Rękawiczki teoretycznie jednorazowe

Jesienią rusza protest lekarzy rezydentów. „Będziemy pracować zgodnie z Kodeksem pracy. Dla pacjentów będzie to oznaczać dłuższe oczekiwanie na wizytę” – mówi Jan Czarnecki, przewodniczący Porozumienia Rezydentów OZZL w rozmowie z Justyn Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Szykuje się nowy protest lekarzy rezydentów. Dlaczego?
JAN CZARNECKI: Aby odpowiedzieć na pani pytanie, trzeba się cofnąć do porozumienia z lutego 2018. Porozumienie to zawarte zostało między rezydentami a ministrem zdrowia Łukaszem Szumowskim po 29-dniowym proteście głodowym lekarzy rezydentów. Dziś okazuje się, że zapisy tego porozumienia nie są realizowane tak jak powinny.
Zostało nam dane słowo, ale wiele tych podpunktów jest realizowanych do połowy, czasem – tam gdzie rządowi wygodnie, aby zaoszczędzić.
Najdobitniejszym tego przykładem może być wykorzystywanie współczynnika PKB do obliczania wielkości nakładów na ochronę zdrowia sprzed 2 lat.
Ministerstwo Obrony Narodowej, Ministerstwo Finansów korzystają z szacunków na ten rok, a rząd w przypadku ochrony zdrowia wybrał najmniej korzystny współczynnik dla Polaków. Według wyliczeń Naczelnej Rady Lekarskiej powinno być w ochronie zdrowia więcej o 10 mld. Zestawmy to np. z osiągnięciami WOŚP. Przez 27 lat zebrała 1 mld. A teraz proszę się zastanowić, co by było, gdybyśmy mieli 10 mld rocznie. To byłby skok cywilizacyjny dla kraju, ale rząd postanowił skoncentrować się na innych aspektach.

W ugodzie zawartej w lutym rząd obiecał wzrost nakładów na ochronę zdrowia do 6 proc. PKB.
Tak i wszyscy się cieszyli, że taki sztywny odsetek ustalono. Pamiętam, jak minister Radziwiłł chwalił tę ugodę i przekonywał, jakie to wielkie wydarzenie. Tak by było, gdyby nie pytanie, o PKB z którego roku mówimy. Rząd wybrał zasadę n-2, czyli dwa lata wstecz, kiedy wartość PKB była znacznie mniejsza.
To oszustwo księgowe, a szkoda, bo mona by naprawić wiele aspektów ochrony zdrowia.
Czas oczekiwania na zabieg wstawienia protezy biodrowej, czyli endoprotezoplastyki stawu biodrowego – pamiętam ze swoich studiów ortopedów, którzy mówili, że okres oczekiwania to 5 lat. Przez ten czas pacjent musi przyjmować duże ilości leków przeciwbólowych, które niszczą mu żołądek, albo narkotycznych opioidów, które uzależniają. Rząd premiera Morawieckiego zniósł limit na wykonywanie tych zabiegów i okazało się, że czas oczekiwania skrócił się do pół roku! Mój znajomy ortopeda musi sam dzwonić do pacjentów i namawiać ich, aby stawili się na operację. Okazuje się, że nie tylko brakuje lekarzy, ale jeszcze rząd stawia dodatkowe ograniczenia. Brakuje lekarzy, brakuje pielęgniarek, fizjoterapeutów, bo wielu wyjeżdża.
Kolejnym punktem wartym wspomnienia jest rewaloryzacja świadczeń, czyli tego, jak dużo NFZ płaci szpitalowi za poradę, operację, zabieg. Ponieważ wszystkie koszty zwiększyły się – media, koszta budowlane – to wycena świadczenia także powinna zostać zwiększona. Tymczasem szpitalom cały czas płaci się takie same pieniądze.
Nawet gdy dyrektorzy mają ambicję podnieść jakość i warunki pracy, by móc pracować na dobrym, nowoczesnym sprzęcie, to nie mogą, bo nie ma funduszy.
Doszły do nas informacje o szpitalach, gdzie oszczędza się na rękawiczkach, wenflonach; bywa, że rękawiczki jednorazowe są używane kilkukrotnie. W takiej rzeczywistości szpitalnej dziś żyjemy, ponieważ NFZ nie płaci wystarczających pieniędzy. Ja sam przez 10 dni głodowałem, żeby coś w końcu w ochronie zdrowia się zmieniło, żeby ochrona zdrowia wreszcie przestała straszyć.

Kiedy protest rusza?
Ogłosiliśmy na specjalnej konferencji, że zaczyna się w październiku. Był na niej także przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego lekarzy dr Krzysztof Bukiel, byłem ja, czyli przewodniczący Porozumienia Rezydentów OZZL, oraz przedstawiciel Naczelnej Rady Lekarskiej. Ogłosiliśmy redukcję czasu pracy do jednego etatu.
Czyli wypowiadacie klauzulę opt-out, ogłaszacie akcję 1 lekarz – 1 etat. Skutki będą dopiero jesienią?
Tak, bo od jesieni będziemy pracować zgodnie z Kodeksem pracy. Dla pacjentów będzie to oznaczać dłuższe oczekiwanie na wizytę. To straszne i zarazem bardzo smutne, że jest nas tak mało, że gdy lekarze zaczną pracować tak jak powinni, to nagle zacznie się sypać cały system.
Smutne jest to, że musimy organizować nowy protest, żeby wyegzekwować postanowienia porozumienia poprzedniego protestu.

Nie boicie się tego, że jeżeli zaczniecie pracować zgodnie z Kodeksem pracy i system przestanie być wydajny, to za kryzys zostaniecie obarczeni wy, a nie rząd, który od lat bagatelizował problem?
Te oskarżenia miałyby zasadność, gdybyśmy dążyli tylko do podniesienia własnych pensji, aby napełnić sobie kieszenie. My nie chcemy więcej dla siebie, chcemy potwierdzenia obecnych wynagrodzeń na przyszłość. Chcemy uzdrowić ochronę zdrowia, bo obecne rozwiązania, które rząd proponuje, jak np. ramę czasową dla lekarza na SOR, są próbą zwiększenia wydajności zmęczonego osła przez poganianie go kijem. To do niczego nie prowadzi. Zresztą żadna z dzisiejszych partii nie proponuje dobrych rozwiązań.

Jak finansowanie ochrony zdrowia wygląda w krajach UE? Jaki procent PKB jest przekazywany?
Powiem tak, jeżeli chodzi o nakłady, to Polska jest trzecia od końca w Europie. Za nami jest tylko Rumunia i Bułgaria.
Oczywiście rząd mówi, że finansowanie się zwiększa i to prawda, ponieważ cała gospodarka rośnie. Więcej ludzi pracuje plus ściągalność składek jest lepsza. Jednakże cały czas operujemy w wartościach względnych. To gospodarka ciągnie ochronę zdrowia i dlatego nakłady rosną.

Jak z waszej perspektywy wygląda kryzys lekowy?
To kolejny aspekt dotknięty niedofinansowaniem. Zastany taką sytuacją lekarz musi pacjentowi powiedzieć: oto recepta, proszę poszukać sobie apteki, w której ten lek będzie. Proszę mi wierzyć, że nikomu nie przychodzi łatwo coś takiego powiedzieć chorej osobie.

NIE dla Rafalskiej

Związek Zawodowy Związkowa Alternatywa popiera krytyczne stanowisko Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych wobec kandydatury Elżbiety Rafalskiej na przewodniczącą Komisji ds. Zatrudnienia i Spraw Socjalnych PE. Związki zawodowe powinny być postępowymi siłami, które walczą z wszelkimi formami dyskryminacji. Elżbieta Rafalska reprezentuje partię ksenofobiczną, która utwierdza negatywne stereotypy wobec kobiet, migrantów czy LGBT. Ponadto Prawo i Sprawiedliwość na szczeblu unijnym nie walczy o wdrożenie rozwiązań, które uczyniłyby Unię Europejską bardziej solidarną, sprawiedliwą i demokratyczną. Wręcz przeciwnie, PiS umacnia model Europy dwóch prędkości, sytuując Polskę na marginesie Wspólnoty Europejskiej. Między innymi obecny rząd sprzeciwia się zasadzie równej płacy za tę samą pracę, przyzwalając w ten sposób na dyskryminację pracowników z biedniejszych krajów, pracujących w bogatych krajach zachodnich. Minister Rafalska jako minister rodziny, pracy i polityki społecznej nie podjęła też działań na rzecz ograniczenia umów niestandardowych, a jej dialog z partnerami społecznymi był pozorowany. Partia Elżbiety Rafalskiej podjęła też szereg antypracowniczych działań w spółkach skarbu państwa, jak też w sektorze państwowym i samorządowym, z pogardą odnosząc się do nauczycieli, pracowników socjalnych, pracowników służby zdrowia czy pracowników wymiaru sprawiedliwości.
Jednocześnie jesteśmy zażenowani postawą Solidarności, która odcina się od międzynarodówki związkowej i staje u boku rządu. Centrala Piotra Dudy po raz kolejny okazuje się przystawką Prawa i Sprawiedliwości i interes partii rządzącej stawia ponad interesami świata pracy. Solidarność daje kolejne dowody, że jej aktywność nie ma wiele wspólnego z działalnością związkową – jest to po prostu jeden z wielu sojuszników prawicowego rządu. W ostatnich miesiącach Solidarność wielokrotnie kompromitowała ruch związkowy, wspierając ruchy ksenofobiczne i nacjonalistyczne, jak też wspierając niszczenie praworządności przez rząd. Niedawno Piotr Duda przyłączył się do nagonki na LGBT, chociaż zakaz dyskryminacji jest wpisany tak w Konstytucję RP, jak i Kodeks Pracy.
Związkowa Alternatywa broni praw pracowniczych w każdym wymiarze i dlatego zdecydowanie odcina się od Solidarności, a jednocześnie popiera stanowisko Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych. Podobnie jak nasi koledzy i koleżanki z EKZZ, uważamy, że Elżbieta Rafalska nie nadaje się na stanowisko przewodniczącej Komisji ds. Zatrudnienia i Spraw Socjalnych PE i jesteśmy przeciwko jej kandydaturze.

Co wywalczyli niepełnosprawni

23 maja ulicami Warszawy przeszła ogólnopolska manifestacja osób niepełnosprawnych i ich rodzin. To ważne wydarzenie przypomina o wciąż licznych potrzebach i nierozwiązanych problemach osób niepełnosprawnych, które zostały już wyartykułowane podczas protestu okupacyjnego w Sejmie wiosną 2018 roku. W ostatnim czasie obóz rządzący zapowiedział 500 złotych dodatkowego świadczenia dla części osób głęboko niepełnosprawnych. Nie wiadomo jednak, czy i kiedy nowe rozwiązanie wejdzie w życie ani kto dokładnie miałby zakwalifikować się do tego wsparcia.

Samo hasło: „500+ dla niepełnosprawnych” nawiązuje niewątpliwie do zasadniczego postulatu, z jakim przed rokiem przez miesiąc protestowano na sejmowym korytarzu. Bez względu na to, jakie będą dalsze losy zapowiedzianego nowego świadczenia, ówczesny protest już przyniósł wymierne efekty.

Wyższa renta socjalna

Podniesienie renty socjalnej z poziomu 84 proc. do 100 proc. najniższej renty z tytułu całkowitej niezdolności do pracy było jednym z dwóch najważniejszych postulatów protestujących. Dla tych ludzi miało to znaczenie godnościowe.
Przed protestem na portalach wymiany informacji między niepełnosprawnymi i ich bliskimi można było przeczytać hasła typu „84% człowieka” wskazujące, że renty socjalne poniżej poziomu ustawowego minimum dla świadczeń emerytalnych i rentowych uderzają w poczucie godności ludzi, którzy muszą żyć za takie pieniądze. Dobrze więc, że dokonano wyrównania i szkoda, że trzeba było do tego aż tak dramatycznego protestu.W dodatku mimo wyrównania nadal mówimy o świadczeniach bardzo niskich – do marca tego roku jest to 1100 złotych brutto, co na rękę daje kwoty mieszczące się poniżej socjalnego minimum.
Przypomnijmy, że renta socjalna przeznaczona jest dla osób mających orzeczoną niezdolność do pracy (choć zarazem prawo obecnie przewiduje możliwość dorabiania do tego świadczenia), których niepełnosprawność powstała przed 18 roku życia. Tym, którzy już w wieku dorosłym stali się niepełnosprawnymi i mają ograniczenia w wykonywaniu pracy, przysługują z kolei renty z tytułu całkowitej lub częściowej niezdolności do pracy, o ile spełnione są też odpowiednie kryteria.

W praktyce nadal mamy w Polsce grupę osób głęboko niepełnosprawnych,

które nie kwalifikują się do jednego ani drugiego świadczenia. Wystarczy, że ktoś po 18 roku życia ulegnie wypadkowi, skutkującemu niepełnosprawnością, a nie był ubezpieczony emerytalnie lub rentowo, bo np. sytuacja zmuszała go do pracy na czarno lub na umowę o dzieło.
Inny mało akcentowany problem to sytuacja opiekunów, którzy pobierają emerytury lub renty, często bardzo skromne, nawet poniżej 1000 złotych na osobę. Grupa ta od lat domaga się wyrównania świadczenia pielęgnacyjnego (obecnie na poziomie nieco powyżej 1500 złotych netto). Inną sprawą jest kwestia tzw. wykluczonych opiekunów osób, które stały się znacznie niepełnosprawne w wieku dorosłym. Opiekunowie ci mogą liczyć dziś na raptem 620 złotych i to pod warunkiem nieprzekroczenia progu dochodowego (poniżej 764 złotych netto na osobę).

Solidarnościowy Fundusz Wsparcia

Jeszcze w czasie sejmowego protestu w ubiegłym roku, premier Morawiecki zapowiedział wprowadzenie tzw. daniny solidarnościowej, która pozwoliłaby na sfinansowanie zwiększonego wsparcia dla osób z niepełnosprawnościami. Ta zapowiedź została chłodno przyjęta przez dużą część środowiska, jako coś, co kojarzyło im się ze swoistą jałmużną, a nie realnym urzeczywistnieniem ich praw. To wskazuje, by projektując różne rozwiązania wspierające dbać o to, by nie uderzały one w poczucie godności tych, do których są skierowane.
Zastrzeżenia budziło choćby przekazanie na ten nowy cel niemałych środków nie tylko z tzw. daniny solidarnościowej, ale także z Funduszu Pracy, a więc puli dedykowanej osobom bezrobotnym, którzy też są w potrzebie. Wydaje się dyskusyjne czy akurat do tej stosunkowo płytkiej publicznej kieszeni należy ochoczo sięgać by finansować inne, choćby słuszne cele.
Z perspektywy czasu widać jednak pewne plusy nowego, działającego od tego roku mechanizmu. W ramach Solidarnościowego Funduszu Wsparcia Osób Niepełnosprawnych, którego tegoroczny budżet ma wynieść prawie 650 mln złotych uruchomiono już konkretne programy, mające służyć dofinansowaniu działań gmin w zakresie opieki. Pierwszy z programów to „ usługi opiekuńcze dla osób niepełnosprawnych” (60 mln na ten rok), drugi zaś to „opieka wytchnieniowa” (110 mln). O ile pierwszy z programów ma służyć dalszemu rozwojowi usług opiekuńczych i specjalistycznych usług opiekuńczych, będących już od dawna ustawowym zadaniem samorządu, o tyle drugi służy rozwojowi czegoś, czego brakowało w polskim prawie socjalnym.

Opieka wytchnieniowa

to w uproszczeniu opieka zastępcza na czas, gdy opiekun nie może sprawować opieki (np. w związku z własnym leczeniem) nad swoim podopiecznym. Z moich doświadczeń wynika, że takie wsparcie jest przez wielu opiekunów bardzo pożądane, a jego brak skutkuje naprawdę dramatycznymi sytuacjami. Zdarza się wszak, że przeciążony opieką bez przerwy opiekun nie jest w stanie nawet skorzystać z konstytucyjnego prawa do leczenia, bowiem nie ma w tym czasie jak zapewnić opieki bliskiej osobie.
Oczywiście budżet tych programów, jak na skalę potrzeb, jest dość skromny, a konkursowa formuła z wymaganym wkładem własnym może uderzać w najuboższe gminy, którym trudno ubiegać się o wsparcie. Wreszcie, szczegółowe zasady przyznawania tego rodzaju opieki budzą obawy, że część potrzebujących, np. opiekunowie osób z niepełnosprawnością intelektualną, może nie zakwalifikować się do pomocy. Ważne jednak, że przynajmniej na razie zaczęły funkcjonować pewne nowe formy wsparcia, których dotąd dotkliwie brakowało. Być może dłużej musielibyśmy na to czekać, gdyby nie zeszłoroczny protest.

Lepszy dostęp do rehabilitacji medycznej dla znacznie niepełnosprawnych

Przyjęcie nowych rozwiązań w dostępie do świadczeń medyczno-rehabilitacyjnych miało stanowić rządową odpowiedź na drugi z postulatów – 500 dodatkowych złotych dla osób ze znaczną niepełnosprawnością. Rząd nie umiejąc bądź nie chcąc spełnić tego postulatu w formie świadczenia pieniężnego, zasugerował wprowadzenie szeregu udogodnień w dostępie do sprzętu, rehabilitacji i specjalistycznego leczenia, które w założeniu miały przynieść znaczne oszczędności w budżetach domowych osób z niepełnosprawnościami. Rozwiązanie to trudno uznać za właściwą odpowiedź na to, czego oczekiwali protestujący. Niemniej przyniosło ono pewne korzyści przynajmniej części osób z niepełnosprawnością znaczną i ich rodzin.

Nowe regulacje

przewidywały możliwość skorzystania z ambulatoryjnych świadczeń specjalistów bez konieczności skierowań, brak limitów czasowych użytkowania wyrobów medycznych, takich jak materace, wózki inwalidzkie czy protezy, zniesienie limitu finansowania świadczeń w zakresie rehabilitacji leczniczej czy bezkolejkowy dostęp do świadczeń medycznych i zaopatrzenia w aptekach.
Na ile założenia te zostały zrealizowane w praktyce? Spotkałem się z różnymi opiniami. Jedni mówią, że faktycznie skorzystali, ale są też tacy, którzy wskazują, że nadal natrafiają na pewne bariery. Z pewnością tu i ówdzie udrożniono i ułatwiono dostęp do opieki i rehabilitacji medycznej dla części osób niepełnosprawnych i ułatwiono tym samym przy okazji życie ich bliskim.

Trzeba jednak pamiętać o ograniczeniach nowych regulacji.

Po pierwsze, działają one tylko względem osób z niepełnosprawnością w stopniu znacznym, a już nie z np. stopniem umiarkowanym. Część potrzebujących, na przykład świeżo po ciężkim wypadku lub chorobie, może w ogóle nie mieć jeszcze orzeczenia, choć szybki tryb dostępu do rehabilitacji i specjalistów powinien być wskazany. Po drugie, nawet wśród osób znacznie niepełnosprawnych są takie, których np. choroby rzadkie nie są w ramach publicznego systemu opieki zdrowotnej jeszcze uwzględnione, jeśli chodzi o specjalistów, terapie, odpowiednie podejście itp. Dla tych ludzi dodatkowe wsparcie pieniężne mogłoby być rozwiązaniem, pozwalającym na choćby częściowe pokrycie dodatkowych kosztów leczenia, rehabilitacji, opieki, niekiedy poza ramami publicznej służby zdrowia.
Wreszcie – pamiętajmy, że potrzeby osób niepełnosprawnych – także tych znacznie niepełnosprawnych – nie zamykają się w sferze tylko medyczno-rehabilitacyjnej. Ci ludzie potrzebują też szerokiej i sprawnej rehabilitacji społecznej, a nieraz i zawodowej. Omawiane rozwiązania się do tego nie odnoszą. Nie zapominajmy również, że łatwiejsza i szybsza ścieżka dostępu do lekarzy specjalistów i rehabilitantów nic nie da bez działań, które by zatrzymały przedstawicieli tych profesji w systemie publicznej służby zdrowia i gwarantowały im godziwe wynagrodzenie i warunki pracy. Z tym bywa bardzo źle, o czym np. zajmujący się rehabilitacją fizjoterapeuci przypomnieli podczas niedawnego protestu tej grupy zawodowej.

Wiatr w żagle

Oddziaływanie zeszłorocznego protestu niepełnosprawnych i ich rodzin nie powinno być rozpatrywane wyłącznie przez pryzmat twardych zmian legislacyjnych, ale także zjawisk zachodzących w debacie publicznej i społecznej świadomości. Pod tym względem znaczenie protestu trudno przecenić. Wiele osób poznało, choćby pobieżnie, dramat ludzi z głębokimi niepełnosprawnościami i ich bliskich, a także mogło zorientować się w choćby niektórych deficytach polityki wsparcia tej grupy. Dziś prawdopodobnie niemal wszystkie formacje oraz media zdają sobie, że mówimy o grupie społecznej, która czuje się pokrzywdzona i gotowa jest zabiegać o swoje prawa. Miejmy nadzieję, że przełoży się to tworzenie bardziej solidarnej i sprawiedliwej polityki wobec niepełnosprawności.

Protest trochę spóźniony

Lekarze będą protestować. Tym razem nie w sprawie swoich pieniędzy, ale w sprawie publicznej służby zdrowia.

To budujące, że występując z protestem starannie podkreślają, że nie chodzi tym razem o kolejną podwyżkę uposażeń, ale o ratunek dla pacjentów. Z uznaniem witam deklarację organizatorów protestu, by zjawili się na nim ci wszyscy, którym „zależy, aby publiczna ochrona zdrowia w Polsce zaczęła w końcu funkcjonować dobrze, aby Polacy przestali umierać w kolejkach do leczenia”. To znaczy, że chcą się podeprzeć wszystkimi, bo nie ma na świecie człowieka, który by nie chciał, by opieka medyczna była coraz lepsza. Doprawdy, zaraz się rozpłaczę.
W ucieraniu usmarkanego nosa przeszkadzają mi jednak nieco okruchy wspomnień, jak lekarze i ich związki zawodowe (!) optowały za prywatyzacją służby zdrowia, która miała być remedium na wszystkie bolączki kulejącego systemu opieki zdrowotnej.
W 2006 roku, podczas zapowiedzi strajku lekarzy przewodniczący Zarządu Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy Krzysztof Bukiel zapowiedział, że elementem strajku będzie „autoprywatyzacja” polegająca na tym, że lekarze masowo zwolnią się z pracy w publicznych placówkach zdrowia i będą świadczyć usługi prywatnie.
Jerzy Miller, prominentny polityk PO i dawny prezes NFZ, był zdania, że społeczny sprzeciw wobec prywatyzacji minie kiedy dokona się zmiana mentalności. Prywatyzacji nie sprzeciwiała się Dorota Gardias, przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych w 2007 r, a sekretarz jednego z najbardziej bojowych w czasie strajku lekarzy w 2007 roku Porozumienia Zielonogórskiego utrzymywał, że prywatyzacja oznacza po prostu racjonalizację rynku usług medycznych.
Do tego dodajmy wielokrotnie krytykowaną na naszych łamach działalność WOŚP i forsowaną przez Jerzego Owsiaka koncepcję prywatyzacji służby zdrowia i to radykalnej, bolesnej („bolesne, krwawiące cięcie”).
To prawda, że są przesłanki, pozwalające wierzyć, że przynajmniej kolejne pokolenie lekarzy nie jest już bezkrytycznymi fanami komercjalizacji usług medycznych – wszak podczas dramatycznego, głodowego protestu rezydentów jako lekarstwo dla chorej służby zdrowia wskazywano już zwiększenie na nią wydatków z budżetu, nie wyprzedaż.
Jeśli jednak w zapowiadanym dzisiaj proteście wezmą udział wszyscy ci wyżej wymienieni ludzie i kierowane przez nich organizacje, to czy starczy im śmiałości i uczciwości, by uciąć wszystkie wątpliwości? Wystarczy powiedzieć: „myliliśmy się”. No, chyba, że wolą powiedzieć, że uczestnictwo w proteście to tylko taki żart, niewinne oszustwo, bo tak naprawdę w dupie mają publiczną służbę zdrowia, skoro celem ich wysiłków i protestów ciągle jest jej prywatyzacja? Czekam na jasną deklarację.

Niczego nie kończymy

Premierze, obserwujemy działania rządu z rozczarowaniem! – mówią nauczyciele w Warszawie. Pod budynkiem Ministerstwa Edukacji Narodowej pedagodzy pokazali, co sądzą o ucieczce Zalewskiej do Brukseli i o „Okrągłym Stole” Morawieckiego.

„Zbudowanie trwałego i nowoczesnego systemu oświatowego to zadanie, którego nie można zrealizować podczas jednodniowego happeningu nazwanego »okrągłym stołem« – napisali nauczyciele w liście do Mateusza Morawieckiego. – Debata o edukacji jest potrzebna i toczy się już teraz” – piszą pedagodzy i chcą zorganizowania wspólnego „forum dla edukacji”. „Dziś dla dobra przyszłości polskiej edukacji, wzywamy premiera do zrealizowania postulatu płacowego. Zamiast rozważać perspektywę mglistej przeszłości, należy działać tu i teraz”.
A więc działają.
Według protestujących rząd tylko pozoruje podjęcie dialogu, w rzeczywistości jednak usiłuje grać na antagonizowanie nauczycieli i rodziców, czyniąc tych pierwszych odpowiedzialnymi za ewentualne kłopoty tegorocznych maturzystów z uzyskaniem indeksów.
Pod MEN 23 kwietnia zebrały się tłumy strajkujących i solidaryzujących się ze strajkiem. – ale Manifestacje nauczycieli odbywają się dziś również w innych miastach Polski – m.in. w Szczecinie i Krakowie.
– Nie może być spadku wydatków na edukację – powiedział przewodniczący OPZZ Guz. – Nie będzie rozwoju gospodarczego i innowacji, jak nie będzie dobrej szkoły. Serdecznie wam dziękujemy za lekcję wychowania obywatelskiego i demokracji.
– Musimy pamiętać, że nauczyciel powinien dobrze zarabiać, dlatego, że ręczy głową, gdy coś się stanie dziecku na terenie szkoły – doda Nikodem Kaczprzak z Młodzieżowej Rady Warszawy. – Nauczyciele, jesteśmy w wami!
Sławomir Broniarz, który witał przybywających na demonstrację, nie krył radości: – Są delegacje z całego kraju: Śląska, Poznania, Krakowa, Łodzi, Torunia, Poznania. Wciąż dojeżdżają kolejne grupy, także mniejszymi busami. Jesteśmy zdeterminowani, dalszy protest ma sens!
Po zakończeniu protestu prawdopodobnie zbierze się prezydium ZNP. Wątpliwe, aby nagle zmienił się front pedagogów i zrezygnowali z dalszego bojkotowania pracy. Nie liczą na żadną przełomową propozycję rządzących.
W środę o 09:00 kolejna demonstracja ma przejść pod MEN z Ronda Dmowskiego. To inicjatywa Komitetu Strajkowego Szkoły Podstawowej (tzw. specjalnej) nr 117 w Warszawie.
– Premier zarzuca nam, że działamy na szkodę uczniów. Ale czy premier potrafiłby spojrzeć w twarz uczniom po tym, jak rząd traktuje protest kilkuset tysięcy ich nauczycieli? – mówi uczestnicy warszawskiego protestu. – Gdy mówimy, że nauczyciele to elita intelektualna kraju, w odpowiedzi dostajemy pobłażliwe uśmiechy. To spuścizna wielu lat chaosu w całej edukacji i języka pogardy w przestrzeni publicznej. Nie godzimy się na szantażowanie nas i stawianie przeciwko nam uczniów i rodziców.
– Dzisiaj niczego nie kończymy. Niczego nie kończymy. W dalszym ciągu jesteśmy w fazie strajku o godność nauczyciela, o godność pracownika oświaty – zastrzega Sławomir Broniarz. – Nauczycielska bieda, oświatowa bieda, nie ma barw politycznych i związkowych. Oprócz pieniędzy, płacy, zależy nam na dobrej, autonomicznej szkole, z wysoką pozycją zawodową nauczycieli i dyrektorów szkół, aby ci ludzie nie byli uwiązani różnego rodzaju rozporządzeniami MEN, żeby nie funkcjonowali w okowach ustaw i rozporządzeń. Chcemy mówić swoim głosem.

To władza gra dziećmi

„Rząd liczy, że pod naciskiem rodziców i jednak bardzo zdenerwowanych dzieciaków ugną się nauczyciele. Jeśli ktoś tu gra dziećmi, to twierdzę, że władza, MEN, rząd, a nie nauczyciele. To trzeba mocno podkreślać, a nauczycielom mocno kibicować” – twierdzi dr Ewa Pietrzyk-Zieniewicz, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Dziś 11 dzień strajku nauczycieli. Znamy skalę strajku, znamy też skalę jego poparcia. Dlaczego rząd ciągle nie chce porozumieć się z nauczycielami?
EWA PIETRZYK-ZIENIEWICZ: Wygląda na to, że rząd idzie na przeczekanie. Udało się przeprowadzić egzaminy gimnazjalne, udało się z ósmoklasistami i już obserwujemy, że niektóre grupy nauczycieli odstępują od twardego stawiania sprawy. Tłumaczą, że chcą być przy dzieciach podczas egzaminów, ale prawda jest też taka, że zwłaszcza w terenie bardzo wystraszeni są dyrektorzy szkół, który popierali na początku strajk nauczycieli, bo sami strajkować nie mogą. Dziś wygląda na to, że boją się konsekwencji, co nie wpływa dobrze na postawy strajkowe. Jednocześnie nauczyciele zdają sobie sprawę, że są pod ścianą, bo jeżeli teraz się wycofają, to prawdopodobnie podzielą los lekarzy rezydentów czy opiekunów osób niepełnosprawnych – na obietnicach się skończy.
Rząd na pewno boi się eskalacji, bo jeżeli da nauczycielom – wzorem policjantów, którzy przed 11 listopada masowo szli na zwolnienia – to przyjdą następne grupy: lekarze, opiekunowie, pracownicy sądów.
Tu jest jeszcze jedna bardzo brzydka spraw medialna; próbowano rozmyć protest, oglądając z bliska biografię prezesa ZNP, Sławomira Broniarza. To bardzo nieładne i trzeba tu jasno powiedzieć, że to nie pan Broniarz jest problemem, tylko 1000 złotych, których domagają się nauczyciele. Wszystko jedno, kto będzie negocjował w imieniu nauczycieli, bo to o podwyżki nauczycielom chodzi. To dwie różne sprawy, a przez takie działania tworzy się konflikt rozlany i za chwilę ludzie nie będą już wiedzieć, o co chodzi.

Rząd zarzuca związkom, że szantażują za pomocą dzieci, których biorą na zakładników. To skuteczna strategia?
Ale kto brał tych zakładników, skoro już tak stawia się sprawę, choć bardzo nie lubię tak na to patrzeć? To jednak rząd liczy, że pod naciskiem rodziców i jednak bardzo zdenerwowanych dzieciaków ugną się nauczyciele. Jeśli ktoś tu gra dziećmi, to twierdzę, że władza, MEN, rząd, a nie nauczyciele. To trzeba mocno podkreślać, a nauczycielom mocno kibicować. Tu obawiałabym się tylko o jedność grupy nauczycielskiej, bo to zaczyna trzeszczeć.

47 proc. popiera strajk nauczycieli, innego zdania jest 49 proc., czyli nauczyciele tracą już o kilka procent poparcie dla swoich działań.
Ale to ciągle jest pół na pół, i to było do przewidzenia. Tak jest skonstruowany człowiek, że popiera coś do momentu, gdy nie zaczyna mu to osobiście przeszkadzać, a na pewno są to nerwy dla rodziców i o dzieciaki, i przyszłość szkoły, kto będzie się opiekować dzieciakami, zwłaszcza młodszymi.
Tu trzeba dodać, że to powinno zostać jakoś zabezpieczone, bo wygląda na to, jakby ten strajk został przygotowany „na chybcika”. Powinny być przygotowane wcześniej placówki, świetlice, gdzie dzieci, szczególnie młodsze, będzie można odprowadzić, bo przypomnijmy, że i przedszkola strajkują. Z tą zmianą nastrojów społecznych trzeba się liczyć i myślę, że nauczyciele to robią, ale oni naprawdę są już pod ścianą.
Jeśli nauczyciele w tej chwili by ustąpili, to nie dostaną nic lub prawie nic, bo dodajmy, że podwyżka w wysokości 132 zł to jałmużna, która niczego nie zmienia. Niestety, nie prognozuję, aby czwartkowe rozmowy miały cokolwiek zmienić.
Mnie zastanawia jeszcze coś innego – wszyscy mówią o tym, że nie mają co zrobić z dziećmi, a nikt się nie martwi, że od 10 dni dzieciaki nie mają lekcji, czyli nie uczą się. Szkoła stała się przechowalnią?
Niestety, okazuje się, że szkoła jest tak postrzegana, ma pani rację, a to jest ogromne nieporozumienie. Szkoła nie jest świetlicą i tu powinno chodzić, przede wszystkim, o kwestie edukacyjne, a nie opiekuńcze. Dzieci nie są nauczane, powtórzeń do matur nie ma. To też można było zorganizować. Ja jestem z pokolenia, które znało różnego rodzaju „latające uniwersytety”. Sama chodziłam do mieszkania Jacka Kuronia na różnego typu dysputy o historii najnowszej, gdzie inaczej mnie oświecano, niż w szkole. Mamy zatem dobre wzory i szkoda, że różne grupy społeczne ich nie przejęły.
Dziś już jednak nie ma co gdybać, bo nauczycielom i panu Broniarzowi potrzebne jest wsparcie, a nie krytyka. Piłka jest niewątpliwie po stronie rządu.
Dziś słyszymy, że rząd wysłał plan konwergencji do Unii, więc rozumiem, że pan premier był tym zajęty, dlatego nie znalazł czasu dla nauczycieli, ale z tych propozycji rządu wynika, że będą miliardy dla budżetu. Nauczyciel jest wykształconym człowiekiem i liczyć umie i twierdzi, nie bez racji, że w skali kraju nie są to duże sumy, gdyby rząd chciał, to te pieniądze dla nauczycieli by były.
Dodajmy jeszcze, że władze bardzo prestiżowo podchodzą do sprawy – nie damy, bo nie mamy, a nauczyciele, to jednak posłannictwo i oni powinni się ugiąć. Przypominam tu słowa chociażby marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego, że pracuje dla idei. Proponuję panu marszałkowi, po pierwsze, zacząć od siebie, a po drugie – to jakaś socjalistyczna utopia z lat 50.
Człowiek pracujący ma prawo domagać się takich apanaży, które pozwolą mu przeżyć godnie od pierwszego do pierwszego. Tu o nic więcej nauczycielom nie chodzi. Nie może być tak, że nauczyciel musi wybierać między kupnem książki a aspiryny, jak się przeziębi.
Powiedzmy jeszcze, że skoro to właśnie grupa nauczycielska musi dokonywać takich wyborów, to jest to nieprzyzwoitość, tym bardziej, że obecne władze mają bardzo patriotyczne nastawienie, może warto im zatem wywiesić transparent, że „taka będzie Rzeczpospolita, jakie młodzieży nauczanie”.

Prezes Kaczyński poinformował, że wysłał do liderów najważniejszy partii politycznych w Polsce projekt deklaracji dotyczący euro. „Chodzi o to, aby partie, łącznie z PiS, zagwarantowały, że w Polsce nie zostanie wprowadzone euro zanim nie osiągniemy rozwoju państw Zachodu” – oświadczył na konferencji. Złożył jeszcze życzenia wielkanocne, a o nauczycielach ani słowa.
Tu zgadzam się z prezesem, że to nie jest dobry czas na wprowadzanie euro, zobaczymy, co po wyborach; jak będzie wyglądać sam PE i polski Sejm.

Ale żadna partia opozycyjna nie ma w tej chwili postulatu wprowadzenia euro. To temat zastępczy?
Oczywiście, podobnie jak etos nauczycielski. To naprawdę spycha to środowisko do narożnika, to granie na emocjach i to zarówno społeczeństwa, jak i nauczycieli. To cynizm.
Rząd dzieli niczym car, jednym daje, innym nie, a sondaże dalej pokazują wysokie poparcie. PiS 38 proc., KO 35 proc. To sondaż dotyczący wyborów do PE, ale pokazuje poparcie partii w kraju. Skąd taki wynik?
Bo to rozdawnictwo rządowe wcale nie jest bez pomysłu. Daje się grupom, wśród których szuka się wyborców, elektoratu, bo te wybory rozstrzygnie zaledwie kilka procent. Środowisko nauczycielskie w skali kraju nie jest duże, podobnie jest zresztą z niepełnosprawnymi i lekarzami. Tutaj niewiele się ugra, nawet jeśli się te grupy zadowoli. PiS dofinansowuje, mówiąc brzydko, prowincję, ludzi mniej starannie wykształconych, bo to im się opłaca.
Dodajmy jeszcze, że ludzie głosują w części tak jak usłyszą z ambony, szczególnie nasza starsza generacja.
Proszę zauważyć, że właśnie emeryci dostać mają tzw. trzynastkę. Generalnie jestem za tym postulatem, bo emerytury w naszym kraju są haniebnie niskie, natomiast patrząc z perspektywy marketingowej, to nieważne, jakie one są, a w taki sposób PiS szuka głosów wyborczych.

Nie dajmy się dzielić

Strajk to nie są wybory i zabawa w przyjęcie dobroczynne. Oczekiwanie, że cały polski lud wybiegnie na ulice i 100 proc. społeczeństwa poprze strajkujących nauczycieli to naiwność.

Mamy w Polsce 30 lat agresywnej, klasistowskiej, kapitalistycznej ofensywy. Całe pokolenia wyhodowane w duchu neoliberalnego wyścigu szczurów i myślenia tylko o sobie, przeciwko innym i w obronie najbogatszych i ich majątków. Kapitalizm to walka klas, walka w obrębie klasy, to gra kapitału na nienawiści klasowej i szczucie na siebie biedaków i wyzyskiwanych.
W tych warunkach ponad 40 proc. poparcia dla strajku to cud!
To większe poparcie niż notuje obecny rząd.
A pracownicy mają prawo walczyć o podwyżki i o poprawę swych warunków pracy ZAWSZE, nawet wtedy, kiedy chcą tego tyko oni sami bo reszta woli akurat bronić majątków milionerów. Strajk to broń ludzi pracy – nie gala WOŚP-u i nieszkodliwe dla systemu zdjęcia na ściance. W tym wypadku nauczyciele walczą o cały system polskiej edukacji i o jego przyszłość.
To rząd nie dba o to, czy lekcje się odbędą i zależy mu tyko na testach, których „majestatem” szczuje opinię publiczną.
Nie dajmy się dzielić.
Ale nie miejmy też złudzeń.
Nie każdy od razu uwolni się z matriksa.

Oto, co z tą Polską

Obserwujemy obecnie narastające pęknięcie między położeniem pracowników sektora publicznego i prywatnego, z których uformowana zostać miała mityczna polska klasa średnia. Po jednej stronie coraz lepiej zarabiający informatycy, marketingowcy, coachowie i korposzczury, po drugiej stojący w miejscu nauczyciele, akademicy, pracownicy kultury i urzędnicy. Niebawem różnica między nimi może wyglądać tak jakby żyli w dwóch państwach o różnej zamożności, w dwóch różnych światach.
A przecież światy te się spotykają. I kiedy zostanie zaspokojony wikt i opierunek, nie przychodzi wcale moralność, ale porównywanie zdjęć z wakacji i designów kart kredytowych (mistrzowsko sportretowane w filmie „American Psycho”), rozmowy o modelach nart i telefonów, dzielenie się wrażeniami z rodzinnych wizyt w restauracjach, wspólne wypady pod miasto, podczas których widać, kto ma lepszy samochód, ciuchy, gadżety. Aż pęknięcie narasta do tego poziomu, że do wspólnych wypadów trzeba znaleźć sobie kogoś innego, bo jakoś tak przestaje wypadać – tym bogatszym dlatego, że z plebsem to wstyd, a tym biedniejszym też wstyd, ale to dlatego, że widzą jak bardzo są w tyle. Poza tym u zdegradowanej inteligencji narasta resentyment tego rodzaju: „Jak to, za sprzedawanie dzieciakom hamburgerów można zarobić kilka razy tyle, ile za uczenie ich o zdrowym żywieniu? Za badania marketingowe dla producenta pasty do zębów dostać wielokrotnie więcej niż za badania akademickie o zagrożeniach płynących z marketingu? Można mieć wygodne krzesło, nowe biurko i w ogóle swój gabinet i to jeszcze z klimatyzacją i ekspresem do kawy przy sprawdzaniu angielskich CV w Excelu, a nie można podczas pracy w szpitalu, na uniwersytecie, w domu kultury?”.
Niestety dla równościowej polityki to wcale nie jest łatwa sytuacja. Te grupy, których marsz do klasy średniej został zahamowany i zawrócony, będą przede wszystkim odgradzać się od plebsu tak, jak jeszcze mogą. Będą podkreślać, że czytają książki, że oni nie są z tych, co robią to czy tamto, że bezrobotni, bezdomni, samotne matki są sami sobie winni, że 500+ tylko dla pracujących. Przy znikomym kapitale ekonomicznym, będą epatować wyższym kapitałem kulturowym (wykształcenie, uczestnictwo w kulturze), społecznym (znajomości, zaangażowanie obywatelskie) i symbolicznym (praca w prestiżowych instytucjach, nawet jeśli za psie pieniądze), chociaż kapitały te – których nie można łatwo wymienić na pieniądze – stają się świstkiem papieru. Ale są jednak ostatnim świadectwem tego, że „plebs to nie my”, nawet jeśli tenże plebs coraz częściej lepiej zarabia i może sobie pozwolić na nieosiągalną dla nas konsumpcję, co boli tym bardziej, że ta konsumpcja tak mało szykowna, nieprzemyślana, wystawna i obciachowa jednocześnie.
Nie jest to sytuacja bez wyjścia, ale trzeba sobie zdawać sprawę, że w Polsce nie mamy zbiorowej opowieści, która byłaby w stanie zbudować wspólny front plebsu z niższą klasą średnią. Niekoniecznie też – w drugą stroną – plebs musi mieć ochotę bratać się z pracownicami MOPS, nauczycielkami i urzędnikami gminy, czyli z grupami, które postrzega jako instancje władzy i kontroli, zadzierające nosa i pierdzące w krzesło. PiS-owska nagonka może tu trafiać na podatny grunt.
Nie mam jednak wątpliwości, że jednolity front tak rozumianej spauperyzowanej klasy średniej, która w zasadzie jest częścią proletariatu i klasy ludowej, jest jedynym możliwym podmiotem lewicowej polityki, która miałaby na celu konsekwentne, systemowe ograniczanie nierówności, przynajmniej poprzez kilka progresywnych progów podatkowych, z których sfinansowane zostałyby podwyżki płac w sektorze publicznym i dostępne dla wszystkich usługi publiczne i świadczenia socjalne, które odciążyłyby nadwątlone budżety domowe i ograniczyły potęgującą upokorzenie grę w dystynkcje między klasami.

Jestem po stronie nauczycieli

W trakcie wywiadu dla telewizji internetowej „Studio w Szczecinie.pl” zapytał mnie dziennikarz, kiedy zakończy się strajk nauczycieli?

Odpowiedź nie jest prosta. Krzyżujące się komunikaty Min. Edukacji Narodowej i ZNP nie dają nadziei, że stanie się to szybko. Na razie niby nic groźnego się nie dzieje – egzamin gimnazjalny jakoś się odbył, poważniejszych zakłóceń nie odnotowano. To jednak nie znaczy, że problemy znikają, przeciwnie one narastają. Zarówno w warstwie psychologicznej – w postaci determinacji obu stron, jak i techniczne. Rozpoczęły się egzaminy ośmioklasistów, potem będą matury, a wraz z nimi specyficzny kalendarz, którego przestrzeganie warunkuje prawidłowość samego egzaminu.
To wszystko skłania, by na pytanie: kiedy to się skończy, odpowiedzieć: wtedy, gdy rząd dobrze wsłucha się w postulaty protestujących.
Za 2,5 tys. miesięcznie nie da się opłacić mieszkania i mediów, porządnie zjeść, porządnie się ubrać i jeszcze zadbać o swój rozwój intelektualny poprzez regularne, czynne uczestnictwo w życiu kulturalnym i społecznym. To znaczy – można, ale na kiepskim poziomie, a więc i z byle jakimi efektami. To jest niestety dramat. Nie chciałbym żyć za 2,5 tys. złotych… Chociaż jako młody naukowiec zarabiałem na początku 1050 zł., ale to było dawno, dawno temu i w zupełnie innym świecie. Martwię się więc, bo problemy nauczycieli i szkoły nawarstwiają się. Potrzebne jest porozumienie, bo może być
tylko gorzej.
Piłka jest jednak zdecydowanie po stronie rządu. Zapóźnienia są widoczne gołym okiem. Nauczyciel dyplomowany zarabia obecnie około 3,4 tys. zł brutto. W 2000 roku zarabiał 1,5 tys. zł. brutto. Przez 20 lat więc zyskał 1,9 tys. zł podwyżki.
Nauczyciel stażysta zarabia nieco ponad pensję minimalną – 1,7-1,8 tys. zł. na rękę.
Co niejednego zaskoczy, największą podwyżkę otrzymali nauczyciele za rządów SLD-UP-PSL – 30 proc. Koalicja PiS, Samoobrona i LPR (2005 – 2007) podniosła nauczycielskie pensje o 8 proc. Nauczyciele zarabiali wówczas 2,3 tys. zł.
Koalicja PO-PSL zwiększyła te wynagrodzenia do około 3,1 tys. zł. Natomiast Prawo i Sprawiedliwość (od 2015 do 2019) podwyższyło wynagrodzenie nauczycieli dyplomowanych o 12 proc. – z 3109 zł do 3483 zł. (za Polskie Radio 24 – BL)
Teraz wicepremier Beata Szydło zaproponowała nauczycielom podwyżki w zamian za stopniowe zwiększanie pensum, czyli liczby godzin pracy przy tablicy. Oni uważają, że to zdecydowanie za mało.
Jak więc wyglądają zarobki polskich nauczycieli na tle zarobków nauczycieli innych krajów UE? Informacje podaję za Business Insider Polska.
Najlepiej zarabiają nauczyciele w Luksemburgu – początkujący może zarobić w szkole średniej ponad 79 tys. dolarów rocznie (292 tys. zł. – wedle kursu średniego NBP z dn. 12.04.). Luksemburski nauczyciel – weteran zarabia nawet 138 tys. dolarów (510 tys. zł.). Na wysokie zarobki mogą również liczyć najbardziej doświadczeni nauczyciele w Szwajcarii (109 tys. dol. – 403 tys. zł.), Niemczech (92 tys. dol. – 340 tys. zł.) i Holandii (84 tys. dol. – 310 tys. zł.)
Doświadczony nauczyciel polski zarabia 26 tys. USD, czyli ok. 96 tys. zł. rocznie. To półtorej premii rocznej, którą przyznała sobie pani premier Szydło.
Z danych OECD (które przytacza Business Insider Polska) wynika też, że z kolei początkujący polski nauczyciel zarobi w ciągu roku tylko około 15 tys. dolarów, czyli ok. 55 tys. zł. To z kolei niecała premia pani premier, która wyniosła, przypomnijmy – 65 tys. zł.
Na koniec proponuję zatrzymać się na chwilę właśnie przy zarobkach początkujących nauczycieli. Nasz zarabia 15 tys. dolarów, a w krajach, gdzie edukacja jest na najwyższym poziomie w Europie, początkujący nauczyciel zarabia dwa – cztery razy więcej. To ma swoje bardzo poważne konsekwencje na przyszłość.
Na przykład nauczyciel duński zarabia trzy raz więcej niż jego wstępujący do zawodu polski kolega. To jednak nie wszystko. Duńczyk ma od ręki otworzony przyjazny kredyt w banku. Pomaga mu też system społecznego wsparcia państwa. Mieszkanie nie stanowi dla niego problemu. Dom nawet. Raty są humanitarne, nie zarzynają go finansowo. Stać go na książki, na teatr, na wyjazd, stać go na stały rozwój zawodowy i osobowościowy. Jego zarobki systematycznie rosną. Jak na warunki duńskie (podatki!) nie są niebotyczne, ale codzienne potrzeby nie spędzają mu snu z powiek. To wszystko przekłada się na wysoką jakość duńskiej szkoły, na poziom absolwentów, na – jak to się mówi – kapitał ludzki… Nauczyciel duński też pracuje dla idei, poświęca się swej pracy, kocha ją, ale w jakże innych okolicznościach.

Lekcja prawdziwej solidarności

Walczymy o całą oświatę. O to, żeby zawód nauczyciela, dobrze opłacany i szanowany, przyciągał najlepszych, z talentem i zapałem do pracy z młodzieżą. Żeby politycy przestali tylko w Dzień Nauczyciela przypominać sobie o tym, jak ważna jest edukacja dla każdego społeczeństwa. Gdybyśmy teraz nie podnieśli głów, za kilkanaście lat szkoły byłyby nie tylko niedofinansowane, jak teraz, ale i puste. Nikt już nie chciałby za takie pieniądze, przy takich kosztach życia być nauczycielem – tak można oddać przesłanie strajku w szkołach, który zaczął się 8 kwietnia. Wielkiego, historycznego strajku.

Wielu nauczycieli do końca wierzyło, że tego strajku nie trzeba będzie robić. W napięciu obserwowali rozmowy ostatniej szansy z rządem, z wicepremier Beatą Szydło, która skrzętnie zasłaniała znienawidzoną Annę Zalewską. Mieli nadzieję: może rząd zrozumie, że naprawdę ma do czynienia z bezprecedensową mobilizacją. To już nie kolejna demonstracja pod MEN, organizowana w sobotę, to 80 proc. publicznych szkół zdecydowanych na przerwanie zajęć, jednoznaczne wyniki referendów strajkowych: 70, 80, czasem 100 proc. za protestem. Do tego coraz więcej sygnałów, że rodzice nauczycieli rozumieją: też chcą dla swoich dzieci edukacji na wysokim poziomie i wiedzą, że taka jest możliwa przy odpowiednio dofinansowanych szkołach, z dobrze opłacanym personelem.
Ale gdy ZNP i FZZ były gotowe ustąpić, ograniczyć swoje postulaty, rząd dalej nie ustosunkowywał się do najważniejszej kwestii: podniesienia kwoty bazowej wynagrodzenia. Odpowiadał propozycjami, które tę kwestię omijają. Na koniec rzucił na stół taką, która tylko dolewa oliwy do ognia: podwyżka tak, ale etapami, do 2023 r., i za cenę zwiększenia liczby godzin przy tablicy z 18 do 22 lub 24, co niechybnie oznacza zwolnienie części pracowników szkół. Zarząd nauczycielskiej „Solidarności” podpisał porozumienie z rządem, bez najbardziej bulwersujących zapisów – ale i bez deklaracji o podwyżkach, jakich domagają się zwykli członkowie związku, zdecydowani protestować.
W efekcie 8 kwietnia zamykano nawet szkoły, które wcześniej nie były co do tego przekonane.
I już na samym początku nowe zgrzyty, które pokazują, że woli prawdziwego dialogu po stronie MEN jak nie było, tak nie ma. Po serii propagandowych materiałów TVP, w których straszono złymi i zdemoralizowanymi nauczycielami, na stronach ministerstwa pojawiło się ogłoszenie: „Każda osoba posiadająca kwalifikacje pedagogiczne może być członkiem zespołu egzaminacyjnego” i zgłaszać się do kuratoriów – do czego resort w obliczu możliwych „trudności” serdecznie zachęca. Na spektakularne zgłoszenia nie trzeba było długo czekać. W kolejce ustawili się Witold Waszczykowski (ten był nawet gotów prowadzić lekcje), Krystyna Pawłowicz i Maciej Świrski.
Sęk w tym, że – jak twierdzi już nie tylko wywrotowiec Broniarz, ale również Rzecznik Praw Obywatelskich – jest to niezgodne z Kartą Nauczyciela i prawem oświatowym. Egzaminy ósmoklasistów, gimnazjalistów i matury poprowadzić mogą nauczyciele czynni zawodowo – czyli w tym charakterze aktualnie zatrudnieni. Udział w egzaminach osób do tego nieuprawnionych może doprowadzić do unieważnienia egzaminów – uważa Adam Bodnar. To oczywiście wielka szkoda – wszystkim członkom i członkiniom rządu przydałoby się posmakowanie pracy przy tablicy od pierwszego porannego dzwonka i wejście w buty „leniuchów”, co mają „dwa miesiące wakacji” przy codziennej „pracy do 15.00”.
Drugi zgrzyt: wiceminister Kopeć ogłosił po dwunastej, że strajkuje tylko 48,5 proc. szkół w całym kraju. To dane niezgodne z prawdą – ripostuje ZNP. Udowadnia: ministerstwo poleciło kuratoriom traktować każdą szkołę, która wchodzi w skład zespołu szkół, jako byt odrębny. Tymczasem w statystykach związkowych to jedna jednostka, bo jeden jest pracodawca i jedna procedura sporu zbiorowego. 9 kwietnia Związek szacuje, że faktycznie protestuje 70 proc. szkół.

Tu nie chodzi tylko o podwyżkę

– Jeden z moich uczniów zapytał: „Czy pani już nas nie lubi? Już pani do nas nie przyjdzie? Może to przez (tu imię kolegi z klasy)? On się ostatnio źle zachowywał…”. Uczniowie nie wiedzą, co się dzieje. Staramy im się to wytłumaczyć w prosty sposób – opowiada nam Hanna Brózda, przewodnicząca komitetu strajkowego w Szkole Podstawowej nr 191 przy ul. Bokserskiej.
Rozmawiamy przy wejściu do łącznika między szkołą i salą gimnastyczną. Na ścianach dziecięce plakaty o tym, dlaczego warto uprawiać sport i zdrowo się odżywiać, dyplomy uczennicy, która odnosi sukcesy w biegach przełajowych. Dziś jednak żadne dziecko do szkoły nie przyszło. Zaraz za drzwiami na łącznik komitet strajkowy rozdaje protestacyjne plakietki i prowadzi listę strajkową. W komitecie zasiadło sześć osób, by nadzorować przebieg protestu w pełnych godzinach pracy szkoły czyli do zamknięcia świetlicy o 17.30. Ile nazwisk będzie na liście strajkowej? Prawie wszyscy, wyjątek to dwie katechetki i dwie inne nauczycielki. – Nie wnikamy, dlaczego – mówi przewodnicząca.
– Telefonowałam do innych placówek, słyszę, że decydują się na strajk i mówią „mamy 100 procent” nawet tam, gdzie w szkole działa i „Solidarność”, i ZNP – jak u nas. Solidarność zawodowa istnieje – mówi Hanna Brózda. – Mamy żal, że na konwencji PiS nikt inie wspomniał o nauczycielach. Wszystkie oczy zwrócone były w stronę prezesa PiS – ale on nie zdobył się chociaż na powiedzenie: „nauczyciele też dostaną – ale później”. Politycy mają w nosie polską edukację – gorzko konkluduje doświadczona nauczycielka języka polskiego, edukacji wczesnoszkolnej oraz etyki, a także była radna Mokotowa i przewodnicząca dzielnicowej Komisji Oświaty.
Pytamy o „deformę” minister Zalewskiej.
– Na nic nie ma czasu. Codziennie gnamy z nowym tematem, nie ma kiedy utrwalić dzieciom wiedzy czy dodatkowo coś objaśnić. Przecież nie zawsze każdy wszystko łapie w lot. Dorośli też nie są w stanie równomiernie, efektywnie pracować przez cały rok. A potem wychodzą ze szkoły i ślęczą nad pracami domowymi. A gdzie miejsce i czas na zainteresowania, pasje? Czy przy obecnym przemęczeniu dzieciaków kogokolwiek dziwi, że coraz młodsi pacjenci potrzebują pomocy psychologicznej i psychiatrycznej? Bardzo mi zależy, żeby panie to napisały – że my nie walczymy tylko o podwyżki, walczymy też o naszych uczniów, o lepszą edukację dla nich – podkreśla nauczycielka.
Bardzo zależy jej również, by zrozumiano: odejście od tablicy to nie jest łatwa decyzja. To obciążenie psychiczne, bo ci, którzy mimo wszystko są w zawodzie, kochają pracę z dziećmi, nie wyobrażają sobie, by je zawieść, skrzywdzić. Pomaga fakt, że w obliczu kolejnych obraźliwych komentarzy i pseudopropozycji naprawy oświaty ze strony rządu szkolna kadra naprawdę się zintegrowała. Zjednoczyły się starsze i młodsze nauczycielki, te doświadczone i te, które niedawno zaczęły pracę. Do tego nikt nie spodziewał się tak olbrzymiego wsparcia ze strony rodziców.
Hanna Brózda jest z tych bardziej doświadczonych nauczycielek, ale nikt nie może zarzucić jej rutyny, powielania starych schematów, niezrozumienia, że szkoła musi się zmieniać, jeśli ma naprawdę przygotować do życia.
– Dzieciaki są przeciążone wiedzą „do wkucia”, pracami domowymi. Nasz program jest przestarzały, a przez ostatnie lata pod ostatnią minister, cofnęliśmy się jeszcze bardziej – przewodnicząca komitetu znowu podkreśla, że strajkujący chcą odnowy całej oświaty, niskie płace to tylko część problemu. – Dzieci nie chcą dziś czytać tych samych lektur, które czytaliśmy my – za to z radością sięgają po „Harry’ego Pottera”, „Mikołajka”. Szkoła nie nadąża za rozwojem technologicznym. A teraz pani minister twierdzi, że przygotuje nam kolejną zmianę programu – w dwa miesiące. Tak się nie da. To wszystko wymaga czasu, konsultacji z praktykami, jeśli chcemy, aby nasza szkoła naprawdę była szkołą europejską.

Zrozumcie nas

– Pierwsza myśl po tym, kiedy usłyszałam, że nauczyciele zamierzają strajkować? Chyba złość, bo jestem ambitna, lubię się uczyć, zamierzałam wykorzystać ten kwietniowy tydzień na poprawienie ocen. No i z nauczycielami w mojej szkole nie zawsze dogadywałam się dobrze – mówi Olga, uczennica strajkującego LXXII Liceum im. Jakuba Jasińskiego na warszawskiej Pradze. – Ale potem, jak się nad tym zastanowiłam… Gdyby praca w szkole była lepiej płatna, to przychodziliby do niej ludzie naprawdę utalentowani, kreatywni, najlepsi. Nie byliby sfrustrowani, tylko dumni, że pracują z młodzieżą, robią coś ważnego i prestiżowego.
Wyrazy poparcia dla strajkujących pedagogów płyną od uczniów z całej Polski. Powstają specjalne strony na Facebooku, młodzież przychodzi do szkół z charakterystycznymi przypinkami, pisze listy poparcia. Po swojemu wspierają nawet niektórzy najmłodsi – i to nie może nie wywoływać u pedagogów uśmiechu, nawet jeśli część z nich po prostu cieszy się na nadprogramowe dni wolne.

– Pragniemy zaznaczyć, iż jesteśmy świadomi, że ta postawa nie jest wymierzona w naszą stronę, a w przyszłości będzie to lekcja postaw obywatelskich – piszą członkowie Samorządu Uczniowskiego w krakowskim gimnazjum nr 16. Zaś w Warszawie, na godzinę dwunastą 9 kwietnia, zaangażowani uczniowie planują zgromadzenie pod budynkiem MEN.
Wyrazy poparcia nauczycielom ślą też ludzie, którzy edukację szkolną już zakończyli – studenci i pracownicy różnych instytucji kultury. Banery wsparcia dla nauczycieli wiszą m.in. na warszawskim Teatrze Powszechnym, w teatrach w Szczecinie czy Toruniu zespół proponuje organizację zajęć dla dzieci, które nie mają z powodu strajku lekcji, a pod bramą UW odbywa się w środku dnia wiec solidarnościowy.
Z największą wdzięcznością, niekiedy zmieszaną z zaskoczeniem, nauczyciele przyjmują wyrazy wsparcia ze strony rodziców. Ich postawy się obawiali: czy zrozumieją, że strajk odbywa się w interesie całego społeczeństwa? Czy przeważy złość na to, że trzeba organizować opiekę dla dziecka, które normalnie poszłoby do szkoły? „Zrozumcie nas” to apel, którzy przewija się na ulotkach i plakatach ZNP.
Znajoma matka uczennicy stołecznej podstawówki nr 141 nr im. majora Sucharskiego na Pradze Południe mówi, że bez dobrej płacy dobrych nauczycieli nie będzie, więc wsparcie strajkujących powinno być w interesie nas wszystkich.
– Generalnie uważam, że osoby które spędzają z dziećmi tyle czasu co nauczyciele, powinny być najlepszymi z najlepszych, a tego nie da się osiągnąć bez dobrego wynagradzania. Żeby była pozytywna selekcja do zawodu trzeba tym ludziom zaoferować coś, co ich zmotywuje – mówi. I płynnie przechodzi do własnych doświadczeń: – Obserwuję zaangażowanie wychowawczyni mojej córki – planuje wycieczki z wyprzedzeniem, pisze do rodziców wiadomości czasem i o 22, dużo energii wkłada w przygotowanie lekcji i widać jej zaangażowanie. Wstyd mi, że tak mało zarabia za tak trudną i ważną pracę.
Nasza rozmówczyni zwraca uwagę na kwestię, która nie dla wszystkich jest oczywista: nauczyciele pracują nie tylko przy tablicy. „Panie świetliczanki” też  strajkują.
– Nauczycielki w świetlicy też mają konieczne dla tej pracy wykształcenie, studia. Po ostatnim dzwonku to one spędzają z dziećmi kolejne 5 godzin. Odrabiają z nimi lekcje, wymyślają ciekawe zajęcia, organizują wolontariat, spędzają czas po prostu. Jak zaglądam do świetlicy o 16.45, to one są w trakcie wycinania jakichś rzeczy do prac plastycznych albo „poważnych rozmów” z dziećmi. To naprawdę kupa roboty.
Najwyraźniej aż tylu zajęć na głowie nie mają katecheci. W Szkole Podstawowej nr 191 na warszawskim Mokotowie, którą odwiedziłyśmy, dwie katechetki nie podpisały listy strajkujących. W Szkole Podstawowej numer 336 im. Janka Bytnara „Rudego” ksiądz minął nas w drzwiach, uśmiechnięty od ucha do ucha. My wchodziłyśmy, on wychodził. Ze szkoły, w której – podobnie jak w sąsiednim przedszkolu – dyrektorki podjęły decyzję o zamknięciu budynku na cały dzień. Z powodu niemożności zapewnienia opieki dzieciom, czytaj: łamistrajków nie było lub było za mało.
Nauczyciele religii nie mają interesu w strajku (chociaż, trzeba przyznać, znaleźli się i tacy katecheci, którzy przerwali pracę razem z koleżankami i kolegami prowadzącymi inne przedmioty). Co prawda MEN i Episkopat nie chcą ujawnić zestawienia ich zarobków, ale w lutym Money.pl dotarł do informacji o tym, ile wynoszą ich płace w Słupsku: średnio 3700 zł brutto miesięcznie, znacznie powyżej średniej i nieco mniej niż nauczyciel dyplomowany, który ma wieloletnie doświadczenie, dziesiątki ukończonych kursów i szkoleń. Katecheci wcale nie muszą się legitymować nawet zwykłym przygotowaniem pedagogicznym.

Strajkują państwowe!

Rafał Trzaskowski pochwalił się na Twitterze, że, podobnie jak nasza rozmówczyni, mama z prawej strony Wisły, przyszedł dziś do pracy w towarzystwie syna. Staś zamiast na lekcje, powędrował do ratusza i siedział w prezydenckim fotelu.
Na co dzień Staś uczęszcza do Szkoły Podstawowej nr 16 im. Tony Halika na Kabatach na południu Warszawy. Postanowiłyśmy skierować się jego śladami, ponieważ zdradzono nam, że w tamtej podstawówce „rządzi” „Solidarność” i do ostatniej chwili obowiązywała wersja, że strajku jednak nie będzie.
Przed wejściem na boisko ośmio-, może dziewięcioletnie społeczeństwo obywatelskie złożone z trzech przedstawicieli ubranych z dżinsowe kurtki i czapki z daszkiem deliberowało, kto dziś protestuje.
– Głupi, prywatne pracują! Tylko państwowe dziś strajkują – tłumaczył koledze bardziej uświadomiony obywatel w wieku okołokomunijnym.
Na budynku powiewał jednak sztandar ZNP, nie „S”. Nauczycielki z żółtymi plakietkami wychodziły na zewnątrz „na papierosa”. Ale do szkoły nas nie wpuszczono. Nauczyciele zabarykadowali się i na wiadomość, że jesteśmy z mediów, wysłano do nas woźnego. Nie wejdziemy, nie porozmawiamy. Dlaczego? Trzeba by zapytać dyrektorkę… której akurat nie ma…
Dyrektorki nie ma
Tak samo wyglądała sytuacja w pobliskiej podstawówce im. Janka Bytnara „Rudego”, z tą różnicą, że obok flagi ZNP solidarnie powiewała ta z napisem solidarycą. Ale strajkujący nauczyciele ostatecznie do nas nie zeszli. Portier znowu tłumaczy: żeby rozmawiać, trzeba mieć zgodę dyrektorki… a tej, tak się składa, nie ma.
Przypominają nam się wszystkie wątpliwości i pytania, które padały na nauczycielskich grupach w mediach społecznościowych. Te zasadnicze: czy wolno odmówić pracy? czy nie będzie to kosztem dzieci? Potem, kiedy butna postawa rządu budziła coraz większy gniew, a ze strony rodziców i samych uczniów płynęło coraz więcej sygnałów zrozumienia, częstsze stały się wątpliwości techniczne. Jak się właściwie strajkuje – na jak długo przychodzimy do szkoły? Czy to prawda, że nie wolno logować się do elektronicznych dzienników? Co, jeśli ktoś z rodziców jednak przywiezie dziecko pod szkołę i tam je zostawi?
Niektórzy do końca zastanawiali się również, czy nie będzie represji ze strony kuratoriów i dyrektorów?
Co nam zaoferował rząd? Zwolnienia
Strach przełamał nauczyciel historii z Zespołu Szkół nr 27 przy ul. Rzymowskiego (dawnej Szkoły Rzemiosł Budowlanych nr 1) – wprawdzie nie na tyle, by nie prosić o anonimowość, jednak zgodził się z nami porozmawiać. Siadamy na pustym korytarzu: lekcji nie ma, gdyby zgłosili się uczniowie, dyrektor, który zgodnie z prawem strajkować nie może, musiałby zapewnić im jakieś zajęcia opiekuńcze. Protestuje niemalże komplet nauczycieli, niektórzy, jak nasz rozmówca, dziś nie prowadzą lekcji w tej placówce, a jutro podpiszą listę strajkową w innej szkole – żeby uskładać 18 godzin pensum, nie mają wyboru – muszą kursować między miejscami pracy. Dlatego nie mogli spokojnie słuchać ostatniej propozycji Beaty Szydło, sprowadzającej się do tego, by sami sobie sfinansowali podwyżkę.
– 24 godziny pracy przy tablicy? Poloniści i matematycy spokojnie uskładają etat w jednej szkole. Co do innych, to nie wiem, w ilu szkołach musieliby pracować. Niektórzy nauczyciele w mniejszych miejscowościach już są zatrudnieni w trzech szkołach, inaczej nie uzbierają tych 18 godzin. Co dopiero 24! Nie obyłoby się bez zwolnień – mówi. – Z drugiej strony, matematyków i fizyków w Warszawie już, z tego co wiem, brakuje. Przy takich kosztach życia, jakie są w stolicy, ludzie nie chcą iść do pracy w szkole, wiedząc, ile zarobią przez pierwsze lata, jako nauczyciele stażyści.
Uczniowie naszego rozmówcy, pierwsze i drugie klasy szkoły średniej, na razie cieszą się, że zyskali dzień wolny od lekcji. Także tutejsi maturzyści, których egzaminy tradycyjnie ruszają w maju, jeszcze nie są specjalnie zaniepokojeni perspektywą protestu w tych newralgicznych dniach. Co nie jest regułą; w innych placówkach, przyznaje mężczyzna, część uczniów jest zdezorientowana, zwłaszcza ci, którzy rozumieją, że przed przystąpieniem do egzaminu musi się odbyć klasyfikacja, a przecież strajkujący nauczyciele nie przeprowadzą rady pedagogicznej. I znowu w słowach nauczyciela przebija troska o wychowanków: nie pozwolimy, by przez nasz protest i nasze słuszne żądania ktokolwiek, zwłaszcza uczeń, został skrzywdzony, zapewnia historyk.
Nauczyciel wierzy, że decydujące będą dwa następne dni. – Liczymy na to, że rząd się ugnie w pierwszy dzień egzaminów gimnazjalnych. Ja osobiście mam nadzieję, że może nawet jutro. Pewnie w nocy, w swojej ulubionej porze – mówi. – Do tej pory kroki w tył robił tylko Związek, a musimy się spotkać w pół drogi.

Do spotkania daleko

Ale pierwszy dzień strajku kończy się – tak jak się zaczął – dwiema sprzecznymi narracjami. Nie spotkaniem, a próbą sił.
Wiceminister Kopeć: porozumienie, które podpisała tylko „Solidarność”, jest bardzo korzystne. Oznacza podwyżkę wynagrodzeń nauczycieli o 15 proc. jeszcze w tym roku.
Brakuje tylko dopowiedzenia: część z tych pieniędzy nauczyciele już dostali, bo nie chodzi o nową podwyżkę, a przyspieszenie wypłaty ostatniej transzy tej już przyklepanej. Do tego nie wiadomo, skąd budżet na rok 2019 miałby znaleźć pieniądze na podwyżkę przeznaczoną do wypłacenia w roku 2020.
Sławomir Broniarz na antenie Polsat News: nie mam tytułu do tego, by zawiesić protest. Po południu szef ZNP oznajmia, że większość nauczycieli jest zdeterminowana protestować dalej. Związek usiądzie do negocjacyjnego stołu, gdy tylko ze strony rządu padną poważne propozycje. W domyśle: nie takie, jak słowa wiceministra.
Rano 9 kwietnia na jednej z facebookowych grup nauczycielskich pada pytanie: strajkujecie? W ciągu niecałej godziny pada ponad 600 odpowiedzi: tak! I ciągle ktoś dopisuje następną.