile wcześniej mogliśmy być traktowani jak trochę niedouczeni ubodzy krewni, o tyle teraz awansowaliśmy do kategorii cwanych wyłudzaczy. Pani Barbara Nowak ma trochę racji, twierdząc, że nie ma takiej rzeczy, której by frakcja PiS-owskich „realistów” nie zrobiła za złotówkę albo dla złotówek. A co dopiero dla EURO. No, ale droga pani kurator, to przecież pani paczka koleżeńska czy jakiś tam mały gang.

Druga sprawa, która ujawniła się w pełnej krasie przy okazji awantur w sejmikach, to całkowita i bezalternatywna zależność naszego kraju, a klasy nam łaskawie panującej w szczególności, od europejskich funduszy. Głębokim przykładem (taki żart sytuacyjny) jest budowany w Świnoujściu tunel. Budowa finansowana jest ze środków samorządowych oraz funduszy unijnych. Na przecinaniu wstęg pojawił się premier Morawiecki, jedyny (poza oczywiście SOP-em) element placu budowy finansowany (tu łezka) z naszego budżetu. Możemy mieć pewność, że PiS-owscy utylitaryści sprzedadzą dosłownie wszystko, łącznie z kotem prezesa i panią kurator Nowak (jeśli chodzi o kota, to być może bez radości), jeśli tylko dojdą do wniosku, że to przedłuży im trwanie przy władzy. Bo władza jest warta nie tylko mszy (w Toruniu), ale i każdej koniecznej transakcji (w EURO).

Możecie, drodzy czytelnicy, uznać, że tekst przepełniony jest goryczą i sarkazmem. Sarkazm to podobno ostatnia broń bezsilnych. Niestety, ta niemoc to efekt kompletnej niemocy polityków demokratycznej opozycji. Poseł Marek Sowa nie powinien lekkomyślnie oddawać białej flagi, bo zapewne niejednokrotnie w przyszłości mu się przyda – no, chyba że ma w biurze spory ich zapas. Stan wyjątkowy też zostanie zakończony tylko wtedy, gdy Unia zagrozi zamrożeniem funduszy.

Odwołanie szerzących nienawiść uchwał nie jest w żadnym wypadku zwycięstwem opozycji. To zwycięstwo europejskich procedur i europejskiego porządku prawnego, bo w Europie – w przeciwieństwie do Polski – procedur i porządku się przestrzega. I to by było na tyle, jak mawiał Jan Tadeusz Stanisławski.

Czy więc nie trzeba odwoływać sejmiku małopolskiego? Tym bardziej trzeba, bo dominują w nim amoralni utylitaryści i fanatyczni ignoranci. Katonie, dopomóż.

Rozważania o nowej Rzeczypospolitej (cz. II)

Kontynuujmy rozważania nad nowym kształtem Polski. Państwo polskie musi stać się – aby ponownie nie zapadło się w niebyt – przyjazne, twórcze, nie wykluczające nikogo z racji jakichkolwiek przekonań politycznych bądź wyznania religijnego, wieku, statusu społecznego, wykształcenia czy charakteru wykonywanej profesji. To państwo nie może dzielić i stygmatyzować obywateli na gorszych i lepszych, o biografiach słusznych i niesłusznych. Kto nie jest skazany prawomocnym wyrokiem sądowym jest niewinny i nie może podlegać jakimkolwiek szykanom, ostracyzmowi czy być dla organów państwa mniej wartościową osobą ludzką.

Nasza polska świadomość końca drugiego dziesięciolecia
nowego wieku jest paradoksalnie bliska (i zbliża się
zamiast się oddalać) swojej genezie sprzed prawie stu lat.

prof. Witold MODZELEWSKI

Po rozważaniach dot. bezpośredniego funkcjonowania państwa zajmijmy się zagadnieniami z przestrzeni najszerzej pojętej świadomości (czyli to też edukacja, stosunki państwo – instytucje wyznaniowe itd.)
Zapis w Konstytucji o rozdziale Kościoła (i innych związków wyznaniowych) od państwa jest jak widzimy fikcją. I to w wielu sferach życia codziennego i praktyki. Ale szczególnie wrażliwą jest sfera edukacji i umocowania w tym systemie nauki religii – w zasadzie jest to katecheza – prowadzonej przez funkcjonariuszy (świeckich i duchownych) Kościoła kat. Katechizacja jest de facto niekompatybilna w swym wymiarze i esencji (z racji historii, tradycji oraz mentalności polskiego kleru) z wyzwaniami dzisiejszej epoki oraz potrzebami kształcenia polskich dzieci i młodzieży. Ten aspekt należy także – choć jest to „długi marsz”, przewidywany na lata i dekady (bo w takich perspektywach osiąga się w tej dziedzinie pożądane efekty) – brać pod uwagę w perspektywie zmian w Polsce pod kątem modernizacji i przystosowania kraju do wyzwań XXI wieku. Bez zmian w oświacie, edukacji, sposobie jej prowadzenia oraz diametralnego przemodelowania relacji na linii państwo – Kościół kat. niewiele się zmieni. W tej przestrzeni chodzi też o funkcjonowanie konkordatu czy najszerzej pojmowanych zagadnień związanych z seksualnością człowieka (to wolności obywatelskie są może najbardziej obok praw socjalnych w III RP łamane i postponowane: restrykcyjna ustawa dot. przerywania ciąży, dostępność środków antykoncepcyjnych, tzw. klauzule sumienia różnych profesji etc.). Prace nad liberalizacją ustawy dot. przerywania ciąży (i potem jej uchwalenie), usankcjonowaniem związków partnerskich oraz zwalczanie wszelkich przejawów dyskryminacji, rasizmu, antysemityzmu i nienawiści z pobudek nacjonalistycznych czy faszystowskich muszą być podjęte niezwykle pilnie.

Kolejny aspekt naprawy naszego kraju, wiążący się ze stosunkami państwo-Kościół to problem tzw. „szarej strefy” na tej linii. Wszelka działalność instytucji religijnych, mająca charakter pozakultowy winna być opodatkowana i na te usługi oraz przedsięwzięcia wystawiane stosowne faktury. Darowizny i wpłaty na rzecz tych instytucji przeznaczone na cele kultowe można wtedy na podstawie faktur odliczać od podatku. Podobnie winna być potraktowana własność prywatna tych instytucji i ich opodatkowanie rozliczane według powszechnie stosowanych zasad.
Tu dochodzimy do problemu lustracji funkcjonowania tzw. Komisji Majątkowej – państwowo-kościelnej, przez cały okres transformacji. Zajmowała się ona zwrotem Kościołowi i innym związkom wyznaniowym dóbr i obiektów przejętych w czasach PRL. Wiadomo, że w tej materii dochodziło wielokrotnie do karygodnych nadużyć niosących poważny uszczerbek dla skarbu państwa. Te nieprawidłowości i jawne nadużycia winne być w procesach sądowych anulowane a obiekty i dobra zwrócone do skarbu państwa. Nt. temat wypowiadała się kilkakrotnie, wielki autorytet prawny w naszym kraju, prof. Ewa Łętowska.

Będąc przy problematyce własności najszerzej pojętej należy stwierdzić, iż jest ona teoretycznie zapewniona. Przyznając priorytet własności indywidualnej, prywatnej zupełnie zdeprecjonowano tzw. własność spółdzielczą czy jakąkolwiek własność grupową, kolektywną. Państwo w przyszłości winno w pozytywnie rozumianym kontekście wspólnoty zapewnić przez swe struktury autentyczną równości prawną i instytucjonalną wszystkim formom własności, a wielką troską otaczać własność spółdzielczą, traktując ją jako szczególnie ważny aspekt kształtowania społeczeństwa obywatelskiego, samoświadomości i wzajemnej odpowiedzialności obywateli.

Pomysł na Polskę „po POPiS-ie” winien też zawierać powstanie jasnego i przejrzystego, silnie progresywnego system podatków. W związku z olbrzymim rozwarstwieniem, które stale rośnie, warto zastanowić się (m.in. idąc drogą jaką zaproponował ostatnio Bill Gates) nad opodatkowaniem hiper-kapitału i związanych z nim luksusów. Dotyczyć to ma w równej mierze wszystkich podmiotów, także Kościołów i związków wyznaniowych. Propozycje „Polski przyszłości” nie mogą również pominąć zagadnienia wejścia w życie rozwiązania nazywanego dochodem podstawowym. W wielu krajach już wdrożono takie rozwiązania. Warto by się im przyjrzeć i przenieść – po ewentualnych konsultacjach i symulacjach – na polski grunt. Masowa robotyzacja i sztuczna inteligencja stoją u bram !

W tej sekwencji rozważań należy twardo i jasno powiedzieć, iż słuszne rozwiązania w przestrzeni polityki socjalnej, redystrybucji środków do sfery najuboższych i pokrzywdzonych transformacją ustrojową jaką przedsiębrał PiS zostaną utrzymane i zachowane (z modyfikacją w tych punktach gdzie wykazane są błędy i niedociągnięcia). Rachunek ekonomiczny i zbilansowanie winno dać też asumpt do rozważenia obniżenie do symbolicznego minimum lub likwidację (w ramach możliwości) podatków od rent i emerytur. Słuszność i zasadność programu 500 + winno być zmodyfikowane, decyzje przekazane do lokalnych MOPS-ów, a ekwiwalent z tego tytułu nie musi być wcale wypłacany w formie pieniężnej. Tam gdzie pracownicy socjalni widzą patologię i brak właściwej opieki nad dziećmi, gratyfikacje nazywane 500 + winne być przekazywane „w naturze” (najszerzej rozumianej): sfinansowanie dodatkowych zajęć pozalekcyjnych, wyprawki do szkoły, kolonie czy obozy wakacyjne etc. Oczywiście wymaga to rozbudowy i wzmocnienia merytorycznego służb socjalnych.

W programie naprawy naszego państwa, zdewastowanego przez dekady rządów prawicy i lewicy zakochanej w neoliberalnych miazmatach, w humanizacji stosunków interpersonalnych i przywrócenia tym samym znaczenia pojęciu wspólnota nie może zabraknąć zagadnień związanych z :

– odbudową prestiżu i znaczenia polskiej nauki poprzez powrót do cywilizowanych i nowoczesnych (sprawdzonych w Europie) form bezpłatnej i obowiązkowej edukacji oraz oświaty (obejmującej szkolnictwo podstawowe i średnie)
– długofalową, rozłożoną na dekadę, reorganizację opieki zdrowotnej aby zaczęła wreszcie odpowiadać światowym standardom. Osiągnąć to można poprzez m.in. podniesienie składki zdrowotnej, który to ruch jest elementem solidarnej partycypacji w inwestycjach pro-zdrowotnych społeczeństwa. I zapomnieć o prywatyzacji ochrony zdrowia w związku z prekaryzacją społeczeństwa i jego starzeniem się. Pierwszym i zasadniczym krokiem w naprawie sytuacji w tej dziedzinie funkcjonowania naszego państwa winno być prawne uniemożliwienie łączenia prywatnej praktyki i praca w uspołecznionej służbie zdrowia. Lekarz musiałby wybrać jedna z wymienionych form zatrudnienia
– cywilizowaną i odpowiadającą polskim interesom oraz uwarunkowaniom społecznym polityką pro-ekologiczną
– absolutnym zakończeniem wykorzystywania historii w bieżącej polityce.

Doprowadzenie do likwidacji tej haniebnej praktyki, dzielącej i stygmatyzującej znaczną część naszego społeczeństwa jest wspomniane w I części tekstu rozwiązanie IPN-u, będącego formą policji politycznej skierowanej przeciwko konkurentom dla ugrupowań rządzących
I na koniec polityka europejska i międzynarodowa. Polska winna twardo i zdecydowanie opowiadać się za dalszym jednoczeniem się – tak w sensie prawnym jak i formalnym – Europy. Bez względnie winniśmy podpisać i ratyfikować (negowaną i odrzucaną zarówno przez rząd PO jak i PiS-u) Kartę Praw Podstawowych. Te dążenia do ściślejszego scalania Unii Europejskiej są bowiem w rudymentarnym interesie polskiego społeczeństwa. Polska więc powinna być aktywnym elementem Unii nadającym jej rozwojowi taki kierunek, aby przestała być postrzegana jako asocjacja finansistów, bankierów, hiper-bogaczy i właścicieli mega-kapitału. Aby stała się naprawdę Europą socjalną, pro-pracowniczą, wolną od biurokratycznych struktur, neoliberalnych pomysłów i ciągot eurokratów. Dlatego winno się współpracować na tej niwie nie tylko w przestrzeniach polityki oficjalnej, ale moderować i intensyfikować kontakty i interakcje na niwie organizacji poza-rządowych i pro-obywatelskich.

Kolejnym poważnym zagadnieniem, ale i zagrożeniem, jest militaryzacja (w skali doczesnej jak i intelektualnej, umysłów, zachowań) i rozgrzanie wojennych nastrojów w europejskich społeczeństwach. Czy Polski nie stać dziś na nowy plan Rapackiego ? W chwili jego ogłoszenia „zimna wojna” szalała na dobre, a świat stał w przededniu kryzysu kubańskiego na krawędzi jądrowej zagłady. Dziś jest podobnie. Ewentualność wybuchu militarnego starcia między atomowymi potęgami – czemu Polska nota bene od lat basuje – zaowocuje tym, iż tereny naszego kraju staną się pustynią jądrową. To tu nastąpi, na obszarze Europy Środkowej – i ku temu dąży przez swoje działania cały czas polska dyplomacja (nie tylko PiS-oska) – atomowe starcie gigantów militarnych współczesnego świata. Przypomina ta polityka życzenia karpi w przedmiocie przyśpieszenia wigilii.

Czyli Polska jako kraj aktywnie działający na rzecz obniżenia napięcia międzynarodowego, które dziś grozi wspomnianymi, niewyobrażalnymi efektami wojny jądrowej, oraz powszechnego rozbrojenia. To jest imperatyw naszego, polskiego bytu narodowego i społecznej szczęśliwości.
Na koniec należy jeszcze wspomnieć w tym segmencie kończącym rozważania o przyszłości Polski, o jej przebudowie i zmianie – de facto: wszystkiego co do tej pory miało u nas miejsce przez ostatnie 20-25 lat – o zaprzestaniu podsycania polsko-rosyjskiej, polsko-ukraińskiej i polsko-niemieckiej nienawiści we wszystkich wymiarach i sferach. To nie służy nikomu i niczemu. Mimo członkostwa w NATO winniśmy również zakończyć żyrowanie przez nasz kraj agresywnych działań tego sojuszu, który dawno stracił charakter obronny. Jugosławia, Afganistan, Irak czy Libia. Są tego najlepszymi dowodami. Jest to obecnie wyłącznie narzędzie agresywnej polityki jedynego, słabnącego coraz bardziej, tracącego grunt pod nogami dotychczasowego, światowego hegemona.

Tak wyglądają moje, subiektywne, spisane w oparciu o doświadczenia ostatnich lat trwania III RP, pomysły na zmiany w naszym kraju, które są niezbędne dla jego ucywilizowania (w świetle tego z czym mamy dziś do czynienia), pchnięcia na kolejne tory modernizacji i zbliżenia się – przynajmniej – do trendów jakimi żyje i jakie targają współczesnym światem. I aby polskie społeczeństwo doświadczyło wreszcie jakiejś stabilizacji i otrzymało jasny przekaz od elit w jakim kierunku winien przebiegać w najbliższych latach jego rozwój. To pomysł na Polskę przyszłości do realizacji na dekadę (lub więcej). Tzw. Koalicja Obywatelska czy Pro-europejska (nazwa jest nieistotna, chodzi o meritum przedstawianego zagadnienia), zbiór „od lasa do Sasa”, pod „światłym kierownictwem” Platformy Obywatelskiej i neoliberałów z mainstreamu i salonów wielkich miast (to ten sposób widzenia świata i ludzi, tak realizowana polityka leżą u źródeł dzisiejszych zwycięstw PiS-u i sytuacji, iż Zjednoczona Prawica nie ma de facto z kim przegrać) nie daje jakiejkolwiek rękojmi na głębokie zmiany jakich wymaga nasz kraj we wszystkich niemal dziedzinach życia. Na zmiany systemowe, gdyż one nie leżą w interesie mainstreamu politycznego „trzymającego władzę” w naszym kraju. Bo nie mamy już czasu na kosmetyczne ruchy pozorne i przypudrowywanie tego co było.

Ucieczka od nauki

Może teza ta spotka się z krytyką, ale uważam, że po roku 1989 mamy w Polsce do czynienia z postępującą ucieczką od nauki lub przed nauką. Rezygnacja z nauki łączy się z odrzuceniem osiągnięć poprzedniej epoki i jest jednym z elementów kulturowego antykomunizmu.

Naukę z czasów PRL uznawano za nieprzydatną, reżimową, skażoną materializmem i marksizmem. Tego marksizmu akurat w nauce przed rokiem 1989 było niewiele, a i materializm nie ugruntował się zbyt mocno. Od nauki rozumianej głównie jako szkolnictwo wyższe wymagano bowiem wtedy tylko dostarczania wiedzy praktycznej i/lub dyplomu.

Środowiska naukowe, i nie tylko one, są zmuszane do wyrażania opinii w formie protestów. Protestują przeciw działaniom kolejnych ministrów, którzy wbrew pozorom nie mają żadnych planów, a jedynie wyobrażenia, zresztą niezmienione chyba od ich czasów szkolnych. Oprócz protestów konieczna jest natomiast refleksja i publiczna dyskusja o tym, jakiej edukacji chcemy i potrzebujemy, i czego oczekujemy od nauki naukowców.

Po pierwsze, trzeba otwarcie przyjąć dwa założenia: że poznanie naukowe jest jedynym sposobem uzyskania rzetelnej wiedzy o rzeczywistości i że o uzyskanie takiej właśnie wiedzy nam chodzi. Założenia te byłyby diametralnie różne od założeń aktualnie rządzącej ekipy (oczywiście, o ile ekipa ta jakieś założenia w ogóle posiada).

Rząd i jego zwolennicy, a także wszyscy ci, którzy – będąc w tej kwestii sojusznikami rządu – kwestionują monopol nauki na poznawanie rzeczywistości, wprost dyskredytują naukę, i nie jest to wcale przypadkowe. Znajomość faktów i umiejętność ich oceny mogą prowadzić do krytycznego osądu działań władzy. Taka edukacja jest po prostu dla rządzących zagrożeniem. Dlatego kładzie się teraz nacisk na kształtowanie postaw, pokory, obłudy, pozornej religijności. Jak dowiedzieliśmy się z wywiadu szefa gabinetu politycznego ministra edukacji dla TV Republika, najistotniejsza zmiana dotyczy uzupełnienia kanonu (lektur) tak, by wyrwać społeczeństwo z uprzedzeń antyreligijnych, którymi nasycona była szkoła w PRL i z których nie podnieśliśmy się przez te trzydzieści lat. Stąd propagowanie najwybitniejszych Polaków, choćby Jana Pawła II, który „fantastycznie przecież władał piórem zarówno jako poeta, duszpasterz, jako naukowiec”. Aby zaś osiągnąć te cele, konieczne jest usunięcie z uczelni lub zmuszenie do milczenia ludzi myślących, którzy chcieliby się zajmować nauką, wiedzę naukową rozwijać i przekazywać ją innym. Należy też przejąć kontrolę nad szkołami publicznymi, na przykład przez podporządkowanie ich kuratoriom oświaty.

Dlatego tak ważne już dziś jest przygotowanie wspólnego planu dla nauki i oświaty, tak by można było go wdrożyć jak najszybciej po obaleniu czarnogrodu. O ile program dla szkół napisać będzie nieco łatwiej, o tyle program dla nauki i edukacji wyższej wymagać będzie naprawdę poważnej refleksji i dyskusji wielu środowisk – tym bardziej że należy wreszcie wybrać kilka dziedzin czy specjalności, które mogą stać się szansą na dogonienie światowej czy choćby europejskiej czołówki.

Nieprzypadkowo plany ministra skrywają się za postulatem wolności badań naukowych. Chodzi tak naprawdę o kwestionowanie naukowego konsensusu, o wolność od rygorów naukowej metodologii, wolność od rzetelności prowadzenia badań i swobodę w opowiadaniu wszystkiego, co ślina na język przyniesie. Wzorem uczelni ma był KUL, a wzorem rzetelności badań pewnie IPN. Być może jednak i to nawet za dużo, bo historykom z IPN zdarza się czasem zachować umiar i wierność wobec faktów historycznych.

Wspierajmy naukę, zanim wyginiemy. Jako ludzkość.

O pożytkach dezubekizacji

Trudno sobie wyobrazić, że ustawa dezubekizacyjna, akt wyjątkowo podły, łamiący szereg podstawowych norm cywilizacyjnych oraz drastycznie szykanujący i upokarzający dziesiątki tysięcy niewinnych ludzi, może mieć jakieś pozytywne aspekty, a jednak …. 

Jednym z jej niespodziewanych efektów, z pewnością nie zamierzonych przez autorów, okazało się jaskrawe obnażenie niewiarygodnego poziomu cynizmu i kłamliwość czarnej propagandy o służbach PRL. Propagandzie tej, namiętnie uprawianej przez wszystkie prawicowe rządy III RP, uległa znaczna większość społeczeństwa, zwłaszcza urodzona i wychowana po 1989 r., więc PiS był pewien, że swym haniebnym posunięciem zdobędzie kolejne głosy ludowego poparcia. Mogłoby to być skuteczne, gdyby nie decyzja Sądu Najwyższego z września 2020 stwierdzająca, że aby karać, należy wcześniej wykazać jakich to konkretnie przestępczych, czy też pozaprawnych czynów dopuścili się wskazani funkcjonariusze. Orzeczenie to, przypominające jedynie podstawową regułę sądownictwa, radykalnie podcięło korzenie całej dezubekizacji, ale ponadto stało się potężnym ciosem w antypeerelowskie manipulacje. Oto w setkach rozpoczętych procesów okazało się, że IPN ani MSWiA, nie mają praktycznie żadnych materiałów obciążających represjonowane osoby, nie ma rzekomych ofiar czy osób poszkodowanych ich działalnością, nie ma świadków ani oskarżycieli pomocniczych, którzy by potwierdzili łamanie praw, sumień, godności. Ta prawda historyczna nigdy nie zdołałaby się wydobyć spod zwałów kłamstw, przeinaczeń i zmyśleń, bowiem nawet ludzie tworzący peerelowskie kadry, świadomi niedostatków tamtego systemu, nie czuli potrzeby stawania w jego obronie. Z tej też przyczyny prawicowi propagandziści mogli na ówczesnych służbach hulać właściwie dowolnie, ale na szczęście PiS w grudniu 2016 r. wprowadził dezubekizację …

Innym jej interesującym efektem okazało się to, że dzięki dezubekizacji można wyraźnie zobaczyć na jakim poziomie moralnym są ludzie zajmujący się tą problematyką. Dotyczy to polityków, publicystów, dziennikarzy, a także prawników, ze szczególnym uwzględnieniem sędziów. Rządzący dzisiaj PiS-owcy doskonale zdają sobie sprawę ze skali podłości jaką wyrządzili, więc coraz rzadziej zabierają głos na ten temat i ograniczają się z reguły do stwierdzenia, że kto czuje się skrzywdzony, może szukać sprawiedliwości w sądzie. Represjonowani rzeczywiście złożyli ponad 25 tys. skarg na haniebną ustawę, z nadzieją, że tak jawna krzywda będzie dostrzeżona i właściwie oceniona. Zadanie to stanęło przed sędziami, którzy jednak muszą pracować w warunkach stałej presji autorytarnej władzy. Wszyscy przecież wiedzą, że minister Ziobro i spółka nie wahają się używać gróźb i szykan, a z drugiej strony nagród i awansów, aby wymuszać korzystne dla siebie rozstrzygnięcia. W tej sytuacji procesy represjonowanych stały się swoistym papierkiem lakmusowym profesjonalizmu, przyzwoitości, niezależności i poczucia godności polskich sędziów. Znaczna większość z nich, wykazująca najwyższe standardy zawodowe, doskonale zdaje ten trudny egzamin i może być stawiana na  równi z sędziami państw od wieków mających utrwalone systemy demokratyczne i prawne. Zdarzają się jednak także tacy, którzy nie spełniają kryteriów i ze strachu, lub przekupieni gratyfikacjami, zbyt łatwo ulegają politykom Polskiej Zjednoczonej Prawicy. Środowisko represjonowanych skrupulatnie sporządza listę takich sędziów, aby pamięć o nich nie zaginęła. W nieodległej przyszłości, gdy skończy się totalny autorytaryzm PiS-u, wiedza o tym, jaką postawę prezentowali poszczególni przedstawiciele sądownictwa okaże się cenną wskazówką, komu nie można powierzać jakichkolwiek odpowiedzialnych i godnych zaufania stanowisk. Wcześniej, w niezbyt wymagających warunkach społeczno-politycznych, mogli oni się kamuflować, udawać przyzwoitych i uczciwych – egzamin z dezubekizacji dokładnie ich obnażył. I to z pewnością będzie korzystne dla jakości przyszłego polskiego wymiaru sprawiedliwości. 

Jedną z utrwalonych w polskim społeczeństwie legend o powstaniu III RP jest powszechne przekonanie o szlachetności, ideowości, uczciwości i bohaterstwie całej licznej grupy demokratycznych opozycjonistów, którzy niegdyś walczyli z amoralnym i kłamliwym systemem komunistycznym.  I oto dzięki dezubekizacji, aczkolwiek nie tylko jej, bo także z uwagi na szereg innych działań dzisiejszej władzy, można lepiej dostrzec prawdę także o tamtym okresie. Cała skala kłamstw, cynizmu, łamanie Konstytucji, antydemokratyczne zapędy, pazerność, żerowanie na instytucjach państwa, brutalna propaganda – ten haniebny zestaw jest w naszych czasach wręcz codziennością serwowaną społeczeństwu przez polityków Zjednoczonej Prawicy. A przecież oni jednocześnie wciąż nawiązują do tradycji pierwszej  Solidarności oraz powołują się na swe dawne zasługi jako uczestników antypeerelowskiej  opozycji. I teraz warto się zastanowić, czy oni rzeczywiście niegdyś byli szlachetnymi, uczciwymi, ideowymi ludźmi i tylko później się zdeprawowali? Niewątpliwie w tym gronie rzeczywiście zdarzali się także działacze prawi i godni podziwu, ale oni już dawno zostali zepchnięci w polityczny niebyt przez swych bardziej bezwzględnych i nie mających żadnych zahamowań ani skrupułów kolegów. Prawda historyczna z trudem i powoli, ale jednak wciąż przebija się do góry.  

Innym wartym zauważenia skutkiem dezubekizacji jest to, że ten brutalny i całkowicie niesprawiedliwy cios, który spowodował wiele dramatów i tragedii w środowisku represjonowanych, miał inny efekt. Z drugiej bowiem strony pobudził on całe rzesze starszych, zniedołężniałych już emerytów i rencistów do działania, wlał nowe siły, wręcz zmusił do aktywności. Przypomnieliśmy sobie o dawnych koleżankach i kolegach, wróciło poczucie wspólnoty, pojawiło się zaangażowanie polityczne i społeczne. Może tej energii nie starczy nam na długo, ale lepsze to niż nic.    

Ostatnią zaletą dezubekizacji jest jej, o dziwo, wymiar ekonomiczny. Dzisiejsza sytuacja gospodarcza charakteryzuje się bardzo wysoką, acz usilnie skrywaną przez władzę inflacją. Gdybyśmy pieniądze, które od października 2017 r. oni nam kradną, trzymali w domu, albo nawet na kontach w bankach, traciłyby one wartość w zastraszającym tempie. Dzięki zagrabieniu ich przez państwo, będzie ono musiało je zwracać powiększone o stosowne procenty. Co prawda o tym aspekcie rozpraw sądowych represjonowani powinni sami pamiętać i zgłaszać niezbędne wnioski, ale pozytywne przykłady już mamy. Sami autorzy dezubekizacji z pewnością nie spodziewali się, że mogą w ten sposób nam pomóc, ale cóż – czasami czyni się dobro nawet wbrew sobie.      

Dziel i rządź!

Po co wymyślono Polski Ład?

Na pewno nie z troski o rozwój gospodarczy i społeczny naszego Kraju.
Projektów gospodarczych, infrastrukturalnych, inwestycyjnych w nim jest tyle co na lekarstwo, a jeżeli już są, to powielają pomysły i projekty prezentowane przy innych okazjach i realizowane z bardzo różnym skutkiem. Jeszcze nie zbudowano polskiego składaka ( elektrycznego samochodu ), a premier już zapowiada powszechne wykorzystanie wodoru. Nie rozpoczęto jeszcze budowy Centralnego Portu Lotniczego i szybkiej kolei dojazdowej, a Premier ogłasza Polskę hubem transportowym Europy Środkowej.

Najlepiej, mimo różnych zacięć i opóźnień, nadal idzie budowa dróg ekspresowych i autostrad oraz modernizacja lokalnych układów komunikacyjnych.

Bardzo słabo idzie wdrażanie nowości technologicznych i wynalazków rodzimej proweniencji i budowa polskich specjalności przemysłowych. Zdecydowanie królują podwykonawstwo dla zachodnich koncernów światowych i usługi szeroko rozumiane, głównie logistyczne.

A najgorzej wygląda społeczne budownictwo mieszkaniowe.

Nowe pomysły na budownictwo niczego nie zmienią, a pomysł z 70-metrowym domem z płaskim dachem bez formalności to wręcz kpina ze zdrowego rozsądku.

Głównym powodem ogłoszenia tego projektu jest chęć odzyskania inicjatywy politycznej, podzielenia do końca i tak skłóconej opozycji – na liberałów i lewaków; a w perspektywie oczywiście przyszłe wybory.
Jest to projekt dosyć sprytny, acz niedopracowany.

Jego główną i istotną treść stanowi korekta podatku dochodowego i sposobu naliczania składki zdrowotnej.

Epatowanie opinii publicznej ogromnym relatywnie podniesieniem kwoty wolnej od podatku uzupełniane jest, znacznie słabiej nagłaśnianym wyłączaniem składki zdrowotnej z podatku dochodowego, co w konsekwencji niweluje w większości dobroczynny skutek dla obywateli pierwszej operacji, a klasę średnią, a zwłaszcza tzw. samozatrudnionych wręcz wali po głowie pałką.

Per saldo najgorzej uposażeni, w tym emeryci jednak zyskują nieznacznie na tej operacji, z wyjątkiem istotnej grupy podatników korzystających z ulg podatkowych ( ci którzy nie będą mieli należności podatkowych – ulg nie będą mieli od czego odliczyć, a składkę zdrowotną i tak zapłacą od całości dochodów).

Partia rządząca kolejne prezenty, tym razem podatkowe chce sfinansować pieniędzmi inteligencji ( informatyków, prawników, lekarzy i innych podobnych profesji ) oraz drobnego biznesu, bo przecież wiadomo, że grubszy biznes znowu uruchomi mechanizmy optymalizacji podatkowej.
Stracą także samorządy, których największa część dochodów własnych pochodzi z udziałów w podatkach dochodowych.

Skutek dla gospodarki i społeczeństwa jest niepewny, ale podziały społeczne zostaną z pewnością pogłębione, a za paliwo wyborcze zapłacą głównie grupy kontestujące władzę PiSu, a pozycja samorządu terytorialnego, autonomicznego wobec władzy, nie tylko finansowa, ale w konsekwencji również ustrojowa, zostanie po raz kolejny realnie osłabiona.
Wszelkie korekty, choćby w postaci planowanego Funduszu Inwestycji Samorządowych oznaczają dalszą centralizację państwa i algorytmy podziału preferujące swoich.

Wyrównywanie natomiast strat podatkowych polskiej klasie średniej na odległość śmierdzi paternalizmem władzy.

Cała ta skomplikowana operacja ma na celu nie tylko pogłębienie podziałów w społeczeństwie, ale również w jego reprezentacjach politycznych.

Jest to widoczne już na etapie wstępnej debaty nad ogłoszonym planem. Szczególnie czułym punktem jest styk obozu centrolewicowego, który już został podzielony wskutek różnic taktycznych wobec ratyfikacji Funduszu Odbudowy i stosunku do Krajowego Planu Odbudowy.

Prezentacja kilku wątków programowych przez siedem działaczek nowej Lewicy w telewizji, co szumnie ich koledzy nazwali Konwencją Programową, wzbudziło poważny niepokój liberalnych mediów.
Trudno się temu dziwić, bo łudząco przypominały one pomysły z pisowskiego Nowego Ładu.

Ewentualna budowa PiSoLewu to oczywiście czarny sen większości demokratycznej opozycji w Polsce. Takie porozumienie nie tylko pozwoliłoby na kontynuację sanacyjnych rządów Jarosława Kaczyńskiego, ale doprowadziłoby przede wszystkim do dalszej erozji praworządności i wolności obywatelskich w naszym Kraju, całego systemu konstytucyjnego i związków Polski z Europą.

Polską lewicę stać na własny program gospodarczy, a zwłaszcza społeczny, zapewniający Polakom bezpieczeństwo socjalne, ale też wolność polityczną i wszystkie prawa obywatelskie, dobrą edukację i powszechnie dostępną, skuteczną ochronę zdrowia.

Ten program Lewica może i powinna zbudować samodzielnie, ale też, jak za pierwszej sanacji i Centrolewu, powinna być częścią szeroko rozumianej opozycji demokratycznej, w obronie demokratycznych zasad Rzeczypospolitej, a nie prowadzić flirtu z władzą, o autorytarnych zapędach, który może nas wszystkich wyprowadzić na manowce i poza struktury europejskie.

Marzenia o władzy absolutnej

Przez kilkadziesiąt lat myślałem, że żyję w państwie, które wprawdzie nazywa siebie „demokratycznym, a w rzeczywistości udaje demokrację, stale naruszając jej podstawy. Różne było nasilenie tej choroby. Jeszcze 6 lat temu wydawało mi się, że szczyt został osiągnięty w pierwszych latach PRLu. Wtedy jednak używano pojęciowego koktajlu, tłumacząc mniej świadomej części obywateli, że dążymy jednocześnie do demokracji, ale nie rezygnujemy z „dyktatury proletariatu”. Taka polityczna bajeczka służąca głównie do uwodzenia „klasy robotniczej”.

Tęsknota za lepszym ustrojem

W ostatnich sześciu latach wkroczyliśmy w podobny dualizm ustrojowy. Władza tłumaczy narodowi i zagranicy, że jesteśmy wzorcową demokracją. W przeciwieństwie do USA nie biją u nas murzynów i nie przeżywamy częstej strzelaniny w szkołach, Czasem tylko ktoś się słusznie zezłości na tych nienormalnych z LGBT i niechcący kogoś uderzy na ich niesmacznych demonstracjach. Jednocześnie jednak wykształcamy nowy ustrój, który można nazwać „autokratyczną demokracją”, czyli autokratyzm, wykorzystujący zasady demokracji tam, gdzie to możliwe bez utraty władzy.

W ostatnich miesiącach obserwuję jednak pewne niepokojące zmiany. Czołowe ośrodki władzy są już znudzone tym dualizmem i zaczynają szczerze wyjaśnić, że jednak autokracja jest im bliższa, że będziemy jednak tworzyć ustrój bardziej zbliżony do „cywilnej” dyktatury, albo monarchii absolutnej.

O takiej tendencji świadczyły liczne posunięcia aktualnie rządzącej, choć coraz mnie zjednoczonej prawicy. Temu miała służyć reforma wymiaru sprawiedliwości, polegająca głównie na podporządkowaniu wiernym reprezentantom „partii i rządu” wszystkich ogniw sądownictwa, nie wyłączając Trybunału Konstytucyjnego i Sądu Najwyższego. Taki był ukryty cel obsadzania kierowniczych stanowisk w spółkach skarbu państwa wyłącznie „swoimi” ludźmi, najczęściej pozbawionymi innych kwalifikacji. Temu służyły prezenty dawane za posiadanie dzieci, tak podlewane propagandą, aby naród personifikował je z jakże inteligentnym i odpornym na wszelkie pokusy szefem rządzącej partii. Sądzę, że temu też miały służyć tworzenie wokół tej osoby otoczki uwielbienia i troski, widoczne m.in. w liczbie chroniących jego osobę i miejsce zamieszkania policjantów, niekiedy mieszczących się z trudem w kilkudziesięciu samochodach. Naród miał zrozumieć, że tak chroni się władców absolutnych. I aby mógł to z podziwem porównać z kilkuosobową ochroną wysokich urzędników większych od nas państw europejskich, trzymających się zasad gnijącej demokracji.

Chcemy autokracji?

Mimo narastania objawów dążenia do usankcjonowanej autokracji, do niedawna nikt z „obozu władzy” tego wyraźnie nie powiedział. Dopiero niedawno prezes rządzącej partii i zarazem wicepremier, Jarosław Kaczyński, dał do zrozumienia, że on właśnie jest autokratą, dzierżącym rzeczywistą władzę. Powiedział – wprawiając w osłupienie całą polską i zagraniczną inteligencję, – że polski premier jest premierem tylko, dlatego, że on go namaścił i ma jego poparcie. Jak go przestanie popierać, to już nie będzie premierem.

Fakt ten był tajemnicą poliszynela, ale takie otwarte, publiczne stwierdzenie w państwie, które jeszcze kurczowo udaje demokrację, stworzyło zadziwiającą i śmieszną sytuację. Jeśli premier jest tylko wykonawcą poleceń szefa partii i zarazem swego zastępcy, to znaczy, że cały rząd jest tylko grupą bezwolnych urzędników, wykonujących wypowiedziane, a nawet niewypowiedziane życzenia „władcy”.

Trochę w zyciu czytałem i wydaje mi się, że nawet wzorcowi europejscy dyktatorzy – Hitler, Stalin, Mussolini i Franco – oficjalnie nie twierdzili, że mają władzę absolutną. Przeciwnie – stwarzali pozory liczenia się z opiniami i decyzjami organów państwa i partii, której byli członkami. Dosadniej o monopolistycznym dzierżeniu władzy wypowiedział się tylko Ludwik IVX, mówiąc w 1686 roku „państwo to ja”, i rzeczywiście doprowadzając do posiadania władzy absolutnej.

„My Naród” powoli dojrzewamy do takiego stanu. W obozie władzy i wśród jej zwolenników pan Prezes uchodzi za nieomylnego, bez reszt oddanego „sprawie”, jedynego nieskażonego pogonią za mamoną. Nikt nie ośmiela się oceniać ważnych dla kraju zdarzeń i decyzji, dopóki prezes nie wyrazi swojej opinii. Potem wszyscy. entuzjastycznie ją powtarzają. Jeśli powie, że coś trzeba zmienić albo „usprawnić” to może być pewien, że natychmiast znajdzie się grupa posłów, która wymyśli odpowiednią ustawę, podpowie Trybunałowi Konstytucyjnemu i SN, jaki wyrok w określonej sprawie jest pożądany, kogo trzeba uhonorować, a kogo uderzyć i próbować zniszczyć.
Obraz stopniowego przechodzenia na rządy autokratyczne widoczny j3st jednak nie tylko w parlamencie i centralnej administracji. Widać go także w zachowaniach prokuratury, która najchętniej trzymałaby wszystkich niepraworządnych obywateli w wielomiesięcznych, a nawet wieloletnich aresztach śledczych. Praworządnych, – czyli sprzyjających władzy najchętniej by nie zauważała, albo miała niemożliwe do pokonania przeszkody, aby się nimi zająć.

Śladami prokuratury zaczyna podążać policja. Jej wkład w tworzenie i umacnianie autokracji koncentruje się na dwóch, nowych dla niej. działaniach. Pierwsze dotyczy marketingowego blichtru władzy. Policja zawsze wspomagała ochronę jej „najwyższych” przedstawicieli władzy, ale w warunkach demokracji starała się to robić dyskretnie. Teraz – wzorem innych państw autokratycznych – swoją przesadnie liczną obecnością, podnosi w oczach ludu znaczenie autokraty i jego najbliższych pomocników. Próbujemy doganiać w tym zakresie prezydentów USA, składających wizyty w mniej przyjaznych lub gorzej zorganizowanych krajach. Jestem przekonany, że nie chodzi tylko o ochronę. Znaczna część ludu jest tym zafascynowana, traktuje to jako demonstrację siły naszego mocarstwa i wartości chronionych osób. Czekają na takie obrazki w telewizorze, w których będzie widać jak policja roznosi w pył przeciwników autokraty, nie tylko zagrażających jego życiu lub zdrowiu, ale także, ośmielających się czynem lub słowem przeszkadzać mu w pełnieniu obowiązków.

Druga nowość w działaniach policji, to, – dobrze, że na razie sporadyczne, – bicie kobiet. niegrzecznie się odzywających i ośmielających się sprzeciwiać jej poleceniom. W moich ślepnących oczach żadne tłumaczenia ich nie usprawiedliwiają. Mimo równouprawnienia kobiety są najczęściej fizycznie słabsze. Bicie ich pałką a następnie przewracanie na ziemię i uciskanie kolanami plami każdego mężczyznę, a zwłaszcza mężczyznę w mundurze. I nieodwracalnie plami ten mundur. Generalicja policyjna powinna więc jak najszybciej rozważyć popularną kiedyś w gimnazjach hamletowską wątpliwość – „Bić czy nie bić – that is the question?”.

Od autokracji do dyktatury

Autokracja była zawsze podłożem dyktatury, ale może też do niej nie doprowadzać. Różnica – moim zdaniem – polega na tym, że autokrata stara się utrzymywać pozory demokracji i funkcjonowanie organów państwa, które formalnie ją zapewniają. Obsadzone jego zwolennikami wiedzą, czego od nich oczekuje. I nawet nie musi wydawać im wyraźnych poleceń. Wystarczy, że wskaże kierunek w wywiadzie lub parlamentarnym wystąpieniu.

Dyktator nie dba już o te pozory. Jest władcą absolutnym. Dawno minęły czasy monarchistyczne – współcześnie powinien być prezydentem albo premierem rządzącym zgodnie z odpowiednio przeredagowaną konstytucją. Musi mieć czas na dokonanie zmian ustrojowych i szczerze wierzyć w większą skuteczność dyktatury, niż demokracji.

Najbliższe mu zaplecze polityczne jest najczęściej zorganizowane według wzorów mafijnych. Organizacja formalna nie zawsze pokrywa się z organizacją nieformalną. Ulubieńcy wodza nie zawsze muszą zajmować wysokie stanowiska. Wystarczy, że wszyscy wiedzą o ich dobrej pozycji w umyśle i sercu władcy. Czy to nas czeka? Nie można tego wykluczyć, bo nasi czołowi kandydaci na władców absolutnych, już od dawna przebierają nóżkami, chcąc osiągnąć taką pozycję. Ciągle jednak napotykają na przeszkody w postaci historycznie uwarunkowanej niechęci suwerena do każdej formy zamordystycznych rządów i braku powszechnego uznania, że właśnie oni są tymi geniuszami, którym opatrzność powierza remont drogi do szczęścia Narodu.

Można więc mieć nadzieję, że całkowite wpychanie nas w autokratyzm nie zostanie uwieńczone powodzeniem. Przybudówki polityczne ich zawiodą, opozycja powstrzyma swoje ambicje i stworzy jednolity front obrony, a potem kontrataku, Europa zapomni o naszych błędach, strumienie finansowego zasilania się powiększą i nawet Rosja wyciągnie do zgody delikatną, choć spracowaną, dłoń Putina.

Wtedy niepokoić nas może tylko nieśmiertelny Koronawirus i sentymentalne śpiewy oddziałów nudzących się armii na granicy ukraińsko – rosyjskiej. A już Napoleon mawiał, że nie ma nic gorszego, niż wojsko, które się nudzi.

Walczymy o życie

Jesteśmy krajem całkowicie upośledzonym i zniszczonym przez balcerowiczyzm, który nigdy nie opuścił ziemi, tej ziemi. I przez to, właśnie teraz, giniemy. Sytuacja jest absolutnie dramatyczna.

Dla porównania: w indyjskim regionie Kerala (33 miliony mieszkańców) z (UWAGA) PIĘCIOKROTNIE NIŻSZYM PKB na głowę do tej pory zmarło: 4700 osób (u nas 58 tys.). Polska jest też od kilku dni krajem w ścisłej czołówce dziennych zgonów. Przeganiają nas tylko kraje takie, jak Meksyk, Rosja, USA, czy Indie, które podobną liczbę dziennych zgonów notują mając wielokrotnie większą liczbę ludności. Gdy dodamy do tego, że w Polsce mamy bardzo wysokie nadmiarowe zgony (bo przestano u nas leczyć większość innych chorób!!!), to śmiało możemy mnożyć te dzienne zgony razy dwa.

Uważam, że nie jesteśmy najbiedniejszym, najgłupszym i najgorzej zorganizowanym narodem świata. A przynajmniej nie musimy nim być.
I czas nazwać rzeczy po imieniu. Mamy do czynienia z planowym ludobójstwem. Rząd przez rok nie zadbał ani o większe nakłady na zdrowie, ani o przeszkolenie dodatkowych kadr, ani nie zmobilizował wojska, ani nie zadbał o rodzimą produkcję szczepionek, ani nie zadbał o kontrole higieny w miejscach pracy, ani nie potrafił nawet stworzyć sensownego planu obostrzeń czy przeszkolić kogokolwiek w prawidłowym noszeniu odpowiednich masek. A obecnie jest zajęty wewnętrznymi wojenkami o władzę.

To, czy jest to działanie świadome nie ma w tej chwili znaczenia. Mamy do czynienia z masowym, systemowo normalizowanym mordowaniem. Zwłaszcza ludzi chorych, starszych i potrzebujących wsparcia w terapiach. Na potrzeby walki o życie i zdrowie ludzkie wszystkie porównania, w tym do Mengele, są teraz uprawnione, bo mowa tu o dziesiątkach tysięcy ofiar śmiertelnych, przy kompletnej bierności ze strony tnącego wszelkie koszty rządu, który ma to gdzieś.

Jeśli ktoś się ma za medium obywatelskie, to jest ten czas żeby przestać pierdolić o księciach, smoleńskach, wszystkim innym i zająć się walką o życie obywateli_ek tego kraju. Ta sama rzecz tyczy się również całej opozycji, która zamiast działać na rzecz 1000 niewidocznych spraw naraz powinna skupić się na tej JEDNEJ. Jest to kwestia narodowego zdrowia, bezpieczeństwa oraz honoru.

Społeczeństwo tresowane

Najgorsze jest to, że polskie społeczeństwo jest tak wytrenowane przez kapitalizm, że nawet dziesiątki tysięcy ofiar pandemii z winy rządu nie skłonią do buntu, czy większego oporu. Ba, nie drgnie rządowi zaufanie i poparcie!

Bo władza jest rozmyta i nie istnieje. Przy tej samej sytuacji w PRL-u już byłaby rewolucja i płonęłyby komitety. Przypomnę, że wtedy duża część zamieszek zaczynała się od np. dość drobnych podwyżek kiełbasy. Teraz można powiedzieć publicznie będąc politykiem z obozu władzy, że trzeba będzie poświęcić chorych na raka… i gówno.

Alienacja, brak świadomości klasowej, totalna hegemonia kapitału… Jest na to wiele określeń, ale nie ulega wątpliwości, że współchore jest też niewolnicze społeczeństwo. Jest to kraj w którym spokojnie można umrzeć i nie wiedzieć nawet z czyjej winy nie doczekało się lekarza, narzekając na socjalizm i głosując na PiS za wstawanie z kolan.

Znasz li ten kraj

Pamiętam z przedwojennych lat chłopięcych, jak do nastrojowej pieśni S. Moniuszki ze słowami wiersza A. Mickiewicza „Znasz li ten kraj, gdzie cytryna dojrzewa….” uzdolnieni koledzy usiłowali dorabiać inne teksty, adresowane do sympatii z gimnazjum Platerówny. Dzisiejsza młodzież, gdyby znała ten wiersz i odczuwała potrzebę jego autorskiej przeróbki, powinna zaczynać go raczej od słów „Znasz li ten dziwny kraj, gdzie jabłka dojrzewają, a inteligencja zanika ….”.

Rachunek sumienia

Próbując łapać pierwsze promienie przedwiosennego słońca, siadam na przyzbie, na razie tylko w towarzystwie pieska, i zastanawiam się, od czego to się zaczęło. Już długie sześć lat mija od chwili, kiedy „My Naród”, wprawdzie nie jednogłośnie, ale poprawnie, wybraliśmy określoną partię polityczną o pięknej nazwie „Prawo i Sprawiedliwość” z przewagą, dająca jej prawo rządzenia.

Teraz wszystko jest „narodowe”, więc coraz więcej współobywateli przyznaje, że to był narodowy błąd. Nie czuję się współwinny, bo głosowałem na zupełnie kogo innego. I ze zdziwieniem, podbudowanym strachem, wysłuchiwałem przed wyborami i po wyborach opowieści wodza zwycięskiej partii i członków jego gwardii (a może lepiej – biura politycznego) o tym, że stworzą nową Polskę. A właściwie nowe państwo – oczywiście suwerenne, podniesione z kolan, bezwzględnie uczciwe, sprawiedliwe, nowoczesne, bogate i wzbogacające obywateli, do reszty zdekomunizowane, pamiętające o bohaterskiej przeszłości i tych, którzy ją tworzyli. Wszystkie te deklaracje były podlane werbalnym sosem patriotyzmu, wspomagającym podział na „my” – prawicowi patrioci i „oni” – liberalni koniunkturaliści i postkomuniści, czyli, na obywateli pierwszego i drugiego sortu.

Dlaczego byłem przestraszony? Bo jako zdeniołężniały, ale złośliwy staruszek, pamiętałem, że właściwie wszystkie przejmujące władzę ugrupowania w Polsce i okolicy zawsze mówiły to samo, jedynie inaczej rozkładając akcenty. I powstawał groźny paradoks – ci, którzy w znacznym stopniu realizowali te obietnice, doprowadzali swój kraj, a nawet świat, do historycznych tragedii.

Cyryl jak Cyryl, ale te metody!

PIS wygrał wybory przede wszystkim przez obietnicę dawania pieniędzy w systemie 500+. I spełnił tą obietnicę, co utwierdziło znaczą część elektoratu w przekonaniu, że jest solidny i będzie się przy nim dobrze żyło. Mam znajomych w niewielkim mieście, którzy do dzisiaj słuchają tylko „wodza” i państwowej telewizji, nie wierzą w żadne wiadomości negatywne. Tylko głowa rodziny „na osobności” i przy piwie mówi mi – „rozumiesz chyba jak jest, ja wiem, że oni „gonią w piętkę”, ale zapisałem się do partii, dali mi lepszą pracę, dostaję za frico 1500 na troje dzieci – to jak mogę ich krytykować?”.

„Gonienie w piętkę” zaczęło się zaraz po wyborach i do dzisiaj odbywa się w kilku podstawowych płaszczyznach:

– stwarzania szansy na utrzymanie wieloletnich rządów, metodą przejmowania władzy przez członków, lub posłusznych zwolenników, na wszystkich szczeblach od podstaw, aż do samej góry – łącznie z „aparatem” ścigania i wymierzania sprawiedliwości, armią i „terenem”, czyli samorządem terytorialnym.
– wmawiania narodowi, że wszystko przed tym było złe, szkodliwe dla kraju i nie patriotyczne – poczynając od „komuny”, a kończąc na rządach PO – PSL. Wszyscy razem zostawili kraj w ruinie, i dopiero my zmienimy tą ruinę w krainę wiecznej szczęśliwości. Podstawowym instrumentem tej propagandy stała się państwowa telewizja, pieszczotliwie zwana „szczujnią”.
– utrwalania podziału społeczeństwa na „my” i „oni” wszelkimi metodami, łącznie z próbami zastraszania ważnych grup zawodowych, czego przykładem są żenujące manewry prowadzone „w sprawie” sędziego Tulei. zagrożonego ostatnio doprowadzeniem do prokuratury w kajdankach. Ale klinicznym przykładem tego instrumentu utrwalania władzy, jest podtrzymywanie przez 11 lat bezsensownej tezy o możliwym zamachu na nasz rządowy samolot pod Smoleńskiem. Nie pokazuje się palcem, ale daje do zrozumienia, czyja to mogła być wina. I tym samym utrzymuje się poparcie istotnej, chociaż coraz mniej licznej, grupy mniej czytających obywateli i zwolenników „spiskowej teorii dziejów”.
– podniecania opinii publicznej wszystkimi prawdziwymi i fikcyjnymi przestępstwami dokonywanymi przez „wrogie siły”, czyli opozycję, ulicę i zagranicę, poczynając od kradzieży batoników i kiełbasy. Jednocześnie lekceważenie wszelkich zarzutów obciążających „swoich”, chowanych w państwowych spółkach i sztandarowych instytucjach. Ostatnio uznano nawet, że osoby na kierowniczych stanowiskach nie muszą podawać do publicznej wiadomości swoich oświadczeń majątkowych. Przecież to ich prywatna sprawa ile i jak zarabiają!
– uporczywe, bezsensowne a czasem śmieszne uznawanie wszystkiego za własny sukces, zarówno moralny – jak słynne głosowanie 24: 1 jak i materialny – jak rozpoczęcie budowy tunelu w 85% finansowanej przez UE, drogą budowę nowej elektrowni w Ostrołęce, którą jednak trzeba zburzyć.
– natarczywe, wręcz zabawne chwalenie się prawdziwym lub (ostatnio częściej) rzekomym powodzeniem wszelkich działań i przodującym miejscem w międzynarodowe konkurencji – nawet dotyczącej pandemii. Te opowieści wspierane są twierdzeniem, że prowadzimy nadzwyczaj sprawną politykę zagraniczną. Tylko nieuctwu i złośliwości europejskich działaczy zawdzięczamy objawy krytyki, a nawet niechęci.

To nie są odrębne cele – to są tylko specyficzne (chciałoby się rzec – chorobliwe) metody sprawowania władzy przez rządzące obecnie ugrupowanie. Podejmowane w ich ramach działania prowadzą do powstawania nieustannych konfliktów z tą gorszą częścią społeczeństwa – o przestrzeganie konstytucji, rujnowanie wymiaru sprawiedliwości, ograniczanie wolności przekonań, dyrygowanie policją, zakazywanie aborcji, zapowiadanie niepotrzebnych inwestycji.

Wzrost i upadek autokracji?

Jeśli dobrze rozumiem zawiłe wypowiedzi wodza i jego „powtarzaczy”, to wszystkie „zabawy” tej władzy mają prowadzić do „odnowienia Polski” i nadania jej wzniosłych cech, które wymieniłem na początku felietonu.
Jest mi coraz bardziej przykro, – ale przestałem w to wierzyć. Usiłuję pojąć, co naprawdę kieruje czołówką tej władzy, że gotowa jest niszczyć ludzi niepodzielających jej poglądów i „tracić twarz”, która będzie chyba trudna do odzyskania po utracie władzy. A historia dowodzi, że taki moment nastąpi.

Dochodzę do wniosku, że głównym motywem tego postępowania jest jednak wynikające z cech charakteru nieodparte dążenie do autokratycznej władzy. Oczywiście w takiej skali, jaka dla danej osoby jest dostępna – rodziny, przedsiębiorstwa, mafii, partii, parlamentarnego klubu, wsi czy miasta. To często występująca cecha. W każdej skali może być niebezpieczna, ale stanowi zagrożenie dla nas wszystkich, jeśli sięga skali państwa.

Ktoś użył w niedawnej publikacji sformułowania „autokratyczna demokracja”. Nie ma czegoś takiego i być nie może, bo nawet sprawna autokracja (bo bywa sprawna) musi być całkowitym przeciwieństwem demokracji. Odbiera samodzielność myślenia, ogranicza zainteresowania do problemów materialnych i do tego, co wolno, a czego nie wolno. W skali kraju koncentruje prawo do decydowania o wszystkim wąskiej grupie osób, z reguły otaczającej „głównego „ autokratę, cieszącego się ich prawdziwym lub udawanym uwielbieniem.

To smutne, ale od pewnego czasu idziemy w tym kierunku. „Lenistwo suwerena” powoduje, że znaczna część Narodu jest już zarażona tym, równie niebezpiecznym jak COVID 19, wirusem obojętności, wirusem zgody na bezmyślność i podporządkowanie się regułom autokracji.
Mój kraj robi wrażenie, jakby – poza grupami młodzieży – zapadł w sen zimowy. Ale znam ten kraj i wierzę, że wiosną się obudzi.

Warszawa – Marki, 13.03.2021