Długie ręce Ameryki

Czego „demokratyczne” media nie powiedzą o protestach na Kubie.

Kubą wstrząsnęła seria antyrządowych protestów ulicznych. Amerykański establishment od razu przyklasnął tym wydarzeniom i w pełni poparł protestujących. Wiele jednak wskazuje na to, że Waszyngton może być bardziej zaangażowany w te wydarzenia, niż chciałby to publicznie ujawnić.
Protesty, które rozpoczęły się w niedzielę w mieście San Antonio de los Baños w zachodniej części wyspy były prowadzone i głośno wspierane przez artystów i muzyków, szczególnie z tętniącej życiem sceny hip-hopowej.
– Dla tych, którzy nie znają tematu Kuby: protesty, których jesteśmy świadkami, zostały zapoczątkowane przez artystów, a nie polityków. Ta piosenka ‚Patria y Vida’ /Ojczyzna i Życie – przyp. red./ w mocny sposób wyjaśnia, co czują młodzi Kubańczycy. To utwór o takiej sile , że jeśli zostaniesz przyłapany na jej graniu na Kubie, pójdziesz do więzienia” – powiedział senator z Florydy Marco Rubio, nawiązując do utworu rapera Yotuela. Zarówno NPR, jak i The New York Times opublikowały obszerne artykuły na temat piosenki i tego, w jaki sposób pobudza ona ruch. „Piosenka hip-hopowa, która napędza bezprecedensowe protesty na Kubie” – brzmiał nagłówek w NPR. Sam Yotuel poprowadził demonstrację wsparcia dla protestujących w Miami.
Jednak to, o czym nie wspomniano w tych relacjach, to skala, na jaką kubańscy raperzy tacy jak Yotuel są wykorzystywani przez amerykański rząd w celu zasiania niezadowolenia w karaibskim kraju.
Ostatnie wykazy grantobiorców National Endowment for Democracy (NED) – organizacji założonej przez administrację Reagana jako grupa frontowa dla CIA – pokazują, że Waszyngton próbuje infiltrować kubańską scenę artystyczną w celu doprowadzenia do klasycznej zmiany rządów, regime change. „Wiele z tego, co robimy dzisiaj, było robione potajemnie 25 lat temu przez CIA” – powiedział kiedyś współzałożyciel NED, Allen Weinstein, dziennikowi The Washington Post.
Przykładowo jeden z projektów, zatytułowany „Wzmocnienie pozycji kubańskich artystów hip-hopowych jako liderów społecznych”, stwierdza, że jego celem jest „promowanie partycypacji obywatelskiej i zmian społecznych” oraz „podnoszenie świadomości na temat roli, jaką artyści hip-hopowi odgrywają we wzmacnianiu demokracji w regionie”. Inny, zatytułowany „Promowanie wolności słowa na Kubie poprzez sztukę”, twierdzi, że pomaga lokalnym artystom w projektach związanych z „demokracją, prawami człowieka i pamięcią historyczną” oraz pomaga „zwiększyć świadomość na temat kubańskiej rzeczywistości”. Ta „rzeczywistość”, jak stwierdził w tym tygodniu sam prezydent Joe Biden, jest taka, że rząd kubański jest „autorytarnym reżimem”, który rządzi dzięki „dekadom represji”, podczas gdy przywódcy jedynie „wzbogacają się”.
Inne działania finansowane przez NED obejmują wzmacnianie zdolności kubańskiego społeczeństwa obywatelskiego do „proponowania alternatyw politycznych” i „demokratycznej transformacji”. Agencja nigdy nie ujawnia, z kim współpracuje na Kubie, ani też nie podaje żadnych informacji poza kilkoma zdaniami. Kubańczycy muszą sami sobie odpowiadać na pytanie, czy jakakolwiek grupa, która choćby w niewielkim stopniu kwestionuje normy polityczne lub społeczne, jest potajemnie finansowana przez Waszyngton.
– Departament Stanu, Amerykańska Agencja ds. Rozwoju Międzynarodowego oraz Amerykańska Agencja ds. Global Media finansowały programy wspierające kubańskich artystów, dziennikarzy, blogerów i muzyków – powiedział portalowi MintPress Tracey Eaton, dziennikarz, który prowadzi The Cuba Money Project. – Nie da się powiedzieć, ile dolarów z amerykańskich podatków poszło na te programy przez lata, ponieważ szczegóły wielu projektów są utrzymywane w tajemnicy – dodał.
Obecnie aktywna oferta grantowa siostrzanej organizacji NED, USAID, oferuje 2 miliony dolarów dofinansowania dla grup, które wykorzystują kulturę do wprowadzania zmian społecznych na Kubie. Wnioskodawcy mają czas do 30 lipca, by poprosić o maksymalnie 1 milion dolarów dla każdego z nich. Samo ogłoszenie odnosi się do piosenki Yotuela. Stwierdzono w nim, że „artyści i muzycy wyszli na ulice, aby zaprotestować przeciwko represjom rządowym, tworząc hymny takie jak „Patria y Vida”, które nie tylko przyniosły większą globalną świadomość na temat trudnej sytuacji Kubańczyków, ale także posłużyły jako okrzyk mobilizujący do zmian na wyspie”.
Zwłaszcza scena hip-hopowa od dawna była celem amerykańskich agencji, takich jak NED i USAID.
Raperzy zdobywają na Kubie popularność od końca lat 90. Mieli znaczący wpływ na społeczeństwo, pomagając wydobyć na pierwszy plan wiele wcześniej niedostatecznie dyskutowanych tematów. Stany Zjednoczone dostrzegły w ich kąśliwej krytyce rasizmu klin, który mogły wykorzystać, i próbowały przeciągnąć ich na swoją stronę. Nie jest jednak jasne, jak daleko udało im się zajść w tym przedsięwzięciu, gdyż niewielu członków społeczności hip-hopowej chciało być częścią takiej operacji.
MintPress rozmawiał również z profesor Sujathą Fernandes, socjolożką z Uniwersytetu w Sydney i ekspertką w dziedzinie kubańskiej kultury muzycznej. – Przez wiele lat, pod szyldem zmiany reżimu, organizacje takie jak USAID próbowały infiltrować kubańskie grupy hip-hopowe i finansować tajne operacje mające na celu prowokowanie młodzieżowych protestów. Programy te wiązały się z przerażającym poziomem manipulacji kubańskimi artystami, narażały Kubańczyków na niebezpieczeństwo i groziły zamknięciem krytycznych przestrzeni artystycznego dialogu, nad których budową wielu ciężko pracowało – powiedziała Fernandes.
Inne obszary, na których amerykańskie organizacje koncentrują swoje zasoby, to dziennikarstwo sportowe – które NED ma nadzieję wykorzystać jako „narzędzie narracji o politycznych, społecznych i kulturowych realiach kubańskiego społeczeństwa” – oraz grupy reprezentujące społeczność LGBTQ+. House Appropriations Budget, opublikowany na początku tego miesiąca, przeznacza również do 20 milionów dolarów na „programy demokratyczne” na Kubie, w tym takie, które wspierają „wolną przedsiębiorczość i prywatne organizacje biznesowe”. Co należy rozumieć przez „demokrację” jest jasno określone w dokumencie, który stwierdza bez ogródek, że „żadne z funduszy (…) nie mogą być użyte na pomoc dla rządu rządu Kuby”. Tak więc każda wzmianka o „demokracji” na Kubie jest równoznaczna ze zmianą reżimu.
Protesty rozpoczęły się po tym, jak w czasie letnich upałów mieszkańcy San Antonio de los Baños zostali pozbawieni prądu. Wydaje się, że to było iskrą, która setki ludzi do wyjścia na ulicę. Drugi czynnik to załamanie gospodarcze, jakie przeżywa Kuba. Jak powiedział MintPress profesor Aviva Chomsky z Salem State University, autor książki „A History of the Cuban Revolution”: – Obecna sytuacja ekonomiczna Kuby jest bardzo trudna (podobnie jak prawie całego Trzeciego Świata). Amerykańskie embargo (lub, jak nazywają to Kubańczycy, blokada) było kolejną przeszkodą (oprócz tych, z którymi borykają się wszystkie biedne kraje) w walce Kuby z COVID-19. Upadek turystyki okazał się niszczycielski dla gospodarki Kuby, podobnie jak dla wszystkich miejsc, w których turystyka ma duże znaczenie.
Chomsky zauważył jednak, że błędem może być szufladkowanie wszystkich protestujących jako ludzi tęskniących za wolnorynkową terapią szokową.
– Interesujące jest to, że wielu z protestujących w rzeczywistości protestuje przeciwko kapitalistycznym reformom Kuby, a nie przeciwko socjalizmowi. „Oni mają pieniądze na budowę hoteli, ale my nie mamy pieniędzy na jedzenie, głodujemy” – powiedział jeden z protestujących. To jest kapitalizm w pigułce! – stwierdza Chomsky.
Tracey Eaton również jest sceptyczny wobec założenia, że wszyscy maszerujący byli na żołdzie USA. – Z pewnością duża część wystąpień była autentyczna, napędzana przez Kubańczyków, którzy są zdesperowani, biedni, głodni i mają dość niezdolności rządu do zaspokojenia ich podstawowych potrzeb – powiedział. Są jednak również widoczne znaki tego, że przynajmniej niektórym nie chodziło tylko o brak żywności w sklepach czy leków w aptekach. Wielu demonstrantów przemaszerowało pod amerykańską flagą. Protesty te zostały natychmiast poparte przez rząd USA.
„Stoimy po stronie Kubańczyków i ich jasnego apelu o wolność” – czytamy w oficjalnym oświadczeniu Białego Domu. Julie Chung, p.o. asystenta sekretarza Bidena w Biurze Spraw Zachodniej Hemisfery Departamentu Stanu USA, dodała: „Mieszkańcy Kuby nadal odważnie wyrażają tęsknotę za wolnością w obliczu represji. Wzywamy rząd Kuby do: powstrzymania się od przemocy, wysłuchania żądań swoich obywateli, respektowania praw protestujących i dziennikarzy. Naród kubański wystarczająco długo czekał na ¡Libertad!”.
Republikanie poszli znacznie dalej. Burmistrz Miami Francis Suarez zażądał od Stanów Zjednoczonych interwencji militarnej, mówiąc Fox News, że USA powinny stworzyć „koalicję potencjalnych działań militarnych na Kubie”. Tymczasem kongresman z Florydy Anthony Sabbatini na Twitterze wprost wezwał do zmiany rządu na wyspie.
Protestami zainteresowały się również media korporacyjne, które poświęciły im wiele miejsca w prasowych kolumnach i czasie antenowym. To bardzo nietypowe, jeśli chodzi o wydarzenia w Ameryce Łacińskiej: Kolumbia przeżywa miesiące strajków generalnych przeciwko represyjnemu rządowi, a na Haiti od trzech lat trwają niemal codzienne protesty. Ignorowano je aż do początku tego miesiąca, kiedy to zamordowany został popierany przez USA prezydent Jovenel Moïse.
Wpływ amerykańskich sankcji na życie na Kubie był stale bagatelizowany lub nawet o nim nie wspominano.
Na przykład redakcja The Washington Post poparła protestujących, twierdząc, że kubański prezydent Miguel Díaz-Canel zareagował „z przewidywalną bandytyzmem… obwiniając za wszystko Stany Zjednoczone i amerykańskie embargo handlowe”. Inne media nawet nie wspomniały o embargu, pozostawiając czytelników z wrażeniem, że wydarzenia te można rozumieć jedynie jako demokratyczne powstanie przeciwko rozpadającej się dyktaturze. Jest to szczególnie szkodliwe, ponieważ dokumenty rządowe wyraźnie stwierdzają, że celem amerykańskich sankcji jest „obniżenie płac pieniężnych i realnych, doprowadzenie do głodu, desperacji i obalenia rządu”.
– Amerykańskie embargo/blokada jest jedną (nie jedyną) z przyczyn kryzysu gospodarczego na Kubie. USA jawnie i nieustannie powtarzają, że celem embarga jest zniszczenie gospodarki Kuby tak, aby rząd upadł. To jest oczywiste, że USA ma w tym /w protestach – przyp. red./ jakąś rolę – zauważył Chomsky.
Chomsky nie zgodził się również z tym, jak media pokazywały kubańskie wydarzenia. – Spójrzmy na relacje z protestów Black Lives Matter czy Occupy Wall Street w tym kraju. Jedną z rzeczy, którą widzimy konsekwentnie, jest to, że kiedy ludzie protestują w krajach kapitalistycznych, media nigdy nie wyjaśniają problemów, przeciwko którym protestują, jako spowodowanych przez kapitalizm. Kiedy ludzie protestują w krajach komunistycznych lub socjalistycznych, media przypisują problemy komunizmowi lub socjalizmowi – zauważył.
Media bardzo starały się podkreślić, jak duże i powszechne były antyrządowe demonstracje, upierając się, że prorządowe kontrdemonstracje były mniej liczne, mimo że zdjęcia z protestów sugerowały, że może być odwrotnie. Jak donosi Reuters: – Tysiące ludzi wyszły na ulice w różnych częściach Hawany w niedzielę, w tym w historycznym centrum, zagłuszając grupy zwolenników rządu machających kubańską flagą i skandujących hasło: „Fidel”.Skoro marsze antyrządowe były tak znaczące, to dlaczego wiele mediów użyło zdjęć demonstracji prorządowych, aby zilustrować rzekomy rozmiar i zakres działań ich przeciwników?! The Guardian, Fox News, The Financial Times, NBC i Yahoo! News – wszystkie one fałszywie twierdziły, że zdjęcie dużego socjalistycznego zgromadzenia było w rzeczywistości antyrządową demonstracją. Wielkie czerwono-czarne transparenty z napisem „26 Julio” powinny być oczywistą oczywistością dla wszystkich redaktorów i osób sprawdzających fakty. Z kolei CNN i National Geographic ilustrowały artykuły o protestach na Kubie zdjęciami zgromadzeń w Miami – zgromadzeń, które wyglądały na znacznie liczniejsze niż jakiekolwiek podobne zgromadzenia 90 mil na południe.
Media społecznościowe również odegrały kluczową rolę w przekształceniu lokalnego protestu w wydarzenie ogólnokrajowe. Dyrektor NBC na Amerykę Łacińską, Mary Murray, zauważyła, że transmisje na żywo z wydarzeń stały się internetowym wiralem dopiero wtedy, gdy zostały odebrane i wzmocnione przez społeczność emigrantów w Miami. To sugeruje, że wzrost ruchu był częściowo sztuczny. Po zablokowaniu internetu przez rząd, protesty przycichły.
Hashtag #SOSCuba był wysoko na liście trendów przez ponad dobę. Obecnie na Instagramie jest ponad 120,000 zdjęć, które mają go w opisie. Jednak jak powiedział MintPress Arnold August, autor wielu książek na temat Kuby i stosunków kubańsko-amerykańskich, wiele z uwagi, jaką protesty zyskały, było wynikiem nieautentycznej aktywności. – Ostatnia próba zmiany reżimu również ma swoje korzenie w Hiszpanii. Historycznie rzecz biorąc, były kolonizator Kuby odgrywa swoją rolę we wszystkich większych próbach zmiany reżimu, nie tylko w przypadku Kuby, ale także np. w Wenezueli. W lipcowej operacji intensywnie wykorzystywano roboty, algorytmy i konta stworzone niedawno na tę okazję – zauważył.
August zauważył, że pierwsze konto używające #SOSCuba na Twitterze znajdowało się… w Hiszpanii.
Konto to zamieściło prawie 1300 tweetów 11 lipca. Hashtag był również wspierany przez setki kont tweetujących dokładnie te same frazy po hiszpańsku, z tymi samymi drobnymi literówkami. Jedna z popularnych wiadomości brzmiała (przetłumaczona z hiszpańskiego): „Kuba przeżywa największy kryzys humanitarny od początku pandemii. Każdy, kto umieści hashtag #SOSCuba, bardzo nam pomoże. Każdy, kto to zobaczy, powinien pomóc z tym hashtagiem”. Inny tekst, brzmiący „My Kubańczycy nie chcemy końca embarga, jeśli to oznacza, że reżim i dyktatura zostają, chcemy, żeby ich nie było, koniec z komunizmem”, był tak nadużywany, że stał się memem samym w sobie, a użytkownicy mediów społecznościowych parodiowali go, zamieszczając tekst obok zdjęć demonstracji obok wieży Eiffla, tłumów w Disneylandzie czy zdjęć z inauguracji Trumpa. Hiszpański dziennikarz Julian Macías Tovar skatalogował również podejrzaną liczbę nowych kont używających hashtagu.
Wiele z operacji było tak prymitywne, że nie mogło nie zostać wykrytych! Wiele kont, w tym pierwszy użytkownik hashtagu #SOSCuba, zostało zawieszonych za nieautentyczne zachowanie. Jednak Twitter sam nadal postanowił umieszczać protesty na szczycie swojej listy „Co się dzieje” przez ponad 24 godziny, co oznaczało, że każdy użytkownik portalu dowie się o wydarzeniach na Kubie.
Kierownictwo Twittera od dawna wykazuje otwartą wrogość wobec rządu kubańskiego. W 2019 r. podjęło skoordynowane działania, aby zawiesić praktycznie każde kubańskie konto mediów państwowych, a także te należące do partii komunistycznej. Było to częścią szerszego trendu usuwania lub banowania kont przychylnych rządom, które Departament Stanu USA uważa za wrogów, w tym Wenezueli, Chin i Rosji.
W 2010 roku USAID potajemnie stworzyło kubańską aplikację społecznościową o nazwie Zunzuneo, często określaną jako kubański Twitter.
W szczytowym momencie miała ona 40 tys. użytkowników – jak na tamte czasy bardzo duża liczba na wyspie, gdzie dostęp do internetu jest ograniczony. Żaden z tych użytkowników nie wiedział, że aplikacja została potajemnie zaprojektowana i wprowadzona na rynek przez rząd USA. Chodziło o stworzenie świetnego serwisu, który powoli zacząłby karmić Kubańczyków propagandą o zmianie reżimu, kierować ich na protesty i wychowywać „inteligentne tłumy” mające na celu wywołanie kolorowej rewolucji. Chcąc ukryć swój udział w projekcie, rząd USA zorganizował tajne spotkanie z założycielem Twittera Jackiem Dorseyem, by skłonić go do zainwestowania w projekt. Nie jest jasne, w jakim stopniu, jeśli w ogóle, Dorsey pomógł, ponieważ odmówił wypowiedzi w tej sprawie. Nie jest to jedyna antyrządowa aplikacja finansowana przez USA na Kubie. Jednak biorąc pod uwagę zarówno to, co wydarzyło się w tym tygodniu, jak i coraz bliższe związki między Doliną Krzemową a organami bezpieczeństwa, możliwe, że rząd USA uważa kolejne aplikacje za zbędne: Twitter już teraz działa jako narzędzie do zmiany rządów.
Kuba na celowniku
Pod koniec XIX wieku Stany Zjednoczone skutecznie podbiły cały sąsiadujący z nimi obszar lądowy; w 1890 roku granice zostały uznane za zamknięte. Niemal natychmiast zaczęto szukać możliwości ekspansji na zachód, na Pacyfik – na Hawaje, Filipiny i Guam. Zaczęto również spoglądać na południe. W 1898 roku Stany Zjednoczone interweniowały w kubańskiej wojnie o niepodległość przeciwko Hiszpanii, wykorzystując tajemnicze zatopienie USS Maine jako pretekst do inwazji i okupacji Kuby. Stany Zjednoczone traktowały Kubę jako państwo klienckie przez dziesięciolecia, aż do obalenia reżimu Batisty w czasie rewolucji w 1959 roku, w wyniku której władzę objął Fidel Castro.
W 1961 r. USA dokonały nieudanej inwazji na wyspę. Zbliżyła ona Castro do Związku Radzieckiego i stała się podglebiem kubańskiego kryzysu rakietowego w następnym roku. Stany Zjednoczone podobno próbowały zabić Castro setki razy, ale bez powodzenia. Prowadziły jednak gorzką i długotrwałą wojnę terrorystyczną przeciwko Kubie i jej infrastrukturze, łącznie z użyciem broni biologicznej przeciwko wyspie.
Do tego doszła długotrwała wojna ekonomiczna, 60-letnia blokada wyspy przez USA, która zdławiła jej rozwój.
Nieustannie trwały też próby bombardowania karaibskiego narodu antykomunistyczną propagandą. TV Martí, sieć medialna z siedzibą na Florydzie, kosztowała amerykańskiego podatnika ponad pół miliarda dolarów od czasu jej powstania w 1990 r., mimo że rząd kubański skutecznie zagłusza sygnał, co oznacza, że praktycznie nikt jej nie ogląda.
Po rozpadzie Związku Radzieckiego w 1991 roku Kuba straciła swojego głównego partnera handlowego, na którego nastawiona była jej gospodarka. Bez gwarantowanego kupca na cukier i bez subsydiowanego importu rosyjskiej ropy naftowej, gospodarka załamała się. Stany Zjednoczone, wyczuwając krew, zaostrzyły sankcje. Jednak Kuba przetrwała ten ponury okres, nazywany na wyspie Okresem Specjalnym.
Po dojściu do władzy lewicowych, antyimperialistycznych rządów w Ameryce Łacińskiej w latach 2000, administracja Obamy została zmuszona do normalizacji stosunków dyplomatycznych z wyspą. Jednak po objęciu urzędu prezydent Donald Trump cofnął te działania, nasilając blokadę i wstrzymując niezbędne przekazy pieniężne od kubańsko-amerykańskich obywateli na wyspę. Doradca Trumpa John Bolton nazwał Kubę, Wenezuelę i Nikaraguę „trojką tyranii” – wyraźne nawiązanie do przemówienia George’a Busha i „Osi zła”, sugerując, że te trzy narody mogą spodziewać się wkrótce działań militarnych przeciwko nim. W swoich ostatnich dniach administracja Trumpa ogłosiła również Kubę państwem-sponsorem terroryzmu. Choć Biden zapowiadał, że może wrócić do polityki z czasów Obamy, jak dotąd niewiele zrobił, by odejść od linii Trumpa.
Mimo ogromnej obecności w mediach na całym świecie, zachęty i legitymizacji ze strony światowych przywódców, w tym samego prezydenta Stanów Zjednoczonych, protesty na Kubie wygasły po zaledwie 24 godzinach. W większości przypadków kontrdemonstracje skutecznie osłabiły protesty, bez konieczności użycia sił represyjnych. Rząd USA może doprowadzać Kubańczyków do cierpienia swoją gospodarczą blokadą, ale nie może, jak się wydaje, przekonać ich do obalenia swojego rządu.
Jeśli rzeczywiście mieliśmy do czynienia z próbą kolorowej rewolucji, jak sugeruje August, to nie była ona zbyt udana. Była inwazja w Zatoce Świń (Bay of Pigs), teraz obserwowaliśmy klęskę w Zatoce Tweetów (Bay of Tweets).

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu MintPressNews. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu).

Flaczki tygodnia

Pan prezes Kaczyński potwierdził niepraworządność państwa polskiego.
Bo wedle wyartykułowanej, wręcz wykrzyczanej przez jaśnie pana prezesa definicji- państwo praworządne to takie w którym opozycja parlamentarna siedzi w więzieniu.

Od razu jednak pojawili się zwolennicy fałszywej tezy, że Polska jest państwem praworządnym. Informują oni, że pan prezes tak nie uważa, jedynie przejęzyczył się w „szale polemicznym”.
Tu jednak pojawia się problem natury ustrojowej. System polityczno- prawny IV Rzeczpospolitej oparty nie na Konstytucji RP, tylko dogmacie o nieomylności pana prezesa. Tak jak papież uważany jest za nieomylnego i władnego wśród katolików, tak pan prezes Kaczyński ma nieomylną i nie kwestionowaną władzę wśród kaczystów.
Stwierdzenie, że pan prezes pomylił się, i co gorsza, uzasadnianie „pomyłki” napadem szału, to nie tylko zwykła herezja. To potwierdzenie, że pan prezes Kaczyński podczas „szału polemicznego”, stanu coraz częściej u niego obserwowanego, może zrobić wszystko. Choćby wojnę z Rosją wywołać, jeśli uzna, że Rosja też „krew ma na rękach”.

Nie powiodła się policyjna prowokacja podczas protestów Polek przed bunkrem TVP info na warszawskim Placu Powstańców Warszawy.
Scenariusz prowokacji zapewne był prosty, jak budowa pałki teleskopowej. Przebrani za bandytów policjanci mieli pobić demonstrantów aby zdesperowani demonstranci zaczęli bić policjantów. Aby potem kaczystowska propaganda mogła zrównać protestujące Polki z bandytami- narodowcami. Tymi atakującymi policjantów podczas Marszów Niepodległości.

Ku zdumieniu bawiących się w bandytów policjantów bite przez nich Polki nie zachowały się jak znani im bandyci- narodowcy. Nie pobiły atakujących je bandytów, czyli policjantów. I tak misternie utkana prowokacja poszła się jebać. Jak mawiają rasowi narodowcy i przebrani za nich policjanci.

Ponieważ pomimo wielu wysiłków służby pana prezesa nie mogły zaprezentował protestujących Polek jak bandytów – narodowców, rozpoczęły się chaotyczne poszukiwania zastępczych bandytów. Inaczej trudno byłoby przebranym za bandytów policjantów rozliczyć koszty prowokacyjnej akcji. A szczuje z TVP info nie mieliby kogo propagandowo opluwać.

Bóg pomógł szczujom z TVP i policjantom zarabiającym jako bandyci. Zesłał im marszałka Sejmu RP Włodzimierza Czarzastego i kilkoro innych parlamentarzystów z Lewicy. Przedzierający się, przez kordony policyjne, do pracy w Sejmie marszałek Czarzasty został przez policjantów zatrzymany i poszturchiwany. Inni policjanci używali gazu wobec posłanek Lewicy i KO. Pomimo tego Czarzasty oświadczył, że nie złoży skargi na policjantów, bo winni są ich przełożeni. Wtedy ci przełożeni postanowili dalej bawić się w bandytów. Marszałka Czarzastego oskarżono o napad, pobicie i okaleczenie policjanta. A parlamentarzyści PiS przebąkiwać o odwołaniu Czarzastego z funkcji wicemarszałka Sejmu. A także o wprowadzeniu regulacji prawnych, które ograniczą immunitet poselski.
O kaczystowskiej drodze do „praworządnego państwa”, czyli posadzenia opozycji na więziennych pryczach.

Elity PiS wielokrotnie wzdychały za II Rzeczpospolitą. Za tamtą luxtorpedą, Centralnym Okręgiem Przemysłowym, ograniczeniem „Sejmokracji”. Czy doczekamy się nowej Berezy Kartuskiej ?

Na razie w Internecie karierę robi pan rzecznik prasowy Komendanta Głównego Policji Mariusz Ciarka, który podczas występów w Telewizji „Trwam” określił parlamentarzystów „tchórzami kryjącymi się za immunitetem”. Jego kolega, pan minister Błażej Spychalski z Kancelarii pana prezydenta Dudy zadeklarował w radiowej „Trójce” wielką radość z skutecznej reakcji policji na protesty Polek.
Jeszcze niedawno panowie z PiS regularnie deklarowali swój szacunek wobec Polek. „My w Polsce panie całujemy w rączki”, chwalili się za granicami. Teraz policja państwowa udowodniła ten „rycerski szacunek”. Przy pomocy gazu i pałek teleskopowych.

Głosami prawicy Sejm odrzucił społeczną kandydaturę Zuzanny Rudzińskiej- Bluszcz na Rzecznika Praw Obywatelskich. Funkcję Rzecznika dalej musi pełnić Adam Bodnar, choć czas jego kadencji już minął, i co sprawia, że on też już mógłby siedzieć. Ech, daleko jeszcze do tej „praworządności” PiS.

Pan Główny Inspektor Sanitarny Jarosław Pinkas miał wyjaśnić, dlaczego w oficjalnych statystykach brakuje tysięcy zakażonych. Ale zamiast wyjaśnień usłyszeliśmy o dymisji inspektora ze względu na jego stan zdrowia. Za dużo lodu wkładał sobie do majtek?

Ośmiesza nas przed całym światem, mówiąc Unii Europejskiej: hajs dajcie, ale nie wymagajcie od nas uczciwości? 25 krajów Unii: Litwa, Czechy, Słowacja, Grecja – patrzy na nas z politowaniem i zmęczeniem. Oni nie mają problemu z powiedzeniem: tak, jesteśmy gotowi na uczciwość. My – zdaniem Kaczyńskiego – problem mamy. My, i zawsze gotowe na pieszczoty z Putinem, Węgry”, komentuje lider ruchu Polska 2050 Szymon Hołownia. I sumuje :„Każdy z nas przez idiotyczne weta straci ponad 6 tysięcy złotych.

A tymczasem pan premier Morawiecki zapowiedział odwołanie tradycyjnych obchodów Świąt Bożego Narodzenia. W zamian obiecał Święta Wielkiej Nocy, bo po 18 stycznia 2020 będzie już szczepionka, czyli będzie tak jak było. Ponieważ nie sprecyzował o której godzinie szczepienia zaczną się, to zdenerwował wielu Polaków. Szczególnie tych, którzy wierzą, że 18 stycznia będą mieć odbiór obiecanych im polskich samochodów elektrycznych.

KPP, czyli Kącik Poezji Patriotycznej

BOA – Bardzo Odważni
Antyfeminiści

Ulice miasta się zaroiły,
dziś pokaz swojej szykują siły,
by „kaczej sekty” marzenia ziścić
B-ardzo O-dważni A-ntyfeminiści.

Drżyj białogłowo – nadciąga klęska,
nadchodzi kacza gwardia zwycięska.
Dla kobiet gorsi są jak faszyści
B-ardzo O-dważni A-ntyfeminiści.

Składana pałka i gaz w kieszeni
w mig Twój stan zdrowia potrafią zmienić,
gdy, chcąc poskromić Cię, z nich skorzysta
B-ardzo O-dważny A-ntyfeminista.

Lecz, choć po zmierzchu i po kryjomu
Oni też muszą wrócić do domu.
To tam znajduje swą „cichą przystań”
B-ardzo O-dważny A-ntyfeminista.

Szanowne Panie, Dziewczyny, Babcie
wałki do ciasta czym prędzej złapcie,
niechaj nad uchem dzisiaj zaświszczą
B-ardzo O-dważnym A-ntyfeministom.

Ryszard Grosset

Rosja w trzech odsłonach

To, co się dzieje w kraju rządzonym przez Władimira Władimirowicza, to nie tylko referendum umożliwiające rządzenie Putinowi o jeden dzień dłużej, niż grać zamierza WOŚP…

Cały świat odczuwa skutki pandemii w odniesieniu do gospodarki. Rosja nie jest wyjątkiem, ale nie tylko wirus jest jej zmartwieniem.
Pandemia i…
Akurat z pandemią Rosja daje sobie radę całkiem nieźle – liczba chorych spada, wzrasta za to liczba ozdrowieńców i testowanych. W leczeniu używane są już trzy lekarstwa w zależności od stadium choroby, prace nad szczepionką są na etapie testowania na ochotnikach. Ale co się tyczy dochodów obywateli, to państwo rosyjskie ma problem. A to przecież tylko początek kryzysu, a dotkliwe sankcje swoje też dokładają.
Naukowo Techniczne Centrum Perspektywa zajmujące się badaniami gospodarki opublikowało właśnie swoje niedawne badania. Wynika z nich, że Rosjanie boleśnie odczuwają zachwianie gospodarki w związku z atakiem wirusa.
Co piąty Rosjanin odnotował „znaczący spadek” dochodów w związku z pandemią. Co dziesiąty utracił zarobki całkowicie.
Liczba obywateli, których zarobek spadł poniżej 15 tysięcy rubli (830 zł) wzrosła z 38,1 proc. do 44,6 proc. Grupa Rosjan, która musi przeżyć za niewygórowaną sumę od 5 do 15 tysięcy rubli wzrosła z 31,2 proc. do 36,5 pro. Jednocześnie zwiększyła się grupa respondentów, których dochody plasują się między 15 tysięcy z 25 tysięcy rubli, ale o wiele mniej niż grupa biedniejszych: z 25,6 proc. do 28,2 proc.
Spada jednocześnie liczebność grup obywateli, którzy do tej pory zarabiali nieźle jak na rosyjskie warunki: w grupie dochodów 25-35 tysięcy rubli grupa zmniejszyła się z 15,3 proc. do 13 proc., z dochodem 35-50 tysięcy z 7,6 proc do 3,5 proc. Niewiele zwiększyła się grupa dobrze zarabiających (powyżej 100 tysięcy rubli) – z 1,8 proc. do 2,1 proc.
Sytuacja obywateli, którzy wpadli w pułapkę kryzysu może być o tyle trudna, że badania pokazują, iż 63 proc. Rosjan nie ma żadnych oszczędności, a ci, którzy je mają, w przypadku utraty dochodów mogą z tychże oszczędności utrzymać się do pół roku.
Wobec powyższych danych trudno się dziwić, że rosyjski odpowiednik Izby Obrachunkowej powiadomił, że plany, by obniżyć poziom biedy w Rosji do 10,8 proc (z ok. 16 proc.), może nie zostać osiągnięty.
Kurierzy największej sieci mają dość wyzysku
Delivery Club to największa obecnie sieć kurierska w Rosji. Zajmuje się przede wszystkim dostawą jedzenia, miesięcznie wykonując ponad 3,5 miliona zamówień, zatrudniając kilka tysięcy ludzie. Wyśrubowane normy doprowadziły do wybuchu.
Związek Zawodowy wezwał kurierów do zebrania się wczoraj pod siedzibą Mail.ru – firmy, która razem z państwowym Sbierbankiem stworzyła platformę zajmującą się dostawami kurierskimi. Wezwano do strajku w obronie około 300 swoich kolegów, którzy od dwóch miesięcy nie dostają wynagrodzenia, a także przeciwko wyśrubowanym normom, niedawno wprowadzonym (zwiększenie o ponad dwa razy stref dostawy) oraz nakładanym powszechnie drakońskim karom za uchybienia w pracy (m.in. można było dostać karę za „nieprzyjemny zapach kuriera”). Dużą część kurierów stanowią imigranci z postradzieckich republik radzieckich, słabo mówiący po rosyjsku, mieszkający w fatalnych warunkach, często zatrudnieni na umowach śmieciowych przez firmy zewnętrzne. Pracują, jak podaje „Novaya Gazeta” po 16 godzin na dobę i na takiej morderczej zmianie otrzymują równowartość około 100 złotych.
Pierwsze protesty wybuchły na początku lipca, ale po złagodzeniu sytuacji firma srogo rozprawiła się z organizatorami i uczestnikami protestów. Część z nich zwolniła, część pozbawiono zamówień, obniżono im zarobki i sytuacja wróciła do patologicznej normy. Obiecano zwrócić pieniądze za nałożone kary – nie zwrócono. Niektórzy z 300 osobowej grupy, którym firma nie płaci od dwóch miesięcy, nie maja gdzie mieszkać, bo nie płacą za miejsce do spania w wieloosobowym pokoju.
Miarka się jednak przebrała: związek zawodowy kurierów zwrócił się do prokuratury i państwowego Komitetu Śledczego z doniesieniem o podejrzeniu popełnienia przestępstwa.
Kurierzy, którzy zebrali się pod siedziba jednego z oddziałów mówią na nagraniu wideo: „Wszystkim salam alejkum, witam wszystkich. Zwracam się do naszego kierownictwa. Już dwa tygodnie nic nie jem, tylko chleb i wodę. (…) Od dawna mieszkam w lasach, parkach i innych miejscach”. Związek zawodowy „Kurier” w swoim komunikacie napisał: „Wzywamy wszystkich kurierów do masowego strajku 9 lipca! Informujemy kierownictwo kompanii Delivery Club o złożeniu doniesień o do Komitetu Śledczego o podejrzeniu popełnienia przestępstwa z art. 145.1 kodeksu karnego Rosji. (…) Karmimy całe miasto. Nasza praca musi być opłacana i chroniona. Zwycięstwo w tym strajku to pierwszy krok do godnych warunków pracy dla każdego!”
Firma Delivery Club, po początkowych unikach i próbach zastraszania protestujących, po nagłośnieniu protestu w mediach obiecała spełnienie żądań protestujących: przywrócenie poprzednich stref dostawy, zwrot pieniędzy za kary oraz lepsze warunki pracy.
Wysoki urzędnik państwowy zlecał zabójstwa?
To nawet jak na rosyjskie warunki wielki skandal. Policja zatrzymała gubernatora Kraju Chabarowskiego, Siergieja Furgala. Zarzuty są bardzo poważne i kompromitujące rosyjski system doboru kadr.
Kraj Chabarowski, administracyjna jednostka w Rosji jest czwartym co do wielkości krajem w Rosji. Jego powierzchnia ponad dwa razy przewyższa powierzchnię Polski. Graniczy z Chinami i stanowi ważną strategicznie i gospodarczo część Rosji.
Furgal jest utytułowanym politykiem z długim stażem. Lekarz z wykształcenia, deputowany do Dumy Państwowej trzech kadencji, piastował w niej odpowiedzialne funkcje. W 2018 roku wybrany na gubernatora Chabarowskiego Kraju. Absolwent Rosyjskiej Akademii Administracji Państwowej przy Prezydencie Rosji. Jest członkiem Liberalno Demokratycznej Partii Rosji (przewodniczący Władimir Żyrinowski).
9 lipca został zatrzymany pod zarzutem organizowania zabójstw na zlecenie i uczestnictwa w zorganizowanej grupie przestępczej, która te zabójstwa organizowała w latach 2004-2005. Miałby organizować zabójstwa dwóch biznesmenów Olega Bułatowa i Jewgenija Zori, a także być uczestnikiem zamachu na Aleksandra Smolskiego. Komitet Śledczy swoje zarzuty sformułowali opierając się na zeznaniach świadków, bezpośrednich uczestników morderstw lokalnych biznesmenów. Rosyjskie media informują, że według ich ustaleń, głównym źródłem obciążających zeznań jest Nikołaj Mistriukow, były deputowany lokalnej dumy, odpowiadający w grupie przestępczej za „siłowe” rozwiązywanie problemów.
Gubernator nie przyznał się do winy, Władimir Żyrinowski ze swojej strony oznajmił, że nie wierzy w winę Furgala i nie zamierzają „nigdy” pozbawiać go członkostwa w partii.
Rzecznik prezydenta Rosji poinformował, że na razie prezydent Putin nie podjął decyzji o pozbawieniu Furgala stanowiska gubernatora do momentu, do póki jego wina nie zostanie uprawdopodobniona przez niezależny sąd.
Poza gubernatorem zatrzymano jeszcze czworo podejrzanych, zatrzymano też dwóch lokalnych deputowanych chabarowskiej Dumy.
Poza sensacyjnym skandalem, bardziej dla rosyjskich władz niewygodne będzie pytanie, jak to się stało, że człowiek który działał w zmowie z bandytami na szeroką skalę i od lat, mógł zostać wieloletnim deputowanym i absolwentem prestiżowej uczelni dla urzędników państwowych? Czy nikt nie sprawdzał jego przeszłości, powiązań i podejrzeń? Albo fatalnie pracują służby kontrwywiadowcze, albo to dowód na ogromną skalę korupcji najważniejszych struktur rosyjskiego państwa.

Protest wobec lokalizacji amerykańskiej broni jądrowej w Polsce

Stowarzyszenie Spadkobierców Polskich Kombatantów II Wojny Światowej wyraża zdecydowany sprzeciw wobec ewidentnych już działań władz Rzeczypospolitej Polskiej, mających na celu lokalizację amerykańskiej broni jądrowej wraz ze zwiększeniem liczebności wojsk Stanów Zjednoczonych USA na terytorium naszej Ojczyzny.

Nie zgadzamy się, aby wojska amerykańskie, wyposażone w broń masowego rażenia, wycofane z terytorium Niemiec, zostały przeniesione do Polski.

Działania takie już od dłuższego czasu podejmują najwyższe czynniki władz Rzeczypospolitej Polskiej na czele z Prezydentem Państwa i Premierem Rządu. Działania te, pod płaszczykiem innych zdarzeń, są perfidnie eskalowane. Celem ich jest uczynienie na terytorium Polski „państwa frontowego”, jako forpoczty inicjującej wojnę z Federacją Rosyjską.

Etapami realizacji tego celu są:

1. Świadome wywołanie i podsycanie uczucia strachu oraz sterowanie nim w skali całego Narodu, pod pretekstem tzw. pandemii koronawirusa.

Obecne władze Rzeczypospolitej Polskiej świadomie wywołały strach wśród obywateli Polski, nadal go podsycają i sterują nim. Narzędziem uzyskiwania stałych tego efektów jest ustanowione „prawo”: zakaz swobody wyjścia z domostw, zakaz zbiorowego komunikowania się ludności, zakaz zgromadzeń publicznych i nakaz przymusowych szczepień. „Prawo” to nie dopuszcza prezentacji poglądów innych i faktów sprzecznych z rządową polityką, wyrażanych przez polskich, jak i zagranicznych przedstawicieli służby zdrowia, wielu dziedzin nauki na czele z naukami medycznymi. Fakty te stanowią dowód na kłamstwa i fałszerstwa władz na temat tzw. „pandemii” koronawirusa.

Protestujemy przeciw takim metodom i formom sprawowania władzy w Rzeczypospolitej Polskiej.

Wyrażamy zdecydowane poparcie dla Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Wiedzy o Szczepieniach STOP – NOP, jako organizatora społecznego protestu przeciw nakazowi przymusowych szczepień, który został zorganizowany w dniu 6.06.2020r. przed gmachem Urzędu Rady Ministrów.

2. Podpisana 12.05.2020r. przez Prezydenta RP „Strategia bezpieczeństwa narodowego” jednoznacznie i pięciokrotnie wskazująca na „jedynego i zagrażającego nam wroga” – Rosję.

W całości popieramy stanowisko wyrażone wobec „Strategii..” przez Narodowy Front Polski, gdyż: „W polskim interesie są normalne, dobrosąsiedzkie stosunki z Rosją, a nie czynienie wroga… Nie jest w polskim interesie robić sobie wroga z sąsiada, w dodatku Słowianina”. Negatywne opinie co do treści „Strategii…” wyraziło wielu znawców przedmiotu, w tym byłych wojskowych. Niestety, aktualna władza nie chce pochylić się nad merytorycznymi prognozami i opracowaniami inaczej myślących niż reprezentanci ich samych. Władza nie wyciąga żadnych wniosków z treści książki – wywiadu z Generałem M. Różańskim pod znamiennym tytułem „Dlaczego przegramy wojnę z Rosją”, z pracy Gen. M. Ojrzanowskiego „Co nowy prezydent o wojsku wiedzieć powinien”, z artykułu Red. Nacz. Przeglądu Socjalistycznego Andrzeja Ziemskiego „Broń jądrowa w Polsce?” (Przegląd Socjalistyczny, maj 2020).

Także oceny innych źródeł unaoczniają, że „Strategia…” jest dokumentem niekompletnym i niespójnym, stanowiącym zbiór haseł w znaczącym stopniu niemożliwych do zrealizowania. „Strategia…” nie gwarantuje i nie zabezpiecza podstawowego warunku zachowania suwerenności Państwa Polskiego w zakresie nadzoru nad wojskami obcego państwa stacjonującymi na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej. Zasadniczy cel „Strategii…”, to przygotowanie Państwa do ofensywnej wojny, a nie do fizycznego przetrwania Narodu na wypadek działań wojennych, jakie rozgrywać się będą na terytorium Polski. Tę zasadniczą kwestię – zapewnienie zachowania tkanki biologicznej Narodu, czyli fizycznego przeżycia w czasie zagrożenia wojennego i wojny – „Strategia…” pomija milczeniem.

Tymczasem uznanie Federacji Rosyjskiej za główne zagrożenie dla Polski i przesunięcie amerykańskiej broni jądrowej z terytorium Niemiec do Polski, w przypadku podjęcia działań wojennych, staje się wyrokiem skazującym Polski na rolę głównego teatru działań bojowych z użyciem tej broni, czyli terytorium głównych uderzeń stron walczących.

3. Zapowiedzi władz RP o zwiększeniu liczebności wojsk amerykańskich w Polsce poprzez ich dyslokację z terytorium Niemiec do Polski, które miały miejsce po oficjalnych informacjach światowych mediów o protestach narodu niemieckiego przeciw dalszemu stacjonowaniu na ich terytorium amerykańskich garnizonów wyposażonych w broń jądrową.

Jeśli przyczyna podpisania 12.05.2020r. przez Prezydenta RP „Strategii bezpieczeństwa narodowego” mogła (jeszcze w maju!) sprawiać obiektywne wrażenie braku manipulacji, to aktualnie (bo na początku czerwca br.!), przyczyna nadania jej statusu prawnego dokumentu staje się klarowna. „Strategia bezpieczeństwa narodowego” z dnia 12.05.2020r. była zapowiedzią i jest wstępem do oficjalnego wystąpienia nie tyle o zwiększenie liczebności wojsk amerykańskich w Polsce, co o umieszczenie broni jądrowej na terytorium Polski. W zapowiedzi władz RP o zwiększeniu liczebności wojsk amerykańskich w Polsce, milczeniem pomija się problem najbardziej żywotny dla Narodu Polskiego – instalację amerykańskiej broni jądrowej na terytorium Polski. Jeśli „Strategia…” jednoznacznie i kilkakrotnie wskazała na Rosję, jako „jedynego i zagrażającego nam wroga”, to władza wbija w świadomość Narodu przekonanie, iż tak jest, po to aby Naród wojnę zaakceptował, aby nie było masowych sprzeciwów i aby władza mogła łatwo poprowadzić „polskie mięso armatnie” na śmierć, nazywając to „zaszczytem” obrony Polski.

Wyrażamy zdecydowany protest wobec antynarodowej polityki podżegaczy wojennych. Jednoznacznie popieramy stanowisko Porozumienia Socjalistów wyrażone w oświadczeniu z okazji 75. rocznicy zwycięstwa nad faszyzmem: „Tragiczne dla narodu i państwa skutki II wojny światowej powinny owocować w polskiej myśli politycznej refleksją, że już nigdy więcej, za żadną cenę, nie powinniśmy dopuścić do sytuacji, w której ziemie polskie mogą stać się

polem bitwy i konfrontacji europejskiej, czy globalnej”.

Konstatujemy, że władza nie chce wyciągać wniosków ani z historii, ani ze współczesności; żadnych wniosków z dokumentów wojennych, na jakie wskazują opracowania: „Kto odpowiada za klęskę wrześniową” Fundacji Oratio Recta, czy „Kto wydał wyrok na miasto” A. Sowy, żadnych wniosków z wydarzeń powojennych. Polacy nie zapomnieli o polskiej koncepcji Adama Rapackiego uczynienia w Europie Środkowo-Wschodniej strefy bezatomowej, zwanej „planem Rapackiego”. Polacy pamiętają koncepcję Urho Kekkonena, że: „Przyjaciół należy mieć blisko, a wrogów daleko od siebie”, po to aby państwa z sobą sąsiadujące nigdy nie wchodziły na drogę wojny.

Przykładem troski o interes własnego narodu i państwa był Prezydent Generał de’Gaulle, który odmówił Amerykanom dłuższego pobytu na terytorium Francji, poza okresem ustalonym powojennymi traktatami. Tak, jak Francuzi w latach 60-tych, tak dziś czynią to Niemcy…

Na tym tle nasza Ojczyzna jest dziś haniebnym przykładem antynarodowego podżegania wojennego: czynią to ludzie sprawujący dziś najwyższe władze w Państwie Polskim. Twierdzenia władz, jakoby zwiększenie stanu osobowego US Army było najpewniejszą formą zapewnienia bezpieczeństwa, jest kontynuacją antypolskiego stanowiska, jakie w 2016 roku wyrażał A. Macierewicz, witając w Polsce pierwsze garnizony armii amerykańskiej słowami: „-Czekaliśmy na was tyle lat …” Tamto zdarzenie wywołało protesty wielu organizacji społecznych i indywidualnych Polaków, którzy pragną zachować na polskiej ziemi pokój i życie.

Bezwzględną koniecznością staje się wyrażanie przez myślących, uczciwych Rodaków, zdecydowanych protestów wobec polityki zbrojeń i obecności obcych wojsk w Polsce, wyposażonych w broń jądrową.

Apelujemy do organizacji i środowisk zatroskanych o los Ojczyzny o jasne i publiczne wyrażenie stanowiska w podstawowej dla Narodu i Państwa Polskiego sprawie bezpieczeństwa.

Z wyrazami uszanowania,

Prezes Zarządu Głównego Stowarzyszenia – Roland Dubowski

Członek Prezydium ZG – płk Jan Gazarkiewicz (Z wyjątkiem kwestii przymusu szczepień)

Członek Prezydium ZG, Skarbnik – płk Wojciech Samborski

Przewodniczący Komisji Zagranicznej,

Prezes Honorowy ZG – płk Tadeusz Kowalczyk

Zmartwychwstanie Ferdynanda Wańka

Dysydent Ferdynand Waniek, bohater serii dramatów Václava Havla i jego przyjaciół wrócił do polskiego teatru po latach nieobecności. W stołecznym Teatrze Dramatycznym Aldona Figura dała premierę trzech wańkowskich jednoaktówek: „Audiencji”, „Wernisażu” i „Protestu”.

Jednocześnie był to powrót Havla na polską scenę. Nie była nim premiera „Odejść” w warszawskim Teatrze Ateneum (reż. Izabella Cywińska, 2006), która miała się okazać jego odejściem z repertuaru polskich teatrów (z bodaj jednym tylko wyjątkiem). Samo nasuwa się powiedzonko z Havlowskiej „Audiencji” (które podobno zna każdy Czech); „To jsou paradoxy, co?”.
Spektakl Figury w oczywisty sposób nawiązuje do prapremiery w Teatrze Powszechnym w Warszawie w reżyserii Feliksa Falka z Mariuszem Benoit w roli Ferdynanda. Wtedy również połączono te same trzy jednoaktówki, ale okoliczności czasu były odmienne. Premiera odbyła się na krótko przed wprowadzeniem stanu wojennego (21 listopada 1981) i tytuł zniknął z afisza na wiele lat po 11 spektaklach. Nie była to premiera półlegalna, co sugerował pewien krytyk, wspominając, że w gazetach informowano wówczas, iż w Powszechnym idzie „przedstawienie zamknięte” – ukrywano w ten sposób, że tytuł znalazł się w repertuarze. Przeczy tej legendzie wydrukowany afisz teatralny, na którym znalazły się wszystkie informacje o przedstawieniu. Tak czy owak, niewielu widzów miało wówczas szansę obejrzenia sztuk Havla, a na wznowienie trzeba było czekać do 25 lutego 1989, czyli ponad siedem lat (wznowiono dwie jednoaktówki, bez „Wernisażu”). I tym razem okoliczności były szczególne: Havel właśnie został w bratniej Czechosłowacji znowu osadzony w więzieniu, a w Warszawie rozpoczęły się obrady okrągłego stołu. Jak przystało na owe czasy, na premierowej widowni pojawił się premier Mieczysław F. Rakowski, a ze strony opozycji Adam Michnik.
Zmartwychwstanie Ferdynanda Wańka, który wraca na stołeczną scenę po 30 latach nieobecności zachęca do przypomnienia dziejów tej ważnej nie tylko dla Czechów postaci. Sam Havel był zadziwiony karierą sceniczną, jaką zrobił jego naprędce naszkicowany Ferdynand Waniek w „Audiencji”. Napisał tę sztukę w dwa dni, gnany terminem spotkania, na którym w gronie przyjaciół miał zaprezentować swój najnowszy utwór. I okazało się, że ten „towarzyski” tekst stał się najczęściej grywanym dramatem Havla praktycznie na całym świecie (doliczono się ponad 500 premier, w tym 12 w Polsce).
Najwidoczniej autor utrafił w etapową potrzebę chwili. Co więcej, zainteresowanie „Audiencją” i innymi sztukami wańkowymi wynikało w niemałym stopniu z ich autobiograficznego tła. Wprawdzie Havel wielokrotnie zastrzegał się, że Waniek nie jest Havlem, że nie jest to postać z kluczem, ale z drugiej strony jego osobowość była bliska pisarzowi, a i biografią sporo ich łączyło. Havel naprawdę zatrudnił się w browarze, kiedy jego sztuki objęte zostały zakazem wystawiania, a on sam pozbawiony możliwości pracy w teatrze. Pracował w browarze, bo musiał z czegoś żyć i – jak widać – potrafił tę pracę przekuć w literaturę. Nawet imię ich wiązało, bo Waniek to forma zdrobniała imienia Vaclav.
Ferdynand okazał się nie tylko atrakcyjną postacią, demaskującą otoczenie, także w kolejnych jednoaktówkach Havla, ale i w powstających potem sztukach innych czeskich dysydentów – należeli do nich tacy autorzy jak: Pavel Landovsky („Remanent”. „Areszt”), Pavel Kohout („Atest”, „Degrengolada”, „Safari”) i Jiři Dienstbier („Przyjęcie”).
Postać Wańka stała się więc ikoną opozycjonisty, który bez wielkich słów i gromkich oświadczeń potrafi powiedzieć, kiedy trzeba: „nie”. W postaci Browarnika zaś dostrzeżono postszwejkowski archetyp, „życiowy oportunizm – jak pisała Jana Patočková – małych czeskich ludzi, których jedynym celem jest przetrwanie za wszelką cenę”. Motyw obecny w czeskiej literaturze od lat 50. ubiegłego wieku.
Waniek i Browarnik mieli się spotkać po kilku latach za sprawą dziennikarza i przyszłego polityka Jiři’ego Dienstbiera (był pierwszym ministrem spraw zagranicznych po transformacji ustrojowej) i wspomnianej jednoaktówki „Przyjęcie”. Autor wprost nawiązał do „Audiencji”, obsadzając Wańka i Browarnika w rolach głównych, a przy tym z niezwykłym talentem odtworzył typy bohaterów z Havlowskiej tragikomedii. Tak jak u Havla jego Waniek jest lekko wycofanym dysydentem, który stroni od narzucania nie tylko swoich przekonań, ale nawet towarzystwa komukolwiek, zawsze gotów przestrzegać obowiązujących reguł postępowania w nadziei na przeczekanie trudnego położenia.
Paradoks polega bowiem na tym, że ponowne spotkanie z Browarnikiem ma miejsce w więzieniu – stąd na początku Ferdynand Waniek nie poznaje swego dawnego jowialnego prześladowcy i zwierzchnika z browaru. Teraz obaj są osadzonymi, ich status uległ zmianie i pozornemu – jak się okaże – wyrównaniu. Dysydent Waniek został nie tylko pozbawiony możliwości publikacji swoich utworów i pracy w teatrze czy mediach, ale osadzony za „sianie zamętu”, Browarnik zaś odsiaduje wyrok za pospolite matactwa, choć nadal – zapobiegliwy i obrotny – nawet w więzieniu wydaje się wychodzić na swoje. Zarządza współwięźniami, pełni funkcję nadzorcy wewnętrznego, mimo że sam jest nadzorowany. Nie zmienia się też zadanie, które powierzają mu nadzorcy. Tak jak w sztuce Havla miał pisać raporty o podejrzanym politycznie Wańku, także w sztuce Dienstbiera przyjmuje funkcję „etatowego” donosiciela, choć nigdy nie użyłby w stosunku do siebie słowa donosiciel. Wie, że ludzie pogardzają tymi, co na nich kablują. Ale jego instynkt samozachowawczy każe mu powiewać sztandarem oportunizmu: „Zawsze dostajesz najlepsze oceny – powiada – za te wiadomości, które umiesz sprzedać. Życie to życie”.
O ile w „Audiencji” Havla Waniek zdecydowanie odrzucał propozycję Browarnika, aby pisał sam na siebie donosy, zapewniając sobie (i Browarnikowi) święty spokój, o tyle w kolejnym wcieleniu w „Przyjęciu” Waniek sam proponuje, a nawet nalega, że będzie na siebie „donosił”. W ten sposób, liczy, będzie mógł przynajmniej tworzyć swój wizerunek wedle własnego upodobania. To paradoksalne odwrócenie sytuacji tworzy silne napięcie dramaturgiczne i moralne, które mogłoby przynieść ciekawe rezultaty na scenie. Jak do tej pory jednak nikt (przynajmniej w Polsce) nie próbował połączyć w jednym spektaklu „Audiencji” Havla i „Przyjęcia” Dienstbiera, choć – jak nietrudno sobie wyobrazić – wzmocniłoby to „wańkowskie paradoksy”. Tak przynajmniej sugerowała Lenka Jungmanova w posłowiu do czeskiego wydania sztuk o Wańku, „W roli głównej Ferdynand Waniek”, wykorzystanym jako wprowadzenie do polskiej edycji tej książki (2008). Może ktoś się pokusi o taką próbę?
Na razie cieszmy się z trzech „wańkowek” w Dramatycznym. Aldona Figura wzmocniła ich humorystyczny rys, dodając nieliczne, ale silne efekty (np. odgłos strumienia podczas oddawania moczu przez Browarnika, dziwną zależność szumu spuszczania wody i przygasania światła itp.), a także przerysowując karykaturalnie interpretację aktorską – dotyczy to w szczególności środkowej części, czyli „Wernisażu”, kompromitującego nowobogackie kompleksy przyjaciół Wańka, Wiery (Anna Gorajska) i Michała (Sławomir Grzymkowski). W tekście Havla reżyserka odnalazła nieprzebrzmiałe walory. Ludzie zawsze usiłują wymigać się od nieprzyjemnej roboty (Browarnik), odpowiedzialności (jak pisarz Staniek z „Protestu” – w tej roli Łukasz Lewandowski) albo ukryć za gromadzonymi rzeczami („Wernisaż”). Choć to teksty silnie związane ze swoim czasem tzw. realnego socjalizmu w wydaniu czeskim – wiele sytuacji reżyserka odczytywała uniwersalnie. Dezaktualizacji obserwacji Havla zapobiegał także Robert T. Majewski, który delikatną kreską sportretował trochę nieporadnego, wycofanego, a mimo to pryncypialnego obrońcy tego wszystkiego, co istotne dla przyzwoitego człowieka. Partnerują mu mniej lub bardziej przerysowani bohaterowie z przeszłości, spośród których najsilniejsze wrażenie robi cwany szef browaru w majsterskim wykonaniu Janusza R. Nowickiego. Poi Wańka piwem i udziela życiowych nauk: „Nie bądź pan smutny!”. Oglądając ten spektakl nie sposób nie zauważyć, że oportunizm, znieczulica i konformizm nie straciły na aktualności, choć zmieniły się okoliczności przyrody.
„Havel zapytany wprost – pisał Jan Kłossowicz po premierze w Powszechnym – o czym traktują jego sztuki, nawet nie wspomniał o zasadniczych problemach politycznych, odpowiadając: „zdaje mi się, że właściwie wszystkie moje dotychczasowe sztuki mają w istocie jeden, jedyny temat, mianowicie temat kryzysu tożsamości człowieka”. Zdaje się, że to podstawowy powód, dlaczego wraca apetyt na jego sztuki.

PROTEST Vaclava Havla, tłum. Andrzej S. Jagodziński, reż. Aldona Figura, scenografia i kostiumy Joanna Zemanek, światło Andrzej Król, kier. produkcji Rafał Rener, premiera 15 lutego 2020, Scena im. Haliny Mikołajskiej, Teatr Dramatyczny m. st. Warszawy

Trwa strajk elbląskich tramwajarzy

Po tygodniu strajku nadal brak jest porozumienia między strajkującymi pracownikami Tramwajów Elbląskich a zarządem spółki. Z protestującymi nie chcą rozmawiać ani władze spółki, ani prezydent miasta.

Od poniedziałku 17 lutego trwa strajk pracowników Tramwajów Elbląskich. Tramwaje pozostały w zajezdniach, Zarząd Komunikacji Miejskiej uruchomił w ich zastępstwie specjalne linie autobusowe. Zapewne dlatego wypowiadający się w lokalnych mediach elblążanie deklarują, że protest nie jest dla nich szczególnie dolegliwy.

Około 60 pracowników tej miejskiej spółki domaga się podwyżki płac o 350-500 zł brutto (wyższa kwota dla najmniej zarabiających) oraz zmniejszenia limitu godzin nadliczbowych z 225 do 150.

Zarówno władze elbląskiej spółki, jak i przedstawiciele elbląskiego samorządu, jak dotąd, pozostają nieugięte. Ich odpowiedź jest krótka: na spełnienie waszych postulatów nie ma pieniędzy.

Dialog społeczny coś da?

Protestujący otrzymali jedynie zaproszenie na spotkanie Wojewódzkiej Rady Dialogu Społecznego w Olsztynie zaplanowane na 25 lutego. Jest to ciało doradcze działające przy marszałku województwa warmińsko-mazurskiego. Doradcze, czyli uprawnione jedynie do składania rekomendacji, które władze wezmą pod uwagę, lub – częściej – nie. Na zebraniu ma być być obecny zarówno dyrektor Tramwajów Elbląskich Andrzej Sawicki. jak również wiceprezydent Elbląga Janusz Nowak.
Niezależnie od wyników rozmów na forum WRDS protestujący chcą dialogu o tramwajach w samym Elblągu. Zwrócili się do władz miejskich z wnioskiem o zwołanie nadzwyczajnej sesji poświęconej sytuacji Tramwajów Elbląskich lub włączenie tego punktu do programu sesji zwyczajnej, która odbędzie się 27 lutego. Odpowiedzi w tej sprawie jeszcze nie otrzymali.

Mieszkańcy ich wspierają

Pracowników Tramwajów Elbląskich wspierają za to mieszkańcy miasta. W niedzielę (23 lutego) około 40 osób solidaryzujących się ze strajkującymi przybyło do zajezdni tramwajowej przy ul. Browarnej. Mieszkańcy w wypowiedzi dla Elbląskiej Gazety Internetowej podkreślają, że postulaty strajkujących są słuszne, a władze miasta i spółki doprowadziły do wieloletnich zaniedbań.

Stare wagony

Kilka dni temu podczas konferencji prasowej związkowcy podkreślali, że tabor, na którym pracują, jest bardzo stary. Żaden wagon w firmie od 28 lat nie przeszedł remontu kapitalnego. Tymczasem priorytetem powinno być bezpieczeństwo zarówno kierowców, jak i pasażerów.

„Nastroje po pierwszym tygodniu są w dalszym ciągu bojowe, smutne jest jednak to, że zarzuty odnośnie politycznego podłoża strajku sprawiają, że tracą mieszkańcy miasta. My już staliśmy na skraju takiego upodlenia płacowego, że musieliśmy coś zrobić. Komunikacja tramwajowa powinna się rozwijać, jest ekologiczna i dobra dla mieszkańców. Wzburzyło nas to, że na tę komunikację nie przeznacza się tyle pieniędzy, ile powinno się przeznaczać. Dużo mówi się o tym, że Elbląg stawia na komunikację tramwajową, autobusowa miałaby pełnić rolę uzupełniającej, okazuje się jednak, że nie rozmawiamy ani o przyszłości tramwajów, ani ludzi, którzy u nas pracują. To jest stagnacja” – powiedział przewodniczący okręgu północnego Związku Zawodowego Pracowników Komunikacji Miejskiej Roman Kluczyk w rozmowie z dziennikarzem portel.pl.

To nie jest strajk polityczny

Związkowcy zapewniają, że strajk nie jest polityczny i że w swojej sprawie prowadzą rozmowy z działaczami z różnych stron sceny politycznej. Nie chcą nikomu zaszkodzić – chodzi tylko i wyłącznie o godne płace oraz bezpieczny przewóz mieszkańców.

Niezależnie od wyniku zaplanowanych na 26 lutego rozmów u marszałka załoga jest zdeterminowana, by protestować aż do skutku. Związkowcy wiedzą, że za czas strajku nie otrzymają pensji ale są zdeterminowani. I podkreślają, że podczas gdy inne miasta inwestują pieniądze w usprawnianie komunikacji publicznej i przyciąganie pracowników poprzez podnoszenie im pensji, władze Elbląga próbują iść po najmniejszej linii oporu, licząc na to, że wszystko dalej będzie jakoś działało.

W Kolumbii też wrze

Kolumbijczycy dołączyli do Ekwadorczyków, Chilijczyków i ostatnio – po zamachu stanu – Boliwijczyków, w walce przeciw polityce prawicy odbierania praw pracowniczych i powiększania nierówności społecznych. Uderzenia w garnki przebudziły na chwilę neoliberalnego prezydenta Ivana Duque, który obiecuje konsultacje społeczne przed swymi „reformami”.

To się nazywa cacerolazo – walenie tłumu w puste garnki za pomocą sztućców, najczęściej łyżek, choć niektórzy używają pałek perkusyjnych lub innych przedmiotów. Trwało ono w Bogocie dobre dwie i pół godziny i było słyszalne na wiele kilometrów. Podobnie jak na stołecznym placu Bolivara, takie koncerty odbyły się w innych miastach, m.in. w Cali, gdzie wprowadzono wkrótce policyjną, „z powodu zamieszek i rabunków”.
Zdecydowana większość manifestacji była pokojowa. W Bogocie ludzie skandowali „Niech żyje strajk generalny!”. Wieczorem część manifestantów starła się z policją, prawie 60 osób zostało rannych, w tym policjanci. Dziś w Bogocie znowu rozbrzmiewa cacerolazo – według sondaży, już 69 proc. Kolumbijczyków nie chce widzieć Ivana Duque jako prezydenta. „Kolumbia wygrała w ten historyczny dzień obywatelskiej mobilizacji” – ogłosił rano Krajowy Komitet Strajkowy federujący organizatorów protestu.
Duque rządzi ze swymi ludźmi od półtora roku i oczywiście zabrał się za „uelastycznienie”, tj. dalsze uśmieciowienie rynku pracy, forsowanie prywatnych funduszy emerytalnych, podwyższanie wieku emerytalnego itp. Tymczasem upada edukacja i wzrasta liczba bezkarnych zabójstw Indian, więc studenci i Indianie dołączyli do związków zawodowych. Kolumbijski prezydent oskarża sąsiednią, socjalistyczną Wenezuelę o wpływ na kolumbijski bunt społeczny.
Prezydent wystąpił w telewizji, by ostrzec, że podjął „niezbędne środki dla zagwarantowania porządku publicznego na całości terytorium kraju”, a oenzetowskie Biuro Praw Człowieka wyraziło „zaniepokojenie” znacznie podniesioną liczbą żołnierzy na ulicach bezpośrednio przed strajkiem i manifestacjami, jak i „nienawistną kampanią w internecie i mediach stygmatyzującą protesty społeczne”.
Strajk i manifestacje zostały ogłoszone przez kolumbijską federację związków zawodowych przeciw typowym, neoliberalnym pomysłom rządu – „uelastycznienia rynku pracy”, tj. odebrania kolejnych praw pracowniczych, osłabienia publicznych funduszy emerytalnych na rzecz prywatnych i podniesienia wieku emerytalnego.
Studenci, od których zaczęły się ostatnie manifestacje, domagają się dofinansowania zaniedbanej edukacji publicznej a miejscowi Indianie ochrony przed rasistowskimi mordercami: w samej prowincji Cauca (na południowym zachodzie kraju) zabito w tym roku ponad 50 osób.
Artyści i stowarzyszenia obywatelskie popierają ruch społeczny, jak i część opozycji, w tym FARC zrodzony z dawnej marksistowskiej partyzantki. Stronnictwo to sprzeciwia się zabijaniu swoich członków. Od czasu układu pokojowego sprzed trzech lat i przejścia FARC do oficjalnej polityki skrajnie prawicowe bojówki zamordowały ponad 170 dawnych partyzantów.
Prezydent nakazał tymczasem zamknięcie granic z Brazylią, Ekwadorem, Wenezuelą i Peru, by „obcokrajowcy nie naruszali porządku publicznego”.

Widmo cenzury w australijskich mediach

Australijskie gazety – zarówno ogólnokrajowe, jak i regionalne – w swoich dzisiejszych wydaniach zaciemniły tekst na pierwszej stronie, opatrując go czerwoną pieczęcią z napisem „Tajne”.

W ten sposób najważniejsze dzienniki protestują przeciwko ograniczaniu wolności słowa. Australijskie media domagają się w ten sposób, by coraz to nowe i surowsze przepisy dotyczące bezpieczeństwa narodowego nie obejmowały dziennikarzy. Argumentują, że jest to obstrukcja pracy dziennikarskiej i tworzenie nowej kultury informacyjnej legitymizującej faktycznie tajność prac władz centralnych. Środowisko medialne domaga się również lepszej ochrony sygnalistów oraz reform przepisów dotyczących zniesławienia, które w Australii są jednymi z najsurowszych na świecie. Jak zaznaczają agencje, wolność słowa nie jest zagwarantowana w australijskiej konstytucji.
Bezpośrednią inspiracją do protestu były przeprowadzone w czerwcu policyjne rewizje w siedzibie publicznego nadawcy ABC oraz w domu dziennikarki australijskiego oddziału koncernu prasowego News Corp Anniki Smethurst. Wcześniej media te podały informacje, które szkodziły wizerunkowi rządu. Chodziło o ujawnienie planów rozszerzenia kontroli australijskich tajnych służb nad komunikacją elektroniczną i kontami bankowymi oraz publikację informacji z tajnego raportu o działalności australijskich sił specjalnych w Afganistanie. Raport podaje m.in. szczegóły zabicia trojga afgańskich cywilów.

Policyjny rajd z czerwca wywołał bardzo negatywny oddźwięk w środowisku australijskich i międzynarodowych mediów. Wczoraj zaś (niedziela, 20 października) rząd podtrzymał deklarację, z której wynika, że w następstwie rewizji możliwe jest postawienie zarzutów trzem dziennikarzom, podejrzewanym o naruszenie przepisów ustawy o ochronie tajemnic państwowych.

Średniowiecze!

Protest pod hasłem #JesieńŚredniowiecza rozpoczął się pod Sejmem 16 października o godz. 17:30; o tej godzinie według harmonogramu prac parlamentarnych miała zacząć się seria głosowań, w którą ujęty był także obywatelski projekt ustawy realnie zakazującej nie tylko edukacji seksualnej, ale nawet penalizujący rozmowy o seksie.

W czasie trwania manifestacji posłowie skierowali projekt do dalszych prac w komisjach. Jednak według opozycyjnych parlamentarzystów, komisje dziś już nie zdążą się zebrać w tej sprawie. Można powiedzieć, że przeciwnicy tej ustawy zyskali nieco czasu by się przegrupować.
Inicjatorkami zgromadzenia były organizatorki Czarnego Protestu. „Jako polskie obywatelki i kobiety mieszkające w Polsce, […] żądamy wyrzucenia tej ustawy do kosza i rzetelnej pracy nad prawem, które będzie chronić niepełnoletnich” – można przeczytać na stronie wydarzenia na portalu Facebook.
Z trybuny przypominano, że projekt zakazu edukacji seksualnej przewiduje karę więzienia do pięciu lat za: rozmowy o bezpiecznym seksie, uświadamianie w zakresie antykoncepcji, informowanie o możliwości zarażenia HIV, HPV i innymi chorobami przenoszonymi drogą płciową, rozmowy o „złym dotyku”, wyjaśnianie dzieciom, ze masturbacja to normalna sprawa, przepisanie nieletniej leku, który ma zastosowanie między innymi antykoncepcyjne oraz rozmowy o orientacji seksualnej.
Przy ul. Wiejskiej przed Sejmem zgromadziło się kilka tysięcy osób. Przemawiały organizatorki ze Strajku Kobiet i edukatorzy seksualni. W pewnej chwili do protestu dołączyła też celebrytka Anja Rubik. Z organizatorkami kontaktowała się posłanka Joanna Schering-Wielgus; to właśnie ona przekazała im informacje, iż projekt został skierowany po pierwszym czytaniu do prac w komisjach i od niej protestujący dowiedzieli się, że tej nocy żadna komisja nie zdoła już najpewniej przeprocedować tej noweli.
Prawica nie zdołała się zorganizować – nie było żadnej kontrdemonstracji, ani popierającego inicjatorów projektu zmian w prawie happeningu. Wygłupiał się jedynie znany ekstremistyczny facecjonista Marcin Rola z przybocznym kamerzystą.
Przypomnijmy. Obecnie prawo penalizuje publiczne propagowanie lub pochwalanie zachowań o charakterze pedofilskim. Wnioskodawcy uważają jednak, że to za mało. Ich zdaniem obecne prawo „ogranicza się wyłącznie do sytuacji, kiedy osoba dorosła współżyje z osobą małoletnią, całkowicie pomijając fakt, że coraz częściej propaguje oraz pochwala się sytuacje, kiedy to małoletni podejmują współżycie ze sobą. W konsekwencji, obowiązujący stan prawny nie nadąża za przemianami społecznymi, jakie można zaobserwować w dzisiejszych czasach” – przekonują.
Proponowany przez nich projekt zakłada, że „kto propaguje lub pochwala podejmowanie przez małoletniego obcowania płciowego lub innej czynności seksualnej, działając w związku z zajmowaniem stanowiska, wykonywaniem zawodu lub działalności związanych z wychowaniem, edukacją, leczeniem małoletnich lub opieką nad nimi albo działając na terenie szkoły lub innego zakładu lub placówki oświatowo-wychowawczej lub opiekuńczej, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”.
Projekt noweli mocno krytykuje grupa edukatorów seksualnych Ponton. W stanowisku wydanym przez tę organizację czytamy m.in.
„Proponowana zmiana, a zwłaszcza towarzysząca jej akcja lobbingowa, jednoznacznie wskazują na intencje projektodawców. Celem jest zarówno uniemożliwienie młodzieży egzekwowania prawa do rzetelnej edukacji, jak i zastraszenie osób zajmujących się edukacją seksualną i zapewnieniem opieki zdrowotnej osobom poniżej 18. roku życia. Jako Grupa Ponton mamy stały kontakt z młodymi ludźmi – mówią nam o problemach, troskach, potrzebach, a my ich słuchamy i wspieramy. Możemy zapewnić, że proponowana nowelizacja Kodeksu Karnego zadziała na szkodę najmłodszych Polek i Polaków, pozbawiając ich dostępu do rzetelnej edukacji (edukacja seksualna), opieki zdrowotnej (konsultacje ginekologiczne, dostęp do antykoncepcji czy tabletki „po”) oraz zwykłego, ludzkiego wsparcia w kwestiach seksualności, dojrzewania, rozwoju, budowania zdrowych związków”.

Rękawiczki teoretycznie jednorazowe

Jesienią rusza protest lekarzy rezydentów. „Będziemy pracować zgodnie z Kodeksem pracy. Dla pacjentów będzie to oznaczać dłuższe oczekiwanie na wizytę” – mówi Jan Czarnecki, przewodniczący Porozumienia Rezydentów OZZL w rozmowie z Justyn Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Szykuje się nowy protest lekarzy rezydentów. Dlaczego?
JAN CZARNECKI: Aby odpowiedzieć na pani pytanie, trzeba się cofnąć do porozumienia z lutego 2018. Porozumienie to zawarte zostało między rezydentami a ministrem zdrowia Łukaszem Szumowskim po 29-dniowym proteście głodowym lekarzy rezydentów. Dziś okazuje się, że zapisy tego porozumienia nie są realizowane tak jak powinny.
Zostało nam dane słowo, ale wiele tych podpunktów jest realizowanych do połowy, czasem – tam gdzie rządowi wygodnie, aby zaoszczędzić.
Najdobitniejszym tego przykładem może być wykorzystywanie współczynnika PKB do obliczania wielkości nakładów na ochronę zdrowia sprzed 2 lat.
Ministerstwo Obrony Narodowej, Ministerstwo Finansów korzystają z szacunków na ten rok, a rząd w przypadku ochrony zdrowia wybrał najmniej korzystny współczynnik dla Polaków. Według wyliczeń Naczelnej Rady Lekarskiej powinno być w ochronie zdrowia więcej o 10 mld. Zestawmy to np. z osiągnięciami WOŚP. Przez 27 lat zebrała 1 mld. A teraz proszę się zastanowić, co by było, gdybyśmy mieli 10 mld rocznie. To byłby skok cywilizacyjny dla kraju, ale rząd postanowił skoncentrować się na innych aspektach.

W ugodzie zawartej w lutym rząd obiecał wzrost nakładów na ochronę zdrowia do 6 proc. PKB.
Tak i wszyscy się cieszyli, że taki sztywny odsetek ustalono. Pamiętam, jak minister Radziwiłł chwalił tę ugodę i przekonywał, jakie to wielkie wydarzenie. Tak by było, gdyby nie pytanie, o PKB z którego roku mówimy. Rząd wybrał zasadę n-2, czyli dwa lata wstecz, kiedy wartość PKB była znacznie mniejsza.
To oszustwo księgowe, a szkoda, bo mona by naprawić wiele aspektów ochrony zdrowia.
Czas oczekiwania na zabieg wstawienia protezy biodrowej, czyli endoprotezoplastyki stawu biodrowego – pamiętam ze swoich studiów ortopedów, którzy mówili, że okres oczekiwania to 5 lat. Przez ten czas pacjent musi przyjmować duże ilości leków przeciwbólowych, które niszczą mu żołądek, albo narkotycznych opioidów, które uzależniają. Rząd premiera Morawieckiego zniósł limit na wykonywanie tych zabiegów i okazało się, że czas oczekiwania skrócił się do pół roku! Mój znajomy ortopeda musi sam dzwonić do pacjentów i namawiać ich, aby stawili się na operację. Okazuje się, że nie tylko brakuje lekarzy, ale jeszcze rząd stawia dodatkowe ograniczenia. Brakuje lekarzy, brakuje pielęgniarek, fizjoterapeutów, bo wielu wyjeżdża.
Kolejnym punktem wartym wspomnienia jest rewaloryzacja świadczeń, czyli tego, jak dużo NFZ płaci szpitalowi za poradę, operację, zabieg. Ponieważ wszystkie koszty zwiększyły się – media, koszta budowlane – to wycena świadczenia także powinna zostać zwiększona. Tymczasem szpitalom cały czas płaci się takie same pieniądze.
Nawet gdy dyrektorzy mają ambicję podnieść jakość i warunki pracy, by móc pracować na dobrym, nowoczesnym sprzęcie, to nie mogą, bo nie ma funduszy.
Doszły do nas informacje o szpitalach, gdzie oszczędza się na rękawiczkach, wenflonach; bywa, że rękawiczki jednorazowe są używane kilkukrotnie. W takiej rzeczywistości szpitalnej dziś żyjemy, ponieważ NFZ nie płaci wystarczających pieniędzy. Ja sam przez 10 dni głodowałem, żeby coś w końcu w ochronie zdrowia się zmieniło, żeby ochrona zdrowia wreszcie przestała straszyć.

Kiedy protest rusza?
Ogłosiliśmy na specjalnej konferencji, że zaczyna się w październiku. Był na niej także przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego lekarzy dr Krzysztof Bukiel, byłem ja, czyli przewodniczący Porozumienia Rezydentów OZZL, oraz przedstawiciel Naczelnej Rady Lekarskiej. Ogłosiliśmy redukcję czasu pracy do jednego etatu.
Czyli wypowiadacie klauzulę opt-out, ogłaszacie akcję 1 lekarz – 1 etat. Skutki będą dopiero jesienią?
Tak, bo od jesieni będziemy pracować zgodnie z Kodeksem pracy. Dla pacjentów będzie to oznaczać dłuższe oczekiwanie na wizytę. To straszne i zarazem bardzo smutne, że jest nas tak mało, że gdy lekarze zaczną pracować tak jak powinni, to nagle zacznie się sypać cały system.
Smutne jest to, że musimy organizować nowy protest, żeby wyegzekwować postanowienia porozumienia poprzedniego protestu.

Nie boicie się tego, że jeżeli zaczniecie pracować zgodnie z Kodeksem pracy i system przestanie być wydajny, to za kryzys zostaniecie obarczeni wy, a nie rząd, który od lat bagatelizował problem?
Te oskarżenia miałyby zasadność, gdybyśmy dążyli tylko do podniesienia własnych pensji, aby napełnić sobie kieszenie. My nie chcemy więcej dla siebie, chcemy potwierdzenia obecnych wynagrodzeń na przyszłość. Chcemy uzdrowić ochronę zdrowia, bo obecne rozwiązania, które rząd proponuje, jak np. ramę czasową dla lekarza na SOR, są próbą zwiększenia wydajności zmęczonego osła przez poganianie go kijem. To do niczego nie prowadzi. Zresztą żadna z dzisiejszych partii nie proponuje dobrych rozwiązań.

Jak finansowanie ochrony zdrowia wygląda w krajach UE? Jaki procent PKB jest przekazywany?
Powiem tak, jeżeli chodzi o nakłady, to Polska jest trzecia od końca w Europie. Za nami jest tylko Rumunia i Bułgaria.
Oczywiście rząd mówi, że finansowanie się zwiększa i to prawda, ponieważ cała gospodarka rośnie. Więcej ludzi pracuje plus ściągalność składek jest lepsza. Jednakże cały czas operujemy w wartościach względnych. To gospodarka ciągnie ochronę zdrowia i dlatego nakłady rosną.

Jak z waszej perspektywy wygląda kryzys lekowy?
To kolejny aspekt dotknięty niedofinansowaniem. Zastany taką sytuacją lekarz musi pacjentowi powiedzieć: oto recepta, proszę poszukać sobie apteki, w której ten lek będzie. Proszę mi wierzyć, że nikomu nie przychodzi łatwo coś takiego powiedzieć chorej osobie.