Zmartwychwstanie Ferdynanda Wańka

Dysydent Ferdynand Waniek, bohater serii dramatów Václava Havla i jego przyjaciół wrócił do polskiego teatru po latach nieobecności. W stołecznym Teatrze Dramatycznym Aldona Figura dała premierę trzech wańkowskich jednoaktówek: „Audiencji”, „Wernisażu” i „Protestu”.

Jednocześnie był to powrót Havla na polską scenę. Nie była nim premiera „Odejść” w warszawskim Teatrze Ateneum (reż. Izabella Cywińska, 2006), która miała się okazać jego odejściem z repertuaru polskich teatrów (z bodaj jednym tylko wyjątkiem). Samo nasuwa się powiedzonko z Havlowskiej „Audiencji” (które podobno zna każdy Czech); „To jsou paradoxy, co?”.
Spektakl Figury w oczywisty sposób nawiązuje do prapremiery w Teatrze Powszechnym w Warszawie w reżyserii Feliksa Falka z Mariuszem Benoit w roli Ferdynanda. Wtedy również połączono te same trzy jednoaktówki, ale okoliczności czasu były odmienne. Premiera odbyła się na krótko przed wprowadzeniem stanu wojennego (21 listopada 1981) i tytuł zniknął z afisza na wiele lat po 11 spektaklach. Nie była to premiera półlegalna, co sugerował pewien krytyk, wspominając, że w gazetach informowano wówczas, iż w Powszechnym idzie „przedstawienie zamknięte” – ukrywano w ten sposób, że tytuł znalazł się w repertuarze. Przeczy tej legendzie wydrukowany afisz teatralny, na którym znalazły się wszystkie informacje o przedstawieniu. Tak czy owak, niewielu widzów miało wówczas szansę obejrzenia sztuk Havla, a na wznowienie trzeba było czekać do 25 lutego 1989, czyli ponad siedem lat (wznowiono dwie jednoaktówki, bez „Wernisażu”). I tym razem okoliczności były szczególne: Havel właśnie został w bratniej Czechosłowacji znowu osadzony w więzieniu, a w Warszawie rozpoczęły się obrady okrągłego stołu. Jak przystało na owe czasy, na premierowej widowni pojawił się premier Mieczysław F. Rakowski, a ze strony opozycji Adam Michnik.
Zmartwychwstanie Ferdynanda Wańka, który wraca na stołeczną scenę po 30 latach nieobecności zachęca do przypomnienia dziejów tej ważnej nie tylko dla Czechów postaci. Sam Havel był zadziwiony karierą sceniczną, jaką zrobił jego naprędce naszkicowany Ferdynand Waniek w „Audiencji”. Napisał tę sztukę w dwa dni, gnany terminem spotkania, na którym w gronie przyjaciół miał zaprezentować swój najnowszy utwór. I okazało się, że ten „towarzyski” tekst stał się najczęściej grywanym dramatem Havla praktycznie na całym świecie (doliczono się ponad 500 premier, w tym 12 w Polsce).
Najwidoczniej autor utrafił w etapową potrzebę chwili. Co więcej, zainteresowanie „Audiencją” i innymi sztukami wańkowymi wynikało w niemałym stopniu z ich autobiograficznego tła. Wprawdzie Havel wielokrotnie zastrzegał się, że Waniek nie jest Havlem, że nie jest to postać z kluczem, ale z drugiej strony jego osobowość była bliska pisarzowi, a i biografią sporo ich łączyło. Havel naprawdę zatrudnił się w browarze, kiedy jego sztuki objęte zostały zakazem wystawiania, a on sam pozbawiony możliwości pracy w teatrze. Pracował w browarze, bo musiał z czegoś żyć i – jak widać – potrafił tę pracę przekuć w literaturę. Nawet imię ich wiązało, bo Waniek to forma zdrobniała imienia Vaclav.
Ferdynand okazał się nie tylko atrakcyjną postacią, demaskującą otoczenie, także w kolejnych jednoaktówkach Havla, ale i w powstających potem sztukach innych czeskich dysydentów – należeli do nich tacy autorzy jak: Pavel Landovsky („Remanent”. „Areszt”), Pavel Kohout („Atest”, „Degrengolada”, „Safari”) i Jiři Dienstbier („Przyjęcie”).
Postać Wańka stała się więc ikoną opozycjonisty, który bez wielkich słów i gromkich oświadczeń potrafi powiedzieć, kiedy trzeba: „nie”. W postaci Browarnika zaś dostrzeżono postszwejkowski archetyp, „życiowy oportunizm – jak pisała Jana Patočková – małych czeskich ludzi, których jedynym celem jest przetrwanie za wszelką cenę”. Motyw obecny w czeskiej literaturze od lat 50. ubiegłego wieku.
Waniek i Browarnik mieli się spotkać po kilku latach za sprawą dziennikarza i przyszłego polityka Jiři’ego Dienstbiera (był pierwszym ministrem spraw zagranicznych po transformacji ustrojowej) i wspomnianej jednoaktówki „Przyjęcie”. Autor wprost nawiązał do „Audiencji”, obsadzając Wańka i Browarnika w rolach głównych, a przy tym z niezwykłym talentem odtworzył typy bohaterów z Havlowskiej tragikomedii. Tak jak u Havla jego Waniek jest lekko wycofanym dysydentem, który stroni od narzucania nie tylko swoich przekonań, ale nawet towarzystwa komukolwiek, zawsze gotów przestrzegać obowiązujących reguł postępowania w nadziei na przeczekanie trudnego położenia.
Paradoks polega bowiem na tym, że ponowne spotkanie z Browarnikiem ma miejsce w więzieniu – stąd na początku Ferdynand Waniek nie poznaje swego dawnego jowialnego prześladowcy i zwierzchnika z browaru. Teraz obaj są osadzonymi, ich status uległ zmianie i pozornemu – jak się okaże – wyrównaniu. Dysydent Waniek został nie tylko pozbawiony możliwości publikacji swoich utworów i pracy w teatrze czy mediach, ale osadzony za „sianie zamętu”, Browarnik zaś odsiaduje wyrok za pospolite matactwa, choć nadal – zapobiegliwy i obrotny – nawet w więzieniu wydaje się wychodzić na swoje. Zarządza współwięźniami, pełni funkcję nadzorcy wewnętrznego, mimo że sam jest nadzorowany. Nie zmienia się też zadanie, które powierzają mu nadzorcy. Tak jak w sztuce Havla miał pisać raporty o podejrzanym politycznie Wańku, także w sztuce Dienstbiera przyjmuje funkcję „etatowego” donosiciela, choć nigdy nie użyłby w stosunku do siebie słowa donosiciel. Wie, że ludzie pogardzają tymi, co na nich kablują. Ale jego instynkt samozachowawczy każe mu powiewać sztandarem oportunizmu: „Zawsze dostajesz najlepsze oceny – powiada – za te wiadomości, które umiesz sprzedać. Życie to życie”.
O ile w „Audiencji” Havla Waniek zdecydowanie odrzucał propozycję Browarnika, aby pisał sam na siebie donosy, zapewniając sobie (i Browarnikowi) święty spokój, o tyle w kolejnym wcieleniu w „Przyjęciu” Waniek sam proponuje, a nawet nalega, że będzie na siebie „donosił”. W ten sposób, liczy, będzie mógł przynajmniej tworzyć swój wizerunek wedle własnego upodobania. To paradoksalne odwrócenie sytuacji tworzy silne napięcie dramaturgiczne i moralne, które mogłoby przynieść ciekawe rezultaty na scenie. Jak do tej pory jednak nikt (przynajmniej w Polsce) nie próbował połączyć w jednym spektaklu „Audiencji” Havla i „Przyjęcia” Dienstbiera, choć – jak nietrudno sobie wyobrazić – wzmocniłoby to „wańkowskie paradoksy”. Tak przynajmniej sugerowała Lenka Jungmanova w posłowiu do czeskiego wydania sztuk o Wańku, „W roli głównej Ferdynand Waniek”, wykorzystanym jako wprowadzenie do polskiej edycji tej książki (2008). Może ktoś się pokusi o taką próbę?
Na razie cieszmy się z trzech „wańkowek” w Dramatycznym. Aldona Figura wzmocniła ich humorystyczny rys, dodając nieliczne, ale silne efekty (np. odgłos strumienia podczas oddawania moczu przez Browarnika, dziwną zależność szumu spuszczania wody i przygasania światła itp.), a także przerysowując karykaturalnie interpretację aktorską – dotyczy to w szczególności środkowej części, czyli „Wernisażu”, kompromitującego nowobogackie kompleksy przyjaciół Wańka, Wiery (Anna Gorajska) i Michała (Sławomir Grzymkowski). W tekście Havla reżyserka odnalazła nieprzebrzmiałe walory. Ludzie zawsze usiłują wymigać się od nieprzyjemnej roboty (Browarnik), odpowiedzialności (jak pisarz Staniek z „Protestu” – w tej roli Łukasz Lewandowski) albo ukryć za gromadzonymi rzeczami („Wernisaż”). Choć to teksty silnie związane ze swoim czasem tzw. realnego socjalizmu w wydaniu czeskim – wiele sytuacji reżyserka odczytywała uniwersalnie. Dezaktualizacji obserwacji Havla zapobiegał także Robert T. Majewski, który delikatną kreską sportretował trochę nieporadnego, wycofanego, a mimo to pryncypialnego obrońcy tego wszystkiego, co istotne dla przyzwoitego człowieka. Partnerują mu mniej lub bardziej przerysowani bohaterowie z przeszłości, spośród których najsilniejsze wrażenie robi cwany szef browaru w majsterskim wykonaniu Janusza R. Nowickiego. Poi Wańka piwem i udziela życiowych nauk: „Nie bądź pan smutny!”. Oglądając ten spektakl nie sposób nie zauważyć, że oportunizm, znieczulica i konformizm nie straciły na aktualności, choć zmieniły się okoliczności przyrody.
„Havel zapytany wprost – pisał Jan Kłossowicz po premierze w Powszechnym – o czym traktują jego sztuki, nawet nie wspomniał o zasadniczych problemach politycznych, odpowiadając: „zdaje mi się, że właściwie wszystkie moje dotychczasowe sztuki mają w istocie jeden, jedyny temat, mianowicie temat kryzysu tożsamości człowieka”. Zdaje się, że to podstawowy powód, dlaczego wraca apetyt na jego sztuki.

PROTEST Vaclava Havla, tłum. Andrzej S. Jagodziński, reż. Aldona Figura, scenografia i kostiumy Joanna Zemanek, światło Andrzej Król, kier. produkcji Rafał Rener, premiera 15 lutego 2020, Scena im. Haliny Mikołajskiej, Teatr Dramatyczny m. st. Warszawy

Trwa strajk elbląskich tramwajarzy

Po tygodniu strajku nadal brak jest porozumienia między strajkującymi pracownikami Tramwajów Elbląskich a zarządem spółki. Z protestującymi nie chcą rozmawiać ani władze spółki, ani prezydent miasta.

Od poniedziałku 17 lutego trwa strajk pracowników Tramwajów Elbląskich. Tramwaje pozostały w zajezdniach, Zarząd Komunikacji Miejskiej uruchomił w ich zastępstwie specjalne linie autobusowe. Zapewne dlatego wypowiadający się w lokalnych mediach elblążanie deklarują, że protest nie jest dla nich szczególnie dolegliwy.

Około 60 pracowników tej miejskiej spółki domaga się podwyżki płac o 350-500 zł brutto (wyższa kwota dla najmniej zarabiających) oraz zmniejszenia limitu godzin nadliczbowych z 225 do 150.

Zarówno władze elbląskiej spółki, jak i przedstawiciele elbląskiego samorządu, jak dotąd, pozostają nieugięte. Ich odpowiedź jest krótka: na spełnienie waszych postulatów nie ma pieniędzy.

Dialog społeczny coś da?

Protestujący otrzymali jedynie zaproszenie na spotkanie Wojewódzkiej Rady Dialogu Społecznego w Olsztynie zaplanowane na 25 lutego. Jest to ciało doradcze działające przy marszałku województwa warmińsko-mazurskiego. Doradcze, czyli uprawnione jedynie do składania rekomendacji, które władze wezmą pod uwagę, lub – częściej – nie. Na zebraniu ma być być obecny zarówno dyrektor Tramwajów Elbląskich Andrzej Sawicki. jak również wiceprezydent Elbląga Janusz Nowak.
Niezależnie od wyników rozmów na forum WRDS protestujący chcą dialogu o tramwajach w samym Elblągu. Zwrócili się do władz miejskich z wnioskiem o zwołanie nadzwyczajnej sesji poświęconej sytuacji Tramwajów Elbląskich lub włączenie tego punktu do programu sesji zwyczajnej, która odbędzie się 27 lutego. Odpowiedzi w tej sprawie jeszcze nie otrzymali.

Mieszkańcy ich wspierają

Pracowników Tramwajów Elbląskich wspierają za to mieszkańcy miasta. W niedzielę (23 lutego) około 40 osób solidaryzujących się ze strajkującymi przybyło do zajezdni tramwajowej przy ul. Browarnej. Mieszkańcy w wypowiedzi dla Elbląskiej Gazety Internetowej podkreślają, że postulaty strajkujących są słuszne, a władze miasta i spółki doprowadziły do wieloletnich zaniedbań.

Stare wagony

Kilka dni temu podczas konferencji prasowej związkowcy podkreślali, że tabor, na którym pracują, jest bardzo stary. Żaden wagon w firmie od 28 lat nie przeszedł remontu kapitalnego. Tymczasem priorytetem powinno być bezpieczeństwo zarówno kierowców, jak i pasażerów.

„Nastroje po pierwszym tygodniu są w dalszym ciągu bojowe, smutne jest jednak to, że zarzuty odnośnie politycznego podłoża strajku sprawiają, że tracą mieszkańcy miasta. My już staliśmy na skraju takiego upodlenia płacowego, że musieliśmy coś zrobić. Komunikacja tramwajowa powinna się rozwijać, jest ekologiczna i dobra dla mieszkańców. Wzburzyło nas to, że na tę komunikację nie przeznacza się tyle pieniędzy, ile powinno się przeznaczać. Dużo mówi się o tym, że Elbląg stawia na komunikację tramwajową, autobusowa miałaby pełnić rolę uzupełniającej, okazuje się jednak, że nie rozmawiamy ani o przyszłości tramwajów, ani ludzi, którzy u nas pracują. To jest stagnacja” – powiedział przewodniczący okręgu północnego Związku Zawodowego Pracowników Komunikacji Miejskiej Roman Kluczyk w rozmowie z dziennikarzem portel.pl.

To nie jest strajk polityczny

Związkowcy zapewniają, że strajk nie jest polityczny i że w swojej sprawie prowadzą rozmowy z działaczami z różnych stron sceny politycznej. Nie chcą nikomu zaszkodzić – chodzi tylko i wyłącznie o godne płace oraz bezpieczny przewóz mieszkańców.

Niezależnie od wyniku zaplanowanych na 26 lutego rozmów u marszałka załoga jest zdeterminowana, by protestować aż do skutku. Związkowcy wiedzą, że za czas strajku nie otrzymają pensji ale są zdeterminowani. I podkreślają, że podczas gdy inne miasta inwestują pieniądze w usprawnianie komunikacji publicznej i przyciąganie pracowników poprzez podnoszenie im pensji, władze Elbląga próbują iść po najmniejszej linii oporu, licząc na to, że wszystko dalej będzie jakoś działało.

W Kolumbii też wrze

Kolumbijczycy dołączyli do Ekwadorczyków, Chilijczyków i ostatnio – po zamachu stanu – Boliwijczyków, w walce przeciw polityce prawicy odbierania praw pracowniczych i powiększania nierówności społecznych. Uderzenia w garnki przebudziły na chwilę neoliberalnego prezydenta Ivana Duque, który obiecuje konsultacje społeczne przed swymi „reformami”.

To się nazywa cacerolazo – walenie tłumu w puste garnki za pomocą sztućców, najczęściej łyżek, choć niektórzy używają pałek perkusyjnych lub innych przedmiotów. Trwało ono w Bogocie dobre dwie i pół godziny i było słyszalne na wiele kilometrów. Podobnie jak na stołecznym placu Bolivara, takie koncerty odbyły się w innych miastach, m.in. w Cali, gdzie wprowadzono wkrótce policyjną, „z powodu zamieszek i rabunków”.
Zdecydowana większość manifestacji była pokojowa. W Bogocie ludzie skandowali „Niech żyje strajk generalny!”. Wieczorem część manifestantów starła się z policją, prawie 60 osób zostało rannych, w tym policjanci. Dziś w Bogocie znowu rozbrzmiewa cacerolazo – według sondaży, już 69 proc. Kolumbijczyków nie chce widzieć Ivana Duque jako prezydenta. „Kolumbia wygrała w ten historyczny dzień obywatelskiej mobilizacji” – ogłosił rano Krajowy Komitet Strajkowy federujący organizatorów protestu.
Duque rządzi ze swymi ludźmi od półtora roku i oczywiście zabrał się za „uelastycznienie”, tj. dalsze uśmieciowienie rynku pracy, forsowanie prywatnych funduszy emerytalnych, podwyższanie wieku emerytalnego itp. Tymczasem upada edukacja i wzrasta liczba bezkarnych zabójstw Indian, więc studenci i Indianie dołączyli do związków zawodowych. Kolumbijski prezydent oskarża sąsiednią, socjalistyczną Wenezuelę o wpływ na kolumbijski bunt społeczny.
Prezydent wystąpił w telewizji, by ostrzec, że podjął „niezbędne środki dla zagwarantowania porządku publicznego na całości terytorium kraju”, a oenzetowskie Biuro Praw Człowieka wyraziło „zaniepokojenie” znacznie podniesioną liczbą żołnierzy na ulicach bezpośrednio przed strajkiem i manifestacjami, jak i „nienawistną kampanią w internecie i mediach stygmatyzującą protesty społeczne”.
Strajk i manifestacje zostały ogłoszone przez kolumbijską federację związków zawodowych przeciw typowym, neoliberalnym pomysłom rządu – „uelastycznienia rynku pracy”, tj. odebrania kolejnych praw pracowniczych, osłabienia publicznych funduszy emerytalnych na rzecz prywatnych i podniesienia wieku emerytalnego.
Studenci, od których zaczęły się ostatnie manifestacje, domagają się dofinansowania zaniedbanej edukacji publicznej a miejscowi Indianie ochrony przed rasistowskimi mordercami: w samej prowincji Cauca (na południowym zachodzie kraju) zabito w tym roku ponad 50 osób.
Artyści i stowarzyszenia obywatelskie popierają ruch społeczny, jak i część opozycji, w tym FARC zrodzony z dawnej marksistowskiej partyzantki. Stronnictwo to sprzeciwia się zabijaniu swoich członków. Od czasu układu pokojowego sprzed trzech lat i przejścia FARC do oficjalnej polityki skrajnie prawicowe bojówki zamordowały ponad 170 dawnych partyzantów.
Prezydent nakazał tymczasem zamknięcie granic z Brazylią, Ekwadorem, Wenezuelą i Peru, by „obcokrajowcy nie naruszali porządku publicznego”.

Widmo cenzury w australijskich mediach

Australijskie gazety – zarówno ogólnokrajowe, jak i regionalne – w swoich dzisiejszych wydaniach zaciemniły tekst na pierwszej stronie, opatrując go czerwoną pieczęcią z napisem „Tajne”.

W ten sposób najważniejsze dzienniki protestują przeciwko ograniczaniu wolności słowa. Australijskie media domagają się w ten sposób, by coraz to nowe i surowsze przepisy dotyczące bezpieczeństwa narodowego nie obejmowały dziennikarzy. Argumentują, że jest to obstrukcja pracy dziennikarskiej i tworzenie nowej kultury informacyjnej legitymizującej faktycznie tajność prac władz centralnych. Środowisko medialne domaga się również lepszej ochrony sygnalistów oraz reform przepisów dotyczących zniesławienia, które w Australii są jednymi z najsurowszych na świecie. Jak zaznaczają agencje, wolność słowa nie jest zagwarantowana w australijskiej konstytucji.
Bezpośrednią inspiracją do protestu były przeprowadzone w czerwcu policyjne rewizje w siedzibie publicznego nadawcy ABC oraz w domu dziennikarki australijskiego oddziału koncernu prasowego News Corp Anniki Smethurst. Wcześniej media te podały informacje, które szkodziły wizerunkowi rządu. Chodziło o ujawnienie planów rozszerzenia kontroli australijskich tajnych służb nad komunikacją elektroniczną i kontami bankowymi oraz publikację informacji z tajnego raportu o działalności australijskich sił specjalnych w Afganistanie. Raport podaje m.in. szczegóły zabicia trojga afgańskich cywilów.

Policyjny rajd z czerwca wywołał bardzo negatywny oddźwięk w środowisku australijskich i międzynarodowych mediów. Wczoraj zaś (niedziela, 20 października) rząd podtrzymał deklarację, z której wynika, że w następstwie rewizji możliwe jest postawienie zarzutów trzem dziennikarzom, podejrzewanym o naruszenie przepisów ustawy o ochronie tajemnic państwowych.

Średniowiecze!

Protest pod hasłem #JesieńŚredniowiecza rozpoczął się pod Sejmem 16 października o godz. 17:30; o tej godzinie według harmonogramu prac parlamentarnych miała zacząć się seria głosowań, w którą ujęty był także obywatelski projekt ustawy realnie zakazującej nie tylko edukacji seksualnej, ale nawet penalizujący rozmowy o seksie.

W czasie trwania manifestacji posłowie skierowali projekt do dalszych prac w komisjach. Jednak według opozycyjnych parlamentarzystów, komisje dziś już nie zdążą się zebrać w tej sprawie. Można powiedzieć, że przeciwnicy tej ustawy zyskali nieco czasu by się przegrupować.
Inicjatorkami zgromadzenia były organizatorki Czarnego Protestu. „Jako polskie obywatelki i kobiety mieszkające w Polsce, […] żądamy wyrzucenia tej ustawy do kosza i rzetelnej pracy nad prawem, które będzie chronić niepełnoletnich” – można przeczytać na stronie wydarzenia na portalu Facebook.
Z trybuny przypominano, że projekt zakazu edukacji seksualnej przewiduje karę więzienia do pięciu lat za: rozmowy o bezpiecznym seksie, uświadamianie w zakresie antykoncepcji, informowanie o możliwości zarażenia HIV, HPV i innymi chorobami przenoszonymi drogą płciową, rozmowy o „złym dotyku”, wyjaśnianie dzieciom, ze masturbacja to normalna sprawa, przepisanie nieletniej leku, który ma zastosowanie między innymi antykoncepcyjne oraz rozmowy o orientacji seksualnej.
Przy ul. Wiejskiej przed Sejmem zgromadziło się kilka tysięcy osób. Przemawiały organizatorki ze Strajku Kobiet i edukatorzy seksualni. W pewnej chwili do protestu dołączyła też celebrytka Anja Rubik. Z organizatorkami kontaktowała się posłanka Joanna Schering-Wielgus; to właśnie ona przekazała im informacje, iż projekt został skierowany po pierwszym czytaniu do prac w komisjach i od niej protestujący dowiedzieli się, że tej nocy żadna komisja nie zdoła już najpewniej przeprocedować tej noweli.
Prawica nie zdołała się zorganizować – nie było żadnej kontrdemonstracji, ani popierającego inicjatorów projektu zmian w prawie happeningu. Wygłupiał się jedynie znany ekstremistyczny facecjonista Marcin Rola z przybocznym kamerzystą.
Przypomnijmy. Obecnie prawo penalizuje publiczne propagowanie lub pochwalanie zachowań o charakterze pedofilskim. Wnioskodawcy uważają jednak, że to za mało. Ich zdaniem obecne prawo „ogranicza się wyłącznie do sytuacji, kiedy osoba dorosła współżyje z osobą małoletnią, całkowicie pomijając fakt, że coraz częściej propaguje oraz pochwala się sytuacje, kiedy to małoletni podejmują współżycie ze sobą. W konsekwencji, obowiązujący stan prawny nie nadąża za przemianami społecznymi, jakie można zaobserwować w dzisiejszych czasach” – przekonują.
Proponowany przez nich projekt zakłada, że „kto propaguje lub pochwala podejmowanie przez małoletniego obcowania płciowego lub innej czynności seksualnej, działając w związku z zajmowaniem stanowiska, wykonywaniem zawodu lub działalności związanych z wychowaniem, edukacją, leczeniem małoletnich lub opieką nad nimi albo działając na terenie szkoły lub innego zakładu lub placówki oświatowo-wychowawczej lub opiekuńczej, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”.
Projekt noweli mocno krytykuje grupa edukatorów seksualnych Ponton. W stanowisku wydanym przez tę organizację czytamy m.in.
„Proponowana zmiana, a zwłaszcza towarzysząca jej akcja lobbingowa, jednoznacznie wskazują na intencje projektodawców. Celem jest zarówno uniemożliwienie młodzieży egzekwowania prawa do rzetelnej edukacji, jak i zastraszenie osób zajmujących się edukacją seksualną i zapewnieniem opieki zdrowotnej osobom poniżej 18. roku życia. Jako Grupa Ponton mamy stały kontakt z młodymi ludźmi – mówią nam o problemach, troskach, potrzebach, a my ich słuchamy i wspieramy. Możemy zapewnić, że proponowana nowelizacja Kodeksu Karnego zadziała na szkodę najmłodszych Polek i Polaków, pozbawiając ich dostępu do rzetelnej edukacji (edukacja seksualna), opieki zdrowotnej (konsultacje ginekologiczne, dostęp do antykoncepcji czy tabletki „po”) oraz zwykłego, ludzkiego wsparcia w kwestiach seksualności, dojrzewania, rozwoju, budowania zdrowych związków”.

Rękawiczki teoretycznie jednorazowe

Jesienią rusza protest lekarzy rezydentów. „Będziemy pracować zgodnie z Kodeksem pracy. Dla pacjentów będzie to oznaczać dłuższe oczekiwanie na wizytę” – mówi Jan Czarnecki, przewodniczący Porozumienia Rezydentów OZZL w rozmowie z Justyn Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Szykuje się nowy protest lekarzy rezydentów. Dlaczego?
JAN CZARNECKI: Aby odpowiedzieć na pani pytanie, trzeba się cofnąć do porozumienia z lutego 2018. Porozumienie to zawarte zostało między rezydentami a ministrem zdrowia Łukaszem Szumowskim po 29-dniowym proteście głodowym lekarzy rezydentów. Dziś okazuje się, że zapisy tego porozumienia nie są realizowane tak jak powinny.
Zostało nam dane słowo, ale wiele tych podpunktów jest realizowanych do połowy, czasem – tam gdzie rządowi wygodnie, aby zaoszczędzić.
Najdobitniejszym tego przykładem może być wykorzystywanie współczynnika PKB do obliczania wielkości nakładów na ochronę zdrowia sprzed 2 lat.
Ministerstwo Obrony Narodowej, Ministerstwo Finansów korzystają z szacunków na ten rok, a rząd w przypadku ochrony zdrowia wybrał najmniej korzystny współczynnik dla Polaków. Według wyliczeń Naczelnej Rady Lekarskiej powinno być w ochronie zdrowia więcej o 10 mld. Zestawmy to np. z osiągnięciami WOŚP. Przez 27 lat zebrała 1 mld. A teraz proszę się zastanowić, co by było, gdybyśmy mieli 10 mld rocznie. To byłby skok cywilizacyjny dla kraju, ale rząd postanowił skoncentrować się na innych aspektach.

W ugodzie zawartej w lutym rząd obiecał wzrost nakładów na ochronę zdrowia do 6 proc. PKB.
Tak i wszyscy się cieszyli, że taki sztywny odsetek ustalono. Pamiętam, jak minister Radziwiłł chwalił tę ugodę i przekonywał, jakie to wielkie wydarzenie. Tak by było, gdyby nie pytanie, o PKB z którego roku mówimy. Rząd wybrał zasadę n-2, czyli dwa lata wstecz, kiedy wartość PKB była znacznie mniejsza.
To oszustwo księgowe, a szkoda, bo mona by naprawić wiele aspektów ochrony zdrowia.
Czas oczekiwania na zabieg wstawienia protezy biodrowej, czyli endoprotezoplastyki stawu biodrowego – pamiętam ze swoich studiów ortopedów, którzy mówili, że okres oczekiwania to 5 lat. Przez ten czas pacjent musi przyjmować duże ilości leków przeciwbólowych, które niszczą mu żołądek, albo narkotycznych opioidów, które uzależniają. Rząd premiera Morawieckiego zniósł limit na wykonywanie tych zabiegów i okazało się, że czas oczekiwania skrócił się do pół roku! Mój znajomy ortopeda musi sam dzwonić do pacjentów i namawiać ich, aby stawili się na operację. Okazuje się, że nie tylko brakuje lekarzy, ale jeszcze rząd stawia dodatkowe ograniczenia. Brakuje lekarzy, brakuje pielęgniarek, fizjoterapeutów, bo wielu wyjeżdża.
Kolejnym punktem wartym wspomnienia jest rewaloryzacja świadczeń, czyli tego, jak dużo NFZ płaci szpitalowi za poradę, operację, zabieg. Ponieważ wszystkie koszty zwiększyły się – media, koszta budowlane – to wycena świadczenia także powinna zostać zwiększona. Tymczasem szpitalom cały czas płaci się takie same pieniądze.
Nawet gdy dyrektorzy mają ambicję podnieść jakość i warunki pracy, by móc pracować na dobrym, nowoczesnym sprzęcie, to nie mogą, bo nie ma funduszy.
Doszły do nas informacje o szpitalach, gdzie oszczędza się na rękawiczkach, wenflonach; bywa, że rękawiczki jednorazowe są używane kilkukrotnie. W takiej rzeczywistości szpitalnej dziś żyjemy, ponieważ NFZ nie płaci wystarczających pieniędzy. Ja sam przez 10 dni głodowałem, żeby coś w końcu w ochronie zdrowia się zmieniło, żeby ochrona zdrowia wreszcie przestała straszyć.

Kiedy protest rusza?
Ogłosiliśmy na specjalnej konferencji, że zaczyna się w październiku. Był na niej także przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego lekarzy dr Krzysztof Bukiel, byłem ja, czyli przewodniczący Porozumienia Rezydentów OZZL, oraz przedstawiciel Naczelnej Rady Lekarskiej. Ogłosiliśmy redukcję czasu pracy do jednego etatu.
Czyli wypowiadacie klauzulę opt-out, ogłaszacie akcję 1 lekarz – 1 etat. Skutki będą dopiero jesienią?
Tak, bo od jesieni będziemy pracować zgodnie z Kodeksem pracy. Dla pacjentów będzie to oznaczać dłuższe oczekiwanie na wizytę. To straszne i zarazem bardzo smutne, że jest nas tak mało, że gdy lekarze zaczną pracować tak jak powinni, to nagle zacznie się sypać cały system.
Smutne jest to, że musimy organizować nowy protest, żeby wyegzekwować postanowienia porozumienia poprzedniego protestu.

Nie boicie się tego, że jeżeli zaczniecie pracować zgodnie z Kodeksem pracy i system przestanie być wydajny, to za kryzys zostaniecie obarczeni wy, a nie rząd, który od lat bagatelizował problem?
Te oskarżenia miałyby zasadność, gdybyśmy dążyli tylko do podniesienia własnych pensji, aby napełnić sobie kieszenie. My nie chcemy więcej dla siebie, chcemy potwierdzenia obecnych wynagrodzeń na przyszłość. Chcemy uzdrowić ochronę zdrowia, bo obecne rozwiązania, które rząd proponuje, jak np. ramę czasową dla lekarza na SOR, są próbą zwiększenia wydajności zmęczonego osła przez poganianie go kijem. To do niczego nie prowadzi. Zresztą żadna z dzisiejszych partii nie proponuje dobrych rozwiązań.

Jak finansowanie ochrony zdrowia wygląda w krajach UE? Jaki procent PKB jest przekazywany?
Powiem tak, jeżeli chodzi o nakłady, to Polska jest trzecia od końca w Europie. Za nami jest tylko Rumunia i Bułgaria.
Oczywiście rząd mówi, że finansowanie się zwiększa i to prawda, ponieważ cała gospodarka rośnie. Więcej ludzi pracuje plus ściągalność składek jest lepsza. Jednakże cały czas operujemy w wartościach względnych. To gospodarka ciągnie ochronę zdrowia i dlatego nakłady rosną.

Jak z waszej perspektywy wygląda kryzys lekowy?
To kolejny aspekt dotknięty niedofinansowaniem. Zastany taką sytuacją lekarz musi pacjentowi powiedzieć: oto recepta, proszę poszukać sobie apteki, w której ten lek będzie. Proszę mi wierzyć, że nikomu nie przychodzi łatwo coś takiego powiedzieć chorej osobie.

NIE dla Rafalskiej

Związek Zawodowy Związkowa Alternatywa popiera krytyczne stanowisko Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych wobec kandydatury Elżbiety Rafalskiej na przewodniczącą Komisji ds. Zatrudnienia i Spraw Socjalnych PE. Związki zawodowe powinny być postępowymi siłami, które walczą z wszelkimi formami dyskryminacji. Elżbieta Rafalska reprezentuje partię ksenofobiczną, która utwierdza negatywne stereotypy wobec kobiet, migrantów czy LGBT. Ponadto Prawo i Sprawiedliwość na szczeblu unijnym nie walczy o wdrożenie rozwiązań, które uczyniłyby Unię Europejską bardziej solidarną, sprawiedliwą i demokratyczną. Wręcz przeciwnie, PiS umacnia model Europy dwóch prędkości, sytuując Polskę na marginesie Wspólnoty Europejskiej. Między innymi obecny rząd sprzeciwia się zasadzie równej płacy za tę samą pracę, przyzwalając w ten sposób na dyskryminację pracowników z biedniejszych krajów, pracujących w bogatych krajach zachodnich. Minister Rafalska jako minister rodziny, pracy i polityki społecznej nie podjęła też działań na rzecz ograniczenia umów niestandardowych, a jej dialog z partnerami społecznymi był pozorowany. Partia Elżbiety Rafalskiej podjęła też szereg antypracowniczych działań w spółkach skarbu państwa, jak też w sektorze państwowym i samorządowym, z pogardą odnosząc się do nauczycieli, pracowników socjalnych, pracowników służby zdrowia czy pracowników wymiaru sprawiedliwości.
Jednocześnie jesteśmy zażenowani postawą Solidarności, która odcina się od międzynarodówki związkowej i staje u boku rządu. Centrala Piotra Dudy po raz kolejny okazuje się przystawką Prawa i Sprawiedliwości i interes partii rządzącej stawia ponad interesami świata pracy. Solidarność daje kolejne dowody, że jej aktywność nie ma wiele wspólnego z działalnością związkową – jest to po prostu jeden z wielu sojuszników prawicowego rządu. W ostatnich miesiącach Solidarność wielokrotnie kompromitowała ruch związkowy, wspierając ruchy ksenofobiczne i nacjonalistyczne, jak też wspierając niszczenie praworządności przez rząd. Niedawno Piotr Duda przyłączył się do nagonki na LGBT, chociaż zakaz dyskryminacji jest wpisany tak w Konstytucję RP, jak i Kodeks Pracy.
Związkowa Alternatywa broni praw pracowniczych w każdym wymiarze i dlatego zdecydowanie odcina się od Solidarności, a jednocześnie popiera stanowisko Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych. Podobnie jak nasi koledzy i koleżanki z EKZZ, uważamy, że Elżbieta Rafalska nie nadaje się na stanowisko przewodniczącej Komisji ds. Zatrudnienia i Spraw Socjalnych PE i jesteśmy przeciwko jej kandydaturze.

Co wywalczyli niepełnosprawni

23 maja ulicami Warszawy przeszła ogólnopolska manifestacja osób niepełnosprawnych i ich rodzin. To ważne wydarzenie przypomina o wciąż licznych potrzebach i nierozwiązanych problemach osób niepełnosprawnych, które zostały już wyartykułowane podczas protestu okupacyjnego w Sejmie wiosną 2018 roku. W ostatnim czasie obóz rządzący zapowiedział 500 złotych dodatkowego świadczenia dla części osób głęboko niepełnosprawnych. Nie wiadomo jednak, czy i kiedy nowe rozwiązanie wejdzie w życie ani kto dokładnie miałby zakwalifikować się do tego wsparcia.

Samo hasło: „500+ dla niepełnosprawnych” nawiązuje niewątpliwie do zasadniczego postulatu, z jakim przed rokiem przez miesiąc protestowano na sejmowym korytarzu. Bez względu na to, jakie będą dalsze losy zapowiedzianego nowego świadczenia, ówczesny protest już przyniósł wymierne efekty.

Wyższa renta socjalna

Podniesienie renty socjalnej z poziomu 84 proc. do 100 proc. najniższej renty z tytułu całkowitej niezdolności do pracy było jednym z dwóch najważniejszych postulatów protestujących. Dla tych ludzi miało to znaczenie godnościowe.
Przed protestem na portalach wymiany informacji między niepełnosprawnymi i ich bliskimi można było przeczytać hasła typu „84% człowieka” wskazujące, że renty socjalne poniżej poziomu ustawowego minimum dla świadczeń emerytalnych i rentowych uderzają w poczucie godności ludzi, którzy muszą żyć za takie pieniądze. Dobrze więc, że dokonano wyrównania i szkoda, że trzeba było do tego aż tak dramatycznego protestu.W dodatku mimo wyrównania nadal mówimy o świadczeniach bardzo niskich – do marca tego roku jest to 1100 złotych brutto, co na rękę daje kwoty mieszczące się poniżej socjalnego minimum.
Przypomnijmy, że renta socjalna przeznaczona jest dla osób mających orzeczoną niezdolność do pracy (choć zarazem prawo obecnie przewiduje możliwość dorabiania do tego świadczenia), których niepełnosprawność powstała przed 18 roku życia. Tym, którzy już w wieku dorosłym stali się niepełnosprawnymi i mają ograniczenia w wykonywaniu pracy, przysługują z kolei renty z tytułu całkowitej lub częściowej niezdolności do pracy, o ile spełnione są też odpowiednie kryteria.

W praktyce nadal mamy w Polsce grupę osób głęboko niepełnosprawnych,

które nie kwalifikują się do jednego ani drugiego świadczenia. Wystarczy, że ktoś po 18 roku życia ulegnie wypadkowi, skutkującemu niepełnosprawnością, a nie był ubezpieczony emerytalnie lub rentowo, bo np. sytuacja zmuszała go do pracy na czarno lub na umowę o dzieło.
Inny mało akcentowany problem to sytuacja opiekunów, którzy pobierają emerytury lub renty, często bardzo skromne, nawet poniżej 1000 złotych na osobę. Grupa ta od lat domaga się wyrównania świadczenia pielęgnacyjnego (obecnie na poziomie nieco powyżej 1500 złotych netto). Inną sprawą jest kwestia tzw. wykluczonych opiekunów osób, które stały się znacznie niepełnosprawne w wieku dorosłym. Opiekunowie ci mogą liczyć dziś na raptem 620 złotych i to pod warunkiem nieprzekroczenia progu dochodowego (poniżej 764 złotych netto na osobę).

Solidarnościowy Fundusz Wsparcia

Jeszcze w czasie sejmowego protestu w ubiegłym roku, premier Morawiecki zapowiedział wprowadzenie tzw. daniny solidarnościowej, która pozwoliłaby na sfinansowanie zwiększonego wsparcia dla osób z niepełnosprawnościami. Ta zapowiedź została chłodno przyjęta przez dużą część środowiska, jako coś, co kojarzyło im się ze swoistą jałmużną, a nie realnym urzeczywistnieniem ich praw. To wskazuje, by projektując różne rozwiązania wspierające dbać o to, by nie uderzały one w poczucie godności tych, do których są skierowane.
Zastrzeżenia budziło choćby przekazanie na ten nowy cel niemałych środków nie tylko z tzw. daniny solidarnościowej, ale także z Funduszu Pracy, a więc puli dedykowanej osobom bezrobotnym, którzy też są w potrzebie. Wydaje się dyskusyjne czy akurat do tej stosunkowo płytkiej publicznej kieszeni należy ochoczo sięgać by finansować inne, choćby słuszne cele.
Z perspektywy czasu widać jednak pewne plusy nowego, działającego od tego roku mechanizmu. W ramach Solidarnościowego Funduszu Wsparcia Osób Niepełnosprawnych, którego tegoroczny budżet ma wynieść prawie 650 mln złotych uruchomiono już konkretne programy, mające służyć dofinansowaniu działań gmin w zakresie opieki. Pierwszy z programów to „ usługi opiekuńcze dla osób niepełnosprawnych” (60 mln na ten rok), drugi zaś to „opieka wytchnieniowa” (110 mln). O ile pierwszy z programów ma służyć dalszemu rozwojowi usług opiekuńczych i specjalistycznych usług opiekuńczych, będących już od dawna ustawowym zadaniem samorządu, o tyle drugi służy rozwojowi czegoś, czego brakowało w polskim prawie socjalnym.

Opieka wytchnieniowa

to w uproszczeniu opieka zastępcza na czas, gdy opiekun nie może sprawować opieki (np. w związku z własnym leczeniem) nad swoim podopiecznym. Z moich doświadczeń wynika, że takie wsparcie jest przez wielu opiekunów bardzo pożądane, a jego brak skutkuje naprawdę dramatycznymi sytuacjami. Zdarza się wszak, że przeciążony opieką bez przerwy opiekun nie jest w stanie nawet skorzystać z konstytucyjnego prawa do leczenia, bowiem nie ma w tym czasie jak zapewnić opieki bliskiej osobie.
Oczywiście budżet tych programów, jak na skalę potrzeb, jest dość skromny, a konkursowa formuła z wymaganym wkładem własnym może uderzać w najuboższe gminy, którym trudno ubiegać się o wsparcie. Wreszcie, szczegółowe zasady przyznawania tego rodzaju opieki budzą obawy, że część potrzebujących, np. opiekunowie osób z niepełnosprawnością intelektualną, może nie zakwalifikować się do pomocy. Ważne jednak, że przynajmniej na razie zaczęły funkcjonować pewne nowe formy wsparcia, których dotąd dotkliwie brakowało. Być może dłużej musielibyśmy na to czekać, gdyby nie zeszłoroczny protest.

Lepszy dostęp do rehabilitacji medycznej dla znacznie niepełnosprawnych

Przyjęcie nowych rozwiązań w dostępie do świadczeń medyczno-rehabilitacyjnych miało stanowić rządową odpowiedź na drugi z postulatów – 500 dodatkowych złotych dla osób ze znaczną niepełnosprawnością. Rząd nie umiejąc bądź nie chcąc spełnić tego postulatu w formie świadczenia pieniężnego, zasugerował wprowadzenie szeregu udogodnień w dostępie do sprzętu, rehabilitacji i specjalistycznego leczenia, które w założeniu miały przynieść znaczne oszczędności w budżetach domowych osób z niepełnosprawnościami. Rozwiązanie to trudno uznać za właściwą odpowiedź na to, czego oczekiwali protestujący. Niemniej przyniosło ono pewne korzyści przynajmniej części osób z niepełnosprawnością znaczną i ich rodzin.

Nowe regulacje

przewidywały możliwość skorzystania z ambulatoryjnych świadczeń specjalistów bez konieczności skierowań, brak limitów czasowych użytkowania wyrobów medycznych, takich jak materace, wózki inwalidzkie czy protezy, zniesienie limitu finansowania świadczeń w zakresie rehabilitacji leczniczej czy bezkolejkowy dostęp do świadczeń medycznych i zaopatrzenia w aptekach.
Na ile założenia te zostały zrealizowane w praktyce? Spotkałem się z różnymi opiniami. Jedni mówią, że faktycznie skorzystali, ale są też tacy, którzy wskazują, że nadal natrafiają na pewne bariery. Z pewnością tu i ówdzie udrożniono i ułatwiono dostęp do opieki i rehabilitacji medycznej dla części osób niepełnosprawnych i ułatwiono tym samym przy okazji życie ich bliskim.

Trzeba jednak pamiętać o ograniczeniach nowych regulacji.

Po pierwsze, działają one tylko względem osób z niepełnosprawnością w stopniu znacznym, a już nie z np. stopniem umiarkowanym. Część potrzebujących, na przykład świeżo po ciężkim wypadku lub chorobie, może w ogóle nie mieć jeszcze orzeczenia, choć szybki tryb dostępu do rehabilitacji i specjalistów powinien być wskazany. Po drugie, nawet wśród osób znacznie niepełnosprawnych są takie, których np. choroby rzadkie nie są w ramach publicznego systemu opieki zdrowotnej jeszcze uwzględnione, jeśli chodzi o specjalistów, terapie, odpowiednie podejście itp. Dla tych ludzi dodatkowe wsparcie pieniężne mogłoby być rozwiązaniem, pozwalającym na choćby częściowe pokrycie dodatkowych kosztów leczenia, rehabilitacji, opieki, niekiedy poza ramami publicznej służby zdrowia.
Wreszcie – pamiętajmy, że potrzeby osób niepełnosprawnych – także tych znacznie niepełnosprawnych – nie zamykają się w sferze tylko medyczno-rehabilitacyjnej. Ci ludzie potrzebują też szerokiej i sprawnej rehabilitacji społecznej, a nieraz i zawodowej. Omawiane rozwiązania się do tego nie odnoszą. Nie zapominajmy również, że łatwiejsza i szybsza ścieżka dostępu do lekarzy specjalistów i rehabilitantów nic nie da bez działań, które by zatrzymały przedstawicieli tych profesji w systemie publicznej służby zdrowia i gwarantowały im godziwe wynagrodzenie i warunki pracy. Z tym bywa bardzo źle, o czym np. zajmujący się rehabilitacją fizjoterapeuci przypomnieli podczas niedawnego protestu tej grupy zawodowej.

Wiatr w żagle

Oddziaływanie zeszłorocznego protestu niepełnosprawnych i ich rodzin nie powinno być rozpatrywane wyłącznie przez pryzmat twardych zmian legislacyjnych, ale także zjawisk zachodzących w debacie publicznej i społecznej świadomości. Pod tym względem znaczenie protestu trudno przecenić. Wiele osób poznało, choćby pobieżnie, dramat ludzi z głębokimi niepełnosprawnościami i ich bliskich, a także mogło zorientować się w choćby niektórych deficytach polityki wsparcia tej grupy. Dziś prawdopodobnie niemal wszystkie formacje oraz media zdają sobie, że mówimy o grupie społecznej, która czuje się pokrzywdzona i gotowa jest zabiegać o swoje prawa. Miejmy nadzieję, że przełoży się to tworzenie bardziej solidarnej i sprawiedliwej polityki wobec niepełnosprawności.

Protest trochę spóźniony

Lekarze będą protestować. Tym razem nie w sprawie swoich pieniędzy, ale w sprawie publicznej służby zdrowia.

To budujące, że występując z protestem starannie podkreślają, że nie chodzi tym razem o kolejną podwyżkę uposażeń, ale o ratunek dla pacjentów. Z uznaniem witam deklarację organizatorów protestu, by zjawili się na nim ci wszyscy, którym „zależy, aby publiczna ochrona zdrowia w Polsce zaczęła w końcu funkcjonować dobrze, aby Polacy przestali umierać w kolejkach do leczenia”. To znaczy, że chcą się podeprzeć wszystkimi, bo nie ma na świecie człowieka, który by nie chciał, by opieka medyczna była coraz lepsza. Doprawdy, zaraz się rozpłaczę.
W ucieraniu usmarkanego nosa przeszkadzają mi jednak nieco okruchy wspomnień, jak lekarze i ich związki zawodowe (!) optowały za prywatyzacją służby zdrowia, która miała być remedium na wszystkie bolączki kulejącego systemu opieki zdrowotnej.
W 2006 roku, podczas zapowiedzi strajku lekarzy przewodniczący Zarządu Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy Krzysztof Bukiel zapowiedział, że elementem strajku będzie „autoprywatyzacja” polegająca na tym, że lekarze masowo zwolnią się z pracy w publicznych placówkach zdrowia i będą świadczyć usługi prywatnie.
Jerzy Miller, prominentny polityk PO i dawny prezes NFZ, był zdania, że społeczny sprzeciw wobec prywatyzacji minie kiedy dokona się zmiana mentalności. Prywatyzacji nie sprzeciwiała się Dorota Gardias, przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych w 2007 r, a sekretarz jednego z najbardziej bojowych w czasie strajku lekarzy w 2007 roku Porozumienia Zielonogórskiego utrzymywał, że prywatyzacja oznacza po prostu racjonalizację rynku usług medycznych.
Do tego dodajmy wielokrotnie krytykowaną na naszych łamach działalność WOŚP i forsowaną przez Jerzego Owsiaka koncepcję prywatyzacji służby zdrowia i to radykalnej, bolesnej („bolesne, krwawiące cięcie”).
To prawda, że są przesłanki, pozwalające wierzyć, że przynajmniej kolejne pokolenie lekarzy nie jest już bezkrytycznymi fanami komercjalizacji usług medycznych – wszak podczas dramatycznego, głodowego protestu rezydentów jako lekarstwo dla chorej służby zdrowia wskazywano już zwiększenie na nią wydatków z budżetu, nie wyprzedaż.
Jeśli jednak w zapowiadanym dzisiaj proteście wezmą udział wszyscy ci wyżej wymienieni ludzie i kierowane przez nich organizacje, to czy starczy im śmiałości i uczciwości, by uciąć wszystkie wątpliwości? Wystarczy powiedzieć: „myliliśmy się”. No, chyba, że wolą powiedzieć, że uczestnictwo w proteście to tylko taki żart, niewinne oszustwo, bo tak naprawdę w dupie mają publiczną służbę zdrowia, skoro celem ich wysiłków i protestów ciągle jest jej prywatyzacja? Czekam na jasną deklarację.

Niczego nie kończymy

Premierze, obserwujemy działania rządu z rozczarowaniem! – mówią nauczyciele w Warszawie. Pod budynkiem Ministerstwa Edukacji Narodowej pedagodzy pokazali, co sądzą o ucieczce Zalewskiej do Brukseli i o „Okrągłym Stole” Morawieckiego.

„Zbudowanie trwałego i nowoczesnego systemu oświatowego to zadanie, którego nie można zrealizować podczas jednodniowego happeningu nazwanego »okrągłym stołem« – napisali nauczyciele w liście do Mateusza Morawieckiego. – Debata o edukacji jest potrzebna i toczy się już teraz” – piszą pedagodzy i chcą zorganizowania wspólnego „forum dla edukacji”. „Dziś dla dobra przyszłości polskiej edukacji, wzywamy premiera do zrealizowania postulatu płacowego. Zamiast rozważać perspektywę mglistej przeszłości, należy działać tu i teraz”.
A więc działają.
Według protestujących rząd tylko pozoruje podjęcie dialogu, w rzeczywistości jednak usiłuje grać na antagonizowanie nauczycieli i rodziców, czyniąc tych pierwszych odpowiedzialnymi za ewentualne kłopoty tegorocznych maturzystów z uzyskaniem indeksów.
Pod MEN 23 kwietnia zebrały się tłumy strajkujących i solidaryzujących się ze strajkiem. – ale Manifestacje nauczycieli odbywają się dziś również w innych miastach Polski – m.in. w Szczecinie i Krakowie.
– Nie może być spadku wydatków na edukację – powiedział przewodniczący OPZZ Guz. – Nie będzie rozwoju gospodarczego i innowacji, jak nie będzie dobrej szkoły. Serdecznie wam dziękujemy za lekcję wychowania obywatelskiego i demokracji.
– Musimy pamiętać, że nauczyciel powinien dobrze zarabiać, dlatego, że ręczy głową, gdy coś się stanie dziecku na terenie szkoły – doda Nikodem Kaczprzak z Młodzieżowej Rady Warszawy. – Nauczyciele, jesteśmy w wami!
Sławomir Broniarz, który witał przybywających na demonstrację, nie krył radości: – Są delegacje z całego kraju: Śląska, Poznania, Krakowa, Łodzi, Torunia, Poznania. Wciąż dojeżdżają kolejne grupy, także mniejszymi busami. Jesteśmy zdeterminowani, dalszy protest ma sens!
Po zakończeniu protestu prawdopodobnie zbierze się prezydium ZNP. Wątpliwe, aby nagle zmienił się front pedagogów i zrezygnowali z dalszego bojkotowania pracy. Nie liczą na żadną przełomową propozycję rządzących.
W środę o 09:00 kolejna demonstracja ma przejść pod MEN z Ronda Dmowskiego. To inicjatywa Komitetu Strajkowego Szkoły Podstawowej (tzw. specjalnej) nr 117 w Warszawie.
– Premier zarzuca nam, że działamy na szkodę uczniów. Ale czy premier potrafiłby spojrzeć w twarz uczniom po tym, jak rząd traktuje protest kilkuset tysięcy ich nauczycieli? – mówi uczestnicy warszawskiego protestu. – Gdy mówimy, że nauczyciele to elita intelektualna kraju, w odpowiedzi dostajemy pobłażliwe uśmiechy. To spuścizna wielu lat chaosu w całej edukacji i języka pogardy w przestrzeni publicznej. Nie godzimy się na szantażowanie nas i stawianie przeciwko nam uczniów i rodziców.
– Dzisiaj niczego nie kończymy. Niczego nie kończymy. W dalszym ciągu jesteśmy w fazie strajku o godność nauczyciela, o godność pracownika oświaty – zastrzega Sławomir Broniarz. – Nauczycielska bieda, oświatowa bieda, nie ma barw politycznych i związkowych. Oprócz pieniędzy, płacy, zależy nam na dobrej, autonomicznej szkole, z wysoką pozycją zawodową nauczycieli i dyrektorów szkół, aby ci ludzie nie byli uwiązani różnego rodzaju rozporządzeniami MEN, żeby nie funkcjonowali w okowach ustaw i rozporządzeń. Chcemy mówić swoim głosem.