Czego Kaczyński nie powiedział

Dwie rzeczy ważne powiedział w Stalowej Woli Jarosław Kaczyński.

Pierwsza to ta, że roztoczył przed rozentuzjazmowanym tłumem apokaliptyczną wizję homoseksualnych i ateistycznych bojówek, które sterroryzują zwykłych, spokojnych polskich katolików. Chcą one „wedrzeć się do naszych rodzin, do naszych szkół, przedszkoli i naszego życia. Oni chcą odebrać nasze świętości i nasze prawa”.
Staram się sobie wyobrazić te bandy dyszących mordem homoseksualistów, które jak już się wedrą do rodzin (?), szkół, przedszkoli i naszego życia (?) i wtedy… No właśnie, i co wtedy? Przymuszą do aktów homoseksualnych dziatwę i dorosłych heteryków? Zadekretują niewiarę w Boga, wywołają wymioty na myśl o pójściu do kościoła? Naprawdę Kaczyński w to wierzy? Wątpię. Bardziej prawdopodobne, że wierzą w to jego wyborcy, ponieważ od tak dawna PiS i powolne mu media tworzą atmosferę oblężonej twierdzy, że ludzie i tak już dostatecznie skrzywdzeni przez 30 lat bandyckiego kapitalizmu, chętnie uwierzą, że są ofiarami zmowy ciemnych sił. Są, owszem, ale nie tych, które tak przekonująco rysował w Stalowej Woli Jarosław Kaczyński.
Drugą ważną rzeczą, którą wypowiedział Jarosław Kaczyński jest jednoznaczne i bezwarunkowe poparcie dla arcybiskupa Jędraszewskiego. Powiedział: „Jestem ogromnie wdzięczny abp. Markowi Jędraszewskiemu za to, że w słowach zdecydowanych ujął ten problem. Powiem z tego miejsca: jesteśmy tobie ekscelencjo z całego serca wdzięczni”. Ta czołobitna deklaracja skierowana była nie do człowieka przecież, tylko dla jego jątrzących i pełnych agresji jego słów pod adresem ludzi, różniących się od zadekretowanego przez ortodoksyjnych katolików wzoru ludzkiego osobnika. Kaczyński poparł tym samym tę część polskiego Kościoła katolickiego, która ma chciwy pysk pazernego klechy, trzymającego żelazną ręką swoją trzódkę, potrafiącego jednym słowem i umiejętnym podburzaniem fanatycznego motłochu zniszczyć każdą próbę myślenia na własny rachunek.
Tak, Kaczyński pogłębił i tak już dostatecznie szkodliwy podział polskiego społeczeństwa, według mnie nie do zasypania w ciągu najbliższej dekady. Postawił siebie i swoich zwolenników na pozycjach, z których nie ma ani odwrotu, ani w gruncie rzeczy żadnego manewru. Nie jest mu to zresztą do niczego potrzebne. On już dawno poszedł na wojnę i chce ją wygrać, niezależnie od liczby ofiar. Bo to, że ofiary będą, to już jest postanowione. Kaczyński bardzo liczy na tę wojnę, bo ona załatwia mu niemal wszystko: zwycięstwo nad opozycją i święty spokój ze strony tych, którzy jako jedyni są w stanie mu naprawdę zagrozić – ze strony lewicy.
Chodzi bowiem o to, by wszyscy, którzy uważają Kaczyńskiego i jego kohortę za wroga stanęli na froncie przez niego wytyczonym. Na froncie wojny z wyimaginowanymi wrogami: LGBT i ateistami. Kiedy walczące strony zajmą się tylko i wyłącznie starciami w tych bitwach, nie będą zajmowały się sprawami społecznej własności środków produkcji, nacjonalizacją, nowym kształtem relacji społecznych, prawdziwym równouprawnieniem, kryzysem klimatycznym i zapewnieniem światowego pokoju. I Kaczyńskiego, i jego neoliberalnych „przeciwników” taka wojna urządza. Jeśli lewica da się na nią zapędzić, to przegra podwójnie. To jest ta trzecia rzecz, której nie powiedział.

Amunicja na wybory jest. A gdzie są armaty?

Żadnych hipotez, żadnych scenariuszy wyborczych, powyborczych. Tylko „tu i teraz”, tylko twarde fakty.

Od czterech lat przedmiotem totalnej krytyki jest reforma szkolnictwa i jej twarz, minister Anna Zalewska. Krytykowali ją wszyscy, opozycja polityczna, organizacje pozarządowe, eksperci i samorządowcy. Minister Zalewska dla wszystkich miała swój telewizyjny uśmiech i żadnych odpowiedzi merytorycznych. Prezentując więcej niż zawodowy optymizm, nie wchodząc w żadne polemiki, minister Zalewska stanowczo i stale twierdziła, że reforma jest słuszna, dobrze przemyślana i policzona – nie generuje żadnych problemów i żadnych kosztów. Tuż przed wejściem reformy w życie Anna Zalewska zdała urząd, wystartowała w wyborach do Parlamentu Europejskiego, zdobyła ku mojemu zaskoczeniu mandat europosła i nie ma już jej na krajowej scenie.
Reforma Anny Zalewskiej weszła w życie. Jej jedynym głoszonym publicznie uzasadnieniem, było powtarzane jak mantra zdanie : bo tego chcieli obywatele, bo taka była obietnica wyborcza Prawa i Solidarności – a Prawo i Sprawiedliwość dotrzymuje obietnic wyborczych.
Przez cztery lata, przy nieustającym sprzeciwie wszystkich zainteresowanych rząd „robił” reformę. Gdy nastał czas próby i zaczęły się egzaminy do szkół ponadpodstawowych — okazało się, że mamy problem.
Nie będę zajmował się istotą rzeczy, materiałów i informacji dotyczących sprawy jest aż nadto we wszystkich mediach. Chciałbym zająć się sprawą języka ludzi władzy, występujących w mediach i tłumaczących, że żadnego problemu braku miejsc w szkołach dla tegorocznych absolwentów nie ma, a jeżeli gdzieś zdarzają się jakieś trudności, to jest to wynik nieudolności samorządów albo, co jeszcze groźniej wybrzmiało, spisku prezydentów i burmistrzów pochodzących z totalnej opozycji politycznej, która świadomie i celowo stwarza trudne sytuacje naszej młodzieży.
Takie działania to w języku prawa dywersja. Dla ludzi robiących dywersję wobec państwa, wykorzystujących swoje stanowiska służbowe, właściwe miejsce jest w więzieniu. Czekam na odpowiednie ruchy prokuratury i osobiście prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości w jednej osobie Zbigniewa Ziobry albo jego zastępcy, jeszcze groźniejszego z wyglądu — Bogdana Święczkowskiego. Albo — albo: jeżeli publicznie głosi się takie oskarżenia wobec wielu samorządowców, to sprawa nie może rozejść się „po kościach”. Skoro za domalowanie tęczy matce boskiej częstochowskiej policja potrafiła z samego rana odwiedzić autorkę tego artystycznego happeningu, to tym bardziej należy spodziewać się zdecydowanych działań w wypadku czegoś, co naprawdę można nazwać sabotażem.
Następca minister Zalewskiej, też nauczyciel, ze swadą zawodowego propagandysty zakłamuje rzeczywistość. W jego wypowiedziach jest tyle słów, że trudno zrozumieć najprostszą sprawę — są kłopoty z przyjęciem do szkoły z maturalnymi uprawnieniami wszystkich tegorocznych absolwentów, mających takie ambicje — czy nie ma takich kłopotów?
Słuchając ministra, można odnieść wrażenie, że żyje on w alternatywnej rzeczywistości — wszystko jest pod kontrolą, państwo działa, każdy uczeń ma zagwarantowane prawo do kontynuowania nauki do określonego prawem wieku, samorządy, które chciały i starały się, nie mają żadnych problemów, ba mają nawet nadwyżki wolnych miejsc w swoich szkołach — a takie, które nie popierają obecnej władzy, sztucznie mnożą problemy z rekrutacją, licząc na to, że wpłynie to na wynik zbliżających się wyborów.
Odnotować jednak trzeba słuszne działania rządu — zastępca innego ministra, który z rozbrajającą szczerością zaproponował, aby uczniowie, dla których zabrakło miejsca w wybranej szkole, poszukali sobie szkoły za granicą, nie jest już wiceministrem. To dobry sygnał — bez względu na to od kogo wyszedł — ten wniosek o dymisję.
Dymisji minister Zalewskiej nie doczekamy się, jako że za zgodą samego Prezesa wszystkich Prezesów zasiada w Parlamencie Europejskim. Można jedynie zastanawiać się, czy gdyby wybory do Parlamentu Europejskiego odbywały się po tym, co dzieje się teraz w polskich miastach, to Anna Zalewska uzyskałaby mandat, czy jednak nie? Ale to już tylko takie puste pytanie.
Skoro nie będzie dymisji minister Zalewskiej, trzeba na wszelkie sposoby doprowadzić do tego, aby dymisję otrzymało całe Prawo i Sprawiedliwość jako formacja rządząca. To w rządzie PiS-u Zalewska była bowiem ministrem, to ten rząd firmował tę reformę.
Jak dotąd w mediach przebija się narracja rządowa, że nie ma żadnych kłopotów z rekrutacją, a jeżeli gdzieś występują jakieś kłopoty. to jest wina samorządów.
Tak nie może zostać. Nie może być tak, że za absurdalną reformę Zalewskiej zapłacą samorządy, a nie rząd, który wprowadził tą reformę. To jest naprawdę dobre narzędzie do politycznej batalii w kampanii wyborczej, to jest doskonały temat na debaty publiczne z udziałem młodzieży. Mamy pierwsze odnotowane działania młodych ludzi, którzy w starciu z urzędnikami państwa, odpowiedzialnymi za reformę oświaty — na spotkaniach z kuratorami jako przedstawicielami państwa polskiego — dali wyraz swoich uczuć, ocen i poglądów na temat reformy Zalewskiej. Na marginesie: eurodeputowanej, która zgłosiła chęć zajmowania się w PE sprawami ochrony środowiska, nie oświaty i szkolnictwa. No comment!
Innym przykładem nieudolności obecnej ekipy rządzącej Polską jest to, co dzieje się z lekami. Problem narastał od dawna, nikt nie może tłumaczyć się, że to stało się nagle, ani tłumaczyć, że to problem wielu krajów. To prawda, kryzys lekowy narastał, jego korzenie są poza krajem, ale tym bardziej jest konieczne, aby rządzący powiedzieli, co robili, aby przygotować się do niego. Nie może być tak, że różnice w ocenie ilości brakujących leków pomiędzy ministrem zdrowia a przedstawicielem nadzoru farmaceutycznego sięgały 100%. Powiedzenie, że to nie apteka — nie ma tu zastosowania.
Zdrowie i życie to poziom potrzeb podstawowych. Zagrożenia w realizacji tych potrzeb wyrzucały zawsze rządzących z siodła. W kampanii wyborczej trzeba zderzać zapewnienia i plany rządu o darmowych lekach dla seniorów z brakiem podstawowych leków na nadciśnienie czy cukrzycę.
To dobry przykład na państwo PiS w działaniu. A nie w gadaniu, które im wychodzi dużo lepiej.
Logika władzy jest taka, że szans na szybką dymisję ministra zdrowia tuż przed wyborami nie ma. Jego zdymisjonowanie byłoby przyznaniem się do winy, a tego żadna władza nie robi. Ale opozycja ma amunicję.
Pytanie — czy ma działa? I czy umie strzelać?

Są jeszcze sędziowie…

PiS-owska władza jest konsekwentna. Działalność w obronie Konstytucji
i zasad trójpodziału władzy nie może pozostać bez kary.

W 2017 r. w Polsce w ramach pakietu zmian prawnych dotyczących sądownictwa stworzono system dyscyplinarny, który miał zapewnić podporządkowanie sędziów woli politycznej.
Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia” opracowało kompleksowy raport, opisujący przypadki represji władz wobec niezależnych polskich sędziów. W raporcie opisano różnego rodzaju działania, jakie zostały już podjęte, wobec dwudziestu jeden polskich sędziów. Raport sporządził sędzia Jakub Kościerzyński.
– Metody działania rzeczników dyscyplinarnych Piotra Schaba, Michała Lasoty i Przemysława Radzika, których na tych stanowiskach obsadził Zbigniew Ziobro, pokazują, że na ich celowniku znaleźli się sędziowie broniący niezależności sądownictwa – komentuje prezes Iustitii prof. Krystian
Markiewicz.
Wzięto na celownik sędziów, którzy sprzeciwiali się niekonstytucyjnym zmianom w wymiarze sprawiedliwości.
Pretekstów może być wiele: wypowiedź publiczna, założenie koszulki z napisem „Konstytucja”, zwrócenie się do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z pytaniem prejudycjalnym, wydanie orzeczenia nie po myśli prokuratury lub władzy politycznej.
Postępowania dyscyplinarne to bynajmniej nie jedyne represje, jakie dotykają sędziów, którzy domagają się przestrzegania zasad praworządności w Polsce przez pozostałe władze. Takim sędziom likwiduje się wydziały i stanowiska bądź zmienia zakres czynności, by musieli orzekać w sprawach, z którymi wcześniej nie mieli styczności. Wtedy łatwiej o potknięcie i pretekst do postępowania dyscyplinarnego.
Najnowszym wydarzeniem, które wskazuje na polityczne podłoże działań nominowanych przez Zbigniewa Ziobrę prezesów, jest niedawna decyzja prezesa warszawskiego sądu Macieja Mitery, powołanego na tę funkcję przez Zbigniewa Ziobrę dotycząca sędziego Łukasza Bilińskiego. Sędzia Biliński rozpoznawał sprawy dotyczące uczestników obywatelskich manifestacji, wyrażających sprzeciw wobec polityki obecnego rządu, także w obszarze wymiaru sprawiedliwości. Wyroki uniewinniające demonstrantów, wydawane przez tego sędziego, spotykały się z krytyką ważnych polityków partii rządzącej. Prezes Maciej Mitera z dniem 1 lipca br. przeniósł zatem sędziego Bilińskiego, jako jedynego sędziego wydziału karnego, do wydziału rodzinnego.
Publikacja raportu zbiega się z wizytą w Polsce prezesa Amerykańskiego Stowarzyszenia Prawników Boba Carlsona. Amerykańskie sądownictwo może nie grzeszy jakością – ale na pewno jest niezależne.
– Mam nadzieję, że nasze amerykańskie koleżanki i koledzy będą wskazywać polskim władzom, że tylko niezależne sądownictwo może gwarantować dobre relacje ekonomiczne między naszymi krajami – mówi prezes Iustitii.
Represje dotykają też prokuratorów – jak ostatnio, czasowe zdegradowanie i przeniesienie prokuratora Mariusza Krasonia z Krakowa do Wrocławia.
Prokurator Krasoń z Prokuratury Regionalnej dowiedział się, że decyzją Prokuratora Krajowego Bogdana Święczkowskiego zostaje w trybie natychmiastowym oddelegowany do wrocławskiej Prokuratury Rejonowej (czyli o dwa szczeble niżej). To on właśnie był inicjatorem przyjęcia przez krakowskich prokuratorów uchwały, krytycznej wobec upolityczniania wymiaru sprawiedliwości.
Dziś w Polsce taka działalność stanowi poważne przewinienie. Prokuratora Krasonia spotkała zatem zasłużona kara. Przeniesienie jest na pół roku, więc zgodnie z przepisami nie wymagało zgody przenoszonego.
W miarę potrzeby, jeżeli prokurator Krasoń się nie uspokoi, takie półroczne delegacje będą mogły być powtarzane. W Polsce jest przecież wiele Prokuratur Rejonowych, w których Krasoń jeszcze nie pracował.
Podobnych spraw jest więcej, nie o wszystkich wiadomo, niektóre są we wstępnej fazie. Raport daje jednak pewne pojęcie na temat skali szykan, jakie dotykają sędziów dlatego, że domagają się przestrzegania Konstytucji przez pozostałe władze. Kto ma sądy, ma już władzę absolutną. Są jeszcze sędziowie w Polsce (i prokuratorzy też), którzy stoją na straży praw i wolności obywatelskich zapisanych w Konstytucji. Nie godzą się na pozbawienie obywateli prawa do sprawiedliwego procesu przed bezstronnym i niezawisłym sądem. Ale co będzie, gdy ich zabraknie?

Czego życzę Panu Prezesowi

Jarosław Kaczyński kończy 70 lat w dniu 18 czerwca. W młodości ponoć założył sobie, że będzie rządził do dziewięćdziesiątki, aby pobić rekord kanclerza Adenauera. Już wiadomo, że mu się nie uda – za późno zaczął sprawować władzę. Ale klimat mamy taki, że następne wybory parlamentarne będą należeć do niego, więc przynajmniej część tej zapowiedzi ma szansę się spełnić.
Jarosławowi Kaczyńskiemu w dzień urodzin, ale również i sobie (obchodzę swoje urodziny dwa dni wcześniej) chciałabym życzyć, aby nie przyszedł po nim na stanowisko prezesa partii nikt „gorszy”.
Zdaję sobie sprawę, że po Jarosławie Kaczyńskim losy PiS staną się wielką niewiadomą. W powszechnej opinii – raczej słusznej – nie wyhodował on sobie żadnego godnego go następcy. Jeśli więc Kaczyński przejdzie na polityczną emeryturę, będziemy skazani na przejęcie sterów na prawicy przez Joachima Brudzińskiego lub Zbigniewa Ziobrę. To mało korzystna perspektywa.
Choćby ostatni przypadek, kiedy Zbigniew Ziobro rwał się do pozywania wykładowców z Uniwersytetu Jagiellońskiego pokazał, że interwencja Jarosława Kaczyńskiego bywa jednak zbawienna, i że politycy z jego – oraz pokrewnych – ugrupowań, potrzebują kogoś, by ich tonował w zbyt szybkim marszu ku autorytaryzmowi.
Jarosław Kaczyński długo nie mógł zaistnieć w polityce krajowej, zawsze pozostawał w czyimś cieniu. Ominął go strajk w stoczni, ominęło ogłoszenie stanu wojennego. Teraz wreszcie gra pierwsze skrzypce.
Życzę panu prezesowi, żeby po nim nie przyszedł potop. Żeby pokolenie, któremu podarował 500 plus, nie musiało spłacać olbrzymich długów. Żeby nie zjadły nas podatki i żebyśmy nie podzielili losu Grecji, kiedy będzie dobijał do swojej długo zapowiadanej dziewięćdziesiątki.
Życzę mu, aby chęć kupowania wyborców Prawu i Sprawiedliwości wyewoluowała w końcu w prawdziwie lewicowe myślenie – z socjalem lub bezwarunkowym dochodem podstawowym w swoich założeniach. To oczywiście marzenie ściętej głowy, ale gdyby prezes zabrał się za to już dziś, mamy przed sobą dwie dekady potencjalnego dobrobytu.

Władza mówi. „Trybuna” tłumaczy

Pan premier – milioner Mateusz Morawiecki, podczas spotkań z protestującymi sadownikami i plantatorami owoców, winą za obecną zmowę cenową i monopolistyczne praktyki przedsiębiorstw skupu i przetwórstwa owoców obarczył minioną władzę. Czyli rządzących od 1990 roku. A także zagranicznych kapitalistów – wyzyskiwaczy Narodu Polskiego.

 

Sługa wyzyskiwaczy

Nie obarczył tym razem „komunizmu” i „PRL”, co zwykle czyni. Może przypomniał sobie, że w Polsce Ludowej, z wyjątkiem krótkiego okresu stalinowskiego, sadownicy i plantatorzy należeli do bogatych grup społecznych.
Pan premier milioner nie wspomniał, że w 1998 roku trafił do elit władzy. Był dyrektorem Departamentu Negocjacji Akcesyjnych Komitetu Integracji Europejskie, gdzie silnie pracował nad szybkim wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej. Od 2010 roku był prominentnym członkiem Rady Gospodarczej przy premierze Donaldzie Tusku.
Od 2015 roku był ministrem w rządzie pani premier Beaty Szydło, obecnie sam jest premierem.
W 1995 roku obecny premier – milioner odbył staż w Niemieckim Banku Federalnym. Ważnym centrum zagranicznych kapitalistów – wyzyskiwaczy Narodu Polskiego.
Zdobytą tam wiedzę i wyzyskiwacze umiejętności wykorzystywał pracując w bankach. Od 2001 roku był członkiem Zarządu Banku Zachodniego WBK, wówczas należącego do irlandzkich kapitalistów wyzyskiwaczy Narodu Polskiego. Od 2007 do 2015 roku był prezesem tegoż banku, który w międzyczasie zmienił właścicieli.
Irlandzcy wyzyskiwacze Narodu Polskiego sprzedali go hiszpańskim wyzyskiwaczom Narodu Polskiego.
Na służbie u irlandzkich i hiszpańskich wyzyskiwaczy Narodu Polskiego pan Mateusz Morawiecki zarobił przynajmniej sto milionów złotych. Jest najbogatszym premierem od 1918 roku, czyli najbogatszym premierem w historii Polski.
Dzięki pracy w rządzie i przede wszystkim pracy dla wyzyskiwaczy Narodu Polskiego.

 

Głowa anonimowa

Rośnie nam nowy kult jednostki – kult Lecha Kaczyńskiego. W czasie kropienia i odsłaniania pomnika Lecha Kaczyńskiego w Kraśniku odczytano List od jego brata, pana sułtana Jarosława Kaczyńskiego.
Wśród licznych zasług ofiary katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem, brat Jarosław wymienił posadę „ministra głowy państwa”. Chodziło o ministra prezydenta Lecha Wałęsy. Ale jak widać „prezydent Lech Wałęsa” nie przechodzi przez gardło obecnego pana sułtana Kaczyńskiego i zastępuje go enigmatyczną „głową państwa”.
W czasie stanu wojennego cenzura nie pozwalała na wymienianie w środkach masowego przekazu nazwiska Lech Wałęsa, zwłaszcza jako przewodniczącego zdelegalizowanej NSZZ „Solidarność”. Taka decyzja była powodem do wielu kpin. Jacek Federowicz narysował portret Lecha Wałęsy i podpisał „Portret nieznanego mężczyzny z końca XX wieku”. Nie minęło 40 lat i znów ta karykatura staje się aktualna.
Czy oznacza to, że mamy już wstęp do kolejnego stanu wojennego?

Tylko w Opolu wszystko gra, czyli dekoncentracja PiS

Najwyraźniej skończyły się złote dla PiS czasy, gdy nie było żadnych grupowych i branżowych protestów rozlewających się po kraju, tylko pogardzane marsze „KOD-omitów”, a władzy samo rosło jak chłopu w polu. Dziś marszów jak na lekarstwo, „Wiadomości” i TVP Info nie mają się z czego pośmiać, ale przecież na tym padole łez, jak nie kijem go, to pałką. Wróg atakuje zewsząd, protesty wyrastają ni stąd ni zowąd jak grzybki po mżawkach, a PiS-owi coraz częściej zaczyna lecieć z rąk. Jak mawiał Witkacy, parodiując frazę góralską: „Kiedyś to były inkse casy”.

„Pieczywem” po pomnik Armii Czerwonej i inne udręki

W Dąbrowie Górniczej władze miejskie, nieprzychylne dekomunizacji, pokazały plecy tutejszemu IPN-owi, który nakazał im usunąć, w oparciu o ustawę dekomunizacyjną, pomnik Armii Czerwonej przy pewnym rondzie i do tego przy wsparciu miejscowej parafii. Z braku odpowiednich papierów i obstrukcji ze strony miasta, musiał więc IPN sam wziąć się do roboty i zastosować metodę improwizacyjno-chałupniczą. Po pomnik przyjechała zatem ekspedycja w postaci załogi samochodu dostawczego z napisem „Pieczywo”, „Wyroby cukiernicze” czy coś w tym rodzaju, wyszli z niego jacyś panowie i zabrali się do demontażu. Na to pojawiła się policja uważanego za kandydata na następcę Kaczyńskiego w roli prezesa PiS i zarazem ministra spraw wewnętrznych Joachima Brudzińskiego, wylegitymowała demontażystów skrytych pod szyldem piekarniczym i nakazała im odjechać precz, bo nie mieli żadnego pozwolenia na papierze, a pokazywali policjantom jedynie coś w telefonie komórkowym. Trudno i darmo – policja PiS zablokowała dekomunizację w Dąbrowie Górniczej. Po sądzie warszawskim, który zastopował w tym względzie wojewodę mazowieckiego. W tym samym czasie, w sobotni (9.06) poranek na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie rozpoczął się protest naukowców i studentów wspierający protest warszawski na UW. Prawnicy z kolei stowarzyszyli się w Komitet Obrony Sprawiedliwości, a ujawniony przykład więziennego znęcania się fizycznego i psychicznego (w Z.K. w Rzeszowie) nad b. prezesem Sądu Apelacyjnego w Krakowie Krzysztofem S. (odmówiono mu opieki lekarskiej powodując radykalne pogorszenie stanu zdrowia) bezpośredni sprawcy i polityczni mocodawcy tych praktyk mogą w przyszłości (n.p. Zbigniew Z.) bardzo ciężko to przypłacić. Tak ciężko, że nie chciałbym być w ich skórze. Także artyści z „Ziemi Obiecanej” nie ustępują ani o krok, z Karolem Borowieckim, Maksem Baumem i Morycem Weltem na czele, a do tego władza PiS musi przełknąć żabę w postaci wysokich honorów międzynarodowych dla znienawidzonej pisarki Olgi Tokarczuk (Londyn) i reżysera Pawła Pawlikowskiego (Cannes). Wszystko to (a to nie wszystko), na tle wielkiego cienia w postaci wyczynów seksualno-ginekologicznych jurnego i lubieżnego konserwatysty Pięty w tle, czyni wrażenie wręcz apokaliptyczne.

Suflerzy kuszą Prezesa

Nic więc dziwnego, że w tej sytuacji, czołowi publicystyczni harcownicy głównych prasowych tytułów propisowskich, „W Sieci”, Do Rzeczy” i „Gazety Polskiej” (oraz ich internetowych odnóg) czarno widzą i niepokoją się, że informacja, jakoby prezes dał zielone światło dla powrotu do ustawy o dekoncentracji mediów (przez oponentów zwanej kagańcową) to tylko fake news. I że zaprzeczający tweet rzeczniczki PiS Beaty Mazurek, to tylko zasłona dymna. Bracia Karnowscy, Andrzej Potocki czy Ryszard Makowski z „Sieci”, Robert Tekieli z „Gazety Polskiej” i nie oni jedni, powiadają, że bez wprowadzenia w życie zeszłorocznych pogróżek Krystyny Pawłowicz pod adresem krytycznych mediów („po wakacjach zabierzemy się za was”) PiS przegra przybierającą na sile wojnę medialną. Ale ich kolega Marcin Fijołek studzi im rozgorączkowane głowy dając do zrozumienia, że w sytuacji, gdy coraz bardziej czarno rysują się szanse na uniknięcie przez Polskę unijnych sankcji z powodu naruszeń praworządności przez rządy PiS, rozpętywanie wojny z Amerykanami (czyli TVN) i Niemcami (Axel Springer czyli „Fakt”) byłoby szaleństwem z góry skazanym na klęskę.

Zostaje metoda „na Koreę”

W tej sytuacji PiS-wi przyjdzie pogodzić się z trudną obecnością krytycznych mediów jako lustra jego grzechów i przyjąć zasadę, że „jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma”. No i liczyć na siłę rażenia „Wiadomości” Holeckiej, Ziemca i Adamczyka, obwieszczających sukcesy PiS, rządu i Polski, jak długa i szeroka mlekiem i miodem płynącej, niemal już drugiej Szwajcarii, z ogniem zaiste godnym prezenterów północnokoreańskich dzienników telewizyjnych. I może także na „Królową Lodu” z Polsatu, jeśli da radę. No i na Opole, gdzie po zeszłorocznym blamażu, znów wszystko gra i buczy, na chwałę Partii i Rządu, jak w szwajcarskim zegarku.

Boję się o uczciwość wyborów

„Obawiam się, że narasta chęć użycia różnych bardziej zdecydowanych środków wykraczających poza propagandę”. Z prof. Jackiem Kucharczykiem, socjologiem, prezesem Instytutu Spraw Publicznych, rozmawia Kamila Terpiał (wiadomo.co).

 

KAMILA TERPIAŁ: 62 proc. badanych uważa, że rząd nie zareagował odpowiednio na protest w Sejmie – tak wynika z badania Kantar przeprowadzonego dla TVN i TVN24. Czy to może mieć realne znaczenie i przełożyć się na poparcie dla PiS-u?

JACEK KUCHARCZYK: Zacznijmy od tego, że w cywilizowanym kraju takie protesty nie powinny być rozwiązywane wyłącznie w oparciu o badania opinii publicznej. Natomiast co do nastrojów społecznych, to można było się domyślać, że większość Polaków i Polek będzie się solidaryzowało z protestującymi. To jest grupa, której do jakiegoś stopnia trudno nie kibicować. Ale PiS skalkulował sobie, że dla ich wyborców to jednak nie jest wielki problem. Dlatego postanowił rozprawić się z niepełnosprawnymi właśnie w taki sposób. Wydaje mi się, że nawet jeżeli większości badanych to się nie podoba, to nie musi mieć istotnych konsekwencji politycznych dla samego PiS-u.
Elektorat partii rządzącej jest dosyć specyficzny, spora jego część to są wyborcy, o których mówi się „wyborca autorytarny”. Takim osobom stosowanie twardej ręki wobec protestujących niepełnosprawnych może się nawet podobać. Na pewno znajdą wiele rozgrzeszeń takiego zachowania.
Coś, co by ich oburzyło, gdyby zrobiła to Platforma Obywatelska, nie oburza, jeżeli robi to PiS. Obnażanie hipokryzji PiS-u w tej sprawie po dużej części zwolenników tej władzy spłynie jak woda po kaczce. Oni po prostu stosują podwójne kryteria. To widać zresztą nie tylko w tej sprawie. Dobrym wglądem w dusze wyborców PiS-u jest to, co dzieje się w prorządowych mediach społecznościowych. PiS wychował sobie swojego wyborcę, który wszystko kupuje.
Poza tym nawet jeżeli ponad 60 proc. badanych uważa, że rząd powinien inaczej postąpić w przypadku niepełnosprawnych, to wcale nie oznacza, że w związku z tym trzeba poprzeć opozycję. Wyborcy trwają przy PiS-ie, dlatego wszystkie skandale słabo przekładają się na wzrost poparcia dla opozycji. Sytuacje, które bulwersują wielu ludzi, nie zmieniają politycznej wojny pozycyjnej.
PiS ma wciąż poczucie pewnej bezkarności. Po tym, jak władza potraktowała niepełnosprawnych, powinien wybuchnąć ogromny skandal, a protestować powinny także osoby bliskie PiS-owi. A po tamtej stronie głucha cisza.

 

Na bardzo podatny grunt za to padają wszystkie oskarżenia o upolitycznienie protestu niepełnosprawnych i ich opiekunów. Przecież wszystko jest winą opozycji.

W tej sprawie zawsze mam poczucie déjà vu. Kiedy uchwalono nielegalnie budżet w Sali Kolumnowej, kiedy PiS kneblował dziennikarzy, to sprzedał swoim wyborcom narrację, że doszło do próby zamachu stanu. Taki przekaz trafia do PiS-owskiego wyborcy. O wszystko można oskarżyć opozycję i potraktować jako próbę obalenia legalnie wybranej władzy. PiS zawsze uruchamia taką narrację w momentach kryzysu. Może ona nie przekonać większości Polaków, ale wystarczy, że przekona tę część, która po raz kolejny poprze PiS. To im na razie wystarczy.

 

Dlaczego wyborca PiS-u dał się tak łatwo „wychować”?

To jest trudne pytanie. Elektorat autorytarny nie wziął się przecież z niczego. PiS-owi udało się trafić do takich osób i wypracować narracje, które ich przekonują.
Uważam, że najważniejsze w przekazie PiS-u są dwie rzeczy – udowadnianie, że jesteśmy wybrani przez naród, dlatego każdą krytykę należy traktować jako zamach na wolę „suwerena”, oraz przekonanie o pisowskiej skuteczności i nieomylności. To jest ten słynny imposybilizm, który Kaczyński obiecał przezwyciężyć, a co w praktyce oznacza, że PiS nie da się spętać żadnymi zasadami.
Jak powiedzieli, że nie ustąpią przed niepełnosprawnymi, to nie ustąpili. A to budzi w ich elektoracie podziw, bo to dowód politycznej skuteczności.

 

A co mogłoby zmienić to nastawienie? Prof. Janusz Czapiński w rozmowie z wiadomo.co przekonywał, że sytuacja może się zmienić tylko wtedy, gdy zmieni się sytuacja gospodarcza. Zgadza się pan z tym?

Jest to przekonująca hipoteza.
Uważam, że dobra sytuacja ekonomiczna w pewnym sensie usypia wyborców. Nawet ci, którym nie wszystko pasuje, będą się oburzać, ale nie widzą powodów, aby cokolwiek więcej zrobić.
Jeżeli nagle sytuacja gospodarcza zaczęłaby się pogarszać, a ceny rosnąć – zresztą to już jest zauważalne – to na dłuższą metę może doprowadzić do spadku poparcia. Może nadwerężyć poczucie, że ta partia wie, co robi. Podważona zostałaby także wiara w specyficznie pojmowane kompetencje do rządzenia.

 

Może na to wpłynąć obcięcie funduszy unijnych? Taką decyzję podjęła KE.

PiS odwołuje się w tej sprawie do dwóch narracji. Jedna dotyczy tego, że Unia Europejska chce nas ukarać, ale my jesteśmy suwerenni i nie damy się złamać. Z drugiej strony rozpocznie się nagonka na opozycję, przecież już słychać, że to wina Donalda Tuska, który nie załatwił dla swojego kraju wystarczających pieniędzy. Nieważne, że wcześniej dla PiS-u był niemieckim przedstawicielem… Na ile to zaszkodzi PiS-owi? To cały czas sprawa otwarta. Kwestie europejskie od początku były piętą achillesową tej władzy, która może mieć twardy orzech do zgryzienia. Muszą jakoś wytłumaczyć to, że jak rządziła PO, to było więcej pieniędzy, a mówimy przecież o sporych sumach. A jeżeli będą przekonywać, że to rezultat szybkiego rozwoju kraju, to trudno będzie to pogodzić z wcześniejszą narracją „Polski w ruinie”. Pewnie spin doktorzy PiS-u już nad tym pracują.
Wydaje mi się, że dominująca będzie narracja o tym, że Bruksela nas bije, a opozycja im pomaga… Czyli słynna „ulica i zagranica”.

 

Kluczowe znaczenie dla KE miało to, co dzieje się w naszym kraju, czyli łamanie prawa? Czy jednak źle prowadzone, albo w ogóle brak negocjacji i zaangażowania strony rządowej?

Myślę, że zaważyła druga sprawa. Obiektywnie rzecz biorąc, to nie jest kara nałożona na Polskę. Ale to pokazuje, że budżet jednak jest negocjowany i w zależności od siły przetargowej kraju można różne rzeczy wynegocjować. A żeby uzyskać najlepszy podział pieniędzy, trzeba budować jak najszersze koalicje. PiS nie jest w stanie takiej koalicji zbudować. Nawet słynna Grupa Wyszehradzka, jak widać, nie bardzo pomogła. To są tylko 4 kraje i akurat są na cenzurowanym w UE. Dochodzimy do drugiej sprawy, jaką są uchodźcy.
Obcięcie funduszy nie jest karą za nieprzyjęcie uchodźców, ale konsekwencją takiej polityki. Nie można z jednej strony odmawiać solidarności w jednej sprawie, a żądać w drugiej. Podwójne standardy, które PiS stosuje z powodzeniem w polityce krajowej, nie działają na płaszczyźnie europejskiej.

 

PiS-owi może zaszkodzić przed wyborami samorządowymi fizyczna nieobecność Jarosława Kaczyńskiego?

Największym zagrożeniem dla PiS-u jest walka o wpływy w momencie osłabienia prezesa. Z punktu widzenia wyborcy Kaczyński w szpitalu nie bardzo różni się od Kaczyńskiego zamkniętego na ulicy Nowogrodzkiej. Jako człowiek z wysokiego zamku znalazł sposób na jednoosobowe utrzymywanie porządku. Izolacja fizyczna niewiele zmienia, ale osłabiona jest niewątpliwie jego zdolność do zarządzania partią.

 

Podobno Joachim Brudziński ma teraz – pod nieobecność Jarosława Kaczyńskiego – zarządzać partią. Sprawdzi się w tej roli?

To się oczywiście okaże. Zobaczymy, czy Joachim Brudziński będzie w stanie twardą ręką godzić i przywoływać do porządku najbardziej ambitnych polityków. Mam wrażenie, że już widać chaos, który zapanował w partii rządzącej. Ale nie jestem w stanie na razie ocenić, jak to przełoży się na wizerunek PiS-u w oczach jego wyborców. Ostrożnie można powiedzieć, że to na pewno PiS-owi nie pomoże, zwłaszcza przed wyborami samorządowymi.

 

Wybory samorządowe to będzie trudny sprawdzian dla rządzącej partii?

Przede wszystkim w związku z nowymi przepisami tym wyborom będzie towarzyszył chaos. To może zadziałać w dwie strony. Ja się bardzo boję o uczciwość tych wyborów.

 

Boi się pan o świadomą nieuczciwość, czy efekt tego chaosu?

Boję się o świadomą nieuczciwość. Mam wrażenie, że w związku z różnymi kryzysami nasila się panika w szeregach władzy i jednocześnie poczucie, że władzy raz zdobytej nie można oddać. Dlatego obawiam się, że narasta chęć użycia różnych bardziej zdecydowanych środków wykraczających poza propagandę. Mam nadzieję, że się mylę. Ale naprawdę boję się, że tak jak PiS rozpętał przy poprzednich wyborach samorządowych aferę, że były sfałszowane, podczas gdy nie były, to tym razem będzie odwrotnie.

 

Opozycja zwiera szyki. Z jednej strony powstała Koalicja Obywatelska, z drugiej PO tworzy ruch Wolontariusze Wolnych Wyborów, który ma czuwać nad procesem wyborczym. To PiS-u nie powstrzyma?

Mobilizacja opozycji i mobilizacja społeczna na rzecz wolnych i uczciwych wyborów jest teraz kluczowa. Myślę, że jeżeli doszłoby do nieprawidłowości, to PiS będzie miał swoją narrację i swoich obserwatorów. Po ostatnich wyborach powstała nawet organizacja Ruch Kontroli Wyborów, która zdobyła później różne rządowe granty. Tym razem na pewno zostanie wykorzystana do monitorowania wyborów, ale w specyficzny sposób. Poza tym nad procesem wyborczym powinna czuwać niezależna PKW, a potem niezależne sądy, ale niestety z tą niezależnością może być poważny problem.

 

Rozumie pan strategię przyjętą przez SLD? Czyli pozycja „w opozycji do opozycji”.

To może zaszkodzić całej opozycji.
SLD przyjęło taką strategię, że w 80 proc. powiela narrację PiS-u, a w 20 proc. jest przeciwne. W szczególności jeżeli chodzi o politykę historyczną. To mogło mieć znaczący wpływ na wzrost poparcia dla tego ugrupowania.
Myślę, że teraz dostali takiego sondażowego zawrotu głowy. Ale to jest polityka bardzo krótkowzroczna. Podcinanie możliwości tworzenia szerszych koalicji i krytykowanie centrowej opozycji działa przecież na korzyść Prawa i Sprawiedliwości.