List do Z. Ziobry

Panie Ministrze!

Wielokrotne prośby Związku Zawodowego Tłumaczy Przysięgłych w Polsce o rozpoczęcie z Panem rozmów na temat podwyższenia wynagrodzeń za czynności tłumaczy przysięgłych nie zostały rozpatrzone pozytywnie. Związek Zawodowy Tłumaczy Przysięgłych w Polsce jest członkiem Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych i dlatego jako przedstawiciel OPZZ apeluję o pilne rozpoczęcie rozmów na temat zmiany Rozporządzenia z dnia 24 stycznia 2005 r. w sprawie wynagrodzenia za czynności tłumacza przysięgłego (Dz. U. z dnia 26 stycznia 2005 r.).
Jednocześnie pragniemy zwrócić uwagę na fakt, że w żadnym przepisie nie zostały określone terminy wypłat wynagrodzenia, a tłumacze przysięgli często oczekują na swoje wypłaty kilka, a nawet kilkanaście miesięcy. Opóźnienia wynagrodzeń negatywnie wpływają na jakość współpracy tłumaczy z organami wymiaru sprawiedliwości, jako że zlecające tłumaczenia organy nie są związane żadnym terminem, zaś tłumaczom często wyznacza się krótkie terminy na wykonanie ich czynności. Liczymy zatem na pilne zaproponowanie terminu rozpoczęcia rozmów w sprawie zmiany przepisów dotyczących wynagradzania tłumaczy przysięgłych oraz innych przepisów związanych z ich działalnością.

Kamizelki i lewica

Walka o przełom.

 

„Co mówią Francuzi, których spotkałem? Że Macron musi teraz odejść. Że musi odjechać samochodem, motocyklem, na koniu, na hulajnodze, śmigłowcem, byle jak, ale musi odejść zanim sprawi, że nasz kraj oszaleje z wściekłości, musi odejść , by przywrócić pokój społeczny i zgodę narodową” – mówił popularny poseł lewicowej Nieuległej Francji (LFI) François Ruffin, po dwudniowym objeździe blokad i wieców „żółtych kamizelek” w swoim okręgu wyborczym. I właśnie ten postulat numer 1 protestujących wydaje się nie do spełnienia. Ludowy bunt nie traci więc rozpędu a francuska radykalna lewica przestała się wahać i popiera go w całej jego różnorodności.

Ruffin stanął przed Pałacem Elizejskim, by „zdać sprawozdanie ze stanu ducha moich współobywateli: gniew zmienił się we wściekłość”. „Pycha prezydenta Republiki, jego głuchota, upór, brak ustępstw, są maszyną produkującą nienawiść” – mówił swym lekko załamującym się głosem do dziennikarzy i przechodniów. „Przemoc do niczego nie prowadzi, ale to on swoją arogancją rozdziera Francję, to on chce tu ognia i krwi” – mówił. A co mówią ludzie? – zapytali dziennikarze. „Skończy jak Kennedy”, „Jak go spotkam, trudno, pójdę potem do więzienia”, „Widzi pan ten nagrobek, jak dla niego” – to są słowa pracowników tymczasowych, spokojnych emerytów, zwykłych mieszkańców”.

Emmanuel Macron, po powrocie z Buenos Aires, gdzie uczestniczył w szczycie G-20, postanowił obejrzeć stan Łuku Triumfalnego, który co nieco ucierpiał na skutek sobotnich zamieszek w stolicy, o skali porównywalnej do tych z 1968 r. Był ranek, na obrzeżu Placu Gwiazdy prawie nie było pieszych, ale i tak do jego uszu dotarł krzyk „Macron do dymisji!” skandowany przez przypadkowych przechodniów, którzy dostrzegli go zza szczelnej obstawy. Wtedy pojechał do koszar CRS (oddziały specjalne policji, mniej więcej odpowiednik b. ZOMO), by dziękować za „dzielną postawę” podczas starć z tłumem i obiecać im nadzwyczajne premie finansowe. Gdy wczoraj udał się po cichu do prefektury Górnej Loary podpalonej w sobotę przez manifestantów, część policjantów musiała powiadomić mieszkańców, gdyż w trakcie wyjścia z budynku oprócz tradycyjnych „Macron do dymisji” i „Przyjdziemy po ciebie!” rozległy się głośno mocno wulgarne obelgi.

 

Ostrożność radykalnej lewicy

Macrona trafił wielki bumerang, którym rzucał w ludzi od początku swej kadencji. Tak bezczelnie radykalnego przesuwania dochodów z dołu do góry nie dokonał żaden poprzedni prezydent, choć byli wśród nich neoliberałowie. Miliardy, które dzięki jego pomysłom podatkowym popłynęły do prywatnych kieszeni jego sponsorów – miliarderów, wszelkiej maści finansistów i rentierów – chciał odebrać uderzając w miliony najsłabiej uposażonych, tych, którzy każdego miesiąca nie mogą związać końca z końcem. Ten neoliberalny ekstremizm podbity regularnie wyrażaną pogardą dla ubogich prowincjuszy („ludzie, którzy są niczym”) kończy się „gorącą jesienią”, którą zapowiadali nie tylko liczni socjologowie, ale i parlamentarna Nieuległa Francja oraz inne partie lewicy.

Trzeba przyznać, że pozaparlamentarne partie i stowarzyszenia lewicowe z początku podeszły do ruchu „żółtych kamizelek” dość nieufnie, jakby nie wierzyły własnym oczom. Jak dziś próbują się usprawiedliwiać aktywiści np. z ATTAC-u (Obywatelskiej Inicjatywy Opodatkowania Obrotu Kapitałowego), niektórzy dali się kolejny raz nabrać prorządowym mediom, które klasyfikowały ruch jako „skrajnie prawicowy” i „populistyczny” w nadziei, że przez porównanie do partii Marine Le Pen (Zjednoczenia Narodowego – RN) ludzie przez pewien automatyzm polityczny będą skłonni opowiedzieć się raczej za Macronem, jak w czasie drugiej tury zeszłorocznych wyborów prezydenckich. Dziś zarówno Attac, jak i Nowa Partia Antykapitalistyczna (NPA), która połapała się jednak wcześniej, w pełni popierają „żółte kamizelki” i ich decyzję kontynuacji protestów, mimo wczorajszych, pozornych ustępstw Macrona. Zwyciężyła prosta konstatacja: lewica nie może stać z boku w walce o elementarną sprawiedliwość społeczną.

 

„Żółte kamizelki” – lewicowe, czy prawicowe?

W tak szerokim ruchu protestu są oczywiście obecne wszystkie poglądy polityczne, ale nie da się tak szybko podać wiarygodnego składu politycznego protestujących, bo na razie robi się klasyczne sondaże na tysiącosobowych grupach, które rozbijają się o pewną prawidłowość: prawie nikt nie chce się dziś przyznać, że głosował na Macrona w wyborach prezydenckich, więc podaje nazwiska innych kandydatów. Łatwiej o określenie składu socjalnego: jeśli wierzyć tym pośpiesznym sondażom, 55 proc. to robotnicy, a reszta to tzw. niższa klasa średnia (jak urzędnicy, nauczyciele, pracownicy nie-fizyczni), bezrobotni i emeryci, większość z prowincji, wsi i małych miasteczek, skąd polityka neoliberalna wyrzuciła kolej, poczty, szkoły i szpitale. Coraz więcej płacić na państwo, które się zewsząd wycofuje – to nie jest idea, która mogła im się spodobać.

Trudność określenia wyraźnego profilu politycznego „żółtych kamizelek” porównuje się do trudności wyłonienia przez nie jakichś reprezentantów, którzy mogliby negocjować z rządem, ale to jednak różne dziedziny. To drugie wynika z bardzo widocznego braku zaufania do demokracji pośredniej (przedstawicielskiej). Poszczególne wiece, grupy blokujące, powstałe sejmiki obywatelskie odrzucają ideę wyboru lub nawet losowania przedstawicieli, którzy „decydowaliby za nas”. Do tej pory nie ma więc żadnych regionalnych ani krajowych reprezentantów, a jedynie kilkunastu zmieniających się „rzeczników”, do występowania w mediach, by przedstawiać uchwalone postulaty lub sytuację mieszkańców.

Mnożą się odezwy jak ta przykładowa powyżej sprzed kilku dni, z typowego, 6-tysięcznego miasteczka we wschodniej Francji, gdzie mieszkańcy ułożyli tekst i wyznaczyli tych, którzy go odczytali. To wezwanie to tworzenia stałych „domów ludowych” niezbędnych do wspólnego radzenia, porozumiewania się i koordynacji na zasadzie równości wszystkich obywateli. „Nie pozwólmy, by ktoś nami kierował, nie dajmy się podzielić!”. „Wzywamy do tworzenia komitetów ludowych, które funkcjonowałyby jako stałe sejmiki. Miejsc, gdzie słowo się wyzwala, gdzie można się wyrazić i wzajemnie sobie pomóc. Jeśli potrzeba delegatów, to jedynie z każdego komitetu ludowego żółtych kamizelek, gdzie pozostają blisko słowa ludowego, z mandatem odwoływalnym i zmieniającym się, w pełnej jawności i z zaufaniem.” Niektórzy rozpoznają w takich apelach „skręt anarchistyczny” lub „model szwajcarski”, który robi „zaskakującą” furorę.

W każdym razie model ten nie przeszkadza koordynacji: po niemal trzech tygodniach udało się stworzyć powszechnie akceptowaną, krajową listę postulatów, z której „wreszcie” można odczytać profil polityczny ruchu. Jakby nie patrzeć, jest on lewicowy. Na liście postulatów można znaleźć kilkadziesiąt poprawek lub projektów ustaw, które wnosili w parlamencie Nieuległa Francja, komuniści i nawet „socjaliści” (pozostała w parlamencie resztka rządzącej do niedawna Partii Socjalistycznej). Wszystkie je oczywiście odrzuciła większość partii prezydenckiej (LREM), ale oto wróciły „od dołu”. Przywrócenie podatku od wielkich fortun, którego domagała się LFI, stało się tak silnym życzeniem „żółtych kamizelek”, że nawet partia Marine Le Pen i gaullistowscy Republikanie musieli je z pewnym ociąganiem poprzeć, nie chcąc wypaść na „niesprawiedliwych” w oczach wyborców.

 

Rewolucja?

Każdy, kto uważnie czytał programową książkę Emmanuela Macrona Rewolucja (zrobiła ona wrażenie na Robercie Biedroniu), mógł zauważyć, że klasy ludowe nie zajęły w niej w żadnego miejsca. Być może wtedy nie wynikało to jeszcze z pogardy, lecz zwykłej ślepoty klasowej milionera z wyższej burżuazji. Widzieć „rewolucję” w uberyzacji i uśmieciowieniu zatrudnienia, okraszoną sloganami o „start-upach” i abstrakcyjnej „nowoczesności”, która prawa pracownicze cofała do XIX w., mogli jedynie publicyści oligarchicznych mediów.

Jeśli jest w kadencji Macrona coś rewolucyjnego, to ów społeczny ruch, którego postulaty polityczne napędzają prezydenckiej administracji takiego stracha. Symbolem pragnienia zmiany stał się zamiar „pójścia po niego”, do Pałacu Elizejskiego. To się odnosi do deklaracji prezydenta, który po ujawnieniu jego prób stworzenia policji politycznej krzyczał histerycznie „niech przyjdą po mnie!”, arogancko pewien swej „nienaruszalnej” pozycji. Rzeczywiście we francuskim systemie politycznym instytucjonalne obalenie go jest praktycznie niemożliwe i dlatego lewica parlamentarna nawołuje do rozwiązania parlamentu i nowych wyborów, by go pozbawić szkodliwej większości wybranej na fali jego wyboru, która dziś przegrałaby z kretesem. Lewica bardziej radykalna, ta która uważa, że „przemiana ekologiczna w kapitalizmie jest niemożliwa” pójdzie w najbliższą sobotę „do Pałacu” wraz z „żółtymi kamizelkami”.

 

Determinacja i solidarność

Celem ogłoszonych przez rząd „ustępstw” było przede wszystkim uniknięcie kolejnej soboty zamieszek w Paryżu i reszcie kraju, ale analiza komunikatów „żółtych kamizelek” wskazuje, że determinacja protestujących ani trochę nie osłabła. Wprost przeciwnie: do ruchu dołączają uczniowie, studenci, kierowcy ciężarówek, pielęgniarki i kolejne sektory społeczne. Żaden tłum nie zostanie dopuszczony do Pałacu Elizejskiego, ale sprawy zaszły już tak daleko, rachunek społecznych krzywd tak narósł, że nawet gdyby rządowi udało się stłumić bunt, niedługo się odrodzi, może w gwałtowniejszej formie. Francuzi chcą więcej sprawiedliwości, a nie turbo-kapitalizmu tworzącego społeczne przepaści.

Oczywiście walkę o „rząd dusz” protestujących prowadzi też prawica, w tym ugrupowanie Marine Le Pen, jednak żaden z jej ksenofobicznych postulatów nie został zatwierdzony. Jaki ostateczny kształt przybierze fronda „żółtych kamizelek” zależy nie tylko od postanowień rządu, czy prób przejmowania jej przez prawicę, ale i od pracy społecznej ludzi lewicy, którzy jak na razie spisują się całkiem dobrze: jeżdżą wysłuchiwać ludzi, radzić, wspierać, pomagać. Nikt w zasadzie nie chce przemocy, jednak ciągle wisi ona w powietrzu. Według dzisiejszych sondaży, 78 proc. obywateli uważa „ustępstwa” rządowe za niewystarczające. Historyczny czas, który przeżywa właśnie Francja wcześniej, czy później, odbije się na reszcie naszego kontynentu.

Protesty wokół G20

Nie będzie powtórki z ubiegłorocznych zamieszek w Hamburgu, zapewniała minister bezpieczeństwa Argentyny Patricia Bullrich, mówiąc o protestach, jakie szykują się równolegle ze szczytem G20. W Buenos Aires podczas zjazdu najpotężniejszych tego świata nie działa komunikacja miejska, mieszkańców zachęcono do spędzenia weekendu poza miastem. Mimo to w mieście odbył marsz zorganizowany przez lewicę.

 

Neoliberalne władze Argentyny, na czele z prezydentem Mauricio Macrim, zadbały jednak o to, by uczestnicy szczytu G20 nawet nie zauważyli, że mają krytyków. Demonstracja organizowana przez lewicowy Socjalistyczny Ruch Robotniczy wspólnie z lewicowymi centralami związkowymi niedawno ruszyła z planowanego miejsca zbiórki – wyznaczonego ok. pięć kilometrów od centrum konferencyjnego Costa Salguero, gdzie odbywa się szczyt.

Mimo to chętnych do wykrzyczenia złości na neoliberalnych przywódców nie brakuje. Zarówno wenezuelska telewizja Telesur, jak i Agencja Reutera podają, że na marszu zgromadziło się kilka tysięcy osób. Pochód miał jednoznacznie antykapitalistyczne oblicze. Manifestanci upamiętnili również nieżyjących towarzyszy – działaczy i działaczki socjalistyczne, ekologiczne, feministyczne, które padły w ubiegłym roku ofiarą prawicowych bojówek i „nieznanych sprawców”. W Ameryce Łacińskiej takie morderstwa i bezkarność zabójców to nadal plaga.

Demonstracja przeszłą dwuipółkilometrową trasą pod budynek parlamentu, omijając takie tradycyjne miejsce zgromadzeń argentyńskiej lewicy i pracowników, jak Plaza de Mayo przed pałacem prezydenckim – policja nie wyraziła zgody na marsz na dłuższym odcinku. Uczestnicy nieśli transparenty z napisami „Precz z G20”, „Precz z MFW”, „Chcemy wojny – nie damy im spokoju” (to o kapitalistach).

Na ulice Buenos Aires wysłano ponad 2500 policjantów, szereg ulic wyłączono z ruchu, wstrzymano transport towarów rzeką La Platą. Okolice kompleksu konferencyjnego, gdzie obradują przywódcy, zostały zamknięte dla zwykłych śmiertelników. Organizatorzy marszu w komentarzach dla TeleSur podkreślają, że władze nałożyły na przemarsz lewicy i związkowców maksymalne ograniczenia.

Argentyński rząd ma się czego obawiać – wydarzenia takie jak G20 przyciągają antykapitalistycznych aktywistów z całego świata, a w Argentynie mogliby do nich masowo dołączyć miejscowi obywatele, wściekli z powodu reform wdrażanych przez rząd Mauricio Macriego w ścisłej współpracy z Międzynarodowym Funduszem Walutowym. W imię „niezbędnych oszczędności” i „zachęcania inwestorów” Macri doprowadził do masowych zwolnień w budżetówce, zlikwidował program wsparcia rodzin z dziećmi i ściął niemal do zera wydatki na służbę zdrowia, edukację i kulturę.

Gniew żółtych kamizelek

Korespondencja z Paryża

 

To nie była demonstracja paryżan. Ich na manifestacji było stosunkowo mało, jeśli już – to klasy średnie zbiedniałe. Przedmieścia ludowo-imigranckie były bardzo słabo reprezentowane, poza paroma grupkami młodych. Widziałem również kilka kobiet w chustkach – bez problemy mieszały się z tłumem. Panowała atmosfera wzajemnej życzliwości, która przerodziła się w gniew dopiero wtedy, gdy policja zaczęła rozpędzać tłum brutalnymi metodami, także przy pomocy trujących gazów importowanych z Niemiec. Pierwszy raz zetknąłem się z takimi metodami na manifestacji lewicowej, antyimperialistycznej, w Monachium w 1993 r. Za Sarkozy’ego takie twarde metody importowano na ulice Paryża. Widocznie stare sojusze z czasów Vichy i Petaina na salonach mieszczuchów przetrwały.

 

Manifestanci w dużej mierze pochodzili z prowincji.

Wielu było zabiedzonych emerytów oraz drobnych prekariuszy, którzy muszą dojeżdżać do pracy samochodem, bo linie kolejowe zostały zlikwidowane.

Stąd bunt przeciwko cenom paliwa i diesla… To nie są „rzecznicy samochodów i konsumpcji”, jak ich oskarżają centrolewicowi, „ekologiczni” mieszczanie, którzy owszem jeżdżą rowerami, ale lubią spalać tony paliwa na swoje lotnicze wyprawy „konferencyjno-intelektualno-polityczno-urlopowe” lub importować w zimie chilijskie truskawki. Spotkałem też licznych robotników z małych miast, drobnych sprzedawców produktów rolnych, młodych gniewnych prekariuszy. Szli w grupach zakładowych kolegów, Francuzi, migranci z krajów arabskich i przybyli z Hiszpanii. Dużo było bardzo konkretnych rozmów o tym, kto za co żyje, ile zarabia i w jaki sposób musi dorabiać. Popularny sposób? Uprawianie różnych warzyw i owoców na poletkach obok domów. Kwestia dorabiania nurtowała także emerytów. Niektórzy z nich z trudem wiążą koniec z końcem, inni pomagają bezrobotnym dzieciom lub wnukom. Takie realia „rozwiniętej” Francji B.

Słyszałem tę prowincję w języku. Jeden z młodych manifestantów zwrócił się do mnie: Przepraszam pana, czy pan może się posunąć, bardzo proszę, muszę przejść, budować barykadę! W języku paryskim nie da się już czegoś takiego usłyszeć.

Wieś, małe miasteczka i średnie miasta poszły na spotkanie „wielkiej stolicy”, w której wielu z nich wcześniej nie było nigdy. Stąd idea, by manifestować na Polach Elizejskich i obok Pałacu Elizejskiego, czyli prezydenckiego. Tradycyjnie paryska lewica demonstruje wokół placów Republiki, Narodu i Bastylii, co już nie przeszkadza burżuazji.

 

Żółte kamizelki o tym nie wiedziały.

Wkroczyły na tereny, gdzie wielka burżuazja się bawi, bo właśnie te miejsca ludziom z daleka kojarzyły się z Paryżem. Lud ze słomą wychodzącą z butów wszedł z butami na salony „cywilizowanych” burżujów i zagranicznych oligarchów (amerykańsko-arabsko-izraelsko-rosyjskich) – i nawet pojął to dopiero po czasie, jak można było sądzić po rozmowach. Dopiero wtedy, gdy był już na tych prestiżowych ulicach, już dekorowanych i oświetlonych na cześć zimowego święta konsumpcji, nazywanego nie wiadomo dlaczego Bożym Narodzeniem.

 

Cała przemoc na manifestacji pochodziła od policji.

Zebrani byli nastawieni całkiem pokojowi, powiedziałbym – dobrodusznie. Dopiero, gdy użyty został gaz i wjechały armatki wodne, demonstranci zaczęli spontanicznie budować barykady z czego popadło i palić ogniska, żeby pokazać swój gniew. Znamiennie – troszczyli się przy tym, by pożar nie dotarł do otaczających budynków.

Na Polach Elizejskich są bogate hotele, banki, drogie restauracje. Żadne z tych miejsc nie zostało tknięte przez manifestantów.

Mimo całego gniewu wobec bogaczy i próżniaków z całego świata, którzy tam się zwykle gromadzą. To należy podkreślić – chociaż ja sam zastanawiam się, czy nie należało raczej okupować obiektów należących do banksterów i służących im mediów.

Na całej demonstracji widziałem jednego jedynego przedstawiciela skrajnej prawicy. Niósł hasło „Front Narodowy was popiera” – sam chyba nawet nie wiedział, że Front zmienił nazwy już parę miesięcy temu. Dużo więcej było lewicowców – byli raczej przychylnie przyjęci. Widziałem trochę czerwonych flag, kilka portretów Che Guevary i kilka chustek palestyńskich. W skali całego wydarzenia było ich jednak niewiele. Większość uczestników nie miała wyraźnych afiliacji politycznych. Lider Nieuległej Francji Jean-Luc Melenchon apelował na Twitterze o poparcie manifestacji, ale widziałem tylko jednego posła z tego ugrupowania, Ruffina. Spokojnie rozmawiał, debatował z demonstrantami.

 

Nikt nie przyszedł z hasłami i partyjnymi znakami – z żadnego zresztą ugrupowania.

Tzw. „komuniści” mieli w ten dzień swój zjazd – doskonały pretekst, by nikogo nie wysyłać i ograniczyć się tylko do słownego „poparcia manifestantów”. Nowa Partia Antykapitalistyczna (NPA) też nie przyszła, ale to nie zdziwiło. Ta grupa już od kilku lat woli zebrania salonowe i umoralniające przemowy niż kontakt z masami i działalność wśród dołów społecznych, wśród realnie istniejącego ludu. Małe a liczne inne ugrupowania „lewackie”, których we Francji jest mnóstwo, także się nie pojawiły. Jeśli nawet ktoś z tego grona był w tłumie, to starał się trzymać linię „pozornej apolityczności”. Według (niestety) przyjętego dziś standardu.

Manifestanci byli więc głównie ze środowisk, które dotąd nie były upolitycznione. Dopiero się uczą, dotychczas byli bierni, dopóki nie ogarnął ich gniew. Tym bardziej byli zszokowani tym, co w Paryżu znamy od dawna – z hipokryzją mediów i przemocą policyjną. Dopiero teraz się z nią zetknęli, zobaczyli kontrast między prawdą i medialnym obrazem na własne oczy. Dużo było dyskusji miedzy manifestantami. Każdy się w biegu uczył myśleć politycznie. Dzięki Macronowi !!! Wielkie jemu za to dzięki !!!

Tak więc brzmiały główne wątki – zasłyszane, zauważone, wykrzyczane:

Media kłamią! Macron musi odejść! Bankierzy kradną! Zabić banksterów! Długi są niesprawiedliwe! Trzeba atakować raje podatkowe! Kontrolować łamanie prawa podatkowego przez bogatych! Kontrolować eksport kapitału! Trzeba podnieść poziom życia, zabierając bogatym! Nie dajemy rady żyć z takimi pensjami! Nie walczymy dla siebie, ale o prawo do życia naszych dzieci! Koniec z kosztownymi wojnami w Afryce i krajach arabskich! Precz z handlarzami broni! Oskarżają nas o faszyzm, bo nie mają argumentów!

I dalej:

Wszyscy żyjemy we Francji, musimy razem walczyć! O nasze prawa do godnych zarobków i pracy! Mamy nadzieję, że przedmieścia (imigranckie – przyp. BD) się włączą, wtedy dopiero będzie prawdziwa walka! Partie polityczne i związki zawodowe zawaliły, my byliśmy grzeczni, a teraz trzeba być poważnym i się zorganizować! Dotychczas był bunt, czas przejść do rewolucji! Obalić system!

 

Obalić Macrona, obalić rząd, obalić system!

Nic o UE, nic o NATO. Widziałem jeszcze hasło: Społeczeństwo obywatelskie do parlamentu! Słyszałem też Marsyliankę. Fragment, gdzie śpiewa się „niech nieczysta krew użyźni naszą ziemię”. Tyle, że demonstranci przerabiali to na „krew Macrona”.

Zapamiętałem też dobrze jedną scenę. Jedna z libańskich stacji TV prowadziła wywiady z manifestantami. Nagle jeden z nich, widząc kamerę, zawołał: „Pierdolone media! Media prostytutki!”. Ale z tłumu ktoś odpowiedział: to Libańczycy, pozwól im robić swoją robotę, dzięki nim ludzie się dowiedzą, co tu naprawdę się dzieje. Media francuskie kłamią!

Na to znowu ktoś inny: Libańczycy już wiedzą, co to szczucie jednych na drugich w imię religii i rasy, my tu takiego czegoś nie chcemy, wszyscy mamy być razem, żeby walczyć o godną pracę w naszej wspólnej Francji!

Libańczycy byli rozradowani, uśmiechnięci… Za to dziennikarzy francuskich było bardzo mało. Widać, że się bali reakcji ludzi. Kiedy zbliżyła się ekipa prorządowej BFM TV, ludzi do niej krzyczeli: „Będziecie zadawać pytania, a potem tak to potniecie, że wyjdziemy na faszystów lub prowokatorów. Umiecie tylko kręcić i kłamać! Czy wam nie wstyd ?” Ekipa uciekła potem przed tlumem… A ci bardziej niby lewicujący, jak „Le Quotidien”? Gdy starali się nawiązać rozmowę, mówili coś w rodzaju: „No dobrze, wiecie, ze tak naprawdę Macron odejść nie może, bo takie są reguły demokracji. Więc co konkretnie chcecie, żeby zrobił ?”

 

Około 80 proc. Francuzów popiera „żółte kamizelki”.

To wynik oficjalnych sondaży, który potwierdza się w terenie, nawet, gdy rozmawia się z policjantami. Oni też często myślami są po stronie manifestantów. To oznacza, że wśród manifestantów musiało być wielu takich, którzy głosowali na Macrona i na Le Pen. Ale ogólna atmosfera na proteście nawiązuje do pamięci o rewolucji francuskiej. Nikt otwarcie nie wypowiadał się w duchu prawicowym. W żadnej rozmowie nie usłyszałem niczego rasistowskiego czy w duchu Le Pen… Nie twierdzę, że tego nie ma, ale to znaczy, że oni wiedzą, że nie mogą wyjść ze swoimi poglądami, bo to nie „ich teren”. Słyszałem w bocznej ulicy rozmowę grupy młodych: „Musicie zrozumieć, trzeba przestać glosować na tę k… Le Pen jako na niby-opozycję. Dokładnie tego życzy sobie Macron!”. Co do Le Pen, z jednej strony chciała ona przejąć ten ruch, z drugiej – boi się go.

Nowe warstwy ludowe, biedni i średnio biedni, wchodzą do boju i kształcą się politycznie w sposób spontaniczny, w wielkiej próżni. Bo co się dzieje z lewicą? Wspomniany zjazd Francuskiej Partii Komunistycznej przyjął nowe logo. Bez sierpa i młota, z mapą Francji w kształcie podobnym do czerwonej gwiazdy, ukoronowanej ekologicznym drzewkiem … Nieuległa Francja już niemal definitywnie podzieliła się między radykałami, którzy chcą włączyć się do konkretnej walki klasowej i budować coś trwałego na dole, a tymi, co dążą do instytucjonalnego przejęcia resztek Partii Socjalistycznej i są gotowi do „kompromisów” w imię tzw. „realizmu” …

Generalna Konfederacja Pracy przygotowuje swój zjazd – tam też wyraźnie spór miedzy bazą lewicową, która chce znowu klasowego związku i powrotu do Światowej Federacji ZZ, a prawicą, która podtrzymuje linie Europejskiej Konfederacji ZZ i Międzynarodowej Konfederacji ZZ. Inne „umiarkowane” związki, szczególnie CFDT, są przeciwko manifestantom, poparcia udzieliła tylko jedna federacja Force Ouvriere. Ważne kiedyś ugrupowania trockizujące, anarchizujące, maoizujące, ekologizujące stały się w dużej mierze klubami dyskusyjnymi emerytów politycznych.

 

Tymczasem młodzież buduje od podstaw swoją wizję przez stowarzyszenia,

które zaczynają się na nowo dzielić na lewicujące i prawicujące, od rojalistow po ultra-maoistow lub „apolitycznych”. Coraz bardziej widać podział miedzy „lewicą moralną”, salonową, hasłową, intelektualno-mieszczańską, instytucjonalną, a „lewicą społeczną”, klasową, oddolną, ludową, skłonną do poniesienia ryzyka swych decyzji.

Ultraprawica także się odbudowuje. Konfrontacja wydaje się nieuniknione, ale nie z padającym Zgromadzeniem Narodowym Marine Le Pen, ale z twardogłowymi rzecznikami „tożsamości”, białej lub tej islamistycznej. Ci są na razie wyizolowani od mas, które chodzą bardziej twardo po ziemi i kalkulują na bazie interesów materialnych, niezależnie od tego, czy wierzą w Boga muzułmanów, katolików czy jakiegoś innego. Proces więc trwa, a „żółte kamizelki” przyspieszają okres dojrzewania. Rozgniewana ludność musiała się sama rzucić na ulice, bo awangardy nie było…

Historia Francji uczy, że lud najpierw debatuje w kawiarniach i na ulicy, gdy wychodzi protestować, główkuje samodzielnie, a potem dryfuje na lewo. Rozumie, że ludzie to ludzie, a ludzie pracy to ludzie pracy, nie ma ograniczeń rasowych, narodowościowych, religijnym. Traf chciał, że najbardziej rozbudowane myślenie zauważyłem wczoraj wśród robotników, w tym z zakładów na prowincji. Ten fakt potwierdza to, co lewica wie od mniej więcej 150 lat – świadomość bazuje na stosunkach produkcji.

Protesty trwają…

Wolni z wolnymi! równi z równymi! Prekariusze wszystkich krajów, łączcie się!

Radykalizacja „żółtych kamizelek”

Tego nie spodziewały się same „żółte kamizelki”. Spontaniczny ruch protestu, który objął cały kraj w sobotę 17 listopada, przeciągnął się na niedzielę i trwa do dzisiaj. Mało tego, na najbliższy weekend przewiduje „marsz na Paryż”, by prawdopodobnie powtórzyć sobotnią próbę podejścia pod Pałac Elizejski, siedzibę prezydenta Emmanuela Macrona. Prawie 80 proc. Francuzów popiera tę ludową frondę, mimo wyraźnej niechęci oligarchicznych mediów.

 

Świat od jakiegoś czasu zna mechanizm „skrzykiwania się” za pomocą portali społecznościowych, by zorganizować jakiś protest. Ale ruch „żółtych kamizelek” wygląda na bezprecedensowy, gdyż najdosłowniej objął cały kraj. W nieco ponad miesiąc od pierwszych propozycji na Facebooku, 17 listopada w każdym departamencie ludzie ubrani w żółte kamizelki wyszli na drogi i ulice, by blokować ruch w proteście przeciw polityce Macrona – „prezydenta bogatych”, jak go powszechnie nazywają. Liczby pozostają sporne: według rządu (policji), ponad 2 tys. blokad miało skupić ok. 300 tys. osób. Ruch nie ma żadnego centralnego organizatora, więc brakuje jego wersji. Tym razem odezwały się jednak związki zawodowe policjantów, które mówią o „co najmniej” milionie uczestników. Bez względu na liczbowy rozmiar buntu, jego terytorialna skala zasiała w rządzie strach, skrywany na razie milczeniem Macrona.

We wtorek 20 listopada, minister spraw wewnętrznych Christophe Castaner gromko potępił „totalne zboczenie” w kierunku przemocy ruchu, który jego zdaniem jeszcze w sobotę był „generalnie grzeczny”. „Widzimy, że mamy do czynienia z radykalizacją i niespójnymi postulatami” – narzekał, podając przykład trzech policjantów rannych od metalowych bul (do popularnej gry w bule – pétanque), gdy wraz z innymi próbowali nocą znieść blokadę centrum handlowego w Langueux, na północy kraju. „Żółte kamizelki” odpierały tam policyjny atak z łomami i butelkami z benzyną w rękach. Ogółem bilans czterech dni dotychczasowej „anarchii” to ponad 500 rannych cywilów i prawie 100 policjantów. Gorąco zrobiło się również w departamentach zamorskich – na sparaliżowanej blokadami i rozruchami wyspie La Réunion (Ocean Indyjski) wprowadzono nawet stan wyjątkowy i godzinę policyjną.

 

Czego oni chcą?

Ruch narodził się z „kropli, która przepełniła czarę”, z protestu przeciw podwyżkom cen paliw samochodowych spowodowanym dołożeniem przez rząd kolejnego podatku, ale już w sobotę protestujący zapewniali, że chodzi o „wszystko”. Jeśli coś naprawdę łączy manifestantów, to ich krzyk „Macron do dymisji!”. Sama kwestia paliw jest dość paradoksalna dla skrajnego neoliberalizmu prezydenta, tak chwalącego „mobilność”, „elastyczność” , jak też brak jakiegoś zakorzenienia, które mają być warunkiem dobrobytu – taksując paliwa ogranicza przecież indywidualny transport i to bez żadnych inwestycji w transport zbiorowy. Wprost przeciwnie: zlikwidowano tysiące kilometrów regionalnych linii kolejowych zmuszając ludzi do brania kredytów na samochody. W wielkich miastach, gdzie zbiorowy transport dobrze działa to mniejszy problem niż na prowincji, gdzie ludzi muszą jeździć często dziesiątki kilometrów do pracy.
To, co najbardziej oburza manifestantów, to przyśpieszająca za Macrona obniżka poziomu życia oraz postępujący upadek usług publicznych i ubezpieczeń społecznych. Młody, arogancki bankier od Rothschildów wygrał wybory prezydenckie, które dziś wydają się sprawnie wykonanym „skokiem na kasę” autorstwa najbogatszych. Oligarchiczne media stanowiące 95 proc. ogółu rynku medialnego we Francji popierały „antysystemowego” kandydata, który gwarantował doprowadzenie systemowego neoliberalizmu do zwycięstwa. Cóż znaczy inwestycja grupy miliarderów w Macrona warta kilkadziesiąt milionów euro wydanych na kampanię, w porównaniu z dziesiątkami miliardów zysków, które im zapewnił, likwidując podatki od wielkich fortun? To było tym „zwycięstwem”. Problem w tym, że ci, którzy teraz za to muszą płacić, mówią „nie”.

 

Dwie Francje

Znany lewicowy ekonomista Frédéric Lordon już w czasie tej mistyfikacji, którą była kampania Macrona, zauważył, że po 30 latach „reform” neoliberalnych młody finansista jest rodzajem ostatniej szansy ludzi tego systemu na utrzymanie się u władzy, i to mimo, że zapaść kraju była już widoczna. Pisał wtedy: „Bogaci chcą pozostać bogaci, a możni pragną być jeszcze bardziej potężni. To jedyny projekt tej klasy i jedyna racja bytu jej Macrona. W tym sensie to spazm systemu, który odsuwa swoją śmierć, jego ostatnie rozwiązanie. Jedyny sposób, by przebrać kontynuację, która stała się nieznośna dla reszty społeczeństwa, za zupełną, kompletnie sztuczną nowość, ubraną teraz w konkurencyjną nowoczesność – na użytek mediów. (…) Macron, samozwańczy „antysystemowiec” jest punktem zbornym, do którego śpieszą wszystkie odpadki systemu, wszyscy skompromitowani, niewierzący wręcz w ten fawor opatrzności: możliwość jeszcze jednego obrotu karuzeli…”.
Na ultraliberalnej globalizacji skorzystały wielkie miasta, ale już w latach 90. ubiegłego wieku zaczęto mówić o „pęknięciu społecznym”, które dziś stało się „przepaścią”. Kilka lat temu ekonomiści i socjologowie zwracali uwagę, że na neoliberalizmie zyskało lub przynajmniej nie straciło ok. 40 proc. populacji, ale pozostałe 60 proc., właściwie cała prowincja, to przegrani. Jakie są dzisiejsze proporcje? Gorączkowy neoliberalizm „socjalistów” (Partii Socjalistycznej rządzącej w poprzedniej kadencji, zmiecionej w wyborach) właściwie przygotowywał grunt pod neoliberalny ekstremizm Macrona. Ograniczenie praw pracowników i bezrobotnych, zmniejszenie emerytur i stypendiów, postępująca likwidacja usług publicznych i całego, ukształtowanego po II wojnie światowej francuskiego systemu socjalnego, ciągle okazywana pogarda dla prowincjuszy („Te żółte kamizelki jeżdżą samochodami na ropę i palą papierosy” – mówił zdegustowany rzecznik rządu Benjamin Grivaux) – wszystko to sprawiło, że protestujący mają dość „wszystkiego”.

 

Ruch rewolucyjny?

Fronda „żółtych kamizelek” obyła się bez partii politycznych i związków zawodowych, ale dość szybko poparcie dla niej wyraziła niemal cała opozycja parlamentarna wobec partii prezydenckiej (LREM). Mamy tu z prawej strony Zjednoczenie Narodowe (b. Front Narodowy) i Republikanów (gaulliści) a lewej Nieuległą Francję, Nową Partię Antykapitalistyczną i komunistów. Dalszy los tego ruchu dla wszystkich pozostaje zagadką, ale większość uważa, że tak czy inaczej stało się coś nadzwyczajnego. Jakby w historii walk społecznych było jakieś „przed 17 listopada” i jakieś „po”, które na dłuższą metę może zaowocować zmianami politycznymi. Rząd nie ma zamiaru ustępować i – zdaniem lidera Nieuległej Francji (LFI) Jean-Luca Mélenchona – może na krótką metę zdławić ten bunt. „Ale niemożliwe, by cofnął film, który rozegrał się w duszach wielkiej liczby ludzi. Zdobyta wiara w siebie nie wycofa się tak łatwo. Presja nie zniknie” – pisał na swoim blogu.
Ci, którzy widzą w „żółtych kamizelkach” zaczątek ruchu rewolucyjnego zwracają uwagę na innego rodzaju „przepaść”: generalny brak zaufania protestujących do mediów. To oczywiście bezpośrednia konsekwencja „mega-oszustwa” w kwestii Macrona w czasie kampanii prezydenckiej, ale też obecnej wrogości tub władzy wielkiego kapitału wobec protestów. Ten brak zaufania miałby świadczyć o dającym nadzieję wzroście zmysłu krytycznego, choć przedstawiciele rządu wolą mówić o objawach „niebezpiecznego populizmu”. Dziennikarze oligarchicznych mediów, nazwani kolektywnie „sprzedawcami gówna”, mają pewne trudności z relacjonowaniem protestów. Zetknięcie z prowincją nierzadko kończy się dla nich wysłuchaniem obelg. Teraz niektórzy z nich sami twierdzą, że szalony wzrost nierówności i lekceważenie dla „pozostawionych na boku” będzie musiało znaleźć jakieś polityczne ujście.

 

Rewolta wyborcza

Wrogość protestujących do „Robin Hooda na odwrót” (Macrona) i spontaniczny, niemal powstańczy charakter frondy to w zasadzie zjawisko dostrzegalne w innych krajach zachodnich, gdzie neoliberalizm narobił szkód społecznych. Odrzucenie samozadowolonych elit finansowych może mieć oczywiście różne oblicza, również niepożądane z lewicowego punktu widzenia, jednak wszystko zależy od zaangażowania polityków i partii, którym zależy na innym, bardziej sprawiedliwym porządku społecznym.

Kiedy premier Philippe przekonywał w telewizji przez 20 minut, że rząd nie może w niczym ustąpić, ani „żółtym kamizelkom”, ani pielęgniarkom (które dziś masowo wyszły na ulice), ani zresztą nikomu, reakcje nie były parlamentarne. „Równie dobrze mógł powiedzieć „pierdolę was”, byłoby krócej” – zżymał się Ian Brossat, pierwszy na liście komunistów w zbliżających się wyborach europejskich. Oligarchia francuska atakuje lewicę tak, by to nie ona pokonała w tych wyborach partię prezydencką, lecz raczej Zjednoczenie Narodowe Marine Le Pen. To w nim widzi lepszego partnera, gdyby cały epizod macronizmu miał zostać w końcu odrzucony. Te manewry medialno-polityczne są antycypacją bez ryzyka, bo już nikt nie wierzy, by ludzie Macrona mogli odnieść zwycięstwo.

Póki co, rząd wprowadził na najbliższy weekend zakaz wszelkich manifestacji w Paryżu w promieniu kilku kilometrów wokół Pałacu Elizejskiego.

Krew w Port-au-Prince

Krew polała się na ulicach haitańskiej stolicy Port-au-Prince. Tysiące obywateli wyszły w niedzielę na ulice, protestując przeciwko bezkarności polityków po ujawnieniu kolejnego skandalu korupcyjnego. Budowali barykady, palili opony. Sześć osób zginęło w starciach z policją.

 

Mieszkańcy najbiedniejszego państwa Ameryki Łacińskiej, w którym 60 proc. populacji musi przetrwać każdy dzień, dysponując zaledwie kwotą 2,5 dolara, mają powody do wściekłości. Według ujawnionych wyników wewnętrznego śledztwa prowadzonego przez krajowy Senat administracja byłego prezydenta Michela Martelly’ego przywłaszczyła sobie kwotę 3,8 mld dolarów przekazaną przez Wenezuelę. Fundusze te miały być przeznaczone na zakup paliwa po cenach niższych niż rynkowe i trafiły na Haiti w ramach pomocy w odbudowie kraju po trzęsieniu ziemi w 2010 r.
Pieniądze podzielili między siebie wpływowi politycy z otoczenia Martelly’ego, w tym dwaj byli premierzy. Chociaż opinia publiczna poznała wyniki senackiego dochodzenia, żaden z mężczyzn zamieszanych w skandal nie został ani oficjalnie o nic oskarżony, ani tym bardziej zatrzymany. Obywatele niebezpodstawnie doszli na tej podstawie do wniosku, że prezydent Juvenal Moise wcale nie pali się do ukarania kogokolwiek. W niedzielę na ulicach haitańskich miast zaczęły gromadzić się tłumy.

Początkowo domagano się przede wszystkim postawienia przed sądem polityków, których nazwiska pojawiły się w senackim raporcie o defraudacji. Nastroje jednak uległy błyskawicznej radykalizacji. Protestujący żądali, by urzędujący prezydent złożył urząd, a także atakowali cały do szczętu skorumpowany system polityczny swojego kraju.

Chorwaci też nie chcą

W Zagrzebiu weekend upłynął pod znakiem protestów: kilka tysięcy ludzi manifestowało na ulicach stolicy przeciw rządowym planom podniesienia wieku emerytalnego z 65 do 67 lat dla mężczyzn i stopniowo z 62 do 67 lat dla kobiet. Związki zawodowe grożą, że pójdą w ślady zbuntowanych Rosjan i zaczną kampanię zbierania podpisów potrzebnych do rozpisania ogólnokrajowego referendum.

 

Wiek emerytalny ma pójść do góry, za to wysokość świadczeń dla osób, które przejdą na nie wcześniej, zmaleje o około 4 proc. rocznie. Zmiana ma zacząć obowiązywać wszystkich pracujących w 2033 r. Rządowi specjaliści z resortu pracy i systemu emerytalnego, doradcy premiera Andreja Plenkovicia twierdzą, że podniesienie wieku emerytalnego jest koniecznością, bez uwzględnienia której chorwacka polityka społeczna zacznie się chwiać.

Wiek emerytalny w Chorwacji wynosi obecnie 65 lat dla mężczyzn i 62 lata dla kobiet. Te ostatnie reforma dotknie bardziej, ponieważ rząd ma w planach ujednolicenie wieku przechodzenia na emeryturę, więc okres „pomostowy” dla kobiecych roczników będzie zakładał szybszy wzrost limitu wieku.

Ministerstwo pracy zgłosiło projekt pod koniec września. Znalazł się w nim zapis również o redukcji 4 procent wysokości gwarantowanej emerytury rocznie dla tych, którzy odejdą z pracy wcześniej. Związki zawodowe od razu zapowiedziały protesty, argumentując, że rozwiązania proponowane przez resort szczególnie dotkną starszych pracowników, często zmuszonych przechodzić na wcześniejszą emeryturę ze względów zdrowotnych bądź nakłanianych do odchodzenia z pracy przez pracodawców, chcących pozbyć się starszego personelu.

Chorwaci nie chcą pracować dłużej, choć zdają sobie sprawę, że w ich kraju świadczenia te są (zaraz obok Czarnogóry) najwyższe spośród państw byłej Jugosławii – dla porównania średnia emerytura w Chorwacji wynosi około 300 euro przy 170 w Bośni i 144 w Macedonii. Natomiast we Francji jest to rząd wielkości około 1200 euro.

Jak informuje Reuters, aby powiódł się plan chorwackich związków zawodowych, podpis pod wnioskiem o referendum musiałoby złożyć 375 tys. obywateli. Obietnica uruchomienia kampanii padła podczas sobotniej demonstracji w Zagrzebiu. Swoje poparcie wyraziły między innymi organizacje związkowe zrzeszające budowlańców i pielęgniarki (oświadczyli oni, że nie będą w stanie pracować do 67. roku życia).

– Jest w nas wiele bólu i żalu. Czy taka propozycja jest odpowiedzialna w stosunku do naszych pracowników i emerytów? – mówił do zebranych organizator protestu Krešimir Sever z Niezależnych Związków Zawodowych. W rozmowie z portalem dnevnik.hr przyznał, że jest w stanie negocjować z władzą ujednolicenie wieku emerytalnego obu płci i ustawienie granicy na 65. roku życia. Zapowiada, że jeśli premier nie rozważy oferty związkowców, ci rozpoczną przygotowania do ogólnokrajowego referendum i rządowy projekt wywoła obywatelski kryzys na miarę tego rosyjskiego.

W obronie bezdomnych

80 węgierskich pisarzy i publicystów a także działacze organizacji Miasto Należy do Wszystkich wzięło udział w demonstracji na Placu Kossutha. Miała na celu sprzeciw wobec wchodzącego w życie zakazu zamieszkiwania w przestrzeni publicznej, co w praktyce oznacza usuwanie bezdomnych z ulic.

 

Ta ustawa stanowi poprawkę do kodeksu wykroczeń. Przyjęto ją w lipcu. Procedura polega na tym, że jeżeli policjant cztery razy w ciągu 90 dni wezwie konkretnego bezdomnego do opuszczenia miejsca bytowania, a ten nie podporządkowuje się – zostanie wobec niego wszczęte postępowanie karne. Ma powstać specjalny rejestr bezdomnych objętych wezwaniami.
Kiedy ruszy już postępowanie, sąd może skazać bezdomnego na prace społecznie użyteczne lub areszt.

Jak podaje PAP, „jako cel nowych przepisów wskazano lepszą organizację usług socjalnych dla bezdomnych oraz poprawę poczucia bezpieczeństwa obywateli”.
Leilani Farha, sprawozdawczyni ONZ do spraw warunków mieszkaniowych, napisała list otwarty do rządu, w którym uznała nowe przepisy za „okrutne i niezgodne z prawem międzynarodowym dotyczącym praw człowieka”,

Działacze organizacji, która zorganizowała protest pod parlamentem, twierdzą, że środki zapobiegania bezdomności, jakie jest w stanie zapewnić państwo, są niewystarczające (to miejsca w noclegowniach na 19 tysięcy osób). Noclegownie mogą sprawdzić się jako tymczasowa pomoc, ale nie rozwiążą problemu braku zakwaterowania kilkudziesięciu tysięcy obywateli.

Kulson się wku…ił

No i stało się! Policjanci – z opóźnieniem, bo z opóźnieniem, ale jednak zajarzyli, że w Polsce PiS można zarabiać naprawdę dobre pieniądze.

 

Tak długo byli bombardowani zewsząd informacjami o zarobkach w radach nadzorczych, w spółkach skarbu państwa i w spółkach komunalnych, o premiach i nagrodach urzędników rządowych i samorządowych, że w końcu i oni zawołali:
– A w czym my jesteśmy gorsi? Od Misiewiczów, od Rydzyka, od sióstr i braci, szwagierek i szwagrów, kum i pociotków władzy?
Powiedzmy sobie szczerze: w niczym! Ani nie są głupsi, ani brzydsi, ani nic. Chcą kasy? Należy się im! Dla innych jest, to i dla nich może być.
Pan premier jeździ po Polsce, co i rusz otwiera im jakiś nowy komisariat, stwarza nowe miejsca pracy, ale za ile, oni się pytają? Owszem, w tych nowych komisariatach mogą rozwijać się zawodowo – w zakresie na przykład używania paralizatora w kiblu, ale oprócz nowoczesnego sprzętu do wykonywania codziennych obowiązków, potrzebują również kasy, bo policyjne żony też od czasu do czasu muszą coś do garnka włożyć.
Zebrali się więc policjanci do kupy raz i drugi, głowy dymiły wysiłkiem, ale swoje postulaty sformułowali.
– To nie są postulaty przeciwko nikomu, zawołali, jak to oni wadząc się z polszczyzną, ale trzeba im to wybaczyć, bo zawodowo wadzą się na innych polach niż lingwistyczne.
Chcą 100-proc. zasiłków chorobowych, uprawnień emerytalnych po 25 latach służby bez ograniczeń wiekowych, no i żywej gotówki do ręki. Uważam, że słusznie. Przecież to nie jest taka zwykła ręka, jak Twoja, czy moja. To jest ręka władzy! Ręka, przy pomocy której władza swą władzę sprawuje. Którą szarpie protestujące kobiety na ulicy, wciąga do policyjnych aut protestujących mężczyzn, ręka, która wykręca ręce przeciwnikom dobrej zmiany, wreszcie ręka, która w imieniu władzy trzyma sztamę z rękami zwolenników władzy: hajlującymi, walącymi w mordę pedałów, KOD-owców i całą resztę tej lewacko-liberalnej hołoty.
Policja, to bowiem nie tylko umundurowana grupa pracownicza, to przede wszystkim zastępy wiernych sług władzy, gotowe każdemu w imieniu tej władzy przydzwonić. To funkcjonariusze szczerze oddani służbie, gotowi oskarżać i ciągać po sądach niewinnych ludzi, byle tylko na ustach ich przełożonych pojawił się nikły choćby uśmiech zadowolenia i aprobaty:
– Tak proszę Wysokiego Sądu – wnoszę o ukaranie, najlepiej surowe, obywatela Frasyniuk Władysław, który zamiast nie utrudniać interwencji podjętej zgodnie z przepisami prawa i samemu skuć sobie ręce z tyłu, tknął mnie silnie o tu, w łokieć… Boli mnie do dziś. Na zmianę pogody zwłaszcza…
Gdy przełożony o coś poprosi, o cokolwiek – hamburgera, pizzę, czy flaszkę policjanci nigdy nie marudzą, nie mówią, że się nie da. A to konfetti natną i białoczerwony deszczyk panu ministrowi zrobią, który patriotyczną okoliczność zaszczyca osobą własną, a to skrzydła anielskie do pleców przypną, albo do mszy pobożnie posłużą, zatańczą i zaśpiewają…
No, ale to wszystko musi kosztować, niestety. W dzisiejszych czasach za darmochę nie ma już nic. Tym bardziej, że służba policyjna stresująca jest bardzo i w narodzie mało popularna, a przez to poddawana nieustającym, bardzo panów policjantów i panie policjantki dołującym, ocenom. Niestety, trzeba to wreszcie powiedzieć, część społeczeństwa – niewielka, co prawda, ale mająca poparcie niemieckojęzycznych mediów – swój stosunek do organów porządku publicznego kształtuje w sposób umyślnie złośliwy. Ona, ta część, udaje na przykład, że nawet do suki wsiąść poprawnie nie potrafi. Dopiero, jak się ryknie:
– Wsiadaj! Kull…sson! I jak szeregowy Kulson poda danej osobie rękę, to okazuje się, że jednak potrafi taka jedna z drugą wskoczyć na pakę.
Niestety wszystkie te stresy, nerwy i traumy nie spływają po policjantach, jak woda po kaczce. Policjanci przeżywają gorycz i zawód na skutek niesprawiedliwego traktowania przez społeczeństwo ich zawodu i mu oddania. Przecież nie wdają się w politykę, odsuwają się od swoich kolegów, którym odebrano wysłużone emerytury, nie ruszają nazioli, odwracają głowy, gdy dymi ONR, zatykają uszy, gdy wrzeszczy Międlar z Rybakiem i w ogóle są do usług.
Ale za darmo? Głupich nie ma! To nawet Kull…sson rozumie.

Uchwała Rady Naczelnej Polskiej Partii Socjalistycznej w sprawie poparcia manifestacji OPZZ w dniu 22 września 2018

Polska Partia Socjalistyczna kieruje wyrazy solidarności i poparcia do pracowników manifestujących z Ogólnopolskim Porozumieniem Związków Zawodowych. W pełni rozumiemy ich niezadowolenie z polityki państwa w zakresie stosunków pracy, form zatrudnienia, polityki płacowej i rozwiązań emerytalnych.

Rozwojowi Polski po roku 1989 towarzyszy narastające rozwarstwienie społeczne i pogłębiająca się nierówność szans obywateli w sferze gospodarki, edukacji, ochrony zdrowia, kultury i wypoczynku.

Prowadzona jest polityka gospodarcza i społeczna, w której występuje wyraźna przewaga kapitału nad pracą. Oczywistym jest dla nas, że to praca tworzy dobrobyt społeczeństw i z pracy powstaje kapitał, którego podział i wykorzystanie powinno służyć dalszemu rozwojowi społeczeństwa.

Kluczowym elementem równości pracy i kapitału są stosunki pracy. Zapewnienie bezpiecznych, ale i godnych dla pracownika warunków pracy jest obowiązkiem nie tylko państwa, ale i pracodawcy i leży także w jego interesie, jeśli jest on zainteresowany długofalowym rozwojem przedsiębiorstwa, a nie osiągnięciem szybkiego, doraźnego zysku.

Istotną rolę w obronie praw pracowniczych i wyrównywaniu szans na rynku pracy pełnią związki zawodowe. Popieramy działanie związków zawodowych i jesteśmy za rozszerzeniem ich kompetencji oraz zwiększeniem ochrony działaczy związkowych.

Pozdrawiamy członków wszystkich Związków Zawodowych zrzeszonych w OPZZ, życzymy im wytrwałości w obronie ludzi pracy i emerytów, wierząc, ze ich działania nie będą daremne.