Igrzyska za rok, a Heynen bez umowy

Przełożenie igrzysk w Tokio na następny rok wielu sportowcom i trenerom pokrzyżowało życiowe plany. Wśród poszkodowanych znalazł się selekcjoner reprezentacji Polski siatkarzy Vital Heynen, który po igrzyskach planował przerwę w pracy szkoleniowej i dlatego podpisał kontrakt z PZPS do końca września tego roku.

Pandemia koronawirusa sparaliżował sportowe życie na całym świecie. MKOl i komitet organizacyjny igrzysk w Tokio długo stali na stanowisku, żeby najważniejsze wydarzenie sportowe odbyło się zgodnie z planem, czyli od 24 lipca do 9 sierpnia. Pod naciskiem sportowców, którzy nie mają jak odpowiednio przygotować się do igrzysk, ponieważ władze krajowe apelują o pozostanie w domach oraz pod presją ze strony narodowych komitetów olimpijskich, MKOl się ugiął. Igrzyska olimpijskie w Tokio przełożone zostały na przyszły rok. To wydarzenie bez precedensu w historii ruchu olimpijskiego. W przeszłości tę największą imprezę sportową odwołano w latach 1916, 1940 i 1944 z powodu I i II wojny światowej, ale nigdy wcześniej nie zmieniono jej daty. Dokładnego terminu jeszcze nie wyznaczono, ale według nieoficjalnych informacji będzie to przełom lipca i sierpnia przyszłego roku. Już zdobyte kwalifikacje olimpijskie zachowują ważność, co jest dobrą wiadomością między innymi dla siatkarskiej reprezentacji Polski.
Belgijski trener biało-czerwonych, Vital Heynen, przyjął decyzję o przełożeniu igrzysk ze spokojem i zrozumieniem. „Droga po olimpijski medal z Polakami będzie dłuższa niż zakładałem. W sumie to nawet dobrze, bo mamy szesnaście dodatkowych miesięcy, żeby jeszcze podnieść poziom gry. Oczywiście szkoda, że igrzyska nie odbędą się w planowanym terminie, ale zdobycie medalu po takich zawirowaniach będzie miało dodatkowy walor. Nie widzę w tym problemu dla zespołu. Już tego lata bylibyśmy bardzo dobrą drużyną, a za rok możemy być nawet lepsi, bo motywacja u moich zawodników się nie zmieniła” – zapewnia Heynen.
Na razie jednak nie wiadomo jeszcze, kiedy siatkarskie rozgrywki zostaną wznowione. Międzynarodowa Federacja Piłki Siatkowej (FIVB) przełożyła Ligę Narodów na drugą połowę roku i te rozgrywki miały się rozpocząć po igrzyskach w Tokio. Ale skoro olimpijskie zmagania przełożono, stwarza to nowe możliwości do przeorganizowania siatkarskiego kalendarza.
Wymuszone przez pandemię zmiany spowodowały też zmianę osobistych planów. Niektórzy siatkarze naszej kadry, którzy po Tokio 2020 planowali zakończenie reprezentacyjnych karier, teraz muszą podjąć decyzję czy chcą je kontynuować z pełnym poświęceniem jeszcze przez rok. Także trener Heynen musiał skorygować swoje plany dotyczące pracy z polską reprezentacją. „Wszyscy wiedzą, że po igrzyskach chciałem zrobić sobie przerwę trenerską. Roczną, może półtoraroczną, aby odpocząć i przemyśleć sobie parę spraw. Myślałem, że do Polski na dłużej już nie wrócę, ale wobec zaistniałych wydarzeń będę musiał popracować z jej reprezentacją dłużej” – wyjawił niedawno Heynen.
Przy okazji media przypomniały, że belgijski trener miał przecież kontrakt tylko do końca września tego roku. I nagle z oczywistego faktu zrobił się problem, bo z wypowiedzi nawet prominentnych działaczy PZPS bynajmniej nie wynikało, iż przedłużenie umowy przez Belga jest formalności. Wątpliwości nie rozwiał nawet prezes PZPS Jacek Kasprzyk, mówiąc: „Zależy nam, żeby trener pracował z kadrą do czasu przełożonych igrzysk. Nie chcemy robić żadnej rewolucji. Wierzę, że uda nam się dojść do porozumienia i będziemy dalej współpracować, tak żeby jak najlepiej przygotować się na igrzyska w nowym terminie” – stwierdził prezes PZPS. I przyznał, że Heynen wprawdzie nie podjął jeszcze ostatecznej decyzji, ale władze naszej siatkarskiej federacji nie wyobrażają sobie w tej chwili innego scenariusza niż przedłużenie kontraktu z belgijskim szkoleniowcem.
Reprezentujące interesy Belga agencja menedżerska z kolei zapewnia, że jak dotąd nie otrzymała z PZPS oficjalnej oferty przedłużenia kontraktu, ale dostaje wiadomości, że działacze planują podjęcie negocjacji w najbliższym tygodniu. Trudno jednak stwierdzić, czy zaproponują jedynie automatyczne przedłużenie obecnie obowiązującej umowy o rok, do końca września 2021 roku. „Nic innego w tej chwili nie wchodzi w grę. Cały czas mowa jest o pracy z kadrą Polski tylko do momentu zakończenia igrzysk. Dla Vitala turniej olimpijski w Tokio będzie zamknięciem cyklu, dopiero potem podejmie decyzję, co dalej” – przyznaje agencja nawet w oficjalnych komunikatach.
Nową umowę z Belgiem miał podpisać już nowy prezes PZPS, ale z powodu epidemii koronawirusa zjazd sprawozdawczo-wyborczy PZPS prawdopodobnie zostanie przełożony. Co oznacza, że pertraktacje z Heynenem zapewne zostaną odłożone w czasie.

Trudne rozstanie Wlazłego ze Skrą

Zawieszona z powodu epidemii siatkarska PlusLiga tkwi w zawieszeniu. Dzięki przełożeniu przez FIVB Ligi Narodów na jesień, w maju i czerwcu zwolniły się w kalendarzu terminy i rozgrywki ligowe dałoby się dokończyć, lecz problemem są kończące się wielu zawodnikom 15 maja kontrakty. W tej grupie graczy znalazł się m.in. Mariusz Wlazły, który właśnie ogłosił, że po tym sezonie odchodzi z PGE Skry Bełchatów.

Polska Liga Siatkówki i Polski Związek Piłki Siatkowej zapowiadają, że pod koniec tego tygodnia podejmą ostateczną decyzję w sprawie rozgrywek PlusLigi. Wiadomo jednak, że ani w marcu, ani też w kwietniu nasze klubowe zespoły nie będą mogły wznowić rywalizacji z powodu obowiązujących zarządzeń władz państwowych zakazujących organizowania jakichkolwiek imprez sportowych, nawet bez udziału publiczności. Piłkarska PKO Ekstraklasa w tej sytuacji przedłużyła zawieszenie rozgrywek do końca kwietnia, więc podobnie mogłaby zrobić także PlusLiga, której do zakończenia sezonu zasadniczego pozostały dwie ligowe kolejki. Prezes PZPS Jacek Kasprzyk proponuje, aby zmienić zasady rozegrania play offów i przeprowadzić je w formie dwumeczów między zespołami z miejsc 1-2, 3-4 i 5-6. Taki wariant byłby co prawda krzywdzący dla zespołów z miejsc 5-8, bo nie mogłyby uczestniczyć w walce o medale, lecz w sytuacjach wyjątkowych nie da się uniknąć niesprawiedliwości. A w takiej wersji dałoby się zakończyć zmagania ligowe do 15 maja, czyli do ostatniego dnia obowiązywania zawartych na ten sezon kontraktów z zawodnikami. Ale warunkiem zastosowania takiego rozwiązania jest poluzowanie rygorów i przywrócenie możliwości wspólnych treningów co najmniej od połowy kwietnia. Powrót do gry od razu po kwarantannie będzie szkodliwy dla zdrowia zawodników i narazi ich na ryzyko kontuzji.
Na razie jednak na luzowanie rygorów się nie zanosi, bo liczba zakażonych w Polsce przecież nie maleje, zatem niewykluczone, że w tej sytuacji działacze PLS i PZPS pójdą śladem Polskiego Związku Koszykówki czy Związku Piłki Ręcznej w Polsce i jak one po prostu zakończą rozgrywki na etapie, na którym zostały przerwane, powielając zasadę, że nie ma spadków do niższej ligi.
Taki wariant wywoła jednak wiele kontrowersji i sporów. Nie wszystkie drużyny w PlusLidze rozegrały tę samą liczbę spotkań, więc te, które z różnych względów, często niezależnych od nich, nie mogły rozegrać swoich meczów w terminie, już teraz wyrażają niezadowolenie. „Trudno oczekiwać, żeby było inaczej. Najważniejszą częścią sezonu są play offy i wyniki w nich uzyskane ustalają faktyczna ligową hierarchię. Nie będzie więc sprawiedliwie, jeśli medale zostaną rozdane na podstawie aktualnego układu tabeli” – stwierdził Mariusz Wlazły, kapitan zespołu PGE Skry Bełchatów.
Trudno nie przyznać mu racji, ale z drugiej strony ten wariant wydaje się najkorzystniejszy dla wszystkich. Bo w przypadku anulowania całego sezonu, a taka koncepcja też jest rozważana, pojawi się fundamentalny problem finansowych rozliczeń między klubami a zawodnikami. Tu już na porozumienie i solidarność nie ma co liczyć, a zawodnicy w swoich żądania dotrzymania zobowiązań płacowych nie będą mogli zasłaniać się argumentem, że przecież nie jest ich winą iż liga nie dokończyła rozgrywek. Sęk w tym, że nie jest to także winą klubów, więc na pewno nie zechcą one ponosić całego finansowego obciążenia.
Pogorszenie relacji między władzami klubów a zawodnikami w „czasie zarazy” jest nieuniknione. Dowodzi tego choćby przykład cytowanego wyżej Mariusza Wlazłego, siatkarze wybitnego, należącego do grona największych ikon polskiej siatkówki. Niedawno na antenie Polsatu Sport mistrz świata z 2014 roku wyjawił, że po tym sezonie, po 17 latach spędzonych w zespole Skry Bełchatów, odejdzie z tego klubu. Przyczyna jest prozaiczna – bełchatowski klub po prostu nie przedłużył umowy z 36-letnim atakującym.
„Od kilku sezonu zarząd PGE Skry szuka zawodnika zdolnego mnie zastąpić i przypuszczam, że w końcu znalazł, bo prezes klubu Konrad Piechocki zaproponował mi imprezę pożegnalną, co jednak ciekawe – zorganizowaną przy okazji obchodów jubileuszu 90-lecia klubu. No cóż, musiałem odmówić i mam nadzieję, że kibice w Bełchatowie to zrozumieją i nie będą mi mieli tego za złe” – powiedział kapitan PGE Skry Bełchatów.
„Jestem zaskoczony, że ta informacja ujrzała światło dzienne teraz i w takich okolicznościach. Ale mogę ją potwierdzić” – stwierdził w wypowiedziach dla mediów wyraźnie wkurzony niedyskrecją Wlazłego prezes Piechocki. Ma powód do złości, bo pozbywając się w takim momencie ikony klubu odebrał innych zawodnikom Skry chęć do jakichkolwiek poświęceń.

Buntowniczki wróciły do kadry

Trener Jacek Nawrocki podał skład szerokiej kadry siatkarek na styczniowy turniej kwalifikacyjny do igrzysk, który odbędzie się w holenderskim Apeldoorn. Wśród powołanych znalazły się niemal wszystkie zawodniczki, które kilka tygodni temu podpisały się pod petycją do władz PZPS z żądaniem odwołania Nawrockiego. Selekcjoner biało-czerwonych zapewnia, że konflikt został zażegnany.

Kibice siatkówki z niecierpliwością czekali na ogłoszenie kadry przez Nawrockiego. Dla przypomnienia: afera w kobiecej reprezentacji wybuchła na początku listopada. Aż 13 zawodniczek podpisało się pod oświadczeniem, w którym zarzuciły selekcjonerowi m. in. błędy w prowadzeniu zespołu czy też brak konstruktywnych wskazówek. Wskazywały również na niewłaściwe słownictwo używane przez trenera w rozmowach z nimi oraz na tolerowanie przez niego nadużyć w kwestiach obyczajowych. Konkretnie chodziło o to, że jeden z członków sztabu szkoleniowego utrzymywał bliskie relacje z jedną z zawodniczek. Podpisane pod oświadczeniem siatkarki domagały się zmiany selekcjonera. Władze PZPS zignorowały jednak ich postulat i przedłużyły kontrakt z Nawrockim do 2022 roku.

Trener kadry dostał wolną rękę, ale też zadanie załagodzenia konfliktu. Nawrocki najpierw przeprowadził w mediach coś w rodzaju kampanii informacyjnej, tłumacząc się z zarzutów jakie postawiły mu podopieczne w swoim oświadczeniu, a następnie przeprowadził z buntowniczkami indywidualne rozmowy. „Były one bardzo otwarte i szczere, czasami też trudne. Ustaliliśmy wspólnie, że ich treść zostawiamy między nami, że to są nasze wewnętrzne sprawy. Ale w sprawie gry w drużynie narodowej usłyszałem od nich budujące deklaracje. Wszystkie wykazały dużą odpowiedzialność w tej kwestii i dlatego wysłałem im powołania do reprezentacji. Jeśli chodzi o mnie, wymazałem sprawę z pamięci. Rozmawiając z dziewczynami nie oczekiwałem, że będą się ze swoich opinii wycofywały. Chciałem się z nimi porozumieć, jak trener z zawodniczką i jak osoba, która ma przygotować zespół do bardzo ważnego turnieju w Apeldoorn. Na razie jestem przekonany, że takie porozumienie osiągnęliśmy” – zapewniał w wypowiedziach dla prasy selekcjoner biało-czerwonych.

W porównaniu ze składem, który zajął czwarte miejsce w mistrzostwach Europy, w powołanej teraz przez Nawrockiego kadrze nie ma Martyny Grajber, Pauliny Maj-Erwardt i Katarzyny Zaroślińskiej-Król, co trzeba uznać za niespodziankę, zwłaszcza w przypadku dwóch pierwszych z wymienionych, bowiem Grajber i Maj-Erwardt były ostatnio podstawowymi zawodniczkami kadry.

Czy to już koniec konfliktu w kadrze siatkarek, zapewne dowiemy się dopiero za jakiś czas. Niebawem rozpocznie się pierwsza część zgrupowania, którą powołane kadrowiczki rozpoczną 19 grudnia w Spale. Na początek ma się tam zjawić jednak tylko 16 z nich, bez zawodniczek występujących w lidze włoskiej, a to ich stanowisko będzie kluczowe. A one pojawią się na zgrupowaniu dopiero w jego drugiej części. Ta faza przygotowań rozpocznie się 28 grudnia i z przerwą sylwestrową potrwa do 5 stycznia.

Tuż przed wylotem do Holandii, który nastąpi 5 stycznia, trener Nawrocki poda ostateczny skład 14-osobowej kadry biało-czerwonych na turniej w Apeldoorn. W Holandii ekipa biało-czerwonych czeka trudne zadanie, bo rywalki będą tam mocne. O prawo gry na igrzyskach w Tokio Polki w grupie A zmierzą się z reprezentacjami Holandii, Bułgarii i Azerbejdżanu. W drugiej grupie rywalizować będą ekipy Turcji, Belgii, Niemiec i Chorwacji. Olimpijski awans uzyskają jedynie triumfatorki turnieju.

Szeroki skład kadry Polski
Rozgrywające:
Alicja Grabka (Legionovia Legionowo), Marlena Kowalewska (Grupa Azoty Chemik Police), Julia Nowicka (Grot Budowlani Łódź), Zofia Szczotkiewicz (Energa MKS Kalisz), Joanna Wołosz (Imoco Volley Conegliano, Włochy).
Atakujące:
Martyna Łukasik (Grupa Azoty KPS Chemik Police), Aleksandra Rasińska (Volley Wrocław), Malwina Smarzek-Godek (Zanetti Bergamo, Włochy).
Środkowe:
Klaudia Alagierska (ŁKS Commercecon Łódź), Weronika Centka i Małgorzata Jasek (Energa MKS Kalisz), Zuzanna Efimienko-Młotkowska (Developres SkyRes Rzeszów), Agnieszka Kąkolewska (Pomi Casalmaggiore, Włochy), Anna Stencel (Bank Pocztowy Pałac Bydgoszcz).
Przyjmujące:
Oliwia Bałuk (E.Leclerc Radomka Radom), Monika Fedusio (Bank Pocztowy Pałac Bydgoszcz), Zuzanna Górecka (Igor Gorgonzola Novara, Włochy), Natalia Mędrzyk (Grupa Azoty KPS Chemik Police), Julia Twardowska (Grot Budowlani Łódź), Aleksandra Wójcik (ŁKS Commercecon Łódź), Magdalena Stysiak (Savino Del Bene Scandicci, Włochy).
Libero:
Monika Jagła (Bank Pocztowy Pałac Bydgoszcz), Anna Korabiec (ŁKS Commercecon Łódź) oraz Maria Stenzel (Grot Budowlani Łódź).

 

Nawrocki próbuje zgasić pożar w kadrze

Trener naszej kadry siatkarek Jacek Nawrocki w końcu zabrał głos w sprawie listu 13 kadrowiczek do PZPS, w którym domagają się m.in. jego dymisji. Selekcjoner udzielił kilku wywiadów. Przyznał w nich, że nie zamierza rezygnować z prowadzenia reprezentacji i że zamierza porozmawiać w cztery oczy z każdą z protestujących zawodniczek.

Gwoli przypomnienia – kilka dni temu działacze PZPS przedłużyli kontrakt z Jackiem Nawrockim na stanowisku szkoleniowca reprezentacji Polski do 2022 roku. Miało to miejsce w tym samym dniu, gdy do PZPS wpłynął list podpisany przez 13 siatkarek, w którym to zawodniczki zwróciły uwagę na problemy w pracy ze szkoleniowcem, sugerując, że chcą jego dymisji.
Chyba najpoważniejszy z zarzutów siatkarek pod adresem trenera Nawrockiego dotyczył tolerowania przez niego zażyłych relacji jednego z członków sztabu szkoleniowego kadry z jedną z zawodniczek. „Nie ingeruję w prywatne sprawy siatkarek i członków sztabu. To są dorośli ludzie i jeśli nie ma to wpływu na ich pracę, nie mieszam się do tego. Ta sprawa została już zresztą załatwiona, bo trener o którym mowa zrezygnował z pracy z kadrą” – wyjaśnił Nawrocki.

W oświadczeniu siatkarki zarzucały też selekcjonerowi nader częste bagatelizowanie ich złego stanu zdrowia oraz niestosowne zachowanie, słownictwo i intrygowania. Nawrocki odpowiedział i na te zarzuty. „Żaden wynik nie jest ważniejszy od zdrowia. Nigdy nie zdarzyło się, żebym wbrew opiniom lekarzy czy fizjoterapeutów zmuszał zawodniczki do gry. (…) Nie jestem dumny z wszystkich swoich słów czy zachowań w relacjach z zawodniczkami, ale nie uważam też, że przekroczyłem zwyczajowe normy obowiązujące w sporcie. Czasem trener musi wstrząsnąć zespołem, powiedzieć jakieś mocniejsze słowo, czasem krzyknąć. Nie jestem też manipulantem, jak zarzuciły mi kadrowiczki w swoim oświadczeniu. Nigdy żadnej z nich nie traktowałem przedmiotowo. Każdemu trenerowi zdarza się w rozmowach z jedną zawodniczką mówić o drugiej. Gdyby wszystko, co one napisały, było prawdą, kadra Polski byłaby jakimś łagrem” – przekonuje selekcjoner.

I zapewnia, że nie myśli o swoich podopiecznych jako „buntowniczkach”. Mam zamiar szczerze porozmawiać z każdą z nich. I dopiero potem podejmie decyzje kadrowe i ustali skład na styczniowy turniej kwalifikacyjny do igrzysk w Tokio.

 

PZPS chce ulżyć siatkarzom

Sześć meczów w Krakowie, później krótki wypad do Rosji i znosu trzy spotkania w kraju, tym razem w Łodzi. W przyszłorocznym olimpijskim sezonie reprezentacyjnym PZPS chce ograniczyć do minimum podróże naszej siatkarskiej kadry. Pomysł jest taki, żeby w kraju rozegrała ponad połowę swoich meczów.

W zakończonym dopiero co sezonie 2019 reprezentacja Polski rozegrała 48 meczów (wygrała 39), w tym 42 oficjalne (wygrała 34). Walczyła w Lidze Narodów (brązowy medal), Memoriale Wagnera (drugie miejsce), kwalifikacjach olimpijskich (zwycięstwo), mistrzostwach Europy (brązowy medal) i Pucharze Świata (srebrny medal).

Już wiadomo, że w przyszłym roku kadrę czeka maksymalnie 27 oficjalnych spotkań, czyli aż o 15 mniej niż w tym roku. Na pewno podopieczni Vitala Heynena wystąpią w 15 meczach Ligi Narodów i w pięciu spotkaniach fazy grupowej igrzysk olimpijskich. Jeśli awansują do Final Six Ligi Narodów, to zagrają jeszcze co najmniej dwa mecze w grupie, a może też dwa kolejne – półfinałowy i o medal. Natomiast jeśli na igrzyskach wyjdą ze swojej grupy, to mogą zagrać jeszcze: ćwierćfinał, półfinał i mecz o medal.

Na ten moment wiadomo, że poza oficjalnymi meczami polskich siatkarzy czekają trzy spotkania w ramach Memoriału Wagnera. To nimi zaczniemy olimpijski sezon, o ile sztab nie uzna, że warto wcześniej zagrać jeszcze jakiś sparing. Memoriał odbędzie się w Krakowie w dniach 15-17 maja. Również w Krakowie rozpoczniemy walkę w VNL 2020. Od 22 do 24 maja w Tauron Arenie podejmiemy reprezentacje Serbii, Włoch i Słowenii. Po sześciu meczach u siebie wyjedziemy do Rosji zagrać z miejscową kadrą, z USA oraz z Australią. I znów wrócimy na własny teren. W Łodzi od 5 do 7 czerwca zagramy z Chinami, Brazylią i Bułgarią.
PZPS zrobił dużo, by przed walką o olimpijskie medale kadra Heynena straciła jak najmniej energii na podróże. Sternicy polskiej siatkówki zabiegają też o organizację Final Six Ligi Narodów. Amerykanie, którzy mieli organizować turniej, wycofują się za tego, ponieważ w przyszłym roku jego termin pokrywa się z Dniem Niepodległości (4 lipca).

Prezes PZPS Jacek Kasprzyk przyznaje, że wraz z innymi członkami zarządu związku poważnie zastanawia się nad przejęciem organizacji Final Six. „Czekamy jednak na informację z FIVB czy zgodzi się na niższą opłatę za przyznanie prawa do organizacji imprezy. Amerykanie zgodzili się zapłacić milion dolarów, my uważamy tę kwotę za wygórowaną. Zdajemy sobie jednak sprawę, że jakiś inny europejski kraj złoży FIVB ofertę. Jeśli nikt sie nie skusi, wtedy PZPS przystąpi do negocjacji. My jesteśmy gotowi wydać pieniądze i zorganizować Final Six w Polsce, by kadra nie musiała lecieć gdzieś daleko na trzy tygodnie przed igrzyskami. Przepłacać jednak nie mamy zamiaru” – stwierdził sternik PZPS.

Jeśli okaże się, że o medale Ligi Narodów najlepsi zagrają w którymś z naszych miast, to z 22 meczów zaplanowanych przed igrzyskami nasza kadra u siebie rozegra aż 13, jeśli Final Six awansuje do strefy medalowe. A jeśli nie awansuje, to wówczas przed igrzyskami rozegra u siebie 11 z 20 meczów.

Projekt kalendarza meczów polskich siatkarzy na rok 2020 prezentuje się w tej chwili następująco: 15-17 maja: Kraków – Memoriał Huberta Jerzego Wagnera; Liga Narodów: I weekend (22-24 maja), Kraków – grają Polska (gospodarz) Serbia, Włochy, Słowenia; II weekend (29-31 maja) – grają Rosja (gospodarz), Polska, USA, Australia; III weekend (5-7 czerwca), Łódź – grają Polska (gospodarz), Chiny, Brazylia, Bułgaria: IV weekend (12-14 czerwca) – grają Japonia (gospodarz), Niemcy, Polska, Kanada; V weekend (19-21 czerwca) – grają Francja (gospodarz), Argentyna, Iran, Polska. Ewentualnie: 1-5 lipca Final Six Ligi Narodów (być może w Polsce); 25 lipca – 8 sierpnia: igrzyska olimpijskie w Tokio. Kibiców czeka zatem mnóstwo atrakcyjnych meczów, ale siatkarze znów będą mieli pracy po łokcie.

 

Leon już może grać

W środę 24 lipca upłynęła dwuletnia karencja nałożona przez FIVB na kubańskiego siatkarza Wilfredo Leona po zmianie przez niego barw narodowych. Jeden z najlepszych obecnie siatkarzy na świecie ma już teraz prawo występować w reprezentacji Polski. Zadebiutuje w niej w najbliższy weekend w towarzyskich meczach z Holandią w Opolu.

Leon wystąpił o polskie obywatelstwo w połowie 2015 roku, trzy lata po tym jak zrezygnował z gry w reprezentacji Kuby i pozostał w Europie. Oficjalny wniosek o zmianę przez niego barw narodowych i zgodę na występy w reprezentacji Polski działacze PZPS złożyli w 2017 roku. Po wyrażeniu zgody przez kubańską federacje siatkarską, FIVB na podstawie swoich przepisów ustalił dwuletni okres karencji, który zakończył się 24 lipca tego roku.

„Oto dzień, od kiedy mogę oficjalnie reprezentować Polskę. Wielkie podziękowania dla wszystkich ludzi, którzy mi to umożliwili. Bardzo cieszą mnie wszelkie pozytywne reakcje, które do mnie dotarły od osób, które czekały na ten dzień tak samo, jak ja. Mogę wam obiecać, że zostawię całe swoje serce na boisku, grając dla kraju, w którym znalazłem swój nowy dom” – napisał na swoim profilu na Facebooku 25-letni przyjmujący.

Oficjalny debiut Leona w reprezentacji Polski zaplanowano w towarzyskich meczach z Holandią w Opolu (w sobotę i w niedzielę, początek godz. 16:30).

„Oczywiście, że mam tremę, bo to będzie mój pierwszy występ w zespole narodowy po długiej przerwie. Mam nadzieję, że nie zawiodę oczekiwań kibiców, ale przede wszystkim moich kolegów. Wciąż pracuję nad tym, żeby jak najlepiej dostosować moją grę do gry siatkarzy, którzy w kadrze Polski są od wielu lat i stanowią o jej sile” – zapewniał Leon w licznych wywiadach udzielanych podczas zgrupowania reprezentacji z Zakopanem.

Siatkarski talent czystej wody

Umiejętności urodzonego 31 lipca 1993 roku w Santiago de Cuba Wilfredo szybko został zauważony. W reprezentacji Kuby zadebiutował już w wieku 14 lat, a w 2010 roku został nawet jej kapitanem. Dziewięć lat temu wywalczył z zespołem Kuby wicemistrzostwo świata, dwa razy triumfował w mistrzostwach Ameryki Północnej, Środkowej i Karaibów (2009, 2011), a w 2012 roku zajął trzecie miejsce w Lidze Światowej. I właśnie występ w Lidze Światowej był, jak się później okazało, jego pożegnaniem z kubańską reprezentacją, gdyż nieco wcześniej wraz z kolegami zaliczył nieudany występ w turnieju kwalifikacyjnym do igrzysk w Londynie.

Mierzący 201 cm zawodnik dostawał wiele atrakcyjnych ofert z czołowych klubów w Europie. Skorzystania z którejś z nich zabraniały mu jednak obowiązujące na Kubie przepisy. Zrezygnował więc z dalszego reprezentowania ojczyzny. Do Polski przyjechał za ukochaną, Małgorzatą Gronkowską, która została potem jego żoną. Mają dwuletnią córkę Natalię i zbudowali dom w Rzeszowie.

Żadnego polskiego klubu nie było stać na jego zatrudnienie, bo Leon już pięć lat temu miał opinię jednego z najlepszych przyjmujących na świecie. Kubańczyka pozyskał ostatecznie rosyjski potentat, Zenit Kazań, który zaoferował mu ponoć zarobki na rzadko spotykanym w siatkówce poziomie półtora miliona euro rocznie. Występując w tej ekipie w latach 2014-2018 w każdym sezonie potwierdzał, że wart jest tych pieniędzy.

W barwach zespołu z Kazania cztery razy z rzędu wygrał Ligę Mistrzów i tyle samo razy zdobył mistrzostwo Rosji. Dwa lata temu jego zespół triumfował w klubowych mistrzostwach świata, a w latach 2015 i 2016 zajął w tej imprezie drugie miejsce. W okresie gry w kubańskiej kadrze i drużynie z Kazania zdobył wiele nagród indywidualnych. Między innymi uznano go dwukrotnie za najbardziej wartościowego zawodnika (MVP) Ligi Mistrzów i czterokrotnie za najlepszego przyjmującego tych rozgrywek.
Po wypełnieniu czteroletniego kontraktu w Zenicie latem ubiegłego roku Leon przeniósł się do włoskiego klubu Sir Sicoma Colussi Perugia. W pierwszym roku występów w tej ekipie wywalczył Puchar Włoch i wicemistrzostwo Italii. Od jesieni trenerem tego zespołu ma być belgijski selekcjoner biało-czerwonych Vital Heynen, o ile na przeszkodzie nie staną przeszkody natury formalnej (władze włoskiej ligi kwestionują uprawnienia Belga do prowadzenia zespołów w tym kraju) .

Kubańska wartość dodana

Z reprezentacją Polski Leon jest już de facto od roku, bo ubiegłego lata Heynen zaprosił go na zgrupowanie. Pojawił się wówczas na kilka dni w Zakopanem, a później mentalnie wspierał przyszłych kolegów z kadry podczas ich marszu po drugie z rzędu mistrzostwo świata.

„Jako drużyna mamy utworzoną grupę na WhatsAppie, do której należy także Wilfredo. Kilka godzin przed meczem z Serbami w drugiej rundzie grupowej napisał bardzo długą wiadomość skierowaną do całego zespołu. Nie zdradzę co w niej było, bo to nasza wewnętrzna tajemnica, ale to była bardzo długa, pełna wsparcia i mobilizująca wiadomość. Już wtedy pokazał, że czuje się częścią naszego zespołu” – wyjawił w jednym z wywiadów trener Heynen. A gdy biało-czerwoni odbierali złote medale, Leon w mediach społecznościowych napisał: „Jestem dumny, że mogę być częścią tej drużyny. Choć jeszcze nie na boisku, to przez cały turniej byłem sercem z chłopakami”.

Leon udziela już wywiadów po polsku, więc ostatnią niewiadomą jest to, co pokaże na parkiecie jako zawodnik mistrzowskiej drużyny biało-czerwonych.

 

 

Wypłacą premię mistrzom świata

Po zdobyciu mistrzostwa świata przez naszych siatkarzy premier Mateusz Morawiecki obiecał im za to specjalną premię. Dopiero teraz zostanie wypłacona, bo szef rządu nie wiedział, że nie ma podstaw prawnych do dawania takich nagród.

Trzeba było dokonać zmian w stosownej ustawie, co wymagało trochę czasu, ale premier Morawiecki chcąc wywiązać się z danej obietnicy przypilnował sprawy i chociaż trwało to wiele miesięcy, to w końcu dopiął celu. Prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę uchwaloną przez Sejm 31 stycznia tego roku, wedle której premier po zasięgnięciu opinii właściwego ministra może przyznać nagrody specjalne, m.in. za wybitne osiągnięcia sportowe, korzystając ze środków z rezerwy ogólnej budżetu państwa. Stało się to możliwe, bo 1 lutego Senat nie wniósł poprawek i przyjął projekt ustawy.

Teraz nic już nie stoi na przeszkodzie, żeby siatkarze reprezentacji Polski, którzy zdobyli w ubiegłym roku drugie z rzędu mistrzostwo świata, w końcu odebrali finansowe premie za ten wyczyn. Premier Morawiecki zadeklarował dofinansowanie dla Polskiego Związku Piłki Siatkowej w wysokości 15 milionów złotych. Część tej kwoty miała być wypłacona zawodnikom i członkom sztabu szkoleniowego kadry.

Pieniądze szybko wpłynęły na konto ministerstwa sportu i turystyki, ale przez brak podstawy prawnej minister Witold Bańka nie mógł ich przekazać do PZPS. Niezbędna była zmiana przepisów. Wedle wcześniej obowiązujących minister sportu mógł przekazać dwunastokrotność kwoty podstawowej (2 300 złotych), czyli każdy siatkarz mógłby otrzymać maksymalnie 27 600 złotych. Ponieważ ustalono, że z 15 mln złotych na premie dla zawodników i trenerów zostaną przeznaczone trzy miliony złotych, trzeba było znowelizować przepisy. Teraz będzie można wypłacić kwoty pięciokrotnie wyższe. Nasza kadra liczyła 14 zawodników plus dziesięć osób ze sztabu szkoleniowego, czyli średnio licząc przy równym rozdziale pieniędzy wypada po ok. 130 tys. złotych na osobę, a zatem tyle, ile dopuszcza znowelizowana ustawa.

 

O igrzyska zagrają w Polsce

W minioną środę Międzynarodowa Federacja Siatkarska (FIVB) podała gospodarzy turniejów kwalifikacyjnych do igrzysk 2020 roku w Tokio. Obie nasze siatkarskie reprezentacje, kobieca i męska, powalczą o olimpijskie paszporty na swoim terenie.

Zasady wyłaniania uczestników turnieju olimpijskiego są takie same dla drużyn kobiecych i męskich. W Tokio rywalizować będzie po 12 drużyn. Udział zapewniony mają gospodarze, czyli reprezentacja Japonii. Reszta drużyn musi walczyć o pozostałe jedenaście miejsc. Pierwszą możliwością wywalczenia olimpijskich paszportów będą turnieje interkontynentalne. Składy grup ustalono już na początku stycznia, teraz Międzynarodowa Federacja Siatkarska wygrała gospodarzy poszczególnych turniejów, z których tylko zwycięzcy uzyskają kwalifikację olimpijską.

Polski Związek Piłki Siatkowej już w grudniu ubiegłego roku zgłosił chęć organizacji turnieju siatkarzy. Konkurentami byli Francuzi, ale ostatecznie FIVB uznała, że aktualnym mistrzom świata należy się ten drobny przywilej. Na otrzymanie roli gospodarza turnieju kobiet nasza siatkarska federacja specjalnie nie liczyła, choć oczywiście o nią zabiegała, ale problemem były pieniądze, bowiem światowa federacja zażyczyła sobie od każdego z organizatorów po pół miliona euro. Po negocjacjach kwota ta została znacznie zmniejszona i to PZPS będzie gościł w Polsce zespoły grupy A – Serbię, Portoryko i Tajlandię.

Gospodarzami pozostałych turniejów męskich będą Bułgaria, Holandia, Włochy, Rosja i Chiny, a kobiecych Chiny, USA, Brazylia, Rosja i Włochy. Siatkarki będą walczyć o awans do igrzysk w dniach 2-4 sierpnia, a panowie w dniach 9-11 sierpnia. Bezpośredni awans na igrzyska w Tokio uzyskają zwycięzcy grup. Nie będzie to jedyna szansa na na zdobycie olimpijskich przepustek. W styczniu 2020 roku odbędą się dodatkowe, kontynentalne turnieje kwalifikacyjne, których lista uczestników zostanie ustalona na podstawie pozycji w rankingu CEV po mistrzostwach Europy.

 

Heynen ma problem

Vital Heynen łączy obecnie pracę z kadrą Polski z prowadzenie klubowej drużyny VfB Friedrichshafen. Umowa belgijskiego szkoleniowca z niemieckim klubem wygasa po tym sezonie.

Poprzednik belgijskiego trenera Włoch Ferdinando De Giorgi w umowie z polską federacją miał warunek, że nie może łączyć pracy selekcjonera biało-czerwonych z prowadzeniem drużyny klubowej. Heynen został zatrudniony w sytuacji, gdy obowiązywał go ważny kontrakt z VfB Friedrichshafen. Jego umowa z zespołem wicemistrzów Niemiec wygasa jednak po tym sezonie i nie wiadomo, czy Belg zostanie w tym klubie. Po zdobyciu z reprezentacją Polski mistrzostwa świata akcje Heynena na trenerskiej giełdzie poszły mocno w górę.

Heynen łączy pracę trenera kadry narodowej z pracą trenera zespołu klubowego od 2012 roku, kiedy to przejął po Raulu Lozano reprezentację Niemiec. We Friedrichshafen Belg pracuje już trzeci sezon. Obejmując reprezentację Polski, podkreślał, że jego celem jest medal olimpijski w Tokio, a pierwszy etap zmagań o wyjazd na igrzyska przypadnie w sierpniu. Jeśli biało-czerwoni nie wygrają turnieju z udziałem Francji, Słowenii i Tunezji, to drugą szansą będzie europejski turniej w styczniu 2020 roku.
Być może Heynen powinien skupić się wyłącznie na reprezentacji Polski.

Wysokość jego kontraktu z PZPS nie jest znana, ale z nieoficjalnych informacji wynika, że zgodził się pracować na podobnych warunkach finansowych, jakie miał w reprezentacji Belgii, a jako jej selekcjoner zarabiał około 6 tysięcy euro miesięcznie. W VfB może zarabiać dwa razy więcej, więc jeśli nasza federacja chce mieć go na wyłączność, musi mu więcej zapłacić. Heynen pokazał już, że wart jest każdych pieniędzy.

 

Znów aresztują działaczy PZPS

W miniony poniedziałek funkcjonariusze CBA na wniosek prokuratury dokonali zatrzymania siedmiu osób, wśród nich znanych siatkarskich działaczy.

 

Najwyraźniej zdobycie przez naszych siatkarzy mistrzostwa świata przynosi pecha Polskiemu Związkowi Piłki Siatkowej, bo podobnie jak cztery lata temu po sukcesie kadry Stephane’a Antigi, tak i tym razem po sukcesie ekipy Vitala Heynena CBA dokonała na wniosek prokuratury zatrzymań siatkarskich działaczy. Tylko że maja one związek z rzekomymi nieprawidłowościami przy organizacji w naszym kraju mistrzostw świata w siatkówce mężczyzn w 2014 roku.

I jakoś tak wyszło, że w poniedziałek 19 listopada funkcjonariusza CBA zapuszkowali siedem osób. Biuro prasowe Prokuratury Krajowej poinformowało, że wśród podejrzanych jest Artur P., były wiceprezes Polskiego Związku Piłki Siatkowej, a obecnie prezes Profesjonalnej Ligi Piłki Siatkowej, Waldemar K. – sędzia siatkówki oraz członek zarządu PZPS, Paweł I. – sędzia siatkówki i koordynator w Profesjonalnej Lidze Piłki Siatkowej, oraz Krzysztof L., wieloletni współpracownik PZPS. Pozostali zatrzymani to przedsiębiorcy prowadzący interesy z PZPS. Prokuratura stawia im zarzuty m.in. nadużycia uprawnień i niedopełnienia obowiązków, przez co PZPS poniósł straty w wysokości 7,6 mln złotych. Za przestępstwa te wg. kodeksu karnego grożą kary do nawet 10 lat pozbawienia wolności.

PZPS w wydanym oświadczeniu zaznaczył, że nie podawana w mediach kwota 7,6 mln nie jest domniemaną szkodą PZPS, bo związek nie poniósł start finansowych przy organizacji MŚ 2014, tylko jest to całkowita wartość usług związanych z organizacją imprezy zrealizowanych przez firmy reprezentowane przez osoby zatrzymane. Federacja zapewnia też, że dostarczyła prokuraturze dowody wykonania powyższych usług.