Rząd na traktory!

Aż żal ściska serce, kiedy się widzi, jak Paweł Kukiz jest sekowany przez całą Polskę, za to co wykonał z kolegą swoim z Zamościa. Podejrzewam, że panowie doskonale zdawali sobie sprawę z tego, jaką burzę wywołają swoim poczynaniem, więc nie zamierzam się przyłączać do glanowania leżącego, bo to niehonorowe, a nic innego niż wszyscy bym o tym co zrobił Kukiz nie napisał, bo i co tu można napisać sensownego oprócz ośmiu gwiazdek. I gdy myślałem, że już nic więcej się nie wydarzy i nie poprawi mi humoru, przyszedł z pomocą minister rolnictwa. I sam premier w swojej osobie.

Jak się okazuje, PiS zaczyna się gubić nie tyko w dużych, międzynarodowych sprawach, ale zalicza wpadki przy okazji rutynowego odcinania kuponów od dobrodziejstwa, którym jest samo jego istnienie. To o tyle dziwne, że dotychczasową praktyka działania propagandowego PiS-u wystawiała im na tym polu dość wysokie noty. Ale jak nie idzie, to nie idzie, i nawet na błahych sprawach wyłożyć się mogą najlepsi z klasy. I na polu się właśnie wyłożyli. A konkretnie na gospodarstwie rolnym rolnika z Brzydowa pod Ostródą. Premier z ministrem rolnictwa Pudą pojechali pod koniec ub. Tygodnia na polskie wsie, żeby przybliżyć ich mieszańcom program „Polskiego Ładu” i przy okazji zyskać co nie bądź w starciu z Agrounią, której zwolenników do Morawieckiego nie dopuszczono, mimo że się stawili i chcieli z premierem porozmawiać. Żeby zachować zasadę decorum, tj. aby forma i treść pozostawały zbieżne, postawiono ministra i premiera na tle nowoczesnego i błyszczącego parku maszyn rolniczych, należących rzekomo do właściciela obejścia. Chłop polski może i ciemny jest, ale doskonale wie, kiedy robią go w konia i szybko dostrzeże przewał. Jak ktoś handlował w życiu saletrą amonową i rzepakiem, ten wie, że w tej robicie musowo się ubrudzić. A tymczasem, na czwartkowej konferencji premiera w Brzydowie, traktory i kombajny błyszczały w słońcu jak wiadomo co najlepszemu przyjacielowi człowieka. Nie trzeba było długo szukać przyczyny. Ot, po prostu był to zupełnie nowy sprzęt, wystawiony na pokazówkę rządową przez miejscowych dealerów i spedytorów. Sam gospodarz tuż przed oficjalną konferencją prasową dla mediów mówił premierowi, że ten sprzęt, na tle którego minister i on sam, Morawiecki, będą bajdurzyć ludziom, to nie jego; że on ma, owszem, ale mniej i nie taki nowy, bo używany w robocie na co dzień, ale kto by tam słuchał chama ze wsi. Kiedy rzecz wyszła, bo jeden z portali sprawę opisał, ani ministerstwo, ani rzecznik rządu nie chcieli skomentować sprawy. Gospodarska wizyta, robiona z wyczuciem i troską o właściwy przekaz, okazała się ułudą, tak jak cały „Polski Ład”. Niby są pieniądze na nowoczesne traktory, ale tylko na chwilę i dla wybranych, a wam, kmioty, wystarczy jak się napatrzycie tymi swoim krowimi ślepiami, jak dobrze się tu ludziom żyje a rząd jeszcze lepiej rządzi.

Pokazówka z wypożyczonymi kombajnami, swoją drogą, jestem ciekaw kto za te wypożyczenie zapłacił, bo coś mi podpowiada, że ponownie, my wszyscy, z podatków, przypomina mi, jako żywo, słynną scenę z „Samych swoich”, kiedy Pawlak z familią robią sobie rodzinną fotografię dla Johna vel. Jaśka, brata Kazimierza, wygonionego przez Kargula do Ameryki. Wszyscy dostojni, odświętnie ubrani, przed domem traktor, maluch sołtysa, a nawet kolorowy telewizor w oknie. Żeby wiedzieli, że my już nie dziady, ale porządne gospodarze. Z ministrem Pudą i Morawieckim jest dokładnie tak samo. Nawet przez myśl im nie przeszło, żeby jednak wysłuchać człowieka, kiedy im mówił, że to nie jego sprzęt a te ochy i achy premiera nad bogactwem i zaradnością to cyniczna opera wystawiona do spółki rządu z prywaciarzami. Oczywiście za państwowe, bo za czyje. Kiedy dookoła prosty lud chce wykrzyczeć Morawieckiemu w twarz, co sądzi o jego polityce względem wsi i nie jest fizycznie dopuszczany do głosu, żeby nie zaburzyć misternie utkanego pomysłu na przekaz, ta, pożal się Boże, hałastra, strzela na wiwat z armat do wróbli i młóci nie swoje zboże pożyczonym na parę godzin sprzętem. A-ma-tor-ka!

Z jednej strony nie szkoda mi ich za grosz, kiedy tak gubią się sami ze sobą w tym chocholim tańcu, ale z drugiej trochę żal mi ludzi, że muszą być świadkami takich akcji, rodem jak z komedii za PRL-u. Cała ta sytuacja dowodzi też innej sprawy; majstersztyk z pożyczonym sprzętem i mydlenie ludziom oczu ułudą i kłamstwem był uszyty pod sytuację informacyjnego monopolu. Bez TVN-u, Wyborczej i innych krzykaczy; postawimy sobie na cokole kradziony czołg, wystawimy przed kamery premiera z ministrem obrony i powiemy, że to nasza reparacja wojenna od Niemców za Powstanie; że wreszcie się ugięli i zapłacili za rachunki krzywd. A ludzie muszą tylko uwierzyć. Bo nie będzie już komu pytać, czy aby na pewno król jest nagi i dlaczego premier ma takie wielkie zęby…

Kraina mlekiem i miodem…

Czasem warto się przyjrzeć swojej sytuacji z pewnego oddalenia i podjąć próbę porównania się z innymi krajami. Okazję do takiego oglądu daje najnowszy, ogłoszony niedawno Ranking Celów Zrównoważonego Rozwoju, sporządzony przez ONZ po zbadaniu realizacji siedemnastu wyznaczonych celów w poszczególnych krajach.

Ranking ów słabo przebił się w mediach, a przecież sytuacja Polski, a więc i Polaków, wydaje się w nim bardzo dobra. Zajęliśmy 15. miejsce, wyprzedzając Japonię, Szwajcarię i Wielką Brytanię, a ustępując nieco Chorwacji, Irlandii i Czechom.

Wygląda to bardzo ładnie i trochę jakby wymyka się intuicyjnej ocenie tego, co się u nas dzieje. W dodatku różnice między krajami są niewielkie. Zajmującą 7. lokatę Norwegię (81,98 pkt) dzieli od Nowej Zelandii na 23. miejscu (79,13 pkt) mniej niż trzy punkty. Maksymalnie można zdobyć sto punktów, a będąca liderem w tym rankingu (już po raz kolejny) Finlandia uzyskała ich 85,9. W pierwszej trzydziestce jest tylko pięć krajów pozaeuropejskich: Japonia, Nowa Zelandia, Kanada, Korea Południowa i Chile. Stany Zjednoczone Ameryki Północnej znalazły się dopiero na 32. miejscu, tracąc 0,7 punktu do Litwy i nieco ponad punkt do Chile. Z rankingu bezsprzecznie wynika, że Europa, szczególnie ta zrzeszona w Unii Europejskiej, to najlepsze miejsce do życia. Dla ludzi.

Można z przedstawionych danych wyciągać różne wnioski, a jeden z nich jest taki, że jeśli chodzi o realizację celów, olbrzymia większość krajów nie zrobiła żadnych postępów w ciągu ostatnich pięciu lat. Tam gdzie żyje się dobrze, nie nastąpiło pogorszenie, a tam gdzie żyje się gorzej, nie ma poprawy. Ot, taka mała – lub większa – stabilizacja na światową skalę.

A nad Wisłą (i Odrą)? Do istotnej poprawy sytuacji (i wskaźników) doszło u nas w okresie 2013–2016. W tym czasie nasz ranking wzrósł o dwa punkty. Ten właśnie wynik zapewne pozwolił nam przeskoczyć Szwajcarię, Wielką Brytanię i Japonię, choć nas samych przegoniła Chorwacja, i to w ostatnich dwóch latach. Na tle reszty świata żyje się w Europie, w tym i w Polsce, względnie, a nawet bezwzględnie dobrze – w każdym razie lepiej niż gdzie indziej. Europejskie standardy życia są, i niestety pewnie jeszcze długo będą, nieosiągalne dla większości globu, nawet dla krajów uznawanych za najbardziej rozwinięte, takich jak Stany Zjednoczone, o Rosji czy krajach Zatoki Perskiej nie wspominając.

Na pierwszy rzut oka może dziwić, że wskaźniki ONZ premiują kraje o stosunkowe niedużym rozwarstwieniu społecznym i gospodarczym, z szeroko rozwiniętymi usługami publicznymi. Być może dlatego w rankingu ogólnym Serbia wyprzedza Australię, a Grecja Izrael, i dosyć wysoko w rankingu jest Kuba (49. miejsce), którą od USA (32. miejsce) dzielą oprócz morza niecałe trzy punkty rankingowe, czyli mniej niż USA tracą do Polski.

A wracając między nasze barany, czy raczej Odrę i Bug – co takiego jest u nas (do)cenione? Spośród siedemnastu celów ONZ poprawę odnotowano w zakresie walki z biedą, dostępu do edukacji, dostępu do czystej wody i kanalizacji, rozwoju gospodarczego i budowy infrastruktury oraz generalnej poprawy warunków życia. Wiele z tego zawdzięczamy wykorzystaniu funduszy europejskich. Dużą ilość środków przeznaczano i nadal się przeznacza na wodociągi i kanalizację, a także transport publiczny, zwłaszcza w miastach. W ostatnim okresie ruszyły też nieco intensywniej inwestycje kolejowe, a nawet zaczęto dostrzegać marną kondycję transportu regionalnego.

Zauważono również sukcesy w walce z biedą, co należy wiązać z decyzjami PiS‑u co do programu 500 plus oraz z podnoszeniem płacy minimalnej. Paradoksalnie, nie wpłynęło to na poprawę sytuacji najuboższych, którzy mają problemy z zaspokojeniem głodu, co potwierdziło wcześniejsze hipotezy, że w najgorszej sytuacji finansowej nie są wyłącznie rodziny wielodzietne.

W dalszym ciągu pozytywnie wypada nasza edukacja (dane z rankingu dotyczą roku 2020), zwłaszcza na poziomie podstawowym i średnim. Utrzymuje się jeszcze, przynajmniej nominalnie, szeroki dostęp do studiów wyższych, choć ranking nie odzwierciedla poziomu kształcenia na tychże studiach. Przyszłość jednak nie rysuje się różowo. Już można dostrzec skutki likwidacji gimnazjów. Powiększają się różnice w wynikach egzaminów ośmioklasistów. Szkoły wiejskie przegrywają coraz bardziej ze szkołami miejskimi i metropolitalnymi, a to w przyszłości odbije się na dostępie młodzieży z małych ośrodków do szkół maturalnych i wyższych.

W rankingu doceniono wskaźniki rozwoju gospodarczego, wpływające także na poprawę ogólnych warunków życia. I na tym w zasadzie pozytywy się kończą. Odnotowano całkowity brak postępów w pozyskiwaniu czystej energii oraz w odpowiedzialnej i oszczędnej produkcji i konsumpcji. Daje to w sumie wynik zerowy, jeśli chodzi realizację celów polityki klimatycznej. Brak postępów odnosi się też do zmniejszania nierówności oraz do współpracy z różnymi organizacjami.

Można przypuszczać – czego tegoroczna ocena już nie obejmuje – że to ostatni nasz tak dobry wynik. Nie zanosi się na zamianę polityki rządu w ocenianych sferach, a w niektórych dziedzinach zmiany będą nas raczej oddalały od wyznaczonych przez ONZ celów. Jeśli sąsiedzi w tabeli nie wypadną równie źle, możemy stoczyć się w rankingu znacznie niżej, nawet w okolice USA czy Kuby.

Trudno też twierdzić, że twórcy Polskiego Ładu inspirowali się rankingiem celów ustalonych przez zespół ONZ. Zresztą, szanse na realizację zapisanych w Polskim Ładzie przedsięwzięć maleją z każdym tygodniem dyskusji i (narastających?) kłótni wewnątrz Zjednoczonej Prawicy. Ostatnie (oby!) jej międzynarodowe osiągnięcie, czyli podpisanie przez sojusznicze partie europejskie nowego paktu stalowego (czy też tekturowego), zapewne nie posłuży realizacji celów ONZ ani nie poprawi życia obywateli krajów uszczęśliwionych paktem. Co więcej, podpisana deklaracja nieco się z celami ONZ rozjeżdża, a niektórych punktach bywa nawet z nimi sprzeczna.

Tak więc delektujmy się chwilą i rankingiem. Cieszmy się, że nie mamy tak najgorzej, bo inni mają gorzej. Jeśli kogoś to nie cieszy, w przyszłości powodów do radości może mieć jeszcze mniej – nawet jeśli mleka i miodu w naszym kraju tymczasowo nie braknie.

A konkordat należy wypowiedzieć. Tym bardziej , że raczej pogarsza oceny i nijak nie mieści się w celach

Dziel i rządź!

Po co wymyślono Polski Ład?

Na pewno nie z troski o rozwój gospodarczy i społeczny naszego Kraju.
Projektów gospodarczych, infrastrukturalnych, inwestycyjnych w nim jest tyle co na lekarstwo, a jeżeli już są, to powielają pomysły i projekty prezentowane przy innych okazjach i realizowane z bardzo różnym skutkiem. Jeszcze nie zbudowano polskiego składaka ( elektrycznego samochodu ), a premier już zapowiada powszechne wykorzystanie wodoru. Nie rozpoczęto jeszcze budowy Centralnego Portu Lotniczego i szybkiej kolei dojazdowej, a Premier ogłasza Polskę hubem transportowym Europy Środkowej.

Najlepiej, mimo różnych zacięć i opóźnień, nadal idzie budowa dróg ekspresowych i autostrad oraz modernizacja lokalnych układów komunikacyjnych.

Bardzo słabo idzie wdrażanie nowości technologicznych i wynalazków rodzimej proweniencji i budowa polskich specjalności przemysłowych. Zdecydowanie królują podwykonawstwo dla zachodnich koncernów światowych i usługi szeroko rozumiane, głównie logistyczne.

A najgorzej wygląda społeczne budownictwo mieszkaniowe.

Nowe pomysły na budownictwo niczego nie zmienią, a pomysł z 70-metrowym domem z płaskim dachem bez formalności to wręcz kpina ze zdrowego rozsądku.

Głównym powodem ogłoszenia tego projektu jest chęć odzyskania inicjatywy politycznej, podzielenia do końca i tak skłóconej opozycji – na liberałów i lewaków; a w perspektywie oczywiście przyszłe wybory.
Jest to projekt dosyć sprytny, acz niedopracowany.

Jego główną i istotną treść stanowi korekta podatku dochodowego i sposobu naliczania składki zdrowotnej.

Epatowanie opinii publicznej ogromnym relatywnie podniesieniem kwoty wolnej od podatku uzupełniane jest, znacznie słabiej nagłaśnianym wyłączaniem składki zdrowotnej z podatku dochodowego, co w konsekwencji niweluje w większości dobroczynny skutek dla obywateli pierwszej operacji, a klasę średnią, a zwłaszcza tzw. samozatrudnionych wręcz wali po głowie pałką.

Per saldo najgorzej uposażeni, w tym emeryci jednak zyskują nieznacznie na tej operacji, z wyjątkiem istotnej grupy podatników korzystających z ulg podatkowych ( ci którzy nie będą mieli należności podatkowych – ulg nie będą mieli od czego odliczyć, a składkę zdrowotną i tak zapłacą od całości dochodów).

Partia rządząca kolejne prezenty, tym razem podatkowe chce sfinansować pieniędzmi inteligencji ( informatyków, prawników, lekarzy i innych podobnych profesji ) oraz drobnego biznesu, bo przecież wiadomo, że grubszy biznes znowu uruchomi mechanizmy optymalizacji podatkowej.
Stracą także samorządy, których największa część dochodów własnych pochodzi z udziałów w podatkach dochodowych.

Skutek dla gospodarki i społeczeństwa jest niepewny, ale podziały społeczne zostaną z pewnością pogłębione, a za paliwo wyborcze zapłacą głównie grupy kontestujące władzę PiSu, a pozycja samorządu terytorialnego, autonomicznego wobec władzy, nie tylko finansowa, ale w konsekwencji również ustrojowa, zostanie po raz kolejny realnie osłabiona.
Wszelkie korekty, choćby w postaci planowanego Funduszu Inwestycji Samorządowych oznaczają dalszą centralizację państwa i algorytmy podziału preferujące swoich.

Wyrównywanie natomiast strat podatkowych polskiej klasie średniej na odległość śmierdzi paternalizmem władzy.

Cała ta skomplikowana operacja ma na celu nie tylko pogłębienie podziałów w społeczeństwie, ale również w jego reprezentacjach politycznych.

Jest to widoczne już na etapie wstępnej debaty nad ogłoszonym planem. Szczególnie czułym punktem jest styk obozu centrolewicowego, który już został podzielony wskutek różnic taktycznych wobec ratyfikacji Funduszu Odbudowy i stosunku do Krajowego Planu Odbudowy.

Prezentacja kilku wątków programowych przez siedem działaczek nowej Lewicy w telewizji, co szumnie ich koledzy nazwali Konwencją Programową, wzbudziło poważny niepokój liberalnych mediów.
Trudno się temu dziwić, bo łudząco przypominały one pomysły z pisowskiego Nowego Ładu.

Ewentualna budowa PiSoLewu to oczywiście czarny sen większości demokratycznej opozycji w Polsce. Takie porozumienie nie tylko pozwoliłoby na kontynuację sanacyjnych rządów Jarosława Kaczyńskiego, ale doprowadziłoby przede wszystkim do dalszej erozji praworządności i wolności obywatelskich w naszym Kraju, całego systemu konstytucyjnego i związków Polski z Europą.

Polską lewicę stać na własny program gospodarczy, a zwłaszcza społeczny, zapewniający Polakom bezpieczeństwo socjalne, ale też wolność polityczną i wszystkie prawa obywatelskie, dobrą edukację i powszechnie dostępną, skuteczną ochronę zdrowia.

Ten program Lewica może i powinna zbudować samodzielnie, ale też, jak za pierwszej sanacji i Centrolewu, powinna być częścią szeroko rozumianej opozycji demokratycznej, w obronie demokratycznych zasad Rzeczypospolitej, a nie prowadzić flirtu z władzą, o autorytarnych zapędach, który może nas wszystkich wyprowadzić na manowce i poza struktury europejskie.

Zjazd rodzinny faszyzującej prawicy

Nie opadł jeszcze kurz po prezentacji Polskiego Ładu. Bilboardy z dumną zapowiedzią pozyskania 770 mld euro wiszą już na ulicach miast. Jeśli była szansa w czasie pandemii przekonać wyborców PiS, że ich partia jednak nie jest dobrym i sprawnym gospodarzem na kryzysowe czasy, to już minęła.

Pieniądze mają nadejść lada chwila, szczepionki, na które czekało wielu obywateli, już nadeszły. Dopiero za jakiś czas zaczniemy się zastanawiać, gdzie ten europejski poziom życia, o którym wspomniano nam w klipie reklamowym Krajowego Planu Odbudowy. A może nawet nie zaczniemy, bo zdjęcie masek, wakacje i względna stabilność nam wystarczą?

Tymczasem dla PiS Plan Odbudowy i szczątkowa progresja podatkowa z Polskiego Ładu to środki, tak jak swojego rodzaju 500+. Cel leży gdzie indziej. Pisamo już o planie budowy nowego człowieka, wiernego Zjednoczonej Prawicy od narodzin (chrztu) aż po grób (i katolicki pogrzeb). I to nie wszystko. Nowy człowiek ma być jednym z rodziny nowych prawicowych Europejczyków. Wyborcy PiS cieszą się z nadchodzącej kolejnej poprawy swojego losu, opozycja liberalna w najgorszy możliwy sposób potwierdza, że najchętniej by tę poprawę zablokowała, a Jarosław Kaczyński spotyka się w Warszawie z szefem hiszpańskiego Vox i liderką Braci Włochów. Stawką jest Europa.

Na razie skrajna prawica chce być trzecią frakcją w Europarlamencie. Tyle jest w stanie osiągnąć, jeśli pozbiera rozrzuconych w różnych grupach nacjonalistów i prawoskrzydłowych z różnych „partii ludowych”.Zmienia język, nie chce być garstką oszołomów. Nie ma już eurosceptyków – są eurorealiści. Nie ma narodowców – są obrońcy suwerennego prawa do samostanowienia. Nie chodzi o podważanie praw człowieka, tylko o wprowadzanie do debaty publicznej tematu tradycyjnego modelu rodziny. Czy innej wizji polityki migracyjnej. Chociaż tutaj akurat postulaty skrajnej prawicy realizuje już z Brukseli z powodzeniem prawica „zwyczajna”.
Skrajnej prawicy też nie ma. Przynajmniej na użytek polskich mediów przyszła eurofrakcja została nazwana „centroprawicową”. Papier i internet wszystko zniesie. Także nazywanie „centrum” włoskiej prawicy, której politycy wzdychają za Mussolinim i odmawiają człowieczeństwa migrantom. Albo Hiszpanów z Vox, którzy państwo generała Franco najchętniej odtworzyliby jeden do jednego. Razem z tajną policją, więzieniami i wycinaniem przeciwników. Oto partnerzy PiS. Oto ideologiczne inspiracje Kaczyńskiego i jego ludzi. Warto o tym pamiętać zawsze, kiedy PiS nieoczekiwanie wrzuci do dyskusji jakiś prospołeczny postulat. Drobne korekty polskiego kapitalizmu peryferii mają tylko zniechęcić do protestowania, gdy potem zrobimy krok w stronę nie New Deal, a Estado Novo.

Oni potrafią zręcznie podmieniać znaczenie słów, by budować pozytywne skojarzenia. Sprzedawać katolicki autorytaryzm, pozbawiający kobiety praw i godności, jako godną szacunku tradycję. Tworzyć swoje media i uczelnie. Budować w białych rękawiczkach piekło dla wszystkich, którzy myślą inaczej. Rzucać pojęciem totalitaryzmu i nadmuchiwać narodowy balonik, by wybić ludziom z głowy lewicowe alternatywy, ale spokojnie rozmawiać z włoskimi faszystami i porozumiewać się, gdy trzeba, ponad granicami.

PiS pozbawił Polki jednego z praw, wydawałoby się, powszechnie w Europie akceptowanych, a potem śmiał się, widząc, jak Europa nic z tym nie robi. Przykrajał organy państwowe pod swoje potrzeby, a potem kpił z wezwań do opamiętania. Tym inspiruje prawicę taką jak VOX. Teraz ich celem jest Europa, która nawet nie będzie do niczego wzywała, bo wyrzuci do kosza konwencje przeciwko przemocy, skasuje prawa kobiet i mniejszości. Łudząc po drodze wizją stabilności i dobrobytu. Nie będzie chętnych, żeby za tym głosować? A dlaczego nie? Przed pandemią rozgoryczenie z powodu neoliberalnych porządków rosło na całym niemal kontynencie. Tyle tylko, że na same neoliberalne porządki nikt z faszyzującej rodziny ręki podnieść nie zamierza. Bo jedni, jak Vox, są szowinistami programowo wolnorynkowymi, a innym, jak PiS, na wielkie zmiany brakuje odwagi. Wzorowe chrześcijańskie rodziny, hołubione w propagandzie, nadal będą harować ponad siły. Ze związkami zawodowymi czy innymi wywrotowcami Europa Ojczyzn da sobie radę. Nakręcanie nagonek czy wymyślanie wrogów to rzecz, którą wszyscy uczestnicy spotkania w Warszawie mają opanowane śpiewająco.

Jeszcze możemy coś zrobić, żeby tak się nie stało. Zapomnieliśmy, jak zmienia się świat? Chcemy obudzić się, kiedy będzie za późno?

Robin i Janosik

Ktoś puścił złośliwą plotkę, że uległem jednak demencji starczej, postawiłem przy łóżku figurkę Buddy i prowadzę z nią dyskusję o reinkarnacji. Zaniepokojeni przyjaciele nękają mnie telefonami i pytają, czy to prawda. Uspakajam ich, że na razie to tylko fake news.

Reinkarnacja

Prawdą jest natomiast, że przeżyłem głęboki wstrząs oglądając w telewizorze odnowicielskie zebranie zjednoczonej Prawicy i wysłuchując przemówień inaugurujących kampanię propagandową, poświęconą nowemu „Polskiemu Ładowi”.

Poszukiwacze przykładów reinkarnacji powinni traktować to zebranie, jako „namacalny” dowód jej istnienia. W moich psujących się oczach z mizernym skutkiem ratowanych bezpośrednimi zastrzykami, mgliste postacie przemawiających były łudząco podobne do Robin Hooda i Janosika. Składane suwerenowi obietnice zapowiadały podejmowanie działań, które ci dwaj ludowi bohaterowie z poświęceniem realizowali w XIII i XVIII wieku. Podstawą działań była – i jest obecnie – taka sama myśl przewodnia: zabierać bogatym i rozdawać biednym. Tylko przy okazji tych dobrych uczynków powodować, że ci obdarowani biedni uznają rządzącą prawicę, za jedyną godną poparcia w następnych wyborach.

Mechanizm

Nie czuję się na siłach, aby przeprowadzić analizę tych, bardzo zagmatwanych, obietnic. Wydaje mi się jednak, że nie są one zgodne z podstawami zarządzania państwem, jakich za zamierzchłych czasów uczyli mnie nieżyjący już profesorowie. Za podstawową zasadę uważali oni, że budżet państwa jest zbiornikiem pieniędzy otrzymywanych od obywateli i przedsiębiorstw głównie w formie podatków, a także wpływających z innych źródeł (np. teraz z UE). Rolą państwa jest zagospodarowanie tych pieniędzy w sposób najbardziej efektywny i zarazem taki, aby korzyści z tego tytułu odczuwali wszyscy obywatele. W dyskusjach seminaryjnych podkreślano, że –poza wyjątkami – nie powinno się dążyć do uzyskania tego efektu przez jakiekolwiek rozdawnictwo. Tymi wyjątkami może być – przykładowo – pomoc dla osób niepełnosprawnych i ich rodzin, a także wspomaganie finansowe studentów takich kierunków studiów, na których w danym okresie państwu specjalnie zależy. Obecnie w Polsce na pewno studiów medycznych, ale w innych czasach np. inżynierów budownictwa i architektów.

Unikając rozdawnictwa Państwo powinno natomiast podstawowe strumienie środków finansowych, w uzasadnionych sytuacjach wspieranych przez kredyty, kierować na rozwój takich dziedzin i celów, które podnoszą poziom życia obywateli, dają im godziwie płatną pracę, zwiększają zainteresowanie i dostęp do kultury, dają poczucie bezpieczeństwa. Najprostsze z tych celów są od wielu lat niezmienne i powtarzają się we wszystkich programach. To dynamiczna budowa tanich mieszkań, budowa szpitali tam, gdzie ich brakuje, nowych dróg, ekologicznych elektrowni, ośrodków sportowych, teatrów, bibliotek itd. a także zapewnianie wysokiego poziomu technicznego wyposażenia wojska. Może to być wspomaganie finansowe przedsięwzięć prywatnych i państwowych podmiotów, ale główne strumienie zasilania powinny biec przez samorządy, które powinny być właścicielami zrealizowanych inwestycji. Sprawne wykorzystywanie takiego systemu wymaga wielu szczegółowych rozwiązań i decyzji. Maksymalnie to upraszczam, aby również czytelnicy nieinteresujący się „na co dzień” sposobami zarządzania państwem, mogli sobie wyobrazić ten mechanizm i porównać go z następnym.

Prezenty

Zjednoczona Prawica nie idzie bowiem tą drogą. Doświadczenie z bezpośrednim rozdawnictwem 500 plus, które pozwoliło wygrać wybory i zwiększyło liczbę sympatyków, wytworzyło przekonanie, że trzeba podtrzymywać poparcie właśnie metodami podsycania zadowolenia obywateli z bezpośrednio przekazywanych prezentów. Stąd w „Polskim Ładzie” zapowiedzi zniesienia opodatkowania relatywnie niskich emerytur, podniesienia progów zwolnień od opodatkowania dochodów, enigmatyczne obietnice ogólnego zmniejszenia obciążeń podatkowych. Na tym etapie „ład” przypomina „nieład”, ponieważ nie wyjaśnia, skąd na to – a także na zapowiadane prestiżowe inwestycje w rodzaju rzekomo niezbędnego Centralnego Portu Komunikacyjnego i budowę tanich mieszkań, zdobyć potrzebne środki.

Podwyższanie opodatkowania najbogatszych nie rozwiąże problemu. Być może coś uda się uszczknąć z unijnych środków popandemicznej odbudowy, ale one będą przeznaczone na określone cele i zewnętrznie i wewnętrznie kontrolowane. Jednak to też nie wystarczy i – jak mawiał pewien klasyk – jest realne zagrożenie ze „pieniędzy na to nie ma i nie będzie”.

Aby osłodzić Suwerenowi niezadowolenie wynikające z niepełnej realizacji „Ładu” zawiera on także wstawki ideologiczne. Jedną z nich jest zapowiedź modernizacji nauczania historii powszechnej i historii Polski. To z reguły wykorzystywana w wielu państwach najprostsza droga indoktrynacji młodzieży. Za przyzwoitą stawkę mógłbym napisać program tego nauczania. Zawsze i we wszystkim byliśmy najlepsi, Zapalony kaganek oświaty nieśliśmy przez Dzikie Pola, Sobieski pod Wiedniem uchronił Europę przed zalewem Turków. W czasie ostatniej wojny ratowaliśmy Żydów i uczyliśmy ich walczyć, Dlatego teraz mają najlepszą armię na Bliskim Wschodzie

Wydaje mi się, że Zjednoczona Prawica cierpi na rozdwojenie jaźni. Jeśli utraci względnie szybko władzę, to nie będzie musiała realizować nowego „Ładu”. Przeciwnie – stanie się on głównym instrumentem ataków na nową władzę, że nie potrafi wykorzystywać tak genialnie opracowanego planu. Jeśli utrzyma się dłużej przy władzy, to gorzej. Po okresie gadulstwa i entuzjastycznych pokrzykiwań przyjdą lata, kiedy będzie już wypadało zamieniać przynajmniej niektóre słowa na czyny, tłumacząc się z opóźnień i zaniechań oraz zadłużając państwo powyżej dopuszczalnej granicy. Ale też nadal czerpiąc profity, tak umiejętnie i bezkarnie ostatnio wyciskane, drogą przejmowania władzy na wszystkich szczeblach.

Chwilami się zastanawiam, czy właśnie nie na tym polega ukryty cel „B” „Polskiego Ładu”?.

Krajobraz po burzy

Burza polityczna wreszcie rozlała się poza szklankę i zajęła – no, chyba niemal wannę, a przynajmniej wiadro. O co cały ten rwetes? O pryncypia, czyli oczywiście o pieniądze.

Zanim jednak przejdę do pryncypiów, kilka słów wstępu. Polityczne autodefinicje od dawna nie niosą żadnych informacji i tak naprawdę mają zacierać realne różnice. Co powiedzą przyjeżdżającemu z zagranicy studentowi nauk politycznych nazwy polskich partii? Co z nich wywnioskuje? Tyle tylko, że Lewica jest na lewo od Zjednoczonej Prawicy, będącej od niej na prawo. Platforma Obywatelska – czy to forum NGO-sów? Polska 2050 – stowarzyszenie futurystów? Koalicja Polska – ugrupowanie mniejszości / większości narodowej? Prawo i Sprawiedliwość – ruch promujący przestrzeganie konstytucji? Solidarna Polska – socjaliści czy chadeccy solidaryści społeczni? Konfederacja – ruch samorządów popierających decentralizację? Wiem, że nic nie wiem, ale przecież nie każdy Polak musi być filozofem.

Efektem pośrednim (trudno powiedzieć, czy akurat zamierzonym, choć niewykluczone, że jedynym) ogłoszenia Polskiego Ładu wydaje się polityzacja debaty publicznej, a przynajmniej aktualnej jej namiastki.

Czytając publicystykę „Krytyki Politycznej”, „Przeglądu” lub Klubu Jagiellońskiego czy nawet portali ekonomicznych, można – często po raz pierwszy od wielu lat – dostrzec próby racjonalnej argumentacji opartej na rzeczywistych danych ekonomicznym i podatkowych. Co prawda, traktowanie Polskiego Ładu całkiem na poważnie, jako realnych propozycji zmian, to zdecydowana przesada, ale w dyskusjach pojawiają się już ukształtowane postawy, lęki, aspiracje, rozczarowania, a czasem nawet argumenty.

Zaczynamy więc znowu mówić o tym, ile kto zarabia, kto powinien płacić podatki i jakie, no i czy w ogóle należy je płacić. Niestety, jednym z nieszczęść, jakie dotknęły Polskę, było wyodrębnienie składki na ubezpieczenie zdrowotne. Teraz każdy widzi, ile wydaje miesięcznie na zdrowie (niekoniecznie własne), a prawie nikt nie chce zobaczyć, jak finansuje się opiekę zdrowotną. Samotna matka, pracownik naukowy, napisała na Facebooku, że ewentualna zmiana sposobu odliczania składki zdrowotnej pozbawi ją środków na wizytę u kardiologa – oczywiście, wizytę płatną. Nie dostrzega, że przez niesprawiedliwy system finansowania opieki zdrowotnej oraz ewidentne błędy w zarządzaniu, będące również skutkiem szukania pseudooszczędności, regularne wizyty u kardiologów i w ogóle lekarzy specjalistów są poza zasięgiem tysięcy ludzi regularnie opłacających składki – ludzi, których albo nie stać na prywatną wizytę u specjalisty, albo do takiego specjalisty nie mają dostępu. W rankingu miejsc najlepszych do życia w Polsce od dawna dominują Kraków i Warszawa, także dlatego, że jednym z kryteriów oceny jest dostępność usług medycznych, zarówno tych gwarantowanych przez NFZ, jak i tych pełnopłatnych. W Krakowie, Warszawie i jeszcze paru polskich miastach można bezpłatnie skorzystać z usług, które gdzie indziej w Polsce nie są dostępne nawet za pieniądze.

Dyskusje o klasie średniej i jej braku oraz o samej potrzebie jej istnienia okazały się niezbyt produktywne. Mało kto dostrzega, że klasa średnia (w sensie właścicieli i zarządzających średnimi firmami) ląduje u nas albo w cieniutkiej grupie o najwyższych dochodach, albo w grupie średnio, czyli raczej mało, zarabiających, zwłaszcza jeśli uwzględnić nasze aspiracje. Bo aspiracje mamy duże.

Ważnym elementem debaty stają się właśnie aspiracje. Z dyskusji nad nowym ładem wyziera wypychana skrzętnie ze świadomości prawda, że jesteśmy krajem biednym, w którym żyją ludzie z aspiracjami. Ludzie ci porównują się do mieszkańców krajów znacznie bogatszych, którzy zajmują tam analogiczną pozycję społeczną, i za każdym razem odkrywają, że żyje im się gorzej. Rozumiem, że jest to frustrujące. Frustrujące jest pewnie i to, że wpływu na powstanie tej różnicy niemal nie mieliśmy. Jednak jeszcze bardziej powinno nas frustrować to, że ten nasz minimalny wpływ wykorzystaliśmy jako społeczeństwo tak, by różnica się powiększyła. Oczywiście odpowiedzialność społeczna jest zróżnicowana, zależy od pozycji w społecznej hierarchii władzy i od realnego oddziaływania na decyzje polityczne.

A przecież to dzięki politykom jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. Nasz system gospodarczy został tak uformowany, by dostarczać tanią i nieźle wykształconą siłę roboczą zachodnim koncernom w kraju i za granicą. Co prawda, mam wrażenie, że z tym wykształceniem jest sukcesywnie coraz gorzej. Aspiracje mamy dzięki telewizji i internetowi.

Uwierzyliśmy dosyć łatwo i bezrefleksyjnie, że sukcesy zawdzięczamy wyłącznie własnej pracy (choć również rodzinie) i że ich owoce należą się wyłącznie jednostkom, które na osiągnięcia zapracowały. A rzeczywistość jest nieco bardziej skomplikowana. Wszystkie bogate kraje zawdzięczają bogactwo równomiernemu w miarę rozwojowi i w miarę równemu podziałowi korzyści z bogactwa. Wyjątek stanowią postkolonialna Brytania i neokolonialne USA. Polska nie ma kolonii, a jest krajem nierówności. I niestety współczynnik Giniego nie jest dla naszego kraju miarodajny, bo wyznacza się go na podstanie badań ankietowych, a który Polak powie w ankiecie prawdę o swoich dochodach?

Lepiej jednak rozmawiać o konkretach niż o aspiracjach. Rozmowa o podatkach może doprowadzić do rozmowy o wspólnocie, o obowiązkach państwa i obowiązkach wobec państwa, czyli o obowiązkach wobec społeczeństwa, a zatem wobec siebie nawzajem.

Niestety, nie ma prostej recepty. Na pewno nie ma jej w Polskim Ładzie. Po pierwsze, wszystkie procesy naprawcze trwają długo lub bardzo długo. Po drugie, żeby coś naprawić, trzeba znaleźć przyczyny usterki i określić możliwe rozwiązania. Powinna też powstać długoterminowa strategia rozwoju. Poprzedni rządzący nie chcieli się nią zajmować, a obecni, nawet gdyby chcieli, nie potrafią, bo jest to po prostu poza horyzontem ich kompetencji i możliwości. I oni jednak odejdą w końcu na śmietnik historii. Lepiej więc mieć przygotowane recepty na leki i terapie.

A na razie żyjemy z dnia na dzień. Byle do jutra. Do pojutrza. Do najbliższego poniedziałku.

Po za tym uważam, że Konkordat oczywiście należy wypowiedzieć.

Oświadczenie Polskiej partii Socjalistycznej w sprawie „Polskiego Ładu”

PPS z nadzieją oczekiwało na zapowiadany od wielu miesięcy Program Rządowy nazwany obecnie „Polskim Ładem”. Spodziewaliśmy się, że po miesiącach zastoju gospodarczego i społecznego, spowodowanego pandemią i bałaganem oraz błędami w jego zwalczaniu, przedstawiony zostanie odważny plan odrodzenia gospodarki, wsparty olbrzymimi dotacjami i kredytami z Unijnego Funduszu odbudowy.

Mieliśmy nadzieję, że plan ten powstanie w wyniku szerokiej dyskusji ze wszystkimi środowiskami, służyć będzie wszystkim środowiskom, a jego realizacja podlegać będzie bieżącej kontroli i ocenie przez wszystkie środowiska.

Niestety w naszej ocenie ten „Polski Ład” okazał się „Ładem Partyjnym”, a także „nieładem, a wręcz bałaganem organizacyjnym” przy jego prezentacji.

Przez ostatnie dni wysłuchujemy rozbieżnych kalkulacji, niespójnych wypowiedzi przedstawicieli partii wchodzących w skład Zjednoczonej Prawicy oraz stwierdzeń, że tak naprawdę to prawdziwe oblicze zmian ocenić będzie można po przygotowaniu i przedstawieniu projektów ustaw wdrażających przyjęte rozwiązania. Wynika z tego, że zabrakło szerszej dyskusji i plan jest na dzisiaj niedopracowany, a jego przedstawienie służy obecnie wyłącznie celom propagandowym Zjednoczonej Prawicy.

Postępujące rozwarstwienie społeczne stanowi poważny hamulec dla rozwoju społecznego, ale też gospodarczego. Oczekiwaliśmy poważnej reformy systemu podatkowego opartego o jasną i czytelną progresję podatkową. Jest to od lat postulat naszej partii, ale takie systemy obowiązują obecnie w większości krajów demokratycznych i zapewniają, chociaż częściową redystrybucję dochodów. W jej wyniku osoby więcej zarabiające muszą silniej partycypować w wydatkach społecznych państwa.

Zaprezentowano skomplikowany system, w którym z jednej strony wzrasta kwota wolna od podatku i zostaje nieco podwyższony drugi próg dochodowy, ale wzrastają też obciążenia podatkowe obywateli spowodowane likwidacją odpisu na składkę zdrowotną. Jeśli dodać do tego różne nowe podatki (dla których ukrycia stosuje się określenia w postaci składki, opłaty itp.) to system komplikuje się i celowo utrudnia dyskusję nad oceną, które grupy obywateli zyskują, a które tracą na wprowadzeniu „Polskiego Ładu”.

Szczególnie niepokojące jest objęcie utratą możliwości odpisu składki zdrowotnej dla emerytów, dla których wzrost dochodów jest ściśle reglamentowany, a procesy inflacyjne odczuwane najbardziej dotkliwie. Jak wynika ze wstępnych, choć nie potwierdzonych konkretnymi ustaleniami, obliczeń na nowym systemie stracą nie tylko emeryci o wysokich dochodach, ale też emeryci o wysokości świadczeń emerytalnych znacznie poniżej średniej krajowej dochodów z pracy. Społeczeństwo oczekiwało, że zgodnie z wieloletnimi postulatami, emeryci zwolnieni zostaną z podatków od świadczeń emerytalnych, ponieważ emerytura nie jest faktycznie dochodem emeryta, lecz świadczeniem ze strony państwa wynikającym z przeszłych dochodów, już raz opodatkowanych.

Wprowadzenie składki zdrowotnej jako faktycznego obciążenia każdego pracującego i każdego otrzymującego świadczenia z systemu emerytalnego oznacza formalnie, że każdy obywatel płaci za usługi zdrowotne i przestają one być świadczeniem ze strony państwa. Muszą, wobec tego wzrosnąć prawa pacjenta i nadzór społeczny nad wydatkowaniem tych środków. O takich rozwiązaniach systemowych „Polski Ład” milczy. Przeciwnie rząd Zjednoczonej Prawicy planuje przymusowe przejęcie szpitali powiatowych i miejskich od samorządów i ich upaństwowienie. Oznacza to utratę możliwości regulowania zaspakajania potrzeb zdrowotnych na szczeblu lokalnym i utratę kontroli nad działaniem tych placówek przez samorządy, które są bliższe obywatelom i podlegają większej kontroli ze strony obywateli. Takie przejęcie to okazja do powołania nowych spółek skarbu państwa, nowych posad dla działaczy PiS i ich rodzin, ale także łatwiejsze ukrycie niegospodarności i manipulowania wydatkami na służbę zdrowia finansowanymi przez obywateli.

Jak wynika z zapowiedzi, przewidywane jest tworzeni szeregu nowych instytucji państwowych dla kierowania em środków finansowych i rzeczowych i nadzoru nad ich wydatkowaniem w różnych dziedzinach.
Doświadczenie historyczne i realia ostatnich lat wskazują jednoznacznie, że wiara w omnipotencję państwa jest złudna i prowadzi z reguły do znacznego wzrostu kosztów, zarówno finansowych, jak i społecznych. Socjaliści są zwolennikami szerokiego uspołecznienia środków materialnych i procesu decyzyjnego, jednak procesy upaństwowienia w wykonaniu obecnie rządzących nie spełniają kryteriów uspołecznienia.
„Polski Ład” zapowiada szeroką pomoc państwa w finansowaniu rozwoju inwestycji i rozwoju różnych przedsięwzięć gospodarczych. Adresatami tej pomocy są przedsiębiorcy, którzy w domyśle powinni dzielić się uzyskanymi w ten sposób środkami z pracownikami. Niektórzy to zrobią, inni przywłaszcza sobie całość zysków, wyzyskując dalej pracowników. Brak w „Polskim Ładzie” jakichkolwiek bezpośrednich korzyści dla pracujących. Nowe rozdanie powinno oznaczać nowy sposób myślenia o gospodarce. Może być szansą jej szerszego uspołecznienia w postaci np. preferencji prawnych i finansowych dla tworzenia i rozwoju spółdzielni pracy i upowszechniania akcjonariatu pracowniczego. Udział pracowników w procesie decyzyjnym to duża szansa prowadzenia prorozwojowej i świadomej gospodarki. Wskazują na to doświadczenia wielu krajów.

„Polski ład” zawiera również wiele innych wątpliwych dla nas rozwiązań, do których będziemy mogli się odnieść, gdy będą znane ich szczegóły wykonawcze.

Ład czy nieład?

Na pierwszy rzut oka „Polski ład” wygląda w warstwie społecznej i fiskalnej na bardzo postępowy i racjonalny, program tworzony w interesie szerokich grup społecznych.

Szczególnie dobre wrażenie robią proponowana wysokość kwoty wolnej od podatku 30 tys. zł (roczna wysokość płacy minimalnej, szklany sufit dla 65% polskich rent i emerytur), podniesienie progu podatkowego na 120 tys. zł, zwiększenie nakładów na ochronę zdrowia, likwidacja limitów porad i zabiegów lekarzy – specjalistów, gwarancja ze strony Skarbu Państwa do 100 tys. zł na wkład własny przy kredytach zaciąganych na budowę domu czy zakup mieszkania, a także dopłaty do spłaty kredytów mieszkaniowych przez młode rodziny posiadające co najmniej dwójkę dzieci.

Entuzjazm jednak znacznie słabnie, jeśli przeczytamy o wyjęciu składki zdrowotnej z podatku dochodowego i dotrze do naszej świadomości, że 9% na zdrowie od naszego dochodu mamy płacić wszyscy, niezależnie od poziomu naszej zamożności czy kwoty wolnej od podatku, która w praktyce jest redukowana do ok. 8 tys. zł.

Wspaniałomyślność partii rządzącej okazuje się być w znacznym stopniu manipulacją, obliczoną na poklask mniej zorientowanych wyborców, konsumentów programów informacyjnych rządowej telewizji.
Szczególną operację rząd chce wykonać na tzw. klasie średniej, w polskich warunkach – obywatelach, których dochody brutto mieszczą się w przedziale od średniej krajowej do wysokości 10-12 tys. zł.

Oni, tak jak najbogatsi, do tej genialnej operacji mieliby dopłacić, ale rząd w swej dobroci już myśli o ulgach i specjalnych algorytmach, żeby jednak nie stracili.

W tym miejscu przypomina mi się stary, żydowski kawał o wprowadzaniu i wyprowadzaniu kozy. Tylko koza już cuchnie, a nad ulgą podatkową dopiero mają pracować.

Pozatem system podatkowy powinien być prosty i przejrzysty, a nie wymagający angażowania doradców podatkowych w prozaicznych sytuacjach.

Przedmiotem największej, udawanej troski rządu stali się tzw. samozatrudnieni. Rząd w tym planie zachęca ich do przejścia na etat, faktycznie likwidując liniowy 19% podatek, dokładając ekstra 9% składki zdrowotnej, a więc podnosząc realnie stawkę na 28% (pozdrawiam serdecznie Leszka Millera, którego rząd obniżył podatek dochodowy do 19%).

Ale rząd nie rozmawiał jeszcze z przedsiębiorcami, którzy swego czasu większość z tych „samozatrudnionych” z etatu wypchnęli, aby zechcieli ich na etaty ponownie przyjąć. Chyba, że rząd ich zatrudni u siebie lub na Orlenie…

Ponadto dla części z nich, nawet przy nowych obciążeniach, status jednoosobowego przedsiębiorcy nadal będzie mimo wszystko bardziej atrakcyjny niż sztywny etat.

Podobnie PiS traktuje samorządy; planując kolejny spadek ich dochodów własnych, zapowiada rekompensaty wg nowych algorytmów.
Moje wątpliwości budzi także zapowiedź skasowania formalności przy budowie domu do 70 m2 z płaskim dachem.

Czy to znaczy, że budować będzie można byle gdzie i byle jak?! Już obecnie Polska ze swoim nieładem architektonicznym bardzo niekorzystnie odróżnia się od swoich zachodnich czy południowych sąsiadów.
A lansowanie płaskich dachów w polskich warunkach klimatycznych świadczy, moim zdaniem, o tym, że w rządzie uwierzyli jednak w globalne ocieplenie. Tylko, że my nadal nie mieszkamy we Włoszech czy w Grecji albo Egipcie tylko w Polsce, drogie Panie, drodzy Panowie! Proszę wyjrzeć za okno!

Diabeł tkwi w szczegółach, więc ponowną analizę trzeba będzie przeprowadzić, gdy pojawią się projekty ustaw związane z „Polskim Ładem”.

Każde rozwiązanie trzeba przedyskutować oddzielnie, bo w pakiecie znajdują się rozwiązania słuszne i potrzebne jak i manipulacje i niepotrzebne komplikacje.

Wspierając progresywność podatkową nie można się godzić na komplikowanie systemu podatkowego i zabijanie raczkującej aktywności gospodarczej.

Wspierając zwiększenie nakładów na służbę zdrowia, Fundusz Modernizacji Szpitali i Fundusz Medyczny nie można się zgodzić na dalszą centralizację systemu i odbieranie szpitali samorządom.

Wspierając budownictwo społeczne nie możemy ulegać presji deweloperów, trzeba budować przede wszystkim tanie mieszkania na wynajem, inaczej problemu mieszkaniowego w krótkim czasie rozwiązać się nie da.

Obniżając obciążenia podatkowe najniżej zarabiających nie można się zgadzać na dalszy spadek dochodów samorządu terytorialnego, najbliższego spraw codziennych obywateli.

O gospodarce i inwestycjach w Polskim Ładzie napiszę następnym razem.

Polityczna akupunktura

Metoda akupunktury polega na tym, że wbija się igłę w chory element ciała. Przykładowo, jeśli kogoś boli noga, to wbija mu się igłę w łokieć. W efekcie zaczyna boleć łokieć i zapomina się o bólu nogi. Podobną metodę stosuje się także w polityce. Kiedy chce się odwrócić uwagę od niewygodnych problemów, to wynajduje się nowe tematy, które medialnie mają przyćmić wizerunkowe dolegliwości

Metoda ta jest znana od lat i szeroko stosowana w świecie zwłaszcza przez tych, którzy aktualnie sprawują władzę. Nie dziwota zatem, że tej metody ima się również Zjednoczona Prawica. Kiedy NIK ogłosił wielce niewygodny dla rządu raport dotyczący tzw. wyborów kopertowych, to musiano jakoś zareagować. Przede wszystkim musiał zareagować szef rządu, którego ów pokontrolny dokument bezpośrednio dotyczył. Pierwszą publiczną reakcją premiera było wystąpienie w którym zapowiedział promowanie rodziny w Unii Europejskiej cokolwiek by to nie znaczyło. Było to jednak zbyt miałkie wydarzenie aby odwrócić uwagę od raportu NIK. Kogo w końcu obchodzi wspieranie przez Polskę życia rodzinnego na Malcie, w Luksemburgu czy na Litwie o sąsiednich Niemczech nie wspominając – zauważa szewc Fabisiak. Dlatego też czym prędzej ogłoszono nie zwyczajowo narodowy, lecz tym razem Polski Ład. Temat Banaś kontra Morawiecki wyparował z programów rządowej telewizji, która bardziej przeżywa wewnętrzne rozgrywki w Platformie Obywatelskiej niż w końcu poważne zarzuty wobec rządu i premiera. Tak jednak działa polityczna akupunktura.

Dokument pod nazwą Polski Ład jest zbyt obszerny aby można było go poddać analizie w krótkim felietonowym tekście. Dlatego szewc Fabisiak postanowił skoncentrować się na jednym, ale jego zdaniem najważniejszym, aspekcie. Mianowicie na służbie zdrowia. Rzeczony dokument zapowiada przeznaczenie na ten cel 7 proc. PKB. Przy tej okazji Włodzimierz Czarzasty w niedzielnej Kawie na ławę przypomniał, iż lewica proponujący to samo projekt ustawy złożyła w Sejmie już w ubiegłym roku. Nie został on jednak przez sejmowe grono przyjęty z prostego powodu. Nie po to bowiem się rządzi aby przyjmować propozycje zgłoszone przez opozycję. Lepiej odczekać i zaprezentować jako swoje własne. Zdaniem szewca Fabisiaka takie działanie można by określić jako kradzież własności intelektualnej gdyby w Sejmie obowiązywała zasada copyright a nie niekontrolowana wolnoamerykanka. Jednak skoro można sobie podkupywać parlamentarzystów to czemuż by nie pomysły – stawia retoryczne pytanie szewc Fabisiak.

Jak zauważa szewc Fabisiak, wprowadzenie tych siedmiu procent do pisowskiego ładu nastąpiło dopiero po sześciu latach rządzenia. Tylko pogratulować refleksu, szybkości podejmowania działania oraz troski o zdrowie, które też jest polskie i narodowe. Być może zadecydowały o tym zawiłe kombinacje finansowe co do priorytetów wydatków budżetowych. Wiadomo bowiem, że ważniejsze było dofinansowane prorządowej propagandowej telewizji niż leczenie onkologiczne. Być może czekano na okazję aby w pompatycznym propagandowym stylu zaprezentować publiczności jakiś większy programowy dokument w którym można by umieścić ową siódemkę. A być może zadziałały inne czynniki, których natura pozostanie niezgłębioną tajemnicą. Ponadto ów procent ma zostać osiągnięty dopiero za sześć lat. A dlaczego już nie teraz w sytuacji pandemii, która dodatkowo powoduje utrudnienia w leczeniu innych chorób i w prowadzeniu profilaktyki? – dopytuje szewc Fabisiak nie oczekując, rzecz jasna, żadnej sensownej odpowiedzi.

Choć samo zwiększenie nakładów na służbę jest krokiem w dobrym kierunku, to jednak trudno nie zauważyć, że tych środków mogłoby być jeszcze więcej. Byłoby to możliwe do osiągnięcia, gdyby pieniądze budżetowe nie były przeznaczane na finansowanie różnych zbędnych czy wręcz społecznie szkodliwych instytucji jak choćby IPN, nieprzemyślanych inwestycji czy też na nieproporcjonalnie wysokie wydatki na wojsko. Zwracał na to uwagę m. in. prof. Grzegorz Kołodko, który pod względem wiedzy, kompetencji oraz umiejętności wnioskowania przerasta co najmniej o głowę całą rządzącą i opozycyjną ekonomiczną menażerię. Władza przy aprobacie lub braku sprzeciwu ze strony innych liczących się sił politycznych trzyma się jednak zębami ustaleń NATO, a konkretnie USA, co do przeznaczania co najmniej 5 proc. PKB na cele militarne. Szewc Fabisiak zwraca w tym momencie uwagę na to, że większość państw członkowskich paktu tego wymogu nie spełnia woląc wydawać pieniądze na bardziej sensowne cele niż dozbrajanie się w amerykański sprzęt bojowy. Polska jest jednym z nielicznych w tym gronie krajem gorliwie wykonującym pięcioprocentowe zalecenia. Ku uciesze Stanów Zjednoczonych, ponieważ amerykańska administracja nie musi sobie przynajmniej w tej materii zaprzątać sobie głowy Polską. Ma bowiem w naszym kraju jednego z najbardziej uległych i wazeliniarskich sojuszników. Ale już nie partnerów jako że partnerstwo w swoim założeniu oznacza równość wzajemnego traktowania.

Kryzysowy Polski Ład

Jarosław Kaczyński i jego towarzysze postanowili efektownymi przedwyborczymi obietnicami przykryć całą serię przykrych dla nich informacji.
Recesja gospodarcza panująca w Polsce, wraz z szybkim wzrostem cen, to dwa czynniki wpędzające mieszkańców naszego kraju w biedę. Jak podał Główny Urząd Statystyczny, ceny towarów i usług konsumpcyjnych w kwietniu 2021 r. w porównaniu z takim samym miesiącem ubiegłego roku wzrosły o 4,3 proc.
Pod względem drożyzny, nasz kraj pod panowaniem Prawa i Sprawiedliwości pobił już wszelkie unijne rekordy. Od miesięcy inflacja w Polsce jest najwyższa w całej Unii Europejskiej, czym oczywiście nie chwali się PiS-owska propaganda sukcesu, rozwijana przez media „publiczne”. U nas wzrost cen wyniósł wspomniane 4,3 proc., podczas gdy w całej UE w marcu zaledwie 1,7 proc. (i tylko dlatego był tak wysoki, że to Polska zawyżała tę średnią). Czy ktoś mógłby kiedykolwiek przewidzieć, że PiS-owscy prominenci rządzący Polską doprowadzą do tego, że w naszym niezamożnym kraju ceny będą rosnąć ponad dwa razy szybciej, niż w pozostałych państwach UE?.
Bardzo szybki był w Polsce zwłaszcza wzrost cen wszelkich usług, wynoszący średnio 6,8 proc. W tym obszarze, szczególnie drastycznie skoczyły ceny usług transportowych – aż o 16,2 proc. w porównaniu z kwietniem ubiegłego roku. Nieco wolniej wzrosła średnia cena towarów konsumpcyjnych, która zwiększyła się o 3,6 proc.
Ruch cen w górę nabrał już zdecydowanie trwałego charakteru. W stosunku do marca tego roku ceny towarów i usług wzrosły o 0,8 proc. (w tym towarów – o 0,9 proc. oraz usług o 0,3 proc. ). W kwietniu tradycyjnie, największy wpływ na wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych ogółem miały wyższe ceny żywności. Ta drożyzna najbardziej uderza w uboższych mieszkańców naszego kraju, którym zakupy żywności pochłaniają dużo większą część zarobków w porównaniu z zamożniejszymi grupami obywateli.
Powszechnej drożyźnie, systematycznie zmniejszającej realne dochody Polaków, towarzyszy też kryzys gospodarczy. Według obliczeń GUS, polski produkt krajowy brutto w pierwszym kwartale 2021 r. zmniejszył się realnie o 1,7 proc. w porównaniu z pierwszym kwartałem ubiegłego roku. Tego regresu nie wyrównuje to, że nasz PKB zwiększył się o 0,9 proc. w stosunku do czwartego kwartału 2020 r. (trudno zresztą porównywać ostatni kwartał jakiegoś roku z pierwszym kwartałem roku następnego).
Wymowa tych danych gospodarczych jest nader mało optymistyczna. W dodatku w tym samym czasie pojawiły się miażdżące zarzuty Najwyższej Izby Kontroli, mówiące o łamaniu prawa przez PiS-owskich prominentów w związku z przygotowywaniem niedoszłych wyborów prezydenckich, oraz o drastycznej niegospodarności, która doprowadziła do bezsensownego zmarnowania prawie 60 mln zł publicznych pieniędzy.
Nic więc dziwnego, że Jarosław Kaczyński postanowił przykryć wszystkie te ponure konkrety jakimiś efektownymi obietnicami. Dlatego właśnie wystąpił z zapowiedziami tzw. Polskiego Ładu. Ten kolejny zestaw obietnic to czysta propaganda, mająca doprowadzić Prawo i Sprawiedliwość do zwycięstwa w najbliższych wyborach. Aż dziw, że ów koncert życzeń nie nosi nazwy Polski Ład plus – ale z drugiej strony można to zrozumieć, bo w dotychczasowych PIS-owskich obietnicach było już tak wiele plusów, które w istocie stawały się minusami (bądź zupełnymi zerami), że wicepremier Kaczyński postanowił zrezygnować z tego, budzącego już uśmiech politowania, plusowego dodatku.
Szef Prawa i Sprawiedliwości sam wystąpił tym razem w roli głównego bajarza (storytellera). Nie ma sensu merytoryczne odnoszenie się do obietnic zawartych w Polskim Ładzie. Są to bowiem albo bajki pozbawione jakiegokolwiek związku z rzeczywistością – albo propozycje, które także są nierealne ale w dodatku, jeżeli (co wątpliwe) kiedykolwiek zostaną skonkretyzowane, to będą wyglądać zupełnie inaczej niż w wersji opowiadanej przez Jarosława Kaczyńskiego oraz premiera Mateusza Morawieckiego, dotychczas etatowego opowiadacza bajek na użytek polskiej publiczności.
Dlatego nie ma co się na przykład zastanawiać, czy i skąd władza zdobędzie te 650 czy ile tam miliardów złotych na zrealizowanie Polskiego Ładu. Równie dobrze tą wymienioną sumą mogłoby być 650 bilionów, a wśród obietnic mogłoby się np. znaleźć polskie auto elektryczne dla każdego emeryta za darmo. To naprawdę nie ma znaczenia, jakie zapisy znalazły się, czy też może dopiero się znajdą w Polskim Ładzie.
Nie ma też sensu zastanawianie się, jakie będą ewentualne skutki Polskiego Ładu. Tu chodzi tylko o jeden skutek – wyborczy. Jeśli więc bajki zawarte w Polskim Ładzie będą na tyle efektowne dla wyborców, że sprawią, iż PiS mimo wszystkich swoich afer, przekrętów i nepotyzmu zachowa jednak władzę i utrzyma się przy żłobie – to program Polski Ład trzeba będzie ocenić bardzo wysoko i z pokorą uznać jego skuteczność.
Bo taki właśnie ma być ten skutek: sukces wyborczy Prawa i Sprawiedliwości oraz dalsze korzystanie przez prominentów tego ugrupowania i ich sojuszników z uroków „dojnej Polski”. To jedno zawsze wychodzi im bardzo dobrze.