Mocna kadra na skoki w Zakopanem

Polski Związek Narciarski ogłosił składy kadry na zawody Letniej Grand Prix w Zakopanem. Biało-czerwoni wystąpią w składzie: Kamil Stoch, Dawid Kubacki, Piotr Żyła, Jakub Wolny, Maciej Kot, Stefan Hula oraz Aleksander Zniszczoł. W piątek 16 sierpnia odbędą się kwalifikacje, w sobotę konkurs drużynowy, a w niedzielę indywidualny.

Zakopane po raz ostatni gościło zawody Letniej Grand Prix w 2011 roku. W tamtej imprezie z Polaków najlepiej spisał się Stoch, który był trzeci. W tegorocznych zmaganiach najwyżej z naszych skoczków sklasyfikowany jest Dawid Kubacki, który zajmuje siódme miejsce z dorobkiem 70 punktów. Ale Kubacki, Stoch i Żyła w Zakopanem wystartują dopiero po raz drugi w tym sezonie.

W klasyfikacji generalnej prowadzi Słoweniec Timi Zajc (200 pkt), przed Niemcem Karlem Geigerem (172) i Rosjaninem Jewgienijem Klimowem (105). W najbliższy weekend odbędą się też zawody Letniego Pucvharu Kontynentalnego we Frensztacie z udziałem Klemensa Murańki, Tomasza Pilcha, Andrzeja Stękały, Pawła Wąska i Kacpra Juroszka. Na tej czeskiej skoczni wystartują tez panie. W naszych barwach o punkty LGP kobiet powalczą Kinga Rajda, Joanna Szwab, Anna Twardosz i Nicole Konderla.

 

Czech porządzi w polskiej kadrze

Zmiana selekcjonera polskiej kadry skoczków dokonała się w jeden dzień. W niedzielę w Planicy, tuż po zakończeniu ostatniego w tym sezonie konkursu skoków, Stefan Horngacher w końcu wyjawił, że odchodzi i będzie pracował dla Niemców, a dosłownie chwilę potem Polski Związek Narciarski ogłosił, że Austriaka zastąpi jego asystent, Czech Michal Doleżal.

Doleżal urodził się 11 marca 1978 roku w Jabloncu nad Nysą. Jako skoczek narciarski nie odniósł sukcesów. Jego najlepszy występ miał miejsce na igrzyskach olimpijskich Nagano 1998, gdzie w konkursach indywidualnych zajął ósme i jedenaste miejsce. W Pucharze Świata najlepszym jego rezultatem była siódma pozycja wywalczona 18 grudnia 1999 roku w Zakopanem. Sportową karierę zakończył po sezonie 2006-2007. Do sztabu szkoleniowego reprezentacji Polski trzy lata temu ściągnął go Horngacher. Teraz Czech dostał szansę wykazania się w roli pierwszego trenera.

„Marzyłem o takiej pracy, ale nie sądziłem, że nastąpi to tak szybko. Stefan zadecydował jednak jak zadecydował. Jestem gotowy, choć wiem, że rzucono mnie na głęboką wodę. Mam jednak do dyspozycji świetny sztab, nie mówiąc o wspaniałych skoczkach. Mam jednak świadomość, że czeka mnie nie lada wyzwanie, żeby sprostać oczekiwaniom. Skoki narciarskie w Polsce to coś niesamowitego, ale panuje w nich też wielka presja wyników. Zrobię wszystko, żeby nadal były one zadowalające dla kibiców, zawodników i moich przełożonych. W życiu trzeba podejmować się takich wyzwań” – przekonywał Doleżal w pierwszych medialnych wypowiedziach po objęciu posady.

Doleżal wyjawił, że rozmowy na temat objęcia przez niego polskiej kadry zaczęły się podczas mistrzostw świata w Seefeld. W sztabie Horngachera Czech odpowiadał przede wszystkim za sprawy sprzętowe. „Nie przeczę, że jestem specjalistą od sprzętu, ale potrafię też pracować z zawodnikami. Stefan świetnie prowadził reprezentację, był znakomitym szefem, dlatego zamierzam kroczyć wytyczoną przez niego drogą. Trenerem jestem już odwiele lat, ale przez ostatnie trzy naprawdę wiele się nauczyłem” – zapewnia Doleżal.

Nowy selekcjoner biało-czerwonych zamierza jednak wdrożyć własne pomysły. „Nie chcę być jedynie trenerem kadry A, chciałby też mieć wpływ na cały system szkolenia, od samego dołu. Nie przejmuje się faktem, że polska kadra jest jedną z najstarszych w stawce Pucharu Świata. W Czechach pracowałem z jeszcze starszymi skoczkami. Nie zaglądam zawodnikom w metrykę, dzielę ich wyłącznie na dobrych i złych. Przed nikim nie zamykam drzwi do kadry. Teraz zawodnicy dostali kilka dni wolnego, a do treningów wrócimy na początku kwietnia” – zapewnia trener polskiej kadry.

Po trzech latach wielkich sukcesów osiąganych pod wodza Horngachera działacze Polskiego Związku Narciarskiego musieli dokonać trudnego wyboru. Postawili na Doleżala i do pierwszych zawodów w Letniej Grand Prix będą żyć w niepewności, czy był to słuszny wybór. „Myśleliśmy też o szkoleniowcu z zewnątrz, ale zwyciężyła koncepcja z Dolezalem. On ma wszelkie kwalifikacje. Sztab poparł nasz wybór, a skoczkowie powiedzieli, że mają do nas pełne zaufanie i zaakceptują każdą decyzję, jaka podejmiemy” – zdradził prezes PZN Apoloniusz Tajner. Pozostaje zatem czekać na efekty tej decyzji.

 

Horngacher chyba przekombinował

Stefan Horngacher stracił najważniejsze atuty w grze o posadę. Negocjując kontrakt z niemiecką federacją miał w odwodzie nie mniej intratna ofertę Polskiego Związku Narciarskiego. Teraz jednak sytuacja się zmieniła, bo PZN już znalazł ewentualnego następcę, a Niemcy z tego skorzystali i mocno zubożyli swoją wcześniejszą ofertę.

Prezes PZN Apoloniusz Tajner jeszcze w trakcie mistrzostw świata w Seefeld przyznał, że szanse na zatrzymanie Horngachera są niewielkie. Austriak trzymał jednak polskich pracodawców w szachu, bo mimo wcześniejszych obietnic nie zdradził swoich zamiarów. I chyba mocno tym zachowaniem wkurzył Tajnera i Adama Małysza, bo od poniedziałku w polskich mediach zaczęły pojawiać się informacje, że działacze PZN zaczęli intensywne poszukiwania nowego selekcjonera kadry skoczków. Wedle nich najpoważniejszym kandydatem na objęcie tej posady jest czeski asystent Horngachera Michal Doleżal.

Tymczasem szefowie niemieckiej federacji podczas negocjacji z Horngacherem zaczęli stawiać weto niektórym jego oczekiwaniom, co ponoć mocno zirytowało austriackiego trenera. Do tego stopnia, że zaczął na nowo rozważać przedłużenie kontraktu z Polakami. Problem w tym, że Tajner nie jest już dla niego taki miły. Owszem, oficjalnie podtrzymuje wersję, że nadal czeka na ostateczną decyzję Horngachera, ale po cichu wraz z Małyszem szykują się do zmiany. W sumie to będzie ona niewielka, bo cały sztab chce zostać, trzeba mu tylko zmienić głowę.

 

To nie kryzys, tylko wpadka?

W miniony weekend polscy kibice nie doczekali się sukcesu naszych skoczków narciarskich na Wielkiej Krokwi w Zakopanem. W sobotnim konkursie drużynowym biało-czerwoni zajęli trzecie miejsce, ale w niedzielnym indywidualnym najlepszy z Polaków Dawid Kubacki był dopiero dwunasty.

To był najgorszy konkurs indywidualny w Zakopanem w wykonaniu polskich skoczków od dziesięciu lat. Zawiedli oczekiwania właściwie wszyscy, także Kubacki, który przecież dzień wcześniej ustanowił nowy rekord Wielkiej Krokwi, ale najbardziej rozczarował swoją postawą lider naszej kadry Kamil Stoch. Trzykrotny złoty medalista olimpijski nie zakwalifikował się nawet do drugiej serii, skacząc ledwie 122,5 metra i po raz pierwszy w obecnym sezonie nie wywalczył punktów do klasyfikacji generalnej Pucharu Świata.

Zawody przebiegły pod dyktando Stefana Krafta. Austriak w pierwszej serii skoczył 133 metry i miał punkt przewagi nad Japończykiem Yukiyą Sato, który lądował dokładnie w tym samym miejscu. W finałowej rundzie Kraft uzyskał 132,5 m i wygrał pierwszy konkurs PŚ w tym sezonie. Powtórzy tym samym sukces z 2016 roku, kiedy również triumfował na Wielkiej Krokwi. Drugie miejsce zajął Norweg Robert Johansson, a trzeci był Sato. Na siódmej pozycji sklasyfikowany został lider klasyfikacji generalnej Ryoyu Kobayashi, który na półmetku był dopiero 23.

Najlepszy z biało-czerwonych był Kubacki, który w drugiej serii skoczył 130 m i awansował z 16. na 12. pozycję. Siedemnastą lokatę zajął Stefan Hula, 19. Piotr Żyła, 22. Jakub Wolny, 27. Paweł Wąsek, a 30. Maciej Kot. Był to najgorszy występ Polaków w zawodach Pucharu Świata w Zakopanem od 17 stycznia 2009 roku, kiedy to dwunaste miejsce zajął Adam Małysz, a czternasty był Stoch.

Prezes Polskiego Związku Narciarskiego Apoloniusz Tajner nie robi jednak z tego problemu. Jego zdaniem ten słabszy występ to nie jest efekt jakiegoś kryzysu formy, tylko ogromnej presji jakiej ulegają w Zakopanem nasi zawodnicy. Tak bardzo chcą nie zawieść oczekiwań fanów, że tracą na skoczni luz i pewność siebie. Tajner uważa, że w kolejnych konkursach, już poza Polską, znów zaczną skakać na swoim normalnym, czyli wysokim poziomie. Podobnego zdania jest Adam Małysz, pewny formy swoich podopiecznych jest też austriacki trener naszej kadry Stefan Horngacher.

Jak jest naprawdę, przekonamy się już wkrótce. Do rozpoczynających się 19 lutego w austriackim Seefeld mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym czasu coraz mniej. Przypomnijmy, że nasi skoczkowie będą tam bronić złotego medalu w drużynówce wywalczonego dwa lata temu w Lahti, zaś Piotr Żyła trzeciego miejsca w konkursie indywidualnym na dużej skoczni.
Słaby występ w Zakopanem nie zachwiał też pozycjami Polaków w klasyfikacji generalnej PŚ. Prowadzi Ryoyu Kobayashi przed Kamilem Stochem i Piotrem Żyłą, czwarty jest Stefan Kraft, a piąty Dawid Kubacki. W Pucharze Narodów biało-czerwoni są na czele z przewagą 30 punktów na Niemcami i 638 na Japończykami.

 

Poskaczą w Engelbergu

Fot. Na skoczni w Engelbergu nie brakuje naturalnego śniegu. W Szwajcarii w ostatnich dniach spadł śnieg

 

 

W miejsce odwołanych zawodów w niemieckim Titisee-Neustadt Międzynarodowa Federacja Narciarska postanowiła w lutym zorganizować dodatkowe konkursy w Oberstdorfie i Willingen. A w najbliższy weekend skoczkowie będą rywalizować w Szwajcarii.

 

Zakopane będzie 19 i 20 stycznia gospodarzem zaplanowanych w kalendarzu zawodów indywidualnych i drużynowych. Międzynarodowa Federacja Narciarska chciała w trybie pilnym przenieść do Zakopanego odwołane konkursy w Titisee-Neustadt, ale działacze Polskiego Związku Narciarskiego odmówili, bo mieliby za mało czasu na uzyskanie stosownych pozwoleń oraz znalezienie sponsorów. Rozczarowani ich decyzją szefowie FIS już więc kandydatury Zakopanego jako areny dodatkowych zawodów nie rozpatrywali i w przyszłorocznych terminach wybrali na miejsce odwołanych konkursów w Titisee-Neustadt skocznie w Niemczech. 1 lutego w piątek zawodnicy będą rywalizować na mamuciej skoczni w Oberstdorfie w konkursie indywidualnym, w miejsce zaplanowanych na ten dzień kwalifikacji do indywidualnego konkursu w lotach narciarskich zaplanowanego na 2 lutego. Natomiast dodatkowy konkurs drużynowy odbędzie się 15 lutego w Willingen, również w miejsce kwalifikacji. 16 i 17 lutego odbędą się tam dwa kolejne konkursy indywidualne PŚ.

A już od najbliższego piątku skoczkowie będą rywalizować w szwajcarskim Engelbergu. Kibice skoków narciarskich mogą być spokojni. W Engelbergu nie powtórzy się scenariusz z Titisee-Neustadt, gdzie konkursy Pucharu Świata w skokach odwołano kilka dni wcześniej. Do szwajcarskiej miejscowości zawitała prawdziwa zima. Skocznia i teren wokół niej jest już pokryty naturalnym śniegiem. A zatem nie ma już ryzyka, że zaplanowane w najbliższy weekend konkursy w Engelbergu zostaną odwołane. Skoczkom w rywalizacji nie powinien także przeszkodzić wiatr, bo według prognoz ma nie przekraczać 2 m/s. W piątek 14 grudnia o 16:00 odbędzie się oficjalny trening, a dwie godziny później kwalifikacje do sobotniego konkursu, który rozpocznie się o 14:15. Początek niedzielnych zawodów także zaplanowano na godzinę 14:45.

Trener polskiej kadry Stefan Horngacher do konkursów w Engelbergu wystawił kadrę w składzie: Kamil Stoch, Piotr Żyła, Dawid Kubacki, Jakub Wolny, Maciej Kot i Stefan Hula. Liderem klasyfikacji generalnej Pucharu Świata jest rewelacyjnie skaczący w tym sezonie Japończyk Ryoyu Kobayashi, ale dwa kolejne miejsca zajmują nasi reprezentanci – drugi jest Żyła, a trzeci Stoch. Za polskimi zawodnikami plasują się: nieobecny w Engelbergu Norweg Johann Andre Tande, trzech niemieckich skoczków – Stephan Leyhe, Karl Geiger i Andreas Wellinger oraz Rosjanin Jewgienij Klimow.

 

PZN przegiął z cenami biletów

Polski Związek Narciarski rozpoczął sprzedaż biletów na inaugurację Pucharu Świata w skokach narciarskich, która odbędzie się w dniach 18-19 listopada na skoczni w Wiśle. Niestety, cenami wejściówek zbulwersował fanów. Prezes Apoloniusz Tajner i jego ludzie dorównali w pazerności działaczom PZPN, mistrzom w dojeniu kibiców.

 

Na skoczni im. Adama Małysza w Wiśle po raz drugi skoczkowie rozpoczną rywalizację o Kryształową Kulę, nagrodę za zwycięstwo w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Na portalach biletowych można nabyć wejściówki na listopadowe zmagania w Wiśle. Kibiców zaskoczyły wygórowane ceny biletów. Pojawiły się komentarze, że taniej wychodzi wypad do Niemiec lub Austrii na któryś z konkursów Turnieju Czterech Skoczni. Organizatorzy zawodów w Wiśle oferują co prawda kibicom pewien komfort, bowiem w sprzedaży są wyłącznie bilety na miejsca siedzące. Taka możliwość daje dostawienie dwóch dodatkowych trybun, na których będzie mogło zasiąść łącznie około 3,5 tysiąca widzów, co w połączeniu z miejscami na stałych trybunach może zapewnić frekwencję na poziomie pięciu tysięcy osób. Nawet na kwalifikacje nie będzie można wejść za darmo. Przyjemność ich obejrzenia wyceniono na 40 złotych od osoby. To jednak pryszcz w porównaniu z cenami na konkurs indywidualny i drużynowy. Za bilet na dostawioną trybunę PZN winszuje sobie 160 złotych od osoby, za bilet na miejsca siedzące na trybunie przy zeskoku trzeba zapłacić aż 220 złotych.

Oczywiście w ofercie są pakiety rodzinne – zestaw dla dwóch dorosłych z dwójką dzieci wyceniono na 660, co w przeliczeniu daje 165 złotych na głowę, więc gdzież tu korzyść dla kupującego i zniżka dla nieletnich? Równie wątpliwą korzyść daje kupno karnetów na oba konkursy. Dla czteroosobowej rodziny to 1140 złotych, tańszy karnet na dostawianych trybunach kosztuje 780 złotych. Jeśli dodamy to tego koszty dojazdu, koszty zakwaterowania i wyżywienia na dwa dni, całość weekendowej wyprawy na inaugurację Pucharu Świata w Wiśle przekroczy półtora tysiąca złotych. Chętnych zapewne nie zabraknie, bo po zawody otwierających cykl tegorocznej edycji Letniej Grand Prix zainteresowanie skokami w naszym kraju raczej nie zmaleje.

Nie zmienia to jednak faktu, że naszym sportowym działaczom z chciwości zaczyna odbijać i drenują kibicowskie portfele ponad miarę. Mistrzem pod tym względem jest oczywiście PZPN, który mimo klęski na mundialu w Rosji nie uznał za stosowne urealnić cen biletów na tegoroczne mecze reprezentacji. Wejściówki na mecze w Lidze Narodów z Włochami i Portugalią na Stadionie Śląskim w Chorzowie kosztują 180 złotych (plus opłaty dla dystrybutora), czyli tylko dwie dychy mniej niż kosztowały na Stadionie Narodowym w Warszawie na mecze przed mundialem, gdy biało-czerwoni jeszcze uważani byli za zespół z czołowej dziesiątki rankingu FIFA. Pazerność zgubiła już działaczy PZPS, bo na meczach naszej siatkarskiej reprezentacji z powodu wygórowanych cen biletów trybuny coraz częściej świecą pustkami.

 

Małysz z licencjatem

Adam Małysz 2 lipca obronił pracę licencjacką. Nasz legendarny skoczek narciarski w wieku 40 lat został absolwentem Wydziału Zarządzania Politechniki Częstochowskiej. Obronił pracę na piątkę.

 

W „Faktach” na antenie TVN promotor licencjackiej pracy Adama Małysza poinformował, że nasz multimedalista olimpijski obronił pracę pt. „Produkt turystyczny i jego promocja na przykładzie miasta Wisły” na piątkę. Do studiowania na kierunku turystyka i rekreacja na Politechnice Częstochowskiej mistrza skoków namówił jego rajdowy kolega Jakub Brzeziński. Małysz to jeden z najwybitniejszych skoczków narciarskich w historii. Zdobył cztery medale olimpijskie, czterokrotnie został mistrzem świata, czterokrotnie wygrywał klasyfikację generalną Pucharu Świata. Po zakończeniu kariery skoczka przez kilka lat z powodzeniem startował w rajdach terenowych, w tym w Rajdzie Dakar. Obecnie jest w Polskim Związku Narciarskim dyrektorem sportowym.

Apoloniusz Tajner nadal u steru PZN

Apoloniusz Tajner, po tym jak został w sobotę ponownie wybrany na prezesa Polskiego Związku Narciarskiego. Przyznał, że jednym z głównym celów na najbliższe cztery lata jest poprawienie infrastruktury treningowej.

 

W głosowaniu wzięło udział 84 delegatów. Oddano 75 głosów ważnych, wszystkie popierające dotychczasowego prezesa (dziewięć było nieważnych). 64-letni Tajner przejął stery PZN w połowie listopada 2005 roku. Wówczas minister sportu Tomasz Lipiec, po zawieszeniu władz Polskiego Związku Narciarskiego, ustanowił go kuratorem. Na początku lutego 2006 roku Tajner zdecydowanie wygrał wybory na prezesa PZN, podobnie w lutym 2010 oraz w czerwcu 2014 roku. Zgodnie z przepisami ustawy o sporcie, po zakończeniu tej kadencji nie będzie mógł się starać o reelekcję. „Spodziewałem się, że zostanę wybrany, bo nic nie zapowiadało, że szykuje jakaś zmiana” – wyjawił Tajner i obiecał, że zadba o rozwój infrastruktury treningowej i narciarstwa alpejskiego.