Pierwszy list do Polaków, czyli Wielki Brat chce wiedzieć

Jedno z pytań spisu nakazuje np. wskazanie paliwa stosowanego do ogrzewania mieszkania. Wśród 41 możliwości wyboru jest odpowiedź: „odpady (śmieci)”. Czy urzędnicy GUS sądzą, że ktoś kto pali śmieciami, przyzna się do tego, skoro musi podać nazwisko, Pesel i dokładny adres? Wyniki spisu mogą więc być zafałszowane.
Trwa Narodowy Spis Powszechny Ludności i Mieszkań 2021. Do milionów mieszkańców naszego kraju dotarł już list od dr. Dominika Rozkruta, prezesa Głównego Urzędu Statystycznego.
Pan prezes pisze między innymi: „Dane zebrane podczas spisów służą do opracowywania wielu strategii i programów rozwojowych dla kraju, regionów i gmin. Uczestnicząc w Narodowym Spisie Powszechnym Ludności i Mieszkań 2021, wpłyną Państwo bezpośrednio na rozwój społeczno-gospodarczy swojej gminy i poprawę warunków życia jej mieszkańców. Z wyników spisu będzie mógł skorzystać każdy z nas”.
Te słowa brzmią bardzo zachęcająco – choć być może nieco trudno zidentyfikować ów wskazany przez pana prezesa, bezpośredni wpływ na rozwój społeczno-gospodarczy swojej gminy i poprawę warunków życia jej mieszkańców, jaki mielibyśmy wywrzeć, biorąc udział w spisie. Mogłoby się raczej wydawać, że ów wpływ będzie bardzo pośredni, jeżeli w ogóle…
Jednak dla tych, którzy mają wątpliwości, pan prezes GUS przygotował inną zachętę, zawartą w następujących słowach jego pierwszego listu do Polaków: „Udział w spisie jest obowiązkowy. Podstawą prawną przeprowadzenia spisu jest ustawa o narodowym spisie powszechnym ludności i mieszkań w 2021 r. Odmowa udziału w spisie może skutkować nałożeniem kary grzywny”.
Pan prezes dr. Dominik Rozkrut, podpisując się pod tym listem, nie podał swojego adresu – choć wydaje się, że mógłby to uczynić, skoro każdy kto bierze udział w spisie jest zobowiązany nie tylko do podania imienia i nazwiska, lecz także i dokładnego, stałego oraz tymczasowego adresu.
Szczerzze mówiąc, zdumiewa wręcz lista szczegółów dotyczących każdego z nas, jakie musimy przekazać GUS-owi w ramach spisu. To nie tylko nasz wiek, zawód, rodzaj i wielkość zajmowanego mieszkania, ilość lat jakie w nim spędziliśmy oraz nazwa bądź nazwisko właściciela mieszkania.
Trzeba podać też m.in. dokładne dane wszystkich osób, które w dniu 31 marca 2021 r. o godz. 24:00 mieszkały pod naszym adresem (i od kiedy). Jeśli mieszkały u nas tylko czasowo – musimy poinformować jaki jest ich stały adres.
Co więcej, powinniśmy wymienić także i te osoby, które z nami… nie mieszkają. Należy podać bowiem dane wszystkich, którzy 31 marca 2021 r. byli zameldowani pod naszym adresem, ale u nas nie przebywali – i to dokładnie, wraz z ich datą urodzenia. Powinniśmy też wiedzieć jaki jest ich stan cywilny, wykształcenie, status na rynku pracy; a jeśli są za granicą, to kiedy wyjechali (rok i miesiąc), jakie było ich ostatnie miejsce zamieszkania w Polsce, gdzie są teraz, jakie jest ich obecne obywatelstwo?
Paradoksalne, że w czasach, w których coraz ważniejsza dla nas jest prywatność, Narodowy Spis Powszechny 2021 prześwietla nas – i naszych bliskich – tak dokładnie, jak to tylko sobie można wyobrazić.
Żeby mieć tego świadomość, chyba najlepiej zacytować, możliwie dosłownie, choćby takie pytania spisu, które koncentrują się na naszych danych osobowych. Na każde z nich mamy podane szereg odpowiedzi, do wyboru. Oto te pytania:
Jaki jest Pana(i) kraj urodzenia (według obecnych granic państw)?
Jaki jest kraj obywatelstwa?
Gdzie Pan(i) mieszkał(a) rok temu (31 marca 2020 r.)?
Proszę podać jak długo Pan(i) tam mieszkał(a)/przebywał(a) – do 3 m-cy (włącznie), ponad 3 m-ce do 12 m-cy, 12 m-cy i więcej
Od kiedy mieszkał(a) Pan(i) w miejscowości aktualnego zamieszkania?
Czy kiedykolwiek przebywał(a) Pan(i) za granicą przez co najmniej rok?
Nazwa kraju poprzedniego zamieszkania?
Rok przyjazdu/powrotu do Polski?
Jaki jest Pana(i) stan cywilny?
Jaki jest Pana(i) najwyższy ukończony poziom wykształcenia?
Jaka jest Pana(i) narodowość?
Czy odczuwa Pan(i) przynależność także do innego narodu lub wspólnoty etnicznej? Jakiego?
Jakim językiem(ami) zazwyczaj posługuje się Pan(i) w domu?
Czy posiada Pan(i) aktualne orzeczenie o niepełnosprawności, stopniu niepełnosprawności, niezdolności do pracy lub inwalidztwie? (Jeżeli tak, należy podać jakie).
Czy w tygodniu od 25 do 31 marca 2021 r. wykonywał(a) Pan(i) jakąkolwiek pracę przynoszącą zarobek lub dochód bądź pomagał(a) bez umownego wynagrodzenia w rodzinnej działalności gospodarczej?
Proszę podać miejsce wykonywania pracy głównej, oraz przeważający rodzaj działalności jaki prowadziła wtedy instytucja/firma, która była Pana(i) głównym miejscem pracy?
Czy w okresie od 1 do 31 marca 2021 r. aktywnie poszukiwał(a) Pan(i) pracy?
Czy w okresie od 1 do 15 kwietnia 2021 r. mógł (mogła) Pan(i) podjąć pracę?
Pamiętajmy, że do wszystkich żądanych tu informacji musimy obowiązkowo dodać też nasze imię i nazwisko. W spisie jest także grupa pytań na które nie trzeba odpowiadać, choć można. GUS wykazuje tu wrażliwość na dane, które u nas uznaje za wrażliwe, więc pozwala uchylić się od odpowiedzi na pytania: Czy pozostaje Pan(i) w związku niesformalizowanym z inną osobą? Do jakiego wyznania religijnego (kościoła lub związku wyznaniowego) Pan(i) należy? Czy ma Pan(i) ograniczoną (wedle własnej, subiektywnej oceny) zdolność wykonywania codziennych czynności spowodowaną problemami zdrowotnymi trwającymi 6 miesięcy lub dłużej? Proszę wskazać występujące u Pana(i) obecnie grupy schorzeń powodujące trudności w wykonywaniu codziennych czynności (nie więcej niż 3 najważniejsze schorzenia).
Na każde z tych pytań także są podane odpowiedzi do wyboru, w określonej kolejności. Na przykład przy pytaniu o wyznanie, na pierwszym miejscu jest Kościół Rzymskokatolicki (Kościół Katolicki – obrządek łaciński), a potem kolejno: Kościół Prawosławny, Świadkowie Jehowy, Kościół Ewangelicko-Augsburski (Kościół luterański), Kościół Greckokatolicki (Kościół Katolicki – obrządek bizantyjsko-ukraiński), Kościół Zielonoświątkowy, Kościół Starokatolicki Mariawitów, inne (podać jakie), nie należę do żadnego wyznania.
GUS zapewne usytuował kolejność tych wyznań wedle ich popularności w Polsce. Wiadomo, że przy kolejności alfabetycznej Kościół Rzymskokatolicki miałby mniej wyznawców, niż wtedy, gdy figuruje na pierwszym miejscu. Wątpliwość budzi jednak to, jak szacowano liczbę wyznawców. Czy np., rzeczywiście w Polsce jest więcej członków Kościoła Starokatolickiego Mariawitów, niż buddystów, mahometan bądź żydów? Te trzy wyznania nie zostały wymienione na liście odpowiedzi do wyboru. Można je samemu wpisać, ale wtedy oczywiście będą one podawane rzadziej, niż gdyby były na liście wyboru. Czy nie chodziło więc o to, by spis wykazał na przykład, że liczba wyznawców islamu jest u nas znikoma?
Przy każdym „wrażliwym” pytaniu możemy też wybrać możliwość: nie chcę odpowiadać na to pytanie. Taka odpowiedź też jednak wiele powie o odpowiadającym. Gdy na pytanie: Czy pozostaje Pan(i) w związku niesformalizowanym z inną osobą? padnie odpowiedź: nie chcę odpowiadać na to pytanie – to raczej trudno przypuszczać, by udzieliła jej osoba pozostająca w związku sformalizowanym.
Konieczność ujawnienia naszego imienia, nazwiska, Peselu i adresu grozi tym, że podane odpowiedzi niekiedy mogą być nieprawdziwe. Na przykład, jedno z pytań brzmi: Proszę wskazać przeważający rodzaj paliwa lub źródło energii stosowane do ogrzewania mieszkania.
Wśród 41 odpowiedzi do wyboru (od „węgiel kamienny – ekogroszek” do „benzyna”) jest też odpowiedź: „odpady (śmieci)”. Czy urzędnicy w Głównym Urzędzie Statystycznym naprawdę wyobrażają sobie, że ktoś kto pali śmieciami, rzeczywiście przyzna się do tego, w sytuacji, gdy musi podać swoje nazwisko, Pesel i dokładny adres?. W ten oto sposób Narodowy Spis Powszechny 2021 wykaże, że w Polsce nikt nie pali w piecach śmieciami, a wręcz przeciwnie, często stosujemy energię odnawialną (bo jest także pytanie: Czy do ogrzewania mieszkania wykorzystują Państwo odnawialne źródła energii?).
Spis dostarczy zatem informacji fałszywych, na podstawie których powstaną błędne plany działań administracyjnych. No bo skoro ze Spisu Powszechnego wyniknie, że w Polsce nikt nie pali śmieciami, to nie będzie powodu by wdrażać jakiekolwiek poczynania mające spowodować częstsze stosowanie paliw życzliwych dla środowiska.
Trudno pojąć do czego urzędnikom GUS są potrzebne nasze dane personalno-adresowe?. Mogą one jedynie powodować, że odpowiemy niezgodnie z rzeczywistością. Przecież znacznie bardziej szczerych i prawdziwszych odpowiedzi udzielilibyśmy, spisując się anonimowo.
No chyba, że Narodowy Spis Powszechny wcale nie ma dostarczyć danych przydatnych do lepszego kierowania państwem, lecz posłużyć jako potężne źródło inwigilacji mieszkańców Polski, umożliwiające wzięcie na celownik osób, które władza z jakiegoś powodu uzna za podejrzane. Pamiętajmy zatem, że wszystko co napiszemy (lub nie) może zostać użyte przeciwko nam.

To nie nasza sprawa

Gdy piramida finansowa się zawali, pieniądze będą nie do odzyskania – a UOKiK wskazuje na organy ścigania.
W ostatnich latach w Polsce znacząco spadła opłacalność tradycyjnych form oszczędzania takich jak lokaty bankowe czy obligacje skarbowe. Wykorzystują to oszuści i nieuczciwi przedsiębiorcy, kusząc klientów ofertami rzekomego wysokiego zysku z różnych inwestycji alternatywnych w nietypowe dobra czy projekty. Sztandarowym przykładem może być afera GetBacku do której doszło pod rządami Prawa i Sprawiedliwości. Ponadto, wiele z tych działań obiecuje zarobek związany głównie z wprowadzeniem do projektu kolejnych osób, co ma cechy systemu promocyjnego typu piramida.
Piramida finansowa jako model działalności biznesowej jest kwalifikowana jako przestępstwo oszustwa (art. 286 kodeksu karnego) odbywające się w zorganizowany sposób. Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów Tomasz Chróstny informuje, że walka z tym zjawiskiem należy do kompetencji organów ścigania – on natomiast informuje, że może się zająć jedynie systemem promocyjnym typu piramida, który odnosi się do budowania sieci sprzedaży. To poniekąd umycie rąk i jasny sygnał dla obywateli, że gdy padną ofiarą piramidy finansowej, to UOKiK im nie pomoże.
Sprzedażowa piramida polega na tym, że konsument jest namawiany do udziału w „projekcie” w zamian za obietnicę wynagrodzenia lub innych korzyści, które są uzależnione przede wszystkim od wprowadzenia kolejnych osób. Organizowanie, prowadzenie i propagowanie takich systemów jest prawnie zakazane jako nieuczciwa praktyka rynkowa, ale nie jest uważane za oszustwo. Prezes UOKiK może za to nałożyć karę do 10 proc. rocznych obrotów organizatora piramidy.
Prezes Tomasz Chróstny tłumaczy też, że jeśli jakiś przedsiębiorca pobiera wpłaty, ale nie ma zamiaru wypłacać obiecanych zysków, to także mamy do czynienia z oszustem, którym powinny się zająć organy ścigania, a nie UOKiK. Jego zdaniem, dopiero gdy przedsiębiorca wprowadza konsumentów w błąd co do szczegółów oferty i zataja informacje o ryzyku, to jest to sprawa dla prezesa UOKiK. Jak widać, szef UOKiK dość wąsko określił zakres swoich kompetencji, co wygląda na próbę stworzenia sobie ochrony przed ewentualnymi zarzutami braku aktywności (o skuteczności już nie mówiąc).
Prezes Chróstny chce oczywiście sprawić wrażenie wysokiej aktywności swojego urzędu: – Konsekwentnie ostrzegamy konsumentów przed lokowaniem pieniędzy w niesprawdzone, niekonwencjonalne projekty. W ubiegłym roku prowadziliśmy np. kampanię „Sprawdzaj, czytaj, pytaj”, podczas której radziliśmy, aby dokładnie sprawdzać każdą ofertę i nie wierzyć w szybki zysk bez ryzyka. Gdy identyfikujemy podejrzenie praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów, podejmujemy działania w toku postępowań, kończących się nierzadko dotkliwymi karami finansowymi. Natomiast tam, gdzie jest podejrzenie popełnienia przestępstwa, w szczególności oszustwa, właściwe są organy ścigania – o tego typu sprawach zawiadamiamy prokuraturę – mówi szef UOKiK.
Urząd policzył, że w ciągu ostatnich ośmiu miesięcy prezes Tomasz Chróstny przekazał organom śledczym 12 informacji o tzw. „projektach inwestycyjnych”, takich jak portfele kryptowalut, weksle inwestycyjne czy oferta zysków z legalizacji marihuany. Często takie projekty wymagają od konsumentów wpłaty wstępnej, a następnie wypłatę z inwestycji warunkują dokonaniem kolejnych wpłat Wszystko to może naruszać przepisy prawa karnego. Większość organizatorów tych projektów ma jednak siedzibę poza Unią Europejską, co oznacza, że odzyskanie zainwestowanych pieniędzy może okazać się bardzo trudne.

Czas próby dla sędziów

PiS przejęło kierowanie Sądem Najwyższym. To ważne dla prominentów tego ugrupowania, bo po zmianie władzy mogą oczekiwać odpowiedzialności karnej, a „własny” sąd zapewne pozwoli jej uniknąć.

W związku z zakończeniem pracy I prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzaty Gersdorf, przewodniczący Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia” Krystian Markiewicz uznał, iż była to kadencja historyczna, bez wątpienia jedna z najtrudniejszych w ponad 100-letniej historii Sądu Najwyższego. Nigdy bowiem wcześniej w historii polskiego sądownictwa nie było tak bezpardonowego, brutalnego ataku na Sąd Najwyższy ze strony polityków partii rządzącej oraz prokuratury. Nigdy też wcześniej I prezes SN nie znalazł się w sytuacji, gdy instytucje takie jak Trybunał Konstytucyjny czy Krajowa Rada Sądownictwa, nie współpracują z Sądem Najwyższym, lecz wraz z politykami szukają sposobu na sparaliżowanie i zniszczenie jego niezależności. Nigdy wcześniej wreszcie nie było sytuacji, w której władza tworzyła sprzeczne z Konstytucją prawo, mające na celu usunięcie ze stanowiska I prezesa SN. Jak stwierdził K. Markiewicz, prof. Gersdorf przetrwała te zmasowane ataki na Sąd Najwyższy i na nią samą. Dawała świadectwo prawdy, w Polsce i w Europie. Dbała o dobre imię SN. Angażowała się w setki spotkań, konferencji, działań. Dzięki temu – nigdy nie była sama. Odpowiedź, która nadeszła do niej w tych wyjątkowych czasach, także była wyjątkowa: sędziowie i obywatele stanęli razem, w obronie wartości i w obronie I prezes SN. Setki tysięcy Polaków wychodziły na ulice, a z całego świata od różnych instytucji i organizacji płynęły słowa wsparcia i uznania. „Te chwile zostały w naszej pamięci i dały nam wszystkim wiele siły” – dodał sędzia K. Markiewicz. Jak mówił, to był czas wielkiej próby dla wszystkich sędziów – i nigdy wcześniej współpraca między Sądem Najwyższym a SSP Iustitia nie układała się tak dobrze. Sąd Najwyższy i sędziowie sądów powszechnych zawsze byli zgodni co do najważniejszych spraw: trzeba robić wszystko, by chronić prawa i wolności każdego człowieka. W rezultacie, sędziom udało się coś, co nie udaje się niestety politykom: w środowisku sędziowskim rozmawiają, uczą się od siebie nawzajem. „Połączyliśmy doświadczenie z przyszłością, mądrość i rozwagę autorytetów z energią tysięcy sędziów w całej Polsce. Mamy i odwagę, i pokorę. Mamy też zaufanie wobec siebie nawzajem. Nasza siła tkwi właśnie w tym, że idziemy dalej do przodu razem. To jest recepta na długie dystanse” – podkreślił K. Markiewicz. Stwierdził też, że koniec kadencji I prezesa SN to żaden koniec – bo niezależny Sąd Najwyższy przetrwa w sędziach: „To nasz pokoleniowy moment próby”. Każdy sąd powszechny w Polsce, każdy sędzia, będzie jak SN. Będzie – oby – stał na straży Konstytucji. To niezłomność sędziów będzie skałą, na której przetrwa nadzieja Polaków na sprawiedliwość. A bogini sprawiedliwości nie da się ani kupić, ani zakneblować. Cóż, słowa szefa Iustitii są wzniosłe, ale czas pokaże, jak rzeczywiście będą się zachowywać sędziowie.

Bigos tygodniowy

„W opinii Marcina Roszkowskiego, prezesa Instytutu Jagiellońskiego, inflacja stanowi de facto rodzaj dodatkowego podatku, który powoduje, że władze na niej korzystają. – Czy są powody do obaw ze strony gospodarstw domowych czy przedsiębiorców? – zastanawia się prezes Roszkowski. – Inflacja będzie dotkliwa w sektorach gospodarki produkujących dobra powszechne, takich jak żywność czy energia. Dotknie też w sposób szczególny gospodarstwa domowe uboższe i ze średnimi dochodami. Jeśli będzie się długo utrzymywała i jej poziom okaże się wysoki – może być dla tych grup społecznie dolegliwa.” – to z hiperpropisowskiego i prorządowego „tygodnika niepodległego Polaka, „Gazety Polskiej”. Czyli skoro nawet tam, to strach się bać co się szykuje.

Agent Tomek złożył zeznania o nadużyciach swoich eksszefów z CBA, „Mario” Kamińskim, polskim Józefie Fouchè i Wąsiku Macieju. Ci dwaj imprezowi chłopcy (old boye), którzy jak się bawią, to na całego, mieli nakłaniać go do bezprawnych działań w stosunku. Do Jolanty i Aleksandra Kwaśniewskich. Sprawa wygląda na rozwojową.

Jak polska polityka zagraniczna może być na jakimś poziomie, skoro stary, flegmatyczny Czaputowicz ma za współpracowników samych świętych młodzieniaszków, którzy nie umieją nic innego poza zaognianiem sytuacji. Dyplomatami czy szefami dyplomacji powinni być ludzie doświadczeni, najlepiej w średnim wieku, bo to wyjątkowo delikatna materia. Stawianie tu na stanowiskach młodych, gorliwych prawu sków-hunwejbinków, wychowanków rydzykowszczyzny to proszenie się o ciągle potknięcia.

Ordo Iuris przygotowało na zlecenie ministra nauki-wicepremiera Gowina Jarosława projekt ustawy, w którym znalazł się następujący passus: „Wykładowca ma obowiązek nauczać zgodnie z aksjologią państwa i w duchu wartości chrześcijańskich”. Ciekawe jestem do kogo owego „ducha wartości chrześcijańskich” adresowaliby za kilka lat wykładowcy? Młode polskie pokolenie bije światowy rekord w tempie ulegania procesowi laicyzacji i odchodzenia od praktyk religijnych w Kościoła katolickiego (badania Pew Research Center). Wystarczy zresztą obserwować wiernych wychodzących z kościoła po mszy by się o tym empirycznie przekonać. Często czynię takie obserwacje w niedziele z balkonu w Iławie, na katolickiej Warmii, bo mam tamtejszą świątynię jak na patelni. Zdecydowana większość wychodzących to osoby w wieku 50 plus. Osoby poniżej trzydziestki czy czterdziestki trzeba „wyłuskiwać” w tym tłumie. Wracam do wcześniejszego pytania. Do kogo będą adresować wykładowcy „ducha wartości chrześcijańskich”. Do ducha właśnie. Może do ducha z Canterville albo z Halloween?

W Rzeszowie, stolicy pisowsko-konserwatywnego bastionu wyborczego ksiądz wychodzący z ministrantami z bloku po tzw. kolędzie został ostrzelany z karabinu. Uspokajam: nie z broni ostrej, lecz śrutem z wiatrówki. W wolnej Polsce! A tak było dobrze w PRL, gdy Księży po kolędzie przyjmowała nawet część tzw. partyjnych. I komu to przeszkadzało?

„Chociaż wszelkie sondaże dają Andrzejowi Dudzie zdecydowaną przewagę nad pozostałymi kandydatami, a główna rywalka Małgorzata Kidawa-Błońska zalicza całą serię wpadek w stylu soft Petru, otoczenie prezydenta nie powinno tracić czujności. Możliwa druga tura może przynieść zwrot o 180 stopni. I postać Małgorzaty Kidawy-Błońskiej ma tu najmniejsze znaczenie. Bo choć prawdopodobnie kandydatka Platformy znajdzie się w decydującej rozgrywce, to jej potencjalni wyborcy nie będą wcale głosowali za jej wdziękiem, elokwencją, wiedzą, skutecznością (niepotrzebne skreślić, inne przymioty można dodać wedle uznania – przyp. AM). Będą głosować przeciwko PiS. Przeciwko perspektywie kolejnego sukcesu wyborczego partii Jarosława Kaczyńskiego. I ten czynnik będzie decydujący. Nie postać kandydata (a raczej kandydatki), nie reprezentowany przez niego (tudzież nią) szyld wyborczy. Wszystkie siły zostaną rzucone nie za kimś, ale przeciwko Dudzie. A nawet nie Dudzie, tylko „Polsce Kaczyńskiego”. Dlatego niedawnego sondażu wskazującego na małą różnicę między Kidawą-Błońską a urzędującym prezydentem nie traktowałbym w kategoriach political fiction na zamówienie opozycji. Ten wariant jest możliwy.
Trudno o lepszy sygnał ostrzegawczy dla obozu władzy. Za wcześnie na samozachwyt i odprężenie. Był już jeden kandydat, któremu pewną reelekcję miało zabrać tylko przejechanie „ciężarnej zakonnicy na pasach”. W te buty nie warto wchodzić. Podobnie jak pod żyrandol. Ale tę lekcję Andrzej Duda już odrobił” – to cytat z jednego z propisowskich portali.

Vera Jurowa, wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej przybyła do Polski jako pierwsza przedstawicielka struktur Unii po uchwaleniu „kagańcówki”. Odmówiła spotkania z neo-KRS. PiS będzie jeszcze płakało z tęsknoty za Franzem Timmermansem

Jakoś przycichło wokół popularnej niegdyś „nagrody” dla „Dziennikarskiej Hieny Roku”. Mimo to spełniam swoją powinność i rekomenduję swoje kandydatury. Za rok 2018 rekomendowałem Hienę Zbiorową z Holecką Danutą na czele, w tym także m.in. Klarenbacha Adriana. Jednak n.p. Holecka się ze swoim północnokoreańskim stylem opatrzyła, Klarenbach jakoś poczciwiał, otoczył tłuszczem, rechocze jowialnie do wszystkich. W tym roku wystawiam zatem moje dwie nowe kandydatury, do jednej „starej”, z poprzedniego roku. Zacznę od „starej”: od Rachonia Michała, ale nie jest to proste przekopiowanie, bo w 2019 roku Rachoń zaczął prowadzić poranny program „Jedziemy”. Zaprasza do niego rozmaitych propisowskich żurnalistów i śmieszne figury w rodzaju Kowalskiego Mariana, Pietrzaka Jana czy aktora Jakimowicza Jarosława. Wesolutki i euforyczny, z wyraźnymi objawami ADHD jakby się czymś najarał (może by go tam sprawdzili, przecież pisano już kilkakrotnie o paleniu maryśki na Placu Powstańców Warszawy?) prowadzi Rachoń program w tonie knajackiego rechotu. Dwie moje nowe kandydatury to Magdalena Ogórek (nowa ksywka „Konopielka”) i Jacek Łęski, którzy w duecie prowadzą program „Studio Polska”. Wykazują się w nim taką propisowską gorliwą stronniczością, że Klarenbach, to przy bezstronny spiker z dawnej BBC.

Czego Kaczyński nie powiedział

Dwie rzeczy ważne powiedział w Stalowej Woli Jarosław Kaczyński.

Pierwsza to ta, że roztoczył przed rozentuzjazmowanym tłumem apokaliptyczną wizję homoseksualnych i ateistycznych bojówek, które sterroryzują zwykłych, spokojnych polskich katolików. Chcą one „wedrzeć się do naszych rodzin, do naszych szkół, przedszkoli i naszego życia. Oni chcą odebrać nasze świętości i nasze prawa”.
Staram się sobie wyobrazić te bandy dyszących mordem homoseksualistów, które jak już się wedrą do rodzin (?), szkół, przedszkoli i naszego życia (?) i wtedy… No właśnie, i co wtedy? Przymuszą do aktów homoseksualnych dziatwę i dorosłych heteryków? Zadekretują niewiarę w Boga, wywołają wymioty na myśl o pójściu do kościoła? Naprawdę Kaczyński w to wierzy? Wątpię. Bardziej prawdopodobne, że wierzą w to jego wyborcy, ponieważ od tak dawna PiS i powolne mu media tworzą atmosferę oblężonej twierdzy, że ludzie i tak już dostatecznie skrzywdzeni przez 30 lat bandyckiego kapitalizmu, chętnie uwierzą, że są ofiarami zmowy ciemnych sił. Są, owszem, ale nie tych, które tak przekonująco rysował w Stalowej Woli Jarosław Kaczyński.
Drugą ważną rzeczą, którą wypowiedział Jarosław Kaczyński jest jednoznaczne i bezwarunkowe poparcie dla arcybiskupa Jędraszewskiego. Powiedział: „Jestem ogromnie wdzięczny abp. Markowi Jędraszewskiemu za to, że w słowach zdecydowanych ujął ten problem. Powiem z tego miejsca: jesteśmy tobie ekscelencjo z całego serca wdzięczni”. Ta czołobitna deklaracja skierowana była nie do człowieka przecież, tylko dla jego jątrzących i pełnych agresji jego słów pod adresem ludzi, różniących się od zadekretowanego przez ortodoksyjnych katolików wzoru ludzkiego osobnika. Kaczyński poparł tym samym tę część polskiego Kościoła katolickiego, która ma chciwy pysk pazernego klechy, trzymającego żelazną ręką swoją trzódkę, potrafiącego jednym słowem i umiejętnym podburzaniem fanatycznego motłochu zniszczyć każdą próbę myślenia na własny rachunek.
Tak, Kaczyński pogłębił i tak już dostatecznie szkodliwy podział polskiego społeczeństwa, według mnie nie do zasypania w ciągu najbliższej dekady. Postawił siebie i swoich zwolenników na pozycjach, z których nie ma ani odwrotu, ani w gruncie rzeczy żadnego manewru. Nie jest mu to zresztą do niczego potrzebne. On już dawno poszedł na wojnę i chce ją wygrać, niezależnie od liczby ofiar. Bo to, że ofiary będą, to już jest postanowione. Kaczyński bardzo liczy na tę wojnę, bo ona załatwia mu niemal wszystko: zwycięstwo nad opozycją i święty spokój ze strony tych, którzy jako jedyni są w stanie mu naprawdę zagrozić – ze strony lewicy.
Chodzi bowiem o to, by wszyscy, którzy uważają Kaczyńskiego i jego kohortę za wroga stanęli na froncie przez niego wytyczonym. Na froncie wojny z wyimaginowanymi wrogami: LGBT i ateistami. Kiedy walczące strony zajmą się tylko i wyłącznie starciami w tych bitwach, nie będą zajmowały się sprawami społecznej własności środków produkcji, nacjonalizacją, nowym kształtem relacji społecznych, prawdziwym równouprawnieniem, kryzysem klimatycznym i zapewnieniem światowego pokoju. I Kaczyńskiego, i jego neoliberalnych „przeciwników” taka wojna urządza. Jeśli lewica da się na nią zapędzić, to przegra podwójnie. To jest ta trzecia rzecz, której nie powiedział.

Amunicja na wybory jest. A gdzie są armaty?

Żadnych hipotez, żadnych scenariuszy wyborczych, powyborczych. Tylko „tu i teraz”, tylko twarde fakty.

Od czterech lat przedmiotem totalnej krytyki jest reforma szkolnictwa i jej twarz, minister Anna Zalewska. Krytykowali ją wszyscy, opozycja polityczna, organizacje pozarządowe, eksperci i samorządowcy. Minister Zalewska dla wszystkich miała swój telewizyjny uśmiech i żadnych odpowiedzi merytorycznych. Prezentując więcej niż zawodowy optymizm, nie wchodząc w żadne polemiki, minister Zalewska stanowczo i stale twierdziła, że reforma jest słuszna, dobrze przemyślana i policzona – nie generuje żadnych problemów i żadnych kosztów. Tuż przed wejściem reformy w życie Anna Zalewska zdała urząd, wystartowała w wyborach do Parlamentu Europejskiego, zdobyła ku mojemu zaskoczeniu mandat europosła i nie ma już jej na krajowej scenie.
Reforma Anny Zalewskiej weszła w życie. Jej jedynym głoszonym publicznie uzasadnieniem, było powtarzane jak mantra zdanie : bo tego chcieli obywatele, bo taka była obietnica wyborcza Prawa i Solidarności – a Prawo i Sprawiedliwość dotrzymuje obietnic wyborczych.
Przez cztery lata, przy nieustającym sprzeciwie wszystkich zainteresowanych rząd „robił” reformę. Gdy nastał czas próby i zaczęły się egzaminy do szkół ponadpodstawowych — okazało się, że mamy problem.
Nie będę zajmował się istotą rzeczy, materiałów i informacji dotyczących sprawy jest aż nadto we wszystkich mediach. Chciałbym zająć się sprawą języka ludzi władzy, występujących w mediach i tłumaczących, że żadnego problemu braku miejsc w szkołach dla tegorocznych absolwentów nie ma, a jeżeli gdzieś zdarzają się jakieś trudności, to jest to wynik nieudolności samorządów albo, co jeszcze groźniej wybrzmiało, spisku prezydentów i burmistrzów pochodzących z totalnej opozycji politycznej, która świadomie i celowo stwarza trudne sytuacje naszej młodzieży.
Takie działania to w języku prawa dywersja. Dla ludzi robiących dywersję wobec państwa, wykorzystujących swoje stanowiska służbowe, właściwe miejsce jest w więzieniu. Czekam na odpowiednie ruchy prokuratury i osobiście prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości w jednej osobie Zbigniewa Ziobry albo jego zastępcy, jeszcze groźniejszego z wyglądu — Bogdana Święczkowskiego. Albo — albo: jeżeli publicznie głosi się takie oskarżenia wobec wielu samorządowców, to sprawa nie może rozejść się „po kościach”. Skoro za domalowanie tęczy matce boskiej częstochowskiej policja potrafiła z samego rana odwiedzić autorkę tego artystycznego happeningu, to tym bardziej należy spodziewać się zdecydowanych działań w wypadku czegoś, co naprawdę można nazwać sabotażem.
Następca minister Zalewskiej, też nauczyciel, ze swadą zawodowego propagandysty zakłamuje rzeczywistość. W jego wypowiedziach jest tyle słów, że trudno zrozumieć najprostszą sprawę — są kłopoty z przyjęciem do szkoły z maturalnymi uprawnieniami wszystkich tegorocznych absolwentów, mających takie ambicje — czy nie ma takich kłopotów?
Słuchając ministra, można odnieść wrażenie, że żyje on w alternatywnej rzeczywistości — wszystko jest pod kontrolą, państwo działa, każdy uczeń ma zagwarantowane prawo do kontynuowania nauki do określonego prawem wieku, samorządy, które chciały i starały się, nie mają żadnych problemów, ba mają nawet nadwyżki wolnych miejsc w swoich szkołach — a takie, które nie popierają obecnej władzy, sztucznie mnożą problemy z rekrutacją, licząc na to, że wpłynie to na wynik zbliżających się wyborów.
Odnotować jednak trzeba słuszne działania rządu — zastępca innego ministra, który z rozbrajającą szczerością zaproponował, aby uczniowie, dla których zabrakło miejsca w wybranej szkole, poszukali sobie szkoły za granicą, nie jest już wiceministrem. To dobry sygnał — bez względu na to od kogo wyszedł — ten wniosek o dymisję.
Dymisji minister Zalewskiej nie doczekamy się, jako że za zgodą samego Prezesa wszystkich Prezesów zasiada w Parlamencie Europejskim. Można jedynie zastanawiać się, czy gdyby wybory do Parlamentu Europejskiego odbywały się po tym, co dzieje się teraz w polskich miastach, to Anna Zalewska uzyskałaby mandat, czy jednak nie? Ale to już tylko takie puste pytanie.
Skoro nie będzie dymisji minister Zalewskiej, trzeba na wszelkie sposoby doprowadzić do tego, aby dymisję otrzymało całe Prawo i Sprawiedliwość jako formacja rządząca. To w rządzie PiS-u Zalewska była bowiem ministrem, to ten rząd firmował tę reformę.
Jak dotąd w mediach przebija się narracja rządowa, że nie ma żadnych kłopotów z rekrutacją, a jeżeli gdzieś występują jakieś kłopoty. to jest wina samorządów.
Tak nie może zostać. Nie może być tak, że za absurdalną reformę Zalewskiej zapłacą samorządy, a nie rząd, który wprowadził tą reformę. To jest naprawdę dobre narzędzie do politycznej batalii w kampanii wyborczej, to jest doskonały temat na debaty publiczne z udziałem młodzieży. Mamy pierwsze odnotowane działania młodych ludzi, którzy w starciu z urzędnikami państwa, odpowiedzialnymi za reformę oświaty — na spotkaniach z kuratorami jako przedstawicielami państwa polskiego — dali wyraz swoich uczuć, ocen i poglądów na temat reformy Zalewskiej. Na marginesie: eurodeputowanej, która zgłosiła chęć zajmowania się w PE sprawami ochrony środowiska, nie oświaty i szkolnictwa. No comment!
Innym przykładem nieudolności obecnej ekipy rządzącej Polską jest to, co dzieje się z lekami. Problem narastał od dawna, nikt nie może tłumaczyć się, że to stało się nagle, ani tłumaczyć, że to problem wielu krajów. To prawda, kryzys lekowy narastał, jego korzenie są poza krajem, ale tym bardziej jest konieczne, aby rządzący powiedzieli, co robili, aby przygotować się do niego. Nie może być tak, że różnice w ocenie ilości brakujących leków pomiędzy ministrem zdrowia a przedstawicielem nadzoru farmaceutycznego sięgały 100%. Powiedzenie, że to nie apteka — nie ma tu zastosowania.
Zdrowie i życie to poziom potrzeb podstawowych. Zagrożenia w realizacji tych potrzeb wyrzucały zawsze rządzących z siodła. W kampanii wyborczej trzeba zderzać zapewnienia i plany rządu o darmowych lekach dla seniorów z brakiem podstawowych leków na nadciśnienie czy cukrzycę.
To dobry przykład na państwo PiS w działaniu. A nie w gadaniu, które im wychodzi dużo lepiej.
Logika władzy jest taka, że szans na szybką dymisję ministra zdrowia tuż przed wyborami nie ma. Jego zdymisjonowanie byłoby przyznaniem się do winy, a tego żadna władza nie robi. Ale opozycja ma amunicję.
Pytanie — czy ma działa? I czy umie strzelać?

Są jeszcze sędziowie…

PiS-owska władza jest konsekwentna. Działalność w obronie Konstytucji
i zasad trójpodziału władzy nie może pozostać bez kary.

W 2017 r. w Polsce w ramach pakietu zmian prawnych dotyczących sądownictwa stworzono system dyscyplinarny, który miał zapewnić podporządkowanie sędziów woli politycznej.
Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia” opracowało kompleksowy raport, opisujący przypadki represji władz wobec niezależnych polskich sędziów. W raporcie opisano różnego rodzaju działania, jakie zostały już podjęte, wobec dwudziestu jeden polskich sędziów. Raport sporządził sędzia Jakub Kościerzyński.
– Metody działania rzeczników dyscyplinarnych Piotra Schaba, Michała Lasoty i Przemysława Radzika, których na tych stanowiskach obsadził Zbigniew Ziobro, pokazują, że na ich celowniku znaleźli się sędziowie broniący niezależności sądownictwa – komentuje prezes Iustitii prof. Krystian
Markiewicz.
Wzięto na celownik sędziów, którzy sprzeciwiali się niekonstytucyjnym zmianom w wymiarze sprawiedliwości.
Pretekstów może być wiele: wypowiedź publiczna, założenie koszulki z napisem „Konstytucja”, zwrócenie się do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z pytaniem prejudycjalnym, wydanie orzeczenia nie po myśli prokuratury lub władzy politycznej.
Postępowania dyscyplinarne to bynajmniej nie jedyne represje, jakie dotykają sędziów, którzy domagają się przestrzegania zasad praworządności w Polsce przez pozostałe władze. Takim sędziom likwiduje się wydziały i stanowiska bądź zmienia zakres czynności, by musieli orzekać w sprawach, z którymi wcześniej nie mieli styczności. Wtedy łatwiej o potknięcie i pretekst do postępowania dyscyplinarnego.
Najnowszym wydarzeniem, które wskazuje na polityczne podłoże działań nominowanych przez Zbigniewa Ziobrę prezesów, jest niedawna decyzja prezesa warszawskiego sądu Macieja Mitery, powołanego na tę funkcję przez Zbigniewa Ziobrę dotycząca sędziego Łukasza Bilińskiego. Sędzia Biliński rozpoznawał sprawy dotyczące uczestników obywatelskich manifestacji, wyrażających sprzeciw wobec polityki obecnego rządu, także w obszarze wymiaru sprawiedliwości. Wyroki uniewinniające demonstrantów, wydawane przez tego sędziego, spotykały się z krytyką ważnych polityków partii rządzącej. Prezes Maciej Mitera z dniem 1 lipca br. przeniósł zatem sędziego Bilińskiego, jako jedynego sędziego wydziału karnego, do wydziału rodzinnego.
Publikacja raportu zbiega się z wizytą w Polsce prezesa Amerykańskiego Stowarzyszenia Prawników Boba Carlsona. Amerykańskie sądownictwo może nie grzeszy jakością – ale na pewno jest niezależne.
– Mam nadzieję, że nasze amerykańskie koleżanki i koledzy będą wskazywać polskim władzom, że tylko niezależne sądownictwo może gwarantować dobre relacje ekonomiczne między naszymi krajami – mówi prezes Iustitii.
Represje dotykają też prokuratorów – jak ostatnio, czasowe zdegradowanie i przeniesienie prokuratora Mariusza Krasonia z Krakowa do Wrocławia.
Prokurator Krasoń z Prokuratury Regionalnej dowiedział się, że decyzją Prokuratora Krajowego Bogdana Święczkowskiego zostaje w trybie natychmiastowym oddelegowany do wrocławskiej Prokuratury Rejonowej (czyli o dwa szczeble niżej). To on właśnie był inicjatorem przyjęcia przez krakowskich prokuratorów uchwały, krytycznej wobec upolityczniania wymiaru sprawiedliwości.
Dziś w Polsce taka działalność stanowi poważne przewinienie. Prokuratora Krasonia spotkała zatem zasłużona kara. Przeniesienie jest na pół roku, więc zgodnie z przepisami nie wymagało zgody przenoszonego.
W miarę potrzeby, jeżeli prokurator Krasoń się nie uspokoi, takie półroczne delegacje będą mogły być powtarzane. W Polsce jest przecież wiele Prokuratur Rejonowych, w których Krasoń jeszcze nie pracował.
Podobnych spraw jest więcej, nie o wszystkich wiadomo, niektóre są we wstępnej fazie. Raport daje jednak pewne pojęcie na temat skali szykan, jakie dotykają sędziów dlatego, że domagają się przestrzegania Konstytucji przez pozostałe władze. Kto ma sądy, ma już władzę absolutną. Są jeszcze sędziowie w Polsce (i prokuratorzy też), którzy stoją na straży praw i wolności obywatelskich zapisanych w Konstytucji. Nie godzą się na pozbawienie obywateli prawa do sprawiedliwego procesu przed bezstronnym i niezawisłym sądem. Ale co będzie, gdy ich zabraknie?

Czego życzę Panu Prezesowi

Jarosław Kaczyński kończy 70 lat w dniu 18 czerwca. W młodości ponoć założył sobie, że będzie rządził do dziewięćdziesiątki, aby pobić rekord kanclerza Adenauera. Już wiadomo, że mu się nie uda – za późno zaczął sprawować władzę. Ale klimat mamy taki, że następne wybory parlamentarne będą należeć do niego, więc przynajmniej część tej zapowiedzi ma szansę się spełnić.
Jarosławowi Kaczyńskiemu w dzień urodzin, ale również i sobie (obchodzę swoje urodziny dwa dni wcześniej) chciałabym życzyć, aby nie przyszedł po nim na stanowisko prezesa partii nikt „gorszy”.
Zdaję sobie sprawę, że po Jarosławie Kaczyńskim losy PiS staną się wielką niewiadomą. W powszechnej opinii – raczej słusznej – nie wyhodował on sobie żadnego godnego go następcy. Jeśli więc Kaczyński przejdzie na polityczną emeryturę, będziemy skazani na przejęcie sterów na prawicy przez Joachima Brudzińskiego lub Zbigniewa Ziobrę. To mało korzystna perspektywa.
Choćby ostatni przypadek, kiedy Zbigniew Ziobro rwał się do pozywania wykładowców z Uniwersytetu Jagiellońskiego pokazał, że interwencja Jarosława Kaczyńskiego bywa jednak zbawienna, i że politycy z jego – oraz pokrewnych – ugrupowań, potrzebują kogoś, by ich tonował w zbyt szybkim marszu ku autorytaryzmowi.
Jarosław Kaczyński długo nie mógł zaistnieć w polityce krajowej, zawsze pozostawał w czyimś cieniu. Ominął go strajk w stoczni, ominęło ogłoszenie stanu wojennego. Teraz wreszcie gra pierwsze skrzypce.
Życzę panu prezesowi, żeby po nim nie przyszedł potop. Żeby pokolenie, któremu podarował 500 plus, nie musiało spłacać olbrzymich długów. Żeby nie zjadły nas podatki i żebyśmy nie podzielili losu Grecji, kiedy będzie dobijał do swojej długo zapowiadanej dziewięćdziesiątki.
Życzę mu, aby chęć kupowania wyborców Prawu i Sprawiedliwości wyewoluowała w końcu w prawdziwie lewicowe myślenie – z socjalem lub bezwarunkowym dochodem podstawowym w swoich założeniach. To oczywiście marzenie ściętej głowy, ale gdyby prezes zabrał się za to już dziś, mamy przed sobą dwie dekady potencjalnego dobrobytu.

Władza mówi. „Trybuna” tłumaczy

Pan premier – milioner Mateusz Morawiecki, podczas spotkań z protestującymi sadownikami i plantatorami owoców, winą za obecną zmowę cenową i monopolistyczne praktyki przedsiębiorstw skupu i przetwórstwa owoców obarczył minioną władzę. Czyli rządzących od 1990 roku. A także zagranicznych kapitalistów – wyzyskiwaczy Narodu Polskiego.

 

Sługa wyzyskiwaczy

Nie obarczył tym razem „komunizmu” i „PRL”, co zwykle czyni. Może przypomniał sobie, że w Polsce Ludowej, z wyjątkiem krótkiego okresu stalinowskiego, sadownicy i plantatorzy należeli do bogatych grup społecznych.
Pan premier milioner nie wspomniał, że w 1998 roku trafił do elit władzy. Był dyrektorem Departamentu Negocjacji Akcesyjnych Komitetu Integracji Europejskie, gdzie silnie pracował nad szybkim wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej. Od 2010 roku był prominentnym członkiem Rady Gospodarczej przy premierze Donaldzie Tusku.
Od 2015 roku był ministrem w rządzie pani premier Beaty Szydło, obecnie sam jest premierem.
W 1995 roku obecny premier – milioner odbył staż w Niemieckim Banku Federalnym. Ważnym centrum zagranicznych kapitalistów – wyzyskiwaczy Narodu Polskiego.
Zdobytą tam wiedzę i wyzyskiwacze umiejętności wykorzystywał pracując w bankach. Od 2001 roku był członkiem Zarządu Banku Zachodniego WBK, wówczas należącego do irlandzkich kapitalistów wyzyskiwaczy Narodu Polskiego. Od 2007 do 2015 roku był prezesem tegoż banku, który w międzyczasie zmienił właścicieli.
Irlandzcy wyzyskiwacze Narodu Polskiego sprzedali go hiszpańskim wyzyskiwaczom Narodu Polskiego.
Na służbie u irlandzkich i hiszpańskich wyzyskiwaczy Narodu Polskiego pan Mateusz Morawiecki zarobił przynajmniej sto milionów złotych. Jest najbogatszym premierem od 1918 roku, czyli najbogatszym premierem w historii Polski.
Dzięki pracy w rządzie i przede wszystkim pracy dla wyzyskiwaczy Narodu Polskiego.

 

Głowa anonimowa

Rośnie nam nowy kult jednostki – kult Lecha Kaczyńskiego. W czasie kropienia i odsłaniania pomnika Lecha Kaczyńskiego w Kraśniku odczytano List od jego brata, pana sułtana Jarosława Kaczyńskiego.
Wśród licznych zasług ofiary katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem, brat Jarosław wymienił posadę „ministra głowy państwa”. Chodziło o ministra prezydenta Lecha Wałęsy. Ale jak widać „prezydent Lech Wałęsa” nie przechodzi przez gardło obecnego pana sułtana Kaczyńskiego i zastępuje go enigmatyczną „głową państwa”.
W czasie stanu wojennego cenzura nie pozwalała na wymienianie w środkach masowego przekazu nazwiska Lech Wałęsa, zwłaszcza jako przewodniczącego zdelegalizowanej NSZZ „Solidarność”. Taka decyzja była powodem do wielu kpin. Jacek Federowicz narysował portret Lecha Wałęsy i podpisał „Portret nieznanego mężczyzny z końca XX wieku”. Nie minęło 40 lat i znów ta karykatura staje się aktualna.
Czy oznacza to, że mamy już wstęp do kolejnego stanu wojennego?

Tylko w Opolu wszystko gra, czyli dekoncentracja PiS

Najwyraźniej skończyły się złote dla PiS czasy, gdy nie było żadnych grupowych i branżowych protestów rozlewających się po kraju, tylko pogardzane marsze „KOD-omitów”, a władzy samo rosło jak chłopu w polu. Dziś marszów jak na lekarstwo, „Wiadomości” i TVP Info nie mają się z czego pośmiać, ale przecież na tym padole łez, jak nie kijem go, to pałką. Wróg atakuje zewsząd, protesty wyrastają ni stąd ni zowąd jak grzybki po mżawkach, a PiS-owi coraz częściej zaczyna lecieć z rąk. Jak mawiał Witkacy, parodiując frazę góralską: „Kiedyś to były inkse casy”.

„Pieczywem” po pomnik Armii Czerwonej i inne udręki

W Dąbrowie Górniczej władze miejskie, nieprzychylne dekomunizacji, pokazały plecy tutejszemu IPN-owi, który nakazał im usunąć, w oparciu o ustawę dekomunizacyjną, pomnik Armii Czerwonej przy pewnym rondzie i do tego przy wsparciu miejscowej parafii. Z braku odpowiednich papierów i obstrukcji ze strony miasta, musiał więc IPN sam wziąć się do roboty i zastosować metodę improwizacyjno-chałupniczą. Po pomnik przyjechała zatem ekspedycja w postaci załogi samochodu dostawczego z napisem „Pieczywo”, „Wyroby cukiernicze” czy coś w tym rodzaju, wyszli z niego jacyś panowie i zabrali się do demontażu. Na to pojawiła się policja uważanego za kandydata na następcę Kaczyńskiego w roli prezesa PiS i zarazem ministra spraw wewnętrznych Joachima Brudzińskiego, wylegitymowała demontażystów skrytych pod szyldem piekarniczym i nakazała im odjechać precz, bo nie mieli żadnego pozwolenia na papierze, a pokazywali policjantom jedynie coś w telefonie komórkowym. Trudno i darmo – policja PiS zablokowała dekomunizację w Dąbrowie Górniczej. Po sądzie warszawskim, który zastopował w tym względzie wojewodę mazowieckiego. W tym samym czasie, w sobotni (9.06) poranek na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie rozpoczął się protest naukowców i studentów wspierający protest warszawski na UW. Prawnicy z kolei stowarzyszyli się w Komitet Obrony Sprawiedliwości, a ujawniony przykład więziennego znęcania się fizycznego i psychicznego (w Z.K. w Rzeszowie) nad b. prezesem Sądu Apelacyjnego w Krakowie Krzysztofem S. (odmówiono mu opieki lekarskiej powodując radykalne pogorszenie stanu zdrowia) bezpośredni sprawcy i polityczni mocodawcy tych praktyk mogą w przyszłości (n.p. Zbigniew Z.) bardzo ciężko to przypłacić. Tak ciężko, że nie chciałbym być w ich skórze. Także artyści z „Ziemi Obiecanej” nie ustępują ani o krok, z Karolem Borowieckim, Maksem Baumem i Morycem Weltem na czele, a do tego władza PiS musi przełknąć żabę w postaci wysokich honorów międzynarodowych dla znienawidzonej pisarki Olgi Tokarczuk (Londyn) i reżysera Pawła Pawlikowskiego (Cannes). Wszystko to (a to nie wszystko), na tle wielkiego cienia w postaci wyczynów seksualno-ginekologicznych jurnego i lubieżnego konserwatysty Pięty w tle, czyni wrażenie wręcz apokaliptyczne.

Suflerzy kuszą Prezesa

Nic więc dziwnego, że w tej sytuacji, czołowi publicystyczni harcownicy głównych prasowych tytułów propisowskich, „W Sieci”, Do Rzeczy” i „Gazety Polskiej” (oraz ich internetowych odnóg) czarno widzą i niepokoją się, że informacja, jakoby prezes dał zielone światło dla powrotu do ustawy o dekoncentracji mediów (przez oponentów zwanej kagańcową) to tylko fake news. I że zaprzeczający tweet rzeczniczki PiS Beaty Mazurek, to tylko zasłona dymna. Bracia Karnowscy, Andrzej Potocki czy Ryszard Makowski z „Sieci”, Robert Tekieli z „Gazety Polskiej” i nie oni jedni, powiadają, że bez wprowadzenia w życie zeszłorocznych pogróżek Krystyny Pawłowicz pod adresem krytycznych mediów („po wakacjach zabierzemy się za was”) PiS przegra przybierającą na sile wojnę medialną. Ale ich kolega Marcin Fijołek studzi im rozgorączkowane głowy dając do zrozumienia, że w sytuacji, gdy coraz bardziej czarno rysują się szanse na uniknięcie przez Polskę unijnych sankcji z powodu naruszeń praworządności przez rządy PiS, rozpętywanie wojny z Amerykanami (czyli TVN) i Niemcami (Axel Springer czyli „Fakt”) byłoby szaleństwem z góry skazanym na klęskę.

Zostaje metoda „na Koreę”

W tej sytuacji PiS-wi przyjdzie pogodzić się z trudną obecnością krytycznych mediów jako lustra jego grzechów i przyjąć zasadę, że „jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma”. No i liczyć na siłę rażenia „Wiadomości” Holeckiej, Ziemca i Adamczyka, obwieszczających sukcesy PiS, rządu i Polski, jak długa i szeroka mlekiem i miodem płynącej, niemal już drugiej Szwajcarii, z ogniem zaiste godnym prezenterów północnokoreańskich dzienników telewizyjnych. I może także na „Królową Lodu” z Polsatu, jeśli da radę. No i na Opole, gdzie po zeszłorocznym blamażu, znów wszystko gra i buczy, na chwałę Partii i Rządu, jak w szwajcarskim zegarku.