Spytaj milicjanta

Robi się coraz ciekawiej. Prawo i Sprawiedliwość zamierza przerzucić na obywatela obowiązek udowadniania przed sądem, że nie jest wielbłądem. Bo jeśli milicjant stwierdzi, że obywatel jest, to tak musi być w majestacie prawa. I sprawiedliwości.

Idzie o nowelizację kodeksu wykroczeń. Partia rządząca wrzuciła doń zapis, który zmienia zasadniczo układ obywatel-władza milicyjna. Podług najnowszej propozycji, ten, kogo milicjant ukaże mandatem, będzie zmuszony mandat przyjąć. Czy mu się to podoba, czy nie. Jeśli obywatel uzna, że nań nie zasłużył, sam będzie musiał wziąć na siebie ciężar udowodnienia swojej niewinności, bądź niezasadności kary, przed sądem powszechnym. Do tej pory, kiedy odmawialiśmy przyjęcia mandatu, sprawa, na wniosek milicjanta, lądowała w sądzie. Jeśli nowelizacja kodeksu autorstwa PiS w Sejmie przejdzie, a nic nie wskazuje na to, żeby miała być utrącona, to na obywatelu będzie spoczywał obowiązek zawiadomienia sądu względem swojej niezgody z decyzją milicjanta. To obywatel będzie musiał złożyć wniosek, pierwej go napisać, zdeponować w odpowiednim wydziale i dopilnować ustawowego terminu przedawnienia. Innymi słowy, będzie tak, że milicjant będzie miał zawsze rację co do zasadności mandatu nałożenia i jego wysokości wyrażonej w gotówce, a obywatel nie będzie mógł na starcie się zeń nie zgodzić. Dopiero jeśli sam zechce i dopilnuje, może sobie ewentualną sprawiedliwość wydrapać.
Po co PiS to czyni? Wersja oficjalna, dla prasy kobiecej i partyjnej jest taka, że sądy są zawalone sprawami banalnymi i trywialnymi, jak, dajmy na to, brak zgody na przyjęcie mandatu od milicjanta, i to m.in. dlatego młyny sprawiedliwości w tym kraju tak wolno mielą. Przez to ci wszyscy, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, czekają do świętej Nigdy, żeby poznać choćby termin pierwszej rozprawy. Sam coś o tym wiem. Na apelację banku z którym się sądzę, czekam z terminem prawie rok. Aby temu przeciwdziałać, należy sędziów i sądy odciążyć od niepotrzebnej roboty. Na początek należy zająć się prawną fikcją, jaką są wnioski milicji w sprawie braku zgody na mandat. PiS mówi, że 80 procent takich spraw sąd rozstrzyga po myśli milicjanta. Zasadnym takoż będzie, jeśli do sądu z mandatem pójdą ci, którzy naprawdę wierzą w swoją wersję, a nie tylko chcą zagrać na nosie milicji i temidzie. Jak można wyczytać w pisowskim uzasadnieniu do zmian w kodeksie, jest zwykle tak, że obywatel decyduje się nie przyjąć mandatu pod wpływem silnego wzburzenia; nie kieruje się trzeźwym myśleniem, tylko emocjami, które przesłaniają mu prawdę faktyczną. Sensownym więc będzie, kiedy mandat przyjąć będzie musiał. Poczeka parę dni, ochłonie, przemyśli swoje postępowanie. I na drugi raz dwa razy się zastanowi, nim propozycję milicjanta odrzuci. Jak w „Rejsie” Marka Piwowskiego: proponujemy przenieść obywatela krnąbrnego do sekcji spolegliwców; nauczy się tam szacunku do munduru, rezonu wobec prawa i przede wszystkim-przestanie judzić i pogodzi się ze swoim losem. I to ma sens. Sądownictwo na raz się odblokuje, bo sędziowie nie będą musieli pochylać się nad wnioskami krzykaczy i awanturników, które na wstępie obarczone są prawną wadą. Skrócą się kolejki. Obywatele się uradują, bo ich sprawy w końcu trafią na wokandę. Minister się ucieszy, bo reforma wymiaru sprawiedliwości nabierze tempa. Same plusy.

Wersja nieoprawna, która pobrzmiewa w komentarzach wrażych mediów i lewackich publicystów, takich jak ja, ma co najmniej dwa dna. Pierwsze, najbardziej oczywiste, tyczy się kasy. Po to Ziobro robi takie chochmy, żeby golić obywateli jeszcze bardziej przy skórze, choć, być może, ktoś był pomyślał, że już bardziej się nie da. Nic bardziej mylnego. Mało Ziobrze, że w dzisiejszym, polskim sądzie, człowiek musi bulić już praktycznie za wszystko: uzasadnienia wyroków, terminy, ekspertyzy, wypisy. Nie trzeba mieć doktoratu z psychologii, żeby wiedzieć, że ¾ osób, które dziś decydują się na nieprzyjęcie mandatu od milicjanta, nie pójdzie do sądu walczyć o pareset złotych, tylko machnie ręką, bo szkoda im będzie ich cennego czasu. Pójdą ci, którzy ten czas mają, albo legaliści, którzy wierzą jeszcze w sens trójpodziału władzy w tym kraju. Takich, niestety, coraz mniej, choć trudno się ludziom dziwić, bo mają oczy i widzą, co się odjaniepawla. A jak ludzie nie będą się o swoje bić, to pieniądze zostaną przy ziobrowym cycu. Szukają oszczędności, gamonie, gdzie się da. A że kieszeń obywatelska głęboka, a łapy władzy lepkie, pchają graby po same pomidory. Drugie dno ma walor, nazwijmy go, quasimoralny. Patrz milicjancie, mówi władza, możesz wlepiać mandat obywatelowi, a ten chuja ci może zrobić. Możesz wpisać w bloczek mandatowy co sobie wymyślisz, a ten przygłupi chłopek-roztropek musi to przyjąć. Jak nam ukradną furę, to muszą nam oddać samolot, mawiał w „Misiu” Stasiek Paluch. Muszą oddać. A ty, człowieku prosty? Musisz przyjąć. Po prostu. I nie ma zmiłuj. Za niepaństwowy wyraz twarzy: dwieście. Za lżenie prezydenta: pińcet. Za brzydki napis na koszulce: tysiąc. I musisz przyjąć. A jak ci nie pasuje, to idź do kahału, sądź się, jak cię stać i masz czas.

I tak trwają ze sobą, w tryumwiracie: Prawo. I sprawiedliwość. I Milicja. A największa z nich jest Partia. Bo i prawo i sprawiedliwość i milicję trzyma w garści. Albo ma je wiadomo gdzie.

Dezubekizacja nieustająca

Polska jest nadzwyczaj szczęśliwym krajem. Premier jej rządu, Mateusz Morawiecki wprawił niedawno w zachwyt cały naród, gdy z wielką miłością w głosie mówił, jak bardzo troszczy się o zagrożonych epidemią seniorów, „o wszystkie nasze babcie i dziadków”. Trochę wcześniej, przy okazji odchodzącej w niebyt „piątki dla zwierząt”, prezes Kaczyński osobiście nazwał siebie nadzwyczaj dobrym człowiekiem, którego popierają wszyscy inni dobrzy ludzie.

Przy takich liderach również pozostali politycy Zjednoczonej Prawicy jednym głosem deklarują, iż kierują się wyłącznie wartościami chrześcijańskimi: miłosierdziem, dobrocią, przebaczeniem… . Czy może być nieszczęśliwy naród, na którego czele stoją tak wspaniali przywódcy? Przecież to bez wyjątku absolutnie świetlane postaci, posiadające najwyżej jedną, jedyną wadę – taką, że notorycznie kłamią. Nie mogą inaczej, bowiem hasłem przewodnim ich ugrupowania jest: „propaganda, głupcze, propaganda”.

Zatroskanie premiera o seniorów ze szczególnym rozczuleniem przyjęło ponad 50 000 bardzo starych, schorowanych, zniedołężniałych ludzi, których wymienieni politycy, przy pomocy ustawy dezubekizacyjnej, uczynili nędzarzami. Jak dotychczas przyczyniło to się do samobójczej śmierci 60 z nich i radykalnie przyspieszyło zgony prawie 1,5 tysiąca dalszych. Pamiętajmy przy tym, że te babcie i ci dziadkowie nigdy w życiu nie popełnili żadnego przestępstwa, ani jakiegokolwiek czynu nagannego. Mało tego, przed laty wielu z nich z narażeniem życia zwalczało m. in. terroryzm i międzynarodową przestępczość, handel narkotykami i bronią, rozpracowywało najpoważniejsze afery kryminalne, przemytnicze i im podobne. Kilkadziesiąt lat później, przy pomocy „czarnej propagandy” zostali okrzyknięci zbrodniarzami i nagrodzeni zasiłkami na granicy minimum biologicznego. W powodzi kłamstw, zmyśleń i cynicznych fałszerstw na swój temat niespodziewanie usłyszeli ciepłe słowa pana Morawieckiego, więc jak mieli się nie wzruszyć? Co prawda, pan premier całkiem niedawno sam nazywał ich mordercami, ale dzisiaj bardzo prosi, by dla swego bezpieczeństwa zostali w domach i obiecuje, że dostarczy im zaopatrzenie pod same drzwi.

Piękny obraz burzy niestety fakt, że kierownictwo partii i rządu prawdopodobnie zapomniało o wydaniu odpowiednich instrukcji podległym sobie służbom i nic one nie wiedzą o przyjętym kierunku „gorącej miłości do naszych seniorów”.

Prezes Trybunału Konstytucyjnego, pani Przyłębska, w tym roku kilkukrotnie odwoływała zapowiadane wydanie orzeczenia o ustawie dezubekizacyjnej. Jej Trybunał zajmuje się tym tematem od lutego 2018(!), ale teraz pani prezes żadnych już więcej terminów zakończenia pracy nie ogłasza. Przeciąganie sprawy w nieskończoność to jej prosty sposób, aby blokować środowisku represjonowanych możliwość składania skarg do trybunałów międzynarodowych. Bez wątpienia czeka, aż zainteresowani (w czasie pandemii grupa zdecydowanie wysokiego ryzyka) zaczną wreszcie masowo wymierać i nieprzyjemny problem sam się rozwiąże. Z pewnością pani Przyłębska nie słyszała o nowej linii partii, bo czy inaczej mogłaby tak postępować?

Ogromną większość z prawie 30 000 skarg represjonowanych ma rozstrzygnąć Sąd Okręgowy w Warszawie. Przyznaje on sam, iż zajmie mu to co najmniej 6 lat (chociaż zapewne znacznie więcej), i że takiego okresu nie przeżyją tysiące skarżących. Jakąś szansą dla nich byłoby przekazanie części procesów sądom w terenie, lub prowadzenie rozpraw w trybie niejawnym (zaocznym), co wobec powielania się schematów procesowych, ma swoje uzasadnienie. Jednak Zakład Emerytalno Rentowy MSWiA, reprezentujący dzisiejszą władzę, w żadnym wypadku nie zgadza się na jakiekolwiek tego rodzaju ułatwienia, czy przyspieszenia. Jeżeli wszystkie te babcie i dziadkowie chcą brać udział w rozprawach, to zgodnie z życzeniem ZER powinni przyjeżdżać do Warszawy i osobiście stawiać się w sądzie. Kalkulacja jest prosta – takie rozwiązanie znacznie zwiększa szansa, że ci upierdliwi dziadkowie złapią koronawirusa i wreszcie przestaną dokuczać rządzącym. Widać z tego, że nie tylko w TK, ale także w MSWiA nie słyszeli pana premiera, gdy czule prosił seniorów, aby w żadnym wypadku nie wychodzili z domów.

Potrzeba kontynuowania permanentnej dezubekizacji sprawia, że prawnicy ZER stosują także inne metody. Ich sytuację skomplikowało niedawne orzeczenie Sądu Najwyższego, iż dezubekizować można tylko te osoby, którym indywidualnie wykazano dopuszczanie się czynów przestępczych powiązanych z ich służbą w organach PRL. Wobec powyższego ZER przyjął stanowisko, iż to samo represjonowani mają obowiązek dostarczenia sądowi dowodów swej niewinności. Trzeba przyznać, że takie podejście do prawa ma długie, sięgające średniowiecza tradycje, ale jednak wywołało pewne zdziwienie niektórych prowadzących sprawy sędziów i okazało się mało skuteczne. Zmieniono więc taktykę i znane są przypadki, gdy prawnicy ZER składali wnioski, aby sędziowie sami zwracali się do IPN i prosili o dostarczenie materiałów obciążających poszczególne osoby (co wywołuje już więcej niż zdziwienie tychże sędziów).

Innym krokiem z tego repertuaru jest nagminne domaganie się, aby dać ZER (i IPN) co najmniej kilka dalszych miesięcy na odnalezienie żądanych dowodów. Warto tu zauważyć, że setki prokuratorów IPN już od ponad 20 lat prowadzą usilną kwerendę archiwów i szukają zbrodni służb PRL. Skąd jednak wziąć te na gwałt potrzebne dowody, gdy nawet samych zbrodni (po 1956 r.) wykryto zaledwie „tyle, co kot napłakał”? Wszyscy więc wiedzą, że kolejne miesiące nic tu nie zmienią i jedynie umrze trochę więcej represjonowanych, ale może właśnie o to chodzi.

Oczywiście przesadzam twierdząc, że władza nie dostarcza absolutnie żadnych materiałów obciążających byłych funkcjonariuszy. Znany jest przypadek, gdy jako jedyny, koronny dowód upadku moralnego skarżącego się oficera przedstawiono sądowi fakt, iż w czasach PRL-u wziął on rozwód, a ex żona bardzo negatywnie się później o nim wypowiadała. Faktem jest, że w katolickim kraju rozwody to niezwykle podejrzana sprawa, ale czy na pewno należy za to zabierać emerytury? Myślę, że ta sytuacja także w całej Zjednoczonej Prawicy powinna wywołać wiele niepokoju.

Widok z boku

Kiedy partia o sprzecznej wewnętrznie nazwie – Prawo i Sprawiedliwość – wygrała wybory parlamentarne w 2015 roku, uzyskując przewagę głosów w sejmie i w senacie, pełniłem wśród moich przyjaciół i znajomych rolę środka uspakajającego.

Źle się stało, ale nie traktujmy tego, jak narodowej tragedii. Wśród tych wygranych jest przecież wielu ludzi rozsądnych. Ster ich okrętu dzierży człowiek uchodzący wśród nich za tytana inteligencji, niewątpliwy patriota, chociaż podobno trudny w międzyludzkich relacjach. Przylepiła się do niego opina, że bywa nadmiernie przywiązany do nie zawsze słusznych własnych poglądów, ulega często spiskowej teorii dziejów, identyfikuje patriotyzm z uległością wobec hierarchów katolickiego kościoła i ma skłonności do wywoływania politycznych awantur. Ale nie przesadzajmy. Był juź premierem, powinien dobrze rozumieć ciężar odpowiedzialności i rozważnie korzystać ze zdobytej władzy.

Mea culpa

Biję się w wątłe piersi. Myliłem się. Pierwsze wątpliwości, co do słuszności mojej oceny sytuacji zaczęły mnie dopadać już po roku. Złożyły się na to trzy przyczyny. Widoczne dla każdego względnie douczonego obywatela, rażące błędy kadrowe, opieranie propagandy na twierdzeniu, że „przez ostatnie osiem lat” wszystko było źle organizowane i prowadzone, oraz widoczne przekształcanie państwowej telewizji, w tubę propagandową partii.

Te początkowe przyczyny powstania mojej nieufności do wzmocnionego przybudówkami PISu, nazywającego siebie „zjednoczoną prawicą” utrzymywały się do końca pierwszej kadencji. Ulegały stopniowemu zaostrzeniu w miarę, jak deklarująca miłość do sprawiedliwości władza, zajęła się twórczo psuciem sądownictwa, a zwłaszcza Krajowej Rady Sądownictwa, Trybunału Konstytucyjnego i Sądu Najwyższego. Zrozumienie celu tych działań, ukrywanych pod enigmatycznym hasłem „dobrej zmiany”, utrudniało obywatelom personalne atakowanie sędziów, prowadzone w stylu drugorzędnego kabaretu. I ma to obecnie dalszy ciąg w walce z niewygodnymi sędziami, prowadzonej z pomocą nowej Izby Sądu Najwyższego. Dziwnej izby, która pracuje, mimo, że jej powołanie i istnienie jest kwestionowane.

Nie bez znaczenia w kształtowaniu moich uczuć było też rozwijające się w „obozie władzy” naśladownictwo, nazywane przez malkontentów „małpowaniem zwierzchników”. Panie i panowie dzierżący władzę na niskich szczeblach, niemal dosłownie powtarzali to, co mówili siedzący na wyższych szczeblach partyjnej drabiny. A wypowiedzi z najwyższego szczebla powtarzane były (i są!) niemal dosłownie. Nie byłem tym zachwycony, bo to dowodzi nie tylko braku inwencji, ale najczęściej także braku własnych poglądów. I nieustannej troski o to, aby wyższa władza serdecznie pogłaskała i nie pozwalała zrobić krzywdy, jeśli nóżka o coś się potknie.

W drugiej połowie pierwszej kadencji utrzymywania władzy przez zjednoczoną prawicę, patrzących z boku zaczęły też denerwować, a czasem rozśmieszać, próby poprawiania, a nawet zmieniania historii, albo oceny faktów historycznych. Intencje były jasne. Trzeba ukształtować na nowo historyczną wiedzę młodzieży, wytworzyć u niej przekonanie, że zawsze słusznie i dobrze postępowała w Polsce tylko prawica. Reszta, a zwłaszcza „lewactwo”, działała źle, tchórzliwie i często zbliżając się do „narodowej zdrady”. W czasie hitlerowskiej okupacji tylko prawicowa partyzantka NSZ, uwieńczona bohaterskim przemarszem Brygady Świętokrzyskiej na spotkanie amerykańskich jednostek generała Pattona, zasługiwała na prawdziwe uznanie. Inne konspiracyjne oddziały, jak AK słuchająca się ślepo rządu w Londynie, albo AL, czy Bataliony Chłopskie zarażone komunistycznymi poglądami, nie robiły nic istotnego. Siedziały w głębokich lasach, albo nieudolnie organizowały akcje w rodzaju Warszawskiego Powstania, w których ginęli cywilni mieszkańcy. A po wojnie słusznie postępowali tylko „żołnierze wyklęci”. Reszta obywateli splamiła się pomocą w odbudowie kraju, zaliczanego wówczas do, jakże wstrętnego, obozu socjalistycznego.

Wszystko jest sukcesem

Zdeklarowani zwolennicy PISu zapewne tego nie zauważają, ale dla większości społeczeństwa, stawało się też denerwujące nieustanne chwalenie się rzekomymi osiągnięciami. Właściwie wszystko, co robiła i robi „partia i rząd”, jest sukcesem. Sukcesem było wirtualne rozpoczęcie produkcji samochodów elektrycznych, promów morskich i helikopterów wojskowych, lepszych od francuskich Caracali. Sukcesem było przegranie ważnych głosowań w UE. Z sukcesem walczymy z pandemią, mimo, że mamy jeden z najwyższych w Europie wskaźnik udziału zachorowań w stosunku do liczby ludności. Sukcesem jest propagandowa oprawa uruchamiania szpitali tymczasowych, w których prawie nie ma pacjentów.
Widok z boku na polską scenę polityczną zaczął mnie jeszcze bardziej denerwować, po rozpoczęciu drugiej kadencji pisowskiej władzy. Świadczące o braku wyobraźni manewry angażujące Trybunał Konstytucyjny w niszczenie z trudem utrzymującego się kompromisu w zakresie dopuszczalności aborcji, będą historycznym wzorem bezmyślnego zarządzania państwem. Doprowadził on do masowych demonstracji w okresie pandemii.

Jednocześnie polski rząd i jego polityczni mocodawcy wpadli w dziecinną pułapkę logiczną. Nie zgadzamy się na powiązanie budżetowych decyzji UE z oceną praworządności. Jesteśmy wprawdzie państwem wzorcowo praworządnym, więc nie boimy się żadnej kontroli w tym zakresie i żadnych związanych z tym sankcji.. Ale nie zgadzamy się na takie kontrolowanie, bo to narusza nasz honor i suwerenność. A jak Unia Europejska będzie się przy tym upierać, to zawetujemy jej cały budżet. I zrobimy przykrość, bo nie weźmiemy części pieniędzy! Honor jest ważniejszy.

Inne czasy, inna sytuacja i inne ryzyko. Ale o honorze państwa kiedyś już mówiliśmy. Pięknie, choć trochę bez politycznego sensu. Józef Beck w słynnym przemówieniu w Sejmie w dniu 5 maja 1939 roku powiedział: „My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jest tylko jedna rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest cenna. Tą rzeczą jest honor”.
Partia i rząd – to sformułowanie brzmi dumnie od czasów PRL – wydają się zapominać, że w naszych relacjach z krajami Unii Europejskiej liczą się nie tylko pieniądze. Liczy się też, a może nawet bardziej, opinia i szacunek. Powoli, ale konsekwentnie, utrwalamy o Polsce opinię malkontenta, ambicjonera hołdującego zacofanym poglądom. Zarabiamy też na opinię państwa wyznaniowego, w którym kościół katolicki odgrywa coraz większą rolę polityczną. A także państwa, które nie potrafi być solidarne z Europą mimo, że „solidarność” była niedawno jednym z fundamentów jego demokratycznych przekształceń.

Wizje przyszłości

Błędem „partii i rządu” jest też brak przejrzystego sformułowania celu, do jakiego zmierzają, a zarazem – jak można przypuszczać – celu życia ich czołowego przywódcy i stratega.

Patrzący z boku, zwłaszcza walczący ze sklerozą obywatel, nie może się tego celu doszukać w istniejącym bałaganie politycznym.. Przychodzą mu do głowy różne warianty przyszłości, które może nam zafundować kontrolujący rząd wicepremier, nieukrywający, że czuje się już prezesem całego narodu.

Zastanawiam się więc, czy Polska ma być europejskim rezerwatem, zamieszkałym przez w 100% religijny naród, poddający się bez dyskusji poleceniom władz, które zawsze wiedzą lepiej, co jest mu potrzebne do szczęścia? Czyli – w uproszczeniu – ma to być rodzaj współczesnej, względnie łagodnej, dyktatury, zachowującej pozory demokracji?
A może – wręcz przeciwnie – ma to być kraj, w którym de jure istnieje prawnie usankcjonowana demokracja, a w rzeczywistości stosuje się „zamordystyczne” metody zarządzania, utrzymujące posłuszeństwo społeczeństwa i zmuszające je do epatowania zewnętrznego świata, widocznymi objawami zadowolenia. Konieczne jest wówczas utrwalanie wiary w nieomylność przywódcy, któremu zapewnia się powszechne uwielbienie i monarchistyczną pozycję.

Czy też w końcu ma to być kraj, w którym wierna władcy partia, dysponująca wszystkimi atrybutami władzy i stopniowo upaństwawianym aparatem propagandy, powoduje u większości społeczeństwa epidemię bałwochwalstwa i zaniku krytycyzmu, przechodzącą w znieczulicę. To społeczeństwo nie wierzy już w kartezjańskie „myślę, więc jestem”, i zmienia je na bardziej realistyczne – „nieźle żyję, bo słucham się wodza”..
Zmieniający się sposób i forma traktowania otoczenia przez przywódcę partii i sternika rządu, może wskazywać, że jest mu najbliższe stworzenie państwa bliskiego trzeciemu z wymienionych rozwiązań, wzbogaconemu o pewne elementy drugiego wariantu. Zachowania, przemowy i oświadczenia przywódcy świadczą o tym, że dobrze się czuje z monarchistyczną pozycją. Zabieranie głosu w Sejmie bez trybu, po formalnym zamknięciu obrad, bez maseczki ochronnej, z formułowaniem wyraźnych gróźb wobec politycznych przeciwników, jest godne średniowiecznego monarchy. Rodzącą się czołobitność poddanych potwierdza też rozdmuchanie jego gwardii ochronnej do niespotykanych rozmiarów. Strach człowieka ogarnia jak pomyśli, że w czasach, w których gniliśmy pod butem komunizmu, taki Gomułka albo Cyrankiewicz mieli tylko kilka osób ochrony. I nawet jej czasem uciekali, bo nie lubili, jak ich podglądają.

Nie mam wyjścia. Patrząc z boku będę nada obserwował rozwój, albo zanik polskiej demokracji. Jeśli partia i rząd nie zdążą doprowadzić nas o wymarzonego przez nich modelu państwa w okresie trzech lat, to po następnych wyborach może im być trudniej. Ale nie mogę też wykluczyć, że ich starania zostaną wcześniej przerwane przez niezadowoloną, lub wręcz wkurw….ą część społeczeństwa. Bo tak już jest, że wszystkim się nie dogodzi.

Olej rozlany – mur spękany

Kilka dni spędziłem w szpitalu, pełen zdenerwowania o wynik operacji, ale jednocześnie uspokojony i wyciszony, bo skupiony na swoich problemach zdrowotnych, odcięty od informacji o wydarzeniach politycznych.

Tuż przed moim pójściem do szpitala redaktor Piotr Gadzinowski przypomniał mi, że dawno nie publikowałem w Trybunie. Prosił o kolejny artykuł. Napisał „czasy zarazy potrzebują kultury – nie gaśmy jej”. Wróciłem już w domu, pragnę zatem odpowiedzieć na apel redaktora Piotra. Zapewne nie w pełni tak jak oczekiwał, bo napiszę o tym o czym przede wszystkim teraz myślę, od kilku dni znowu śledząc bieżące informacje. Słowa redaktora Gadzinowskiego przypomniały mi temat jednego ze Spotkań Zamkowych, które organizowała Narodowa Rada Kultury w połowie lat osiemdziesiątych. Spotkania odbywały się na Zamku Królewskim w Warszawie, prowadził je profesor Bogdan Suchodolski. Temat brzmiał „Co z kulturą w czasie trudnym?”. Temat podobny, czasy inne…

Gdy pisze te słowa mamy za sobą kolejny dzień protestów, w wielu miastach włączyli się artyści, ludzie kultury, zwracając uwagę na problemy które dla ich pracy, statusu i sytuacji bytowej stworzyła pandemia. Nie rozwiązał tych problemów rząd, jak można się domyślać. Zresztą ten rząd niewiele problemów rozwiązał skutecznie, a większość decyzji wydaje wprowadzając nas co najmniej w osłupienie, tworząc bałagan, a nie porządkując. Wystarczy przypomnieć ogłoszoną w piątek późnym wieczorem decyzję o zamknięciu od soboty cmentarzy, czy o pracy zdalnej urzędów od poniedziałku, co już w sobotę premier poprawiał na – od wtorku. Tak czy siak z dnia na dzień. Zaskoczenie dla urzędników, ale przede wszystkim dla interesantów. Rząd nie nadąża za rzeczywistością i nie wie co dzieje się w poza Warszawą. To co dzieje się w Warszawie interesuje go zresztą tylko wtedy gdy z jakiegoś powodu można „przyłożyć” Trzaskowskiemu. Trudno dziś już wierzyć w którekolwiek z zapewnień premiera czy innego polityka obozu rządzącego. Napletli tyle bzdur, że cokolwiek powiedzą to do bzdur od razu to zaliczamy. Wygłaszający swe „orędzie” prezes został porównany przez kogoś do generała Wojciecha Jaruzelskiego. To obraża pamięć Generała. Odpowiem żartobliwym cytatem z Internetu: „Moja babcia pamięta, że Jaruzelski przynajmniej nie mlaskał podczas przemówienia”. Od siebie dodam, że mówił piękną polszczyzną. Ponadto sytuacja z grudnia 1981 jest całkiem inna, nieporównywalna z obecną. Różny też jest format tych dwóch polityków. Jeśli do któregoś z polityków PRL mógłbym porównać prezesa PiS, to do Władysława Gomułki, ale tylko do stanu jego emocji z roku 1968 lub z grudnia 1970. Podobne oderwanie się od rzeczywistości, błędna ocena sytuacji i inwektywy rzucane pod adresem przeciwnika. Wtedy, 50. lat temu, ratunkiem dla kraju (dla partii też) okazał się Józef Tejchma, który odważył się i zaryzykował. Poszedł do pierwszego sekretarza i uświadomił mu, że powinien on odejść. Czy w PiS-ie znajdzie się ktoś tak odważny? I czy teraz wystarczy by tylko prezes odszedł? Wtedy zmiana na stanowisku pierwszego uspakajała, studziła emocje, dawała nadzieję. Dziś oczekiwania są większe, radykalniejsze, odejść ma PiS. Cały PiS. Gorzej, że nie widzę nikogo kto mógłby wystąpić w roli neo Gierka… Opozycja, mimo wielu podpowiedzi z różnych stron wciąż nie potrafi unieść się ponad, istniejącymi i oczywistymi, podziałami, by w imię racji wyższej stworzyć wspólny front obrony kraju. Była na to szansa podczas ostatnich wyborów parlamentarnych, a jeszcze większa podczas prezydenckich. Niestety interesy partyjne wygrały z interesem narodowym, wydawałoby się, ważniejszym.

Staram się pisywać w Trybunie o kulturze. To szeroki temat. Mieści się w nim niestety i polityka. Niestety, bo sposób uprawiania polityki odbiega coraz częściej od zachowań uznanych za kulturalne. Do polityki, poprzez selekcję negatywną, trafiają ludzie pozbawieni kultury, niewrażliwi, lub na braku kultury budujący swój wizerunek człowieka odważnego, bezkompromisowego, niemal ideowego. Gorzej jeśli zdobywają w ten sposób uznanie części mediów, czy też aprobatę suwerena. Jest jeszcze kategoria osób, którą nazywam „dumnymi ze swej głupoty”. Idą oni w zaparte, z uśmiechem zwycięstwa, nie przyznając, że popełnili błąd, że im się coś poplątało, źle zapamiętało w szkole, czy na studiach. Na każdy rodzaj takiego braku kultury, czy po prostu głupoty, można podawać liczne przykłady, wymieniać nazwiska kolejnych polityków, a będą to głównie nazwiska z pierwszej linii funkcjonariuszy PiS.

W zasadzie można zacytować każdego polityka PiS, przywołując mniej lub bardziej niestosowne jego zachowania, mniej lub bardziej kompromitujące go wypowiedzi. Zapadłbym się pod ziemię ze wstydu gdyby zdarzyło mi się obżerać się na sali sejmowej, lub nie wiedzieć kim była caryca Katarzyna I. Tymczasem politycy tacy brylują w mediach, plotą nadal bzdury, awansują, otrzymują synekury, promieniują pychą, samozadowoleniem. Prowadzą obrady sejmu, lub komisji, uczestniczą w konferencjach, półgębkiem reagując na niezależne media. Zastanawiam się czy gdzieś w głębi duszy, w skrawku sumienia mają chwilę autorefleksji, moment wstydu, zadumy nad tym co robią. Raczej jednak są bezrefleksyjnie dumni ze swego postępowania. Z obraźliwych, wulgarnych i knajackich zachowań i gestów, z tego jak odpowiadają, nie odpowiadając, lekceważąc dziennikarzy i ich pytania, odchodząc czy odwracając się manifestacyjnie do nich plecami. Och, gdyby tak któregoś dnia dziennikarze pozostali w domach, w redakcjach, nie wystawali godzinami pod ich gabinetami, pod siedzibami partii, okazując im swoją ale i naszą obojętność, znudzenie. Każdy dzień przynosi nowe porażające informacje, kolejna afera minimalizuje poprzednią. Bo czym jest dorobienie sobie, mimo zakazu, 400 tysięcy złotych przez byłego marszałka Senatu, w porównaniu z wielomilionowymi dotacjami dla braci Szumowskich. To kolejny dowód, że związki braterskie źle służą Polsce. W 1984 roku w Tygodniku Powszechnym Stefan Kisielewski opublikował felieton zatytułowany „Moje typy” będący listą czterdziestu nazwisk dziennikarzy o poglądach bliskich ówczesnej władzy. Była to tak zwana „Lista Kisiela”. Dziś wszyscy prominentni politycy PiS powinni się na takiej liście znaleźć, od Asta do Zybertowicza. Byłaby ona teraz znacznie dłuższa niż ta Kisiela, niestety.

Poza nielicznymi, pojedynczymi przypadkami, wszyscy moi bliscy, tak w rodzinie, jak i wśród znajomych są ostatnio przygnębieni. Nawet obaj wnukowie. Już rozróżniają prawdę od fałszu, obłudę od szczerości i naturalności, taktykę i perfidię od troski i ofiarności, myślenie o innych od dbania o interes własny. Już wiedzą, że choć byłem wiceministrem to było to w całkiem innym rządzie. W rządzie, który wprowadził Polskę do Unii. Mam nieodparte wrażenie że większość obecnie protestujących to pokolenie świadomie dorastające już w unijnej Polsce. Nie muszę już wnukom tłumaczyć, że różnię się wszystkim od obecnych ministrów. W świetle informacji o zamiarze zakupu 300 limuzyn dla ministrów – powinienem im jeszcze powiedzieć, że przez cały czas urzędowania korzystałem z samochodu przejętego po poprzedniku, a miał on (samochód) w chwili objęcia przeze mnie funkcji ponad 250 tysięcy kilometrów na liczniku, oraz że otrzymywaliśmy wtedy nagrody raz w roku i zbliżone one były do połowy miesięcznego wynagrodzenia.

Prezes swoim orędziem dolał oliwy do ognia. Podejrzewam, że w redagowaniu ostatniego wystąpienia mógł mu doradzać, oczarowany Łukaszenką, senator Karczewski. Prezes osiągnął to czego opozycja nie potrafiła, podczas ostatniej serii wyborów. Pobudził młodzież, rozruszał tych, którzy zapewne nie chodzili na wybory, ale także zrobił rozłam w swoim elektoracie; poparcie dla PiS znacząco opadło i oby to była tendencja stała. Dyktator z reguły jest groźny. Tak wygląda, tak się zachowuje. Nasz dyktatorem, na szczęście, nie jest, co najwyżej dyktatorkiem.

Niebezpiecznym, szkodliwym, doskwierającym, ale do groźnych bym go nie zaliczał. Ostatnio, z wielu powodów stał się śmieszny. Jest przedmiotem kpin i karykatur. Janusza Szpotańskiego zastąpiła młodzież, dyktatorkowi zaprezentowano Dziady, wciąż aktualne, wciąż na czasie, co potwierdza rangę narodowego wieszcza. Pierwszy mieszkaniec Żoliborza, strzeżony, jak żaden inny kiedykolwiek przywódca w kraju, sam stał się swoją karykaturą. Ośmieszony dyktator przestaje być groźny, staje żałosnym, a to oznaka jego końca. Oby!

Sądzę, że hasła z jakimi młodzież bierze udział w protestach, staną się przedmiotem naukowych badań i ocen. Dowcip, ostry i złośliwy, zaskakujące skojarzenia, wiele nawiązań do literatury (na przykład „Annuszka już rozlała olej”) świadczą dobrze o poziomie demonstrantów. Przyznała to nawet siostra Małgorzata Chmielewska. Oczywiście część haseł może razić ekspresją i jednoznacznością wypowiedzi, niektórzy z oburzeniem mówią o wulgarności. Ja uważam, że to emocjonalna, słowna wersja języka migowego jaki zaprezentowała posłanka Lichocka. Innym słowa te przypominają zwrot użyty przez Lecha Kaczyńskiego do bezdomnego żebraka.

Jestem całym sercem po stronie protestujących. Jako członek kierownictwa Kuźnicy podpisałem się pod oświadczeniem jednoznacznie wspierającym, obejmujące cały kraj, protesty. Ich skala jest niespotykana od lat, od 30 na pewno. Wyborczy podział na Polskę A i B, na Polskę PiS i resztę – został zatarty. Protestują bastiony PiS. To sukces, którego nie wolno utracić. Do protestujących kobiet dołączają mężczyźni, oraz całe grupy zawodowe: rolnicy, ludzie kultury… To dobrze, lecz nie powinni oni rozszerzać postulatów, dopisywać swoich żądań, niech dramatyczny protest kobiet wybrzmiewa jedną niezmąconą myślą – obrony ich praw. Każdy nowy, najsłuszniejszy nawet postulat rozmywa ten najważniejszy, ten pierworodny. Wolność wyboru. Edukacja. Opieka medyczna i społeczna. Równa troska o narodzonych, żyjących, chorych i umierających. Ogłoszono skład Rady Konsultacyjnej Strajku Kobiet. Pojawiły się nazwiska znanych mi, i w większości lubianych, polityków. Ale po co? Raz, że przypomina to bez powodu (identyczna nazwa) radę pani Cichanouskiej, dwa że protesty powinna firmować ta grupa kobiet, która je rozpoczęła. Nie czas i nie miejsce tu dla polityków.

Z uwagą przeczytałem apel rektorów wyższych uczelni, apel generałów w stanie spoczynku. Takich apeli ludzi o niepodważalnym dorobku, o życiowych zasługach powinno być więcej. A gdyby tak ministrowie w stanie spoczynku, byli parlamentarzyści, ci wszyscy nie zabiegający już dla siebie o wolne stołki, zaapelowali do polityków PiS – ustąpcie, nie niszczcie kraju, nie ośmieszajcie nas na arenie międzynarodowej. Podpisałbym się.

Niesympatyczni i niesprawni

Już ponad pięć lat temu zaczęliśmy poznawać „ludzi prawa i sprawiedliwości”, z wyraźnym pośpiechem obejmujących bardzo ważne, i mniej ważne, stanowiska państwowe. Na karb długiego oczekiwania na ponowny powrót do władzy składałem wówczas ich specyficzne zachowania, dość znacznie różniące się od poprzednich rządów liberałów, lewicy, starej solidarności a nawet gierkowskiej dekady.

Te rzucające się w oczy cechy, to wyjątkowa pewność siebie, okazywanie otwartej lub skrywanej wyższości nad innymi obywatelami, ostentacyjna, czasem autentyczna, ale u większości raczej udawana pobożność. Jednocześnie totalna negacja całego powojennego dorobku i jednolita, urzędowa, optymistyczna wizja przyszłości.

Sympatia nie trwa wiecznie

Realistów najbardziej drażniło podsycanie tej wizji decyzjami, albo planami, nieosiągalnych w dającym się przewidzieć czasie wielkich przedsięwzięć gospodarczych – „największego”, centralnego portu komunikacyjnego konkurującego z jeszcze większym berlińskim, produkcji promów i elektrycznych samochodów, masowej budowy tanich mieszkań. Mieliśmy też błyskawicznie skonstruować i produkować nadzwyczajny polsko – ukraiński wojskowy helikopter, przy którym poprzednio zakontraktowane francuskie Caracale miały być tylko drogim złomem. Nic dziwnego, – co lepszego mogli wymyśleć Francuzi, których przecież w przeszłości „uczyliśmy posługiwać się widelcem”.

Twórcy i opowiadacze tych planów częściowo brali przykład z Gierka, który jednak „mierzył siły” i był bardziej prawdomówny. Zadłużał nas, ale zmotoryzowaliśmy się na małych Fiatach, mieszkania były małe, ale były, „gierkówka” z Warszawy do Katowic wiele lat służyła i nadal nią jeździmy.
Powoli nowa władza stawała się coraz bardziej nielubiana w kraju i zagranicą. Co najmniej, mimo materialnych prezentów, przez połowę ludności w kraju, dlatego, że robiła nieustanny i coraz większy skok na kasę („bo te pieniądze im się należały”), przerzucała „swoich” ludzi na coraz lepiej płatne posady, zachowywała się w sposób „władczy” w stosunku do reszty społeczeństwa. Z państwowej telewizji zrobiła coś w rodzaju goebbelsowskiego „ministerstwa propagandy”. Przypuszczenia, że właściwie dzięki temu przepchnęła w ostatnich wyborach swojego prezydenta, mogą być prawdziwe. Coraz bardziej zaczęła lekceważyć prawo – łącznie z konstytucją – narażając państwo na straty (jak w przypadku nakładów na niezrealizowane wybory korespondencyjne), albo uznając, że „ich ludziom” wolno omijać obowiązując zasady (jak w przypadku wielotysięcznych zarobków posłów i senatorów poza parlamentem, albo – ostatnio – odwiedzać chorych w szpitalach), czego innym nie wolno.
Zagranica przestawała lubić Polskę – a ściślej jej rząd, – bo wszystkie ich badania wskazują, że prowadzone pod hasłem dobrej zmiany zawirowania organizacyjne w wymiarze sprawiedliwości, czasem wręcz humorystyczne ataki na sędziów, tworzenie specjalnych sądów dla ich karania – w konsekwencji doprowadzają do tego, że Polska przestaje być państwem praworządnym. Niechęć budziły i budzą także dziwaczne manewry wokół LGBT, a zwłaszcza dorabianie ideologii do znanych od wieków odchyleń fizjologicznych i psychologicznych. Głośnym dzwonkiem alarmowym tej zmiany oceny naszego kraju powinna być niedawna decyzja norweskich urzędów o przyznaniu azylu Polakowi, który – ich zdaniem – „może nie być osądzony sprawiedliwie w swojej ojczyźnie.

Ale wątpliwości, co do naszej praworządności, nie są jedyną przyczyną wzrostu niechęci Europy. Drugą jest lekceważący stosunek do wszelkich jej uwag i sugestii, niezgodnych z poglądami ideologicznego ajatollaha polskiej prawicy. Na tle tego lekceważenia rozwijają się buńczuczne wypowiedzi naszych mniej ważnych polityków działających w kraju i europosłów. Przykładowo – sugerowanie przez relatywnie młodych ludzi, że jesteśmy przedmurzem europejskiego chrześcijaństwa i tylko my go bronimy, wydaje się trochę niestosowne. W końcu to „zachodni” rycerze z krzyżami na piersiach i sztandarach walczyli w XI i XII wieku z niewiernymi (inna sprawa, że też niesłusznie), kiedy my jeszcze byliśmy także poganami, albo nieufnymi neofitami chrześcijaństwa.

Nie chcę być katastroficznym wróżbitą. Jednak nie można wykluczyć, że to „nielubienie” w Unii może wpływać na realizację naszych oczekiwań wspomagania finansowego z tego źródła. Pomoc w poprawie obrazu Polski ze strony Igi Świątek jest cenna, ale jej skutki nie będą długotrwałe.

Nieudolność może trwać dłużej

Praworządni i sprawiedliwi przejęli władzę, rozdając pieniądze. To był zręczny chwyt, bo nie jesteśmy najbogatszym w Europie społeczeństwem, ciągle nie możemy przegonić nawet braci Czechów. Każdy grosz oddawany nam z naszych pieniędzy, jest więc mile widziany i tworzy poparcie najuboższych. Ale Sprawiedliwi postanowili dłużej wykorzystywać ten instrument tworząc różne strumienie wypływu budżetowych pieniędzy do niektórych grup społecznych. Siedząc na przyzbie z przyjaciółmi ze zdumieniem wysłuchiwaliśmy radosnych zapewnień o emerytalnych 13-tkach, 14-tkach a może nawet 15-tkach w 2021 roku. Patrzyliśmy ze zdziwieniem na pospieszne przekopywanie Mierzei Wiślanej, które nie było teraz niezbędne. Z uwagi na rozmiary kanał nie będzie mógł przepuszczać dużych statków i zapewne stanie się głównie atrakcją turystyczną. Zamortyzuje się nie wcześniej, niż za czasów naszych pra, prawnuków.
Wydawanie zarobionych przez społeczeństwo pieniędzy dla utrzymania społecznego poparcia, stało się podstawowym instrumentem stabilizacji władzy. Jednocześnie uznano, że naród będzie się pozytywnie podniecał, jeśli będziemy je także wydawać na zwiększanie naszej siły militarnej, pod hasłem wzrostu obronności. To zresztą nic nowego. Zawsze szykowaliśmy się do jakiejś wojny. A jeżeli wybuchała, to i tak nie byliśmy przygotowani, zarówno w czasach „Potopu” jak i II wojny światowej. A postęp techniczny doprowadził do tego, że we współczesnej wojnie światowej bylibyśmy głównie strefą przelotu rakiet zmierzających do bardziej odległych celów.
Minister finansów w rządzie Donalda Tuska powiedział „pieniędzy na to nie ma i nie będzie”. Mylił się. Pieniędzy jednak trochę było i trochę przybyło przez zwiększenie dyscypliny podatkowej. Ale zaczęły się kończyć. Jak się kończą, nie daje się więcej zarobić i ma się trudne do zapomnienia zobowiązania, to trzeba pożyczać. Różne są dane, analizy i metody liczenia, ale dług państwa wzrósł, do co najmniej 250 – 340 milionów dolarów. Państwa, – czyli nasz. Bo państwo ma tylko takie pieniądze, jakie my oddamy do wspólnej kasy. Gierek został daleko w tyle.

Nieudolność zarządzania i doboru kadr naszych „sprawiedliwych” osiągnęła apogeum w dobie pandemii koronawirusa. Najpierw – zdaniem rządzących – była mało groźną epidemią, potem, na wakacje i przed wyborami, już z nią właściwie wygraliśmy. Kiedy przyszła jesień i nastąpił drastyczny wzrost zachorowań, no to „przecież nie mogliśmy tego przewidzieć”. Nie zastosowano dwutygodniowego zamrożenia wszystkiego, co można zamrozić – łącznie z pobytem dzieci i młodzieży w szkołach i uczelniach, całej gastronomii i turystyki, zakazem organizowania wesel, chrzcin, imprez sportowych, ćwiczeń wojskowych itp. Ślub można wziąć, ale wesele zrobić później. Doświadczenia kilku krajów wykazały, że tylko wtedy można osiągnąć wyraźnie „oderwanie się od nieprzyjaciela”, przerwać taśmę zakażeń, zwolnić znaczną część łóżek w szpitalach.
Pochodną nieudolnych reakcji na pandemię jest także, – o czym już pisałem – kompletny bałagan w organizacji szczepień na grypę. To się jeszcze może uspokoić, ale pozostawiło już ślad w graniczącej z satyrą ocenie sprawności rządu.

Dobroduszność jest cechą często wypominaną mi przez przyjaciół. Mimo, że wpływa ona hamująco na moje oceny dochodzę do wniosku, że w interesie „suwerena” jest możliwie najszybsze zakończenie rządów „prawych i sprawiedliwych”. Może to się uda wcześniej niż się spodziewano, bo różne grupy społeczne zaczynają bardziej agresywnie wyrażać swoje niezadowolenie. Jeśli się nie uda, to trzeba zewrzeć szyki i doprowadzić do zmiany konfiguracji sceny politycznej w wyborach za trzy lata. Trzeba traktować ten cel, jako nadrzędny. Wiem, ze nasi opozycyjni i wyczekujący politycy mają z tym trudności, że ciągle opowiadają o własnych programach i różniących się celach. Na to też przyjdzie czas. Ale najpierw muszą zacisnąć zęby i nie dopuścić do całkowitej degrengolady państwa i utrwalenia anegdotycznych poglądów w świadomości społecznej, a zwłaszcza w umysłach indoktrynowanej młodzieży.

Warszawa – Marki, 13.10.2020r.

Kto następny?

Sianie wrogości przez PiS względem obywateli myślących inaczej, to jego sposób rządzenia krajem. Jest ona (wrogość) twórczo rozwijana i podtrzymywana.

Na górnej półce PiS-owskiej nienawiści są komuniści. Niewiele niżej jest PO, może nie jej wyborcy, ale partia jako uosobienie zła, korupcji i III RP. Ziobro dostał patent na nienawidzenie kasty sędziowskiej. Przede wszystkim straszy się elektorat PiS ludźmi wykształconymi, którzy mogą mącić w głowach obywateli. Niezależni dziennikarze zawsze są dyżurną solą w oku obecnej władzy. Co i rusz wychodzi na wierzch skrywana niechęć do Żydów i straszenie nimi. Niechęć do Niemców i do UE to międzynarodowy poziom zastraszania przez PiS swoich wyborców. Mamy lubić Węgrów, choć nie wiem specjalnie za co. W dwóch światowych wojnach byli przecież w koalicji z Niemcami, których obecna władza nie lubi.

Są także strachy sezonowe, czasowe, albo sytuacyjne. Kilka lat temu zagrożeniem byli obcy niosący ze sobą wszy i choroby. Kiedy temat ograł się i okazał nieprawdziwy, wskazano na LGBT i neomarksizm, z którego LGBT, jak wiadomo, wywodzi się. Temat też powoli przestaje interesować i męczyć nawet wyborców PiS, bo zagrożenia żadnego nie widać. No, ale przecież te wrogie względem narodu, działania lewaków mogą być prowadzone w podziemiu i dlatego trzeba być zawsze czujnym.

Pandemia i polityczna wojna przyspiesza życie polityczne i wywołuje nerwowość u rządzących. Dlatego wzrasta i będzie nasilać się częstotliwość ataków na różne grupy społeczne., Kilka dni temu poseł Brudziński, ten od „komunistów i złodziei”, zaatakował ludzi kultury. Ci od kultury domagali się pomocy rządowej, a wstydu nie mają, bo przecież rządowe, czyli wg PiS ich pieniądze, dawane są tylko swoim. Zreflektowano się i publicznie wycofano z ataku, ale to nie zmienia faktu, że pieniądze nadal idą tylko do swoich.

Pandemia nie daje za wygraną, więc wskazano, że to lekarze słabo przykładają się do leczenia i dlatego jest, jak jest. Rządowi nie idzie, trzeba wskazać winnego. Wkrótce można spodziewać się ponownych ataków na nauczycieli, bo problemy z nauczaniem w szkołach narastają. Uczniowie też nie powinni czuć się bezpieczni. Coraz mniej chętnie chodzą na religię, ulegają złym wpływam lewactwa i ciekawi ich świat. To już może wystarczyć, by zaatakować młodzież za lewackie odchylenia i przy okazji skarcić rodziców, by podążali drogą, jaką PiS im wskazuje. Minister Czarnek (in spe) już jest szykowany do takich zadań. Generalnie każda grupa obywateli może być obwiniona o jakieś niepowodzenia władzy, czy zwyczajne sypanie politycznego piachu w PiS-owskie tryby co też jest naganne.

Na razie wyłączone jest z ataków wojsko i służby utrzymujące porządek, bo to jest wewnętrzne, zbrojne ramię PiS-owskiej władzy. Nie muszą się obawiać ataku dziesiątki tysięcy księży, bo aktualnie PiS żyje z nimi w konkubinacie. Jedni drugich wspierają w utrzymywaniu PiS-owskiej władzy, bo, że na to, co dzieje się w Polsce życzliwie patrzy z góry Opatrzność, szczerze nie wierzę.

Mazowsze bez Warszawy

W Sejmie, a potem w gazetach, pojawiła się informacja, że partia rządząca szykuje rozbiór Mazowsza. W jego miejsce ma być utworzone dwa województwa: jedno Warszawskie, a drugie Obwarzankowe.

To pierwsze będzie najbogatsze w Polsce, to drugie najbiedniejsze. Stolicą tego pierwszego będzie Warszawa, chyba, ze Premier Sasin dogada się z przewodniczącym Gawkowskim – to będzie Wołomin. Drugiego stolica będzie przechodnia – obstawiam Radom na początku, znając silną pozycję Ministra Suskiego i Senatora Bielana w aparacie władzy. Jak wróci poseł Jasiński to stolicę rzucimy do Płocka, a jak do łask wróci Minister Tchórzewski do Siedlec.

Nie mam nic przeciwko dyskusji na ten temat. Zawsze uważałem, że podział administracyjny kraju i architektura samorządu jest rzeczą wtórną w stosunku do celów państwa. Tylko, że tak naprawdę nie wiemy, jakie cele nasze państwo w tej chwili określa jako najważniejsze. Jeśli to likwidacja podziału na Polską A i B, to akurat ten pomysł podział ten sankcjonuje. Jeśli myślimy o decentralizacji – to w tym przypadku osłabimy samorządy w obydwu nowych województwach. Jeśli o ograniczaniu administracji to tym pomysłem ją podwajamy. Jeśli o równomiernym rozwoju i spójności społecznej, to właśnie będziemy ją dekonstruować.

Powinno to wszystko być przedmiotem wnikliwej dyskusji społecznej. Społeczeństwo i społeczności lokalne i regionalne to nie jest paczka gwoździ, którą możemy sobie przerzucać tak, jak nam pasuje. To kontakty gospodarcze, skomplikowany i powiązany ze sobą system edukacyjny, kulturowy czy zdrowotny. Granice województw to także granice dostępu do rozmaitego rodzaju usług publicznych, w tym świadczonych przez wysoko wyspecjalizowane jednostki, których właścicielem jest samorząd wojewódzki. Kto przejmie Szpital Ginekologiczny na Karowej – jedyny w swoim rodzaju, świadczący dziś usługi dla całego Mazowsza? Jeśli Marszałek Warszawski, to gdzie pojadą kobiety z patologią ciąży zamieszkałe w Żurominie? Jeśli Marszałek Obwarzanka, to jak zareaguje mieszkanka Powiśla, której przytrafi się to nieszczęście. To tysiące takich problemów, o których nawet nie chce mi się pisać, bo wszak dla każdego, który wie, jak „chodzi” nasze życie są to kwestie oczywiste.

Są także problemy natury nieoczywistej, bo mentalnej. Wyjęcie Warszawy (obojętnie z iloma powiatami) z Mazowsza dekonstruuje polska tradycję i bardzo wyrazistą tożsamość regionalną. Małopolska bez Krakowa (czemu nie), Wielkopolska bez Poznania (czemu nie), Pomorze bez Trójmiasta (to oczywiste). Czy przypadkiem nie doprowadzi to do zniszczenia więzi społecznych, naturalnych kanałów migracji awansowych? Czy obywatele Płońska i Lipska (i tych powiatów) zechcą widzieć swoje kariery w Płocku lub Radomiu, czy raczej będą wiać do Warszawy, zasilając swoimi podatkami to województwo, a nie macierzyste. Oczywiście, możemy wprowadzić zakaz meldunku w Warszawie (trenowaliśmy to w PRL), ale będzie to dość skomplikowane.

Niezorientowani przywołają w tym miejscu fundusze unijne, wskazując, że biedne Mazowsze dostaje mniej pieniędzy przez bogata Warszawę. Warto wyjaśnić, że podstawą podziału funduszy unijnych nie jest nasz podział wojewódzki tylko podział NUTS, czyli wyodrębnienie tych regionów, które wymagają nadzwyczajnej pomocy. Od kilku lat Warszawa i Mazowsze są w tym podziale odrębnymi regionami. Zysk Mazowsza polega na tym, że dzięki pieniądzom przynoszonym przez mieszkańców Warszawy stać go na wkład własny do funduszy unijnych. Bez tych pieniędzy tego wkładu własnego nie będzie.

Zatem jakie cele przyświecają partii rządzącej?

Po pierwsze władza. Mazowszem od lat rządzą koalicje bez PiS-u, a w normalnych, demokratycznych warunkach „pozbycie” się Adama Struzika – jednego z najwybitniejszych i najbardziej doświadczonych samorządowców – nie wchodzi w grę. Decydują o tym obywatele Warszawy, miasta mało chętnego partii rządzącej. Pozbycie się Warszawy z Mazowsza otwiera drogę do przewagi Prawa i Sprawiedliwości w nowym województwie. Nasz marszałek, nasi wicemarszałkowie, nasz urząd, nasi – bo przyjmowani od zera urzędnicy – to kusi.

Po drugie – to dwie nowa administracje wojewódzkie i ponad dwa tysiące dobrze opłacanych posad. Dotychczasowym pracownikom Urzędów Wojewódzkiego i Marszałkowskiego damy wypowiedzenia (likwidacja miejsca pracy) i zatrudnimy nowych – w podwójnej ilości. Dwóch wojewodów, czterech wicewojewodów, kilkudziesięciu dyrektorów, Wojewódzkich Inspektorów, Komendantów itd. Do tego ich zastępcy i wice-, dyrektorzy, naczelnicy i kierownicy. Paru się zostawi, ktoś musi się znać na robocie, ale reszta zostanie zastąpiona lepszymi, bo naszymi, kadrami.

Po trzecie – jedno województwo będzie biedne i jego budżet będzie zależny od pomocy rządowej. Drugie bardzo bogate i będzie komu zabierać. Nikt nie zaprotestuje, bo lemingów i amatorów caffe latte nikt nie będzie bronił. Skubnie się ich Janosikowym (to akurat w moim przekonaniu słuszny mechanizm). Ale skubnie się ich także innymi instrumentami finansowymi, które być może znajdą się w nowej ustawie, a może znajdą się w kolejnej ustawie antycovidowej, zgłoszone jako poprawka na posiedzeniu sejmowej komisji sportu. Zanim ktokolwiek się zorientuje będzie po sprawie.

Po czwarte – jakaż to piękna okazja, aby pokazać Trzaskowskiemu miejsce w szeregu. W odróżnieniu od wielu moich Kolegów uważam, że gość ma potencjał. Wie to tez Jarosław Kaczyński. W modelu, który się rodzi, Trzaskowski będzie jednym z paru (kilkunastu) starostów. Rządził będzie marszałek, nadzorował wojewoda, a TVP będzie siedziała prezydentowi Warszawy na plecach. Tu awaria ścieków, tam zabierzemy zarząd nad Krakowskim Przedmieściem, a na deser złapiemy pijanego zastępcę dyrektora do spraw nijakich. To na Rafale Trzaskowskim trenowany będzie nowy system kierowania samorządem. Jak się władzy ten eksperyment uda, to już nikt jej nie podskoczy. I to też chodzi.

Średniowiecze – pisowska reaktywacja

Ciemnota i zacofanie wśród części Polek i Polaków gnieździły się zawsze, lecz współcześnie to PiS katalizuje jej rozrost i powoduje, że jak dżdżownice porażone prądem, wypełza na powierzchnię.

Ciemnotę kojarzymy z wiekami ciemnymi (XII-IX w. p.n.e.). To był okres niszczenia dorobku poprzedników, kulturowego upadku, plądrowania grobów, rosnącej biedy. Jakoś dziwnie kojarzy się to wszystko z rządami PiS-u. Głównie jednak, o zaprzepaszczenie szansy ciągłego rozwoju i upadek cywilizacyjnych norm obwiniamy średniowiecze. Tworzyło ono własną cywilizację praktycznie od nowa. I tu skojarzeń z pisowską rzeczywistością dostrzec można znacznie więcej.

Jeżeli patrzeć na prostaczków, którzy ślepo wierzyli w demony i w Boga zarazem, uważali władzę za pochodzącą z niebios, to średniowiecze można nazwać wiekami ciemnymi. Teraz wiek ciemny funduje nam dyktatura ciemniaków z PiS-u (parlamentarzyści i wiceministrowie z wykształceniem podstawowym, zawodowym i średnim, marszałek po zawodówce, rządowi eksperci po kościelnych kursach itp.). W średniowieczu za człowieka światłego uchodził potrafiący czytać i podpisać się. PiS doprowadził do podobnej sytuacji, gdzie mamy ,,mężów uczonych” w obsadzanych przez nich instytucjach; w senatorskich fotelach zasiadają przecież ślusarze, stolarze, tapicerzy, technicy kolejowi itp.

Analogie są zadziwiające. XI-XIII wiek to okres nastrojów antymuzułmańskich, okres zbrojnych krucjat. Poza religijnymi, ich przyczyny miały także podłoże polityczne i ekonomiczne. Pis skutecznie rozniecił dziś nastroje antyislamskie i zrobił to ze względów religijnych, szowinistycznych, rasistowskich i ideologicznych, budząc do muzułman niechęć, wrogość, odrazę (,,zarazki, pasożyty, pierwotniaki”). Zresztą wielu zaczadzonych prostaczków do krucjat jest już gotowych; już zorganizowali tzw. Armię Boga, zastępy Rycerzy Jezusa, wznoszący miecze podczas mszy, tymczasem wprawiający się w pospolitych pobiciach muzułmanów i każdego o ciemnej karnacji, wyzywaniu ich i szykanowaniu. Ot, taka chuligańska krucjata na miarę prymitywnej propagandy PiS-u. Wszystko to ma być obroną polskiego zaścianka, czyli niewpuszczaniem w granice Polski choćby jednego nieszczęsnego uchodźcy, jednocześnie z powoływaniem się na tradycyjną, wielowiekową, polską tolerancję i gościnność w tle, która ma nas rzekomo wyróżniać na tle zdemoralizowanej Europy. Co zadziwia, sam Morawiecki ogłasza swoistą polską krucjatę, tyle że przeciw… państwom UE, co wiąże się wg niego z potrzebą chrystianizacji Europy i obrony pomników Wojtyły. To m.in. skutek fanatyzmu religijnego, renesansu wypaczonej religijności, zmieszanej z demonstrowaniem nienawiści, agresji do innowierców i obcych. Ta groteskowa religijność dostrzegana jest na każdym kroku; jakieś babiny obcałowują plamę uryny na murze czy korzeń drzewa, bo przypomina im oblicze Jezusa lub Maryi, pełzają na kolanach niczym robaki, leżą krzyżem na chodnikach, tłumy klęczą na krawężnikach, przebierają się w jakieś czerwone peleryny, niczym Zyndram z Maszkowic, bijący krzyżaka … Ale nawet jakiś profesor Uniwersytetu Ekonomicznego o nazwisku niewartym przytoczenia apeluje o ,,żarliwą modlitwę w intencji wypędzenia złego ducha,”, bo tylko taka modlitwa pomoże w zrozumieniu obecnej ekonomii”.

Dalej. Odżyły jakieś pokraczne, średniowieczne obyczaje, zabobony i przesądy. W dużej części to zasługa kościoła kat. Groteskowe zawierzanie Maryi gospodarki narodowej, bezpieczeństwa narodowego, a nawet polskiej armii. To Jasnogórska Panienka ma nas bronić, nie armia polska, która sama oddaje się jej opiece, a Macierewicz może wygłosić do żołnierzy sentencję:,, ,Możecie się czuć bezpieczni, ponieważ zostaliście zawierzeni opiece Matki Przenajświętszej” (!). Jednocześnie prezydent nie mógł pominąć takiej uroczystości w Łagiewnikach jak koronowanie Chrystusa na króla Polski. A może większość Polaków sobie po prostu nie życzy takiej średniowiecznej szopki?. My nie, ale tatuś prezydenta tak. Dlatego twierdzi, że akt oddania się Chrystusowi Królowi powinien być w Polsce przyjęty”. To dlatego wdzięczne jego wielbicielki, babiny z Radia Maryja, stercząc pod PADem propagowały hasło: ,,Błogosławiony członek, który cię spłodził”.
Czy my żyjemy w czasach bitwy pod Grunwaldem? Czy naprawdę, jak twierdził zdewociały Antoni, wiara chrześcijańska to najważniejszy oręż wojska? To może i ogień krzyżowy stanowi najistotniejszą taktykę naszego armii?. Nawet zdrowie Polaków zawierzamy siłom niebieskim. Jakiś dominikanin ogłosił: ,,Katoliku, nie lecz się, Bóg cię wyleczy, on jest od tego” (!) Odradzają się absurdalne przesądy i ruchy: zakaz in vitro, odmowy aborcji, transfuzji krwi, szczepień, niekorzystanie z współczesnych osiągnięć ludzkości, a skutki widać jak na dłoni – powrót zapomnianych od średniowiecza chorób jak cholera, odra, rotawirusy, meningokoki, świnka, krztusiec, zapalenie opon mózgowych i różyczka. Wszystkie te choroby mogą być śmiertelne. Ciemnota tryumfuje, gdy jej nosiciele głoszą: ,,szczepionki wytwarzane są z martwych płodów, a za choroby odpowiada szatan”. Ba, nawet prezydent ogłosił się przeciwnikiem jakichkolwiek szczepień obowiązkowych. Mało tego, dziwactwa rodem z średniowiecza jakie wyczynia prezydent doprawdy zdumiewają, jak wtedy gdy w 2014 r. specjalnie wybrał się do Zembrzyc, by niejaka Myrna Nazzour pocąca się ,,Świętym Łojem” lub ,,Błogosławionymi Wydzielinami”, wtarła mu w skórę swój błogosławiony tłuszcz organiczny. Nie dziwią więc pełzające na kolanach procesje na granicy państwa z księdzem i krzyżem na czele, mające zatrzymać wirusa na rubieżach Rzeczypospolitej, jak niegdyś husarze tatarskie hordy. Inny ksiądz prowadzi na plaże rozmodlone babcie by wiodą święconą skropić Bałtyk, aby ten nie dopuścił do Polski złych mocy. Terlikowski stworzył własną teorię, wg której rak szyjki macicy przenoszony jest drogą płciową, a najlepszą ochroną przed nim jest … moralne, zgodne z nauczaniem kościoła, życie seksualne. Ksiądz Głuszek ogłasza swe odkrycie: ,,Źródło mocy uzdrawiającej nie może pochodzić od nieokreślonej energii, ale pochodzi od Boga”. Toteż zanim udamy się do lekarza z jakimś problemem, warto dowiedzieć się w jaki sposób może nam pomóc wiara. Witamy w średniowieczu! To wówczas znane były tzw. babki – zielachy, wywarami odczyniające ,,złe moce i chorość”. Dziś też kościół ż poucza, że terapie ziołowe mają być naczelnymi metodami leczenia, są one lepsze od leków farmaceutycznych i zabiegów chirurgicznych.

W średniowieczu kościół, rozpustni papieże zohydzali wiernym seks. Dziś jest podobnie; duszpasterz neofaszystów, ks. Kneblewski uważa seks przedmałżeński za grzech śmiertelny. Sobecka i pseudokapłan Rydzyk, głoszą, że seks to wymysł szatana, a jednocześnie wśród księży, wzorem swoich średniowiecznych kolegów, kwitnie seks w każdej najbardziej wyrafinowanej wersji. Pis i kościół odrzucają cywilizacyjne osiągnięcia. Nawet biskup Pieronek twierdził, że ci, którzy decydują się na in vitro kierują się tylko chęcią kupna sobie laleczki i nazywalłto fanaberią.
To niewiarygodne, ale i nieznana w średniowieczu higiena, staje się dziedziną wyklętą. Oto pisowski ekspert MEN od wychowania do życia w rodzinie, teolog pastoralny po KUL-u, dr. hab. Dudziak, wg. której seks to grzech, antykoncepcja to hedonizm sprzyjający wzrostowi śmiertelności u kobiet, ta kościelno-pisowska myślicielka ogłasza, że ,,mycie części intymnych to grzech śmiertelny i bezeceństwo”. Rządowa ekspertka o niewartym zapamiętania nazwisku przekonuje, że utrata dziewictwa obniża odporność organizmu kobiety. Te eksperckie dziwolągi pełnymi garściami czerpią z dorobku średniowiecznych ideologów kościoła, byle tylko zohydzić ludziom uprawianie seksu i obudzić wstręt do kobiet. Bo przecież w II w. Klemens z Aleksandrii pisał: „Każda kobieta powinna być przepełniona wstydem przez samo tylko myślenie, że jest kobietą”. W VI w. filozof Boethius, pisał, że ,,kobieta jest świątynią zbudowaną na bagnie”. Tomasz z Akwinu głosił, że ,, kobiety są błędem natury”, zaś Odo z Cluny powiedział: „obejmować kobietę to tak jak obejmować wór gnoju”. W XIII w. św. Tomasz z Akwinu powiedział „nic bardziej wadliwego nie było zrobione w pierwszym stworzeniu rzeczy; kobieta nie powinna być wtedy stworzona”. Ortodoksyjni chrześcijanie, twierdzili że kobiety są winne wszystkich grzechów.

Czy te średniowieczne bzdety, poza zniechęcaniem do erotyki, budują szacunek do kobiet i ich równorzędne traktowanie? Papież Pius II powiedział: „Gdy widzisz kobietę, myśl, że to diabeł”, a jezuita François Garasse podzielił się refleksją: ,,Kobieta uczona to coś gorszego niż brodata”. No cóż, może dlatego posłanką PiS-u była Sobecka. Ale te pełne pogardy, wyższości słowa średniowiecznych duchownych wobec kobiet dają plon w dzisiejszej pisowskiej rzeczywistości. Poseł PiS-u Szlachta sztorcuje posłankę PO Leszczynę (była wiceminister finansów): ,,Proszę nie stosować mentorskiego tonu, bo nawet nie jest to stosowne jako kobiecie”.
W kontekście kultywowania przez PiS i hierarchów ciemnoty i zacofania, czymś naturalnym jawi się palenie przed gdańskim kościołem książek, a także przedmiotów uznanych przez część księży za godzące w chrześcijaństwo, np. ludowe maski afrykańskie. Polska pisowska staje się jednocześnie największym zagłębiem kształcenia księży egzorcystów (m.in. za pomocą salcesonu), a rydzykowy ulubieniec, poseł Tarczyński, jako pomocnik egzorcysty, na własne oczy widział opętane przez szatana kobiety plujące gwoździami i śrubami.

W średniowieczu szkoły usytuowywano przy kościołach. W pisowsko-prezesowej ,,Włolsce” kontynuowana jest symbioza tych dwóch instytucji, z tym, że to kościół szerokim frontem wpełzł do szkół. Widzimy to po nauczaniu religii w środku rozkładu lekcji, po ilości godzin nauczaniu religii większej od biologii, historii i matematyki, po postulatach uznania religii za równorzędny przedmiot, po księżach i zakonnicach przyjmujących egzaminy maturalne.

Polowania to rozrywka możnowładców średniowiecza, królewskie łowy świadczyły o potędze, dostatku i statusie. Pisowska brać uwielbia naśladować te średniowieczne obyczaje. Setki tysięcy zwierząt i ptaków ginie co roku w okresie łownym. To podnosi ich w własnych oczach, czyni elitą, prawdziwymi twardzielami, rasą panów. ,,Czyńcie sobie ziemię poddaną” – głosił szkodnik Szyszko, powtarzając ten anachronizm za tłustym biskupem. Tylko, że czasy średniowiecza dawno minęły, a ziemię z jej bogactwami należy chronić, nie podbijać ją, jak Hunowie nowe terytoria. Nie dziwi więc w tym aspekcie gdy wiceminister środowiska, niejaki Mazurek ogłasza, że ,,ekolodzy są wrogami chrześcijaństwa i Polski”, a do tego ,,dominujący nurt ekologii chce wyeliminować człowieka”(!). W średniowieczu nie było ekologów, a pis chciałby dziś tego samego.
Kościół był od zawsze instytucjonalnie związany z państwem. Od początku średniowiecza Kościół był elementem systemu feudalnego, gromadził majątki, które później przynosiły olbrzymie zyski ekonomiczne. Posiadłości ziemskiej arcybiskupa gnieźnieńskiego sięgały bardzo rozległych terenów Wielkopolski. Władcy polscy mieli kontakty niemalże przyjacielskie z przedstawicielami kościoła i obie strony korzystały na tym współżyciu. W dzisiejszych realiach nic się nie zmieniło, mimo upływu wieków. Kościół staje się dziś średniowiecznym możnowładcą, latyfundystą, z pewnością największym właścicielem gruntów w kraju (nie licząc Skarbu Państwa). Katolickie osoby prawne posiadają obecnie co najmniej 160 tys. ha gruntów w Polsce. Majątek kościoła pochodzący z ziemi to 6-7mld zł, kolejne miliardy to budynki. Każdego roku państwo na cele związane z działalnością kościoła kat. wydaje co najmniej 5 mld zł, w dużej części pieniądze te idą do imperium Rydzyka. Pis zapowiadało przed wyborami, że ziemię będzie mógł kupować wyłącznie Skarb Państwa i drobni rolnicy. Ale w parlamencie powstaje projekt wg którego spod ograniczeń wyłącza się także związki wyznaniowe, w tym kościół.

W warunkach dzisiejszego neośredniowiecza pocieszeniem niech będzie to, że nawet w tamtym czasie działali ludzie światli, wbrew ograniczeniom popychający ludzkość naprzód. Nie brak ich i dzisiaj, a ludzie mający jako takie wykształcenie, wiedzą, że po ciemnych wiekach nastąpiło jednak odrodzenie i oświecenie.

Strach, pryncypia i poczucie wdzięczności

Te trzy wyróżniki, zdaniem szewca Fabisiaka, zadecydowały o głosach wyborców.

Szewc Fabisiak uważa, że zarządzanie strachem zaczyna wypierać lansowanie motywacji pozytywnych. Dotyczy to nie tylko ostatniej kampanii prezydenckiej, lecz także tej przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, gdy w niemal całej Unii straszono a to katastrofą klimatyczną a to masowym napływem uchodźców co przysporzyło głosów z jednej strony ugrupowaniom ekologicznym, z drugiej zaś nacjonalistycznej prawicy.
W Polsce kampanijna przepychanka, zwłaszcza w drugiej turze, szła na noże. Dlatego też niewspółmierną rolę odgrywało straszenie w stylu: co to będzie, gdy wygra konkurent, a nie nasz kandydat. Przodowało w tym głównie ugrupowanie wspierające Andrzeja Dudę, co jest zrozumiałe, gdyż ewentualna porażka wyborcza miałaby dla całe tej formacji o wiele większe konsekwencje, niż dla przegranego kontrkandydata i jego sprzymierzeńców.
Szewc Fabisiak, podobnie jak wielu innych, znalazł w skrzynce pocztowej anonimową ulotkę opatrzona jedynie logo Duda 2000. Roztaczała one perspektywy świetlanej przyszłości pod przewodem Dudy w przypadku jego ponownego wyboru. Wystarczyło jednak odwrócić kartkę, aby dowiedzieć się co nas czeka, gdyby jednak wygrał nie Duda, a Trzaskowski. Otóż niechybnie bieda, kryzys a także co, co jest domeną PiS, czyli afery, podział i konflikty. Tego typu dość prymitywna propagandówka miała zapewne przekonać ludzi rozumujących w czarno-białych, bez jakichkolwiek odcieni, kategoriach. Szewc Fabisiak uważa jednak, że jeśli ktoś kto innych uważa za idiotów, to albo sam jest idiotą albo wyrachowanym cynikiem.
Straszenie w wydaniu PiS podczas całej kampanii podlegało zresztą twórczej ewolucji. Co prawda, w odróżnieniu od innych wyborów, nie wyciągano mało już nośnego tematu uchodźców, koncentrując się najpierw na LGBT, a następnie na Niemcach, którzy za pośrednictwem obecnych w Polsce swoich mediów usiłowały wpływać na wynik wyborów. Co gorsza dyktując nam nie w obcych językach a w powszechnie znanej polszczyźnie. Nagła nagonka antyniemiecka oprócz pobudzenia historycznych reminiscencji ma również inny sens. Bliżej na ten temat szewc Fabisiak wypowie się przy okazji dywagacji na temat polityki zagranicznej.
Jako obiektywny obserwator szewc Fabisiak dostrzega również taktykę strachu w szeroko rozumianym bloku opozycyjnym obejmującym nie tylko PO ale też inne niechętne obecnej władzy ugrupowania oraz licznych komentatorów. Będącego realistą szewca Fabisiaka jakoś nie przekonują argumenty o chęci wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej. Za dużo płynie stamtąd kasy. Zbyt wielu posiadaczy gruntów rolnych, wliczając w to Kościół, otrzymuje dutki w ramach unijnej wspólnej polityki rolnej aby ewentualny polexit miałby się rządzącym opłacać.
PiS co prawda z jednej strony gra na dumno-narodowych emocjach, z drugiej zaś kuli ogon pod siebie, gdy Unia nakazuje wstrzymanie wycinki Puszczy Białowieskiej czy też przywrócenie na urząd pani Małgorzaty Gersdorf. Z kolei Unia może chętnie krytykować słabe kraje członkowskie jednak strategicznie jest zorientowana na rozszerzenie a nie zmniejszanie stanu członkostwa a poza tym przeżywa problemy związane z brexitem.
Z kolei argumenty, skądinąd słuszne, o zawłaszczaniu sądów mało interesują tych co z sądami nie mają do czynienia a jeżeli już to raczej w takich sprawach, gdzie ingerencja nie jest formacji rządzącej potrzebna.
Podobnie jest ze sprawą wolności mediów. Ludzie już od dawna odwykli od czytania prasy za wyjątkiem lokalnych gazetek, w które można się zaopatrzyć za darmo, a które ponadto piszą o sprawach własnej gminy czy powiatu, co wielu ludzi bardziej interesuje niż wielka polityka. Z kolei telewizor służy im głównie do oglądania ciągnących się latami seriali oraz obserwowania prognozy pogody.
Kolejne spostrzeżenie, które nasuwa się szewcowi Fabisiakowi jest takie, iż wielu wyborców przy głosowaniu kieruje się swoiście pojmowanymi zasadami. Co prawda Szymon Hołownia lansował hasło „głową i sercem”, jednak w warunkach polskich brzmi ono zbyt idealistycznie. Ta nieco połowiczna większość, która głosowała na Dudę czyniła to albo głową mając utrwalone w pamięci transfery socjalne albo czymś w rodzaju serca popierając tego kandydata, który prezentuje bliskie im kulty Polski silnej i chrześcijańskiej, rodzinności i religijności dodatkowo propagowane przez miejscowego księdza, który dla wielu jest wciąż autorytetem. Zwłaszcza, gdy osobiście nie był zaangażowany w afery pedofilskie.
Szewc Fabisiak zauważa też, że pomimo sympatii politycznych ludzie głosują nie koniecznie tak jak im sugerują władze danej partii, lecz w oparciu o własne poglądy i kalkulacje. Stąd też wynika budzące niekiedy komentatorskie zdziwienie zjawisko tzw. przepływu elektoratów.
Ostatni z trzech wymienionych na wstępie czynników to coś, co szewc Fabisiak nazywa poczuciem wdzięczności. Za kolejne pieniężne plusy, za trzynastą emeryturę itd. Skoro dali, wprawdzie nie prezydent osobiście, lecz pisowski rząd, kto jednak wchodziłby w takie detale – to wypadałoby się odwdzięczyć w postaci postawienia krzyżyka przy nazwisku kandydata utożsamianego z tą właśnie partią. I to, zdaniem szewca Fabisiaka, mogło przeważyć wyborczą szalę na korzyść Andrzeja Dudy.
Jakie bowiem powody do wdzięczności można mieć wobec Rafała Trzaskowskiego i ugrupowania opozycyjnego, które nie dysponuje środkami budżetowymi a w pamięci wyborców jej dwukadencyjne rządy bynajmniej nie u wszystkich wyborców budzą nostalgiczne wspomnienia dobrych czasów do których chciałoby się wrócić?

Niech żyje V RP

Bo IV RP już pokazała, na co ją stać. Państwo z kartonu nie działa prawidłowo w praktycznie żadnej dziedzinie.

W łoskocie kamieni rzucanych w dinozaury, w hałasie wymyślonych seksafer i łamanych łóżek, w jazgocie wrzasków i pomówień, walą się bliźniacze wieże IV RP, w którą już nikt nie wierzy.

Tutaj już nikt nie wierzy w cokolwiek.

Kościół zajęty deweloperką nie ma czasu i ochoty odnaleźć i potępić księży gwałcących dzieci.
Bratanica żyjąca w cnocie, po raz trzeci przed ołtarzem ślubuje wierność i uczciwość małżeńską. Wuj w ubóstwie żyjący, w butach schodzonych kuśtykając, miliardami obraca.
Bezdomny na ulicy życie kończąc, w akcie ostatniej woli luksusowe samochody, na potrzeby kultu religijnego, zakonnikowi bez grosza przy duszy, pod pałac podstawia.

Z tragicznej katastrofy

ukryty zamach zrobili, a zamach jawnie polityczny w atak choroby próbują zamienić.
Policja zapracowana, prawo otwarcie łamiąc, na lewych zwolnieniach przebywa, a jeśli już do pracy wróci, marsze bandytów ochrania.
W szkołach publicznych więcej lekcji religii niż biologii i historii. Kobiety strachem, groźbą, przekupstwem i kłamstwem do dzieci rodzenia zmuszać wciąż próbują. Sekciarski Instytut ludzkimi sumieniami zarządza.
Premier kwiaty na grobie morderców i renegatów składając, po raz kolejny kłamie z mównicy.
Ten co skarżące się głosy zygot z zamrażarki usłyszał, głosów już urodzonych dzieci i kobiet gwałconych bezkarnie nie słysząc, głosuje za, choć się nie uśmiecha.
Bankierzy na telefon miliardy wybranym rozdają, a za niezapłaconą ratę 15 zł staruszce komornik resztę renty odebrał.

Albo zbudujemy

całkiem inną, nową Rzeczpospolitą, albo nie zostanie tu kamień na kamieniu.