Rok wysokiego napięcia

Prąd kopnie i porazi w przyszłym roku wielu polskich polityków.

 

***

To prąd, a ściślej reakcja wyborców na odroczone podwyżki cen energii oraz kolejne wpadki obozu rządzącego, zadecyduje o fundamentalnej dla PiS decyzji. O przyspieszonych wyborach parlamentarnych.

 

***

Kierownictwo PiS przygotowane jest na taki manewr. Wie, że marcowe wybory mogą zapewnić zwycięstwo tej formacji, choć nie muszą dać jej większości w Sejmie. Ale jesienny termin wyborów też takiej większości nie gwarantuje. Za to wtedy wynik wyborów może być już słabszy niż w marcu.

 

***

Wszystko zależy od decyzji pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Ponieważ zawsze powtarzał, że w polityce „lubi zagrać ostro”, to dziś prognozuję przyśpieszenie wyborów parlamentarnych w roku 2019.

 

***

Decyzję o przyśpieszeniu wyborów z wielką radością przyjmą szeregowi parlamentarzyści PiS. I opozycji też.
Ci wszyscy, którzy nie pełnią funkcji partyjnych i parlamentarnych, nie mają z tego tytułu dodatków pieniężnych. I muszą żyć jedynie z gołego, obniżonego im wolą pana prezesa Kaczyńskiego, uposażenia poselskiego. Teraz wielu z nich, po odliczeniu spłat rat pozaciąganych na początku kadencji kredytów, pozostaje na życie 3-4 tysiące złotych miesięcznie. Bida z nędzą.
Co gorsza, nie mogą oni liczyć na przyszły wypas w Parlamencie Europejskim, bo tam trafią jedynie partyjne elity. Za to mogą sobie już pomarzyć, że w nowej kadencji Sejmu uposażenia poselskie zostaną podniesione. Przynajmniej do poziomu z roku 2015.

 

***

Zmieni się też forma uprawiania polityki w roku 2019. Trendy politycznej mody dyktować będzie Robert Biedroń. On już, jak zgodnie odnotowują dziennikarze, „śmiga z mikrofonem podczas spotkań z wyborcami”. Czym elektryzuje tłumy.
Śmigającego pana prezesa Kaczyńskiego pewnie na konwencjach i wiecach nie zobaczymy, ale pan premier Morawiecki i premier Szydło na pewno pościgają się w śmiganiu z mikrofonami z Schetyną i Lubnauer.

 

***

Treść nadawana przez śmigających wiele się nie zmieni.

 

***

Krajowy kościół katolicki w 2019 roku zasklepi się w obronie przed „wrogami kościoła”, czyli swoimi dotychczasowymi wiernymi.
Wybierze strategię przeczekania licząc, że pedofilskie i finansowe afery rozejdą się po kościach. I przeliczą się. Będzie jeszcze mniej owieczek na mszach, mniej zaproszeń na kolędy, czyli jeszcze mniej pieniędzy. Czyli tego, co tygrysy w polskim kościele kat. najbardziej lubią.

 

***

Niechęć do polskiego kościoła kat. coraz głośniej wyrażają także politycy PiS. Uważają hierarchów kościelnych za niewdzięczników, którzy tyle państwowej kasy już wzięli, a dalej upierają się aby zaostrzyć warunki legalnej aborcji. I jeszcze wspierają prawicowych rozłamowców.

 

***

Temat społecznej debaty o aborcji straszy kierownictwo PiS prawie jak widmo niekontrolowanych podwyżek cen prądu.

 

***

Będzie to też rok Pawła Kukiza. Jego trumf w przyśpieszonych wyborach parlamentarnych i przyszła koalicja z PiS, albo rozpad jeszcze przed wyborami i polityczny zgon.
Już w 2019. Bo ewentualna kolacja z PiS to też zgon, tylko odłożony w czasie. Pan prezes Kaczyński zwykł zjadać swych koalicjantów i pewnie zostanie wierny swym przekonaniom.

 

***

Donald Tusk w 2019 roku też nieraz śmignie z mikrofonem. Wszystko po to aby zdołować psychicznie pana prezesa Kaczyńskiego. A to przewodniczący Rady Europejskiej zwyczajnie lubi.
Ale porzućcie nadzieję na powrót Tuska. Pośmiga sobie, pośmiga w tym roku, a w 2020 przedłuży sobie emigrację zarobkową. Po co ma pilnować polskiego żyrandola politycznego skoro po 2020 roku świat ma wpaść w recesję gospodarczą?

 

***

SLD dokona niebywałej sztuki i wróci do Sejmu po czteroletniej nieobecności. Dostanie czteroletnie stypendium na stworzenie nowoczesnej partii lewicowej.
Zobaczymy czy odrobi tym razem zadaną lekcję, czy popłynie z prądem? Pójdzie drogą Unii Wolności.

PiS wygrał poniżej oczekiwań

„Wydaje mi się, że PiS cofnie się w przypadku Sądu Najwyższego, czyli wykona orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej”. Z prof. Januszem Czapińskim rozmawia Kamila Terpiał (wiadomo.co).

 

KAMILA TERPIAŁ: Triumfalny pochód PiS po władzę został zatrzymany?

JANUSZ CZAPIŃSKI: Zdecydowanie tak. PiS wygrał, ale znacznie poniżej oczekiwań, chcieli przecież zdobyć władzę w większości sejmików.
Powiększyli stan posiadania, w tym sensie odnieśli wyborczy sukces, ale im chodziło o coś innego – przejęcie samorządów. A to im się nie udało.

 

Nie udało się też przejąć miast.

Myślę, że liczyli jednak przede wszystkim na sejmiki. One w wymiarze finansowym, czyli podziału pieniędzy, odgrywają ważniejszą rolę…

 

Ludzie wkurzyli się na kogoś czy na coś?

Zależy od miejsca, w którym głosowanie się odbywało. W Warszawie niewątpliwie wkurzyło ich to, że agresywny opolanin próbuje opanować stołeczne miasto. Próbował udawać kogoś innego, ale mieszkańcy stolicy nie dali się nabrać. Rzeczywiście w wielu województwach i dużych miastach Polacy pomyśleli, że muszą wykazać pewną aktywność, aby zablokować triumfalny marsz PiS po wszechwładzę w kraju. Dlatego frekwencja była wyjątkowa wysoka jak na Polskę, w wyborach samorządowych nigdy się taka nie przytrafiła. To świadczy o mobilizacji nie zwolenników PiS-u, bo oni są zawsze zmobilizowani, ale ich przeciwników.

 

Czyli jest o kogo walczyć?

To, czy PiS odnowi mandat za dwa lata, zależeć będzie od tego, w jakim stopniu zmobilizują się przeciwnicy obecnych rządów. To będzie główny czynnik, który zdecyduje o tym, jak się będą rozwijały przypadki związane z władzą w kolejnych latach.
PiS dysponuje doskonałymi instrumentami do tego, aby przy władzy pozostać. Z wyjątkiem większości samorządów przejął najważniejsze instytucje w państwie.

 

Jakie instrumenty może wykorzystać opozycja do walki o głosy?

Podstawowym instrumentem opozycji jest jednoczenie się. Sukces polegający na tym, że w przypadku PO utracono mniej władzy terenowej, niż można było utracić, wynikał głównie z połączenia sił z Nowoczesną i Barbarą Nowacką. Przewodnicząca stowarzyszenia Inicjatywa Polska była wyśmienitym „nabytkiem” Grzegorza Schetyny. Pozostaje pytanie, co z resztą przeciwników PiS-u? Jeżeli nadal będą forsować hasło, że liczy się tylko program i własna tożsamość, to tylko zmarnują kolejne wyborcze głosy.

 

Może wynik wyborów samorządowych da niektórym liderom do myślenia?

Być może SLD pójdzie po rozum do głowy. Ale na takie partie jak Partia Razem czy Zieloni nie ma co liczyć. One są za bardzo zideologizowane, zachowują się trochę jak marksiści, czyli myślą tylko o tym, jak sprawić, aby „nasze” było na wierzchu.

 

A co z PSL-em?

PSL powinien się cieszyć, bo nie zostali zatopieni przez PiS. Uratowali się i nadal mogą tworzyć koalicję razem z PO, tym bardziej, że jest to tandem sprawdzony przez ostatnie 8 lat.

 

To może zdecyduje się dołączyć do KO?

PSL nie wejdzie do Koalicji Obywatelskiej. Rozważać to mogą ci, którzy mają niewielkie szanse na przekroczenie progu wyborczego.
PSL przecież przekroczy próg i nie będzie chciał się chować pod skrzydła Platformy.

 

Sondaże przedwyborcze znowu się nie sprawdziły. Na przykład w Warszawie niektóre wskazywały na wygraną Patryka Jakiego. Tymczasem Rafał Trzaskowski zmiażdżył kandydata PiS-u już w I turze. Dlaczego wynik wyborczy różni się od wcześniejszych przewidywań?

Zacznijmy od tego, że ci, którzy wróżyli wygraną Patryka Jakiego, chyba urodzili się poza Warszawą, a przynajmniej tu nie mieszkali. Taki wynik był od początku niewiarygodny, dlatego nie przywiązywałem do niego żadnej wagi. Większość badań wskazywała jednak na drugą turę, ale przed godziną zero, kiedy nastąpiła rzeczywista mobilizacja.
Prawdopodobnie wielu respondentów kilka dni przed wyborami na pytanie, na kogo oddadzą głos mówili, że nie pójdą do wyborów. Ale jak obudzili się w niedzielę, to zaczęli robić rachunek politycznego sumienia i to ich zdopingowało. Dlatego poszli i zagłosowali przeciwko PiS-owi.

 

W kampanii przed wyborami parlamentarnymi zadziałało straszenie uchodźcami. Teraz wręcz przeciwnie? Ostatni spot wypuszczony przez sztab wyborczy PiS-u i Patryka Jakiego mógł im zaszkodzić?

Przed triumfalnym marszem po wszechwładzę mogło ich powstrzymać kilka czynników, które także zmobilizowały przeciwników partii władzy.
Jednym z nich był ten spot, przy czym on wpisywał się w ogólniejszy nurt prezentowany w propagandzie PiS-u. Jaki? Sączący się jad, nienawiść do wszystkich innych i zapowiedzi, które mogły przestraszyć Polaków prawdopodobnym Polexitem.
Rzutem na taśmę, ostatniego dnia kampanii, doszła decyzja TSUE. On zmusił polityków PiS-u do zajęcia stanowiska, a niektórzy zbagatelizowali postanowienie Trybunału, więc pojawiły się komentarze, że szykują się do wyjścia z UE. Myślę, że te dwa czynniki przyczyniły się do większej niż przypuszczano mobilizacji przeciwników Prawa i Sprawiedliwości.

 

Polacy chcą być w UE i mają dość negatywnej kampanii?

Ona jest wyjątkowo niesmaczna przez to, że jest okropnie kłamliwa. Wielu Polaków to razi, zadają sobie pytanie, jak można tak fałszować rzeczywistość.
Muszę tu wspomnieć o budzącej ostatnio wiele emocji sprawie żarówek. Prezydent Polski, pan z doktoratem, mówi publicznie o tym, że tęskni za żarówkami, które zżerają 70 proc. więcej prądu. Można to potraktować w kategoriach kabaretowych, ale to jest poważna polityka. Tak nie można jej uprawiać.

 

Jaki wniosek z wyborów wyciągnie PiS? Zwolni, odpuści czy przyspieszy?

Wydaje mi się, że cofnie się w przypadku Sądu Najwyższego, czyli wykona orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Przynajmniej w takim sensie, że nie będą dalej toczyć walki z UE na tym tle. Może nawet dojść do jakiegoś kompromisu, który będzie bliższy stanowisku TSUE niż ministra Zbigniewa Ziobry.
PiS powinien też radykalnie zmienić przekaz i utemperować TVP. Propaganda nie będzie już tak nachalna i tak agresywna.

 

Przekaz będzie bardziej pozytywny?

Do swoich był pozytywny i taki pozostanie – obietnice i szukanie pieniędzy, żeby komuś dorzucić. Z tym może być jednak kłopot. Myślę, że skończy się na warstwie słownej. Będą jednak starali się pozbyć skrajności w przekazie, stonować polityczny klimat w kraju.

 

Temu mogą posłużyć też zmiany w partii?

Można byłoby oczekiwać dwóch zmian, ale chyba żadna z nich nie nastąpi. Po pierwsze zmiany premiera, ale nie ma kim go zastąpić. To on jest odpowiedzialny za to, co jest podstawowym warunkiem możliwości wygranej w wyborach parlamentarnych, czyli za gospodarkę. On ma dbać o to, żeby do dnia wyborów ani złotówka nie ubyła z portfeli Polaków.
Druga zmiana to Zbigniew Ziobro, ale on chyba jest już za mocny. Nie boi się nawet Jarosława Kaczyńskiego.

 

To on grał tzw. taśmami Morawieckiego?

To jest bardzo możliwe… Jemu chodziło o to, aby osłabić PiS w wyborach. On przecież nie jest z PiS-u. Chce, żeby to Solidarna Polska wyszła na czoło, a to pozwoliłoby mu przejąć władzę w całej formacji prawicowej. Od dawna chciał także osłabić swojego głównego wroga, czyli Mateusza Morawieckiego.

 

Skłócony PiS może przegrać wybory parlamentarne?

Wydaje mi się, że wygra…

 

I znowu będzie mógł rządzić samodzielnie?

Na pewno nie zdobędzie większości konstytucyjnej. Jest też mało prawdopodobne, że uzyska możliwość samodzielnych rządów, ale będzie próbował dobierać koalicjantów na przykład od Kukiza.

 

Słuchając tego, co mówił pan wcześniej myślałam, że przewiduje pan możliwość przegranej partii rządzącej…

Do tego potrzeba czasu, a nie jest go wcale aż tak dużo. Najważniejsze, że nastąpiło przełamanie takiej beznadziei ogromnej części polskiego społeczeństwa. Polacy zobaczyli, że PiS nie jest teflonowy.

Znowu George Friedman

O tym, że Unia Europejska przestała istnieć dowiadujemy się z pewnym zaskoczeniem z wywiadu jakiego udzielił węgierskiemu portalowi Mandimer George Friedman (obecnie szef portalu analitycznego Geopolitical Futures, a poprzednio amerykańskiej prywatnej agencji wywiadowczej Stratfor). Według niego europejskie instytucje nie rozwiążą się same, ale ich rozpad ma już miejsce.

 

Już na wstępie powiem – żeby nie było żadnych wątpliwości – że taka tezę uważam za tzw. wishful thinking, czyli „chciałoby się, aby tak było naprawdę. Zdaniem Pana Friedmana narody nie muszą z UE występować, wystarczy, że ignorują te zasady unijne, które im nie odpowiadają. Przyznam, że brzmi to raczej jak swego rodzaju podpowiedź, a nie jak poważna prognoza.
Zdaniem geopolitycznego guru Niemcy czeka nieunikniony kryzys z powodu zbytniej zależności od eksportu, a ich największym partnerem są obecnie Stany Zjednoczone, które – jak należy się domyślać – przestaną importować cokolwiek z Niemiec i w ten sposób doprowadzą ten kraj do ruiny. Włoski kryzys finansowy stanowi zagrożenie na szerszą skalę, gdyż Włochy są dużym krajem o dużym zadłużeniu, to czwarta co do wielkości gospodarka Unii. Na tym tle Friedman postrzega Polskę jako potencjalnie znaczącą potęgę, która stworzyła już sojusz z Rumunią i USA. Przypomina przy tym, że o idei Międzymorza w Polsce się obecnie mówi. (A jak się mówi, to znaczy, że coś jest na rzeczy, a słowo stanie się ciałem). Ta idea co prawda w okresie międzywojnia się nie urzeczywistniła, ale teraz może – zdaniem Friedmana – się udać. Odnosząc się, chyba do zbyt daleko idącej współpracy Węgier z Rosją, a może do niechęci premiera Orbána do pana Sorosa, Friedman stwierdza: „Największym problemem dla Węgier jest to, że amerykańsko-polski sojusz się umocnił i nie wiadomo, czy będzie w nim miejsce dla Węgier”, które kiedyś będą musiały podjąć decyzję. W minionej dekadzie, zauważa Friedman, Europa Środkowa osiągnęła przekonujący wzrost gospodarczy (dodajmy od siebie, że to m.in. dzięki funduszom unijnym, a nie amerykańskim), a jeśli krajom środkowo europejskim uda się uwolnić z więzów przepisów niemieckich i unijnych, mogą osiągnąć dynamiczny wzrost, gdyż mają ku temu kapitał duchowy. (George Friedman: „UE praktycznie przestała już istnieć”, „Nasz Dziennik”, 13.06.2018).

Dalszym rozwinięciem poglądów Georga Friedmana co do miejsca Polski i Europy Środkowej w Europie i świecie jest wywiad, jakiego udzielił dzień wcześniej Agatonowi Kozińskiemu z „Dziennika Polska The Times” (wydanie internetowe, 12.06.2018). O ile w swych wcześniejszych tekstach Friedman zapewniał, że w Europie Środkowej wojny w XXI wieku nie będzie, a Rosja zostanie pokonana w wyniku wyścigu zbrojeń, to obecnie stwierdza, że „im dłużej trwa pokój, tym bardziej prawdopodobny staje się wybuch wojny”, a przyszłość Polski ściśle jest powiązana z pytaniem o przyszłość Rosji. Nadal, według Friedmana, aktualna jest jego teza wyrażona w książce „Następne 100 lat”, że rozpad Rosji nastąpi w latach 20. obecnego stulecia. Rosja staje się coraz słabsza i rozbita, a rozpad ZSRR nie był dla niej jej końcem, lecz początkiem nowego etapu. Obecnie Rosja powiela wszystkie błędy późnego ZSRR: jest dużym, nieefektywnym państwem uzależnionym od cen ropy naftowej. USA staną się wkrótce największym producentem ropy na świecie. Będą produkowały więcej ropy niż jej potrzebują i zaczną ją sprzedawać. Wówczas ceny ropy na rynkach światowych spadną (zauważmy, że nie będzie z tego powodu zachwycona także Arabia Saudyjska, bliski sojusznik USA i Izraela na Bliskim Wschodzie, M.P.). Kreml tego procesu nie jest w stanie kontrolować. Natomiast Europa, uważa Friedman, musi się pogodzić z tym, że to już nie ona dyktuje warunki. (Wydaje się, że Europa już bardzo dawno przestała dyktować światu warunki. Warunki do niedawna dyktowały Stany Zjednoczone, a tym razem dyktować je zamierzają bez wsparcia sojuszników; przeciwko Chinom, Rosji i – z małymi wyjątkami – reszcie świata. M.P.). Friedman zauważa, że Rosja od pewnego czasu wywiera presję (na Ukrainie, w Syrii), a przecież nie jest to już rok 1968, kiedy miała miejsce interwencja w Czechosłowacji. Rosjanie nie mają obecnie nic do zaoferowania. W latach 60. ub. wieku byli przynajmniej w stanie udzielić znaczącej pomocy finansowej; ZSRR w latach 60. i 70. potrafił wygenerować ze swej gospodarki duże nadwyżki, bowiem skutecznie kontrolował cały podległy sobie obszar. Friedman ubolewa, że problem tkwi w tym, że na całym świecie przecenia się Rosję a nie docenia się Ameryki i powtarza swą prognozę, że na rozpadzie Rosji skorzystają 3 państwa: Japonia, Turcja i Polska. Przypomnijmy, że zarówno w swej, wspomnianej już książce, jak i w artykułach zamieszczanych kilka lat temu na łamach polskiej, przeważnie prawicowej prasy, Friedman wieszczył Polsce mocarstwową rolę w świecie, w co najwyraźniej niektórzy uwierzyli. Wydaje się jednak, że zanim to nastąpi Friedman sprowokuje wojnę na dwa fronty, z Rosją i Niemcami i z tych tak pochlebnych dla nas przepowiedni będą nici. Mówiąc jednak zupełnie na serio, jeżeli ktoś uwierzy w przepowiednie Friedmana, to mamy z głowy wszystkie osiągnięcia integracyjne w Europie Środkowej, takie jak Grupa Wyszehradzka, Trójmorze czy nawet tak drogą Amerykanom Grupę B9 (Bukareszteńska Dziewiątka wschodniej flanki NATO: Polska, Rumunia, Litwa, Łotwa, Estonia, Węgry, Słowacja, Bułgaria, Czechy). Zamiast przyjaciół „zdobędziemy” sobie wielu wrogów, bo żadne państwo w Europie Środkowej nie zrezygnuje dla nierealnych urojeń z unijnych funduszy, przeznaczonych np. na projekty Trójmorza. Na mnożenie sobie wrogów pozwolić sobie mogą ewentualnie Stany Zjednoczone, ale i tu całkowitej pewności nie ma. Za dwa lata kolejne wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych, kto wierzy, niech się modli o zdrowie dla demokraty Berniego Sandersa (rocznik 1941), może on wyzwoli nas z aktualnego, globalnego koszmaru.