Społeczeństwo tresowane

Najgorsze jest to, że polskie społeczeństwo jest tak wytrenowane przez kapitalizm, że nawet dziesiątki tysięcy ofiar pandemii z winy rządu nie skłonią do buntu, czy większego oporu. Ba, nie drgnie rządowi zaufanie i poparcie!

Bo władza jest rozmyta i nie istnieje. Przy tej samej sytuacji w PRL-u już byłaby rewolucja i płonęłyby komitety. Przypomnę, że wtedy duża część zamieszek zaczynała się od np. dość drobnych podwyżek kiełbasy. Teraz można powiedzieć publicznie będąc politykiem z obozu władzy, że trzeba będzie poświęcić chorych na raka… i gówno.

Alienacja, brak świadomości klasowej, totalna hegemonia kapitału… Jest na to wiele określeń, ale nie ulega wątpliwości, że współchore jest też niewolnicze społeczeństwo. Jest to kraj w którym spokojnie można umrzeć i nie wiedzieć nawet z czyjej winy nie doczekało się lekarza, narzekając na socjalizm i głosując na PiS za wstawanie z kolan.

Znasz li ten kraj

Pamiętam z przedwojennych lat chłopięcych, jak do nastrojowej pieśni S. Moniuszki ze słowami wiersza A. Mickiewicza „Znasz li ten kraj, gdzie cytryna dojrzewa….” uzdolnieni koledzy usiłowali dorabiać inne teksty, adresowane do sympatii z gimnazjum Platerówny. Dzisiejsza młodzież, gdyby znała ten wiersz i odczuwała potrzebę jego autorskiej przeróbki, powinna zaczynać go raczej od słów „Znasz li ten dziwny kraj, gdzie jabłka dojrzewają, a inteligencja zanika ….”.

Rachunek sumienia

Próbując łapać pierwsze promienie przedwiosennego słońca, siadam na przyzbie, na razie tylko w towarzystwie pieska, i zastanawiam się, od czego to się zaczęło. Już długie sześć lat mija od chwili, kiedy „My Naród”, wprawdzie nie jednogłośnie, ale poprawnie, wybraliśmy określoną partię polityczną o pięknej nazwie „Prawo i Sprawiedliwość” z przewagą, dająca jej prawo rządzenia.

Teraz wszystko jest „narodowe”, więc coraz więcej współobywateli przyznaje, że to był narodowy błąd. Nie czuję się współwinny, bo głosowałem na zupełnie kogo innego. I ze zdziwieniem, podbudowanym strachem, wysłuchiwałem przed wyborami i po wyborach opowieści wodza zwycięskiej partii i członków jego gwardii (a może lepiej – biura politycznego) o tym, że stworzą nową Polskę. A właściwie nowe państwo – oczywiście suwerenne, podniesione z kolan, bezwzględnie uczciwe, sprawiedliwe, nowoczesne, bogate i wzbogacające obywateli, do reszty zdekomunizowane, pamiętające o bohaterskiej przeszłości i tych, którzy ją tworzyli. Wszystkie te deklaracje były podlane werbalnym sosem patriotyzmu, wspomagającym podział na „my” – prawicowi patrioci i „oni” – liberalni koniunkturaliści i postkomuniści, czyli, na obywateli pierwszego i drugiego sortu.

Dlaczego byłem przestraszony? Bo jako zdeniołężniały, ale złośliwy staruszek, pamiętałem, że właściwie wszystkie przejmujące władzę ugrupowania w Polsce i okolicy zawsze mówiły to samo, jedynie inaczej rozkładając akcenty. I powstawał groźny paradoks – ci, którzy w znacznym stopniu realizowali te obietnice, doprowadzali swój kraj, a nawet świat, do historycznych tragedii.

Cyryl jak Cyryl, ale te metody!

PIS wygrał wybory przede wszystkim przez obietnicę dawania pieniędzy w systemie 500+. I spełnił tą obietnicę, co utwierdziło znaczą część elektoratu w przekonaniu, że jest solidny i będzie się przy nim dobrze żyło. Mam znajomych w niewielkim mieście, którzy do dzisiaj słuchają tylko „wodza” i państwowej telewizji, nie wierzą w żadne wiadomości negatywne. Tylko głowa rodziny „na osobności” i przy piwie mówi mi – „rozumiesz chyba jak jest, ja wiem, że oni „gonią w piętkę”, ale zapisałem się do partii, dali mi lepszą pracę, dostaję za frico 1500 na troje dzieci – to jak mogę ich krytykować?”.

„Gonienie w piętkę” zaczęło się zaraz po wyborach i do dzisiaj odbywa się w kilku podstawowych płaszczyznach:

– stwarzania szansy na utrzymanie wieloletnich rządów, metodą przejmowania władzy przez członków, lub posłusznych zwolenników, na wszystkich szczeblach od podstaw, aż do samej góry – łącznie z „aparatem” ścigania i wymierzania sprawiedliwości, armią i „terenem”, czyli samorządem terytorialnym.
– wmawiania narodowi, że wszystko przed tym było złe, szkodliwe dla kraju i nie patriotyczne – poczynając od „komuny”, a kończąc na rządach PO – PSL. Wszyscy razem zostawili kraj w ruinie, i dopiero my zmienimy tą ruinę w krainę wiecznej szczęśliwości. Podstawowym instrumentem tej propagandy stała się państwowa telewizja, pieszczotliwie zwana „szczujnią”.
– utrwalania podziału społeczeństwa na „my” i „oni” wszelkimi metodami, łącznie z próbami zastraszania ważnych grup zawodowych, czego przykładem są żenujące manewry prowadzone „w sprawie” sędziego Tulei. zagrożonego ostatnio doprowadzeniem do prokuratury w kajdankach. Ale klinicznym przykładem tego instrumentu utrwalania władzy, jest podtrzymywanie przez 11 lat bezsensownej tezy o możliwym zamachu na nasz rządowy samolot pod Smoleńskiem. Nie pokazuje się palcem, ale daje do zrozumienia, czyja to mogła być wina. I tym samym utrzymuje się poparcie istotnej, chociaż coraz mniej licznej, grupy mniej czytających obywateli i zwolenników „spiskowej teorii dziejów”.
– podniecania opinii publicznej wszystkimi prawdziwymi i fikcyjnymi przestępstwami dokonywanymi przez „wrogie siły”, czyli opozycję, ulicę i zagranicę, poczynając od kradzieży batoników i kiełbasy. Jednocześnie lekceważenie wszelkich zarzutów obciążających „swoich”, chowanych w państwowych spółkach i sztandarowych instytucjach. Ostatnio uznano nawet, że osoby na kierowniczych stanowiskach nie muszą podawać do publicznej wiadomości swoich oświadczeń majątkowych. Przecież to ich prywatna sprawa ile i jak zarabiają!
– uporczywe, bezsensowne a czasem śmieszne uznawanie wszystkiego za własny sukces, zarówno moralny – jak słynne głosowanie 24: 1 jak i materialny – jak rozpoczęcie budowy tunelu w 85% finansowanej przez UE, drogą budowę nowej elektrowni w Ostrołęce, którą jednak trzeba zburzyć.
– natarczywe, wręcz zabawne chwalenie się prawdziwym lub (ostatnio częściej) rzekomym powodzeniem wszelkich działań i przodującym miejscem w międzynarodowe konkurencji – nawet dotyczącej pandemii. Te opowieści wspierane są twierdzeniem, że prowadzimy nadzwyczaj sprawną politykę zagraniczną. Tylko nieuctwu i złośliwości europejskich działaczy zawdzięczamy objawy krytyki, a nawet niechęci.

To nie są odrębne cele – to są tylko specyficzne (chciałoby się rzec – chorobliwe) metody sprawowania władzy przez rządzące obecnie ugrupowanie. Podejmowane w ich ramach działania prowadzą do powstawania nieustannych konfliktów z tą gorszą częścią społeczeństwa – o przestrzeganie konstytucji, rujnowanie wymiaru sprawiedliwości, ograniczanie wolności przekonań, dyrygowanie policją, zakazywanie aborcji, zapowiadanie niepotrzebnych inwestycji.

Wzrost i upadek autokracji?

Jeśli dobrze rozumiem zawiłe wypowiedzi wodza i jego „powtarzaczy”, to wszystkie „zabawy” tej władzy mają prowadzić do „odnowienia Polski” i nadania jej wzniosłych cech, które wymieniłem na początku felietonu.
Jest mi coraz bardziej przykro, – ale przestałem w to wierzyć. Usiłuję pojąć, co naprawdę kieruje czołówką tej władzy, że gotowa jest niszczyć ludzi niepodzielających jej poglądów i „tracić twarz”, która będzie chyba trudna do odzyskania po utracie władzy. A historia dowodzi, że taki moment nastąpi.

Dochodzę do wniosku, że głównym motywem tego postępowania jest jednak wynikające z cech charakteru nieodparte dążenie do autokratycznej władzy. Oczywiście w takiej skali, jaka dla danej osoby jest dostępna – rodziny, przedsiębiorstwa, mafii, partii, parlamentarnego klubu, wsi czy miasta. To często występująca cecha. W każdej skali może być niebezpieczna, ale stanowi zagrożenie dla nas wszystkich, jeśli sięga skali państwa.

Ktoś użył w niedawnej publikacji sformułowania „autokratyczna demokracja”. Nie ma czegoś takiego i być nie może, bo nawet sprawna autokracja (bo bywa sprawna) musi być całkowitym przeciwieństwem demokracji. Odbiera samodzielność myślenia, ogranicza zainteresowania do problemów materialnych i do tego, co wolno, a czego nie wolno. W skali kraju koncentruje prawo do decydowania o wszystkim wąskiej grupie osób, z reguły otaczającej „głównego „ autokratę, cieszącego się ich prawdziwym lub udawanym uwielbieniem.

To smutne, ale od pewnego czasu idziemy w tym kierunku. „Lenistwo suwerena” powoduje, że znaczna część Narodu jest już zarażona tym, równie niebezpiecznym jak COVID 19, wirusem obojętności, wirusem zgody na bezmyślność i podporządkowanie się regułom autokracji.
Mój kraj robi wrażenie, jakby – poza grupami młodzieży – zapadł w sen zimowy. Ale znam ten kraj i wierzę, że wiosną się obudzi.

Warszawa – Marki, 13.03.2021

Demokracja i autorytaryzm w warunkach pandemii

Pandemia Covid 19 stała się dla wszystkich państw – niezależnie od ich ustroju – wielkim egzaminem. Sprawdza się bowiem zdolność państw do realizowania ich podstawowej funkcji, którą jest zapewnienie bezpieczeństwa obywateli.

Przypomnę tu słowa wielkiego angielskiego filozofa polityki, zwolennika władzy absolutnej, Tomasza Hobbesa. W wydanym w 1651 roku sławnym dziele „Lewiatan” Hobbes pisał o tym następująco:

„Obowiązki suwerena (czy to będzie monarcha czy zgromadzenie) wyznacza cel, dla którego została powierzona moc suwerena, a mianowicie staranie o bezpieczeństwo ludu, do czego zobowiązuje suwerena prawo natury” (str. 297 wydania polskiego z 1954 roku).

Słowa te najczęściej interpretuje się jako odnoszące się do bezpieczeństwa zewnętrznego, ale nic nie wskazuje na to, by Hobbes miał na myśli tylko ten rodzaj zagrożeń . Bezpieczeństwo ludu, które czynił podstawową racją istnienia wszelkiej władzy państwowej, obejmuje także skuteczną ochronę przed zagrożeniami wewnętrznymi, takimi jak anarchia czy klęski żywiołowe. Pandemia jest więc sprawdzianem skuteczności państwa w realizacji jego podstawowego zadania.

Trwająca już ponad rok epidemia Covid-19 postawiła wszystkie państwa świata przed trudnym egzaminem, do którego nie były one przygotowane. Jest jeszcze zbyt wcześnie, by formułować ostateczną ocenę działań podejmowanych dla zwalczenia tego zagrożenia, ale już pojawiają się wstępne oceny, których trafność można będzie w pełni sprawdzić, gdy skończy się obecny koszmar masowych zarażeń i śmierci.

Jedną z najciekawszych takich ocen jest opublikowany ostatnio raport grupy badawczej Economist (związanej ze sławnym tygodnikiem) zatytułowany „Indeks demokracji 2020”, na który zwrócił mi uwagę profesor Grzegorz Kołodko. Obszerna część raportu dotyczy tego, jak państwa radzą sobie z obecną pandemią. Jest to kolejny taki raport, a pierwszy opublikowany został dla roku 2006.

Raport posługuje się pięcioma kryteriami: (1) jakość wyborów i pluralizm polityczny, (2) funkcjonowanie państwa, (3) uczestnictwo w polityce, (4) kultura polityczna i (5) wolności obywatelskie. Każde państwo zostaje ocenione w tych pięciu kategoriach na skali od O do 7, a analizą objęte zostało 167 państw i terytoriów z pominięciem minipaństw. W 2020 roku tylko 23 państwa zaliczono do „pełnych demokracji” a kolejne 52 – do „ułomnych demokracji” (flawed democracies). Łącznie do państw demokratycznych zaliczono więc 44.9% państw, zamieszkałych przez 49.4% ludności świata. Dwie pozostałe kategorie to „reżymu hybrydowe” (35) i „autorytarne” (57). Polska, wraz z innymi państwami środkowo-wschodniej Europy, znalazła się w grupie „ułomnych demokracji”, do której spadły także Stany Zjednoczone – oczywiście wskutek ekstrawagancji Donalda Trumpa. Najważniejszym spostrzeżeniem raportu jest stwierdzenie, że stan demokracji w świecie pogorszył się, przy czym kluczowe pytanie dotyczy tego, czy (lub jak dalece) stało się to wskutek pandemii.

Ofiarą pandemii, a ściślej mówiąc restrykcji wprowadzanych przez rządy dla jej zwalczania, padły wolności obywatelskie. Drastyczne restrykcje wprowadzone przez władze chińskie w prowincji Wuhan okazały się skuteczne, ale tak daleko idącego ograniczenia swobód obywateli trudno byłoby oczekiwać od państw demokratycznych. Raport zwraca uwagę między innymi na to, że amerykańska kultura polityczna, nacechowana nieufnością do państwa, stanowi silną przeszkodę dla skutecznego zwalczania pandemii. Aczkolwiek najsilniejszy regres wolności obywatelskich wystąpił w państwach autorytarnych, raport wskazuje też na to, że w 49 państwach zaliczanych do pełnych lub ułomnych demokracji nastąpiło pogorszenie się stanu demokracji. Nie jest to jednak bezwzględną regułą. Taiwan, zdaniem autorów raportu, okazał się prymusem w walce z pandemią przy równoczesnym zachowaniu standardów demokratycznych.
Ogólnoświatową tendencją okazał się spadek zaufania do rządów, którym obywatele zarzucają nieradzenie sobie z pandemią. Wyraźne nasilenie się protestów obywatelskich w takich państwach, jak Białoruś a ostatnio także Rosja, może (choć nie musi) być choćby w części podsycany niezadowoleniem z tego, jak przebiega walka z pandemią. Od profesora Adama Przeworskiego, jednego z najwybitniejszych socjologów polityki w USA, usłyszałem ostatnio opinię, że od tego, jak poradzi sobie z pandemią, zależeć będzie bilans nowej prezydentury Joe Bidena.

Pandemia – stwierdzają autorzy raportu – wpłynęła na układ sił w skali świata. Najlepiej radzi sobie z nią Azja – skąd inąd kontynent, gdzie dominują reżymy niedemokratyczne, co powoduje, że coraz wyraźniejsze jest przesuwanie się globalnego układu sił w stronę „dynamicznego Wschodu”.

Tyle, gdy idzie o obraz świata w warunkach pandemii. Sytuacja Polski jest jednak szczególna i wymaga odrębnego potraktowania.

Pod względem skuteczności walki z pandemią Polska znajduje się mniej więcej pośrodku państw europejskich. Rządzący chętnie wskazują na to, że jest u nas lepiej niż na przykład w Portugalii, czy sąsiednich Czechach, ale dyskretnie milczą o Norwegii, Szwecji czy Finlandii, gdzie wyniki walki z pandemią są wyraźnie lepsze niż w Polsce. Tym, co negatywnie wyróżnia nasz kraj, nie jest – moim zdaniem – stan pandemii, ani nawet zakres restrykcji i ich wysoce negatywny wpływ na gospodarkę kraju, lecz intensyfikacja konfliktu politycznego pośrednio związana z nieudolnością rządu w walce z pandemią.

Polska jest jedynym państwem europejskim (i, jak mi się wydaje, jednym z bardzo nielicznych w świecie), w którym władze państwowe zdecydowały się na zaostrzenie konfliktu ideologicznego – właśnie w apogeum pandemii i w oczywisty sposób z zamiarem przysłonięcia własnej nieudolności przekierowaniem uwagi na inną sferę spraw. Nikt rozsądny nie uwierzy wszak, że tak zwany „trybunał konstytucyjny”, niemal całkowicie uzależniony od Prawa i Sprawiedliwości, sam z siebie w październiku ubiegłego roku postanowił zaostrzyć przepisy dotyczące warunków legalnego zakończenia ciąży. Była to decyzja polityczna – niemal na pewno podjęta przez szefa rządzącej partii. Jarosław Kaczyński popełnił w tej sprawie wielki błąd, który będzie go dużo kosztował. Liczył zapewne, że polaryzując społeczeństwo wokół spornej kwestii aborcji odsunie na bok niewygodne pytania o to, dlaczego zmarnowano letni okres przejściowego złagodzenia pandemii i nie przygotowano kraju na jej drugą falę, dlaczego nie przygotowano należycie akcji szczepień, dlaczego nie stworzono realistycznej tarczy dla tych gałęzi gospodarki, które padają pod ciężarem narzuconych przez rząd restrykcji. A także – co jest dla Prawa i Sprawiedliwości szczególnie kłopotliwe – jak wyjaśnić skandal z zakupem (zapłaconych, ale niedostarczonych) respiratorów: skrajną niekompetencją czy korupcją w kręgach decyzyjnych?

Efekt okazał się inny od zamierzonego. Sprawa ustawy antyaborcyjnej nie przesłoniła nieudolności rządu w sprawie pandemii, ale dodała siły protestującym. W obozie rządzącym pojawiła się wyraźna rysa, gdyż nie udała się próba wysadzenia z siodła niedostatecznie lojalnego Jarosława Gowina – podjęta niewątpliwie z inspiracji, jeśli nie na rozkaz, Jarosława Kaczyńskiego. Niedaleki czas pokaże, czy konsekwencje będą podobne, jak te z 2007 roku, gdy fiaskiem i utratą władzy skończyła się próba wyeliminowania szefów sojuszniczych partii – Samoobrony i Ligi Polskich Rodzin.

Wszystko to przemawia za tym, że polityczne konsekwencje pandemii w Polsce są inne, w istocie poważniejsze, niż w większości państw świata.

Władza bierze się za satyryków?

Nie wiem, czy kiedyś o Szczepanie Sadurskim będą pisać, że w 2021 roku podkładał bomby. Jeśli nie zmieni się władza, to niewykluczone. 29 stycznia zeznawał w sprawie ZD-530/21. Na razie jako świadek.

Oczywiście nie można mieć pretensji do szeregowych policjantów. Taka praca. Miał przesłuchać – przesłuchał. Ale skądś przyszło zlecenie. Zapewne z prokuratury. Czy można wierzyć organom (prokuratura, sądy) gdy nawet sam prezydent RP, premier i posłowie partii rządzącej, do tego TVP i billboardy w całej Polsce, mówią lub jasno dają do zrozumienia, że to nieuczciwa, podejrzana „kasta”. Które co chwila szukają haków na Giertycha i innych (to już inna bajka, ale też pokazuje Polakom: nie należy im ufać).

Telefonicznie odmówiono zdziwionemu Sadurskiemu odpowiedzi na pytania po co jest wzywany i to nawet zrozumiałe. Ale 48h na stawienie się na komisariacie? Morderstwo albo sprawa polityczna. Bo w jakich jeszcze innych sprawach polskie organy ścigania działają tak błyskawicznie? W sytuacji, gdy szereg głośnych spraw (począwszy od „dwóch wież”) czeka albo jest natychmiast umarzanych.

Głupi dowcip, który należy zbadać (tylko kto teraz wierzy policji?) czy zlecenie, które ma drugie dno?

Satyryk, który na co dzień drukuje rysunki polityczne w lewicowym czyli opozycyjnym dzienniku Trybuna. Który na Sadurski.com ma mocne dowcipy polityczne, satyrę na PiS i najwyższych przedstawicieli obecnej władzy. Drukujący w prasie od wielu lat. W stanie wojennym jako nastolatek nie bał się rysować Jaruzelskiego i ZOMOwców, (niektóre rysunki są na ekspozycji stałej w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku), który w ostatnich latach otwierał wystawy w różnych miejscach świata. Nie humorysta, lecz satyryk czyli osoba, która swą twórczością niejednemu zalazła za skórę. Na pewno nie osoba anonimowa. Ktoś taki miałby podkładać bomby, w dodatku dla jaj (a może całkiem poważnie) informować o tym organa ścigania wysyłając e-maila, w którym jest jego imię i nazwisko?

To się kupy nie trzyma i śmierdzi jak stąd do Smoleńska. Pewnie dlatego jest sprawdzane. Ale czy w sytuacji upolitycznienia instytucji takich jak prokuratury, sądy, w czasach gdy w Internecie widzimy jak działają policjanci, pacyfikując pokojowe masze Strajku Kobiet, logicznie myślący człowiek natychmiast wszystko wykluczy? Przecież ta władza robi wszystko, aby autorytet wspomnianych wyżej instytucji podważyć i żeby Polacy im nie ufali.

A może chodzi o skompromitowanie wieloletniej działalności Sadurskiego (jak jak niedawno skompromitowano aktorkę Jandę i innych ludzi kultury), choć tak naprawdę chodzi o „pokazanie”, jakich to ludzi ma wokół siebie Trybuna, lewica, lub szerzej – opozycja? Może zaraz materiał zrobi TVP i puści w Wiadomościach? Nawet jeśli wszystko okaże się „nieporozumieniem”, „pomyłką” i przycichnie – smrodek pozostanie. Twórcy mają się bać, Polacy mają się bać wyrażania swoich poglądów. Pretekst, żeby w kogoś lub coś uderzyć, jeśli się koniecznie chce – zawsze się znajdzie. Żyjemy przecież w epoce „Prawa” i „Sprawiedliwości”.

Spytaj milicjanta

Robi się coraz ciekawiej. Prawo i Sprawiedliwość zamierza przerzucić na obywatela obowiązek udowadniania przed sądem, że nie jest wielbłądem. Bo jeśli milicjant stwierdzi, że obywatel jest, to tak musi być w majestacie prawa. I sprawiedliwości.

Idzie o nowelizację kodeksu wykroczeń. Partia rządząca wrzuciła doń zapis, który zmienia zasadniczo układ obywatel-władza milicyjna. Podług najnowszej propozycji, ten, kogo milicjant ukaże mandatem, będzie zmuszony mandat przyjąć. Czy mu się to podoba, czy nie. Jeśli obywatel uzna, że nań nie zasłużył, sam będzie musiał wziąć na siebie ciężar udowodnienia swojej niewinności, bądź niezasadności kary, przed sądem powszechnym. Do tej pory, kiedy odmawialiśmy przyjęcia mandatu, sprawa, na wniosek milicjanta, lądowała w sądzie. Jeśli nowelizacja kodeksu autorstwa PiS w Sejmie przejdzie, a nic nie wskazuje na to, żeby miała być utrącona, to na obywatelu będzie spoczywał obowiązek zawiadomienia sądu względem swojej niezgody z decyzją milicjanta. To obywatel będzie musiał złożyć wniosek, pierwej go napisać, zdeponować w odpowiednim wydziale i dopilnować ustawowego terminu przedawnienia. Innymi słowy, będzie tak, że milicjant będzie miał zawsze rację co do zasadności mandatu nałożenia i jego wysokości wyrażonej w gotówce, a obywatel nie będzie mógł na starcie się zeń nie zgodzić. Dopiero jeśli sam zechce i dopilnuje, może sobie ewentualną sprawiedliwość wydrapać.
Po co PiS to czyni? Wersja oficjalna, dla prasy kobiecej i partyjnej jest taka, że sądy są zawalone sprawami banalnymi i trywialnymi, jak, dajmy na to, brak zgody na przyjęcie mandatu od milicjanta, i to m.in. dlatego młyny sprawiedliwości w tym kraju tak wolno mielą. Przez to ci wszyscy, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, czekają do świętej Nigdy, żeby poznać choćby termin pierwszej rozprawy. Sam coś o tym wiem. Na apelację banku z którym się sądzę, czekam z terminem prawie rok. Aby temu przeciwdziałać, należy sędziów i sądy odciążyć od niepotrzebnej roboty. Na początek należy zająć się prawną fikcją, jaką są wnioski milicji w sprawie braku zgody na mandat. PiS mówi, że 80 procent takich spraw sąd rozstrzyga po myśli milicjanta. Zasadnym takoż będzie, jeśli do sądu z mandatem pójdą ci, którzy naprawdę wierzą w swoją wersję, a nie tylko chcą zagrać na nosie milicji i temidzie. Jak można wyczytać w pisowskim uzasadnieniu do zmian w kodeksie, jest zwykle tak, że obywatel decyduje się nie przyjąć mandatu pod wpływem silnego wzburzenia; nie kieruje się trzeźwym myśleniem, tylko emocjami, które przesłaniają mu prawdę faktyczną. Sensownym więc będzie, kiedy mandat przyjąć będzie musiał. Poczeka parę dni, ochłonie, przemyśli swoje postępowanie. I na drugi raz dwa razy się zastanowi, nim propozycję milicjanta odrzuci. Jak w „Rejsie” Marka Piwowskiego: proponujemy przenieść obywatela krnąbrnego do sekcji spolegliwców; nauczy się tam szacunku do munduru, rezonu wobec prawa i przede wszystkim-przestanie judzić i pogodzi się ze swoim losem. I to ma sens. Sądownictwo na raz się odblokuje, bo sędziowie nie będą musieli pochylać się nad wnioskami krzykaczy i awanturników, które na wstępie obarczone są prawną wadą. Skrócą się kolejki. Obywatele się uradują, bo ich sprawy w końcu trafią na wokandę. Minister się ucieszy, bo reforma wymiaru sprawiedliwości nabierze tempa. Same plusy.

Wersja nieoprawna, która pobrzmiewa w komentarzach wrażych mediów i lewackich publicystów, takich jak ja, ma co najmniej dwa dna. Pierwsze, najbardziej oczywiste, tyczy się kasy. Po to Ziobro robi takie chochmy, żeby golić obywateli jeszcze bardziej przy skórze, choć, być może, ktoś był pomyślał, że już bardziej się nie da. Nic bardziej mylnego. Mało Ziobrze, że w dzisiejszym, polskim sądzie, człowiek musi bulić już praktycznie za wszystko: uzasadnienia wyroków, terminy, ekspertyzy, wypisy. Nie trzeba mieć doktoratu z psychologii, żeby wiedzieć, że ¾ osób, które dziś decydują się na nieprzyjęcie mandatu od milicjanta, nie pójdzie do sądu walczyć o pareset złotych, tylko machnie ręką, bo szkoda im będzie ich cennego czasu. Pójdą ci, którzy ten czas mają, albo legaliści, którzy wierzą jeszcze w sens trójpodziału władzy w tym kraju. Takich, niestety, coraz mniej, choć trudno się ludziom dziwić, bo mają oczy i widzą, co się odjaniepawla. A jak ludzie nie będą się o swoje bić, to pieniądze zostaną przy ziobrowym cycu. Szukają oszczędności, gamonie, gdzie się da. A że kieszeń obywatelska głęboka, a łapy władzy lepkie, pchają graby po same pomidory. Drugie dno ma walor, nazwijmy go, quasimoralny. Patrz milicjancie, mówi władza, możesz wlepiać mandat obywatelowi, a ten chuja ci może zrobić. Możesz wpisać w bloczek mandatowy co sobie wymyślisz, a ten przygłupi chłopek-roztropek musi to przyjąć. Jak nam ukradną furę, to muszą nam oddać samolot, mawiał w „Misiu” Stasiek Paluch. Muszą oddać. A ty, człowieku prosty? Musisz przyjąć. Po prostu. I nie ma zmiłuj. Za niepaństwowy wyraz twarzy: dwieście. Za lżenie prezydenta: pińcet. Za brzydki napis na koszulce: tysiąc. I musisz przyjąć. A jak ci nie pasuje, to idź do kahału, sądź się, jak cię stać i masz czas.

I tak trwają ze sobą, w tryumwiracie: Prawo. I sprawiedliwość. I Milicja. A największa z nich jest Partia. Bo i prawo i sprawiedliwość i milicję trzyma w garści. Albo ma je wiadomo gdzie.

Dezubekizacja nieustająca

Polska jest nadzwyczaj szczęśliwym krajem. Premier jej rządu, Mateusz Morawiecki wprawił niedawno w zachwyt cały naród, gdy z wielką miłością w głosie mówił, jak bardzo troszczy się o zagrożonych epidemią seniorów, „o wszystkie nasze babcie i dziadków”. Trochę wcześniej, przy okazji odchodzącej w niebyt „piątki dla zwierząt”, prezes Kaczyński osobiście nazwał siebie nadzwyczaj dobrym człowiekiem, którego popierają wszyscy inni dobrzy ludzie.

Przy takich liderach również pozostali politycy Zjednoczonej Prawicy jednym głosem deklarują, iż kierują się wyłącznie wartościami chrześcijańskimi: miłosierdziem, dobrocią, przebaczeniem… . Czy może być nieszczęśliwy naród, na którego czele stoją tak wspaniali przywódcy? Przecież to bez wyjątku absolutnie świetlane postaci, posiadające najwyżej jedną, jedyną wadę – taką, że notorycznie kłamią. Nie mogą inaczej, bowiem hasłem przewodnim ich ugrupowania jest: „propaganda, głupcze, propaganda”.

Zatroskanie premiera o seniorów ze szczególnym rozczuleniem przyjęło ponad 50 000 bardzo starych, schorowanych, zniedołężniałych ludzi, których wymienieni politycy, przy pomocy ustawy dezubekizacyjnej, uczynili nędzarzami. Jak dotychczas przyczyniło to się do samobójczej śmierci 60 z nich i radykalnie przyspieszyło zgony prawie 1,5 tysiąca dalszych. Pamiętajmy przy tym, że te babcie i ci dziadkowie nigdy w życiu nie popełnili żadnego przestępstwa, ani jakiegokolwiek czynu nagannego. Mało tego, przed laty wielu z nich z narażeniem życia zwalczało m. in. terroryzm i międzynarodową przestępczość, handel narkotykami i bronią, rozpracowywało najpoważniejsze afery kryminalne, przemytnicze i im podobne. Kilkadziesiąt lat później, przy pomocy „czarnej propagandy” zostali okrzyknięci zbrodniarzami i nagrodzeni zasiłkami na granicy minimum biologicznego. W powodzi kłamstw, zmyśleń i cynicznych fałszerstw na swój temat niespodziewanie usłyszeli ciepłe słowa pana Morawieckiego, więc jak mieli się nie wzruszyć? Co prawda, pan premier całkiem niedawno sam nazywał ich mordercami, ale dzisiaj bardzo prosi, by dla swego bezpieczeństwa zostali w domach i obiecuje, że dostarczy im zaopatrzenie pod same drzwi.

Piękny obraz burzy niestety fakt, że kierownictwo partii i rządu prawdopodobnie zapomniało o wydaniu odpowiednich instrukcji podległym sobie służbom i nic one nie wiedzą o przyjętym kierunku „gorącej miłości do naszych seniorów”.

Prezes Trybunału Konstytucyjnego, pani Przyłębska, w tym roku kilkukrotnie odwoływała zapowiadane wydanie orzeczenia o ustawie dezubekizacyjnej. Jej Trybunał zajmuje się tym tematem od lutego 2018(!), ale teraz pani prezes żadnych już więcej terminów zakończenia pracy nie ogłasza. Przeciąganie sprawy w nieskończoność to jej prosty sposób, aby blokować środowisku represjonowanych możliwość składania skarg do trybunałów międzynarodowych. Bez wątpienia czeka, aż zainteresowani (w czasie pandemii grupa zdecydowanie wysokiego ryzyka) zaczną wreszcie masowo wymierać i nieprzyjemny problem sam się rozwiąże. Z pewnością pani Przyłębska nie słyszała o nowej linii partii, bo czy inaczej mogłaby tak postępować?

Ogromną większość z prawie 30 000 skarg represjonowanych ma rozstrzygnąć Sąd Okręgowy w Warszawie. Przyznaje on sam, iż zajmie mu to co najmniej 6 lat (chociaż zapewne znacznie więcej), i że takiego okresu nie przeżyją tysiące skarżących. Jakąś szansą dla nich byłoby przekazanie części procesów sądom w terenie, lub prowadzenie rozpraw w trybie niejawnym (zaocznym), co wobec powielania się schematów procesowych, ma swoje uzasadnienie. Jednak Zakład Emerytalno Rentowy MSWiA, reprezentujący dzisiejszą władzę, w żadnym wypadku nie zgadza się na jakiekolwiek tego rodzaju ułatwienia, czy przyspieszenia. Jeżeli wszystkie te babcie i dziadkowie chcą brać udział w rozprawach, to zgodnie z życzeniem ZER powinni przyjeżdżać do Warszawy i osobiście stawiać się w sądzie. Kalkulacja jest prosta – takie rozwiązanie znacznie zwiększa szansa, że ci upierdliwi dziadkowie złapią koronawirusa i wreszcie przestaną dokuczać rządzącym. Widać z tego, że nie tylko w TK, ale także w MSWiA nie słyszeli pana premiera, gdy czule prosił seniorów, aby w żadnym wypadku nie wychodzili z domów.

Potrzeba kontynuowania permanentnej dezubekizacji sprawia, że prawnicy ZER stosują także inne metody. Ich sytuację skomplikowało niedawne orzeczenie Sądu Najwyższego, iż dezubekizować można tylko te osoby, którym indywidualnie wykazano dopuszczanie się czynów przestępczych powiązanych z ich służbą w organach PRL. Wobec powyższego ZER przyjął stanowisko, iż to samo represjonowani mają obowiązek dostarczenia sądowi dowodów swej niewinności. Trzeba przyznać, że takie podejście do prawa ma długie, sięgające średniowiecza tradycje, ale jednak wywołało pewne zdziwienie niektórych prowadzących sprawy sędziów i okazało się mało skuteczne. Zmieniono więc taktykę i znane są przypadki, gdy prawnicy ZER składali wnioski, aby sędziowie sami zwracali się do IPN i prosili o dostarczenie materiałów obciążających poszczególne osoby (co wywołuje już więcej niż zdziwienie tychże sędziów).

Innym krokiem z tego repertuaru jest nagminne domaganie się, aby dać ZER (i IPN) co najmniej kilka dalszych miesięcy na odnalezienie żądanych dowodów. Warto tu zauważyć, że setki prokuratorów IPN już od ponad 20 lat prowadzą usilną kwerendę archiwów i szukają zbrodni służb PRL. Skąd jednak wziąć te na gwałt potrzebne dowody, gdy nawet samych zbrodni (po 1956 r.) wykryto zaledwie „tyle, co kot napłakał”? Wszyscy więc wiedzą, że kolejne miesiące nic tu nie zmienią i jedynie umrze trochę więcej represjonowanych, ale może właśnie o to chodzi.

Oczywiście przesadzam twierdząc, że władza nie dostarcza absolutnie żadnych materiałów obciążających byłych funkcjonariuszy. Znany jest przypadek, gdy jako jedyny, koronny dowód upadku moralnego skarżącego się oficera przedstawiono sądowi fakt, iż w czasach PRL-u wziął on rozwód, a ex żona bardzo negatywnie się później o nim wypowiadała. Faktem jest, że w katolickim kraju rozwody to niezwykle podejrzana sprawa, ale czy na pewno należy za to zabierać emerytury? Myślę, że ta sytuacja także w całej Zjednoczonej Prawicy powinna wywołać wiele niepokoju.

Widok z boku

Kiedy partia o sprzecznej wewnętrznie nazwie – Prawo i Sprawiedliwość – wygrała wybory parlamentarne w 2015 roku, uzyskując przewagę głosów w sejmie i w senacie, pełniłem wśród moich przyjaciół i znajomych rolę środka uspakajającego.

Źle się stało, ale nie traktujmy tego, jak narodowej tragedii. Wśród tych wygranych jest przecież wielu ludzi rozsądnych. Ster ich okrętu dzierży człowiek uchodzący wśród nich za tytana inteligencji, niewątpliwy patriota, chociaż podobno trudny w międzyludzkich relacjach. Przylepiła się do niego opina, że bywa nadmiernie przywiązany do nie zawsze słusznych własnych poglądów, ulega często spiskowej teorii dziejów, identyfikuje patriotyzm z uległością wobec hierarchów katolickiego kościoła i ma skłonności do wywoływania politycznych awantur. Ale nie przesadzajmy. Był juź premierem, powinien dobrze rozumieć ciężar odpowiedzialności i rozważnie korzystać ze zdobytej władzy.

Mea culpa

Biję się w wątłe piersi. Myliłem się. Pierwsze wątpliwości, co do słuszności mojej oceny sytuacji zaczęły mnie dopadać już po roku. Złożyły się na to trzy przyczyny. Widoczne dla każdego względnie douczonego obywatela, rażące błędy kadrowe, opieranie propagandy na twierdzeniu, że „przez ostatnie osiem lat” wszystko było źle organizowane i prowadzone, oraz widoczne przekształcanie państwowej telewizji, w tubę propagandową partii.

Te początkowe przyczyny powstania mojej nieufności do wzmocnionego przybudówkami PISu, nazywającego siebie „zjednoczoną prawicą” utrzymywały się do końca pierwszej kadencji. Ulegały stopniowemu zaostrzeniu w miarę, jak deklarująca miłość do sprawiedliwości władza, zajęła się twórczo psuciem sądownictwa, a zwłaszcza Krajowej Rady Sądownictwa, Trybunału Konstytucyjnego i Sądu Najwyższego. Zrozumienie celu tych działań, ukrywanych pod enigmatycznym hasłem „dobrej zmiany”, utrudniało obywatelom personalne atakowanie sędziów, prowadzone w stylu drugorzędnego kabaretu. I ma to obecnie dalszy ciąg w walce z niewygodnymi sędziami, prowadzonej z pomocą nowej Izby Sądu Najwyższego. Dziwnej izby, która pracuje, mimo, że jej powołanie i istnienie jest kwestionowane.

Nie bez znaczenia w kształtowaniu moich uczuć było też rozwijające się w „obozie władzy” naśladownictwo, nazywane przez malkontentów „małpowaniem zwierzchników”. Panie i panowie dzierżący władzę na niskich szczeblach, niemal dosłownie powtarzali to, co mówili siedzący na wyższych szczeblach partyjnej drabiny. A wypowiedzi z najwyższego szczebla powtarzane były (i są!) niemal dosłownie. Nie byłem tym zachwycony, bo to dowodzi nie tylko braku inwencji, ale najczęściej także braku własnych poglądów. I nieustannej troski o to, aby wyższa władza serdecznie pogłaskała i nie pozwalała zrobić krzywdy, jeśli nóżka o coś się potknie.

W drugiej połowie pierwszej kadencji utrzymywania władzy przez zjednoczoną prawicę, patrzących z boku zaczęły też denerwować, a czasem rozśmieszać, próby poprawiania, a nawet zmieniania historii, albo oceny faktów historycznych. Intencje były jasne. Trzeba ukształtować na nowo historyczną wiedzę młodzieży, wytworzyć u niej przekonanie, że zawsze słusznie i dobrze postępowała w Polsce tylko prawica. Reszta, a zwłaszcza „lewactwo”, działała źle, tchórzliwie i często zbliżając się do „narodowej zdrady”. W czasie hitlerowskiej okupacji tylko prawicowa partyzantka NSZ, uwieńczona bohaterskim przemarszem Brygady Świętokrzyskiej na spotkanie amerykańskich jednostek generała Pattona, zasługiwała na prawdziwe uznanie. Inne konspiracyjne oddziały, jak AK słuchająca się ślepo rządu w Londynie, albo AL, czy Bataliony Chłopskie zarażone komunistycznymi poglądami, nie robiły nic istotnego. Siedziały w głębokich lasach, albo nieudolnie organizowały akcje w rodzaju Warszawskiego Powstania, w których ginęli cywilni mieszkańcy. A po wojnie słusznie postępowali tylko „żołnierze wyklęci”. Reszta obywateli splamiła się pomocą w odbudowie kraju, zaliczanego wówczas do, jakże wstrętnego, obozu socjalistycznego.

Wszystko jest sukcesem

Zdeklarowani zwolennicy PISu zapewne tego nie zauważają, ale dla większości społeczeństwa, stawało się też denerwujące nieustanne chwalenie się rzekomymi osiągnięciami. Właściwie wszystko, co robiła i robi „partia i rząd”, jest sukcesem. Sukcesem było wirtualne rozpoczęcie produkcji samochodów elektrycznych, promów morskich i helikopterów wojskowych, lepszych od francuskich Caracali. Sukcesem było przegranie ważnych głosowań w UE. Z sukcesem walczymy z pandemią, mimo, że mamy jeden z najwyższych w Europie wskaźnik udziału zachorowań w stosunku do liczby ludności. Sukcesem jest propagandowa oprawa uruchamiania szpitali tymczasowych, w których prawie nie ma pacjentów.
Widok z boku na polską scenę polityczną zaczął mnie jeszcze bardziej denerwować, po rozpoczęciu drugiej kadencji pisowskiej władzy. Świadczące o braku wyobraźni manewry angażujące Trybunał Konstytucyjny w niszczenie z trudem utrzymującego się kompromisu w zakresie dopuszczalności aborcji, będą historycznym wzorem bezmyślnego zarządzania państwem. Doprowadził on do masowych demonstracji w okresie pandemii.

Jednocześnie polski rząd i jego polityczni mocodawcy wpadli w dziecinną pułapkę logiczną. Nie zgadzamy się na powiązanie budżetowych decyzji UE z oceną praworządności. Jesteśmy wprawdzie państwem wzorcowo praworządnym, więc nie boimy się żadnej kontroli w tym zakresie i żadnych związanych z tym sankcji.. Ale nie zgadzamy się na takie kontrolowanie, bo to narusza nasz honor i suwerenność. A jak Unia Europejska będzie się przy tym upierać, to zawetujemy jej cały budżet. I zrobimy przykrość, bo nie weźmiemy części pieniędzy! Honor jest ważniejszy.

Inne czasy, inna sytuacja i inne ryzyko. Ale o honorze państwa kiedyś już mówiliśmy. Pięknie, choć trochę bez politycznego sensu. Józef Beck w słynnym przemówieniu w Sejmie w dniu 5 maja 1939 roku powiedział: „My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jest tylko jedna rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest cenna. Tą rzeczą jest honor”.
Partia i rząd – to sformułowanie brzmi dumnie od czasów PRL – wydają się zapominać, że w naszych relacjach z krajami Unii Europejskiej liczą się nie tylko pieniądze. Liczy się też, a może nawet bardziej, opinia i szacunek. Powoli, ale konsekwentnie, utrwalamy o Polsce opinię malkontenta, ambicjonera hołdującego zacofanym poglądom. Zarabiamy też na opinię państwa wyznaniowego, w którym kościół katolicki odgrywa coraz większą rolę polityczną. A także państwa, które nie potrafi być solidarne z Europą mimo, że „solidarność” była niedawno jednym z fundamentów jego demokratycznych przekształceń.

Wizje przyszłości

Błędem „partii i rządu” jest też brak przejrzystego sformułowania celu, do jakiego zmierzają, a zarazem – jak można przypuszczać – celu życia ich czołowego przywódcy i stratega.

Patrzący z boku, zwłaszcza walczący ze sklerozą obywatel, nie może się tego celu doszukać w istniejącym bałaganie politycznym.. Przychodzą mu do głowy różne warianty przyszłości, które może nam zafundować kontrolujący rząd wicepremier, nieukrywający, że czuje się już prezesem całego narodu.

Zastanawiam się więc, czy Polska ma być europejskim rezerwatem, zamieszkałym przez w 100% religijny naród, poddający się bez dyskusji poleceniom władz, które zawsze wiedzą lepiej, co jest mu potrzebne do szczęścia? Czyli – w uproszczeniu – ma to być rodzaj współczesnej, względnie łagodnej, dyktatury, zachowującej pozory demokracji?
A może – wręcz przeciwnie – ma to być kraj, w którym de jure istnieje prawnie usankcjonowana demokracja, a w rzeczywistości stosuje się „zamordystyczne” metody zarządzania, utrzymujące posłuszeństwo społeczeństwa i zmuszające je do epatowania zewnętrznego świata, widocznymi objawami zadowolenia. Konieczne jest wówczas utrwalanie wiary w nieomylność przywódcy, któremu zapewnia się powszechne uwielbienie i monarchistyczną pozycję.

Czy też w końcu ma to być kraj, w którym wierna władcy partia, dysponująca wszystkimi atrybutami władzy i stopniowo upaństwawianym aparatem propagandy, powoduje u większości społeczeństwa epidemię bałwochwalstwa i zaniku krytycyzmu, przechodzącą w znieczulicę. To społeczeństwo nie wierzy już w kartezjańskie „myślę, więc jestem”, i zmienia je na bardziej realistyczne – „nieźle żyję, bo słucham się wodza”..
Zmieniający się sposób i forma traktowania otoczenia przez przywódcę partii i sternika rządu, może wskazywać, że jest mu najbliższe stworzenie państwa bliskiego trzeciemu z wymienionych rozwiązań, wzbogaconemu o pewne elementy drugiego wariantu. Zachowania, przemowy i oświadczenia przywódcy świadczą o tym, że dobrze się czuje z monarchistyczną pozycją. Zabieranie głosu w Sejmie bez trybu, po formalnym zamknięciu obrad, bez maseczki ochronnej, z formułowaniem wyraźnych gróźb wobec politycznych przeciwników, jest godne średniowiecznego monarchy. Rodzącą się czołobitność poddanych potwierdza też rozdmuchanie jego gwardii ochronnej do niespotykanych rozmiarów. Strach człowieka ogarnia jak pomyśli, że w czasach, w których gniliśmy pod butem komunizmu, taki Gomułka albo Cyrankiewicz mieli tylko kilka osób ochrony. I nawet jej czasem uciekali, bo nie lubili, jak ich podglądają.

Nie mam wyjścia. Patrząc z boku będę nada obserwował rozwój, albo zanik polskiej demokracji. Jeśli partia i rząd nie zdążą doprowadzić nas o wymarzonego przez nich modelu państwa w okresie trzech lat, to po następnych wyborach może im być trudniej. Ale nie mogę też wykluczyć, że ich starania zostaną wcześniej przerwane przez niezadowoloną, lub wręcz wkurw….ą część społeczeństwa. Bo tak już jest, że wszystkim się nie dogodzi.

Olej rozlany – mur spękany

Kilka dni spędziłem w szpitalu, pełen zdenerwowania o wynik operacji, ale jednocześnie uspokojony i wyciszony, bo skupiony na swoich problemach zdrowotnych, odcięty od informacji o wydarzeniach politycznych.

Tuż przed moim pójściem do szpitala redaktor Piotr Gadzinowski przypomniał mi, że dawno nie publikowałem w Trybunie. Prosił o kolejny artykuł. Napisał „czasy zarazy potrzebują kultury – nie gaśmy jej”. Wróciłem już w domu, pragnę zatem odpowiedzieć na apel redaktora Piotra. Zapewne nie w pełni tak jak oczekiwał, bo napiszę o tym o czym przede wszystkim teraz myślę, od kilku dni znowu śledząc bieżące informacje. Słowa redaktora Gadzinowskiego przypomniały mi temat jednego ze Spotkań Zamkowych, które organizowała Narodowa Rada Kultury w połowie lat osiemdziesiątych. Spotkania odbywały się na Zamku Królewskim w Warszawie, prowadził je profesor Bogdan Suchodolski. Temat brzmiał „Co z kulturą w czasie trudnym?”. Temat podobny, czasy inne…

Gdy pisze te słowa mamy za sobą kolejny dzień protestów, w wielu miastach włączyli się artyści, ludzie kultury, zwracając uwagę na problemy które dla ich pracy, statusu i sytuacji bytowej stworzyła pandemia. Nie rozwiązał tych problemów rząd, jak można się domyślać. Zresztą ten rząd niewiele problemów rozwiązał skutecznie, a większość decyzji wydaje wprowadzając nas co najmniej w osłupienie, tworząc bałagan, a nie porządkując. Wystarczy przypomnieć ogłoszoną w piątek późnym wieczorem decyzję o zamknięciu od soboty cmentarzy, czy o pracy zdalnej urzędów od poniedziałku, co już w sobotę premier poprawiał na – od wtorku. Tak czy siak z dnia na dzień. Zaskoczenie dla urzędników, ale przede wszystkim dla interesantów. Rząd nie nadąża za rzeczywistością i nie wie co dzieje się w poza Warszawą. To co dzieje się w Warszawie interesuje go zresztą tylko wtedy gdy z jakiegoś powodu można „przyłożyć” Trzaskowskiemu. Trudno dziś już wierzyć w którekolwiek z zapewnień premiera czy innego polityka obozu rządzącego. Napletli tyle bzdur, że cokolwiek powiedzą to do bzdur od razu to zaliczamy. Wygłaszający swe „orędzie” prezes został porównany przez kogoś do generała Wojciecha Jaruzelskiego. To obraża pamięć Generała. Odpowiem żartobliwym cytatem z Internetu: „Moja babcia pamięta, że Jaruzelski przynajmniej nie mlaskał podczas przemówienia”. Od siebie dodam, że mówił piękną polszczyzną. Ponadto sytuacja z grudnia 1981 jest całkiem inna, nieporównywalna z obecną. Różny też jest format tych dwóch polityków. Jeśli do któregoś z polityków PRL mógłbym porównać prezesa PiS, to do Władysława Gomułki, ale tylko do stanu jego emocji z roku 1968 lub z grudnia 1970. Podobne oderwanie się od rzeczywistości, błędna ocena sytuacji i inwektywy rzucane pod adresem przeciwnika. Wtedy, 50. lat temu, ratunkiem dla kraju (dla partii też) okazał się Józef Tejchma, który odważył się i zaryzykował. Poszedł do pierwszego sekretarza i uświadomił mu, że powinien on odejść. Czy w PiS-ie znajdzie się ktoś tak odważny? I czy teraz wystarczy by tylko prezes odszedł? Wtedy zmiana na stanowisku pierwszego uspakajała, studziła emocje, dawała nadzieję. Dziś oczekiwania są większe, radykalniejsze, odejść ma PiS. Cały PiS. Gorzej, że nie widzę nikogo kto mógłby wystąpić w roli neo Gierka… Opozycja, mimo wielu podpowiedzi z różnych stron wciąż nie potrafi unieść się ponad, istniejącymi i oczywistymi, podziałami, by w imię racji wyższej stworzyć wspólny front obrony kraju. Była na to szansa podczas ostatnich wyborów parlamentarnych, a jeszcze większa podczas prezydenckich. Niestety interesy partyjne wygrały z interesem narodowym, wydawałoby się, ważniejszym.

Staram się pisywać w Trybunie o kulturze. To szeroki temat. Mieści się w nim niestety i polityka. Niestety, bo sposób uprawiania polityki odbiega coraz częściej od zachowań uznanych za kulturalne. Do polityki, poprzez selekcję negatywną, trafiają ludzie pozbawieni kultury, niewrażliwi, lub na braku kultury budujący swój wizerunek człowieka odważnego, bezkompromisowego, niemal ideowego. Gorzej jeśli zdobywają w ten sposób uznanie części mediów, czy też aprobatę suwerena. Jest jeszcze kategoria osób, którą nazywam „dumnymi ze swej głupoty”. Idą oni w zaparte, z uśmiechem zwycięstwa, nie przyznając, że popełnili błąd, że im się coś poplątało, źle zapamiętało w szkole, czy na studiach. Na każdy rodzaj takiego braku kultury, czy po prostu głupoty, można podawać liczne przykłady, wymieniać nazwiska kolejnych polityków, a będą to głównie nazwiska z pierwszej linii funkcjonariuszy PiS.

W zasadzie można zacytować każdego polityka PiS, przywołując mniej lub bardziej niestosowne jego zachowania, mniej lub bardziej kompromitujące go wypowiedzi. Zapadłbym się pod ziemię ze wstydu gdyby zdarzyło mi się obżerać się na sali sejmowej, lub nie wiedzieć kim była caryca Katarzyna I. Tymczasem politycy tacy brylują w mediach, plotą nadal bzdury, awansują, otrzymują synekury, promieniują pychą, samozadowoleniem. Prowadzą obrady sejmu, lub komisji, uczestniczą w konferencjach, półgębkiem reagując na niezależne media. Zastanawiam się czy gdzieś w głębi duszy, w skrawku sumienia mają chwilę autorefleksji, moment wstydu, zadumy nad tym co robią. Raczej jednak są bezrefleksyjnie dumni ze swego postępowania. Z obraźliwych, wulgarnych i knajackich zachowań i gestów, z tego jak odpowiadają, nie odpowiadając, lekceważąc dziennikarzy i ich pytania, odchodząc czy odwracając się manifestacyjnie do nich plecami. Och, gdyby tak któregoś dnia dziennikarze pozostali w domach, w redakcjach, nie wystawali godzinami pod ich gabinetami, pod siedzibami partii, okazując im swoją ale i naszą obojętność, znudzenie. Każdy dzień przynosi nowe porażające informacje, kolejna afera minimalizuje poprzednią. Bo czym jest dorobienie sobie, mimo zakazu, 400 tysięcy złotych przez byłego marszałka Senatu, w porównaniu z wielomilionowymi dotacjami dla braci Szumowskich. To kolejny dowód, że związki braterskie źle służą Polsce. W 1984 roku w Tygodniku Powszechnym Stefan Kisielewski opublikował felieton zatytułowany „Moje typy” będący listą czterdziestu nazwisk dziennikarzy o poglądach bliskich ówczesnej władzy. Była to tak zwana „Lista Kisiela”. Dziś wszyscy prominentni politycy PiS powinni się na takiej liście znaleźć, od Asta do Zybertowicza. Byłaby ona teraz znacznie dłuższa niż ta Kisiela, niestety.

Poza nielicznymi, pojedynczymi przypadkami, wszyscy moi bliscy, tak w rodzinie, jak i wśród znajomych są ostatnio przygnębieni. Nawet obaj wnukowie. Już rozróżniają prawdę od fałszu, obłudę od szczerości i naturalności, taktykę i perfidię od troski i ofiarności, myślenie o innych od dbania o interes własny. Już wiedzą, że choć byłem wiceministrem to było to w całkiem innym rządzie. W rządzie, który wprowadził Polskę do Unii. Mam nieodparte wrażenie że większość obecnie protestujących to pokolenie świadomie dorastające już w unijnej Polsce. Nie muszę już wnukom tłumaczyć, że różnię się wszystkim od obecnych ministrów. W świetle informacji o zamiarze zakupu 300 limuzyn dla ministrów – powinienem im jeszcze powiedzieć, że przez cały czas urzędowania korzystałem z samochodu przejętego po poprzedniku, a miał on (samochód) w chwili objęcia przeze mnie funkcji ponad 250 tysięcy kilometrów na liczniku, oraz że otrzymywaliśmy wtedy nagrody raz w roku i zbliżone one były do połowy miesięcznego wynagrodzenia.

Prezes swoim orędziem dolał oliwy do ognia. Podejrzewam, że w redagowaniu ostatniego wystąpienia mógł mu doradzać, oczarowany Łukaszenką, senator Karczewski. Prezes osiągnął to czego opozycja nie potrafiła, podczas ostatniej serii wyborów. Pobudził młodzież, rozruszał tych, którzy zapewne nie chodzili na wybory, ale także zrobił rozłam w swoim elektoracie; poparcie dla PiS znacząco opadło i oby to była tendencja stała. Dyktator z reguły jest groźny. Tak wygląda, tak się zachowuje. Nasz dyktatorem, na szczęście, nie jest, co najwyżej dyktatorkiem.

Niebezpiecznym, szkodliwym, doskwierającym, ale do groźnych bym go nie zaliczał. Ostatnio, z wielu powodów stał się śmieszny. Jest przedmiotem kpin i karykatur. Janusza Szpotańskiego zastąpiła młodzież, dyktatorkowi zaprezentowano Dziady, wciąż aktualne, wciąż na czasie, co potwierdza rangę narodowego wieszcza. Pierwszy mieszkaniec Żoliborza, strzeżony, jak żaden inny kiedykolwiek przywódca w kraju, sam stał się swoją karykaturą. Ośmieszony dyktator przestaje być groźny, staje żałosnym, a to oznaka jego końca. Oby!

Sądzę, że hasła z jakimi młodzież bierze udział w protestach, staną się przedmiotem naukowych badań i ocen. Dowcip, ostry i złośliwy, zaskakujące skojarzenia, wiele nawiązań do literatury (na przykład „Annuszka już rozlała olej”) świadczą dobrze o poziomie demonstrantów. Przyznała to nawet siostra Małgorzata Chmielewska. Oczywiście część haseł może razić ekspresją i jednoznacznością wypowiedzi, niektórzy z oburzeniem mówią o wulgarności. Ja uważam, że to emocjonalna, słowna wersja języka migowego jaki zaprezentowała posłanka Lichocka. Innym słowa te przypominają zwrot użyty przez Lecha Kaczyńskiego do bezdomnego żebraka.

Jestem całym sercem po stronie protestujących. Jako członek kierownictwa Kuźnicy podpisałem się pod oświadczeniem jednoznacznie wspierającym, obejmujące cały kraj, protesty. Ich skala jest niespotykana od lat, od 30 na pewno. Wyborczy podział na Polskę A i B, na Polskę PiS i resztę – został zatarty. Protestują bastiony PiS. To sukces, którego nie wolno utracić. Do protestujących kobiet dołączają mężczyźni, oraz całe grupy zawodowe: rolnicy, ludzie kultury… To dobrze, lecz nie powinni oni rozszerzać postulatów, dopisywać swoich żądań, niech dramatyczny protest kobiet wybrzmiewa jedną niezmąconą myślą – obrony ich praw. Każdy nowy, najsłuszniejszy nawet postulat rozmywa ten najważniejszy, ten pierworodny. Wolność wyboru. Edukacja. Opieka medyczna i społeczna. Równa troska o narodzonych, żyjących, chorych i umierających. Ogłoszono skład Rady Konsultacyjnej Strajku Kobiet. Pojawiły się nazwiska znanych mi, i w większości lubianych, polityków. Ale po co? Raz, że przypomina to bez powodu (identyczna nazwa) radę pani Cichanouskiej, dwa że protesty powinna firmować ta grupa kobiet, która je rozpoczęła. Nie czas i nie miejsce tu dla polityków.

Z uwagą przeczytałem apel rektorów wyższych uczelni, apel generałów w stanie spoczynku. Takich apeli ludzi o niepodważalnym dorobku, o życiowych zasługach powinno być więcej. A gdyby tak ministrowie w stanie spoczynku, byli parlamentarzyści, ci wszyscy nie zabiegający już dla siebie o wolne stołki, zaapelowali do polityków PiS – ustąpcie, nie niszczcie kraju, nie ośmieszajcie nas na arenie międzynarodowej. Podpisałbym się.

Niesympatyczni i niesprawni

Już ponad pięć lat temu zaczęliśmy poznawać „ludzi prawa i sprawiedliwości”, z wyraźnym pośpiechem obejmujących bardzo ważne, i mniej ważne, stanowiska państwowe. Na karb długiego oczekiwania na ponowny powrót do władzy składałem wówczas ich specyficzne zachowania, dość znacznie różniące się od poprzednich rządów liberałów, lewicy, starej solidarności a nawet gierkowskiej dekady.

Te rzucające się w oczy cechy, to wyjątkowa pewność siebie, okazywanie otwartej lub skrywanej wyższości nad innymi obywatelami, ostentacyjna, czasem autentyczna, ale u większości raczej udawana pobożność. Jednocześnie totalna negacja całego powojennego dorobku i jednolita, urzędowa, optymistyczna wizja przyszłości.

Sympatia nie trwa wiecznie

Realistów najbardziej drażniło podsycanie tej wizji decyzjami, albo planami, nieosiągalnych w dającym się przewidzieć czasie wielkich przedsięwzięć gospodarczych – „największego”, centralnego portu komunikacyjnego konkurującego z jeszcze większym berlińskim, produkcji promów i elektrycznych samochodów, masowej budowy tanich mieszkań. Mieliśmy też błyskawicznie skonstruować i produkować nadzwyczajny polsko – ukraiński wojskowy helikopter, przy którym poprzednio zakontraktowane francuskie Caracale miały być tylko drogim złomem. Nic dziwnego, – co lepszego mogli wymyśleć Francuzi, których przecież w przeszłości „uczyliśmy posługiwać się widelcem”.

Twórcy i opowiadacze tych planów częściowo brali przykład z Gierka, który jednak „mierzył siły” i był bardziej prawdomówny. Zadłużał nas, ale zmotoryzowaliśmy się na małych Fiatach, mieszkania były małe, ale były, „gierkówka” z Warszawy do Katowic wiele lat służyła i nadal nią jeździmy.
Powoli nowa władza stawała się coraz bardziej nielubiana w kraju i zagranicą. Co najmniej, mimo materialnych prezentów, przez połowę ludności w kraju, dlatego, że robiła nieustanny i coraz większy skok na kasę („bo te pieniądze im się należały”), przerzucała „swoich” ludzi na coraz lepiej płatne posady, zachowywała się w sposób „władczy” w stosunku do reszty społeczeństwa. Z państwowej telewizji zrobiła coś w rodzaju goebbelsowskiego „ministerstwa propagandy”. Przypuszczenia, że właściwie dzięki temu przepchnęła w ostatnich wyborach swojego prezydenta, mogą być prawdziwe. Coraz bardziej zaczęła lekceważyć prawo – łącznie z konstytucją – narażając państwo na straty (jak w przypadku nakładów na niezrealizowane wybory korespondencyjne), albo uznając, że „ich ludziom” wolno omijać obowiązując zasady (jak w przypadku wielotysięcznych zarobków posłów i senatorów poza parlamentem, albo – ostatnio – odwiedzać chorych w szpitalach), czego innym nie wolno.
Zagranica przestawała lubić Polskę – a ściślej jej rząd, – bo wszystkie ich badania wskazują, że prowadzone pod hasłem dobrej zmiany zawirowania organizacyjne w wymiarze sprawiedliwości, czasem wręcz humorystyczne ataki na sędziów, tworzenie specjalnych sądów dla ich karania – w konsekwencji doprowadzają do tego, że Polska przestaje być państwem praworządnym. Niechęć budziły i budzą także dziwaczne manewry wokół LGBT, a zwłaszcza dorabianie ideologii do znanych od wieków odchyleń fizjologicznych i psychologicznych. Głośnym dzwonkiem alarmowym tej zmiany oceny naszego kraju powinna być niedawna decyzja norweskich urzędów o przyznaniu azylu Polakowi, który – ich zdaniem – „może nie być osądzony sprawiedliwie w swojej ojczyźnie.

Ale wątpliwości, co do naszej praworządności, nie są jedyną przyczyną wzrostu niechęci Europy. Drugą jest lekceważący stosunek do wszelkich jej uwag i sugestii, niezgodnych z poglądami ideologicznego ajatollaha polskiej prawicy. Na tle tego lekceważenia rozwijają się buńczuczne wypowiedzi naszych mniej ważnych polityków działających w kraju i europosłów. Przykładowo – sugerowanie przez relatywnie młodych ludzi, że jesteśmy przedmurzem europejskiego chrześcijaństwa i tylko my go bronimy, wydaje się trochę niestosowne. W końcu to „zachodni” rycerze z krzyżami na piersiach i sztandarach walczyli w XI i XII wieku z niewiernymi (inna sprawa, że też niesłusznie), kiedy my jeszcze byliśmy także poganami, albo nieufnymi neofitami chrześcijaństwa.

Nie chcę być katastroficznym wróżbitą. Jednak nie można wykluczyć, że to „nielubienie” w Unii może wpływać na realizację naszych oczekiwań wspomagania finansowego z tego źródła. Pomoc w poprawie obrazu Polski ze strony Igi Świątek jest cenna, ale jej skutki nie będą długotrwałe.

Nieudolność może trwać dłużej

Praworządni i sprawiedliwi przejęli władzę, rozdając pieniądze. To był zręczny chwyt, bo nie jesteśmy najbogatszym w Europie społeczeństwem, ciągle nie możemy przegonić nawet braci Czechów. Każdy grosz oddawany nam z naszych pieniędzy, jest więc mile widziany i tworzy poparcie najuboższych. Ale Sprawiedliwi postanowili dłużej wykorzystywać ten instrument tworząc różne strumienie wypływu budżetowych pieniędzy do niektórych grup społecznych. Siedząc na przyzbie z przyjaciółmi ze zdumieniem wysłuchiwaliśmy radosnych zapewnień o emerytalnych 13-tkach, 14-tkach a może nawet 15-tkach w 2021 roku. Patrzyliśmy ze zdziwieniem na pospieszne przekopywanie Mierzei Wiślanej, które nie było teraz niezbędne. Z uwagi na rozmiary kanał nie będzie mógł przepuszczać dużych statków i zapewne stanie się głównie atrakcją turystyczną. Zamortyzuje się nie wcześniej, niż za czasów naszych pra, prawnuków.
Wydawanie zarobionych przez społeczeństwo pieniędzy dla utrzymania społecznego poparcia, stało się podstawowym instrumentem stabilizacji władzy. Jednocześnie uznano, że naród będzie się pozytywnie podniecał, jeśli będziemy je także wydawać na zwiększanie naszej siły militarnej, pod hasłem wzrostu obronności. To zresztą nic nowego. Zawsze szykowaliśmy się do jakiejś wojny. A jeżeli wybuchała, to i tak nie byliśmy przygotowani, zarówno w czasach „Potopu” jak i II wojny światowej. A postęp techniczny doprowadził do tego, że we współczesnej wojnie światowej bylibyśmy głównie strefą przelotu rakiet zmierzających do bardziej odległych celów.
Minister finansów w rządzie Donalda Tuska powiedział „pieniędzy na to nie ma i nie będzie”. Mylił się. Pieniędzy jednak trochę było i trochę przybyło przez zwiększenie dyscypliny podatkowej. Ale zaczęły się kończyć. Jak się kończą, nie daje się więcej zarobić i ma się trudne do zapomnienia zobowiązania, to trzeba pożyczać. Różne są dane, analizy i metody liczenia, ale dług państwa wzrósł, do co najmniej 250 – 340 milionów dolarów. Państwa, – czyli nasz. Bo państwo ma tylko takie pieniądze, jakie my oddamy do wspólnej kasy. Gierek został daleko w tyle.

Nieudolność zarządzania i doboru kadr naszych „sprawiedliwych” osiągnęła apogeum w dobie pandemii koronawirusa. Najpierw – zdaniem rządzących – była mało groźną epidemią, potem, na wakacje i przed wyborami, już z nią właściwie wygraliśmy. Kiedy przyszła jesień i nastąpił drastyczny wzrost zachorowań, no to „przecież nie mogliśmy tego przewidzieć”. Nie zastosowano dwutygodniowego zamrożenia wszystkiego, co można zamrozić – łącznie z pobytem dzieci i młodzieży w szkołach i uczelniach, całej gastronomii i turystyki, zakazem organizowania wesel, chrzcin, imprez sportowych, ćwiczeń wojskowych itp. Ślub można wziąć, ale wesele zrobić później. Doświadczenia kilku krajów wykazały, że tylko wtedy można osiągnąć wyraźnie „oderwanie się od nieprzyjaciela”, przerwać taśmę zakażeń, zwolnić znaczną część łóżek w szpitalach.
Pochodną nieudolnych reakcji na pandemię jest także, – o czym już pisałem – kompletny bałagan w organizacji szczepień na grypę. To się jeszcze może uspokoić, ale pozostawiło już ślad w graniczącej z satyrą ocenie sprawności rządu.

Dobroduszność jest cechą często wypominaną mi przez przyjaciół. Mimo, że wpływa ona hamująco na moje oceny dochodzę do wniosku, że w interesie „suwerena” jest możliwie najszybsze zakończenie rządów „prawych i sprawiedliwych”. Może to się uda wcześniej niż się spodziewano, bo różne grupy społeczne zaczynają bardziej agresywnie wyrażać swoje niezadowolenie. Jeśli się nie uda, to trzeba zewrzeć szyki i doprowadzić do zmiany konfiguracji sceny politycznej w wyborach za trzy lata. Trzeba traktować ten cel, jako nadrzędny. Wiem, ze nasi opozycyjni i wyczekujący politycy mają z tym trudności, że ciągle opowiadają o własnych programach i różniących się celach. Na to też przyjdzie czas. Ale najpierw muszą zacisnąć zęby i nie dopuścić do całkowitej degrengolady państwa i utrwalenia anegdotycznych poglądów w świadomości społecznej, a zwłaszcza w umysłach indoktrynowanej młodzieży.

Warszawa – Marki, 13.10.2020r.

Kto następny?

Sianie wrogości przez PiS względem obywateli myślących inaczej, to jego sposób rządzenia krajem. Jest ona (wrogość) twórczo rozwijana i podtrzymywana.

Na górnej półce PiS-owskiej nienawiści są komuniści. Niewiele niżej jest PO, może nie jej wyborcy, ale partia jako uosobienie zła, korupcji i III RP. Ziobro dostał patent na nienawidzenie kasty sędziowskiej. Przede wszystkim straszy się elektorat PiS ludźmi wykształconymi, którzy mogą mącić w głowach obywateli. Niezależni dziennikarze zawsze są dyżurną solą w oku obecnej władzy. Co i rusz wychodzi na wierzch skrywana niechęć do Żydów i straszenie nimi. Niechęć do Niemców i do UE to międzynarodowy poziom zastraszania przez PiS swoich wyborców. Mamy lubić Węgrów, choć nie wiem specjalnie za co. W dwóch światowych wojnach byli przecież w koalicji z Niemcami, których obecna władza nie lubi.

Są także strachy sezonowe, czasowe, albo sytuacyjne. Kilka lat temu zagrożeniem byli obcy niosący ze sobą wszy i choroby. Kiedy temat ograł się i okazał nieprawdziwy, wskazano na LGBT i neomarksizm, z którego LGBT, jak wiadomo, wywodzi się. Temat też powoli przestaje interesować i męczyć nawet wyborców PiS, bo zagrożenia żadnego nie widać. No, ale przecież te wrogie względem narodu, działania lewaków mogą być prowadzone w podziemiu i dlatego trzeba być zawsze czujnym.

Pandemia i polityczna wojna przyspiesza życie polityczne i wywołuje nerwowość u rządzących. Dlatego wzrasta i będzie nasilać się częstotliwość ataków na różne grupy społeczne., Kilka dni temu poseł Brudziński, ten od „komunistów i złodziei”, zaatakował ludzi kultury. Ci od kultury domagali się pomocy rządowej, a wstydu nie mają, bo przecież rządowe, czyli wg PiS ich pieniądze, dawane są tylko swoim. Zreflektowano się i publicznie wycofano z ataku, ale to nie zmienia faktu, że pieniądze nadal idą tylko do swoich.

Pandemia nie daje za wygraną, więc wskazano, że to lekarze słabo przykładają się do leczenia i dlatego jest, jak jest. Rządowi nie idzie, trzeba wskazać winnego. Wkrótce można spodziewać się ponownych ataków na nauczycieli, bo problemy z nauczaniem w szkołach narastają. Uczniowie też nie powinni czuć się bezpieczni. Coraz mniej chętnie chodzą na religię, ulegają złym wpływam lewactwa i ciekawi ich świat. To już może wystarczyć, by zaatakować młodzież za lewackie odchylenia i przy okazji skarcić rodziców, by podążali drogą, jaką PiS im wskazuje. Minister Czarnek (in spe) już jest szykowany do takich zadań. Generalnie każda grupa obywateli może być obwiniona o jakieś niepowodzenia władzy, czy zwyczajne sypanie politycznego piachu w PiS-owskie tryby co też jest naganne.

Na razie wyłączone jest z ataków wojsko i służby utrzymujące porządek, bo to jest wewnętrzne, zbrojne ramię PiS-owskiej władzy. Nie muszą się obawiać ataku dziesiątki tysięcy księży, bo aktualnie PiS żyje z nimi w konkubinacie. Jedni drugich wspierają w utrzymywaniu PiS-owskiej władzy, bo, że na to, co dzieje się w Polsce życzliwie patrzy z góry Opatrzność, szczerze nie wierzę.