Korfanty do kompletu

Czekał długo. Pamiętam rozmowy o zamiarze wmurowania tablicy pamiątkowej w Warszawie, choćby tablicy. Pomysłodawcy dowiedzieli się o mojej z Korfantym koligacji i szukali u mnie wsparcia na początku pierwszej dekady XXI wieku, tuż po moim odejściu z ministerstwa kultury. Na ile mogłem, starałem się pomagać..

W 2009 roku wreszcie tablicę odsłonięto na murze domu, gdzie przed wojną mieścił się szpitala, w którym przywódca III powstania śląskiego zmarł. Ale na pomnik w Warszawie wciąż czekał. Pierwszy pomnik Wojciecha Korfantego wystawiło miasto Jego urodzenia – Siemianowice Śląskie i to już w roku 1986. Pomnik w Katowicach odsłonięty został w 1999, a we Wrocławiu (miasto studiów Korfantego) w 2014. W piątek 25 października 2019 projektem Karola Badyny do miast tych dołączyła Warszawa.

Aleja Ojców Niepodległości

Usytuowanie pomnika jest nieprzypadkowe. Ta część alej Ujazdowskich bywa nazywana Aleją Ojców Niepodległości. Powszechnie uważa się że było ich sześciu. Jako pierwszy wizerunek otrzymał Józef Piłsudski; na terenie Akademii Wychowania Fizycznego, niedługo po Jego śmierci, ustawiono kolumnę z rzeźbiarskim portretem Marszałka, dłuta Alfonsa Karnego; stała tam do września 1939. Władze AWF przywróciły ją na to miejsce w 1990 roku. Tuż przed wybuchem II wojny, z funduszy ofiarowanych między innymi przez Jana Wedla, odlano rzeźbę Ignacego Jana Paderewskiego lecz nie zdążono jej już posadowić, a tym bardziej odsłonić. Przechowywana w magazynach dopiero w 1976 stanęła na dziedzińcu Muzeum Narodowego; rok później przeniesiono ją w okolice Uniwersytetu Muzycznego im F. Chopina (wówczas PWSM). Po siedmiu latach, w 1985, rzeźbę przeniesiono na teren Parku Ujazdowskiego. Pomnik Paderewskiego tym różni się od pozostałych, o których za chwilę, że autor Michał Kamieński, usadził Paderewskiego w wygodnym fotelu. A pierwsze skojarzenie sugeruje, że premier, ale przecież pianista winien siedzieć na taborecie koncertowym, przy klawiaturze… W tym samym 1985 roku odsłonięto sześciometrowy (najwyższy z omawianych) pomnik Wincentego Witosa. Monumentalne dzieło Mariana Koniecznego, który sprawował wówczas mandat posła, stanęło na placu Trzech Krzyży. W roku 1995 odsłonięty został, wedle projektu Tadeusza Łodziany, pomnik Piłsudskiego vis a vis placu Jego imienia, a trzy lata później trzeci już warszawski monument Marszałka, dłuta Stanisława Kazimierza Ostrowskiego, przy Belwederze. Kolejny Ojciec Niepodległości Roman Dmowski doczekał się, w 2006 roku, pomnika autorstwa trojga rzeźbiarzy (Wojciecha Mendzelewskiego, Marii Marek-Prus i Wojciecha Prusa). Rzeźba ustawiona w pobliżu Placu na Rozdrożu budziła od początku szereg sprzeciwów; politycznych, nie artystycznych. Nie negując zasług Dmowskiego dla odrodzenia Polski zarzucano Mu (Marek Edelman czy Maria Janion) najdelikatniej ujmując „egoizm narodowy”. Pomnik bywał oblewany farbami, oprotestowywany pikietami. Piąty „Ojciec Niepodległości” Ignacy Daszyński uhonorowany został dopiero w roku 2018. Pomnik wedle projektu Jacka Kucaby, stoi ukryty w zieleni skweru przy Placu na Rozdrożu, opodal Trasy Łazienkowskiej, niewidoczny dla przechodzących Alejami Ujazdowskimi. 25 października 2019 też przy Placu na Rozdrożu, ale od strony Agrykoli do wszystkich wcześniej wymienionych dołączył Korfanty. Na Trakcie Królewskim, najbardziej wysunięty na południe, przy Belwederze, stoi Piłsudski; na północy góruje Witos, po drodze doń prawie niewidoczny Paderewski na siedząco wita spacerujących po Parku Ujazdowskim, a dalej jeszcze raz Piłsudski tym razem przy Hotelu Europejskim…

Rozdroże

Daszyński, Dmowski, Korfanty, Paderewski i Witos nie porzucili swych pierwotnych poglądów, idei i celów, byli im wierni przez całe życie, i mimo wielu różnic potrafili jednoczyć się dla spraw najważniejszych. Daleko od młodzieńczych, socjalistycznych idei odszedł Piłsudski. Pomyślałem więc, że dla tych trzech pomników Piłsudskiego najwłaściwszą lokalizacją byłby Plac na Rozdrożu. Gdyby wszystkie one tam się znalazły nazwa placu zyskałaby rangę symbolu, przypominając jak krótko trwała początkowa jedność i porozumienie „Ojców Niepodległości”, wspólne ich działania na rzecz Ojczyzny. W niedługim czasie drogi ich rozeszły się, a wzajemne relacje, z winy Piłsudskiego, przeobraziły we wrogość. Wrogość tych, którzy po 1926 roku dzierżyli władzę wobec swoich dawnych sojuszników.

Barwy historii

Nie jestem zwolennikiem opisywania historii jedynie w biało czarnych barwach. Druga Rzeczpospolita to bezdyskusyjnie sukces, powód do dumy z racji odzyskania niepodległości, odbudowania struktur państwowych, scalenia ziem podzielonych między zaborców, Ale Czytelnikom Trybuny, nie trzeba przypominać zabójstwa Narutowicza, Twierdzy Brzeskiej, Berezy Kartuskiej, krwawo tłumionych strajków chłopskich, okupionego ofiarami przewrotu w 1926 roku, czy narastającej, w latach trzydziestych, fali antysemityzmu. Zaskakująco negatywną ocenę II RP przedstawiła w niedawnym wywiadzie prasowym Krystyna Zachwatowicz Wajda: „[…] przez świadectwo mojej mamy, przez książkę Miłosza Powrót w dwudziestolecie, przez to co Józio Czapski opowiadał, uważam, że dwudziestolecie międzywojenne było koszmarem”. I tu przypomniała mi się wypowiedź Andrzeja Łapickiego z 1989 roku, z kampanii wyborczej. Wyrażał nadzieję, że jest szansa na powrót do zapamiętanej z dzieciństwa atmosfery II RP, która kojarzyła mu się błogo i radośnie z amarantem, z zapomnianym w latach PRL kolorem zdobiącym ułańskie mundury i wojskowe sztandary. Koszmar i amarant, amarant i koszmar…

Pomnik z życia

Los nie szczędził Korfantemu ciosów w zasadzie przez całe Jego życie. Zaczęło się w 1903 roku odmową udzielenia Mu ślubu na terenie Śląska przez niemieckich duchownych. Zawarł go w Krakowie. Na pewno koszmarem (używając nomenklatury Krystyny Zachwatowicz) była dla Wojciecha Korfantego druga połowa dwudziestolecia międzywojennego. Po roku 1930 został aresztowany i wraz z posłami Centrolewu osadzony w Twierdzy Brzeskiej gdzie poddawano go upokarzającym i poniżającym represjom tak fizycznym jak i psychicznym. Był zmuszany czyścić więzienne latryny. Mimo, że ostatecznie wyłączono go z postępowania sądowego i zwolniono to w roku 1935, w obawie przed powtórnym aresztowaniem, zmuszony był opuścić Polskę udając się na samotną emigrację do Czechosłowacji. Spotkał tam w tej samej roli Wincentego Witosa. W roku 1938 nie pozwolono mu przyjechać do Polski na pogrzeb syna Witolda. Po aneksji Czechosłowacji chcąc uniknąć aresztowania, tym razem ze strony Niemców, wyemigrował do Francji dołączając do porozumienia Sikorskiego, Paderewskiego, Witosa i Hallera zwane Frontem Morges. W obliczu zagrożenia wybuchem wojny, w kwietniu 1939, Wojciech Korfanty wrócił do Polski deklarując gotowość włączenia się w działalność na rzecz obrony kraju. Odpowiedzią władz sanacyjnych było osadzenie Korfantego na Pawiaku. Po blisko trzech miesiącach, w stanie agonalnym, został przewieziony z aresztu do szpitala gdzie, sześć dni po operacji, zmarł 17 sierpnia. Jeden z lekarzy wydał opinię, iż operowana wątroba pacjenta nosiła znamiona otrucia organizmu arszenikiem. Pogrzeb w Katowicach, mimo prób przeciwdziałania przez władze, był wielką kilkutysięczną manifestacją zwolenników zmarłego.
Jesienią 1939, wdowa po Korfantym Elżbieta, oraz żona jego drugiego syna Zbigniewa, moja ciotka Eugenia, wraz z trzyletnimi synkami Wojciechem i Feliksem (bliźniacy) otrzymali włoskie paszporty. Podobnie jak rodziny Sikorskiego i Hallera. Był to ratunek przed zagrożeniem ze strony okupanta. Z wyjątkiem wdowy Wojciecha, która wróciła po wojnie do Katowic, reszta rodziny Korfantego pozostała na emigracji. Od polowy lat 70. zaczęli odwiedzać co kilka lat Polskę i zamieszkałą tu rodzinę. Feliks Korfanty w roku 1997 odebrał z rąk prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego przyznany jego dziadkowi Order Orła Białego.

Piędź ziemi

Data odsłonięcia monumentu Wojciecha Korfantego była nieprzypadkowa, to 101. rocznica Jego słynnego przemówienia w Reichstagu, wygłoszonego niemal w przededniu upadku Rzeszy, w przededniu odrodzenia Polski. Zażądał wówczas zjednoczenia wszystkich ziem polskich z dostępem do morza. „Mości panowie, nie chcemy ani piędzi ziemi niemieckiej. Żądamy jedynie, w myśl postanowień punktu trzynastego programu Wilsona, własnej, jednej, złożonej z ziem trzech zaborów Polski”. W uroczystości zorganizowanej przez prezydenta Warszawy Pana Rafała Trzaskowskiego (pomnik sfinansowano ze środków Stolicy) wziął udział wnuk Wojciecha – Feliks z żoną Jolandą. Podróż z USA obfitowała w szereg przeciwności, zamiast dwa dni wcześniej, Państwo Korfantowie wylądowali w Warszawie na trzy kwadranse przed zaplanowaną godziną odsłonięcia pomnika. Zdążyli, a Feliks Korfanty pięknie przemówił częściowo po polsku i częściowo po angielsku, przepraszając że językiem ojczystym nie włada tak jak chciałby, gdyż od śmierci swego brata i matki nie ma już z kim rozmawiać po polsku. Feliks i Jolanda Korfantowie, przebywali w Polsce jeszcze przez kilka dni. W Sejmie spotkali się z Panią Marszałek Małgorzatą Kidawą-Błońską. Dwaj pradziadkowie Pani Marszałek, prezydent Stanisław Wojciechowski i premier Władysław Grabski, nie należeli do ulubieńców Piłsudskiego, a szczególnie Wojciechowski. Obaj dobrze znali Wojciecha Korfantego, który z Grabskim (jako minister skarbu) był w składzie drugiego rządu Witosa. Ciekawe czy potomkowie tych wybitnych polityków rozmawiali tylko o Drugiej Rzeczpospolitej? Czy tylko o przeszłości?

Akt wandalizmu

– Z jednej strony, jestem oburzona tym, co się stało. Ale też, niestety, ze smutkiem mogę przyznać, że i tak ten pomnik generała Zygmunta Berlinga poprzez władze miasta miał być usunięty z przestrzeni miejskiej Warszawy do końca 2019 roku. W ramach dekomunizacji miał zniknąć. W związku z tym i tak miał być w ramach dekomunizacji z tego miejsca w Warszawie wyrzucony.
Moim zdaniem to jest akt wandalizmu – powiedziała mediom Monika Jaruzelska.

4 sierpnia po raz kolejny uaktywniła się skrajna prawica, owoc pisowskiej polityki nienawiści. Grupa antykomunistycznych bandytów pod wodzą Adama Słomki obaliła pomnik generała Zygmunta Berlinga, znajdujący się w Warszawie. Pomnik stał w miejscu, z którego oddziały Wojska Polskiego przeprawiały się w 1944 roku z pomocą walczącej Warszawie. Gen. Berling zgodził się na desant, wobec oburzenia żołnierzy, którzy nie chcieli się przyglądać bezczynnie jak ginie Warszawa. Podczas tego desantu oraz starć na Powiślu zginęło ponad 2,5 tys. żołnierzy Wojska Polskiego.
Były poseł Słomka chce zniszczyć pamięć o tych, którzy oddali życie w walce z faszyzmem. Nie po raz pierwszy promuje bandyckie metody fałszowania historii. Wcześniej brał udział w zniszczeniu lub uszkodzeniu wielu miejsc pamięci, nawołuje do nienawiści, lży sądy zachowując przy tym bezkarność. Mamy nadzieję, że ta bezkarność wkrótce się skończy.
Niszczenie pomników, zarówno dokonywane przez prawicowe bojówki, jak i mające miejsce w ramach ustawy dekomunizacyjnej, to element historycznego rewizjonizmu i barbarzyństwa, niegodnego cywilizowanego kraju. Niszczy się pamięć o walczących o wolność z faszyzmem, a wybiela i usprawiedliwia nazistowskich kolaborantów.
KPP konsekwentnie sprzeciwia się fałszowaniu historii oraz wszelkiemu niszczeniu pomników i innych świadectw historii.

Berling won

Pomnik generała Zygmunta Berlinga na Saskiej Kępie znalazł się nieprzypadkowo: stanął przy rozjazdach koło Trasy Łazienkowskiej, ponieważ dokładnie stamtąd wysłał podczas powstania warszawskiego desant na słabnący Czerniaków. Aby ratować powstańców, życie oddało w całej stolicy w sumie około 3,5 tysiąca berlingowców.
Generał stanął na Pradze Południe w 1985 roku – czyli w roku mojego urodzenia, a także w dzielnicy, w której przyszłam na świat.
Teraz okazuje się, że musi zniknąć ze swojego miejsca, skąd patrzył na Wisłę .
Rzecznik dzielnicy Praga Południe twierdzi, że generał nie opuści jednak stolicy – przeprowadzi się jednak przymusowo na Żoliborz, do Muzeum Historii Polski, które obiecało go przygarnąć – tak jak wcześniej Feliksa Dzierżyńskiego oraz „czterech śpiących” z Dworca Wileńskiego.
W ciągu ostatnich lat biedny Berling wciąż padał ofiarą wandali – kilkukrotnie został oblany czerwoną farbą i okrzyknięty zdrajcą.
Generał należał do PZPR, współpracował z radzieckimi służbami specjalnymi.
Jego przenosiny do muzeum będą kosztowały miasto około 50 tysięcy złotych. To kosmiczna suma, dlatego dekomunizację odłożono do końca roku, ponieważ, jak łatwo się domyślić, miasto ma inne, priorytetowe wydatki w okolicy.
Rzecznik urzędu dzielnicy zapowiada, że w miejscu „po Berlingu” powstanie skwer. Zbiera już od mieszkańców pomysły na jego zagospodarowanie. Nie ukrywa, że zgłosiło się do urzędu kilku mieszkańców, stanowczo domagających się, aby Berling mógł pozostać w swojej dotychczasowej lokalizacji. Ale na dekomunizację nie ma rady.

Demontaż kontrolowany

Podczas wojny domowej w Grecji był komisarzem w Demokratycznej Armii Grecji. W 1949 roku wyemigrował i jako uchodźca polityczny trafił do Polski. Rok później powrócił do Grecji, aby odbudowywać podziemne struktury Komunistycznej Partii Grecji (KKE). Wkrótce został aresztowany i sądzony przed sądem wojskowym. W procesie politycznym skazano go na karę śmierci. Został rozstrzelany 30 marca 1952 r. pomimo licznych protestów w Grecji i na całym świecie. Do greckich władz napłynęło około 250 tysięcy listów protestacyjnych przeciwko skazaniu Belojanisa na śmierć. W obronie skazanego wystąpili liczni intelektualiści. Pablo Picasso wykonał przedstawiający Belojanisa szkic pod tytułem‚ „Mężczyzna z goździkiem’’. W 1953 roku brytyjski malarz Peter de Francia namalował obraz „Egzekucja Belojanisa”. W Polsce powstała rzeźba Stanisława Horno-Popławskiego „Matka Belojanisa’’. Jego imię nadano także szeregu ulic w różnych miastach.
Wrocławski pomnik Belojanisa został wzniesiony na dziedzińcu szkoły podstawowej 22 w dzielnicy Stabłowice w roku 1973 jako kopia monumentu znajdującego się w miejscowości Krościenko. Zastąpił wcześniejsze miejsce pamięci przygotowane przez Greków mieszkających na terenie szkoły w latach 50. Społeczność grecka zamieszkująca w Krościenku, która ufundowała pomnik Belojanisa w tej miejscowości w ostatnich latach aktywnie występowała w jego obronie, przeciwko próbom jego likwidacji.
Stowarzyszenie Greków we Wrocławiu „Odysseas’’ poinformowało, że upamiętniający Belojanisa monument został usunięty w ramach tak zwanej dekomunizacji, w wyniku opinii wydanej przez Instytut Pamięci Narodowej. Nie wiadomo kiedy doszło do demontażu. Stowarzyszenie Odysseas skontaktowało się z grecką ambasadą w Polsce i greckim ministerstwem spraw zagranicznych, które zapowiedziało protest w sprawie pomnika. Protest przeciwko usunięciu pomnika Belojanisa wyraziła również Komunistyczna Partia Grecji oraz Komunistyczna Partia Polski. KKE zwraca uwagę, że pomnik ten zdemontowano w krótkim czasie po prowokacyjnym usunięciu tablicy w Dziwnowie, upamiętniającej rannych bojowników Demokratycznej Armii Grecji przebywających w tamtejszym szpitalu. KPP domaga się jak najszybszego przywrócenia pomnika Belojanisa.
Protest Komunistycznej Partii Polski
Komunistyczna Partia Polski wyraża oburzenie z powodu demontażu pomnika Nikosa Belojanisa we Wrocławiu. Monument znajdował się na dziedzińcu Szkoły Podstawowej nr 22 w dzielnicy Stabłowice.
Nikos Belojanis był bohaterem greckiego, antyfaszystowskiego ruchu oporu podczas drugiej wojny światowej – bojownikiem komunistycznej partyzantki ELAS, a podczas wojny domowej w latach 1947-1949 komisarzem Demokratycznej Armii Grecji. W 1949 roku jako uchodźca polityczny przybył do Polski. W 1950 roku powrócił do Grecji aby odbudowywać struktury Komunistycznej Partii Grecji (KKE). Aresztowany za działalność polityczną Belojanis został skazany przez sąd wojskowy na karę śmierci. Rozstrzelany 30 marca 1952 r. pomimo licznych protestów w Grecji i na całym świecie. Postać Belojanisa stała się także inspiracją dla licznych dzieł sztuki. W Polsce został upamiętniony poprzez patronat nad szeregiem ulic oraz pomniki we Wrocławiu i Krościenku.
Usunięcie wrocławskiego pomnika Belojanisa, podobnie jak wielu innych pomników bohaterów antyfaszystowskiego ruchu oporu oraz ruchu robotniczego w ramach tak zwanej ustawy dekomunizacyjnej stanowi istotny element niszczenia pamięci historycznej. Demontażu pomnika dokonano bez uzgodnienia a nawet zawiadomienia greckiej społeczności w Polsce. Procedura na podstawie której się odbył pozostaje niejasna, a osoby, które wydały decyzję nieznane.
Domagamy się jak najszybszego przywrócenia pomnika Nikosa Belojanisa. Nie ma zgody na przepisywanie historii przez IPN i inne instytucje, a także manipulowanie pamięcią historyczną społeczeństwa.

Jankowski zdemontowany

Po ostatnim głosowaniu radnych miasta, przedstawiciele „Solidarności” przezornie zabrali w piątek rano swojego prałata „pod pachę” i usunęli sprzed kościoła św. Brygidy. Cokół na razie pozostał pusty. – Pomnik stanie w innym miejscu, ale decyzja w sprawie terminu i lokalizacji jeszcze nie zapadła – powiedział Karol Guzikiewicz.
Przewodniczący zarządu Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność” oraz szef społecznego komitetu budowy pomnika, Krzysztof Dośla, zapowiedział już wczoraj, że związkowcy z uwagi na wynik głosowania rady, sami usuną na razie pomnik swojego kapelana sprzed oczu mieszkańców. Karol Guzikiewicz był decyzją radnych oburzony. Według niego miała ona charakter polityczny.
– Stała się rzecz zła, bo nic nie zostało udowodnione. Pokazało się prawdziwe oblicze pani Dulkiewicz: z jednej strony lata w obronie konstytucji, a najważniejsze prawa obywatelskie łamie. Nie chciała poczekać na rozstrzygnięcie sądowe, siostry księdza prałata są obarczone tym oszczerstwem – powiedział mediom, komentując demontaż monumentu. – Stąd teraz ta inicjatywa, żeby pomnik nie został uszkodzony. Ten pomnik na pewno wróci, być może na terenie koło kościoła św. Brygidy, ale na to musi być zgoda arcybiskupa…
Guzikiewicz zapowiedział również represje wobec tych działaczy, którzy poparli wniosek o rozbiórkę pomnika na obchodach rocznicy Grudnia’70 i Sierpnia’80 w Gdańsku. „Zdeptali symbole” – nie ma wątpliwości związkowiec. Niniejszym zakazał im wstępu do kościoła. Stwierdził też, że grupa radnych PiS niejako w odwecie będzie chciała odebrać tytuł honorowego mieszkańca Gdańska Günterowi Grassowi.
– Pani Dulkiewicz będzie miała teraz egzamin z polskości. Czy Guenter Grass – esesmam, który służył z własnej woli w Waffen SS – zasługuje na honorowe obywatelstwo, bo Polak Henryk Jankowski nie zasługiwał – zapowiedział buńczucznie Guzikiewicz.

Głos lewicy

Prałat Jankowski padł

Trzej aktywiści obalili gdański pomnik księdza Henryka Jankowskiego. Oto ich oświadczenie:
Każdy z nas ma nad sobą swój skrawek nieba gwiaździstego, każdy nosi w kieszeni swój osobisty kompas wskazujący dobro i zło, krzywdę i przewinę, a myśli i działania wywodzi tyleż z własnego rozumu i osobniczego doświadczenia, co i z przyrodzonej wrażliwości na niesprawiedliwość i upokorzenie spotykające drugiego człowieka. Oparłszy swe stanowisko na obowiązującym kontrakcie społecznym, którego fundamentalnymi składowymi są m.in. Powszechna Deklaracja Praw Człowieka, Konwencja o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności, Karta Praw Podstawowych Unii Europejskiej i Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej i wczytawszy się w karty niedawnej historii, której byliśmy naocznymi świadkami, oraz wsłuchawszy się w głos ofiar udokumentowany szeroko w upublicznionych materiałach ze śledztw prokuratorskich i dziennikarskich,
Oskarżamy Henryka Jankowskiego, księdza katolickiego, kapelana NSZZ ,,Solidarność”, wieloletniego proboszcza parafii pw. św. Brygidy w Gdańsku o podły i haniebny gwałt na godności, wolności seksualnej i prawie do prywatności oraz wykorzystanie trudnej sytuacji społecznej młodych ludzi powierzonych jego opiece; o liczne zamachy na godność oraz o dyskryminację osób i społeczności poprzez szerzenie mowy nienawiści, publiczne głoszenie poglądów antysemickich i lżenie ludzi o odmiennych poglądach politycznych w swych kazaniach, wypowiedziach publicznych i instalacjach kwazi-artystycznych natury (pseudo-)religijnej.
Instytucję kościoła katolickiego w Polsce o systemowe współsprawstwo w złu wyrządzonym ludziom przez Henryka Jankowskiego: w szczególności zaś tych jej przedstawicieli, którzy z pełną świadomością zła czynionego przez Henryka Jankowskiego, nie zareagowali w sposób skuteczny, aby złu temu położyć kres, milczeli lub wręcz z premedytacją kryli przestępstwa Jankowskiego. Uparcie i intencjonalnie milczących świadków i depozytariuszy tajemnicy o społeczne współsprawstwo w złu wyrządzonym ludziom przez Henryka Jankowskiego: świadków należących do świeckiego otoczenia Jankowskiego, którzy zdecydowali się trwać przez lata w zmowie milczenia i bezczynności i poprzez swoją postawę wyrażali de facto przyzwolenie na zło. Administrację publiczną o administracyjne współsprawstwo w złu wyrządzonym ludziom przez Henryka Jankowskiego, nierzadko wynikające z politycznego oportunizmu i pospolitej prywaty: administrację, której decyzje (np: odznaczenie Medalem K.E.N., nadanie jego imienia skwerowi w sąsiedztwie kościoła pw. św. Brygidy i wybudowanie jego pomnika) podejmowane w świadomości uczynionego przezeń zła, były aktem podłej instytucjonalnej zniewagi wobec bezbronnych ofiar pedofila i antysemity. Administrację, której nieskuteczność i opieszałość w wycofywaniu się z tych decyzji stanowi czytelny przykład powszechnej praktyki podporządkowywania dobra wspólnego dobru uprzywilejowanej instytucji kościoła katolickiego.

Komuniści pamiętają o wdzięczności

Przeciwko likwidacji Pomnika Wdzięczności Żołnierzom Radzieckim w Warszawskim Parku Skaryszewskim zaprotestowała Komunistyczna Partia Polski wydając oświadczenie. Oto jego treść:

 

„Komunistyczna Partia Polski wyraża oburzenie z powodu zniszczenia pomnika upamiętniającego żołnierzy Armii Czerwonej zlokalizowanego w warszawskim Parku Skaryszewskim. Pomnik wzniesiono w miejscu, w którym pochowani zostali żołnierze polegli we wrześniu 1944 roku podczas wyzwalania warszawskiej Pragi. Mieszkańcy dzielnicy od lat uznawali monument za nieodłączny element krajobrazu parku i w ogromnej większości opowiadali się za jego pozostawieniem. Był to ostatni pomnik upamiętniający wyzwolenie Warszawy zlokalizowany poza cmentarzem-mauzoleum żołnierzy radzieckich.
Polskie władze od wielu lat przepisują i fałszują historię, utworzono w tym celu specjalną instytucję – Instytut Pamięci Narodowej. Służy temu również ustawa dekomunizacyjna zmuszająca samorządy do usuwania pomników symbolizujących komunizm, w tym upamiętniających żołnierzy radzieckich. Nie da się jednak ukryć, że w latach 1944-1945 Polskę wyzwalała Armia Czerwona wraz z walczącymi u jej boku żołnierzami Wojska Polskiego. W trakcie walk o wyzwolenie terenów obecnej Polski zginęło ponad 600 tysięcy żołnierzy radzieckich. Polacy zawdzięczają im ratunek przed fizyczną eliminacją przez niemieckich nazistów.
Pomimo wcześniejszych zapowiedzi o przeniesieniu pomnika doprowadzono do zniszczenia monumentu. Decyzję o demontażu podjęli urzędnicy warszawskiego ratusza, czyli ludzie powiązani z Platformą Obywatelską. Pokazuje to, że tak zwana ‚’demokratyczna opozycja’’ nie sprzeciwia się PiS-owskiemu przepisywaniu historii. Samorządy innych miast sprzeciwiające się dyktatowi władz umiały znaleźć rozwiązania prawne aby uratować miejsca pamięci od likwidacji. Niszczenie pomników jest wyrazem barbarzyństwa, który można porównać do działań talibów czy Państwa Islamskiego usuwających wszelkie pamiątki historyczne i zabytki nie pasujące do ich światopoglądu. Prawdy historycznej nie da się zniszczyć przy pomocy młota pneumatycznego”.
Nadmienić trzeba, że polskie władze nie ograniczają swojej gorączki dekomunizacyjnej wyłącznie do obecności symboli i nazw w przestrzeni publicznej, a również do eliminowania z życia politycznego wszystkiego, co ma jakiekolwiek odniesienia do komunizmu nie tylko w wersji stalinowskiej, a ofiarą tych działań jest właśnie KPP. Przypomnijmy, że 29 listopada w Sądzie Rejonowym w Dąbrowie Górniczej odbędzie się ostatnia rozprawa przeciwko trójce działaczy tej partii, którzy zostali oskarżeni o szerzenie ideologii totalitarnej Zostaną wtedy ogłoszone wyroki.

Wrocław – bitwa o orła

Nie, to nie jest opowieść o przedwojennym Wrocławiu i bohaterskich Polakach spod znaku Rodła.

 

Latem 2018 r. Instytut Pamięci Narodowej domaga się rozebrania pomnika polskiego orła sprzed polskiej szkoły we Wrocławiu – mówiąc ściślej sprzed SP nr 43 przy ulicy Grochowej, położonej w sercu Wrocławskich Krzyków, dzielnicy zamienionej w czasie wojny w dymiącą kupę gruzów i zbudowanej od nowa w latach 60. XX wieku.
Szkoła, typowa „tysiąclatka”, nosiła w czasach minionych imię II Armii LWP. Z tej okazji wzniesiono przed nią niewielki pomnik z orłem na postumencie, bez żadnych napisów i tablic.
„Należy uznać za zasadne usunięcie symbolu orła bez korony, który był oficjalnym godłem Polski Ludowej oraz ‘ludowego’ Wojska Polskiego.
Uwzględniając przypadającą w tym roku 100. rocznicę odzyskania niepodległości przez nasz kraj, uważamy, iż pozostały postument może posłużyć jako podstawa do upamiętnienia tej wspaniałej rocznicy.
Powstałe miejsce pamięci będzie miało niewątpliwie ważny walor edukacyjny dla uczniów i rodziców. IPN służy pomocą merytoryczną w zakresie uzgodnienia wyglądu upamiętnienia” – głosi pismo IPN skierowane do dyrekcji Szkoły Podstawowej nr 43 przy ul. Grochowej we Wrocławiu
To, że II Armia LWP jako jedyna polska jednostka uczestniczyła w walkach w okolicy Wrocławia, a jej żołnierze w znacznej liczbie osiedlili się w stolicy Dolnego Śląska nie ma dla IPN żadnego znaczenia.
Podobnie jak to, że formacja ta walcząca głównie na terenie Czech i niemieckich Łużyc nie odpowiada za żadne działania przeciwko ukochanym przez władze „żołnierzom wyklętym”.
W obronę pomnika zaangażował się jedyny radny SLD we wrocławskim ratuszu Dominik Kłosowski, sprawa nabrała rozgłosu. Nic nie wskazuje jednak na zmianę stanowiska IPN.
Szkoła nr 43 nosi obecnie imię legendarnego wrocławskiego satyryka Jana Kaczmarka, twórcy „Studia 202”. Zmarły w 2007 r. artysta przewidział czasy IV RP. Piosenka „Ballada o chorej wyobraźni” ma wszelkie cechy proroctwa:
„Wyobraźnia w takich razach zwykle leczy i pomaga, Lecz i ona – pełna klęska, odmówiła posłuszeństwa”.

Tylko w Opolu wszystko gra, czyli dekoncentracja PiS

Najwyraźniej skończyły się złote dla PiS czasy, gdy nie było żadnych grupowych i branżowych protestów rozlewających się po kraju, tylko pogardzane marsze „KOD-omitów”, a władzy samo rosło jak chłopu w polu. Dziś marszów jak na lekarstwo, „Wiadomości” i TVP Info nie mają się z czego pośmiać, ale przecież na tym padole łez, jak nie kijem go, to pałką. Wróg atakuje zewsząd, protesty wyrastają ni stąd ni zowąd jak grzybki po mżawkach, a PiS-owi coraz częściej zaczyna lecieć z rąk. Jak mawiał Witkacy, parodiując frazę góralską: „Kiedyś to były inkse casy”.

„Pieczywem” po pomnik Armii Czerwonej i inne udręki

W Dąbrowie Górniczej władze miejskie, nieprzychylne dekomunizacji, pokazały plecy tutejszemu IPN-owi, który nakazał im usunąć, w oparciu o ustawę dekomunizacyjną, pomnik Armii Czerwonej przy pewnym rondzie i do tego przy wsparciu miejscowej parafii. Z braku odpowiednich papierów i obstrukcji ze strony miasta, musiał więc IPN sam wziąć się do roboty i zastosować metodę improwizacyjno-chałupniczą. Po pomnik przyjechała zatem ekspedycja w postaci załogi samochodu dostawczego z napisem „Pieczywo”, „Wyroby cukiernicze” czy coś w tym rodzaju, wyszli z niego jacyś panowie i zabrali się do demontażu. Na to pojawiła się policja uważanego za kandydata na następcę Kaczyńskiego w roli prezesa PiS i zarazem ministra spraw wewnętrznych Joachima Brudzińskiego, wylegitymowała demontażystów skrytych pod szyldem piekarniczym i nakazała im odjechać precz, bo nie mieli żadnego pozwolenia na papierze, a pokazywali policjantom jedynie coś w telefonie komórkowym. Trudno i darmo – policja PiS zablokowała dekomunizację w Dąbrowie Górniczej. Po sądzie warszawskim, który zastopował w tym względzie wojewodę mazowieckiego. W tym samym czasie, w sobotni (9.06) poranek na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie rozpoczął się protest naukowców i studentów wspierający protest warszawski na UW. Prawnicy z kolei stowarzyszyli się w Komitet Obrony Sprawiedliwości, a ujawniony przykład więziennego znęcania się fizycznego i psychicznego (w Z.K. w Rzeszowie) nad b. prezesem Sądu Apelacyjnego w Krakowie Krzysztofem S. (odmówiono mu opieki lekarskiej powodując radykalne pogorszenie stanu zdrowia) bezpośredni sprawcy i polityczni mocodawcy tych praktyk mogą w przyszłości (n.p. Zbigniew Z.) bardzo ciężko to przypłacić. Tak ciężko, że nie chciałbym być w ich skórze. Także artyści z „Ziemi Obiecanej” nie ustępują ani o krok, z Karolem Borowieckim, Maksem Baumem i Morycem Weltem na czele, a do tego władza PiS musi przełknąć żabę w postaci wysokich honorów międzynarodowych dla znienawidzonej pisarki Olgi Tokarczuk (Londyn) i reżysera Pawła Pawlikowskiego (Cannes). Wszystko to (a to nie wszystko), na tle wielkiego cienia w postaci wyczynów seksualno-ginekologicznych jurnego i lubieżnego konserwatysty Pięty w tle, czyni wrażenie wręcz apokaliptyczne.

Suflerzy kuszą Prezesa

Nic więc dziwnego, że w tej sytuacji, czołowi publicystyczni harcownicy głównych prasowych tytułów propisowskich, „W Sieci”, Do Rzeczy” i „Gazety Polskiej” (oraz ich internetowych odnóg) czarno widzą i niepokoją się, że informacja, jakoby prezes dał zielone światło dla powrotu do ustawy o dekoncentracji mediów (przez oponentów zwanej kagańcową) to tylko fake news. I że zaprzeczający tweet rzeczniczki PiS Beaty Mazurek, to tylko zasłona dymna. Bracia Karnowscy, Andrzej Potocki czy Ryszard Makowski z „Sieci”, Robert Tekieli z „Gazety Polskiej” i nie oni jedni, powiadają, że bez wprowadzenia w życie zeszłorocznych pogróżek Krystyny Pawłowicz pod adresem krytycznych mediów („po wakacjach zabierzemy się za was”) PiS przegra przybierającą na sile wojnę medialną. Ale ich kolega Marcin Fijołek studzi im rozgorączkowane głowy dając do zrozumienia, że w sytuacji, gdy coraz bardziej czarno rysują się szanse na uniknięcie przez Polskę unijnych sankcji z powodu naruszeń praworządności przez rządy PiS, rozpętywanie wojny z Amerykanami (czyli TVN) i Niemcami (Axel Springer czyli „Fakt”) byłoby szaleństwem z góry skazanym na klęskę.

Zostaje metoda „na Koreę”

W tej sytuacji PiS-wi przyjdzie pogodzić się z trudną obecnością krytycznych mediów jako lustra jego grzechów i przyjąć zasadę, że „jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma”. No i liczyć na siłę rażenia „Wiadomości” Holeckiej, Ziemca i Adamczyka, obwieszczających sukcesy PiS, rządu i Polski, jak długa i szeroka mlekiem i miodem płynącej, niemal już drugiej Szwajcarii, z ogniem zaiste godnym prezenterów północnokoreańskich dzienników telewizyjnych. I może także na „Królową Lodu” z Polsatu, jeśli da radę. No i na Opole, gdzie po zeszłorocznym blamażu, znów wszystko gra i buczy, na chwałę Partii i Rządu, jak w szwajcarskim zegarku.